Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

24/10/2015

2019. I'll be good

________________________________________________

 Jaymes Young - I'll Be Good
________________________________________________

Sloan spojrzała z wyrzutem na kobietę, która uniosła się gniewem tylko dlatego, że nie patrzyła pod nogi i wpadała na każdego, kto nie usunął jej się przedwcześnie z drogi. Ramsey nie zamierzała ustępować i nie czuła się w obowiązku, aby przepraszać rozwścieczoną blondynę w wielkich okularach i obcisłej sukieneczce. Fakt faktem, kancelaria, w której doszło do całego zajścia, nie była stałym miejscem pracy Sloan, a właśnie furiatki, która domagała się jako-takiego szacunku od Niziołka w poprzecieranych spodniach i brudnych trampkach.
Śmieszna była sytuacja, w której ktoś wymagał od Sloan odrobiny uległości, ta wtedy puszyła się, unosiła dumą i zaklinała wszystkich, którzy chcieli ją w jakiś sposób pomniejszyć. Jej zasługi w kancelarii Leak&Stone nie były nagłaśniane, większość pracowników nie miała pojęcia, kim jest rozczochrana brunetka, zaledwie partnerzy tytularni i paru wspólników-udziałowców posiadało wiadomości na temat Sloan Ramsey. Była ich dorywczym śledczym, pomagała przy niewielu sprawach, ale jej usługi były niezawodne.
Blondyna nie miała o tym pojęcia.
Może dlatego nie czując żadnego respektu i nie obawiając się jakiejkolwiek kary, Sloan ominęła kobietę, która chwiała się na niebotycznych obcasach i ruszyła przed siebie, naciągając rękawy szarej, dresowej bluzy. Siedemnaste piętro, jak każde piętro w tym wieżowcu, było oszklone ze wszystkich czterech stron, a nieprzejrzyste ściany stawiano jedynie między kolejnymi gabinetami i salami konferencyjnymi. Czasami Sloan zastanawiała się, jak to możliwe, że nikt nie boi się stąpać tak blisko krawędzi. Ona sama nie ufała wysokim na prawie trzy metry oknom, dlatego nie podziwiała widoków, które rozpościerały się pod jej stopami. Teraz musząc przemaszerować po odcinku przy rzędzie takich okien, trzymała się jak najbliżej również szklanych drzwi do kolejnych pomieszczeń, dwa razy niemal narażając swoją buźkę na bezpośrednie z nimi zderzenie.
Wyróżniała się wśród pracujących tutaj osób, nie była wystarczająco elegancka, żeby uchodzić za tutejszego pracownika i nie była wystarczająco bogata, żeby być tutejszym klientem. Leak&Stone cieszyło się dobrą sławą w całym Nowym Jorku, aczkolwiek widmo reprezentowania szefa kartelu narkotykowego, a właściwie jego legalnych interesów, nadal ciągnęło się za spółką. Ramsey, jako osoba niepowiązana z firmą, miała znaleźć brudy na byłego klienta, aby pomóc prawnikom posadzić go za kratkami, ale ten wymykał się każdego dnia i każdego tygodnia.
Dzisiaj Sloan przybyła do kancelarii tylko po to, aby zdać suche sprawozdanie, które nie zawierało jakichkolwiek nowości. Kiedy mogła w końcu usiąść przed panną Leak, po prawicy pana Stone’a wcale nie czuła się pewniej, ale rzeczowo odpowiadała na każde zadane jej pytanie. Nie pozwalała sobie na lanie wody, po prostu bezbłędnie poruszała się po strzępkach informacji, które posiadała. Jej zleceniodawcy byli usatysfakcjonowani. Sloan raczej nie.


I thought I saw the devil, this morning
Looking in the mirror, drop of rum on my tongue
With the warning to help me see myself clearer
I never meant to start a fire,
I never meant to make you bleed,
I'll be a better man today 

Schodząc, a właściwie zjeżdżając windą do podziemnego garażu, nie myślała o niczym konkretnym. Była praktycznie wyprana z wszelakiej energii, a pogoda panująca na zewnątrz nie zachęcała jej do rozsiewania wokół siebie jakiejkolwiek dawki optymizmu. Powłócząc nogami, pociągnęła nosem, powstrzymując kichnięcie, które mogłoby jedynie zwiastować jesienne przeziębienie i uziemienie w łóżku na co najmniej dwa dni. Wiedziała, że czasami z chorobą nie da się wygrać, ale póki była na nogach powinna pozałatwiać jak najwięcej spraw, dlatego wyciągnęła z przepastnej torby kluczyki do niezbyt nowego samochodu i nacisnęła guziczek w pilocie, aby usłyszeć charakterystyczne piknięcie. Dojrzała też mrugnięcie tylnych świateł i szybko zlokalizowała swój wóz, wcale jednak nie przyspieszając kroku.
Kochany, aczkolwiek wymagający solidnej renowacji ford, towarzyszył Sloan już niemal osiem lat. Siedząc za jego kierownicą czuła się znacznie pewniej niż w tych wszystkich nowych i wypasionych autach. Obeszła auto, otworzyła drzwi od strony kierowcy i dopiero wtedy dostrzegła, że przednia szyba przy miejscu pasażera jest rozbita, a właściwie już w ogóle nie istnieje. Większe i mniejsze kawałki szkła leżały na fotelach, dywanikach i nawet na betonowym podłożu garażu.
Jedynym minusem posiadania starego auta był fakt, że nie miał wbudowanego alarmu. Sloan zmarszczyła czoło i zaklęła, szybko jednak doszła do wniosku, że stłuczenie nie wygląda na przypadkowe. Strzepnęła drobinki szkła ze swojego miejsca, torbę wrzuciła na tylne siedzenie, wcześniej wyciągając z niej telefon. Usiadła i zapięła pasy, wybierając numer swojego zaufanego mechanika – w końcu nie każdemu powierzyłaby prezent od ojca. Zdając krótką telefoniczną relację, oczywiście nieprawdziwą, poinformowała mechanika, że pojawi się u niego do czterdziestu minut. I choć jej głos brzmiał spokojnie, a ona wyglądała tak, jakby niczym się nie przejęła, to zaczynała powoli wpadać w panikę. Odkąd wsiadła do auta towarzyszył jej lęk, kłujący w piersi i ściskający żołądek. Wystraszyła się tym bardziej, jak dostrzegła białą kopertę na sąsiednim fotelu.
Rozerwała papier i wyciągnęła pocztówkę przedstawiającą popularne miejsca w Nowym Jorku. Statua Wolności zdominowała karteczkę niewielkiego rozmiaru. Odwróciła ją i westchnęła cicho, po raz pierwszy w życiu, a właściwie po raz pierwszy w swoje karierze, czując prawdziwy strach. Odpaliła samochód i wyjechała z garażu z piskiem opon, nerwowo spoglądając w wewnętrzne lusterko. Co jakiś czas zerkała na pocztówkę i na napis, na trzy słowa wypisane ładnym, ostrym pismem.
Skończ z tym.

My past has tasted bitter for years now,
So I will deny and face crazes just weakness
Or so I've been told.
I've been cold, I've been merciless
But the blood on my hands scares me to death
Maybe I'm waking up today 

Tydzień po incydencie, który zaburzył jej codzienność, nadal zmagała się z katarem i bólem gardła, a mimo to odwiedziła matkę w dniu urodzin sześćdziesięcioletniej kobieciny, natrafiając w domu rodzinnym na młodszą, nieokiełznaną siostrę i starszego, wiecznie zajętego brata. Zjedli wspólny obiad, wszyscy dziwili się temu, że Sloan pojawiła się bez przekazania jej trzech zaproszeń; zwykle unikała rodzinnych spędów, a po śmierci ojca niemal kompletnie odizolowała się nawet od najbliższych krewnych. Teraz jednak, choć tego nie okazywała, cieszyła się, że może spędzić z bliskimi parę godzin.
Chciała z kimś porozmawiać, obarczyć kogoś swoimi obawami i problemami, ale spędzając ostatnich parę dni w domu, doszła do wniosku, że taka osoba nie istnieje. Owszem, miała znajomych, nawet paru stosunkowo bliskich przyjaciół, ale nikt nie miał pojęcia o tym, jak wygląda życie zawodowe Ramsey. Długo zastanawiała się nad tym, czy zawracać głowę matce, równie długo myślała o siostrze i bracie. Maggie odpadła niemal od razu, bo jako najmłodsza z rodzeństwa postrzegała świat przez różowe okulary, każdy problem wydawał jej się łatwy w rozwiązaniu, nie lubiła komplikacji, a niestety sprawy Sloan były skomplikowane. Adam – brat, który wiedział wszystko, był pochłonięty własnym życiem, rzadko kiedy odwiedzał młodszą siostrę, ale nadal to łączyła ich silna więź. Brunetka nie potrafiła jednak zrzucać na niego kolejnego ciężaru. To samo tyczyło się matki, która wiodła stosunkowo beztroskie życie wdowy na przedmieściach.
Po południu, kiedy siostra z matką umościły się na miękkiej kanapie z kieliszkami wina w dłoniach i szukały po kanałach telewizyjnych czegoś godnego ich uwagi, a Adam zaszył się w garażu, gdzie majstrował przy swoim motorze, Sloan poczuła się nieco wykluczona. Nie pasowała do towarzystwa na kanapie, nie miała czego szukać w przydomowym warsztacie brata.
— Mags… — zaczęła cicho, stając w przejściu między jadalnią a salonem. Oparła się ramieniem o framugę z ciemnego drewna i czekała cierpliwie na reakcję siostry. Blond włosa Ramsey spojrzała na Sloan i posłała jej szeroki uśmiech. — Chciałabym porozmawiać, Mags…
— Nie teraz, Sloanie, po serialu — odparła bez zastanowienia i oparła głowę o ramię matki, sącząc czerwone wino. Sloan westchnęła, ale nie była zdziwiona, w końcu zawsze to ona tak wszystkich traktowała, chłodno i niemal obojętnie. Nic nie mówiąc, zaszła do niewielkiego przedpokoju; bez zastanowienia ubrała buty, krótką puchową kurtkę i szalik. Złapała za kluczyki swojego samochodu. Spojrzała w dół, dostrzegając kudłatego psa matki, który trzymał smycz w pysku i spoglądał na nią błagalnie.
— I co się gapisz, futrzaku? — spytała i już miała zamiar kucnąć, kiedy psisko wypuściło smycz i po prostu zawróciło, kręcąc owłosionym tyłkiem. Sloan nie dowierzając własnemu szczęściu, wyszła z domu i pomaszerowała do własnego auta. Nim do niego wsiadła, rozejrzała się po okolicy. Zadrżała na samą myśl o tym, że mogłaby być śledzona, ale okolica, w której się wychowała, od kilkunastu lat pozostawała taka sama, nie licząc to coraz nowszych modeli aut na podjazdach nieogrodzonych ogródków.


I'll be good, I'll be good
For all of the light that I've shout out
For all of the innocent things that I've doubt
For all of the bruises that I've caused in the tears
For all of the things that I've done all these years
Yeah, for all the sparks that I've stomped out
For all of the perfect things that I've doubt 

— Cześć, tato — zaczęła cicho, siadając na lekko wilgotnej, a już z pewnością chłodnej trawie. Odgarnęła jesienne liście, które tłoczyły się wokół niej. — Chciałabym porozmawiać… — Rzuciła w eter, spoglądając na półokrągłą płytę nagrobkową.

ciąg dalszy nastąpi...


Dzięki, Karoline. ;)

18/10/2015

2018. Neque ulla est, aut magno aut parvo, leti fuga

Poniedziałek, wtorek, środa to dzień wolny, czwartek, piątek, sobota, niedziela. Praca, dom, szukanie pracy, załatwianie różnych formalności. I dalej nic, i ciągle bez zmian. Elaine skończyła edukacje cztery miesiące wcześniej i od tamtej pory nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. A właściwie nie umiała go szukać. Chodziła do starego, dobrego baru, brała na siebie możliwie jak najwięcej zmian, wracała do mieszkania wuja, które coraz częściej było puste, ponieważ mężczyzna wyjeżdżał na różne wystawy, wieczorki, pokazy.

Dom był czysty jak nigdy wcześniej. Nawet pracownia wuja wskazywała na nietypową ingerencję sił nadprzyrodzonych. Dziewczynie udało się odbarwić część plam na podłodze i uporządkować ukończone obrazy. To najlepszy dowód na to, że El za wszelką cenę potrzebowała się czymś zająć. Po umyciu okien, przebraniu ubrań z szaf, uporządkowaniu starych notatek, wyczyszczeniu pracowni, upraniu wszystkiego, co miało jakiekolwiek ślady użytkowania, nie zostało jej zbyt wiele do roboty. Jedynie unikała gotowania – w końcu przygotowywanie jedzenia dla jednej osoby to marnowanie czasu i środków.

W konsekwencji tego wszystkiego głównie leżała i oglądała seriale. Niezbyt zajmujące zajęcie, ale pozwala myślom płynąć swobodnie, unikać przeszkód związanych z rzeczywistością i codziennością. Nie spotykała się zbyt często ze znajomymi. W pewien sposób czuła się zupełnie niepotrzebna. A wszystko to prowadziło do tego dziwnego otępienia umysłowego, podczas którego człowiek rozumie, że ma jakiś problem, ale nie ma ochoty go roztrząsać, a tym bardziej szukać rozwiązania.

A pewnego słonecznego dnia do tej klatki pasywności włamała się osóbka młoda, pełna wigoru i pasji... niekoniecznie właściwie ukierunkowanej. Elaine zapewne powinna zareagować, doprowadzić młodą do pionu.... a zamiast tego wskazała pokój jej ojca i powiedziała, że nie będzie się wtrącać.

Tego samego dnia dostała wiadomość o śmierci wuja i poczuła, że grunt usuwa się jej spod nóg. Patrzyła na obcą dziewczynę, która kręciła się po mieszkaniu i zupełnie nie rozumiała, co jej powiedzieć. W końcu wręczyła jej powiadomienie, które dostała od znajomego swojego chrzestnego. Po czym spakowała plecak i pojechała załatwiać formalności.

Elaine nie płakała, nie panikowała. Poczuła jednak, że wszystko zwaliło się jej na głowę, wszystko ją przytłaczało, a pierś ściskało coś tak mocno, że czuła duszności. Na powierzchni trzymało ją jedynie poczucie jakiejś bliżej nieokreślonej powinności wobec wuja, który opiekował się nią tyle lat. Może dlatego nie unikała tej odpowiedzialności? Czuła, że ten przykry obowiązek jest jakimś celem, jest ważny i warto mu się poświęcić. Próbowała nie myśleć o tym, co będzie później, choć wiedziała, że przyjdzie jej uzgodnić sprawy mieszkania. Lokal był własnością chrzestnego... więc kto otrzyma go w spadku? Prawdopodobnie jego córka, która jest dziwnym dzieckiem, cieniem człowieka i jak zjawa porusza się po pokojach. A tyle rzeczy należy uzgodnić, załatwić, zgłosić! Przewieźć ciało. Zorganizować pogrzeb, poinformować rodzinę i przyjaciół, galerie. Czy starczy jej na to pieniędzy? Czy wuj miał jakieś ubezpieczenie? Co z obrazami robić? Czy należy zadzwonić do byłej żony zmarłego? Te wszystkie pytania kotłowały się w głowie Elaine i zagłuszały smutny obraz rzeczywistości - nie miała czasu płakać.

Kiedy tydzień później stała nad grobem wuja w towarzystwie tej dziwnej dziewczyny, nie wiedziała, jakim cudem umknęły jej te dni od informacji od śmierci. Niby pamiętała wyraźnie każdą chwilę, każde zadanie, które przed nią stało, ale nie mogła przypomnieć sobie żadnej nocy, żadnego poranka. Jakby ostatnie siedem dni było ciągłą, bez przerw na sen i odpoczynek. A mimo to, nie czuła się zmęczona. Patrzyła na ludzi zebranych wokół wykopanego dołu w ziemi. Patrzyła na poważnych i wyraźnie smutnych przyjaciół chrzestnego, którzy stali tuż obok dwóch dziewczyn. Za nimi nieśmiało ustawili się znajomi z galerii, współpracownicy lub ci, którzy zwyczajnie cenili twórczość wuja. Przyszli z potrzeby serca, z szacunku dla człowieka, którego szanowali, lubili, może nie raz wypili z nim jakieś piwo, którego zmarły nigdy nie odmawiał. Za Elaine i Maeve było nieco pustej przestrzeni. Dopiero trzy metry dalej stała matka El, pani Eagle z mężem. Obok nich Lilianna, która dziwnie nie pasowała do tego obrazka. Może to wyraźne ślady łez wyróżniały ją na tle innych? Gdzieś tam niedaleko stali inni członkowie rodziny, którzy nie wyglądali na smutnych czy zatroskanych. Byli poważni i obojętni. Przyszli, ponieważ tego wymagał obyczaj, ceremoniał, a nie więzy krwi czy uczuć.

Pogoda sprzyjała. Pochmurne niebo nie straszyło opadami, a jedynie chroniło milczący tłum przed światłem radosnego słońca. Chłodne powietrze zmuszało do otulania się kurtkami i szalikami, sprawiało, że każdy jeszcze bardziej zamykał się w sobie, w nagromadzonym wokół szyi i twarzy materiale można było ukryć i smutek, i obojętność.

Ksiądz coś mówił. Elaine specjalnie go nie słyszała. Gdyby ktoś ją zmusił do uwagi, pewnie cała jej spokojna fasada rozsypałaby się w proch. Póki co, myślała o tym, że to dobrze, że dyrektor galerii zgodził się, żeby zorganizować skromny poczęstunek właśnie wśród obrazów, których wystawę otworzono zaledwie dwa tygodnie wcześniej. W końcu w mieszkaniu ci wszyscy ludzie by się nie pomieścili. Ciekawe, czy katering już wszystko przygotował. Może Elaine powinna być tam na miejscu i wszystkiego przypilnować? Ale kto zajął by się Maeve? Choć dziewczynka właściwie nie znała ojca. Nie miała okazji... nie mogła być smutna... mogła być wściekła lub rozgoryczona. Ale El jej nie znała, więc nie miała pewności, że kuzynka zachowa spokój. Poza tym... wuj nie chciałby, żeby jego dziecko było w takiej chwili samo, prawda? Nie mógł się nią opiekować, ale panna Eagle wiedziała, że zawsze tego żałował. Kiedyś nawet namalował obraz małej na podstawie jakiegoś zdjęcia. Może powinna dać to dziewczynie? W końcu jakaś pamiątka jej się należała... oprócz oczywistego spadku. Nie było to jednak wiele... i bardziej miało charakter polisy niż konkretnych pieniędzy.

Silni panowie powoli spuścili trumnę do dołu. Jak prosto, wręcz banalnie to wygląda. A w ziemi są robaki, wilgoć, brud... tak kończy człowiek? I co dalej? Ciemność? Czy temu człowiekowi tam na dole... robi to różnicę, to myślą ci ponad nim? Czy jakiekolwiek znaczenie ma to, co się dzieje z jego ciałem? To, kto przyszedł na jego pogrzeb i jak potoczy się życie bez niego? Pogrzeby, ceremonie, rytuały są dla żywych, żeby potrafili pogodzić się z rzeczywistością, zrozumieli, że na ich drodze też stanie śmierć... ale póki co życie musi toczyć się dalej swoim wolnym, okrutnym rytmem.

Elaine przetarła nerwowo oczy, które dziwnie zaczęły ją piec, choć ani jedna łza nie popłynęła po policzku. Chwilę później sypał się piasek na trumnę z jej dłoni. Coś uciekało między jej palcami. Ziemia? Czy poczucie bezpieczeństwa? Zamieniła kilka słów z księdzem. Podziękowała za ceremonię, otrzymała spojrzenie pełne współczucia. Uśmiechnęła się smutno i pojechała do galerii przed wszystkimi.

Nie powiedziała nikomu z przyjaciół o śmierci wuja. Nie chciała litościwych pocieszeń. Czuła pustkę. Wcześniejsza bezczynność została zastąpiona pustą aktywnością. Podczas jednej z fal wątpliwości, które przeżywała wielokrotnie wciągu ostatnich kilku dni, myślała o tym, żeby powiedzieć o wszystkim Mattowi, ale potem zrozumiała, że pewnie błagałaby mężczyznę, żeby dał znać Patrickowi o wszystkim. Potrzebowała brata tu i teraz. Ale to byłoby niebezpieczne. Z resztą rozsądny Matt pewnie i tak by jej odmówił, a El tylko miałaby do niego głupie pretensje, choć w duszy by się z nim zgadzała. Dlatego przemilczała całą sprawę. A do galerii pojechała taksówką.

Poczęstunek odbył się prawie bez komplikacji. Ktoś tam powiedział kilka słów za dużo, ktoś się oburzył, ale większość czasu goście oglądali obrazy i te szkice, które Elaine zdecydowała się pokazać. Tych drugich nie było zbyt wiele, ponieważ Eagle chciała, żeby większość z nich została intymną sprawą jej chrzestnego. A może chciała zachować go tylko dla siebie? Ukryć przed innymi część wspomnień? Może dlatego, że umieściła na tej prowizorycznej wystawie własnego portretu, który wuj wykonał dla niej, kiedy szła do college'u? Ale nie umieściła też obrazu Maeve. Uznała, że dziewczyna sama powinna zdecydować, co należy z nim zrobić... Choć El chciała jej dać już po tym wszystkim. Gdy będą same.

Elaine przechadzała się między ludźmi i jak przewodnik opowiadała o niektórych obrazach, o tym jak powstawały. Znajomi zmarłego kiwali wtedy ze zrozumieniem głowami albo uśmiechali do tych dobrych wspomnień i dodawali coś od siebie. A potem poważnieli i składali El kondolencje, które dziewczyna przyjmowała ze spokojem i sztuczką wdzięcznością. W końcu wszyscy wiedzieli, że często pomagała wujowi, dbała o niego, gdy wpadał w twórczy szał, popychała go, gdy zbliżał się czas wystaw... Znali ją z widzenia lub słyszenia i teraz chcieli jej powiedzieć, jak bardzo cenili zmarłego. Niektórzy pytali o Maeve, ale El pomijała to wzruszeniem ramion.

Z rodziny tylko kilka osób podeszło, żeby porozmawiać z Elaine, za co dziewczyna była wdzięczna niebiosom. Nie wiedziała, co mogłaby im powiedzieć. Nie chciała stawać twarzą w twarz ze swoją matką. Bała się, że ktoś ją oskarży o to, że nie zadbała o wuja w dostatecznym stopniu, choć przecież oni wszyscy sami go opuścili. Ale ona powinna..! Jak mogła nie wiedzieć, że z jego sercem było tak źle? Ale przecież ludzie każdego dnia umierają na zawał! Tego nie da się przewidzieć. Ale mogła wysłać go na badania. Mogła zapytać, czy dobrze się czuje, mogła zadzwonić do niego, aby sprawdzić, czy wszystko w porządku... mogła z nim pojechać.

Kiedy wreszcie wszyscy wyszli, Elaine z pomocą kilku osób z galerii zabrała się za porządki. Część rzeczy należało spakować i zabrać ze sobą, inne miały zostać na miejscu i wzbogacić wystawę. Wszystko wymagało obejrzenia, zatwierdzenia, zabezpieczenia... Jednak sił nie brakowało. El działała jak robot, wykonywał kolejne zadania i nie chciała usiąść ani na chwilę. Udawała, że nie widzi zatroskanych spojrzeń. Była zdecydowana, energiczna, prężna. Mówiła krótkimi, precyzyjnymi zdaniami. Nikomu nie patrzyła w oczy.

Gdy wracała do domu, patrzyła przez okno i zastanawiała się, czy zastanie tam tę dziewczynę. Miała nadzieję, że kuzynka nie ucieknie, nawet jeśli dowiedziała się wuj przepisał mieszkanie Elaine. Zdaniem panny Eagle postąpił rozsądnie – chrześnicy zapisał to, co było jej najbardziej potrzebne: dom. A córce zostawił dorobek, który pewnie jeszcze jakiś czas będzie sam na siebie zarabiał i zbierał pieniądze, do których pewnego dnia Maeve dostanie dostęp – ten dzień to jej dwudzieste piąte urodziny. Tymczasem zbiorami miał dysponować przyjaciel artysty z drobną pomocą Elaine. Chodziło głównie o prywatne zapiski i rysunki mężczyzny, które nie miały wartości rynkowej. Należało je przechować – może kiedyś będą stanowiły wartość materialną, a nie tylko sentymentalną, choć tę właśnie El ceniła najbardziej. Obrazami zajmował się przyjaciel, który miał znacznie więcej doświadczenia od Eagle. Tym, co dziwiło dziewczynę, był fakt, że wuj przygotował wszystko na ewentualność swojej śmierci. Czy wiedział, że jego serce jest słabe i może umrzeć? Jeśli tak... czemu nic nie powiedział? Przecież mogła mu pomóc, może żyłby dłużej. Może...

Weszła do domu. Paczkę z jedzeniem, które zostało z poczęstunku, zostawiła w kuchni, zaś ogromny i ciężki karton z różnymi materiałami zaniosła na poddasze. Rozejrzała nie po pomieszczeniu, które nie tak dawno wysprzątała. Będzie mniej pracy... i łatwiej było przygotować wystawę. Wzrok Elaine spoczął na fotelu, na którym wuj siadał, kiedy skończył jakiś obraz, ale chciał jeszcze na patrzeć, żeby mieć pewność, czy wynik go satysfakcjonuje. Zwykle wstawał i coś poprawiał, dorabiał lub dopracowywał, żeby potem znowu zasiąść na swoim ulubionym miejscu. Dziewczyna uśmiechnęła się mimowolnie. Podeszła do wysokiej szafy i wyjęła obraz Maeve. Postawiła go na sztaludze. Będzie musiała go potem pokazać. Czy kuzynka jest w domu? El nie zauważyła światła w pokoju, w którym spała dziewczynka. Była bardzo samodzielną nastolatką.

Elaine usiadła w fotelu i odetchnęła głęboko. Trzeba będzie coś zrobić z tym pomieszczeniem. Czy powinna zachować charakter pracowni? Czy może jakoś przerobić ten pokój? Zerknęła na drzwi, jakby miał przez nie przejść wuj i z tym swoim dowcipkowatym uśmiechem i powiedzieć, że El zaraz ubrudzi te swoje fatałaszki w jakiejś farbie, węglu czy emulsji. Pociągnęła nosem i odruchowo przetarła oczy. Tym razem nadgarstek był mokry. Po jej policzkach spłynęły łzy. Płakała otwarcie i prawdziwie, ale w ciszy. Nie krzyczała, nie rozpaczała. Płakała za człowiekiem, który po prostu był obok. Nigdy nie narzucał się ze swoją pomocą, ale zawsze przyjmował ją pod swoje skrzydła. Który często chodził z myślami w chmurach, nie pamiętał o rachunkach, zakupach, porządkach, ale nie zapominał o jej urodzinach. Który nie bał się trudności i zawsze pozostawał sobą, a problemy ukrywał za maską uśmiechu, smutek odpędzał żartem. W ciszy wspominała człowieka, który był jej duchem opiekuńczym. Który już więcej nie zapyta, o to, kto będzie jej mężem czy też El chce przygarnąć kota.... choć oboje wiedzieli, że żaden kot by z nimi nie wytrzymał. Za wujkiem... jej prawdziwą rodziną.


14/10/2015

[KP] Zaire - IV

They said I’d be nothin’.
So I became everything


ZAIRE
Carter Zaire Crawford
Jeszcze kilka lat temu Carter Crawford, znany dziś jako ZAIRE, pracował jako barman, a nocami nagrywał kawałki w prowizorycznym studio zbudowanym z kartonów i materacy. Dziś ma 28 lat, na jego koncerty przychodzą dziesiątki tysięcy fanów, a jego wizerunek widnieje na billboardach w Los Angeles i Tokio. Popularność wywróciła jego życie do góry nogami. Wraz z sukcesem przyszły pieniądze, sława i nowi znajomi. ZAIRE zaczął pojawiać się na imprezach z celebrytami, otoczony ludźmi z branży, których intencje często budziły wątpliwości. Wizerunek charyzmatycznego buntownika budował świadomie – ekstrawaganckie stroje, drogie samochody, nocne życie i burzliwe związki, które kończyły się równie spektakularnie, jak się zaczynały, tylko podsycały zainteresowanie mediów. Choć jego kariera muzyczna rozwija się dynamicznie, życie osobiste ZAIRE’a pozostaje niespokojne. Liczne skandale, zmieniające się twarze w jego otoczeniu i rosnące ego sprawiają, że coraz częściej mówi się o nim nie jako o artyście, lecz o postaci ze świata plotek. Za fasadą blichtru wciąż jednak kryje się chłopak z Bronxu – utalentowany, ale niedojrzały emocjonalnie, zagubiony w świecie, w którym wszystko przychodzi zbyt szybko. Bo choć jego utwory biją rekordy, a fanbase rośnie z dnia na dzień, to jedno pozostaje niepewne: czy ZAIRE będzie potrafił przetrwać nie tylko na scenie, ale i poza nią. Jego historia to klasyczny przykład amerykańskiego snu, ale też przestroga przed tym, co może się wydarzyć, gdy ten sen staje się rzeczywistością. Zachłysnął się sławą jak dziecko dymem – nie wiedząc, że zaczyna się dusić.

08/10/2015

Powiązania

Ian Hunt
Ian
chłopak
“I jeśli Ian kochał Debbie, a podejrzewał, że właśnie tak było, to kochał ją po swojemu. Ponieważ nikt nie pokazał mu, ani tym bardziej nie nauczył go, jak powinno się kochać. Być może za tym, co Ian mógłby powiedzieć Debbie, a za tym, co czuł do Debbie, stało co innego – w rozumieniu każdej innej osoby, niż w rozumieniu Iana. Nie wiedział tego. Dlatego nie odezwał się już i poprzestał na uśmiechaniu się do Debbie, ponieważ to wychodziło mu samo i bez zastanawiania się, co się za tym kryło.”
Louis Hunt
Lou
partner z radiowozu
“Louis Hunt siedział obok Debbie, czując wciąż ból rozchodzący się po plecach i barkach, pamiątkę po minionej nocy, której intensywność wytrąciła go z równowagi bardziej niż niejedna interwencja na Brooklynie. Oparł łokieć na kolanie i przez chwilę wbił spojrzenie w podłogę sali odpraw, starając się zamknąć w sobie wspomnienia, które wciąż do niego wracały. Jim, wypadek, rozpacz, samotność, które nigdy naprawdę go nie opuściły. A teraz, z tą rudą dziewczyną u boku, miał poczucie, że życie próbuje z niego zakpić, podsuwając mu kogoś tak energicznego, tak upartego, że wbrew wszystkiemu zaczynał zmiękczać.”
Maddie Grayson
Mad
młodsza siostra
“[...]bo przecież Maddie nie była głupia, ale jednocześnie June Grayson robiła wszystko, aby po śmierci głowy rodziny, jej najmłodsza pociecha nie wychodziła sama do ludzi, co tylko ją osłabiało, ale nikt i nic nie mogło przemówić matce Debbie do rozsądku.
— Maddie jest… — zaczęła. — Moja siostra jest w spektrum. — Mruknęła krótko. — Od śmierci ojca stała się praktycznie nieprzystosowana do życia wśród ludzi. — Wyjaśniła. — Nigdzie nie wychodzi sama. A tłum, hałas ją przerażają.”
Mike Grayson
Mikey
starszy brat
“[...]Był też Mike. On troszczył się w inny sposób — zabierając się na imprezy, korzystał też na tym on, kiedy mógł porzucić szyty na miarę garnitur i dopasowany krawat.”
“Przeturlała głowę na poduszce. Mike. Posłała blady uśmiech w odpowiedzi na zatroskane spojrzenie starszego brata. To jego pewnie tam widziała przed chwilą. Na pewno.
Mike wszedł w głąb sali, a zaraz za nim pojawił się Louis, który tylko skinął głową i zamknął drzwi, dając rodzeństwu odrobinę prywatności. Nie rozmawiali jednak zbyt długo. Michael poinformował ją o tym, że matka wpadnie jutro, kiedy załatwi dla ich Maddie odpowiednią opiekę.”
June Grayson
mom
mama
“— Ja tam nigdy nie byłam — przyznała Maddie i dopiero teraz obejrzała się przez ramię na swoją siostrę. — Sama nie mogę, a mama nie chce. — Mówiła nadal, a ruda tylko przesunęła dłonią po policzku. To prawda. W jej mieszkaniu na Brooklynie był tylko Mike. Debbie celowo nie zapraszała tam rodzicielki i Maddie. June uwielbiała panikować i nadal nie pogodziła się z myślą, że jej starsza córka jest policjantką i że zdecydowała się na to po śmierci ojca. A mieszkanie na Brooklynie było mieszkaniem młodej policjantki i jej przyjaciółki. Tam nie było miejsca na żałobę, w której nadal, mimo upływu czasu, pogrążony był ich dom rodzinny.”
Mitch Grayson
dad
tata
“— Mój tata zginął na służbie… — zaczęła cicho, cichutko. Może jej nie dosłyszał. — Zastrzelili go. — Przyznała. Bez energii. Uciekła spojrzeniem od przystojnej twarzy Iana, ale nie puszczała jego dłoni. Chciała czuć ciepło bijące od jego ciała. Poczuła jednak, że do jej oczu napływają niechciane łzy. Minęło już ile? Pięć? Sześć lat? Odkąd straciła ojca, a nadal miała wrażenie, że to więcej niż nieleczona rana. Przecież dlatego wstąpiła do policji.”

16/09/2015

#3 POST ORGANIZACYJNY

Drodzy współautorzy, zajęłam się dzisiaj większością rzeczy związanych ze zmianami, które mają zapanować na blogu. Nowych autorów, którzy być może nie do końca wiedzą, na czym mają one polegać, zachęcam do przeczytania „Posta organizacyjnego” oraz „Podsumowania posta organizacyjnego”.

Obiecałam, że przed zmianą adresu (na http://new--york--city.blogspot.com/) dam Wam odpowiednio wcześniej znać, w związku z tym chciałabym poinformować, że planuję przenieść NYC na nowy adres w poniedziałek, prawdopodobnie w godzinach przedpołudniowych – wtedy będę miała najwięcej czasu, by się ze wszystkim na spokojnie uporać i poradzić sobie z ewentualnym zamieszaniem, które mogłoby nastąpić. Pod naszym starym adresem oczywiście pojawi się odnośnik do nowego, więc na pewno w końcu traficie na bloga : )

W związku z ustaleniami, po przeniesieniu na nowy adres zostanie zmieniony sposób dodawania komentarzy – z wyskakującego okienka na osadzony w wątku. Wiąże się to z koniecznością opublikowania nowych kart postaci w przypadku tych autorów, którzy pod swoją kartą mają więcej niż 200 komentarzy. Przypominam przy tym, że nie musicie (a może nawet wręcz nie powinniście) usuwać starych kart postaci i odnośnik do nich jak najbardziej możecie zamieścić w nowych kartach postaci. Żeby jednak uniknąć zamieszania, mam dla Was dwie propozycje:    
  • Możecie opublikować kartę postaci ze starą datą, czyli tą, którą miała Wasza poprzednia karta i podać link do niej w zakładce Administracja, a ja dokonam zamiany w linkach.
  • Możecie też opublikować kartę postaci z datą bieżącą, zgodnie z odświeżonym Regulaminem (który będzie dostępny po przeniesieniu bloga na nowy adres), a ja również dokonam zmiany w linkach. Przy tym nie będzie Was obowiązywała konieczność pozostawienia karty postaci w wersjach roboczych, aby mogła ją sprawdzić administracja (o tym więcej także w nowym Regulaminie). Dzięki temu zabiegowi uzyskamy wrażenie nieco zwiększonego ruchu na blogu, co być może przyciągnie potencjalnych nowych autorów. Rozumiem, że kwestia ta może być nieco niejasna za względu na brak nowego Regulaminu, postaram się więc wrzucić go do wersji roboczych jeszcze przed przenosinami, abyście mogli zapoznać się z punktem dotyczącym kart postaci. 
Wybór pozostawiam Wam, zdecydujcie się na opcję, którą uważacie za lepszą i wygodniejszą dla Was.

Jak niektórzy być może zauważyli, nie pojawiła się wrześniowa lista obecności. Uznałam, że aktywność zweryfikuję po przenosinach bloga, zatem październikowej listy obecności spodziewajcie się w terminie.


Wydaje mi się, że poruszyłam najważniejsze kwestie, jeśli jednak coś jest dla Was niejasne, czegoś nie rozumiecie lub nie wiecie – pytajcie śmiało, odpowiem na wszystkie Wasze pytania i wytłumaczę coś lepiej, jeśli w poście nie zostało to odpowiednio przedstawione. 

07/09/2015

2017. I'm going to hell.

Około szóstej rano Eileen Morris odebrała niepokojący telefon.
- Co? - spytała zaspana, przecierając zmęczone oczy.
- Gówno! - rozległo się poirytowane warknięcie. - Gdzie ty, kurwa, jesteś?!
- W łóżku - udzieliła suchym tonem rozsądnej, bądź co bądź, odpowiedzi. Charles rano doprawdy działał jej na nerwy o wiele bardziej niż w ciągu dnia.
- Jak: w łóżku? Jak to, do cholery, "w łóżku"?!
- Uspokój się! - Eileen zmarszczyła brwi, poprawiając się na materacu. Była już całkiem rozbudzona. - Co jest?
- O czwartej miałaś spotkać się z tym facetem! Mówiłem ci, że chce zapłacić podwójnie. Taka okazja!
Dziewczynie coś zaświtało. Poprzedniego wieczoru spędziła przyjemne kilka godzin w barze z koleżanką i jak przez mgłę pamiętała odebrany od Charlesa telefon.
- No, coś faktycznie wspominałeś - przyznała niechętnie, drapiąc się po głowie. - Sorry.
- SORRY?! - oburzył się mężczyzna.
- Nie wrzeszcz tak, bo nie robisz na nikim wrażenia - odwarknęła Eileen, czując znajome pulsowanie w głowie. - Aż uszy bolą. 
Niemal słyszała gotującą się w Charlesie wściekłość. Cóż, na odległość była o wiele odważniejsza i umiała mu porządnie dopiec; potem, oczywiście, sprawy przybierały zupełnie inny obrót. Dziewczyna skrzywiła się na wspomnienie ostatniego spotkania z Allenem.
- Przyjdź popołudniu - syknął, sapiąc nerwowo. Potem rzucił słuchawką. 
- Dupek - mruknęła Eileen, masując sobie obolałe czoło. Wzdychając przeciągle wygrzebała się z pościeli i pomaszerowała pod prysznic. Ciepła woda przyjemnie zmywała z niej wspomnienia ostatniego wieczoru. Czuła się czysta, świeża. Jak nowa. 
Nie chciała wychodzić spod oczyszczającego strumienia, jednak zmusił ją do tego uparcie dzwoniący domofon. Warcząc pod nosem, z mokrymi włosami i kwaśną miną, owinięta ręcznikiem podeszła do drzwi, w duchu przeklinając wyprowadzkę do własnego mieszkania.
- Halo?! - krzyknęła podenerwowana.
- Otwórz - polecił krótko głos po drugiej stronie. James. Zaskoczona Eileen nacisnęła guziczek domofonu i oszołomiona czekała pod drzwiami. Wiedziała, że od paru dni winda była w stanie nie do użytku; bratu mogło więc chwilę zająć dotarcie na jej szóste piętro. Nawet nie przyszło jej do głowy, by iść się ubrać. 
Brat. 
Jej brat.
Tylko co on tutaj robił?
- Cześć - powiedział, wchodząc do mieszkania i uważnie lustrując wzrokiem młodszą siostrę. Zawisł spojrzeniem na ręczniku. Nie uśmiechał się. 
- Cześć? - zabrzmiało to jak pytanie; w gruncie rzeczy Eileen miała do niego sporo pytań. - Coś się stało?
Jam prychnął niecierpliwie, rozsiadając się przy stole. 
- Zrób kawę.
Dziewczynę, mimo całego zdezorientowania i absurdalności sytuacji, zirytował fakt, że brat wydaje jej polecenia jak w wojsku. Zdążyła już odzwyczaić się od posiadania starszego rodzeństwa - ostatni raz widzieli się przelotnie parę miesięcy temu, a i wcześniej, tuż po tym, jak wydarzyło się całe zło ich kontakty były bardzo zdystansowane. Lily i James jakby zbudowali wspólny front przeciw niej, gdy całą trójką zamieszkali u ciotki. Nie wiedziała dlaczego. Z siostrą nie rozmawiała już od paru lat, a jej spotkania z bratem opierały się na łapaniu podwózki do domu, albo pożyczania mu pieniędzy cioci Nelly. Kuzynki omijały Eileen szerokim łukiem, jakby była zainfekowana niewidzialną chorobą, ale nie dziwiła się. Od dzieciństwa za sobą nie przepadały, a teraz nagle musiały dzielić się domem i ciotką.  
Zerknęła na chłopaka podejrzliwie.
- O co chodzi? - spytała w końcu, stawiając przed nim kubek z parującym napojem. James tymczasem w najlepsze zapalił papierosa i bawił się, wydmuchując dym nosem. Wyglądał jak wściekły byk.
- Skąd masz pieniądze? - zapytał niespodziewanie, patrząc jej w oczy.
- Nie wiem, o co ci chodzi. 
- Wiesz. Gdzie pracujesz, że stać cię na takie mieszkanie?
- Nie twoja sprawa - odparła opryskliwie. Przesłuchanie, które urządzał jej brat działało dziewczynie na nerwy. Nie rozmawiali od miesięcy, a teraz on przychodzi i węszy. Żąda wyjaśnień. Była pewna, że wie - nie miała tylko pojęcia skąd.
- Za co ci płacą ci kolesie?! - wrzasnął na nią, podrywając się z krzesła. - Powiedz, Eileen, no dalej! Pieprzysz się z nimi za pieniądze, tak?!
- Odpierdol się! - zareagowała agresywnie, odsuwając się od Jamesa. - Nie twój interes. Wiecznie wtykasz nos w życie innych!
- Kurwa mać! - warknął, z całej siły uderzając pięścią w stół. Eileen pisnęła, a kubek z kawą przewrócił się i spadł na podłogę, roztrzaskując w drobny mak. 
- Pojebało cię?! - dziewczyna przycisnęła dłoń do skroni. Głowa bolała ją coraz bardziej. James ominął szczątki kubka, powoli podszedł do siostry i położył jej ręce na ramionach. 
- Powiedz mi, Eileen - wyszeptał, mocno przyciskając ją do kuchennego blatu. Czuła chłód, przenikający przez cienki ręcznik. - Czy oni płacą ci za seks?
Spojrzała hardo w oczy Jamesa, próbując doszukać się w wykrzywionej złością twarzy rys swojego ukochanego braciszka, który kiedyś bronił ją przed osiedlowymi łobuzami. 
Wtedy pojęła.
Marcus. Paczuszki z białawym proszkiem.
- Ćpasz - stwierdziła, odrywając jego palce od swoich ramion. Zaskoczony brat puścił ją, kręcąc przecząco głową. - Ty pieprzony ćpunie.
- Dziwka! - krzyknął, spoglądając na nią z furią. - Lubisz to, nie?
- Zamknij się.
- Jesteś zwykłą kurwą - wycedził przez zęby. - Niczym więcej.
Eileen Morris wzruszyła ramionami, ostentacyjnie zapalając papierosa. James oddychał ciężko, zmęczony i nieco przestraszony swoim wybuchem. Siostra popchnęła w jego kierunku paczkę fajek. Z wdzięcznością wyjął jednego.
Palili chwilę w milczeniu.
- Lepiej ci? - spytała Eileen, wrzucając niedopałek do popielniczki. Brat przytaknął, niepewnie spoglądając na dziewczynę.
- Eileen.
Dziewiętnastolatka zerknęła na niego nieprzyjaźnie.
- Czego chcesz? Po co w ogóle tutaj przyszedłeś?
Zawahał się, nie wiedząc, czy wyznać prawdę. 
- Wyrzuciła mnie z domu.
- Pieprzysz - ożywiła się Eileen. James pokręcił głową. - Za co?
- Przyłapała mnie z inną - przyznał niechętnie. 
- Ach, tak - z dziewczyny jakby uszło powietrze. - Kutas.
- Zamknij się - rzucił ostrzegawczo. - Przecież wiem.
Eileen przyszło do głowy, że od dawna spodziewała się po swoim braciszku takiego wyskoku. Uśmiechnęła się z satysfakcją pod nosem. Kretyn jeden.
Minęło parę minut.
- Elly.
- Nie mów tak na mnie - warknęła.
- Przepraszam - zreflektował się. - Eileen...
- Czego?
- Mogę... 
- Uhm.
- A, Eileen...
- Hm?
- Nie powiesz nic Lily? No wiesz, o mnie?
Eileen przyjrzała mu się badawczo.
- Przecież ja z nią nawet nie rozmawiam.
_____________________________________________________
  ODAUTORSKO

01/09/2015

[2016] True Detective




„Bawisz się słowami. Upajasz się nimi. Słowami chcesz zastąpić normalne, ludzkie uczucia, których w tobie nie ma.”




Kolejny dzień z życia detektywa zapowiadał się wyjątkowo bezbarwnie. Uginał się pod stertą papirologii i usilnie próbował jej nie ulec, jednak blisko południa dał za wygraną i rozparł się bezradnie w fotelu. Kochał swoją pracę, to było wszystko co posiadał i na co bardzo długo i ciężko pracował. Nienawidził natomiast długich raportów i grzebania się w papierach, co trwało czasem dłużej niż oględziny samego miejsca zbrodni. Sam niekiedy zawarłby morderstwo w jednym, góra dwóch zdaniach, jednak przełożeni wymagali od niego pełnego zaangażowania i profesjonalności. Tak bardzo chciałby mieć od tego osobistą sekretarkę! Zostawiałby jej samoprzylepną karteczkę w teczce, a ona te dwa zdania przerabiałaby na prawdziwą prozę. Niestety, zdawał sobie sprawę z tego że nigdy w życiu zarząd nie zgodzi się na zatrudnienie kolejnej „niepotrzebnej” osoby i wiedział, że do końca świata będzie ślęczał nad swoim biurkiem dobierając piękne słówka. 
Liczył właściwie na to, że nagle rozdzwoni się telefon i rzuci wszystko w diabli, żeby móc z pasją zająć się tym, w czym był naprawdę dobry. Audrey również mu nie pomagała, miał nadzieję że chociaż ona zadzwoni ze szpitala i na chwilkę będzie mógł się oderwać od tych bzdur. Usłyszał hałas i miał ochotę spłynąć po fotelu pod biurko. W tej samej chwili do małego i dusznego gabinetu wpadła Addison Brown – koroner i współpracownik starej Caroline. Hunter przez chwilę żałował, że naprawdę nie schował się pod cholerne biurko. 
- Potrzebuję pomocy – rzuciła od wejścia nieco przyciszonym tonem, rozglądając się po gabinecie. 
- I akurat ja mam ci jej udzielić – burknął Joseph, rysując jakieś pierdółki na raporcie którego jeszcze nie dokończył. Twarz Addison nagle zmieniła kolor z cielistej na lekko purpurową co widoczne było pomimo tony makijażu, który miała na sobie. Przez chwilę trwała wręcz grobowa cisza aż w końcu mężczyzna rzucił długopis na biurko i obrócił się w jej stronę. Kobieta przez chwilę milczała, jednak w końcu wydukała żałośnie jedno niepełne zdanie. Podobnie Joseph dukał przy pisaniu raportów, jednak odsunął od siebie szybko tę myśl. 
- Nie wiedziałem że masz syna – powiedział powoli, ważąc każde słowo. Nie był jeszcze pewien o co chodziło i wolał być czujny. Addison wyciągnęła zza pleców dłonie, w jednej z nich trzymała wymiętoloną chusteczkę którą otarła szybko nos.
- Nikt nie wiedział i tak miało być, ale teraz potrzebuję pomocy bo nie jestem w stanie sobie poradzić. Mogę liczyć na twoją dyskrecję? – Hunter nieomal parsknął śmiechem. Był detektywem, dyskrecję poniekąd miał we krwi. Skinął jednak tylko głową, a jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. – Moglibyśmy spotkać się dziś wieczorem u mnie i porozmawiać w cztery oczy? Tutaj ściany mają uszy – mówiąc to obróciła się na chwilę i rzuciła gniewne spojrzenie ludziom przypatrującym jej się ukradkiem. Wszyscy nagle wrócili do swoich zadań, a Joseph zamarzył o raportach i rzucił okiem na telefon, który nadal nie dzwonił. Może się zepsuł? 
- Dobra, nie ma sprawy, zostaw swój adres i wpadnę po pracy – powiedział w końcu ze zrezygnowaniem. Miał nadzieję że nie była to kolejna sztuczka Addison i że jeśli przekroczy próg jej mieszkania nie natknie się na schłodzonego szampana i płatki róż. Paskudztwo. Kobieta zostawiła mu szybko adres i zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Hunter zgniótł karteczkę i wcisnął do kieszeni nawet nie patrząc na jej zawartość. Nagle rozdzwonił się telefon. Joseph zaklął, że dlaczego dopiero teraz i odebrał. 
- Tu Tonny, ta dziwka już poszła? – Hunter westchnął i skinął głową. – A to sorry, chciałem cię uwolnić ale dałeś radę, trzymaj się! – Detektyw odłożył słuchawkę i pomachał do kolegi siedzącego po drugiej stronie budynku. 


[1]


Hunter nie był pewien, czy powinien przynosić coś ze sobą. Addison kupiła to mieszkanie stosunkowo niedawno co było całkowicie sprzeczne z jej naturą. W biurze nie miała nawet swojego kubka na kawę, bo wiecznie przychodziła z kawą ze Starbucksa. Przez pierwsze dwa miesiące mieszkała w hotelu, dopiero jak otrząsnęła się po sprawie z Victorem Drou zaczęła rozglądać się za swoim kątem. Ale Huntera to nie interesowało, nie przepadał za Addison od samego początku i ona dobrze o tym wiedziała, dlatego zdziwił się że przyszła akurat do niego ze swoimi prywatnymi sprawami. Liczył zawsze na to, że pozostaną one prywatne. Niestety się przeliczył i stał teraz jak dureń przed drzwiami jej luksusowego (tak myślał) mieszkania zastanawiając się czy nie powinien kupić jakiegoś wina czy kwiatów, albo chociaż piwa. Już miał zadzwonić do drzwi kiedy te rozwarły się przed nim z impetem. 
Prawie wpadła na niego niewysoka kobieta z pękatym workiem na śmieci z którego wyciekało coś czerwonego. Zaczął coś mruczeć pod nosem kiedy nagle rozpoznał w tej kobiecie Addison. Syknął coś w stylu „kurwa” i zrobiło mu się naprawdę bardzo głupio. Zresztą nie tylko jemu, Addison oblała się rumieńcem i szybko wybiegła z mieszkania. Na progu uzbierała się już spora kałuża czerwonej mazi i biegła za kobietą, nie dając jej uciec. Addison upchnęła worek w kanale zsypowym i wróciła powoli do mieszkania. Hunter powlókł się za nią, z niedowierzaniem obserwując syf jaki kobieta uzbierała w mieszkaniu. Miał cichą nadzieję, że nie miała na myśli pomocy ze sprzątaniem bo nie był w tym najlepszy. 
Zaprowadziła go do niewielkiego saloniku, zrzuciła z fotela brudne ubrania na podłogę, a sama przysiadła na drewnianym stoliku obok brudnych kubków i pustej butelki po winie. Mężczyzna usiadł niepewnie w fotelu. Przez chwilę milczała, aż w końcu wyciągnęła coś z łóżka. 
- Znalazłam to w pokoju Jasona – położyła przedmiot na kolanach, a Hunter nie musiał nawet na nie patrzeć, by wiedzieć co to jest. – Sprawdziłam go dokładnie w laboratorium, wiem że był używany. Sprawdziłam nierozwiązane sprawy postrzałów i napadów i wiem do czego był używany. Próbowałam porozmawiać o tym z Jasonem na spokojnie, ale on od razu wpadł w szał. Zaczął mi grozić, że mnie zabije – urwała, a Hunter dostrzegł na jej twarzy szybko spływające łzy. Przeniósł wzrok na pistolet który trzymała na kolanach. Przez chwilę pożałował, że nie był to jednak kolejny wybryk Addison i próba zaciągnięcia go do łóżka. Nie był pewien co powinien zrobić. I czego ona oczekiwała od niego. – Znalazłam też to – wyciągnęła z pojemnika na kołdrę niewielki karabin maszynowy. Joseph wziął go od niej i przez chwilę oglądał bardzo dokładnie. Znał tego typu broń i wiedział mniej więcej jaka grupa najczęściej z niego korzystała. Nie miała numerów seryjnych, prawdopodobnie była z przemytu. Mężczyzna przez chwilę w milczeniu patrzył na karabin, aż w końcu westchnął przeciągle. Wiedział, że nadciągają kłopoty. Bardzo poważne kłopoty. 
- To jego kurtka? – Zapytał po cichu widząc znajome logo. 
-Tak, a o co chodzi? – Joseph odłożył karabinek i przyjrzał się bliżej naszywce z napisem ZHU. Była okrągła a w środku był widoczny ręcznie szyty wilk. Łowca. Hunter przetarł powieki czując rosnące napięcie. Domyślał się, że syn Addison to tylko pionek, ale … Cholera. Miał nadzieję, że myli się i że Jason nie należy do organizacji terrorystycznej. Do organizacji na której czele stoi Zoey. Młoda, piękna i mądra. Dobry strateg, wspaniała na polu walki. Idealny materiał na generała. Mniej idealny na zwykłą, normalną kobietę. I siostrę. Zoey Hunter nigdy nie była dobrą siostrą. 


[2]


Po tym jak opuścił mieszkanie Addison wstąpił do monopolowego i kupił sześciopak. Chciał nacieszyć się ostatnimi chwilami spokoju i ciszy i nie miał najmniejszego zamiaru robić czegokolwiek do chwili, kiedy Zoey wypłynie w Nowym Jorku. Nie musiał się tym zajmować jako detektyw a i prywatnie nie miał na to najmniejszej ochoty. 
Właściwie nie, źle to ujął. Chciał, żeby Zoey z tym skończyła i zaczęła normalne życie ale wiedział czym kończyła się każda próba przemówienia jej do rozsądku. Jego siostra była jak złośliwa kotka – chodziła własnymi ścieżkami i niepodatna na wpływy robiła co chciała. A już zwłaszcza nie wskakiwała ci na kolana gdy wołałeś „kici kici”. 
Za nią kręcił się wiecznie Wayne, kolejny kłopot. Chyba nawet większy od Zoey, bo był kiedyś żołnierzem Specnazu i pomimo tego że z tym „skończył” to każdy dobrze wiedział, że Specnazu się nie zostawia. Dlatego też za Waynem ciągnęło się kilku agentów. Cały pieprzony pociąg szczęścia. 
Już na samą myśl wściekł się i na piętro swojej kamienicy wbiegł w pośpiechu wymachując piwem. Wcisnął klucz do zamka, ale drzwi były otwarte. Usłyszał śmiech dochodzący z wnętrza, więc ostrożnie wślizgnął się do mieszkania. Pierwsze drzwi prowadziły do jego pokoju i również były otwarte. Wszedł w butach do środka, a gdy omiótł wzrokiem wnętrze wkurwił się jeszcze bardziej.
Na stole stały puste butelki, na materacu siedziała po turecku Audrey sącząc piwo i śmiejąc się głośno. Obok na podłodze spoczywał Johnny, a fotel Josepha zajmował mężczyzna, którego ten bardzo nie chciał widzieć. Zajmował jego fotel, pił jego piwo i podrywał jego kobietę. Tak jak kiedyś, Wayne Hunter po prostu nie potrafił się zmienić.  



W pokoju na chwilę zagościła cisza, była jednak krótkotrwała, a jej konsekwencje na kilka dni zagościły w życiu całej czwórki. Pierwszy poderwał się z fotela Wayne. Uśmiechnął się parszywie i zaproponował Josephowi piwo. Ten nie czekając zbyt długo przepchnął przez pokój stolik, dociskając Wayne’a do ściany. Butelki pospadały na podłogę, Audrey pisnęła wystraszona, a Johnny zamarł z grymasem zdziwienia. Wayne odsunął z impetem stolik, który wyrżnął o podłogę. Szklany blat pękł i rozsypał się po pokoju. Mężczyźni nie czekając zbyt długo rzucili się na siebie, a już chwilę później pierwszy z nich leżał na podłodze. Joseph wykorzystał sytuację i z całej siły strzelił Wayne’owi w twarz, mężczyźnie pociekła krew z pękniętego łuku brwiowego. Otarł ją szybko ręką i poderwał się z podłogi. Nie pozostawał dłużny bratu i pomimo krzyków Audrey uderzył go w twarz. Przez chwilę wymieniali się ciosami, żaden z nich się nie bronił, każdy atakował. 
Joseph oparł się plecami o ścianę, oddychając głęboko. Wayne oparł dłonie o kolana i przez chwilę dochodził do siebie.
-Jeszcze ci mało? – Syknął Joseph przez zalane krwią usta.
-A ty dalej o tym? – Odparł Wayne, uśmiechając się złośliwie. Nie był to dobry pomysł, bo poczuł od razu ból w pękniętej wardze. Ale uwaga była kąśliwa, więc był z siebie zadowolony. W bezruchu przyjął kolejny cios w twarz.
-Przestańcie, do cholery! – Krzyknęła bezradnie Audrey, podnosząc się szybko z podłogi. Zanim zdążyła powiedzieć coś więcej mężczyźni znów rzucili się na siebie, rozbijając leżące na podłodze butelki jak kręgle.
Kobieta chwyciła w końcu ocalały wazon z kwiatami, wyciągnęła z niego roślinki i oblała obydwoje wodą, licząc na to że cokolwiek to zmieni. O dziwo tak właśnie się stało. Mężczyźni odsunęli się od siebie i skierowali spojrzenia na nią. Nastała kolejna chwila ciszy, którą przerywały jedynie przyspieszone oddechy mężczyzn. 
-Nie obchodzi mnie, jak to zrobicie, ale macie się dogadać. I to jak najszybciej. I jeśli można, to chciałabym usłyszeć jakieś wyjaśnienia – powiedziała drżącym głosem, szukając w torebce podręcznej apteczki, którą nosiła ze sobą od chwili, kiedy zaczęła spotykać się z Josephem. Zawsze wpadał w tarapaty i wciskał nos w nie swoje sprawy. W końcu ją znalazła i rzuciła na materac. – Johnny, przynieś miotłę i weź to posprzątaj.
-Nie ma sprawy – odburknął chłopak i uciekł z pokoju. 
-Który zaczyna? – Żaden z mężczyzn nie garnął się do odpowiedzi, jednak w końcu Joseph westchnął przeciągle i powoli ułożył sobie wszystko w głowie.
-To mój brat, Wayne. Ale chyba to już wiesz – zrobił krótką przerwę. – Ostatni raz, gdy się widzieliśmy przespał się z moją żoną. Miesiąc po naszym ślubie…
-Najwidoczniej brakowało jej prawdziwego faceta – burknął pod nosem Wayne. Joseph słysząc to rzucił się na niego z pięściami. Chwilę się przepychali, aż w końcu każdy z nich stanął przy innej ścianie. – Nie do końca tak to wyglądało – powiedział Wayne, łapiąc z trudem oddech. – Nie podrywałem jej, sama wlazła mi w nocy do łóżka. Była psychiczna, próbowałem przemówić jej do rozsądku, nigdy bym tego nie zrobił bratu. Nawet takiemu jak Joseph – przez chwilę wydawało się, że znów się na siebie rzucą, jednak ostatecznie pozostali na swoich miejscach. Joseph przez chwilę zastanawiał się nad słowami Wayne’a i pomimo tego, że uważał to za kiepskie wyjaśnienie to w jednym miał rację – Lea faktycznie była chora i szkoda, że zauważył to tak późno. Za późno. Może wcześniej dałoby się jej pomóc i uniknąć późniejszych wydarzeń. Niestety, teraz mógł tylko gdybać. 
-Więc jak w końcu było?
-Lea wlazła mi do łóżka, próbowałem ją z siebie zrzucić, a chwilę później przyłapał nas on. 
-I nie próbowałeś tego odkręcić?
-A czy to by coś zmieniło? Joseph był w nią zapatrzony jak w obrazek, wolałem się usunąć na bok, zwłaszcza że miałem już wtedy sporo na głowie – dokończył ciszej, bo przypomniał sobie o celu swojej wizyty w Nowym Jorku. Zoey. 
-A wystarczyła rozmowa i byśmy tego uniknęli – burknął Joseph, wlepiając wzrok w porozbijane butelki. Do pokoju wrócił Johnny i zaczął powoli sprzątać bałagan robiąc przy tym sporo hałasu.
-Muszę iść do pracy – powiedziała nerwowo Audrey, mając cichą nadzieję że w czasie jej nieobecności nie wydarzy się nic złego. – Mieliśmy sporą kraksę na jednej z głównych ulic i będzie sporo rannych. Nie pozabijajcie się do mojego powrotu – dodała chowając telefon do kieszeni. Minus pracy pielęgniarki – musi być na każde wezwanie. – Wyjaśnijcie sobie wszystko na spokojnie – zabrała z podłogi torebkę i ruszyła do wyjścia omijając szkło. 
-Odkupię ci ten stolik …
-Ta, jasne.


[3]


Joseph poprosił o kilka dni wolnego. Nie miał zamiaru działać w sprawie Zoey, jednak nie miał w tej chwili wyjścia. Nie chciał tym razem zostawiać wszystkiego na głowie Wayne’a, bo jak do tej pory jego działania nie przynosiły żadnego widocznego rezultatu. ZHU nadal miało sporo udanych ataków, więcej wygranych niż porażek, co tylko nakręcało ich siostrę do dalszych działań. Wspólnie postanowili zjednoczyć siły i się z nią spotkać. Skontaktowali się z nią w nocy, zgodziła się na spotkanie. I to była ta łatwiejsza część. Nigdy nie odmawiała spotkania braciom, jednak to, co działo się na tych spotkaniach pozostawiało sporo do życzenia. 
Tak więc czekali na nią w okolicznym parku, zawsze umawiali się w miejscach publicznych, bo tak chciała. Miała wtedy w okolicy swoich kolegów i każda próba jej schwytania zakończyłaby się czyjąś śmiercią, albo wysadzeniem przypadkowego budynku w ramach groźby.
Poznali ją od razu – niewysoka brunetka, urodą przypominająca modelkę. Nikt nigdy nie powiedziałby że to przywódczyni grupy terrorystycznej. Uśmiechnięta, jedyne co zdradzało jej fach to tatuaż na plecach. Było to logo i istota całej organizacji. Destrukcyjny obraz smoka niszczącego osadę. A na jego grzbiecie drobna kobieta. ZHU w czystej postaci.
Przysiadła się do nich w ciszy, czekając na kolejny wykład z serii „nie wolno”. I nie zawiodła się.
-Kiedy w końcu znudzi ci się zabawa w psuję? – Zaczął Wayne, Joseph wolał poczekać na rozwój sytuacji. Zoey natomiast tylko się roześmiała. 
-Kiedy w końcu znudzi ci się ganianie za mną? – Odparła kobieta, zatrzymując wzrok na swoim podwładnym, który siedział na ławce obok z dziewczyną. Oboje należeli do ZHU, w tej chwili udawali parę z ręką na pulsie.
-Nie rozumiesz, że się o ciebie martwimy? Ganiasz po całym świecie z grupą terrorystów, nawet nie wiesz, co ci grozi! Joseph, powiedz coś! – Mężczyzna nabrał powietrza w usta i już miał coś powiedzieć, kiedy jego uwagę ściągnęła czarna furgonetka parkująca z piskiem opon całkiem niedaleko. Wysiadło z niej czterech mężczyzn. Hunter obejrzał się przez ramię i rozpoznał jednego z mężczyzn siedzącego na ławce za nimi. To jeden z antyterrorystów. 
-Coś tu nie gra… - burknął pod nosem i wstał. Obok poderwała się para zakochanych i szybkim krokiem ruszyli ścieżką w stronę wyjścia. Zoey obejrzała się za nimi i również wstała, rozglądając się uważnie.
-Wkopaliście mnie! – Krzyknęła wściekła. Złapała Josepha za materiał koszulki i szarpnęła mocno. – Jak mogłeś, ty … nienawidzę cię, jesteś śmieciem! – Warknęła i rzuciła się do ucieczki. Wayne rozejrzał się po okolicy i zaklął głośno.
-To jakaś cholerna ustawka, biegnij za nią! – Obaj mężczyźni ruszyli za siostrą, jednak nie tylko oni – czwórka agentów z furgonetki rzuciła się w pogoń za przywódczynią ZHU. Padły strzały. Josepha przebiegł dreszcz strachu. Strzelali do Zoey? Kurwa. Przecież to jego siostra.
-Nie strzelać, kurwa! – Warknął do mężczyzny stojącego najbliżej. Nie trafili jej, Zoey zniknęła w morzu samochodów. Nie przestawali jednak biec w kierunku w którym zniknęła. Usłyszeli kolejne strzały. Popatrzyli tylko na siebie i zmienili kierunek. 
Na ulicy leżał postrzelony w nogę mężczyzna, a obok stała Zoey. Nadal miała pistolet w ręce. Oddychała głęboko. Bez zastanowienia wycelowała w jednego z nich.
-Ani kroku dalej, nie będę miała skrupułów żeby was zabić!
-Jeśli strzelisz do jednego, to drugi cię złapie.
-Co ty pieprzysz, Joseph? – Syknął Wayne. – Ja nie chcę umierać, kurwa!
-Prosty wybór, Zoey. Przecież od samego początku do tego dążysz! – Zoey przez chwilę stała celując od jednego do drugiego. A później wystrzeliła. 



-Dlaczego to zawsze kurwa ty? – Audrey wściekała się, ale nie było co się dziwić. W ciągu miesiąca ktoś dwa razy do niego strzelał. Na szczęście tym razem oberwał w ramię i nie było komplikacji.
-Dlaczego ją do tego namawiałeś, cholera? – Syknął Wayne siedzący obok szpitalnego łóżka. – Miałeś fart. Jak sam skurwysyn. 
-W końcu się na coś przydałeś braciszku – odparł Joseph ze śmiechem. – Ale i tak dałeś dupy. Miałeś ją złapać i zabrać w bezpieczne miejsce.
-Kurwa, strzeliła do ciebie! 
-A ty miałeś dużo czasu, żeby zareagować. Stała tak blisko, kurwa!
-Jesteście nienormalni – wymianę zdań przerwała Audrey, która była w szoku. – Dałeś się postrzelić, żeby złapać terrorystkę? Czy ty już całkowicie zgłupiałeś? Ile jeszcze zniesiesz? Joseph, do cholery! Nie jesteś pieprzonym supermanem! Jeśli strzeliłaby kilka centymetrów niżej to już byś nie żył! Pomyślałeś w ogóle o tym!?
-Audrey, to moja siostra. Ona potrzebuje pomocy…
-Ja pierdole, czy wy jesteście ślepi!? Ona niczego od was nie chce! To wy potrzebujecie pomocy! – Poderwała się z fotela. – Mam tego dosyć, za każdym razem jak wychodzę do pracy martwię się o ciebie! Za każdym razem się martwię, co teraz odwalisz! 
-Audrey…
-Żadne Audrey, mam tego dosyć. Baw się w to sam. Oglądam to każdego dnia w pracy, mam plany na normalne życie, a z tobą się tak nie da!
-Przecież to nie jego wina…
-Zamknij się Wayne, teraz tak go bronisz? A kilka godzin temu praliście się po mordach jak … idioci! – Zrobiła krótką przerwę, bo wiedziała że to, co zaraz powie zmieni życie całej trójki. – To koniec, Joseph. Odchodzę – zabrała torebkę i ruszyła do wyjścia zanim którykolwiek z nich zdążył zareagować. Po jej wyjściu nastała chwila ciszy. 
-Sorry, stary… Gdybym wiedział… To moja wina. Znowu.
-Przestań, Wayne. Jesteś moim bratem. Pomimo tego, co się działo kiedyś… Jesteśmy rodziną. A jeśli Audrey tego nie rozumie to … trudno. 



Kolejne dni Joseph i Wayne spędzili wspólnie. Detektyw wypisał się na własne życzenie i dochodził do siebie w mieszkaniu. Dużo rozmawiali. Aż w końcu postanowili co zrobić z Zoey. 
Joseph złożył w pracy rezygnację, oddał mieszkanie swojemu partnerowi, teraz już byłemu. Johnny ze smutkiem przyjął prezent i zapewnił, że Joseph zawsze będzie tam mile widziany. Nie kontaktował się z Audrey. Uznał, że tak będzie lepiej. 
Do podróży przygotowywali się przez cały tydzień, obserwowali wiadomości ze świata i w końcu zdecydowali. Zapakowali niewielkie plecaki i ruszyli na lotnisko. 
Siedząc razem w samolocie obaj czuli, że to co robią jest właściwe. To ich obowiązek. 
W Meksyku pojawili się późnym wieczorem. Idealna pora na manewry antyterrorystyczne. 

____________________
I tym postem się z Wami żegnam, jeśli ktoś by chciał, to można mnie znaleźć tu: spacecitadel. Bawcie się dobrze!

26/08/2015

2015. I'll keep 'em burning.

rok 2010
Emily

Otwieram oczy i widzę ją na parapecie. Siedzi i pali. Przez otwarte okno falami napływa zimne powietrze. W dzień widać z niego niemal całe miasto. Teraz jest ciemno. Dym unosi się w powietrze, zbiera u sufitu. A mi znów niedobrze.
- Hej, co ty robisz ? - szepczę, podnosząc głowę. Wzrusza tylko ramionami i dalej się bawi, wypuszcza z ust szare kółka. Siadam na łóżku, owijając się kołdrą. Zimno mi, jak patrzę na jej drobne ciałko, zakryte tylko cienką, czarną koszulką.
- Spalmy to, Emily - odzywa się cicho, a ja zamieram. Ona nigdy nie zwraca się do mnie tak oficjalnie. Zawsze mówiła "Em". Więc to chyba na poważnie...
- A jak stąd wyjdziemy ? - pytam, bo tylko to przychodzi mi do głowy. - Oknem nie skoczysz. A nie wiesz, czy Dickowi znów nie odwali, i nie zamknie drzwi na klucz.
- Nie musimy. Możemy tu spłonąć - mówi, nadal zamyślona, i patrzy gdzieś w dal. Wygląda jak w transie, ale przywykłam. Czasem tak ma. Tyle, że ja nie chcę umierać.
- A mama ? Jej też chcesz zrobić krzywdę ?
- I tak nas przed nim nie obroni. Dobrze wiesz.
- To nie znaczy, że musi zginąć... Przecież nie chcesz jej tego zrobić, no... - rozpaczliwie próbuję przywołać ją do porządku. Nigdy nie wiedziałam, że ma w sobie jakieś mordercze instynkty wobec kogokolwiek. Boję się.
- Jeśli umrze z nami, to i tak będziemy razem - patrzy na mnie uważnie. Znów zmieniła ton głosu, teraz mówi normalnie. Czuję, że dużo zrobi, by mnie przekonać. Przecież ona nie wierzy w życie po śmierci.
- To ucieknijmy - proponuję nieśmiało po chwili. Chcę wyciągnąć z tej sytuacji coś dobrego.
- Jak ?
- Jeszcze noc. Damy radę.
- Nie chcę. Złapie nas. Będziemy mieć przewalone. Wolę umierać.
- Przestań - nie lubię, kiedy tak mówi, więc krzywię się lekko. Wzrusza ramionami i gasi papierosa w popielniczce. Skąd ona ją wzięła ?
- Nie to nie - zeskakuje z parapetu, po czym wrzuca kilka ubrań do torby. Patrzę na nią zdumiona. - Ruszaj się ! - pogania mnie, wciągając spodnie. Wiszą na niej, jak wszystko, ale nic nie poradzi na to, że jest taka mała. Idę jej śladem i ubieram się.
- Dokąd chcesz pójść ? - pytam, bo - prawdę mówiąc - nie mam pojęcia.
- Nie wiem, to był twój pomysł, ta ucieczka.
- Nie musimy...
- Więc podpalę tą ruderę - przystaje i zagląda mi głęboko w oczy. Jej spojrzenie przeszywa mnie na wylot; robi mi się zimno. - Em, nie zostanę tu. Rozumiesz ? Nie mogę.
Powiedziała "Em", więc oddycham z ulgą.
- No dobra, chodź - wzdycham cicho i pakuję pierwsze lepsze ciepłe ubrania. Bezszelestnie otwieram drzwi i wysuwam się z pokoju. Siostra idzie za mną, czuję to. Nagła myśl zatrzymuje mnie wpół kroku. Jeśli Richard zatrzasnął drzwi wejściowe... Nie. Nie.
Na szczęście udaje nam się wyjść; na zewnątrz Ness ze stoickim spokojem zapala papierosa. Kaszlę, bardziej po to, żeby wyrazić dezaprobatę, niż dlatego, że aż tak mi to przeszkadza.
- Mam was - słyszę za plecami i czuję lodowaty dreszcz na plecach. Głos Richarda. Odwracam się powoli.
~~
Robię unik, kiedy on bierze zamach. Dobrze przynajmniej, że wypił dużo piwa i ledwo trzyma się na nogach, nie mówiąc już o trafianiu w cokolwiek. Z łatwością wsuwam się pod stół, a stamtąd biegnę do łazienki. Zamykam się po ciemku, żeby nie pamiętać o tym, jak wyglądała wanna, kiedy ostatnio Richard siedział tu z Amnesią. Kucam na ziemi i chowam głowę między kolana. W ustach czuję smak krwi. Wypluwam do umywalki i płuczę wodą.
- Ness ? - szepczę, mając nadzieję, że też wpadła na pomysł, żeby się tu ukryć. Nie słyszałam, jak wychodziła z tej dużej szafki pod sufitem, ale czuję, że siedzi na brzegu wanny i przeczesuje mi włosy palcami. Ona zawsze porusza się tak cicho, jak kot. I niewiele mówi.
- Kiedy tu wlazłaś ? - irytuję się mimowolnie, ale to niesprawiedliwe, że się pojawia i ulatnia kiedy chce. Ja tak nie potrafię, dlatego rzadko kiedy udaje mi się uciec przed laniem. Chociaż ona ma chyba gorzej ode mnie, kiedy już ją dopadnie... Głowa mnie boli od rozmyślania o tym, więc opieram się o jej kolana. 
- Nie pamiętam - odpowiada, siadając obok mnie, żeby było mi wygodniej. Czuję na twarzy coś mokrego, pewnie namoczyła chusteczkę, ale jest zimna i przyjemna, więc przymykam oczy. Nie chcę jej powstrzymywać, choć wolę, kiedy to ja muszę się zajmować nią. 
- Coś ci zrobił ? - pytam. Kręci przecząco głową - zawsze tak robi. - Powiedz - proszę ją.
- Nic - stwierdza twardo, wyrzucając chusteczkę do śmieci. 
~~
Zerkam na nią ukradkiem. Siedzi jak zahipnotyzowana nad miską płatków, które powoli robią się miękkie i kleiste. Przecież ona takich nie lubi. Chociaż tak właściwie, to w ogóle nie lubi płatków z mlekiem, więc może to dlatego nie je. Ja już dawno skończyłam i siedzę cicho, żeby Richard nie przyszedł do kuchni. I tak spodziewam się wypominania, jaki to on nie jest dobry, bo robi nam, bachorom, śniadanie przed szkołą. Uparcie wpatruję się w moją siostrę, próbując zwrócić na siebie jej uwagę, ale ona jak zwykle ma to gdzieś.
- Nessie - szepczę najciszej jak umiem. 
Na dźwięk kroków zamieram na krześle, wbijając wzrok w stół. Richard przesuwa swoje wredne oczka z niej na mnie. Obie siedzimy cicho, ale denerwuję się. Do niej chyba w ogóle nie dociera co się dzieje. Albo co się stanie za moment.
- Która z was jest na tyle bezczelna, żeby przeszkadzać ojcu w odsypianiu nocnej zmiany ? - warczy nad moją głową, kulę się. 
- M-może telewizor... - podsuwam mu; głos mi się trzęsie, chociaż za wszelką cenę staram się go opanować. Czuję, jak jego dłonie zaciskają się na oparciu i zamykam oczy, przygotowana na uderzenie, ale przeszkadza mu w tym Amnesia, która nieporadnie złazi z krzesła, niemal przewracając je przy okazji. 
- To ja - mówi spokojnie, patrząc na niego pustym wzrokiem psychopatki. Drżę od środka, chciałabym zaprotestować, ale mam coś dziwnego w gardle i głos nie chce się przez to przebić. Richard nachyla się nad nią - jest bardzo wysoki - i szczerzy zęby w ohydnym uśmiechu. 
- To chyba teraz musisz coś dla mnie zrobić, żeby zrekompensować straty, prawda ? 
Ciekawa jestem, czy on zna nas na tyle dobrze, czy te różnice w naszej inteligencji rzeczywiście tak widać. Do niej zawsze zwraca się tak, jakby rozmawiał z profesorem uniwersytetu, używa wyszukanych słów i takich tam, a na mnie tylko wrzeszczy i buduje jak najprostsze zdania, jakbym była ograniczona umysłowo. Przynajmniej nie rozmawia ze mną tym lepkim, cukierkowym głosem, co z nią. Wydaje mi się, że to oznacza coś gorszego, niż zwykłe lanie, ale nigdy jej nie zapytam. Czasem, kiedy on do niej mówi mam wrażenie, że widzę, jak jego głos oblepia jej całe ciało. Może to dlatego ona nigdy mu nie odmawia, nie potrafi. Może też się boi - podpowiada mi jakiś głos w mojej głowie, ale przepędzam go. Gdzie tam. Bez sensu. Ona niczego się nie boi i to kolejny powód, dla którego uważam, że jest ode mnie mądrzejsza. Twierdzi, że strach nic nie pomaga. Chociaż... może czegoś się boi, a ja o tym po prostu nie wiem ?
Amnesia kiwa głową, przytakując mu. Łapie ją za chude ramię i ciągnie za sobą do pokoju. Modlę się, żeby na mnie spojrzała, ale nie robi tego, a za chwilę słyszę tylko trzaśnięcie zamykanych drzwi. Ostrożnie przysuwam się do nich i przykładam ucho, żeby w razie czego pomóc. W końcu wzięła na siebie moją winę, to trochę dziwne, żadna z nas wcześniej tego nie robiła. Czasami tylko próbowałyśmy go odstraszyć, albo zminimalizować karę, ale to nigdy nie działało, więc dałyśmy spokój. 
Odgłos uderzenia rozlega się nagle, ale tylko raz, jakby dostała w twarz i przewróciła się. Czekam, aż nastąpi kolejne, kolejne i kolejne, ale nic takiego się nie dzieje. Nie wiem, ile czasu już minęło, ale chyba dużo, może zaraz ją wypuści ? Wpełzam pod schody ; zobaczę stąd, jak będą wychodzili, ale oni mnie nie zobaczą. Ciekawe, czy zdążymy do szkoły. Pewnie nie. 
Wydaje mi się, że całe wieki już minęły, kiedy drzwi otwierają się. Richard zasuwa zamek w spodniach, Amnesia przygładza rozczochrane włosy. Patrzę oniemiała. Wiedziałam. Teraz mam prawie całkowitą pewność. 
- Ness ! - wołam ją po cichu. Odwraca się w moją stronę, jej oczy błyszczą i są ogromne ze zdumienia.
- Co ty tu robisz ?
- Chciałam cię uratować... - mówię niepewnie, prawie płaczę. - Czego on chciał ? 
- Niczego - syczy, kierując się do naszego pokoju. 


rok 2015
Amnesia

Zobacz, jest nas dwie. Ja jestem małą dziewczynką, pragnącą uwagi i miłości, ona - dorosłą kobietą, oziębłą, o lodowatym spojrzeniu. Boję się, że kiedyś nie będzie już nic, i obie staniemy się zaledwie piaskiem pod jego stopami.

24/08/2015

#2 POST ORGANIZACYJNY – PODSUMOWANIE

Post organizacyjny widniał na stronie głównej dłużej, niż początkowo zapowiedziałam, gdyż miałam nadzieję, że wypowie się pod nim więcej autorów, wszystko jednak wskazuje na to, że już nikt więcej się nie odezwie, czas więc na podsumowanie tego, co udało się nam ustalić.

1.      Zmiana adresu bloga.
Co do tego punktu wszyscy okazaliśmy się zgodni, a co za tym idzie, zmiana adresu nastąpi. Bardzo też dziękuję za podsunięcie pomysłu, by pod starym adresem umieścić odnośnik do nowego, na pewno wykorzystam to rozwiązanie i wydaje mi się, że nie będzie ono tymczasowe, tak by nawet po długim czasie można było do nas trafić za pomocą starej nazwy.
Zapewne jesteście ciekawi, kiedy nastąpią przenosiny? Nim zmienię adres, chciałabym przygotować odświeżony regulamin, dostosowany do zmian, które wprowadziliśmy. Od strony technicznej ze zmianą nie będzie problemu, wszystko pozostanie na swoim miejscu. Tak więc parę dni przed zmianą adresu stosowne ogłoszenie pojawi się w ramce „Informacje”, postaram jak najszybciej uporać się z poprawką regulaminu, by móc wprowadzić nowości w życie.  

2.      Zmiana w sposobie dodawania kart postaci.
Tutaj większość z Was opowiedziała się za zmianą, niektóre osoby jednak wyraziły swoje zaniepokojenie w związku z zbyt szybkim zasłanianiem kart postaci widniejących na stronie głównej. Sama widzę na innych blogach, że rzeczywiście może być to problematyczne, gdyż nowa osoba szybko znika w tłumie, więc postaram się tak skonstruować regulamin, by choć częściowo zniwelować ten problem. Chciałam też zauważyć, że w przypadku NYCa raczej nie będzie aż tak wielkiego bum jak na nowe blogi (choć mogę się mylić), więc nowe osoby nie będą dołączały aż tak często i karta postaci będzie mogła swoje pobyć na głównej.

3.      Zmiana w sposobie dodawania komentarzy.
Ten punkt wzbudził najwięcej wątpliwości, więc na początek przedstawię, jak sprawa wygląda od strony liczb. Wliczam tutaj także siebie, więc łącznie w kwestii zmian wypowiedziało się osiem osób.
  • Dwie osoby były za zmianą.
  • Dwie osoby były przeciw zmianie.
  • Cztery osoby pozostały bezstronne.

Zapowiedziałam w poście organizacyjnym, że osoby niezdecydowane podciągnę pod to, co postanowiłam. Długo zastanawiałam się nad tą kwestią, sama z sentymentem wspominam kartę postaci z ponad tysiącem komentarzy, z drugiej strony jednak niezbyt często wracałam do tych starszych, właściwie chyba nawet wcale, chyba że kilka komentarzy wstecz, by coś sobie przypomnieć. Nie wiem, czy macie podobnie, czy może zupełnie inaczej? W każdym bądź razie uważam, że warto spróbować. Jeśli będziemy niezadowoleni, zawsze możemy wrócić do poprzedniej opcji. I ponieważ aż cztery osoby nie wyraziły swojego zdania w tej kwestii, „biorę je na swoją stronę”, jak już tłumaczyłam w poprzednim poście. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że jeszcze nie urodził się taki, który wszystkim dogodził, a już szczególnie trudno o to na blogach grupowych, gdzie trzeba sprostać oczekiwaniom wielu autorów. W związku z tym mam nadzieję, że osoby, które wyraziły swój sprzeciw lub pozostały bezstronne, nie będą mi miały za złe tej decyzji. Chcę po prostu spróbować czegoś nowego i zobaczyć, jak to się sprawdzi. Liczę na zrozumienie z Waszej strony.
Część z Was będzie zmuszona opublikować nowe karty postaci. Pozwólcie, że opiszę, jak to dokładnie przeprowadzimy już po zmianie adresu bloga. A raczej jeszcze przed zmianą postaram się opublikować post, w którym wyjaśnię tę kwestię.


Wygląda na to, że to już wszystko. Gdyby coś było niejasne, pytajcie śmiało, gdyby coś się Wam nie podobało, także piszcie. Będę na bieżąco informować, co akurat robię i co zamierzam, więc nie będziecie niczym zaskoczeni. Miejmy nadzieję, że nadchodzące zmiany sprawią, iż na NYCu zadomowi się choć kilku nowych autorów :)