Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

08/08/2026

[KP] Z braku świeżych idei odgrzewa się stare i to z boczkiem

 

Seth Weston
Trzydziestojednoletni taksówkarz i współwłaściciel Ear me out, założonego razem z bratem w 2019 roku. Boi się żab, notorycznie gwiżdże, choć właściwie tylko Ring of Fire Johnny'ego Casha, i nie potrafi zasnąć, jeśli gdzieś w pokoju tyka zegar. Ma organiczną alergię na rutynę i kontaktową na cynamon. Nienawidzi chodzić pod krawatem i ten zakłada tylko w sytuacjach podbramkowych, znaczy się, jak robota każe albo mama poprosi żeby się wystroił.
 
Kredyt studencki brzmiał jak zapisy na sznur, szef dyszący w kark i klepanie excela od dziewiątej do siedemnastej podobnie. Zresztą, co taki pryszcz po szkole średniej z mlekiem pod nosem wiedzieć miał na temat swojej przyszłości? A no tyle, że zobowiązać to się może co najwyżej do rodzinnego obiadu raz w miesiącu i to wciąż z asteryskiem w postaci jeśli oczywiście nie zapomni. Wybrał taksówkę, bo akurat zobaczył ogłoszenie, duże drukowane litery i zielone banknoty. Łatwy szmal z napiwków, kawa ze stacji benzynowej i tyle swobody, ile mieści się za kierownicą żółtego wozu to całkiem niezły start dla takiego wyrostka, tym bardziej, że do stracenia nie miał nic. Szybko odkrył, że tylne siedzenie to bilet w pierwszym rzędzie do prywatnego teatru offowego, gdzie program zmienia się z każdym kursem. Seth słuchał. Patrzył. Chłonął. A potem wykorzystał to w czymś znacznie ciekawszym.

Od siedmiu lat aktywnie działa w Ear me out i obecnie wcielić potrafi się w każdego. Może przyjechać na wesele jako fikcyjny plus jeden albo urządzić scenę zazdrości na życzenie, może aferować się przy niezrównoważonym szefie, podrywać nieznajomych i robić za karka w obstawie. Nauczył się rzewnie płakać na zawołanie i wcale nie widać, że to sztuczne, jego łzy są tak samo przezroczyste i mokre, jak te prawdziwe. Najbardziej lubi jak dostaje zlecenie grupowe i wejść może w rolę wraz z bratem, bo co dwie improwizacje to nie jedna, no i zabawa jakby przedniejsza. Tego zapału nie potrafi zostawić w domu, kiedy wsiada za kierownicę i czasami, gdy dopada go znudzenie, zaczyna sobie pozwalać: wymyśla historię o samotnym ojcostwie albo zerwanych zaręczynach – tak dla jaj, żeby sobie pobajdurzyć i wciska ją niewinnym pasażerom jak przeterminowane cukierki. Seth lubi, gdy coś się psuje. Rutyna gasi go jak peta na dworcu i każda okazja by z niej wyjść, przyjęta zostaje z entuzjazmem, nawet jeśli rozsądniejszy człowiek popukałby się w głowę. 

Papierkową robotę czy wymianę oleju potrafi odkładać w nieskończoność, gubiąc przy okazji wszystkie kwity, ale jak trzeba to w środku nocy zawiezie kogoś na lotnisko albo otworzy słoik ogórków. W sytuacjach kryzysowych zachowuje spokój, bo adrenalinę traktuje jak witaminę C i wierzy, że trzeba ją suplementować. Słyszał, że emocje smakują najlepiej duszone i marynowane, ale póki co testuje tę teorię.
 
Dzień dobry i cześć! W tytule Lec, na focie Adam Driver. Szukamy brata i może znerwicowanego księgowego, ale przygarniemy właściwie wszystkie mniej lub bardziej skomplikowane powiązania. Dawno nas w blogosferze nie było, ale nadzieja jest taka, że to jak jazda na rowerze, więc oby nam nie wypadł łańcuch. Mailowo można się odezwać na: niecierpek.himalajski@gmail.com

07/08/2026

[KP] Rules are not to be played by rebels

Len Lenny Weston
(28 lat; zawodowo casting associate & scout; po godzinach współwłaściciel EAR ME OUT)

Gdy świat stoi na pasach i czeka, aż zamryga zieleń, Len przechodzi na czerwonym. Nie obraża się na zasady – właściwie w ogóle nie bierze ich do siebie. Dobrze, że istnieją, ale po co od razu ich przestrzegać? Bez przesady. Przecież się spieszy.
Więc kroczy. Najpierw idą uszy, potem nos – i dopiero na końcu cała reszta. W poprzednim życiu pewnie był gryzoniem, rodzajem myszowatego, może szczurkiem przeciskającym się przez szczeliny, może myszoskoczkiem, który czeka, aż ktoś go pogłaszcze po grzbiecie.
W tym życiu akurat jest człowiekiem. W tym życiu przeżył już wiele żyć. Początek był niewinny. Działo się to, gdy Lenny miał siedemnaście lat i został wolontariuszem w hospicjum. Jedna z pacjentek wzięła go za wnuka – pierwszego dnia nie zaprzeczył, przez następne siedem też nie.
Od tamtej pory odgrywał już role czyjegoś dzieciaka, przyjaciela z dzieciństwa, księdza nawet. I bliskiego, z którym ktoś nie zdążył się pożegnać. Taki aktor osobisty, na drugą nóżkę i na drugi etat, zawsze do wynajęcia – razem z bratem stworzyli nieoficjalną agencję aktorską Ear Me Out i oferują ludziom właśnie to. Jeśli zapłacisz, przyjdzie jako twój chamski znajomy i powie sąsiadowi, że wszyscy mają dość jego dowcipów. Przetańczy noc na weselu. Usiądzie naprzeciwko ciebie w swetrze zmarłego syna i pozwoli wyznać wszystko, co powinno było paść wcześniej.

Len Weston


Radykalnie dobry, skrajnie nieetyczny. Len odbierze telefon o czwartej rano, pojedzie przez pół miasta i usiądzie obok kogoś na podłodze, dopóki ten nie przestanie płakać. Może przy okazji odwołać kolację z dziewczyną albo zapomnieć o urodzinach brata, nie ma problemu. To znaczy – oni zwykle mają.
Z obcymi idzie mu łatwiej. Obcy potrzebują od niego konkretnej rzeczy. Obecności na pogrzebie. Przykręcenia szafeczki. Ramienia, na którym można się wypłakać. Bliscy chcą Lena, a to zamówienie, które często pozostaje poza pakietem.
Na przeprosiny może się uśmiechnąć, choć wygląda wtedy, jakby wypchał sobie policzki jabłuszkami. Siostra powiedziała kiedyś, że uśmiech Lenny’ego czyni cuda – leczy trądzik, nawadnia pola. Cuda należy sobie dawkować, tak mówią zasady. A Len na zasady się nie obraża, właściwie to w ogóle nie bierze ich do siebie.

05/08/2026

[KP] The world is full of magic things, patiently waiting for our senses to grow sharper

Valentina Velázquez

Valentina Velázquez

29 lat · ceramiczka · założycielka Pottery by V.V. · urodzona w Hiszpanii, jednak połowę życia spędziła w Ameryce · absolwentka Rhode Island School of Design · pracownia i mieszkanie na Lower East Side, NYC · samozwańcza zielarka z godną pozazdroszczenia plantacją truskawek na tarasie · joga sposobem na wszystko

Każdego ranka wychodzi na taras z filiżanką kawy, zanim jeszcze miasto zdąży na dobre się obudzić. Sprawdza, czy truskawki przetrwały noc, po czym podlewa miętę i rozmaryn, podśpiewując pod nosem hiszpańskie hity z lat 80. Nadaje imiona większości roślin i absolutnie nie widzi w tym niczego dziwnego. Później rozkłada matę tam, gdzie światło pada najłagodniej, i przechodzi do porannej jogi, odnajdując siebie na nadchodzący dzień.

Zanim zejdzie do pracowni, prawdopodobnie zdąży już gdzieś zgubić filiżankę. Ma zwyczaj zostawiać kawę lub herbatę w najróżniejszych miejscach, by później odnajdywać je w najmniej spodziewanym momencie — na parapecie, obok koła garncarskiego albo wśród stosów rozpoczętych książek. Z ceramiką bywa podobnie: jednego dnia pomysł na nową kolekcję spada na nią jak grom z jasnego nieba i zanim zdąży porządnie się nad nim zastanowić, pierwsze projekty są już gotowe. Kolejnego potrafi przez kilka godzin formować na kole dziesiątki kształtów, by ostatecznie większość z nich odłożyć na bok i pozwolić im odejść w zapomnienie. A następnego ranka zaczyna od nowa, jakby nic się nie stało.

W sklepie rozpoznaje stałych klientów po krokach. Wie, kto zawsze ogląda kubki z niebieskim szkliwem, kto przychodzi po prezent dla żony, a kto tylko zagląda do środka, zabijając czas. Zdarza jej się dorzucić do czyjegoś zamówienia małą ceramiczną zawieszkę albo własnoręcznie przygotowane kadzidło, choć później udaje przed samą sobą, że prowadzenie biznesu nie powinno polegać na rozdawaniu rzeczy za darmo.

W przerwach od pracy pomaga synowi sąsiadki z naprzeciwka bezpiecznie przejść przez ulicę w godzinach największego natężenia ruchu samochodowego, a później tłumaczy mu, jak zbudowany jest piec ceramiczny i dlaczego szkliwo potrzebuje odpowiedniej temperatury, żeby zamienić się w coś zupełnie innego, niż było na początku.

Podczas popołudniowego joggingu zawsze zatrzymuje się na pogawędkę ze starszym panem, który zwykle zajmuje swoje miejsce przy stole szachowym w parku i rozgrywa kolejne partie z wyimaginowanym przeciwnikiem. W drodze powrotnej kupuje bukiet ciętych piwonii w pobliskiej kwiaciarni, by następnego ranka ustawić go w witrynie atelier, oraz wstępuje do ulubionej włoskiej cukierni po pistacjowe cannoli.

Z podróży nie przywozi magnesów na lodówkę. Zamiast tego zbiera małe kamienie, grudki gliny i piasek, które później trafiają do podpisanych słoiczków stojących na półce w pracowni. Potrafi bez mapy znaleźć drogę przez obce miasto po drugiej stronie świata, ale wciąż zdarza jej się skręcić nie w tę ulicę, wracając do własnej pracowni.

Wieczorami, kiedy ostatni klienci znikają za drzwiami atelier, Valentina często wraca na dach. Czasami z książką, czasami z kieliszkiem wina bezalkoholowego, a czasami tylko z kocem przewieszonym przez ramię. Lubi obserwować, jak światła zapalają się kolejno w oknach sąsiednich kamienic, i zastanawiać się, ilu ludzi właśnie teraz robi coś zupełnie zwyczajnego, o czym nigdy się nie dowie.

„The world is full of magic things, patiently waiting for our senses to grow sharper.”
Valentina — ceramika Valentina — podróże Valentina — joga
· odautorsko ·
Lata nie pisałam, więc miło wrócić. Val to cicha woda, dajcie się nam rozkręcić. Wizerunku użyczyła Tamara Strasser, a cytat to W.B. Yeats.
kontakt: jagodzianka.z.malinami@gmail.com

[KP] Should I stay or should I go?

PABLO
Paweł Wysocki, lat 35 


Gdańsk - Nowy Jork, Greenpoint, 30 Kent Street - właściciel PW Constructions, małej firmy budowlanej zatrudniającej ok 10 pracowników (Polaków, Meksykanów, Portorykańczyków i Pakistańczyka) - spec od wszystkiego i niczego - w NYC od ośmiu lat, dalej tłumaczy ludziom, że jest w nim t y m c z a s o w o - niby unika zobowiązań, ale przywiązuje się do każdego, kogo pozna - nie potrafi funkcjonować bez najbliższych mu ludzi i współpracowników - fan NBA i New York Knicks, często można spotkać go w MSG na meczu  


Miał zostać w Nowym Jorku tylko kilka miesięcy, max pół roku. Zacisnąć zęby, zarobić portfel cały wypchany dolarami, wrócić do Polski i opowiadać, że american dream to bujda i na nim Nowy Jork wcale nie zrobił wrażenia. Osiem lat później połowa Greenpointu zna go jako Pabla, druga połowa ma zapisany jego numer telefonu jako emergency, a on sam prowadzi niewielką firmę budowlaną i nadal twierdzi, że w NYC jest tymczasowo.

Remontuje mieszkania, ratuje budowy i rozwiązuje problemy, zanim ich właściciele zdążą spanikować. Zawsze zna kogoś, kto zna kogoś. Potrzebny hydraulik w niedzielę? Pablo go załatwi. Przeprowadzka o szóstej rano? Przyjedzie swoim białym, rozklekotanym vanem. Ktoś stracił pracę, mieszkanie albo wiarę w ludzkość? Paweł zatrudni, znajdzie dach nad głową i wzruszy ramionami, gdy będziesz dziękować. 

Jest głośny, rozmowny, bezpośredni i wszędzie zachowuje się tak, jakby był u siebie. Z klientami negocjuje z uśmiechem, z ekipą się droczy, a z nowo poznanym człowiekiem po dziesięciu minutach rozmawia jak ze starym kolegą. W Nowym Jorku zna kogoś niemal na każdej ulicy. Kierowcy dostawczy trąbią na jego widok. Właściciele polskich sklepów odkładają mu ulubione produkty (krówki ciągutki i Michałki!). Portierzy wpuszczają jego ekipę bez zbędnych pytań, a pracownicy innych firm podchodzą do niego po radę, nawet jeśli formalnie nie mają ze sobą nic wspólnego.

Wychowany w Gdańsku, w Nowym Jorku znalazł się przypadkiem, gdy jego kuzynka zadzwoniła, że na już potrzebują fachowca przy budowie luksusowego hotelu w centrum Manhattanu. Paweł kupił bilet, spakował torbę i poleciał, przekonany, że wróci, zanim ktokolwiek zdąży za nim zatęsknić. Tyle że był k t o ś, kto miał na niego czekać. W Polsce zostawiał nie tylko rodzinę i znajomych, ale również dziewczynę, z którą był od kilku lat. Związek na tyle poważny, że rozmowy o ślubie przestały być żartami rzucanymi przy piwie, a zaczęły dotyczyć konkretnych terminów, mieszkania i pieniędzy. Wyjazd do Stanów miał być częścią tego planu. Paweł zarobi więcej przez pół roku, wróci, dorzucą pieniądze do wspólnego startu i zaczną urządzać życie, które w zasadzie było już ustalone. Paweł nigdy nie wrócił, a ona przestała czekać. 

Od tamtej pory Paweł nie ma problemu z kobietami, flirtowaniem ani bliskością. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś te flirtowanie chce ubrać w poważny związek. Raz już obiecał komuś przyszłość, nie potrafiąc zrobić dla niej miejsca w teraźniejszości. Nie chce zrobić tego ponownie. Dlatego łatwiej powiedzieć mu, że nie szuka niczego poważnego, niż przyznać, że boi się zostać dla kogoś najważniejszą osobą i znowu okazać się wiecznie nieobecny. Wie przecież, że odbierze telefon z budowy o dziesiątej wieczorem, pojedzie ratować cudzą awarię w niedzielę i odwoła własne plany, jeśli ktoś będzie go potrzebował.

Paradoksalnie człowiek, który twierdzi, że unika zobowiązań, jest jednym z najbardziej zobowiązanych ludzi w całym Nowym Jorku. Wobec pracowników, rodziny, przyjaciół, sąsiadów i każdego, komu kiedykolwiek powiedział: dzwoń, jakby coś było potrzebne. Tak samo jest z Nowym Jorkiem. Ma tutaj firmę, przyjaciół, mieszkanie i ułożone całe życie, ale nadal nazywa je tymczasowym.

Bo dopóki coś jest tymczasowe, nie trzeba przyznać, że podjęło się jakąś decyzję. Paweł w podejmowaniu decyzji jest n a j g o r s z y



_ _ _



Cześć i czołem! (kluski z rosołem, też). Nie było nas kilka lat na blogach, ale czasami chce się wrócić. Pablo jest do tańca i do różańca, zapraszamy wszystkich, szukamy wszystkiego, komplikacji też.
LEPIMY PIEROŻYNY
Twarzy użycza znany i lubiany Theo James; znajdziecie nas: shakespeare.is.not.dead@gmail.com

03/08/2026

[KP] No one leaves home unless home is the mouth of a shark

 Podkład: Skillet - Surviving the game

Adora Mercury
Są rzeczy, od których nie można uciec,jeśli nawet odejdzie się od nich bardzo daleko.
ID
Urodzona: 14/02/1997, Hawana (Kuba)
Obywatelstwo: Kubańskie i hiszpańskie
Języki: Hiszpański karaibski, baskijski i angielski
Zawód: Właścicielka 4-gwiazdkowego hotelu Night Heart (Astoria, Queens) i modelka
Wykształcenie: NYU, prawo
Zamieszkała: Apartament na Long Island City
Stan cywilny: Zamężna
Wł. Adoracion Mireia
Mercury
Księga życia
Oglądając jej zdjęcia z ostatniej prezentacji luksusowych strojów prosto spod igły najbardziej szanowanych w świecie salonów mody widzisz uśmiechniętą młodą kobietę o olśniewającej urodzie zawdzięczanej baskijskim genom matki. Zazdrościsz jej możliwości codziennego obcowania ze sławami wielkiego ekranu. Jesteś przekonany, że skoro wraz z mężem, dwójką dzieci i tervuerenem Tianą dzieli ogromny apartament w jednej z najdroższych dzielnic Nowego Jorku z pewnością nie posiada żadnych zmartwień. Nie wiesz bowiem, że jest jedyną córką szefa kubańskiego kartelu narkotykowego, której przeznaczeniem od najwcześniejszych chwil był ślub z najstarszym synem kolumbijskiego przyjaciela ojca stojącego na czele jego zagranicznego odłamu. Nie zdajesz sobie sprawy, że w przeddzień osiemnastych urodzin wsiadła na pokład nocnego samolotu odlatującego w kierunku USA. o których wiedziała tylko tyle, że ich walutą jest dolar amerykański, a na czele rządu stoi Barack Obama. Nie zdajesz sobie również sprawy, że parę miesięcy później w bardzo niesprzyjających okolicznościach poznała swojego obecnego małżonka. Z zamykanej na klucz szafki w barze, w którym wówczas pracowała jako kelnerka zniknęły jej dokumenty, a funkcjonariusz spisujący tamtego wieczoru zeznania Adory zdecydowanie bardziej zainteresował się jej pochodzeniem niż ujęciem sprawcy kradzieży. Tak oto jeszcze tego samego dnia trafiła przed oblicze młodego agenta DEA, który w przeciwieństwie do wspomnianego policjanta nie tylko z ogromną uwagą wysłuchał tłumaczeń zalęknionego dziewczęcia, ale także obiecał powziąć wszelkie niezbędne środki, by mogła poczuć się bezpiecznie w nowym kraju. To właśnie te, zdawałoby się niezwykle stresujące, godziny połączyły ich na kolejne długie lata. Nie może niestety stwierdzić, że na wieczność, ponieważ niedługo po tym, gdy ich ukochane brzdące, Aroa i Thiago, weszły w wiek powszechnego obowiązku szkolnego, Adoracion z pewnym zdziwieniem odkryła, że odgrywanie roli kolejnej błyskotki na mundurze Michaela już jej nie wystarcza. Zaczęła więc coraz częściej spotykać się z innymi mężczyznami, swoje ciągłe spóźnienia tłumacząc pilnymi obowiązkami związanymi z prawidłowym funkcjonowaniem Night Heart.

Odautorsko

01/08/2026

Sierpniowa lista obecności

Czas na sierpniową listę obecności, która będzie trwać:

od 1 sierpnia do 5 sierpnia,
do godziny 23:59


  1. Na listę obecności zobowiązani są wpisać się wszyscy autorzy, którzy chcą pozostać na blogu. Proszę o wpisywanie się z zalogowanego konta, podając imię i nazwisko postaci oraz, jeśli nie zostało to jeszcze zawarte w odpowiednich zakładkach, wykorzystywany wizerunek oraz wykonywany zawód wraz z przypisanym sektorem
  2. Osoby przebywające na urlopie nie muszą wpisywać się na listę obecności, jeśli jednak macie taką możliwość, jak najbardziej możecie dać znać, że jesteście. Z kolei osoby, których urlop kończy się w trakcie trwania listy obecności, muszą się na nią wpisać.
  3. Na listę obecności muszą wpisać się też autorzy, którzy dołączą na bloga w trakcie jej trwania.
  4. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, listę obecności można zasłonić kartą postaci lub postem fabularnym.
  5. Karty postaci autorów, którzy nie wpiszą się na listę obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych i będą widnieć tam do 10 sierpnia włącznie. Po upływie tego terminu karty wraz z mailem zapewniającym dostęp do bloga zostaną usunięte.

31/07/2026

[KP] I cóż, że ze Szwecji?

czasem

Magnus Mange Valtersson,

czasem

Malmo Mia!

Trzydziestoletni Szwed, za dnia kurier Amazona na pół etatu, wieczorami drag queen. Przyjechał do Ameryki, żeby wygrać Drag Race, ale że odpadł w pierwszym odcinku, rozsądek podpowiada poczekać aż zaproszą go do All Stars. Rodzinie się nie przyznał, bo jednak trochę mu wstyd, że wydał wszystkie pieniądze na gorsety i szyte na miarę kostiumy, żeby teraz wynajmować czyjąś piwnicę i udawać, że to nie jest więzienie. Niby akcent ciosany ma tępym toporkiem, ale jak milczy to wcale nie słychać. Szczerze wierzy, że z tym całym Drag Racem to nie wyszło tylko dlatego, że był akurat przeziębiony - bo przecież nie mogło chodzić o talent. Może faktycznie nie uszyje sobie kiecki ani nie zaśpiewa, ale za to może jednocześnie sypać żartami i robić death dropy, a jak zajdzie taka potrzeba to nawet pomaluje się z zamkniętymi oczami. I jak tu takiego nie kochać?

Mange jest skrzywiony: krzywy nos, krzywe pięty. A do tego oderwany od rzeczywistości. Ktoś mógłby stwierdzić, że brakuje mu piątej klepki, ale akurat ta jest na miejscu, sam sprawdzał. Ameryka przywitała go paskudną kawą i szumem na zupę z truskawek. Potem nie było lepiej. Dostał kataru i niby łykał Vicksy, ale równie dobrze mogły to być landrynki. Poszedł coś zjeść i chcieli go utuczyć porcją dla czteroosobowej rodziny. A już tak naprawdę najgorzej, tren okręcił mu się wokół obcasa przy występie i upadł na ten głupi ryj przed jury. Niby coś tam jeszcze potańczył, niby pożartował, ale twarzy nie uchronił. No i wyleciał. 

Trochę płakał, bo mu ojciec zawsze powtarzał, że ma się nie mazać jak baba. 

I od dziecka z zasadą tą Mange się kłócił, a więc się mazał, trochę na złość, trochę dla hecy. A mazał się tym, co akurat miał pod ręką, a to szminką znalezioną w torebce matki, a to darmową próbką cieni do powiek dołączoną do gazety. No i łzami. Łzami też się mazał. Jedno było pewne: miał do tego talent. Nagrywał więc filmiki na youtube’a, najpierw tutoriale o rysowaniu kresek, potem jak się nie wywalić na trzynastocentymetrowym obcasie. Poprawka, pięciocalowym. Ten konkretny skasował, tak dla zasady.

Tak naprawdę to nie do końca wie, co ze sobą teraz zrobić. Wracanie do Szwecji z podkulonym ogonem wydaje się opcją strasznie przykrą, a Mange przykrych rzeczy się nie tyka. To znaczy, te tykają się jego, ale on ucieka, nawet i w szpilach jak trzeba. Na przykład, jak mu chłopaki w szkole przypędzlowali z prawicy to pobił nawet swój osobisty rekord, tak szybko leciał. A skoro nie Szwecja to ta nieszczęsna Ameryka, bo co innego począć? 

Przypadkiem się załapał na tę robotę w Amazonie, ale nie narzeka, bo ma wolne wieczory i może występować w klubach. Ostatnio ktoś nawet go rozpoznał i powiedział, że zaskakująco dobry występ. Za to żenujące podsumowanie Malmo obdarował się dwoma Cosmopolitanami i ze sceny krzyknął, że zaskakującą to zrobił robotę jego chirurg plastyczny. Żart nie siadł, ale za to trzecie Cosmo już tak. 

Na zdjęciu Paul Mescal. Nie wiem czy widać, ale ma krzywy nos. Zapraszam do wątków i powiązań z Malmo: zapewniamy szczyptę delulu, ale za to w ładnej oprawie. W razie potrzeby, można mnie złapać na emailu: born.this.whale@gmail.com

29/07/2026

[KP] Love all, trust a few, do wrong to none


Theodore Lannister

27 lat | Weterynarz | Właściciel dwóch psów oraz wiecznie zmęczonego życiem i niezadowolonego kota | FC: Khobe Clarke | POWIĄZANIA
/
Hakuna matata
Uśmiech jest jego znakiem rozpoznawczym. Nie ten wymuszony, wyuczony na rodzinnych bankietach, ale szczery i ciepły - taki, który zaraża wszystkich wokół i sprawia, że nawet najbardziej ponury dzień wydaje się odrobinę jaśniejszy. Trudno znaleźć w nim choćby odrobinę cynizmu. Wierzy w ludzi, nawet jeśli życie kilka razy udowodniło mu, że nie każdy zasługuje na zaufanie. Mimo to nigdy nie pozwolił, by rozczarowania odebrały mu wrażliwość. Dorastał w świecie, który z pozoru niewiele miał wspólnego z jego wartościami. Jego rodzice od lat budowali potęgę w branży zbrojeniowej, a rodzinne imperium było symbolem wpływów, pieniędzy i sukcesu. Od najmłodszych lat miał przygotowywać się do przejęcia interesów, jednak nigdy nie potrafił odnaleźć się w rzeczywistości, w której ludzkie życie często sprowadzało się do liczb, kontraktów i politycznych decyzji. W przeciwieństwie do swojej rodziny zawsze był zwolennikiem pokoju i uważał, że prawdziwa siła nie polega na dominacji, lecz na umiejętności chronienia tego, co bezcenne. Już jako dziecko znosił do domu porzucone zwierzęta. Rodzice początkowo protestowali, dopóki ich luksusowa rezydencja nie zaczęła przypominać małego schroniska. Z czasem ta dziecięca potrzeba pomagania nie tylko nie zniknęła, ale stała się najważniejszą częścią jego życia. Zamiast studiować ekonomię i przygotowywać się do przejęcia rodzinnego imperium, wybrał weterynarię. Ku niezadowoleniu rodziny uznał, że ratowanie życia daje mu znacznie większą satysfakcję niż pomnażanie majątku. Do dziś regularnie współpracuje ze schroniskami, finansuje leczenie zwierząt, których właścicieli nie stać na kosztowne operacje, a część swojego czasu poświęca na wolontariat. Nie robi tego dla poklasku. Większość osób nawet nie zdaje sobie sprawy, że anonimowy darczyńca, który opłacił leczenie ich psa, siedzi właśnie obok nich przy kawie. Podobnie jest z ludźmi. Nigdy nie przejdzie obojętnie obok osoby proszącej o pomoc. Zna z imienia bezdomnych, których codziennie mija w drodze do pracy. Często zatrzymuje się z gorącą kawą i śniadaniem, ale przede wszystkim z rozmową, bo uważa, że największym okrucieństwem jest udawanie, że drugi człowiek nie istnieje. Organizuje zbiórki, wspiera fundacje i angażuje się w akcje charytatywne, choć jego nazwisko niemal nigdy nie pojawia się na listach sponsorów. Jest chodzącą definicją dobrej energii. Śmieje się głośno, zaraża optymizmem i ma niezwykły dar wyciągania ludzi z najgorszego nastroju

25/07/2026

2201. A gdy nas burza obejmie i zabierze powierze, tylko kochaj mnie

            Miłość składa się z wielu składników. Nie jest prostym przepisem na pizzę z ciasta drożdżowego ani zupę pieczarkową. Bardziej przypomina skomplikowaną recepturę, której nie sposób odtworzyć za pierwszym razem. Nie istnieją idealne proporcje gwarantujące sukces. Nie ma instrukcji obsługi, która uchroni przed pomyłkami. Tego przepisu nie da się przekazać z pokolenia na pokolenie ani zapisać na pożółkłej kartce schowanej w kuchennej szufladzie. Każdy musi stworzyć go sam — metodą prób i błędów. Dodać odrobinę cierpliwości, szczyptę odwagi, garść zaufania, nauczyć się wybaczać i każdego dnia na nowo wybierać tę samą osobę, nawet wtedy, gdy życie wystawia uczucia na najtrudniejszą próbę.             Dokładnie taką recepturę przez lata tworzyła Natalie. Tego poranka doprawiała nie tylko zupę pieczarkową i przygotowywała pizzę na drożdżowym cieście. Z tą samą starannością pielęgnowała miłość, którą od lat darzyła mężczyznę siedzącego przy stole z dużym kubkiem kawy. Nie potrzebowała wielkich gestów ani głośnych wyznań. Wystarczała jej świadomość, że po raz kolejny mogą usiąść w tej samej kuchni, rozmawiać o błahostkach i śmiać się z żartów, które dla nikogo poza nimi nie miały większego sensu.             Ktoś, kto zobaczyłby ich po raz pierwszy, nigdy nie przypuszczałby, ile kosztowało ich dojście do tej zwyczajności. Mógłby pomyśleć, że mają za sobą jedynie kilka drobnych nieporozumień, typowych dla małżeństw z krótszym lub dłuższym stażem. Nie domyśliłby się, że największą próbę przeszli na długo przed tym, zanim nauczyli się wspólnie nakrywać do stołu. Zanim codzienność zaczęła smakować spokojem, przez lata miała smak tęsknoty, niedopowiedzianych słów i decyzji, których oboje bali się podjąć. Bo kiedyś od siebie odeszli. Ona od niego. On od niej. Łączyła ich jednak Abigail. Córka, którą Natalie urodziła krótko po swoich siedemnastych urodzinach. Christian został ojcem, mając zaledwie osiemnaście lat. Byli bardzo młodzi. Nieplanowana ciąża zaskoczyła ich oboje, ale mimo przeciwności losu dali sobie radę. Rodzina Christiana zaakceptowała Natalie jak swoją, jednak jego przyszła teściowa od początku nie potrafiła pogodzić się z ich związkiem. Robiła wszystko, by ich rozdzielić. Nie przewidziała tylko jednego — dziecko łączy ludzi na zawsze. Nawet jeśli Abigail miała już wkrótce zdmuchnąć z tortu dziewiętnaście świeczek.             Natalie wsunęła blachę z pizzą do nagrzanego piekarnika, wyłączyła gaz pod garnkiem z zupą i odeszła od kuchennego blatu. Była dziś najszczęśliwszą wersją dorosłej kobiety, jaką kiedykolwiek potrafiła sobie wyobrazić. Gdy miała szesnaście lat i pochłaniała ją nauka przedmiotów ścisłych, nie wiedziała jeszcze, komu odda serce. Skupiona na szkole nie przypuszczała, że zakocha się w kapitanie licealnej drużyny futbolowej, podczas gdy sama występowała jako cheerleaderka.             Jednego była pewna, lepiej trafić nie mogła. Christian był jej jedynym. Jej księciem na białym koniu. Dlatego, kiedy po rozstaniu przyjęła pierścionek i róże od innego mężczyzny, zrozumiała, że nie potrafi oszukiwać ani jego, ani siebie. Wolała złamać jedno serce niż trzy. Wiedziała, że w przeciwnym razie skrzywdziłaby nie tylko siebie i Christiana, ale także ich córkę.             Po dwunastu latach dali sobie drugą, niepowtarzalną szansę. Przestali być wyłącznie wspierającymi się rodzicami. Na nowo wybrali siebie; jako przyjaciół, partnerów i kochanków. Tylko z nim potrafiła godzinami rozmawiać o wszystkim i o niczym, plotkować, śmiać się do łez, kochać i zasypiać w tym samym łóżku pod wspólnym dachem.             — Uciekam do pracy, a ty odpocznij. Widzimy się wieczorem. Mam dziś mnóstwo pacjentów. Abi wróci po szesnastej. — pocałowała mężczyznę w skroń i czule przygładziła jego jasne włosy. Christian Riggs pracował jako trener rozgrywających, pełniąc funkcję koordynatora gry podaniowej. Miniony tydzień był dla niego wyjątkowo intensywny. — Kocham cię, mężu. Pamiętaj, jesteś najlepszy.              Lubiła mówić swoim bliskim czułe słowa, ale równie często potwierdzała je czynami. Zasługiwali na wszystko, co najpiękniejsze. Byli rodziną, którą stworzyła sama. Rodziców ani rodzeństwa się nie wybiera. Na ojca i starszego o trzy lata brata nie mogła narzekać, za to matkę bez wahania wymieniłaby na inną. Na szczęście męża mogła wybrać sama. Nie posłuchała sprzeciwu matki, która nigdy nie widziała Christiana Riggsa w roli zięcia.              I nigdy tego nie żałowała. Tak samo jak nigdy nie żałowała Abigail. Choć urodziła ją jako siedemnastolatka, wiedziała, że nie mogłaby wymarzyć sobie lepszej córki. Może tamten czas nie sprzyjał pieluszkom, ząbkowaniu i nieprzespanym nocom poświęconym karmieniu, ale dziś miała w niej nie tylko córkę, lecz także najlepszą przyjaciółkę; mądrą, odpowiedzialną i pełną ciepła.              Po bliżej nieokreślonym czasie Natalie zatrzymała samochód przed przejściem dla pieszych. Czerwone światło dawało jej kilka spokojnych sekund, więc mimowolnie spojrzała w stronę salonu jubilerskiego, obok którego przejeżdżała niemal każdego dnia. Uśmiechnęła się. Przez witrynę dostrzegła nogi dziewczyny stojącej na niewielkiej drabince. Ekspedientka właśnie starannie przyklejała dwa duże plakaty od wewnętrznej strony szyby. Natalie od razu rozpoznała fotografie.             Jedno zdjęcie uchwyciło moment ich pierwszego pocałunku po wypowiedzeniu słów przysięgi. Drugie było już zupełnie inne; spontaniczne, pełne śmiechu, zrobione podczas sesji ślubnej, kiedy zamiast pozować, po prostu byli sobą.             Salon, z którego Christian z pomocą córki i najlepszej przyjaciółki żony zakupił pierścionek zaręczynowy wraz z obrączkami, zorganizował konkurs dla swoich klientów. Wystarczyło podzielić się historią miłości i zdjęciami ze ślubu. Ku ich ogromnemu zaskoczeniu wygrali. Przez najbliższy miesiąc właśnie oni mieli reprezentować to miejsce.  Natalie wysiadła z samochodu i weszła do środka.                  — Wiedziałam, że prędzej czy później się zatrzymasz. — doradca klienta Vanessa Kerr zaśmiała się, schodząc z drabinki. — Wyglądacie przepięknie.             — To trochę dziwne oglądać własną twarz w tak dużym formacie. — Natalie również się roześmiała. — Ale muszę przyznać, że zrobiło to na mnie wrażenie.              — Przyzwyczaj się. Codziennie w drodze do pracy przez najbliższy miesiąc będziesz oglądać ten widok, a co do zdjęć, to trudno zrobić nieładną sesję pięknym ludziom, którzy patrzą na siebie w taki sposób. Masz szczęście, Natalie. Stabilne życie miłosne, kiedy u mnie wieje w nim, jak chce.              — Nie odpuszczaj. Opowiedziałaś mi swoją historię. Tylko wybierz mądrze. Zapisz imiona tych osób i zobacz, gdzie masz więcej plusów, a gdzie minusów i wówczas zawalcz z całych sił o ten właściwy wybór. Nieważne, czy będziesz z mężczyzną, czy z kobietą, to ty masz być szczęśliwa, Van.               — Myślisz, że to może być aż takie proste? — Vanessa oparła się ramieniem o ladę i westchnęła cicho. — Serce chyba nie lubi robić list.             — Nie lubi. — Natalie uśmiechnęła się łagodnie. — Ale czasami warto dać dojść do głosu rozsądkowi. Zakochanie potrafi być bardzo głośne. Miłość jest dużo spokojniejsza. Vanessa przez chwilę obracała w dłoniach rolkę taśmy, jakby zastanawiała się nad każdym słowem.             — Boję się, że wybiorę źle.             — Ja też kiedyś się bałam. I wiesz co? Najgorszą decyzją nie zawsze jest wybranie niewłaściwej osoby. Czasem jest nią niepodjęcie żadnej decyzji.             — A jeśli kogoś zranię?             — Tego nie da się całkowicie uniknąć. Ważne, żebyś nie okłamywała ani drugiej osoby, ani samej siebie. Prawda bywa bolesna, ale życie w kłamstwie boli znacznie dłużej. Ja prawie na własne życzenie utknęłam w związku małżeńskim z zadufanym w sobie radcą prawnym, a zawsze kochałam Christiana. Nawet na krótką chwilę nie przestałam. Vanessa pokiwała głową.             — Chyba właśnie tego potrzebowałam dziś usłyszeć. Natalie spojrzała na nią z ciepłym uśmiechem.             — I pamiętaj jeszcze jedno. Nie wybieraj człowieka, z którym potrafisz żyć. Wybierz tego, bez którego nie wyobrażasz sobie swojej codzienności. To ogromna różnica.             Na twarzy Vanessy pojawił się delikatny uśmiech. Objęła na moment osobę, z którą na początku ścieżki zawodowej była na dzień dobry, nie znając jej przeszłości, teraźniejszości ani planów na przyszłość, a teraz mogły nazwać się dobrymi znajomymi. Pożegnały się po chwili.             Natalie pomachała jej, kiedy zamknęła drzwi od salonu jubilerskiego i jeszcze raz spojrzała na fotografie za szybą, zanim wróciła do samochodu zaparkowanego na parkingu dla klientów. Nie widziała już jedynie plakatu reklamowego. Widziała siedemnastoletnią dziewczynę, która bała się przyszłości. Osiemnastoletniego chłopaka, który mimo strachu nie uciekł od odpowiedzialności. Rodzinę, która rozsypała się na dwanaście długich lat. Drugą szansę, odwagę, by znów sobie zaufać i obrączki, które przypominały, że najpiękniejsze historie nie zawsze zaczynają się idealnie. Czasem najpierw trzeba zgubić drogę. Żeby po wielu latach zrozumieć, że od samego początku prowadziła do domu. Tak też pomknęła ulicami miasta, a kiedy ostatnie światła zatrzymały ją przed dojazdem do pracy, odebrała telefon od pacjentki, która wcześniej przychodziła do niej jako do fizjoterapeutki, a od dwóch wizyt odwiedzała ją z problemami podologicznymi.             — Natalie Riggs, słucham? 



Natalie towarzyszyła mi dokładnie od 26/05/2024 roku. Przyszła tu z ciężkim sercem, niezadowoleniem, nadzieją na coś lepszego, profesjonalnym udawaniem, że przy innym mężczyźnie da się zbudować szczęście. Odzyskała jednak kogoś, na kim cały czas jej zależało. Była moją fizjoterapeutką, podolożką, córką lekarzy, znienawidzioną przez matkę już od wczesnych lat dziecięcych (Anne Calloway-Harlow, co ty masz w głowie, żeby być wiecznie kąśliwym dla córki, czy to dla tej, co miała 6, 16, 26 czy 36 lat?), młodszą siostrą jedynego brata, najlepszą przyjaciółką, ciocią i przede wszystkim młodą matką, byłą dziewczyną, aktualną partnerką, narzeczoną (razy 2) i nareszcie też żoną ;) 
Świetna przygoda. Za jej istnienie dziękuję Mamie Muminka. 
Czas powiedzieć żegnaj Natalie Riggs! 

06/07/2026

[KP] Cisza jest luksusem, którego nie każdy może doświadczyć

Caleb Williams
6 lipca 1992 • paramedic (FDNY EMS) • małżeństwo wiszące na nici obowiązku • małe uzależnienie od mocnej kawy i papierosów • zmęczenie ukryte pod maską uprzejmości • relacje
Nowy Jork odmierza czas sygnałem syren, a on od dawna przestał liczyć godziny. Zamiast tego liczy oddechy, uciśnięcia, chwile ciszy między jednym wezwaniem a drugim. Przedawkowanie. Zawał. Upadek. Skok. Czasem czyjeś serce wraca do rytmu. Czasem zostaje tylko spojrzenie tych, którzy jeszcze przez kilka sekund wierzą, że wydarzy się cud.
Siedzi wtedy w ambulansie i milczy, patrząc gdzieś poza migające światła miasta. Kciukiem obraca obrączkę na palcu, jakby próbował przypomnieć sobie znaczenie obietnicy złożonej zbyt wcześnie. Kiedyś była początkiem, dziś jest raczej dowodem na to, że po niektórych stratach zostaje się nie z miłości, a z obowiązku.
Przez radio dociera kolejne wezwanie, zanim zdąży wybrzmieć tamta cisza. Na zewnątrz ktoś właśnie dowiaduje się, że nie będzie cudu, a ten moment zna aż za dobrze. Radio nie zostawia przestrzeni na zadumę. Kolejny adres, kolejny człowiek, kolejne miejsce, w którym trzeba próbować poskładać czyjś świat, choć własny od dawna trzyma się tylko na przyzwyczajeniu.
Wraca do pracy tak, jakby nic się nie wydarzyło. Sprawdza sprzęt, zajmuje swoje miejsce, rzuca krótką odpowiedź przez radio. Kolega z załogi mówi coś półżartem, on odpowiada spokojnie. Tonem, który potrafi zdjąć napięcie. Jakby między jednym wezwaniem a drugim wciąż dało się oddychać normalnie.
Hej! Od jakiegoś czasu chodził za mną taki pan, więc oto jest! Szukamy żony i kogoś, kto podda wątpliwość poczucie obowiązku wobec niej(dowolna płeć). Oczywiście przygarniemy też znajomych, przyjaciół i każdego, kto będzie chętny go poznać ♥

01/07/2026

Lipcowa lista obecności

Czas na lipcową listę obecności, która będzie trwać:

od 1 lipca do 5 lipca,
do godziny 23:59


  1. Na listę obecności zobowiązani są wpisać się wszyscy autorzy, którzy chcą pozostać na blogu. Proszę o wpisywanie się z zalogowanego konta, podając imię i nazwisko postaci oraz, jeśli nie zostało to jeszcze zawarte w odpowiednich zakładkach, wykorzystywany wizerunek oraz wykonywany zawód wraz z przypisanym sektorem
  2. Osoby przebywające na urlopie nie muszą wpisywać się na listę obecności, jeśli jednak macie taką możliwość, jak najbardziej możecie dać znać, że jesteście. Z kolei osoby, których urlop kończy się w trakcie trwania listy obecności, muszą się na nią wpisać.
  3. Na listę obecności muszą wpisać się też autorzy, którzy dołączą na bloga w trakcie jej trwania.
  4. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, listę obecności można zasłonić kartą postaci lub postem fabularnym.
  5. Karty postaci autorów, którzy nie wpiszą się na listę obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych i będą widnieć tam do 10 lipca włącznie. Po upływie tego terminu karty wraz z mailem zapewniającym dostęp do bloga zostaną usunięte.

12/06/2026

[KP] I love to dig my own grave...

Hurt for no reason
I won't call you back
And then I pick you into pieces

Reilynn Bothwell

Biting the skin inside your cheek...
Starting to hate the way I speak
I look to you, our home's filled with unwanted guests

W jego oczach odbijało się to, co pragnęła ujrzeć (...). Wtedy jego usta, jak spragnione wody, zaczęły całować jej skórę…

In the beginning, there was Chaos, the abyss...

You can call it self-sabotage

Przez pół życia, mieszkając w Szkocji, szukała elfów i wróżek, goniąc za czymś, co nieuchwytne. Karmiła się wierzeniami, legendami i strasznymi opowieściami o mrocznych istotach, które nie lubiły pokazywać się ludziom, ale uwielbiały się psocić. Zaczęła więc pisać o elfach, wróżkach, wampirach, wodnych koniach i skrzatach, łącząc realny świat z tym, co niezwykłe i fantastyczne.

To, co pisała, nijak miało się do tego, co działo się w jej życiu. Jako piętnastolatka zaczęła kuleć, najpierw tłumaczono to przeciążeniem, później tym, że rośnie. Potem pojawiły się nocne bóle, obrzęk nad kolanem, wysoka gorączka, zaczęła też drastycznie chudnąć. Diagnoza przyszła jakiś czas później: osteosarcoma kości udowej. Przeszła chemioterapię, operację, kilka zakażeń i próbę ratowania lewej nogi, ale guz był zbyt rozległy. Ostatecznie lekarze zdecydowali o amputacji powyżej kolana.

Gdy miała szesnaście lat, przeprowadziła się z ojcem, po ciężkim rozwodzie rodziców, do Nowego Jorku, a tam znów trafiła do szpitala i właściwie jest tamtejszą pacjentką od ponad dziesięciu lat.

Będąc ograniczona przez chorobę, po prostu pisała – dużo, zbyt dużo, realizując każdy pomysł, który pojawiał się w jej głowie. Publikowała swoje wypociny, reklamowała się, brała udział w konkursach i w ten sposób w ciągu kilku lat stała się poczytną pisarką i milionerką – najprawdopodobniej każdy słyszał o Lynn R. Well, bo jej historie szybko stały się popularne, a niektóre z książek nawet zekranizowano. Pisze odważne historie, kreuje pewnych siebie brunetów z bliznami, szorstkich elfów i kobiety, które nie potrzebują ratunku, bo ratują się same.

I guess that's just a part of me

That I will always have to grieve

ur. 08.06.2000 r. w Szkocji od 2016 r. mieszka w Nowym Jorku, w Queens autorka bestsellerowych romantasy i powieści erotycznych, znana jako Lynn R. Well jej najbardziej rozpoznawalną serią jest Królestwo rzeczy utraconych w 2015 r. zdiagnozowano u niej osteosarcomę po amputacji lewej nogi powyżej kolana, korzysta z protezy i laski obecnie hospitalizowana z powodu podejrzenia przerzutów do płuc oraz powikłań po chemioterapii leczone farmakologicznie zaburzenia lękowe i depresja, bóle fantomowe oraz przewlekła bezsenność fanka memów, czarnego humoru i editów z bohaterami własnych książek

I'm hard to love

So fill up your lungs, you better run

Malcolm Bothwell

ojciec – 50 lat – architekt

Evelyn Ward

matka – 48 lat – aktorka teatralna

Maeve Callahan

najlepsza przyjaciółka – 28 lat – pianistka

Malcolm Bothwell
Evelyn Ward
Maeve Callahan