Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

14/11/2023

2186. Tonight is gonna be the loneliest

 Måneskin - THE LONELIEST

niedziela, 23 września 2001 r., Winona, Minnesota

Wychodząc za mąż dziewięć lat temu, Hannah Milton była najszczęśliwszą osobą na świecie, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie i takiej myśli trzymała się na tyle kurczowo, że była w stanie uwierzyć w to sama. Mając u boku kogoś takiego, jak Thomas Evans nie była w stanie nie uśmiechać się każdego dnia, co ułatwiało jej życie w przekonaniu, że będzie dobrze, że postąpiła słusznie.
Jej pogodne usposobienie przyciągało do niej innych, nie narzekała na brak znajomych, a także na brak zainteresowania mężczyzn, przez całą szkołę średnią była adorowana przez co najmniej połowę swoich rówieśników, bo jej lekko zadarty, piegowaty nos, dźwięczny śmiech i burza kręconych włosów tworzyły całość, której trudno było się oprzeć. A jednak wybrała jego – Tommy’ego. Chłopaka z klasy średniej, ze schorowanym ojcem i matką, na której zawsze można było polegać. Wydawało jej się, że nigdy nie pożałuje swojej decyzji, że ciepło i bezpieczeństwo, które oferował jej Thomas, będą czymś, co będzie warte poświęcenia namiętności i żądzy przygód, że będzie warte poświęcenia znajomości z kimś, kto nigdy nie powinien pojawiać się w jej życiu.
Stagnacja i rutyna, w którą popadli jako rodzina, przestawała być dla niej wygodna. Każdą niedzielę spędzali w domu albo bawiąc się z dziewczynkami na podwórku, albo przy gorszej pogodzie grając z nimi w kolejne planszówki, które Thomas dorwał w pobliskim lombardzie. Tej niedzieli grali w Monopoly, co przy jeszcze mało rozgarniętej pięciolatce, nie miało żadnego sensu. Hannah nie czerpała żadnej radości z gry, która nie miała żadnych reguł, a wartość zabawkowych banknotów nie miała żadnego znaczenia. Grę przerywał wesoły śmiech Hazel, która ustawiała małe domki przy każdym możliwym polu i słowa niezadowolenia Harper, której zależało na tym, żeby grać uczciwie i zgodnie z zasadami. Hannah uśmiechała się delikatnie, uważnie przyglądając się zarówno jednej, jak i drugiej córce, jakby starała się zapamiętać każdy szczegół ich dziecięcych twarzyczek. Teściowa krzątała się w kuchni, szykując dla nich wszystkich kolację i podśpiewywała pod nosem Respect Arethy Franklin. Wszystko to stwarzało obrazek pozornej beztroski i niewysłowionego szczęścia. Wszystko poza Thomasem, w którego kierunku Hannah bała się po prostu spojrzeć. Wiedziała, że siedział spięty przy niewielkim, okrągłym stole, zaciskając dłonie w pięści tak mocno, że bielały mu knykcie.
— Kupuję! — krzyknęła Harper, kiedy stanęła na jednym z czarnych pól. Rozpoczęła transakcję z Thomasem, który podczas tej gry odpowiadał za obsługę banku.
— Muszę wyjść — Hannah odezwała się na tyle cicho, że starsza córka nie zwróciła nawet na nią uwagi. Wstała od stołu i po prostu skierowała się na piętro domu, skąd zeszła po niecałych pięciu minutach ze sportową torbą przerzuconą przez ramię, krótko spoglądając w kierunku pomieszczenia, gdzie jej cała rodzina, najbliższe jej na świecie osoby nadal grały w grę. Tylko mała Hazel podniosła głowę i pobiegła za nią.
Hannah ubrała przeciwdeszczowy płaszcz i ocieplane botki. Tegoroczna jesień nie należała do najpiękniejszych, a miała okazać się jeszcze paskudniejsza. I to przez nią. Tylko i wyłącznie przez nią.
— Mamo, dokąd idziesz?
Hannah już miała nacisnąć na klamkę drzwi wyjściowych, kiedy usłyszała za sobą dobrze jej znany, najsłodszy głos na świecie. Czuła wzbierające się w oczach łzy, ale odwróciła się i kucnęłą przed córką.
— Idę poszukać dla ciebie prezentu urodzinowego, Haze — odpowiedziała miękko, gładząc delikatny policzek swojej młodszej pociechy, a buzia dziecka rozjaśniała w promiennym uśmiechu. Mała Hazel niemal podskoczyła z radości na słowa matki i podbiegła do ojca, który niespodziewanie znalazł się tuż za nią. Dziewczynka uczepiła się jego nogi, dzieląc się nowiną. Thomas stał nieruchomo z posępną miną, z dłońmi wciśniętymi w kieszenie spodni i zastanawiał się, w jaki sposób miał wytłumaczyć córkom, że ich matka nie wróci z prezentem. Że nie wróci. Tak po prostu nie wróci.

czwartek, 16 czerwca 2011 r., Winona, Minnesota

Piętnastoletnia Hazel z zazdrością obserwowała starszą siostrę. Siedziała na szerokim, dwuosobowym łóżku w pokoju Harper, przyglądając się dziewczynie, a właściwie już młodej kobiecie, która przymierzała kolejno wszystkie sukienki z szafy. Harper na jutrzejszym zakończeniu roku szkolnego chciała wyglądać perfekcyjnie i choć podczas ceremonii rozdania dyplomów kreacja miała być zasłonięta uczniowską togą, to zależało jej na nienagannym wyglądzie.
— Jak myślisz, Haze? Ta? — Harper okręciła się wokół własnej osi w jasnoróżowej, rozkloszowanej sukience, która nijak nie nadawała się na uroczystość szkolną. Harper, w odróżnieniu od swojej młodszej siostry, starała się podkreślać najpierw swoją dziewczęcość, a teraz kobiecość niezależnie od sytuacji. Hazel uwielbiała rysować przepiękne suknie i wyobrażać sobie, jak modelki przemykają w nich po największych wybiegach świata, a jednocześnie ubierała się przede wszystkim w jeansy i luźne koszulki.
Westchnęła i pokręciła głową, kiedy Harper poprawiała cienkie ramiączko sukienki, która odkrywała zbyt wiele, bo i pięknie opalone plecy dziewczyny, i długie, zgrabne nogi.
— Harper, nie. Nie ta. Idziesz do szkoły, a nie na kolejny bal maturalny… — mruknęła cicho, pamiętając chłodny wieczór, kiedy pomagała Harper wyglądać olśniewająco. Zazdrościła siostrze tego, jak wygląda i jak nie boi podkreślać się tego, czym obdarzyła ją natura. Zawsze jej zazdrościła, co nie było takie trudne, kiedy wokół starszej Evans wiecznie kręcili się adoratorzy i wianuszek rozchichotanych przyjaciółek.
— Ubierz tę grafitową. — Hazel wstała z łóżka i podeszła do obszernej szafy siostry. Wyciągnęła grafitową, prostą sukienkę, która mimo skromnego kroju podkreśliłaby figurę Harper. — Wiesz, że uszyłyśmy ją z babcią specjalnie na tę okazję. — Mruknęła i podała sukienkę siostrze. Harper początkowo nie była przekonana, ale ostatecznie uśmiechnęła się szeroko, na co Haze też odpowiedziała uśmiechem i wróciła na wygodne, wysokie łóżko, w którym bardzo często spały razem, w którym do późnonocnych godzin obgadywały kolejnych chłopaków ze szkoły bądź straszyły się nawzajem zasłyszanymi opowieściami o duchach. Dopóki w życiu Harper nie pojawił się Ed, siostry Evans były nierozłączne. Hazel bardzo często miała wrażenie, że potrafiły też zrozumieć się bez słów.
— Kiedy się uśmiechasz, wyglądasz dokładnie tak jak ona — wymamrotała Harper, wciskając się w dopasowaną kreację.
— Jak kto? — odpowiedziała Hazel, która przeglądała teraz jedno z czasopism modowych, które kupiły z siostrą ze swoich kieszonkowych. Nawet nie spojrzała na Harper, skupiając się na oglądaniu kolorowych, pięknych strojów. Wpatrywała się teraz w intensywnie niebieskie oczy Raquel Zimmermann w kampanii dla H&M.
— Jak mama.
Teraz głos Harper był cichszy, nieco wycofany, niepewny. Hazel podniosła głowę znad czasopisma i zerknęła na siostrę bez cienia uśmiechu na ustach.
— To mam pecha. — Warknęła i poderwała się z łóżka, zostawiając na nim otwarte czasopismo. Chciała już wyjść z pokoju siostry, ale zatrzymała się niedaleko niej, sięgając już ręką do klamki. — Ładnie wyglądasz, Harper — dodała tylko i wyszła, a po chwili dało się słyszeć głos ich ojca, wołającego ich na dół, aby łaskawie zeszły i pomogły przy kolacji.

niedziela, 24 września 2023 r., 72nd Road, Queens, Nowy Jork

Było grubo po północy, kiedy Hazel wróciła do mieszkania z Coney Island. Nie umiała zasnąć, bo targały nią emocje, których nie była nawet w stanie nazwać. Leżała w bieliźnie na wąskim łóżku i wpatrywała się w sufit. W Nowym Jorku nigdy nie było ciemno, uliczne światła pozwalały jej rozeznać się w przestrzeni niewielkiego pokoju bez zapalania nawet lampki przy łóżku. Westchnęła. Jeszcze tego wieczoru brylowała wśród gości zaproszonych na imprezę organizowaną przez Vogue. Jeszcze tego wieczoru miała na sobie przepiękną, bordową suknię balową, w której – mimo wrodzonej skromności – czuła się jak księżniczka. Jeszcze tego wieczoru po raz pierwszy zobaczyła zaprojektowane przez siebie kreacje podczas małego pokazu poświęconego tylko i wyłącznie jej – jako odkryciu nowojorskiego świata mody.
Tego wieczoru poczuła też coś niewypowiedzianego, kiedy patrzyła się w czyjeś oczy i śmiała się z najgłupszych żartów. Tego wieczoru zapomniała o całym świecie, a kiedy rzeczywistość uderzyła w nią ze zdwojoną siłą, nie wiedziała co robić. Nie wiedziała co czuć i jak się zachować. Nie wiedziała nawet co myśleć. Chciało jej się płakać i śmiać jednocześnie. Nie była pewna, jak to się stało, ale po jej policzkach popłynęły pierwsze łzy, a z ust wydobył się histeryczny śmiech.
— Hazel, wszystko gra?
Drgnęła niespokojnie, słysząc czyjś głos. Nie usłyszała ani nie zauważyła, kiedy drzwi do jej pokoju się otworzyły, a zza nich wychylił się rozespany Matthew, którego pokój przylegał do jej niewielkiej sypialni. Hazel szybko sięgnęła po bluzę, którą do tej pory miała pod głową i ubrała się, siadając na łóżku. Otarła mokre policzki wierzchem dłoni i kwinęła głową.
— Nigdy nie było lepiej. — Odpowiedziała zgodnie z prawdą, a kierowany ciekawością współlokator wszedł do pomieszczenia, zamknął za sobą drzwi i prędko umościł się na jej łóżku. Wsparł się na łokciu i nakrył Hazel kołdrą, jakby szykował ją do snu. Ale wiedziała, że nie zaśnie, nie byłaby w stanie spać spokojnie, kiedy targało nią tyle emocji. Raz, że trudnych do nazwania, a raz, że gromadzących się w niej od dłuższego czasu. I kiedy wiedziała, że za kilkoma ścianami znajduje się jeden z powodów jej aktualnego stanu.
— Opowiadaj. — Mruknął zachęcająco, a Evans zaczęła mówić o tym, co miało miejsce tego wieczoru. O imprezie, o sąsiedzie, którego tam spotkała, o późniejszych odwiedzinach w pizzerii nieopodal ich mieszkania, o wycieczce do Luna Parku na Coney Island, gdzie ostatecznie zabrakło prądu i gdzie dorwała ją nawiedzona cyganka, przepowiadając jej, że pewna osoba jej nigdy nie opuści, że musi sprawdzić swoich bliskich, że będzie miała trójkę dzieci, że zapłaciła jej za to wszystko dwadzieścia dolarów i wyszła biedniejsza o tę sumę, ale bogatsza o kolejne przemyślenia, które zwyczajnie ją przytłaczały.
— Trójka do ciebie pasuje. — Rozbawiony Matthew do tej pory słuchał jej bez żadnego komentarza, pozwalając sobie tylko na ciche westchnięcia i krótki śmiech. — Ale żeby on? Sąsiad? — zapytał z niedowierzaniem i poprawił kołdrę, którą wcześniej nakrył swoją współlokatorkę. Hazel znowu się roześmiała i nie potrafiła przestać, bo tak samo jak Matthew nie wierzyła w większość tych rzeczy, o których teraz mu opowiedziała. A myślami wróciła do tych nocy, które w podobny sposób spędzała ze starszą siostrą i poczuła ukłucie trudnej do wypowiedzenia tęsknoty za wykrochmaloną pościelą, szeptem Harper i zapachem ich rodzinnego domu.
— Odpocznij, Haze — powiedział w końcu, kiedy rozbawienie minęło. Podniósł się z łóżka i wyszedł po cichu z jej pokoju, a kiedy Evans usłyszała szczeknięcie zamka, przymknęła oczy, a spod powiek popłynęły kolejne łzy.
Nie przypuszczała nawet, że kiedykolwiek doprowadzi się do takiego stanu, w którym nie będzie w stanie poradzić sobie z własnymi emocjami. Zrzucała to na karb ogólnego przemęczenia i tego, co na nią czekało w najbliższej przyszłości.

sobota, 30 września 2023 r., nad Jeziorem Otsego, Michigan

Kubek z herbatą przyjemnie ogrzewał jej drobne, spracowane dłonie, kiedy napawała się otaczającą ją niemal obezwładniającą ciszą, przerywaną jedynie szumem nieodległych drzew i świergotem ptaków. Wystawiła twarz ku słońcu i poprawiła się na drewnianym leżaku, ciesząc się z tego, że jesień tego roku była ciepła i słoneczna. Nie mogła wymarzyć sobie lepszych dwudziestych siódmych urodzin. Z uśmiechem na ustach wspominała wczorajszą imprezę-niespodziankę, którą zorganizowali jej współlokatorzy w porozumieniu z sąsiadami. Do samego końca nie wiedziała, co się święci, będąc przekonaną, że po powrocie z pracowni obejrzy Minionki i zje sajgonki z warzywami, obficie zanurzając je w słodko-pikantnym sosie.
Dopiła herbatę i odstawiła kubek, wyciągając po krótkiej chwili przyjemnego nicnierobienia telefon z kieszeni długiego swetra. Oddzwoniła do siostry, ze śmiechem przyjmując składane jej życzenia, ze wzruszeniem wysłuchując śpiewu siostrzeńców. Otarła nawet wierzchem dłoni łzy, kiedy cała czwórka jej rozmówców gromko krzyknęła, że ją kocha.
— Hazel… — zaczęła Harper, kiedy zostały na fonii i wizji już same. — Nie jesteś w Nowym Jorku — zauważyła, marszcząc przy tym brwi.
— Nie jestem, wyjechałam na weekend. Słuchaj, Harper — odpowiedziała szybko, żeby uniknąć kolejnych, niewygodnych pytań dotyczących niespodziewanego weekendowego, a właściwie urodzinowego wyjazdu. — Harper, mam bilety na samolot. Przylecę może na święto Dziękczynienia i…
— Haze. — Tym razem to starsza siostra weszła jej w słowo. — Byłoby wspaniale, ale… planujemy wyjechać z Edem na święta. Zabierzemy dzieciaki, spakujemy plecaki i może urządzimy sobie wycieczkę. Ale skoro masz bilety lotnicze, to… wpadnij może w najbliższym czasie. Porozmawiamy na spokojnie.
Hazel widziała na ekranie swojego telefonu szeroki, ciepły uśmiech Harper. Zabolało ją trochę to, że nie została uwzględniona w planie rodziny rodzonej siostry, ale… Wiedziała doskonale, że powinna zadbać o swoje własne życie, o to, żeby mieć z kim spędzać mniej lub większe okazje. W końcu to ona postanowiła opuścić Winonę, kiedy pewnego dnia oznajmiła bliskim, że wyjeżdża do Nowego Jorku, który pochłonął ją niemal od razu. I nie chciał oddać.
— Nie ma problemu, wpadnę niedługo. Porozmawiamy — potwierdziła, odpowiadając siostrze uśmiechem. Gdzieś za Harper rozległy się głosy dzieciaków, które domagały się śniadania, a Ed widocznie nie był w stanie sprostać ich wymaganiom. Zresztą, wcale nie dziwiła się Abigail i Thomasowi – Harper robiła najlepsze pancake’i pod słońcem. — Dam znać z wyprzedzeniem, kiedy przylecę. Uciekaj, Harper. Jesteś tam potrzebna.
— Jeszcze raz, Haze, spełnienia marzeń. Kocham cię! — Harper nie zwlekała z rozłączeniem się i prawdopodobnie miała w głowie setki pytań dotyczące tego, gdzie i z kim znajdowała się teraz Hazel, ale nie była w stanie poświęcić dobra własnej rodziny nad swoją własną ciekawość. Evans zaś odetchnęła z ulgą i wróciła do błogiego odpoczynku, mając wrażenie, że czas zwolnił. Delikatny uśmiech wpełzł na jej usta, kiedy rozkoszowała się jesiennym, jeszcze przyjemnie ciepłym słońcem.
I wszystko było tak, jak powinno być. Tak, jak sobie wymarzyła.

czwartek, 16 listopada 2023 r., Winona, Minnesota

Hazel od dwóch tygodni pomieszkiwała z powrotem w swoim rodzinnym domu. Przed wyjazdem z Nowego Jorku zamknęła wszystkie przyjęte wcześniej zlecenia, zrezygnowała też z uruchamiania sklepu internetowego i ogłosiła urlop. Urlop, który po trzech ciężkich latach po prostu jej się należał, a jednocześnie nie był zbyt rozsądnym pomysłem. Początkowo planowała, że nie będzie jej w Nowym Jorku przez tydzień, ale nie chciała tam wracać. Bała się, że zbyt często będzie spotykać Mortimera i wtedy zacznie żałować bardziej podjętych przez siebie decyzji. Będzie żałować tego, że odeszła. Od 7 października zmieniło się sporo. Wszystko wróciło do normalności sprzed poznania Prestona i Hazel znowu skupiała się tylko i wyłącznie na pracy. Jej pracownia i butik funkcjonowały coraz lepiej, dlatego decyzja o tymczasowym zamknięciu działalności była jeszcze trudniejsza, ale konieczna. Potrzebowała zebrać siły na to, aby przenieść własny biznes na wyższy poziom. W Winonie spędzała czas przede wszystkim na planowaniu, na uczestniczeniu w webinarach dotyczących zarządzania w biznesie, na szkoleniach, które miały wprowadzić ją w rolę szefowej, żeby mogła skutecznie przeprowadzić rozmowy o pracę i zarządzać ludźmi. Nie próżnowała, ale też nie przemęczała się nadto, poświęcając mnóstwo czasu siostrzeńcom i Harper, która okazała się być w trzeciej ciąży. Pomagała jej tyle, ile mogła, przygotowując rodzinę siostry do świątecznego wyjazdu. Znowu z pewną zazdrością spoglądała przez wszystkie te dni na szczęśliwą Harper otoczoną przez ludzi, dla których była wszystkim.
Blondynka miała w głowie słowa wróżki z Coney Island, która zaleciła jej, aby upewnić się, czy u bliskich osób Hazel wszystko jest w porządku. I było. U wszystkich, poza samą Hazel, która poważnie zastanawiała się nad przeniesieniem działalności do innego miasta. Może Los Angeles? Albo Londyn? Nigdy nie była w Europie i każda taka myśl wydawała się być nie tylko przerażająca, ale też ekscytująca.
Od dwóch tygodni nie odebrała telefonu od nikogo, kto był związany z jej życiem w Nowym Jorku. Właściwie niemal bez przerwy miała wyłączony telefon, żeby nie wykonać tego jednego połączenia, którego mogłaby później żałować.
Bardzo często sięgała do zapasów wina, które przez lata zgromadziła Harper, pewnie przyjmując te butelki w postaci prezentów na różne okazje. Evans musiała pić, żeby móc spać. A musiała spać, żeby w ciagu dnia jakoś funkcjonować.
Dwa tygodnie w pełnym ciepła domu, w otoczeniu ludzi, którzy zawsze byli ważni dla niej i dla których ważna była ona, nie pomogły jej. Nie pomogły w tym, żeby mogła się pozbierać i zadecydować, co dalej. Nie była zdecydowana co do tego, czy powinna kupić bilet lotniczy w jedną stronę. Do Europy. Nie była zdecydowana co do tego, czy nie powinna czasem zamknąć swojej działalności i wrócić do spokojniejszej pracy na etacie. Nie była pewna niczego. I nie wiedziała nic. I w takim stanie miała wrócić do Nowego Jorku. Zrezygnowana. Pokonana. Nic już nie było tak, jak sobie wymarzyła. Nic.

Święto Dziękczynienia – czwartek, 23 listopada 2023 r., 72nd Road, Queens, Nowy Jork

Nie zależało jej na tym, aby otaczać się dzisiaj ludźmi. Pożegnała ostatniego ze współlokatorów, który – jak zapewne większość Amerykanów tego dnia – zamierzał spędzić świąteczny wieczór w towarzystwie rodziny. Mieszkanie, które zwykle tętniło życiem, w którym cicho było zaledwie przez kilka godzin w ciągu doby, zamarło. Hazel została sama na powierzchni ponad osiemdziesięciu metrów kwadratowych i nie wiedziała, gdzie mogłaby się podziać. Wybrała salon, dużą, wygodną kanapę, ogromną miskę popcornu i co najmniej trzy butelki wina, które ustawiła w równym rzędzie na blacie stolika. Historia hobbita, który zmagał się z magicznym pierścieniem wciągnęła ją na tyle, że nawet nie zauważyła, kiedy na dworze zapadł zmierzch. W przerwie między jedną a drugą częścią filmowej trylogii postanowiła z wina przyrządzić grzaniec, który lepiej wpasowywał się w klimat Święta Dziękczynienia.
Dźwięk przychodzącego smsa zakłócił balladę w wykonaniu Britney, której wtórowała z ogromną pasją podchmielonej licealistki. Hazel sięgnęła po telefon, a widząc na wyświetlaczu imię Prestona, poczuła jak jej serce przyspiesza. Tak długo czekała na podobną sytuację, że widząc treść smsa zagotowała się ze złości. Hazel, jesteś u siebie? Bo właśnie robię twojej matce kawę. I tak, jak stała – z kubkiem grzanego wina w dłoni – wybiegła na korytarz. Jej wtargnięcie do sąsiedniego mieszkania okraszone było trzaskami dwóch par drzwi, przez chwilę miała wrażenie, że cały budynek już wie, że Evans jest w drodze.
— Chyba sobie kpi… — urwała, wpadając z impetem do salonu. Pierwszego zobaczyła Mortimera i zabrakło jej tchu w piersi, kiedy dotarło do niej, jak dawno go nie widziała i jak bardzo go potrzebuje, jak jej ciało reagowało tylko na sam jego widok, jak… A potem kątem oka dostrzegła ruch przy kanapie.
— Cześć, córeczko.
Hazel przed oczami miała starszą wersję siebie. Ten sam nos, tylko z nieco bardziej widocznymi piegami, nieco bardziej pokręcone włosy, zdrowo zaokrąglona sylwetka. Kubek z grzańcem wypadł jej z dłoni, a trunek rozlał się na jasny, kwiecisty dywan, który zasłaniał wypalone podczas domówki panele.
— Ja… Powinnam cię uprze…
— Morty… — Evans szepnęła błagalnie, nie dając dokończyć swojej matce. Mając nadzieję, że to wszystko, co związane z kobietą, której nie powinno tu być, to tylko sen.

25/10/2023

2185. I'm the problem, it's me

I'll stare directly at the sun but never in the mirror

Nicholas przetarł dłonią zaparowaną powierzchnią lustra, a następnie strzepnął z palców zgromadzoną na nich wilgoć i dopiero po tym uniósł wzrok, napotykając własne spojrzenie. Przez kilka uderzeń serca spoglądał w zielone oczy o lekko przekrwionych białkach, nim wreszcie omiótł wzrokiem widoczną w odbiciu sylwetkę. Widział cień dawnego siebie i dlatego szybko pochylił głowę, przerywając kontakt wzrokowy z własnym odbiciem. Sięgnął po ręcznik, przepasał się nim w biodrach i po chwili zawahania, przysiadł na zamkniętym sedesie.
Powinien wytrzeć się do sucha, założyć czyste ubrania i przygotować sobie coś do jedzenia, ale nie miał na to siły. Każda, w tym nawet ta najbardziej błaha czynność poprzedzona była maratonem średnio skutecznego motywowania się do jej zrobienia, co finalnie prowadziło do tego, że Nick robił wyłącznie niezbędne minimum, a i to zdarzało mu się coraz częściej zaniedbywać.
Co w tym trudnego? Wstać i doprowadzić się do porządku – dokończyć to, co się zaczęło. A jednak na samą myśl o tym, że musiałby teraz wstać i wytrzeć się ręcznikiem, a później włożyć czyste ubrania, odczuwał fizyczny ból i przytłaczające zniechęcenie. Stąd tkwił na sedesie, lekko pochylony i przygarbiony, z pustym i niewidzącym spojrzeniem tylko pozornie utkwionym w znajdującym się naprzeciwko koszu na brudne ubrania. Krople wody widoczne na jego ciele z minuty na minutę stawały się coraz mniejsze, a kiedy całkiem wyparowały, z jego przedramion zniknęła również gęsia skórka wywołana uczuciem chłodu, które towarzyszyło samoistnemu schnięciu.
Po pół godzinie Nicholas się poruszył. Podciągnął nogi pod siebie i oparł pięty o klapę, objął kolana rękoma i przechyliwszy się lekko na prawą stronę, bokiem ciała oparł się o zimną, wyłożoną szarymi kafelkami ścianę.
Chciał. Naprawdę chciał zrobić wiele rzeczy.
Chciał wyjść z łazienki i się ubrać. Chciał przejść do kuchni i przygotować kolację, choćby miały to być tylko grzanki z masłem orzechowym. Chciał położyć się spać i zasnąć, a rano wstać po wyłączeniu może nie pierwszego, ale drugiego budzika. Chciał umyć zęby, uczesać włosy i skropić się perfumami. Chciał wyjść z mieszkania i podjechać na uczelnię, z której go wydalono, by odebrać stosowną do tej okazji dokumentację. Chciał wstąpić po drodze na zakupy, by uzupełnić świecącą pustkami lodówkę i zamówić coś do jedzenia, gdyby mimo wszystko nie miał ochoty na gotowanie. Chciał otworzyć starego laptopa i przejrzeć ogłoszenia o pracę, a także wysłać kilka CV, skoro jego konto miało niedługo okazać się równie puste, co wspomniana lodówka.
Chciał.
A mimo tego siedział wciąż w tym samym miejscu i czuł, jak skręca go w środku na myśl o tych wszystkich drobnych rzeczach. Czuł, jak na jego klatce piersiowej osiada niewygodny ciężar, jak ramiona napinają się pod wpływem rosnącego stresu, jak żołądek się ściska, a jasną skórę zrasza zimny pot.
Po co miał robić to wszystko? Czy to miało cokolwiek zmienić? Jaki był sens w tym, że każdy kolejny dzień miał wyglądać tak samo, na mechanicznym powtarzaniu czynności, które w żaden sposób nie potrafiły wypełnić ziejącej w jego wnętrzu pustki?
Woodrow drgnął, a potem przymknął powieki i skrzywił się. Czuł, jakby parł na przód podczas śnieżycy stulecia i mimo tego, że starał się posuwać do przodu, porywy wiatru spychały go w tył, ciskając w twarz mokrym, zimnym śniegiem. Utknął w miejscu, mimo że próbował z tego miejsca się wyrwać. Było to doznanie zarówno fizyczne, jak i dotykające go na poziomie mentalnym. Przy tym Nick czuł się zadziwiony, bowiem jakaś część jego umysłu potrafiła wytłumaczyć to w racjonalny sposób. Stracił rodziców – jednego dnia ci byli na wyciągnięcie ręki, by następnego nie miał ich już nigdy zobaczyć. To wydarzenie miało prawo być nazywane traumatycznym i jednocześnie on miał prawo przeżyć żałobę oraz to odchorować. Poratował się ucieczką. Odciął się od bliskich, ponieważ przebywanie z nimi przypominało mu o tym, co się stało i spróbował zagłuszyć emocje w najprostszy z możliwych sposobów, rzucając się w wir imprez suto zakrapianych alkoholem oraz innymi używkami, a twarze nieznajomych stały mu się droższe niż twarze rodziny oraz dawnych przyjaciół.
W tym wszystkim nie byłoby nic złego, gdyby potrafił się zatrzymać. Tymczasem, choć od śmierci rodziców minęło już ponad półtora roku, znalazł się w punkcie, z którego nie potrafił zawrócić.
Przy czym nie rozchodziło się tutaj stricte o imprezowy styl życia oraz związane z tym nadużywanie wszelakich substancji. Jakimś cudem – jakby mimo wszystko ktoś nad nim czuwał – Nicholas nie popadł w uzależnienie. Tylko… tylko tak skutecznie stłumił w sobie wszystko to, czego nie chciał przeżyć, że finalnie nie zostało mu już nic…?
Powtarzał sobie, że kiedy Elizabeth i Timothy Woodrow zginęli w wypadku samochodowym, był dorosły. Co za tym idzie, powinien to udźwignąć. Z trudem, bo z trudem, ale jednak, ponieważ już od dawna nie był bezradny jak kilkuletnie dziecko. Dlaczego zatem czuł się jak bezradne, kilkuletnie dziecko? Dlaczego sobie na to pozwolił?
Ciało Nicholasa zesztywniało, podczas gdy ten tkwił w niewygodnej pozycji. Zaczął odczuwać chłód, ale nie skłoniło go to do ruszenia się z miejsca. Zamknięty w łazience, początkowo zaparowanej po gorącym prysznicu, który wziął, czuł się bezpiecznie. To zabarykadowanie się na tak małej przestrzeni dawało mu złudne wrażenie odcięcia się od całego świata. W tym miejscu nikt nie mógł go podejrzeć; nikt nie mógł na niego spojrzeć i go ocenić, co było szczególnie istotne w tych momentach, w których Nick myślał o sobie jak najgorzej.
Minęła godzina, nim wstał. Odwiesił ręcznik na miejsce, ponieważ jego ciało zdążyło już wyschnąć i włożył przyniesione przed prysznicem, odłożone na bok ubrania. Wyszedł z łazienki i zgasiwszy za sobą światło, poszedł do swojego pokoju, nie pamiętając już o tym, że wcześniej na jego liście rzeczy do zrobienia znajdowało się przygotowanie czegoś do jedzenia. Czuł głód, ale odczuwana niemoc i zmęczenie były większe. Przysiadł na łóżku, wziął telefon do ręki i zaczął przewijać treści w Internecie, tym samym wygłuszając nieustanny szum, który rozbrzmiewał w jego głowie.
Ocknął się, kiedy za oknem zrobiło się zupełnie ciemno. Zapadającą o wczesnej godzinie noc rozświetlały uliczne latarnie, podczas gdy jego pokój wypełniało zimne światło bijące od ekranu smartfona. Nicholas spojrzał na wyświetloną w rogu godzinę i zauważył, że odkąd opuścił łazienkę, minęły trzy godziny. Trzy godziny, które spędził bezproduktywnie, w najgłupszy z możliwych sposobów. Oczywiście, w tym również nie było niczego złego, w końcu każdy raz na jakiś czas potrzebował podobnego oderwania się od rzeczywistości. Problem pojawiał się wtedy, kiedy działo się tak dzień w dzień, godzina za godziną. Problem ten dodatkowo urastał do niebotycznych rozmiarów, kiedy Nick chciał, ale nie potrafił w żaden sposób go rozwiązać.
Wygasił komórkę i rzucił ją na pościel.
— Co jest ze mną nie tak? — wyszeptał, wplatając palce w półdługie włosy. — Czemu nie potrafię się ogarnąć?
Był sobą zmęczony. Był zmęczony tym, jak zaczęło wyglądać jego życie. I nie potrafił niczego na to zaradzić, przy czym sam wytrącił sobie niezbędne narzędzia z rąk.
Czekał więc. Czekał, aż osiągnie dno, ponieważ wtedy miał mieć dwa wyjścia z zaistniałej sytuacji. Pierwsze gwarantowało, że się od tego dnia odbije. Drugie, że po prostu już na nim zostanie.
Jednocześnie nie potrafił opaść na sam dół. Coś uparcie unosiło go te kilkanaście centymetrów nad niewiadomym podłożem, które miało okazać się albo twardym gruntem dającym oparcie wystarczające, by nabrać rozpędu, albo mulistym bagnem gotowym go pochłonąć.
Trwanie w zawieszeniu było wyczerpujące. Walka o ruszenie w jedną lub drugą stronę była wyczerpująca. Niemożliwość postawienia sobie jasnego celu również.
Był zmęczony. Nicholas był coraz bardziej zmęczony, a odpoczynek nie przywracał mu sił.

Co w tym trudnego?
Chciał.
Naprawdę chciał zrobić wiele rzeczy.

Po co miał robić to wszystko? Czy to miało cokolwiek zmienić? Jaki był sens w tym, że każdy kolejny dzień miał wyglądać tak samo, na mechanicznym powtarzaniu czynności, które w żaden sposób nie potrafiły wypełnić ziejącej w jego wnętrzu pustki?

W tym wszystkim nie byłoby nic złego, gdyby potrafił się zatrzymać.
Czekał więc.
Jednocześnie nie potrafił opaść na sam dół.

One day I'll watch as you're leaving
And life will lose all its meaning
For the last time

Powyższy tekst powstał, gdyż czasem człowiek musi, bo inaczej się udusi ;) Cytat w tytule oraz opowiadaniu: Taylor Swift - Anti-Hero.

25/08/2023

[KP] And I can go anywhere I want, Anywhere I want, just not home

'Cause I'm a real tough kid, I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it" and I did
Bridget Calloway
Otwiera oczy i ma nadzieję, że dzisiaj będzie ten dzień.
Czeka z niecierpliwością na jakąkolwiek informację. Drga za każdym razem, gdy telefon zacznie dzwonić i z tym samym rozczarowaniem, które towarzyszy jej od kilku miesięcy orientuje się, że jest to jedno z wielu nieistotnych powiadomień. Zanim rozpocznie dzień szepcze cichą modlitwę do świata, aby tym razem jednak jej wysłuchał. Dalej żyje nadzieją, że w końcu nadejdzie ten dzień, każdego ranka jest przekonana, że to będzie właśnie dziś. Od dziewięciu miesięcy nic się nie zmieniło, ale to wcale nie sprawia, że jej wiara się zmniejsza. Wymyka się z domu zanim ktokolwiek wstanie i spędza godzinę na spacerze w towarzystwie Milki, która wiecznie jest niewyspana, a wyjście z ciepłego łóżka jest dla niej największą karą. Równo o siódmej rano zjada śniadanie w towarzystwie rodziców swojego ojca. Wymienia się z nimi planami na dzień, dopytuje o ich grafik i upewnia się, że będą mogli zjeść obiad w ich ulubionej restauracji. W głosie całej trójki słychać smutek, który maskują najlepiej, jak tylko potrafią.
Popołudnia spędza na tworzeniu materiałów, które później będzie mogła wrzucić na swoje social media. Nagrywa otwieranie paczek, które otrzymuje w ramach współprac, przegląda trendy na TikToku i Instagramie. Zapamiętuje, że musi nagrać latte make-up, ale zanim zdąży to zrobić pojawia się już strawberry make-up i nikt już nie pamięta o poprzednim makijażowym trendzie. Czas mija jej na pracy, nim się obejrzy zbliża się godzina obiadu z dziadkami.
Wieczorami nie szykuje się do kolejnej imprezy, jak miało to miejsce jeszcze w zeszłym roku. Rzadko zaakceptuje zaproszenie na wspólne wyjście, jeszcze rzadziej pojawi się na evencie organizowanym przez marki, które często ją sponsorują. Wszyscy zdają się rozumieć dlaczego dziewczyna, która niegdyś w przeciągu jednego tygodnia potrafiła wylegiwać się na plaży w Meksyku, pojawić się na pokazie mody i premierze filmowej, zmieniła się w dziewczynę, której wyciągnięcie z domu graniczy z cudem. Zawsze grzecznie odmawia wspólnych wyjść, wykręca się zmęczeniem, natłokiem pracy. I wszyscy jej wierzą. Nikt nie próbuje postawić się na jej miejscu, bo nikt nie chciałby przechodzić przez to z czym każdego dnia mierzy się Bridget. Jest idealnym przykładem, że pieniądze nie rozwiążą wszystkich problemów, kilka zer na koncie wcale nie sprawi, że nagle łatwiej będzie znosić codzienność. Oddałaby wszystko co ma, co do ostatniego centa, aby móc jeszcze raz przytulić się do mamy, porozmawiać z tatą i spędzić z nimi chociaż jeden dzień. Snuje teorie, gdzie są i co się wydarzyło, żyje odległym marzeniem, że któregoś dnia pojawią się znów w jej życiu i dopóki starczy jej sił będzie w to wierzyć, bo poza tym nic więcej jej nie zostało.
Bridget Cora Calloway ——— 25 latka; urodzona 17 czerwca 2000 roku w Nowym Jorku ● Social media manager; influencerka, którą obserwuje ponad sześć milionów osób ● Instagram ● Absolwentka marketingu i public relations na NYU ● Osamotniony apartament mieszczący się na 1060 Fifth Avenue zamieniła na dom dzielony z dziadkami przy 700 West 247th Street ● Wnuczka rozchwytywanej autorki thrillerów medycznych, Theresy Calloway i senatora Henry'ego Calloway'a ● Jedyna córka prezenterki telewizyjnej Catherine Ainsworth-Calloway i adwokata Tobiasa Calloway'a ● Więzi 
W karcie Taylor Swift My Tears Ricochet & I can do it with a broken heart. Kod stąd. Buźki użycza @romaneinnc
Karta: I
Notki: I

[KP] And I can go anywhere I want, Anywhere I want, just not home

But you touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you
Bridget Calloway
Otwiera oczy i ma nadzieję, że dzisiaj będzie ten dzień.
Czeka z niecierpliwością na jakąkolwiek informację. Drga za każdym razem, gdy telefon zacznie dzwonić i z tym samym rozczarowaniem, które towarzyszy jej od kilku miesięcy orientuje się, że jest to jedno z wielu nieistotnych powiadomień. Zanim rozpocznie dzień szepcze cichą modlitwę do świata, aby tym razem jednak jej wysłuchał. Dalej żyje nadzieją, że w końcu nadejdzie ten dzień, każdego ranka jest przekonana, że to będzie właśnie dziś. Od dziewięciu miesięcy nic się nie zmieniło, ale to wcale nie sprawia, że jej wiara się zmniejsza. Wymyka się z domu zanim ktokolwiek wstanie i spędza godzinę na spacerze w towarzystwie Milki, która wiecznie jest niewyspana, a wyjście z ciepłego łóżka jest dla niej największą karą. Równo o siódmej rano zjada śniadanie w towarzystwie rodziców swojego ojca. Wymienia się z nimi planami na dzień, dopytuje o ich grafik i upewnia się, że będą mogli zjeść obiad w ich ulubionej restauracji. W głosie całej trójki słychać smutek, który maskują najlepiej, jak tylko potrafią.
Popołudnia spędza na tworzeniu materiałów, które później będzie mogła wrzucić na swoje social media. Nagrywa otwieranie paczek, które otrzymuje w ramach współprac, przegląda trendy na TikToku i Instagramie. Zapamiętuje, że musi nagrać latte make-up, ale zanim zdąży to zrobić pojawia się już strawberry make-up i nikt już nie pamięta o poprzednim makijażowym trendzie. Czas mija jej na pracy, nim się obejrzy zbliża się godzina obiadu z dziadkami.
Wieczorami nie szykuje się do kolejnej imprezy, jak miało to miejsce jeszcze w zeszłym roku. Rzadko zaakceptuje zaproszenie na wspólne wyjście, jeszcze rzadziej pojawi się na evencie organizowanym przez marki, które często ją sponsorują. Wszyscy zdają się rozumieć dlaczego dziewczyna, która niegdyś w przeciągu jednego tygodnia potrafiła wylegiwać się na plaży w Meksyku, pojawić się na pokazie mody i premierze filmowej, zmieniła się w dziewczynę, której wyciągnięcie z domu graniczy z cudem. Zawsze grzecznie odmawia wspólnych wyjść, wykręca się zmęczeniem, natłokiem pracy. I wszyscy jej wierzą. Nikt nie próbuje postawić się na jej miejscu, bo nikt nie chciałby przechodzić przez to z czym każdego dnia mierzy się Bridget. Jest idealnym przykładem, że pieniądze nie rozwiążą wszystkich problemów, kilka zer na koncie wcale nie sprawi, że nagle łatwiej będzie znosić codzienność. Oddałaby wszystko co ma, co do ostatniego centa, aby móc jeszcze raz przytulić się do mamy, porozmawiać z tatą i spędzić z nimi chociaż jeden dzień. Snuje teorie, gdzie są i co się wydarzyło, żyje odległym marzeniem, że któregoś dnia pojawią się znów w jej życiu i dopóki starczy jej sił będzie w to wierzyć, bo poza tym nic więcej jej nie zostało.
Bridget Cora Calloway ——— 24 latka; urodzona 17 czerwca 2000 roku w Nowym Jorku ● Social media manager; influencerka, którą obserwuje ponad sześć milionów osób ● Instagram ● Absolwentka marketingu i public relations na NYU ● Osamotniony apartament mieszczący się na 1060 Fifth Avenue zamieniła na dom dzielony z dziadkami przy 700 West 247th Street ● Wnuczka rozchwytywanej autorki thrillerów medycznych, Theresy Calloway i senatora Henry'ego Calloway'a ● Jedyna córka prezenterki telewizyjnej Catherine Ainsworth-Calloway i adwokata Tobiasa Calloway'a ● Więzi 
Hej!
Zapraszam do wątków z Bridget. Szukam dla niej przyjaciół i w zasadzie wszystkiego.
W tytule Taylor Swift My Tears Ricochet. Kod stąd. Buźki użycza @romaneinnc

22/08/2023

[KP] Max Rossi


Whtat if you had it all, but nobody to call
Maybe then you'd know me...


Max Rossi
1997 | kierowca wyścigowy | 3-krotny mistrz świata serii GCRC*
Max Rossi urodził się w 1997 roku a jego życie od najmłodszych lat przypominało burzliwą symfonię – pełną ekscytacji, szybkości i skomplikowanych relacji rodzinnych. Był owocem namiętnego romansu, który rozkwitł między legendarnym kierowcą wyścigowym, Michaelem Andrettim, a znacznie młodszą, urodziwą stażystką z działu PR, Jennifer Rossi. Michael, mając już żonę i dwóch synów, starał się za wszelką cenę ukryć swój grzeszny sekret. Chciał zachować pozory idealnego ojca i męża, więc hojnie opłacał milczenie Jennifer. Te pieniądze pozwoliły jej założyć własną agencję PR, Champion Management Group, która szybko zdobyła uznanie w świecie sportu. Max dorastał, wierząc, że zainteresowanie zespołu Andretti Autosport jego osobą wynikało tylko z jego wyjątkowych umiejętności, nie zdając sobie sprawy z tego, że to rodzinne powiązania i wyrzuty sumienia jego dziadka, Maria Andrettiego, odegrały kluczową rolę w jego karierze. Mario, kierując się poczuciem winy, wymusił na Jennifer, by oddała syna pod jego opiekę, utrzymując w tajemnicy ich pokrewieństwo. Przez lata Max nie zdawał sobie sprawy z prawdziwej natury swoich relacji z rodziną Andrettich. Gdy w końcu odkrył prawdę, poczuł się zdradzony i odsunął się od wszystkich – od ojca, przyrodnich braci i dziadka. Zrezygnował z miejsca w zespole ojca, lecz nie zdołał porzucić wyścigów. Związał się z Red Bull Racing, gdzie zyskał sławę i trzy tytuły mistrza świata.
Na torze Max był gotów ryzykować wszystko – zdrowie, a nawet życie – by pokonać zespół ojca i udowodnić swoją wartość. W jego oczach nie było miejsca na litość ani współczucie – tylko na twardą walkę i zwycięstwo. Ale w tych momentach triumfu, gdy stawał na najwyższym stopniu podium, wciąż czuł się jak człowiek na zakręcie. Nigdy nie uwolnił się od strachu, że przeszłość zniszczy jego osiągnięcia.
Jego imię już dawno przestało być tylko jednym z wielu w świecie motorsportu. Trzy tytuły mistrza GCRC uczyniły z niego ikonę, ale za jaką cenę?

🎶🎶🎶
🥎 KARIERA 🥎
🅾​ INSTAGRAM 🅾

* Seria GCRC (Global Circuit Racing Championship) jest fikcyjna

NIE USUWAĆ [KP]

What if you had it all, but nobody to call
Maybe then you'd know me...


Max Rossi
1997 | kierowca wyścigowy | 3-krotny mistrz świata serii GCRC*
Max Rossi urodził się w 1997 roku a jego życie od najmłodszych lat przypominało burzliwą symfonię – pełną ekscytacji, szybkości i skomplikowanych relacji rodzinnych. Był owocem namiętnego romansu, który rozkwitł między legendarnym kierowcą wyścigowym, Michaelem Andrettim, a znacznie młodszą, urodziwą stażystką z działu PR, Jennifer Rossi. Michael, mając już żonę i dwóch synów, starał się za wszelką cenę ukryć swój grzeszny sekret. Chciał zachować pozory idealnego ojca i męża, więc hojnie opłacał milczenie Jennifer. Te pieniądze pozwoliły jej założyć własną agencję PR, Champion Management Group, która szybko zdobyła uznanie w świecie sportu. Max dorastał, wierząc, że zainteresowanie zespołu Andretti Autosport jego osobą wynikało tylko z jego wyjątkowych umiejętności, nie zdając sobie sprawy z tego, że to rodzinne powiązania i wyrzuty sumienia jego dziadka, Maria Andrettiego, odegrały kluczową rolę w jego karierze. Mario, kierując się poczuciem winy, wymusił na Jennifer, by oddała syna pod jego opiekę, utrzymując w tajemnicy ich pokrewieństwo. Przez lata Max nie zdawał sobie sprawy z prawdziwej natury swoich relacji z rodziną Andrettich. Gdy w końcu odkrył prawdę, poczuł się zdradzony i odsunął się od wszystkich – od ojca, przyrodnich braci i dziadka. Zrezygnował z miejsca w zespole ojca, lecz nie zdołał porzucić wyścigów. Związał się z Red Bull Racing, gdzie zyskał sławę i trzy tytuły mistrza świata.
Na torze Max był gotów ryzykować wszystko – zdrowie, a nawet życie – by pokonać zespół ojca i udowodnić swoją wartość. W jego oczach nie było miejsca na litość ani współczucie – tylko na twardą walkę i zwycięstwo. Ale w tych momentach triumfu, gdy stawał na najwyższym stopniu podium, wciąż czuł się jak człowiek na zakręcie. Nigdy nie uwolnił się od strachu, że przeszłość zniszczy jego osiągnięcia.
Jego imię już dawno przestało być tylko jednym z wielu w świecie motorsportu. Trzy tytuły mistrza GCRC uczyniły z niego ikonę, ale za jaką cenę?

🎶🎶🎶

* Seria GCRC (Global Circuit Racing Championship) jest fikcyjna

17/07/2023

2184. Zima smak ma twoich ust

  Lipcowy ciepły deszcz nieprzerwanie od kilku godzin ozdabiał ulice Memphis. Mieszkańcy chowali głowy pod ogromnymi parasolami o przeróżnych kolorach lub ukryci w kapturach, próbowali na pieszo dotrzeć do punktu docelowego. Kierowcy subtelniej hamowali przy sygnalizacjach świetlnych, przejściach czy wtedy, gdy dany znak drogowy nakazywał utrzymanie odpowiedniej prędkości. Jednym z podróżujących z pracy do domu był mężczyzna siedzący wygodnie w szarej pięcioosobowej Skodzie Karoq, gdzie uważnie obserwował ruch wycieraczek, słuchając najnowszych informacji o tym, co w przeciągu ostatniej doby wydarzyło się w mieście. Tyle że jego jak zawsze nie interesowało to, o czym aktualnie mówiła dziennikarka. Nie chciał znać wyniku meczu tutejszej drużyny; nazw nowo otwierających się sklepów na drugim piętrze galerii handlowej; ofert kulinarnych z kilku restauracji czy też wiedzieć o tym, jakie ulice ominąć ze względu na wciąż trwający remont drogowy. 

Jego zainteresowałaby jedynie audycja stworzona z myślą o Pameli. O ciemnookiej kobiecie, w której zakochał się w przeraźliwie mroźnym styczniu i trwał przy niej od tamtej pory nie tylko w zimę, lecz w niezbyt przyjazną dla niego wiosnę; w gorące, często zbyt przytłaczające wysokimi temperaturami lato i nostalgiczną, nie tyle, co ponurą, bo pełną kolorów jesień. Usatysfakcjonowany zajął miejsce parkingowe przypisane do ich przestronnego mieszkania, a kiedy wyciągnął z tylnego siedzenia trzy materiałowe torby zapełnione jedynie spożywczymi zakupami, poszedł prosto w kierunku bloku, aby resztę dnia spędzić z narzeczoną.

Każdy dorosły zna realia życia — praca, dom ze znajomymi ścianami i często niedoczas, którym usprawiedliwia się wszystko. Nieobecność na niedzielnym obiedzie u rodziców, niedzwonienie do bliskiej osoby regularnie co kilka dni, nieprzyjmowanie zaproszeń na ważne uroczystości nie tylko rodzinne, ale też wyprawiane przez przyjaciół; niepójście na siłownię mimo wykupionego karnetu, na premierę interesującego filmu, do biblioteki po to, żeby wymienić wypożyczone pozycje na książki z najnowszej oferty czy też niemożliwość znalezienia dogodnego terminu na kontrolę lekarską. On próbował zdążyć z każdą sprawą. Nie zaniedbywał żyjących rodziców, mieszkających od niego o półtorej godziny drogi, bo kiedy tylko wiedział, że Memphis wypuści go z ramion, a Pamela z wielką chęcią odwiedzi przyszłych teściów, wsiadał do samochodu i potrafił bywać u nich nie tylko ciałem, lecz i duszą. Interesował się tym, co męczy dwoje ludzi po siedemdziesiątym roku życia z pięćdziesięcioletnim stażem małżeńskim. Wywracał oczami, gdy mama groziła palcem na widok elektronicznego papierosa wypalanego za każdym razem na ganku lub balkonie. Schodził z tatą do piwnicy, żeby zabrać stamtąd słoiki z przetworami do obiadu, ale jednocześnie odbyć z nim krótką, lecz wartościową i w pełni męską rozmowę. Miał czas na skontaktowanie się ze starszym rodzeństwem — z trzema braćmi przebywającymi na terenie Stanów Zjednoczonych i jeszcze bardziej dbał o relacje z dwiema siostrami, które wyjechały do innych państw ze względu na nieprzelotne uczucia. Lubił tę gromadkę ludzi i był niesamowicie wdzięczny, że pojawił się w rodzinie jako ostatnie dziecko, bo gdy zjawiali się całą szóstką w domu rodzinnym, nie mógł opędzić się od zainteresowania, długiego przytulania czy też pocałunków dawanych w policzki. Wszyscy wciąż widzieli w nim małego człowieczka, który mimo różnicy wieku między rodzeństwem, próbował za nimi nadążyć na swoich krócióśnych nóżkach i zachowywać się tak, aby żadne z nich nie poskarżyło rodzicom na temat jego niepoprawnego postępowania. Nigdy nie dzwonił na podany w zaproszeniu numer telefonu, informując o nieprzybyciu na organizowaną imprezę. Bawił się wyśmienicie na weselach, urodzinach, rocznicach ślubów, przyjęciach kawalerskich i był tym mężczyzną, którego zawsze widywano na parkiecie. Nie czułby się komfortowo, nie prosząc do tańca kobiet, które prowadził odpowiednio w rytm melodii i słyszał następnie, że jest wyśmienitym tancerzem, zasługującym na wyższą ocenę, niż pięć gwiazdek Google. Również ciężko byłoby mu od czasu do czasu nie wyjść na miasto — był domatorem, to fakt. W pełni wystarczała mu wygodna sofa, z której zerkał na aktualnie oglądany przez Pamelę serial; przewracał kartki przeczytanych przez nią książek, kiedy po zarezerwowaniu kolejnych pozycji w bibliotece, musiała pocieszyć się tekstem czarnych liter z kolorowych magazynów kobiecych czy też mógł spędzić wolny czas, przenosząc się do fikcyjnego świata ulubionej gry. Jednakże wiedział, że tuż za murami budynku, w którym mieli swój zaprojektowany według wspólnych marzeń kącik, czekała równie przyjemna rzeczywistość. Często spontanicznie potrafił zaplanować dzień tak, by w domu spędzić ledwie co krótką noc. Sam czy to wspólnie z partnerką spacerował po uliczkach Shelby Farms Park lub Overton Park. Odwiedzał okolicznych sprzedawców, kupując u nich choć drobnostkę, żeby wesprzeć niestabilny prywatny interes, który nie miał szans konkurować ze znanymi na całym świecie markami. Przechodził przy znanym posągu Elvisa Presleya. Słuchał muzyki na żywo czy zakładał ulubione rolki, nie chcąc słyszeć o tym, że równie szybko i prosto nauczyłby się jazdy na łyżwach. 

Minąwszy się na klatce schodowej z sąsiadem zajmującym lokal tuż pod nimi, powitał zarówno jego jak i kudłatego, karmelowego psa, z którym emerytowany ochroniarz wychodził na spacery o stałych porach. Zawsze o piątej czterdzieści pięć, w samo południe, tuż przed godziną szesnastą i około dwudziestej drugiej. 

— Panie sąsiedzie, to co za dwa tygodnie będziesz szczęśliwym mężem, tak? 

— Będę, będę. Odliczam godziny i już nie mogę się doczekać. Dzisiaj byłem ostatni dzień w pracy, a kiedy tam wrócę po urlopie, to już z obrączką na palcu. 

— Pamiętam, jak to było u mnie. W tym roku obchodzilibyśmy dwudziestą dziewiątą rocznicę ślubu, gdyby Lucy nie zachorowała. Nie ma jej ze mną trzy lata, a ja wciąż pozostaję jej wierny, jak Lucky mnie. Stres jest?

— Pańska żona była wspaniała. Nie zapomnę, jak uratowała mi życie tą warzywną zupą, gdy tak ciężko przechodziłem grypę, a Pamela cały czas jest wdzięczna za wydziergany na drutach szalik w komplecie z czapką. Pani Lucy idealnie dobrała kolory do jej urody. Natomiast co do stresu, póki co, nie mam go wcale, bo żenię się ze swoim aniołem. Przeszedłem w życiu przez kilka relacji, ale to z nią czuję się odpowiednio. Zna mnie na wylot. To idealne dopasowanie. Jesteśmy jak puzzle i kocham Mel nad życie. 

Pożegnawszy sąsiada, pogłaskał za uchem chętnego na pieszczoty Lucky’ego i pokonując ostatnią kondygnację schodów, otworzył drzwi po lewej stronie, nasłuchując odgłosów czy to grającego telewizora, czy radia lub krzyczącej na powitanie ciemnowłosej. Niestety od progu uderzyła go głucha cisza, niepodobna do pełnej życia kobiety. Odnosząc ciężkie torby do kuchni, pomyślał o tym, że być może wtulona w liczne małe poduszki, zapewne nieprzykryta, usnęła tuż po tym, jak dzwonił do niej, dopytując o to, czy wziąć jej truskawkową, czy cytrynową wodę, kiedy na żadnej z półek nie znalazł tej o smaku brzoskwiniowym. Po schowaniu produktów niezbędnych do przechowywania ich w lodówce odwiesił kurtkę, zdjął trampki i na palcach poszedł do sypialni. Wszystko było na swoim miejscu, w powietrzu pachniało jej mgiełką do ciała i oprócz porzuconego niedbale koca, nic więcej nie przyciągnęło jego uwagi. 

— Pamela! Nie uwierzysz, ale do sprzedaży wróciły twoje ulubione szyszki z ryżu preparowanego i kupiłem ich kilka na zaś, gdyby znowu zniknęły na prawie rok z półek. Pomyślałem, że przydadzą się na kontynuację "To my". Nawet nie waż się mówić, że obejrzałaś choć jedną minutę beze mnie… 

Wrócił do kuchni po paczkę żurawiny suszonej w czekoladzie deserowej i szeleszcząc opakowaniem, rozerwał je zgrabnie, wysypując słodkość na dłoń. Już miał wrzucić przekąskę do ust, ale zaskoczony pochylił się nad garnkiem, widząc potrawę, zajmującą na pewno jedno z trzech miejsc na podium. Kochał jeść wszystko. Nie wybrzydzał. Wiedział, że nawet coś, co nie było do końca zdrowe, można było wprowadzić do jadłospisu, choć ostrożnie dobierał wszelkie składniki. Był tym dzieckiem, któremu mama bez problemu podsuwała talerz i nie musiała obawiać się braku apetytu u najmłodszej pociechy. W pewnym momencie poczuł się źle we własnym ciele, ale nie chcąc rezygnować z pysznych potraw i chodzić na mordercze treningi, ograniczył ilość porcji i schudł pięknych oraz potrzebnych dwadzieścia jeden kilogramów.

— Obłędne! - Skomentował po oblizaniu łyżki. — Pszczółko, już dawno dotarłaś przez żołądek do mojego serca, ale pstrąg w twoim wykonaniu nigdy mi się nie znudzi. - Ustawił odpowiednią temperaturę na kuchence indukcyjnej i poszedł do drugiego pokoju, by nakryć Pam ze słuchawkami, pochłoniętą w samotnym oglądaniu horroru. —  Mam cię. 

Ponownie powitało go puste pomieszczenie. Jedyne co zrobił, to prędko zamknął okno, orientując się, że to niepodobne do Pameli, by tak wychodzić z mieszkania bez słowa. Nie wspomniała mu w trakcie rozmowy o wyjściu, a na lodówce obok pokaźnej kolekcji magnesów z różnych miejsc na mapie świata, nie zostawiła samoprzylepnej kartki z krótką informacją. 

— Dziwne…

Z tylnej kieszeni spodni wyjął telefon i wybrał ostatni numer, czekając, aż odbierze, jednak nie dotknęła palcem zielonej słuchawki ani za pierwszym, ani za drugim, ani też za siódmym razem. Nie chcąc popadać w paranoję, przestał wydzwaniać, bo w oczach ludzi pasowałby na narzeczonego, kontrolującego ukochaną na każdym kroku, a takim człowiekiem nie był w żadnym momencie ich związku. Dopiero wieczorem po pięciu godzinach bez żadnego odzewu z jej strony, zaczął martwić się na poważnie. Miała wolne aż do jutrzejszej służby, którą powinna rozpocząć punktualnie o czternastej; przestała być aktywna na wszystkich portalach społecznościowych; milczała jak zaklęta i coś w nim pękło, bo w jednej chwili zaczął wydzwaniać do wszystkich ważnych jej osób. Dwie przyjaciółki nie miały z Pamelą kontaktu od wczesnych godzin porannych. Fryzjer potwierdził, że przyszła punktualnie na wizytę, podciął jej końcówki i zadowolona poszła do domu. Natomiast wieloletni partner z pracy, wyższy jednym stopniem policjant spotęgował strach w przyszłym mężu koleżanki. 

— Wczoraj na służbie była jakaś taka nie w sosie. Wyjątkowo większość czasu przemilczała, całą przerwę pisała coś w prywatnym notatniku, a na dodatek nie robiła tego, co zawsze. Odmówiła lunchu w naszych miejscach. Nie wypiła ani jednej kawy. Nie śmiała się z żartów. Zachowywała się jak nie Pam, którą znam. Pogrążona w swoich myślach, nie była skora nawet do dawania pouczeń, a od razu wlepiała mandaty, bo co jak co, ale wczoraj była wyjątkowo cięta do wszystkich zatrzymanych. Przecież wszyscy wiemy, że to ja jestem tym złym policjantem, kiedy ona jest dobrą policjantką. Nawet nie ucieszyła się, gdy Gaia odbierając mnie z pracy, szepnęła jej w tajemnicy, że pojutrze jest wyprzedaż jakichś szminek, na które tak polowała, ale podobno były cholernie drogie i kupiła wyłącznie jedną, kiedy zachwyciła się aż sześcioma odcieniami. Dzwoń do skutku, ja spróbuję uruchomić kontakty służbowe i na pewno znajdziemy zgubę. 

Wykąpany chodził od okna do okna, wciąż wybierając znany na pamięć numer, próbując usłyszeć coś więcej niż — Kochani, nagrajcie się, a w wolnej chwili odsłucham i do was oddzwonię. Ściskam mocno... Czy to możliwe, że specjalnie nie odbierała, czy właśnie w tej chwili działa się jej jakaś krzywda? W końcu jako stróż prawa musiała liczyć się z wieloma zagrażającymi życiu sprawami. Gryząc od wewnątrz policzek, poczuł smak krwi i zdezorientowany rzucił się wprost na łóżko, uderzając głową o coś twardego. Szybko odkopał kołdrę, znajdując pod spodem notatnik i wsunięty między kartki długopis. 



z 14/07 /2022 na 15/07/2022


Mój kochany tato. Ten, który był przy mnie w każdej sytuacji. Ten, który nauczył mnie wędkować, delektować się smakiem ryb i cieszyć oko naturą. Ten, który był powiernikiem wszystkich moich sekretów. Ten, który zamiast rozwijać się jako prawnik, złożył wypowiedzenie w kancelarii i wolał poświęcić każdą minutę życia na to, aby mnie godnie wychować, kiedy mama w gwarnym Londynie czyniła z siebie coraz to doskonalszą panią chirurg. Ten, który pielęgnował we mnie pamięć o bliskich zmarłych i uczył podążania własnymi ścieżkami, niż drogą wyznaczoną jego lub matki marzeniami. Ten, który w pocie czoła szykował lokal, bym mogła otworzyć wymarzony butik z samymi ubraniami w kolorach bieli oraz czerni. Ten, który po roku usłyszał, że nie zamierzam dłużej prowadzić własnego biznesu, a pragnę zostać policjantką. 

Mój kochany tato zabił dwoje ludzi, prowadząc samochód pod wpływem alkoholu. Pozbawił życia kobietę i mężczyznę trwających ze sobą w związku małżeńskim. Przekreślił swoją lekkomyślnością czyjeś marzenia i plany. Zniszczył siebie, mnie i nas jako rodzinę. Podobno miał się dobrze po operacji i powinnam być przy jego szpitalnym łóżku, ale nie byłam w stanie ruszyć się na krok z mieszkania, a co dopiero lecieć z Memphis do Nowego Jorku… 

Połykam łzy i serdecznie współczuję nastolatkowi, któremu MÓJ TATO odebrał nie tylko tatę, ale też i mamę… Chciałabym, żeby to wszystko nie miało miejsca. Nie powinnam go usprawiedliwiać, ale wciąż nie wierzę, jak on, tak poukładany człowiek, krzywo patrzący na wszelkiego rodzaju alkohole, upił się na tyle mocno, a jednocześnie zbyt słabo, że zamiast zaśnięcia nad barem, miał siłę stamtąd wyjść i ruszyć w drogę samochodem. Dlaczego nikt go wtedy nie zauważył i nie wyrwał mu kluczyków z dłoni? Memphis jest małym miastem, bo kiedy po tutejszych ulicach spaceruje kilkaset tysięcy mieszkańców, tam trzeba mówić o obecnych milionach…

A zrobił to przez swoją żonę. Tę, która ponownie wolała wybrać karierę zamiast przyjazdu na trzydzieste urodziny i ślub córki. Tę, która stawiała medycynę na pierwszym miejscu, rodzinę zostawiając daleko w tyle. Tę, dla której ułożył w ostatnich dniach romantyczną piosenkę i chciał zaśpiewać ją przy wszystkich zgromadzonych gościach, by podziękować kobiecie, iż mimo wielu trudności, obdarzyła go najcudowniejszą córką. Tę, która zamiast ciepła rozprowadzała jedynie przeraźliwe zimno… 

Teraz tato nie poprowadzi mnie do ołtarza i nie odda z błogosławieństwem w gorące, pełne troski ramiona TEGO JEDYNEGO. Nie zostanie dziadkiem dla swoich wnuków. Nie nauczy ich tego, czego uczył mnie przez tych trzydzieści lat życia. Nie mam nikogo na tym świecie, kto by się mną na poważnie zainteresował. Babcia zmarła z powodu rozległego zawału, gdy tylko powiedziałam, co zrobił jej najukochańszy syn George. On albo przez dwadzieścia pięć lat, albo przez dożywocie będzie oglądał świat zza krat. Matka wciąż ignoruje każde moje połączenie, choć zajęłabym kilka krótkich minut. Jak mam dołączyć do szczęśliwej rodziny S, w której nie ma miejsca na mrok, nieporozumienia, kłótnie lub długie milczenia? Oni wszyscy się tam kochają. Moi teściowie uwielbiają po równo każde z szóstki dzieci i pokochali także ich żony oraz mężów. Kochają mnie, bo widzę to w drobnych gestach i uśmiechach z ich strony, ale co jeśli nie wyjdzie nam w tym małżeństwie i stracę namiastkę prawdziwego obrazu pełnej rodziny? Pokocham za bardzo nie tylko jego, ale i rodziców, rodzeństwo, a także kilku siostrzeńców czy parę bratanic… Nie mogę zostać żoną, synową, bratową i ciocią, myśląc o tym, że istnieje szansa, aby w przyszłości zostać samotnym ziarnem rzuconym w piach… 

Najdroższy, jesteś moim jedynym światłem. Kocham Cię jak stąd do księżyca i z powrotem. Na pewno nie zrozumiesz mojej decyzji, bo jak mogę uciec, skoro jesteś moim szczęściem? W popłochu zabieram suknię ślubną, w której zamiast wystąpić w ostatni piątek lipca, będę szukała siebie w innym mieście. Muszę popracować nad sobą, bo bez tego nie zbuduję fundamentów stabilności. Nie będę idealną żoną ani matką, a jak mam kiedyś dostać tak ważne role, to po to, aby nie zawieść ani ciebie, ani naszych dzieci. 

Kiedyś do ciebie wrócę. I znowu będziemy świętować wszystko, co najpiękniejsze. Nie będzie minuty, w której o tobie nie pomyślę. Szczególnie będę poświęcać twojej osobie każdą chwilę, gdy przyjdzie mi samotnie świętować nasze ważne święta – twoje urodziny (17/07), moje urodziny (29/04), dzień pierwszego spotkania (12/01), rocznicę naszego związku (27/05), zaręczyny (12/08) i jeśli pozwolisz to naszą rocznicę ślubu. Zanim odejdę, to posiedzę przy tobie jeszcze chwilę, kochanie i pójdę, choć ciężko będzie zostawić kogoś, kto mnie oswoił. 

“Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować.”



❤❤❤

Napisane, więc czas podzielić się z wami tą historią. Mocno wyszłam z wprawy, więc całość może nie mieć trochę odpowiedniego kształtu.
Życzę wam powodzenia w dobrnięciu do końca, bo miało być znacznie krócej, a wyszło, jak wyszło.
W tytule niezastąpiony Mrozu i jego "Zima".

07/07/2023

2183. From dust will come when you will have to rise above the best prove yourself

Szeroki korytarz okazał się trasą przelotową w budynku, do którego nikt postronny dobrowolnie nie przychodził. Diego siedział na jednym z plastikowych krzeseł. Ustawiono je w długi rząd pod ścianą w pastelowym odcieniu niebieskiego. Światło miało zimną, niemal ostrą barwę, a głosy, które dobiegały zewsząd zdawały się być zawsze zaaferowane. Villanueva gwałtownie położył dłoń na nieustannie podskakującej prawej nodze. Nieznośny ucisk w żołądku kierował się w stronę gardła, a do mężczyzny docierało, że nigdy nie był tak zestresowany. Nawet pierwsze spotkanie z kimś, kto podawał się za jego ojca, przysporzyło mu znacznie mniej emocji niż ostatnie godziny.
Próbował sobie przypomnieć te wszystkie sytuacje, w których znajdował się pod ostrzałem, kiedy noce spędzał w ruinach budynków, kiedy ubierał każdego świtu kamizelkę kuloodporną i robił to wszystko po to, byleby mieć jak najlepszy materiał do swoich reportaży. Nawet wtedy nie czuł tak potwornego stresu. Tak potwornego strachu. Gdyby tylko mógł, zrzygałby się do pobliskiego kubła. Ale nie mógł tego zrobić.
Całą podróż do szpitala, w którego budynku znajdowały się też poradnie specjalistyczne, spędzili w milczeniu. On, Jake i Alba. Spojrzał teraz na milczącą kobietę, która siedziała cztery krzesła dalej. Zachowywała dystans. I od niego, i od Jacoba. Młodszy z braci podpierał ścianę naprzeciwko rzędu krzeseł i cały czas grzebał w swoim telefonie. Nie odrywał wzroku od dużego ekranu, przesuwał po nim palcem i udawał zajętego. Diego miał ochotę stąd wyjść, wybiec, przebiec z piętnaście kilometrów i paść z wycieńczenia na wygodnej kanapie. Wcale nie chciał tu być, ale wiedział też, że ani Alba, ani Jake nie mieli ochoty tu przebywać. Ale byli. Przecież nie mieli wyjścia. Tkwili w tym gównie całą trójką i Diego, po kilku, jak nie kilkunastu długich latach, mógł w końcu dostrzec, że mimo wszystko są rodziną. Rodziną, która się wspiera, która nie ustępuje.
Widział teraz te wszystkie podobieństwa – i choć z Jacobem mieli różnych ojców – to wychowanie przez jedną kobietę odcisnęło na nich swoje piętno. Wszyscy, łącznie z Albą, byli niereformowalnie uparci, walczyli mimo przeciwieństw losu, brnęli dalej. Diego utkwił spojrzenie w swoim młodszym bracie. Byli podobni – przede wszystkim wizualnie, ale wraz z upływem czasu Diego dostrzegał w Jake’u młodszego siebie. Może dlatego, jak ten zły, starszy brat, bywał wobec niego taki surowy, wręcz oziębły. Dostrzegł teraz wyraźnie rysujące się cienie pod oczami Jacoba, nie umknęło też jego uwadze, że Jake schudł. Do tej pory kojarzył go z atletycznej sylwetki, niemal codziennych pobytów na siłowni. Dotarło do niego, że przez co najmniej ostatnie pół roku nie miał bieżących informacji o tym, co dzieje się w życiu jego brata. Nie wiedział, czy młodszy Villanueva się z kimś spotykał, nie wiedział, czy nadal pracuje w KFC, czy nie zaczął studiów, o których mówił jeszcze w tamtym roku. Diego pluł sobie w brodę, że pozwolił całkowicie pochłonąć się wydawnictwu, które z miesiąca na miesiąc wciągało go jeszcze bardziej. Jego chora ambicja, upór i właściwie brak życia prywatnego sprawiły, że stawał się korporacyjną maszyną. Wpasowywał się w pędzące trybiki i zatracał dla świata zewnętrznego.
Pamiętał jeszcze czasy, kiedy mieszkali razem, a zdawali się dla siebie obcy. Mimo tego – miał wtedy więcej informacji o młodszym bracie i matce niż teraz. Nie poznawał siebie, nie poznawał tej osoby, którą się stał. Nie byłby wobec siebie szczery, gdyby nie przyznał, że czuje w stosunku do siebie pewnego rodzaju obrzydzenie. Dotarło do niego nagle, że nie tylko on w tym był. Nie tylko na nim spoczywał obowiązek kontaktu. I jak rozumiał, że Alba mogła czuć się urażona, że żadne z dzieci się nią nie interesuje, tak jednak Jake miał takie same uprawnienia i zobowiązania, jak Diego.
Villanueva zerknął na zegarek na swoim nadgarstku. Do planowej godziny przyjęcia przez lekarza zostało im około piętnastu minut. Diego ostrzegał pozostałych, że zbyt szybkie pojawienie się w szpitalu niewiele zmieni – dostarczy im za to większego stresu, strachu i wszystkiego, co wiązało się z tymi negatywnymi odczuciami. I pewnie nie był osamotniony w twierdzeniu, że nie lubi szpitali. Mało kto je lubił. Ich jasność, sterylność, charakterystyczny zapach, pojękiwania chorych i utyskiwania zirytowanego personelu medycznego. Jak można było to lubić?
Diego miał wrażenie, że dzisiaj ani on, ani Jake, ani Alba nie są dla siebie nawzajem najlepszym towarzystwem. Mogli wybrać lepiej – pójść na mecz ulubionej drużyny, wyskoczyć do kina, zagrać w kręgle lub po prostu wyrobić kilka kolejnych nadgodzin w imię systemu. Zamiast tego siedzieli na szpitalnym korytarzu nie potrafiąc znaleźć żadnych słów, które mogłyby nieco zmniejszyć napięcie panujące między nimi. Nie byli dla siebie najlepszym towarzystwem, ale na pewno jedynym słusznym.
Tym razem skupił się ponownie na swojej matce, która miała zamknięte oczy. Villanueva pamiętał czasy, kiedy Alba w medytacji upatrywała lek na całe zło, kiedy poranne i wieczorne praktyki stawały się regułą. Nauczeni byli, żeby jej wtedy nie przeszkadzać, miała czas tylko i wyłącznie dla siebie. Diego szanował ją za to podejście i teraz był w stu procentach pewien, że Alba medytowała. Dlatego też postanowił wziąć kilka głębszych oddechów, ale nie zamykał oczu. Liczył natomiast upływające sekundy, liczył, ile zajmuje mu wdech, a ile wydech. Po niedługiej chwili poczuł pewną ulgę. Ucisk w gardle i w żołądku jakby zelżał, a mu oddychało się coraz łatwiej. Pozwolił sobie nawet na nikły uśmiech.
— Państwo Villanueva? — kobiecy głos nie musiał przebijać się przez wszelakie dźwięki dochodzącą z przyszpitalnej przychodni. Zarówno Diego, Alba, jak i Jake, doskonale usłyszeli głos lekarki.
Jake tylko odbił się od ściany i głębiej wsunął dłonie do kieszeni spodni. Pierwszy z krzesła wstał Diego, a kiedy chciał podejść do matki i pomóc jej wstać, Alba już dawno minęła go i weszła do gabinetu. Bez słowa, bez żadnego spojrzenia rzuconego komukolwiek. Jak zaprogramowany robot. Diego nie chciał wierzyć, że jego matka jest wyzuta z jakichkolwiek uczuć, to po prostu nie było do niej podobne. Do temperamentnej Argentynki, która swoją energią i uśmiechem zarażała nawet przypadkowych przechodniów.
Diego odwrócił się w stronę młodszego brata, aby na niego spojrzeć. Jake tylko wzruszył ramionami i ponownie oparł się o ścianę.
— Zaczekam tutaj. — Jake nie wydawał się pewien swoich słów, ale Diego nie zamierzał na niego naciskać. Nie musieli być obecni całą trójką w gabinecie, skoro sprawa dotyczyła tylko jednego z nich.
— Jak chcesz — Diego odpowiedział i wszedł do gabinetu, zamykając za sobą drzwi.
Alba siedziała, wyprostowana jak struna, na jednym z krzeseł przy niewielkim biurku lekarki. Kobieta może miała niespełna pięćdziesiąt lat, ale zabiegi medycyny estetycznej sprawiały, że wyglądała znacznie młodziej. Gdyby wierzyć opiniom w sieci - dr Brooks jako specjalistka działała już od ponad dwudziestu lat. Mijając ją na ulicy, Diego miałby spore problemy, żeby odgadnąć jej wiek.
Teraz zastanawiał się, dlaczego analizuje wygląd lekarki i jej wiek, skoro powinien załatwić tutaj to, po co przyszli. Czuł na sobie spojrzenie dr Brooks, ale Diego postanowił nie spuszczać spojrzenia z matki. Ani drgnęła. Usiadł na krześle obok niej, chciał złapać Albę za dłoń, ale szybko ją odsunęła.
Dr Brooks uśmiechnęła się nieznacznie, ciepło, ale niemal niezauważalnie. Zapewne nie miała dla nich dobrych wieści. Gdyby miała - telefon z przychodni nie brzmiałby jak zwiastun najgorszego. Chciałby, żeby to wszystko toczyło się w innej kolejności, żeby od początku mieli wiedzę, którą zaraz miałą przekazać im lekarka, żeby mogli przygotować się na najgorsze, a nie trzymać się ulotnego skrawka nadziei.
— Muszą państwo wiedzieć, że na tej wizycie nie zakończymy naszej… znajomości. Wyniki jednoznacznie wskazują na to, że za wszystkie objawy odpowiada nowotwór. — Doktor Brooks zrobiła przerwę, zamilkła, spoglądając to na Albę, to na Diego. Żadne z nich się nie poruszyło, Alba zrobiła jedynie głębszy, słyszalny wdech. Dopiero po chwili zasłoniła usta dłonią. Trzęsącą się dłonią. Cała się trzęsła, jakby zupełnie tych drgawek nie kontrolowała. I pewnie tak było. Teraz nie uciekła przed synem, kiedy ten postanowił położyć dłoń na jej kolanie.
— Musimy jak najprędzej zrobić biopsję i ustalić plan leczenia. Wiele wskazuje na to, że nowotwór nie jest złośliwy i jest w jednym z początkowych stadiów. Powinniśmy być dobrej myśli — dodała, nadal nie widząc żadnej reakcji.
Powinniśmy. Diego pokręcił lekko głową, zerkając na matkę. Powinni być dobrej myśli. Diego był dobrej myśli. Starał się być. Zajmował się głównie pracą i choć tęsknił za wyjazdami, które towarzyszyły mu jako korespondentowi, nie przestawał zajmować się obowiązkami wydawniczymi.
Poczuł na sobie wzrok Alby. Nie uśmiechała się, ale uścisnęła jego dłoń, dając mu do zrozumienia, że potrzebuje jego wsparcia, a on jej.
— W przyszłym tygodniu… — lekarka zaczęła opowiadać, jak będzie wyglądać najbliższa procedura. Kiedy, gdzie, o której, przez kogo i dlaczego. Skupiała się na każdym najmniejszym szczególe, a jeśli postępowała tak zawsze, w każdej sytuacji, to sprawiała, że każdy pacjent czuł się bezpiecznie, że jest zaopiekowany.
Po około dwudziestu minutach opuścili gabinet, krzesła pod ścianą zajętę były przez kolejnych pacjentów i ich bliskich. Jacob stał tam, gdzie poprzednio. Odepchnął się od ściany na widok matki i brata, Diego pokręcił głową. Nie potrzebowali słów. Całą trójką, jeden obok drugiego, ruszyli wzdłuż szerokiego korytarza, szukając drogi do wyjścia z budynku przyszpitalnej poradni. Chyba wszyscy byli w tak dogłębnym szoku, że żadne z nich nie potrafiło znaleźć odpowiednich słów. Nawet Diego, który jako reporter miał lekkie pióro i nigdy nie miał problemu z tym, aby odnaleźć się w danej sytuacji.
Alba bez słowa odłączyła się od nich, idąc wzdłuż chodnika w stronę, w którą początkowo żadne z nich nie planowało iść. Metro, którym przyjechali, miało stację dwie przecznice dalej w przeciwnik kierunki niż ten, w którym się udała. Jacob niemal natychmiast wyrwał się za matką, ale Diego złapał go za ramię.
— Daj jej czas. — Powiedział spokojnie, patrząc na sylwetkę oddalającej się kobiety. — Niech pobędzie sama.
— Ale… Chyba nie powinna być sama — rzucił rozeźlony Jake, spoglądając na starszego brata.
— Powinna. Młody, nic jej nie będzie. Zadzwoni do ciebie jeszcze dzisiaj, a teraz chodź na piwo. — Diego nie był do końca pewien swoich słów, ale starał się w nie wierzyć. Klepnął młodszego brata w plecy i ruszył przed siebie. W jego głowie kłębiło się wiele myśli. W tym myśli dotyczących tego, jak szybko uda mu się wyjść z choroby i czy w ogóle to się uda. Czy będzie jednym z tych, którzy poddają się zbyt szybko i umierają w stosunkowo młodym wieku? Czy zniesie wszystkie niewygody i negatywne konsekwencje skutecznego leczenia?
— Idziesz? — Przystanął i odwrócił się za siebie, spoglądając na brata.


tytuł: Imagine Dragons - Warriors
Ten post w dokumencie powstawał długo, a w mojej głowie jeszcze dłużej, ale w końcu musiał ujrzeć światło dzienne.
Nikt nie umiera.