Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

29/01/2018

2051. Jeden pocałunek mężczyzny może złamać całe życie kobiety

— Jessie zwariowała. — Niejednokrotnie słyszała te słowa. Przez te wszystkie lata, zdążyła się już do tego przyzwyczaić i takie stwierdzenia nie robiły na niej większego wrażenia.
— Nie wiem o co wam chodzi. Od dawna mówiłam, że po zakończeniu szkoły średniej wyjeżdżam — wzruszyła ramionami, wrzucając do niewielkiej walizki z motywem Króla Lwa kolejną koszulkę.
— Myśleliśmy, że do tego czasu wywietrzeją ci te głupoty z głowy, Jessie. — Connie spojrzała na swoją córkę, która nie miała najmniejszego zamiaru jej ulegać. — Jessie, proszę. Przemyśl to jeszcze. Chcesz wyjechać, zwiedzić świat. Dobrze, rozumiem cię doskonale. Ale zaledwie trzy dni temu skończyłaś szkołę! Co z dalszą edukacją? Co ze studiami? Co z pracą? Jessie, nie myślisz przyszłościowo!
— Mamo, przestań. To moje życie i moja sprawa. Studia mogę zrobić kiedykolwiek, nie? Zresztą, nie wiem, co chciałabym robić. A teraz mam wakacje, więc może pozwól mi się dobrze bawić? Bo to ostatni dzwonek przed wejściem w dorosłość. — Jessie podeszła do wielkiej szafy, z której wyciągnęła trzy pary ulubionych spodni, które niedbale wrzuciła do walizki.
— Kochanie, ale oczywiście, że możesz się świetnie bawić. Ale błagam cię! Przemyśl to wszystko jeszcze raz. Może wybierz sobie jakieś jedno miasto? Albo cokolwiek? Jedziesz na żywioł, nie masz odpowiedniego przygotowania! Nawet nie wiesz, jakie miasta zwiedzisz!
— Wiem. Zwiedzę stolicę europejskich państw — uśmiechnęła się uroczo, wrzucając do walizki kolejne rzeczy. — A jakieś plany, to po co? Na bieżąco będę planowała. Mam swoje oszczędności. A jak zabraknie mi pieniędzy, to na pewno się do was odezwę.
— Max! Może ty wybijesz jej ten pomysł z głowy? — Connie błagalnym wzrokiem spojrzała na swojego jedynego syna.
— Żartujesz? Próbuję to zrobić, odkąd tylko wpadła na ten pomysł. — Max wzruszył ramionami i oparł się o framugę. — Tak samo jak kwestia jest studiowania. Wiesz, jak trudno było ją przekonać, aby w ogóle szkołę średnią skończyła.
— Zachariaszu? Może ty coś powiesz? — Rudowłosy spojrzał na walizkę.
— Stanik masz na wierzchu — rzucił od niechcenia. — No co? — mruknął, widząc zdziwione spojrzenia pozostałych. — Kazała mi pani coś powiedzieć.
~.~
— I na co mi to było? — mruknęła do samej siebie, kiedy przed godziną ósmą rano, opuszczała pokój w akademiku. Półprzytomna szła w kierunku odpowiedniego wydziału, na którym dziś miała rozpocząć swoją przygodę ze studiowaniem.
Wstąpiła na dziedziniec, zastanawiając się, jak ci wszyscy ludzie mogą być pełni życia, wypoczęci i uśmiechnięci, podczas gdy jej myśli krążyły wokół wygodnego łóżka, które musiała opuścić.
— Witaj, oto początek najlepszego okresu w twoim życiu, skarbie. — Usłyszała, gdzieś nad uchem nieco kulawy angielski akcent.
— Skarbie? Najlepszy okres w moim życiu? — zapytała, również po angielsku, i odwróciła się w kierunku blondyna. — Nie powiedziałabym — dodała. — Ale ty baw się dobrze. Pa! — rzuciła, nawet nie pozwalając mu dojść do słowa. Wbiegła po schodach do budynku.
Odnalezienie szatni i sali, w której miała pierwsze zajęcia, nie stanowiło większego problemu. Nawet bez problemu znalazła wydziałową stołówkę, na której zjadła dość dobre drugie śniadanie, choć osobiście nieco bardziej by je doprawiła.
Schody zaczęły się dopiero później.
— Sto trzydzieści, sto trzydzieści jeden, sto trzydzieści dwa… — mruczała, wymieniając kolejno numerki sal i zmierzając w kierunku sto czterdziestej. — Sto trzydzieści osiem, sto trzydzieści dziewięć i sto czterdzieści… jeden? Co jest? — mruknęła. Spojrzała na wydrukowany plan, a potem na numerację sal. Następnie znów na plan i znów na numerację sal.
— Kolejna ofiara sali sto czterdziestej? — Niemal podskoczyła, kiedy usłyszała to pytanie.
— Ofiara sali? Co to znaczy? — zapytała, zerkając kątem oka na przybyłego blondyna.
— Masz zajęcia w sto czterdziestce, ale jej tutaj nie ma. Jest po drugiej części korytarza. Na piętrze — powiedział, a widząc dość nieznaczną minę dziewczyny, zaśmiał się pod nosem. — Chodź, zaprowadzę cię tam — zaproponował.
— No dobra — zgodziła się i powoli ruszyła ramię w ramię z chłopakiem.

— To tutaj — oznajmił, kiedy znaleźli się pod odpowiednią salą. Kilka osób, które kojarzyła z poprzednich zajęć, już tutaj stało i czekało na przybycie profesora.
— Dzięki. Zapewne gdyby nie ty, to w ogóle bym tutaj nie trafiła.
— Do usług. Jeśli podałabyś mi swój numer telefonu, to mógłbym ci pokazać resztę wydziału. I resztę kampusu.
— Sprytnie, to wykombinowałeś. Ale o numer musisz się bardziej postarać. A teraz muszę już iść — powiedziała, powoli wycofując się w kierunku sali.
— Poczekaj! — zawołał, chwytając jej nadgarstek. Spojrzała na niego, wyraźnie zaskoczona jego zachowaniem. — Gabriel.
— Jessie — uśmiechnęła się.
~.~
— Czy ciebie do reszty popierdoliło, Jessie?! — Głośny krzyk Connie sprawił, że dziewczyna odsunęła telefon od ucha.
— Nie, mamo. Nie popierdoliło mnie — mruknęła, przenosząc wzrok na swoje paznokcie. — Wychodzę za mąż. W przyszły weekend i chciałabym, abyście byli na ślubie. — W słuchawce usłyszała głośne westchnięcie i odliczanie od pięciu do jednego.
— Jessie, córeczko… Proszę cię, przemyśl to jeszcze — jęknęła, na co brunetka wywróciła oczami.
— Poczekajcie z tym ślubem. Zawsze chciałaś mieć ślub w kościele, pamiętasz? Piękna sukienka? Dużo kwiatków? Jessie, przemyśl to!
— I będzie taki ślub. Drugi. Jak się już dorobimy — powiedziała twardo, oczami wyobraźni widząc, jak matka przewraca oczami.
— Connie? Co się stało? — Nieco się zdziwiła, kiedy usłyszała głoś ojca w słuchawce.
— Twoja córeczka ma kolejny, genialny pomysł.
— Jaki? Studia rzuciła, więc o co może chodzić?
— Bierze ślub!
— Z kim?
— Właśnie, Jessie, z kim ten ślub?
— Z Gabrielem.
— No widzisz, Connie? Bierze ślub z mężczyzną. Gorzej, jakby związała się z kobietą. Wtedy nie doczekalibyśmy się wnuków. I dobrze, że najpierw ślub. My zaczęliśmy w odwrotnej kolejności, nie pamiętasz już?
— TATO!
~.~
— Jessie? Wszystko w porządku? — zapytał Zachariasz, który w czarnym garniturze siedział na kanapie w nowym mieszkaniu siostry. Rozejrzał się, ze zdziwieniem odkrywając, że panował tutaj obrzydliwy porządek, który w żaden sposób nie pasował do młodej Merrick.
— Tak! W porządku — powiedziała nieco zbyt smutno i entuzjastycznie. Zachariasz spojrzał na nią uważnie. Wstał z kanapy i podszedł do niej. Ułożył dłoń na jej ramieniu i uśmiechnął się do ich odbicia w lustrze.
—Przecież widzę, że coś jest nie tak. — Pochylił się na nią i pocałował w czubek głowy. — Odwidziało ci się?
— Co? Nie! Kocham Gabriela i chcę tego ślubu. Tylko nie rozumiem dlaczego Max i rodzice nie przyjechali — westchnęła cicho, chwytając dłoń brata.
— Max ma jakieś ważne interesy. Twoi rodzice nie mogli ot tak odjechać z miejsca pracy. A mama nie dostała wolnego. No już, nie martw się. Na drugi ślub przyjdą wszyscy. — Jessie zaśmiała się pod nosem.
— Nie przyjdą, bo ich nie zaproszę — stwierdziła, podnosząc się z krzesła. — Chodź, trzeba się w końcu ubrać. Nie pójdę przecież w szlafroku.

— No, Jessie, trzymam za was kciuki — powiedział Zachariasz, który jako pierwszy wepchał się do kolejki, aby złożyć życzenia nowożeńcom. Mocno uściskał siostrę, gniotąc jej jasnoróżową sukienkę. Następnie ścisnął rękę Gabrielowi, posyłając mu niezbyt przyjemne spojrzenie.
Składanie życzeń zdawało się trwać w nieskończoność. A wszystko za sprawą ogromnej rodziny Gabriela. Zjechała się nie tylko ta najbliższa, ale również ta dalsza. Dzięki temu poznała masę ciotek, cioteczek, wujków, kuzynek, kuzynów, przyszywanych babć i pełno innych osób. Co ciekawe – zdawało jej się, że sam Gabriel niektórych widział po raz pierwszy na oczy.
Co jakiś czas nerwowo zerkała na zegarek. Mieli sporo czasu w zapasie, wyjeżdżali dopiero późno w nocy, lecz przez te życzenia poślubny obiad i deser nieco przesunął się w czasie. Na jej nieszczęście, ponieważ już czuła, jak jej brzuch upomina się o jedzonko.
— Nareszcie koniec… — mruknęła pod nosem, kiedy przyjęli ostatnią osobę z kolejki. Odetchnęła cicho, wzrokiem szukając Zachariasza, z którym mieli się zabrać.
— Jesteś pewna? — Usłyszała za plecami i aż podskoczyła na dźwięk znajomego głosu.
— MAX! — Krzyknęła radośnie i rzuciła się bratu na szyję. — Zachariasz mówił, że cię nie będzie — powiedziała z nieukrywanym wyrzutem, mocniej wtulając się w brata.
— Nie wszystko co mówi Zachariasz jest prawdą — zauważył, ściskając siostrę. — Nie mógłbym przegapić twojego ślubu. Nawet jeśli to czyste szaleństwo.
~.~
Od kilku godzin siedziała na kanapie w mieszkaniu, które dzieliła z Gabrielem. Bucky, urocza suczka należąca do blondyna, siedziała koło niej i o jakiś czas trącała nosem. Jakby wyczuwała zmianę w samopoczuciu swojej opiekunki.
— Nie, Nicol. Jessie pojechała do Chicago i wróci dopiero za tydzień. Jesteśmy całkiem sami. — Jessie nieznacznie drgnęła, kiedy usłyszała te słowa. Bucky, która wyczuła obecność kogoś obcego, zaczęła głośno szczekać.
— O! Masz pieska! — Powiedziała Nicole, a Jessie mimowolnie się skrzywiła.
— I żonę — odezwała się, wstając z kanapy.
— Jessie… — mruknął Gabriel, wyraźnie zaskoczony, że ją tutaj widzi. — Co ty tutaj robisz? I to wcale nie jest tak, jak myślisz.
— Zapomniałeś? Jesteśmy małżeństwem, a to nasze mieszkanie — powiedziała, gładząc Bucky za uchem. Ta wciąż powarkiwała, wpatrując się w Nicole.
— Miałaś być w Chicago…
— A ty miałeś być mi wierny. Jeju… nie wierzę, że moja matka miała rację — westchnęła ciężko. Chwyciła rączkę od jednej z dwóch walizek. — Papiery rozwodowe przyślę ci pocztą — oznajmiła, wystawiając kolejną walizkę.
— I to tyle? Nie zrobisz mi awantury? Pokazu zazdrości? A co z pytaniami? — zapytał, chwytając Jessie za rękę. Ta zgrabnie wyciągnęła dłoń z jego uścisku.
— Nie zniżę się do twojego poziomu, Gabrielu. I nie chcę wiedzieć dlaczego. Miałeś zerwać z nią jakiś czas temu. Nie zrobiłeś tego. Więc życzę wam szczęścia i powodzenia. Może jej dochowasz wierności — Słaby uśmiech zagościł na jej twarzy. Zsunęła z palca serdecznego pierścionek zaręczynowy i obrączkę i odłożyła je na stolik.
— Jessie… — Dziewczyna już nie zareagowała. Jedynie chwyciła obie walizki i wyszła z mieszkania. Zatrzymała się jedynie na chwilę, aby przy drzwiach pożegnać się z Bucky, która ciągnęła ją za nogawkę, jakby nie chciała dopuścić do tego, aby dziewczyna wyszła.
~.~
— Ukrywaj, nie przeżywaj. Niech nie wie nikt — wymruczała do samej siebie i nieco mocniej skuliła się na chłodnych kafelkach, na balkonie przyjaciółki. Ułożyła czoło na kolanach, wciąż nie mogąc uwierzyć, że to już ostateczny koniec. — Idź sobie — mruknęła, kiedy poczuła, jak czarny kocur ociera się o jej nogi i domaga się uwagi. 

— Ukrywaj, nie przeżywaj. Niech nie wie nikt — wymruczała do samej siebie i spojrzała na Zatokę Nowojorską z balkonu. Nieśmiały uśmiech zagościł na jej twarzy, kiedy karteczkę z zapisaną sentencją strawił płomień z zapalniczki. Kątem oka spojrzała na Castiela, który wyglądał na niezwykle zadowolonego.
[Cytat z tytułu pochodzi z książki Portret Doriana Graya autorstwa Oscara Wilde`a. A cytaty z końcówki, to z tej piosenki: >klik<.
Notka powstała pod wpływem chwili i mam nadzieję, że się spodoba :). Właściwie nie wnosi nic nowego do życia Jessie, ale przynajmniej mogłam podzielić się z Wami namiastką jej historii z Gabrielem :) ]

28/01/2018

2050. The secret is out


24 grudnia 2017

Nieduży dwupiętrowy dom otoczony był ogrodzeniem ze stalowej siatki, miejscami rudej od rdzy. Tuż przy siatce rósł żywopłot z tui, nie pozwalając wścibskim przechodniom zaglądać na teren działki. Na ulicy, gdzie domy jednorodzinne ciągnęły się długim szeregiem, będąc niemalże sklejonymi ze sobą klockami, nie trudno było o ciekawskie spojrzenia.
Na podwórku przed domem stała drewniana huśtawka, szeroko rozkraczona na pociągniętych bejcą balach zbitych w solidne rusztowanie. Łańcuchy wkręcone w górną, poziomą belkę skrzypiały nie tylko podczas mocnego huśtania, ale też na co silniejszych podmuchach wiatru, które wprawiały wysłużoną ławkę w ruch. Siedzisko sklecone z cienkich, długich desek było niewygodne. Źle wyprofilowane oparcie boleśnie wbijało się w plecy i nie trzeba było długo siedzieć na twardych deskach, by poczuć ból pośladków. Huśtawka była ustawiona tyłem do żywopłotu i trzeba było uważać, by nie huśtać się zbyt mocno. Inaczej zahaczało się o krzywo przycięte gałązki. Mimo ostrożności, po latach użytkowania huśtawki, w żywopłocie, w miejscu, gdzie ławka podwieszona na łańcuchach uderzała o tuje, widniała sporych rozmiarów dziura ukazująca siatkę. Dziura nie chciała zarosnąć i często podchodził do niej pies sąsiadów, chcąc sprawdzić, co dzieje się na przylegającym do jego terenu podwórku.
Było to ulubione miejsce Maille w całym domu. Zdawało się, że tylko ona wiedziała, że wystarczyło zabrać ze sobą gruby koc i huśtawka stawała się o wiele wygodniejsza. Nocą, o ile pogoda dopisała, można było obserwować rozgwieżdżone niebo, bujając się przy tym lekko i ostrożnie, by skrzypienie łańcuchów nie obudziło pozostałych domowników.
— Wiedziałem, że cię tutaj znajdę. — Cedric, starannie zamknąwszy za sobą drzwi, ruszył w kierunku kobiety i ponaglił ją machnięciem ręki, by zrobiła mu miejsce. Blondynka chwyciła poły kraciastego koca, którym była szczelnie owinięta i przesunęła się niezgrabnie.
— Trzymaj! — rzucił z uśmiechem i usiadłszy obok, podał jej kubek z intensywnie parującą na mrozie herbatą. Maille wyłuskała ręce spod ciepłego materiału i przejęła od brata naczynie, ostrożnie, by przypadkiem nie uronić ani kropli gorącego naparu.
— Co cię tu przygnało? — zagadnęła, nie kwapiąc się, by podzielić się z mężczyzną kawałkiem koca – wyplątanie się ze szczelnego kokonu wymagało zbyt dużego nakładu sił, które opuściły pannę Creswell mimo obfitej, świątecznej kolacji. — Miałam zaraz wracać do środka — dodała i wzdrygnęła się lekko. Ubrała się ciepło, miała ze sobą wełniany koc, lecz grudniowe wieczory nie należały do najcieplejszych i nawet krótkie pozostawanie na zewnątrz w bezruchu wiązało się z szybką, zbyt szybką utratą ciepła.
— Chciałem pogadać możliwie z dala od rodziców… — mruknął Cedric z uśmieszkiem, który wydał się Maille niepokojący. Jego spojrzenie powędrowało w kierunku drzwi, a następnie okna, przez które sączyło się ciepłe światło. — Wydaje mi się, że nie byliby zachwyceni tym, co mam ci do powiedzenia — dodał, przenosząc wzrok na siostrę. Sam trzymał w prawej dłoni kubek z herbatą, lewą odrobinę nerwowo gładził się po udzie.
— A ja będę zachwycona? — spytała, pozwalając, by jej lewa brew powędrowała ku górze w wyrazie sceptycyzmu. — No, mów… — zachęciła go i dmuchnęła w siwy obłok pary unoszącej się nad herbatą. Przytknąwszy usta do brzegu kubka, wcale nie zdziwiła się, kiedy napój okazał się nie tak gorący, jak początkowo mogłoby się wydawać. Na kilkustopniowym mrozie nie mogłoby być inaczej.
— Niedługo skończę studia. I chyba chciałbym spróbować szczęścia w Nowym Jorku. Jak ty. — Cedric nigdy nie miał w zwyczaju owijać w bawełnę, przez co Maille zawsze bardzo ceniła sobie rozmowy z nim. Teraz uśmiechnęła się pod nosem i powoli upiła jeszcze kilka łyków herbaty.
— Nic nie powiesz? — Brunet wpatrywał się w nią wyczekująco, więc z cichym westchnieniem odsunęła kubek od ust i odwróciwszy głowę, spojrzała na niego z ciepłym uśmiechem.
— A co mam powiedzieć? Spodziewałam się, że prędzej czy później przyjdzie ci to do głowy, aż w końcu pewnego dnia o to zapytasz. Czego ode mnie oczekujesz? Nie zatrzasnę ci drzwi przed nosem, kiedy pewnego dnia zapukasz do mojego mieszkania, ale pamiętaj, że pracuję do późna! — przypomniała mu ze śmiechem, w którym Cedric po chwili jej zawtórował. Chciał też coś dodać, ale Maille uciszyła go zdecydowanym ruchem ręki. — Mam tylko jeden warunek. Musisz być tego pewien — oznajmiła z naciskiem, z nagłą powagą. Twarde spojrzenie jej szarych oczu przygwoździło brata, który zamarł i nie ośmielił się odwrócić wzroku. — To nie może być kolejne twoje widzimisię czy kaprys. Dobrze wiesz, że rodzicom będzie smutno, jeśli podejmiesz taką decyzję, ale nie mówię, że masz zostawać ze względu na nich… Chodzi mi tylko o to, że… — urwała i westchnęła, po czym uśmiechnęła się delikatnie i pieszczotliwie pogładziła dłonią policzek brata. — Cedric, to już nie będzie zabawa, będziesz musiał sam o siebie zadbać… — Chciała kontynuować, ale tym razem to brunet ją uciszył, bezczelnie i ze śmiechem zatykając jej usta dłonią.
— Spokojnie, siostra. Został mi ostatni semestr, później ewentualnie będziemy myśleć — powiedział i puścił jej groteskowo przesadzone oczko, jak ktoś, kto teoretycznie nie potrafił tego robić. Blondynka wywróciła oczami, lecz w duchu się z nim zgodziła.
— Zawsze będziemy mogli ściągnąć rodziców do siebie… — zauważyła cicho, utkwiwszy wzrok w bliżej nieokreślonym punkcie przestrzeni, gdyż tak naprawdę przed jej oczami przesuwały się wizje dalekiej przyszłości.
— Dzieciaki! — Głos Torrence’a przerwał ciszę, która chwilowo zawisła między rodzeństwem. — Wracać mi do środka, ale już! Zmarzniecie, a mama już kończy robić grzane wino! Biegusiem! — zawołał, klasnąwszy w ręce i cofnąwszy się do przedpokoju, zostawił za sobą szeroko otwarte drzwi. Maille i Cedric wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenie, po czym zebrali się z huśtawki i wrócili do domu.


29 grudnia 2017

— Maille? — Slaine wsunęła głowę w szparę powstałą pomiędzy drzwiami a framugą, spoglądając na siedzącą na łóżku córkę. — Mogę?
Zamiast odpowiedzieć, blondynka z uśmiechem poklepała dłonią miejsce obok siebie. Uśmiech starszej kobiety stał się szerszy, kiedy ta wsunęła się do środka i cicho zamknęła za sobą drzwi, jakby nie chciała, by ktokolwiek zauważył, że wkradła się do pokoju Maille, co prawda za jej zgodą, ale jednak.
— Co robisz? — Siadając na łóżku, spojrzała na leżące przed dziewczyną rzeczy. Rozpoznała w nich stare notatniki i szkolne zeszyty, wśród których poniewierały się luźne kartki.
— Wyciągnęłam pudło spod łóżka i tak jakoś zaczęłam to przeglądać… — odparła, niedbale wzruszając ramionami i zaczesawszy jasne włosy za ucho, zerknęła na siedzącą nieco bokiem do niej rodzicielkę. — Nic ważnego. A ty? Przyszłaś na ploteczki? — zagadnęła wesoło, lekko i zaczepnie szturchnąwszy ją w ramię.
— Tak jakby… — Slaine zagryzła zębami dolną wargę i posłała jej niepewnie, zmieszane spojrzenie. — Chciałam zapytać, jak się czujesz… — mruknęła, a Maille posłała jej niezrozumiałe spojrzenie. — Wiesz, w końcu Andrew niedawno… — urwała, widząc, że blondynka wyprostowała się jak struna i odwróciła głowę.
— Mamo… — rzuciła tylko zduszonym głosem, który przy wypowiadaniu ostatniej głoski niepokojąco się załamał. Slaine uśmiechnęła się krzywo i objęła córkę ramieniem, niepewnie, jakby nie wiedziała czy wciąż może pozwolić sobie wobec niej na taki gest. Jakby dzieląca je przez trzy lata odległość była czymś więcej, niż kilometrami możliwymi do pokonania w kilka godzin samolotem.
— Widać, że cię to gryzie.
— Ale ja nie chcę o tym rozmawiać! — warknęła ze złością, wzdrygnąwszy się tak, jakby chciała zrzucić z siebie opiekuńcze ramię, lecz Slaine na to nie pozwoliła i mocniej, jakby otrzeźwiająco, zacisnęła palce na ciele blondynki.
— Nie ma o czym rozmawiać. Poznałam kogoś i rozstaliśmy się w zgodzie. A TO stało się już po naszym rozstaniu.
— A jednak…
— Co „a jednak”? — krzyknęła, gwałtownie się odwracając. W jej szarych oczach lśniły łzy, które mimo wszystko nie były w stanie ugasić płomienia niepohamowanego gniewu, którego Maille nie potrafiła zrozumieć. Co ważniejsze, w tym momencie nie gniewała się na matkę, a na samą siebie.
— A jednak się obwiniasz — dokończyła spokojnie Slaine, przez co Maille opuściła głowę, zawstydzona swoim wybuchem.
— Tak, chyba tak… — przytaknęła słabo, pełnym poirytowania ruchem ręki ocierając łzy z policzków.
— Nie powinnaś. Nie ty go tam wysłałaś.
— Ale gdybyśmy się nie rozstali, nie wróciłby do czynnej służby…
Slaine ze zrozumieniem skinęła głową. Zatem to o to chodziło, teraz już wiedziała, lecz co z tego, skoro tak naprawdę nie mogła nic zrobić? Nie pytała o nic więcej, niczego więcej nie powiedziała. Długo siedziały w ciszy, nim podniosła się i skierowała do wyjścia.
— To nie jest twoja wina — powtórzyła z mocą, nim równie cicho, co poprzednio, zamknęła za sobą drzwi.


Racjonalna część jej umysłu wiedziała, że to nie jej wina, lecz w nocy, tam gdzie nie sięgało blade i zimne światło księżyca, rozlegały się szepty. Ciche głosy powtarzały nieustannie, że mogła zrobić wiele, by temu zapobiec. Podsuwały jej możliwe scenariusze, zimnymi palcami udręki dokładnie wskazując miejsce, w którym powinna powiedzieć coś innego lub inaczej się zachować. Punkt po punkcie, jakby według tylko im znanej listy, wytykały każdy moment, w którym mogła podjąć odpowiednie działanie, ale tego nie zrobiła. Dlaczego? Jesteś aż tak samolubna, Maille? Tak bardzo nieczuła? A może jedno i drugie? Naprawdę ani przez chwilę nie pomyślałaś, nie brałaś tej opcji pod uwagę? Nie zakładałaś, że to może tak się skończyć? No właśnie… Pamiętasz… Pamiętasz chwilę, ten przebłysk i ukłucie niepokoju, kiedy przez ułamek sekundy wiedziałaś, co może się wydarzyć. Zignorowałaś jednak to przeczucie, machnęłaś lekceważąco ręką…
Nienawidziła tych głosów i tego, że nie potrafiła ich uciszyć. Wiedziała jednak, że kiedyś zamilkną, tak jak wiedziała, że to nie była jej wina. Przed tym tylko głosy musiały powiedzieć swoje, nasycić się poczuciem winy i żalem. A może już nigdy miały nie ucichnąć? Może miała tylko przyzwyczaić się do ich obecności, zacząć je traktować jak coś normalnego i powszechnego, nieistotny szum w głowie? To chyba oznaczałoby, że zobojętniała, a na to nie chciała pozwolić. Pozostawało jej zatem wierzyć, że kiedy pokornie wysłucha wszystkiego, co mają jej do powiedzenia, odejdą tak niespodziewanie, jak się pojawiły. Tymczasem nakryła głowę poduszką, jakby w nadziei, że to stłumi niespokojne szepty. Nic takiego jednak się nie stało. Wręcz przeciwnie, kiedy dźwięki z zewnątrz zostały stłumione, głosy nabrały mocy, rozzuchwalone nagłą dozą swobody.
— Dobrze — szepnęła Maille, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w szczelinę między poduszką a prześcieradłem, przez którą sączyło się żółte światło latarni. — Przemyślmy to raz jeszcze… Ostatni.


__________________________________________________
Powyższy tekst nie jest ani górnolotny, ani długi, ale naszło mnie na napisanie czegoś. Czegokolwiek. Prawdopodobnie dlatego, że ostatnio dużo czasu spędziłam na onetowskim NYCu, kopiując stare opowiadania i zatęskniłam za czasami, kiedy autorzy publikowali dziesięć postów fabularnych dziennie. Serio! Cytaty pochodzą z piosenek 30 Seconds To Mars, które macie podlinkowane, gdyby ktoś miał ochotę posłuchać. Dzięki za przeczytanie, jeśli dobrnęliście aż tutaj!

15/01/2018

2049. Przygody kota Castiela i wk#rwionego Jensena

    ― Jessie!
    Mógł jedynie patrzeć jak odchodzi, a raczej jak odbiega. Zdecydowanie nie tak wyobrażał sobie tegoroczne święta. Miał odebrać Leah z lotniska, oboje mieli udać się do mamy i spędzić razem ten piękny czas. Odwiedzając przy okazji blisko mieszkającą rodzinę, ale to już był punkt, którego żadne z nich tak naprawdę nie chciało wypełniać. Ciotka Jane wciąż była obrażona na matkę Jensena za przypalenie indyka w zeszłym roku. On sam uważał, że wyszło dość zabawnie, mieli się przy czym pośmiać i trzeba było kombinować coś na szybko, ale jednak dla niej to była prawdziwa zniewaga. Składanie sobie życzeń byłoby teraz okropnie nieszczera, a kobieta ― jak ją znał Jensen ― w myślach życzyłaby jego matce, aby podczas gotowania obiadu spaliła całą kuchnię i dom przy okazji. Rodzinne święta były zawsze zabawne, Bogu dzięki, że nikt już nad nim nie wisiał, kiedy sięgał po butelkę z winem, aby się napić. Bez jakiejkolwiek ilości alkoholu w organizmie trudno byłoby je przetrwać. 
    ― Ta cholera zostawiła nas samych sobie ― wymamrotał pod nosem. 
    Podniósł transporter z kotem i odwrócił go do siebie, aby przez kratkę spojrzeć na kocura. To będą naprawdę zabawne święta. A raczej tragiczne. Syk kota, jego przymrużone oczy i ta dziwna pozycja zapowiadały, że wcale nie będzie ciekawie. A może tak okazywał radość? Nie miał pojęcia, nie znał się przecież na kotach! Zawsze wolał psy. Ludzie dzielili się na kociarzy i na psiarzy oraz na tych, którzy nie znosili żadnych zwierząt, czego Jensen nigdy zrozumieć nie potrafił. Czworonożne, a i nawet dwunożne zwierzęta zawsze były lepszym towarzystwem, niż drugi człowiek. Te przynajmniej nie krzywdziły celowo, prawda? 
    ― Myślisz, że się zorientuje jak oddam cię do kociego hotelu? Nieee, masz rację. Będzie wiedziała od samego początku ― stwierdził i chociaż nie chciał, skierował się ze swoim wrogiem numer jeden w stronę auta. 
    Nie był przecież na tyle okrutny, aby zostawić go samego sobie. 

~*~ 

    ― Leah ja cię błagam.
    Obiecywał sobie, że nie zniży się do tego poziomu. Jak tylko ta mała zołza nauczyła się mówić i dowiedziała się, że kiedy powie rodzicom co nabroił, ma przeskrobane, potrafiła się ustawić. Za dzieciaka to były słodycze za milczenie, w nastoletnich czasach chciała kosmetyki czy pieniądze, a teraz, nie dało się jej niczym, cholera, przekupić. Obiecał jej nawet, że przeleje jej pieniądze, aby zapłaciła za rachunki i też się nie dała. 
    ― Powiedziałam coś. A teraz się zamknij i lep te pierogi ― warknęła w odpowiedzi, niezbyt miło, ale trudno było się dziwić, skoro w ciągu ostatnich dwudziestu minut powiedział jej imię przynajmniej dwieście razy, w dodatku irytującym, piskliwym głosem, który miał brzmieć jak jej, a o tylko dodatkowo ją wkurzyło. ― Nie moja wina, że twoje znajome to wariatki, które zostawiają swoje dzieci gdzie popadnie, a raczej z kim. Szczerze, jesteś ostatnią osobą, której powierzyłabym opiekę nad kotem, ale nie będę cię w tym wyręczać. Było odmówić.
    ― Nie miałem jak - odłożył gotowego pieroga na bok i zabrał się za lepienie kolejnego ― Jessie jest nieobliczalna, jakbyś ją znała to wiedziałabyś, że ta kobieta jest zdolna do wszystkiego i więcej. Po prostu... Ja i Castiel się nie lubimy. Jackie go jako-tako toleruje, ale sama wiesz...
    ― Nie wiem i nie chcę wiedzieć, Jen.
    Humphrey zmarszczył czoło.
    Leah doskonale wiedziała w jaki sposób mu dopiec, aby się przymknął. Podczas lepienia pierogów nie odezwał się już więcej. Spoglądał jedynie na siostrę co jakiś czas, jakby przez te spojrzenia miała w końcu się zgodzić na zajęcie się kotem. Kotem, który miał w sobie coś z diabła. Jensen był bardziej, niż pewien tego, że ten zwierz został opętany podczas porodu. Jakie normalne zwierzę jest... jest takie? Sam nie potrafił powiedzieć co z nim było nie tak. Jego doświadczenia z Castielem nie należały do najprzyjemniejszych i szczerze mówiąc, najchętniej to by w ogóle zapomniał, że taki kot jak on, istnieje. 
    Oparcie znalazł w mamie. 
    Valerie była kobietą, która kochała wszystkie zwierzęta, choć tylko na odległość. Z chęcią przez kilka minut pogłaskała psa czy kota, jednak nigdy na dłużej. Tym razem jednak Castiel dumnie zajmował miejsce na jej kolanach od dobrej godziny i nie zanosiło się na to, aby miał w ogóle z nich schodzić. Jensen przyglądając się zwierzęciu, miał zwyczajnie ochotę je strącić z kolan matki. Ot, tak dla zabawy. Trochę to było z jego strony wredne, ale to ile szkód wyrządził mu ten futrzak nawet nie mogło się równać z małą, niewielką szkodą, jaką byłoby zrzucenie go z kolan. Trochę przemawiała też przez to zazdrość.
    W końcu to była jego mama, a nie kota, prawda? 

~*~
    ― Ty mały, wredny, nędzny karaluchu!
    W tym samym momencie, kiedy te słowa padły z ust Hermiony, która moment później zaciśniętą pięścią uderzyła Draco w nos, Jensen spojrzał na Castiela. Kot rozgościł się na jego kanapie, trochę za bardzo. Leżał rozłożony na plecach, aż go korciło, żeby dotknąć puszystego brzucha kota. Wstrzymał się jednak, miał w myślach te wszystkie memy, które pokazywały, że dotknięcie kota po brzuchu to jak taka muchołapka. A dłoń człowieka jest tą małą i biedną muchą, która dała się nabrać.
    ― Co ja ci poradzę, że ten kocur zajmuje wszystkim miejsce? ― zwrócił się do Jackie. Zwykle to ona leżała obok niego na kanapie, a teraz miejsce suczki zostało zajęte przez kota Jessie. Kota, którego już tu dawno nie powinno być. 
    Powinien szykować się na kolację. Miał spędzić u mamy noc, więc chcąc nie chcąc musiał zabrać też tą gromadkę. Jednak zamiast się szykować oglądał Harry'ego Pottera i Więźnia Azkabanu, po raz kolejny w tym roku. To był naprawdę dobry sposób, aby rozpocząć święta. Dziwił się tylko, że jeszcze nie dostał żadnego ponaglającego telefonu. 
    Ledwo zdążył o tym pomyśleć, a leżąca na stoliku komórka zaświeciła się. 
Od Leah: Ruszaj dupsko. Ciotka Teresa padła. 
    Kilka sekund później. 
Od Leah: Cholera, wpadła.* 
Przyjeżdżaj, nie dajemy psychicznie rady z mamą. 
    Na samą myśl o tym, że ciotka miałaby paść, zaśmiał się.
Była utrapieniem całej rodziny. Naprawdę, całej. Każdego roku znajdowała innych, którzy przygarnęliby ją na święta, a jak nie znajdował się nikt wspaniałomyślny, to sama się wpraszała. Jensen się zastanawiał czemu jeszcze ktokolwiek otwiera jej drzwi, albo odpowiada na telefony. Sam już dawno miał zmieniony numer, aby ta nie mogła do niego dzwonić. W przeszłości zdarzało się, że wydzwaniała wiele razy, bo się jej nudziło. Choć najgorzej i tak było na samym początku, czyli w dzieciństwie mężczyzny. Sama kobieta nie miała dzieci, a jej mąż kopnął w kalendarz, czego trochę mu Jensen zazdrościł, bo nie musiał się już z nią użerać. Faktem było to, iż nie mogła przeżyć tego, że małżeństwo Humphrey zdecydowało się na adopcję, kiedy sami mieli problem z tym, aby mieć potomka. Wiele lat później pojawiła się Leah, która do tej pory była oczkiem w głowie wszystkich. Zwłaszcza Jensena.
    ― Zbieramy się zwierzaki ― oznajmił pauzując film. Bardzo chciałby tu zostać. Zwłaszcza, że święta miały się zacząć z ciotką, której szczerze nie znosił. Głupio byłoby się wyminąć. Trochę żałował, że nie zgodził się na wyjazd z Alexą i kilkoma innymi osobami do Aspen, kiedy miał okazję, ale bardzo chciał też zobaczyć się z siostrą, a jej nie widział już długo. Niech będą przeklęte wkurwiające ciotki, pomyślał zbierając swoje rzeczy. Miał zostać w domu na noc, w końcu rano ktoś musi otworzyć prezenty, a nie uśmiechało mu się jeździć w tą i z powrotem. Dlatego też musiał zabrać kota i psa. Nie uśmiechało mu się też wsadzanie kota do transportera, a zapewne Castiel gdyby umiał, to pokazałby mu środkowy palec każdą z czterech łap. 
    ― Nawet nie waż się patrzeć na mnie tym wzrokiem, kocurze. Włazisz tam i nie obchodzi mnie to, że ci się to nie podoba. Włazisz i już. 
    Jesteś dużym chłopcem, Jensen. Poradzisz sobie z głupim kotem. Przecież taki kot nie może mu zrobić dużej krzywdy, prawda? Co najwyżej ugryzie, albo podrapie. A we śnie poderżnie pazurami gardło. Jessie miała u niego naprawdę zajebiście duży dług. Opiekowanie się kotem prosto z piekła, trochę go przerastało. 
    Wpakowanie go do transportera było naprawdę, ale to naprawdę trudnym zajęciem. Zbyt trudnym. Jensen nie spodziewał się takich problemów ze strony kocura, który zapierał się łapami, wbijał pazury gdzie tylko mógł, byle nie wejść do środka. Minęło bodajże pół godziny, zanim przekupił go kawałkiem surowej ryby. Musiał specjalnie otworzyć nowe pudełko z sushi, które miało być jego jutrzejszą kolacją, ale okazało się być dzisiejszą dla Castiela. Podrapane ręce, na których były czerwone ślady zadrapań odrobinę piekły. Dlatego nie lubił kotów, kiedy już zaczęły szarpać jakąś część ciała, zaciskały się wokół nich i drapały z każdej możliwej strony. Nie miał pojęcia jakim cudem Jessie wytrzymywała z tym kocurem sam na sam, i co takiego mu robiła, że jeszcze jej nie pożarł we śnie. Droga do domu również nie należała do najprzyjemniejszych. Z wielką chęcią znalazłby się teraz w Aspen, daleko od tego wszystkiego, ale nie. Zachciało mu się rodzinnych świąt. Dobra, nie miałby nic przeciwko, gdyby nie ten kot i ciotka Teresa. Wtedy byłoby idealnie. On, Leah i mama. Nie potrzebowali nikogo więcej, aby dobrze spędzić ten czas. Dojeżdżając na miejsce dostrzegł samochód Teresy, rzucająca się w oczy czerwień. Pewnie idealnie pasowała do jej szponów. Pamiętał jak Leah kiedyś zapytała się jej czy są naturalne, po dość długim wykładzie na temat ― sam nie miał pojęcia jaki ― dziewczynka nigdy więcej nie pytała się już o nic ciotki, o ile nie było to konieczne. 
    Jeszcze przed wejściem do domu słyszał jakieś krzyki. Zaczynał sobie bardzo, ale to bardzo współczuć. 
~*~ 
    — I wyobraź sobie, że Matilda w tym roku nic nie wysłała! 
    — Dodaj mi Boże siły — wymruczał pod nosem mężczyzna. Zamknął za sobą drzwi, zwracając też tym samym na siebie uwagę. Pierwsza do przedpokoju wpadła Leah, która od razu rzuciła mu się na szyję. Był to raczej akt desperacji, niż faktyczna tęsknota. 
    — Jak dobrze, że jesteś. Nie dziwię się, że jej najbliższa rodzina nie chce z nią spędzać świąt — szepnęła cicho i dopiero po chwili zauważyła, że nie jest sam — przyprowadziłeś Jackie! I tego dziwnego kota też, jak miło. O wiele lepsze towarzystwo, zabiorę się z Jackie, a ty... Ty możesz zostać z nim. Wolę ją. 
    — Wierz mi, że ja też! Ja też.
Nawet nie liczył na to, że uda im się przeżyć tą kolację w spokoju. Już przy przygotowaniach puściły wszystkim nerwy. Jedynie chyba Castiel siedział w spokoju obserwując to całe zamieszanie z bujanego fotela. Bardzo mu się spodobał, będzie musiał napomknąć Jessie, aby sobie taki sprawiła. Zazdrościł też Jackie, która wolała schować się w zajmowanym przez Leah pokoju na górze. Sam z wielką chęcią uciekłby w tamto miejsce. Starał się myśleć, że jest już dorosły i poradzi sobie w towarzystwie znienawidzonej ciotki.
    — Możemy siadać do stołu — oznajmiła Valerie uśmiechając się ciepło do swoich dzieci.
    W oczach kobiety można było dostrzec jak bardzo chciała spędzić ten czas tylko z nimi. Od kiedy ojciec Jensena odszedł, spędzali ten czas razem. Boże Narodzenie było ulubionym świętem Georga, dlatego każdego roku obchodzili je tak, jakby on sam tego chciał. To jednocześnie był trochę smutny czas, nie było czuć zapachu palonych cygar, ani wody kolońskiej, nie było też słynnej nalewki Georga, którą wyjmował tylko na święta, ani nie było też jego. I choć upłynęło już dziewięć lat bez niego, nadal wieszali skarpetę przy kominku z jego imieniem, każdy wkładał tam coś od siebie, a rankiem dzielili się tymi małymi upominkami, którymi zwykle były słodkości.
    Początek kolacji przebiegł tak, jak wszyscy tego oczekiwali — w porządku. Jackie zeszła z góry, układając się pod stołem i licząc na to, iż uda się jej od kogoś wysępić kawałek jedzenia. W tajemnicy przed resztą, Jensen podrzucał jej mniejsze kawałki w nadziei, że nie zostanie przyłapany.
Rozmowa średnio się kleiła. O ile można było nazywać to w ogóle rozmową. W większości to ciotka nadawała, a reszta jej tylko przytakiwała.
    — A więc Jensen — słysząc swoje imię wyprostował się niczym struna — skąd ty tego kota wziąłeś?
    — Przyjaciółka wyjechała i nie miała go z kim zostawić, więc zgłosiłem się na ochotnika i oto jestem. Niańka do kotów.
    — A więc bezdzietna?
    Sama nie masz dzieci, pomyślał z przekąsem starając się nie wypowiedzieć tego na głos.
    — Z tego co mi wiadomo to nie planuje powiększania rodziny na ten moment.
    — Młode nigdy nie wiedzą, czego chcą. Nawymyśla sobie taka, że nie chce dzieci, nakupuje kotów, a potem bezpłodne i płacz! Bo nie wiedzą co robić, dziecka się chce, a tu nie można! — Krzyknęła, uderzając pięścią w stół. Szkło lekko się zatrzęsło,  wino w kieliszkach obiło o ścianki i wyglądało na to, jakby zaraz wszystko miało runąć. 
    Zaobserwował jak Leah sięga po kieliszek i duszkiem wypija jego zawartość, a matka przewraca oczami. Jak dobrze, że w towarzystwie bab, chociaż te zdrowo myślą. Był ciekaw co by było, jakby wspomniał o dość burzliwej przeszłości Jessie, ale akurat o tym wolał nie mówić i po prostu chciał trzymać usta zamknięte na kłódkę. Lepiej było się nie odzywać, niż później narobić sobie i wszystkim dookoła problemów.
    — Pamiętasz Valerie, jak nie mogłaś zajść w ciążę? Dawno, zanim jeszcze zdecydowaliście się na adopcję — ton jej głosu wskazywał na to, że chociaż już minęło tyle lat, to wraz nie było jej w smak to, że ktoś zdecydował się dać dom niechcianemu ,przez swoich prawdziwych rodziców, dziecku. — To dlatego, że przebywaliście wtedy tyle czasu na wsi u matki Georga. Ona zawsze miała tyle tych kotów, psów i innych zwierząt. Mówię ci, wyjechaliście do miasta, a tu proszę... Taka śliczna pannica ci wyrosła. Jakbyś od razu tam wyjechała, to miałabyś Leę wcześniej, a tak...
    — Tak, to z całą pewnością była wina kotów, psów i świnek — odparła kobieta, niechętnie już grzebiąc w swoim talerzu widelcem. Może w myślach wbijała go w oko kobiety, kto wie? Jensen chciałby to zobaczyć.
    — Moja kuzynka ma znajomą, która ma córkę i ona jest bezpłodna, a wiecie czemu? Bo ma kota, tak! A teraz jęczy, że nie może mieć dzieci, a stara się z tym swoim pacanem, już długi czas. Z tą twoją znajomą będzie tak samo, jeszcze trochę i będzie żałować tego futrzaka.
    Jensen naprawdę miał dość tej całej rozmowy. Liczył na to, że zaraz znajdą jakiś inny temat. Błagał tylko, aby nie zeszło na tematy religijne, albo nie daj Boże o decydowaniu czy ciąże trzeba zatrzymać czy nie. Wtedy naprawdę rozegrałoby się wielkie piekło, z którego sam Lucyfer chciałby uciec. Pewne rzeczy nawet jego przerastają.  
    Zabawne ile miało się do powiedzenia, kiedy pojęcie w temacie było znikome. Dzieci jak tylko ją widziały to czuły, że trzeba uciekać. Nie miała więc szans na to, aby poznać jakieś bliżej. Jego samego porządnie wystraszyła, kiedy pierwszy raz miał z nią styczność. I do tamtej pory mu nie minęło. 
    Miał nadzieję, że będzie to już koniec niespodzianek na wieczór. Kolacja powoli dobiegała końca, wszystko przebiegło w miarę sprawnie do czasu... 
    — Castiel! 
    Wszystko działo się niezwykle szybko. Kocur skoczył z bujanego fotela, prosto na plecy ciotki Teresy, a jej głosy krzyk przebił im chyba bębenki w uszach. Kot dodatkowo wszczepił w nią pazury, następnie przygotowując się do kolejnego skoku. Tym razem jego celem był stół, wskakując na niego, strącił kieliszek z winem, a te natomiast wylało się na sukienkę kobiety. Krzyków ze strony wszystkich było naprawdę dużo, mieszane ze śmiechem, bo choć Jensen szczere Castiela nie lubił, tak teraz miał ochotę przybić mu piątkę w każdą z czterech łap! Zwierzę przebiegło się po stole, w sałatce zostawiając odcisk swojej łapy i wywracając wszystko co tylko się da, łącznie ze świeczką. Szczęście tylko w tym, że przewracając się wosk, który również się wylał spadł na ogień i dzięki temu nic się nie zapaliło. Jensen kątem oka ledwo zauważył tylko jak kot coś kradnie ze stołu. Nawet nie próbował go powstrzymać, jeszcze ciotka rozszarpałaby go swoimi rękami i zjadła na deser. Brr. 
    — CZY WYŚCIE POSZALELI?! 
    To nie był krzyk, a czysty wrzask. Głośny, przeraźliwy wrzask. Jakby to jeszcze była ich wina, że kotu odbiło! 
    — Nigdy więcej tutaj nie przyjdę! Nigdy więcej! Zapamiętajcie sobie raz na zawsze, to była moja ostatnia wizyta w tym domu! Nikt nie będzie was chciał odwiedzać! Nikt! 
    Krzyczała jeszcze przez jakiś czas, ale Jensen w pewnym momencie się wyłączył. Zamiast coś odpowiedzieć zaczął się po prostu śmiać. Głośno. Swoim śmiechem zaraził na początku Leę, Valerie próbowała jeszcze jakoś swoje dzieci uspokoić, ale i ona zaraz wybuchła głośnym śmiechem, co jeszcze bardziej wpędziło Teresę w niezadowolenie, iż nikt nie stanął po jej stronie. 
    — Co za rodzina! Wstyd! Nigdy więcej mo... 
    — Dobrze, ciociu! Nikt nie będzie tęsknił! Możesz sobie już pójść, opowiedzieć wszystkim jacy jesteśmy niedobrzy, idź idź i zobaczymy z kogo tu będą się śmiać. Ja odprowadzę do drzwi...
    — Nie dotykaj mnie gówniaro! — warknęła, kiedy Leah próbowała jej pomóc. Może kogoś o słabym charakterze ta uwaga by zasmuciła, ale jego siostra tylko bardziej się zaśmiała i wzruszyła ramionami, zupełnie nie przejmując się tym, iż z prześlicznej, takiej mądrej dziewczynki zyskała już inną opinię. — Będziecie jeszcze żałować! Wszyscy! 
    — Oj, na pewno. Taki cyrk już się nie powtórzy.

~*~ 
    Sprzątanie tego bałaganu nie było już takie zabawne. 
    — Wyobrażacie sobie minę taty? — Zapytała Leah ściągając brudny obrus ze stołu. 
    — Znając tatę to pokładałby się ze śmiechu, a następnie wyrzuciłby ją z domu w mniej grzeczny sposób, niż zrobiłaś to ty — odezwała się mama — masz to po nim, wiesz? Jesteś cała jak on z charakteru. Tylko troszeczkę łagodniejsza. 
    — Widzisz? Wcale nie kłamałem jak mówiłem, że jesteś niczym baran — wtrącił mężczyzna. W odpowiedzi otrzymał jedynie wypięty język i zaciśniętą dłoń w pięść. 
    Spędzili resztę wieczoru rozmawiając w spokoju, dojedli kolację, napili się więcej wina i nie wspominali tej sytuacji z ciotką. I cała ich trójka była w stu procentach pewna, że wylądują na jej czarnej liście, którą sobie wytworzyła, aby wiedzieć komu kartek na święta i życzeń na urodziny nie wysyłać. 

~*~
    — Powinienem ci podziękować. 
    Siedział już w swojej sypialni, było grubo po drugiej w nocy. Dopiero teraz się rozeszli do swoich pokoi. Niedawno skończyli rozmawiać, trzeba było jeszcze się umyć i trochę się zeszło. A teraz Jensen zwracał się do kota. Ten dostał już sporą nagrodę w postaci surowej ryby. Nikt nie robi takiego rabanu jak kot. Nagroda chyba bardzo mu się też spodobała, bo o dziwo, aż prosił o więcej i to właśnie Jensena. Mężczyzna był naprawdę w szoku. 
    — Dałeś niezły popis, wiesz? Twoja bezdzietna i pewnie już dawno bezpłodna mamusia będzie z ciebie dumna — zapewnił. Ostrożnie wyciągnął rękę, aby go pogłaskać na dobrać, jednak w odpowiedzi dostał tylko pazurami po łapie. — I to było na tyle ze zgody, hm? 
    Najwyraźniej nie dojdą do tego, aby się porozumieć. Cóż, fajnie było chociaż na jeden dzień móc zejść z wojennej ścieżki, a raczej na kilka godzin. Posiedział jeszcze przez chwilę, składając życzenia znajomym. Jessie nawet słowem nie wspomniał co się stało, wolał opowiedzieć jej o tym osobiście.
Musiał zobaczyć jej minę, a potem położył się spać 
    Pobudka była nagła, niespodziewana. Leżał na plecach, nie mogąc się ruszyć. Szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w sufit, nie mogąc zrozumieć co się dzieje. Oddychało mu się ciężko, ledwo łapał oddech i czuł wyraźny ciężar na swojej szyi. Momentalnie pomyślał o paraliżu sennym, który jako nastolatek tak bardzo chciał przeżyć. Teraz jednak ani trochę mu się to nie uśmiechało, wręcz przeciwnie. Czuł się okropnie, nie mogąc zrozumieć co takiego się dzieje. Odkaszlną kilka razy i dopiero wtedy do niego dotarło...
    — Zjeżdżaj! 
    Bogu dzięki, że do powrotu Jessie było coraz bliżej. 

~*~ 
    — Jesteś pewna? — zapytał, uważnie wpatrując się w strojącą przed nim dziewczynę. Potargane włosy, rozszerzone źrenice i dwa inne buty… Jessie w pigułce.
    — Tak! Jestem pewna! Chcę iść z tobą na randkę. Na prawdziwą randkę! — powiedziała, a raczej krzyknęła, uśmiechając się szeroko. Spojrzała ponad ramieniem mężczyzny i lekko zmarszczyła brwi. — Kupić ci choinkę… pod choinkę? — zapytała. Koniec jej słów zwieńczył głośny huk i dźwięk tłuczonych lampek, które rozbiły się na podłodze. A ci, którzy mieli bardziej rozwiniętą wyobraźnię, mogli usłyszeć diaboliczny śmiech, który wydobywał się z pyszczka czarnego kota, który zmierzał w kierunku Jessie.
    — No chodź kochanie do mamusi! — Zawołała, mijając nieco zdezorientowanego (a może przerażonego?) Jensena. Wyciągnęła ręce w kierunku kota, który po chwili znalazł się koło niej. Wzięła go na ręce i zaczęła kiziać za uchem. — No już, już! Mamusia cię kocha, wiesz? Mój malutki, kochaniutki…
    — Kochaniutka, ale za spowodowane zniszczenia płacisz ty.
    — Wcale nie. Podpisałeś, że ponosisz pełną odpowiedzialność za szkody.
    — Niczego nie podpisywałem!
    — No w sumie racja. Podrobienie twojego podpisu to nie była trudna sztuka. Podrobienie podpisu Maxa, to dopiero wyzwanie. — Jessie zrobiła zabawną minę. Odwróciła się w kierunku Jensena. — To… Przyjedź po mnie o ósmej. Ubierz się ładnie. Jakiś garnitur, czy coś. O! Najlepiej garnitur i muszka. Masz ładnie wyglądać, abym nie pożałowała swojej decyzji, jasne? I dziękuję za opiekę nad Cassem. Mam nadzieję, że świetnie się razem bawiliście. To ja le…
    — Synku, z kim tak głośno rozmawiasz?

————————————————————————
Cześć! Witam się serdecznie z notką, która jest jeszcze utrzymana w świątecznym klimacie. Nie zdążyłam opublikować jej wcześniej, (moje lenistwo xD), ale jest! Tekst napisany kursywą na samym dole jest autorstwa Czarnego Jeźdźca, której mocno dziękujemy za pomysł na notkę!♥ W moim zamyśle miała być krótka i zabawna, krótka na pewno nie jest, a czy zabawna... To się przekonamy. :D 
Na gifie Jensen przeklinający kota Jessie! 

01/01/2018

2048. BUM! BUM! Bumerang! Wraca bumerang

— Cześć, Jensen! — krzyknęła, uśmiechając się radośnie w kierunku mężczyzny, który otworzył jej drzwi. — Pamiętasz, jak powiedziałeś, że zrobisz dla mnie wszystko? Byleby tylko mi pomóc? — zapytała i nie czekając na odpowiedź pozwoliła sobie kontynuować: — Właśnie nadszedł ten dzień, kiedy potrzebuję twojej pomocy! Wiesz. Chodzi o to, że… jednak wracam na święta do Chicago. A Castiel boi się samolotów, a nie chcę, aby coś mu się stało podczas tego lotu. Zaopiekujesz się nim? — Na koniec uśmiechnęła się niezwykle uroczo. — No proszę! Obiecałeś! — skrzyżowała ręce na wysokości piersi, będąc gotową wytoczyć znacznie cięższe i poważniejsze argumenty, którymi mogłaby przekonać przyjaciela do przygarnięcia zwierzaka. — To tylko kilka dni!
— Co za to dostanę?
— Niespodziankę! — Jessie klasnęła w dłonie. Odwróciła się i sięgnęła po transporter, który przytargała ze sobą. — Chyba akurat śpi, więc nie musisz się o nic martwić — zaśmiała się. — Jestem przekonana, że się dogadacie i będzie się świetnie bawili! — Mówiła, podając transporter mężczyźnie. — No… to by było na tyle. Wesołych Świąt, Jensen! — Zawołała. Przelotnie musnęła go w policzek i pośpiesznie oddaliła się od drzwi, jakby w obawie, że Humphrey lada moment się rozmyśli, albo co gorsza – cofnie ją i odda czarnego kocura, z którym nie będzie miała co zrobić.
~.~
Jessie wraz z Maxem stała nieopodal odpowiedniej bramki na lotnisku. Za niedługo miał rozpocząć się jej lot, przed którym - nie ukrywając - się denerwowała. Najgorzej było wystartować, a potem wylądować. To co działo się pomiędzy nie miało jakiegoś szczególnego znaczenia. W momencie, kiedy zaczynały łapać ją wątpliwości, to chwytała się jednej, prostej myśli - jeszcze się nie zdarzyło, aby jakiś samolot nie wrócił na ziemię.
— Na pewno masz wszystko?
— Taaak. Mam wszystko, co jest mi potrzebne.
— Portfel? Dokumenty? Ciepła kurtka? Płaszcz przeciwdeszczowy? Okulary przeciwsłoneczne? Jedzenie na drogę?
— Max... — jęknęła w końcu, wywracając oczami.
— Dobra, dobra. Wolę się upewnić, że wszystko masz.
— Na pewno mam.
— A telefon? Masz telefon? Pamiętaj, że obiecałaś dzwonić tak często jak się tylko da.
— Mam telefon w kiesze... — zacięła się, wsuwając dłonie do przednich kieszeni obcisłych spodni, które kupiła specjalnie na tę podróż. — Chyba znów go zgubiłam.
— Jessie...
— No dobra! Żartuję. Mam go tutaj — zaśmiała się, wyciągając urządzenie z tylnej kieszeni. Na oczach brata wrzuciła go do plecaka, który służył, jako bagaż podręczny. — Nie musisz się o mnie tak martwić, wiesz? To zaczyna być dziwne.
— Mam złe przeczucie. To wszystko. Pamiętasz, że ostatnio przeczucie się sprawdziło, prawda?
— Pamiętam, aż za dobrze. Zamknąłeś mnie na całą noc w budce z komiksami. I pojechałeś do Cassie. I nie raczyłeś odebrać telefonu. Trudno, abym tego nie pamiętała. Pół dnia i cała noc. Bez jedzenia i wody. Prawie dostałam klaustrofobii. — Max zaśmiał się pod nosem. Pociągnął za jeden z końców kolorowej chusty, aby nieco ją naprostować na ramionach siostry. — Idę, bo twoja czułość zaczyna mnie przerażać, wiesz? — Odsunęła się od brata.
— Po prostu uważaj na siebie, Jessie — powiedział i nie zważając na jej opór, przyciągnął ją do siebie i przytulił. — I postaraj się wrócić w jednym kawałku — dodał, głaskając ją po włosach.
Czekając na walizkę i z braku lepszego zajęcia, poddała się tej wspomnieniom. Odruchowo uśmiechnęła się sama do siebie. Jednocześnie uświadomiła sobie, jak bardzo stęskniła się za Maxem. A nawet za Zachariaszem, a przecież niedawno go widziała!
— Jeszcze chwilkę… — mruknęła do samej i mocno szarpnęła za rączkę od walizki. Pośpiesznie udała się w kierunku wyjścia, a już po chwili siedziała w taksówce i wesoło ględziła do taksówkarza, który (całe szczęście!) miał świetny humor i odpowiadał jej równie żwawo i humorystycznie.
~.~
Nacisnęła klamkę i ze zdziwieniem odkryła, że drzwi są zamknięte. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz spotkała się z taką sytuacją. Ojciec, który uważał, że zamki są wynalazkiem Szatana, najchętniej to w ogóle by ich nie zamontował. Westchnąwszy ciężko, wyciągnęła rękę w kierunku dzwonka. Przyciskała go, dopóki przez okno nie zauważyła światła na korytarzu. Po chwili usłyszała szczęk zamka i odruchowo cofnęła się o krok. O mało nie spadła ze schodków.
— Tak? — Jessie uważnie zmierzyła blondynkę, która jej otworzyła, spojrzeniem. — Mów szybko o co chodzi, a potem idź sobie — rzuciła niezbyt miło. Jessie mocniej zacisnęła dłoń na rączce od walizki.
— Jestem Jessie…
— Dobre sobie, Jessie. Nie przyjmujemy przybłęd. Jak nie masz, gdzie spędzić świąt, to już nie mój problem. — Jessie uniosła brew w górę, wyraźnie zaskoczona taką odpowiedzą.
— Jestem w stanie o tym zapomnieć, ale wpuść mnie do domu. — Jessie na moment zamknęła oczy, nie chcąc dać się ponieść negatywnym emocjom.
— Powiedziałam, że cię nie wpuszczę, więc idź sobie, albo zadzwonię po policję. — Blondynka gniewnie zmrużyła oczy.
— Posłuchaj, nie mam pojęcia kim jesteś, ani co robisz w moim domu. Ale wpuść mnie do środka, nim stracę do ciebie cierpliwość.
— W twoim domu? Dziewczyno! Ty masz jakieś urojenia!
— Jessie?! — Zachariasz, który nagle pojawił się tuż za blondynką, nawet nie krył swojego zdziwienia. — Co ty tutaj robisz? — zapytał, wymijając dziewczynę i stając oko w oko z siostrą.
— Przyjechałam na święta. Wpuścisz mnie?
— A… co? A tak, już, już — powiedział, wychodząc na schodki. Odebrał od siostry walizkę i przepuścił ją w drzwiach. — Jessie, to jest Amanda. Moja dziewczyna. Amando, to jest Jessie. Moja siostra. — Obie dziewczyny uśmiechnęły się do siebie sztucznie, najwyraźniej nie mając ochoty na wdawanie się w głębsze dyskusje i rozmowy. Jessie prychnęła pod nosem i udała się w kierunku salonu.
Święta w rodzinie Merrick nigdy nie należały do normalnych. Choć lepiej byłoby zacząć od tego, że sama rodzina do normalnych i szablonowych nie należała. Aby zrozumieć, trzeba ich pokrótce opisać.
Henry Merrick – pan domu i głowa rodziny. Po zjedzeniu swojego ulubionego dania, indyka z farszem i wypiciu soku jabłkowego, usiadł na fotelu, na którym poddał się ulubionej, świątecznej czynności, czyli spaniu.
Rakel Agnarsdóttir – Merrick – druga żona Henryego i matka Zachariasza. Po wigilijnej kolacji sprzątnęła wszystko ze stołu i zaszyła się w kuchni, gdzie, mimo posiadania nowej zmywarki, wszystkie naczynia myła ręcznie.
Connie Merrick – była żona Henryego, matka Jessie oraz Zachariasza. Jako, że jej nowy chłopak ją wystawił, to nie miała z kim spędzić świąt. Przez cały wieczór wygłaszała swoje mądrości i krytykowała nieudane małżeństwo córki.
Cassidy "Cassie" Clay – Merrick – żona Maxa. Przez cały wieczór siedziała naburmuszona. Nikt nie wie dlaczego.
Amanda – dziewczyna Zachariasza. Nikt nie wie, dlaczego przyszła. Wtrącała się do wszystkiego, przez co Jessie przypadkiem oblała ją czerwonym winem.
Zachariasz Agnarsdóttir - Merrick – starszy brat. Poprzednią noc świętował wigilię z innymi nauczycielami. Zbyt skacowany (albo nie do końca wytrzeźwiały), aby brać czynny udział w wigilijnej kolacji.
Maximilian Merrick – starszy brat. Niekoniecznie chętny, aby brać udział w wigilijnej kolacji.
— Jessie. — Głośny pomruk Maxa wyrwał ją z chwilowego zamyślenia. Brat szturchnął ją lekko w nogę, a potem w ramię. Przekręciła głowę w jego stronę. — Chodźmy stąd — mruknął. Jessie wzruszyła ramionami. Odrzuciła chusteczkę na talerz i wstała od stołu.
— Jassemine Merrick! Słuchałaś co do ciebie mówiłam?
— Mamo, mówiłam ci, że nie mam zamiaru słuchać twoich rad dotyczących małżeństwa.
— A gdybyś posłuchała, to nie byłoby problemu. Mówiłam ci, że masz nie brać kogoś takiego, jak twój ojciec. I co? I miałam rację! Tylko czekać, aż ten twój Gabriel znajdzie jakieś zaginione dziecko na boku.
— Chodźmy stąd — mruknęła w kierunku brata, nie słuchając dalszego wywodu matki.
In New York you can
Be a new man— (Just you wait!) 
In New York you can 
Be a new man— (Just you wait!)
 In New York you can be a new man—
— Pamiętasz, jak tutaj przychodziliśmy? — zapytał Max, patrząc uważnie na Jessie, która usiadła na jednej z ławek. Wsunęła dłonie do kieszeni i pokiwała twierdząco głową. — Zabierałem cię tutaj, odkąd rodzice pozwalali mi prowadzić wózek. Wiedziałem, że tobie się to spodoba.
— Max, o co ci chodzi?
— Nie przerywaj mi — mruknął, patrząc na siostrę. Usiadł obok niej na ławce i ostrożnie wyciągnął jej dłoń z kieszeni. Ścisnął ją, nie bacząc na zdziwione spojrzenie siostry. — Kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem, to wrzeszczałaś jak opętana. Rodzice nie mogli cię niczym uspokoić. Smoczki, pieluszki, miśki… no nic. Nawet kołysanie na rękach. Wrzeszczałaś dla samej idei wrzeszczenia. Co w sumie zostało ci do teraz — uśmiechnął się smutno. Jessie przeniosła wzrok z brata na ich dłonie. — Tak naprawdę zawsze byliśmy tylko my. Rodzice żyli jakby obok nas. Byli obecni w naszym życiu, ale ich nie było. Byli tak zajęci tymi pieprzonymi festiwalami, że nie zauważyli, że ich dzieci potrzebują uwagi.
— Max…
— No nie przerywaj mi, kiedy mówię. Chociaż raz.
— Po prostu nie podoba mi się, to co mówisz. Albo przejdź do sedna sprawy, albo przestań mnie straszyć. Mam dość przygód na dziś.
— Nigdy nie sądziłem, że brak opieki ze strony rodziców wynika z faktu, że ojciec ma drugiego syna. Ale chociaż między nami nie zawsze było dobrze, to nigdy nie winiłem ciebie za to wszystko. Rodzice nie pozwolili mi wyjechać na studia, a ja nie miałem odwagi im się przeciwstawić. Zostałem tutaj, w Chciago. Ale to nie ciebie za to winię. Nawet nieco cię podziwiam. Nie wszyscy mieliby odwagę nagle rzucić wszystko i po prostu wyjechać w podróż dookoła świata. Piszesz komiksy, projektujesz ubrania… żyjesz pełnią życia. Dziewczyno! Nawet się rozwiodłaś! A ja? Ja dalej prowadzę tę cholerną budkę z komiksami. Nawet Zachariasz ma ciekawsze życie ode mnie, choć jest nudnym matematykiem. Swoją drogą, to ciekawe. Odkąd tylko pojawił się w naszym życiu, wasz kontakt jest zadziwiająco dobry. Od razu złapaliście wspólną nić porozumienia, na którą my musieliśmy sporo zapracować.
— Chcesz mi powiedzieć, że jesteś zazdrosny o Zachariasza? — uniosła nieco brew, patrząc na brata nagle rozbawiona tym dziwnym spostrzeżeniem.
— Nie jestem o niego zazdrosny. I nie do tego zmierzam.
— No to do czego?
— Bo… pamiętam, jak kiedyś mi mówiłaś, że mimo wszystko czasami chciałabyś powrócić do Chicago, tak na stare śmieci… — Jessie ostrożnie kiwnęła twierdząco głową. — A teraz zostajesz aż do Sylwestra, prawda?
— Taak…
— Dlatego teraz będę lepszy od Zachariasza. I spełnię twoje marzenie o powrocie na stare śmieci — powiedział, wyciągając klucz z kieszeni kurtki. — Siostra Cassie nawaliła. Musisz ją zastąpić w budce z komiksami — wyszczerzył się szeroko, w momencie w którym Jessie odebrała od niego kluczyk i usilnie starała się nie parsknąć śmiechem. Trzepnęła go lekko w głowę
— Naprawdę? Taka przemowa? Mogłeś po prostu powiedzieć, że mam stanąć na kasie. Przecież wiesz, że bym to zrobiła… — Max kiwnął twierdząco głową. — I naprawdę, nie musisz być zazdrosny o Zachariasza. Nasza relacja jest… inna. Ale przecież to ty byłeś ze mną przez te wszystkie lata. Pocieszałeś mnie i opiekowałeś się mną. Nawet jeśli czasami próbowałeś mnie podtruć starą pizzą. — Powiedziawszy to, oparła głowę na ramieniu brata. Ten objął ją i pogłaskał po ramieniu. — Albo na całą noc zamknąłeś mnie w kiosku.
— A tak poza tym, to Cassie jest w ciąży. Zostaniesz ciocią. I chcę, abyś została matką chrzestną.
~.~
30.12.2017 r., budka z komiksami Maximiliana
Przeciągnęła się leniwie, przed wejściem na taboret. Trochę trudno było jej się ogarnąć. Odkąd była tu ostatni raz, sporo się zmieniło. Max wszystko poprzestawiał, przez co miała trudność ze znalezieniem odpowiednich komiksów.
— Przepraszam? Długo jeszcze? Wlecze się pani, jak nie wiem. — Jessie spojrzała przez ramię na niezbyt cierpliwego klienta, który stał koło lady.
— Długo — odparła zadziwiająco spokojnie. Wspięła się na taboret i sięgnęła komiks. — O to ci chodziło? — zapytała.
— Nie jesteśmy na ty! Powinna się pani do mnie zwracać na per pan. — Jessie uniosła brew w górę, a potem parsknęła śmiechem.
— Dobrze. Czy jaśnie pan życzył sobie ten komiks? — Pytając, podeszła do lady. Skrzyżowała ręce na wysokości piersi.
— Tak. To ten.
— To świetnie. Kupujesz?
— Jessie! — Chłopak nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ głośny krzyk z zaplecza, skutecznie to utrudnił.
— Co?! — Odkrzyknęła.
— Chodź tutaj! — Westchnęła ciężko, ale wzruszyła ramionami i poszła do Maxa, który stał i drapał się po czole.
— Kto napisał serię Fables? — zapytał. — Bo muszę domówić, a nie pamiętam nazwiska gościa.
— Scenariusz napisał Willingham. Bill Willingham. I ty dobrze o tym wiesz! Odkąd tu jestem, to zadajesz mi ciągle pytania. Przestań udawać, że nie znasz się na komiksach! Przecież to ty mnie w to wciągnąłeś, zapomniałeś? I nie. Nie wrócę do Chicago, aby u ciebie pracować.
— Ale ja nie chcę, abyś wracała do Chicago...
— Co?! To robisz te szopki tylko po to, aby…
— Nie. Wiem, że nie wrócisz z tego twojego Nowego Jorku, aby tutaj zamieszkać na stałe. Ale mam dla ciebie inną propozycję. Chcę, abyś otworzyła filię w Nowym Jorku. Sama mówiłaś, że to projektowanie ubrań, to tylko chwilowy kaprys. A komiksy… Jessie, znasz się na tym i sama piszesz. Zastanów się nad tym dobrze. Pomogę ci we wszystkim, naprawdę. Przemyśl to i daj mi znać. A tu jest twój prezent świąteczny. — Na koniec wręczył siostrze niewielką kopertę. Ta, wciąż oszołomiona jego propozycją, ostrożnie otworzyła kopertę. A potem wrzasnęła z radości, widząc dwa bilety na Notre Dame de Paris w jednym z nowojorskich teatrów muzycznych.
~.~
Powrót do Nowego Jorku, z wiadomych względów, był dla niej bardzo ciężki. Mimo że uwielbiała to miasto, to nie chciała jeszcze zostawiać Maxa i swojej rodziny. Miała wrażenie, że nie jest gotowa na dalsze dorosłe życie z dala od Chicago.
Usiadła na wygodnej kanapie, która stała w jej mieszkaniu. Zamknęła oczy, a potem – działając pod pewnym impulsem, poderwała się z kanapy. Niemal wybiegła z mieszkania, po drodze narzucając kurtkę i krzywo obwiązując się szalikiem. Wsiadła do swojego Mini Coopera i ruszyła z piskiem opon.
Jeśli Święty Mikołaj istnieje, to Jessie z całą pewnością powinna dostać mandat, jako spóźniony prezent gwiazdkowy. Ale sprawa, która musiała do załatwienia, nie mogła czekać.
Zatrzymawszy się pod odpowiednim budynkiem, niemal wyskoczyła z samochodu. W pośpiechu wyciągnęła kluczyki, uświadamiając sobie, że ma ubrane dwa inne buty – jeden brązowy i jeden czarny botek ze sztybletami. Machnęła na to ręką, dochodząc do wniosku, że to nic ważnego. Pobiegła do odpowiedniego mieszkania i dzwoniąc i pukając na zmianę, czekała aż X w końcu otworzy. A kiedy to nastąpiło, klasnęła w dłonie.
— Mam dwa bilety do teatru muzycznego. Pójdziemy na prawdziwą randkę?


[Hej! Nowy Rok, więc postanowiłam dodać notkę, którą tworzyłam już od jakiegoś czasu. Mam nadzieję, że choć troszkę się podoba :). Chciałam przedstawić święta w nieco innym klimacie, bardziej w stylu Merricków :D Końcowy fragment jest zarazem pomysłem na kolejną notkę. Ktoś chętny? „X”, to może być ktokolwiek – albo ktoś z kim już prowadzę wątek, albo ktoś z kim jeszcze nie prowadzę :). Za jakiś czas pojawi się kolejna notka, która będzie wyjaśnieniem tego, co w końcu Merrick zadecydowała i czy na pewno została matką chrzestną :). Dziękuję Ice Queen za „użyczenie” Jensena i za to, że zgodził się zaopiekować Castielem (mimo obustronnej nienawiści). Po nagrodę może się zgłosić… kiedyś :D
Na gifie Ian Bohen (blogowy Max Merrick) i Shelley Hennig (blogowa Jessie Merrick). A fragment wykursywiony był użyty w innej notce (Czy Brat Zachariasz ukradł naszego kota?)
Cytat z tytułu jest z tej >tu< piosenki :) ]