Valentina Velázquez
Każdego ranka wychodzi na taras z filiżanką kawy, zanim jeszcze miasto zdąży na dobre się obudzić. Sprawdza, czy truskawki przetrwały noc, po czym podlewa miętę i rozmaryn, podśpiewując pod nosem hiszpańskie hity z lat 80. Nadaje imiona większości roślin i absolutnie nie widzi w tym niczego dziwnego. Później rozkłada matę tam, gdzie światło pada najłagodniej, i przechodzi do porannej jogi, odnajdując siebie na nadchodzący dzień.
Zanim zejdzie do pracowni, prawdopodobnie zdąży już gdzieś zgubić filiżankę. Ma zwyczaj zostawiać kawę lub herbatę w najróżniejszych miejscach, by później odnajdywać je w najmniej spodziewanym momencie — na parapecie, obok koła garncarskiego albo wśród stosów rozpoczętych książek. Z ceramiką bywa podobnie: jednego dnia pomysł na nową kolekcję spada na nią jak grom z jasnego nieba i zanim zdąży porządnie się nad nim zastanowić, pierwsze projekty są już gotowe. Kolejnego potrafi przez kilka godzin formować na kole dziesiątki kształtów, by ostatecznie większość z nich odłożyć na bok i pozwolić im odejść w zapomnienie. A następnego ranka zaczyna od nowa, jakby nic się nie stało.
W sklepie rozpoznaje stałych klientów po krokach. Wie, kto zawsze ogląda kubki z niebieskim szkliwem, kto przychodzi po prezent dla żony, a kto tylko zagląda do środka, zabijając czas. Zdarza jej się dorzucić do czyjegoś zamówienia małą ceramiczną zawieszkę albo własnoręcznie przygotowane kadzidło, choć później udaje przed samą sobą, że prowadzenie biznesu nie powinno polegać na rozdawaniu rzeczy za darmo.
W przerwach od pracy pomaga synowi sąsiadki z naprzeciwka bezpiecznie przejść przez ulicę w godzinach największego natężenia ruchu samochodowego, a później tłumaczy mu, jak zbudowany jest piec ceramiczny i dlaczego szkliwo potrzebuje odpowiedniej temperatury, żeby zamienić się w coś zupełnie innego, niż było na początku.
Podczas popołudniowego joggingu zawsze zatrzymuje się na pogawędkę ze starszym panem, który zwykle zajmuje swoje miejsce przy stole szachowym w parku i rozgrywa kolejne partie z wyimaginowanym przeciwnikiem. W drodze powrotnej kupuje bukiet ciętych piwonii w pobliskiej kwiaciarni, by następnego ranka ustawić go w witrynie atelier, oraz wstępuje do ulubionej włoskiej cukierni po pistacjowe cannoli.
Z podróży nie przywozi magnesów na lodówkę. Zamiast tego zbiera małe kamienie, grudki gliny i piasek, które później trafiają do podpisanych słoiczków stojących na półce w pracowni. Potrafi bez mapy znaleźć drogę przez obce miasto po drugiej stronie świata, ale wciąż zdarza jej się skręcić nie w tę ulicę, wracając do własnej pracowni.
Wieczorami, kiedy ostatni klienci znikają za drzwiami atelier, Valentina często wraca na dach. Czasami z książką, czasami z kieliszkiem wina bezalkoholowego, a czasami tylko z kocem przewieszonym przez ramię. Lubi obserwować, jak światła zapalają się kolejno w oknach sąsiednich kamienic, i zastanawiać się, ilu ludzi właśnie teraz robi coś zupełnie zwyczajnego, o czym nigdy się nie dowie.
Lata nie pisałam, więc miło wrócić. Val to cicha woda, dajcie się nam rozkręcić. Wizerunku użyczyła Tamara Strasser, a cytat to W.B. Yeats.
kontakt: jagodzianka.z.malinami@gmail.com
[Jakie wszystko w niej wydaje się być cudownie spójne 🩷Joga, ceramika, piwonie... Ślicznie. Życzę Wam samych przyjemnych wątków i chyba zachowania tego spokoju, który aż bije z karty. Samych miłych rzeczy, takiej miłej dziewczynie! Udanej zabawy na blogu ☺️]
OdpowiedzUsuńTamsin Passalis, Ivan Voronin
[Lubię to, że jest bardzo słoneczna i miejska równocześnie. No i urocza. Pewnie może to wykorzystywać w atelier - człowiek przydreptał po kubek, a pod wpływem czaru kupuje jeszcze dwanaście misek. A nawet nie je zup!
OdpowiedzUsuńTak że hejka, dzień dobry! Super sprawa, że wracasz do pisania :D]
Leif Zweig
[Ciekawy pomysł z tym piaskiem przywożonym z wakacji - może czas ukraść ten pomysł, bo mam wrażenie, że nic mi w domu tak nie spada jak magnesy z lodówki. Niezwykle urocza wyszła Valentina; wszystkie jej zainteresowania kojarzą mi się mocno ze spokojem, który natomiast jest przeciwieństwem Magnusa, więc gdyby potrzebowała kogoś kto jej trochę namiesza i sprawi, że joga faktycznie się przyda, to zapraszamy!]
OdpowiedzUsuńMagnus Valtersson
[ Oj, jaka ona wydaje się delikatna i urocza. Wszystko ze sobą super współgra, ale gdyby w końcu latino temperament miał z niej wyjść, to Paweł chętnie weźmie to na siebie! :D
OdpowiedzUsuńZa ten piasek z wakacji można słony mandat dostać, więc chowajcie się dobrze przed celnikami na lotnisku! :) ]
Pablo
Praca w budowlance w jednym z największych miast świata zawsze kończyła się znajomością ludzi, którzy z pieniędzmi nie wiedzieli co robić. Paweł wiedział o tym lepiej niż większość. Przez osiem lat zdążył remontować penthouse’y, w których łazienki miały większy metraż niż jego pierwsze mieszkanie na Greenpoincie, kuchnie, w których nikt nigdy nie gotował, i garderoby większe od kawalerki jego kuzyna w Gdańsku. Widział ludzi zamawiających włoski marmur za tyle, ile jego ojciec zarabiał kiedyś przez kilka lat w stoczni, tylko po to, żeby dwa miesiące później stwierdzić, że jednak to nie ich „vibe”.
OdpowiedzUsuńDlatego gdy zeszłego wtorku jeden z jego najbardziej absurdalnie bogatych klientów zadzwonił i oznajmił, że w sobotę organizuje doroczny bal charytatywny, Paweł spodziewał się wszystkiego poza jednym.
Zaproszeniem.
— Powinieneś przyjść.
Pablo, stojący akurat na drabinie z wkrętarką w jednej ręce i telefonem przyciśniętym ramieniem do ucha, parsknął śmiechem.
— Dobra.
— Mówię poważnie.
— Ja też. Dobry żart.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
Paweł przestał się śmiać.
— Czekaj. Ty serio?
— Serio.
— Po co?
— Będą ludzie z branży. Deweloperzy, architekci, inwestorzy. Może poznasz kogoś, kto da ci kontrakt większy niż wymiana podłogi w moim gabinecie.
— Twoja podłoga kosztowała trzydzieści tysięcy dolarów.
— Właśnie.
Argument trudny do podważenia.
Tak oto cztery dni później Paweł Wysocki stał przed lustrem w swoim mieszkaniu na Greenpoincie i zastanawiał się, w którym dokładnie momencie życie skręciło w tę stronę. Miał na sobie prawdziwy czarny smoking, wypożyczony tego samego dnia po tym, jak sprzedawca spojrzał na jego robocze buty, wyblakłą bluzę PW Constructions i zapytał ostrożnie:
— Black tie event?
— Nie. Idę stawiać ścianki działowe.
Sprzedawca nawet się nie uśmiechnął. Nowy Jork zdecydowanie odbierał ludziom poczucie humoru.
Pablo poprawił muszkę i spojrzał na siebie podejrzliwie. Wyglądał całkiem nieźle. I tu tkwił problem, bo człowiek powinien wyglądać zgodnie ze swoim naturalnym środowiskiem. Pablo pasował do roboczych butów, jeansów ubrudzonych gipsem i kurtki, w której jednej kieszeni zawsze miał miarkę, a w drugiej śrubki, których pochodzenia nawet nie próbował wyjaśniać. Smoking sprawiał, że wyglądał jak ktoś, kto w życiu nie próbował kupić gruntu niekapka.
— O kurwa — powiedział do własnego odbicia, szczerze zaskoczony.
Na komodzie leżała maska. Czarna, prosta, zasłaniająca okolice oczu, bo oczywiście nie mogła to być zwykła gala. Musiał być bal maskowy. Richard Callahan posiadał połowę nowych apartamentowców wzdłuż East River i najwyraźniej uznał, że samo bycie obrzydliwie bogatym nie wystarcza. Trzeba jeszcze zmuszać ludzi do przebierania się jak statyści z filmu o francuskiej arystokracji.
Pablo podniósł maskę.
— Za darmo będzie chociaż dobre żarcie…
Gala odbywała się w jednej z kamienic na Upper East Side. Przed wejściem stały czarne SUV-y i kolejka limuzyn. Pablo przyjechał Uberem, vanem nie miał zamiaru. Może i nie znał wszystkich zasad wyższych sfer, ale domyślał się, że wysiadanie przed czerwonym dywanem z białego Forda Transita z drabiną na dachu mogłoby zostać źle odebrane.
UsuńPrzy wejściu kobieta z tabletem spojrzała na niego profesjonalnym uśmiechem.
— Name?
— Paweł Wysocki.
Przesunęła palcem po ekranie. Nic.
— Może Pablo — mruknął. — Albo Zorro z Home Depot.
Kobieta spojrzała na niego podejrzliwie, ale sprawdziła jeszcze raz.
— Mr. Pablo Wysocki?
Paweł zamknął na moment oczy. Oczywiście. On, zwykły polaczek z Gdańska, oficjalnie figurował na liście gości jednej z najbardziej eleganckich gal w Nowym Jorku jako Pablo.
W środku wszystko lśniło. Kryształowe żyrandole, marmurowe schody, gigantyczne kompozycje kwiatowe. Orkiestra. Kelnerzy sunący między gośćmi z tacami drogiego szampana.
Gdyby nie maski, pewnie rozpoznałby część twarzy albo przynajmniej wiedziałby, skąd je kojarzy. Tak wszyscy wyglądali jak uczestnicy bardzo drogiego napadu na bank.
— Pablo!
No i skończyła się anonimowość. Richard Callahan, sprawca całego zamieszania, nadchodził przez tłum z szerokim uśmiechem. Miał ponad sześćdziesiąt lat, srebrne włosy i więcej pieniędzy, niż Pablo znał cyfr.
— Richard.
Uścisnęli sobie dłonie.
— Cieszę się, że przyszedłeś.
— Ja też. Jeszcze nie wiem po co, ale się dowiem.
Callahan parsknął śmiechem.
— Muszę cię przedstawić paru osobom. Czuj się jak u siebie.
Paweł rozejrzał się po marmurowym foyer wielkości całego jego mieszkania.
— Nie stać mnie.
Callahan odszedł, zatrzymany przez kolejną grupę gości, a Paweł został sam. I dopiero wtedy ją zauważył. Stała po drugiej stronie sali, przy wysokich drzwiach prowadzących na taras. Czarna maska zasłaniała jej oczy i część policzków. Prosta. Bez piór, kamieni, cekinów i całego tego gówna, które połowa kobiet miała przyczepione do twarzy. Suknia była ciemna, długa i prawdopodobnie od projektanta, którego nazwiska nawet nie potrafiłby wymówić. Patrzyła w jego stronę. Pablo rozejrzał się dookoła i z pewnością godną analityka giełdowego stwierdził, że raczej patrzyła na niego. Albo go z kimś pomyliła albo smoking faktycznie robił dziś aż tak dobrą robotę. Ta druga możliwość była oczywiście bardziej prawdopodobna.
Uniósł lekko kieliszek, a ona odpowiedziała tym samym. Paweł uśmiechnął się pod nosem.
— No dobra.
Zrobił łyk szampana. Normalny człowiek pewnie zostałby na miejscu. Zastanowiłby się, kim jest ta kobieta. Czy przyszła sama. Czy zna gospodarza. Czy przypadkiem nie jest żoną senatora, córką ambasadora albo kobietą, do której podejście zwiastowało same kłopoty. Paweł nie był normalnym człowiekiem. Zwłaszcza jeśli w grę wchodziły potencjalne kłopoty. Dopił szampana, odstawił kieliszek i ruszył w stronę tarasu, na który kobieta weszła przed chwilą, jakby od początku wiedziała, że za nią pójdzie.
— Mam nadzieję, że to była sugestia, żebym tu przyszedł — powiedział, przekraczając próg. — Bo jeśli nie, to właśnie bardzo elegancko wtargnąłem za obcą kobietą na balkon.
Paweł
[Dzień dobry, cześć i czołem ☺️ Jaka fajna ta Valentina - taka miła, taka sympatyczna, taka spokojna. Wydaje mi się być osobą, która lubi samą siebie i przez to łatwo jej lubić także innych ☺️ A skoro taka z niej spokojna woda, to jestem też bardzo ciekawa, jak będzie rwała te przysłowiowe brzegi 😉
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że ten powrót po latach nie pisania będzie udany i cieszę się, że padło akurat na NYC. Życzę Ci udanej zabawy z wątkami, które nie dają spać po nocach ☺️]
MAXINE RILEY & IAN HUNT
[Co za słoneczna, pozytywna osóbka, kartę czytało się z bardzo dużą przyjemnością :) Bije od niej takie ciepełko, że zdecydowanie musimy porwać się na wątek ! (może się razem z Teosiem nie zasłodzą) 😀😁]
OdpowiedzUsuńTheodore Lannister
Paweł zatrzymał się kilka kroków od niej i uniósł brew. Przez moment patrzył na kobietę zza własnej maski, próbując zdecydować, czy właśnie został poddany testowi, czy po prostu flirtowano z nim w wyjątkowo skomplikowany sposób.
OdpowiedzUsuń— Urocza kochanka odważnych? — powtórzył, unosząc brwi. — Cholera. A u mnie babcia Mariola kończyła na tym, że nadzieja ma jeszcze głupie dzieci. Zdecydowanie mniej romantycznie.
Przymknął za sobą drzwi, skutecznie odcinając ich od orkiestry i rozmów ludzi, którzy potrafili przez kwadrans dyskutować o rynku nieruchomości w Hamptons. Nie wiedział, skąd pochodziła. Z akcentu niewiele potrafił wyciągnąć, a maska skutecznie odbierała mu większość wskazówek. Było jednak coś w sposobie, w jaki na niego patrzyła, co sugerowało, że albo lubiła igrać z obcymi mężczyznami, albo wiedziała o nim coś, czego on jeszcze nie wiedział. Ta druga możliwość normalnie powinna go zaniepokoić. Normalnie, ale normalność to nie u Pawła. Przeszedł kawałek dalej i oparł się biodrem o kamienną balustradę. Miasto za jego plecami mogło sobie świecić, jak miliony monet u Mroza, ale w tej chwili bardziej interesowała go kobieta stojąca przed nim.
Na jej kolejne pytanie parsknął śmiechem.
— I nie, sugestia nie była potrzebna — odpowiedział w końcu. — Ale skoro pani tak ładnie uciekła z sali zaraz po tym, jak przez pół minuty się na mnie gapiła, uznałem, że szkoda zmarnować cały ten wysiłek. — Spojrzał na nią z wyraźnym rozbawieniem. — Poza tym w środku zostały mi dwie opcje: wyjść tutaj albo dać się Richardowi przedstawić jakiemuś deweloperowi, który przez następne czterdzieści minut będzie mi tłumaczył, dlaczego jego budynek na Brooklynie jest „nową definicją luksusu”, chociaż ja się na swojej robocie znam i mógłbym mu przy wszystkich wytknąć błędy konstrukcyjne, które nazywa luksusem. — Westchnął teatralnie. — Więc właściwie uratowała mi pani życie.
Nieznajoma nadal mu się przyglądała, a Paweł bez większego skrępowania odwzajemnił spojrzenie. Ładna, nawet bardzo. Ale nie miało to nic wspólnego z suknią, biżuterią czy całym tym otoczeniem. W sali za ich plecami były dziesiątki kobiet obwieszonych kamieniami wartymi więcej niż jego firma, a żadna nie zainteresowała go na tyle, żeby za nią wychodzić. Ona miała coś w oczach. Coś zaczepnego i cholernie znajomego, chociaż nie potrafił powiedzieć dlaczego, mimo iż przyglądał się jej uważnie. Nic, obca. Ładna obca, co prawda, ale nadal obca. Może kiedyś remontował jej łazienkę. W Nowym Jorku było to całkiem prawdopodobne.
Przez chwilę spojrzał na Manhattan, ale widok nie zrobił na nim szczególnego wrażenia. Widział go z dachów apartamentowców, rusztowań, niedokończonych penthouse’ów i raz z trzydziestego ósmego piętra bez zamontowanych jeszcze okien, kiedy wiatr prawie porwał mu czapkę do New Jersey.
Tak naprawdę bardziej interesowała go ona.
— Skoro Richard już i tak zepsuł całą zabawę swoim wyrzutem ekscytacji na pół sali, nazywając mnie po imieniu, to chyba nie ma sensu udawać, że jestem pojawiającym się damom w opałach Zorrem — dokończył, wskazując palcem na własną maskę. — Chociaż przyznaję, strój w końcu by się do czegoś przydał. — Zrobił krótką pauzę. — Paweł. — Wyciągnął w jej kierunku dłoń, jakby właśnie nie słyszała przed chwilą Richarda wykrzykującego jego drugie, zdecydowanie bardziej nowojorskie imię. — Pablo dla ludzi, którzy nie potrafią wymówić „Paweł”, czyli mojej ekipy, połowy Greenpointu i najwyraźniej bogatych deweloperów. Moja matka zdecydowała nadać mi normalne polskie imię, a Portorykańczycy załatwili sprawę w dwa tygodnie. — Uśmiechnął się szerzej. — Więc teraz twoja kolej.
Celowo zrezygnował z wcześniejszego „pani”, bo skoro właśnie rozmawiali sami na tarasie po wzajemnym gapieniu się na siebie przez pół sali, oficjalne formy wydawały mu się lekką przesadą. Zanim jednak zdążyła odpowiedzieć, uniósł dłoń.
— Chociaż czekaj. — Zmrużył oczy i przyjrzał jej się z teatralnym skupieniem. — Nie mów. Spróbuję zgadnąć. — Była to oczywiście kompletna bzdura. Paweł miał fatalną pamięć do imion, co regularnie rekompensował nazywaniem wszystkich „stary”, „młody”, „szefie” albo „ty, chodź tutaj”, ale najwyraźniej właśnie uznał, że bal maskowy wymagał od niego dodatkowej warstwy idiotyzmu. — Emily odpada. Emily miałaby więcej diamentów. I już dwa razy powiedziałaby mi, że ma dom w Hamptons. — Przesunął po niej spojrzeniem. — Charlotte też nie, bo nie wychodzi sama na taras. Charlotte ma trzy przyjaciółki, z czego jednej nienawidzi, ale wszystkie robią razem zdjęcia i piszą pod nimi „my girls” na Instagramie. — Sam parsknął śmiechem. — Osiem lat pracy dla ludzi z pieniędzmi, to człowiek zaczyna rozpoznawać pewne schematy.
UsuńNie była żadną Charlotte ani Emily. Przynajmniej nie w jego głowie. Było w niej coś bardziej bezpośredniego. Coś w spojrzeniu, które nie uciekało, kiedy je odwzajemniał. Coś w sposobie, w jaki lekko unosiła brew, jakby każde jego kolejne zdanie stanowiło dla niej źródło rozrywki. I to było właśnie to cholerne coś, co wydawało mu się znajome. Nie była to twarz ani głos. Raczej sposób bycia. Jak piosenka słyszana kiedyś w radiu, której refren człowiek znał, ale za nic nie mógł sobie przypomnieć tytułu. Paweł przyjrzał jej się jeszcze chwilę. Nic. Pustka.
— Dobra, poddaję się — oznajmił w końcu bez cienia wstydu. — Wymyśliłem dwie opcje i obie były stereotypami. Nie idzie mi. — Oparł przedramiona o balustradę. — Możesz powiedzieć sama. Albo nie. — Wzruszył ramionami. — W sumie „Tajemnicza Kobieta z Tarasu” ma swój urok. Trochę brzmi jak ktoś, kto pod koniec wieczoru okradnie mnie z nerki, ale wtedy przynajmniej będę miał dobrą historię do opowiadania chłopakom na budowie. Tylko uprzedzam, finansowo to kiepski interes. Moja nerka przeżyła polskie studia i osiem lat Nowego Jorku. Nie daję gwarancji, że się jeszcze nada.
Przez szklane drzwi widział krążących po sali gości. Ktoś właśnie zatrzymał Richarda, ktoś inny pozował do zdjęcia, a kelnerzy dolewali szampana ludziom, którzy prawdopodobnie następnego dnia nie będą nawet pamiętać jego smaku. Paweł natomiast zupełnie zapomniał, że miał dziś podobno poszerzać swoje kontakty i szukać potencjalnych kontrahentów. Ale oni mogli poczekać.
— A tak w ogóle — odezwał się, odwracając się do niej bardziej przodem. — nie pasujesz mi tutaj. — Zdanie mogło zabrzmieć jak obraza, dlatego od razu uniósł palec. — To komplement. Zanim rzucisz we mnie tym kieliszkiem, szkoda szkła. — Skinął głową w stronę sali. — Tam w środku każdy wygląda, jakby od miesiąca ćwiczył przed lustrem odpowiedni stopień zainteresowania rozmową z innymi. Te ich „och, naprawdę?”, „cóż za fascynujący projekt”, „musimy koniecznie zjeść lunch”, a potem wychodzą i nawet nie pamiętają, z kim rozmawiali. Ty natomiast uciekłaś na balkon. — Spojrzał na nią z rozbawieniem. — Czyli albo jesteś normalna... albo jesteś tak absurdalnie bogata, że nie musisz już nawet udawać, że zależy ci na tych wszystkich ludziach. — Zmrużył oczy. — Stawiam na drugie.
To też było bardziej żartem niż rzeczywistą próbą odgadnięcia czegokolwiek. Nie zastanawiał się, ile miała pieniędzy, kim byli jej rodzice ani dlaczego Richard ją zaprosił. Równie dobrze mogła być właścicielką połowy Manhattanu albo kelnerką, która ukradła suknię i weszła bocznym wejściem. W obu przypadkach nadal byłaby tą samą kobietą, za którą przed chwilą wyszedł na taras.
— Chociaż jest jeszcze trzecia opcja — dodał. — Przyszłaś dla darmowego jedzenia. — Uniósł kieliszek z uznaniem. — Wtedy mamy najwięcej wspólnego.
UsuńUśmiechnął się, a jego spojrzenie ponownie zatrzymało się na jej twarzy. Cholera. Naprawdę miał wrażenie, że powinien coś widzieć. Może gdyby zdjęła maskę? Nie. Nadal nic. Paweł zdecydowanie nie należał do ludzi, którzy dobrze pamiętali twarze sprzed dekady. Szczególnie twarze osób, które poznał niedługo po przeprowadzce, kiedy jego życie składało się głównie z dwunastogodzinnych zmian, taniego piwa i próby zrozumienia, dlaczego Amerykanie budują ściany z czegoś, co Polak mógł przebić pięścią.
— Wiesz co jest najgorsze? — odezwał się nagle. — Przyjrzał jej się jeszcze raz, teraz już zupełnie bez skrępowania. — Mam dziwne wrażenie, że cię znam. Ale jedyne logiczne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy, to że kiedyś robiłem ci remont. — Kącik ust uniósł mu się powoli. — Więc zanim zaczniemy tę znajomość na dobre, muszę zapytać o najważniejsze. — Pochylił się odrobinę w jej stronę i konspiracyjnym szeptem zadał TO pytanie. — Byłaś zadowolona z łazienki?
Pablito
[Magnus z chęcią nauczy ją biegania na obcasach, może być nawet przez płotki jak zajdzie taka potrzeba. Zakładam, że on faktycznie mógł się ogłosić gdzieś na instagramie i tik-toku, bo jednak NYC drogi, u niego z kasą kiepsko, więc przydałoby się zarobić w inny sposób. Czemu by nie na tym, co faktycznie potrafi? Może więc spokojnie przyjść do niego na lekcje, najlepiej faktycznie z truskawkami, miskę również przyjmiemy, tylko lepiej zachować dla siebie propozycję tej zupy, bo Mange wygna za drzwi.
OdpowiedzUsuńNo co ty, gdyby mnie na lotnisku zapytali to bym od razu powiedziała, że Jagodzianka z blogspota mi pozwoliła wozić piasek. Przecież bym nie zrzuciła tego na fikcyjną postać, jeszcze by pomyśleli, że jestem jakaś oderwana.]
Magnus
[Hej! Ciekawa i bardzo przyjemna osóbka z tej Twojej kobietki. Chętnie odwiedziłabym jej sklep z ceramiką, bo mam wrażenie, że prowadzi go z niezwykłą pasją i byłoby to bardzo fajne doświadczenie :) Mam nadzieję, że uda Ci się tutaj zadomowić i zostać na długo, stąd życzę mnóstwa dobrej zabawy, a w razie chęci zapraszam do siebie! :)]
OdpowiedzUsuńTanner Morgan
& Gert Brennan
Paweł przez moment patrzył na nią z miną człowieka, któremu właśnie podano równanie z trzema niewiadomymi i zapewniono, że odpowiedź powinna być oczywista.
OdpowiedzUsuń— Czekaj, czekaj. — Uniósł dłoń, kiedy powiedziała, że doskonale wie, kim jest. — To już jest nieuczciwe. — Wyprostował się od balustrady. — Ty wiesz, kim jestem, Richard wydarł moje imię na pół Manhattanu, a ja mam trzydzieści dwie minuty chodzić dookoła ciebie jak idiota i zgadywać? — Pokręcił głową z dezaprobatą. — Typowe zasady wymyślone przez bogatych, zero równości społecznej.
Nie wyglądał jednak na szczególnie pokrzywdzonego, wręcz przeciwnie. Uśmiech poszerzył mu się odrobinę na gębie, bo tajemnica zaczynała być znacznie ciekawsza, odkąd wiedział, że odpowiedź rzeczywiście gdzieś w jego głowie istniała.
— Jestem Polakiem. Oczywiście, że jestem cierpliwy. Staliśmy kiedyś po sześć godzin w kolejce po papier toaletowy. — Sam urodził się zdecydowanie za późno, żeby brać w tym udział, ale uznał, że dziedzictwo narodowe dawało mu prawo do używania argumentu. — Ale ostrzegam, że trzydzieści dwie minuty to bardzo dużo czasu. Zdążę ci zadać jakieś sto pięćdziesiąt pytań, chyba już się zorientowałaś, że gadam tyle, ile cała brygada portorykańskich robotników na przerwie?
Paweł przyglądał jej się chwilę w milczeniu, tym razem naprawdę. Nie jak wcześniej, kiedy próbował ocenić, czy jest ładna — tę część analizy zakończył już dawno i wynik był jednoznaczny — tylko jak człowiek usiłujący dopasować twarz do któregoś z zakurzonych pudeł w pamięci. Kilka lat. Dobrze. To zawężało sprawę właściwie do połowy Nowego Jorku.
— To bardzo słaba podpowiedź — oznajmił w końcu. — Znam pół Greenpointu, ćwierć Brooklynu i przynajmniej pięćdziesiąt osób, które do dzisiaj są mi winne pieniądze. —Przechylił głowę badawczo. — Mam nadzieję, że nie jesteś z tej ostatniej grupy.
Coś jednak nie dawało mu spokoju. Te oczy. Ten sposób patrzenia na niego, jakby doskonale wiedziała, że za chwilę zrobi z siebie idiotę i zamierzała czerpać z tego maksimum przyjemności. Nie było w tym ciekawości nowo poznanej osoby. Raczej rozbawienie kogoś, kto widział już ten numer wcześniej. I ten uśmiech. Gdzieś z tyłu głowy zaczęły pojawiać się obrazy. Dawny Manhattan. Czasy, kiedy wszyscy pytali go, kiedy wraca do Polski, a on odpowiadał „za kilka miesięcy” z taką pewnością, jakby rzeczywiście miał kupiony bilet powrotny. Pierwsze miesiące w Stanach, kiedy nadal przeliczał wszystko na złotówki, nie był jeszcze Pablem i przed szóstą rano odruchowo odpowiadał ludziom po polsku.
— Kilka lat, mówisz... — Pablo zmarszczył brwi, odstawił kieliszek na szeroką balustradę i skrzyżował ręce na piersi. — Dobra. Robimy śledztwo. — Spojrzał na nią od góry do dołu i z powrotem, całkowicie bezwstydnie, ale tym razem bardziej analitycznie niż flirtująco. — Nie byłaś klientką. Klientkę bym pamiętał. Zwłaszcza taką, która rzekomo robiła sobie siedemnaście łazienek. — Zaczął wyliczać na palcach. — Nie pracowałaś ze mną, bo gdybyś była architektką, już zdążyłabyś mnie poprawić przynajmniej trzy razy. Nie jesteś byłą dziewczyną, bo jestem prawie pewien, że żadnej nie zapomniałem... — Zastanowił się. — Zostaje rodzina któregoś klienta, ktoś z budowy albo…
Obrócił kieliszek między palcami. Kilka lat. Powiedziała kilka, nie dwa, wtedy pewnie by ją pamiętał. Nie trzy. Może pięć? Sześć? Osiem? Osiem lat w Nowym Jorku oznaczało absurdalnie dużo ludzi. Pierwsze budowy. Pierwsze zlecenia. Ekipa, w której połowy imion nie potrafił wtedy wymówić. Imprezy, klienci, sąsiedzi. Dziewczyny, z którymi wychodził raz, dwa albo zdecydowanie więcej, dopóki jedno z nich nie uznało, że drugie irytuje je bardziej niż bawi.
— Czekaj. — Właśnie cofnął się w czasie do pierwszej budowy, na którą ściągnęła go jego kuzynka Kamila i oczami wyobraźni znów zobaczył Portorykańczyka puszczającego reggaeton z głośnika, który powinien był zdechnąć po trzech dniach, a przetrwał pół roku. — Dziewczyna kręcąca się po budowie, która była za dobrze ubrana jak na kogoś, kto miał jakikolwiek praktyczny powód, żeby znajdować się między pyłem, kablami i facetami przeklinającymi w trzech językach. Pojawiała się jednak regularnie i pytała właśnie Pawła o rzeczy, które równie dobrze mogła sprawdzić u kierownika.
UsuńTeraz już nie było w nim tylko rozbawienia. Patrzył intensywniej, jakby próbował nałożyć twarz sprzed lat na tę znajdującą się przed nim. Blond włosy mu nie pasowały. Tamta chyba miała inne. Ale oczy... Cholera jasna. Kolejna rzecz zaczęła wskakiwać na miejsce. Dziewczyna była młoda, baaardzo młoda. Paweł pamiętał, że właśnie dlatego niczego wtedy nie traktował poważnie. Miał dwadzieścia siedem lat, był świeżo po przyjeździe, a ona... dwadzieścia jeden? Może. I zdecydowanie zbyt dużo czasu spędzała na tej konkretnej budowie.
— Nie ma chuja. — Wyrwało mu się zanim zdążył zastanowić się, czy to odpowiedni język na bal charytatywny Richarda Callahana. Nie był. Tym lepiej. Paweł parsknął krótkim śmiechem i przejechał dłonią po szczęce. — Dobra. Mam trop. — Uniósł palec ostrzegawczo. — Ale nic mi nie podpowiadaj. Teraz już chodzi o honor. — Jego honor nie był szczególnie wymagającą instytucją, ale najwyraźniej tego wieczoru postanowił o niego walczyć. — Pierwszy hotel, przy którym pracowałem po przyjeździe do Nowego Jorku. — Patrzył na nią uważnie, szukając choćby najmniejszej reakcji. — Kręciła się tam taka jedna dziewczyna. Oficjalnie chyba interesował ją postęp prac. Nieoficjalnie miałem wtedy poważne podejrzenia, że kafelki na czwartym piętrze nie były aż tak fascynujące, jak próbowała mi wmówić.
Im dłużej mówił, tym więcej szczegółów wracało. Paweł nagle zaśmiał się pod nosem.
— O kurwa. — Teraz już prawie wiedział. Prawie. Tylko imię nadal uciekało mu dokładnie wtedy, kiedy go potrzebował. Typowe. — Byłaś związana z tym hotelem, prawda? — Zmrużył oczy.
Pablo
Paweł zmrużył oczy, kiedy zapytała o nieoficjalną wersję. Przez sekundę wyglądał tak, jakby naprawdę zamierzał zastanowić się nad odpowiedzią. Ale tak naprawdę nawet nie zastanawiał się.
OdpowiedzUsuń— Ja — Powiedział to z taką pewnością, jakby właśnie poinformował ją, że na zewnątrz jest noc. Dopiero po chwili kącik jego ust drgnął. — Nie patrz tak. Sama zapytałaś. — Oparł dłonie o balustradę i wzruszył ramionami z rozbrajającym uśmiechem. — Kafelki były naprawdę ładne. Sam je kładłem, więc oczywiście były zajebiste. Ale nawet ja nie wierzę, że dwudziestojednoletnia dziewczyna potrafi przez trzy tygodnie przychodzić na budowę i zadawać pytania o fugę z takim entuzjazmem, jaki wtedy przejawiałaś. — Zaśmiał się pod nosem.
Teraz, kiedy zaczął o tym myśleć, wspomnienia wracały zaskakująco łatwo. Jakby przez osiem lat leżały gdzieś z tyłu głowy, przykryte tysiącem innych rzeczy, a wystarczyło ruszyć jedno, żeby cała reszta zaczęła się wysypywać.
— Raz przyszłaś zapytać, czy drzwi do jednego z pokoi będą otwierały się do środka czy na zewnątrz. — Spojrzał na nią wymownie. — Trzydzieści minut rozmawialiśmy o drzwiach. Nawet architekt nie miał tylu pytań o te pieprzone drzwi. — Uśmiech stawał się coraz bardziej bezczelny. — Więc tak. Miałem pewne podejrzenia.
Nie dodał jednak, że wtedy mu to schlebiało. Bardziej niż chciałby przed sobą przyznać. Był świeżo po przyjeździe, codziennie zmęczony jak cholera, prawie zawsze brudny od pyłu i cementu, z angielskim wystarczającym do pracy, ale i tak rozumiał może czterdzieści procent technicznych określeń.
— Chociaż przyznaję przez jakiś czas naprawdę próbowałem sobie wmówić, że może jesteś po prostu bardzo zaangażowana w rodzinny biznes. Tylko byłaś młoda — dodał po chwili, już trochę spokojniej. — Cholernie młoda. Ja miałem dwadzieścia siedem lat i uważałem się wtedy za bardzo odpowiedzialnego dorosłego człowieka. — Prychnął. — Co jest zabawne, bo mieszkałem u kuzynki, miałem na koncie jakieś osiemset dolarów i jadłem pizzę na kawałki trzy razy w tygodniu, bo nie było mnie stać na nic innego. — Zerknął na nią. — Ale mentalnie? Ojciec rodziny. — Parsknął śmiechem. — Więc uznałem, że jak będę udawał, że nie widzę tych wszystkich bardzo pilnych pytań o kafelki, to problem sam się rozwiąże.
Problem, dobre sobie. Teraz stała przed nim osiem lat później i wyglądała zdecydowanie bardziej jak problem, którym człowiek dobrowolnie chciałby sobie skomplikować wieczór, albo i kilka kolejnych tygodni pełnych wspólnych wieczorów. Paweł przesunął po niej spojrzeniem i zaraz wrócił do jej oczu.
— Chociaż najwyraźniej nie rozwiązał się całkowicie. — Nie musiał dodawać nic więcej.
Przez chwilę milczał, bo kolejny fragment układanki właśnie wskoczył na swoje miejsce. Przypomniał sobie coś jeszcze. Jak jeden z chłopaków któregoś dnia szturchnął go łokciem, kiedy tylko zniknęła za drzwiami i powiedział po hiszpańsku coś wystarczająco prostego, żeby nawet świeżo upieczony emigrant z Polski zrozumiał przekaz. Le gustas. Paweł nawet teraz dobrze pamiętał, że wtedy kazał mu spierdalać do roboty. Głównie dlatego, że sam już zdążył to zauważyć.
— Czekaj. — Wyprostował się. — Ten hotel należał do... — Pstryknął palcami raz, potem drugi, jakby to miało mu pomóc wydobyć jej nazwisko z zakamarków jego chorego umysłu. — Enrique Velázquez. Ty jesteś córką Enrique. — Wskazał na nią palcem z miną człowieka, który właśnie rozwiązał zagadkę kryminalną stulecia. Pozostało imię. — Victoria? — Natychmiast pokręcił głową. — Nie. Cholera, nie Victoria. Nie śmiej się. Jestem już przy pierwszej literze, to postęp. V... Vanessa? — Skrzywił się. — Nie. Vanessę znam. Tamta jest znacznie bardziej nieznośna.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
UsuńW końcu zamilkł na dłużej niż pięć sekund, dając jej uszom odpocząć od jego głupkowatego biadolenia. I wtedy imię przyszło samo od jednego, kompletnie przypadkowego wspomnienia: ktoś na budowie wołający ją z drugiego końca lobby. Paweł powoli przeniósł na nią wzrok.
Usuń— Valentina.
Tym razem nie było wątpliwości. Patrzył na nią przez moment, jakby maska nagle przestała cokolwiek zasłaniać. Minęło osiem lat. Miała wtedy dwadzieścia jeden lat, inne włosy, zupełnie inne życie i pojawiała się na budowie ojca pod pretekstem zainteresowania pracami. A teraz stała przed nim na tarasie w sukni, popijała wino i najwyraźniej od dobrych kilkunastu minut świetnie się bawiła jego kosztem. Na jego twarzy pojawił się powolny, szeroki uśmiech.
— Ty naprawdę przez cały ten czas stałaś tutaj i patrzyłaś, jak próbuję cię poderwać, wiedząc, że osiem lat temu robiłaś dokładnie to samo ze mną? — Przyłożył dłoń do piersi udając obrażonego — Valentina, to jest poziom manipulacji, którego nawet po tobie nie pamiętam.
Przez chwilę przyglądał jej się z niedowierzaniem, ale rozbawienie szybko wygrało. Na ustach pojawił mu się ten sam krzywy uśmiech, który na pewno pamiętała z budowy.
— No dobra — powiedział w końcu, a na jego twarzy wrócił znajomy półuśmiech. — To teraz mam jedno bardzo ważne pytanie. — Pochylił się nieco bliżej. — Nadal interesują cię kafelki, czy możemy już oficjalnie przyznać, że jednak chodziło o mnie? Bo jak tak, to noc jest długa, a my mamy jakieś osiem straconych lat do nadrobienia.
Pawełek
Paweł przez moment nic nie powiedział. Nie dlatego, że zabrakło mu odpowiedzi. To zdarzało mu się mniej więcej równie często, co dobrowolne odpuszczenie meczu Knicksów. Po prostu chciał nacieszyć się tą triumfalną i historyczną chwilą.
OdpowiedzUsuń— Chodziło o mnie. — Powoli uniósł brwi, a uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, był dokładnie z tych uśmiechów, które Valentina prawdopodobnie zaczynała już żałować. — Czyli ustalmy fakty: miałem rację. Przychodziłaś na budowę dla mnie. Kafelki były niewinne. Drzwi też. Cała branża wykończeniowa została wykorzystana jako przykrywka. Biedna hydroizolacja. Oskarżona o rzeczy, których nigdy nie zrobiła.
Kącik jego ust uniósł się jeszcze wyżej. Nie zamierzał jej oczywiście powiedzieć, że to przyznanie zrobiło mu odrobinę większą przyjemność, niż powinno. Osiem lat temu wiedział, a przynajmniej podejrzewał. Trudno było nie zauważyć. Ale wtedy wszystko było inne, był świeżo po przyjeździe, ledwo ogarniał własne życie i przez większość czasu bardziej martwił się tym, czy starczy mu do pierwszego, czy nie wpakował się w coś, z czego nie da się wyjść, niż tym, czy podoba się córce człowieka podpisującego czeki za cały projekt. A już na pewno nie pozwalał sobie na to, żeby traktować takie rzeczy poważnie. Po tym, co zostawił za sobą i po tym, jak bardzo nauczył się nie mieszać pracy z czymkolwiek, co mogło się skończyć emocjonalnym pierdolnikiem.
Teraz natomiast stała przed nim dorosła kobieta. I to, niestety dla jego świętego spokoju ducha, cholernie atrakcyjna dorosła kobieta. Paweł spojrzał na nią przez kilka sekund bez słowa, kiedy wspomniała o masce.
Na pytanie o maskę zerknął na jej twarz.
— No nie wiem. — Dotknął palcami swojej. — Trochę się przywiązałem. Daje mi poczucie anonimowości. — Valentina spojrzała na niego wymownie. — Mimo, że Richard wydarł „Pablo” na całą salę, wciąż łudziłem się, że nikt mnie nie będzie tu znać.
W końcu westchnął, zahaczył palcami o czarną maskę i zsunął ją z twarzy. Przez moment patrzył na Valentinę już bez czarnego materiału oddzielającego ich spojrzenia.
— Cały ja. Trochę starszy, trochę bardziej zmęczony i zdecydowanie droższy za godzinę niż osiem lat temu. — Uśmiechnął się szeroko. — Inflacja. No dobra, Velázquez. — Wypowiedział nazwisko bez najmniejszej ceremonii, dokładnie tak samo, jak lata temu. — Teraz twoja kolej. — Wskazał na jej maskę. — Zdejmuj. Muszę sprawdzić, czy rzeczywiście tak bardzo się zmieniłaś, czy po prostu moja pamięć jest już w takim stanie, że powinienem zacząć brać jakieś suplementy na pamięć.
Patrzył na nią z rozbawieniem, ale pod nim kryła się autentyczna ciekawość. Sprzed ośmiu lat pamiętał ją jako śliczną dziewczynę. Teraz widział kobietę, która na pewno zmieniła się, wydoroślała. I w masce wiedział, że jest piękna.
Oparł się z powrotem o balustradę i przez chwilę obracał maskę między palcami, zerkając na nią spod lekko zmrużonych powiek. Nadal bawiło go, jak absurdalnie ułożył się ten wieczór. Jeszcze godzinę temu szedł tutaj z planem zjedzenia czegoś drogiego za darmo, wypicia szampana Richarda i może zdobycia numeru do jakiegoś inwestora, który nie próbowałby negocjować ceny każdej listwy przypodłogowej. Teraz wszystkie potencjalne kontrakty kompletnie przestały go interesować.
— Osiem lat to jednak kawał czasu.
Powiedział to bardziej do siebie niż do niej. W tym czasie zdążył zostać singlem i zarazem Pablem, założyć własną firmę, zatrudnić ludzi, przeżyć setki budów, kilkadziesiąt katastrof budowlanych i nadal nie wrócić do Polski mimo corocznych deklaracji, że przecież za chwilę wraca. A ona? O niej nie wiedział kompletnie nic.
— W ogóle — zaczął po chwili, ponownie wracając do swojego naturalnego tonu — mam jedno pytanie. Jak bardzo poważnie mam traktować fakt, że przez pół sali rozpoznałaś mnie po ośmiu latach? — Kącik ust drgnął mu w bezczelnym uśmiechu. — Bo są dwie możliwości. Albo mam naprawdę charakterystyczną mordę albo zapamiętałaś mnie trochę lepiej, niż próbujesz teraz udawać.
Wzruszył ramionami, jakby żadna z odpowiedzi specjalnie go nie obchodziła, choć wyraźnie było odwrotnie.
— Poza tym, skoro już dzisiaj przyznałaś się, to powiedz mi jak długo Valentina Velázquez planowała uwieść biednego polskiego budowlańca, zanim uznała, że strategia oparta na pytaniach o drzwi i hydroizolację jednak nie działa? — Pokręcił głową ze współczuciem. — Bo jeśli to trwało dłużej niż miesiąc, naprawdę powinniśmy porozmawiać o twoich ówczesnych metodach. — Przysunął się odrobinę bliżej, nadal swobodnie opierając biodro o kamień. — Chociaż uczciwie przyznaję gdybyś wtedy miała dwadzieścia dziewięć, a nie dwadzieścia jeden, ta historia mogłaby skończyć się zupełnie inaczej…
UsuńNie było sensu udawać, podobała mu się wtedy. Nie na tyle, żeby przekroczyć granicę, którą sam sobie postawił, ale zdecydowanie wystarczająco, żeby pamiętać ją osiem lat później.
— Więc może dobrze, że wtedy byłem jeszcze czasami rozsądny. — Kącik jego ust uniósł się ponownie. — Czasami. — Poprawił mankiet koszuli, po czym zerknął w stronę drzwi. — Richard pewnie za chwilę zacznie mnie szukać, żeby sprzedać mnie jakiemuś inwestorowi jako „świetnego fachowca z Europy”. Bardzo lubi podkreślać tę Europę. Brzmi drożej niż „gość z Gdańska, który umie naprawić wszystko”.
Paweł zerknął jeszcze raz przez szybę. Richard faktycznie stał w środku otoczony grupą mężczyzn w smokingach, którzy wyglądali tak, jakby wspólnie posiadali wystarczająco dużo nieruchomości, żeby zacząć pobierać czynsz od całego Manhattanu. Jeden z nich spojrzał w stronę tarasu, Pablo natychmiast odwrócił się plecami do drzwi.
— Widzisz? Już poluje.
Przesunął maskę z jednej dłoni do drugiej i raz jeszcze spojrzał na nią uważniej. Osiem lat. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej absurdalne wydawało mu się, że właśnie tutaj na siebie trafili. Nowy Jork potrafił być ogromny wtedy, kiedy człowiek próbował znaleźć jednego konkretnego fachowca w piątek po siedemnastej, a jednocześnie cholernie mały, kiedy najmniej tego potrzebował.
— Dobra, ale poważnie. Co ty właściwie robiłaś przez te osiem lat?
Pytanie zabrzmiało zwyczajnie, bo takie właśnie miało być. Nie interesowało go, ile hoteli nadal należało do jej ojca, jaki był stan rodzinnego portfela ani czy Velázquezowie przez ten czas kupili jakaś bezludną wyspę. Interesowała go ona.
Przyjrzał jej się przez sekundę, po czym uśmiechnął się bezczelnie.
— Bo jeśli odpowiedź brzmi „poślubiłam nudnego bankiera z Connecticut”, wolę wiedzieć teraz. Nie chcę przypadkiem zostać pobity na charytatywnej gali, smoking jest z wypożyczalni i mam kaucję.
Pablo
Gale należały do tych miejsc, w których Theodore potrafił pojawić się punktualnie, wyglądać dokładnie tak, jak oczekiwano, powiedzieć wszystkie właściwe rzeczy i przez kilka godzin udawać, że całe to przedstawienie ma jakikolwiek sens. Nie oznaczało to jednak, że je lubił. Dorastał w świecie, w którym podobne wydarzenia były czymś więcej niż tylko eleganckim wieczorem przy alkoholu kosztującym więcej niż przeciętna pensja. Nazwisko Lannisterów od pokoleń pojawiało się w miejscach, gdzie zapadały decyzje, o których zwykli ludzie dowiadywali się dopiero wtedy, kiedy były już podjęte. Rodzinna firma zajmowała się produkcją sprzętu wojskowego, kontraktami, technologiami, rzeczami, których nie reklamowało się na billboardach, a jednak ich wartość potrafiła być liczona w milionach. Jego rodzice nauczyli go więc bardzo wcześnie, jak należy zachowywać się przy stole, kiedy podać dłoń, kiedy milczeć i jak rozmawiać z człowiekiem, którego nazwisko może być warte więcej niż całe jego życie. Nigdy jednak nie nauczył się udawać, że go to zachwyca. Tego wieczoru również pojawił się z odpowiednim wyprzedzeniem, w czarnym garniturze skrojonym na miarę, z zegarkiem, którego cena była dyskretna tylko dla ludzi, którzy potrafili ją rozpoznać. Wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać syn rodziny Lannisterów. Spokojny, elegancki, nienaganny. Jedynie sposób, w jaki powoli obracał kieliszek między palcami, mógł sugerować, że od dobrych trzydziestu minut zastanawiał się, ile jeszcze potrwa wieczór. Sala była pełna ludzi, którzy znali się przynajmniej z nazwiska. Politycy, przedsiębiorcy, wojskowi, prawnicy, spadkobiercy rodzin, których majątki pamiętały czasy, kiedy obecne fortuny nie były jeszcze fortunami. Wszyscy uśmiechali się do siebie z tą samą wyćwiczoną uprzejmością, za którą często kryło się znacznie więcej niż zwykła sympatia. Theodore znał ten język, nauczył się go równie dobrze jak własnego. Dlatego nie zdziwił się szczególnie, kiedy jego matka niemal bez pytania poinformowała go, gdzie będzie siedział podczas kolacji.
OdpowiedzUsuń– Velázquezowie – powiedziała tylko, wskazując mu miejsce przy jednym ze stołów. Zatrzymał się na sekundę. Przez krótką chwilę pomyślał, że być może źle usłyszał. Velázquez. To nazwisko przez kilka lat jego życia oznaczało coś zupełnie innego niż kontrakty, pieniądze i rodzinne spotkania. Kojarzyło mu się z dziewczyną, którą znał jeszcze zanim wszystko stało się skomplikowane. Z czasem, kiedy oboje byli młodsi i znacznie mniej świadomi tego, jak bardzo dorośli potrafią komplikować życie. Byli razem, naprawdę razem. Nie była to jedna z tych relacji, które pojawiały się na kilka miesięcy, żeby później zniknąć bez większego śladu. Był wtedy młodszy, ale pamiętał ją zbyt dobrze, żeby udawać, że tamten rozdział nigdy nie istniał. Pamiętał jej śmiech, sposób, w jaki potrafiła się na niego złościć, a potem pięć minut później zachowywać, jakby nic się nie stało. To nie był przelotny romans, który po kilku miesiącach wyparował z pamięci. Naprawdę był w niej zakochany. A potem wszystko się rozpadło przez inną kobietę. Kogoś, kto postanowił wmówić mu, że jest z nim w ciąży. Pamiętał tamten okres aż za dobrze. Pamiętał telefony, wiadomości, rozmowy, nacisk, sugestie, że jeśli nie przyjmie odpowiedzialności, wszystko zostanie przedstawione w zupełnie innym świetle. Był młody, wściekły i przede wszystkim przerażony tym, jak szybko jego życie mogło zostać zniszczone przez jedną historię. I wtedy popełnił błąd. Zamiast zatrzymać się i sprawdzić wszystko do końca, zamiast zaufać osobie, która była wtedy przy nim, odsunął ją od siebie i zakończył związek. Później prawda wyszła na jaw, nie było żadnego dziecka, nie było żadnej ciąży, była tylko manipulacja. Ale wtedy było już za późno. Ona odeszła, a on nie miał pojęcia, jak wrócić do życia, które sam zniszczył. Najpierw przestały pojawiać się wiadomości. Później przestali się przypadkiem spotykać. W końcu jej nazwisko przestało pojawiać się w jego codzienności.
Teraz jednak stał przy stole, przy którym ktoś najwyraźniej uznał za dobry pomysł posadzić go właśnie z rodziną Velázquez.
Usuń– Fantastycznie – mruknął pod nosem. Nie zdążył jednak nawet usiąść. Najpierw zobaczył jej rodziców, dopiero potem ją. I przez jedną krótką chwilę cały gwar sali jakby odsunął się gdzieś na dalszy plan. Zatrzymał spojrzenie na jej twarzy. Nie potrzebował kilku sekund na przypomnienie sobie, kim była. Niektóre osoby można zobaczyć po dziesięciu latach i rozpoznać natychmiast. Ona należała właśnie do nich. Zmieniła się. Oczywiście, że się zmieniła. Była starsza, bardziej dojrzała, miała w sobie coś, czego nie posiadała wtedy, ale pod tym wszystkim nadal widział dziewczynę, którą kiedyś znał. Dziewczynę, którą zostawił. Przez chwilę nie zrobił nic. Nie podszedł, nie uśmiechnął się, nie odwrócił również wzroku. Po prostu patrzył, a potem jego twarz, jak zwykle, wróciła do tego spokojnego, wyrazu.
– Cześć – powiedział w końcu, a jego uśmiech zrobił się odrobinę szerszy – To chyba będzie najbardziej niezręczna kolacja, na jaką zostałem zaproszony od lat – zamiast czekać, aż atmosfera zdąży zrobić się ciężka, zaśmiał się cicho – Chociaż muszę przyznać, że mogło być gorzej. Mogli posadzić mnie obok wujka Harolda. Wtedy naprawdę nie miałbym dokąd uciec – odsunął dla siebie krzesło i usiadł, jakby właśnie spotkał starą znajomą, a nie kobietę, z którą łączyła go historia, której zakończenie przez lata pozostawało jednym z bardziej absurdalnych rozdziałów jego życia. Spojrzał na nią ponownie – Minęło trochę czasu – uśmiechnął się ciepło – Dobrze cię widzieć. Naprawdę – dodał. I właśnie w tym był cały Theodore. Nie zamierzał udawać, że nic się między nimi nie wydarzyło, ale też nie zamierzał pozwolić, żeby przeszłość zepsuła mu wieczór.
Theodore
[Cześć!
OdpowiedzUsuńNiesamowite z niej słoneczko. To chyba za sprawką tej całej Hiszpanii! :D Ciekawą stworzyłaś postać, a jej sklep z ceramiką stanowi zachętę do zaczepienia się w jakimś wątku. W końcu, kto nie chciałby ślicznego kubka do porannej kawy? Bawcie się dobrze i zostańcie z nami jak najdłużej. ♥]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth
Kiedy maska zniknęła z jej twarzy, Paweł rzeczywiście na moment zamilkł. Nie na długo, bez przesady. Ale wystarczająco, żeby Valentina zauważyła, że przez te dwie czy trzy sekundy po prostu jej się przyglądał.
OdpowiedzUsuńOsiem lat temu była śliczna. Tyle pamiętał. Tylko wtedy było w niej jeszcze coś dziewczęcego, co w połączeniu z wiekiem stawiało w jego głowie wielki czerwony znak nie komplikuj sobie, idioto, życia. Teraz tego problemu zdecydowanie nie było.
— No dobra, pamięć działa świetnie. Problemem były blond włosy i to, że ostatnim razem ochrona powinna wyprowadzić cię z budowy za pogwałcenie wszystkich zasad BHP. Dzisiaj nie odstajesz od towarzystwa, więc to jest na moją obronę. — Uśmiechnął się szerzej. — Mam trzydzieści pięć lat, nie sześćdziesiąt pięć. I krem z CVS za dziewięć dolarów robi robotę. Nie daj sobie wmówić tych serum z kawiorem.
A potem nazwała go przystojnym. Paweł nie zrobił nawet najmniejszego wysiłku, żeby ukryć reakcję. Wyprostował się odrobinę, a na jego twarzy pojawił się absolutnie nieznośny, zadowolony z siebie uśmiech.
— No. Wreszcie zaczynamy rozmawiać o faktach. — Skinął głową. — Osiemnasty sierpnia, Upper East Side. Valentina Velázquez oficjalnie uznała, że jestem przystojny. Drugi raz dzisiaj dajesz mi materiał, którym będę cię męczył przez osiem lat.
Komplement połechtał go trochę bardziej niż powinien. Paweł wiedział, że wygląda dobrze i kobiety od czasu do czasu uprzejmie dostarczały mu na to dowodów. Tylko z jakiegoś powodu fakt, że powiedziała to właśnie Valentina, smakował lepiej. Może dlatego, że osiem lat temu wszystko wisiało między nimi bez jednego uczciwego zdania. Ona udawała zainteresowanie drzwiami, on udawał, że wierzy w jej nagłą fascynację stolarką budowlaną, a subtelności było w tym mniej więcej tyle, co w młocie pneumatycznym.
Teraz przynajmniej nie musieli udawać.
— Tylko żebyśmy mieli jasność — dodał, wskazując na nią maską. — Następnym razem, jak będziesz chciała powiedzieć mi komplement, nie hamuj się. Trzeba wspierać rozwój.
A później dowiedział się, że bankierzy nie są w jej typie. Preferowała budowlańców z Polski. No kurwa, miodzio.
— Velázquez. — Pokręcił głową z udawanym rozczarowaniem. — Osiem lat temu przynajmniej próbowałaś stawiać mi jakieś wyzwanie. Teraz sama wykonujesz za mnie połowę roboty.
Kiedy powiedziała, że nikogo nie poślubiła, gdzieś w jego głowie pojawiło się krótkie, zdecydowanie zbyt zadowolone no i dobrze. Natychmiast się na tym złapał. Osiem lat jej nie widział. Nie miał najmniejszego prawa przejmować się tym, czy miała męża, narzeczonego albo wspólny kredyt z jakimś pieprzonym bankierem z Connecticut. Mimo to informacja została odnotowana.
Poczuł jej palce na ramieniu, kiedy zdjęła z marynarki drobny płatek. Spojrzał na jej dłoń, potem na twarz.
— Uważaj. Zaczynało się od pytań o kafelki, teraz już mnie dotykasz. Schemat się powtarza.
Nie odsunął się ani o centymetr.
Kiedy zaczęła opowiadać o ostatnich latach, Paweł na moment przestał żartować. Zawsze zakładał, że jeśli jeszcze kiedyś usłyszy o Valentinie, będzie miała stanowisko w którymś z rodzinnych przedsiębiorstw. Może własny hotel albo biuro na pięćdziesiątym piętrze. Na pewno nie piec do ceramiki.
Usuń— Czekaj. Ty robisz garnki?
Przez sekundę wyglądał całkowicie poważnie. Sam wyjątkowo dobrze rozumiał potrzebę zbudowania czegoś własnego. PW Constructions nie dostał od nikogo. Pierwszego vana kupił za własne oszczędności, każdego człowieka zatrudnił sam, każde polecenie wypracował robotą. Jeśli Valentina mogła wejść w gotowe imperium Velázquezów, a zamiast tego wybrała własną pracownię, potrafił to docenić.
— No proszę. Czyli jednak postanowiłaś coś zbudować sama. Szanuję.
I wytrzymał w powadze dokładnie do momentu, kiedy wspomniała o plantacji.
— Przepraszam, co? — Zaczął wyliczać na palcach. — Córka hotelowego magnata. Ceramika. Truskawki. Mięta. Rozmaryn. Joga. — Spojrzał jej prosto w oczy. — Velázquez, brakuje ci tylko kur, chleba na zakwasie i własnej produkcji koziego sera. Uciekłaś z Nowego Jorku mentalnie, tylko zapomniałaś wyjechać fizycznie.
Sama wizja Enrique Velázqueza słuchającego córki opowiadającej o tegorocznych zbiorach truskawek sprawiła mu zdecydowanie za dużo przyjemności.
— Twój ojciec musi być zachwycony.
Dopiero wtedy naprawdę zrozumiał, dlaczego od początku wydawała mu się niepasująca do reszty gości. Umiała poruszać się w tym świecie, bo się w nim wychowała, ale najwyraźniej nie zbudowała wokół niego swojego życia.
— Wiesz co? Teraz już rozumiem, dlaczego od początku mi tu nie pasowałaś. — Skinął głową w stronę sali. — Wiesz, który widelec jest do czego, znasz Richarda od dziecka i pewnie połowę tych ludzi po nazwisku. Ale wyglądasz, jakbyś po godzinie miała dosyć i wolała wrócić do domu pobrudzić ręce gliną.
Kącik jego ust uniósł się lekko. To akurat naprawdę mu się w niej podobało. Paweł znał mnóstwo ludzi, którzy latami opowiadali, że kiedyś rzucą pracę, zaczną coś własnego albo zmienią życie. Zwykle na tym się kończyło. Sam wiedział, że zaczynanie od zera nie było romantyczne. Było rachunkami, pracą po godzinach i improwizowaniem przy jednoczesnym udawaniu, że człowiek dokładnie wie, co robi. Valentina mogła wybrać gotową drogę. Nie wybrała.
— Tylko się nie przyzwyczajaj — dodał po chwili. — To był mój jeden poważny komentarz na dzisiaj. Limit wykorzystany.
Pablo