Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

23/12/2017

Merry Christmas & Happy New Year

Drodzy Autorzy, 

Z okazji tegorocznych Świąt Bożego Narodzenia oraz zbliżającego się Nowego Roku, chciałabym życzyć Wam wszystkiego, co najlepsze. Niech te święta będą dla Was tymi wymarzonymi, spędzonymi w spokojnej, ciepłej atmosferze, bez niepotrzebnego pośpiechu i strzępienia nerwów. Oby karp miał jak najmniej ości, a pod choinką widniała góra wyczekiwanych prezentów, ale co ważniejsze – oby wszystkie bliskie Wam osoby zasiadły razem przy wigilijnym stole. Niech końcówka Starego Roku będzie dla Was łagodna i pełna pozytywnych refleksji, a w Nowy Rok wejdźcie z impetem, gotowi do stawienia czoła nowym wyzwaniom, pełni sił i zapału!

Chciałabym życzyć Wam również niewyczerpanych pokładów weny, a co ważniejsze, mnóstwa wolnego czasu na pisanie, bo chyba wszyscy cierpimy na jego niedosyt. Mam więc nadzieję, że Dzieciątko podaruje Wam w prezencie chociażby godzinkę dziennie na oddawanie się pasji i realizowanie się w wątkach. Życzę Wam również wytrwałości i zapału, a także, by Wasze postacie dzielnie stawiały czoła wszelkim przeciwnościom losu i miały okazje rozwinąć się w kierunkach, o które nawet ich nie podejrzewacie. W tym miejscu chciałabym również podziękować Wam za zaangażowanie, za aktywność, za wszystkie komentarze napisane w 2017 roku. Wasza obecność jest motorem napędowym bloga, bez Was musiałabym pisać sama ze sobą (jak zdarza mi się żartować), więc po prostu serdecznie dziękuję, że jesteście i mam ogromną nadzieję, że będziecie już zawsze. 
Przed nami kolejny, wspaniały i wspólny 2018 rok!

10/11/2017

Istotna zmiana w regulaminie — aktywność

Drodzy Autorzy,

Już od długiego czasu wspominam, że chciałabym wprowadzić nowy sposób na weryfikację Waszej aktywności i w końcu nadszedł ten moment, w którym to nastąpi. Zdecydowałam się na ten krok, ponieważ zauważyłam, że niektórzy z autorów jedynie wpisują się na listy obecności, praktycznie wcale przy tym nie wątkując, co raczej mija się z celem przebywania na blogu grupowym. Aby rozwiązać ten problem i przekonać się, że nowy sposób monitorowania aktywności będzie wygodny oraz szybki również dla mnie, już od około trzech miesięcy obserwuję częstotliwość dodawania przez Was komentarzy, korzystając z systemu, który będzie funkcjonował na blogu. 

Zacznę od wyszczególnienia przejawów Waszej aktywności na blogu, które będę brała pod uwagę. Są to:
  • komentarze z odpowiedzią na prowadzone wątki,
  • komentarze autorskie, jak np. powitania nowych postaci oraz ustalenia dotyczące wątków,
  • komentarze dotyczące posta fabularnego,
  • opublikowanie posta fabularnego.
Co za tym idzie, rozpatrując Waszą aktywność, nie będę brała pod uwagę chociażby komentarzy w zakładce „Administracja”, komentarzy pod listą obecności czy też rozmów prowadzonych na Shoutboxie.

Ponieważ wyjaśniłam już, co rozumiem poprzez Waszą aktywność na blogu, mogę przejść do przybliżenia Wam sposobu, w jaki będę ją monitorować. Mianowicie, będę sprawdzać i zapisywać datę ostatniego, dodanego przez Was komentarza (z trzech wymienionych opcji) bądź posta fabularnego. Na tej podstawie będę opierała moje dalsze działania, to znaczy:
  • tygodniowy brak aktywności będzie skutkował upomnieniem autora przez administrację, zawierającym prośbę o poprawę,
  • po upływie kolejnego tygodnia, bez jakiejkolwiek poprawy aktywności, autor zostanie od razu i bez kolejnego ostrzeżenia usunięty z bloga — być może to rozwiązanie wydaje się Wam zbyt restrykcyjne, ale przypominam, że macie do dyspozycji aż czterotygodniowy urlop oraz możliwość przeniesienia postaci do wersji roboczych na pół roku, kiedy będziecie wiedzieli, że nie możecie sobie pozwolić na zbyt częste pisanie.
Pojęcie „tygodnia” jest tutaj nieco umowne, więc pozwólcie, że za pomocą przypadkowych dat wyjaśnię Wam, jak to będzie funkcjonowało:
Jeśli 1 listopada to data ostatniego komentarza dodanego przez autora, to dla mnie 8 listopada mija pełen tydzień braku jakiejkolwiek aktywności. Autor otrzyma upomnienie 9 listopada. Z kolei dopiero 15 listopada minie kolejny tydzień bez poprawy aktywności, a 16 listopada autor zostanie od razu i bez ostrzeżenia usunięty z bloga. Jeśli zerkniecie na kalendarz, na pewno zrozumiecie, jak to działa.
Jak można zauważyć, macie 15 dni na wykazanie się aktywnością, co możecie zrobić poprzez dodanie tylko jednego komentarza. Wydaje mi się, że jeden, nawet krótki komentarz w ciągu tygodnia, a nawet dwóch tygodni nie powinien być ponad niczyje siły. Rozumiem, że każdy z nas ma swoje życie prywatne, obowiązki oraz inne sposoby na spędzanie wolnego czasu niż blogowanie, lecz po przemyśleniu sprawy odnoszę wrażenie, że chociaż ten jeden komentarz w tygodniu to nic strasznego i doskonale sprostacie temu zadaniu.

Pozostaje mi jeszcze przedstawić kilka spraw technicznych:
  • jeśli chodzi o autorów posiadających kilka postaci, nie będę w stanie sprawdzać, który dokładnie komentarz wychodzi od tej jednej, konkretnej postaci i monitorować ich aktywności osobno. Co za tym idzie, będę patrzeć na autora całościowo, co może wydawać się pewnym przywilejem, jednak jeśli zauważę, że któraś z postaci jest szczególnie zaniedbywana, dostanie ona osobne upomnienie. Ponadto w przypadku braku wywiązania się z terminów aktywności, autor zostanie usunięty z bloga wraz ze wszystkimi swoimi postaciami,
  • nie muszą się również martwić autorzy przebywający na urlopach. Jako datę ostatniej aktywności będę wpisywać datę powrotu z urlopu. To znaczy, jeśli autor weźmie urlop np. do 23 listopada, to powinien zacząć być aktywny 24 listopada i właśnie tę datę będę zapisywać w prowadzonej przeze mnie tabeli aktywności.
Tabelę aktywności w miarę możliwości uzupełniam codziennie. Co jakiś czas sprawdzam również, czy nie pomyliłam się w moich zapiskach i jeśli autor nie był aktywny od dłuższego czasu, cofam się do jego ostatniego komentarza i upewniam się, że faktycznie był on tym ostatnim. 

Pod tym postem macie czas na zadawanie pytań, tak bym mogła zawczasu rozwiać Wasze wszelkie wątpliwości. Proszę Was również o pozostawienie krótkiego komentarza, na znak, że zapoznaliście się ze zmianami i przyjmujecie ich istnienie do wiadomości. 

Nowy sposób weryfikowania Waszej aktywności zacznie funkcjonować od poniedziałku. Początkowo chciałam go wprowadzić już od jutra, ale uznałam, że potrzeba więcej czasu, by wszyscy mogli na spokojnie się z nim zapoznać. Co za tym idzie, do prowadzonej przeze mnie tabeli wszystkim wpiszę poniedziałkową datę (13.11), ot, taki równy start.


PROSZĘ O NIE ZASŁANIANIE TEGO POSTA DO GODZINY 18:00

01/11/2017

2047. Reason


Październik 2017r.


— Jesteś pewien, że chcesz wyjechać? — kobiecy głos rozbrzmiał w pustym salonie, który zaledwie dwa dni temu, tętnił życiem. Andrew sprawnym ruchem zasunął ostatnią z walizek, co miało być jednoznaczne z twierdzącą odpowiedzią.  Decyzja przyszła szybko, jednak pełne zdecydowanie, które zawładnęło mężczyzną, zaskoczyło go równie mocno, co jego najbliższych.  Nowy York stanowił dla mężczyzny stale niezrozumiały element jego życia. Mimo dobrze płatnej pracy, masy bliskich mu osób, ucieczki od problemów, czuł, że czegoś brakuje, a miasto z pewnością nie pozwoli mu tego zdobyć. Wręcz przeciwnie; z każdym kolejnym sukcesem, odbiera inną cząstkę jego życia, zupełnie jakby jego każdy krok wiązał się z utratą czegoś znacznie ważniejszego. Nieciekawa pogoda, sprzyjała ciężkiej aurze unoszącej się w powietrzu, która swym ciężarem osiadała na barkach, przytłaczając coraz bardziej, co jedynie utwierdzało mężczyznę w słuszności podjętej przez siebie decyzji. 
— Nic mnie tu nie trzyma, Madeline. Już nikt mnie tu nie trzyma… — odpowiedział, wstając z miękkiego dywanu, po czym omiótł uważnie spojrzeniem całe pomieszczenie, zatrzymując je ostatecznie na wyraźnie zatroskanej kobiecie. Zbliżył się do niej i ułożywszy dłonie na jej drobnych ramionach, ucałował czule w czoło.  Nie wątpił w kobietę. Była silną i pełnowartościową osobą, która mogła osiągnąć znacznie więcej, niż mogła sobie to wyobrazić. Wyjazd Andrew wcale nie umniejszał jej zaradności. Mimo iż stale trwał u jej boku zarówno w dobrych, jak i w złych chwilach, świetnie poradzi sobie w pojedynkę. 
— Niedługo zostaniesz matką oraz żoną. Mike wyjdzie z ośrodka i będziecie mogli stworzyć rodzinę, Mads. Wykorzystaj to i nie myśl o mnie. Jestem dużym chłopcem, wiesz?  — rzucił z delikatnym rozbawieniem na twarzy i przycisnąwszy przyjaciółkę do swojej piersi, przeczesał palcami jej kosmyki włosów w pocieszającym geście. — Chociaż ty wykorzystaj to, co dobre we właściwy sposób. Poza tym będę dzwonił, pisał. Wyjazd to nie koniec świata, słońce. 
Mads próbowała się uśmiechnąć, jednak na jej rumianej twarzyczce powstał krzywy grymas. Zaśmiał się cicho, kręcąc głową na boki. Kobieta zawsze była przesadnie troskliwa, uparta i opiekuńcza, czyli coś, co świetnie łączyło ich obojgu. 
— Nie powinieneś był tak łatwo odpuszczać — rzuciła, krzyżując ręce na piersi, zaś Andrew przetarł dłońmi wyraźnie zmęczoną twarz, nie chcąc wracać do tematu, który krążył wokół niego nieustanie od kilku dni. Objąwszy kobietę ramieniem, pociągnął ją za sobą, sadzając ostatecznie przy stole w opustoszałej kuchni, gdzie nie było już niczego poza paroma kubkami, torebką cukru i herbaty. 
— Sądzisz, że by to coś dało? Maille podjęła decyzję, a ja nie miałem prawa stawać na drodze do jej szczęścia. Ułatwiłem jej sytuację i pozwoliłem odejść bez zbędnych wywodów. Jest młoda, zasługuje na kogoś znacznie lepszego, kogoś, kto równie mocno pragnie poznać życie.  Czasem, jeśli kogoś się kocha, trzeba pozwolić mu odejść. 
Mads otwierała usta, aby wyraźnie zaprotestować, jednak spojrzenie Andrew wyraźnie dało jej do zrozumienia, iż temat był zakończony. 
— Napij się ze mną herbaty i  przestańmy gadać o czymś, co już dawno powinno być zostawione w tyle… — poprosił, mając dość krążenia wokół tego samego kolejny dzień z rzędu.  Jego nerwy były wystarczająco nadszarpnięte. Nie chciał do tego wracać, nie chciał ponownie się nad tym rozwodzić, nawet jeśli gdzieś w głębi czuł, że powinien zawalczyć, że zbyt łatwo odpuścił. Uparcie chciał wierzyć w to, że podjął słuszną decyzję. Obracał w dłoni kubek do momentu, aż jego zawartość w pełni zniknęła, dopiero wtedy wstał ze swojego miejsca i włożył naczynia do zlewu, nie zaprzątając sobie głowy  ich dalszym uprzątnięciem.  Stanąwszy przy oknie, zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy nie poznał tego miejsca w sposób, dzięki któremu mógłby rzec, iż zna miasto niczym własną kieszeń. Egoistycznie nie chciał się skupiać na osobach, które w jego życiu nadal pozostały. Czas pozwoli im przystosować się do nowej rzeczywistości bez jego osoby, która po paru dniach stanie się obca, po części zapomniana. Nie ma osób niezastąpionych. 
— Co z powrotem do służby? Podjąłeś decyzję? — zapytała Madeilne, równając się z mężczyzną ramieniem. Chciała wierzyć w to, że Andrew już nigdy nie wróci do czynnej służby jako żołnierz. Zbyt mocno bała się o życie swojego męża, by móc znieść kolejny ciężar strachu, tym razem o przyjaciela. 
Z ust bruneta wyrwało się ciche westchnienie. Objąwszy ją ramieniem, oparł na moment policzek na czubku jej głowy. 
— Za tydzień muszę stawić się w jednostce w Waszyngtonie — odpowiedział, nie chcąc dłużej jej okłamywać.  Pole walki od zawsze stanowiło dla niego pierwszorzędny priorytet, który prowadził go przez życie.  Mimo miliona potyczek, jego obowiązkiem była służba ojczyźnie.  Trwając w spoczynku, z daleka od munduru, adrenaliny, czuł się zamknięty w klatce bez możliwości większego rozwoju. 
Madeline zdała sobie sprawę, że nie uda jej się zatrzymać mężczyzny. Nie chciała również słuchać zapewnień, że będzie dobrze, że wróci. Nie mieli tej pewności. 
— Czas na mnie. Muszę załatwić parę rzeczy na mieście. — oznajmił, czując jak palce Rudowłosej zaciskając się mocno na materiale jego koszuli. — Mads… — szepnął, przytulając ją mocno. Rozstania bywały trudne, jednak są rozdziały, które dawno należało bezpowrotnie zamknąć, by móc rozpocząć coś znacznie większego i pełnowartościowego. 
Kobieta oderwała się po chwili od mężczyzny i delikatnie siknęła głową, pozwalając, by ten zapakował walizkę do samochodu.  Usiadła tuż obok niego i po zapięciu pasów, zapadła totalna cisza. Skubała nerwowo materiał swoich spodni, zaś sam Andrew wydawał się być w pełni rozluźniony i opanowany. Nie działo się nic, co mogłoby wzbudzać w nim negatywne emocje. Rozpoczynał coś nowego, coś co wzbudzało w nim niepohamowaną ciekawość, coś co skutecznie pchało go do przodu, nie pozwalając zawrócić. 
— Gdzie się zatrzymasz po wylocie z miasta? — zapytała nagle Mas, zdając sobie sprawę, że tak naprawdę nie wie nic na temat tego, gdzie dokładnie przyjaciel ma zamiar wyjechać i co ze sobą zrobić, poza powrotem na misje.  Niewiele udało jej się dowiedzieć. Andrew był zdeterminowany, jednak również niepokojąco tajemniczy. 
— Zatrzymam się u mojego dobrego znajomego — odparł krótko, na co jedynie Madeline skinęła głową. 

 Na lotnisku panował ogromny tłok. Andrew nie miał zbyt wiele czasu, by poświęcić go przyjaciółce, która nerwowo przenosiła ciężar ciała z jednej nogi na drugą, nie umiejąc znaleźć ujścia, dla własnego zdenerwowania. Odprawienie bagażu i wręcz natychmiastowe udane się do samolotu, pozwoliło mu jedynie mocno ją uściskać, wręczyć kobiecie kluczyki od samochodu i ucałować w czoło. Chwilę później znikł jej z oczu bezpowrotnie, pozostając jedynie jednym ze wspomnień. 


Listopad 2017 r.

— Mówił, że nie ma osób niezastąpionych — wydukała cicho Madeline. Ścisnąwszy mocno dłoń swojego partnera, zadarła głowę ku górze.  Wiatr unosił pojedyncze kosmyki włosów, a panująca wokół cisza budowała niepowtarzalną atmosferę. Mike ucałował kobietę czule w skroń i przycisnąwszy ją do swojej piersi, wziął głęboki wdech. Na twarzy Rudowłosej zagościł delikatny uśmiech w momencie, gdy jej blada dłoń spoczęła na zimnej płycie nagrobka. 
— Nie płacz — szepnął brunet, odruchowo przyciągając kobietę bliżej siebie. — Zyskał najpiękniejszą nagrodę z możliwych.  Żyje wiecznie. 


BÓG SAM WYBRAŁ CZAS.
 ST. SIERŻ. ANDREW GOLDHOPE
12.02.1981  –  02.11.2017 r.



Notka nie jest długa, nie piszę często postów fabularnych, co z pewnością rzuciło się w oczy, jednak jak zwykle postawiłam na to, by przekazać to co najważniejsze, bez zbędnych opisów dotyczących chociażby koloru podkoszulka. Z Andrew rozpoczęłam przygodę na NYC i nie żałuję ani chwili spędzonej w Waszym gronie, które pozwoliło mi rozwinąć skrzydła. Z Andrew związania jestem w sposób szczególny, jednak z upływem czasu jego kreacja powoli gasła, aż pozostał tylko delikatnie tlący się płomyczek, z którego niestety ponownie ognia nie byłam w stanie wzniecić. Żegnając się z nim, chcę wszystkim podziękować, zwłaszcza tym, którzy byli z nim związani. Dziękuję za poświęcony mu czas oraz możliwość rozwoju. Pozostaje mi zaprosić Was do postaci, które mi pozostały, gdyż tak łatwo się mnie stąd nie pozbędziecie. 

21/06/2017

2046. You say space will make it better and time will make it heal

Ale najpierw >tutaj<, bo tam jest ciekawiej i ładniej!
♫ Jess Glynne - Take me home

    Decyzja o opuszczeniu Nowego Jorku chodziła za nią od dłuższego czasu. 
   Mimo wszystko jednak nie potrafiła się zebrać w sobie, aby przysiąść nad nią raz i porządnie. Dopiero sobotniego poranka, kiedy słoneczne światło przebijało się przez ciężkie zasłony, podjęła ostateczną decyzję. W jasnym świetle było widać tańczące w powietrzu drobinki kurzu. Zaczynał się dla niej kolejny dzień, który nie przyniesie niczego nowego. Wyczekiwanie na rzeczy, które nigdy się nie wydarzą, podejmowanie się pokręconych zadań. Próby robienia czegoś w czym było się słabym. Musiała się wziąć w garść, zacząć znowu żyć swoim życiem. A tymczasem od długiego czasu po prostu stała w miejscu. Przetarła dłonią zmęczoną twarz. Budzik miał zadzwonić dopiero za godzinę. Ostrożnie usiadła, w nogach skulona spokojnie spała, nieświadoma zmian, które zajdą w jej życiu, Lynx. Promienie słoneczne dosięgały nagiej skóry kota, któremu na pewno to nie przeszkadzało. Francuzka dziwiła się, że jeszcze nie przeniosła się na parapet, gdzie słońce grzałoby ją do woli. Zsunęła się z łóżka, nie przejmując tym, aby je chociaż zaścielić. Wolnym krokiem podeszła do okna i odsłoniła zasłonki. Znajomy widok na Upper East Side. Widok w którym była zakochana od tak wielu lat. Widok, który sprawiał, że zawsze się uśmiechała. Ale nie tym razem. Tym razem sprawił, że posmutniała. To był jeden z ostatnich dni, kiedy będzie się budziła i miała przed oczami Nowy Jork. Niedługo się będę budzić z widokiem wieży Eiffla, mruknęła w myślach. To ją pocieszało. Wróci do miejsca, które kochała. Które było tak naprawdę jej domem. Nie była pewna czy wróci na stałe do Francji czy będzie to tylko chwilowy pobyt w Paryżu. A może nie poleci do Paryża tylko do Marsylii? Dawno tam nie była. Ostatni raz prawie dziesięć lat temu, zanim jeszcze jej matka zaginęła. Ostatnie rodzinne wakacje. Ostatnie wspomnienia z jedyną kobietą, która ją tak naprawdę rozumiała. Z drugiej strony w Paryżu miała więcej możliwości, rodzina i starzy znajomi. Cel podróży był jasny. 
    Jeszcze tego samego dnia zaczęła się pakować. Załatwiała sprawy z wyjazdem jednak powoli, nie spiesząc się z niczym. Wolała nie zrzucać sobie wszystkiego naraz na głowę i przejmować się rzeczami, które dopiero ma zrobić za kilka dni. Na wszystko przyjdzie czas. Teraz zajęła się biletem, najważniejszymi badaniami dla kota, którego tu przecież zostawić nie mogła. Nie była pewna ile czasu jej nie będzie, gdyby się okazało, że już nie wróci do Ameryki, musiałby tu przylecieć po nią, a powrotu, który mógłby się okazać niechciany, chciała zaoszczędzić sobie i osobom, które tutaj zostawiała. Przez te wszystkie przygotowania nawet nie zauważyła, że minął dwudziesty maja. A więc i dzień jej urodzin. Nie planowała niczego dużego. Widok stojącej w sobotę wieczorem pod jej drzwiami Rebeki wcale nie zdziwił kobiety. Wieczór spędziły we dwie, przy butelce wina i filmach. W zasadzie filmy leciały tylko w tyle, a one zajęte były rozmową. To Robinson pierwsza dowiedziała się o tym co planuje Carmen. Nawet nie próbowała jej zatrzymywać, przekonywać do tego, aby została i nie zostawiał tutaj wszystkich. Francuzce na samą myśl, że teraz będzie się widywać z Rebeką rzadziej, pękało serce. Znały się od ósmego roku życia, przeżywały razem pierwsze zauroczenia płcią przeciwną, pierwsze prawdziwe problemy, rozstania powroty, wypadki, szczęśliwe chwile. Były dla siebie jak siostry, chociaż w ich przypadku relacja była o wiele poważniejsza. Trudno dokładnie było powiedzieć jak między nimi było. Jedna dałaby się pokroić za drugą, gdyby była taka potrzeba. Świetnie się rozumiały, pasowały do siebie idealnie. Zupełnie niczym dwa zagubione kawałki układanki. Pożegnanie z blondynką było zdecydowanie tym najtrudniejszym. I tak naprawdę jedynym, poza nią, ojcem i bratem nikt więcej z otoczenia kobiety nie wiedział o jej ucieczce. Niedługo po dość łzawym, jak na nie, rozstaniu była w drodze na lotnisko. Ostatnie spojrzenia na Nowy Jork, na znajome miejsca i zaczynała kolejny rozdział w życiu. 
    Zajmowała miejsce przy oknie. Patrzyła na znikające powoli miasto, kiedy wzbijała się coraz wyżej w powietrze, aż w końcu poza ciemnymi chmurami nie była w stanie zobaczyć nic więcej. Miała około siedmiu, może trochę więcej, godzin na rozmyślania. Przed wylotem ustaliła, że przez kilka pierwszych dni będzie mieszkała u siostry swojej matki. Kobieta nie miała dzieci, za to kilku mężów za sobą, a ostatniego nie tak dawno pochowała. Carmen była jej ulubienicą, a to przynajmniej zawsze wszystkim powtarzała. Nie chciała się też u niej zatrzymywać na długo, musiała tylko znaleźć coś do wynajęcia. Źle czułaby się z tym, że siedziałaby jej na głowie. Obie miały swoje nawyki, swoje tajemnice o których nie chciały, aby świat się dowiedział. I żadna z nich nie czułaby się w pełni swobodnie czując na karku oddech drugiej. Oczywiście nie dyszałyby sobie przez cały czas nad głową. Po prostu lepiej byłoby im bez siebie. Osobno. Spotkania raz na tydzień podczas obiadu u ciotki im w zupełności wystarczą. Minęło kilka dni, sporo latania po mieście, ale w końcu miała coś prawie swojego. Dopóki nie była pewna czy zostanie tu na dłużej nie chciała kupować mieszkania. Miała jeszcze na utrzymaniu tamto w Nowym Jorku, którego sprzedać tak po prostu nie mogła, bo nie potrafiła. Klucze oddała Rebece, ktoś musiał w końcu podlewać kwiaty, chociaż jak sądziła na pewno je zabrała do siebie, i ścierać klucze. Och, ile ona by dała, żeby zobaczyć Robinson biegającą po jej mieszkaniu ze szmatą w dłoni.
    Czas minął jej na zapominaniu o problemach, które miejsce swojego narodzenia miały w Nowym Jorku. Mimo, że minęło już trochę czasu, niektóre rany wciąż pozostawały świeże. Jak na przykład, blada już, blizna na brzuchu. Która uparcie każdego dnia jej przypominała o tamtym dniu. Dniu, który miał tak naprawdę chyba największy wpływ na jej wyjazd. Owszem, istniały różne sposoby na pozbycie się blizn po operacji. I mogła to zrobić. Problem był w tym, że wcale nie była taka pewna czy chce się jej pozbywać. Po przemyśleniu wszystkich za i przeciw, blizna została. 
    Po dłuższym czasie zdecydowała się w końcu sprzedać mieszkanie. Czuła, że zrobienie tego to kolejny krok do całkowitego odcięcia się od tamtego życia. Nie chciała całkiem z tego rezygnować. Chciała mieć coś, do czego będzie mogła tam wrócić. Miejsce, które będzie czekać na jej powrót. Cztery kąty, które nazywała domem. Teraz tym miejscem było dwupokojowe mieszkanie. Wcale nie podobne do tamtego. Nic tutaj nie było podobne do tego co miała w Nowym Jorku, ale czego się spodziewała? Paryż był całkowicie innym miejscem. Różnice między tymi dwoma miastami mogła wymieniać bez końca. 
    Mimo tęsknoty, która w niej zakwitła, uwielbiała budzić się każdego ranka i spoglądać na wieżę Eiffela. Przechodzić się między kamienicami, zaglądać do kawiarni. Czuć zapach świeżego pieczywa, mocnej kawy. Brakowało jej właśnie tego spokoju, który tutaj znalazła. Wieczorne spacery nad Sekwaną, obserwowanie turystów zachwycających się nad miastem. To było jej miejsce. Ukochane, jedyne w swoim rodzaju. Miasto do którego zawsze będzie wracać. Odnajdowała w nim to czego potrzebowała, pomagało jej. Nie potrafiła tego wytłumaczyć w żaden logiczny sposób. Możliwe, że nie było słów, które pomogłyby jej wyjaśnić o co chodzi. 

***

   Czas leciał zdecydowanie zbyt wolno. Myśli kobiety ponownie zaczęły krążyć wokół Nowego Jorku. Myślała o przyjaciołach, o wspólnych wyprawach do baru, karaoke, zwykłych wieczorach spędzonych na kanapie z butelką zimnego piwa w dłoni. Tutaj tego nie miała, co nie oznaczało, że z nikim się nie spotykała. Było parę osób, które z chęcią z nią wychodziły, jednak to nie było to samo. Oni nie wiedzieli co lubi, w jakich barach lubi przebywać. Co robi w nudne wieczory. Jakie filmy chciałaby oglądać. Nie znali jej. Była im zupełnie obca. Tak samo jak oni jej. Z dnia na dzień trudniej było się przyzwyczaić do pustki. Ileż można było wpraszać się do ciotki na obiady czy spotykać z ciotecznym rodzeństwem? Bądź z ludźmi, których wcale nie znała. 
    Kilkanaście tygodni z dala od Nowego Jorku to zdecydowanie zbyt długo. Z jednej strony chciała już wrócić, a z drugiej zwyczajnie się bała reakcji innych. Nie pożegnała się, nie odezwała się nawet po wylądowaniu. Żadnego słowa wyjaśnienia. Po prostu wyparowała. Zrezygnowała też z udzielania się na wszelkiego rodzaju social media, więc tak naprawdę prawie nikt nie miał pojęcia co się dzieje. Ale jak sądziła Rebekah już zdążyła wszystkich, tych co powinni wiedzieć, oblecieć i w najdrobniejszych szczegółach wyjaśnić im dlaczego tak nagle wyjechała bez żadnego słowa. Ponownie zaczęła rozmyślać nad tym czy powrót będzie dobry. Tutaj tak naprawdę nie miała niczego poza ciotką i paroma kuzynami. Nie liczyła na to, że cokolwiek się zmieni. Swoje życie miała w zupełnie innej części świata. Tu co najwyżej mogła przyjechać na kilka dni, ewentualnie dwa tygodnie. Dłuższy pobyt nigdy nie był rozwiązaniem. Dopiero teraz to zrozumiała. W pierwszej kolejności skontaktowała się z ojcem. Po raz pierwszy od długiego czasu rozmawiali przez ponad dwie godziny. Dopiero po rozmowie, zrozumiała jak bardzo brakowało jej także rodziny. Ojcowskiego ramienia, które zawsze było obok, gdy tego potrzebowała. Na nowo zaczęło się załatwianie wszystkich spraw związanych z wylotem, pakowanie, rozwiązanie umowy o najem mieszkania i załatwianie sobie czegoś w Nowym Jorku. Bardzo nie chciała komuś się zwalać na głowę ze swoimi problemami, kotem i bagażem. Potrzebowała mieć swój własny kąt, po długich poszukiwaniach padło jednak na to, że przez jakiś czas będzie musiała się gnieść w mieszkaniu przyjaciółki. A przynajmniej dopóki nie znajdzie czegoś dla siebie. 

***

    ― Masz wszystko? 
    Carmen przeniosła nieco zmęczony wzrok na starszą, elegancką kobietę i uśmiechnęła się do niej ciepło. Zanim jednak jej odpowiedziała musiała spojrzeć na walizki, Lynx śpiącą już w swojej klatce i torebkę przewieszoną przez ramię. Zajrzała do środka, szukając biletów i paszportu. Wszystko było na swoim miejscu. Miała to czego potrzebuje. Teraz musiała tylko przejść przez odprawę, a potem była gotowa, aby na nowo spotkać się z tym co czekało na nią w Wielkim Jabłku. 
    ― Zdecydowanie mam wszystko ― odparła. Kiwnęła dodatkowo głową, a potem w geście pożegnania objęła ciotkę najmocniej jak umiała. Dobrze spędziła tutaj czas, mimo drobnego problemu, który się pojawił. Teraz to nie miało już znaczenia. Uciekała, po raz kolejny, od tego co się wydarzyło tutaj. Miała tutaj kilka przygód, dobrze się bawiła. Mimo to, jej serce będzie zawsze należało do Nowego Jorku. Miejsca, gdzie się wychowała. Miejsca, gdzie poznała swoją przyjaciółkę. Miejsca, które miało mnóstwo dobrych i złych wspomnień. Po prostu chciała tam jak najszybciej wrócić. Obawy towarzyszyły jej od długiego czasu. Sądziła, że niektórzy mogą źle przyjąć jej powrót. Starała się o tym w tej chwili nie myśleć. Bardzo chciała tylko cieszyć się tym, że wraca. Nic innego nie miało teraz znaczenia. 
    Pożegnały się krótko. Bez łez. Tak jak zawsze.
  Zanim się obejrzała siedziała już w samolocie. Wracała. Naprawdę to robiła. Nie było czasu, aby się rozmyślać. Nie było nad czym się rozmyślać, chciała wrócić do tego miejsca. Bez względu na to jak mogą ją niektórzy przyjąć, po prostu tego potrzebowała. Potrzebowała ich. Ze zniecierpliwieniem czekała, aż oznajmią, że niedługo będą lądować. I niedługo później jej życzenie się spełniło. Jakby ktoś się jej zapytał jak się czuje nie potrafiłaby odpowiedzieć jednoznacznienie. Podekscytowana, szczęśliwa, przestraszona, smutna... I wiele innych. Pamiętała jak rzuciła się Rebece na szyję z piskiem dziecka. Drogę do mieszkania blondynki przegadały całą, w mieszkaniu to samo, a potem zasnęła ze świadomością, że wróciła i wszystko będzie w swoim czasie takie, jakie być powinno.

________________________________________________________________________________________
Bry! Przepraszam za te bazgroły u góry. Przecinki biegają jak chcą, starałam się temu zaradzić, ale nie wiem jak mi wyszło. Pochwalę się tym, że to moja pierwsza w życiu notka i trochę jestem przerażona jak wyszło... Wiem, że trochę inaczej wyszło, niż zwykle, bo postaci na blogu jeszcze nie ma. ;> 
Nie przedłużam i zostawiam was z moimi bazgrołami. =) 

20/06/2017

2045. Powrót do korzeni.

3 czerwca 2017, sobota
First Hawaiian Center rysował się wyraźnie na tle lazurowego nieba. Promienie słońca załamywały się na jego oszklonej fasadzie i odbijały się od niej tworząc połyskujące refleksy. Raziły w oczy. Wszystko raziło tu w oczy. Ogrom przestrzeni, wilgotne powietrze, ludzie uśmiechnięci i jakby szczęśliwsi; szczęśliwsi niż w jakimkolwiek zakątku ziemi. Wydawać by się mogło, że czas nie dotyczył tego miejsca. Żyło swoim rytmem, spokojnym i bez pośpiechu i nic nie zmieniało się tu mimo upływu lat. A minęły ich trzy, od kiedy oglądałem ulice rodzinnego miasta po raz ostatni. Dwunastogodzinna podróż samolotem wydawała mi się skokiem do innego wymiaru; Nowy Jork był spełnieniem moich ambicji, szczenięcych marzeń. Zachłyśnięciem się światem wielkich szans i wielkich sukcesów, po które wystarczyło sięgnąć, by stały się rzeczywistością. Pokochałem go, nauczyłem się ignorować jego wady i zatraciłem się w nim, stając się powoli innym człowiekiem. Ze śmiałości i odwagi, może pewnej naiwności prześliznąłem się w dziką bezwzględność, jeszcze zanim wytyczyłem sobie drogę. Taką, jaką kroczę teraz i przestałem oglądać się za siebie, bo nic nie było w stanie mnie zawrócić. Dopiero tutaj, pośrodku tętniącej życiem i pięknej w swej prostocie ulicy Honolulu, zatęskniłem za samym sobą. Dzieciakiem, którego nie ukształtowały zakamarki Brooklynu, ani profesorowie New York University, a zachody słońca i ciepły piasek na plażach wyspy Oʻahu. Tym, który cieszył się najmniejszym sukcesem. Tym który kochał i nie bał się mówić o tym głośno. Nie bał się przyznać do tego przed samym sobą. Wreszcie tym, który doceniał prostotę życia. Nowy Jork mnie zmienił i teraz bardziej niż kiedykolwiek dostrzegałem tego konsekwencje.

4 czerwca 2017, niedziela
Niespełna trzy tygodnie temu ojciec kupił nowy dom. Jest ogromny i kiepsko rozplanowany. Ciągle się w nim gubię; w nocy położyłem się do łóżka obok Aimy – w jej pokoju, znajdującym się piętro niżej, a rano nie mogłem znaleźć drogi do kuchni. Nikt nigdy miał się nie dowiedzieć, skąd u staruszka pomysł na taką inwestycję. Dzielnica Waialae ma to do siebie, że ceny nieruchomości dorównują próżności i wywindowanemu ego jej mieszkańców. Właściwy człowiek we właściwym miejscu, wydawać by się mogło, a ja nie mogę uwierzyć, że o tym zapomniałem. Przez całą drogę z Nowego Jorku marzyłem o swoim maleńkim pokoju na poddaszu, ze ścianami oklejonymi plakatami i regałem uginającym się pod ciężarem starych książek. Zamiast tego obudziłem się dzisiaj w sterylnym pomieszczeniu pozbawionym charakteru, wyposażonym w absolutne minimum, zimnym. Cudownie było jednak otworzyć oczy i zobaczyć za oknem bezkres błękitnego oceanu. Zbyt długo oglądałem tam bowiem zabrudzoną cegłę brooklyńskiej kamienicy.

23:35
Spędziłem cały wieczór w towarzystwie Kailii. Dopiero jej bliskość; spojrzenie głębokich, błyszczących oczu chochlika, policzki zaróżowione słońcem i dobrym humorem, dźwięczny śmiech wiosennego skowronka, uświadomiły mi, jak bardzo za nią tęskniłem. Rozmawialiśmy ze sobą często; przez telefon, mailowo. Wysyłaliśmy sobie zdjęcia i opowieści czasami absurdalne, pozbawione sensu i znaczenia. Wszystko po to, by przy kolejnym spotkaniu umieć cieszyć się sobą bez skrępowania. Jest moją siostrą, a jakby lustrzanym odbiciem. Doskonałym przeciwieństwem, z którym stworzyłem nierozerwalną całość. 

6 czerwca 2017, wtorek
Ślub Kaili zbliżał się wielkimi krokami – to już w nadchodzący weekend! Obowiązki drużby zaczęły mnie przerastać. Wszystko wydawało się być dopięte na ostatni guzik; przepiękne miejsce przy plaży, katering, orkiestra, dekoracje dopracowane w najmniejszym detalu. A jednak ciągle było coś do zrobienia, coś do przypilnowania. Poznałem wreszcie pana młodego, niejakiego Nalaniego Laʻakea, syna słynącego z porywczości i bezwzględności inwestora. Wydawał się miłym człowiekiem. Biła od niego pewność siebie i stanowczość; z dumą przypinał swoje nazwisko do imienia ukochanej, choć jeszcze nie przysługiwało mu do tego prawo. Zagroziłem, że złamię mu kręgosłup, jeśli za jego sprawą stanie się Kaili jakaś krzywda. Chyba się polubiliśmy.

14:30
Siostry zabrały mnie na zakupy do Ala Moana Center. Okazało się, że na drużbie ciąży jeszcze jeden, bardzo istotny obowiązek. Pasowanie do wystroju. Spędziłem dwie godziny zamknięty w klaustrofobicznie małej przymierzalni i nie miałem stamtąd żadnej drogi ucieczki. Pilnowały mnie na zmianę i na zmianę przynosiły mi marynarki, koszule i przysięgam – nie wiem, co jeszcze. Wszystko okazywało się na mnie za małe. Moje ręce nie mieściły się w rękawach, a w najlepszym razie koszula dopinała się na mnie jedynie do połowy. Chyba coś podarłem, nie jestem pewien. Wyszliśmy ze sklepu z dwoma krawatami i miętówkami na pocieszenie. Dziewczyny wyglądały na zadowolone, bowiem krawaty, w intensywnie niebieskiej barwie, pasowały do koloru moich oczu. Pasowały do wystroju. Nie rozumiem jednej rzeczy: skoro kolor moich oczu również do owego wystroju pasuje, to czy nie wystarczyłoby raczyć gości radosnymi spojrzeniami? W tym jestem całkiem dobry.

21: 00
Mama poczuła się o wiele gorzej niż zwykle i musieliśmy zawieźć ją do szpitala. Straub Medical Center stało się ostatnio jej drugim domem. Bywała tam często jednak tym razem dopadło mnie straszliwe przeczucie. Kiedy kilka miesięcy temu zdiagnozowano u niej białaczkę, naturalnym wydawała się siła wyparcia. Żadne z nas nie dopuszczało do siebie myśli, że mamy może kiedyś zabraknąć. Była przecież tak silną, nieustraszoną kobietą! Zobaczyłem ją dzisiaj w szpitalnej pościeli i w mojej głowie pojawiła się myśl, że zostanie w tym miejscu już do... Końca. Wesele kategorycznie musiało się odbyć. Zabroniła jego odwoływania ze względu na swoją chorobę, choć była świadoma, że nie będzie mogła wziąć w nim udziału. Kaila posmutniała; nagle zabrakło w jej doskonałym planie, w jej nieskazitelnej wizji, bardzo istotnego elementu. Nie umiałem jej pocieszyć. 

7 czerwca 2017, środa
Odwiedziliśmy mamę z samego rana. Przynieśliśmy jej torbę pełną kolorowych czasopism i jej ulubiony kwiecisty sweter zapinany na guziki. Honorowe miejsce na parapecie zajął maleńki kaktus przewiązany czerwoną kokardką, na którego czubku zatknęliśmy miniaturowy kowbojski kapelusik. Lubiła takie drobiazgi, a uśmiech na jej zmęczonej twarzy okazał się bezcenny. Miała zaczekać w klinice na przeszczep szpiku. Nie wiadomo tylko, jak długo. Mimo to opuściliśmy budynek w o wiele lepszych nastrojach i jakby spokojniejsi. Nie wszystko było jeszcze stracone.

17:20
Lubię obserwować ulice Honolulu z tego miejsca. Mała kawiarnia na rogu, ze stolikami ustawionymi na zewnątrz pod ogromnym parasolem, nie przyciągała wielu klientów. Z jednego powodu: jest oddalona od centrum miasta i jego głównych atrakcji. A widok stąd jest nieziemski. Lokal znajduje się bowiem na niewielkim wzgórzu, a całe miasto tonie z jego perspektywy w skąpanej słońcem dolinie. Kiedyś przychodziłem tu z byle powodu. Czytałem książki, uczyłem się do sprawdzianów, czasami po prostu chciałem uspokoić się i odpocząć. Dzisiaj zajrzałem tu z sentymentu. Popołudnie było przyjemnie chłodne, wiatr porywał do dzikiego tańca koszulę i włosy, a kawa była doskonała jak zawsze. Kona, najprawdziwsza kona! Te nowojorskie popłuczyny mogą się przy niej schować.

8 czerwca 2017, czwartek
Wczoraj, w drodze do domu, spotkałem kilku znajomych ze szkoły. Dobrze było zobaczyć ich razem; okazało się, że z całej naszej paczki jedynie ja opuściłem miasto na stałe. Pośród nich była ona. Kale’a Wailani. Długie kruczoczarne włosy, zakręcone zawadiacko przy końcach opadały na jej szczupłe ramiona tak jak zawsze, w delikatnym nieładzie i potargane. Wydawało mi się, że w ogóle się nie zmieniła i mimo upływu lat patrzyła na mnie nadal tak samo. Spod wachlarza gęstych rzęs, których nie musiała malować. Swoimi zielonkawymi oczami, w których kącikach czaiły się wesołe iskierki. Jak mogłem o niej zapomnieć? Kiedyś nie umiałem z nią rozmawiać. Wstydziłem się, a nawet bałem. Robiłem z siebie idiotę za każdym razem, gdy próbowałem skomplementować jej wygląd, jej uśmiech. Na szczęście z tego wyrosłem i wczoraj rozmawiało nam się nadzwyczaj dobrze. Umówiłem się z nią na wieczór. W zasadzie nie wiem po co, nie mamy nawet konkretnego planu. Kaila jest na mnie zła – nie dopilnowałem dostawy kwiatów.

13:00
I tysięcy innych rzeczy! W całym tym zamieszaniu zgubiły się etykiety z nazwiskami gości, które miały wskazywać im właściwe miejsca przy stole. Lista gości, notabene, też się zawieruszyła. Kaila zaczyna panikować i wszystko wymyka się spod kontroli. Nalani wróci dopiero jutro po południu, Aima poplamiła swoją weselną sukienkę sokiem z czarnej porzeczki, a dwoje członków orkiestry zachorowało na grypę żołądkową. Albo okropnie się struło. Poza tym ojciec zaplanował na wieczór poprzedzający wesele uroczystą kolację na cześć cóż... Samego siebie. Zaprosił swojego najlepszego współpracownika i razem będą celebrować objęcie stanowiska gubernatora na drugą kadencję. Zastanawiam się, jakim sposobem zaskarbił sobie zaufanie wyborców. Albo był wyjątkowo sprytny, albo oni wyjątkowo ślepi. Najpewniej jedno i drugie.

23:45
Spędziliśmy z Kale’ą uroczy wieczór na plaży. Była taka, jaką ją zapamiętałem. Subtelne poczucie humoru i nienachalny dowcip przeplatały się u niej z niezwykle uporządkowanym poglądem na świat. Rozmawialiśmy o wszystkim i niczym zarazem; opowiedziałem o swoim życiu w Nowym Jorku i o tym, jak wiele się zmieniło w przeciągu dziesięciu lat od mojego wyjazdu. Czułem się przy niej pewny siebie bardziej niż kiedykolwiek, a ona jakby poznawała mnie na nowo. Wcześniej na niewiele jej pozwalałem. Po pierwszej butelce wina straciliśmy poczucie czasu. Po drugiej głowy, a po trzeciej – hamulce. Nie wiem, czy był to najlepszy, czy najgorszy punkt mojego pobytu w rodzinnych stronach, ale gdy rozstawaliśmy się nad ranem, obiecałem jej, że to się nigdy więcej nie powtórzy. Kale’a zrobiła to samo. 

9 czerwca 2017, piątek
Zamknąłem się w pokoju na klucz i nie wychodziłem z łóżka. Czułem się cieniem samego siebie; bolała mnie głowa, bolały mnie podrapane plecy, bolało mnie wszystko. Kac pozbawiał mnie resztek sił i szacunku do samego siebie. Nie tylko on. Przez cały czas myślałem o Adrianne; pisała do mnie co wieczór pytając, jak minął mi dzień i przypominając, że cholernie za mną tęskni. Że chciałaby, żebym wrócił do Nowego Jorku jak najszybciej. Nie jesteśmy ze sobą, ale nie mogę wyzbyć się wrażenia, że ją zdradziłem, w najbrudniejszy możliwy sposób. Zacząłem nienawidzić tego, co zrobiło ze mną życie w tym przeklętym mieście. Jakbym gubił gdzieś po drodze cząstki samego siebie i zastępował je nowymi; z pozoru pasującymi, ale zmieniającymi działanie całości, zakłócającymi je. Obiecałem sobie, że to co wydarzyło się na plaży minionej nocy, już na zawsze pozostanie zagrzebane w jej piaskach. Tak, by nikt nigdy tego nie znalazł.

22:15
Kaila zajrzała do sypialni zwabiona moim kaszlem. Żałuję, że nie usłyszałem jej kroków, bowiem spróbowałbym się w porę uspokoić. Zastała mnie krążącego od ściany do ściany; machałem ramionami w przód i w tył, wspinałem się niezdarnie na palce i oddychałem płytko, niczym ryba wyrzucona na brzeg falami morza. Wydawało mi się, że nie mogę złapać tchu, że zaraz się uduszę. Czułem mocny ucisk w klatce piersiowej, gdzieś za mostkiem, jak gdyby przygniatała mnie sterta ogromnych kamieni. Nie mogłem sobie z tym poradzić. Nie pomagało szeroko otwarte okno, ani wpadające przez nie chłodne powietrze wieczoru. Robiło mi się ciemno przed oczami, a w palcach czułem drętwiejące mrowienie. Przestraszyłem ją, była przerażona. Chciała zadzwonić po pomoc, ale udało mi się odwieść ją od tego pomysłu. Dziwny napad ustąpił równie szybko, jak się pojawił. Odzyskałem władzę nad ciałem i umysłem, przede wszystkim nad umysłem. Wydaje mi się, że to był atak paniki.

10 czerwca 2017, sobota
Siostry stanęły na wysokości zadania i wszystkie – nawet Nakine, pomagały ojcu w przygotowaniach do kolacji. Zajęcie okazało się szczególnie pożyteczne dla Kaili, bowiem na moment oderwała się myślami od jutrzejszej uroczystości i nie zaprzątała sobie głowy kwiaciarnią, cukiernią, fotografem i wszystkim tym, o co panna młoda miała prawo się martwić. Przyglądałem się temu z boku, ale nie zamierzałem w tym uczestniczyć. Wydawało mi się to niewłaściwe. Będą wznosić toasty za ciemne interesy, szantaże, układy. Przypieczętują kolejne cztery lata bezwzględnej władzy i pociągania za odpowiednie sznurki, jak gdyby od tego zależały losy całego świata. Przestałem patrzeć staruszkowi na ręce i od dawna nie rozliczałem go ze wszystkich jego potknięć i niedopowiedzeń. Było tego za dużo, a on... On doskonale wiedział, że straciłem do niego szacunek. Nie do ojca. Do brudnego polityka. Jak sam kiedyś powiedział: jedno czyste serce nie rozświetli mroku, ale mrok może ugasić czystość serca.

20:00
Zastępca gubernatora, pan Christopher Stanley, pojawił się na kolacji w towarzystwie tajemniczej brunetki. Nie wiem, czego dotyczyły ich rozmowy i na boga, nawet nie próbowałem za nimi nadążyć. Przez cały czas gmerałem przy swojej szyi i próbowałem poluzować na niej ten przeklęty niebieski krawat - innego przecież nie miałem. Było mi duszno, marynarka krępowała moje ruchy i wreszcie zrezygnowałem z sięgania po cokolwiek do jedzenia. Przez cały wieczór nie napiłem się nawet wina, bo odrzucało mnie za każdym razem, gdy poczułem jego zapach. Aima przekonywała mnie, że przyda mi się taka szkoła życia, szczególnie przed jutrzejszymi uroczystościami. Przypominała mi, nie bez złośliwości, że to nie będzie kolacja na osiem osób, która zakończy się po dwóch godzinach. To będzie całodobowa katorga!
Cóż... Nie mogę się doczekać. 

21:30
Brunetka nie była żoną pana Stanley’a. Nie była nawet jego partnerką. Od kilku miesięcy spotykała się z naszym ojcem; potajemnie, gdzieś w biurze, po godzinach. Niemal dałem się nabrać na tą teatralną obojętność ale zauważyłem, jak staruszek sięga pod stołem do jej kształtnego uda i kto wie, dokąd by go to zaprowadziło, gdybym nie zwrócił na to uwagi. Kobieta mogła skusić niejednego i jako mężczyzna doskonale go rozumiałem. Jako syn... Nie, nie chcę nawet nazywać się jego synem. Czułem się zażenowany. Padło między nami wiele gorzkich słów, których wcale nie żałowałem. Po raz pierwszy szczerych i nietuszowanych przyzwoitością. Wykrzyczanych w dzikim szale i niepohamowanej złości. Mojej złości. Nie mogłem się opanować, prowokowałem go. Powiedział to, powiedział to na głos: doskonale wiesz, że matka zgnije w tej klinice, że nigdy nie wyjdzie z niej o własnych siłach, nie wyjdzie z niej żywa. Jakie to ma teraz znaczenie? Żadne, Aelan. Nic co powiesz i zrobisz, nie ma już teraz znaczenia. I tak nie wiedziałeś, czy bardziej jesteś dumny z doktoranta New York University, czy bardziej wstydzisz się kudłatego pajaca, który - nie wiedzieć po kim - ma dwa metry wzrostu i nie mieści się w drzwiach. Teraz będzie ci łatwiej.

21:35 – 5:30
Sprzedał nasz rodzinny dom. Wykrzyczał mi to w plecy, kiedy wychodziłem z jadalni. Nie zatrzymałem się i nie obejrzałem się przez ramię. Obiecał go Kaili, obiecał jako prezent ślubny. Miała zamieszkać w nim z Nalanim zaraz po uroczystościach. Nie wiem, jak długo siedziałem skulony na krawędzi łóżka. Pochylałem się nad podłogą i patrzyłem, jak u moich stóp rozrasta się wilgotna plama. Z oczu kapały łzy, z nosa – krew. Ostatnio zdarza mi się to tak często, że nawet jej nie ocierałem. Pozwalałem jej płynąć, a uderzenie każdej bordowej kropli o drewniany parkiet napawało mnie dziwną pogardą. Dla swojej słabości, dla tego człowieka, dla tego miejsca. Coś we mnie pękło. Pękł mój maleńki raj. Zostawiłem swoje rzeczy zapakowane byle jak i w pośpiechu. Wrócę po nie nad ranem. Teraz... Teraz po prostu muszę stąd wyjść. Może Aima będzie chciała mi towarzyszyć. 

23:50
Znalazłam przy twoim łóżku zapakowaną torbę. Nie gniewaj się na mnie, wyjęłam z niej wszystkie rzeczy i ułożyłam je na fotelu przy oknie. Wiem, jak bardzo tego potrzebujesz, ale nie możesz wrócić do Nowego Jorku, nie teraz. Nie wyobrażam sobie mojego ślubu i wesela bez Twojego udziału, Wielkoludzie. Musisz być przy mnie. I błagam, nie miej za złe ojcu sprzedaży naszego domu. Wiedziałam o tym, dowiedziałam się kilka dni temu. Tak samo, jak wiedziałam o tej czarnowłosej kobiecie. Nie mówiłam Ci bo... Widzisz, do czego to doprowadziło. Znienawidziłeś go. Zaatakowałeś. On na swój niezdarny sposób próbuje ułożyć swoje życie na nowo, a przy Tobie musiał się bronić. Kiedy zabraknie mamy... Akamai, on się rozsypie. Rozsypie się, jeśli będzie sam. Wydaje mi się, że powoli pozbywa się ze swojego świata wszystkiego, co mu o niej przypomina - nawet rodzinnego domu. Musisz rozegrać to inaczej. Nie rób nic głupiego, spróbuj go zrozumieć.
Znajdź mnie, kiedy tylko wrócisz do domu.
Kocham Cię mocno
Kaila

odautorsko

15/02/2017

2044. Noc jak noc, noc jak inna, noc jak każda

ZAPRASZAM DO CZĘŚCI: I — II — III — IV


Coś pięknego na pierwszą część tekstu

Matko, mamo, mamusiu. Nie jestem na to wszystko gotowa. Opowiadałaś mi bajki z przepięknym zakończeniem, gdzie "Żyli długo i szczęśliwie" przewijało się równie często, jak kłamliwe "Jest w porządku" w prawdziwym życiu. Nie rozumiałam wtedy, co może pójść nie tak i w którym momencie, a ty nigdy nic nie mówiłaś. Może zabrakło ci czasu, by wspomnieć, że zakończenia bywają różne, a może celowo to pominęłaś; być może łudziłaś się, że nie znając innej drogi ślepo podążę tą obiecaną. Bo przecież niejednokrotnie obiecywałaś mi szczęście, czekające na końcu tęczy i skarby, które trzeba umieć odnaleźć. Ale teraz już wiem, że istnieją też inne bajki, te o potworach i śmierci, te niedokończone, gdzie przyszłość trzeba zbudować sobie samemu. I wiem jeszcze jedno: nie rozmawiając o smutkach, można udawać, że ich nie ma.
Matko, mamo, mamusiu. Nie nauczyłaś mnie radzić sobie z problemami. Opowiadałaś o ludziach, którym się powiodło, całkiem pomijając tych, z którymi było inaczej. Może chciałaś zataić przede mną, że czasem bywa o wiele trudniej, a może chroniłaś samą siebie, odganiając myśli, że kiedyś zniszczę swe życie do cna. Nie rozumiałam i chyba nie zrozumiem już nigdy, po co to i dlaczego; i czy faktycznie lepiej jest egzystować bez świadomości zagrożeń. A przecież złamać można tak wiele: gałązkę drzewa, opór czy kość – nawet serce. To nie żal przemawia przeze mnie; nie, ja nie umiem pielęgnować w sobie żalu, choć próbowałaś pokazać mi, jak niczego nie zapominać – w obu znaczeniach, tym złym i tym dobrym. Teraz wiem już, że chciałaś zbudować wokół mnie pancerz obronny, żebym, na wypadek porażki, zawsze pamiętała o wszystkich sukcesach. I wiem jeszcze jedno: nie mówiąc głośno o zagrożeniach, można przyjąć, że nie istnieją.
Matko, mamo, mamusiu. Nie przygotowałaś mnie na ból upadku. Opowiadałaś o rosnących skrzydłach, o wróżkach wznoszących się ponad chmury, o pnących się w górę drzewach, ani słówkiem nie wspominając, że czasem coś może nam zniszczyć marzenia, zanim w ogóle zaczniemy marzyć. Może bałaś się wypowiedzieć na głos tę myśl, prześladującą cię od dłuższego czasu, bo coś, co zostało rzucone w przestrzeń, nagle nabiera barw, kształtów, materii. A może po prostu sama nie wiedziałaś – wszak twoje życie, a przynajmniej ta znana mi część, zawsze wydawało się wprost idealną historią. Niepowodzenia przysłaniane przez sukcesy, smutki przez radość, a wśród tego bogactwa byłaś ty, wówczas tak z siebie dumna. To tobie się poszczęściło – ja czasem mam wrażenie, że zapomniałaś, iż nie jestem tobą i nie będę. Ale wiem jedno: nie wspominając o przyszłości, można się łudzić, że nigdy nie nadejdzie.


styczeń 2017, Nowy Jork

– Czy tata umrze?

Twój głos jakby się przebijał przez mgłę, którą przypadkowo się osłoniłam, a jednak nie do końca. Czuję jego delikatny dotyk, macki gładzące środkową warstwę mojego ochronnego kokonu, jak gdyby przeszły przez powierzchnię, a nie mogły przeniknąć najgłębszej. Pytanie zadane rzeczowym tonem ślizga się niezgrabnie po kolejnych fałdach, a ja, choćbym chciała najmocniej na świecie, nie potrafię ci odpowiedzieć, dopóki dzieli nas ta niewidzialna poświata. Sama nie wiem, skąd bierze się owo poczucie niemocy, to odrętwienie – choć może każdy na swój sposób radzi sobie z tymi dniami, kiedy brak siły jest odpowiedzią na wszystko. Być może powinien mnie zdziwić twój brak emocji, ten płaski głos, którym próbujesz ze mną rozmawiać, ale przez te kilka tygodni zdążyłam cię poznać na tyle, że rozumiem. Wierzysz, i ja staram się podtrzymywać tą dziecięcą niewinność, że moje słowa to świętość, że zaprzeczę, uspokoję, pocieszę. W gruncie rzeczy tli się we mnie płomyk zazdrości – nie mam pojęcia, jak to jest: żyć ze świadomością, że wszystko będzie dobrze; moja matka nigdy nie próbowała mydlić mi oczu – a z drugiej zastanawia mnie, czy te kłamstwa, choć tak potrzebne, nie spotęgują poczucia klęski, gdy wyjdzie na jaw, że wcale nie miałam racji.

– Czy on umrze? – Wznosisz się o całą oktawę wyżej i wyraźnie wyłapuję pobrzmiewające nuty paniki. Może to jakaś magia, magnes więzi, ale wyrywam się z odrętwienia i cudownym sposobem udaje mi się zaprzeczyć. Chciałabym, żebyś mnie o to nigdy nie zapytała, bo wówczas mogłabym być twoją bohaterką znacznie dłużej, niż kiedy okaże się, że zawiodłam – a w końcu przyjdzie taki moment i nawet ja, niewprawiona w rodzicielstwie szara myszka wiem, jak łatwo zdać sobie sprawę, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.

– Mamo – ciągniesz mnie za rękaw, a ja po raz kolejny otwieram oczy, budząc się ze swoistego letargu, oszołomiona głośnym istnieniem świata. – Mamo, głodna jestem...

Marudzisz, ale ostatnio często jesteś marudna. Zrzucam to na karb stresu z powodu stanu ojca – wszak nie spotkałam jeszcze dziecka, które musiałoby coś takiego oglądać, no i nadal nie znam cię a ż  t a k dobrze – a jednak czasem odnoszę wrażenie, że testujesz moją wytrzymałość, giętkie granice. To nic; wytrzymam, nie uniosę się. Dla ciebie i dla mnie samej.
– Zaraz będziemy w domu – mówię, odrobinę przyspieszając kroku. Siatki z zakupami ciążą, i zarwana noc, bym mogła te zakupy zrobić, też daje się mocno we znaki, a ty zamierasz przy The Apple Pie, słodko pachnącej kawiarence, z nosem przylepionym do szyby. Wzdycham teatralnie, choć o nic nie poprosiłaś, ale otwieram drzwi, postanawiając sprawić ci choć taką przyjemność, drobną przyjemność. Twój uśmiech, tak rzadko goszczący na twarzy od czasu tamtej wizyty u Adama, mógłby rozjaśnić całe wnętrze. Za szkłem piętrzą się ciastka, ciasta, ciasteczka, babeczki z kolorowym lukrem, eklery i drożdżówki francuskie; twój błagalny wzrok wędruje w stronę skąpanego w czekoladzie pączka, a ja identycznym spojrzeniem ogarniam ciebie całą.
Moja, moja, jesteś tylko moja.
– No, wybieraj – zachęcam łagodnie, rozglądając się po staromodnym, uroczym lokalu. Ostatni raz byłam tutaj – bo ja wiem? – ze dwa lata temu, jeszcze z Andriejem, ale nie jest to historia, którą kiedykolwiek powinnaś usłyszeć.
Zetknięcie pięści ze ścianą i suchy trzask zawiedzionych uczuć.

Patrzę na ciebie i widzę – o czym nigdy ci nie opowiem, bo wolałabym, by było inaczej – siebie samą, gdy miałam tyle lat, co ty teraz. Uśmiechasz się tak samo lękliwie i niepewnie, a ja zbyt dobrze znam ten uśmiech, bym mogła oglądać go bez bólu. Masz identyczne, zbyt poważne spojrzenie i zastanawiam się, czy to cecha tych dzieci, które zbyt szybko musiały dorosnąć. Chociaż nie zawsze tak to wygląda; a ja kocham momenty, w których udaje mi się przywrócić ci dziecinną niewinność.

– Nie ma mowy! – dobiega nas głos zza lady; to wściekły głos, a my obie, ty i ja, jednakowo nienawidzimy krzyków i złości. Mimowolnie bierzesz moją rękę w swoją drobną dłoń – niemal odruchowo zaciskam na niej palce, jakbym wchodziła w dobrze znaną rolę.
– Przecież to tylko głupia bułka! – Powietrze zabarwia się odcieniem irytacji. Ten ktoś brzmi jak pogarda przemieszana z bezradnością, rozpieszczona królewna zmuszona do zgięcia karku. Intrygujące – ma akcent uczennicy elitarnej szkoły, tak czysty i przyjemny dla ucha, że mogłabym się w nim zatracić, zatonąć na zawsze, choć to, co mówi, jest aż nader wymowną rysą na szkle. – Nie powie mi pani chyba, że od tego zbiednieje?
W innym czasie, w innym życiu, mogłabym ją znienawidzić, tak sądzę.
– Zasady dotyczą wszystkich, moja panno, a ty wydajesz się być po prostu rozgrymaszoną dziewczynką z bogatego domu i odstawiasz cyrk, by zwrócić na siebie uwagę. Żegnam, tam są drzwi.
Dziwna mieszanka, ogień stopiony z lodem. Pretensjonalny ton i bezbrzeżny chłód, oaza spokoju. Ubranie wisi na niej, tej intrygującej Księżniczce: czarna bluza zdaje się sięgać głębokich okolic ud, przez dziurę w spodniach prześwituje chude, obtarte kolanko. Ma ciężkie buty, moją posturę wraz z twarzą dziecka, i torem hipokryzji obliczam jej wiek na jakieś czternaście lat; tyle tylko, że w oczach sarny cynizm nieudolnie próbuje zwalczyć bezbronność, a te oczy, odnoszę wrażenie, widziały już nazbyt wiele – wówczas pojmuję, że ona wcale nie musi być młodsza ode mnie.

– Mamusiu... – szepczesz, ściskając mi dłoń z siłą, o jaką nigdy bym cię nie podejrzewała; przerywasz niewidoczną linię, łączącą mnie z tym osobliwym zjawiskiem.
– Przepraszam, kochanie – odpowiadam machinalnie, wymijając kipiącą złością Księżniczkę z twarzą pokerzysty. Kupuję ci upragnionego pączka, którego łapczywie zjadasz i, słysząc trzask drzwi, tknięta dziwnym impulsem, biorę jeszcze dwie bułki.

Siedzi przed wejściem, ma naburmuszoną minę i skulone ramiona, a wyciągniętą w jej stronę rękę traktuje jak zamach na swoją samowystarczalność.
– Nie jestem żebraczką! – prycha pogardliwie, prezentując wstrętny grymas. – Weź to i daj siostrzyczce, smarkata jędzo.
– Dla twojej wiadomości mam dwadzieścia dwa lata – mówię bez emocji, siadając obok. – To moja córka, nie siostra. A bułki są dla ciebie. Twoja wola, co z nimi zrobisz; możesz dać gołębiom,jak jesteś taka honorowa, chociaż w piekarni wyglądało to nieco inaczej.
Biorę cię na kolana, ze spokojem, beznamiętnie obserwując burzę uczuć na bladej twarzy nieznajomej dziewczyny i głód w oczach. Wygląda, jakby było jej trochę głupio, ale może to tylko moja wyobraźnia – Adam zawsze mocno pobłażliwie traktował moje doszukiwanie się w innych jasnej strony. Żujesz ostatnie kęsy, gapiąc się na nią nachalnie, z wrodzoną ciekawością.
– Tak się nie robi – mówisz nagle, niespodziewanie przełykając to, co masz w ustach. – Mama nie ma dużo pieniędzy, a i tak wydała je na ciebie. Chociaż nie musiała. To niegrzeczne.
– Jo – mruczę z przyganą, jednocześnie rejestrując, że Księżniczka wpatruje się w ciebie teraz z fascynacją. Oho, myślę. Ładnie wpadła.

To nie tak, że uważam cię za ósmy cud świata i wymagam, by inni dostrzegali w tobie tę cechę – daleko mi do rzeszy matek, które sens własnego istnienia sprowadziły do posiadania dziecka – ale fakt pozostaje faktem: działasz na ludzi w specyficzny sposób. Modlę się czasem, by nieuchronny wiek niechęci do bycia innym nie zabił w tobie tej cechy; oczywiście, masz parę wad, jak każdy – łatwo cię zniechęcić, a kiedy wpadasz we wściekłość, niemal niemożliwym jest to zatrzymać – ale  j e s t e ś  inteligentna, tego nie można ci odmówić.

– Eee, no okej – odzywa się niepewnie, opuszczając wzrok. – Mogę wziąć. Jeśli ci zależy.
– Proszę bardzo – wzruszam ramionami, próbując nie patrzeć, jak rzuca się na jedzenie niczym wygłodniałe zwierzątko. Ma ciemne cienie pod oczami, kołtun na głowie i bardzo suche usta, a ponadto jakimś cudem obywa się bez żadnej kurtki.
– ...Uję. – Pochłonęła bułki z zawrotną prędkością, co trochę mnie bawi, a trochę smuci.
– Nie ma sprawy.
– Jestem Una. – Mówi to tak, jakby się chwaliła, i oto, co mnie uderza w niej całej – mimo otoczki zaniedbanego dziecka, czuć od niej jakąś taką dumę, wyniosłość.
– Sapphire. Mieszkasz gdzieś tutaj?
– Nie mieszkam... – urywa, spoglądając na mnie – ...nigdzie.
– Cóż, przykro mi? – Stwierdzam pytająco, bo właściwie nie wiem, co innego mogłabym powiedzieć. Odnoszę dziwaczne, wypaczone wrażenie, że Księżniczka usiłuje mi zaimponować; a ja tymczasem zbyt dobrze wiem, że gorsze rzeczy się dzieją na świecie, niż bezdomne, rozpieszczone dziewuchy.
– Niech ci nie będzie – macha niedbale ręką, ewidentnie nie wyczuwając mojego sceptycyzmu. – Coś tam sobie znajdę. W końcu nie jestem taka brzydka, no nie?

Udaje mi się nie wybuchnąć śmiechem, ale w duchu jestem szczerze rozbawiona. Mimo to nie sposób nie przyznać jej racji, choć brzmi niczym przekonana o własnej idealności małolata. Jej szafirowe oczy wpatrują się we mnie intensywnie. Próbuję porównać je z naszymi, w odcieniu butelkowej zieleni – będąc trochę młodsza od ciebie ciekawiło mnie niezmiernie, czy ludzie o innym kolorze oczu widzą świat w całkiem odmiennych barwach. Te Uny przywodzą mi na myśl niezapominajki, soczyście niebieskie kwiatki, których nie sposób nie zapamiętać; twoje są niczym świeża trawa wiosną, jeszcze nieskażone bagażem moich doświadczeń. Wydaje mi się, że tak naprawdę ludzki wzrok bywa bardzo zawodny – do tego stopnia, że zdarza nam się postrzegać cały świat w szaro-białych barwach.

– Co? – Mam wrażenie, że wir własnych rozważań na nowo zalał mnie swoją potężną falą, wciągając pod wodę i przypominam sobie, po raz kolejny zresztą, że nie mogę się tak zatracać, zwłaszcza, gdy jesteś obok.
– Pytałam, czy zaprosimy panią do nas – powtarzasz, zerkając na mnie podejrzliwie, a ja znów dziękuję genom, że nie otrzymałam w spadku zdradzieckich rumieńców. Otwieram usta, niepewna tego, co właściwie chcę powiedzieć – Sapphire, zdejmij w końcu tę maskę – po czym zamykam i wzruszam ramionami. – Właściwie, czemu nie?
– Nie chcę robić kłopotu... – broni się Una, momentalnie tracąc rezon i pewny grunt pod stopami. Teraz, jeszcze bardziej przygarbiona i z miną zagubionego dziecka, wygląda na niewiele starszą od ciebie. – Dam sobie radę.
– Godzina – staję przed nią, gdzieś w zakamarkach umysłu zapisując informację, że jesteśmy tego samego wzrostu, i celuję palcem wskazującym w niebo. – Daj mi tylko godzinę, żeby nie zjadły mnie wyrzuty sumienia. Później – droga wolna.
– I mamy gorącą czekoladę! – dodajesz przebiegle, z szelmowskim uśmiechem, a ja nie po raz pierwszy zastanawiam się, czy w kwestii ufania nieznajomym nie powinnam przypadkiem całkowicie zdać się na ciebie. Choćby pod groźbą śmierci kazali mi cię rozszyfrować, po prostu bym nie wiedziała, jakim cudem ci się to udaje. I, chociaż dla nich to nic ważnego, już drugi raz dzisiejszego dnia obserwuję u ciebie rozciągnięte w uśmiechu usta, co napawa mnie niewiadomym, błogim uczuciem spokoju.


godzinę później

Nazywa się Halliwell. W grudniu skończyła dwadzieścia lat; jest kilka dni starsza i dwa lata młodsza ode mnie. Odnoszę wrażenie, iż chciałaby uchodzić za tajemniczą, ale przeszkadza jej w tym wrodzona gadatliwość... albo, że pod tym słowotokiem skrywa pewną prawdę, której nie zamierza nikomu zdradzić. Bo, szczerze mówiąc, nadal nie mam pojęcia, co ją tutaj przywiodło.
Mam tylko kilka dni, żeby rozgryźć tą dziwną dziewczynę. Ale czasem, kiedy tak na nią patrzę, tracę wiarę w to, że naprawdę chcę się dowiedzieć.