Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

18/07/2015

2014. Everything is going to be alright, maybe not today, but eventually.


Cichy szum rozmów przeprowadzanych pod uważną obserwacją strażników roznosił się po całym pomieszczeniu, odbijając się od zimnych, ponurych ścian, w których brakowało jakichkolwiek okien. Jedynym źródłem światła były symetrycznie rozmieszczone nad głowami obecnych podwójne jarzeniówki świecące podczas każdego pobytu tą samą, oślepiająco jasną bielą. Wzrok dopiero z czasem przyzwyczajał się do uciążliwego oświetlenia, źrenice zwężały się, ułatwiając obserwowanie siedzącej naprzeciwko osoby. Metalowe, okrągłe stoliki oraz podobne do nich niskie krzesełka przytwierdzone były do betonowego podłoża w wystarczającej odległości, by zapewnić więźniom i ich odwiedzającym minimalne poczucie prywatności, pomimo licznych kamer umieszczonych na suficie oraz stojących pod ścianą dwóch strażników obserwujących uważnie ruchy obecnych. Wszystko tutaj było monitorowane, nagrywane i pilnowane w sposób, który ludzi nieprzyzwyczajonych do tego typu inwigilacji denerwował.
Lilianne szczerze nienawidziła tego miejsca.
Nie cierpiała ponurego nastroju sączącego się z każdego kąta krętych korytarzy, ponurej atmosfery panującej w całym obiekcie czy przyprawiającego o dreszcze i odbijającego się przez dłuższy czas w bębenkach odgłosu zamykanych za nią kilku par metalowych drzwi. Przeszkadzały przeszywające na wskroś spojrzenia strażników odprowadzających ją do sali odwiedzin. Później rolę uważnych obserwatorów przejmowali ubrani w takie same granatowe uniformy mężczyźni, którzy pomimo obecności swoich bliskich w pomieszczeniu nie starali się szczególnie ukryć, że uważnie przyglądają się jej krótkiemu przemarszowi do jednego z wolnych stolików, gdzie czekała na przyprowadzenie do pomieszczenia jednej z najbliższych jej osób. Wzdrygała się za każdym razem, gdy musiała przejść przez te wszystkie procedury związane z odwiedzinami, mimo to co miesiąc wsiadała do autobusu jadącego bezpośrednio do małej wioski oddalonej o ponad sześć godzin od Nowego Jorku, a później na pieszo pokonywała trasę z niewielkiego dworca do stanowego więzienia o średnim rygorze bezpieczeństwa. Robiła to nie tylko ze względu na Joshuę ― poczucie winy nie pozwalało jej na całkowite zapomnienie o porzuconym w Baltimore życiu.
Jak zwykle przyjechała w piątek i jak zawsze wzięła w pracy urlop specjalnie na tę okazję. Utrzymujące się od kilku dni upały powoli miały ustępować zapowiadanym przez synoptyków letnim deszczom, ale nic nie wskazywało na to by nadeszły one przed godzinami wieczornymi, tak więc nic dziwnego, że do trzynastej temperatura w Gowandzie zdążyła wzrosnąć do plus trzydziestu stopni, a dzianinowa, biała bluzka Lilianne przykleiła się do jej skóry w minutę po opuszczeniu klimatyzowanego autobusu. Nie narzekała jednak ani wtedy, ani gdy godzinę później przyglądała się jak Josh w rozpinanej, granatowej koszuli z krótkim rękawem i pasujących do nich spodniach idzie w jej kierunku. Od razu obrzuciła go szybkim spojrzeniem zanim na pięć sekund przytulił ją do siebie. Po tylu latach spotykania się w tej sali wiedzieli, że tylko na tyle pozwalali im strażnicy zanim kazali się odsunąć.
Żółty siniak pod lewym okiem od razu przykuł uwagę Lilianne, podobnie zresztą jak nieco przydługie włosy i drapiący ją w policzek ponad tygodniowy zarost.
― Cześć, dzieciaku.
Zaśmiała się, pozwalając pocałować się najpierw w czoło, a później także w policzek. Była starsza o niecałe dwa miesiące, dla Josha nie miało to jednak większego znaczenia. Od prawie jedenastu lat była dla niego dzieciakiem, którym się opiekował i którego przez pierwsze dwa lata nie chciał widywać w tych murach. Odpuścił dopiero po pięciu miesiącach ciszy, w trakcie których uparcie przyjeżdżała i do późnych godzin wieczornych czekała aż zgodzi się z nią spotkać.
― Hej, wielkoludzie. ― Zacisnęła jeszcze na chwilę dłoń na jego koszuli zanim odsunęła się na bezpieczną odległość. Musiała porządnie zadzierać głowę, żeby móc spojrzeć w zielone oczy tego prawie dwumetrowego faceta, którego jako piętnastolatka potrąciła podczas pierwszej jazdy na deskorolce.
Usiedli obok siebie, ich kolana stykały się, a dłonie położone na stoliku nie przyciągały dużej uwagi strażników, dzięki temu że oboje mieli koszulki z krótkim rękawem. Lilianne dość szybko odkryła, że jest to bardziej opłacalne, na więcej swobodnych ruchów mogli sobie pozwolić i nikt nie podejrzewał ich o próby przemycenia czegokolwiek. Po ośmiu latach nawet obecność innych osób w pomieszczeniu nie przeszkadzała im tak bardzo, jak w pierwszych miesiącach pobytu szatyna w więzieniu. 
― Co się stało? ― spytała cicho, dotykając delikatnie zdartej skóry na kostkach prawej ręki Dorneya. Odruchowo spróbował zabrać dłonie ze stolika, nie włożył w to jednak zbyt dużo wysiłku, bo za łatwo przyszło jej powstrzymanie go.
― Nic wartego uwagi ― odburknął, spoglądając na nią z rezygnacją. Za dobrze ją znał i wiedział, że będzie starała się drążyć dopóki nie wyjawi jej prawdy, której wcale nie zamierzał tym razem ujawniać. To co działo się z nim w tym miejscu było wyłącznie jego sprawą. Nie potrzebowała tych brudów w swoim życiu. Nie potrzebowała nawet jego, całego tego więziennego bajzlu, który niósł za sobą, ale po tylu wygłoszonych groźbach i kazaniach nie był już w stanie odciąć jej od siebie ani tym bardziej zmusić do zapomnienia o nim. 
― Josh..
― Jak na studiach? W pracy? Skopałaś już wszystkim tyłki? ― przerwał szybko, ignorując jej poirytowany wzrok; zmrużyła swoje kocie, złote oczy otoczone wachlarzem jasnych rzęs w sposób, któremu zazwyczaj nie potrafił się oprzeć, tym razem jednak nie dał się złamać. Posłał jej równie nieprzystępne spojrzenie i łagodnie przesunął kciukiem po nadgarstku kobiety. Żadna z tych gojących się ran na knykciach nie bolała, podobnie jak siniak, który mogła podziwiać na policzku. Gorsze ślady bijatyki sprzed tygodnia ukryte miał pod ubraniami, których nawet gdyby chciał nie mógłby jej pokazać. Nie musiała wiedzieć, że dwa dni spędził na oddziale szpitalnym razem z kilkoma innymi więźniami. Nie zamierzał dzielić się z nią tym życiem, szczególnie teraz, gdy tak niewiele czasu zostało im do spędzania popołudni w o wiele przyjemniejszych dla oka warunkach. Jego wolność była na wyciągnięcie ręki i tego powinni się trzymać. Sprawy dziejące się za tymi grubymi murami musiały w nich zostać, nie było innego wyjścia.
Przez chwilę przyglądała się mu z zaciętą miną, wiecznie blade wargi zacisnęła w cienką linię, przez co wydawało mu się, że nie będzie chciała tak łatwo odpuścić, ale ostatecznie pokręciła z niechęcią głową.
― Połowie. Resztę zostawiłam sobie na ostatni rok ― rzuciła z minimalnym uśmiechem niesięgającym jasnych oczu. Nie musiał. Josh nie oczekiwał wcale, że będzie przychodzić do niego w skowronkach, tryskać energią na prawo i lewo, a przy tym paplać bez przerwy o głupotach byleby tylko zapełnić ciszę jaka zapadała między nimi. Nigdy się tak nie zachowywała, a chwile wypełnione milczeniem nie przeszkadzały mu zupełnie. Kilka razy zdarzyło się już, że przyjeżdżała i nie licząc rzuconych co jakiś czas lakonicznych zdań, przesiedzieli całą godzinę w ciszy. Sama jej obecność, nawet jeśli mogła pojawić się u niego tylko raz na cztery tygodnie, wystarczała mu, by nie zwariować na dobre. Przez siedem lat i dwa miesiące regularnie przyjeżdżała, żadnej z tych wizyt nie opuściła. Nawet choroba nie była w stanie powstrzymać jej przed wsiadaniem do tego cholernego autobusu, którym za kilka miesięcy miał nadzieję, że razem na dobre opuszczą to miejsce. Musiał tylko dożyć na bloku w jednym kawałku do tego czasu.
― A Ty? Udało Ci się przynajmniej komuś odpłacić za to limo? ― Jej spokojny głos wyrwał go z chwilowego zamyślenia. Roześmiał się szczerze, nie próbując nawet ukryć swojego zdziwienia tym pytaniem. Nie pamiętał by Lilianne kiedykolwiek była za przemocą. Nawet w burzliwych czasach ich młodości, po których niefortunnie wylądował w tym miejscu zawsze starała trzymać się jak najdalej od wszelkich bójek czy rozrób. Pewnie dlatego tylko on z ich dwójki odsiadywał ośmioletni wyrok. Na całe szczęście. Sama myśl, że Lilianne musiałaby żyć w takich warunkach przyprawiała go o gęsią skórkę.
― W ścianę na pewno nie uderzałem, Lil ― zażartował.
― To dobrze.
Skinęła głową z aprobatą, na co Josh uniósł wymownie brwi do góry, drapiąc się wolną ręką po zarośniętej brodzie.  Coś mu tu nie grało
― I co, tylko tyle? Żadnego kazania i błagania, żebym na siebie uważał? Zero marudzenia jakim jestem idiotą, wpakowując się w burdy w ostatnie miesiące? Co jest z Tobą, Zoeck? Ten Twój Nowy Jork aż tak cię zmienił? ― zapytał z udawanym niedowierzaniem, szturchając ją lekko kolanem, na co prychnęła cicho pod nosem.
― Jesteś idiotą, ale skoro wytrwałeś tyle... ― Pokręciła głową, nie chcąc nawet przypominać sobie jak dużo czasu stracił zamknięty w niewielkiej celi. Ona w tym czasie zmieniała całe swoje życie, kończyła studia, pracowała w dobrze prosperującej firmie, urządzała swoje własne, małe mieszkanko, spotykała się ze znajomymi i poznawała ludzi, którzy zmieniali jej życie na lepsze. Josh za to tkwił za kratkami, przebywając na świeżym powietrzu wyłącznie podczas spacerów na niewielkim placu i odliczając jedynie dni oddzielające go od upragnionej wolności. Nigdy nie powinien tutaj trafić w pierwszej kolejności, ale nie mogli cofnąć czasu. Musieli skupić się na tym, co niosła przyszłość dla Dorneya, dla nich oboje. ― Niedługo zabiorę Cię stąd i sam zobaczysz miasto ― dodała, puszczając jego dłoń. Odliczała już dni do momentu, w którym wróci z Joshem do domu, pokaże mu swoje nowe miejsce na ziemi i zarazi pozytywnym nastawieniem. Oprócz niej nikt i tak się nim nie interesował. Matka przeklęła go w chwili, gdy sąd ogłosił wyrok, a młodsze rodzeństwo pewnie nawet nigdy nie zapytało w którym więzieniu odsiaduje. Oprócz kuzyna broniącego go przed zarzutami żaden członek rodziny nie pojawił się nigdy w więzieniu. Mieli na to osiem lat i Lilianne szczerze wątpiła, żeby po takim czasie pamiętali o nim. Chciał czy nie był zdany na nią, przynajmniej na samym początku. Nie bez powodu od pewnego czasu przyjmowała na siebie więcej zleceń niż powinna. Musiała zaopiekować się nim po tym, co on zrobił dla niej.
― Nie odpuścisz? ― Zerknął na nią spod opuszczonych powiek. Widział jak zdeterminowana kręci głową, a krótkie kosmyki ocierają się o jej policzki. Pamiętał jeszcze jak w szkole nosiła długie do pasa włosy i jak zawsze zarzekała się, że nie będzie ich drastycznie obcinać, tymczasem wystarczył wyjazd do innego miasta, by wszystko się zmieniło. Podczas różnych wizyt w milczeniu obserwował jak powoli skracała je o kilka centymetrów, a zareagował dopiero jak ponad rok temu przyszła z włosami sięgającymi podobnie jak teraz ledwie do ramion. Jego mało kulturalne "teraz mógłbym cię nawet przelecieć" skwitowała śmiechem i na tyle mocnym uderzeniem drobnej pięści w bok, że jeszcze przez dwa dni pamiętał dokładnie całą sytuację. 
― Nie wrócisz do Baltimore ― mruknęła Lilianne stanowczo, używając tego całkiem znajomego mu już tonu głosu, który nie pozwalał na prowadzenie jakiejkolwiek dyskusji. W tej jednej kwestii nie zamierzała ustąpić. Zacisnęła nawet obie dłonie w pięści, wbijając mocno paznokcie w wewnętrzną stronę ręki. Mógł od miesięcy narzekać, odkąd tylko powiedziała mu o swoim pomyśle zamieszkania razem przynajmniej przez kilka pierwszych miesięcy, mógł podawać jej tysiące powodów, dla których rzekomo nie może pojechać z nią do Nowego Jorku, ale ona żadnego z nich nie zamierzała zaakceptować. ― Nie po tym wszystkim. Nie możesz się tam pojawić. Jeśli ktokolwiek tam jeszcze jest... Zabiją Cię. Już raz prawie to zrobili przeze mnie i nie pozwolę, żebyś znowu dał wpakować się w ten syf. Nie powinno Cię nawet być w tym cholernym sklepie...
― Przestań.
― ... to po mnie zadzwonili, jeśli tylko nie byłbyś wtedy u mnie nie byłoby rozprawy i..
― Zoeck, do diabła, skończ! ― syknął ostrzegająco, pochylając się do przodu i łapiąc ją gwałtownie za przedramię. Starał się nie podnosić zbytnio głosu, żeby nie zwracać na nich uwagi strażników, gdy wbijał palce mocno w jej chudy nadgarstek. Nienawidził, kiedy poruszała ten temat ani tym bardziej gdy próbowała obwiniać się za rzeczy, na które nie miała wpływu. Wszyscy w tamtym sklepie wiedzieli, że on jest u Lilianne i że nie pozwoli jej nigdzie iść. To była zasadzka na niego, nie na nią. Jego chcieli wrobić w morderstwo i udało im się to, całkiem skutecznie zresztą skoro musi odsiedzieć aż osiem lat zanim wypuszczą go na zewnątrz.
Wziął głębszy oddech, żeby się uspokoić, a widząc kątem oka, że jeden ze strażników ze szczególną uwagą im się przygląda, puścił Lilianne równie szybko, jak ją złapał. 
― W porządku, pojadę z Tobą, ale jak stąd wyjdę nie chcę słyszeć nic na temat tamtego wieczoru. Żadnego obwiniania się, wypominania sobie czegokolwiek, jasne? ― zastrzegł, przesuwając ciemnozielonym spojrzeniem po jej sylwetce. Zanim mu odpowiedziała musiały minąć dobre trzy minuty w trakcie których nie spuszczał z niej oczu, szukając jakichkolwiek oznak tego, że zamierza skłamać. Znał ją aż za dobrze, oboje o tym wiedzieli. Nigdy nie miała przed nim tajemnic, nawet gdy pełny miesiąc dzielił ich od kolejnego spotkania, wszystko co ważniejsze opowiadała mu z zapałem, nie ukrywała się. I wyglądało na to, że nie zamierzała dzisiaj tego zmieniać, bo w końcu odwzajemniła jego ponure spojrzenie i zrezygnowana powiedziała to, czego oczekiwał.
― Jasne ― burknęła niechętnie, nie próbując nawet ukryć, że nieszczególnie jej się to podoba.  Przez chwilę bezwładnie pocierała miejsce, w którym Josh ją trzymał, ale gdy tylko zorientowała się co robi, przerwała to. Nic ją nie bolało, to był jedynie zwykły odruch. Gdy była zdenerwowana musiała coś robić z rękoma. ― Wiesz co? ― spytała po chwili z cichym westchnieniem. ― Wrócę do domu to kupię bilety na pierwszy mecz baseballu jaki tylko znajdę po twoim wyjściu. Musimy wybrać się w czwórkę, z Tomem i małą, żebyśmy jak kiedyś mogli wyjść razem. Najlepiej jakby był jakiś Orioles... Jutro jest jeden z Yankessami, na który idziemy.
― Lil... ― Dorney jęknął cicho na samą myśl o ponownym pójściu na trybuny. Nie powinna była mu o tym wspominać, mimo to nie przerwał jej, gdy kontynuowała opowiadanie o ostatnim spotkaniu ze swoim bratem i kilkumiesięczną siostrzenicą, których nie miał jeszcze okazji poznać. Śmiał się tylko z jej entuzjazmu, wcinając się mniej więcej w co trzecie zdanie w jej wypowiedzi, przez co bez przerwy zmieniali temat rozmowy przez następne czterdzieści minut jakie jeszcze im zostało.


***


Zanim w sobotnie popołudnie wysiadła z cytrynowej taksówki pod stadionem Yankessów, zdążyła przekląć połowę zakorkowanego miasta, przez które skrupulatnie zaplanowana podróż z biura na mecz trwała o dwadzieścia minut dłużej niż powinna. A mogła oddać tego ostatniego klienta Martinowi i od pół godziny siedzieć z chętną do noszenia jej bratanicą! Gdyby wiedziała jak wiele rzeczy będzie przeszkadzać ubranemu w gustowny garnitur mężczyźnie po pięćdziesiątce, to nawet nie wychyliłaby się na krok zza swojego biurka. Zmyliło ją konkretne podejście do sprawy, przez które musiała spędzić w biurze więcej czasu niż zakładała, pijąc rano kubek mocnej kawy.
Czekając na resztę od taksówkarza, postukiwała nerwowo nogą, zastanawiając się jak wiele przegapiła już z rozgrywki. Mecze baseballu były jej ulubionymi, jeszcze w Baltimore potrafiła całymi dniami przesiadywać z Joshuą na stadionie, na który wpuszczał ich znajomy trener. Jeśli doliczyć odsłuchiwanie hymnu, to miała szanse zdążyć przed pierwszym uderzeniem... Cóż, miałaby, gdyby nie kolejki przy sprawdzaniu biletów, spowalniające ją o kolejne pięć minut. Przepraszając kilkukrotnie, udało jej się w końcu dotrzeć do wykupionych dla nich miejsc i od razu porwać Amelię z kolan Thomasa. Dziewczynka roześmiała się na swój własny, dziecięcy sposób, a obślinionymi lekko rączkami sięgnęła do włosów Lilianne, prawdopodobnie ulubionej zabawki tego siedmiomiesięcznego szkraba. 
― Cześć, kruszyno. Pobijamy rekord szybkości niszczenia mi fryzury? ― zapytała z nutą pobłażliwości w głosie, siadając z bratanicą obok mężczyzny z czapką baltimorskich Orioles. Po miesiącach praktyki dosyć sprawnie wyplątała się w kilkanaście sekund z uścisku drobnych piąstek, dając dziewczynce podsunięty przez Toma gryzak zamiast swoich włosów. Kolejny ząb wyrzynał się powoli w drobnej buzi, co widać było nie tylko po zawziętości z jaką Amelia przystąpiła do obśliniania zabawki, ale także po zaspanym spojrzeniu taksówkarza wiecznie niedosypiającego przez tego małego urwisa. Samotne wychowywanie dziecka nie należało do najłatwiejszych zadań, jednak Thomas dzielnie i bez narzekania stawiał czoło temu wyzwaniu.
― Spóźniłaś się ― mruknął z niezbyt dobrze udawanym wyrzutem, gdy całowała go w policzek na powitanie. Jego groźne spojrzenie nie zrobiło na niej większego wrażenia.
― Tillman już odbijał? ― spytała jedynie szybko, przerywając na chwilę zabawę z małą i zerkając na Toma. Prawdopodobnie przegapiła tylko jedną zmianę zawodników, a winę za to i tak  ponosiły wyłącznie nowojorskie korki! Na szczęście zakomunikowana jej za pomocą ruchu głowy odpowiedź okazała się być taką, jakiej oczekiwała: Tillmana nie było jeszcze przy kiju. ― Czyli się nie spóźniłam. ― Nie zważając na otaczające ich z każdej strony tłumy miłośników baseballu, Lilianne pokazała bratu język niczym pięciolatka, której właśnie udało się zrzucić winę za swoje grzechy na starsze rodzeństwo. Udało jej się jeszcze zobaczyć, jak Thomas śmieje się z niej zanim uwaga ich obojga na dobre skupiła się na zawodnikach ustawiających się na boisku.


Miało być trochę inaczej, wyszło jak zwykle. Wstępna notka na rozruszanie postaci i bliższe poznanie tej małej zgrai ludzi towarzyszącej Lilianne. (:
Mam nadzieję, że czytało się przyjemnie.

07/07/2015

2013. Electricity.

- Chodź - warknął, szarpiąc ją za ramię i ciągnąc w stronę starego, zaniedbanego budynku. Pomalowane na niebiesko deski gwałtownie domagały się odnowienia. Jedyne okno znajdowało się w dachu, co wzbudziło w niej niepokój. Zwłaszcza, że sufit tutaj był tak wysoki, jak w stodole, w której bawiła się w dzieciństwie, przyjeżdżając na wakacje do babci. Mężczyzna otworzył podniszczone drzwi ogromnym, nieco zardzewiałym kluczem i popchnął ją do środka. Eileen upadła na kolana, rejestrując kątem oka, że ziemię zastępuje miękka warstwa trocin. Było to o tyle dobre, że amortyzowało, gdyby temu choremu zboczeńcowi przyszła ochota rzucić nią o podłogę, jak szmacianą lalką. Z drugiej strony dopiero porządny prysznic zmyje z niej wszelkie ślady po tej niewątpliwej przygodzie i nie będzie mogła przez całą drogę do domu udawać, że to był tylko sen. Nie miała wątpliwości, że facet czerpie przyjemność z różnego rodzaju sadystycznych zachowań ; w jego oczach zdążyła już dostrzec ten charakterystyczny błysk. Nie podnosiło jej to na duchu.
Pociągnął ją za włosy w górę, zmuszając by wstała. Syknęła, trochę z bólu, a trochę z wściekłości. Nienawidziła tego typu demonstracji władzy, co jednak dla ludzi pokroju tego mężczyzny stanowiło nie lada uciechę. Eileen przyszło do głowy, że chyba cała misterna konstrukcja opiera się właśnie na takich zachowaniach. O środowisku sadystycznych pojebów, jak zwykła ich nazywać, wiedziała niemal tyle, co nic, a cała posiadana wiedza sprowadzała się do najdziwniejszego seksu, o jakim miała przyjemność kiedykolwiek słyszeć. Tym, co zdążyła pojąć przy pierwszym spotkaniu było, żeby nie liczyć na względnie normalną, łóżkową zabawę. I żeby nigdy, przenigdy nie mówić, czego się boisz.
Facet miał na imię Frank.
- Frankie, kotku - rzucił z obleśnym uśmiechem, kiedy jechali tutaj jego śmierdzącym papierosami i wódką samochodem. Eileen nie wątpiła, że ani w niebieskim budynku ani w aucie Frankie od momentu kupna, czy wybudowania nie przeprowadził żadnego remontu.
- Melanie - mruknęła w odpowiedzi. Nie była idiotką. Wszyscy w tym popieprzonym środowisku znali ją jako Melanie Sawyer. Słusznie podejrzewała, że większość mężczyzn, z którymi się spotykała, robiła wspólne, nielegalne interesy. Wolała rozdzielić swoją osobowość na dwie : Eileen z życia względnie normalnego, i Melanie, dziwkę stulecia.
- Ładnie - stwierdził, uśmiechając się z aprobatą. Elly wzruszyła ramionami i wlepiła wzrok w okno. Brak orientacji w terenie nie sprzyja ewentualnym próbom ucieczki, pomyślała.
Podsumowując swoją sytuację, zdała sobie sprawę - które to odkrycie spotęgowało uczucie lodowatego zimna w żołądku - że jest zdana na łaskę i niełaskę psychopaty, o którym nie wie praktycznie nic, poza tym jak ma na imię.
A to było raczej niewiele. Bardzo niewiele.
- Puść mnie - warknęła na niego, usiłując się wyrwać. Miał mocny uścisk.
- Ściągaj kieckę - zażądał, odpychając ją od siebie. Eileen zadrżała, kiedy podszedł do drzwi, zamykając je na klucz i dodatkowo zabezpieczając grubym, ciężkim łańcuchem. Rozsunęła zamek swojej krótkiej, czarnej sukieneczki i pozwoliła jej swobodnie opaść. Walczyła ze sobą, chcąc przezwyciężyć ochotę osłonięcia ciała dłońmi. Stojąc tak, w samej bieliźnie, przed obcym mężczyzną, czuła się bardzo niepewnie. Zamknęła oczy, nie chcąc widzieć jak Frank lustruje ją spojrzeniem, nieomal się przy tym śliniąc. Ohydne. Wyobraziła sobie, że całą tą żenującą sytuację obserwuje z góry, nie mając w niej żadnego udziału. Mocne uderzenie w twarz zmusiło ją do powrotu na ziemię.
- Patrz na mnie, mała szmato - wrzasnął, mocno ściskając jej kościste ramiona. Eileen skrzywiła się z bólu. Uniosła wzrok, spoglądając na niego z nienawiścią. Frankie uśmiechnął się z satysfakcją, głaszcząc ją po bladym policzku. Dupek.
Kolejny cios dosłownie powalił ją na ziemię. Eileen poczuła, jak z płuc uciekło jej całe powietrze i skuliła się na ziemi, próbując osłonić brzuch. Uderzenia spadały na nią z góry jak grad, znacząc ciało siniakami.
- Przestań. - Kiedy wyjął nóż, była gotowa błagać go o litość, nie przejmując się upokorzeniem. Do tej pory nie spotkała jeszcze faceta, który wolałby ją zabić, zamiast się z nią przespać, jakkolwiek beznadziejnie to nie brzmiało w jej myślach. Bała się. Czym sobie na to zasłużyła ? Czy naprawdę pieniądze były tego warte ? Własnego zdrowia, życia ? Takiego poniżenia ?
- Proszę cię, przestań.
Frank uniósł głowę i spojrzał na nią, jakby zdziwiony, że ośmieliła się przerwać.
- W porządku - powiedział spokojnie, prostując się i rzucając nóż na ziemię. Zerknęła na niego podejrzliwie. W porządku ? - Wstań - dodał, rozbawiony. Eileen ostrożnie stanęła na nogi. Pomasowała sobie obolałe żebra, nie przejmując się zupełnie obecnością mężczyzny. - Rozbieraj się - szepnął jej do ucha, podchodząc bliżej. Poczuła nieprzyjemny ucisk w brzuchu.
__________

- Odwiozę cię teraz do domu - oznajmił Frankie, z błogim uśmiechem podnosząc się z trocin i wciągając spodnie. Eileen zwinęła się w kłębek. Zareagowała dopiero, kiedy rzucił jej wymięte ubrania i polecił się natychmiast ubierać. Najwyraźniej gdzieś się spieszył, ale dziewczyny kompletnie to nie interesowało. 
Kurwa. Kurwa !
Usiadła, rozprostowała materiał i założyła po kolei wszystkie części swojej garderoby, starając się nie zauważać, że ramiączko od stanika zwisa smętnie, pozbawione jakiegokolwiek punktu zaczepienia z tyłu. Frank stał z tyłu i błądził wzrokiem po jej posiniaczonym ciele. Dziewczyna twardo stanęła na nogi i spojrzała na niego ponaglająco. Otworzył drzwi i niechętnie wypuścił ją z budynku.
W samochodzie śmierdziało rzygami. Eileen robiło się niedobrze, kiedy pomyślała, kto, zapewne, ostatnio zwymiotował Frankiemu na siedzenie. 
- Do następnego, kotku - stwierdził z paskudnym uśmieszkiem, wysadzając ją przed blokiem, w którym mieszkała ciotka Nelly. Dziewczyna zmierzyła go spojrzeniem i bez słowa zatrzasnęła za sobą drzwi. Nie wiedziała, jak pokaże się w takim stanie czujnemu oku ciotki. To w ogóle nie wchodziło w grę. Z małej torebki wyciągnęła telefon i wybrała odpowiedni numer.
- Skończyłam - powiedziała zimno do osoby po drugiej stronie. - Zapłacił ci ? To dobrze. Część kasy dla mnie, mam nadzieję, że pamiętasz. Jesteś sam ? Świetnie. Złapię jakiś autobus czy coś i przyjdę się umyć. - Chwilę słuchała. - Popieprzyło cię ? Nie mogę się pokazać tak u ciotki. Uhm.
Rozłączyła się, poirytowana egoizmem tego człowieka. Potem poszła na najbliższy przystanek.
__________

Dom Charlesa Allena w oczach Eileen był taką samą ruderą, jak niebieska stodoła Franka, tyle że z minimalnym ogrzewaniem i wodą. Dziewczyna nie miała pojęcia, jak udaje mu się to wszystko opłacić, jeśli całe pieniądze przeznaczał na wódkę i panienki. Westchnęła ciężko, wahając się chwilę przed naciśnięciem dzwonka. Przytknęła ucho do białych drzwi i, słysząc dziecięcy krzyk, odczekała kilka minut, dając Charlesowi czas na dokończenie swoich spraw. Czasem czuła się przez to jak ostatni śmieć, bo mimo, że doskonale wiedziała, co dzieje się za murami tego domu, nigdy nie zdołała wziąć się w garść i zareagować. Ilekroć Charlie opowiadał cokolwiek o swojej córce, jedenastoletniej dziewczynce, która w jego opinii zasługiwała na miano diabelskiego, przeklętego bachora, Eileen czuła w brzuchu supeł. Usiłowała przemówić samej sobie do rozsądku : że może gdyby jej życie było bardziej uporządkowane i lepsze, niż życie tego dziecka, może wtedy mogłaby pomóc. Że ma zbyt wiele problemów, by dokładać sobie kolejne. Że przecież nie można zbawić całego świata. Głupie serce nie słuchało i, dręczona wyrzutami sumienia, jeszcze mocniej znienawidziła Charlesa. Cholerny Allen, żeby poczuć się bardziej męsko, musiał okazywać ogromną władzę nad córką i nad nią samą, nad żałosną Melanie Sawyer, przed każdym widzem, który przyszedł pooglądać ten marny spektakl.
W końcu krzyk ucichł, a Eileen odważyła się zadzwonić.
- Czego ?! - warknął Charlie, otwierając z rozmachem drzwi. Na jej widok odrobinę zmiękł. - A, to ty. Właź, nie chcę mieć szpicli na karku ! - pospieszył ją, więc dziewczyna weszła, starając się ignorować panujący w środku chaos. Jak zwykle w kontaktach z Allenem udawała, że absolutnie nie widzi plam krwi, pokrywających jego przyciasną koszulkę. Zrobiło jej się zimno i źle. Pożałowała, że przyszła tu dzisiaj.
- Kasa - rzuciła krótko, zdecydowana jak najszybciej uciec. 
- Nie rozkazuj mi ! - syknął na nią, gestem wskazując łazienkę. - Tam. Najpierw idź się umyć, wyglądasz jak dziwka z prawdziwego zdarzenia - zarechotał z własnego, słabego dowcipu i oparł się o framugę. - Potem dostaniesz swój przydział. No już ! - machnął ręką i popchnął ją lekko w stronę łazienki. 
Eileen ostrożnie weszła do środka, uważając na porozrzucane w korytarzu ręczniki, butelki i zabawki. Uniosła głowę, spoglądając w lustro i przewróciła oczami na widok swojej twarzy. Pieprzony Frankie to naprawdę zdolny koleś, pomyślała, wodząc palcem od lewego łuku brwiowego aż do brody - miejsca, w którym kończył się siniak. Nikt przed tobą mnie tak nie urządził, kolego. Powstrzymała westchnienie i rozejrzała się dookoła, w poszukiwaniu czegoś, czym mogłaby się wytrzeć. Nigdzie nie zauważyła jednak ręcznika czy nawet kawałka szmatki, więc zrezygnowana, postanowiła się zmusić, by poprosić o to Charlesa. Odwróciła się i krzyk uwiązł jej w gardle. 
Rudowłose stworzenie w okrągłych okularach, z identycznym siniakiem jak jej własny, czaiło się w kącie przy drzwiach. Upiór był umazany krwią z rozciętej brwi, kulił się pod ścianą i mocno ściskał w dłoniach pluszowego, brudnego misia. Eileen stała jak wmurowana, wpatrując się w zaczerwienione oczy dziewczynki.
- Nie mów mu, że tu jestem, proszę - szepnęła mała, mocniej usiłując wcisnąć głowę między ramiona. Dziewiętnastolatka pokiwała głową ze zrozumieniem. Nadal była w szoku. To jest ten twój irytujący bachor, Charles ?!, miała ochotę wrzasnąć mu prosto w twarz. Dziewczynka posłała jej blady uśmiech, którego Eileen nie umiała odwzajemnić. Mogła tylko stać i patrzeć. Boże.
- Co tutaj robisz ? Miałaś iść do pokoju ! - wściekły głos Charlesa tuż przy uchu sprawił, że podskoczyła i, drżąc na całym ciele, odsunęła się na bok. Skamieniała, obserwowała jak mężczyzna szarpie córkę za włosy, kopniakiem wskazuje drogę do pokoju, a na pożegnanie poprawia uderzeniem w brzuch - i nie reagowała. 
Eileen, ty bezduszna suko.
Kiedy dziewczęcy krzyk ucichł, Eileen osunęła się na podłogę, bezgłośnie płacząc.

03/07/2015

[2012] Wake me up inside



 “Wake me up inside
Call my name and save me from the dark

Bid my blood to run
Before I come undone 
Save me from the nothing I've become”


         Prawda była taka, że wszystko nieuchronnie zmierzało do jednego miejsca. Jestem pewien, że nawet gdybym wtedy lub w innej sytuacji podjął inną decyzję, to i tak spotkalibyśmy się tu dzisiaj, bo tak miało być. Gdyby nie przydzielono mi tej sprawy? Te wydarzenia i tak musiałyby się stać a to, czy wydarzyły się wcześniej, czy później nie ma tu żadnego znaczenia. Teraz wszystko wydaje się takie proste. Wtedy tak nie było. Pamiętam zarys sprawy, teraz powoli zaciera się w mojej pamięci. Nie jest to coś „najważniejszego w moim życiu”. To tylko pewien punkt, do którego musiałem dojść. To tak jak w niektórych grach, musisz dojść do pewnego miejsca żeby zrobić zapis. I nieważne którą drogą pójdziesz, bo i tak musisz trafić w określony punkt. Teraz wygląda to w ten sposób. Wtedy było inaczej. Ale i ja byłem inny. Wściekły. Na co? Straciłem żonę, rodzinę, nie miałem niczego. Wściekałem się na wszystko. Teraz większość rzeczy po prostu mam gdzieś. Nie myślcie, że przeszedłem całkowitą przemianę przez tę właśnie sprawę. Katharsis, czy coś tam. Gówno prawda. Oczy nie otworzyły mi się nagle i nie było wielkiego „oh”. Zabrzmię teraz jak wariat, ale kim jestem, skoro nadal tu tkwię? Wiele razy wracałem do tej sprawy. Wielu rzeczy żałowałem. Któregoś razu wyobraziłem sobie całe moje poprzednie życie jako długi kabel ciągnący się tunelem w dół. I wziąłem nóż i odciąłem go w miejscu, w którym stałem. Przeszłość spadła w ciemnię, a ja więcej nie oglądałem się za siebie. Nie lubię psychologicznej gadki, ale to akurat zadziałało. Chociaż może nie, skoro opowiadam o tym teraz. Chcecie wiedzieć, jak to się skończyło? Opowiem, jeśli przyniesie mi ktoś piwo.


[1]


- Policja przeczesała całą kamienicę i na najwyższym piętrze znaleziono zwłoki dwóch mężczyzn. Detektywa Josepha Huntera i Matthewa Crew, wielokrotnego mordercę i gwałciciela – na komendzie panowała cisza. Wszyscy wpatrywali się z niedowierzaniem w ekran telewizora. Nikt nie mógł uwierzyć, że to koniec. Koniec detektywa Huntera. Dumy ich komisariatu, przyjaciela wielu z nich. Zginął ktoś bliski, ktoś kogo traktowało się jak rodzinę. Każdy z osobna przypominał sobie najważniejsze sytuacje z Josephem. Czy tak kończy się to wszystko? Czy dla żadnego z nich nie ma już nadziei?



- Policja przeczesała całą kamienicę i na najwyższym piętrze znaleziono zwłoki dwóch mężczyzn. Detektywa Josepha Huntera i Matthewa Crew, wielokrotnego mordercę i gwałciciela – Lea oderwała się na chwilę od sprawdzania kartkówek. Zrobiło jej się dziwnie zimno na wieść o śmierci jej byłego męża. Nie kochała go już, jednak … Było to z pewnością dziwne uczucie. Kiedyś przecież planowała życie z tym człowiekiem. Nie zastanawiając się nad tym dłużej wzdrygnęła się i wróciła do sprawdzania prac. Była przecież na okresie próbnym, nie mogła sobie pozwolić na potknięcie.



- Policja przeczesała całą kamienicę i na najwyższym piętrze znaleziono zwłoki dwóch mężczyzn. Detektywa Josepha Huntera i Matthewa Crew, wielokrotnego mordercę i gwałciciela – Christopher był właśnie w stołówce na śniadaniu, gdy usłyszał wiadomości. W skupieniu obserwował ekran telewizora, aż w końcu rzucił talerzem z zupą w przypadkowego chorego, śmiejąc się przy tym chorobliwie. Natychmiast pojawili się pielęgniarze, wstrzyknęli mu środki uspokajające i zapięli go w kaftan bezpieczeństwa. Przepustkę odroczono.



- Policja przeczesała całą kamienicę i na najwyższym piętrze znaleziono zwłoki dwóch mężczyzn. Detektywa Josepha Huntera i Matthewa Crew, wielokrotnego mordercę i gwałcicielaJohnny na chwilę podniósł głowę znad notesu, w którym umieścił chyba wszystkie najważniejsze rzeczy. Sprawa była jasna, nie trzeba było zbyt długo się nad nią rozwodzić. Podszedł do reporterki CNN, gdy tylko skończyła relację z miejsca zbrodni.
- Co ty do cholery pieprzysz? – Warknął, miażdżąc ją przy tym wściekłym wzrokiem.
- Wszyscy przecież widzieli dwa worki. Poza tym, podsłuchałam jak ktoś od was mówił, że …
-Ty głupia cipo – przerwał jej dosyć brutalnie, co i jego zdziwiło. – Były dwa ciała i jedno, które zabrali do szpitala. I na przyszłość, zanim otworzysz pysk to sprawdź fakty – warknął ponownie, po czym odszedł w stronę samochodu służbowego.



- Policja przeczesała całą kamienicę i na najwyższym piętrze znaleziono zwłoki dwóch mężczyzn. Detektywa Josepha Huntera i Matthewa Crew, wielokrotnego mordercę i gwałciciela – w samochodzie medycznym nikt nie zwracał uwagi na wiadomości płynące z małego telewizorka umieszczonego pod sufitem. Mieli ciężki przypadek, właściwie to prawie śmiertelny. Resuscytacja nie przyniosła żadnego efektu, puls nadal był niewyczuwalny.



Gdyby Joseph Hunter mógł słyszeć wiadomości, to pewnie roześmiałby się w głos. A może by się wściekł? Hm, właściwie to pierwszy raz mówiono o nim w telewizji. Szkoda, że w takich okolicznościach, no ale lepiej tak, niż wcale?


[2]


            W szpitalu właściwie nie było nikogo bliskiego. Chirurdzy dostali informację o tym, kim jest mężczyzna i w jakim jest stanie. Przygotowali salę, ale nie byli pewni czy lekarze zajmujący się nim w drodze do szpitala zdołają przywrócić mu puls. Mieli na to niewiele czasu zważając na czas, w jakim do niego dotarli.
            Zadzwonił telefon. Odebrał jeden z chirurgów, a gdy tylko odłożył słuchawkę zaczęła się krzątanina. Udało się, dopiero po defibrylacji przywrócili mężczyźnie puls. Słaby, ale zawsze to coś.
            Właściwie to dużym plusem była kroplówka i adrenalina, którą wstrzykiwano mężczyźnie. A reszta to już chyba życiowy fart, niewielu przetrwałoby coś takiego.
            Przede wszystkim jednak należało pozbyć się kul tkwiących w brzuchu i ustabilizować jego odruchy życiowe.   


[3]



            Nie było operacji. Skupiono się głównie na utrzymaniu przy życiu mężczyzny, który uznany był już za martwego. I udało się. Może trochę nie do końca. Mężczyzna od miesiąca tkwił w śpiączce, a prognozy nie były najlepsze. O dziwo kule, które powinny zabić prześlizgnęły się pomiędzy najważniejszymi organami i utkwiły w „próżni”. Nie wyciągnięto ich, bo nie było takiej potrzeby, może też dlatego, że stan pacjenta był bardzo ciężki i operacja mogłaby go zabić?
            Na początku odwiedzało go wielu ludzi. Głównie z komendy, przynosili kwiaty i czekoladki, które zjadały później po kryjomu pielęgniarki. Stał się parszywym przypadkiem, który blokuje szpitalne łóżko. Czymś, czym nigdy nie chciałby być. Jednak nie miał na to wielkiego wpływu. Decyzję o odłączeniu od aparatury musiał podjąć lekarz prowadzący, a fakt że nie nastąpiła śmierć mózgu nie sprzyjał ku temu najlepiej.
            Sądzono, że jest dla niego jeszcze szansa. Ale nikt nie mógł mu pomóc. Wszyscy czekali.



            W końcu nadeszło lato, a jedyną osobą która go odwiedzała był John Anderson. Wszyscy w końcu zapomnieli o detektywie, każdy miał swoje życie. Anderson przychodził regularnie – raz w tygodniu, czasem dodatkowo w weekend. Spędzał z nim kilka godzin, przeważnie opowiadał mu o sprawach nad którymi pracuje. O nowym partnerze, którego mu przydzielono a którego nienawidził za sam fakt, że wcisnęli go na miejsce Huntera. Nie dało się go zastąpić nikim, a już zwłaszcza napakowanym bezmózgiem, który właściwie totalnie się nie nadawał do tej roboty.
            Czasem przynosił zdjęcia i teczki. Czytał swoje notatki i pokazywał mu zdjęcia z nadzieją, że ten nagle obudzi się i powie co sądzi o sprawie. Niestety odpowiadała mu jedynie cisza przerywana pracą respiratora.


[4]



            Zapowiadał się piękny, słoneczny dzień. Johnny Anderson szedł korytarzem szpitala pogwizdując sobie pod nosem. Miał na sobie spodnie na kant i białą koszulę – nauczył go tego Hunter. Wyglądał wtedy na uporządkowanego i dokładnego, chociaż w rzeczywistości mógł być największą na świecie fleją. Niósł ze sobą czarną teczkę na dokumenty i kubek gorącej kawy. Nie jakiejś tam z automatu tylko prawdziwej, dobrej kawy.
            Przywitał się skinieniem głowy z pielęgniarką i wślizgnął się do pokoju numer dwieście trzy, uśmiechając się przy tym szeroko. Rzucił z rozmachem teczkę na stolik, przestawił krzesło w okolice łóżka i rozsiadł się w nim, opierając stopy o łóżko.
        - Zabieraj te nogi, baranie – na dźwięk tych słów roześmiał się głośno. – Już dawno powinienem odesłać cię do świrów – mężczyzna leżący w łóżku obrócił twarz w stronę swojego gościa.
            - Josephine, ja też się cieszę, że cię widzę – odparł spokojnie Johnny, kładąc kubek z kawą na stoliku stojącym obok łóżka. – Zapomniałem kwiatów, ale chyba wybaczysz mi to tym razem?
           - Wal się – odparł chory, sięgając ręką po kawę. – Przyniosłeś chociaż coś ciekawego? Nudzi mnie już to siedzenie w miejscu i wysłuchiwanie o tym, jak to bóg mnie kocha – Johnny sięgnął po teczkę, którą wcześniej rzucił na stolik. Otworzył ją szybko i wyciągnął kilka skoroszytów z kopiami akt.
            - Kiedy cię wypisują? – Zapytał unosząc lekko wzrok znad wnętrza aktówki.
         - Jak tylko pozbędziesz się tego pajaca który mnie zastępuje, wtedy od razu dostaję wypis i wspólnie zakopiemy jego zwłoki – Johnny roześmiał się, jednak widząc spojrzenie Huntera spoważniał.
            - Żartowałeś, prawda? – Joseph parsknął tylko śmiechem i otworzył pierwszą z teczek.




            - Joseph, nie żartuj sobie ze mnie – Audrey śmiejąc się poprawiła woreczek z kroplówką i sprawdziła aparaturę. Hunter nie spuszczał z niej wzroku, co dla kobiety było dosyć drażliwe. – Jak będziesz spał, to dosypię ci jakiejś trucizny do kroplówki – powiedziała z udawaną powagą i ruszyła w kierunku wyjścia. Lubiła Josepha, ale miała również innych pacjentów i nikt nie płacił jej za pogaduszki. Ale te pół godziny, które spędzali wspólnie w ciągu dnia było czymś, na co czekała od samego rana. Widywali się prawie codziennie, więc nie było w tym nic dziwnego. Po prostu przyzwyczaiła się do jego obecności. Wiedziała, że już dawno powinien wyjść. Jak na kogoś, kto miał w sobie dwa naboje i przeleżał ponad miesiąc w stanie wegetatywnym wyglądał naprawdę dobrze. Być może udawał ale Audrey wiedziała że zbliża się chwila, w której będą musieli się pożegnać. Dlatego cieszyła się każdym dniem spędzonym z Josephem Hunterem.
            - Kochanie, Joseph jest u siebie? – Słysząc to zmrużyła wściekle oczka, jednak zaraz się uśmiechnęła.
            - Spadaj Johnny, a gdzie on mógłby pójść? – Młody detektyw posłał kobiecie buziaka i zniknął w aktualnie prywatnym gabinecie starszego detektywa.
                  - Widziałem wszystko, odwal się od Audrey, bo odstrzelę ci jaja.
            - No okay! Żartowałem tylko, przychodzę w innej sprawie. Znasz może tego gościa? – Johnny wyciągnął z teczki powiększoną fotografię, a później kilka innych i nieodłączne skoroszyty, których sterta piętrzyła się już pod ścianą. Audrey zerknęła tylko na chwilę do pokoju i pokręciła głową z politowaniem. Nawet leżąc w szpitalu detektyw Joseph Hunter był podporą wydziału. Kobieta uśmiechnęła się tylko pod nosem i wróciła do swoich zajęć.



[5]



            W końcu nadszedł ten długo oczekiwany dzień. Właściwie to mogłoby to nastąpić jutro albo jeszcze później, ale mężczyzna czuł się dobrze i nie potrzebował całodobowej opieki medycznej. Obiecał odwiedzać wszystkich regularnie (zwłaszcza Audrey) i zapisać się na rehabilitację i do psychologa. Akurat tego ostatniego właściwie nie potrzebował, psychicznie czuł się lepiej niż fizycznie ale jak wiadomo – z lekarzami się nie dyskutuje.
            Spędził dwa długie miesiące w szpitalnym łóżku. Miesiąc jako prawie zwłoki, miesiąc jako zwykły i wracający do zdrowia pacjent.
            Większość uważała, że powinien być pod stałą opieką psychologa. Głównie z tego względu, że prawie zginął podczas akcji i spędził miesiąc w stanie wegetatywnym. Dla wielu byłby to ogromny cios, życiowe potknięcie. Ale nie dla Josepha. Odebrał naukę, którą chciano mu przekazać i wiedział nad czym musi popracować. Cud? Nigdy nie wierzył w boga więc całe to ględzenie o cudzie nie bardzo go przekonywało. Po prostu – nie to miejsce i czas. Wiedział, że zawsze był w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, więc wydarzenia które miały miejsce musiały kiedyś się zdarzyć.
            Pomimo wszystko regularnie pojawiał się na terapii i w ośrodku rehabilitacyjnym. Raz w miesiącu miał zgłaszać się na prześwietlenie, by lekarze mogli monitorować pociski tkwiące w jego brzuchu. I raz w tygodniu, późnym wieczorem spotykał się z Audrey – wychodzili na drinka czy piwo, a później jechali do jego mieszkania, którym przez cały ten czas zajmował się Johnny.
            Oglądali filmy, pili szkocką siedząc na balkonie i pieprzyli się do rana przy kanale z francuskimi wiadomościami.



[6]



            Tak to właśnie wygląda. Nie powiem wam jak do cholery przez to przeszedłem. Miałem fart i tyle. Matthew nie chciał mnie zabić, więc strzelił tak że nic wielkiego mi się nie stało. To był głównie ten fart. Później faszerował mnie adrenaliną, więc organizm nadal walczył. Najlepszy kawał roboty odwalił Johnny. Nie doceniałem go wcześniej. To on wszystkim koordynował i to on znalazł mnie na podłodze pokoju chwilę po tym jak zginął ten świr a ja straciłem przytomność. Do tej pory jestem mu wdzięczny i cieszę się, że to właśnie on w tamtym czasie był moim partnerem. Cały czas przyjaźnimy się i współpracujemy. Dzięki tym wydarzeniom Johnny nabrał wprawy i jest teraz lepszym detektywem. A co do Audrey… Nadal się spotykamy. Pilnuje żebym nie przesadził z mocnymi wrażeniami i przyspieszonym trybem życia. Potrzebowałem tego już dawno. Cieszę się, że ją poznałem. Nawet jeśli musiałem prawie umrzeć, by ją spotkać. To wspaniała pielęgniarka i kobieta. I właśnie tu idzie, więc udawajcie że o niczym nie wiecie.




            - Czy za każdym razem musisz opowiadać im tę historię? – Audrey związała swoje brązowe, kręcone włosy w kokon nie odwracając się nawet na chwilę od lusterka. Hunter uśmiechnął się pod nosem, wyciągając z paczki papierosa.
            - Przecież wiesz, że sami mnie o to proszą za każdym razem – wyszedł na balkon w samych spodenkach, zostawiając otwarte drzwi.
           - Niby tak, ale nie chcę już więcej o tym słuchać. I może to romantyczna i dramatyczna historia dwojga ludzi, ale mam już dosyć wysłuchiwania jej co piątek – dołączyła do niego i odpaliła swojego papierosa. – Zwłaszcza, że za każdym razem dodajesz jakieś szczegóły i sama już nie wiem jak to z tobą było.
            - Przecież nie palisz, wyrzuć to – Joseph uśmiechnął się i zaciągnął się dymem tytoniowym.
            - Ty też nie, a nadal trzymasz paczkę w barku.
            - Ale czasem tego potrzebuję, wtedy lepiej mi się myśli. Zwłaszcza, jeśli mam trudne śledztwo albo rozmowę z psychologiem – Audrey przewróciła oczami i wypuściła dym z płuc. W tym samym czasie do pokoju wjechał na fotelu Johnny.
            - Przywiozłem whisky i niezłą komedię, co wy na to? – Hunter i Audrey popatrzyli na siebie, po czym parsknęli śmiechem.
            - Już żałuję tego, że pozwoliłem ci tu zamieszkać – mruknął pod nosem Joseph.
            - Nie miałeś wyjścia, koleś! – Johnny już wkładał płytę do napędu DVD, nie rozstając się nawet na chwilę z obrotowym krzesłem Josepha, które dosyć szybko sobie przywłaszczył. Detektyw zerknął kątem oka na kartony z aktami, które ustawili w korytarzu. Zrobił krok w dobrą stronę. Zapakował wszystko w kartony, a pokój „śledczy” wynajął swojemu współpracownikowi. Audrey spędzała w ich mieszkaniu większość wolnego czasu i wcale im to nie przeszkadzało – obecność Latynoski wpływała na obydwoje pozytywnie.

Może to wszystko naprawdę było jedynie punktem do którego miał dotrzeć po to, by zacząć lepsze życie.    

___________________
            Audrey - fotografia dla zainteresowanych, 
Inez - Joseph Hunter nadal obecny, więc wpisz go na listę. :)  
Jeśli ktoś jest zainteresowany wątkiem z moją postacią to niech przeczyta post i podłączy się do historii, bo wolę coś takiego od przypadkowych sytuacji.