Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

26/06/2020

2148. Serca nie można wymienić, nie można go zatrzymać, można jedynie iść za jego głosem


Nie spodziewałby się, że jeszcze kiedykolwiek dane mu będzie ją ujrzeć, a jednak stała tam piękna jak zawsze ze starannie związanymi płomiennorudymi włosami, których jeden uparty kosmyk wymykał się spod gumki.Wyraźnie coś ją trapiło, choć starała się tego nie okazywać. Znał ją jednak zbyt dobrze, by nie zauważyć tego ledwie zauważalnego zmarszczenia czoła. Gdyby wiele wiosen wcześniej nie dała mu wyraźnie do zrozumienia, że skutecznie zepsuł jej kilka lat życia, na pewno by się nie powstrzymywał i przygarnął ją do siebie. Wyraźnie tego potrzebowała, a w mieszkaniu byli w tej chwili sami, jeśli nie licząc zwierząt i małego dziecka kurczowo trzymającego fragment jej przeciwdeszczowego płaszcza, które nieufnie zerkało na obcego dla niego mężczyznę. Nie wiedział jak powinien zareagować. Kiedyś była jego narzeczoną, ale to była zamierzchła przeszłość. On zdążył w tym czasie zwiedzić wiele zakątków świata, a ona chyba wyjść za mąż, skoro doczekała się córeczki, choć nie widział na jej palcu obrączki.
- Nie zamierzasz nas wpuścić do środka ? - Spytała, wyrywając go z transu. - Myślałam, że bardziej będziesz się cieszyć na mój widok, ale jeśli w czymś przeszkodziłam, to przepraszam. Daj małej tylko coś ciepłego, bo biedaczka całkowicie przemarzła przez tę ulewę i zaraz sobie pójdziemy. - Wyraźnie wyczuwał, że za pozornym chłodem skrywa bezbrzeżną rozpacz.
- Daj spokój, Lieke, przecież widzę, że coś Cię trapi. - Odsunął się nieznacznie na bok, by umożliwić swoim niespodziewanym gościom wejście. - Po prostu myślałem, że wykreśliłaś mnie na zawsze z listy swoich przyjaciół po tym ekscesie w Edynburgu. 
- Cóż...może po prostu uznałam, że są rzeczy o wiele bardziej niebezpieczne od Twojego szaleństwa. - Odparła hardo, pomagając rozebrać się swojej pierworodnej, przez co nie mógł zauważyć, że uśmiechnęła się lekko na samo wspomnienie tego wydarzenia, które wtedy było dla niej największą możliwą katastrofą. 
Te słowa tylko wzmocniły jego podejrzenia.
- Długo macie zamiar tu zostać ? - Spytał, nie chcąc samemu zaczepiać męczącego jej duszę tematu. Już nie raz miał okazję przekonać się na własnej skórze do czego takie zachowanie może doprowadzić i wolał uniknąć kolejnej kłótni, której konsekwencje mogłyby być podobne do spustoszenia jakie pozostawia po sobie tajfun. Zdecydowanie bezpieczniej było poczekać aż sama nabierze ochoty do zwierzeń. 
- Może nawet na stałe, o ile tylko uda mi się w tym mieście znaleźć stałą pracę i jakieś mieszkanie. 
- Rozumiem, że obecnie jesteście bez dachu nad głową ? - Zaindagował, patrząc przelotnie na zegar ścienny. Nie był do końca pewny, czy Dalaja zgodzi się przyjąć pod swój dach dwie dodatkowe osoby, skoro z takim trudem znosiła nawet obecność własnego brata, ale nie umiał też obwieścić tego swojej dawnej miłości. W najgorszym wypadku będzie musiał sięgnąć do pieniędzy, które wpływają na jego konto w ramach kopalni i pomóc Holenderce w stawianiu pierwszych kroków w tej metropolii, w której sam został poniekąd uziemiony na bliżej nieokreślony czas w związku z wciąż szalejącą epidemią.
- Zatrzymałyśmy się w jednym z mniejszych hoteli, ale obawiam się, że niedługo skończą mi się oszczędności. Zbyt długo szukałam Cię po całym globie, a ojciec Wenecji stwierdził, że nie będzie łożył na utrzymanie, jak to sam określił pomiotu za mojego grzechy. Wyobrażasz to sobie ?! Nazwał tak własną pierworodną tylko, dlatego, że cierpi na autyzm i jeszcze oskarżył mnie o niewłaściwe zachowanie podczas ciąży, które rzekomo do tego doprowadziło! - Im więcej żali z siebie wyrzucała, tym bardziej drżał jej głos aż w końcu zaczęła histerycznie szlochać, osuwając się na kafelki.Tym razem nie mógł już czekać bezczynnie, toteż postanowił dać się ponieść uczuciom i usiadłszy na podłodze, przygarnął ją do siebie. Najważniejszą kwestią na obecną chwilę było zapewnienie jej bezpieczeństwa. - Jesteś naszą ostatnią nadzieją... - Wyszeptała jeszcze ledwie zrozumiale przez łzy, nim ostatecznie skryła się w jego opiekuńczych ramionach.
Być może za dużo sobie obiecywał, ale skoro spośród wszystkich swoich licznych znajomych zwróciła się akurat do niego, to chyba miał choć nikłe prawo przypuszczać, że jeśli tylko odpowiednio zajmie się zarówno nią samą, jaki i dziewczynką, zdoła rozbudzić w niej to wspaniałe, silne uczucie, którym go kiedyś darzyła. 

***

Cytat w nagłówku za kryminałem Macbeth autorstwa Jo Nesbø. 




20/06/2020

2147. Miłe złego początki, lecz koniec żałosny

W poście fabularnym występują wulgrazymy!
 
I need a change and I need it fast, I know that any day could be the last.

Spojrzałem na kobietę, której wzrok wbity był w okno. Zapewne próbowała się uspokoić, powstrzymać słowa, którymi mogłaby mnie skrzywdzić. Chciała utożsamić się z spokojnym morzem Karaibskim. Stała odwrócona plecami do mnie, dłońmi ściskając rant zlewu. Drżała ze strachu. Bała się odwrócić w moją stronę, nie chciała pokazać mi zapłakanej, nieumalowanej twarzy. Bez względu w jakim stanie była, dla mnie wciąż wyglądałaby najpiękniej na świecie. Pragnąłem do niej podejść, wtulić twarz w jej rudą burzę loków, jednak coś mnie powstrzymywało.
Nie umiałem się uspokoić. Wściekłość, która zawładnęła moim ciałem była niczym burza na morzu – nieokrzesana, a każdy, kto próbował ją ujarzmić, ginął w samotności. Właśnie taki byłem – porywczy i wybuchowy. A gdy ktoś odważył się podpalić mój lont, nie mogłem już powstrzymać tego rollercoastera.
- Powtórz. – Jad, który płynął z moich ust, był dla niej jak sztylet w serce. Bolało ją to, że nie potrafiłem cieszyć się cudem, który właśnie trwał. – Powtórz do kurwy nędzy!
Podniesiony głos sprawił, że Victoria wzdrygnęła się. Nienawidziła dwóch rzeczy – tego, że krzyczę oraz przekleństw, które właśnie wykorzystywałem. Chciałem ją sprowokować, sprawić, że również zacznie mnie atakować. Jednak tak się nie działo. Wciąż odwrócona plecami do mnie, cicho zachlipała. Wiedziałem, że była na skraju załamania.
- Jestem w ciąży – wyszeptała, drżącym od płaczu głosem. – Jestem w ciąży – powtórzyła, tym razem głośniej i pewniej – Z tobą.
Chciałem jej wierzyć. Ufałem jej bezgranicznie i jeszcze wczoraj byłem pewny, że nigdy nie będę wątpił w to, co mi powie, jednak informacja o tym, że nosi w sobie nowe życie, zmroziła krew w moich żyłach. Czułem się tak, jakby ktoś uderzył mnie metalową rurką w tył głowy, a gdy zaczynałem się wykrwawiać, śmiał się tak, jakby oglądał najwspanialszą komedię w swoim życiu. Gdyby ktoś spojrzał na naszą dwójkę właśnie w tym momencie, mógłby tak pomyśleć - że jesteśmy komicznie do siebie dobrani. Victoria, rudowłosa piękność, z dobrej, bogatej rodziny i ja, samotny, wiecznie szukający swojego miejsca na ziemi i z nieciekawą przeszłością. Bo tak można by powiedzieć o moim dzieciństwie - kradzieże, by tylko móc zjeść coś ciepłego na obiad raz w tygodniu; groźby, gdy zacząłem dorastać, które zmuszały ofiarę do bycia podwładnym, a przede wszystkim alkohol oraz narkotyki, które w rodzinnym domu mógł zauważyć każdy. Ojciec, którego już prawie nie pamiętałem, zaćpał się na śmierć, a jego zimne ciało leżało w sypialni przez blisko dwa tygodnie z matką, alkoholiczką, która postanowiła osłodzić sobie życie i dawać w żyłę tak często, że w pewnym momencie nie miała się już gdzie wkłuwać. Tak właśnie wyglądało moje dzieciństwo - pełne przemocy, kłamstw i dramatów, których, jako małe dziecko, nie powinienem znać.
A teraz stałem tutaj, w ogromnej kuchni, pełnej relatywnego szczęścia, miłości i nadziei na lepsze jutro. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Szczęście już dawno temu wyparowało, gdy dowiedzieliśmy się, że nie mogę mieć dzieci, ponieważ jestem bezpłodny; miłości nie było od momentu, gdy powiedzieliśmy sobie sakramentalne tak przed ołtarzem i wróciliśmy z powrotem do życia, które się kręciło wokół pieniędzy, którymi zaspokajaliśmy własne potrzeby; a nadzieja? Chyba już dawno temu kopnęła nas w tyłki i opuściła ze świadomością, że jest nam niepotrzebna; nadziei nie było nigdy.
Kreowaliśmy wspaniały związek, pełen wsparcia i zrozumienia. Owszem, moglibyśmy powiedzieć, że to, co nas łączyło, było niespotykane. Znaliśmy się jak łyse konie, czasem nawet myśleliśmy, że miłość do nas wróciła i jedyne, co musimy zrobić, to ją pielęgnować. Więc robiliśmy to - staraliśmy się o każdy dzień, za każdym razem coraz mocniej, by był lepszy. I był, do dzisiaj. Victoria próbowała mi wmówić, że zostanę ojcem, że spłodziłem syna lub córkę, że będę prawdziwym mężczyzną; że będziemy mogli ponownie rozkochać się w sobie. Chciałem jej wierzyć jak nigdy wcześniej. Cholernie pragnąłem pokazać naszemu dziecku, że świat nie jest czarno-biały, a ilość kolorów nieraz może spowodować migrenę. Jednak sztab lekarzy, do których chodziliśmy w zeszłym roku, jasno powiedzieli, że jedyną opcją dla nas jest adopcja.
- Puściłaś się - jęknąłem, opierając się o granitowy blat. - Puściłaś się, a teraz próbujesz mi wmówić, że będę ojcem!
Victoria odwróciła się w moją stronę, wzdychając niepewnie. Bała się spojrzeć na moją rozwścieczoną twarz. Nie zobaczyłaby tego cudownego Alexandra, tylko tyrana, który nie potrafił się powstrzymać przed spowodowaniem komuś krzywdy. Na linii frontu stała ona - drobna, zapłakana kobieta z workami pod oczami, jakby nie spała od kilku dni. Mimo to, że była tak bardzo przerażona moją postawą, w jej oczach wciąż dostrzegałem spokój i troskę; nadzieję, że jednak jej zaufam i zrozumiem. Była w błędzie.
- Alex... - wyszeptała, ruszając w moją stronę - ty jesteś ojcem. Wiesz, że nigdy bym cię nie zdradziła.
Parsknąłem śmiechem, a gdy się uciszyłem, śmiech ten wciąż rozbrzmiewał w moich uszach.
- Pierdolisz - warknąłem, odsuwając się dwa kroki od kobiety. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, że podejdzie do mnie i obejmie mnie tak, jak robiła to za każdym razem, gdy zachowywałem się jak wariat. - Nie mogę mieć dzieci, jestem bezpłodny! Puściłaś się z jakimś frajerem i teraz próbujesz mi wmówić, że to moje dziecko! Jesteś dziwką!
Pierwszy sztylet ugodził Victorię prosto w serce. Łzy popłynęły z jej oczu, a ona już tego nie skrywała. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że sztylet ten będzie niczym bumerang odbijał się od niej, a następnie wracał do mnie tylko po to, abym wypuścił go z jeszcze większą siłą. I choć wiedziałem, że powinienem przestać, przynajmniej spróbować się opanować, nie potrafiłem tego zrobić.
- Gdybyś nie był cholernym ćpunem miałbyś więcej pewności siebie - syknęła, odbijając piłeczkę.
Nie chciała powiedzieć, że gdybym nie ćpał, nie byłbym bezpłodny; gdybym nie ćpał, nie czułbym się jak wrak człowieka za każdym razem, gdy odwiedzały nas w kurorcie szczęśliwe rodziny z małymi dziećmi; gdybym nie był taki, jaki jestem, prawdopodobnie nigdy nie poznałbym Victorii. To ona była, jest i, mam nadzieję będzie moim małym zwycięstwem w tym cholernie ciężkim życiu. I, żebyście nie myśleli - nigdy nie byłem ćpunem. To moja matka i ojciec dawali do żyły za każdym razem, gdy nadarzyła się okazja. Może raz, góra dwa razy zażyłem heroinę. Nigdy więcej. Przysięgam. Victoria jednak wiedziała swoje, bo tak jej było łatwiej. W taki właśnie sposób, za każdym razem, kiedy coś jej nie pasowało; coś było nie tak, jak sobie wymarzyła, atakowała w sposób dla mnie niezrozumiały, budując wokół siebie mur nie do zniszczenia.
- To tobie jej brakuje - warknąłem, podchodząc na krok. Teraz już byłem pewien, że nie zbliży się do mnie, że jestem górą. - Ty się puszczałaś na prawo i lewo. To ty potrzebujesz bachora, żeby podnieść swoje zjebane ego. To ty wiecznie potrzebujesz atencji. To ty nie potrafisz docenić tego co masz. Szukasz ciągle czegoś nowego, jakiejś zmiany w życiu, która połechce cię tylko na chwilę. Bardzo dobrze wiemy, że spierdolisz życie temu dziecku!
Widziałem, jak wstrzymuje oddech, a na twarzy pojawiają się rumieńce z wściekłości. Gdyby była dziesięć centymetrów wyższa i z piętnaście kilogramów cięższa, prawdopodobnie rzuciłaby się na mnie i wydrapała oczy. Prawdę powiedziawszy, skłamałem mówiąc, że Victoria miała lepsze życie niż moje. Myślę, że było równie parszywe, być może nawet gorsze. W końcu nie każdy ojciec gwałci swoją nastoletnią córkę i śmieje się jej prosto w twarz, gdy próbuje powiedzieć o tym starszej siostrze czy matce; nie każdy bije swoje dziecko po udach, kopie po brzuchu i każe mówić, że jest najwspanialszym tatusiem jakiego mogła sobie wymarzyć. Oboje byliśmy złamani i trzymaliśmy się tylko dlatego, że byliśmy razem, choć Victorii z większą łatwością szło uporanie się z demonami. Jakby jej imię naprawdę coś znaczyło.
- Nienawidzisz mnie - wyszeptała, pociągając głośno nosem. Otarła mokre od łez oczy i odwróciła się. Wyszła na zewnątrz, zatrzaskując z hukiem drzwi.

It's so hard to find someone who cares about you, but it's easy enough to find someone who looks down on you.

Wcale tak o niej nie myślałem. Kochałem ją w ten chory, dość szalony, ale pełen pasji i oddania sposób. Pewnie wcale tak nie myślicie, ale tak naprawdę było. Była dla mnie wszystkim - przyjaciółką, której mogłem powiedzieć wszystko o wszystkim; kochanką, której pragnąłem każdego dnia coraz mocniej, ale także najwspanialszą i najpiękniejszą żoną, bez której dawno temu skończyłbym gdzieś w rowie. Stałem w tej pieprzonej kuchni, która nagle zaczynała robić się klaustrofobiczna i, nie wiedzieć czemu, nie pobiegłem za Victorią, choć powinienem to zrobić. Powinienem ją dogonić, złapać za rękę, błagać o wybaczenie przez kolejnych kilka lat, ale tego nie zrobiłem. Stałem jak ten kretyn, uderzając pięścią w granitowy blat tak długo, dopóki ręka nie była cała zaczerwieniona, a mi opadły siły.
Otworzyłem drzwi lodówki, szukając czegoś, co może ukoić moje nerwy. Powiedzcie mi, jak zachowalibyście się na moim miejscu, kiedy wasza narzeczona mówi wam, że jest w ciąży, a ty masz świadomość, że zapłodnić jej nie mogłeś? Nie chcę generalizować, ale domyślam się, że również wpadlibyście w szał. W środku metalowej puszki nie znajdowało się nic poza masłem, mlekiem i resztką wczorajszego obiadu. Nie miałem sił, aby coś zjeść; wiedziałem, że zaraz wszystko zwymiotuję.
Dziecko... Jak ono mogło zmienić nasze życie? Jeszcze niedawno pragnęliśmy je mieć. Były nawet momenty, że chodziliśmy od sklepu do sklepu, oglądając małe, dziecięce łóżeczka; zastanawialiśmy się, które pomieszczenie w domu przeznaczyć na pokoik, na jaki kolor przemalować ściany; nawet szukaliśmy kogoś, kto będzie w stanie nam pomóc w tej opiece. Byliśmy pełni nadziei, wierzyliśmy w to, że możemy pokazać naszym rodzicom, że bez solidnego majątku, który mógłby zaspokoić wszystkie zachcianki, bez narkotyków, kłamstw i przemocy też można żyć. Co więcej, chcieliśmy udowodnić, że takie życie byłoby znacznie lepsze. Nie tylko chęć utarcia nosa rodzicom ciągnęła nas do tego, by mieć własne dziecko. Chcieliśmy poszerzyć swoją rodzinę, móc przekazać córeczce albo synkowi wszystkie wartości, których się nauczyliśmy sami, bez żadnej pomocy. Oboje potrzebowaliśmy tej małej istotki, która mogłaby pomóc nam w naszym burzliwym życiu.
Usiadłem przy ladzie i otworzyłem laptopa. Przejrzałem wszystkie portale społecznościowe, zatrzymując się na facebookowym poście dotyczącym przyszłego rodzicielstwa. Kurewski facebook podsłuchiwał nas na każdym kroku i teraz sugerował, że mamy nie przejmować się wiecznym płaczem w środku nocy czy męczącymi kolkami, które nie pozwolą dziecku spokojnie zasnąć; wszystko to da się przeżyć, przetrwać, a uśmiech szkraba wszystko nam wynagrodzi. Wyłączyłem białe ef i spojrzałem na skrzynkę pocztową, która roiła się od reklam.
Niektóre wiadomości dotyczyły zakupu nowej działki łączącej się z naszym kurortem, na której planowaliśmy dobudować kilka sypialni, dwa apartamenty dla nowożeńców, a także plac zabaw dla najmłodszych oraz miejsce, gdzie można by zrobić ognisko, napić się ze znajomymi i wciąż wdychać słony zapach morza Karaibskiego. Kolejne dwie wiadomości dotyczyły spotkania w poradni dla tych bardziej złamanych (wstyd mi mówić o tym, że potrzebowałem porady psychiatry). Wiadomości dotyczące rezerwacji przebiegłem powierzchownie, lecz ostatnia z nich przykuła mą uwagę. Nie była ani reklamą, ani ofertą sprzedaży czy też informacją o chęci zarezerwowania pokoju; była od Reyes Castanedo; gościa, który głęboko zapadł mi w pamięci.
Reyes była cudowna. Nie przyjechała do nas po to, by zaczerpnąć świeżego powietrza i przeczyścić umysł przed szarą rzeczywistością, a po to, by w spokoju móc dokończyć pisać pracę naukową na temat Ameryki Łacińskiej. Nie jestem pewien czy wyszło jej to tak, jak planowała, gdyż więcej czasu spędzała ze mną i Victorią. Towarzyszyła mi w momentach, kiedy oprowadzałem grupki gości po Saint Thomas, pokazując im najważniejsze zabytki. Jednak pamiętałem Reyes nie tylko ze względu na to, że była bardzo ciekawską i przyjazną kobietą. Zapadła mi w pamięci głównie przez to, że pokazywała mi i mojej żonie, że wszystkie problemy można rozwiązać; że gdzieś na końcu zakręconego tunelu jest promyk słońca, który może rozjaśnić kolejne dni; że wszystkie przeszkody można pokonać w pojedynkę, lecz ciekawszym jest opcja, gdy idzie się we dwoje. Głównie pamiętałem ją dlatego, że widziała w nas, we mnie i w Victorii coś więcej, aniżeli związek z obowiązku. Reyes pokazała mi, że mogę pokochać Victorię tą prawdziwą, szczerą miłością.
Wbiłem wzrok w wiadomość, a minuty leciały nieubłaganie. Pisała, że w końcu udało jej się dokończyć pracę na temat Saint Thomas i po raz tysięczny dziękuje nam za to, że pokazaliśmy jej prawdziwe oblicze wyspy. Uśmiechnąłem się mimowolnie, kładąc ręce na klawiaturze. Przez ułamek sekundy zastanawiałem się, co jej odpisać, a po chwili moje palce zaczęły pisać same:

Droga Reyes,

Nie masz za co nam dziękować, wykonywaliśmy swoją pracę. To my powinniśmy być Tobie wdzięczni za to, że pokazałaś nam inne spojrzenie na świat. Powinnaś zostać psychoterapeutą zamiast męczyć się w muzeum w Nowym Jorku. Jesteś naprawdę wspaniałą kobietą, niezmiernie cieszę się, że mogłem Cię poznać, że pozwoliłaś się nam poznać, otworzyłaś swoje i nasze oczy. Tęsknię... Tęsknimy za Tobą i mamy nadzieję, że za niedługo znowu do nas przyjedziesz.
Mam też złe wiadomości - odkąd wyjechałaś, relacje między mną, a Victorią niesamowicie się pogorszyły. Być może zauważyłaś wcześniej, że nie jesteśmy prawdziwym, książkowym małżeństwem; że w momencie, gdy się kłócimy, wyciągamy wszystkie najgorsze karty, których normalni ludzie nigdy by nie wyciągnęli; że gdy się kochamy, kochamy się pełni pasji i szczenięcego związania. A dzisiaj znowu mieliśmy moment, kiedy wyłożyliśmy na stół najgorsze chwile naszego życia i przegadywaliśmy się, a właściwie walczyliśmy, kto jest górą. Victoria jest w ciąży, dasz wiarę? Cieszyłbym się jak nastolatek dostający nowy samochód, gdyby nie fakt, że jestem bezpłodny. Nie mogę mieć dzieci, a ta suka próbuje mi wmówić, że ją zapłodniłem.

Pozdrowienia z gorącego Saint Thomas,

Alex

P.S. Nie poradzimy sobie bez Ciebie.



Spojrzałem na wiadomość, przeczytałem ją kilkukrotnie, a następnie zamknąłem laptopa, nie wysyłając maila. Nie jestem w stanie wam powiedzieć, dlaczego tego nie zrobiłem. Chyba nie miałem wystarczającej odwagi, by zwierzać się komuś z tego, co działo się za murami kurortu. Tam byliśmy idealnie ułożonym małżeństwem, z którego każdy powinien brać przykład. W momencie, gdy zamykaliśmy się w naszym domu, działy się rzeczy niezrozumiałe dla mnie, dla Victorii, a tym bardziej dla osób, które korzystały z wypoczynku u nas. Nie wiedziałem czy Reyes zauważyła w nas coś, co mogło nakierować ją na to, że nie jesteśmy idealni.
Wstałem od blatu i podszedłem do kuchennego okna. Nie miałem pojęcia, że za oknem zaczęło padać, a słońce chowało się za horyzontem. Victoria, nie ważne jak bardzo wściekła, już dawno powinna wrócić do domu. Nigdy nie wychodziła sama na zewnątrz, kiedy robiło się ciemno. Bała się, że ktoś zrobi jej krzywdę, dlatego zawsze, kiedy musiała wyjść po zmroku, czekała na mnie z niecierpliwością w kuchni. A teraz jej nie było i nie miałem pojęcia, co zrobić. Wyciągnąłem telefon z kieszeni i wybrałem jej numer. Dwa sygnały wystarczyły, bym usłyszał dzwonek Three Days Grace w salonie; dały mi też do zrozumienia, że nie wzięła ze sobą telefonu. I już byłem pewien, że coś złego się stało.
Dwoma susami pokonałem odległość, która dzieliła mnie od przedpokoju. Założywszy adidasy, chwyciłem słuchawki, bez których nie wychodziłem sam na zewnątrz. Włączyłem na Spotify zespół, który kilka sekund wcześniej usłyszałem dzwoniąc do Victorii i ruszyłem przed siebie. Nie byłem pewien, gdzie moja żona mogła się udać. Pierwszą myślą, którą szybko odepchnąłem od siebie był kurort - w takim stanie na pewno by tam nie poszła. Drugą opcją była plaża. Tam zdecydowanie lubiła przesiadywać, wsłuchując się w szum morza i łapiąc promienie słońca. Jednak teraz, kiedy morze zaczynało szaleć, pokazując na co je naprawdę stać, na pewno tam nie poszła. Skierowałem się więc w stronę centrum, nie zważając na turystów, którzy z oburzeniem komentowali moje niewychowanie. Idąc przed siebie, nagle uświadomiłem sobie, że Victoria nigdy nie poszłaby za tłumem. W takim stanie, w jakim była, na pewno unikała skupisk ludzkich i udała się tam, gdzie jest ich najmniej, a więc najprawdopodobniej do opuszczonego domu, który znajdował się nieopodal plaży.

To go back to the start to see where it all began, or it's up at the bottom to watch how it all ends.
 
Uwierzcie mi na słowo, że zastanawiałem się nad tym, co mam jej powiedzieć. Chciałem ją przeprosić, wytłumaczyć na spokojnie, dlaczego się tak zachowałem. Naprawdę to chciałem zrobić. Pragnąłem ją zabrać w bezpieczne miejsce, wziąć do domu, zaparzyć gorącej herbaty, która, według niej, była najlepszym lekarstwem na skołowane myśli. Chciałem usiąść obok niej, zaciągnąć się zapachem lawendy, którą się perfumowała, a następnie na spokojnie przegadać z nią zaistniałą sytuację i wymyślić, jakim cudem kilku lekarzy, którzy byli ze sobą zgodni co do diagnozy, tak bardzo się pomylili. Kiedy już przegadalibyśmy połowę nocy, wybaczyli sobie słowa, które niepotrzebnie wypuściliśmy z ust, pocałowałbym ją w czoło i zaprowadził do sypialni, a następnie zasnął w jej objęciach. Mimo, że byłem porywczy, zaczynałem rozumieć, że moja reakcja była zupełnie niepotrzebna. Powinienem od razu pozwolić jej dać się wygadać i świętować to, że niemożliwe stało się możliwe; że naprawdę będę ojcem i że będę mógł w przyszłości pokazać swojemu dziecku prawdziwą, kochającą się rodzinę.
Jednak wszystko spierdoliłem. Do tego momentu nie wiedziałem nawet, jak bardzo. Znalazłszy się w opuszczonym domu, który w ciemności przerażał nawet mnie, rozejrzałem się wokół. Nie znalazłem jednak Victorii, którą tak bardzo pragnąłem przytulić.
- Vicki! - wrzasnąłem z nadzieją, że zaraz się odezwie. - To ja, Alex! Wychodźże!
Odpowiedziało mi tylko echo moich słów, które odbijały się od rozpadających ścian. Mojej ukochanej tam nie było, a świadomość, że nie wiedziałem już, gdzie mam jej szukać, mroziła krew w moich żyłach. Może już dawno była w domu, parzyła właśnie herbatę i czekała na mnie, bym, według niej, wyprowadził kolejny sztylet. Jedyną opcją, która mi została, to wrócić do domu z nadzieją, że ona już tam jest. Ruszyłem więc przed siebie, a znalazłszy się na głównej drodze, mimo słuchawek na uszach, usłyszałem głośny huk. Rozejrzałem się skołowany i niepewny, z której strony wydobył się dźwięk. Stanąłem niczym wbetonowany do asfaltu, kiedy zauważyłem drobną kobietę leżącą na drodze, a za nią stojący ze światłami awaryjnymi srebrny samochód.
Nie wiem ile czasu minęło od wypadku. Może tylko kilka sekund, a umysł płatał mi figle; może minuta, może dziesięć, a może nawet godzina. Grupa gapiów zaczęła mi przeszkadzać. Ruszyłem wolnym krokiem, a w głowie cały czas miałem tylko jedną myśl - że Victoria będzie musiała ponownie zagotować wodę na herbatę, będzie musiała jeszcze chwilkę cierpliwie na mnie zaczekać, a kiedy wrócę do domu, wytłumaczę jej również to, dlaczego tak długo mnie nie było.
Gdy udało mi się przepchnąć między ludźmi, oddech utknął mi gdzieś w płucach. Zakrztusiłem się własną śliną, uświadamiając sobie, że Victoria nie czeka na mnie w domu, tylko leży w kałuży własnej krwi, z nienaturalnie wykrzywionymi nogami. Kiedy kucnąłem przy niej, jej oddech był płytki, a oczy błądziły gdzieś w ciemności. Chwyciłem jej twarz, próbując przywołać ją do siebie. Nawet nie zauważyłem, kiedy łzy popłynęły po mojej twarzy, gubiąc się w gąszczu brody.

I can see my life flashing before my eyes, dead I fall asleep. Is this all a dream? Wake me up, I'm living a nightmare.

- Vicki, hej Vicki. To ja, Alex, twój mąż. Zostań ze mną - jęczałem, potrząsając jej głową. Jakby z oddali słyszałem, że ktoś dzwonił pod numer alarmowy informując, że zdarzył się wypadek. Powinien powiedzieć, że właśnie trwała tragedia, a nie jakiś pierdolony wypadek, jakby Victoria była zwierzęciem. - Vicki, błagam, nie zasypiaj.
Chyba mnie nie słyszała. Wciąż błądziła wzrokiem w ciemności, a jej oddech był coraz słabszy. Za każdym razem, gdy jej klatka piersiowa opadała, wypuszczała z siebie świszczący dźwięk, który podpowiadał mi, że miała połamane żebra. Nie wiedziałem, co powinienem zrobić. Trzymałem ją w objęciach, łkając cicho.
- Tylko nie zasypiaj, nie zasypiaj... - wyszeptałem, całując ją w czoło. Odgarnąłem z jej twarzy poklejone od krwi włosy. - Jeszcze będziemy szczęśliwi, obiecuję. Hej, przecież będziemy mieć dziecko. - Uśmiechnąłem się. - Moje i twoje. Będziemy dobrymi rodzicami. Tylko nie zasypiaj.
Chyba usłyszała wzmiankę o tym, że będziemy mieć potomstwo. Przeniosła wzrok na mnie i wyglądała naprawdę tak, jakby wróciła jej świadomość. Próbowała nawet się podnieść, lecz nie pozwoliłem jej na to. Bałem się, że zamiast pożytku, zrobi sobie jeszcze większą krzywdę. Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Dotknęła zimną dłonią mojej twarzy.
- To córeczka, Alexandrze. - Jej głos był na tyle cichy, że musiałem się skupić na tym, aby zrozumieć, co powiedziała. - Córeczka - powtórzyła, zamykając oczy i wydając z siebie ostatni oddech.
Sztylet, którym ugodziłem Victorię kilka godzin wcześniej, nagle wrócił do mnie z taką siłą, że nie zdążyłem go złapać. Wbił mi się prosto w serce, uświadamiając, że wszystkie słowa, które dzisiaj wypowiedziałem, wszystkie obelgi, których nie kontrolowałem sprawiły, że byłem w miejscu, w czasie i w sytuacji, której cholernie bałem się przez całe życie. Przerażała mnie myśl, że mogę stracić kolejny raz kogoś, kogo tak bardzo potrzebowałem, aby przeżyć.
Wydaje nam się, że najgorszy moment w życiu człowieka, to ten, kiedy zwolni nas szef; odejdzie od nas najlepszy przyjaciel, który pokazał nam, jak żyć; zdechnie nam najlepsze zwierzątko czy moment, kiedy zrozumiemy, że święty mikołaj, wróżka zębuszka nie istnieją, a rodzice przez cały czas nas okłamywali. Jednak ja właśnie zacząłem rozumieć, że najgorszym momentem w życiu człowieka to ten, kiedy nie mamy możliwości niczego zmienić. Jeszcze przez kilka chwil próbowałem ocucić Victorię. Potrząsałem jej głową, lecz ta była tak wiotka, jak głowa plastikowego psa, który towarzyszył nam w podróżach samochodem. Nawet zdzieliłem ją w twarz, lecz na darmo - jej oddech nie wracał, a ja miałem wrażenie, że wszystko było moją winą. 
Gdybym nie zarzucił jej, że mnie z kimś zdradziła, nigdy by się to nie wydarzyło; gdybym zatrzymał ją w domu, nigdy by się to nie wydarzyło; gdybym wybiegł za nią od razu, kiedy wyszła z mieszkania, nigdy by się to nie wydarzyło; gdybym znalazł ją pięć minut wcześniej, nigdy by się to nie wydarzyło; gdybym nie postanowił napisać wiadomości do Reyes, której i tak nie wysłałem, nigdy by się to nie wydarzyło. Gdybym... 
Wstałem z asfaltu i, nie zważając na dezaprobatę grupki gapiów, przecisnąłem się między nimi. Włóczyłem nogi, szurając stopami o ziemię. Znalazłszy się kilkaset metrów od tragedii, upadłem na ziemię. Nogi nie chciały już mi pomagać, a ciało nie chciało być ciągnięte w nicość, która mną zawładnęła. Zasłoniłem twarz rękoma, a ryk, który wydobył się z moich ust był tak przerażający, że mewy przechadzające się po plaży, zaczęły uciekać w popłochu.

Feels like a hundred years I Still can't believe you're gone.

Cytaty niezastąpionego Three Days Grace. W tytule zaś Ignacy Krasicki.
Najmocniej przepraszam za długość notki. Chciałam ją podzielić, jednak później stwierdziłam, że Alexander zasługuje na wyjaśnienie wszystkiego od (prawie) a do z. Nie miejcie mi tego za złe - Dorio to naprawdę porządny chłop, tylko życie kopnęło go na dzień dobry.

14/06/2020

2146. Go ahead and cry little girl nobody does it like you do

Paryż, Francja 1993

Spojrzenie Sebastiana Bishopa jest wyraziste. Ciemne, wręcz czarne, błyszczące oczy zdają się mnie znać na wylot. Poznaliśmy się ledwie parę minut temu, ale jestem już pewna, że nie będzie to tylko chwilowa znajomość, o której oboje pod koniec dnia już zapomnimy. Sebastian wciąż trzyma w swoich dłoniach mój notes w niebieskim odcieniu, który zostawiłam na stoliku kawiarni, w której piłam swoją dzienną porcję kawy z rogalikiem zapełnionym czekoladą. Wspomniał o żółtej plamie na policzku, pozostałości po nocnym malowaniu. Najwyraźniej nie zdążyłam dobrze zmyć śladów farby pod prysznicem dziś rano. Mam coraz mniej czasu, za chwilę zaczynam zajęcia, ale nie mogę tak po prostu odejść od Sebastiana. Nie jest stąd, mówi z akcentem, choć płynnie rozmawiamy po francusku. Zdradza go akcent, gdyby nie on nawet nie pomyślałabym, że może nie być stąd. Niewiele o nim wiem. Jest starszy, to na pewno. Widać to po rysach jego twarzy, zaroście i sposobie ubierania się. Żaden młody chłopak nie nosi tak eleganckich ubrań, nie ma drogiego zegarka. Może jest starszy o dziesięć, dwanaście lat. Nie potrafię tego dokładnie określić. Rozmawiając z nim nie mam też wrażenia, jakby naprawdę był dużo starszy. Choć wcale go nie znam, czuję się w jego towarzystwie swobodnie. Z krótkiej rozmowy dowiaduję się, że jest tu w celach służbowych i przyleciał z Nowego Jorku. Nowy widuję tylko na filmach i pocztówkach. Nie wiem, czy mówi poważnie, czy tylko się ze mnie śmieje, ale obiecał, że kiedyś mi go pokaże. Zanim oddał mi notes otworzył go na czystej stronie zapisując adres hotelu, w którym się zatrzymał i podał numer pokoju. Chce się znowu spotkać. Nie widział jeszcze miasta i chciałby zobaczyć wieżę Eiffela z bliska. Nie potrafię mu odmówić. Obiecałem, że po zajęciach zadzwonię i jeśli będzie miał czas, pokażę mu swoje ulubione miejsce nad Sekwaną. Nie lubię zabierać tam obcych, ale Sebastian ma w sobie to coś. Sebastiana chcę tam zabrać. Nie jest to żadne ukryte miejsce, jednak nikt poza mną nie wie, że tam spędzam czas. Czasami jest cicho, nie słychać przechodniów ani turystów. Można odnieść wrażenie, że jest się zupełnie samemu. Dziś nie będę tam sama.
Cały dzień nie mogę przestać o nim myśleć.
Nie skupiam się na zajęciach, nie potrafię odpowiedzieć na proste pytania zadane przez Louise. Sebastian Bishop zajął mi cały umysł, przeniknął przeze mnie i nie potrafię nic z tym zrobić. Odliczam czas do końca zajęć. Muszę wrócić do akademika, muszę do niego zadzwonić. Muszę się z nim spotkać. Nikt nie potrafi odgadnąć, co takiego siedzi mi w głowie, a ja nie chcę niczego zdradzać. Sebastian Bishop zostanie moim małym sekretem, który zżera mnie boleśnie od środka. Próbuję wytłumaczyć samej sobie, że to jest dziecinne i głupie. Wcale go nie znam, a te kilkanaście minut spędzone na rozmowie sprawia, jakbym znała go przez całe życie. Z tyłu głowy mam myśl, że może być niebezpieczny, że tak naprawdę nie mam pojęcia kim jest ten człowiek. Zagłuszam je tłumaczeniem sobie, że będziemy wśród ludzi. Paryż, zwłaszcza w tak piękną pogodę, wyciągał ludzi z domów, turystów z hoteli. Nie zamierzałam się z nim oddalać. Nie dzisiejszego dnia. 
Pędzę do akademika, aby jak najprędzej wykonać telefon. Najpierw jednak zmywam z siebie resztki farby. Przy drugim spotkaniu musze prezentować się o wiele lepiej. Mam za sobą nieprzespaną noc, którą spędziłam na malowaniu. Obraz, niedokończony, przedstawia dziewczynę, a za nią jest pole słoneczników. Stąd żółta farba. Dziewczyna jeszcze nie ma twarzy, wątpię, że ją domaluję. To kim będzie, niech również zostanie słodką tajemnicą. Bo być może, ten, kto kiedyś spojrzy na obraz będzie potrafił w nim zobaczyć siebie. To był najszybszy prysznic w moim życiu. Musiałam skorzystać z telefonu na głównym holu w akademiku. Mieszkam w damskim akademiku, choć tuż za płotem znajduje się męski. Z początku w hotelu recepcjonistka nie chce mnie połączyć z pokojem 462. Nalegam jednak, potrzebowałam pięciu minut rozmowy, aby rozmowa została przełączona do pokoju Sebastiana. I gdy słyszę jego głos, czuję się spełniona. 

~*~
Miesiąc później Sebastian Bishop nadal jest w Paryżu, a ja jestem w nim bezgranicznie zakochana.
Wszystko dzieje się tak szybko, że nie jestem w stanie tego samej sobie wytłumaczyć. Próbuje być rozsądna, ale przy nim nie potrafię. Obecność Sebastiana sprawia, że głupieję, tracę rozum, a nogi same się pode mną uginają. Sebastian jest spełnieniem marzeń każdej kobiety. Mam swojego księcia z bajki. Mam to, o czym miliony marzą. Od tygodnia, zamiast pokoju w hotelu mieszka w wynajmowanym przez siebie mieszkaniu. Mieści się w centrum Paryża, widok jest na wieże Eiffla. Z rana można obserwować ludzi, którzy spieszą się do swojej pracy, do szkół. Budzenie się w jego mieszkaniu jest o wiele lepsze niż w akademiku, który dzielę z koleżankami. W ciągu tygodnia jestem w akademiku, jednak na weekendy przychodziłam do Sebastiana. Tak było nam wygodniej. On w tygodniu pracował, ja się uczyłam. Kończy się jednak już czerwiec, a ja niedługo będę miała trochę wolnego czasu. Zamierzam go przedstawić rodzicom. Chcemy pojechać razem do Lille. Jestem świadoma, że nie mam za dużo czasu z nim, bo w końcu będzie przecież musiał wrócić do Nowego Jorku, jednak, teraz gdy mam go obok, gdy mnie przytula, zamierzam wykorzystywać każdą chwilę spędzoną razem. 
Spotkanie z rodzicami nie przebiegło pomyślnie. Powinnam była tego się spodziewać, w głębi serca liczyłam jednak, że będą zadowoleni. Nie spodobała im się różnica wieku, to skąd jest i że niedługo go tutaj już nie będzie. Ja wiem jednak swoje, wiem, że to co mamy jest prawdziwe. Tego samego dnia, którego przyjechaliśmy, wyjechaliśmy. Rodzice próbowali mnie zatrzymać, zwłaszcza ojciec, odgrażając się, że nie będę miała, dokąd wracać. Sebastian obiecał, że się mną zajmie, że będzie obok i nie pozwoli, abym została sama, a gdy będzie musiał wrócić to zrobi wszystko, aby zabrać mnie ze sobą. Nasze wspólne życie w Nowym Jorku mogło być piękne. Chciałam zobaczyć Central Park, Statuę Wolności, chciałam wszystkiego, co mogliśmy razem mieć. 
Czas spędzony z Sebastianem jest najlepszym, co mnie spotkało. Dbał o mnie, nawet o wiele bardziej niż powinien. Zabierał na zakupy, do restauracji, teatru i kina. Byliśmy nierozłączni przez całe wakacje, na początku września musiał wyjechać na nieco, ponad trzy tygodnie. Pozwolił mi się zatrzymać w swoim mieszkaniu, ale bez niego czułam się tam źle. Rodzice dali mu jeszcze jedną szansę, choć nadal mierzyli wrogim spojrzeniem. Czternaście lat, tyle nas dzieliło. Sebastian miał trzydzieści cztery lata, gdy się spotkaliśmy tamtego majowego poranka. Oczekiwanie na jego powrót było męczące, ale gdy w końcu spotkaliśmy się na lotnisku po jego przylocie, wszystko wróciło na swoje miejsce.
Wraz z początkiem jesieni, zaczynamy się kłócić. Coraz więcej i więcej, a ja zaczynam mieć tego dość. Mam dość, że nie jest tak idealnie, jak było przez wakacje. Mam dość, że ciągle z kimś rozmawia po angielsku, a ja jak na złość nie znam dobrze tego języka. Mam dość, że ukrywa się z listami, z rozmowami i nie jest tak, jak było na początku. Zmienia się jednak coś jeszcze, ale zauważam to dopiero kilka tygodni później. Przytyłam? Musiałam, wraz z nadejściem zimy więcej jadłam. To nie było jednak nie. Bałam mu się powiedzieć. Sama się bałam tego, co miało nadejść i nie chciałam sobie wyobrażać, jaka będzie reakcja moich rodziców. Jaka będzie reakcja Sebastiana. 
Wyznałam mu prawdę chwilę przed świętami. Mieliśmy je spędzać osobno. Ja wracałam do rodziców, on musiał zostać w Paryżu. Miał, podobno, za wiele spraw do załatwienia. To była najdłuższa, najgorsza kłótnia, którą mieliśmy przez ostatnie pół roku. Nie chciał mnie znać, ja nie chciałam znać jego. Wróciłam do domu jeszcze tego samego wieczoru łapiąc ostatni pociąg do Lille. Tego samego dnia powiedziałam rodzicom. To nie był najłatwiejszy czas, to były trudne, nieprzyjemne święta spędzone w absolutnej ciszy i niepokoju. Nikt nie miał pomysłu na to, co będzie dalej. Ja nie miałam pomysłu co będzie dalej. I żałowałam, że do tego wszystkiego doszło. 
Dwa dni po nowym roku byłam z powrotem w Paryżu. Musiałam porozmawiać z Sebastianem. Musiałam wiedzieć, co zrobimy dalej. Pnąc się po schodach w górę słyszę odgłosy kłótni. Im bliżej jestem mieszkania Sebastiana, tym bardziej przekonana jestem, że to z jego mieszkania dochodzą głosy. Rozpoznaję głos Sebastiana i nieznanej mi kobiety. Rozmawiają po angielsku, ale nie jestem w stanie zrozumieć dokładnie o co się kłócą. Usłyszałam raz swoje imię. To wtedy zdecydowałam się wkroczyć, a drzwi o dziwo były otwarte. Mieszkanie jest przestronne, przedpokój łączy się z dużym salonem, które na ścianie prowadzącej na wieżę Eiffla ma spore, zajmujące niemal całą szerokość i długość okno. Uwielbiam przy nim stać, a może uwielbiałam? Pierwszego zauważam Sebastiana. Ciemne włosy ma w nieładzie, rozpiętą i pogniecioną koszulę wyjętą z czarnych, eleganckich spodni. Nie ma butów, nawet skarpetek. Potem dostrzegam wysoką, dumną kobietę z blond włosami spiętymi w ciasnego koka. Ubrana jest schludnie. Ma na sobie białą sukienkę sięgającą za kolana i wysokie szpilki. 
― To ona? ― warczy spoglądając na mnie groźnie. ― To ta dziwka, którą posuwasz?
― Nie unoś się, Krystle ― odpowiada ― tak, to ona. 
Mówią po francusku. Nie wiem nawet co odpowiedzieć. Kobieta, Krystle, podchodzi do mnie mierząc pogardliwym spojrzeniem. Wygląda, jakby za chwilę miała mnie rozszarpać. Jest na gotowa. Odruchowo robię krok w tył, gdy jest blisko. Powinnam coś odpowiedzieć, ale nie umiem. 
― Masz wybór ― mówi, jednak wiem, że nie zwraca się do mnie, ale do Sebastiana ― zostajesz z tą kurwą i swoim bękartem. Albo jutro wieczorem wracasz ze mną do Nowego Jorku. Do swoich prawdziwych dzieci. 
I wszystko stało się jasne, a Sebastian dokonał wyboru. 


Nowy Jork, Stany Zjednoczone 2020

Wpatrywała się w kartkę papieru, na którym zapisała adres. Miała przy sobie telefon, łatwiej było po prostu wpisać adres w notatki, ale wtedy istniała spora szansa, że z nerwów upuściłaby komórkę na chodnik, a takiego zderzenia mogłaby nie przeżyć. Wszystkich dziś okłamała. Zaczynając of Felixa, któremu powiedziała, że będzie z koleżanką cały dzień i w dodatku jadą na plażę, bo trzeba korzystać w końcu z poprawiającej się pogody. Dawno już nikomu nie mówiła, że próbowała się czegoś dowiedzieć. Skoro siedziała tutaj od pięciu lat, a od pięciu lat nie dowiedziała się niczego nowego, powinna już sobie darować. Tylko nie potrafiła odpuścić. Zrezygnowała na trochę, aby ułożyć sobie życie. I teraz, miała wszystko o co mogłaby poprosić. A nawet więcej i mogła śmiało powiedzieć, że naprawdę jest szczęśliwa. 
Stała po przeciwnej stronie budynku na 1010 6th Avenue of the Americans. Miała również podany, na którym piętrze znajduje się jego biuro, o kogo dokładnie prosić. Tylko zastanawiała się, czy to wszystko jest warte. Miała już ojca, który ją kochał, który ją wspierał i czy chciała sobie truć życie człowiekiem, który nawet nigdy jej nie poznał? Ciekawość ją do tego napędzała. Teraz żałowała, że nie miała przy sobie Felixa albo Thomasa. Chciała ściskać dłoń jednego z nich, czuć wsparcie i ewentualnie odejść zanim przekroczy próg budynku. Musiała się w końcu jednak zdecydować co chce zrobić. Alanya przełknęła ślinę, uniosła wyżej głowę i podjęła decyzję. Nie szukała pasów, choć te były dosłownie kilka metrów od niej. Po prostu przebiegła przez ulicę, gdy z jednej strony auta nie jechały. Zatrzymała się na środku ulicy, aby przejechały z drugiej strony i w kilku susach pokonała drogę. Niepewnie stanęła na chodniku po drugiej stronie. Teraz już nie było odwrotu. Teraz musiała tutaj wejść.
Brunetka przekroczyła próg budynku. Od razu uderzyła w nią klimatyzacja. Miała wrażenie, że stukot jej szpilek słychać w całym budynku. Przed sobą miała recepcję. I tam skierowała swoje kroki. Za biurkiem siedziała dość młoda kobieta, pewnie niewiele starsza od niej, a może i w tym samym wieku. Miała włosy upięte w wysokiego koka, delikatny makijaż. Rozmawiała przez telefon, skinięciem głowy poprosiła jedynie Alanyę o chwilę. Francuzce wcale się nie spieszyło. Najchętniej by zawróciła, ale nie chciała tego robić. W środku kręciło się od różnych ludzi, ochroniarzy. Jedni wchodzili, drudzy wychodzili. 
― Dzień dobry, jak mogę pomóc? 
― Dzień dobry ― odpowiedziała po chwili wahania. Nie powinno jej tutaj być. ― Nie jestem umówiona, ale chciałabym się spotkać z panem Hawthronem. Tylko na kilka minut. 
― Pan Hawthrone nie przyjmuje dziś nikogo. Naprawdę mi przykro. Mogę podać numer do jego asystentki, niech pani się z nią skontaktuje i umówi ― powiedziała. Podała jej po chwili wizytówkę, na której było wszystko, czego mogła potrzebować do kontaktu z mężczyzną. Świetnie, ale to samo miała online. Nie chciała niczego specjalnie szukać, chciała tu przyjść, wejść i wyjść. To proste. ― Mam nadzieję, że to pomoże.
Pokręciła przecząco głową. 
― Pani mnie nie rozumie ― odparła ― przysłała mnie jego żona. Krystle, mam mu coś do przekazania. Bardzo prywatnego. Jeśli się z nim nie spotkam, stracę pracę. Jestem nową asystentką jego żony, jeszcze nie mieliśmy okazji się zapoznać. I naprawdę muszę tam wejść ― wyjaśniła. Miała to małe kłamstewko przygotowane już od dawna, powtarzała je uparcie w myślach, ale nie sądziła, że faktycznie je wykorzysta. 
Kobieta za biurkiem wydawała się być nieprzejęta, ale jednocześnie coś mówiło Alanyi, że jednak się tam dostanie. Sama Alanya wolałaby, aby odprawiła ją z kwitkiem. Byłoby o wiele prościej.
― Mogę prosić o imię? 
― Alanya MacKenzie ― odparła bez zająknięcia. Po nazwisku matki od razu by ją przecież poznał i na pewno nie wpuścił. Przez myśl jej przeszło, że zaraz będzie chciała zobaczyć dowód tożsamości, o dziwo w ogóle się o to nie zapytała.
Drogę do jego biura odbyła bez problemu. Przeszła przez ochronę, która sprawdziła jej torbę i czy niczego nie posiada. Przy sobie miała teczkę wypełnioną jakimiś rachunkami do wywalenia, ale do środka nie zaglądali i to ją uratowało, gdyby któremuś przyszła chęć przejrzeć teczkę, byłaby skończona. Jazda windą ciągnęła się w nieskończoność. Patrzyła na swoje odbicie. Była żałosna. Cholernie żałosna. Winda zatrzymała się, a ona musiała wysiąść. Nazwisko Hawthrone widniało tu wszędzie. Czuła się przytłoczona. Powinna stąd odejść, ale zanim zdążyła sekretarka ją zauważyła i zachęciła do podejścia.
― Pan Hawthrone będzie mógł się z tobą zobaczyć za dziesięć minut ― powiedziała na wstępie od razu przechodząc na ty, co nieco Francuzkę zaskoczyło ― czy mogę zaproponować coś do picia? Kawa, herbata, a może woda? 
― Woda proszę.
Zajęła również wskazane miejsce. I zostało jej czekanie. Kobieta przyniosła jej gazowaną wodę z cytryną, co było prawdziwą ulgą dla Alanyi. Na zewnątrz panował upał, cała się już wręcz zgrzała. Zauważyła, że stuka obcasem o podłogę, co również nie umknęło uwadze sekretarki. Pierwsza oznaka zdenerwowania, a tak świetnie sobie radziła podczas ewakuacji pasażerów z samolotu, który wylądował na wodzie, a teraz nie potrafiła trzymać nerwów na wodzy. Wypiła parę łyków, więcej nie dała rady.
― Pan Hawthrone może się z panią zobaczyć.
Automatycznie podniosła się ze swojego miejsca. Co miała zrobić? Co powiedzieć? Pokonała dystans dzielący ją do gabinetu z trudem, ale musiała to zrobić. Dla własnego spokoju. 

~*~
Wypadła z budynku. Cała się trzęsła. Ochroniarze odprowadzali ją zaniepokojonym wzrokiem. Nie miała pojęcia co jej strzeliło do głowy, nie powinno jej tutaj nigdy być. Nigdzie nie widziała żadnej ławki, a może nie była w stanie jej dostrzec. Ignorując wszystko i wszystkich usiadła przy rzeźbie przed wejściem do budynku. Potrzebowała chwili, nie tak to powinno wyglądać. Wszystko poszło nie tak. Drżącymi dłońmi wyjęła telefon. Nie trafiała w ikonki, otwierały się nie te aplikacje co trzeba. Zanim wykręciła odpowiedni numer, komórka zdążyła jeszcze trzy razy się zawiesić. 
― Możesz po mnie przyjechać? Zrobiłam coś głupiego. 
Wzięła głębszy wdech, ale gdy tyko wypuściła powietrze z płuc poczuła na policzkach łzy. Była wściekła, czuła się upokorzona. W tym wszystkim ukryty w głębi był jeszcze smutek, którego nie chciała, jak na razie, do siebie dopuścić. Była wściekła, głównie na samą siebie, że wymyśliła sobie przyjście tutaj, ale również na niego. Odszukanie go, nie było warte nawet złamanego pensa. 

Przepraszam za tę lawinę tekstu. Poniosło mnie.
W tytule The Neighbourhood "Daddy Issues"

11/06/2020

2145. I've been lost inside a million eyes

Wszyscy wiedzieli, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Jednak teraz, kiedy to wszystko miało się wydarzyć, ludzie dookoła powtarzali im, że są szaleni. Nikt nie widział sensu, aby zmieniali tu i teraz swój status, żeby odwracali własne życie o sto osiemdziesiąt stopni. Po co? Mieli tyle lat, żeby to zmienić i niezliczoną ilość razy podkreślali, że przecież im się nie śpieszy, że nie potrzebują dokumentu na potwierdzenie tego, co istniało między nimi. Nikt nie chciał wierzyć w to, że traktowali to jak zwykłą formalność, jak przypieczętowanie czegoś, co było naturalne i istniało między nimi od wielu lat, jako potwierdzenie pewnego faktu i zabezpieczenie swojej przyszłości. Widzieli między nimi to uczucie, którego zazdrościć mógł każdy, kto miał w sobie chociaż odrobinę romantyczności.
Wszyscy wiedzieli, że ten dzień kiedyś nadejdzie, jednak nie spodziewali się, że tak późno. Ona też się tego nie spodziewała. Czekała miesiącami, które nieubłaganie zmieniały się w lata. Długie, ale szczęśliwe lata. Szczęśliwie głównie dzięki niemu, jego sile i trosce, jego oddaniu i miłości. Czekała, bo on chciał czekać. I mimo tego, że przeglądając ślubne katalogi i oglądając programy z pannami młodymi w rolach głównych czuła nieprzyjemny ścisk wewnątrz siebie, to postanowiła czekać. I czekała razem z nim.
Przyglądała się swojej sylwetce w wysokim lustrze. Złocone ramy nadawały przedmiotowi elegancji, a jej odbicie w nim było niemal królewskie. Długa, biała, ale niezwykle skromna i prosta suknia była spełnieniem jej marzeń. Wyobrażała sobie samą w tej sytuacji przez długie lata, w końcu każda dziewczyna ma pragnienia i wizje dnia ślubu. Dnia, który powinien być jedynym w swoim rodzaju, który powinien zapadać w pamięć wszystkim, a zwłaszcza młodej parze.
Przesunęła dłońmi po biodrach, wygładzając materiał, następnie drżącymi palcami wsunęła niesforny kosmyk ciemnych włosów za ucho i odetchnęła. Nie miała gorsetu, zdecydowała się na dopasowany fason sukni, jednak bez zbędnych usztywnień, a mimo to oddychało jej się ciężko. Dopadł ją paskudny stres, ciało już od paru godzin odmawiało posłuszeństwa, przez co sporą część przygotowań spędziła w toalecie. Odetchnęła raz jeszcze, podchodząc bliżej lustra. Dostrzegła zmarszczki, których nie był w stanie ukryć profesjonalny makijaż. Pierwszy raz od dawien dawna widziała w swoich oczach tyle smutku. Było to absurdalne spostrzeżenie, bo wewnątrz czuła się szczęśliwa, zmierzała do własnego spełnienia i nie mogła uwierzyć w to, że jej własne odbicie jest takie nieszczęśliwe.
— Wyglądasz pięknie, Eleanor.
Nie usłyszała, kiedy drzwi do sypialni się otworzyły, nie usłyszała kroków młodej kobiety, która teraz stała tuż za nią. Nieco niższa od niej, drobniejsza i taka… Eleanor przed samą sobą musiała przyznać, że córka Deana wyglądała wręcz przepięknie.
— To ty powinnaś stać na moim miejscu, Zoey. Jesteś taka młoda i…
— I co? Wyglądałabym adekwatniej? Nie wygłupiaj się, El. To jest spełnienie twoich marzeń, nie moich. — Zoey stojąc za macochą, uśmiechnęła się. — Obawiam się jedynie o ojca. Kiedy cię zobaczy, jest spora szansa, że jego serce się zatrzyma — powiedziała niby to żartobliwie, ale każdy doskonale wiedział o tym, jak Dean szalał za swoją wieczną narzeczoną. A Eleanor dzisiaj wyglądała jak gwiazda, tak jak panna młoda powinna wyglądać.
Dłonią pogładziła jej plecy, aby po chwili objąć ją w talii i delikatnie do siebie przytulić. Brodę wsparła na odkrytym ramieniu starszej kobiety i w tym momencie westchnęły obie. Młoda Carter roześmiała się, a po chwili dołączyła do niej Eleanor, czując jak powoli ulatnia się z niej cały ten stres, jak nagromadzone od wczorajszego wieczora negatywne emocje w końcu znajdują ujście. To był jej dzień. Dzień, na który czekała prawie dwadzieścia lat. Nie mogła pozwolić na to, żeby cokolwiek zepsuło tę uroczystość, nawet fakt, że mimo wczesnej godziny wyczuła od Zoey zapach alkoholu. Nieskutecznie maskowany gumą do żucia i drogimi perfumami.

Rezydencja wynajęta specjalnie na tę okazję zapierała dech w piersiach, goście z zachwytem komentowali śnieżnobiałą fasadę, wysokie, stylizowane okna i szerokie, dwuskrzydłowe drzwi, które prowadziły ich do wyjątkowo przestronnego holu. Przybywających witał okrągły stół, na którym piętrzyły się ułożone kieliszki z szampanem. I chociaż pierwotnie zamysł był taki, aby urządzić kameralne przyjęcie dla najbliższych, Eleanor szybko wyperswadowała ten pomysł narzeczonemu, w końcu ona w przeciwieństwie do niego brała właśnie swój pierwszy ślub i chciała przeżyć go tak, jak należy – łącznie z tą całą huczną, weselną otoczką. Początkowo przyjęcie miało odbyć się w jednej z ogromnych sal, ale po przeanalizowaniu prognoz pogody państwo młodzi zdecydowali się przenieść je do przepięknego ogrodu, w którym ustawiono przestronny namiot i zamontowano drewniany parkiet. Orkiestra już się stroiła, a wszyscy zmierzali do miejsca, gdzie w równych rządkach ustawione były białe, ozdobione czerwonymi wstążkami krzesełka. Eleanor spoglądała na to wszystko z zachwytem, a wypieki na jej rumieńcach świadczyły o tym, że jest dzisiaj najbardziej szczęśliwą osobą na globie. Stała w oknie jednej z sypialni, które z Deanem mieli tylko dla siebie. Obserwowała gości, którzy rozglądali się po ogrodzie, wskazując palcami to na fontannę, to na basen, to na namiot. Widziała na ich twarzach malujący się zachwyt. I sama była tym wszystkim coraz bardziej zachwycona. Nic nie mogło zepsuć tego dnia.
— Ani nikt… — szepnęła raz jeszcze do samej siebie i podjęła w końcu decyzję o tym, że jest gotowa do wyjścia. Córka Deana nie dawała jej spokoju. Już dawno temu spostrzegła, że dziewczyna ma problem, który rujnuje całe jej dotychczasowe życie i nie pozwala na zbudowanie czegoś nowego. Zdawało się jednak, że nikt poza nią nie zauważał problemu, z jakim borykała się młoda Carter. Eleanor odetchnęła, spoglądając raz jeszcze na swoje odbicie w wysokim lustrze. Zdecydowała, że nie jest to moment na zajmowanie się kimś innym, musiała dzisiaj być tak bardzo egocentryczna, jak tylko potrafiła. Chciała mieć już na palcu skromną obrączkę, chciała już oficjalnie nazywać się żoną mężczyzny, który skradł jej serce wiele lat temu, ale dopiero teraz zdecydował się przed wszystkimi przyznać, że Eleanor jest miłością jego życia. Była na to gotowa. Jak nigdy.

Dean Carter ubrany w czarny, klasyczny smoking stał przy ołtarzu obficie przystrojonym wiosennymi kwiatami. Końcówka maja przyniosła im przepiękną pogodę, temperatura w cieniu sięgała dwudziestu trzech stopni, wiatr pojawiał się sporadycznie, a na niebie nie zagościła ani jedna chmurka. Nikt nie mógł wyobrazić sobie wspanialszych warunków na ten dzień. Dzień, który według większości jego znajomych przyszedł zbyt późno, ale z racji tego, że był tak wyczekany – przynosił jeszcze większą satysfakcję. Pękał z dumy, kiedy zobaczył jak w stronę ołtarza idą jego dzieci. Starszy syn ubrany w strój podobny do jego własnego zdawał się puszyć równie mocno, co sam Dean. Szeroki uśmiech nie znikał z twarzy Michaela, który prowadził w kierunku ojca swoją siostrę. Zoey Carter w długiej sukni w kolorze czerwonego wina wyglądała niczym dekoracja dzisiejszego dnia. Puściła oczko do swojego ojca i ustawiła się w miejscu, które w zaszczycie przypadało druhnie honorowej. Pękał z dumy. Z dumy, że stworzył rodzinę, która stała za sobą murem, która nie pozwalała na to, aby jakiekolwiek problemy ich rozdzielały. Mimo odejścia pierwszej żony, zdecydował się na samotną opiekę nad dwójką dzieciaków, które potrzebowały wzorców i tego, aby ktoś je ukształtował. Gdyby w pewnym momencie w ich życiu nie pojawiła się Eleanor, którą przez długie lata nazywał przyjaciółką, nie mógłby odnotować tak ogromnego sukcesu w byciu rodzicem. Może właśnie ten sukces nie pozwalał mu spojrzeć na swoją rodzinę z innej perspektywy, może właśnie dlatego dostrzegał głównie same plusy. Jako ojciec był niemalże niepoprawnym optymistą i nie wierzył w to, że jego dzieciaki może spotkać coś złego.
Dean Carter ubrany w smoking nie przypominał samego siebie – detektywa nowojorskiej policji, który lubował się w mniej formalnych koszulach i jeansowych spodniach, ale widok kroczącej w stronę ołtarza wybranki dał mu do zrozumienia, że było warto. Warto wcisnąć się w białą wyprasowaną koszulę, dopasowaną marynarkę i szyte na miarę garniturowe spodnie. Widok Eleanor zapierał dech w piersi. Kobieta skończyła czterdzieści pięć lat, a dzisiaj wyglądała jak dwudziestolatka. Biała suknia podkreślała krągłości jej figury i jednocześnie maskowała te mankamenty, które dostrzegała jedynie sama zainteresowana. Włosy upięte w wysoki, gładki kok lśniły w słońcu. Smukłą szyję zdobiła kolia, będąc zarazem jedyną błyskotką na jaką pozwoliła sobie panna młoda. Biżuteria rozświetlała twarz kobiety, czyniąc ją jeszcze bardziej promienną. Do tej pory sądził, że emocje nie mogą przybrać materialnej postaci, ale dzisiaj był w stanie uwierzyć w to, że jest inaczej. Eleanor wyglądała jak szczęście. Jego szczęście.

Sakramentalne tak jeszcze długo rozbrzmiewało wśród zebranych. Gratulacjom i życzeniom samych wspaniałości nie było końca, do młodej pary ustawiały się długie kolejki bliskich osób dla obu stron. Rodzina, najbliżsi przyjaciele, współpracownicy, znajomi z sąsiedztwa – wszyscy chcieli uścisnąć dłonie świeżo upieczonych małżonków, objąć ramieniem i wesprzeć dobrą radą.
Wielobarwne postaci z szerokimi uśmiechami wymalowanymi na twarzach, które w tym roku zdążyło już musnąć wiosenne słońce, wypełniały ogród, tłocząc się nieopodal namiotu. Goście weselni rozmowami zagłuszali muzykę, która nieśmiało sączyła się ze strategicznie rozstawionych głośników, radośnie gestykulowali, dobierali się w grupki albo podtrzymując znajomości, albo zawierając nowe. Zoey obserwowała to wszystko z boku. Jako jedyna trzymała w dłoni szklankę z mocnym drinkiem, chociaż nie zdążyli jeszcze usiąść do stołów, jednak podobnie jak wszyscy uśmiechała się wesoło, rozmawiając z każdym, kto zdecydował się ją zagadnąć. Osoby odchodzące z kolejki przystawały przy jej boku i komentowały lokalizację, stroje innych, a między zachwytem nad młodą parą, ludzie decydowali się też komplementować młodą Carter i jej starszego brata, niby to dyskretnie pytając o to, kiedy przyjdzie w końcu i ich kolej. Niesłychanie intensywnie ubolewali nad tym, jak szybko mija czas. W końcu była młoda i taka piękna! A Mike taki przystojny i niemożliwie czarujący! Jak mogła nie przyjść tutaj ze swoim narzeczonym? Jak mogła ukrywać go przed całym światem? I na nic zdały się odpowiedzi, że nie posiada narzeczonego, że nie miałaby z kim przyjść, bo nie chciałaby krępować nikogo swoją osobą i samej siebie czyimś towarzystwem. Do nikogo nie docierało, że wolała poświęcić się roli druhny i córki. I mimo niegasnącego uśmiechu, czuła się poirytowana coraz bardziej. Z każdą kolejną osobą, która do niej podchodziła, traciła odrobinę cierpliwości. Jej zapasy uzupełniała za pomocą kolejnych drinków, wbrew wszystkiemu czując się coraz swobodniej. Dopiero teraz była w stanie docenić moc alkoholu – jak zbawiennie wpływa na jej organizm, jak rozluźnia napięte mięśnie i jak uspokaja myśli, otępia i otumania. Dzień z każdym kolejnym łykiem nabierał coraz cieplejszych barw.

Siedzieli przy długim stole, raz po raz do niego wracając pomiędzy tańcami. Eleanor po prawej stronie małżonka czuła się wniebowzięta, jednak co chwilę zerkała ostrożnie w stronę siedzącej obok niej Zoey. Młoda kobieta od dłuższego czasu nie opuszczała swojego miejsca przy stole, natomiast w tempie ekspresowym opróżniała kolejne drinki. Mimo sugestii Eleanor, Dean nie przejmował się stanem córki, brylując teraz w towarzystwie. To był jego dzień, jego wieczór i planował, że noc również będzie jego. Niewiele osób wiedziało, że jego córka nie wylewa za kołnierz, ale dlaczego miałby więc się tym przejmować, skoro Zoey była zupełnie nieszkodliwa?
Słońce już dawno schowało się za horyzontem, a na bezchmurnym niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy, które w centrum miasta nie były widoczne, więc zachwycały niemal każdego, kto zdecydował się przybyć na dzisiejsze wesele. Wieczór robił się coraz chłodniejszy, ale nikt z gości zdawał się nie mieć z tym problemu. Parkiet wiecznie zapełniony był przez spragnionych tańca ludzi, niektórzy spacerowali po wytyczonych ścieżkach, przysiadywali na ławkach i prowadzili ożywione dyskusje.
Michael już jakiś czas temu stracił ją z pola widzenia, do tej pory śledził uważnie każdy jej ruch i liczył wypitą przez nią ilość drinków. Naprawdę nie wierzył w to, jak bardzo w ostatnim czasie stoczyła się jego siostra, jak przestała żyć marzeniami, a skupiała się jedynie na banalnej egzystencji, zapijając każdą nawet najmniejszą porażkę coraz większą ilością alkoholu. Nie potrafił już do niej dotrzeć, nie chciał słyszeć jej kolejnych wymówek, ale ona wydawała się być jeszcze bardziej głucha na jego prośby. Nie było sensu martwić się o osobę, która zawsze wiedziała lepiej, która nie widziała nic złego w tym, że niszczy siebie, jednocześnie nie widząc jak destrukcyjnie wpływa tym samym na swoje otoczenie. Najgorszym jednak było to, że nikt tego nie dostrzegał. Wszyscy widzieli tylko uśmiechniętą, radosną i pomocą Zoey – kobietę, która nie mogła mieć problemów, która świetnie funkcjonowała w otaczającym ją świecie.
Dostrzegł ją przemykającą przez parkiet. Długa, bordowa suknia skutecznie udaremniała jej szybką ucieczkę spośród ludzi, którzy próbowali zachęcić ją do tańca. Goście w szampańskich nastrojach zdawali się nie widzieć, że coś jest nie tak, że niezdrowo zbladła, że ledwo trzyma się na nogach. Niemal upadła i gdyby nie asekuracja Eleanor, która znalazła się przy niej w ostatnim momencie, leżałaby teraz pomiędzy stopami wszystkich zebranych na parkiecie.

— Nie powinnaś już pić, Zoey. — Eleanor nie uniosła się, nie krzyczała, nie była zła. Mówiła spokojnie, podnosząc głos jedynie na tyle, aby być dosłyszalną mimo granej piosenki. Trzymała młodą Carter mocno za ramię, chcąc ja tym samym sprowadzić do pionu – dosłownie i w przenośni. Nie mogła uwierzyć, że wszyscy dookoła byli tacy ślepi, tak bardzo skupieni na powierzchowności, że nie zauważali tego, co najważniejsze. Poranionej duszy, która potrzebowała pomocy. Niestety ona sama nie miała takiej siły przebicia, żeby zwrócić uwagę na ten problem, choć próbowała. I to wielokrotnie.
— Musisz z tym przestać — dodała, przyciągając szatynkę jeszcze bliżej siebie. Dostrzegła teraz jej nienaturalnie bladą buzię, czego nie mógł nawet zamaskować profesjonalny makijaż. Dostrzegła też puste spojrzenie.
— El, nie teraz… Proszę. — Zoey próbowała wyszarpać swoją rękę, ale starsza kobieta nie ustępowała. Trzymała mocno, próbując zmusić Carter do spojrzenia na nią. Nie była w stanie…

Było za późno na uratowanie sytuacji, kiedy Dean dostrzegł, że na samym środku parkietu zrobiło się niemałe zamieszanie. Goście otoczyli jego żonę i córkę, szepcząc coś między sobą. Nawet z tej odległości mógł dostrzec, jak Zoey przykłada dłoń do ust i próbuje się odwrócić, ale Eleanor stała niewzruszona. Widziała jedynie poruszające się wargi żony, która najwidoczniej usiłowała właśnie teraz przemówić Zoey do rozsądku, widział jak napina mięśnie, jak... wymiociny młodej kobiety lądują na kremowobiałej sukni panny młodej. Dean teraz zrozumiał, że Zoey nie dość, że rujnowała swoje życie, zrujnowała właśnie jeden z najważniejszych dni w jego życiu. Czuł się winny, cholernie winny, ale w końcu mógł przejrzeć na oczy.

Uścisk Eleanor w końcu zelżał, Zoey zdołała tylko wyszeptać przepraszam, które zostało skutecznie zagłuszone głośną reakcją otaczających ich gości. Zebrała materiał sukni i uciekła, przebiegła przez rezydencję, dobiegając do parkingu, na którym ustawione były w równych rzędach samochody weselnych gości. Kręciło jej się w głowie, ale zdołała z niewielkiej torebki wyciągnąć kluczyki i wsiąść do starego forda, który już od wielu lat zasługiwał na to, aby przejść na emeryturę. Była pijana, ale jednocześnie płonęła ze wstydu, było jej gorąco i niedobrze, w ustach nadal czuła kwaśny posmak wymiocin. Odjechała z parkingu, we wstecznym lusterku widząc Mike’a, który przez krótką chwilę próbował ją dogonić. Wcisnęła tylko mocniej pedał gazu. Nie potrafiła znaleźć słów, które mogłyby opisać to, co teraz czuła – ten upokarzający wstyd, ten ból i niechęć do samej siebie. Dlaczego Eleanor miałaby jej wybaczyć? Dlaczego ojciec miałby chcieć znowu na nią spojrzeć? Dlaczego Mike…
Nie wiedziała skąd ten pieprzony kundel wziął się na środku drogi, jego oczy błysnęły w świetle reflektorów starego samochodu, a Zoey w prymitywnym odruchu skręciła mocno kierownicą. To był ułamek sekund, ale huk, który dotarł do jej uszu był najgorszym dźwiękiem, jaki do tej pory przyszło jej usłyszeć. Ford wbił się w szeroki pień starego drzewa, ale nawet tak silne uderzenie nie sprawiło, że poduszki powietrzne zadziałały. Powinna była wierzyć mechanikowi, kiedy zapewniał ją, że auto nie jest całkiem sprawne, a naprawa przewyższy jego wartość. Poczuła tylko jak uderza głową w kierownicę, a ostatnim co usłyszała był nieprzerwany dźwięk klaksonu.

— Jest kompletnie pijana — powiedział lekarz, stojący naprzeciwko Deana. W ręku trzymał wyniki wstępnych badań, ale nie miał zbyt dobrych wieści. Mijało ich sporo szpitalnego personelu, ale po minie detektywa nowojorskiej policji wnioskował, że nie powinien mówić o tym zbyt głośno. — Ilość promili…
— Na pewno? — Dean warknął. Nadal był w swoim weselnym stroju, ale nastrój diametralnie różnił się od tego, który towarzyszył mu przez cały dzień i niemal cały wieczór. Był nawet w stanie uwierzyć w to, że już nic nie zepsuje tego pięknego dnia. Nie spodziewał się także, że za całą niezapowiedzianą katastrofę odpowiedzialna będzie jego córka. Nieopodal stała Eleanor, którą w objęciach uspokajał Mike. Zerknął krótko w ich stronę, a potem gwałtownie złapał lekarza ramię i nachylił się do jego ucha. W szumie, który nieustannie towarzyszył na ostrym dyżurze nikt nie mógł go usłyszeć, ale mina medyka świadczyła o tym, że to, co właśnie usłyszał, nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy.
— Zobaczę, co da się zrobić.
Lekarz odszedł, ruszył przed siebie, w dłoni gniotąc kartkę z wynikami Zoey Carter. Miał dług, który właśnie teraz musiał spłacić.

Zoey była przytomna, kiedy wszedł do sali, którą jej przydzielono. Była tu sama, chociaż naprzeciwko stało jeszcze jedno wolne łóżko. Założyli jej parę szwów na czole, unieruchomili bark i stwierdzili, że parę pękniętych żeber nie będzie stanowiło większego problemu, jeśli tylko nie będzie się nadwyrężać. Z jednej strony odetchnął z ulgą, że jego córce nie zagraża nic poważnego, z drugiej jednak nie mógł opanować złości. Był wściekły. I na siebie, i na nią. Zamknął za sobą drzwi, wcześniej prosząc Mike’a o to, aby wyprowadził ze szpitala Eleanor. Nie chciał, aby udaremniła mu to, co zamierzał zrobić. Nie chciał, żeby żona była świadkiem tego, jak zamierza potraktować córkę. Był pewien, że Zoey była świadoma jego obecności w szpitalnej, ale nawet nie odwróciła głowy, żeby na niego spojrzeć. Nie drgnęła, tępo wpatrując się w szerokie okno.
— Załatwię ci miejsce na odwyku. Postaram się zrobić to jak najszybciej, a ty przez jakiś czas trzymaj się z dala od mojej rodziny.
Bolały go te słowa. Bolało go, że musiał zdecydować się na taki krok. Wiedział, że Zoey potrzebuje pomocy, ale potrzebowała też szoku. Miał tylko nadzieję, że przyniesie to oczekiwany skutek, miał nadzieję, że dotrze do niej i że wcale nie było za późno. Do tej pory był dumny z tego, jakim był rodzicem. Był dumny ze swoich dzieci, a teraz czuł, że zawiódł i nie umiał sobie tego w tej chwili wybaczyć. Nie miał pewności, czy nie było za późno na tak nieudolne metody wychowawcze, ale czuł, że nie ma innego wyjścia. Nie doczekał się żadnej reakcji z jej strony, więc po prostu wyszedł.

Dopiero w momencie, w którym usłyszała jak zamek w drzwiach delikatnie zaskakuje na swoje miejsce, spojrzała w tamtą stronę. Zacisnęła dłonie na pościeli, ale nie pozwoliła sobie na to, aby uronić chociażby jedną łzę.