Diego Villanueva
Emme37; korespondent wojenny ABC News, udziałowiec w Millennium Press.
Nigdy nie miał do nikogo pretensji. Nie robił matce wyrzutów tylko dlatego, że przez kilkanaście lat ukrywała przed nim prawdę, że nie rozmawiała z nim na niewygodne tematy, a pytania ciekawskiego dziecka zbywała opowieściami z Argentyny. Nie miał pretensji do ojca, chociaż ten przez ponad dwadzieścia lat nie chciał go nawet poznać, co miesiąc przesyłając określoną sumę pieniędzy, a w święta dodatkowe czeki, które Diego gromadził w pożółkłej już kopercie. Nie złościł się na młodszego brata, chociaż on złościł się na niego - jakby za całe ich życie odpowiadał właśnie Diego. Nikt inny.
Nigdy nie uciekał przed odpowiedzialnością, chociaż ta goniła za nim nieustannie, nie dając mu nawet na moment odetchnąć. Nie uciekał przed nagrodami, ale tym bardziej nie unikał wymierzanych kar i nagan, zbierał nawet te przeznaczone dla brata. Zahartował się, w końcu przestał się bać odpowiedzialności i zamiast traktować ją jako nachalnego przeciwnika, przyjął ją jako swoją przyjaciółkę. Rzucił się w wir pracy, zaczął się więcej uczyć i dzięki temu wszystkiemu nie uciekł także przed prawdą. Wtedy postanowił wyjechać z kraju i zająć się relacjami z tych części świata, które ogarnięte były nieustannymi konfliktami zbrojnymi. Znikł. Dla najbliższych zapadł się pod ziemię. Dla społeczeństwa zaistniał jako niestrudzony reporter wojenny, który nieraz dla dobra materiału gotów był poświęcić własne.
Nigdy nie potrafił przyznać przed innymi, że ma dość. Łatka pracoholika i chorobliwie ambitnego dziennikarza, wpierw w podrzędnym brukowcu, a następnie na wojnie, przyległa do niego nadzwyczaj szybko. Pragnął piąć się po szczeblach kariery, odnosić sukces za sukcesem, a kiedy w ostateczności dotarł do własnych korzeni i odkrył, skąd pochodzi, nie bał się przyjąć tego, co mu się należało. Bez wahania wskoczył między szalejące trybiki Millennium Press, aby udowodnić ojcu, że jest tego wart, matce, że nie musi się o niego obawiać, a przyrodniej siostrze, że powinna dostrzegać w nim konkurencję.
Nigdy nie miał do nikogo pretensji. Nie robił matce wyrzutów tylko dlatego, że przez kilkanaście lat ukrywała przed nim prawdę, że nie rozmawiała z nim na niewygodne tematy, a pytania ciekawskiego dziecka zbywała opowieściami z Argentyny. Nie miał pretensji do ojca, chociaż ten przez ponad dwadzieścia lat nie chciał go nawet poznać, co miesiąc przesyłając określoną sumę pieniędzy, a w święta dodatkowe czeki, które Diego gromadził w pożółkłej już kopercie. Nie złościł się na młodszego brata, chociaż on złościł się na niego - jakby za całe ich życie odpowiadał właśnie Diego. Nikt inny.
Nigdy nie uciekał przed odpowiedzialnością, chociaż ta goniła za nim nieustannie, nie dając mu nawet na moment odetchnąć. Nie uciekał przed nagrodami, ale tym bardziej nie unikał wymierzanych kar i nagan, zbierał nawet te przeznaczone dla brata. Zahartował się, w końcu przestał się bać odpowiedzialności i zamiast traktować ją jako nachalnego przeciwnika, przyjął ją jako swoją przyjaciółkę. Rzucił się w wir pracy, zaczął się więcej uczyć i dzięki temu wszystkiemu nie uciekł także przed prawdą. Wtedy postanowił wyjechać z kraju i zająć się relacjami z tych części świata, które ogarnięte były nieustannymi konfliktami zbrojnymi. Znikł. Dla najbliższych zapadł się pod ziemię. Dla społeczeństwa zaistniał jako niestrudzony reporter wojenny, który nieraz dla dobra materiału gotów był poświęcić własne.
Nigdy nie potrafił przyznać przed innymi, że ma dość. Łatka pracoholika i chorobliwie ambitnego dziennikarza, wpierw w podrzędnym brukowcu, a następnie na wojnie, przyległa do niego nadzwyczaj szybko. Pragnął piąć się po szczeblach kariery, odnosić sukces za sukcesem, a kiedy w ostateczności dotarł do własnych korzeni i odkrył, skąd pochodzi, nie bał się przyjąć tego, co mu się należało. Bez wahania wskoczył między szalejące trybiki Millennium Press, aby udowodnić ojcu, że jest tego wart, matce, że nie musi się o niego obawiać, a przyrodniej siostrze, że powinna dostrzegać w nim konkurencję.