Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

31/12/2012

|1908| And if your homesick, give me your hand and i'll hold it



Rozglądając się po dużym, przestronnym salonie nie docierało do niej, jaki odniosła sukces. Bała się uwierzyć w to, że nie jest wiecznie smutną osiemnastolatką, która pracować musiała w klubie ze striptizem, aby utrzymać rodzinę. Ba, nie wierzyła w to, że mimo krzywd jakie ją spotkały, potrafiła się uśmiechać, bez obrzydzenia spoglądać na swoje odbicie w lustrze. 
Kto by pomyślał?
Podeszła do oszklonej ściany, przykładając drobną dłoń do szyby i uśmiechnęła się delikatnie, gdy dotarło do niej, że nic się nie zmieniło. Nie od wczoraj. Ten sam widok, te same budynki, zatłoczone ulice, oświetlone dzielnice. Miała przed sobą Nowy Jork. Miasto, przez które cierpiała i miasto, dzięki któremu odnalazła szczęście. Uśmiech kobiety z sekundy na sekundę zdawał się coraz odważniejszy, coraz bardziej promienny. Po chwili uśmiechały się również oczy brunetki. 
I jak nie kochać tego miasta?
Kolejny rok dobiegał końca, jeden z intensywniejszych w jej życiu. Kiedy uświadomiła sobie jak bardzo była zabiegana, jak szybko udało jej się wkraść do wiecznego wyścigu szczurów, uśmiech nieco zrzedł. Zawsze obiecywała sobie, że będzie cieszyć się chwilą, że najwięcej radości przyniosą jej małe rzeczy, drobnostki, błahostki, na które normalnie nie zwróciłaby uwagi. I nie zwracała. Nie w tym roku. 
Zdołała zdusić gryzącą tęsknotę. Zdołała zapomnieć o najważniejszych ludziach. Tylko po co? Dla kariery? Dla coraz większych pieniędzy? Po cholerę były jej te pieniądze, kiedy nie mogła nic za nie kupić? Nie mogła dostać przyjaźni, bo była bezcenna, nie mogła pomarzyć o miłości, bo nie płaci się za nią kartą Master Card. Prychnęła, coraz bardziej rozeźlona przyglądając się swojemu niewyraźnemu odbiciu. Wzrostu jej nie przybywało, walczyła o to, aby kilogramów też zostało tyle, ile powinno. Nie chciała jednak za jakiś czas zauważyć tam zmęczonej kobiety, z siatką drobnych zmarszczek wokół oczu i pierwszym siwym włosem. Nie chciała być tą, która karierę przedłoży nad życie prywatne. I nie będzie miała z niego nic.
A czy miała jakieś życie prywatne?
Teraz, kiedy przyszło robić jej w głowie rozrachunek, podsumowanie roku, musiała zacząć się nad sobą użalać? Nie chciała tego. Przez tyle miesięcy znosiła wszelkie niedogody z wysoko uniesioną głową. Dlaczego miałoby się to zmienić? Usiadła w siadzie skrzyżnym i oparła łokcie na ugiętych w kolanach nogach, przymykając powieki. Ciemne włosy osunęły się na twarz, kryjąc nieco udręczone oblicze Sienny. Młoda kobieta odliczyła w myślach do trzech, planując kolejną wizytę u psychologa. Dotarło do niej, że przy braku przyjaciół, umawiała się na durną terapię, mającą pomóc jej w pozbyciu się stresu. Uspokojeniu, wykorzystaniu optymalnie wewnętrznej energii. 
I chyba zużyła ją do samego końca.
Westchnęła, tłumiąc ziewnięcie, jednocześnie otworzyła oczy. Na ponów, na jej bladej buzi pojawił się znany wszystkim Siennowaty uśmiech. Być może spędziła święta w gronie rodziny, to jednak nic nie cieszyło jej bardziej niż powroty prawdziwych najbliższych. Cicho się roześmiała, kiedy przypomniała sobie, jak kilka dni temu wpadła w księgarni na swoją żoneczkę. O, tak. Trzy butelki wina to zdecydowanie za mało, aby nadrobić stracony czas, ale przecież obiecały sobie, że już nigdzie nie uciekną, prawda? Nie mogła się też nie uśmiechnąć, kiedy przed oczami miała widok twarzyczki Silver wysuwającej się znad imponującego bukietu kwiatów za kulisami w jednym z teatrów. I wrócił Dan, i w końcu mogła się z nim napić, mogła się powydurniać, jakby nadal była dzieckiem. Wróciła też Narcisse. Siostrzyczka. Była też Rose - ona była zawsze i zawsze wspierała. 
Wrócili wszyscy.
Niepotrzebne było jej nowoczesne, drogie mieszkanie, kiedy miała całą gromadkę przyjaciół, kiedy mogła beztrosko wrócić do minionych lat. Nie musiała biec, nie musiała się nigdzie śpieszyć, aby odnaleźć szczęście na mecie, która przy nich nie wydawała się wcale tak blisko. Pozwoliła sobie na śmiech, znowu. Tym razem nie wyciszyła się zbyt szybko, jak dziecko, padła na podłogę i śmiała się do rozpuku, nie zwracając uwagi na płynące po policzkach łzy. 
I niech ktoś mi powie, że Sienna Wright jest normalna.


W końcu miała motywację do tego, aby nieco zwolnić, aby znowu napawać się każdą chwilą, aby nie marnować całych dni na pracę. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jest odpowiedzialnym obywatelem, że musi płacić podatki, zarabiać, wyżywić siebie, wspomóc rodzinę, odwiedzić bliskich, jak co zimę – udać się do schroniska i zadbać o parę zwierzaków. Wiedziała o tym, ale kiedy miała okazję, odpoczywała. Nigdzie nie gnała, nie biegała jak opętana po Nowym Jorku, znowu zaczęła zwracać uwagę na sklepowe witryny, na mijanych ludzi. Coraz częściej na jej twarzy gościł ciepły, promienny uśmiech. 
Raźnym, nieśpiesznym krokiem przemierzała kolejne przecznice, czując delikatne ukłucie strachu. Jej serce biło na tyle szybko, że nieraz musiała przystanąć, aby się uspokoić i wmówić sobie, że to tylko zwykłe spotkanie. Najzwyklejsze w świecie. 
Tak bardzo zwykłe, że ostatnio dał ci do zrozumienia, że nie masz prawa pojawić się w jego życiu, a teraz?
Ignorowała złośliwy głosik w głowie, powtarzając w duchu, że nie umrze, że nie powinna paść na zawał w momencie, gdy go ujrzy. Obrazy, które zapamiętała, sceny wyrwane z okresu szczęśliwego dzieciństwa gronie dwójki rodziców były ostrzejsze, niż kiedykolwiek. Nawet wtedy, kiedy przyjechała do Salem, aby zobaczyć go osobiście. Wtedy zatrzasnął jej drzwi pod oczami, ona odeszła, pozwalając wspomnieniom wyblaknąć. Nie potrzebowała ich do szczęścia, dzień obecny był ważniejszy, niż zamierzchła historia. 
Dlaczego się stresujesz? Przecież to tylko historia… Boisz się, jesteś pewna, że będzie tak, jak ostatnio. A może to tylko okrutny żart?
Zatrzymała się przy przejściu dla pieszych mimo tego, że zielone światło dawało jej do zrozumienia, że powinna przejść póki może. Ale ona stała, obojętna na to, co dzieje się dookoła niej. Obce twarze mijały ją z niejakim zdziwieniem, czasami z łagodnym uśmiechem, głównie jednak bez jakiegokolwiek zainteresowania. Przymknęła oczy, a kiedy uniosła powieki, samochody włączyły się do ruchu, uniemożliwiając jej przejście. Cieszyła się z tego, cieszyła się, że nie może teraz ruszyć. Nie chciała.
Nogi jakby wmurowane w płytę chodnikową z każdą mijającą sekundą stawały się coraz mniej pewne, uginały się pod ciężarem właścicielki. Drżały, podobnie jak całe ciało Sienny. Wypuściła przytrzymywane powietrze z płuc i nabrała go na nowo, przepędzając tym samym wszystkie złe myśli.
Weź się w garść!
Przeszła, poprawiając rozwiewane przez wiatr włosy i skręciła w pomniejszą uliczkę, uśmiechając się delikatnie na widok znajomego szyldu. Pchnęła drewniane drzwi i znalazła się w przyjemnym, ciepłym wnętrzu niewielkiej kafejki. Zajmował miejsce pry okrągłym stoliku w rogu jasnej sali. Sienna skinęła głową, a on odwzajemnił gest. Dopiero wtedy młoda kobieta przekonała się o towarzystwie osoby trzeciej – czterolatki może, przy bliższym przyjrzeniu się dziewczynce można było śmiało porównać ją do Sienny. Te same oczy, odziedziczone po ojcu, ten sam nos i pełne usta. Jedyne czym się różniły  to włosy. Nieznana pannie Wright dziewczynka miała jasne, miodowe włosy, spięte w dwa niedbałe warkocze. 
Usiadła na wolnym miejscu. Nikt się nie odezwał. Spojrzała na swojego biologicznego ojca, które odwiedziła parę lat temu w Salem i westchnęła, tym samym przyciągając jego uwagę na siebie. 
— Sienna…
— Tato — powiedziała cicho na jego skromne powitanie i skinęła głową, nie odwracając od niego wzroku.
— Nie mogłem prosić o to twojej matki, ale… Moja druga żona zmarła dwa miesiące temu. Ja… Chodzi o to, że muszę wyjechać do Europy. Na jakiś czas, nie wiem dokładnie na jaki… To jest Susie. Susan. Moja córka. Ja… Sienna — chrząknął, nabierając nieco pewności siebie. Pewnie sądził, że jego śmieszne wyjaśnienia wzbudzą w młodej Wright współczucie. Nosiła inne nazwisko, została przez niego przepędzona, a teraz miała wykonywać jego prośby? — Potrzebuję twojej pomocy. Nie mogę zostawić Sue w bidulu…
— Gdzie jest bidul? — spytała w końcu blondyneczka, spoglądając na swojego ojca, który najzwyczajniej w świecie chciał pozbyć się balastu. Ufność, którą Sienna zauważyła w jej oczach, przypomniała jej ją samą. Nie miała pojęcia co Samuel Harper miał w sobie, że każdego jego dziecko darzyło go miłością bezwzględną, a potem zostało brutalnie odtrącane. 
— Dlaczego nie weźmiesz jej ze sobą? To twoja córka…
— Ty też nią jesteś! 
Jestem? Doprawdy? Prychnęła, kiedy właśnie takie myśli biły się po jej głowie. Spojrzała hardo na mężczyznę, kręcąc przy tym z niedowierzaniem głową. Jej wzrok w końcu wpadł na blondynkę, która wystraszona gryzła słomkę z napoju. Dziewczynka spojrzała na nią błękitnymi oczyma i uśmiechnęła się niepewnie. 
— Nie wyjeżdżam jeszcze… W najbliższym czasie będę w Ameryce. Wyjadę prawdopodobnie na wiosnę, wtedy też… Sądziłem, że musicie się poznać, że się zgodzisz… Abigail wygoniłaby mnie na zbity pysk, tym bardziej Isaac. Zrozum mnie, Sienna… Nie mogę jej tam zabrać.
— Zadzwoń, kiedy będziesz wyjeżdżał.
Logicznym było, przynajmniej dla Sienny, że nie zostawi dziecka na pastwę losu, że nie pozwoli, aby ktoś teoretycznie z nią związany wylądował w domu dziecka, miał problemy z rozpoczęciem normalnego życia. Wstała, owinęła szczelniej szalik wokół szyi i skierowała się do wyjścia. Dotarło do niej zdanie wypowiadane przez dziewczynkę, wtedy odwróciła się za siebie i pozwoliła na to, aby jednak łza spłynęła po policzku.
— Kim była ta pani, tato?


[Nic ważnego w sumie, ale nie chciałam, żeby rok 2012 w moim wydaniu był zupełnie bezpłodny na NYCu. Błędy mogą się tam znaleźć. Za wygląd tej notki, brak akapitów i w ogóle - nie odpowiadam. Nie mam siły. 
 Życzę wszystkim dużo, dużo szczęścia w nadchodzącym roku, spełnienia marzeń i ogromnej ilości weny! :*]

13/12/2012

1907. Many nights we pray with no proof anyone could hear.


    Minęło dziewięć miesięcy od powrotu Maxa do Nowego Jorku. To tutaj osiadł na stałe, ponieważ otrzymał kontrakt w New York Rangers, ale także miał sentyment do tego miasta – przez wspomnienia. Od marca miasto zdążyło okryć się białym puchem, który mężczyzna naprawdę lubił, czuł że zbliżają się święta i obiecał sobie, że tym razem spędzi je pogodnie. Kto by pomyślał, że te święta będą inne od poprzednich, on z pewnością nie.
Uśmiechał się cały czas pod nosem, stukając palcami o kierownicę swojego auta i uważając na inne samochody na drodze. Jechał właśnie do swojego przyjaciela, o którym nigdy nie zapomni mimo, że nie może go zobaczyć czy napić się razem z nim herbaty. Wiedział i tak, że Daniel zawsze go wysłucha i choć nie może tak naprawdę doradzić, to chwila refleksji nad jego nagrobkiem zawsze sprawiała, że brunet wybierał odpowiednie rozwiązanie problemu, tak jakby starszy kolega i tak nad nim czuwał, i mówił, co jest najlepsze. 
Wysiadł z auta i poprawił na szyi gruby szalik, który w tym momencie miał osłaniać go przed lodowatym wiatrem. Zmrużył oczy i naciągnął na swoje bujne loczki kaptur grubej kurtki, by ochronić się przed dużymi płatkami śniegu, które właśnie spadały z nieba. Odetchnął głęboko, po czym ruszył doskonale mu znaną ścieżką, bo przecież już tyle razy tu bywał. Zatrzymał się dopiero przed dość dużą tablicą w ziemi, a następnie kucnął, by zetrzeć z niej śnieg. Jego czekoladowym oczom ukazał się wypiaskowany napis, który znał na pamięć – milimetr po milimetrze, literkę po literce i cyferkę po cyferce.

DANIEL RYDER
14.02.1987  - 12.11.2009
NIE PŁACZ NAD MOIM GROBEM.
MNIE TAM NIE MA. JA NIE UMARŁEM.

    Nie pamiętał nawet kto wymyślił taką inskrypcję. Nie wnikał w to nawet za bardzo, przynajmniej nie trzy lata temu, ale kto by pomyślał, że po tylu latach te zdania odkryją swój prawdziwy sens.
- Cześć, Stary… - mruknął, wstając na równe nogi i popatrzył na kwiaty, które zamarzły przez te ostatnie mrozy. Jednak, coś mu się tu nie zgadzało, było ich za dużo. Kucnął z powrotem – No, powinieneś mi się przyznać, kto cię tu jeszcze odwiedza – odparł i wziął między palce jasny płatek białej róży, która wyjątkowo dobrze się zachowała – Wiesz? Próbowałem znaleźć kontakt do Irmelin, chciałem dowiedzieć się, co tam u niej, ale nic… Kompletna pustka, w żadnym szpitalu albo nie chcą mi dać informacji, albo o niej nie słyszeli. Nie uważasz, że to dziwne? – zmarszczył brwi, a w pewnym momencie usłyszał skrzypiący śnieg pod czyimiś stopami. Był to znak, że ktoś się do niego zbliża. 
- Witam? – zapytała zaskoczona kobieta w średnim wieku, ubrana w najmodniejszy płaszcz w tym sezonie. Zdjęła z oczu przeciwsłoneczne okulary, choć mieliśmy środek zimy. Brunet uniósł nieznacznie swe brwi i wstał, po czym odwrócił w kierunku kobiety.
- Dzień dobry… - mruknął jedynie, nie bardzo wiedząc z kim ma w tym momencie do czynienia. Rodzina Daniela znikała w dziwnych okolicznościach przez, co był wręcz pewien, że nie może być to nikt z nim blisko spokrewniony.
- Wiedziałam, że w końcu wpadnę na kogoś z rodziny pana Rydera – uśmiechnęła się kącikiem swoich krwiście czerwonych warg i wyciągnęła w jego kierunku swą smukłą dłoń, wcześniej zsuwając z niej skórzaną rękawiczkę – Amanda Hopkins, prywatny detektyw. Zaintrygowała mnie historia Ryderów, dlatego zajęłam się tą całą sprawą.
Chłopak z każdą chwilą stawał się coraz bardziej podejrzliwy, nie miał pewności czy nieznajoma mówi prawdę. No dobrze, ta rodzina nie należała do najnormalniejszych, ale… To nie znaczy zaraz, że ktoś tak po prostu ma prawo do tego, by grzebać w jej przeszłości. Umarli, nie ma – koniec.
- Przykro mi, ale ja pani nie pomogę, bo nie uważam by było o czym rozmawiać, do widzenia… Tu nie ma żadnej sprawy do rozwikłania - odparł, nie przestawiając się nawet i nie dając powodów do tego, by ona teraz zainteresowała się nim. Choć zdawał sobie sprawę z tego, że nie problem jest go odnaleźć, zwłaszcza teraz, gdy jest osobą publiczną. Uprawia sport, który jest popularny w Ameryce, gra w renomowanej drużynie, pierwszym składzie i środku sezonu, który naprawdę doskonale się zaczął. Wystarczyło włączyć wiadomości sportowe by natknąć się na jego zdjęcie i nazwisko, a reszta dla dociekliwej pani detektyw to żaden problem. Max przeklął pod nosem i wsiadł od razu do samochodu.
- No, Stary… Tobie nawet teraz ludzie nie chcą dać spokoju. Czasami myślę, że chyba ktoś faktycznie specjalnie rzucał ci kłody pod nogi… - mruknął pod nosem i odpalił silnik swojego Jeepa, po czym ruszył z piskiem opon – Początkowo sielankowe życie, utrata dziecka, głupi motor, amnezja, wyjazd Eli, całkiem dobry okres z Irmelin, potem kryzys w jej ciąży, dzieci, pojawienie się jakiejś dziewczynki, niby kuzynki, a w między czasie przynosząca milionowe zyski firma, ale… Musiał się pojawić ten pieprzony samolot… Nie za dużo jak na jedno życie? – pokręcił głową – Jeżeli Irm gdzieś tam jest i twoje dzieci żyją to wtedy się uspokoję, wiesz Stary? – tak, mówił do siebie. Jeżeli zwracał się do Daniela zawsze mówił do siebie na głos, nie zwracając uwagi na to, że z boku mogłoby to po prostu dziwnie wyglądać.
    Będąc już w swoim apartamencie wyrzucił na stół pocztę i odłożył torbę z zakupami. Jego uwagę przykuła dość duża koperta. Otworzył ją i ku jego zdziwieniu w bąbelkowym opakowaniu była jakaś płyta. Usiadł na kanapie i wsadził ją do odtwarzacza w swoim laptopie.
Samoistnie odpalił się jakiś dość krótki filmik, a na czarnym ekranie pojawił się biały napis: 27 listopad 1992 rok. Ewing niedaleko Nowego Jorku.
Mężczyznę zatkało, szybko zatrzymał odtwarzanie i złapał za kopertę, jednak na papierze nie było żadnego adresu zwrotnego, a nie sądził by coś takiego wysłała mu matka. Gdzie ona? Była beztalenciem elektronicznym i ledwie, co potrafiła obsłużyć przeglądarkę internetową by sprawdzić sobie pocztę. No ale dobrze, wróćmy do rzeczywistości. Brunet odetchnął głęboko i wcisnął ponownie przycisk „play”, czekając na rozwój wydarzeń.
Pięcioletni chłopczyk biegał w ogródku, który zasypany był świeżym śniegiem, który zapewne spadł zaledwie dzień wcześniej.
- Tato! Tato! – wrzeszczał w niebogłosy, uśmiechając się szeroko i podskakując wesoło.
Mężczyzna, który był z nim, lepił właśnie wielkiego bałwana. Mały Daniel był tak pochłonięty maratonem wokół białego ogródka, że nie zauważył bałwana i wpadł na niego z impetem.
- Daniel! – pan Joseph roześmiał się, widząc swojego syna przypominającego śnieżny posąg – I z bałwana nici.
- Teraz ja jestem bałwan! – mały uniósł do góry ręce, pokazując obklejone śniegiem rękawiczki.
- I renifer czerwononosy – mężczyzna wziął blondyna na ręce i podszedł do osoby, która kręciła to wszystko – Z wujka Philla też trzeba zrobić bałwana!
Można było usłyszeć śmiechy całej trójki, jednak obraz został zamazany przez kulę śnieżną, która wylądowała na obiektywie.
Kolejne ujęcie miało miejsce już w domu, w kuchni, gdzie blondwłosa kobieta gotowała zapewne kolację.
- Jesteśmy!
- Uważałeś na niego? – kucharka odwróciła się tyłem do blatu.
- Bardziej niż na siebie – oświadczył z dumą pan Ryder (którego Max już wcześniej rozpoznał), nie zwracając najmniejszej uwagi na pięciolatka, który nie zmieścił się przez niego w drzwiach i walnął czołem o ich framugę, wywołując przy tym niemały huk – Nie wal w nic głową, patrz jak chodzisz… – zwrócił się ojciec do syna, a mały jedynie zmarszczył brwi, trzymając się za czoło.
- Właśnie widzę – Rita, matka Daniela, roześmiała się.

    - Ktoś próbuje mi o tobie przypomnieć, ale kto? – chłopak zmarszczył brwi i zamknął laptopa. Coraz mniej mu się to wszystko podobało, ale postanowił jeszcze poczekać. Póki, co nie miał punktu zaczepienia, a wynajem detektywa byłoby zbyt proste, prawda? Podrapał się po policzku i spojrzał na zegarek.
- Cholera! – przez to wszystko stracił poczucie czasu i zupełnie zapomniał o treningu, co zdarzyło mu się naprawdę pierwszy raz w życiu. Zerwał się na równe nogi i złapał szybko za torbę, po czym zbiegł na dół by tylko zdążyć dojechać na czas na lodowisko. Pewnie gdyby ktoś nad nim nie czuwał dzisiaj spowodowałby jakiś poważny wypadek, ale na szczęście nic złego się nie stało.
Wieczorem rzucił klucze od mieszkania na blat w kuchni i pierwsze, co zrobił usiadł do komputera. Nawet na treningu nie potrafił się skupić.
- Niemożliwe byś żył… Takie cuda się nie zdarzają – mruczał pod nosem, przeszukując cały Internet w poszukiwaniu nazwisk ofiar z dwunastego listopada dwutysięcznego dziewiątego roku. Nazwiska stu trzydziestu ośmiu ofiar znalazł w końcu na jednej ze stron poświęconej tej katastrofie. Przeglądał ją kilkakrotnie i coraz więcej niejasności pojawiało się wokół śmierci Daniela.
- Niemożliwe, niemożliwe… - mruczał i kręcił głową – Fuck! – walnął pięścią w blat, ale szybko tego pożałował. 
- Ja rozwikłam tę zagadkę… - wymamrotał i popatrzył na stronę, gdzie wyświetlało się nazwisko „Amanda Hopkins” wraz z kontaktem.

    Kilka tysięcy, albo i więcej, kilometrów dalej na innym kontynencie, jednak bardzo podobnym, bo również zasypanym śniegiem:
- Oto pańskie wyniki, dużo lepsze od poprzednich. Tu ma pan także receptę na karbamazepinę – uśmiechnęła się czarnowłosa lekarka i popatrzyła na blondyna, który nigdy nie wydawał się jej szczęśliwy, ba… Nigdy nawet się nie uśmiechał w jej towarzystwie – Wraca pan do kraju? 
- Dobrze pani wie ile razy próbowałem wsiąść do samolotu i ile razy się wycofywałem, więc… Nie, nie wiem – odparł jedynie i wziął swoją receptę, po czym wyszedł z gabinetu.
Tak, jest jednym z czterdziestu dwóch osób, które przeżyły, jednak leżał w śpiączce przez okrągły rok, w dodatku jako bezimienny. Po wybudzeniu przechodził dwuletnią, ciężką rehabilitację ruchową, ale także i psychiatryczną. Zdawał sobie sprawę z tego, że przyjaciele uważali go za zaginionego, jednak nie wiedział o tym, że oni go pochowali, a przynajmniej tak im się zdawało, że to jego ciało leży w grobie. Jednak… Takie pomyłki się zdarzają, choć wszyscy byśmy sobie życzyli, by tak się nie działo. Mężczyzna także zabronił lekarzom z kimkolwiek z jego bliskich się kontaktować. Chciał to zrobić sam, dlatego też poprosił o numer telefonu do pewnego bruneta.
    Siedział właśnie w swoim hotelowym pokoju, stukając palcem o blat biurka i przykładając słuchawkę do ucha.
- Słucham? – usłyszał w końcu po drugiej stronie doskonale mu znajomy głos i zawiesił się, kompletnie nie wiedział co powiedzieć, jednak w końcu się przełamał.
- Dzień dobry… E… Nie, dobry wieczór? – palnął się otwartą dłonią w czoło, zupełnie zapominając o różnicy czasowej – Cholera…
Najwidoczniej rozmówca również zamarł, bo słychać było jedynie niespokojny oddech.
- D-Dan? Tam u góry są telefony? – jęknął przerażony, co mogło wydawać się komiczne, ale to było pierwsze, co przyszło Maxowi do głowy.
- Nie… Wracam do domu – odparł nieco ciszej.
- Co? Ale jak? Zmartwychwstajesz? Ktoś cię wskrzesi, jak smocze kule w Dragon Ballu?
- Max, nie… Ja żyję do cholery, ja żyłem. Ja wiem, że to nie do wiary, ale… To nie rozmowa na telefon […]

[Dawno nic nie pisałam, więc... Wszelkie błędy proszę mi wybaczyć, muszę wejść znów w wprawę. No i witam ponownie, na nowej platformie]