Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

29/12/2014

1992. Did I say that I want to
leave it all behind?

[Jedna rozmowa, jedno pomieszczenie, zero akcji. Dawno niczego nie pisałam.]
Damien Rice — The blower's daughter

Kiedy historia nie miewała szczęśliwego, romantycznego początku, nie mogła mieć również szczęśliwej, romantycznej kontynuacji, a przynajmniej do takiego wniosku doszła Geum-ja, kiedy pochylała się nad kubkiem z gorącą herbatą, tępo śledząc wzrokiem poczynania męża. Już prawie pół godziny starał się poradzić sobie z modelem zakupionego w kiosku samolotu, klął pod nosem po chińsku i rzucał swojej towarzyszce nerwowe spojrzenia, starając się ją niemo ostrzec, że najgorsze, co mogłaby w tej chwili zrobić, to się odezwać. Przyglądając się temu mężczyźnie, aż trudno było jej uwierzyć, że ma on prawie trzydzieści lat, świetnie płatną pracę i charakter lwa salonowego. W tym momencie wyglądał jak zirytowany nastolatek, którą większą część swojego życia poświęcał nic nieznaczącym czynnością. Nie było w tym nic uroczego.
Leniwie mieszając łyżką w kubku, przypomniała sobie, że podobny niesmak czuła, kiedy się poznali. Była pierwszy raz w Nowym Jorku, gotowa na podbój Ameryki, jeszcze tak bardzo naiwna i żądna przygód. Mozolnie ciągnęła za sobą walizkę wielkości małego kuca, dochodząc niemalże do perfekcji w omijaniu wszelkich przeszkód, kiedy ciężkie drzwi wyjściowe, nieprzytrzymane przez idącego przed nią mężczyznę, prawie ją zabiły. Pamiętała, jak gdyby to było zaledwie wczoraj, jak zaparło jej dech w piersiach, kiedy starała się je powstrzymać i cofnęła się o krok pod ich naporem. Świetnie pamiętała również, że nie myśląc nad tym, co robi, dogoniła nieznajomego i nazwała go kretynem bez wyobraźni. Tak, pamiętała też ten niesmak, który jakoś zadziwiająco szybko zniknął, kiedy ujrzała jego twarz, a kiedy mężczyzna się odezwał, owo niemiłe uczucie zdawało się snem wczorajszym.
Zakochała się w nim już na pierwszym spotkaniu, chociaż była już starą krową, która okres nastoletni dawno miała za sobą. Na jego widok nogi się pod nią uginały, nieprzyjemny uścisk w gardle utrudniał jedzenie, a język plątał jak po sporej dawce alkoholu. Po dwóch tygodniach była gotowa zrobić dla niego wszystko, po trzech miesiącach zaś całkowicie się z niego wyleczyła. Szybko się zakochiwała, jeszcze szybciej odkochiwała.
W tym momencie, przyglądając się grymasowi na jego twarzy, nie czuła do niego nic więcej niż zwyczajną nić sympatii i wdzięczności za to, co robił i kim był. Nie było motylków w brzuchu, nie było wielkich planów na przyszłość, nie było szaleńczej tęsknoty, kiedy nie wracał na noc do domu pod pretekstem natłoku pracy. Było za to przywiązanie, wspólny interes i relacje łącząca dobrych przyjaciół, nic szczególnie wystrzałowego.
— Wiesz, że byłam w tobie zakochana?
Feng oderwał wzrok od modelu tylko na chwilę, aby rzucić żonie szybkie, kontrolne spojrzenie.
— Wiem.
— Szaleńczo.
— Wszyscy to wiedzą.
Zmarszczyła brwi, zastygając na chwilę bez ruchu, z łyżeczką uniesioną w drodze do ust.
— Ale już nie jestem — dodała dla upewnienia, oblizując łyżeczkę i odkładając ją na bok, po prostu na stół, nie zajmując się szukaniem jakiegokolwiek spodeczka.
— To też wiem. — Jego głos nie wyrażał najmniejszego zainteresowania. — To nie są jakieś prawdy objawione. Wszystko widać na twojej twarzy. Jeżeli umie się patrzeć.
Wzruszył ramionami, jeszcze raz zerknął na żonę i ponownie zajął się składaniem modelu, przerzucając kolejne części składowe w poszukiwaniu odpowiedniego elementu. Wyglądał tak jakby za chwilę miał oskarżyć Geum-ję o sabotowanie jego pracy i ukrycie pewnych części, bez których ukończenie modelu byłoby niemożliwe.
To chyba była prawda, że mężczyźni dojrzewają do pewnego wieku, a potem już tylko rosną. Z Fengiem na pewno tak było.
— Pamiętasz jak się poznaliśmy?
— To nie było tak dawno, abym zapomniał. W dodatku nazwałaś mnie kretynem.
— I miałam rację...
Ze świstem wypuścił powietrze z płuc, podczas gdy jego żona chuchała na herbatę, starając się ją nieco ostudzić. Nagrzany kubek przyjemnie ocieplał jej dłonie, uniemożliwiał jednak upicie najmniejszego łyka bez poparzenia podniebienia i języka.
— Dlaczego więc zakochałaś się w kretynie?
Feng wyprostował się i przerwał na chwilę sklejanie modelu. Doszedł do wniosku, że w tych warunkach praca jest niemalże niemożliwa, a pozornie błahe świergotanie żony nad uchem ma jednak w sobie jakiś sens. Geum-ja nie była osobą sentymentalną, która w wolne wieczory wspominała wspólnie spędzone chwilę, szybko więc w głowie Amerykanina zapaliła się czerwona, ostrzegawcza lampka. Wolał nic nie przegapić, jego instynkt samozachowawczy podpowiadał mu, że mogłoby to mieć zgubne konsekwencje.
— Bo jestem głupia. Bo masz ładną twarz.
— Wiem i wiem.
— Bo dużo zarabiasz.
— Ale jesteś płytka.
Feng prychnął rozbawiony pod nosem, podnosząc się z kolan i opadając swobodnie na skórzaną kanapę, która była wiecznym obiektem kłótni. Z rozbawieniem przyglądał się, jak żona podnosi się ze swojego miejsca, chwilę buszuje w kuchni w poszukiwaniu czegoś do przegryzienia, po czym wraca z paczką krakersów na swoje miejsce przy blacie, oddzielającym salon od aneksu kuchennego.
Mężczyzna mógłby znaleźć wiele wad żony, pazerność na pieniądze nie była jednak jedną z nich. Dobrze wiedział, że nie zakochała się w nim z powodu pieniędzy. Ani nawet ładnej twarzy, jak to sama określiła.
— Powiesz mi w końcu, co ta rozmowa ma na celu? — Zdecydował się przejść do sedna, przeczuwając, że krok przerwania bezsensownej pogawędki należy do niego.
— Wiem, że masz romans.
Słowa te były twarde, równie dobrze mogłyby zwiastować nadchodzącą burzę. Nie dawały żadnych nadziei na to, że Geum-ja jedynie spekuluje i wyciąga błędne wnioski na podstawie zwyczajnych poszlak. Ona nie histeryzowała, ona wiedziała. Feng wiedział, że ona wie. Ich małżeństwo było krótkie, a jednak znali się jak łyse konie.
— Od kiedy?
— Od kiedy co? — wymruczała pod nosem, szukając w twarzy męża podpowiedzi. — Od kiedy wiem? Od pół roku. Może trochę krócej. Widziałam cię. Chris też cię widział...
Feng zmarszczył brwi, opierając przedramiona na kolanach i pochylając się nieznacznie do przodu. A więc nie tylko Geum-ja była świadoma jego niewierności, jego najlepszy przyjaciel też to wiedział. Sytuacja nie przedstawiała się najlepiej. Bardziej niż na zdaniu żony zależało mu bowiem na opinii Chrisa. Zbyt bardzo był do niego przywiązany, aby móc zignorować to, co mężczyzna o nim myśli.
— Dlaczego więc dopiero teraz? — wymruczał po dłuższej chwili milczenia. Potrzebował tej ciszy, aby przetrawić usłyszane informacje. Nie miało do dla niego sensu. Pół roku oboje wiedzieli, a jednak żadne z nich nie zająknęło się nawet słowem. Zdecydowanie nie miało to dla niego żadnego sensu. Feng lubił, kiedy wszystko wokół niego miało sens.
— Bo mam już dość udawania, że wszystko między nami jest w porządku, kiedy wcale nie jest.
— A dlaczego miałoby być w porządku? To ustawiane małżeństwo. Ja jestem kretynem, ty jesteś płytka i już mnie nie kochasz. Naszemu małżeństwu daleko jest do normalności, tak tylko przypominam.
Przez jego słowa przebijały się zirytowanie i zniecierpliwienie. Mechanicznie zacisnął dłonie w pięści i rozluźnił je dopiero wtedy, kiedy zauważył, że żona porzuca swoje miejsce i kieruje się w jego stronę.
— Nie jesteśmy prawdziwym małżeństwem, przecież wiesz.
— Wiem. Dobrze to wiem. Oczekuję od ciebie minimum uczciwości. Nie mówię już o wierności, bo to pewnie za dużo.
Odłożyła kubek na stolik, stawiając go w pobliżu modelu salonu, uważając na to, aby odległość była na tyle duża, aby przypadkowe strącenie ceramiki nie wywołało zbyt wielkich strat.
— Bądź ze mną uczciwy.
Ucałowała go w skroń, uśmiechając się blado pod nosem. Nie kochała go, a ich małżeństwo było całkowitą fikcją, jednak czuła się oszukana i zdradzona. Przyznała w duchu, że zachowuje się jak pies ogrodnika, który samemu nie weźmie, ale nikomu też nie odda. Dotarło też do niej, że przez cały ten czas nie tylko była oszukiwana przez męża, ale także oszukiwała samą siebie, miała bowiem nadzieję, że uczucie z czasem samo przyjdzie. W tym momencie wydawało się to niemalże niemożliwe.
— Już zawsze będę. Chodź tu. — Mężczyzna przyciągnął do siebie żonę i oplótł ją ramieniem. Była taka kochana, taka drobna i taka cierpliwa, jednak nie wzbudzała w nim żadnych emocji poza zwyczajną sympatią. Nie mógł nic na to poradzić.
— A... Jeżeli jeszcze raz ją zobaczę, złapię ją za te rude kudły i zamorduję. Obiecuję.
Feng pokiwał ze zrozumieniem głową i prychnął pod nosem rozbawiony, chociaż nie było w tym nic śmiesznego. Znał możliwości żony, nie zdziwiłby się, gdyby doszło do publicznej sceny i skandalu.
Kiedy żona wróciła do kuchni, on zajął się ponownie sklejaniem samolotu. Miał wrażenie, że swojego związku nie mógł już skleić, musiał zadowolić się więc papierowym modelem.

28/12/2014

1991. Konsekwencje nieodpowiednich decyzji

grudzień 2014

Alice siedziała w przestronnym, nowocześnie urządzonym salonie, oglądając kreskówki na wielkim, płaskim telewizorze, kiedy usłyszała skrzypnięcie drzwi wejściowych, po którym nastąpił szczęk zamka. Obróciła się w tamtym kierunku. Wiedziała, że matka spała już w swojej sypialni, więc uznała, że to ojciec wrócił do domu.
Nie zamierzała jednak wstawać  z wygodnej kanapy, więc wzruszyła ramionami i znowu spojrzała na ekran. Wtedy jednak usłyszała podniesiony głos ojca, co odrobinę ją zaintrygowało. Pchana ciekawością, zdecydowała się jednak wstać z kanapy i podejść do drzwi, ale zanim usłyszała coś konkretnego, ojciec zaklął i z wściekłością się rozłączył. W dłoni miął częściowo otwartą kopertę. Pewnie by jej to nie zdziwiło, gdyby nie to, że już kilka razy widywała takie wiadomości, i za każdym razem ojciec szybko je gdzieś chował, zupełnie jakby nie chciał, żeby dowiedziała się, co w nich jest.
— Alice — mruknął James, zaskoczony widokiem córki stojącej w drzwiach salonu.
— Eee... Cześć, tato. Co tam masz?
Utkwiła wzrok w kopercie, ale James, widząc jej spojrzenie, natychmiast wcisnął ją do kieszeni, po czym zamknął się w swoim gabinecie, zanim nastolatka zdążyła powiedzieć choćby słowo.

*   *   *

dwa dni później

Ojciec opuścił apartament w takim pośpiechu, że nawet nie zamknął swojego gabinetu na klucz, choć zwykle bardzo o to dbał. Wyszedł, rozmawiając z kimś przez telefon, i nie zdając sobie sprawy, że ciekawska nastolatka tylko czekała na taki moment.
Powoli zbliżyła się do pomieszczenia. Choć wiedziała, że nikogo prócz niej tutaj nie ma, stąpała cicho i ostrożnie, wiedząc, że robi coś zakazanego i w duchu ciesząc się z tego. James ostatnimi czasy rzadko bywał na Central Park West. O wiele bardziej absorbowały go sprawy firmy. Tak przynajmniej zakładała Alice.
Zwykle nie wchodziła do tego pomieszczenia. Jej relacje z rodzicami nigdy nie były idealne. Dla ojca zawsze najważniejsza była firma i interesy, a matka wydawała się coraz bardziej sfrustrowana swoim życiem i nieudanym małżeństwem, w którym musiała trwać dla pozorów, i regularnie zaglądała do kieliszka. Kiedy była w takim stanie, Alice wolała nie wchodzić jej w drogę.
Przez chwilę rozglądała się po otoczeniu. Domowy gabinet ojca był mniejszy niż salon i mniejszy niż odpowiednik w siedzibie firmy. Został jednak urządzony bardzo gustownie, wszystkie elementy wyposażenia były z najwyższej półki. James Greene zawsze lubił wszystko, co najlepsze.
Podeszła do biurka, które uznała za najbardziej prawdopodobne miejsce ukrycia tajemniczych listów. Zwykle raczej nie interesowała się zawodowymi sprawami ojca, ale jego zachowanie w ostatnim czasie odbiegało od normy. Ciekawska Alice po prostu musiała to sprawdzić, zwłaszcza że ojciec z takim uporem ją zbywał. Nigdy nie opowiadał szczegółowo o swoich sprawach. Czasami jedynie chwalił się jakimiś udanymi kontraktami, ale nie wtajemniczał w szczegóły prowadzonych interesów ani żony, ani tym bardziej córki.
— To nie twoja sprawa, Alice — mówił za każdym razem.
— Ale... — Dziewczyna nie ustępowała.
Ojciec popatrzył na nią nieco pobłażliwie.
— Nie musisz się niczym martwić — powiedział. — Mam wszystko pod kontrolą.
Jednak mimo to Alice zaczęła otwierać szuflady biurka ojca. Tak, jak się spodziewała, w jednej z nich znalazła kilka otwartych kopert. Otworzyła je drżącymi z przejęcia dłońmi, zauważając wydrukowane wiadomości.
Listy z pogróżkami.

*   *   *

Constance siedziała w swoim malutkim mieszkaniu, skupiając się na sprawie, którą rozważali ostatnio na studiach. Jej pracoholizm i perfekcjonizm dawały o sobie znać. Zamiast, jak większość studentów, skupić się na oskarżeniu podejrzanego, który w prawdziwym procesie został uznany za winnego, skupiła się na podważaniu dowodów i obronie nieszczęśnika. Chociaż ze sprawy jasno wynikało, że człowiek dokonał czynu, o który go oskarżano, nie chciała pójść na łatwiznę. Po dokładnym zbadaniu sprawy okazało się, że przez błędy popełnione przy zbieraniu dowodów człowieka dało się uniewinnić. Właśnie zaczynała redagować spisane wcześniej notatki, gdy zadzwoniła Alice, prosząc o pilne spotkanie w bardzo ważnej sprawie.
Bardzo ważna sprawa, w myślach uśmiechnęła się sarkastycznie, gdy w końcu zgodziła się na spotkanie. Bardzo ważna sprawa — powtarzała zdanie, które siostra wypowiedziała z wielkim przejęciem. Dla Alice bardzo ważną sprawą mógł być bal charytatywny organizowany wkrótce przez ojca, na który nie chciała iść, a była przez rodziców zmuszana, aby pojawić się choćby na godzinkę. Albo kolejne kłótnie spowodowane planem siostry na poświęcenie się swojej pasji — rysunkowi. Przygotowując się do wyjścia wymyślała kolejne, coraz bardziej absurdalne, ważne dla Alice sprawy. 
Może chciała mieć kotka, ale Isabelle się nie zgodziła, bo nie chciała mieć sierści na dywanie — przeszło jej przez myśl, gdy zaplątywała komin dookoła szyi — albo przyłapali ją na wciąganiu koki i zagrozili odcięciem kasy o połowę. Uśmiechnęła się na tą myśl i szybko ją odrzuciła. Siostra za bardzo była uzależniona od rodziców, by pozwolić sobie popaść w tak wielką niełaskę. James straciłby twarz, a Isabelle musiałaby poświęcić córce chociaż chwilę szukając dla niej odpowiedniego miejsca na leczenie.
— Tak. Chodzi o kotka — mruknęła do siebie, zamykając drzwi od swojego mieszkania.
Wcale nie chciała spotykać się dziś z siostrą. Nagłe zmiany planów nie były czymś, co lubiła. Na dziś miała zaplanowane skończenie pracy na studia i wolałaby poświęcić się temu, niż bardzo ważnej sprawie Alice. No cóż, było za późno na zmianę decyzji. Obiecała, że przyjdzie, więc musiała to zrobić.
Jedynym pocieszeniem był fakt, że sama wybrała miejsce spotkania — niedaleko swojego mieszkania. To Alice musiała poświęcić czas, żeby tam dotrzeć. Wybrała małą knajpkę w której serwowano, zdaniem Constance, najlepsze w całym Nowym Jorku ravioli ze szpinakiem podawane z parmezanem i oliwą. Dobrze wiedziała, że to Alice zapłaci za ich obiad, więc dodatkowo nie musiała się przejmować swoim kruchym budżetem.
W restauracji pojawiła się na chwilę przed umówioną godziną — nie lubiła się spóźniać. Usiadła przy stoliku w pobliżu okna i złożyła zamówienie. Dla siebie ravioli ze szpinakiem, dla siostry paelle — dobrze wiedziała, że Alice nie znosi owoców morza. Rozsiadła się wygodnie, oczekując na siostrę.

*   *   *

Alice zdawała sobie sprawę, że Constance nie miała ochoty się z nią teraz spotykać, pewnie była zajęta i musiała zmieniać plany. Dziewczyna wyraźnie czuła w jej głosie niechęć i dezaprobatę, kiedy rozmawiały przez telefon, ale mimo to chciała z nią porozmawiać. Nikt inny nie przychodził jej do głowy, skoro ojciec ciągle ją spławiał, a matka też nic nie wiedziała. Liczyła, że może chociaż Constance wie coś o tych pogróżkach. A jeśli nie, to Alice przynajmniej ją ostrzeże.
Dojechała na miejsce metrem, by następnie wysiąść na stacji znajdującej się najbliżej miejsca spotkania. Resztę drogi pokonała pieszo, klucząc chodnikiem między ludźmi i przelotnie zerkając na sklepowe witryny, w których zaczęły się już pojawiać świąteczne dekoracje. Momentami miała wrażenie, że już kilka razy widziała w pobliżu tego samego dziwnego faceta, ale szybko uznała, że chyba zaczyna popadać w paranoję od zbyt długiego myślenia o tajemniczych sprawkach ojca. Może to wcale nie wyglądało aż tak źle, jak myślała, i po prostu ojciec miał rację mówiąc, że była przewrażliwiona i nie powinna się tym zajmować?
Pozostawało jednak faktem, że na własne oczy widziała listy z pogróżkami, które wcale nie wyglądały na niewinne żarty. Nie mogła tak po prostu tego zignorować i udawać, że nic nie widziała, bo nawet jej naiwność miała swoje granice.
Kiedy dotarła na miejsce, siostra już tam była. Alice wsunęła się do knajpy, mimo niskiego wzrostu widoczna z powodu włosów zafarbowanych na intensywnie niebieski kolor. Ruszyła w stronę stolika, marszcząc się lekko, gdy zobaczyła na talerzu nielubiane przez siebie danie. Postanowiła jednak robić dobrą minę do złej gry, by nie dawać Constance satysfakcji. Przez ostatnie kilka lat często tak robiła; w końcu regularnie dogryzały sobie w jakiś sposób, i nie było to dla niej niczym dziwnym ani nie czuła się obrażona — dawno przywykła do tego, że siostra taka jest. Sama też, kiedy tylko mogła, starała się robić na przekór. Obiecała sobie w duchu, że kiedyś się odegra i uśmiechnęła się w duchu. To było u nich normalne.
— Cześć — powiedziała, opadając na krzesło naprzeciwko niej.
Wyczuwając zniecierpliwienie siostry, postanowiła darować sobie pogawędki i od razu poruszyć temat, który tak ją nurtował.
— Wybacz, że odciągnęłam cię od twoich super ważnych dorosłych spraw, ale chciałam z tobą pogadać — zaczęła nieco ironicznym tonem. — Widziałaś się ostatnio z naszym ojcem?
Constance pokręciła głową, jednak Alice sięgnęła dłonią do torby i wyciągnęła z niej telefon, w którym miała zdjęcia znalezionych w gabinecie Jamesa listów z pogróżkami.
— Spójrz na to — powiedziała, przesuwając komórkę po blacie. — Wydaje mi się, że ojciec coś ukrywa, ale może wspominał ci kiedyś, czym się ostatnio zajmował?
Alice wiedziała, że siostra czasami kontaktowała się z ojcem, głównie wtedy, kiedy potrzebowała pieniędzy. Była starsza, więc James zwykle traktował ją poważniej niż Alice i prędzej mógł rozmawiać z nią o swoich interesach.
Po chwili Constance wzięła do ręki jej telefon. Nie było wątpliwości, że ktoś szantażował Jamesa, grożąc Alice. Listy nie były zbyt wylewne i nie zdradzały za dużo informacji. Były to głównie żądania dużej sumy pieniędzy w zamian za bezpieczeństwo Alice oraz przypomnienia o „umowie” wraz z pogróżkami skierowanymi w stronę dziewczyny.
— Myślę, że James jest jedyną osobą, która może ci to wytłumaczyć. — Po chwili ciszy Constance odezwała się pełnym spokoju głosem. — Pytałaś go o to?
Alice poruszyła się niespokojnie na krześle. Miała nadzieję, że chociaż Constance coś wie, ale najwyraźniej się pomyliła. Nagle poczuła się jeszcze bardziej osamotniona i znowu zapragnęła, żeby ojciec jak najszybciej uregulował swoje sprawy.
— Próbowałam z nim porozmawiać dużo razy — powiedziała markotnie, biorąc z powrotem swój telefon. — Ale zawsze mnie spławia. Ostatnio właściwie prawie w ogóle nie bywa w domu — westchnęła. — Matka też nic nie wie. Uważa raczej, że ojciec ciągle znika, bo po prostu znowu kogoś ma.
Wierność z pewnością nie była mocną stroną Jamesa Greene’a. Alice doskonale wiedziała, że zdradzał jej matkę i była pewna, że Isabelle też o tym wie. Ale czuła, że tym razem wcale nie chodziło o jakiś pokątny romans, choć wolałaby, żeby tak właśnie było.
Urwała na moment i znowu utkwiła czujny wzrok w siostrze.

*   *   *

Wpatrując się w Alice, Constance starała się wyłapać z mimiki twarzy targające nią emocje. Była zdumiona, że młoda zachowuje się nad wyraz spokojnie. Co prawda było po niej widać oznaki zdenerwowania, ale gdyby tydzień wcześniej ktoś zapytał Constance, jak w takiej sytuacji zachowałaby się jej młodsza siostra, bez wahania wykreowałaby postać płaczącej i drżącej z przerażenia Alice. Wpatrując się w bladą twarz nastolatki, przygryzła dolną wargę, jak zawsze gdy musiała się nad czymś mocniej zastanowić. Robiła to automatycznie i mimo śmiechu znajomych nie potrafiła się oduczyć. To jak obgryzanie paznokci, zwykła się tłumaczyć.
— Na pewno nic ci nie mówił, kiedy widzieliście się ostatnio? — dopytywała uparcie Alice. — Nie wspominał o żadnych swoich sprawach?
Kiedy ostatnio była u ojca? Co chciała? Czy jakoś dziwnie się zachowywał? Constance starała się przypomnieć sobie jak najdokładniej ostatnie spotkanie z Jamesem. Wszystkie wypowiedziane słowa, czy o wiele więcej mówiące gesty.
Gdy z powrotem przeniosła się do chwili obecnej, ujrzała przed sobą coraz bardziej niecierpliwiącą się Alice.
— Ostatnio byłam u niego jakieś półtora miesiąca temu. Chciałam, żeby przekazał pieniądze na leczenie córki znajomych — wytłumaczyła szybko, dlaczego poszła się z nim zobaczyć. — Wspomniał, że ma problem z jakimś kontraktem. Był lekko zdenerwowany, ale nie sądzę, żeby to miało coś wspólnego z tą sprawą.
— Ale nie mówił, co to za kontrakt? — dopytywała Alice, wiercąc się na krześle.
Constance pokręciła głową. Wyjrzała przez okno, zastawiając się nad jeszcze jedną sytuacją.
— Jak do niego szłam, jakiś mężczyzna tuż przed wejściem do apartamentowca dał mi list, i poprosił, żebym przekazała go Jamesowi. Nie otworzyłam go, a on nie powiedział, o co chodzi — uśmiechnęła się nieznacznie. — Wiesz, że czasami jestem bezczelna, nie? Próbowałam zobaczyć o co chodzi, ale James schował go przede mną. I tyle.
W tej chwili zdała sobie sprawę, że nie zapytała siostry, od kiedy przychodzą pogróżki, lub od kiedy ojciec dziwnie się zachowuje. Nie miała pojęcia, czy to, co w tej chwili wydawało jej się powiązane ze sprawą, rzeczywiście miało z nią coś wspólnego. Zapytała o to.
— To się dzieje chyba od paru tygodni — odpowiedziała Alice. — Znalazłam te listy wczoraj, ale niedawno słyszałam, jak ojciec kłócił się z kimś przez telefon — dodała po chwili. — Może ten list, który polecono ci przekazać ojcu, był jednym z tych, które ci pokazałam?
Constance wzruszyła ramionami. Nie zazdrościła Alice sytuacji. Wiedza, jaką miała o sprawie była najgorszą z możliwych, wiedziała tylko tyle, że jej grożą. Nie wiedziała dlaczego, kto, ani czy James już się tym zajął. 
— Moim zdaniem masz dwie opcje — zaczęła. — Wiadomo, że sama tego nie rozwiążesz.
Alice spojrzała na nią wyczekująco.
— Możesz skonfrontować się z Jamesem, powiedzieć mu, że wiesz o tych listach i zapytać, co zamierza zrobić — powiedziała. — Albo możesz pójść na policję, ale wtedy będziesz się musiała zmierzyć z podwójną złością Jamesa. Raz, że grzebałaś w jego rzeczach, dwa, że podjęłaś decyzję bez konsultacji z nim.
Pierwsza opcja wydawała się Constance zdecydowanie lepsza, ale i w tej można było znaleźć kilka denerwujących niewiadomych. Najprawdopodobniej James zbędzie córkę jakimś banalnym zdaniem. Nie zdziwiłaby się, gdyby tak zrobił.
Alice wciąż na nią patrzyła, wyraźnie się wahając.
— Dochodzi jeszcze legalność interesów — dodała po chwili zastanowienia, obserwując zachowanie młodszej siostry. — Wiadomo, że szantaż nie jest legalny, ale nie wiemy, co doprowadziło do takiej sytuacji. Nie wierzę, że powiesz mi, że działania twojego ojca na pewno nie wchodzą w jakąś czarną sferę.
W trakcie wypowiadania ostatniego zdania palcem wskazującym wystukiwała jego rytmikę o stół, by podkreślić, jak pewna jest wypowiadanej kwestii. Zmarszczyła delikatnie brwi, czekając na odpowiedź. Nie miała dowodów, po prostu czuła, że James był do tego zdolny i wystarczająco inteligentny, żeby sobie poradzić. I kochał pieniądze.
— Próbowałam go pytać dużo razy, ale zawsze mnie zbywał — rzekła Alice, krzywiąc się. Czyli było tak, jak przypuszczała Constance. — Ale masz rację, chyba nie powinnam sama nic z tym zrobić. Tak naprawdę nie mam zielonego pojęcia, co to za sprawa. Ale, jak znam ojca... Cóż, myślę, że to prawdopodobne.
Obie zdawały sobie sprawę, że ojciec mógł prowadzić na boku jakieś lewe interesy. Żadna z nich nie wątpiła, że zrobiłby wiele, byle tylko osiągnąć swoje cele.
Znowu popatrzyła na siostrę, wciąż zaskoczona zaskakująco dojrzałym, jak na nią, zachowaniem. Nie spodziewałaby się tego po nastolatce, która spędzała tyle czasu, gapiąc się na kreskówki.
— Zaczepię go, jak wróci do domu. Ale nie wiem, czy to coś da — powiedziała jeszcze. — Pamiętasz, jak wyglądał ten facet, który dał ci list?
Constance westchnęła dość głośno, jednocześnie przewracając oczami. Chyba nikt nie pamiętałby, jak wyglądał facet, którego widziało się przez dwie minuty półtora miesiąca temu.
— Był wysoki, ubrany na czarno, miał kapelusz i okulary — opisała go, z rezygnacją kręcąc głową. — Może gdybym go znowu zobaczyła...
Umiała zapamiętać gościa, który półtora roku wcześniej postawił jej drinka, a gdy chodziło o coś ważnego, widziała tylko sylwetkę i czarne ubranie.
— Jak chcesz, to ja mogę spróbować porozmawiać z Jamesem — zaproponowała po chwili.
Zawsze mówiła o nim po imieniu. Nie wyobrażała sobie, żeby nazwać go ojcem przy innych, szczególnie przy Alice. Tatą nazywała go tylko wtedy, gdy mogła go tym zdenerwować albo zawstydzić.
Przygryzła wargę, zastanawiając się, czy to w ogóle dobry pomysł.
— Kiedy tutaj jechałam, miałam wrażenie, że kilka razy widziałam dziwnego kolesia, który się na mnie gapił — mruknęła Alice. — Może to tylko przywidzenie, ale...
Constance przemilczała sprawę tajemniczego mężczyzny. Oczywiście jeżeli jej grozili, to mogli ją też śledzić. Nie chciała jednak jeszcze bardziej denerwować Alice — i tak prezentowała się wyjątkowo marnie. 
Postanowiła, że pójdzie do Jamesa i wymyślą razem, jak rozwiązać tę sytuację. Będzie się czuła dużo lepiej, mając jakikolwiek wpływ na sytuację. Teraz była tylko biernym obserwatorem, który znał małe wycinki sytuacji. Dobrze wiedziała, że jej izolacja dawała jej przewagę nad Alice w kontaktach z ojcem. Nie była od niego zależna i nie wtrącała się w jego sprawy. Ich stosunki nie były podobne do zwyczajnych stosunków ojciec — córka. W rozmowie byli bardziej jak znajomi; zdystansowani, lecz szanujący się znajomi, którzy po zakończeniu rozmowy chcieli powbijać sobie noże w plecy.
— Trzymaj wrogów blisko — wypowiedziała do siebie bezgłośnie. Uproszczony cytat z Ojca Chrzestnego, który James powtarzał jej prawie na każdym spotkaniu.
On ich zna, on doskonale wie, kto im grozi, przemknęło jej przez myśl jak nagłe objawienie.
— Płać. Idziemy do Jamesa — rozkazała, nagle podrywając się z krzesła.
Alice skinęła głową. Wydawała się zaskoczona.
— Nie wiem, czy ojciec będzie teraz w domu. Raczej wątpię — powiedziała. — O tej porze pewnie jest w firmie. Jedziemy tam?
Gdy zapłaciła za obiad, obie wyszły na ulicę. Na chodniku było dość tłoczno. Constance zgrabnie lawirowała między przechodniami starając się trzymać blisko Alice. Szła krok za dziewczyną. Cieszyła się, że ma chwilę spokoju na oczyszczenie głowy próbującej ciągle na nowo analizować sytuację. Nie do końca wiedziała co ma myśleć o całej sytuacji. Z jednej strony wydawała się niebezpieczna, z drugiej, według Alice, mogła ciągnąć się już miesiąc. Stanęła na chwilę w miejscu, zastanawiając się, czy nie powinna wrócić do domu i dać sobie z tym wszystkim spokój. Miesiąc — gdyby chcieli coś zrobić Alice, już dawno by to zrobili. James pewnie już zdążył zapłacić, a one się wzajemnie niepotrzebnie nakręcają. Po raz kolejny tego dnia przeklęła zbyt szybkie podejmowanie decyzji. Podbiegła do Alice truchtem. Była niezadowolona, że tak łatwo dała się wciągnąć w tę absurdalną historię. Z lekkim grymasem, pociągnęła siostrę w małą uliczkę — skrót do metra.
— To nie ma sensu — rzuciła w przestrzeń, gdy dookoła zrobiło się już prawie pusto. Pociągnęła Alice za łokieć, zmuszając ją do zatrzymania się. — Gdyby mieli ci coś zrobić, już dawno by to zrobili. Szantaż prowadzi się szybko, trzy dni, może tydzień. To nie są negocjacje trwające miesiącami — powiedziała gniewnym głosem. Była zła na siebie i na Alice.

*   *   *

Alice wolałaby, żeby okazało się, że James już zdążył rozwiązać sprawę, zaś ona tylko niepotrzebnie się martwiła jakimiś starymi wiadomościami w jego biurko. Wolałaby zająć się czymś ciekawszym, w końcu miała do dyspozycji tyle przyjemniejszych rzeczy. Mogła na przykład pooglądać kreskówki, pójść do Central Parku lub wypróbować nowy komplet kredek akwarelowych, który kupiła sobie kilka dni temu.
— Mhm... — mruknęła wymijająco i wzruszyła nieznacznie ramionami.
Tak, może Constance miała rację. Wręcz wolała, by miała rację, mimo że wtedy pewnie ryzykowałaby gniew siostry z powodu wciągania jej w coś, co i tak już jest załatwione. Nie miała jednak takiej pewności, więc i tak wolałaby, żeby siostra porozmawiała z ojcem. Alice nie lubiła czuć się zagrożona, zwyczajnie nie wiedziała, jak sobie z taką sytuacją poradzić.
Kiedy siostra pociągnęła ją za sobą, nastolatka ruszyła w tamtym kierunku. Tędy mogły szybciej dojść do metra, by potem dojechać w okolice siedziby firmy ojca. W pobliżu praktycznie nie było ludzi, uliczka była wąska i niezbyt długa. Mimo to dziewczyna poczuła dziwny niepokój.
Constance nadal szła przodem. Alice w którymś momencie wydawało się, że usłyszała jakiś dźwięk, coś jak odgłos przejeżdżającego samochodu, więc zatrzymała się, by obejrzeć za siebie, ale wtedy poczuła, jak chwytają ją czyjeś silne ręce, a jej szyję owionął gorący oddech.
— Nie! — krzyknęła i zaczęła się wściekle rzucać, próbując wyrwać się z uścisku.
Wciąż wrzeszcząc, kopnęła mężczyznę w kostkę i wbiła paznokcie w rękę, którą ją trzymał, ale ten tylko zaklął pod nosem i ścisnął ją jeszcze mocniej.
— Zamknij się! — warknął.
Zanim dziewczyna zdołała się wyrwać, mężczyzna w kapturze i w ciemnych okularach powlókł ją w stronę samochodu. Próbując się opierać, Alice zauważyła kątem oka ruch Constance. Miała nadzieję, że chociaż jej uda się uciec.
Udało jej się nawet ugryźć mężczyznę w rękę, którą ją trzymał, ale ten ścisnął ją jeszcze mocniej, prawie pozbawiając tchu. Nieuchronnie zbliżali się do otwartego samochodu. Chwilę przed wepchnięciem do środka zobaczyła jeszcze, jak drugi facet rzuca się w kierunku Constance. Alice momentalnie poczuła jeszcze większy strach. Zaczęła płakać.
Mężczyzna wsunął się do samochodu zaraz po wrzuceniu dziewczyny na tylne siedzenie, jednak Alice natychmiast zamachnęła się ręką, prawie zrzucając ciemne okulary. Ten zaklął. W momencie, gdy samochód ruszył, złapał szarpiącą się nastolatkę za włosy i kilkakrotnie uderzył jej głową o drzwi auta. Ogłuszona dziewczyna przestała się szamotać.
— Tak lepiej, maleńka — usłyszała jeszcze, zanim także straciła przytomność.

*   *   *

Przejeżdżający samochód z początku nie wzbudzał niepewności Constance. Mógł przewozić małą dostawę do któregoś z okolicznych sklepów, lub po prostu tu parkować. Uliczka nie była zamknięta dla pojazdów. Zeszła na bok, zostawiając wystarczająco miejsca, aby bezpiecznie przejechał. Nawet, gdy zatrzymał się na środku ulicy, jeszcze nic nie podejrzewała. Dopiero, gdy ze środka z zadziwiającą szybkością wyskoczył potężnie zbudowany mężczyzna z częściowo zasłoniętą twarzą, w jej głowie zakiełkowało ziarenko niepewności.
A jednak James nie zapłacił — przemknęło jej szybko przez myśl.
Takie sytuacje widziała tylko w filmach, gdy chcieli kogoś porwać. Na ucieczkę było już za późno. Obejrzała się do tyłu i zobaczyła, że jakiś mężczyzna silnym uściskiem łapie Alice i ciągnie ją w stronę samochodu. Rzuciła się do przodu, chcąc pomóc siostrze. Liczne treningi w końcu miały się przydać. Zacisnęła dłoń w pięść i wyprowadziła silny cios w tył głowy napastnika Alice, która krzyczała i wyrywała się. Gdy chciała go powtórzyć, mężczyzna, który wysiadł z samochodu, rzucił się na pomoc koledze. Odciągnął Constance od porywacza i bez zahamowań, całą swoją siłą uderzył kobietę w brzuch i poprawił swoją robotę kilkoma kopniakami. Upadła na ziemię i zanim zdążyła podnieść głowę, mężczyzna wykonał kolejny cios, tym razem w tył głowy. Uderzenie na tyle mocne, że Constance straciła przytomność. Szybko wsiadł do samochodu i odjechali, zostawiając nieprzytomną dziewczynę w małej uliczce.
Pierwszą rzeczą, którą zobaczyła po przebudzeniu, był obcy mężczyzna nachylający się nad nią. Zamachnęła się ręką, celując w jego twarz. Trafiła. Mężczyzna, zaskoczony reakcją Constance, złapał ją mocno za rękę, uniemożliwiając kolejny cios.
— Spokojnie, nic pani nie zrobię. Karetka już jedzie. Przez chwile nie mogłem pani dobudzić — zaczął szybko tłumaczyć sytuację przerażonej kobiecie. — Spokojnie, jest pani bezpieczna — powtórzył jeszcze raz, widząc przerażenie w jej oczach.
Szybko przypomniała sobie zaistniałą sytuację i połączyła fakty. Obróciła głowę w stronę, gdzie przed tym, jak straciła przytomność, stał samochód, do którego siłą zaciągnięto Alice. Nie było go. Nie wiedziała, przez ile czasu była nieprzytomna. Bolały ją żebra, głowa i ręce, które starła, próbując asekurować upadek. Zamknęła oczy. Całą siłą woli, jaką miała, zmusiła się do uspokojenia.
— Widział pan tu ciemny samochód? — zapytała, mając nadzieję, że mężczyzna mógł coś zauważyć.
— Nie. Gdy panią zobaczyłem, nikogo ani niczego tu nie było. Zadzwoniłem na pogotowie.
Constance jednak pokręciła szybko głową, co spowodowało mocny ból. Na jej twarzy pojawił się krótkotrwały grymas.
— Nie chcę pogotowia — mruknęła, powoli wstając. Ostatnie czego teraz potrzebowała to ratownicy medyczni, a później policja wypytująca o wszystko. — Nic mi nie jest — dodała, widząc zwątpienie w oczach mężczyzny.
Wstała i zaczęła się powoli oddalać. Mężczyzna poszedł za nią, cały czas tłumacząc, że jednak powinna pojechać do szpitala.
— Taka utrata przytomności to nic dobrego. Może pani być coś poważnego. — Nie dawał za wygraną mimo braku reakcji ze strony kobiety.
Doszli do głównej ulicy z której nie tak dawno ściągnęła Alice, aby oszczędzić drogi. Zamachała na taksówkę.
— Dziękuję panu bardzo za troskę, ale nic mi nie jest i nie będzie. Niech pan się nie martwi — powiedziała na odchodnym i wsiadła do żółtego samochodu słysząc, że jednak powinna zaczekać na karetkę i pojechać do szpitala. 
Nie znała adresu firmy Jamesa, wiedziała tylko, jak się nazywała, więc szybko podała nazwę. Brak pytań ze strony kierowcy utwierdził ją w przekonaniu, że taksówkarze dobrze znają całe miasto.
Jechali pół godziny. Przez całą drogę Constance zastanawiała się, jak ma porozmawiać z Jamesem i starała się zachować spokój.
Wpadła do budynku i tak szybko, jak pozwalało jej na to obolałe ciało, skierowała się do jego biura. Minęła młodą blondynkę — sekretarkę ojca krzyczącą, że pan prezes jest zajęty. Nie zamierzała czekać. 
— Wzywam ochronę! — krzyknęła kobieta, gdy Constance, mimo jej zakazów, bez pukania wbiegła pokoju.
Na biurku przed Jamesem siedziała młoda kobieta. Leżący na podłodze żakiet i rozpięta koszula mówiły wszystko. Kobieta pewnie szukała pracy. Gdy usłyszeli otwierane drzwi, momentalnie od siebie odskoczyli. Obca kobieta stanęła tyłem do Constance nieporadnie zapinając swoją koszulę.
— Wyjdź — warknęła do niej Constance, ręką wskazując drzwi.
Kobieta nie posłuchała, odwróciła się i siląc się na dumną postawę, bezczelnym wzrokiem zlustrowała Constance. James, zszokowany wyglądem córki, wpatrywał się w nią, nic nie mówiąc. Domyślał się o co chodzi. Telefon stojący na jego biurku swoim denerwującym dźwiękiem dodatkowo zagęścił atmosferę.
— Kim ona jest? — obca kobieta zwróciła się do Jamesa, próbując pokazać swoją wyższość nad blondynką. Według niej James powinien odpowiedzieć 'nikim' i kazać Constance opuścić budynek. Nic takiego się jednak nie stało. Nie zdążył wydać z siebie pojedynczej głoski, gdy odezwała się zniecierpliwiona Constance.
— Córką! Wyjdź! Raz, raz, nie mamy całego dnia! — krzyknęła ponownie do kobiety, podchodząc bliżej.
Miała ochotę ją zabić. Mała dumna sierotka — pomyślała z pogardą, patrząc na zmieszaną kobietę.
— Wyjdź. — James spokojnym głosem zwrócił się do obcej kobiety. Wyraźnie chciała coś powiedzieć, ale miny obydwojga sprawiły, że ugrzęzło jej to w gardle. Powoli podeszła do drzwi i wyszła z pokoju. James podniósł słuchawkę — dzwoniła sekretarka informująca o najściu. Jakby nie zauważył. 
— Odwołaj — rzucił tylko do telefonu i z trzaskiem odłożył słuchawkę,
Nigdy nie widział Constance w taki stanie. Jej ubranie było brudne i potargane, włosy wyglądały, jakby jakiś ptak postanowił zbudować tam gniazdo, a szpilki zamiast na nogach trzymała w ręce. Do tego ten wyraz twarzy. Zawsze spokojna i opanowana, z drwiącym uśmieszkiem na ustach, teraz zaś wyglądała, jakby za kilka sekund miała wybuchnąć. Mała żyłka na jej skroni pulsowała w niewiarygodnym tempie. 
— Ile od ciebie zażądali!? — warknęła na wstępie.
Nie odpowiedział od razu a to zdenerwowało ją jeszcze bardziej.
— Ile od ciebie zażądali twoi przyjaciele szantażyści!? — krzyknęła tracąc całe swoje opanowanie.
James wpatrywał się w nią uważnie, wyraźnie zaskoczony, że o tym wiedziała. Zauważyła, że sięgnął dłonią do leżącej na pobliskiej szafce butelki, jakby starał się znaleźć sobie pretekst do zwlekania z odpowiedzią.
— Pięć milionów — powiedział po chwili, powoli nalewając sobie whisky.
Sprawiał wrażenie, jakby dobrze wiedział, do czego prowadzi ta rozmowa, chciał przesunąć o chwilę moment, w którym o wszystkim się dowie.
Chociaż Alice mogło się wydawać, że mało obchodziła Jamesa, według Constance wcale tak nie było. Była jedynym oficjalnie uznanym dzieckiem, dzieckiem z którego matką James męczył się na co dzień, i przyszłą spadkobierczynią fortuny. Kochał ją mocniej od wszystkich innych dzieci i od żony. Może nie była to miłość wyjątkowo silna, ale najsilniejsza, na jaką było go stać. 
— To ciesz się, że masz tę kasę, bo w tym momencie nie masz Alice — powiedziała już spokojnie, siadając w fotelu naprzeciw niego.
Mimo sytuacji, jaka wydarzyła się w ciemnej uliczce, mina, która pojawiła się na twarzy Jamesa, sprawiła Constance lekką radość. Nie chciała, żeby Alice stało się coś złego, ale wyraz twarzy mężczyzny, który myślał, że może wszystko i panuje nad światem, w momencie gdy dowiedział się, że tak wcale nie jest, był bezcenny.
Wziął do ręki swój telefon i wybrał numer Alice. Jeżeli ona nie odbierze, to może oni to zrobią.

*   *   *

Alice obudziła się nagle, czując chluśnięcie lodowatej wody. Zaczęła się krztusić, czując, jak zimna ciecz przesiąka przez jej ubrania, jeszcze bardziej ziębiąc jej ciało. Zamrugała powiekami i pokręciła głową, by zsunąć sprzed oczu mokre, pozlepiane włosy. Próbowała sięgnąć do nich ręką, ale odkryła, że jej nadgarstki zostały przykute do osadzonej w ścianie rurki.
Była w jakimś ciemnym, zimnym pomieszczeniu, w mokrych ubraniach i z ograniczoną zdolnością poruszania się. Mimowolnie poczuła rosnący strach.
Gdzie była? O co w tym wszystkim chodziło? Ostatnią rzeczą, jaką pamiętała, był rosły facet łapiący ją w bocznej uliczce i ciągnący w stronę ciemnego samochodu. Później wszystko się rozmywało.
Czyżby została porwana? Jęknęła cicho, próbując się przesunąć. Ciemność rozjaśniał jedynie mdły blask ustawionej na podłodze dużej latarki. Chwilę później Alice usłyszała szelest i ktoś podszedł do niej, szarpiąc ją za włosy i odchylając jej głowę do tyłu.
— Mała Alice Greene — powiedział, kucając tuż przy niej i patrząc prosto w wystraszone oczy dziewczyny. — Wiesz, dlaczego tu jesteś, prawda?
Nigdy w życiu się tak nie bała. Przecież takie rzeczy działy się tylko na filmach!
Nie odpowiedziała, więc wymierzył jej siarczysty policzek. Zapiekło. Zaczęła płakać i szarpnęła nadgarstkami, ale osiągnęła tylko tyle, że obtarła sobie naskórek.
— Twój ojciec jest nam coś winien — powiedział mężczyzna. Było jednak zbyt ciemno, by mogła dokładniej przyjrzeć się jego twarzy. — To, co się z tobą dzieje, to tylko ostrzeżenie. Przedsmak tego, co może się wydarzyć, jeśli nadal będzie próbował uniknąć wypełnienia swojej części umowy.
— To wy mu groziliście? — spytała cicho przez łzy, a jej głos drżał. — Ale ja nic nie wiem! Nie wiem nic o sprawach mojego ojca!
— Nie musisz nic wiedzieć. Wystarczy, że wie twój ojciec.
Mężczyzna puścił jej włosy i odepchnął ją z powrotem w bok. Próbowała się odsunąć, jednak mężczyzna wymierzył jej kilka silnych kopniaków w brzuch i żebra. Alice wrzasnęła, czując nieprzyjemne chrupnięcie, po którym nastąpiła fala bólu.
Miała nadzieję, że Constance zawiadomi ojca o tym, co się stało. Błagała w duchu, żeby ojciec się przejął i ją stąd uwolnił.
Mężczyzna w końcu zostawił ją samą w pomieszczeniu. Zgasił latarkę i wyszedł, zostawiając dziewczynę samą w całkowitej ciemności. Usłyszała jeszcze skrzypnięcie przekręcanego klucza, a potem cichnący szmer oddalających się kroków.
Leżała pod ścianą w niewygodnej pozycji, czując, jak jej ciało coraz bardziej drętwieje. W miarę swoich obecnie ograniczonych możliwości próbowała zmienić pozycję, ale to i tak niewiele jej dało. Wilgotne ubrania jeszcze bardziej wzmagały poczucie chłodu. Całe jej ciało drżało z zimna, a obtarte i posiniaczone nadgarstki coraz bardziej piekły. Gorszy niż dyskomfort fizyczny był tylko strach. Co oni mieli zamiar z nią zrobić? Jak długo będą ją tutaj trzymać?
Godziny mijały. Alice w końcu przestała płakać, bo nie miała na to siły. Po prostu leżała przy ścianie, wpatrując się w ciemną przestrzeń i nasłuchując.
Było jej coraz bardziej zimno i niewygodnie. Poobijane żebra pulsowały bólem, a mięśnie coraz bardziej sztywniały. Po pewnym czasie to uczucie stawało się niemal nie do wytrzymania.
Później znowu usłyszała kroki. Ktoś stanął tuż przy niej i znowu szarpnął ją za włosy. Niemal w tej samej chwili usłyszała znajomy dźwięk. Dzwonek swojej komórki. Mężczyzna trzymał ją w dłoni, i widząc, że Alice go obserwuje, odebrał.
— James Greene. Więc jednak twoja córeczka cię obchodzi — powiedział mężczyzna. — To dobrze. Może to wreszcie uzmysłowi ci, że sprawa jest poważna.
Alice nie była w stanie usłyszeć słów swojego ojca, jednak coś w niej drgnęło. Więc jednak Constance powiadomiła ojca, a ten przejął się wystarczająco, by do niej zadzwonić? W jej oczach błysnęła nadzieja.
— Oczywiście, że ją mamy — powiedział znowu mężczyzna, najwyraźniej odpowiadając na jakieś pytanie Jamesa. — Co zresztą mogę ci zaraz udowodnić.
Przysunął telefon bliżej dziewczyny i niemal natychmiast wymierzył jej mocnego kopniaka w brzuch. Alice krzyknęła i znowu zaczęła płakać. Po drugiej stronie słuchawki, zanim mężczyzna ją zabrał, usłyszała głos swojego ojca i wypowiadane przez niego przekleństwa.
— Tak, to twoja słodka córeczka — odezwał się ponownie facet, pochylając się nad wystraszoną Alice. — Jeśli oddasz nam pieniądze, zwrócimy ci ją i zapomnimy o sprawie. Masz czas do jutra.
Zakończył rozmowę i wyszedł z piwnicy.

*   *   *

Gdy tylko James wybrał numer, Constance wyjęła mu telefon z ręki i włączyła tryb głośnomówiący. Też chciała wiedzieć, jak wyglądała sytuacja Alice. Mimo widocznej na jego twarzy niechęci do przeprowadzania rozmowy przy Constance, pozwolił jej słuchać. 
Lekko krzywiąc się z bólu wstała i podeszła do przyczepionego do boku szafy lustra. Wiedziała, że zaraz opuszczą firmę, postanowiła więc doprowadzić się do względnego porządku. Współczuła Alice, w końcu przez głupotę ojca musiała teraz cierpieć. Spojrzała na niego z wyrzutem, gdy w słuchawce rozległ się krzyk i płacz. Wiedziała, że winny całej sytuacji był James.
Rozmowa trwała której niż się spodziewała. Po jej zakończeniu James ze wściekłością cisnął telefon na biurko i spojrzał na Constance. Jego niebieskie oczy, identyczne jak oczy obydwu córek, rzucały wściekłe spojrzenia, ale twarz wydawała się zadziwiająco spokojna i opanowana. Tylko te oczy oraz rzucenie telefonu zdradziły targające nim emocje.
— Mają ją — powiedział tylko.
Choć był ciągle zajęty i skupiony na egoistycznym zaspokajaniu własnych potrzeb, Constance czuła, że nie mógłby skazać własnego dziecka na taki los. Prawdopodobnie przez cały czas myślał, że uda mu się opóźniać spłatę, że znajdzie sposób, by się z tego wykręcić.
Nagle zwrócił się w jej stronę. W jego spojrzeniu pojawił się wyrzut.
— Powinnaś jej pilnować — mruknął chłodno.
Ojciec miał tendencję do obarczania innych winą za swoje porażki. Uznała jednak, że dla Jamesa cała sytuacja była bardzo niezręczna. Nie chciał rozstawać się z tymi pieniędzmi, choć z pewnością posiadał znacznie więcej niż te kilka milionów, które chcieli od niego uzyskać. A gdyby Alice coś się stało i ktoś dowiedziałby się, że jej ojciec nie zapłacił za nią, choć było go na to stać... Jego opinia, o którą tak dbał, ległaby w gruzy, wskutek czego straciłby jeszcze więcej, niż straci w przypadku przełknięcia swojej dumy i spełnienia żądań. Gdy zapłaci, prawdopodobnie tylko na tym się skończy, a ponadto on odzyska Alice. Jeśli ktoś się dowie, będzie postrzegany w dobrym świetle, jako kochający ojciec, któremu udało się wydrzeć dziecko z rąk bezwzględnych oprychów.
Wciąż zirytowany, wstał zza biurka i chwyciwszy rzucony wcześniej telefon, ruszył w stronę wyjścia. Nawet nie oglądał się na Constance, która natychmiast ruszyła za nim. Dogoniła go tylko dlatego, że czekał na windę. Nie zwracając uwagi na dwie osoby jadące razem z nimi, zdjęła dziurawe rajstopy. Wolała czuć zimno, niż wyglądać jak bezdomna. Opierając się o ramię Jamesa, założyła buty.
— Mam jechać z tobą? — zapytała, gdy winda zatrzymała się, a jeden z ich towarzyszy wysiadł. Zamiast jej odpowiedzieć, westchnął głęboko, wyraźnie zniecierpliwiony. Chciał już wszystko załatwiać, a nie jeździć po piętrach i tracić czas na rozwożenie swoich pracowników.
— Odpowiedz — powiedziała głośniej, uderzając go lekko w ramię.
— Nie musisz — odezwał się po chwili, gdy winda zatrzymała się na parkingu podziemnym.
— W takim razie jadę. Zaczekaj na mnie — krzyknęła idąc kilka kroków za nim.
Opuścili firmę i wsiedli do jego ulubionego, drogiego samochodu o czarnej karoserii i siedzeniach obitych jasną skórą. James wyraźnie nie chciał, żeby Constance z nim jechała, ale nie miał siły się z nią wykłócać.
Myślała, że pojadą do banku, by wybrać gotówkę. Zamiast tego skierowali się w stronę Central Park West. Lewych pieniędzy nie trzyma się w banku, pomyślała Constance, uśmiechając się krzywo.
— Mi też weź stówkę — powiedziała nagle.— Przyjechałam do ciebie taksówką, czego nie przewidziałam w moim miesięcznym budżecie.
Nie powiedział nic. Spojrzał na nią, jak na kompletną idiotkę. Sprawa rozgrywała się o miliony, a ona chciała sto dolarów.
Nie odezwał się przez resztę drogi, Constance też milczała. Gdy dojechali na miejsce, została w samochodzie, a James ruszył do swojego apartamentu. Wrócił po pół godzinie, niosąc czarną walizkę. Na kolana Constance rzucił plik banknotów.
— Nie widziałaś i nie słyszałaś niczego dziwnego.
Zdziwiona, wzięła pieniądze do ręki, próbując określić, ile dostała. Dziesięć tysięcy? Płacił jej za odpowiednie milczenie. Nic o lewych interesach, nic o lewych pieniądzach. Wyjęła sto dolarów z pliku, a po chwili zastanowienia dołożyła dodatkowe pięćset.
— Biorę za taksi i na nowy płaszcz. Reszty nie chcę. O milczeniu nic nie słyszałam. — powiedziała, chowając resztę gotówki do schowka samochodowego przed sobą.
Kiwnął głową, dając do zrozumienia, ze rozumie. Spodziewał się tego. Constance zawsze podkreślała swoją niezależność. Szanował ją za to.
— Dzwonić, czy czekać? — zapytał córki. Pierwszy raz w życiu nie wiedział, co powinien zrobić.
— Dzwoń. 
Wziął do ręki telefon i wybrał numer Alice. Po kilku minutach zakończył rozmowę.
— Będą na mnie czekać o dwudziestej pierwszej poza miastem — powiedział, zanotowując w pamięci adres.
Zerknął na zegarek. Niedawno minęła dziewiętnasta. Alice od wielu godzin znajdowała się w rękach tych typów.

*   *   *

Godziny mijały. Nastolatka wciąż leżała w zimnej i stęchłej piwnicy, skutecznie unieruchomiona przy rurce. Przez większość czasu była sama, ale regularnie odwiedzał ją któryś z mężczyzn.
Próbowała ich ignorować i wtulała się mocniej w lodowatą, wilgotną ścianę, ale kiedy nie odpowiadała na pytania, bili ją i szarpali, by sprowokować ją do reakcji. Pytali głównie o ojca, ale dziewczyna nie wiedziała praktycznie nic o jego sprawach.
— Przysięgam, że nic nie wiem! — krzyczała.
Jej głos brzmiał chrapliwie, a oddychanie sprawiało ból; chyba miała połamane żebra.
Mężczyzna, który aktualnie dotrzymywał jej towarzystwa, był wyjątkowo popaprany. Kiedy dziewczyna w swojej niezdarnej pozycji go kopnęła, przycisnął ją mocniej do ściany i dźgnął ją czymś ostrym w bok. Alice krzyknęła, ale mężczyzna przesunął ostrze po jej skórze, zostawiając w niej niezbyt głębokie, ale długie na kilka centymetrów rozcięcie, z którego szybko zaczęła sączyć się krew, dziwnie gorąca w kontakcie ze zziębniętą skórą.
— Chyba się pogniewamy, maleńka — wymruczał jej wprost do ucha.
Alice zamknęła oczy i zwinęła się w kłębek. Mężczyzna sięgnął dłonią w jej kierunku i powoli wsunął palec w rozcięcie, mocno przyciskając ranę, póki nie usłyszał wrzasku bólu. Krew zaplamiła jego dłoń, ale zlizał ją z lubością, wpatrując się w kredowobiałą twarz płaczącej dziewczyny.
— Wciąż czekamy na wiadomość od twojego kochanego ojczulka — odezwał się ponownie mężczyzna.
Alice próbowała dostrzec w ciemności jego twarz, ale stojąca w pobliżu latarka była nakierowana na nią, by to mężczyzna mógł widzieć ją, nie ona jego. To, że ukrywali swoje twarze, dawało jej jednak nadzieję, że planują ją uwolnić. Jednak wciąż milczała.
— Ale James Greene milczy. Wkrótce możemy naprawdę się pogniewać — ciągnął dalej facet, przesuwając zakrwawionymi palcami po jej policzku. — Nie chciałabyś tego, prawda?
Nastolatka pokręciła głową.
— Jak myślisz, czy twój ojczulek potraktuje nas poważnie?
Zamrugała oczami, ale nie wykonała żadnego innego ruchu. Nie miała pojęcia, co teraz robił jej ojciec.
Mężczyzna jeszcze przez chwilę siedział przy niej, ale w końcu wyszedł. Alice powitała z ulgą moment, kiedy została sama, mimo że gęsta ciemność budziła w niej taki lęk, i nie było już nic, co odwracałoby jej uwagę od bólu.
Jakieś dwie godziny później do piwnicy zszedł inny facet, ten sam, który wcześniej przyniósł jej telefon.
Złapał ją mocno za szyję i odwrócił jej głowę w swoją stronę.
— Twój tatuś dobrze się spisał.
Alice nieoczekiwanie została odpięta od rurki i szorstko wywleczona z piwnicy, niepewna swojego dalszego losu. Czy James zrobił to, co mu kazali? Czy zostanie wypuszczona? O innej alternatywie nie chciała myśleć.
Została załadowana do bagażnika jakiegoś samochodu. Było tam bardzo ciasno i ciemno, nie mogła się w żaden sposób wydostać. Ciasnota w połączeniu z nasilającym się bólem towarzyszącym jej podczas oddychania sprawiła, że momentami miała wrażenie, że się dusi. Początkowo próbowała się rzucać i waliła rękami w ściankę, ale w końcu przestała. To i tak nie miało sensu.
Wydawało jej się, że jadą przez jakiś czas, by potem pojazd nagle się zatrzymał. Silnik ucichł, a Alice wychwyciła trzask otwieranych i zamykanych drzwi samochodu. Zaskrzypiał bagażnik, a chwilę później poczuła powiew świeżego, zimnego powietrza.
Natychmiast wzdrygnęła się z zimna. Jęknęła cicho, kiedy czyjeś silne ręce złapały ją i wyrzuciły na chodnik.
— Jeśli Greene znowu nas oszuka, nie będziemy już tacy łaskawi — warknął ktoś do jej ucha. 
Alice zwinęła się na ziemi w kłębek w tym samym miejscu, gdzie ją rzucono. Była poobijana, zakrwawiona i zziębnięta. Nie wiedziała nawet, gdzie się znajdowała, ale jakiś czas później wydawało jej się, że ktoś się nad nią pochylał. Zauważyła drogą marynarkę i niebieskie oczy, identyczne jak jej własne.
James Greene zaskakująco ostrożnie wziął ją na ręce i zabrał do swojego samochodu.



Alice&Constance

________________________________________________________

[Mam nadzieję, że mimo wszystko ktoś dał radę przeczytać ;). Lubię komplikować postaciom życie - wtedy jest ciekawiej. W niektórych wątkach wykorzystuję już ten motyw. Do napisania postu zainspirowały mnie wątkowe ustalenia z jedną z autorek, a w wątku z autorką Constance pomysł został dopracowany. Post jest naszą wspólną pracą. Autorko Constance, dziękuję za ciekawy i inspirujący wątek ^^.]

27/12/2014

1990. I wish you a Merry, Merry Christmas...

— Pomogę ci z krawatem. — Danielle ubrana w ciemnoniebieską sukienkę, którą specjalnie kupiła na świąteczny obiad, podeszła do męża bawiącego się skrawkiem materiału zdecydowanie zbyt długo. Parę lat wstecz przyjąłby gest żony z wdzięcznością i pozwolił na to, aby przydusiła go eleganckim krawatem, dzisiaj jednak cofnął się o krok i nawet nie spojrzawszy na szatynkę, pokręcił lekko głową.
— Poczekaj w samochodzie, zaraz zejdę — odpowiedział cicho, starając się skupić myśli na czymś przyjemniejszym niż kolejne spotkanie z wiecznie naburmuszonym ojcem. Nie dopuszczał do siebie pewnych skojarzeń, że to on z dwójki synów Georga przypomina właśnie seniora i na pewno będzie równie burkliwym gburem, co i najstarszy z Parrishów.
Kątem oka dostrzegł, jak Danielle powoli wycofuje się z sypialni, którą od kilku miesięcy zajmowała wyłącznie ona. Mason chciał uniknąć wizyty w ich wspólnym domu, ale uznał, że tylko w ten sposób przynajmniej częściowo przyzwyczai się do obecności małżonki. Nie usłyszał co mówiła kobieta, kiedy opuszczała pokój, ale już po chwili do jego uszu doszedł stukot jej obcasów, dając mu tym samym znak, że Dani schodzi po drewnianych, wypolerowanych schodach.
Przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze, skrzywił się, rozplątał nieudany supeł i spróbował zawiązać go od nowa. Dlatego nienawidził „świątecznych” krawatów, które w przeciwieństwie do tych z pracy nigdy nie były już związane.
— Niech to szlag! — warknął i rzucił granatowy materiał na ziemię, poprawiając koszulę, na którą zarzucił czarny płaszcz i szybko opuścił dom, z niezbyt zadowoloną miną zajmując miejsce kierowcy w swoim samochodzie. Kompletnie zignorował komentarz żony dotyczący braku krawatu i z piskiem opon odjechał spod budynku, nerwowo zerkając na zegarek.



Od kilku lat święta w rodzinnym domu Parrishów wyglądały podobnie – dorośli synowie odwiedzali rodziców w Boże Narodzenie i tylko na przestrzeni lat zmieniała się ilość osób zasiadających przy suto zastawionym stole. Najpierw do ich grona dołączyła Danielle, żona Masona, później Elizabeth, wybranka młodszego z braci, a od dwóch lat razem z nimi świętowały także dwie małe dziewczynki, Maxine i Leslie, które swój pierwszy bożonarodzeniowy obiad niemalże w całości przespały. Co roku jednak mimo różnorodnych relacji panujących w tej rodzinie, spotykali się wszyscy w pięknie przystrojonym domu na obrzeżach Nowego Jorku, punktualnie o piętnastej, by już o godzinie szesnastej zasiąść do stołu, a następnie zająć się rozpakowywaniem prezentów.
Gdy żółta taksówka zaparkowała na podjeździe, Mary wyszła na ganek, przy okazji wypuszczając na zewnątrz owczarka niemieckiego, który podbiegł do samochodu, szczekając przy tym aż za głośno. Pierwsza wysiadła Elizabeth i pomachawszy teściowej, zajęła się wypinaniem bliźniaczek z fotelików. Neil zaś zgasił silnik, chwilę jeszcze pogrzebał w schowku, sprawdzając, czy wszystko jest na miejscu i dopiero wtedy opuścił taksówkę. W tej chwili owczarek momentalnie stracił zainteresowanie młodą kobietą pochyloną nad jedną z bliźniaczek i podbiegłszy do mężczyzny, zaczął wokół niego skakać. Neil, chcąc uniknąć wywrócenia, przykucnął i wyściskał dawno niewidzianego czworonoga, a kiedy ten dał upust radości i wreszcie nieco się uspokoił, blondyn pomógł żonie uporać się z fotelikami.
— Masona jeszcze nie ma? — spytał Neil, kiedy już dziewczynki zostały oswobodzone z fotelików i teraz, jako że już wszyscy znaleźli się na ganku, skakały wokół nóg babci nie gorzej od psa, który jeszcze niedawno robił to samo, tyle że z Neilem.
— Jeszcze nie, ale niedługo powinien być. Jakiś czas temu zadzwonił i powiedział, że już wyjeżdżają. — Mary uśmiechnęła się promiennie, przez co siateczka zmarszczek zdobiąca jej twarz nabrała wyrazistości, lecz to tylko dodało kobiecie uroku. Wyściskana przez syna na powitanie i ucałowana przez synową, zagoniła wszystkich do środka.
— Cholera, zapomniałem! — zawołał Neil dokładnie w tym momencie, w którym zamknęły się za nimi drzwi. — Prezenty! — wyraźnie, aczkolwiek bezgłośnie poruszył wargami, tak, by Elizabeth bez problemu zrozumiała, o co mu chodzi. Nie potrzebowała więcej wyjaśnień i razem z babcią zaciągnęła bliźniaczki do kuchni, podczas gdy Neil wyszedł na zewnątrz z zamiarem opróżnienia bagażnika i zaniesienia wszystkiego pod choinkę. Pochylony nad samochodem, wyciągał pakunki, kiedy ostry dźwięk klaksonu sprawił, że podskoczył i uderzył się głową o podniesioną klapę.
— Ale z ciebie żartowniś… — mruknął na widok samochodu brata i rozmasował lekko pulsujące bólem miejsce.
Podjeżdżając pod ogromny dom rodziców Mason nie mógł nie powstrzymać się i nie dokuczyć młodszemu bratu, żeby jako tako poprawić sobie humor i z uśmiechem na ustach przekroczyć próg. Danielle zabrała z tylnego siedzenia kilka kolorowych torebek z upominkami dla dorosłych, a Masonowi w udziale przypadły dwa spore pudła opatrzone imionami bliźniaczek. Nie zdziwił się wcale, kiedy żona pomaszerowała prosto do domu, aby prędko podłożyć prezenty pod choinkę, zostawiając braci samych sobie.
Mason nadal nie mógł wyjść z podziwu z jaką łatwością Danielle od samego początku wkupiła się w łaski jego rodziców. Ojciec był przeszczęśliwy mając taką synową, a utraty dziecka bardziej współczuł właśnie jej niż swojemu synowi, a Mary kochała równie mocno obie synowe i ciągle nagabywała Dani nie mogąc doczekać się kolejnych wnuków.
— Chyba będziesz miał guza — skwitował krótko, podchodząc do brata, kiedy pod pachami niósł niezbyt ciężkie kartony owinięte w kolorowy, strojny papier. — Dopiero przyjechaliście? — spytał i pomógł Neilowi jakimś cudem zamknąć bagażnik, ale przystanął na chwilę w miejscu, bo wcale nie było mu prędko do powitań z rodzicami, a tym bardziej z ojcem.
— Chyba?! Już go mam — jęknął blondyn, robiąc przy tym zbolałą minę, w rzeczywistości jednak obrażenia, których doznał nie były aż tak poważne i po początkowo nieprzyjemnym uczuciu pozostało jedynie tępe pulsowanie, które spokojnie można było wytrzymać, a i ono pewnie ustanie po jakimś czasie. — Tak, jakieś pięć minut temu — przytaknął i zerknął na ustawione obok samochodu pakunki. Oczywiści i w jego przypadku to prezenty dla bliźniaczek były największe, więc ustawił jeden na drugim, na nich z kolei poukładał zdecydowanie mniejsze paczuszki dla dorosłych, uznając, że jakoś doniesie tę konstrukcję do domu.
— Mama nas przywitała, ojciec nie wyściubił nosa — oznajmił po chwili milczenia, jakby tym samym odpowiadając na obawy brata. Zresztą i on nie miał ochoty na spotkanie akurat z tym rodzicem, dobrze wiedząc, że George zwyczajowo będzie niezadowolony z obydwu swoich synów. Neil nawet kiedyś zastanawiał się już nad tym, czy ten człowiek kiedykolwiek był w swoim życiu z czegoś usatysfakcjonowany. Pewnie tak, ale częściej zdarzało się to z powodu pracy, a do rodziny jakoś zawsze można było się przyczepić.
— Dlatego nigdy nie mogłem doczekać się świąt — dodał po chwili Mason, z nutką ironii w tonie głosu i spojrzał na brata, kręcąc przy tym lekko głową. Był znacznie mniej obładowany pakunkami niż Neil, więc otworzył drzwi i przepuścił go przodem, aby w spokoju, dopóki bliźniaczki nie zarejestrują ich przyjścia, podłożyć prezenty pod świąteczne drzewko, które było największym okazem przepychu. Złote i czerwone ozdoby, zero odstępstw od normy – Mason odnosił nawet wrażenie, że każda bombka co roku jest w tym samym miejscu. Kiedy już pudła dla bliźniaczek ulokował w najmniej widocznym miejscu i wstał z kolan, usłyszał ciche chrząknięcie. Odwrócił się i trafił na karcące spojrzenie matki, która musiała dostrzec brak krawatu pod kolor sukienki Danielle.
— Gdybym tylko wiedziała, że będę miała tak cudownych i zaradnych synów, to zostałabym pisarką i opisała ich pełne sukcesów życia… — oznajmiła rozentuzjazmowana i przytuliła pierworodnego, a po krótkiej chwili wszyscy mogli poczuć zapach tytoniu docierającego z ojcowskiej fajki.
— Pełne sukcesów życia… — parsknął, kiedy tylko wyciągnął fajkę spomiędzy warg. — Musiałabyś chyba nieco podkoloryzować ich wyczyny, żeby było chociaż cokolwiek o czym po…
— George’u Parrish!
Mało kiedy drobna i kochana Mary zbierała się do takiego krzyku, ale tylko w ten sposób mogła ujarzmić największą marudę na jaką udało jej się trafić. Ze sporego holu dobiegały głosy dwóch młodych kobiet, które chyba usilnie próbowały złapać bliźniaczki i w końcu je rozebrać, a w przestronnym salonie panowała teraz grobowa cisza.
— Tobie też wesołych świąt, tato… — Mason przerwał ciszę i pewnie byłoby to nic takiego, ale te słowa wymagały od niego odwagi, a wszyscy doskonale wiedzieli, że niewiele osób nie bało się postawić seniorowi tejże rodziny.
— A ja nie mogę się doczekać, aż mama napisze o nas ten bestseller — dodał Neil z przekąsem, wyrastając zza pleców brata, bo dopiero teraz skończył układać pod choinką wszystkie prezenty. Ojciec, widząc spojrzenie matki, które nie wróżyło niczego dobrego, wolał strategicznie zamilknąć, lecz i tak zerkał na synów spod byka, jakby nie mogąc się doczekać, kiedy w spokoju będzie mógł im szczegółowo wygarnąć, co w tym roku źle zrobili. Jednakże, to właśnie na tej krótkiej wymianie zdań skończyło się ich powitanie, które z roku na rok wyglądało jedynie coraz gorzej, mimo iż Mary co rusz starała się jakoś załagodzić konflikt pomiędzy swoim mężem a dziećmi.
Atmosfera w pięknie przystrojonym salonie momentalnie zgęstniała, lecz bliźniaczki okazały się lekiem na wszystko. Wpadły do pomieszczenia z dzikim piskiem, wciąż kompletnie ubrane – jedynie kurteczki dały sobie rozpiąć, nic poza tym.
— Neil, może weźmiesz je na spacer? — poprosiła Elizabeth, która podążała w krok za córkami i posłała blondynowi błagalne spojrzenie, jakoś nie mogąc zapanować nad szkrabami. Maxine i Leslie były zdecydowanie zbyt podekscytowane i Neil od razu przystał na pomysł Bethy, dobrze wiedząc, że na dworze dziewczynki na pewno się zmęczą i przy stole będą już znacznie spokojniejsze, później zaś względnie szybko zasną.
— Idziesz ze mną? Weźmiemy psa — zaproponował, zerkając na brata, po czym zachwiał się lekko, bo bliźniaczki postanowiły zakończyć swój szalony bieg i wyhamować na jego nogach. Mason nie potrzebował większej zachęty, od razu twierdząco skinął głową i Neil skierował córki do hallu, przy okazji zawoławszy nieustannie kręcącego się w pobliżu owczarka. Niestety, nie dane im było szybkie wyjście. Na schodach pojawiła się nieobecna do tej pory ciotka Dorothy, wołając, by jeszcze momencik poczekali. Z powodu tuszy zejście na dół zajęło jej dłuższą chwilkę, gdyż bardzo ostrożnie pokonywała każdy stopień, posapując przy tym cicho i bracia mieli wystarczająco czasu, by dostrzec w jej rękach dwie torebki na prezenty. Wymieniwszy znaczące spojrzenia, nie do końca cierpliwie poczekali, aż Dorothy do nich podejdzie.
— Nie ma co zwlekać z wręczeniem takiego prezentu. Wy swoje dostaniecie później! — oznajmiła, w ręce najmłodszego Parrisha wciskając pakunki. Neil zajrzał do środka i aż cmoknął, zdziwiony, gdyż w środku nie znalazł swetrów, które dostawali co roku. Dorothy za to zrobiła kompleciki dla bliźniaczek, na które składały się szalik, czapka i rękawiczki, a każda z tych rzeczy była oznaczona pierwszą literą imienia dziewczynek, oczywiście odpowiednio dla Leslie było to „L”, a dla Maxine „M”. Neil podziękował, przywitał się z ciocią, pozwalając jej się wyściskać i wycałować, a kiedy Mason przeszedł przez tą samą procedurę, wręczył bratu jeden z kompletów. Gdzieś przed oczami mignęła mu czerwona wstążeczka, więc chwycił rozbrykaną dziewczynkę i ubrał ją w rzeczy oznaczone literą „M”, podczas gdy Mason właśnie starał się przyodziać Leslie. Szkoda tylko, że żaden z nich jeszcze nie wiedział, jak bardzo właśnie się pomylili…
I Mason był zdziwiony, kiedy w torebkach nie dostrzegł drapiących swetrów, a zadziwiająco ładne, choć nieco krzykliwie, kompleciki z przyjemnej w dotyku wełny. Nie skomentował tego na głos, tylko przykucnął przy jednej ze swoich bratanic, wierząc Neilowi, że ten dokonał słusznego wyboru, każąc mu ubrać właśnie Leslie w komplecik z literkami „L”.
— Teraz przynajmniej będziesz je odróżniał na spacerach. — Spojrzał na brata, jakby chciał mu dać do zrozumienia, że przecież je spłodził, a nie potrafił rozpoznać. Karygodne. — McBeal! — zawołał, choć niepotrzebne, bo owczarek stał już przy drzwiach, a kiedy tylko te otworzyli, wybiegł na podwórze i nikogo nie zdziwiło, że bliźniaczki pognały za nim, próbując złapać wielkie psisko.

— Konik! — krzyknęła Maxine i mogli być pewni, że to właśnie ona. Mason zmarszczył przy tym czoło i sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza, wyciągając paczkę papierosów.
— Mogę? Dopóki mama nie widzi… — spytał, bo nie był pewien, czy Neil nie ma nic przeciwko temu. Dziewczynki były stosunkowo daleko, ganiając między eleganckimi rabatami swojej babki i wpadając co rusz na niewysokie krzewy.
— Pewnie — odparł krótko blondyn i wsunął ręce do kieszeni, wzrokiem sunąc za dziewczynkami, które tego dnia miały nadzwyczaj dużo energii. Albo ganiały siebie wzajemnie, albo biegały za rozbrykanym owczarkiem, a kiedy tylko pies zatrzymywał się na moment, próbowały na niego… wsiąść. Nie bez powodu chwilę wcześniej Maxine radośnie krzyczała o koniku. Póki co jednak wszystkie próby bliźniaczek uczynienia z McBeal’a swojego wierzchowca były nieudane, więc Neil nie interweniował, mając zamiar zrobić to dopiero, gdyby którejś z jego córek faktycznie udało się przejechać na psie, bo tak jak prawdopodobnie nic by się im nie stało, tak wolał nie testować cierpliwości siedmioletniego owczarka niemieckiego.
— Danielle wydawała mi się jakaś przygnębiona…? — zagadnął, kątem oka zerkając na palącego Masona. Nie zdążył porządnie przypatrzyć się bratowej, lecz mimo wszystko dostrzegł w jej twarzy coś, co kazało mu na dłużej zatrzymać na niej wzrok. Nie potrafił jednak określić, o co chodzi, gdyż zaraz wyszli z bliźniaczkami na zewnątrz.
Czasami Mason zastanawiał się, jakim cudem jego brat może być tak spostrzegawczy, kiedy musi mieć oczy dookoła głowy, by tylko móc przypilnować córki. Starszy Parrish zaciągnął się papierosem i tylko parsknął czymś, co pewnie miało być śmiechem, bo jak zwykle uchodził za człowieka rodzinnego i radosnego, tak dzisiaj cechy te głęboko schował pod swoim płaszczem, ewidentnie nie będąc w nastroju do familijnych schadzek.
— Jesteśmy w separacji — mruknął po chwili i spojrzał na brata, który uważnie obserwował fikające dziewczynki, a jednej z nich w pewnym momencie prawie udało się wskoczyć na owczarka, który był nadzwyczaj cierpliwym stworzeniem, ale jak wiadomo – każda cierpliwość ma swój kres. — Nie mów ojcu. Dobrze wiemy, że on nie uznaje półśrodków — dodał spokojnie, jakby przekazał Neilowi właśnie wiadomość o tym, że nie wypastował rano butów.
— W separacji?! — Neil zachłysnął się chłodnym powietrzem, co podrażniło jego gardło na tyle, iż musiał odkaszlnąć parę razy. Poradziwszy sobie z nieprzyjemnym drapaniem, przekręcił głowę tak, by móc uważnie spojrzeć na brata, na moment przestając czujnie obserwować córki. — Ale… dlaczego? — spytał, nie kryjąc zaskoczenia, które póki co było dominującym uczuciem, lecz gdzieś tam w jego wnętrzu już kryły się smutek i rozczarowanie. — I od kiedy? — dorzucił o wiele bardziej ponuro, nagle zdawszy sobie sprawę z tego, że Mason zapewne trzymał wszystko w ukryciu już od dłuższego czasu. Wiadomość ta bardzo go zaskoczyła, bo może i widział, że w małżeństwie starszego Parrisha nie dzieje się najlepiej, lecz nie domyślał się, nie podejrzewał nawet, że zaszło to tak daleko.
— Od paru miesięcy. Dobrze wiesz dlaczego, to w ogóle nie miało sensu po tym, jak urodziła… — urwał, bo nie potrafił wspominać utraconego dziecka. Z zazdrością, choć tylko momentami, spoglądał na to, jak Neil obskakiwany jest przez dwie córeczki, jak rosną i jak dokazują. Jednak sam zaprzestał starań, bo nie chciał po prostu myśleć o swoich niepowodzeniach, a co paradoksalne – nadal walczył o to małżeństwo, bo kompletny rozpad tego związku byłby kolejną porażką w wydaniu Masona. A z dwóch braci to on gorzej znosił krytykę ojca.
— To było dziewięć lat temu — odparł sucho Neil i odwrócił się od brata, tylko pozornie skupiając wzrok na bawiących się bliźniaczkach. W rzeczywistości nie widział nic poza rozmytym obrazem. — Od tamtej pory mogliście spróbować jeszcze wiele razy — dodał cicho. Zwykle zawsze uważał, że wina leży po obydwu stronach, lecz w tym przypadku miał co do tego poważne wątpliwości i wydawało mu się, że szala przechyla się na stronę Masona. Sam mógł tylko wyobrazić sobie, jak bardzo musiała boleć strata nowonarodzonego dziecka, lecz zamiast się od siebie odsuwać, Danielle i Mason powinni się wspierać. Tymczasem jego brat odpychał żonę jakby… Jakby to była jej wina? Neil skrzywił się, mocno marszcząc brwi.
— Chyba nie uważasz, że to wina Danielle? — spytał szorstko, bo też nigdy otwarcie nie rozmawiali na ten temat, dopiero teraz wszystko jakby wypłynęło na wierzch, takie nie na miejscu przy tej świątecznej atmosferze i radosnych śmiechach dziewczynek w tle.
— Chyba nie uważasz, że obwiniam o to kogokolwiek? — wycedził powoli i cicho, rzucając niedopalonego papierosa na ziemię, gdzie przydeptał go butem. Mógł mówić co chciał, ale jednak prawda była inna. W pierwszej kolejności Mason obwiniał Danielle, bo nie chciała próbować od razu, ona początkowo pogrążyła się w rozpaczy, a kiedy zmieniła nastawienie, to do Masona dotarło, co tak naprawdę się stało. Obwiniał też lekarzy. A po tylu latach oprócz obwiniana zostało mu gdybanie i zero chęci do poprawy czegokolwiek. Danielle się starała, była wzorową pacjentką ich terapeutki, Mason zaś – najgorszym z możliwych przypadków.
— Próbowaliśmy… — urwał, bo jego wzrok przykuł niespodziewanych widok. Widok, na który odebrało mu mowę. Szturchnął tylko lekko brata, dziękując sytuacji za przerwanie niewygodnej rozmowy.
— Tak to z boku wygląda — zdążył tylko powiedzieć, kiedy szturchnięty przez Masona, został zmuszony do zogniskowania wzroku. A kiedy zobaczył, co się dzieje, niewiele myśląc, puścił się biegiem w stronę owczarka, na którego grzbiecie siedziała przeszczęśliwa dwuipółlatka. — Leslie, schodź natychmiast! — krzyknął nim jeszcze dobiegł na drugi koniec ogrodu, gdzie też miała miejsce ta niecodzienna scena. Wtem jednak pod jego nogami pojawiło się opatulone dziecko, kręcąc się nieco nieporadnie z powodu grubej warstwy ubrań.
— Wołałes? — spytała Maxine, na co wyraźnie wskazywała literka „M” wyszyta chociażby na jej nowej czapeczce. Neil, skonsternowany, przystanął na moment, bo też wołał do Leslie, a przy nim momentalnie zjawiła się starsza z bliźniaczek, druga zaś w dalszym ciągu kompletnie go ignorowała, krzykami popędzając swojego „konika”. Teraz jednak nie miał na to czasu, wyminął córkę i ruszył na ratunek ni to psu, ni to własnemu dziecku. W kilku susach znalazł się przy powoli poruszającym się z powodu dodatkowego obciążenia owczarku i natychmiast ściągnął blondyneczkę z jego grzbietu, chwytając ją pod pachy. McBeal jakby niczego nie zauważył, bo tylko pognał w stronę Masona, radośnie merdając ogonem.
— Leslie, nie wolno tak się bawić! — powiedział ostro i wyraźnie, by dziewczynka wiedziała, że źle zrobiła. McBeal był przekochanym psem, ale kto wie, ile trzeba było, by dzieci przekroczyły pewną niewidzialną granicę i skończyłoby się na tragedii?
— Lesi tam! — oznajmiła stanowczo dziewczynka, wskazując na Maxine zmierzającą w stronę wujka i próbującą przegonić owczarka. Tymczasem nad głową Neila zapaliła się ostrzegawcza lampka. Czyżby źle ubrali bliźniaczki? Cóż, wszystko na to wskazywało, bo maluchy jeszcze nie wpadły na to, by oszukiwać rodziców, która z nich to która.
Mason nawet nie zdążył się zastanowić nad odpowiedzią brata, nigdy też nie zastanawiał się nad tym jak wyglądało to z boku. Przecież udawali, ba, grali świetne małżeństwo. On i Danielle byli niemal idealni w towarzystwie, nigdy się nie kłócili, zawsze ją lekko obejmował lub pozwalał kobiecie ujmować swoje ramię.
Teraz przyglądał się jednak scenie, która wydawała się być wyrwana z najlepszej amerykańskiej, świątecznej komedii. Nie bardzo rozumiał, dlaczego na zawołanie ojca podbiegła do niego Maxine i biegła teraz w jego stronę. Maxine, która miała być Leslie, ale była Maxine, bo ta, która powinna być Maxine, tak naprawdę była Leslie… Nie ogarnął, nawet nie próbował sobie tego wytłumaczyć, po prostu kucnął i złapał w swoje objęcia jedną z bliźniaczek, już nieważne jak miała na imię.
— Ujo! — zawołała dziewczynka i objęła jego szyję, kiedy się prostował i podchodził do swojego brata. McBeal niespiesznie szedł obok niego.
— Wiesz co, Neil? Chyba Elizabeth musi je odróżnić, bo już nie rozumiem… — stwierdził nieco zmieszany, pozwalając bratanicy szarpać włosy, które w domu czesał dobre pół godziny!
— Powiem ci, że ja też się zgubiłem — wyznał strapiony Neil i westchnął ciężko, teraz już przekonany, że do końca swoich dni nie nauczy się rozróżniać dzieci. Mógł mieć tylko nadzieję, że jeśli jeszcze kiedyś, w niedalekiej przyszłości jemu i Elizabeth zamarzy się kolejne dziecko, ostatecznie nie okaże się, że trafi im się kolejna para bliźniąt, ponieważ tego młodszy Parrish by nie przeżył.
— Wracajmy do środka — zarządził, a że Maxine lub Leslie znajdowała się na rękach u wujka, a Leslie lub Maxine była niesiona przez samego Neila, to poszło im to wyjątkowo szybko. Tym razem bliźniaczki dały się rozebrać i bez komplecików uszytych przez ciotkę Dorothy były już kompletnie nie do rozróżnienia, choć czy miało to jakiekolwiek znaczenie, skoro nawet za ich pomocą mężczyźni nie mogli sobie poradzić?
Starszy z braci puścił w końcu jedną z córek Neila i sam ściągnął płaszcz, odwieszając go w ukrytej w przedpokoju szafie. Matka nigdy nie lubiła mieć ciuchów na wierzchu, więc dom był pełen skrytek, o których jej synowie lub mąż zapomnieli, czy też od początku nie mieli bladego pojęcia o ich istnieniu. Mason tylko spojrzał na Neila, który szamotał się z szalikiem i ruszył do jadalni, gdzie stół był już nakryty, Elizabeth odganiała bliźniaczki od choinki, które bardzo chciały dostać po jednej szklanej bombce, a Danielle temu wszystkiemu przyglądała się z jakimś tęsknym wyrazem na twarzy, na co Mason tylko westchnął, powoli podchodząc do żony.
— Wszystko w porządku?
Kobieta w odpowiedzi potaknęła tylko głową, a potem ze śmiechem dołączyła się do zabawy polegającej na złapaniu dziewczynek, chcących usilnie coś dzisiaj stłuc. Matka niosła talerz z ostatnim daniem, ojciec zjawił się zaraz za nią, przyglądając się etykiecie wina, jakby i jego pochodzenia czy też rocznika chciał się uczepić.
— Może już usiądziemy w spokoju? — spytał George Parrish, rzecz jasna oczekując bezwzględnego posłuszeństwa.
Ciotka Dorothy już dawno siedziała przy drugim końcu stołu jako gość honorowy i niecierpliwie czekała na pozostałą część familii, bo na pewno była bardzo głodna, a jej oczy już jadły to, co pięknie prezentowało się na stole. Nikt nigdy nie ukrywał, nawet sama Dorothy, że jest okropnym obżarciuchem a walka z nadwagą nigdy nie wychodziło jej na dobre. Nie przyjmowała też do siebie próśb bliskich osób, twierdząc, że długo nie pożyje, a nie chce umierać głodna.
— Siadajcie, siadajcie. Wszystko wystygnie! — zawołała jakby w panice, prędko chwytając widelec.
Neil od razu ruszył do stołu i zajął miejsce, które wskazała mu matka, a tymczasem Elizabeth i Danielle usadziły na krzesłach także bliźniaczki, których głowy ledwo co wystawały nad stół, właściwie ponad jego krawędzią były widoczne jedynie ich nieustannie skaczące kucyki. Nie było to jednak problemem, gdyż Leslie i Maxine miały skosztować i tak zaledwie niewielką część tego, co znajdowało się na blacie – większość potraw nie nadawała się na ich dziecięce brzuszki.
W momencie, w którym wszyscy zasiedli przy stole zapanowała niezręczna cisza. Mary jednak zdawała się nią nie przejmować i poprosiła męża o pokrojenie indyka, który oczywiście stał w samym centrum bogactwa złożonego z wszelkiego rodzaju wymyślnych potraw. Jak na dobrego, wzorowego wręcz gospodarza przystało, George chwycił ostry nóż, bo przecież nikt nie mógł sobie poradzić z tym zadaniem lepiej niż on, a po chwili Mary zajęła się nakładaniem mięsa na talerze, kompletnie głucha na prośby o mniejsze porcje. Nie minęła kolejna minuta, a salon wypełniło szczękanie sztućców oraz pierwsze nieśmiałe rozmowy o wszystkim i o niczym. Na moment wszyscy stracili zainteresowanie gwiazdami tego wieczoru, czyli bliźniaczkami, a te, korzystając z nieuwagi dorosłych, zsunęły się z krzeseł i powędrowały pod choinkę, gdzie z radością oddały się szerzeniu chaosu i zniszczenia. Elizabeth jako pierwsza zauważyła, co się dzieje. Chcąc nałożyć dziewczynkom nieco piure, spostrzegła, że nie ma ich na miejscach, za to okazała choinka uginająca się od bombek podejrzanie się trzęsła. Dziewczynki zaś rozrabiały pod drzewkiem i zdążyły się dobrać do chyba każdego z prezentów. Wszędzie walał się ozdobny papier, kolorowe wstążki i opróżnione torebki, podczas gdy ich zawartość leżała na podłodze. Pośród całego tego rozgardiaszu siedziały małe blondyneczki, a także owczarek zwabiony hałasem.
Danielle w tym momencie przerwała też ciszę, zupełnie nie zauważając tego, co działo się za jej plecami. Zaczęła z entuzjazmem opowiadać o uratowanym przed świętami noworodku i o tym, jak bardzo z tego cieszyli się rodzice, mimo tego, że zbyt wczesny poród zniweczył ich plany na wyjazd w góry. Mówiłaby i mówiła, bo z tego przecież słynęła, gdyby nie fakt, że Mason przyłożył sobie pistolet z palców do głowy. Zauważyła nietypowy gest męża i skierowała spojrzenie tam, gdzie patrzyli teraz wszyscy.
— Wielkie nieba! — krzyknęła ciotka Dorothy z pełną buzią, szybko zasłaniając usta dłonią. Danielle zaś odsunęła prędko krzesło, ciągnąc za ramię siedzącą obok Elizabeth. Mężczyźni siedzieli po drugiej stronie stołu, więc mieli mniejsze szanse na uratowanie drzewka.
— Do cholery! Czy w tym domu nie można nawet spokojnie zjeść tej pieprzonej kolacji?!
— George! — Mary szybko zainterweniowała, widząc gniew swojego męża i dolała mu wina, skacząc przy jego krześle, jakby stąpała po rozżarzonych węglach.
— Tat… — Mason próbował też uspokoić głowę rodziny, ale nie ukrywał, że bardziej interesowały go wyczyny kobiet i bliźniaczek.
— Niszczycie wszystko! Nawet święta, które wcale nie wymagają od was ani przygotowań, ani inteligencji i specjalnych umiejętności. I wy, wy dwaj, śmiecie nazywać się moimi synami?!
Mason słysząc słowa ojca, wyprostował się na krześle i upuścił trzymane do tej pory sztućce. Wpatrywał się teraz pusto przed siebie, a że bliżej mu było do George’a niż Neilowi, a przynajmniej z charakteru, to mógł zaraz wybuchnąć, ale zacisnął dłonie w pięści i w głowie odliczał do tryliarda.
— Po naszym urodzeniu trzeba było się wyprzeć ojcostwa. Miałbyś problem z głowy — skwitował Neil i wzruszył ramionami, po czym wrócił do obserwowania tego, co działo się pod choinką, gdyż bez wątpienia było to ciekawsze niż ględzenie ojca. Młodszy z braci był zdecydowanie mniej uczulony na słowa rodzica i potrafił jako tako ignorować jego zachowanie, choć, nie ukrywajmy, było mu najzwyczajniej w świecie przykro, że George Parrish nigdy nie potrafił docenić własnych synów i jest z nich niezadowolony na każdym kroku.
— Wyśmienity indyk, Mary — wtrąciła swoje trzy grosze ciotka, która nie przejmowała się ani kłótnią przy stole, ani rozgardiaszem pod choinką.
— Tak! Trzeba było tak zrobić! — podchwycił najstarszy z mężczyzn, a z jego ust uleciało kilka kropelek śliny. — Jeden syn to głupek, jeździ taksówką, żeby utrzymać rodzinę, a drugi chyba nie wie, jak się robi dzieci! — wrzasnął, nie zważając na starającą się go uspokoić Mary, która usłyszawszy ostatnie zdanie wykrzyczane przez męża zastygła, by zaraz skulić się w sobie i lękliwie zerknąć na Masona. Także Neil wiedział, że w tym momencie ojciec zdecydowanie przesadził i spuścił wzrok, wbijając go w swój talerz.
Danielle trzymała wierzgającą się Leslie lub Maxine, ale znieruchomiała słysząc słowa swojego teścia. Elizabeth trzymając drugą z dziewczynek, rzuciła jej lękliwe spojrzenie, a potem błagalne, kierując je w stronę męża. Nie było też niczym dziwnym, że po chwili wszystkie pary oczu były zwrócony właśnie na Masona, który wstał od stołu.
— Wydaje mi się, że pora zrobić zdjęcie — rzucił cicho, sięgnął po swój kieliszek z winem i wypił jego zawartość jednym haustem. Krzesło zasunął z taką siłą, że to i tak runęło na podłogę, ale zignorował to zupełnie, idąc w stronę drzewka oddalonego od kilka metrów od długiego stołu.
— Tak, zróbmy zdjęcie! — przytaknął natychmiast Neil i aż klasnął w ręce, przy okazji tłumiąc w sobie złość. Chciał, by ten dzień skończył się jak najszybciej i podejrzewał, że odczucia innych obecnych tutaj osób były bardzo podobne.
— Nawet nie skończyliśmy obiadu! — Ciotka Dorothy niezwykle zrezygnowała, napchała usta porcją indyka i z trudem wstała z krzesła, opierając się o stół. Stanęła gdzieś obok, tęsknie spoglądając na świąteczny stół.
— Mason, pomożesz mi ustawić samowyzwalacz? — poprosiła Mary, podchodząc do ułożonego już wcześniej na komódce aparatu. Neil tymczasem znalazł się przy żonie i Danielle, od której przejął swoją córkę i zaczął kombinować, jakby tu najkorzystniej ustawić się do zdjęcia.
Tymczasem George na szczęście zamilkł i po chwili wahania wstał od stołu. Świąteczne rodzinne zdjęcie było ich małą tradycją kultywowaną już od lat, więc nie mógł odmówić, lecz zapewne będzie miał nietęgą minę. Zresztą, jak na każdym z tych zdjęć. Neil strategicznie ustawił się tak, by nie stać obok ojca. Po swojej lewej miał choinkę, do której dobierała się trzymana przez niego na rękach Leslie lub Maxine, po prawej zaś stała Elizabeth, starając się zapanować nad drugą z bliźniaczek.
Mason bez ociągania podszedł do matki i wyciągnął na środek pomieszczenia statyw, pomagając Mary umieścić na nim drogi aparat. Kobieta gładziła syna po plecach, który musiał się nieco przygarbić, bo nie pomyślał, żeby najpierw odszukać odpowiedniej opcji, a dopiero potem umocować sprzęt. Uśmiechnął się do kobiety i szybko uporał się z wyznaczonym zadaniem.
— Idź stanąć koło taty… — skwitował, a sam wybrał odpowiedni czas dla samowyzwalacza, dając wszystkim odpowiednio dużo sekund na przybranie pozy, która będzie najkorzystniejsza. Sam stanął między Elizabeth i Danielle, obejmując żonę lekko w pasie i już miał wymusić na twarzy uśmiech, podobnie jak wszyscy, kiedy coś skutecznie odwróciło ich uwagę od aparatu.
Choinka przechyliła się niebezpiecznie i Neil zbyt późno zauważył, że jego córka kurczowo uczepiła się drzewka, ciągnąc je na siebie. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Na twarzach rodziny wymalowało się przerażenie, podczas gdy choinka opadała coraz bardziej i bardziej. Ktoś krzyknął, ktoś inny wyciągnął ręce, chcąc uratować sytuację, a w tym czasie timer samowyzwalacza zakończył odliczanie i błysk lampy rozświetlił zastygłe w przerażeniu twarze. Później czas jakby znowu przyspieszył, drzewko runęło na Parrishów ustawionych do zdjęcia, bombki popękały z trzaskiem, McBeal rozszczekał się wściekle, jakby tym samym chcąc skarcić niepokorną choinkę. Przez hałas przedarł się histeryczny śmiech George’a Parrisha, obsypanego zielonymi igłami, z złotym łańcuchem zaczepionym o przekrzywione oprawki okularów.

Wszystkim, którzy przeczytali notkę ─ dziękujemy. Mamy nadzieję, że Was nie zanudziłyśmy, bo braćmi pisało nam się niemożliwie dobrze! Możliwe błędy, literówki, braki przecinków, niestety na pewno nie byłyśmy w stanie się wszystkiego doszukać.