Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

18/11/2021

[KP] Little dreams

Camille Russo
03.03.1997, Filadelfia, PA
wcześniej: Computer Science, Barnard College
obecnie: junior software developer, Kravis Security Inc.
40 Charles and Margaret Collins Way, NY
To dziewczyna, która dostała się na MIT na pełne stypendium, ale została w Nowym Jorku, wzięła kredyt studencki i poszła do Barnard College. To dziewczyna, której śnią się koszmary, ale nie przebudza się w nocy. To dziewczyna, która nosi krzyżyk na szyi i chodzi regularnie do kościoła, ale nie wierzy w Boga. To dziewczyna, która nie lubi być w centrum uwagi, ale została królową na swoim balu maturalnym. To dziewczyna, która kocha amerykańską szarlotkę, ale pija włoską kawę. To dziewczyna, która odrzuca szanse, ale i tak osiąga swoje cele. To dziewczyna, która zna swoje mocne strony, ale zapomniała o niektórych słabościach. To dziewczyna, która ceni sobie swoją niezależność, ale pozwala się swatać. To dziewczyna, która tylko siedzi przed komputerem, ale zna wszystkich sąsiadów z ulicy lepiej niż ich wnuki. To dziewczyna, która uwielbia jeść, ale nigdy nie może znaleźć na to czasu. To dziewczyna, która zapomina, jaki jest dzień tygodnia, ale zawsze ze wszystkim zdąży. To dziewczyna, która ma poczucie humoru, ale rzadko się śmieje. To dziewczyna, która nie boi się wyzwań, ale nie akceptuje porażek. To dziewczyna, której ciągle jest mało. To dziewczyna, która przekracza granice.
Little geek
Camille wygląda na dziewczynę, której wystarczy postawić drinka w klubie, by przełamać pierwsze lody i zacząć niezobowiązującą pogawędkę o obściskującej się w kącie parze. Nie przypomina ani trochę uroczego nerda, który w niej siedzi i zaczyna się nerwowo zastanawiać, co odpowiedzieć. Trochę za długo wgapia się we wspomnianą parę, nie odzywając się słowem, bo wszystko, co przychodzi jej do głowy, wydaje się nieodpowiednie i żenujące, kiedy wyobraża sobie, jak wypowiada to na głos, a Camille nie chce zrobić złego wrażenia. Na końcu języka ma cytat z Science żartobliwie przytaczający statystyki na temat różnych rodzajów ekshibicjonizmu funkcjonujących w społeczeństwie, ale nie sprawdziła jeszcze źródeł tego artykułu i nie chciałaby podawać błędnych informacji. Z kolei WIRED podobno nie jest najlepszą podstawą do prowadzenia flirtu i niechętnie musiała się z tym zgodzić. Ostatecznie nie mówi nic, nie próbuje się nawet uśmiechnąć, bo zdaje sobie sprawę, gdzie ma skierowane spojrzenie, więc po dłuższej chwili oczekiwania zostaje sama z poczuciem niezręczności i z darmowym, kolorowym drinkiem, który nie ma już szans smakować tak, jak powinien.
Camille ma spojrzenie marzycielki. Wygląda na rozkojarzoną, kiedy bez końca wpatruje się przed siebie z parującym pod nosem kubkiem. Nawet nie mrugnie, nawet powieka jej nie drgnie, gdy niesforny kosmyk włosów spróbuje ściągnąć ją na ziemię delikatnym łaskotaniem po twarzy. W brązowych oczach odbija się światło ekranu, na którym wyświetlają się linijki kodu przepuszczanego przez algorytm. Camille rzeczywiście w takich chwilach marzy. Miło byłoby w podsumowaniu zobaczyć cyferkę „0”, bo chciałaby pójść już spać, a nie zaśnie, jeśli coś będzie nie tak. Wie, jakie jest prawdopodobieństwo, że w kodzie nie pojawi się żaden błąd i wynosi ono tyle samo, ile szansa na to, że się wyśpi. Jakieś siedem procent. Obserwuje spokojnie przebiegający w komputerze proces, starając się o tym nie myśleć. Dla zabicia czasu przypomina sobie daty premier filmów, na które chciałaby się wybrać i czy rzeczywiście będzie miała możliwość obejrzeć premiery, czy jednak na kilka dni zablokuje wszystkie powiadomienia z portali społecznościowych, żeby uniknąć spoilerów. Nie, żeby nie znała już ogólnej fabuły z komiksów i nie wiedziała, czym się może rozczarować. Ale przynajmniej zrobi to tak, jak należy. Bez spoilerów.
Piccoli disaccordi
Z pochodzenia jest Włoszką. Płynnie i z akcentem mówi po włosku, choć nigdy nie była nawet w Europie. Za to wychowywała ją ciotka Florence, która swoje serce musiała zostawić na Sycylii i która wcale nie kryje się z tym, że robiła wszystko, żeby siostrzenica wiedziała, jaka krew w niej płynie. Camille co prawda sama nie do końca rozróżnia, co w jej życiu jest włoskie, a co amerykańskie, ale też specjalnie się nad tym nie zastanawia. Wie jednak, że ciotka Flo nigdy nie odpuści wspólnych niedzielnych obiadów oraz nigdy nie wybaczy pomylenia słów którejkolwiek piosenki Toto Cutugno. Pewne rzeczy po prostu muszą być takie, a nie inne, koniec, kropka. Jest między nimi zauważalna nić porozumienia, którą jednak ciężko opisać, ale dzięki której nie sprzeczają się ze sobą bez przerwy, bo różnice ich charakterów są ogromne. Mają wyraźnie inne życiowe priorytety i ciężko stwierdzić, z czego one tak naprawdę wynikają, bo obie wydają się zbyt blisko ze sobą związane, by zrzucić winę na różnice pokoleniowe lub nawet kulturowe. Szczególnie, że Camille nie dorównuje ciotce temperamentem, a ten z kolei odejmuje Florence kilka lat. To też nie tak, że Florence ma coś przeciwko tej dziwnej pasji do cyferek i komputerów, choć uważa to za mało kobiece i niezbyt interesujące, szczególnie kiedy weźmie się pod uwagę czasochłonność wszystkich zajęć z tym związanych.
Są rzeczy, o których wiedzą obie i żadna z nich nie rozmawia, ale którymi wypełniają te przestrzenie niezrozumienia między sobą. Camille nigdy nie opowiedziała ciotce, co widziała, gdy miała osiem lat i jej ojciec znalazł ją i matkę w ówczesnym domu wujostwa po tym, jak uciekły od niego z Filadelfii. Florence jedynie dostała do przeczytania spisany przez policję raport, w którym zawarto informacje o przyczynie śmierci jej siostry i męża oraz że dziecko znaleziono ukrywające się w szafie na korytarzu, zaraz przed wejściem do salonu, w którym doszło do tragedii. Z kolei ciotka Flo nie opowiedziała nigdy, dlaczego ona i siostra w ogóle opuściły Sycylię i obie tak szybko znalazły sobie mężów w Stanach. Nie rozmawiają o tych sprawach. Nie rozmawiają o ojcu za kratkami, o podejrzanych biznesach wujka, o tym co się wydarzyło we Włoszech. Te rzeczy po prostu są, pełnią niezrozumiałe funkcje, ale są zbyt bolesne, by do nich wracać za każdym razem, kiedy mogą stanowić przyczynę niezgody. Kończy się na tym, że widzą je w swoich oczach i odpuszczają. Wracają na tory sprzed kłótni albo innego nieporozumienia i wytrwale ciągną kolejne kompromisy.
Little life
Barnard College to dobra szkoła, której prestiż dodatkowo podnosi ścisła współpraca z Uniwersytetem Columbia. Ponadto rzeczywiście aktywnie wspiera rozwój kobiet i stwarza im wiele możliwości na pogłębianie swoich zainteresowań oraz na uczestnictwo w innowacyjnych projektach naukowych. Nie ma żadnych wątpliwości, że to dobre miejsce, z którego można wiele wynieść i Camille nie jest pod tym względem wyjątkiem. Jej jedyny problem z Barnard College był taki, że nie było to MIT, a jedyny problem z MIT polegał na tym, że nie znajduje się w Nowym Jorku ani nawet w okolicy. No i Barnard College zaoferował jej mniejsze stypendium, ale żadne pieniądze nie byłyby warte tego, co przeżywałaby ciotka Florence, więc została na miejscu. Zawęziło to trochę możliwości, na których zależało Camille, jednak przy odpowiednim nakładzie pracy, czasu i zaangażowania stworzyła sobie nowe. Musiała wykazać się też odpowiednimi pokładami cierpliwości oraz upartości, bo okazało się, że niewiele koleżanek ze studiów podziela jej zainteresowania związane z inteligentnymi systemami zabezpieczeń osób i mienia, a jednoosobowe projekty nie wydają się zbyt atrakcyjne w oczach profesorów, bez względu na to, jak dużą ambicją i samozaparciem charakteryzuje się sam student. Kiedy jednak Camille przekonała już do siebie odpowiednich ludzi, miała prawie wolną rękę i choć nie do końca pokrywało się to z głównymi założeniami samej uczelni, która miała przecież realizować pewną misję w oparciu o konkretne wartości, wszystkim imponowały jej osiągnięcia i przymykano oko na jej znikomą współpracę z innymi studentami. Oddawała jeden projekt za drugim, zgłaszając kolejne w trakcie tworzenia. Opracowywała własne algorytmy, tworząc nowe biblioteki języków programowania, żeby usprawniać sobie pracę, uczestniczyła w licznych seminariach, które miały pomóc jej w pisaniu „seksowniejszych kodów” – czyli bardziej przejrzystych i czytelniejszych, żeby ograniczać obciążenie pamięci procesorów. Pokonywała stopnie bardzo szybko, czasami przeskakiwała je nawet po trzy i zawsze miała w zapasie jakieś dodatkowe rozwiązanie, gdyby ktoś stwierdził, że musi jeszcze do czegoś wrócić. Do tego starała się nadrabiać swoje braki towarzyskie, mając poczucie, że kilka wyjść w miesiącu na jakąś domówkę odbierze ciotce zmartwień co do przemęczania się i dzięki temu nie będzie musiała bez końca wymyślać zapewnienia, że wszystko u niej w porządku. Camille zawsze też stara się być rozsądna, a rozsądnym wydawało się nie zapominać o wziętym kredycie, który chciałaby spłacić jak najszybciej bez nadmiernego obciążania skromnego budżetu domowego, więc prócz pisania i tworzenia programów, które miały jej zapewnić najlepsze wyniki na studiach, łapała się jakiś jednorazowych zleceń znalezionych na freelancerskich stronach. Wydawać by się mogło, że to wszystko, te liczne projekty, nieprzespane noce przed komputerem, nieustające maratony między domem a uczelnią z kilkoma przerwami na wyjście ze znajomymi, na dłuższą metę przekracza ludzkie możliwości.
Ciotka Flo zaczęła coś podejrzewać, gdy Camille pierwszy raz zapomniała o niedzielnym obiedzie. To był ostatni semestr, dopinanie ostatnich szczegółów na ostatni guzik, dużo zamieszania z dokumentami i przedwczesne studenckie świętowania przyszłych dyplomów. Camille zapisała już na kolejne kursy, tym razem z zamiarem wyjechania do Cambridge, ale tylko na pół roku, bo miała dobre rekomendacje, doskonałe osiągnięcia i ciekawe pomysły i istniała szansa, że po jednym semestrze mogłaby przejść na tryb zdalny i kontynuować naukę, mieszkając w Nowym Jorku. Florence czekała na koniec roku. Liczyła, że siostrzenica zwolni, a podejrzenia okażą się nieprawdziwe. Wystarczyła jednak jedna konfrontacja, by przekonać się, że niestety, ale były one słuszne. Camille chciała pewnych rzeczy za bardzo i wcale nie była tak cierpliwa, jak jej się wydawało. Pogubiła się trochę w życiu, podejmując kilka bardzo złych decyzji, ale doceniła okazane jej wsparcie i wyrozumiałość, więc znowu odpuściła MIT. Przy okazji dorobiła się kolejnych długów, które bez wątpienia będą o sobie przypominać.
autorsko
fc: Maja Strojek
aktualizacja: 18.11.21
kontakt: huntressvicious@gmail.com

[KP] Little dreams

Camille Russo
03.03.1997, Filadelfia, PA
wcześniej: Computer Science, Barnard College
obecnie: junior software developer, Kravis Security Inc.
40 Charles and Margaret Collins Way, NY
To dziewczyna, która dostała się na MIT na pełne stypendium, ale została w Nowym Jorku, wzięła kredyt studencki i poszła do Barnard College. To dziewczyna, której śnią się koszmary, ale nie przebudza się w nocy. To dziewczyna, która nosi krzyżyk na szyi i chodzi regularnie do kościoła, ale nie wierzy w Boga. To dziewczyna, która nie lubi być w centrum uwagi, ale została królową na swoim balu maturalnym. To dziewczyna, która kocha amerykańską szarlotkę, ale pija włoską kawę. To dziewczyna, która odrzuca szanse, ale i tak osiąga swoje cele. To dziewczyna, która zna swoje mocne strony, ale zapomniała o niektórych słabościach. To dziewczyna, która ceni sobie swoją niezależność, ale pozwala się swatać. To dziewczyna, która tylko siedzi przed komputerem, ale zna wszystkich sąsiadów z ulicy lepiej niż ich wnuki. To dziewczyna, która uwielbia jeść, ale nigdy nie może znaleźć na to czasu. To dziewczyna, która zapomina, jaki jest dzień tygodnia, ale zawsze ze wszystkim zdąży. To dziewczyna, która ma poczucie humoru, ale rzadko się śmieje. To dziewczyna, która nie boi się wyzwań, ale nie akceptuje porażek. To dziewczyna, której ciągle jest mało. To dziewczyna, która przekracza granice.
Little geek
Camille wygląda na dziewczynę, której wystarczy postawić drinka w klubie, by przełamać pierwsze lody i zacząć niezobowiązującą pogawędkę o obściskującej się w kącie parze. Nie przypomina ani trochę uroczego nerda, który w niej siedzi i zaczyna się nerwowo zastanawiać, co odpowiedzieć. Trochę za długo wgapia się we wspomnianą parę, nie odzywając się słowem, bo wszystko, co przychodzi jej do głowy, wydaje się nieodpowiednie i żenujące, kiedy wyobraża sobie, jak wypowiada to na głos, a Camille nie chce zrobić złego wrażenia. Na końcu języka ma cytat z Science żartobliwie przytaczający statystyki na temat różnych rodzajów ekshibicjonizmu funkcjonujących w społeczeństwie, ale nie sprawdziła jeszcze źródeł tego artykułu i nie chciałaby podawać błędnych informacji. Z kolei WIRED podobno nie jest najlepszą podstawą do prowadzenia flirtu i niechętnie musiała się z tym zgodzić. Ostatecznie nie mówi nic, nie próbuje się nawet uśmiechnąć, bo zdaje sobie sprawę, gdzie ma skierowane spojrzenie, więc po dłuższej chwili oczekiwania zostaje sama z poczuciem niezręczności i z darmowym, kolorowym drinkiem, który nie ma już szans smakować tak, jak powinien.
Camille ma spojrzenie marzycielki. Wygląda na rozkojarzoną, kiedy bez końca wpatruje się przed siebie z parującym pod nosem kubkiem. Nawet nie mrugnie, nawet powieka jej nie drgnie, gdy niesforny kosmyk włosów spróbuje ściągnąć ją na ziemię delikatnym łaskotaniem po twarzy. W brązowych oczach odbija się światło ekranu, na którym wyświetlają się linijki kodu przepuszczanego przez algorytm. Camille rzeczywiście w takich chwilach marzy. Miło byłoby w podsumowaniu zobaczyć cyferkę „0”, bo chciałaby pójść już spać, a nie zaśnie, jeśli coś będzie nie tak. Wie, jakie jest prawdopodobieństwo, że w kodzie nie pojawi się żaden błąd i wynosi ono tyle samo, ile szansa na to, że się wyśpi. Jakieś siedem procent. Obserwuje spokojnie przebiegający w komputerze proces, starając się o tym nie myśleć. Dla zabicia czasu przypomina sobie daty premier filmów, na które chciałaby się wybrać i czy rzeczywiście będzie miała możliwość obejrzeć premiery, czy jednak na kilka dni zablokuje wszystkie powiadomienia z portali społecznościowych, żeby uniknąć spoilerów. Nie, żeby nie znała już ogólnej fabuły z komiksów i nie wiedziała, czym się może rozczarować. Ale przynajmniej zrobi to tak, jak należy. Bez spoilerów.
Piccoli disaccordi
Z pochodzenia jest Włoszką. Płynnie i z akcentem mówi po włosku, choć nigdy nie była nawet w Europie. Za to wychowywała ją ciotka Florence, która swoje serce musiała zostawić na Sycylii i która wcale nie kryje się z tym, że robiła wszystko, żeby siostrzenica wiedziała, jaka krew w niej płynie. Camille co prawda sama nie do końca rozróżnia, co w jej życiu jest włoskie, a co amerykańskie, ale też specjalnie się nad tym nie zastanawia. Wie jednak, że ciotka Flo nigdy nie odpuści wspólnych niedzielnych obiadów oraz nigdy nie wybaczy pomylenia słów którejkolwiek piosenki Toto Cutugno. Pewne rzeczy po prostu muszą być takie, a nie inne, koniec, kropka. Jest między nimi zauważalna nić porozumienia, którą jednak ciężko opisać, ale dzięki której nie sprzeczają się ze sobą bez przerwy, bo różnice ich charakterów są ogromne. Mają wyraźnie inne życiowe priorytety i ciężko stwierdzić, z czego one tak naprawdę wynikają, bo obie wydają się zbyt blisko ze sobą związane, by zrzucić winę na różnice pokoleniowe lub nawet kulturowe. Szczególnie, że Camille nie dorównuje ciotce temperamentem, a ten z kolei odejmuje Florence kilka lat. To też nie tak, że Florence ma coś przeciwko tej dziwnej pasji do cyferek i komputerów, choć uważa to za mało kobiece i niezbyt interesujące, szczególnie kiedy weźmie się pod uwagę czasochłonność wszystkich zajęć z tym związanych.
Są rzeczy, o których wiedzą obie i żadna z nich nie rozmawia, ale którymi wypełniają te przestrzenie niezrozumienia między sobą. Camille nigdy nie opowiedziała ciotce, co widziała, gdy miała osiem lat i jej ojciec znalazł ją i matkę w ówczesnym domu wujostwa po tym, jak uciekły od niego z Filadelfii. Florence jedynie dostała do przeczytania spisany przez policję raport, w którym zawarto informacje o przyczynie śmierci jej siostry i męża oraz że dziecko znaleziono ukrywające się w szafie na korytarzu, zaraz przed wejściem do salonu, w którym doszło do tragedii. Z kolei ciotka Flo nie opowiedziała nigdy, dlaczego ona i siostra w ogóle opuściły Sycylię i obie tak szybko znalazły sobie mężów w Stanach. Nie rozmawiają o tych sprawach. Nie rozmawiają o ojcu za kratkami, o podejrzanych biznesach wujka, o tym co się wydarzyło we Włoszech. Te rzeczy po prostu są, pełnią niezrozumiałe funkcje, ale są zbyt bolesne, by do nich wracać za każdym razem, kiedy mogą stanowić przyczynę niezgody. Kończy się na tym, że widzą je w swoich oczach i odpuszczają. Wracają na tory sprzed kłótni albo innego nieporozumienia i wytrwale ciągną kolejne kompromisy.
Little life
Barnard College to dobra szkoła, której prestiż dodatkowo podnosi ścisła współpraca z Uniwersytetem Columbia. Ponadto rzeczywiście aktywnie wspiera rozwój kobiet i stwarza im wiele możliwości na pogłębianie swoich zainteresowań oraz na uczestnictwo w innowacyjnych projektach naukowych. Nie ma żadnych wątpliwości, że to dobre miejsce, z którego można wiele wynieść i Camille nie jest pod tym względem wyjątkiem. Jej jedyny problem z Barnard College był taki, że nie było to MIT, a jedyny problem z MIT polegał na tym, że nie znajduje się w Nowym Jorku ani nawet w okolicy. No i Barnard College zaoferował jej mniejsze stypendium, ale żadne pieniądze nie byłyby warte tego, co przeżywałaby ciotka Florence, więc została na miejscu. Zawęziło to trochę możliwości, na których zależało Camille, jednak przy odpowiednim nakładzie pracy, czasu i zaangażowania stworzyła sobie nowe. Musiała wykazać się też odpowiednimi pokładami cierpliwości oraz upartości, bo okazało się, że niewiele koleżanek ze studiów podziela jej zainteresowania związane z inteligentnymi systemami zabezpieczeń osób i mienia, a jednoosobowe projekty nie wydają się zbyt atrakcyjne w oczach profesorów, bez względu na to, jak dużą ambicją i samozaparciem charakteryzuje się sam student. Kiedy jednak Camille przekonała już do siebie odpowiednich ludzi, miała prawie wolną rękę i choć nie do końca pokrywało się to z głównymi założeniami samej uczelni, która miała przecież realizować pewną misję w oparciu o konkretne wartości, wszystkim imponowały jej osiągnięcia i przymykano oko na jej znikomą współpracę z innymi studentami. Oddawała jeden projekt za drugim, zgłaszając kolejne w trakcie tworzenia. Opracowywała własne algorytmy, tworząc nowe biblioteki języków programowania, żeby usprawniać sobie pracę, uczestniczyła w licznych seminariach, które miały pomóc jej w pisaniu „seksowniejszych kodów” – czyli bardziej przejrzystych i czytelniejszych, żeby ograniczać obciążenie pamięci procesorów. Pokonywała stopnie bardzo szybko, czasami przeskakiwała je nawet po trzy i zawsze miała w zapasie jakieś dodatkowe rozwiązanie, gdyby ktoś stwierdził, że musi jeszcze do czegoś wrócić. Do tego starała się nadrabiać swoje braki towarzyskie, mając poczucie, że kilka wyjść w miesiącu na jakąś domówkę odbierze ciotce zmartwień co do przemęczania się i dzięki temu nie będzie musiała bez końca wymyślać zapewnienia, że wszystko u niej w porządku. Camille zawsze też stara się być rozsądna, a rozsądnym wydawało się nie zapominać o wziętym kredycie, który chciałaby spłacić jak najszybciej bez nadmiernego obciążania skromnego budżetu domowego, więc prócz pisania i tworzenia programów, które miały jej zapewnić najlepsze wyniki na studiach, łapała się jakiś jednorazowych zleceń znalezionych na freelancerskich stronach. Wydawać by się mogło, że to wszystko, te liczne projekty, nieprzespane noce przed komputerem, nieustające maratony między domem a uczelnią z kilkoma przerwami na wyjście ze znajomymi, na dłuższą metę przekracza ludzkie możliwości.
Ciotka Flo zaczęła coś podejrzewać, gdy Camille pierwszy raz zapomniała o niedzielnym obiedzie. To był ostatni semestr, dopinanie ostatnich szczegółów na ostatni guzik, dużo zamieszania z dokumentami i przedwczesne studenckie świętowania przyszłych dyplomów. Camille zapisała już na kolejne kursy, tym razem z zamiarem wyjechania do Cambridge, ale tylko na pół roku, bo miała dobre rekomendacje, doskonałe osiągnięcia i ciekawe pomysły i istniała szansa, że po jednym semestrze mogłaby przejść na tryb zdalny i kontynuować naukę, mieszkając w Nowym Jorku. Florence czekała na koniec roku. Liczyła, że siostrzenica zwolni, a podejrzenia okażą się nieprawdziwe. Wystarczyła jednak jedna konfrontacja, by przekonać się, że niestety, ale były one słuszne. Camille chciała pewnych rzeczy za bardzo i wcale nie była tak cierpliwa, jak jej się wydawało. Pogubiła się trochę w życiu, podejmując kilka bardzo złych decyzji, ale doceniła okazane jej wsparcie i wyrozumiałość, więc znowu odpuściła MIT. Przy okazji dorobiła się kolejnych długów, które bez wątpienia będą o sobie przypominać.
autorsko
fc: Maja Strojek
aktualizacja: 18.11.21
kontakt: huntressvicious@gmail.com

[KP] Little dreams

Camille Russo
03.03.1997, Filadelfia, PA
wcześniej: Computer Science, Barnard College
obecnie: junior software developer, Kravis Security Inc.
40 Charles and Margaret Collins Way, NY
To dziewczyna, która dostała się na MIT na pełne stypendium, ale została w Nowym Jorku, wzięła kredyt studencki i poszła do Barnard College. To dziewczyna, której śnią się koszmary, ale nie przebudza się w nocy. To dziewczyna, która nosi krzyżyk na szyi i chodzi regularnie do kościoła, ale nie wierzy w Boga. To dziewczyna, która nie lubi być w centrum uwagi, ale została królową na swoim balu maturalnym. To dziewczyna, która kocha amerykańską szarlotkę, ale pija włoską kawę. To dziewczyna, która odrzuca szanse, ale i tak osiąga swoje cele. To dziewczyna, która zna swoje mocne strony, ale zapomniała o niektórych słabościach. To dziewczyna, która ceni sobie swoją niezależność, ale pozwala się swatać. To dziewczyna, która tylko siedzi przed komputerem, ale zna wszystkich sąsiadów z ulicy lepiej niż ich wnuki. To dziewczyna, która uwielbia jeść, ale nigdy nie może znaleźć na to czasu. To dziewczyna, która zapomina, jaki jest dzień tygodnia, ale zawsze ze wszystkim zdąży. To dziewczyna, która ma poczucie humoru, ale rzadko się śmieje. To dziewczyna, która nie boi się wyzwań, ale nie akceptuje porażek. To dziewczyna, której ciągle jest mało. To dziewczyna, która przekracza granice.
Little geek
Camille wygląda na dziewczynę, której wystarczy postawić drinka w klubie, by przełamać pierwsze lody i zacząć niezobowiązującą pogawędkę o obściskującej się w kącie parze. Nie przypomina ani trochę uroczego nerda, który w niej siedzi i zaczyna się nerwowo zastanawiać, co odpowiedzieć. Trochę za długo wgapia się we wspomnianą parę, nie odzywając się słowem, bo wszystko, co przychodzi jej do głowy, wydaje się nieodpowiednie i żenujące, kiedy wyobraża sobie, jak wypowiada to na głos, a Camille nie chce zrobić złego wrażenia. Na końcu języka ma cytat z Science żartobliwie przytaczający statystyki na temat różnych rodzajów ekshibicjonizmu funkcjonujących w społeczeństwie, ale nie sprawdziła jeszcze źródeł tego artykułu i nie chciałaby podawać błędnych informacji. Z kolei WIRED podobno nie jest najlepszą podstawą do prowadzenia flirtu i niechętnie musiała się z tym zgodzić. Ostatecznie nie mówi nic, nie próbuje się nawet uśmiechnąć, bo zdaje sobie sprawę, gdzie ma skierowane spojrzenie, więc po dłuższej chwili oczekiwania zostaje sama z poczuciem niezręczności i z darmowym, kolorowym drinkiem, który nie ma już szans smakować tak, jak powinien.
Camille ma spojrzenie marzycielki. Wygląda na rozkojarzoną, kiedy bez końca wpatruje się przed siebie z parującym pod nosem kubkiem. Nawet nie mrugnie, nawet powieka jej nie drgnie, gdy niesforny kosmyk włosów spróbuje ściągnąć ją na ziemię delikatnym łaskotaniem po twarzy. W brązowych oczach odbija się światło ekranu, na którym wyświetlają się linijki kodu przepuszczanego przez algorytm. Camille rzeczywiście w takich chwilach marzy. Miło byłoby w podsumowaniu zobaczyć cyferkę „0”, bo chciałaby pójść już spać, a nie zaśnie, jeśli coś będzie nie tak. Wie, jakie jest prawdopodobieństwo, że w kodzie nie pojawi się żaden błąd i wynosi ono tyle samo, ile szansa na to, że się wyśpi. Jakieś siedem procent. Obserwuje spokojnie przebiegający w komputerze proces, starając się o tym nie myśleć. Dla zabicia czasu przypomina sobie daty premier filmów, na które chciałaby się wybrać i czy rzeczywiście będzie miała możliwość obejrzeć premiery, czy jednak na kilka dni zablokuje wszystkie powiadomienia z portali społecznościowych, żeby uniknąć spoilerów. Nie, żeby nie znała już ogólnej fabuły z komiksów i nie wiedziała, czym się może rozczarować. Ale przynajmniej zrobi to tak, jak należy. Bez spoilerów.
Piccoli disaccordi
Z pochodzenia jest Włoszką. Płynnie i z akcentem mówi po włosku, choć nigdy nie była nawet w Europie. Za to wychowywała ją ciotka Florence, która swoje serce musiała zostawić na Sycylii i która wcale nie kryje się z tym, że robiła wszystko, żeby siostrzenica wiedziała, jaka krew w niej płynie. Camille co prawda sama nie do końca rozróżnia, co w jej życiu jest włoskie, a co amerykańskie, ale też specjalnie się nad tym nie zastanawia. Wie jednak, że ciotka Flo nigdy nie odpuści wspólnych niedzielnych obiadów oraz nigdy nie wybaczy pomylenia słów którejkolwiek piosenki Toto Cutugno. Pewne rzeczy po prostu muszą być takie, a nie inne, koniec, kropka. Jest między nimi zauważalna nić porozumienia, którą jednak ciężko opisać, ale dzięki której nie sprzeczają się ze sobą bez przerwy, bo różnice ich charakterów są ogromne. Mają wyraźnie inne życiowe priorytety i ciężko stwierdzić, z czego one tak naprawdę wynikają, bo obie wydają się zbyt blisko ze sobą związane, by zrzucić winę na różnice pokoleniowe lub nawet kulturowe. Szczególnie, że Camille nie dorównuje ciotce temperamentem, a ten z kolei odejmuje Florence kilka lat. To też nie tak, że Florence ma coś przeciwko tej dziwnej pasji do cyferek i komputerów, choć uważa to za mało kobiece i niezbyt interesujące, szczególnie kiedy weźmie się pod uwagę czasochłonność wszystkich zajęć z tym związanych.
Są rzeczy, o których wiedzą obie i żadna z nich nie rozmawia, ale którymi wypełniają te przestrzenie niezrozumienia między sobą. Camille nigdy nie opowiedziała ciotce, co widziała, gdy miała osiem lat i jej ojciec znalazł ją i matkę w ówczesnym domu wujostwa po tym, jak uciekły od niego z Filadelfii. Florence jedynie dostała do przeczytania spisany przez policję raport, w którym zawarto informacje o przyczynie śmierci jej siostry i męża oraz że dziecko znaleziono ukrywające się w szafie na korytarzu, zaraz przed wejściem do salonu, w którym doszło do tragedii. Z kolei ciotka Flo nie opowiedziała nigdy, dlaczego ona i siostra w ogóle opuściły Sycylię i obie tak szybko znalazły sobie mężów w Stanach. Nie rozmawiają o tych sprawach. Nie rozmawiają o ojcu za kratkami, o podejrzanych biznesach wujka, o tym co się wydarzyło we Włoszech. Te rzeczy po prostu są, pełnią niezrozumiałe funkcje, ale są zbyt bolesne, by do nich wracać za każdym razem, kiedy mogą stanowić przyczynę niezgody. Kończy się na tym, że widzą je w swoich oczach i odpuszczają. Wracają na tory sprzed kłótni albo innego nieporozumienia i wytrwale ciągną kolejne kompromisy.
Little life
Barnard College to dobra szkoła, której prestiż dodatkowo podnosi ścisła współpraca z Uniwersytetem Columbia. Ponadto rzeczywiście aktywnie wspiera rozwój kobiet i stwarza im wiele możliwości na pogłębianie swoich zainteresowań oraz na uczestnictwo w innowacyjnych projektach naukowych. Nie ma żadnych wątpliwości, że to dobre miejsce, z którego można wiele wynieść i Camille nie jest pod tym względem wyjątkiem. Jej jedyny problem z Barnard College był taki, że nie było to MIT, a jedyny problem z MIT polegał na tym, że nie znajduje się w Nowym Jorku ani nawet w okolicy. No i Barnard College zaoferował jej mniejsze stypendium, ale żadne pieniądze nie byłyby warte tego, co przeżywałaby ciotka Florence, więc została na miejscu. Zawęziło to trochę możliwości, na których zależało Camille, jednak przy odpowiednim nakładzie pracy, czasu i zaangażowania stworzyła sobie nowe. Musiała wykazać się też odpowiednimi pokładami cierpliwości oraz upartości, bo okazało się, że niewiele koleżanek ze studiów podziela jej zainteresowania związane z inteligentnymi systemami zabezpieczeń osób i mienia, a jednoosobowe projekty nie wydają się zbyt atrakcyjne w oczach profesorów, bez względu na to, jak dużą ambicją i samozaparciem charakteryzuje się sam student. Kiedy jednak Camille przekonała już do siebie odpowiednich ludzi, miała prawie wolną rękę i choć nie do końca pokrywało się to z głównymi założeniami samej uczelni, która miała przecież realizować pewną misję w oparciu o konkretne wartości, wszystkim imponowały jej osiągnięcia i przymykano oko na jej znikomą współpracę z innymi studentami. Oddawała jeden projekt za drugim, zgłaszając kolejne w trakcie tworzenia. Opracowywała własne algorytmy, tworząc nowe biblioteki języków programowania, żeby usprawniać sobie pracę, uczestniczyła w licznych seminariach, które miały pomóc jej w pisaniu „seksowniejszych kodów” – czyli bardziej przejrzystych i czytelniejszych, żeby ograniczać obciążenie pamięci procesorów. Pokonywała stopnie bardzo szybko, czasami przeskakiwała je nawet po trzy i zawsze miała w zapasie jakieś dodatkowe rozwiązanie, gdyby ktoś stwierdził, że musi jeszcze do czegoś wrócić. Do tego starała się nadrabiać swoje braki towarzyskie, mając poczucie, że kilka wyjść w miesiącu na jakąś domówkę odbierze ciotce zmartwień co do przemęczania się i dzięki temu nie będzie musiała bez końca wymyślać zapewnienia, że wszystko u niej w porządku. Camille zawsze też stara się być rozsądna, a rozsądnym wydawało się nie zapominać o wziętym kredycie, który chciałaby spłacić jak najszybciej bez nadmiernego obciążania skromnego budżetu domowego, więc prócz pisania i tworzenia programów, które miały jej zapewnić najlepsze wyniki na studiach, łapała się jakiś jednorazowych zleceń znalezionych na freelancerskich stronach. Wydawać by się mogło, że to wszystko, te liczne projekty, nieprzespane noce przed komputerem, nieustające maratony między domem a uczelnią z kilkoma przerwami na wyjście ze znajomymi, na dłuższą metę przekracza ludzkie możliwości.
Ciotka Flo zaczęła coś podejrzewać, gdy Camille pierwszy raz zapomniała o niedzielnym obiedzie. To był ostatni semestr, dopinanie ostatnich szczegółów na ostatni guzik, dużo zamieszania z dokumentami i przedwczesne studenckie świętowania przyszłych dyplomów. Camille zapisała już na kolejne kursy, tym razem z zamiarem wyjechania do Cambridge, ale tylko na pół roku, bo miała dobre rekomendacje, doskonałe osiągnięcia i ciekawe pomysły i istniała szansa, że po jednym semestrze mogłaby przejść na tryb zdalny i kontynuować naukę, mieszkając w Nowym Jorku. Florence czekała na koniec roku. Liczyła, że siostrzenica zwolni, a podejrzenia okażą się nieprawdziwe. Wystarczyła jednak jedna konfrontacja, by przekonać się, że niestety, ale były one słuszne. Camille chciała pewnych rzeczy za bardzo i wcale nie była tak cierpliwa, jak jej się wydawało. Pogubiła się trochę w życiu, podejmując kilka bardzo złych decyzji, ale doceniła okazane jej wsparcie i wyrozumiałość, więc znowu odpuściła MIT. Przy okazji dorobiła się kolejnych długów, które bez wątpienia będą o sobie przypominać.
autorsko
fc: Maja Strojek
aktualizacja: 18.11.21
kontakt: huntressvicious@gmail.com

16/11/2021

[KP] "How will i know...?"



Lily Taylor

28 LAT MINIE WIOSNĄ, SIOSTRA SŁAWNEGO HOKEISTY,
KOORDYNATORKA BIURA W KRAVIS SECURITY INC.,
ARTYSTKA TWORZĄCA POD PSEUDONIMEM






   Nie jest wyrazista, za to bardziej łagodna i wrażliwa, niżby sama chciała. Potrafi słuchać, ale doradca z niej żaden. Mało je, dużo śpi i jeszcze więcej gada, a do obcych nieprzerwanie rozsyła delikatne uśmiechy. Sentymentalna duszyczka, która nie traci wiary w ludzi. Lubi myśleć, że wielkie zielono-niebieskie oczy ma po niezapamiętanej mamie, a dobry refleks nie tylko po chorym ojcu, ale też latach biegania za starszym bratem i jego kolegami, gdy próbowali ją zgubić. Szybko ufa, zawsze wybacza i całe życie uczy się być kimś, kto nie pozwoli się skrzywdzić czy wykorzystać. Łatwo ustępuje, rzadko odmawia i bardzo, bardzo stara nie pakować się w kłopoty.
   Zajmuje zawsze tylko lewą stronę łóżka i połowę rzeczy trzyma nierozpakowaną w kartonach, mimo że przeprowadziła się do małej kawalerki dobre pół roku temu. Kolekcjonuje zdjęcia cykane starym aparatem na film z rolki przy każdej okazji spotkań z przyjaciółmi i ma już dziewięć grubych - wypełnionych po brzegi wspomnieniami, marzeniami i sentymentami - albumów. Dwa razy w tygodniu chodzi na zajęcia jogi, a basen miejski odwiedza zawsze w sobotnie popołudnia, gdy jest tam mało ludzi i nikt nie widzi jej odsłoniętego ciałka. Totalny mieszczuch, bojący się insektów, pajęczaków, płazów i gadów, lecz idący do świata z sercem na dłoni i pół tuzina psów wyprowadzanych sąsiadom. Co miesiąc podejmuje próbę przejścia na wegetarianizm i wymiany transportu miejskiego na rower, w czym nie pomaga miłość do jedzenia.
  Zwykle przy pierwszym poznaniu obdarowuje ludzi uściskiem wiecznie zmarzniętych dłoni, ciepłym uśmiechem i bacznym spojrzeniem. Jest uprzejma, bardzo zabiegana, pozornie roztrzepana i choć wydaje się, że na nic nie ma czasu, nigdy nie zapomina oddzwonić, podzielić się przypieczonymi ciut za mocno ciasteczkami ze starego piekarnika czy pożyczyć kiecki na imprezę. W deszczowe popołudnia przesiaduje z arkuszami sudoku w bibliotece albo w nieznanych i mało popularnych kawiarenkach, a gdy dopisze pogoda - w parku, próbując swych sił w tworzeniu biżuterii sutasz. Ten rudzielec jest pogodną osóbką, która się nie krzywi i nie popłakuje po wychyleniu kilku głębszych toastów na urodzinach przyjaciółki i przez to wielu ludziom wydaje się, że te wielkie oczy, drobna sylwetka i wieczny ruch zdradzają o niej wszystko. Lecz mimo całości tych pierwszych wrażeń nie warto myśleć, że się ją zna. Bo ten uśmiech, to spojrzenie i zawsze zimne palce są znajome, ale nie mówią wszystkiego. Nie wspominają o chorym ojcu, który trafił na wózek po ich wspólnym wypadku; i sławnym bracie, który wspina się po szczeblach kariery w hokeju coraz wyżej z sezonu na sezon; ani o tym chłopaku z sąsiedztwa, za którym tęskni czasami mocniej, niż powinna.
  Lily jest dziewczyną pełną werwy i pasji. Wszędzie jej pełno, tylko nie w domu, który przeniósł się niedawno do Chicago. Zawsze mierzyła wysoko i chciała zajść daleko, chciała stać się kimś, a wyznając zasadę, że tylko ciężką pracą człowiek jest w stanie osiągnąć sukces, prze do przodu bez wytchnienia i z zapartym tchem skacze w dal w codzienność. Imprezy, odpoczynek, wszystko to, co nie jest związane z pracą, organizuje sobie po niej, a na dodatek rzadziej, niż by chciała. Dorosłość momentami zdecydowanie ją przytłacza i każdego dnia utwierdza się w przekonaniu, że nie warto jest dorastać. Po wypadku, pod koniec pewnego lata, w którym jej ojciec stracił nogę, a sama dorobiła się długiej blizny na plecach, był moment rozwagi, kiedy stwierdziła, iż czas najwyższy spoważnieć. Nie przeniosła się jednak do Chicago, do domu brata, a została w ukochanym Jabłku i podjęła pracę w firmie oferującej systemy zabezpieczeń dla dużych przedsiębiorstw, startując do tytułu najserdeczniejszej pani za biurkiem. Po drodze porzuciła dążenie do wkradnięcia się w branżę biznesu i zarządzania firmami, gdyż po awansie stwierdziła, że woli pracować z ludźmi niż cyferkami w tabelach.
   Nigdy niczego się nie bała i z każdy kolejnym tygodniem od wypadku uświadamiała sobie, że zwolnić nie może. Od małego przyprawiała rodzinę o dreszcze, wpadając w tarapaty, skacząc na główkę w nieznane, kalecząc się i obijając, bo brakowało jej tego zdrowego lęku przed nieznanym, takiej ludzkiej przezorności. Miała w sobie zawsze walecznego ducha i wolę przetrwania, udowodnienia, ile jest warta, i zdrowej rywalizacji z rówieśnikami. Rozsądek gdzieś przy tym także i był, ale uciszany przez ekscytację i smykałkę do odkrywania świata, nieszczególnie się dla niej liczył. Chciała smakować życia i dziś nie potrafiłaby zliczyć, ile razy kończyła w gipsie (każdy był wypasiony, oblepiony naklejkami, wymazany podpisami znajomych i oczywiście przez pewien czas od zdjęcia - trzymany na pamiątkę). I gdy zatrzymała się w miejscu, poczuła, że się dusi. To był ten moment, kiedy strach ją pierwszy raz złapał i obezwładnił, ale się nie dała i dziś znów śmiało kroczy przed siebie! Podjęła się nawet drugiej pracy po kursie tworzenia sztuki użytkowej i już nie drga jej powieka, gdy wsiada za kierownicę i wyjeżdża na drogę.


Odautorsko
Dzień dobry, witam. :) Tytuł to cudowna Whitney! Ostatnio więcej mnie nie ma, jak jestem, za co z góry przepraszam. Lilka już tu kiedyś była, więc może co poniektórym kojarzyć się ta marchewkowa czupryna . ;)

[KP] "How will i know...?"



Lily Taylor

28 LAT MINIE WIOSNĄ, SIOSTRA SŁAWNEGO HOKEISTY,
KOORDYNATORKA BIURA W KRAVIS SECURITY INC.,
ARTYSTKA TWORZĄCA POD PSEUDONIMEM






   Nie jest wyrazista, za to bardziej łagodna i wrażliwa, niżby sama chciała. Potrafi słuchać, ale doradca z niej żaden. Mało je, dużo śpi i jeszcze więcej gada, a do obcych nieprzerwanie rozsyła delikatne uśmiechy. Sentymentalna duszyczka, która nie traci wiary w ludzi. Lubi myśleć, że wielkie zielono-niebieskie oczy ma po niezapamiętanej mamie, a dobry refleks nie tylko po chorym ojcu, ale też latach biegania za starszym bratem i jego kolegami, gdy próbowali ją zgubić. Szybko ufa, zawsze wybacza i całe życie uczy się być kimś, kto nie pozwoli się skrzywdzić czy wykorzystać. Łatwo ustępuje, rzadko odmawia i bardzo, bardzo stara nie pakować się w kłopoty.
   Zajmuje zawsze tylko lewą stronę łóżka i połowę rzeczy trzyma nierozpakowaną w kartonach, mimo że przeprowadziła się do małej kawalerki dobre pół roku temu. Kolekcjonuje zdjęcia cykane starym aparatem na film z rolki przy każdej okazji spotkań z przyjaciółmi i ma już dziewięć grubych - wypełnionych po brzegi wspomnieniami, marzeniami i sentymentami - albumów. Dwa razy w tygodniu chodzi na zajęcia jogi, a basen miejski odwiedza zawsze w sobotnie popołudnia, gdy jest tam mało ludzi i nikt nie widzi jej odsłoniętego ciałka. Totalny mieszczuch, bojący się insektów, pajęczaków, płazów i gadów, lecz idący do świata z sercem na dłoni i pół tuzina psów wyprowadzanych sąsiadom. Co miesiąc podejmuje próbę przejścia na wegetarianizm i wymiany transportu miejskiego na rower, w czym nie pomaga miłość do jedzenia.
  Zwykle przy pierwszym poznaniu obdarowuje ludzi uściskiem wiecznie zmarzniętych dłoni, ciepłym uśmiechem i bacznym spojrzeniem. Jest uprzejma, bardzo zabiegana, pozornie roztrzepana i choć wydaje się, że na nic nie ma czasu, nigdy nie zapomina oddzwonić, podzielić się przypieczonymi ciut za mocno ciasteczkami ze starego piekarnika czy pożyczyć kiecki na imprezę. W deszczowe popołudnia przesiaduje z arkuszami sudoku w bibliotece albo w nieznanych i mało popularnych kawiarenkach, a gdy dopisze pogoda - w parku, próbując swych sił w tworzeniu biżuterii sutasz. Ten rudzielec jest pogodną osóbką, która się nie krzywi i nie popłakuje po wychyleniu kilku głębszych toastów na urodzinach przyjaciółki i przez to wielu ludziom wydaje się, że te wielkie oczy, drobna sylwetka i wieczny ruch zdradzają o niej wszystko. Lecz mimo całości tych pierwszych wrażeń nie warto myśleć, że się ją zna. Bo ten uśmiech, to spojrzenie i zawsze zimne palce są znajome, ale nie mówią wszystkiego. Nie wspominają o chorym ojcu, który trafił na wózek po ich wspólnym wypadku; i sławnym bracie, który wspina się po szczeblach kariery w hokeju coraz wyżej z sezonu na sezon; ani o tym chłopaku z sąsiedztwa, za którym tęskni czasami mocniej, niż powinna.
  Lily jest dziewczyną pełną werwy i pasji. Wszędzie jej pełno, tylko nie w domu, który przeniósł się niedawno do Chicago. Zawsze mierzyła wysoko i chciała zajść daleko, chciała stać się kimś, a wyznając zasadę, że tylko ciężką pracą człowiek jest w stanie osiągnąć sukces, prze do przodu bez wytchnienia i z zapartym tchem skacze w dal w codzienność. Imprezy, odpoczynek, wszystko to, co nie jest związane z pracą, organizuje sobie po niej, a na dodatek rzadziej, niż by chciała. Dorosłość momentami zdecydowanie ją przytłacza i każdego dnia utwierdza się w przekonaniu, że nie warto jest dorastać. Po wypadku, pod koniec pewnego lata, w którym jej ojciec stracił nogę, a sama dorobiła się długiej blizny na plecach, był moment rozwagi, kiedy stwierdziła, iż czas najwyższy spoważnieć. Nie przeniosła się jednak do Chicago, do domu brata, a została w ukochanym Jabłku i podjęła pracę w firmie oferującej systemy zabezpieczeń dla dużych przedsiębiorstw, startując do tytułu najserdeczniejszej pani za biurkiem. Po drodze porzuciła dążenie do wkradnięcia się w branżę biznesu i zarządzania firmami, gdyż po awansie stwierdziła, że woli pracować z ludźmi niż cyferkami w tabelach.
   Nigdy niczego się nie bała i z każdy kolejnym tygodniem od wypadku uświadamiała sobie, że zwolnić nie może. Od małego przyprawiała rodzinę o dreszcze, wpadając w tarapaty, skacząc na główkę w nieznane, kalecząc się i obijając, bo brakowało jej tego zdrowego lęku przed nieznanym, takiej ludzkiej przezorności. Miała w sobie zawsze walecznego ducha i wolę przetrwania, udowodnienia, ile jest warta, i zdrowej rywalizacji z rówieśnikami. Rozsądek gdzieś przy tym także i był, ale uciszany przez ekscytację i smykałkę do odkrywania świata, nieszczególnie się dla niej liczył. Chciała smakować życia i dziś nie potrafiłaby zliczyć, ile razy kończyła w gipsie (każdy był wypasiony, oblepiony naklejkami, wymazany podpisami znajomych i oczywiście przez pewien czas od zdjęcia - trzymany na pamiątkę). I gdy zatrzymała się w miejscu, poczuła, że się dusi. To był ten moment, kiedy strach ją pierwszy raz złapał i obezwładnił, ale się nie dała i dziś znów śmiało kroczy przed siebie! Podjęła się nawet drugiej pracy po kursie tworzenia sztuki użytkowej i już nie drga jej powieka, gdy wsiada za kierownicę i wyjeżdża na drogę.


Odautorsko
Dzień dobry, witam. :) Tytuł to cudowna Whitney! Ostatnio więcej mnie nie ma, jak jestem, za co z góry przepraszam. Lilka już tu kiedyś była, więc może co poniektórym kojarzyć się ta marchewkowa czupryna . ;)