Przez pół życia, mieszkając w Szkocji, szukała elfów i wróżek, goniąc za czymś, co nieuchwytne. Karmiła się wierzeniami, legendami i strasznymi opowieściami o mrocznych istotach, które nie lubiły pokazywać się ludziom, ale uwielbiały się psocić. Zaczęła więc pisać o elfach, wróżkach, wampirach, wodnych koniach i skrzatach, łącząc realny świat z tym, co niezwykłe i fantastyczne.
To, co pisała, nijak miało się do tego, co działo się w jej życiu. Jako piętnastolatka zaczęła kuleć, najpierw tłumaczono to przeciążeniem, później tym, że rośnie. Potem pojawiły się nocne bóle, obrzęk nad kolanem, wysoka gorączka, zaczęła też drastycznie chudnąć. Diagnoza przyszła jakiś czas później: osteosarcoma kości udowej. Przeszła chemioterapię, operację, kilka zakażeń i próbę ratowania lewej nogi, ale guz był zbyt rozległy. Ostatecznie lekarze zdecydowali o amputacji powyżej kolana.
Gdy miała szesnaście lat, przeprowadziła się z ojcem, po ciężkim rozwodzie rodziców, do Nowego Jorku, a tam znów trafiła do szpitala i właściwie jest tamtejszą pacjentką od ponad dziesięciu lat.
Będąc ograniczona przez chorobę, po prostu pisała – dużo, zbyt dużo, realizując każdy pomysł, który pojawiał się w jej głowie. Publikowała swoje wypociny, reklamowała się, brała udział w konkursach i w ten sposób w ciągu kilku lat stała się poczytną pisarką i milionerką – najprawdopodobniej każdy słyszał o Lynn R. Well, bo jej historie szybko stały się popularne, a niektóre z książek nawet zekranizowano. Pisze odważne historie, kreuje pewnych siebie brunetów z bliznami, szorstkich elfów i kobiety, które nie potrzebują ratunku, bo ratują się same.
ojciec – 50 lat – architekt
matka – 48 lat – aktorka teatralna
najlepsza przyjaciółka – 28 lat – pianistka
Kod wzięty z valanwhistle i dostosowany do KP. Wizerunek: Alice Pagani, w tytule i karcie: LAB RAT – Car Crash i Maggie Lindemann – hear me out
Cześć, hej! Rei to słodka istotka, która próbuje ogarniać życie, ale średnio jej idzie. :/ O relacjach wie o wiele mniej (ekhm, i o innych rzeczach też), niż mogłoby się wydawać, czytając jej książki... P.S. Relacje się klikają!
📩 Złapać mnie można mailowo: ayliri.lunah@gmail.com
[Widziałam dziś TikToka, gdzie typ zrobił sobie protezę nogi w formie drapaka dla kota. Tak wspominam bez większego związku, wiadomo, tylko po to, żeby zahaczyć o TikToka - bo jestem przekonana, że Królestwo rzeczy utraconych trenduje na booktokowym zakątku :D Kto wie, może nawet w księgarniach dostaje wlepę hit TikToka?
OdpowiedzUsuńAnyway, oberwała przez życie, nie oszczędziłaś jej cierpienia - ale z drugiej strony to literackie oblicze Reilynn daje Ci z pewnością wspaniałą okazję do niezłej frajdy przy pisaniu! :D Hejka, dobrej zabawy!]
Leif Zweig
[Przy takich historiach człowiek nagle uświadamia sobie, jak ogromny postęp osiągnęła współczesna medycyna chociażby w kwestii protez. Ile niepełnosprawnych osób jeszcze nie tak dawno nie mogło przejść chociażby paru metrów, bo albo takowych nie wynaleziono albo były drogie i niewygodne (nie żeby dzisiejsze stanowiły super mały koszt). Jak to pisał Jan Kochanowski Szlachetne zdrowie, / Nikt się nie dowie, / Jako smakujesz, / Aż się zepsujesz.
OdpowiedzUsuńŻyczę wspaniałej zabawy, a w razie czego, moje drzwi stoją otworem.]
Dalaja, Natty & Lio
[Zaskoczyłaś mnie, myślałam, że będzie się skracała do Lynn! :D Wątek oczywiście, pewnie, pewnie, tylko jeszcze się zastanawiam, co z nimi zrobić, bo nie wiem. Podeślę maila, to może pokminimy wspólnie!]
OdpowiedzUsuńLeif Zweig
[Kolejna świetna postać i kolejna świetna karta. Zazdroszczę Ci tego, jak one wyglądają. ♥ Przepiękna jest Reilynn. I cholercia, kusisz, jak zawsze. Ja muszę chyba jednak znaleźć czas na jakiś drugi wątek z Tobą, bo jak nie Mei-Mei, to Rei. Ach Ty! :D Baw się dobrze. Powodzenia z kolejną świetną panną!]
OdpowiedzUsuńAndrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth
[ Hejo!
OdpowiedzUsuńO mamo! Wiesz, że ostatnio myślałam o stworzeniu drugiej postaci z Alice na twarzy? I myślałam o tatuatorce, które chorowałaby na jakąś przewlekłą chorobę. A tu wchodzę po wyjeździe na bloga i o!
Cudna ci wyszła postać, choć mocno doświadczona. Karta przepiękna, jak zawsze zresztą ♥
Baw się tu dobrze! I dużo ciekawych wąciszków :3 ]
Nathaniel
[Rany, lubisz zrzucać dużo na barki swoich postaci, ale mam wrażenie, że z Reilynn postąpiłaś szczególnie okrutnie 💔 Aż mi ciężko na serduszku i nie wiem, co mogłabym jeszcze napisać, a już w ogóle nie chce mi przejść przez stukające o klawiaturę palce zwyczajowe baw się dobrze z kolejną postacią 😝 Nieładnie, serwować tu nam takie nieprzyjemne doznania!]
OdpowiedzUsuńMAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS
Od kiedy Leif dorósł i się wyprowadził, mieszkanie mamy stanowczo się skurczyło. A może skurczyło się dużo wcześniej, ale potrzebował dystansu, żeby zacząć to zauważać? Lubił myśleć, że tak naprawdę teraz tylko zbiera się w sobie, coraz ciaśniej ciaśniej ciaśniej, a potem jeb!, gwałtowny rozkurcz – i każdy wchodzący do środka poczuje się jak liliputek przy gigantycznych meblach.
OdpowiedzUsuńTaka siła witalna kosmosu. Jedno z wybranych zagadnień z fizyki katastrof.
Tymczasem jednak – mieszkanie się skurczyło, więc wszystko było dla Leifa za małe, a jednocześnie przecież tak dobrze znajome. Gdy wracał, zawsze czuł się, jakby to była przestrzeń pomiędzy. Pomiędzy dzieciństwem a dorosłością. Można dryfować sobie swobodnie, unosić się wbrew grawitacji, co było wyjątkowo przyjemnym stanem.
Krzesło w kuchni skrzypiało tak samo jak zawsze. Kolano Leifa nie skrzypiało w ogóle, ale że było częścią długiej nogi – od razu uderzył w szafkę. Mama nawet się nie obejrzała.
– Nie kop szafki – powiedziała niby to beznamiętnie, ale uszy Leifa zbyt dobrze ją znały, by nie wychwycić żartobliwo-ciepłego tonu. – Bo się spocisz.
– To wezmę prysznic – odpowiedział beztrosko, kontynuując nonsensowną rozmowę. – Zużyję ci całą ciepłą wodę.
Wstał, by rozmasować nogę, a potem przeciągnął się z rozmachem. Koszulka podjechała wyżej, co już matczynemu wzrokowi nie uciekło. Z salonu dobiegło westchnięcie.
– Zooey, a ty czasem jesz coś w ogóle? – zapytała. – Czy żywisz się energią z kosmosu?
– Oj, mamo – zbagatelizował.
Dwa słówka, sześć głosek – oto była miara odległości do tapczanu, do którego doskoczył w trakcie. Rzucił się na nań i przekręcił, szukając najlepsze pozycji. Nogi na oparcie, tułów na siedzenie, głowa spływająca w dół. Wokół żyrandola latała ćma, a na suficie doliczył się kilku plam. Trzeba będzie przyjść kiedyś z farbą i odmalować.
Może nie bywał tak często u mamy, ale – nie dlatego że tego unikał. Samo po prostu tak wychodziło. A właściwie nie przychodziło. Bo gdyby tylko od niego zależało, pewnie byłby tu częściej. Lubił miejsce, w którym się wychował, i lubił swoją mamę. Kochał też, ale do tego był zmuszony przemocą krwi, a sympatia była już całkiem dobrowolna.
Gadali. O głupotach i o nie głupotach też, czasem się kłócili, innym razem żartowali. Opowiadała mu swoich przyjaciółkach, sytuacjach ze szpitala i o tym, jak sąsiadka na pół dnia zostawiła ciuchy w pralce, a potem awanturowała się, że ktoś je wyciągnął i odstawił kosz na bok. Leif potrafił gadać równie dużo, ale głównie o lekkich sprawach. Te istotniejsze trzeba było wyciągać. Czasem na to pozwalał.
Nie dziś. Ale rozmowa i tak skręciła w innym kierunku.
– Biedna Reilynn – doszło do niego w pewnym momencie.
– Hmm? – odparł nieuważnie.
– Znowu jest w szpitalu. Nie wiedziałeś? Nie macie kontaktu?
Reilynn poznał dawno temu. Dobrych kilka lat, może nawet więcej, chociaż gdyby ktoś kazał mu wskazać konkretny dzień, godzinę i okoliczności, najpewniej musiałby skłamać z dużą pewnością siebie. A może wcale nie skłamać, tylko coś wymyślić, co brzmiałoby prawdopodobnie do czasu sprawdzenia. Zresztą nieważne. Po prostu istniała w jego życiu.
Najpierw była więc Reilynn od mamy. Potem stała się Reilynn od rozmów i odwiedzin, kiedy akurat wpadł z mamą albo po mamę, a potem też od spotkań poza szpitalem, gdy była poza szpitalem, i od kilku planów, które brzmiały świetnie wtedy, gdy je wymyślali. Zresztą wszystko brzmiało świetnie, kiedy było wymyślane. To był problem z rzeczami. W momencie wymyślania prawie każda była najlepsza, a potem… Potem to różnie.
Kontakt był więc. I nie był.
Z Leifem często tak właśnie bywało. Pojawiał się w życiu ludzi z całym sobą: głośny, ciepły, rozlatany, pełen pomysłów, jakby nie przyszedł, tylko wpadł przez niedomknięte okno. A potem życie skręcało, a on sam obiecywał sobie, że odpisze po powrocie do domu, po prysznicu, po kolacji, rano, w weekend, kiedy będzie miał głowę. I nagle z zaraz robił się miesiąc, z miesiąca trzy, a wiadomość wisiała gdzieś na dole konwersacji jak wyrzut sumienia.
Nie był dobry w podtrzymywaniu znajomości, jeśli cała znajomość musiała zmieścić się w dymku na Instagramie albo WhatsAppie. Gubił wiadomości. Otwierał je w metrze, odpowiadał w głowie, chował telefon do kieszeni i potem szedł dalej przez świat z przekonaniem, że coś załatwił. Nie załatwił.
UsuńSięgnął po telefon, bardziej odruchowo niż z rozmysłem, i wszedł w ich rozmowę na IG. No tak. Skończona wiadomością od niej, nieodpisane od wieków.
Ostatnio widzieli się chyba pół roku temu. Chyba. W jakimś lepszym tygodniu, poza szpitalem. Mieli potem gdzieś wyskoczyć. Na nocny targ albo coś w tym stylu. Nie wyszło, nie pamiętał czemu, ale możliwe, że z jego winy.
– Zooey?
– Mamy jakiś – odpowiedział nieprecyzyjnie. – Ale nie wiedziałem. Odwiedzę ją.
Jak powiedział, tak zrobił. Bo jak Leif już coś mówił, to… To czasem coś robił, a czasem tylko mówił. Tym razem był to ten pierwszy przypadek. Co prawda nie wydarzyło się to od razu, a dopiero w następnym tygodniu, ale przyszedł. Niezapowiedziany, bo przez chaotyczny łeb nie przebiegła myśl, że może dobrze byłoby napisać.
O dziwo gdy podał dane na recepcji szpitala, wpuszczono go do środka. Czyżby błąd administracji? Czyżby błąd Reilynn, tj. jej decyzja o umieszczeniu go na liście gości? Nie mitrężył czasu na zastanawianie się nad tym, tylko umył ręce. Szorował dłonie tak długo, że pojawiły się na nich zmarszczki jak u stulatka. Zdezynfekował je raz i drugi, włożył otrzymany fartuch i maseczkę, a potem ruszył do odpowiedniej sali.
Zapukał i potem wszedł. A właściwie to zrobił to równocześnie – stukpuk wybrzmiało w chwili, gdy nacisnął klamkę. Krok w przód i już był w środku.
– Dzień dobry, kontrola jakości – przywitał się dziarsko. – Jak dzisiaj się czujemy? Słyszałem, że ktoś tutaj przelumpował cały dzień i generalnie nic, tylko się leni, hmmm? Co porabiasz?
Leif Zweig
Odrzucenie klienta nie było niczym niezwykłym, przynajmniej nie w teorii, bo kancelaria miała prawo wybierać sprawy, miała standardy, politykę ryzyka i własne granice, ale problem polegał na tym, że ten konkretny klient nie był zwyczajny. Miał pieniądze, nazwisko, wpływy i sprawę, która mogła przynieść kancelarii nie tylko ogromne honorarium, ale też kolejne kontakty w środowisku, do którego ojciec Tannera, Joseph, od lat próbował wejść jeszcze głębiej. A Tanner powiedział nie. I sprawa teatralnie się rypła. Klient wyszedł urażony, jego doradca trzasnął drzwiami, a Joseph jeszcze przez kilka sekund siedział nieruchomo, z wyrazem twarzy człowieka, który właśnie obserwował, jak wielomiesięczne starania o wpływowe kontakty idą z dymem. Oczywiście, to nie była odmowa dla zasady. Tanner wysłuchał propozycji do końca, przejrzał wszystkie dokumenty, zadał nawet kilka konkretnych pytań, a potem zamknął teczkę ze spokojem, od początku wiedząc, dokąd zmierzała cała ta rozmowa. Odmowa padła krótko i rzeczowo, bo nigdy nie owijał słów w uprzejme formułki o konflikcie interesów, czy napiętym grafiku, mimo że ten rzeczywiście taki był. Powiedział jedynie, że nie będzie reprezentował człowieka, którego sprawa od pierwszych minut opierała się nie na obronie, tylko na kupieniu sobie wygodnej wersji prawdy, i widocznie tyle wystarczyło, żeby urazić dumę wszystkich obecnych przy stole. I rozpętać burzę, bo Joseph nie był zły, on był kurewsko wręcz wściekły, choć samo to nie robiło wrażenia tak bardzo, jak fakt, że nie okazywał tego wprost. Nie podniósł głosu nawet o ton, nie walnął dłonią w blat, bo wcale się nie poruszył. Siedział przy konferencyjnym stole z lodowatym spokojem, z zaciśniętą szczęką i spojrzeniem tak ciężkim, że każdy, kto znał go choć trochę, wiedział, że krzyk byłby w tej sytuacji łaskawszy. A Tanner znał go na tyle dobrze, by dodatkowo wiedzieć, że odpłaci mu się za to z nawiązką, bo dla jego ojca to nie było tylko odrzucenie jakiejś tam sprawy. To była zniewaga, błąd strategiczny i dowód na to, że Tanner wciąż stawiał własne zasady ponad interes nazwiska, które miał kiedyś przejąć. Niedoczekanie jego.
OdpowiedzUsuńAtmosfera w kancelarii była później tak gęsta, że można było ciąć ją nożem, a gorącego napięcia nie ostudziła nawet klimatyzacja działająca na full. Wytrzymał w tej atmosferze jeszcze niespełna pół godziny, co i tak można było uznać za przejaw niezwykłej cierpliwości, ewentualnie głupiego uporu, a potem zebrał papiery, odłączył laptop od stacji dokującej i zaczął pakować swoje rzeczy do skórzanej aktówki. Trzymając ją w dłoni, przeszedł przez open space, czując za sobą długie spojrzenia młodych praktykantów, którzy sami zdążyli połączyć kropki i domyślić się, kto sprawił, że klient trzasnął drzwiami, a gdy dotarł do wind, wcisnął jedynie przycisk i poczekał, aż metalowe drzwi rozsuną się, po czym zjechał z trzydziestego trzeciego piętra prosto na parter.
Wszedł do pobliskiej kawiarni – tej samej, w której był ostatnio na spotkaniu i która wtedy wydawała mu się zbyt głośna, żeby nadawała się do poważnej pracy. Tanner zwykle nie pracował w takich miejscach. Nie lubił rozmów obcych ludzi przy sąsiednich stolikach, brzęku filiżanek ani ekspresu syczącego co kilka minut tuż za barem, ale musiał trochę przewietrzyć głowę. I napić się kawy. Tu kawała było o dziwo lepsza niż w kancelarii, co w tej konkretnej chwili okazało się być argumentem nie do podważenia. Poza tym mieli tu na podłodze naprawdę dobrze zachowaną mozaikę z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, której regularny, geometryczny wzór dobrze łączył się z podobnymi wstawkami na ścianach. Bardzo mu się podobała.
Zamówił podwójne espresso, a potem usiadł przy stoliku pod ścianą. I nie był to wybór przypadkowy, bo Tanner lubił mieć przed sobą pomieszczenie. Może to nawyk, może ostrożność, a może zwykła potrzeba kontroli – tego dnia wyjątkowo nie miał ochoty tego rozstrzygać. Postawił filiżankę po prawej stronie, aktówkę położył na sąsiednim krześle, po czym wyciągnął Macbooka i otworzył go płynnym ruchem.
Ekran rozjaśnił się od razu, a po wpisaniu hasła system automatycznie wrócił do folderu sprawy, nad którą pracował ostatnio. Otworzył notatki ze spotkań oraz te ze wstępną linią argumentacji i wczytał się w nie uważnie, co jakiś czas dopisując coś nowego, albo kasując stare zdania, które jednak przestały mu leżeć. W międzyczasie odchylił się lekko na krześle i odruchowo poprawił materiał koszuli pod szyją, dokładnie tam, gdzie zaczynał się krawat. Było cholernie gorąco. Nie miał na sobie marynarki i trochę teraz żałował, że skoro już pozbył się marynarki, to nie poszedł za ciosem i nie pozbył się również krawata. Na guzikach mankietów wciąż miał spinki własnego projektu, ciemne, oszczędne w formie, z drobnym turmalinem widocznym dopiero z bliska. Inni ludzie kolekcjonowali zegarki albo samochody, a on był absolutnym fetyszystą spinek do mankietów i nawet nie próbował udawać, że jest inaczej.
UsuńGdy w pewnym momencie sięgnął po filiżankę, jego spojrzenie uniosło się znad ekranu i spoczęło badawczo na dziewczynie, która siedziała nieco z boku, blisko, ale w stosownej odległości, jeszcze. Pamiętał ją. Była tu tydzień temu, tak jak on. Teraz usiadła bliżej niż poprzednio o jakieś dwa stoliki, czyli na tyle blisko, by nie dało się już uznać tego za zwykły zbieg okoliczności, ale wciąż wystarczająco daleko, by zachować pozory przypadkowości. Tanner uniósł filiżankę do ust, nie odrywając od niej spojrzenia od razu. Nie było w tym otwartej zaczepki ani nieuprzejmego gapienia się, tylko zwykła, chłodna rejestracja faktu, że pewne elementy układanki zaczynały pojawiać się w tym samym miejscu drugi raz z rzędu. A on nie wierzył w przypadki aż tak chętnie. Raczej nie wierzył w nie wcale.
Nie byłoby w tym w zasadzie nic nadzwyczajnego, bo przecież to naturalne, że ktoś może chodzić do tej samej kawiarni dzień w dzień i pracować. Ludzkie drogi przecinają się nieustannie, raz tu, raz tam, tylko że ta dziewczyna nie sprawiała wrażenia kogoś, kto po prostu przyszedł napić się kawy i dokończyć własne sprawy. Miała tu jakiś cel. I z dość dużym prawdopodobieństwem Tanner zakładał, że tym celem był on. Obserwował ją już tydzień temu, choć wcale nie natarczywie, bo był wtedy zajęty swoim spotkaniem, ale wystarczająco uważnie, żeby zapamiętać kilka szczegółów. Siedziała wtedy przy innym stoliku, z laptopem ustawionym pod takim kątem, żeby ekran pozostawał niewidoczny dla większości sali. Co jakiś czas zerkała w jego stronę, a potem pochylała się nad klawiaturą i zapisywała coś szybko, jakby bała się, że jeśli nie zanotuje tego od razu, to jakiś szczegół zdąży jej uciec. Dziś było podobnie, tylko intensywniej. Dziś Tanner miał wręcz wrażenie, że klawisze w jej laptopie za chwilę poodpadają od siły, z jaką w nie uderzała, a ponieważ tym razem nie spuszczał z niej spojrzenia równie konsekwentnie, złapał ją kilka razy na tym, że jej uwaga była wycelowana prosto w niego. Nie w jego stronę. W niego. I to też samo w sobie nie musiałoby jeszcze oznaczać niczego szczególnie podejrzanego. Nie był tak anonimowy, jak chciałby być, głównie przez działalność dla Innocence Project, kilka głośniejszych spraw i parę artykułów, które swego czasu nieszczęśliwie uznały jego twarz za element wart pokazania obok nazwiska. Zdarzało się, że ludzie go rozpoznawali. Zdarzało się, że patrzyli trochę dłużej, próbowali przypomnieć sobie, skąd go kojarzą, a potem wracali do własnego życia. Tylko że ona nie wyglądała, jakby próbowała go sobie przypomnieć. Wyglądała, jakby już wiedziała dokładnie, kim był. A czego mogła chcieć od niego dziewczyna, która wyglądała na dwadzieścia pięć, może dwadzieścia sześć lat? Chyba warto się dowiedzieć, skoro on okazał się być dla niej tak istotny, że postanowiła coś o nim napisać, mimo że nawet mu się nie przedstawiła.
Dopił ostatni łyk kawy, odstawił filiżankę na spodek i zamknął ekran laptopa, po czym podniósł się z miejsca. Wziął aktówkę z krzesła, schował swoje manatki bez pośpiechu, a potem przeszedł po mozaikowej podłodze przez kawiarnię, mijając stoliki, przy których ludzie zajmowali się własnymi rozmowami, ciastkami i ekranami telefonów. Zatrzymał się dopiero przy jej stoliku. Nie zapytał, czy może się dosiąść, bo nie uznał tego za konieczne, skoro ona najwyraźniej od jakiegoś czasu również nie pytała go o zgodę na czynienie go tematem jakichś swoich notatek. Odsunął sobie krzesło naprzeciwko niej i usiadł spokojnie. Wcześniej dzieliło ich trochę przestrzeni ze stolikami po drodze, a teraz dzielił ich tylko i wyłącznie jej laptop.
UsuńPopatrzył na nią bez słowa, przechylając głowę najpierw lekko w prawo, potem w lewo, a jego spojrzenie zaczęło śledzić ruch jej tęczówek. Nie wyglądał na rozbawionego, ale nie wyglądał też na szczególnie zdenerwowanego, a przez kilka długich sekund nie powiedział nic, pozwalając, żeby niezręczność wyraźnie usiadła między nimi. Prześledził delikatne rysy jej twarzy, pełne usta i powrócił do jej spojrzenia, które nie pasowało do kogoś, kto miał być jedynie biernym obserwatorem. Była ładna w ten nieoczywisty, trochę filmowy sposób. A skowo wcześniej kilka razy patrzyła na niego tak, jakby próbowała rozłożyć go na części pierwsze, on zrobił teraz dokładnie to samo.
— Skoro jestem aż tak interesujący... — odezwał się w końcu spokojnie. Jego głos był ciepły i stonowany, ale fakt jest taki, że wiedział, jak należy mówić, bo sporo miał w życiu zajęć z paralingwistyki, które odpowiednio go przygotowały. — ...to uznałem, że może warto oszczędzić pani dalszych obserwacji z odległości.
Tanner Morgan 🤨🕵️♂️
Spojrzał na jej usta, gdy się odezwała, bo brytyjski akcent od razu zapiekł go w uszy. Nie był może szczególnie nachalny w melodyjnym tonie jej głosu, ale wystarczająco wyraźny, żeby zdradzić jej nieamerykańskie pochodzenie. Zaraz potem wrócił uwagą do jej całokształtu i skupił się odrobinę mocniej, a między jego brwiami wyrysowało się kilka płytkich zmarszczek. Strasznie dużo się tu działo. Patrzył na nią uważnie, zastanawiając się, czy ma przed sobą amatorkę, która włazi za daleko w cudze sprawy, czy kogoś, kto tylko bardzo skutecznie udaje, że nie wie, co robi. Delikatna twarz i spojrzenie, które potrafiło uciekać, choć nie wyglądało wcale na słabe, a do tego niepozorna postura i napięcie tak wyraźne, jakby pod skórą miała nie nerwy, tylko żywy prąd. Miał przed sobą drobne, filigranowe dziewczę, które w ciągu sekundy rozpętało wokół siebie prawdziwy huragan. Powinien był się spodziewać, że to nie będzie normalne, skoro od początku na takie nie wyglądało, ale najwyraźniej tego dnia jego granica tolerancji na absurd została już tak skutecznie przeciążona, że umknął mu moment, w którym należało wstać, zabrać laptop i wyjść bez słowa, a potem udać, że ta kawiarnia zwyczajnie nie istnieje. Teraz było na to trochę za późno.
OdpowiedzUsuńSiedział naprzeciwko niej, z dłonią opartą luźno na blacie i spojrzeniem wbitym w jej twarz, próbując oddzielić pozę od paniki i przypadek od zamiaru, tylko że tu wszystko wyglądało jak kompletny przypadek, a jednocześnie z jakiegoś powodu układało się tak spójnie, jakby zostało z rozmysłem wyreżyserowane.
Możliwe, że jej nazwisko obiło mu się gdzieś o uszy, ale skłamałby, gdyby powiedział, że śledził aktualnie działających pisarzy, wiedział, kto jest kim, kto co napisał i czyje nazwisko w danym sezonie należało znać, żeby nie wypaść na literackiego analfabetę przy kieliszku wina. Rynek wydawniczy istniał gdzieś obok jego świata, tak samo jak premiery teatralne, wystawy i wszystkie te kulturalne wydarzenia, o których ludzie z dobrych domów lubili wspominać mimochodem, żeby udowodnić, że poza pieniędzmi mają jeszcze jakiś gust. Tanner czasem coś zapamiętywał. Czasem kojarzył nazwisko z recenzji, wywiadu albo rozmowy zasłyszanej przy kolacji, ale od kojarzenia do rzeczywistej wiedzy była jeszcze długa droga, której nigdy nie chciało mu się pokonywać. Miał całe mnóstwo własnych spraw, związanych z jubilerskim biznesem i to w tej dziedzinie był na czasie z aktualnościami. Tak czy inaczej, co związanego z nim mogła mieć pisarka, która, jak sama zdążyła zasugerować, opierała się głównie na artykułach znalezionych w internecie? Na cudzych tekstach, cudzych skrótach i interpretacjach, które wyglądały wiarygodnie tylko do momentu, w którym człowiek zaczynał poznawać sprawę od środka. Mogła pisać artykuł. Mogła zbierać materiał do książki. Mogła uznać, że prawnik od niesłusznie skazanych będzie idealnie pasował do jakiegoś ckliwego rozdziału o moralności, winie, systemie albo innej wielkiej idei, którą ludzie lubili ubierać w ładne zdania, dopóki nie musieli spojrzeć w oczy komuś, kto naprawdę przez ten system przeszedł. Tylko że jeśli Reilynn Bothwell zamierzała zrobić z niego postać, przypis albo inspirację, mogła przynajmniej zacząć od czegoś bardziej eleganckiego niż obserwowanie go zza laptopa i udawanie, że to przypadek, czyż nie? Może jakieś spotkanie zapoznawcze, czy choćby zwykła wiadomość wysłana do kancelarii, z grzecznym pytaniem, czy znalazłby czas na rozmowę. Cokolwiek, co nie przypominałoby taniego zwiadu prowadzonego między filiżanką kawy a pączkiem z pistacjowym nadzieniem.
Mimo swoich myśli, przyglądał się jej cały czas z tym samym uważnym wyrazem twarzy, bo przy tym stoliku naprawdę dużo zaczęło się dziać. Przeszło mu przez myśl, żeby zapytać, czy uderzyła się już kiedyś w głowę, ale dźwięk, który doszedł od stolika był wymowny. Cała reszta, która wydarzyła się za chwilę, także. Czy naprawdę można w ciągu jednej sekundy zamienić swoje życie – i cudze przy okazji – w chaos? Można. Jak widać, kiedy jest się Reilynn Bothwell, można wiele.
Można zdradzić się z co najmniej kilku motywów, ledwie otwierając usta. Można uderzyć się w czoło, strącić pączka z blatu, wybrudzić pistacjową pastą spodnie od Valentino, warte więcej niż niejedna pączkarnia, a potem wylądować pod stołem w pozycji, od której spokojnie dałoby się zacząć kręcić klasycznego pornosa. Rozkosznie. Doprawdy, rozkosznie. Wszechświat ewidentnie uznał, że tego dnia sama rozmowa byłaby zbyt mało absurdalna.
UsuńSpojrzał pod stół, pod którym Reilynn wciąż siedziała, trzymając w dłoni pączka, z którego część pistacjowej pasty zdążyła już znaleźć sobie nowe miejsce, bo elegancko wtarła się w ciemnogranatowy materiał jego spodni, dokładnie na wysokości uda, tworząc tam jasną, kremową smugę, której nie dało się ani przeoczyć, ani zignorować.
Patrzył na Reilynn bez słowa przez kilka sekund, choć chyba każdy inny na jego miejscu przynajmniej próbowałby otrzepać materiał albo uratować resztki godności własnej garderoby, ale on tylko siedział i wgapiał się w nią z mieszanką lekkiego niedowierzania i zaskoczenia. Dobrze, że ten laptop na blacie nie dokonał samozapłonu, bo to byłaby już prawdziwa wisienka na torcie.
— Muszę przyznać — odezwał się w końcu, nie odrywając od niej wzroku — że jak na kogoś, kto próbuje nie zwracać na siebie uwagi, robi pani naprawdę imponujące zamieszanie.
Wypowiedział to spokojnie, choć to wcale nie czyniło tych słów łagodniejszymi. Jego spojrzenie na moment znów opadło na kremową smugę na spodniach, po czym wróciło do Reilynn. Nie wyglądał na człowieka, który czeka na przeprosiny, ale nie miał nic przeciwko, kiedy padły. Teraz wyglądał jak ktoś, kto próbował ocenić, czy siedząca pod stołem pisarka była katastrofą jednorazową, czy może zjawiskiem cyklicznym, które należało wpisać w plan dnia z odpowiednim marginesem bezpieczeństwa.
— Może pani wrócić na krzesło i nie doprowadzić przy tym do końca świata? — zawiesił głos na tyle długo, żeby sugestia zdążyła wybrzmieć, po czym spojrzał znacząco na przestrzeń pod stołem. Chyba nie musiał dopowiadać, że obecna konfiguracja była co najmniej niefortunna. — Bo obawiam się, że jeśli ktoś teraz spojrzy w tę stronę, to żadne z nas nie będzie miało dość wiarygodnej wersji wydarzeń.
Tanner Morgan 😳🤯
Nawet mu przez myśl nie przeszło, żeby poruszać temat spodni, bo po tym, co właśnie się wydarzyło, i co w zasadzie wciąż się działo, był święcie przekonany, że gdyby powierzył jej te spodnie, to wywołaliby jakąś katastrofę tekstylną, a one na pewno nie wróciłyby do niego w jednym kawałku. To nie miałoby prawa się udać. Nie żeby te spodnie były jedynymi, jakie posiadał, bo jego garderoba pełna była garniturowych kompletów, ale lubił dobrze skrojone rzeczy, a te spodnie układały się prawie że idealnie. Dlatego odsunął temat spodni na bok. Nie było pączka. Nie było pistacjowej pasty elegancko wprasowanej w granatowy materiał na jego udzie. Wszystko na ten czas zostało zapomniane. Koniec, dziękuję, do widzenia.
OdpowiedzUsuńZresztą to, co Reilynn wyprawiała w tej chwili między jego kolanami, kiedy próbowała wyjść spod stołu, skutecznie odciągało uwagę od wszelkich spraw odzieżowych, bo okazało się, że był to proces zaskakująco skomplikowany jak na czynność polegającą teoretycznie wyłącznie na powrocie człowieka do pozycji siedzącej. Odsunął się minimalnie, dając jej więcej miejsca, choć zrobił to z miną człowieka, który nie jest pewien, czy właśnie pomaga, czy jednak zwiększa zasięg potencjalnych zniszczeń. Dłonie trzymał przy sobie, rozsądnie uznając, że każda próba fizycznej interwencji mogłaby zostać źle zrozumiana albo, biorąc pod uwagę dotychczasowy rozwój wydarzeń, zakończyć się jakimś kolejnym dramatem. On, siedzący przy kawiarnianym stoliku. Ona, próbująca wydostać się spod stołu spomiędzy jego nóg. Gdyby ktoś dostarczył podobny materiał jego jeszcze żonie, zapewne nie musiałaby nawet pytać o kontekst, bo kontekst byłby tutaj najmniej interesującą częścią całej historii. On mógłby oczywiście tłumaczyć, że to nie było tym, na co wyglądało, ale to już samo w sobie brzmiałoby fatalnie. Dzięki Bogu, że ludzie w tej kawiarni zajęci byli swoimi sprawami.
Wziął wdech i wypuścił powoli powietrze, czekając, aż Reilynn znajdzie się z powrotem na krześle po drugiej stronie stolika. Świadomie wybrał cierpliwość zamiast komentarza, choć komentarzy miał w głowie co najmniej kilka i każdy kolejny był mniej uprzejmy od poprzedniego. Nie poganiał jej, tylko spokojnie czekał, bo wiedział, że gwałtowne ruchy i presja mogły doprowadzić do następnych strat materialnych, moralnych albo odzieżowych, a to nie było im dodatkowo potrzebne. Zdążył zresztą zauważyć laskę opartą tuż obok i domyślił się, że nie była to ekstrawagancka ozdoba ani narzędzie noszone po to, żeby nabić komuś guza. Reilynn mogła sprawiać wrażenie chodzącej katastrofy, ale nie był aż tak pozbawiony wyobraźni, żeby nie połączyć kilku faktów, tym bardziej, że laska stała w zasięgu jej ręki, ustawiona tak, jak ustawia się coś potrzebnego, a nie przypadkowego. Skoro ją miała, to jasne, że jej potrzebowała.
Siedział oparty na krześle ze spojrzeniem utkwionym gdzieś ponad jej głową, dopóki nie usłyszał szurnięcia drugiego krzesła i nie zobaczył, że wróciła na miejsce. Dopiero wtedy przeniósł na nią uważny i wymowny wzrok, bo sam fakt, że udało jej się ponownie przyjąć pozycję cywilizowanego rozmówcy, zasługiwał na to milczące uznanie. Potem prześledził krótko ruch jej palca, który wylądował pomiędzy jej wargami, i nieznacznie zmrużył oczy. Nie skomentował tego. Oczywiście, że nie skomentował. Miał jeszcze resztki przyzwoitości, albo przynajmniej wystarczająco dużo rozsądku, żeby wiedzieć, które obserwacje lepiej zostawić sobie.
— To bardzo rozsądna propozycja — przyznał, wpatrując się w jej twarz. — Niestety złożona mniej więcej pięć katastrof za późno. Teraz będzie pani mówić — zaznaczył, przeskakując wzrokiem z twarzy Reilynn do serwetki, którą trzymała w palcach. Pochylił się na krześle wystarczająco zdecydowanie, żeby skrócić dystans między nimi, i jedną dłonią ujął jej nadgarstek.
Palcami drugiej dłoni odebrał jej serwetkę i lekko ją strzepnął, rozprostowując zgnieciony papier, po czym odsunął się, opuścił wzrok na własne udo i z miną pozbawioną komentarza zebrał pistacjową pastę z ciemnogranatowego materiału. Mieli przy stoliku jedną serwetkę. Jedną. A skoro Reilynn Bothwell najwyraźniej zdążyła już uczynić z jego spodni poboczną ofiarę swojego procesu twórczego, czy tego chciała, czy nie, musiała się nią podzielić. Oczywiście to, że zebrał resztki pasty z materiału, nie zmieniło prawie niczego. Plama jak była, tak jest i będzie, dopóki jej nie spierze.
Usuń— Po takim wejściu milczenie byłoby już nieuprzejmie rozczarowujące — zauważył, kontynuując odpowiedź, którą przerwał tylko na chwilę na rzecz pożyczenia serwetki, którą odłożył na bok. — A tak się akurat składa, że ma mi pani bardzo dużo do opowiedzenia.
Oparł się z powrotem na krześle, ale nie odsunął od niej spojrzenia. Teraz, kiedy wróciła już na właściwą stronę stolika, a sytuacja była względnie opanowana, mógł wreszcie zająć się tym, od czego zamierzał zacząć.
— Proponuję od początku — dodał po chwili. — Kim pani jest, co pani pisze i dlaczego od tygodnia zachowuje się pani tak, jakby moja osoba była pani do czegoś niezbędna?
Tanner Morgan 🧐
[Hej, hej! :)
OdpowiedzUsuńTrochę przychodzę po czasie z podziękowaniami za powitanie. Brutalne te życie w ostatnich tygodniach jest. ^^ Dziękuję też za życzenia, ale w planach wcale nie mam, aby Zane odnajdywał spokój czy ogarniał życie. Jemu zdecydowanie lepiej jest w chaosie. ;> Chociaż kto wie co tam dla niego zapisane jest w gwiazdach. Wpadłam do Reilynn, bo tak zdobi główną stronę bloga i kurczę, ale ty tej dziewczynie dowaliłaś. Pierwsze co pomyślałam, to, że jej rachunki za wizyty w szpitalu muszą być ogromne i dobrze, że książki się sprzedają to przynajmniej nie zadłużyła się w porównaniu do Lavender. :D Totalnie różne te Twoje dziewczyny. Jedna po nos w ciemnych interesach, druga po nos w książkach. :D Powiem Ci też szczerze, że głupio mi brać wątek, jak jeszcze na Mariesville nie odpisałam ._. Jednak jeśli Ci moje okropnie ślimaczne tempo nie przeszkadza to możemy nad czymś pomyśleć. Szczególnie, że niedługo grafik mi się rozluźnia i powinnam mieć ciut więcej czasu na wątki. :D]
Zane Maddox
Może nie było do końca tak, że brał wszystko, na co tylko miał ochotę, bo nie był aż tak prosty, ani pozbawiony manier, żeby sięgać po cudze rzeczy z przekonaniem, że świat ma obowiązek ustępować mu z drogi. Był po prostu bezpośredni. W czynach, w słowach, w spojrzeniu i w sposobie, w jaki skracał dystans, kiedy uznawał, że dystans przestał mieć sens, a tu Reilynn odebrała dystansowi jakikolwiek sens właściwie tuż po przedstawieniu się, gdy pod stołem obmacała mu kolano. Tylko albo aż. Potrafił być elegancki, oczywiście, w końcu wychowanie i nazwisko zrobiły swoje, tyle że jego elegancja nie zawsze była łagodna, a już na pewno nigdy nie była potulna. Nie musiał uciekać do prymitywnych zachowań, żeby być stanowczy albo żeby wywierać presję, bo sala sądowa już dawno go nauczyła, że prymitywne zachowania zwykle nie działają. Prawdziwa przewaga leżała przede wszystkim w cierpliwości, z jaką pozwalało się drugiej stronie samej wejść dokładnie tam, gdzie od początku miała się znaleźć, dlatego on cierpliwie czekał teraz na wyjaśnienia.
OdpowiedzUsuńOparty na krześle, utrzymywał spojrzenie w twarzy Reilynn, słuchając jej słowo po słowie i próbując zrozumieć, co takiego pisała o tych prawnikach, że potrzebowała do tego inspiracji, która wynikałaby z codziennych czynności pokroju picia kawy. Już pomijając fakt, że on wcale nie musiał być tutaj sobą. Kawiarnia nie sprawiała magicznie, że zrzucał z siebie wszystko, czym był poza nią, z kolei to, że siedział bez marynarki, a wcześniej skupiał się na ekranie Macbooka i popijał espresso z filiżanki, nie czyniło go nagle bardziej prawdziwym niż wtedy, gdy stał przed ławą przysięgłych albo rozmawiał z klientem w kancelarii. Jeśli Reilynn naprawdę szukała w nim inspiracji, to musiała liczyć się z tym, że teraz też obserwowała tylko jakiś wycinek. Fragment, który wszedł do kawiarni po napiętym poranku, z irytacją po rozmowie z ojcem, i który teraz siedział tu z plamą na spodniach i cierpliwością nadwyrężoną do granic przyzwoitości. Szanse na to, że miała przed sobą prawdziwego, nieprzefiltrowanego przez okoliczności Tannera Morgana były mniej więcej pół na pół. Równie dobrze mogła obserwować człowieka w naturalnym środowisku, jak i człowieka, który od kilku godzin funkcjonował na resztkach cierpliwości i bardzo świadomym wysiłku, żeby nie powiedzieć o kilka zdań za dużo.
Jego wzrok powędrował za ruchem jej sylwetki, gdy podniosła się z krzesła. Dopiero wtedy wyraźniej zauważył, że jej dłoń odruchowo odnalazła laskę opartą tuż obok stolika, a palce zacisnęły się na niej z wprawą. Spojrzeniem przesunął niżej po linii jej ciała, rejestrując sposób, w jaki przenosiła ciężar z jednej strony na drugą i wtedy zobaczył protezę. Nie rzucała się od razu w oczy, była też częściowo ukryta przez ubranie, ale teraz, kiedy Reilynn stała, a laska przejęła część ciężaru jej ciała, obraz ułożył się w całość. Zatrzymał na niej wzrok tylko na krótką chwilę, a potem wrócił spojrzeniem do jej twarzy. Skoro nie chciała, żeby protestował, to nie protestował. Chętnie jednak sprawdzi, czy to drobne ciało rzeczywiście będzie w stanie pomieścić dwa pączki i kilka gryzów trzeciego, który zdążył już zaliczyć wycieczkę pod stół, spotkanie z jego spodniami i ostatecznie utracił status czegokolwiek, co powinno jeszcze trafić do ludzkich ust. Wydawało mu się to mało realne, ale odkąd przysiadł się do jej stolika, wszystko to, co mogło być nierealne, okazało się jednak częścią jego rzeczywistości.
Nie przepadał za pączkami – to jedno, a drugie, że od miesięcy trzymał się dość konkretnej diety, podporządkowanej treningom na siłowni. Nie był fanatykiem zdrowego trybu życia, żeby nawet ciasteczka do kawy nie przegryźć, ale jeśli już poświęcał kilka poranków w tygodniu na ciężary, interwały i całą uporczywą dyscyplinę z tym związaną, to nie po to, żeby później dobrowolnie sabotować swoje wysiłki.
Reilynn podjęła decyzję za niego – czego tak swoją drogą nie lubił – a skoro jednak uznała, że pączki powinny stać się elementem tej rozmowy, to on z przyjemnością pozwoli jej ponieść ciężar tej decyzji.
Usuń— Proszę mi pokazać, co pani napisała — powiedział, gdy tylko Reilynn usadowiła się z powrotem na krześle, a on miał pewność, że znalazła się w stabilnej pozycji i nie wydarzy się nic podobnego do poprzedniej wycieczki pod stół. — Jeśli nie zna pani zbyt wielu prawników, a mnie uznała pani za odpowiednią inspirację, to akurat ja będę mógł rzetelnie powiedzieć, czy to, co pani pisze, trzyma się kupy — zauważył trafnie, bynajmniej nie z próżności. Miał świadomość, że jego zawód był jednym z tych, które fikcja szczególnie lubiła upraszczać, upiększać albo zamieniać w efektowną serię błyskotliwych ripost, więc jeśli Reilynn zamierzała pisać o prawnikach, dobrze byłoby sprawdzić, czy nie popełniała wszystkich możliwych błędów naraz. O ile rzeczywiście pisała o prawnikach, bo na razie krawędzie całej tej historii wcale nie chciały sklejać się w całość. Reilynn mówiła dużo, chaotycznie i chwilami tak, jakby sama próbowała nadążyć za własnym wyjaśnieniem, a on nie miał jeszcze pewności, czy węszy tu kłamstwo, czy tylko dość znaczące rozminięcie się z faktami. Chciał zobaczyć ekran. I chyba nie musiał już wspominać, że wcale nie zamierza mówić jej po imieniu?
Tanner Morgan 😐⚖️
Intencja była możliwa do zignorowania i on właśnie ją ignorował, tak samo jak cały ten spektakl z pączkiem, który rozgrywał się przed jego oczami. Tak dawno nie obcował z ludźmi podchodzącymi do większości spraw bez większego krytycyzmu, że naprawdę zdążył zapomnieć, jak wygląda interakcja z kimś, kto najpierw działa, a dopiero później, ewentualnie, zastanawia się nad konsekwencjami. W jego życiu zawodowym, a nawet prywatnym, nie było zbyt wiele miejsca na zachowania podobne do tych, które teraz prezentowała Reilynn, dlatego wszystko to wydawało mu się nie tylko dziwne, ale też niepokojąco oderwane od tego, co uznawał za normalne. To nie mogło być normalne. Nie oceniał jej jednak, bo nie znał ani jej ani jej historii, ale z marszu wywnioskował, że nie mieli ze sobą zbyt wielu cech wspólnych, które mogłyby połączyć się na jakiejś płaszczyźnie i zwyczajnie kliknąć. Przepaść była między nimi wielka, żeby nie powiedzieć, że dzieliła ich cała mapa różnic. On funkcjonował w świecie zasad i konsekwencji, więc nawet kiedy łamał czyjeś oczekiwania, robił to świadomie, z pełną świadomością ryzyka i kosztów. Ona natomiast sprawiała wrażenie kogoś, kto wpadał w czyjąś przestrzeń jak przeciąg przez otwarte okno i siał swój mały zamęt, a potem zostawiał go i znikał. Oczywiście wcale nie twierdził, że to czyniło ją gorszą, ale czyniło ją kimś z zupełnie innego porządku. Jej uroczy chaos był cechą, która dla wielu mogła być urzekająca i na pewno tak było, ale nie dla kogoś kto nie lubi chaosu. A Tanner zawsze był z chaosem na bakier. To zaś, co wydarzyło się w ciągu kilku ostatnich minut, było chaosem w najczystszej postaci.
OdpowiedzUsuń— Sprostujmy parę kwestii, pani Bothwell — zaczął, nie bez powodu kładąc nacisk na dwa ostatnie słowa. — Nie mam ochoty mówić do pani po imieniu, ponieważ nie jest pani dla mnie nikim szczególnym i nie sądzę, żeby miało się to zmienić — wyjaśnił spokojnie, ale jednoznacznie również w kwestii wspomnianej przez nią przyjaźni. Skąd w ogóle nagle wziął się pomysł na przyjaźń? Skoro on nie miał pojęcia z kim ma do czynienia, bo na tak słowo to ciężko komukolwiek w dzisiejszych czasach wierzyć, a ona znała go z internetowych artykułów, czyli wiedziała o nim tyle, co nic, a może i gorzej, bo internet lubił wiele faktów przekręcać. A do greckich tradycji wcale już nie nawiązywał, bo znajdowali się w Ameryce, a żadne z nich z Grecją nie miało raczej nic wspólnego. On na pewno nie, a ona na Greczynkę też nie wyglądała, nie wspominając już o jej brytyjskim akcencie, który na wstępie tę Grecję zdyskwalifikował.
— Ja nie przyszedłem tutaj, żeby brać udział w pani przestawieniu. Mój błąd, bo nie pomyślałem, że może być ono częścią pani stylu bycia — stwierdził nadal grzecznie i rzucił krótkie spojrzenie w stronę pączka. — Gdyby przyniosła pani coś, co lubię, poczęstowałbym się z przyjemnością, ale nie zadała sobie pani nawet trudu, żeby zapytać na co mam ochotę — zauważył. — To jest jednak nieistotne, bo nie przysiadłem się tu na zapoznawczą pogawędkę. Pani obecność w moim otoczeniu zaczyna mnie niepokoić, i to jest powód — zaznaczył, celując w nią spojrzenie. Nie w pączka, który znajdował się tuż przed jego ustami i pachniał słodyczą, a w nią. W jej oczy, które co rusz zerkały w te należące do niego. A czy naprawdę się niepokoił? Nie, ani trochę, ale to też było nieistotne.
— A jeśli zacznę myśleć o tym w kategoriach stalkingu — ciągnął dalej, nie spuszczając z niej wzroku — to zapewniam panią, pani Bothwell, że rozmowa przestanie być miła. I wbrew temu, co może pani sądzić po naszym początku w tym miejscu, potrafię być zdecydowanie mniej uprzejmy, kiedy ktoś z premedytacją wchodzi w moje życie bez zaproszenia. Dlatego kimkolwiek pani jest i cokolwiek pani pisze, o ile coś w ogóle, to dla własnego spokoju proszę rozważyć znalezienie sobie innej inspiracji — zasugerował wymownie i wyprostował się na krześle, sięgając dłonią po swoją aktówkę. Z jego strony rozmowa mogła zostać już zakończona. Wszystko było przecież jasne. Nie powiedział tego z gniewem i nie próbował jej upokorzyć ani zamienić tej rozmowy w pokaz siły, bo nie było tu o co walczyć. Postawił tak wyraźną granicę, że trudno byłoby udawać, że to złudzenie, a żadne negocjacje nie wchodziły w grę, bo on wcale nie musiał czytać jej tekstów. Akurat to, co sobie tam napisała, to był na razie najmniejszy szczegół. Ale jeżeli naprawdę zastanawiała się, czy on mógł rozpętać z tego aferę, to mógł i to bez najmniejszego zawahania. W końcu z takich afer poniekąd żyje.
UsuńTanner Morgan 🌩️
Prawdę mówiąc, nie sądził, że kiedykolwiek mogliby zostać nawet koleżeństwem, bo znajdowali się na dwóch przeciwległych biegunach w każdej kwestii. Ich znajomość musiałaby opierać się dokładnie na tych momentach, których Tanner za wszelką cenę unikał, dlatego to nie miałoby szansy się udać. Reilynn miała w sobie ten rodzaj nieporządku, który mógł kogoś rozczulić, kogoś innego rozbawić, ale jego mógłby przede wszystkim zmęczyć, bo nie miał w sobie cierpliwości do ludzi, których trzeba było stale asekurować przed nimi samymi. Ona sprawiała wrażenie osoby, która wnosiła ze sobą sporo zamieszania, a on nie był człowiekiem, który szukał w życiu takiej rozrywki. Miał wystarczająco dużo zamieszania w kancelarii, w rodzinie, w jubilerskim biznesie i w małżeństwie, które wciąż formalnie istniało, więc nie potrzebował jeszcze jednego źródła chaosu, nawet jeśli ono mogło być akurat pozytywne, bo Reilynn miała w sobie sporo pogody ducha. Mimo to wciąż pozostawało jednak chaosem. Co prawda na razie nie był w stanie określić, czy obracanie wszystkiego w głupiutkie żarciki było stałą cechą jej charakteru, czy jedynie reakcją na stres związany z tym ich osobliwym posiedzeniem oraz małą katastrofą z udziałem pączka i wycieczki pod stół, ale na dłuższą metę to właśnie w takich rzeczach najłatwiej było zobaczyć, jak bardzo się różnili. On nie miał odruchu rozbrajania każdej niezręczności żartem. Jeśli sytuacja była poważna, traktował ją poważnie. Jeśli wymagała milczenia, milczał. Jeśli wymagała nieprzyjemnego pytania, zadawał je bez większego wahania. Reilynn natomiast próbowała zamienić dyskomfort w żart za każdym razem, gdy sytuacja robiła się napięta, ale to nie zawsze działało tak, jak powinno. Oczywiście była to wyłącznie jego obserwacja, jako człowieka, który żył według zupełnie innych zasad i manier. Nie lepszych, nie gorszych, po prostu innych.
OdpowiedzUsuń— Żeby przyjaźń mogła zaistnieć, muszą chcieć tego dwie osoby. To samo dotyczy całej reszty, którą pani wymieniła, zwłaszcza poznawania się — odpowiedział, zastanawiając się przez moment, czy mógł ją urazić tym, co powiedział poprzednio. Nie żeby jakoś szczególnie się tym przejmował, bo jego słowa opierały się na prawdzie, a nie miał w zwyczaju przepraszać za fakty tylko dlatego, że dla kogoś brzmiały niewygodnie. Nazwał jedynie rzeczy po imieniu: nie znał jej, nie ufał jej intencjom i nie widział powodu, dla którego miałby udawać, że między nimi istnieje jakaś swoboda, której w rzeczywistości nie było. Chciał tylko zrozumieć, dlaczego w ostatnim czasie stał się przedmiotem jej zainteresowania, żeby siedzieć w tej samej kawiarni, obserwować go zza laptopa i potem tłumaczyć to inspiracją, i czemu miała tak wyraźny problem z prostym wyjaśnieniem mu tego. A inspiracją do czego dokładnie – to była część, która często rozpływała się w jej odpowiedziach i właśnie ona uruchamiała w nim najwięcej podejrzeń. Nie miał problemu z tym, że ktoś czegoś nie mówił, ale miał problem wtedy, gdy ktoś udawał, że powiedział wystarczająco dużo, a w rzeczywistości nie powiedział nic. I jest to dość ciekawy paradoks, bo Reilynn ogólnie rzecz biorąc mówiła bardzo dużo, tyle że nadmiar słów nie oznaczał nadmiaru treści. A jemu ta treść była właśnie potrzebna.
— Nie powiedziałem, że jest pani niemiła — zauważył, patrząc chwilę, jak zajadała się pączkiem. — W zasadzie jest pani dość pogodna — ocenił, jeżeli już byli przy tym temacie. Nie uważał jej za niemiłą, ale za bardzo osobliwą i odpowiednią dla kogoś, kto ma w sobie podobne pokłady chaosu, już tak. Nie zrobiła przecież nic niemiłego. Zachowywała się tak, jakby granice były czymś elastycznym, negocjowalnym i najpewniej zależnym wyłącznie od nastroju, a cały sęk tkwił akurat w tym, że trafiła na kogoś, u kogo granice nie były jak ciągnący się w nieskończoność ser i nie wiązały się z nastrojem. To właśnie tu nastąpił ten znaczący dysonans.
Przeniósł spojrzenie na ekran, gdy obróciła urządzenie w jego stronę i nieznacznie zmrużył oczy, kiedy zaczął śledzić tekst. Nic z tego nie rozumiał. To znaczy, treść rozumiał aż nazbyt dobrze, bo czynności zostały opisane obrazowo, miejscami z niezwykłą dbałością o szczegóły. Wiedział, co czyta, na miłość boską, kumał to doskonale, tylko nie rozumiał jak miało się to do jej wcześniejszych wyjaśnień o prawnikach, inspiracji i w ogóle. Nie miało się bowiem wcale.
UsuńPrzez kilka sekund milczał, przesuwając wzrokiem po kolejnych linijkach z miną kogoś, kto spodziewał się notatek o prawnikach, może jakiejś nieporadnej sceny przesłuchania albo opisu kancelarii, a dostał coś, co z powodzeniem mogło wypisać się w ramy powieści erotycznej. Zdawał sobie sprawę, że był to tylko fragment, ale tym tekstem Reilynn zmuszała odbiorcę do skupiania się na szczegółach, które trącały o intymność. I to nie była przypadkowa intymność.
— Dobrze... — odezwał się po chwili, przeciągając samogłoski z przebijającym w głosie lekkim zaskoczeniem. — Może mi pani wytłumaczyć, jak to ma się do pisania o prawnikach, a co więcej, jak to się ma do inspiracji mną? Bo, przepraszam, ale co wspólnego z Lordem Vaelem i Elarą mają prawnicy? A tym bardziej ja? — Podniósł spojrzenie na Reilynn, a jego brew powędrowała wyraźnie w górę. Wcześniej mówiła, że pisze tekst o prawnikach, i że potrzebowała ogólnych informacji, a na inspirację wytypowała sobie, z jakiegoś powodu, właśnie jego. Tymczasem pisała o jakiejś prawie migdalącej się parze. Gdzie w tym jego gesty, szczere i naturalne, o których tak wspominała? Czy... Nie, to raczej niemożliwe. To niemożliwe, że wcisnęła jego cechy w postać Lorda Vaela, bo skąd mogła wiedzieć, w jaki sposób on obchodziłby się z kobietą? Teoretycznie miała wyobraźnię. I praktycznie zaczynała mocno się czerwienić, a to było już bardzo podejrzane.
Zatrzymał na niej spojrzenie dłużej, próbując wywnioskować, czy jej rumieniec był skutkiem zakłopotania, czy może jednak faktu, że prawda zaczynała powoli wychodzić na wierzch mimo wszelkich starań. Nie chciał wyciągać pochopnych wniosków, naprawdę, ale one same cisnęły się teraz do głowy.
— Pani Bothwell — powiedział w końcu wolniej, a na jego usta wpłynął rozbawiony uśmieszek, którego nie zdołał już powstrzymać. — Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale zaczynam odnosić wrażenie, że pisanie o prawnikach było bardzo eleganckim skrótem myślowym dla czegoś zupełnie innego — stwierdził. Jego brew wciąż pozostawała uniesiona. — Naprawdę liczę na to, że za chwilę nie dowiem się, że zostałem nieświadomym dawcą cech dla jakiegoś arystokratycznego kochanka z fantastycznej krainy.
Tanner Morgan 🤨😯
Nie zakładał, że był Lordem Vaelem, bo w przeczytanym fragmencie nie widział żadnych podobieństw do siebie. Nie widział też niczego, co wskazywałoby na to, że Reilynn czerpała inspirację z jego osoby, bo opisana scena była daleką od tego, co ona mogła obserwować, siedząc z laptopem w kawiarni kilka stolików dalej. Artykuły w internecie też nie skupiały się raczej na jego osobowości, poza tym, że potrafiły uczepić się jego niezłomnej postawy jako czegoś, co dobrze wyglądało w nagłówkach i jeszcze lepiej brzmiało w zestawieniu z niesłusznie skazanymi, których sprawy prowadził. Niezłomna postawa. To było takie ładne, wygodne określenie, które pozwalało ludziom wyobrażać sobie, że wiedzą o nim coś istotnego, choć w rzeczywistości znaczyło mniej więcej tyle, że był uparty, potrafił nie odpuszczać i nie uśmiechał się do kamer wtedy, gdy ktoś oczekiwał od niego jakiegoś inspirującego komentarza. To nie była żadna istotna wiedza. Tak naprawdę rzadko który tekst rzetelnie obrazował jego osobę, ale to nigdy go szczególnie nie dziwiło skoro pisali o głównie sprawach, które prowadził, albo o wyrokach, które udało się podważyć, ewentualnie o klientach, których nazwiska na chwilę przedostały się do opinii publicznej, czyli w zasadzie pisali o tej wersji jego samego, którą dało się streścić w kilku zdaniach. Ale to dobrze, bo nigdy nie chciał być medialny i niech tak pozostanie, tyle że nie dało się go poznać w ten sposób. Można było oczywiście wyciągnąć jakieś wnioski, ale tym sposobem nie dało się poznać go tak naprawdę, a już tym bardziej zrozumieć.
OdpowiedzUsuńWysłuchał tego, co Reilynn miała do powiedzenia na temat książkowego bohatera i nieznacznie skinął głową. Od razu skojarzył to sobie ostatnią pogawędką z córką na temat smoków i księżniczek, podczas której Amber próbowała mu wyjaśnić, że smoki wcale nie muszą być złe, i że to niesprawiedliwe z góry zakładać, że takie właśnie są. Obrona Reilynn brzmiała teraz całkiem podobnie. Nie chodziło nawet o samego bohatera, tylko o ten sposób, w jaki mówiła o wymyślonym świecie, a podchodziła do swoich historii bardzo poważnie.
Tak szczerze, fantastyka była mu zupełnie obca, więc to i tak dobrze, że wiedział przynajmniej, jak może wyglądać elf, żeby cokolwiek sobie zobrazować. Nie było to jego flow ani trochę. Reilynn natomiast ewidentnie odnajdywała się w historiach nie z tego świata, a kiedy o nich mówiła, robiła to z taką powagą i swobodą, jakby opowiadała nie o wymyślonych krainach, tylko o miejscach, które znała osobiście i do których mogłaby go zaprowadzić, gdyby tylko miał ochotę uwierzyć, że istnieją.
Mimo wszystko cała ta kwestia inspirowania się nim wciąż wydawała mu się dziwna. Nie niezrozumiała w sensie ogólnym, bo potrafił pojąć, że pisarze czerpią z ludzi, gestów, rozmów, czy przypadkowo podsłuchanych zdań. To akurat miało sens. Dziwne było po prostu to, że Reilynn wybrała akurat jego, bo uważał, że raczej słaby z niego materiał do inspiracji dla fantastycznego bohatera. Ale co on tam wiedział, skoro był typem z aktówką, a ta tematyka od zawsze leżała daleko poza granicami jego zainteresowań.
— W takim razie mam nadzieję, że im się ułoży — powiedział krótko w nawiązaniu do historii głównych bohaterów. — I że będzie z tego bestseller — dodał jeszcze.
Co więcej mógł powiedzieć? Skoro książka nie miała jednak nic wspólnego z prawnikami, to jego opinia też nie miała tu racji bytu. Na pewno nie był właściwą osobą do rozstrzygania, czy Lord Vael powinien dostać szczęśliwe zakończenie, czy Elara miała wystarczająco dużo charakteru, albo czy chemia między nimi działała zgodnie z zasadami jakiegoś fantastycznego świata.
Życzył jej sukcesu szczerze, bo nie miał powodu chcieć, żeby jej się nie udało.
Usuń— Zapamiętam pani nazwisko i z ciekawości kupię egzemplarz, jeżeli książka pojawi się w sprzedaży — zapowiedział, uśmiechając się chwilowo. Pewnie byłaby to jedyna książka o tematyce fantastycznej, która znalazłaby się na jego półce, nie licząc bajek, które czytała jego córka, ale biorąc pod uwagę okoliczności powstania, byłaby pozycją szczególnie wyjątkową. W końcu, czy tego chciał, czy nie, poniekąd miał w niej swój udział.
Tanner Morgan 🙂📙
Wyjaśnił już powód, dla którego zwracał się do niej oficjalnym tonem, i nic w tej kwestii się nie zmieniło. Jego decyzja nadal pozostawała obowiązująca. Co więcej, powinna działać w obie strony, dlatego miał nadzieję, że jeśli faktycznie kiedykolwiek dojdzie jeszcze do ich spotkania, Reilynn o tym nie zapomni. Nie chciał mówić jej po imieniu, ale też nie chciał być dla niej Tannerem. Nie doszli do takiego etapu, żeby skracać między sobą dystans, a to, co ona na ten temat uważała, naprawdę nie miało dla niego większego znaczenia. Wciąż była dla niego zupełnie obcą osobą, spotkaną na przerwie w kawiarni, a całe to zajście miało charakter przelotny i niewystarczający, żeby nadawać mu większe znaczenie, niż rzeczywiście posiadało. Nie byli znajomymi. Nie znali się i chyba też nie do końca kojarzyli fakty, bo Tanner nie był założycielem kancelarii, a jedynie pracownikiem w biznesie rodziców. Zresztą nie przewidywał nawet, że jeszcze kiedykolwiek się zobaczą, bo... po co? Oczywiście wziął ten numer telefonu i pewnie odłoży go do notatnika z dziesiątkami innych numerów, które tam ma, ale nie wydawało mu się, żeby kiedykolwiek miał jeszcze sposobność wracać do tematu tej dziewczyny. Chyba, że jej książka faktycznie stanie się bestsellerem, a on jakimś cudem nadzieje się na jej egzemplarz. Tylko, że przestało mu się wydawać to możliwe, gdy wrócił do kancelarii, zasiadł z powrotem przy swoim biurku i wklepał jej dane w internet. Zrobił to z czystej ciekawości. I naprawdę nie był ani trochę zaskoczony, że wyszukiwarka nie powiedziała mu o niej niczego szczególnego. W tym mieście żyło naprawdę wielu dziwnych ludzi, więc Reilynn wcale nie była odosobnionym przypadkiem. Wyszukanie jej numeru telefonu również nie wniosło niczego. Może i była pisarką, kto wie, skoro internet nie potwierdzał jej wersji i też jej nie obalał, ale widocznie pisała do szuflady, skoro nie połączył z jej nazwiskiem żadnych konkretnych tytułów. Albo miała pojedynczych odbiorców, którzy lojalnie wyczekiwali jej kolejnych dzieł. Ostatnia opcja mogła być taka, że pisała pod pseudonimem, co też się przecież zdarza. Niezależnie jednak od tego, jak było naprawdę, zamykając przeglądarkę, uznał ten epizod za zakończony.
OdpowiedzUsuńBył człowiekiem trochę zabieganym, bo dzielił siebie między pracę w kancelarii, sprawy związane z salonami jubilerskimi i własne, znacznie spokojniejsze zajęcie przy kamieniach szlachetnych, ale to ostatnie nie wynikało już z nazwiska, ani z powinności czy z rodzinnych oczekiwań. To było jego. Praca z kamieniami miała w sobie coś, czego nie dawała mu ani sala sądowa ani rozmowy z klientami, choć wymagała skupienia, mnóstwa cierpliwości i takiej naprawdę szczerej staranności. Przy szlifowaniu każdy ruch musiał być przemyślany i kontrolowany, bo kamień nie wybaczał niczego i czasami wystarczyła chwila rozproszenia, żeby coś, co miało stać się idealnym detalem, straciło proporcje bez możliwości cofnięcia błędu. Ale to właśnie dlatego lubił pracę z kamieniami. W normalnym świecie większość spraw dawało się przeciągać i negocjować, czy nawet ratować sprytnymi argumentami, natomiast przy kamieniach nie było miejsca na żadne sztuczki. Można było coś nieodwracalnie zjebać i w jednej sekundzie obniżyć wartość kamienia wartego krocie. Ryzyko zawsze było jednorazowe, bo kamienie nie dawały drugiej szansy.
Siedząc przy biurku na zapleczu salonu, zastanawiał się nad ostatecznym osadzeniem kamienia, bo tego wieczoru, po powrocie do domu, miał dokończyć broszkę z opalem, który od kilku dni szlifował na gładko metodą kaboszonową. Nie była duża ani szczególnie krzykliwa, ale właśnie dlatego wymagała dobrego wyczucia. Opal miał grać pierwsze skrzypce, a cała reszta miała być tylko tłem. Popatrzył na wykonany przez siebie szkic i na chwilę zatrzymał się wzrokiem przy miejscu, w którym planował zamknąć kamień w oprawie.
Właśnie rozważał, czy delikatniejsza linia metalu nie pozwoliłaby opalowi wypaść nieco swobodniej, kiedy zza drzwi dotarło do niego zamieszanie, które ewidentnie wskazywało na jakąś słowną potyczkę. Głos Alana rozpoznał od razu, a drugi też wydawał mu się jakoś dziwnie znajomy, choć nie był w stanie przypisać mu żadnej twarzy.
UsuńOdłożył szkic na blat, a potem wstał od biurka i ruszył w stronę drzwi, po drodze zapinając guzik grafitowej marynarki. Skupienie, które jeszcze przed chwilą towarzyszyło mu przy myśleniu o opalu, ustąpiło miejsca chłodnej gotowości, bo skoro wymiana zdań przeniosła się aż na zaplecze, to znaczy, że sprawa musiała być poważna. Na palcach jednej ręki mógłby policzyć sytuacje, w których w którymkolwiek z jego salonów wywiązał się prawdziwy spór. Nie były to miejsca skierowane do przypadkowych klientów przede wszystkim ze względu na wysokie ceny. Trafiały tu osoby, które miały do biżuterii podejście całościowe, a interesowały je nie tylko karaty i rozpoznawalne nazwisko projektanta, ale też historia kamienia, kunszt wykonania i jakość. Tacy klienci z reguły rozmawiali spokojnie, zadawali dużo pytań, a decyzję zakupu podejmowali bez pośpiechu, dlatego każde zakłócenie tego porządku od razu wybijało się z tła. W tym salonie podniesiony głos brzmiał jak stłuczone szkło.
Kiedy wyszedł na salę sprzedaży, jego spojrzenie najpierw przesunęło się po gablotach, a potem zatrzymało się na Alanie, który stał przy jednej z ekspozycji z miną człowieka, który usiłował zachować profesjonalny spokój mimo wyraźnego wyczerpania cierpliwości. A później spojrzał na nią.
Reilynn Bothwell.
Czy powinien się dziwić wyczerpanej cierpliwości doradcy? Chyba nie.
Przez krótką, bardzo wymowną sekundę nie powiedział nic. Jedynie jego brwi uniosły się minimalnie, ale w tym drobnym geście znalazło się też miejsce na zaskoczenie i na niedowierzanie, ale i na coś bardzo bliskiego pytaniu, dlaczego właściwie los uznał, że ich znajomość zasługiwała na kontynuację. A może nie los, bo nie był to przecież przypadek. Co, jak co, ale ten salon Reilynn musiała wybrać świadomie, ze wszystkimi możliwymi zamiarami, które kłębiły się w jej głowie. Może niekoniecznie liczyła na ich spotkanie, ale z pewnością wiedziała, że może tu do niego dojść, w końcu to jego salon. Dziwne, gdyby tu nie bywał.
Podszedł do nich spokojnie, a kiedy znalazł się obok Alana, położył dłoń na jego ramieniu i skinął lekko głową, pozwalając mu odpuścić. Chłopak był dobrym pracownikiem, choć momentami starał się aż za bardzo, ale brał do feedback do serca i korygował swoje błędy.
— W porządku, Alanie — powiedział tylko i spojrzał porozumiewawczo w kierunku ochroniarza, który zatrzymał się w półkroku, a potem zaczął kontrolować sytuację z odległości. Jego wzrok powędrował jeszcze do obecnej w salonie klientki, której posłał przepraszający uśmiech, a potem dotarł w końcu do twarzy Reilynn.
Omiótł ją uważnym spojrzeniem, wystarczająco dokładnym, żeby wyłapać wszystkie szczegóły, które mogłyby powiedzieć mu więcej niż jej ewentualne wyjaśnienia. Zastanawiał się, czy naprawdę sprowadzała ją tutaj chęć zakupu biżuterii, czy coś zupełnie innego, na przykład jakiś kolejny rozdział jej osobliwego researchu do książki o elfach.
— W czym możemy pani pomóc? — zaczął klasycznie, chociaż przeszło mu przez myśl powiedzieć, że jej się tutaj nie spodziewał. — I zanim pani odpowie, zaznaczę tylko, że tym razem potrzeba zbierania inspiracji może wymagać lepszego uzasadnienia niż ostatnio — dodał, a kącik jego ust uniósł się w firmowym uśmiechu. Nie żartował. Gotów był wrócić do rozważenia stalkingu w każdej chwili.
Tanner Morgan ❔🤔
Ochhhh, a kogóż to moje oczy widzą na głównej? :D Nie spodziewałam się zobaczyć na blogu Alice, ale cieszę się, że ją widzę, bo obrysowałaś jej buźkę bardzo fajną osobowością. Historia zresztą też fajna, trochę ciężka, ale kto nie lubi udręczać swoich postaci, niech pierwszy rzuci kamieniem. Ja na pewno nie rzucę, choćby dlatego, że w mojej głowie Alice służyła do tej pory za wizerunek byłej dziewczyny Marco i cóż... To zła kobieta była. ^^"
OdpowiedzUsuńW ostatnim czasie trochę mi się przymarło, a odpis dla Vasi się zagubił, więc głupio mi trochę cokolwiek proponować. Niemniej, gdyby Cię mój poślizg nie zraził, to chętnie odpiszę albo tam, albo pokombinuję coś tutaj, bo mamy kilka punktów zaczepienia (mogliby się poznać choćby za sprawą mamy Rei) i parę miłych zdjęć zdjęć naszych dzieciaków razem. :D
Cześć, hej, powodzenia z kolejną postacią!
MARCUS LOCKHART
Może momentami uchodził za chorobliwego perfekcjonistę, ale prawda jest taka, że jego obowiązki zawsze były wykonane z należytą starannością. Przykładał się do spraw sądowych tak, jakby podczas nich walczył o samego siebie, i przykładał się do prowadzenia salonów, mając świadomość, że one są wizytówką jego samego. Oskarżenia, które Reilynn rzucała teraz w stronę jego pracowników, całego lokalu jak i jego samego, były poważne i nie zamierzał zostawić tego bez wyjaśnienia. Takie sytuacje nie miały tu miejsca na co dzień, bo jego pracownicy doskonale znali standardy obsługi i jeżeli dochodziło do podobnych ekscesów, to nigdy nie dlatego, że była temu winna jedna strona. Zwykle obie strony eskalowały spór, każda przeświadczona o swojej racji, ale żeby jego pracownicy obrazili czyjś wygląd? Żeby zdyskredytowali kogoś tylko dlatego, że ktoś wygląda inaczej, bo na przykład ma protezę nogi? No tego tu jeszcze nie było i wydawało mu się to być możliwie lekką nadinterpretacją całej sytuacji. Oczywiście nie odpowiadał za to, jakie myśli chodziły Alanowi po głowie, bo nie mógł w żaden sposób zweryfikować tego, co chłopak prywatnie sobie myślał o ludziach, ale jeżeli powiedział tutaj w głos choć jedno słowo, które jednoznacznie obraziło wygląd Reilynn, to był w stanie zwolnić go tu i teraz. Dosłownie. Kazałby mu opuścić salon i czekać już tylko na wypowiedzenie, bo każdy pracownik wiedział, że tu nie ma miejsca na takie zachowania. Nie było więc na razie mowy o jakimkolwiek obsłużeniu Reilynn, dopóki ta sytuacja nie zostanie wyjaśniona i zażegnana.
OdpowiedzUsuń— Może pani odpuścić sobie ironiczne komentarze na temat mojego salonu — zwrócił się do Reilynn. Gdyby był rasowym dupkiem, w taki sam sposób skomentowałby jej książkę o elfach, ale najwyraźniej miał trochę więcej kultury. Za to miał coraz mniej cierpliwości do tej dziewczyny. Ilekroć pojawiała się w jego otoczeniu, nastawał chaos, który wytrącał z równowagi cały jego porządek. Z początku miał jeszcze nadzieję, że może była to kwestia zakłopotania, bo wtedy, przy stoliku, sprawy potoczyły się dziwnie, ale teraz utwierdzał się w przekonaniu, że bezkrytyczne podejście było częścią jej osobowości. Najprościej byłoby sprzedać jej naszyjnik i pożegnać, ale skoro godziła w jego markę, nie mógł zostawić tego bez odpowiedzi i wyjaśnienia. To musiało zostać rozwiązane.
— Alanie, czy powiedziałeś cokolwiek na temat wyglądu tej pani? — Tanner zwrócił się do Alana.
— Nie, panie prezesie — odparł od razu.
— To czy w jakikolwiek sposób skomentowałeś pani ubiór, ciało, włosy, cokolwiek?
— Nie, absolutnie prezesie, bóg mi świadkiem! Zapytałem panią jedynie o to, jakim dysponuje budżetem, co pani odebrała jako atak. Podniosła głos, więc wezwałem ochronę, ale pani od początku przyszła tu z jakimś bojowym nastawieniem. Poinformowałem, że sprzedajemy biżuterię premium, a pani odebrała to jako personalny przytyk, odpowiedziała po chamsku i od tamtej pory odbierała w ten sposób każde moje słowo. Ja nawet nie zdążyłem nic zaproponować — wytłumaczył w nerwach, prawie na jednym wdechu. — Przepraszam panią, cokolwiek sobie pani pomyślała — rzucił Reilynn krótkie spojrzenie, ponieważ te słowa kierował już do niej.
Tanner spojrzał na drugą klientkę, która nie chciała się wtrącać a jednak wtrącała się, aż miło.
— Dziękuję, pozwoli pani, że resztę rozstrzygniemy już między sobą. Liso, proszę, obsłuż panią — zwrócił się do drugiej pracownicy, która wróciła właśnie z przerwy i na polecenie Tannera od razu przejęła panią, prowadząc ją do kasy, gdzie starannie zapakowała biżuterię w firmowe pudełeczko i torebkę.
Tanner zaraz powrócił spojrzeniem do Reilynn. To, że Alan przeprosił niczego magicznie nie kończyło.
Usuń— Na czym polegała selekcja, której tu pani doświadczyła? W jaki sposób mój pracownik przypomniał pani, że coś jest nie tak z pani ciałem albo z ubraniem? Proszę mówić, pani Bothwell, chciałbym dokładnie zrozumieć, w którym momencie poczuła się pani urażona — powiedział, utrzymując w jej twarzy wyczekujące spojrzenie. Może z niej ostrość zeszła, ale z niego nie. W nim ostrość dopiero nastała. To nie były pytania z dupy, bo nawiązywał oczywiście do oskarżeń, które padły przed chwilą z jej własnych ust. Selekcja? Co to niby miało znaczyć? Czy ktokolwiek powiedział jej, że nie zostanie obsłużona, bo wygląda inaczej, bo jest zbyt chuda, zbyt brzydka albo zbyt biedna? Jeżeli tak, chciał usłyszeć dokładnie to zdanie. Chciał dostać dokładnie ten moment, w którym Alan powiedział jej, że ma się wynosić, bo nie wygląda jak ktoś, na kogo warto tracić czas. Najpierw została rozkręcona afera o wykluczanie tu kogoś ze względu na wygląd, a teraz miał ją tak po prostu obsłużyć, jak gdyby nigdy nic? No nie, należy być konsekwentnym. Skoro chciała zrobić zakupy w salonie, w którym została zdyskredytowana, to najpierw niech sytuacja zostanie rzetelnie wyjaśniona. Bo jeśli naprawdę coś takiego miało tu miejsce, to nigdy więcej nie może się powtórzyć.
Tanner Morgan ⚔️
Wziął głęboki, powolny wdech, a jego szczęka zacisnęła się mocniej. Musiałby być naprawdę naiwny, żeby wierzyć, że wysoka temperatura miała jakikolwiek znaczący udział w tym, że doszło do tej sytuacji. Wycofywała się i on doskonale to wiedział, tylko nie był w stanie pojąć, co właściwie stało za tym nagłym odpuszczeniem. Nie wiedział, w którym momencie uznała, że dalsze ciągnięcie konfliktu nie ma sensu, ani dlaczego nagle postanowiła go wygasić, skoro jeszcze chwilę wcześniej tak pewnie rzucała poważnymi oskarżeniami. Mogli to wszystko wyjaśnić, a winny poniósłby konsekwencje, jeżeli faktycznie doszło tu do naruszenia czyjejś godności albo dobrego imienia. Bo jeśli Alan rzeczywiście odmówił jej obsługi dlatego, że na podstawie wyglądu uznał ją za osobę niewystarczająco zamożną, to sprawa była poważna. Ale jeżeli nic podobnego nie padło z jego ust, a całe oskarżenie opierało się wyłącznie na interpretacji sytuacji, równie poważne stawało się rzucanie takich zarzutów bez jednoznacznych podstaw. Nie słyszał, jak przebiegła wymiana zdań między nimi, bo gdy wyszedł z biura, to inicjatywę prawie przejmował już ochroniarz, więc ominęła go cała ich słowna utarczka, dlatego potrzebował poznać wersję dwóch stron. Chciał wierzyć w to, że Alan nie popełnił tak rażącego błędu, ale nie szedł ślepo za pracownikami, bo nikomu nie ufał w pełni. Wszyscy byli tylko ludźmi, którzy w każdej chwili mogli powiedzieć o jedno słowo za dużo, albo źle ocenić sytuację, dlatego liczył teraz na wyjaśnienia Reilynn, żeby dokładnie zrozumieć źródło problemu. A ona się wycofała. Naprawdę zastanawiające. To oczywiście nie oznaczało, że on potraktuje sprawę tak, jakby nigdy nie istniała, bo skoro doszło do spięcia, to znaczy, że powód był, a on skorzysta z każdej możliwości sprawdzenia tego zajścia. Inaczej Reilynn wychodziłaby stąd teraz jako szczęśliwa posiadaczka prezentu dla przyjaciółki, a nie... uderzona drzwiami?
OdpowiedzUsuńWszystko stało się zbyt szybko, żeby ktokolwiek zdążył właściwie zareagować na ten wypadek. Mężczyzna z telefonem przy uchu, bardziej skupiony na prowadzonej rozmowie niż na tym, co działo się przed nim, pchnął drzwi od zewnątrz dokładnie w chwili, w której Reilynn zamierzała opuścić salon. Szklane skrzydło uderzyło ją z dość dużą siłą i na tyle mocno, że aż zadrżało w zawiasach, a chociaż nie upadła na podłogę, uderzenie musiało być bolesne. Widać to było po tym krótkim, mimowolnym spięciu jej ciała i po tym, jak na moment zastygła w miejscu, jakby sama potrzebowała sekundy, żeby zrozumieć, co właściwie się stało. Facet zaczął przepraszać, ale to i tak zdawało się niczego nie rekompensować. To nie wyglądało tak, jakby nic się nie stało. Ale Reilynn mimo wszystko wyszła na zewnątrz. Chyba bardziej zależało jej teraz na wydostaniu się z salonu niż na przyjmowaniu kolejnych przeprosin.
Tanner rzucił tylko porozumiewawcze spojrzenie w stronę pracowników, dając im niemy sygnał, żeby zajęli się mężczyzną, a sam ruszył za Reilynn. Nie mógł tak po prostu pozwolić jej odejść, bo to uderzenie wyglądało bardzo poważnie i musiał mieć pewność, że nie doznała jakiegoś urazu. Inaczej od razu zgłosiłby zdarzenie do swojej polisy biznesowej, żeby jego ubezpieczyciel pokrył koszty opieki, bo przecież nawet chwilowy pobyt na SOR mógłby kosztować ją krocie, a jego lokale były od takich zdarzeń ubezpieczone. Winny był wprawdzie mężczyzna, ale z jego ubezpieczenia całość zostałaby ściągnięta później, w toku postępowania.
Znalazł ją tuż za wejściem, opartą bokiem o ścianę budynku i lekko pochyloną. Słońce prażyło dziś niemiłosiernie, odbijając się rozgrzanego chodnika, ale mimo upału przez ulicę co jakiś czas przemykał lekki wiatr. Muskał skórę pod jego szyją dokładnie tam, gdzie nie osłaniał jej dziś krawat, a dwa pierwsze guziki koszuli pozostawały rozpięte.
— Następnym razem... — zaczął, zatrzymawszy się obok Reilynn, ale wtedy dostrzegł na jej dłoni krew i reszta zdania całkowicie gdzieś wyparowała. — Cholera — rzucił tylko, automatycznie sięgając do kieszonki na piersi po białą poszetkę. Była trochę sztywna ze względu na to, że była dobrze zaprasowana i wykonano ją z lnu, ale za chusteczkę mogła posłużyć idealnie. Rozprostował ją krótkim, sprawnym ruchem palców i podsunął Reilynn pod dłoń. — Dobrze się pani czuje? Kręci się pani w głowie? Proszę to przyłożyć — powiedział, obrzucając ją przy okazji badawczym spojrzeniem, żeby samemu się co do jej samopoczucia upewnić. Pewnie będzie z tego siniec, ale to i tak najmniejszy problem. Powinni wrócić do salonu, żeby Reilynn mogła bezpiecznie usiąść, ale najpierw chciał się w ogóle upewnić, czy była w ogóle w stanie iść.
UsuńTanner Morgan 😳🚑
Mogła mieć o nim podobnie beznadziejne zdanie, ale nie przechodził obojętnie obok ludzkich dramatów. Nigdy. I tu naprawdę nie miało znaczenia to, czy ktoś był przypadkową osobą, czy nie. Potrafił pochylić się nad cudzą krzywdą zupełnie bezinteresownie, bo pewne rzeczy po prostu się robiło, jeśli sytuacja tego wymagała, a taki pozornie nieszkodliwy wypadek mógł nieść ze sobą poważne konsekwencje. To nie musiało wydarzyć się w tym salonie, chociaż szczęście w nieszczęściu, że stało się właśnie tu, bo nie została z tym sama na przypadkowym chodniku, reakcja mogła być natychmiastowa, a przy tym nikt nie musiał martwić się o koszty. Akurat nie chodziło o to, że to on musiałby wypłacić jakieś odszkodowanie, bo nie stało się to z jego winy, ale jego ubezpieczenie mogło pokryć tymczasowo to, co później zostanie ściągnięte ze sprawcy, jeżeli Reilynn faktycznie skorzystałaby z opieki lekarskiej i o ile dochodziłaby ewentualnych roszczeń. Może przecież zostawić sprawę i nie wyciągać z tego żadnych konsekwencji, choć niewykluczone, że człowiek, który rozbił jej drzwiami nos, sam zaoferuje takie rozwiązanie, żeby stanąć w nieco lepszym świetle. Wypadki się zdarzają, to fakt, ale opieka medyczna w tym kraju potrafi doprowadzić człowieka do bankructwa i wypadałoby chociaż dołożyć się do naprawy szkód, skoro już powstały. A powstały i Tanner, patrząc na Reilynn, nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.
OdpowiedzUsuńW ogóle nie zastanawiał się nad tym, czy poszetkę da się później doprać, na miłość boską, los tej szmatki nie miał dla niego znaczenia. Był to tylko kawałek złożonego lnu, który w tej chwili okazał się użyteczny, a skoro przydał się do zatamowania krwi cieknącej z jej nosa, to spełnił swoje zadanie lepiej niż niejeden elegancki dodatek, który przez większość czasu istniał wyłącznie po to, żeby dobrze wyglądać. Jeśli to oszczędzi jej zastanawiania się później, co wypada z tą poszetką zrobić, to mogła wyrzucić ją do kosza, naprawdę. Nie powinna przejmować się kawałkiem materiału, który już dawno stracił jakiekolwiek znaczenie, tylko sobą i swoim własnym stanem, bo ściana może zaraz przestać być wystarczającą podporą w zestawieniu z zawrotami głowy.
— Jeśli pani napisze tę scenę, liczę na to, że też przeczytam fragment — dorzucił dla rozluźnienia.
Słyszał, że próbowała brzmieć luźno, ale to i tak nie maskowało jej faktycznego stanu, który wypadał źle. Po prostu źle. Była bledsza na twarzy niż przed momentem, a jej swoboda brzmiała zbyt wymuszenie, żeby mógł potraktować ją serio, dlatego w pewnym momencie asekuracyjnie stanął bliżej z dłońmi przy jej ciele. I zaraz jej manatki pospadały na chodnik, co już było sygnałem samym w sobie.
Nie spodziewał się, że się nachyli, dlatego kiedy to zrobiła, zareagował odruchowo. Jedna jego dłoń znalazła się przy jej ramieniu, druga tuż przy boku, choć nie po to, żeby ją przytrzymać na siłę, ale żeby powstrzymać ten nierozsądny ruch, zanim zdąży bardziej zachwiać jej równowagą.
— Ja to zrobię — zdążył właściwie wypowiedzieć te trzy słowa i poczuł, że jej ciało staje się cięższe, jakby w jednej chwili uszło z niego całe napięcie, które dotąd trzymało ją w pionie. Nie osunęła się jakoś bardzo gwałtownie, ale wystarczająco wyraźnie, żeby jego dłonie przestały robić tylko za asekurację, a stały się jej realnym oparciem, chroniącym przed spotkaniem bliskiego stopnia z betonem. Niedobrze. Bardzo niedobrze.
Nie czekał, aż sytuacja pogorszy się bardziej. Wsunął jedno ramię pod jej kolano, drugie pewniej ułożył za jej plecami i podniósł ją ostrożnie, ale bez wahania, bo sama decyzja zapadła w jego głowie szybciej, niż zdążył ją do końca przemyśleć. Po tym, co wydarzyło się ostatnimi czasy, nie powinien był jej dotykać bez klarownego pozwolenia, czy w ogóle przekraczać granic jej przestrzeni osobistej, ale trudno. Najwyżej go pozwie. No świat się przecież nie zawali.
Zatrzymał się z nią na chwilę w progu salonu, trzymając ją stabilnie przy sobie. Całkiem możliwe, że Reilynn była świadoma tego, co się dzieje, że właśnie niósł ją w swoich objęciach, ale nie miał wyjścia. A nie wyobrażał sobie, że byłaby w stanie dojść do samochodu o własnych siłach we w miarę sensownym tempie.
Usuń— Proszę wziąć dane od pana — polecił rzeczowo, przenosząc spojrzenie na Lisę. — Imię, nazwisko, numer telefonu, wszystko, co będzie potrzebne do raportu. I niech ktoś zabierze rzeczy pani Bothwell. Torbę i laskę. Proszę przynieść je do samochodu.
Lisa skinęła głową od razu, rozumiejąc, że to nie był moment na zadawanie pytań, a mężczyzna z telefonem, jeszcze przed chwilą zasypujący wszystkich chaotycznymi przeprosinami, nagle wydał się znacznie bardziej świadomy powagi sytuacji. Tanner nie poświęcił mu już jednak ani sekundy więcej. Najważniejsze było teraz to, żeby zabrać Reilynn z rozgrzanego chodnika, posadzić ją w samochodzie i dopilnować, żeby ktoś w szpitalu jak najszybciej ją obejrzał.
Dotarcie do auta zajęło im minutę, może półtorej, bo jego samochód stał niedaleko, na miejscu zarezerwowanym dla właściciela lokalu, więc nie musiał nieść jej przez pół ulicy ani lawirować pomiędzy ciasno zaparkowanymi samochodami. Słońce nadal prażyło bezlitośnie, a on czuł, jak materiał koszuli zaczyna kleić mu się do pleców. Nie zwolnił jednak ani na moment, trzymając Reilynn stabilnie przy sobie. Drzwi auta otworzyły się automatycznie, gdy znaleźli się bliżej i tak, jak Tanner nie cierpiał tego automatycznego systemu otwierania drzwi, tak dziś był zachwycony, że samochodzik zrobił to sam. Chwała mu za to. Otworzył je stopą jeszcze szerzej i powoli nachylił się z Reilynn, ostrożnie usadawiając ją w fotelu pasażera. Alan przyniósł jej manatki i bez pytania wrzucił je na tylne siedzenie, a potem odsunął się kilka kroków, czekając jeszcze na ewentualne polecenia.
Może nie był to najlepszy moment na myślenie o takich rzeczach, ale biała tapicerka w samochodzie wymusiła na nim kolejny praktyczny odruch. Zdjął marynarkę jednym sprawnym ruchem i rozłożył ją na Reilynn tak, żeby materiał osłonił jej ubranie i przyjął na siebie wszystko, co ewentualnie mogło jeszcze skapnąć z jej nosa. Cóż, wypranie marynarki będzie o wiele mniej kosztowne, niż pranie tapicerki Maybacha.
Nachylił się potem po pas i wtedy zerknął na twarz Reilynn z bliska. Skórę dekorowała krew, ale była przytomna, a to było bardzo pocieszające.
— Jeśli będzie pani to wszystko pamiętać, to będzie miała pani chyba tonę inspiracji do kolejnej książki — stwierdził z lekkim uśmiechem, po czym przełożył pas i wsunął go w klamrę z cichym kliknięciem. Zamknął następnie drzwi i obszedł auto, żeby zająć miejsce kierowcy. Mogli jechać. Pomyślał o jakimś bliższym szpitalu, ale jeśli Reilynn miała jakiś konkretny, to w każdej chwili mogła go wskazać.
Tanner Morgan 🦸🏻♂️🩹
Ten trik z marynarką, która miała zabezpieczyć tapicerkę samochodu, nie był żadną wymierzoną w nią sugestią, że robi mu dodatkowy problem. Zrobiłby to w przypadku każdego, a z dużym prawdopodobieństwem nawet w przypadku samego siebie, gdyby znalazł się w podobnym stanie i miał do wyboru poświęcić ubranie albo pozwolić, żeby krew wsiąkła w jasną skórę fotela. Reilynn zupełnie niepotrzebnie brała to wszystko do siebie, bo było to zwykłe, praktyczne rozwiązanie, które miało zapobiec dodatkowym, kompletnie niepotrzebnym kosztom. Akurat wiedział, ile kosztuje pranie wnętrza tego auta, bo miał na pokładzie kilkuletnią dziewczynkę, która swego czasu często zapominała, żeby trzymać otwarty sok nakrętką do góry, a nie do dołu. Domyślał się, oczywiście, że Reilynn tego nie planowała, bo musiałaby być wariatką do kwadratu, żeby skorzystać z okazji i specjalnie wbić się w te szklane drzwi. Może była małym tornadem o sporych pokładach energii, ale mimo wszystko zakładał, że posiadała jakiś instynkt samozachowawczy i nie była szczególnie zainteresowana testowaniem własnej odporności na ból. Bo chyba i bez tego wiele już się w życiu nacierpiała.
OdpowiedzUsuńGdy usłyszał nazwę szpitala, od razu ruszył w odpowiednim kierunku. Startowali z Madison Avenue, z okolic Sześćdziesiątej Czwartej, więc do Tisch Hospital nie mieli jakoś szalenie daleko, a przynajmniej jak na Manhattan i jego wiecznie nieprzewidywalny ruch. Dotarli w miarę szybko, nawet szybciej, niż zakładał, kiedy wciskał się pomiędzy kolejne taksówki i dostawczaki, starając się nie utknąć w długim, powolnym kordonie aut, które sunęły przez Manhattan.
Udało mu się zaparkować możliwie blisko wejścia, co w tej sytuacji było małym przejawem szczęścia, a potem wysiadł pierwszy, obszedł samochód i otworzył drzwi od strony pasażera, od razu pochylając się ku Reilynn. Rozumiał, że cała ta sytuacja nie była dla niej komfortowa, i że najchętniej odprawiłaby go już z kwitkiem, ale nie było co się oszukiwać, że mogła poradzić sobie sama. To znaczy mogła, ale jakimś totalnie bezsensownym kosztem. Nie zamierzał jej nieść, jeśli nie uważała, że to konieczne, ale też nie zamierzał pozwolić, żeby chwiała się przez chodnik o własnych siłach, dlatego przełożył marynarkę na tylne siedzenie, pomógł jej wysiąść, a potem przejął część jej ciężaru i poprowadził ją w stronę wejścia do budynku.
Powinien być zaskoczony, że rozpoznano ją już od progu, ale intuicja od początku mu podpowiadała, że jadą do szpitala, który prawdopodobnie nie jest jej obcy. Zbyt pewnie rzuciła nazwę, żeby mógł uznać to za przypadkowy wybór, bo doskonale wiedziała, dokąd chciała trafić. Nie znał nawet skrawka jej historii, ale nie trzeba było być geniuszem, żeby połączyć pewne fakty i domyślić się, że jakaś jej część zapisała się właśnie w tym miejscu.
Popatrzył na pielęgniarkę z lekkim, uprzejmym uśmiechem, gdy podeszła do nich szybkim krokiem, a potem odsunął się nieco, żeby mogła swobodnie Reilynn obejrzeć. Nie odzywał się, bo nie było takiej potrzeby, skoro Reilynn mogła sama odpowiadać na pytania, ale poczekał, bo nie miał pewności, czy nie będzie tu jeszcze do czegoś potrzebny, poza tym chciał później ustalić w rejestracji kwestię ubezpieczenia i zostawić paniom swoje dane, żeby mogli swobodnie porozumieć się w tej sprawie. Gdyby okazało się jednak, że nie ma potrzeby jej hospitalizować ani zatrzymywać na dłuższą obserwację, zamierzał odwieźć ją do domu. I nie chodziło o to, że nagle poczuł się za nią odpowiedzialny w sposób, który wykraczał poza zwykłą przyzwoitość, a o rozsądek. Zwykły rozsądek. Wracanie taksówką w takim stanie nie byłoby bezpieczne, nawet jeśli Reilynn pewnie próbowałaby udowodnić coś przeciwnego, nie wspominając już o metrze, autobusie czy jakimkolwiek innym środku transportu publicznego. Skoro ją tu przywiózł, to również ją odwiezie, jeżeli lekarz stwierdzi, że nie ma potrzeby umieszczać jej na oddziale. Była to jednak bardziej nadzieja i to na dodatek złudna, bo przy tych objawach nikt o zdrowych zmysłach na pewno nie pozwoli jej stąd dziś wyjść.
Rozejrzał się krótko po wnętrzu, które pachniało środkami dezynfekującymi i sterylną czystością, która stworzyła znaczący kontrast do zapachu jego własnych perfum – Clive Christiana, z przebijającą się nutą przypraw, kremowego drewna oraz słodyczą wanilii i tonki – czy nawet wnętrza auta, z którego chwilę wcześniej wyszli. Wszystko było tu jasne, czyste i zorganizowane. Odruchowo odnotował też dekoracje, bo nawet w takiej sytuacji pewne rzeczy rejestrował mimowolnie. Stonowane grafiki na ścianach i neutralne kolory, a do tego światło, które miało łagodzić szpitalną surowość, choć typowo szpitalna biel żarówek nie była w stanie całkowicie tej surowości przykryć. Ktoś próbował nadać temu miejscu bardziej przyjazny charakter i ocieplić je na tyle, na ile dało się ocieplić przestrzeń, do której ludzie przychodzili z bólem, a niekiedy nawet i strachem. Ciekawa aranżacja.
UsuńWtedy usłyszał głos Reilynn i od razu przeniósł na nią spojrzenie, wyrywając się z tego krótkiego, automatycznego przeglądu przestrzeni. Podszedł do niej, zatrzymując się przy krześle, a potem przykucnął obok, żeby móc spojrzeć jej w twarz, bo zgodnie z zaleceniem siedziała nieco pochylona, ze wzrokiem wbitym w posadzkę, a on chciał po prostu na nią popatrzeć.
— Strasznie się pani na tę pralnię uparła, naprawdę — zauważył, nieznacznie kręcąc głową, którą ostatecznie lekko pochylił w bok. Oczywiście, że jej nie napisze. Przyjrzał się tej małej katastrofie, którą Reilynn miała na twarzy, a potem podniósł wzrok nieco wyżej, do jej oczu. Dopiero teraz, kiedy kontrastowały z krwistą czerwienią przy nosie, zauważył, jak ciepło zielona jest ich barwa. Ładne. Nawet bardzo.
— Podziękuje mi pani dopiero wtedy, gdy dokończymy to, po co rzeczywiście pani przyszła. Kiedy pani przyjaciółka ma urodziny? — zapytał, ciekawy, ile miała jeszcze czasu, żeby zorganizować dla niej prezent.
Tanner Morgan 👀
Cały ten wypadek nie sprawił nagle, że zdarzenie z salonu przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, bo gdy tylko Tanner wróci na miejsce, obejrzy monitoring i poruszy sprawę raz jeszcze, żeby przy okazji zweryfikować, czy zeznania Alana są spójne i czy chłopak nie kręci. Byłoby świetnie, gdyby Reilynn zechciała mu już tak zupełnie na spokojnie wyjaśnić sytuację również ze swojej strony, ale nie uważał, że obecne okoliczności temu sprzyjały, dlatego nie naciskał. Urażona duma może chwilę poczekać, Reilynn miała teraz poważniejszy problem na głowie, bo jeśli jej nos faktycznie był złamany, a wszystko na to wskazywało, to ze skutkami uderzenia będzie mierzyć się jeszcze przez długi czas. Na pewno tutejszy personel dobrze się nią zaopiekuje, skoro traktują ją tutaj tak, jakby od dawna była stałą częścią tego miejsca, ale samo to nie ulży jej w fizycznych dolegliwościach. Nos musiał boleć cholernie, a w komplecie z zawrotami głowy na pewno tworzył bardziej dotkliwy dyskomfort i przy okazji też niechęć do czegokolwiek, w tym do jakiś poważnych rozmów.
OdpowiedzUsuńPocieszające mogło być jednak to, że do urodzin pozostał jeszcze niespełna tydzień, bo przez ten czas bez problemu uda się zorganizować prezent dla Maeve, a jest też szansa, że stan Reilynn trochę się poprawi. Nos pewnie nadal będzie tkliwy, może nawet opuchnięty, ale zawroty głowy i to nagłe osłabienie powinny już odpuścić, więc ewentualne spotkanie, czy impreza, wciąż miało szanse dojść do skutku. Nie chciał już poruszać na głos tematu salonu, ale tak czy siak było mu miło, że wybrała właśnie ten należący do niego, mimo że znajdujący się kawałek dalej Tiffany & Co. był o niebo popularniejszą opcją. Tyle że tam od ręki na pewno nie kupiłaby niczego, co nie miało przynajmniej kilkudziesięciu kopii, a z tego, co mówiła, unikatowość była warunkiem. Oczywiście, znajdą dla niej coś takiego. Jeżeli nie w asortymencie od niezależnych jubilerów, to w jednej z kolekcji Tannera, które powstawały w znacznie mniejszych nakładach i nie były projektowane z myślą o masowej rozpoznawalności. Bo właśnie na tym polegała przewaga jego salonów, że dawały możliwość pokazania klientowi czegoś mniej oczywistego, czego nie dało się zobaczyć na nadgarstku pięciu innych kobiet podczas jednej kolacji.
Wyprostował się i podniósł do pionu, gdy lekarz pojawił się w pobliżu. To, co usłyszał w ich wymianie zdań jedynie potwierdziło jego przypuszczenia, że Reilynn dosłownie jest częścią tego miejsca. Człowiek nie rodzi się z protezą nogi, więc to jasne, że po drodze musiało wydarzyć się coś, co do tego stanu doprowadziło i najwidoczniej w tym miejscu zapisała się cała ta historia. A na pewno trwała ona dłużej, skoro lekarz sypał faktami, które brzmiały już jak dobrze wszystkim znane, rutynowe formułki. Przy okazji można się domyślić, że raczej niesforna z niej pacjentka. Wręcz zaskakujące byłoby, gdyby była tutaj potulna jak baranek. Co prawda Tanner jej nie znał, ale widocznie spędził wystarczająco dużo czasu w jej otoczeniu, żeby to zrozumieć i z tym samym zrozumieniem lekko uśmiechnąć się na komentarz Marisol o negocjacjach.
Zgodnie z prośbą poczekał na pielęgniarkę, a w międzyczasie wyjął telefon komórkowy i odszukał numer do swojego ubezpieczyciela, z początku nie do końca pewien, czy rzeczywiście ma go na liście, czy może jednak tylko w notesie. Ostatecznie znalazł go w morzu kontaktów, ale zanim wykonał połączenie, najpierw spojrzał w swój kalendarz, gęsty od spotkań i zobowiązań. Przez kilka sekund przesuwał wzrokiem po kolejnych pozycjach, szukając miejsca, które dałoby się przesunąć albo bez większych strat zrzucić na kogoś innego, bo był prawie pewny, że nie wszystko da się załatwić przez telefon.
Aż Marisol wróciła z formularzem w dłoni. Wrzucając telefon do kieszeni spodni, zerknął krótko na dokument, który kobieta trzymała na podkładce.
Usuń— Doszło do nieszczęśliwego wypadku przy wejściu do salonu jubilerskiego — wyjaśnił spokojnie. — Mężczyzna wchodził do środka, pani Bothwell w tym samym momencie wychodziła. Drzwi zostały otwarte do wewnątrz i uderzyła w szklane skrzydło. Nie upadła na miejscu, ale po wyjściu na zewnątrz doszło do krótkotrwałej utraty przytomności albo przynajmniej do wyraźnego osłabienia z utratą kontaktu. Zgłaszała zawroty głowy, miała krwawienie z nosa i sama zakomunikowała potrzebę zgłoszenia się do szpitala, dlatego ją tutaj przywiozłem — opowiedział w sporym streszczeniu. — Ponieważ doszło do tego w moim lokalu zgłoszę to z polisy odpowiedzialności cywilnej. Potrzebowałbym danych szpitala, ale to, jak rozumiem, załatwię w recepcji? — upewnił się tylko, zerkając chwilowo w stronę odpowiedniego okienka, a potem przypomniał sobie o jeszcze jednej, istotnej kwestii. — Miałbym do pani jedną, serdeczną prośbę, pani Vega — zwrócił się do pielęgniarki, znając jej nazwisko z identyfikatora, który miała przypięty do mundurku. — Brzydka maniera żartowania z bólu to jedno, ale mam przeczucie, że dla zasady z uzyskaniem niektórych informacji też nie będę miał lekko — zauważył, unosząc usta w rozbawionym uśmiechu. — Do zgłoszenia będę potrzebował daty urodzenia pani Bothwell. Może przypadkiem pani ją zna? — Uniósł lekko brew. Zdawał sobie sprawę, że formalnie nie miał prawa żądać żadnych informacji na temat Reilynn, ponieważ był dla niej zupełnie obcą osobą, ale liczył na to drobne wsparcie pielęgniarki, korzystając z faktu, że nie on jeden zrozumiał krnąbrną naturę tej wyjątkowej pacjentki.
Tanner Morgan 😎
Mógł być całkowicie obcy. I był. Oznajmił zresztą, że jest właścicielem salonu, w którym doszło do zdarzenia, i że przywiózł ją, bo udzielił jej pomocy, a nie dlatego, że łączyła ich jakakolwiek prywatna relacja. Nie był członkiem rodziny ani znajomym, który mógłby wypowiadać się w jej imieniu ponad to, czego sam był świadkiem, bo spotkał ją dopiero drugi raz. Choć po tym, co się między nimi wydarzyło, miał wrażenie, że zna ją przynajmniej kilka długich miesięcy. W każdym razie, gdy pielęgniarka zasugerowała mu, żeby przywiózł Reilynn jakieś rzeczy, zmarszczył brwi, zastanawiając się, jak mógłby to w ogóle zrobić, skoro nic o tej dziewczynie nie wiedział? Nie miał nawet pojęcia, czy ona pochodzi z Nowego Jorku, bo po akcencie sądził, że raczej z innego kontynentu, ani czy mieszka gdzieś w mieście na stałe, czy tymczasowo. Powiedziała mu tylko, że jest pisarką, tyle że internet nie podsunął mu o niej żadnych szczególnych informacji, a przy okazji dowiedział się, że ma przyjaciółkę o imieniu Maeve, z którą za pięć dni będą świętować urodziny. Teraz natomiast upewnił się, co do jej wieku. Chciał to wyjaśnić, bo w zasadzie mógłby pojechać po rzeczy, tyle że nie sądził, że mógłby być dla Reilynn osobą pierwszego wyboru, ale ledwie zdążył otworzyć usta, a Marisol zniknęła już za ścianą. Westchnął więc lekko i podszedł do recepcji, żeby załatwić sprawy związane z ubezpieczeniem i poprosić o przekazanie, że on nie jest w stanie pomóc Reilynn z jej osobistymi rzeczami, a w międzyczasie skorzystał z miejscowego długopisu, bo jego osobisty został w marynarce, i zanotował sobie jej datę urodzenia. Zapamiętał, ale w razie co wolał mieć to również na papierze, bo jego głowa przetwarza dziennie wyjątkowo dużo informacji.
OdpowiedzUsuńOna i tak miała teraz przed sobą cały szereg badań i procedur, przy których jego obecność przestawała być potrzebna, więc nie widział sensu czekać, a już tym bardziej przeszkadzać. Zrobił to, co mógł zrobić, a reszta należała już do lekarzy, pielęgniarek i samej Reilynn, dlatego w końcu opuścił szpital, wracając do własnych spraw. Ten dzień już dawno przestał układać się według planu, który rano wydawał się być tak dobrze dopięty, a później wcale nie było lepiej. Rozjechały mu się wszystkie spotkania, jedno musiał skrócić, drugie przełożyć, a kilka rozmów załatwić w biegu. Do tego doszły formalności związane z ubezpieczycielem salonu, czyli zgłoszenie zdarzenia, przekazanie podstawowych danych i zabezpieczenie raportu, który musiał najpierw w całości przygotować. A mimo to, pomiędzy jednym telefonem a drugim, myślami wracał czasem do Reilynn, może nie w sposób, który chciałby nazywać troską, ale wystarczająco często, żeby by musiał przyznać przed samym sobą, że nie wyrzucił jej z głowy tak łatwo, jak na samym początku zamierzał. Dziewczyna trafiła do szpitala po jakimś dziwnym incydencie w salonie, który do tej pory nie został rzetelnie wyjaśniony. Alan trzymał się swojej wersji, ostatecznie przyznając, że może faktycznie rzucił kilka zdań bez pomyślenia, ale zapewniał, że nie skomentował niczego, co wiązało się z jej wyglądem. Tanner nie chciał słuchać sto razy tego samego, więc kazał mu wrócić do obowiązków, a potem przejrzał tylko monitoring, co i tak musiał zrobić, bo ubezpieczyciel prosił o fragment wypadku. A na nim rzeczywiście było widać to srogie uderzenie, które Reilynn przyjęła na twarz.
Później, kiedy w końcu wsiadł do samochodu z zamiarem zahaczenia jeszcze o pralnię, zatrzymał się z dłonią na kierownicy i dopiero wtedy zauważył torbę oraz laskę leżące na tylnym siedzeniu. Przez krótką chwilę po prostu na nie patrzył, potrzebując sekundy, żeby połączyć fakty. Oczywiście. Rzeczy pani Bothwell. W całym tym zamieszaniu zupełnie o nich zapomnieli, ale musiały wrócić do niej jak najszybciej. Nie mógł jednak zrobić tego jeszcze tego samego dnia, choć rozsądek podpowiadał mu, że tak byłoby najwłaściwiej, bo musiał odebrać córkę z zajęć, zawieźć ją do Kings Point i dopilnować kilku spraw, których nie dało się już przesunąć bez wywołania kolejnego zamieszania.
Zanim zdążył wrócić do miasta, dzień zdążył zamienić się w wieczór, więc wyprawa do szpitala wydawała się już niezbyt rozsądna i grzeczna. Nie lubił zostawiać takich rzeczy na później, ale tym razem nie miał wyboru. Postanowił więc, że załatwi to z samego rana następnego dnia i tak rzeczywiście zrobił.
UsuńPo szybkim śniadaniu, wrócił do sypialni i ubrał się z tą samą starannością, z jaką zwykle zaczynał dzień. Założył czarne spodnie o prostym, idealnie dopasowanym kroju i białą koszulę, którą wsunął za pasek, wygładzając materiał przy biodrach krótkim ruchem dłoni. Przez chwilę stał jeszcze przy komodzie, wybierając dodatki, a potem sięgnął po jasne spinki z turmalinem Paraiba własnego projektu i zapiął je na mankietach. Tego dnia krawat również nie był mu potrzebny.
Nie jechał do szpitala z żadnym szczególnym nastawieniem, a przynajmniej tak sobie powtarzał, gdy włączał się do porannego ruchu i kierował w stronę Tisch Hospital. Miał tylko oddać torbę i laskę, upewnić się, że trafią do właścicielki, a potem, standardowo, wrócić do swoich spraw. Gdzieś po drodze przyszło mu do głowy, że może rozsądnie byłoby kupić kawę, tyle że problem polegał na tym, że na trasie nie było nic sensownego, a kawa ze szpitalnego automatu wyglądała równie beznadziejnie, jak zapewne smakowała. Nie miał w zwyczaju krzywdzić siebie ani innych w imię uprzejmości, dlatego po krótkim namyśle wybrał... kakao. Nie wiedzieć czemu, kakao wydawało mu się do Reilynn pasować. Wziął oczywiście dwa kubki, również dla siebie i z całym tym zestawem – bo i z torbą przewieszoną przez ramię oraz laską Reilynn trzymaną w drugiej dłoni – skierował się na korytarz, który miał doprowadzić go do pokoju trzysta siedem. Po drodze upił łyk kakao, utwierdzając się w myślach, że nie był to wcale zły wybór.
Zatrzymał się dopiero pod właściwymi drzwiami i kontrolnie spojrzał na numer sali, a potem zapukał krótko jedynym wolnym palcem, bardziej z zasady, i zaraz przekroczył próg.
— Dzień dobry — przywitał się, gdy jego spojrzenie spoczęło na Reilynn. Przez sekundę zatrzymał je na jej twarzy, odruchowo sprawdzając, czy wygląda lepiej niż poprzedniego dnia i czy kolor wrócił jej na policzki. A było dużo lepiej, bo nawet ta opuchlizna nie wyglądała tak tragicznie, jak zakładał, że będzie. — Jak się pani czuje? — zapytał na wstępie, wsuwając się głębiej do sali. — Przyniosłem pani rzeczy. Wieczorem spostrzegłem się, że zostały w moim samochodzie — oznajmił, ostrożnie stawiając laskę z boku razem z torbą. Dopiero wtedy wyprostował się nieco i podał jej jeden z papierowych kubków, ten cieplejszy od spodu, ale nie na tyle gorący, żeby trudno było utrzymać go w dłoniach. — Proszę. To nie kawa, ale na początek dnia dobre i to — powiedział z lekkim uśmiechem w kąciku ust, a potem, rozglądając się nieznacznie po otoczeniu, lekko zmarszczył czoło. Czyżby Reilynn szykowała się do wyjścia?
Tanner Morgan ☕😇
– A co to za ejajowa wypowiedź? – zaśmiał się Leif, słuchając trójczłonowej wyliczanki Rei. – To świetne pytanie! Istnieje kilka podejść do tego zagadnienia. Oto trzy możliwości… – kontynuował, parodiując język najpopularniejszych AI.
OdpowiedzUsuńŚmiał się z generatywnej sztucznej inteligencji, choć w rzeczywistości był to coraz częściej śmiech przez łzy. W pracy był zmuszony do korzystania z tych narzędzi – i o ile część to normalka, bo przecież każdy program od lat wyposażony był w AI, o tyle momentami sprawy przechodziły ludzkie pojęcie. Prawda, czasami pomagało, szczególnie przy produkowaniu kolejnych wizualek pod oferty przetargowe, ale mniej wesoło się robiło, gdy kolejny klient rezygnował z photoshootu na rzecz sztucznego generowania. Które, swoją drogą, może oszczędzało trochę budżetu, ale zdecydowanie nie czasu, bo trzeba było poświęcać długie godziny na uzyskiwanie akceptowalnego efektu, a potem pozbywania się z grafik całej tej woskowato-plastikowej poświaty.
O zaburzonych proporcjach już nawet nie warto wspominać. Choć Leif znał również całkiem ludzkich grafików, artów nawet, których prace wskazywały na palącą konieczność wysłania ich na kurs anatomii oraz rysunku. Wtedy może by się czegoś nauczyli! Żarty żartami, ale w pewnych kwestiach dobrze zachować powagę – i mowa nie o pracy czy reklamie, bo to hańbiące bzdury, ale o pięknie.
Teraz jednak humoru używał, trochę nim maskując własne zakłopotanie. Głupio wyszło, a najgorzej, że nie tyle wyszło, ile po prostu tak było, od lat trwało. Wcale nie chciał się w ten sposób zachowywać, ale inaczej nie potrafił. To nie do końca związane z Rei – nie była jego wyjątkiem, raczej osobą stałego dramatu, bo niemalże wobec każdego tak postępował. Po fakcie zawsze składał samokrytykę, sobie samemu obiecywał poprawę, a potem dzielnie dźwigał na barkach powtórzony schemat.
Cóż, od zawsze miał słabość do repetycji w sztuce – a życie jak sztuka, sztuka jak życie i takie tam inne głodne kawałki. Sięgnął po leżące pod ścianą krzesełko, rozłożył je, a potem rozłożył się na nim. Ktoś kiedyś powiedział, że Leif nie umie usiedzieć na miejscu, ale jak już usiądzie, to siedzi całkiem ładnie. Kłamał. Nie siedział ładnie, raczej powyginany jak krewetka i co pięć sekund zmieniający pozycję.
– Nie ma nic nudniejszego niż godność i szacunek do siebie samego – powiedział wesoło. – Mam go niewiele, a zobacz, jakie ciekawe życie prowadzę!
Trochę wyolbrzymiał, ale w istocie – nie traktował siebie ze stuprocentową powagą, dzięki czemu nie bał się wydurniać. Brak obaw przed zbłaźnieniem się był bardzo pomocny, bo pozwalał na więcej. Najgłupsze decyzje zawsze rodziły najciekawsze historie, a Leif miał o czym opowiadać.
– Ale mogę ci pomóc – zaoferował. – Przeczytaj, co tam sobie piszesz, a wspólnie pokminimy nad ciągiem dalszym.
Nie pisał dobrze, więc na pewno nie pomógłby w redaktorskim opracowaniu jakiegokolwiek tekstu, ale raz, że lubił słowa, to dwa i przede wszystkim – pomysłów miał dużo. Niekoniecznie dobrych, a przynajmniej nie tylko dobrych, choć i takie się często zdarzały.
Najchętniej całą dyskusję utrzymałby właśnie na takim poziomie, bo było lekko, fajnie, przyjemnie. Niezobowiązująco. Można dobrze spędzić razem czas, pośmiać się i nie wysilać. Przecież każdy tego od życia potrzebuje, prawda? Rei jednak skręciła w inny rejon, więc Leif siłą rzeczy wybrał się w tę podróż razem z nią, choć poruszył się na krześle niespokojnie, jakby szukając przycisk stopu, bo – ja dziękuję, chwilę postoję, ale wysiądę na wcześniejszej stacji może, co?
Westchnął.
– Raczej nie jestem szczególnie dojrzały – przyznał samoświadomie – i nawet nie chce mi się udawać, bo wiemy, jak jest. Sorry, Rei, ale poprawy nie obiecuję, bo też wiemy, jak to się skończy. Powiedz mi lepiej, jak mogę winy odkupić. Może ci coś serio ci zakupić? Albo wyrzeźbić?
Leif Zweig
Rei zaproponowała wylistowanie innych zarzutów, a Leif wzruszył ramionami i gibnął się na krześle w przód i w tył. Nauczycielka angielskiego z elementary school zawsze na niego za to warczała, mówiąc, że nie zamierza wyskrobywać jego mózgu spomiędzy żeberek kaloryfera, ale kto by jej tam słuchał. Przecież nie planował tak skończyć – i nigdy nie skończył, a Bóg jeden raczy widzieć, ile razy kiwał się na siedzeniach.
OdpowiedzUsuńCzuł się całkiem swobodnie – i w konkrecie, to jest na krześle, i w ogóle, to jest w szpitalu. Szczęśliwie nie miał z nim doświadczeń osobistych, bo poza narodzinami i kilkoma razami później (na przykład gdy łamał sobie kości, niecelowo oczywiście), nie spędzał wiele czasu w tych sterylnych salach. Przynajmniej nie jako pacjent, bo jako odwiedzający już częściej.
Szpital, a co za tym idzie – choroby były częścią normalnego życia. Może między innymi dlatego rzucał się w nie całym sobą, bez wybierania kompromisów i szukania bezpieczniejszych opcji. Nie powiedziałby nigdy, że przebywanie z osobami przez los poszkodowanymi było jego misją albo przynajmniej sposobem na spędzanie czasu, ale dorastanie u boku matki pielęgniarki, która bardzo się w to wszystko angażowała, znacząco wpływało na perspektywę.
Bardzo możliwe, że dlatego w towarzystwie chorych lub zranionych czuł się trochę swobodniej niż przeciętny człowiek. Mało rzeczy go krępowało, nie peszył się, jeśli rzucił w towarzystwie niewidomego hej, spójrz! czy powiedział niezręczna sytuacja przy kimś, kto stracił ramię. Niekoniecznie robił to z premedytacją, po prostu używał normalnego języka – co nie powinno dziwić, bo w końcu gadał z normalnymi osobami.
Jedyne, co mogło go krępować w sytuacji z Rei, to własne zachowanie. Ale szybko nad nim przeskoczył i powrócił do swojego naturalnego trybu. Który niewiele miał wspólnego ze sztuczną inteligencją, bo prawdziwa głupota Leifa stała ponad nią.
– A właśnie, że ciekawe – odparł bez wahania na jej ironiczne podsumowanie życie. – Mógłbym ci opowiedzieć parę przeciekawych sytuacji z ostatnich miesięcy, ale skoro toś ty taka… – Pokręcił głową z udawanym rozczarowaniem i uniósł dłoń, żeby dokonać teatralnego przeglądu swoich paznokci. Były bardzo czyste i zadbane, takie niespracowane. – To nie warto!
Poderwał się z krzesła i w paru susach dopadł do okna, żeby zobaczyć, jaki Rei ma widok na świat. Niezbyt ciekawy, ocenił, chociaż widać było paru innych pacjentów, którzy spacerowali przed szpitalem. Erka też przyjechała, ale nie na sygnale. Kierowca wysiadł i otarł pot z czoła.
Pamiętał małą awanturę o romans jednej z bohaterek Rei. Początkowo kontynuował tamtą dyskusję tylko dla zabawy, potem realnie się wciągnął. Uważał wybór przyjaciółki za bezsensowny.
– Wciąż nie rozumiem, czemu chciałaś ją wepchnąć w ramiona tamtego elfika – skrzywił się. Elfy! Co to za bezsensowna, snobistyczna rasa. – On był fatalny. Rozlatany, roztrzepany, z figlem w głowie. Daj spokój, zostawiłabyś takiemu monsterę do podlania? Taki to wlałby do niej co najwyżej Monstera, bo mu się nazwa skojarzy.
Odwrócił się na pięcie i tanecznym krokiem podszedł do Rei, wyciągając rękę w kierunku jej laptopa, ale w międzyczasie nastrój trochę się zmienił. No, tak. Dobrze byłoby złożyć autokrytykę, choć może nie ma co aż tak rozgrzebywać rzeczy.
– Rei – powiedział miękko, ale w jego tonie już dało się wyczuć rozbawienie. To na tyle z wyrzutów sumienia – znasz mnie przecież dobrze, więc wiesz, że jestem w stanie ci podrzucić pięćdziesiąt wymówek i to tak dobrych, że sam w nie uwierzę. Ale! Z szacunku do ciebie tego nie zrobię. Za to kupię tę czekoladę! A teraz… – Zamachał palcami w kierunku jej Maca, grożąc niewerbalnie, że jak przyjdzie co do czego, to sam go zabierze i zapozna się z treścią otwartego dokumentu. – No, dalej, czytaj, co tam nasmarowałaś!
Leif Zweig
Skinął głową w odpowiedzi i miał już dopytać, czy nie przepada za kakao, bo nie wszyscy je przecież lubią, a on wziął je trochę na ślepo, ale Reilynn sama wyjaśniła, o co chodziło. A chodziło o wspomnienie, które on zupełnie nieświadomie, ale jednak bardzo namacalnie teraz przywołał. Trudno było przewidzieć, czy należało ono do miłych, czy wiązało się z czymś, do czego wolała nie wracać, ale napomknęła, że zachorowała, a to oznaczało, że amputacja nogi nie wiązała się z żadnym urazem czy wypadkiem, jak można było na początku zakładać. Chodziło o chorobę, czyli o coś, co odbierało człowiekowi część ciała nie w jednym momencie, a etapami. I nie bez powodu powiedziała kiedy zachorowałam, a nie kiedy byłam chora, bo wcale nie mówiła o zamkniętym rozdziale. To nadal trwało, nawet jeśli zmieniło formę, albo zostało zepchnięte gdzieś na dalszy plan codzienności. Teraz jeszcze lepiej rozumiał wymowność tamtego pytania pielęgniarki, które brzmiało jak stwierdzenie oparte na wcześniejszych doświadczeniach. Była tu znowu. I cały czas walczyła o to, żeby móc ten rozdział wreszcie zamknąć. Ale czy było to w ogóle możliwe?
OdpowiedzUsuńZ tym pytaniem upił powoli łyk napoju, bardziej po to, żeby dać sobie krótką chwilę na uporządkowanie myśli, niż z rzeczywistej potrzeby, i powędrował wzrokiem do Marisol, gdy ta pojawiła się w sali. Przywitał się krótkim dzień dobry i stanął nieco z boku, żeby nie przeszkadzać. A więc rzeczywiście trafił na moment wypisu. To nawet dobrze się złożyło, bo skoro ją tutaj przywiózł, mógł ją również stąd odwieźć. Oczywiście nie zamierzał narzucać się bardziej, niż było to konieczne, ale skoro już tu był, a ona właśnie miała wyjść ze szpitala po urazie, to rozsądek nadal podpowiadał mu dokładnie to samo, co poprzedniego dnia. Taksówka nie była najlepszym rozwiązaniem, metro tym bardziej. Mogła zapakować się po prostu do jego auta, wskazać adres i ze spokojem dotrzeć do celu.
Kiedy pielęgniarka zostawiła ich samych, na powrót podszedł nieco bliżej, żeby w razie czego w czymś Reilynn wesprzeć, chociaż ona sama świetnie dawała sobie ze wszystkim radę. Najwidoczniej było to dla niej bardzo istotne – żeby wciąż móc być samowystarczalną i nie dać definiować się przez pewne defekty. Rzecz jasna, była też uparta, i to w sposób, który zapewne niejednokrotnie doprowadzał ludzi w jej otoczeniu do granic cierpliwości, ale Tanner potrafił rozpoznać różnicę między zwykłą przekorą, a potrzebą zachowania kontroli nad własnym ciałem i życiem. Reilynn starała się funkcjonować tak, jakby żadne ograniczenia nie miały prawa wyznaczać jej granic. I była naprawdę zdeterminowana, żeby tę kontrolę sprawować wyłącznie we własnym zakresie.
— Nie spodziewałem się, że zjawię się tu akurat w momencie wypisu — przyznał, gdy ruszyli do wyjścia z sali. — Ale skoro tak się złożyło, to pozwoli pani, że odwiozę panią dokąd będzie trzeba — zaoferował, przyglądając się jej uważnie. — Nawet jeśli potrzebuje pani dostać się poza miasto, to żaden problem. Mam jeszcze trochę czasu — zapewnił, gdyby mieszkała poza Nowym Jorkiem i krępował ją ewentualny dystans do pokonania.
Nie chciał sprawiać wrażenia, że oceniał każdy jej krok albo czekał tylko, aż się zachwieje, żeby móc udowodnić słuszność własnej propozycji, ale nie przyjmie odmowy, której jedynym argumentem będzie: nie, bo tak.
Brał jednak pod uwagę, że mogła poprosić o to kogoś innego – rodzinę, przyjaciółkę, może chłopaka, jeśli ktoś taki istniał w jej życiu, albo po prostu kogoś bliższego, bardziej oczywistego, dlatego nie zamierzał wchodzić w tę przestrzeń z butami. Mógł zaproponować pomoc i jasno zaznaczyć, że uważa swoją ofertę za rozsądne rozwiązanie, ale nie miał prawa zakładać, że jego obecność będzie dla niej wygodniejsza niż telefon do kogoś, komu ufała o wiele bardziej. Jeśli miała taką osobę, ustąpi bez zbędnych pytań. Jeśli nie, jego samochód stał niedaleko i pozostawał najprostszą opcją, której dodatkowym atutem było to, że nie trzeba było mu już niczego tłumaczyć. Tanner był naocznym świadkiem zdarzenia, więc głupich pytań w tej kwestii już nie zada. Przez całą drogę mógł milczeć, jeżeli tak byłoby bardziej komfortowo, mimo że było parę spraw, które chętnie by poruszył.
UsuńTanner Morgan 🚗
Zakładał wszystkie możliwe opcje, bo przecież do tej pory nie wiedział, że Reilynn może mieszkać na Queens. Do tej pory miał ją zarówno za mieszkankę, jak i dojezdną lub przyjezdną, bo jeszcze nie doszedł do takiego etapu, żeby jasnowidzieć i nie musieć zadawać pytań. Ale jego pytania były proste i grzeczne, niepodszyte żadną ironią, a jej odpowiedź była dziwnie kąśliwa, choć nie bardzo rozumiał dlaczego. Może jego pytanie było niestosowne? Nie był człowiekiem Manhattanu, bo nie uważał się za kogoś takiego, a zdanie o Queens miał zupełnie inne, poza tym całe życie mieszkał o wiele dalej, w rejonie, który formalnie nawet nie zaliczał się do Nowego Jorku. Tak czy siak, przynajmniej powiedziała dokąd, więc wiedział już w jaki rejon będą się kierować, i którą z możliwych tras warto wybrać, żeby nie nadziać się na tasiemcowe korki.
OdpowiedzUsuńDokończył swoje kakao w drodze do samochodu i wyrzucił pusty pojemnik do kosza nieopodal wyjścia ze szpitala. Szedł oczywiście tempem dostosowanym do tego, które narzucała Reilynn, ale nie zauważył, żeby ono jakoś bardzo odbiegało od tego naturalnego tempa, którym przeciętnie poruszają się ludzie. Jedynym dodatkiem do ich marszu był w zasadzie stukot laski, który ciągnął się za nimi rytmicznym dźwiękiem aż do parkingu, a tak poza tym było normalnie.
Zatrzymał się przy drzwiach od strony pasażera, a te uchyliły się jak na zawołanie. Złapał za nie i otworzył bardziej, a wtedy Reilynn odezwała się ze swoją propozycją, o ile tak można było nazwać to, co właśnie padło z jej ust. I tak szczerze, to nie spodziewał się tego. Nawet nie pomyślał, że w najbliższym czasie wrócą do tematu, który został przez niego już klarownie wyjaśniony za pierwszym razem, tym bardziej, że od tamtej pory nie zmieniło się absolutnie nic. Ostatecznie mógł powiedzieć, że jak nie, to nie i pozwolić jej wrócić po swojemu, bo to nie była przecież konieczność ani przymus, że musiała wracać do domu pod jego opieką. To była tylko grzecznościowa propozycja, którą postanowiła obwarować warunkiem dotyczącym czegoś, czego on nadal nie miał ochoty zmieniać, więc równie dobrze od razu mogła zostać spisana na niepowiedzenie. Ale przyzwoitość tak nie działała, a Reilynn, mimo że chyba naprawdę lubiła tańczyć na granicy cudzej cierpliwości, nadal była po urazie i nadal nie wyglądała jak ktoś, kogo rozsądny człowiek powinien zostawić na chodniku tylko dlatego, że oboje okazali się uparci w sprawie formy zwracania się do siebie. Miał na to rozwiązanie, ale na pewno nie tak korzystne, na jakie ona sama liczyła.
— Jestem pod wrażeniem, że nawet w taką sytuację próbuje pani wciskać swoje warunki — powiedział, spoglądając na wyciągniętą w jego stronę dłoń. — To nie jest negocjacja handlowa, pani Bothwell, ale w porządku — dodał zaraz. — Skoro sprawa dotyczy podwózki, to na czas jazdy będę zwracał się do pani po imieniu — oznajmił i zostawiwszy otwarte drzwi, minął Reilynn i skierował się do tych od strony kierowcy. — A teraz, proszę wsiadać, Rei, śmiało — rzucił, spojrzawszy na nią, zanim zajął miejsce kierowcy, a potem lekko zatrzasnął za sobą drzwi.
I tak był łaskawy. Turbo wręcz łaskawy. Mógł zostawić jej rzeczy w recepcji, albo rzeczywiście przysłać tu nawet jakiegoś wysłannika i darować sobie wracania do czegoś, co już za pierwszym razem wydało mu się nienormalne i teraz, mimo zupełnie innych okoliczności, nadal takie było.
Trasa na Queens zajmie im niecałe pół godziny. Miał tylko nadzieję, że te pół godziny nie wyssie z niego resztek cierpliwości, które jakimś cudem jeszcze posiadał, bo przecież dzień dopiero niedawno się zaczął, a on miał przed sobą przynajmniej jeszcze kilka godzin załatwiania różnorakich spraw.
UsuńZapinając pas bezpieczeństwa, spojrzał w kierunku drzwi, czekając aż Reilynn zdecyduje, co zamierza zrobić. Wsiąść i jechać, czy jednak nie wsiadać i kombinować inny transport.
— Naprawdę masz duże ambicje, żeby zostać moją przyjaciółką, Reilynn — stwierdził, kręcąc nieznacznie głową, a potem uśmiechnął się pod nosem, bo mimo wszystko trudno było mu potraktować tę wymianę zdań z pełną powagą. Co prawda ich jazda jeszcze się nie zaczęła, ale niech będzie, że przejście na imię już od samego siedzenia w aucie, uzna za taki mały bonus.
Tanner Morgan 😑
Tym razem już się nie powstrzymał i po prostu przewrócił oczami, słysząc o naszej relacji, bo był przekonany, że nie da się naprawić czegoś, co po prostu nie istnieje. A ich relacja nie istniała. Teraz, chcąc czy też nie, w pewien sposób już się znali, czy też raczej wiedzieli kim po prostu są, ale to nadal nie czyniło z nich ludzi, między którymi należało doszukiwać się jakiejś głębszej więzi. Byli dwojgiem przypadkowych osób, które najpierw zderzyły się w kawiarni, później w salonie, a potem miały jeszcze epizod w szpitalu. Znali swoje imiona i współdzielili okoliczności wypadku, bo ten faktycznie połączył ich na chwilę powinnościami oraz formalnościami, ale to nadal nie było nic, co Tanner nazwałby relacją, a co najwyżej wyjątkowo chaotycznym ciągiem zdarzeń z udziałem tej samej kobiety. Dokładnie tak. Poza tym, nie sądził, że Reilynn sama tak szczerze wierzyła w to, co mówiła, bo miała naprawdę zaskakująco dziwny sposób zawierania nowych znajomości. Najpierw jakieś podejrzane pojawianie się w jego otoczeniu, potem przedstawienie z pączkiem, później akcja w salonie i dość odważne komentarze, celujące w jego biznes, który i tak był jego osobistym sukcesem w walce z przeciwnościami, a teraz nazywanie go beznadziejnym przypadkiem. Jeśli w taki sposób zaczynała przyjaźnie, to w zasadzie nie zdziwiłby się, gdyby miała ich niewiele. A jego szczególnej sympatii na razie nie zyskała i to wcale nie dlatego, że zaczęli od żenującego wypadku z pączkiem, bo takie wypadki chodzą po ludziach, a jego wyrozumiałość w tym zakresie jest dość szeroka. Chodziło przede wszystkim o to, że Reilynn była chaosem w bardzo czystej postaci, a według niego takim trochę ruchomym zbiorem nieprzewidywalnych reakcji i niezbyt dobrze przemyślanych komentarzy, które niekoniecznie radziły sobie z bawieniem akurat jego. Może i dało się z nią wytrzymać, może i dało się ja nawet lubić, ale on nie czuł potrzeby testowania tego na własnej skórze, a ona powinna to uszanować. Chyba. Tak przynajmniej robili ludzie z odrobiną kultury osobistej. Nie widział też najmniejszego sensu trwania przy kimś, kogo trzeba było znosić. Takie znajomości nie miały nic dobrego do zaoferowania, bo co tak naprawdę mogła mu dać jej chaotyczność, gadatliwość i czasem nieznośność? Miał wystarczająco dużo chaosu w postaci własnej córki, gadatliwości w pracy i nieznośności pośród klientów, którzy w wielu przypadkach myśleli, że zapłacenie mu za sprawę kilkanaście tysięcy dolarów, uprawnia ich do naruszania każdej granicy i dzwonienia o absurdalnych porach z problemami. Nie potrzebował dokładać do tego kolejnej osoby, która wchodziła w jego przestrzeń z impetem, a potem jeszcze nazywała to początkiem relacji. Jeśli Reilynn rzeczywiście szukała przyjaźni, powinna znaleźć kogoś, kto miał trochę mniej powodów, żeby cenić sobie święty spokój, bo na pewno o wiele łatwiej byłoby jej wbić się w życie człowieka, który funkcjonał podobnie do niej samej. Oczywiście, jeśli kiedykolwiek da mu szansę poznać się z innej strony, o ile taką w ogóle miała, może rozważy tę znajomość ponownie. Kto wie.
OdpowiedzUsuń— To chyba czas najwyższy uratować samą siebie, o ile nie jest za późno, a wydaje mi się, że może już być — odpowiedział, uruchamiając auto. Zamki zaryglowały się automatycznie, a oni ruszyli z miejsca przez parking. — Masz dwadzieścia sześć lat, i to skończone całkiem niedawno. Ledwie zdążyłaś wyrosnąć z pieluch, więc naprawdę nie wiem, skąd ten absurdalny wniosek o starości — powiedział, trzymając jedną dłoń na szczycie kierownicy, a drugą stukając po dotykowym ekranie na panelu, żeby uruchomić mapę i wywołać okienko do wpisywania adresu.
— Nie uczono cię, nie wiem, podstawowych zasad grzeczności? Tego, że do obcych wypada zwracać się oficjalnie? Albo przynajmniej do tych, z którymi nie chce się być bliżej — zauważył. — A ja już wyjaśniłem, dlaczego wolę zachować dystans i nie był to punkt wyjścia do negocjacji, tylko informacja, którą wystarczyło przyjąć do wiadomości.
UsuńOdchylił się na fotelu, gdy mapa wyrzuciła okienko i kiwnął głową w stronę ekranu. I tak miał wrażenie, że Reilynn jednym uchem wpuści jego słowa, a drugim wypuści i w głowie ostatecznie nie zostanie z tej rozmowy nic.
— Proszę wpisać adres — polecił, a przy okazji wcisnął guzik, który wysunął uchwyt na kubek, gdyby Reilynn na jakiś czas potrzebowała uwolnić dłoń i pozbyć się papierowego pojemnika.
Tanner Morgan 😑😆
Oprócz tego, że była chaotyczna i głośna, to po prostu nie chciał. I już. Tyle powinno wystarczyć. Teoretycznie. Pomijając fakt, że przyjaciół dobierał bardzo, ale to bardzo ostrożnie, to nawet gdyby jakimś cudem uznał Reilynn za bezpieczną opcję, naprawdę nie potrafił wyobrazić sobie, jak taka znajomość, czy już tym bardziej przyjaźń, miałaby wyglądać w praktyce. Przecież różnili się wszystkim, dosłownie wszystkim, i właśnie z tego względu ciężko byłoby mu zobaczyć ją w swoim świecie. Nie jarało go spędzanie czasu na wymienianiu się ironicznymi docinkami, bo czas był towarem deficytowym w jego życiu i wolał poświęcić go czemuś ambitniejszemu. A wbrew pozorom chętnie zobaczyłby w niej coś więcej niż kłopot, tylko że na razie okazje w ogóle temu nie sprzyjały, ale też nie zauważył, żeby Reilynn rzeczywiście starała się mu tę stronę bez kłopotów pokazać. Sytuacja z pączkiem była dziwnym wypadkiem – zdarza się. Zderzenie w salonie było niefortunnym zbiegiem okoliczności, w którym zawinił ktoś inny – to też się zdarza. Ale rozmowa? Rozmowa nie składała się z przypadkowo wypluwanych słów, Reilynn miała nad tym jakieś panowanie, nawet jeśli potrafiła mówić, a dopiero potem zastanawiać się, czy robiła to dobrze, dlatego musiała też rozumieć, że słowa niosą za sobą konsekwencje. A on bardzo lubił trzymać się konsekwencji, może nawet przesadnie. Jeśli coś zostało powiedziane, odnotowywał to, układał we właściwym miejscu w swojej głowie i nie udawał później, że te słowa magicznie rozpłynęły się w powietrzu. Ludzie powinni ponosić ciężar tego, co sami wnosili do rozmowy, nawet jeśli tym ciężarem była lekkomyślność, czy jakaś nietrafiona zaczepka albo wyjątkowo nieudana próba zbliżenia się do drugiego człowieka.
OdpowiedzUsuńMiał w sobie coś z dupka, ale to nie był szczyt jego możliwości. I tak był dla niej miły, być może nawet zbyt miły, biorąc pod uwagę to, jak ona momentami odzywała się do niego, ale okoliczności wymagały od niego odrobinę więcej... empatii. Reilynn miała za sobą jakąś ciężką historię, a on jej nie znał, więc nie wiedział, co tak właściwie nią kierowało, żeby nazywać potencjalnych przyjaciół beznadziejnymi przypadkami, czy żeby tak ogólnie cisnąć w ludzi uszczypliwymi komentarzami za każdym możliwym razem. Może to automatyczna reakcja obronna, może to jakieś zaburzenie – nie wiedział, bo zrobił magistra z prawa a nie z medycyny, ale z socjologicznego punktu widzenia, a takie studia też ukończył, wyglądało to na bardzo prosty mechanizm ustawiania dystansu. Reilynn atakowała pierwsza, bo wolała sama narzucić ton relacji, niż pozwolić, żeby zrobił to ktoś inny. Sprawdzała, kto się cofnie, kto odpowie tym samym, a kto uzna, że nie warto tracić czasu i w gruncie rzeczy nie było w tym nic szczególnie tajemniczego, bo ludzie bardzo często budowali wokół siebie role społeczne, które miały chronić ich przed odrzuceniem. Pytanie tylko, czy Reilynn robiła to świadomie, czy po prostu zbyt długo funkcjonowała w taki sposób, żeby nie umieć już odróżnić maski od własnej twarzy. Musiałby lepiej ją poznać, żeby dojść do trafnych wniosków, a na razie średnio miał na to ochotę.
Zaśmiał się w pewnym momencie, aż jego klatka piersiowa poruszyła się wyraźnie, a kąciki ust uniosły się na tyle, że na krótką chwilę w uśmiechu było widać białe zęby.
— Co jest z tobą nie tak, Reilynn? — Spojrzał na nią. — Przed chwilą byłaś zła, że niby wziąłem cię na pięćdziesięciolatkę, a teraz obrażasz się, bo uznałem, że jesteś jednak dużo młodsza — zauważył, kręcąc głową z rozbawieniem. — To jak to w końcu z tobą jest? Stara, czy młoda? Wypadałoby to raz, a dobrze określić.
Wrócił wzrokiem do tego, co działo się za przednią szybą, ale rozbawienie nadal majaczyło gdzieś w linii jego ust.
— I można powiedzieć, że urodziłem się w garniturze, a co więcej, że od razu z powołaniem do prawa — dopowiedział jeszcze, bo to nie była uwaga wyssana z palca, a zwykłe stwierdzenie faktu. Oczywiście, nie wyszedł z brzucha matki w ubranku, ale pierwszy poważny ciuszek, który mu założono, był właśnie mini garniturkiem. No i to nieszczęsne prawo było mu pisane jeszcze zanim został w ogóle poczęty. — A jeśli o odpowiedzialność chodzi, gdybym nie był odpowiedzialny, to właśnie wtedy wysłałbym tu kogoś innego, kto mógłby oddać twoje rzeczy i zamknąć temat w moim imieniu. Tylko że jestem akurat z tych ludzi, którzy lubią mieć kontrolę nad sprawami, za które w jakikolwiek sposób odpowiadają i najczęściej wolą załatwić je sami. Tu nie ma żadnej filozofii. Skoro zacząłem tę sprawę osobiście, to osobiście ją domykam — wyjaśnił, a potem zerknął na nawigację, żeby wiedzieć, na który most wjechać, albo opracować ostatecznie trasę po swojemu.
UsuńRozprawianie o śpiącym, czy nieśpiącym mieście, nie było zbyt ekscytujące, chociaż to ciekawe, skąd wzięła tę teorię, że Queens niby zasypia normalnie, ale bywa znerwicowane, a Staten Island prawdopodobnie chrapie. Może takich ludzi z tych dzielnic poznała, znerwicowanych lub chrapiących, i takie wyciągnęła sobie wnioski.
— Możemy wrócić do tematu miasta za chwilę, bo jest jedna rzecz, która cały czas mocno mnie zastanawia. A właściwie dwie — zaczął, znów rzucając Reilynn spojrzenie, które tym razem ześlizgnęło się po jej sylwetce i zatrzymało na moment na skaczącej nodze. — Dlaczego nie publikujesz książek pod swoim nazwiskiem? To pierwsza. A druga: po co jest ci potrzebna akurat ta moja przyjaźń, hm?
Tanner Morgan 😂
To był bardzo częsty paradoks, że prowadził sprawy, których nie chciał, ale które chciał doprowadzić do końca, mimo że wcale nie były niczym ważnym. Nie zawsze mógł pozwolić sobie na odmowę, a chociaż starał się nie brać przypadków, które nie pokrywały się z jego poglądami, to zdarzało się nie raz, że bronił kogoś, komu sam najchętniej przywaliłby w pysk. Takie życie. Mimo wszystko zawsze wywiązywał się z tych powinności na dwieście procent i zawsze doprowadzał je do końca z takim samym zaangażowaniem. Wziąć pieniądze za usługę to jedno, a rzetelnie ją poprowadzić to drugie, a on pracował przecież na swoją renomę, dlatego nie unikał odpowiedzialności. Tak więc, nawet gdyby nie chciał, to mimo świadomości, że wysłannictwo byłoby wygodniejsze, najprawdopodobniej i tak przywiózłby tu jej rzeczy, żeby nie tracić czasu na tłumaczenie komuś innemu, o co w tym wszystkim chodzi i nie przekazywać tej odpowiedzialności w bóg wie jakie ręce. Tyle że wtedy na pewno zaoszczędziłby sobie tego kontaktu i zostawił je w recepcji, zamiast dostarczać do rąk własnych.
OdpowiedzUsuńLekkim kiwnięciem głowy zarejestrował jej odpowiedź w kwestii nie publikowania pod nazwiskiem. W zasadzie nie pytał o jej pseudonim, bo bardziej interesowało go, dlaczego zdecydowała się nie podpisywać tych treści nazwiskiem, ale skoro już przyznała się do pseudonimu, to oczywiście zapamięta i może w wolnej chwili znów sobie to sprawdzi. Rozumiał to podejście bardzo dobrze, choć sam akurat z premedytacją używał swojego nazwiska, żeby zaczęło być ono kojarzone z czymś więcej niż prawem, finansami i bankowością. Na przekór rodzicom, rzecz jasna, bo w obliczu prawniczej kariery, całe to jego jubilerstwo było dla nich jakimś odklejonym pomysłem i stratą czasu. Myśleli, że z tego wyrośnie, a im starszy był, tym mocniej się w to zagłębiał, więc w pewnym momencie przestali z tym walczyć i całkowicie stracili zainteresowanie jego poczynaniami w tej dziedzinie. Pierwszy salon powstał ponad siedem lat temu, a żadne z jego rodziców nigdy do niego nie weszło, dosłownie jakby one wcale nie istniały na mapie tego miasta. Ale czy było mu z tego powodu przykro? Nie. To po prostu udowadniało, że miał rację. W ich rodzinie wartościowe były tylko te osiągnięcia, które dało się wpisać w odpowiedni schemat, bo byli po prostu prawdziwie beznadziejnym przypadkiem.
— Akurat nie zajmuję się wynagrodzeniami — powiedział, bo słowo prawnik było bardzo ogólnym ujęciem wielu dziedzin, a on specjalizował się w dwóch konkretnych i za inne się nie brał. — Ale jeśli kiedykolwiek postanowisz zrobić coś na tyle widowiskowego, żeby trafić przed sąd karny, to mój adres już znasz. Choć wolałbym, żebyś nie traktowała tego jako zachęty — zaznaczył, zerkając na nią krótko, z cieniem rozbawienia w oczach.
Zdecydowanie nie powinna traktować tego jako zachęty.
To ciekawe, że w mieście, w którym mieszka ponad osiem milionów ludzi, ona uznała akurat jego za tą sensowną opcję, która nie jest z towarzystwa najbliższych jej osób. A pewnie wystarczyło pójść do pierwszego z brzegu baru, żeby poznać kogoś nowego, kto z większym prawdopodobieństwem byłby zbliżony do niej zarówno wiekiem, jak i mentalnie, ale z kim też znalazłaby po prostu więcej cech wspólnych. W przyjaźni chyba to było najważniejsze – żeby dwie osoby miały przynajmniej jakiś wspólny grunt, na którym mogłyby stanąć bez ciągłego udowadniania sobie, że w ogóle jest sens próbować. Podobne poczucie humoru, sposób spędzania czasu, może także wartości i cokolwiek, co sprawiałoby, że rozmowa nie przypominałaby przeciągania liny między dwiema zupełnie różnymi wizjami świata. A oni? Oni bezsprzecznie należeli do innych światów.
— Nie ma sensu z tym walczyć, akurat ta alergia jest u nas rodzinna i przekazywana z pokolenia na pokolenie — wyjaśnił krótko. — Walcząc z tym, prędzej sama zrobisz sobie krzywdę. A ja ładnego nekrologu na pewno nie napiszę — dodał, uśmiechając się ze wzrokiem utkwionym za przednia szybą. Alergia była genetyczna, no może z wyłączeniem jego brata, bo Jared był typowym lekkoduchem i znacznie częściej śmiał się, niż boczył. Tak na dobrą sprawę, Reilynn na pewno lepiej dogadałaby się właśnie z młodszym Morganem, ale z drugiej strony byłaby pewnie tylko kolejną chwilą w jego wyjątkowo bogatym życiu uczuciowym. A ona chyba poszukiwała czegoś stałego.
Usuń— Maeve ma urodziny za cztery dni — zaczął zgoła inny temat. — Będę w salonie już tylko w sobotę, po godzinach otwarcia, bo muszę wybrać biżuterię do migracji — powiedział, przyciskając nieco gaz, żeby przejechać na ostatnich sekundach żółtego światła i nie stać kolejnych kilku minut na czerwonym. W jego salonach biżuteria się nie powtarza, dlatego nie da się kupić tego samego w kilku miejscach. Pozycje często migrują między lokalami, żeby zachować różnorodność. — Służę pomocą w wyborze prezentu, jeśli chcesz — zaoferował, spoglądając na Reilynn. Z jego strony propozycja wciąż była aktualna.
Tanner Morgan 🤔
Spalony makaron, czy jajecznica o konsystencji materiału budowlanego mogły brzmieć zabawnie, może nawet rozbrajająco, ale w jego świecie nieumiejętność przygotowania najprostszych rzeczy raczej nie przeszłaby bez echa i to wcale nie dlatego, że oczekiwał od kogokolwiek kulinarnych popisów, a dlatego, że pewne podstawowe umiejętności stanowiły część normalnego funkcjonowania. Miał córkę, a przy dziecku ktoś musiał od czasu do czasu przygotować obiad, śniadanie albo cokolwiek, co nie składało się wyłącznie z przypadku czy łaski losu. Dzielili się tym z Dakotą, oczywiście. Raz gotował coś on, raz ona, czasem ratowali się czymś szybkim albo zamówionym, bo akurat on korzystał z kateringu dietetycznego, ale mimo wszystko jedzenie nie było u nich abstrakcyjnym pojęciem ani polem do katastrof. Ono było częścią codzienności, tak samo jak planowanie, odbieranie z zajęć, pakowanie rzeczy, pilnowanie godzin i pamiętanie o tym, że mały człowiek nie może żyć wyłącznie sokiem albo chipsami z paczki. I właśnie na tym polegał cały problem. Reilynn mogła uznawać takie różnice za błahe, może nawet zabawne, ale dla niego były częścią czegoś znacznie większego. Bo tu nie chodziło wyłącznie o gotowanie, a o sposób funkcjonowania, o podejście do obowiązków i odpowiedzialności. Ona sprawiała wrażenie osoby, która płynęła przez świat bardziej impulsem, emocją i własnym nieporządkiem, a on żył w sztywnych ramkach, zobowiązaniach, a przede wszystkim w sprawach, których nie dało się spontanicznie odłożyć, bo akurat pojawił się jakiś ciekawszy pomysł. To, co jej mogło wydawać się drobną rozbieżnością charakterów, w rzeczywistości nie miało między nimi większych szans zadziałać, choć wcale nie dlatego, że jedno z nich było lepsze od drugiego. Nie. Po prostu dlatego, że niektóre światy mogły się przeciąć, mogły nawet przez chwilę wyglądać interesująco obok siebie, ale nie znaczyło to jeszcze, że nadawały się do wspólnego funkcjonowania.
OdpowiedzUsuńJuż wczoraj powiedział, że dokończą to, po co przyszła do salonu. Może nie brała tego wszystkiego na serio, ale on serio nie rzucał słów na wiatr, a dodatkowo był konsekwentny i zawsze trzymał się tego, co mówił. Zawsze realizował swoje założenia, wypełniał powinności i zawsze dokańczał to, co zaczynał. A ona standardowo zawsze obracała wszystkie punkty rozmowy w żart. Naprawdę chciałby wierzyć w to, że przeciwieństwa się przyciągają, ale to wcale tak nie działa, a przynajmniej nie w taki sposób, w jaki ludzie lubili to sobie romantyzować.
Pożegnał się krótkim do zobaczenia, gdy Reilynn wysiadła, i powrócił do rozkładu codziennego dnia. Po drodze do kancelarii zahaczył jeszcze o pralnię, żeby odebrać garnitur, a potem, już w samochodzie, odbył krótką rozmowę z klientem, cierpliwie tłumacząc, że nie może zrobić tego, co sobie wymyślił, bez ponoszenia konsekwencji, bo niestety prawo rzadko bywa aż tak uprzejme, żeby interpretować procedury po swojemu i spełniać dzięki nim własne widzimisię. Z tym telefonem dotarł do biura, a później od razu utonął między wnioskami oraz wiadomościami, które zdążyły nagromadzić się pod jego nieobecność. Bardzo często łapał się na tym, że przydałby mu się jakiś asystent, taki ktoś, kto przynajmniej przygotowałby te papiery, albo dołączył je do odpowiednich akt i zadbał o organizację i stały porządek w otoczeniu jego biurka. Cóż, samowystarczalność bywa naprawdę obciążająca.
Te kilka kolejnych dni minęło naprawdę szybko i głównie w rytmie pracy, więc zanim zdążył dobrze się obejrzeć, nadeszła sobota. Z samego rana zawiózł córkę do rodziców, bo mieli zaplanowane wspólne wyjście do ogrodu botanicznego, które Amber traktowała jak wyprawę życia. Była tym tak zachwycona, że już w samochodzie opowiadała mu z przejęciem, co zamierza tam robić, że będzie ogród zapachowy, motylarnia i... kaktusy. Tak, to dziecko w ostatnim czasie czuło jakąś dziwną sympatię do kaktusów.
Załapał się jeszcze na drugie śniadanie, więc zjedli je w rodzinnym gronie, starając się nie poruszać żadnych drażliwych tematów, choć było takowych naprawdę wiele, a potem wrócił na Manhattan. Salon zamykał się o czternastej, więc był chwilę przed, żeby przejąć klucze od pracowników i przygotować sobie sztywne kasetki jubilerskie do przewozu kilku sztuk biżuterii. Pamiętał, że tego dnia miała przyjść również Reilynn, więc gdzieś podświadomie na to czekał, a przy typowaniu biżuterii do migracji, rozglądał się również za czymś wyrazistym, ale nie przytłaczającym z kategorii bransoletek lub naszyjników, co nadałoby się świetnie na prezent dla Maeve. Skoro nie było ograniczeń w budżecie, to naprawdę mieli w czym wybierać.
UsuńPrzekładał właśnie do jednej z kasetek naszyjnik z akwamarynem, ostrożnie układając go na aksamitnym materiale, gdy kątem oka dostrzegł ruch przy drzwiach. Podniósł wzrok i zobaczył Reilynn, a potem odruchowo wyprostował się znad lady. Zlustrował ją krótkim spojrzeniem od stóp do głów, bardziej kontrolnie, po części sprawdzając, czy po ostatnich wydarzeniach rzeczywiście wygląda już lepiej, a po części po prostu rejestrując jej obecność w przestrzeni salonu. I wtedy dostrzegł pakunek. Papierową torbę, najprawdopodobniej z jedzeniem, trzymaną tak, jakby była równie oczywistym elementem tej wizyty, co jej własna torba czy laska. Nie bez powodu zatrzymał na torbie wzrok o sekundę dłużej. Czy oni umawiali się tu na obiad? W zasadzie nie. Umawiali się na wybór prezentu dla Maeve. Jedzenie nie było częścią ustaleń, ale oczywiście w przypadku Reilynn powinien był już chyba przestać zakładać, że ustalenia mają jakąkolwiek moc wiążącą.
— Pani Bothwell — zwrócił się do niej z uśmiechem, który był intencjonalny, bo chyba zapomniała już, jaki był warunek. Że będzie zwracał się do niej po imieniu tylko podczas jazdy. A jazda skończyła się kilkadziesiąt godzin temu.
— Posiłek? — Jego brwi powędrowały ku górze. — Nie jestem głodny. Jadam pięć posiłków dziennie, nie było potrzeby się o to martwić — powiedział, choć gdyby najpierw tutaj przyszła i zapytała, czy to w ogóle ma sens, nie musiałaby się na marne fatygować do jakiejś knajpy. Zerknął przy okazji na swój zegarek, który schował się pod mankietem czarnej koszuli, utkwionej w czarnych spodniach, żeby zobaczyć, ile pozostało mu czasu do następnego posiłku. — Ale dziękuję — dodał jednak, bo na pewno chciała być po prostu miła. Rozumiał to. Ale oczywiście nie było nawet mowy o jakimkolwiek jedzeniu posiłku tu, na sali, choć to wydawało mu się jasne. Nie byli przecież w restauracyjnym ogródku.
— Więc, czy ma już pani jakąś wstępną wizję na ten prezent? Może ulubiony kolor przyjaciółki? — przeszedł do sedna, sięgając po kubek z czarną kawą. Na to mógł się skusić, ale na razie przestawił kawę po prostu bliżej siebie, a potem utkwił spojrzenie w Reilynn i oparł się rękoma o gablotę, która miał przed sobą. Witamy z powrotem.
Tanner Morgan 💎