Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

22/02/2016

2025. Czy zbudowałam ten statek, by go rozbić?

      Nocny tryb życia nie był szczególnie zdrowy dla Valentine, ale za to przynosił niezwykłe efekty twórcze. Po zmroku w Johansson budziła się niepohamowana wena, a słowa same składały się w zdania, zajmując kolejne strony w Wordzie. Ruda nie mogła nic na to poradzić, chociaż o wiele bardziej wolałaby spać jak każdy normalny człowiek i pisać w dzień, a nie walczyć z nadaktywnym mózgiem o 3 rano i przez to zwlekać się z łóżka jak Zombie przed południem i wspomagać się sporym kubkiem czarnej kawy, by móc podjąć jakąkolwiek aktywność życiową. A tej było coraz więcej, ku wielkiemu zaskoczeniu Valentine, która przed wylotem do Nowego Jorku bała się własnego cienia i wyściubiała nosa poza mieszkanie. Teraz jeździła na rehabilitację codziennie, dwa razy w tygodniu na terapię, której miała serdecznie dosyć, od czasu do czasu widywała się ludźmi, których podsuwał jej Magnus, a nawet udało jej się poznać uroczą właścicielkę trucka z tostami i jednego z sąsiadów. Kto by pomyślał, że jeszcze uda jej się w spokoju pałaszować tosta na mieście, bez wylądowania na plotkarskim szwedzkim portalu?  Sława była efektem ubocznym sukcesu "Chrześcijanki", chociaż Johansson nigdy się na to nie pisała i tego nie pragnęła. Szybko poczuła się osaczona, ale było już za późno. Wdepnęła w gówno po same uszy. Kreowana na wyniosłą, chłodną nihilistkę, nie mogła pozwolić sobie na okazywanie emocji podczas publicznych wystąpień. Taki wizerunek wymyślił jej Magnus, przekonany, że zarobi na tym mnóstwo pieniędzy. I miał rację. "Zimna suka Johansson" wzbudziła w Szwecji tak mieszane uczucia, że w parę miesięcy stała się obiektem zainteresowania wszystkich najważniejszych krajowych mediów. Wrażliwa, ciepła i kochana Val musiała zniknąć. I zniknęła, zalana litrami alkoholu i mnóstwem tabletek, które dostarczał jej własny agent. Oczywiście w tajemnicy, tylko dlatego, żeby Valentine mogła z klasą wystąpić w kolejnym talk show i tam zmiażdżyć prowadzących w ciągu kilku minut. Umysł Val zawsze był ostry jak brzytwa, ale dzięki specyfikom Magnusa funkcjonował jeszcze lepiej. Nie miała sobie równych w słownych potyczkach. Kiedy jednak światła kamer gasły, a Johansson zrzucała gwiazdorską otoczkę w zaciszu swojego domu, było widać jak bardzo jest zniszczona, że nienawidzi siebie i tego, kim się stała. Jak nie panuje nad sobą, działa destrukcyjnie, odrzuca miłość i przyjaźń. Zwyczajnie tonie. Parę tygodni później Valentine nie wytrzymała. Zadziałała instynktownie, nie widząc innego wyjścia. I wtedy jej świat legł w gruzach. Tak jakby wcześniej już nie był doszczętnie zrujnowany...

     Valentine z tygodnia na tydzień czuła się coraz lepiej pod względem fizycznym, chociaż uciążliwa zima nie ułatwiała życia z niepełnosprawnością. Kule zdecydowanie utrudniały wiele rzecz, które kiedyś Ruda robiła automatycznie, nawet się nad nimi nie zastanawiając. Niepełnosprawność przyciągała pełne współczucia spojrzenia, kiedy Johansson mocowała się ze śniegową zaspą, wyższym progiem czy schodami, a nawet gdy przechodziła korytarzem w swojej kamienicy i siłą rzeczy stukała kulami. Valentine nie miała ludziom tego za złe, to było naturalne, że to co się wyróżnia to przyciąga wzrok i rodzi pytanie „Dlaczego?”.  Johansson nie chciała o tym rozmawiać. I tego nie robiła. Nawet na terapii unikała tego tematu jak ognia, chociaż psycholożka usilnie namawiała, by podzieliła się z nią swoimi uczuciami. Jak tu jednak mówić spokojnie o dniu, w którym własnoręcznie zrujnowała sobie całe życie? Wtedy jednak nie widziała innego wyjścia, tak drastyczny środek wydał się być najlepszym. I był, do momentu gdy pisarka wybudziła się ze śpiączki i zorientowała się co tak naprawdę zrobiła, że zamiast uciec ciągle jest w tym samym miejscu, tylko już naprawdę nic nie może zrobić. Była bezradna, przytłoczona, w ciągłym bólu, kilkukrotnie operowana. Przez kilkanaście dni marzyła tylko o tym, by któraś z pielęgniarek przydusiła ją poduszką. Żeby ból się skończył, żeby nie musiała widzieć zrozpaczonych twarzy rodziców, żeby nie widzieć  łez i niedowierzania w oczach przyjaciół, którzy ją odwiedzali, a także Jonasa. Jonasa, który dwa miesiące wcześniej ewakuował się z życia Johansson, bo „miał dosyć i nie mógł już na to patrzeć”, a w szpitalu był tym, który ocierał łzy, trzymał za rękę i dodawał otuchy, kiedy ból stawał się nie do zniesienia.  Tymczasem media nie dawały za wygraną, nagabywały bliskich rudej, personel szpitala, chcąc uzyskać informacje na temat jej stanu, chociaż Magnus regularnie przekazywał wieści w taki sposób, by nie budzić kontrowersji przyczyną całej sytuacji. Czara się przelała, gdy jeden z pismaków włamał się na oddział, by zrobić zdjęcie Valentine, która akurat dochodziła do siebie po trzeciej operacji. Delikwent skończył ze złamanym nosem, ale bliscy wiedzieli, że jedyną opcją by Val doszła do siebie jest wyjazd. Jak najdalej. Wtedy Magnus wymyślił Nowy Jork i wszystko potoczyło się na tyle szybko, na ile pozwalał stan Johansson.  Zostawiła w Szwecji wszystko – rodzinę, przyjaciół, wspomnienia, dawną siebie. W nadziei na odrobinę normalności, przestrzeń twórczą i chociaż częściowy powrót do zdrowia. Nikt już nie liczył na to, że Val będzie skakać w koncertowym tłumie lub przebiegać maratony – nienawidziła biegania gdy była zdrowa, ale odrzucenie kul było już całkiem w jej zasięgu. O ile nie zaniedba rehabilitacji i podda się kolejnej operacji. W niedługim czasie. Konieczne było wszczepienie protezy łękotki i usunięcie zrostów, ale kobieta nie wyobrażała sobie kolejnej operacji, narkozy i całej szpitalnej otoczki. Spędziła w szpitalu prawie dwa miesiące.  Nie mogła, nie chciała tam wracać. Siłą rzeczy musiała nauczyć się żyć z kulami, skoro nie chciała operacji.
     Z pozoru wszystko było teraz w porządku – Valentine pisała bardzo dużo i bardzo dobrze, ćwiczyła, raczej się nie upijała, dbała o siebie i powoli otwierała się na ludzi. Jednak tamte wydarzenia pozostawiły ślady. Nie tylko psychiczne. Blizny na ciele trochę zbladły, chociaż nadal nie wyglądały dobrze. Johansson nie mogła na siebie patrzeć nago i unikała lustra jak ognia, gdy wychodziła spod prysznica. Nawet piękne tatuaże, które nadal zdobiły jej ciało, nie poprawiały jej samopoczucia. Na szczęście żaden nie został uszkodzony podczas wypadku i leczenia, a w planach były kolejne, które miały pozostać tylko jej tajemnicą. Nie wyobrażała sobie, by teraz ktokolwiek mógł ją widzieć nago, chociaż pewnie mogłaby kogoś przyciągnąć ciekawą urodą, niezłym tyłkiem i sporym biustem. Tęskniła za kontaktem fizycznym, chociaż dostawała mdłości na samą myśl o czyichś dłoniach, dotykających jej blizny.  I rozczarowaniu, litości, bądź nawet obrzydzeniu, które pewnie pojawiłoby się w oczach tej osoby. Nigdy nie mogła na to pozwolić.

     Valentine otrząsnęła się z zamyślenia i ze zdziwieniem zauważyła, że jej palce zastygły w bezruchu nad klawiszami. Wspomnienia wracały jak fala odbita od brzegu i wytrącały ją z równowagi za każdym razem. Odstawiła laptopa na ławę, zdjęła okulary i przetarła przekrwione oczy, orientując się, że wypływają z ich łzy. Nie tylko łzy. Trzęsła się jak galareta i oddychała coraz płycej,  Była samotna i zwyczajnie tęskniła. Za swoim małym, szwedzkim Ystad. Za dawną pracą, za rodziną, za psem, za normalnością. W Nowym Jorku nie miała nikogo, komu by mogła zaufać, przytulić się, nawet razem pomilczeć. Magnus nie był ani jej przyjacielem, ani człowiekiem godnym zaufania. To były relacje czysto biznesowe i nie chciała ich zmieniać. On zresztą też. Niczego nie pragnęła tak bardzo, jak cofnąć czas o kilka lat i i nie zaczynać pracy nad "Chrześcijanką". Nienawidziła jej i jednocześnie kochała jak własne dziecko. Poza tym co miałaby teraz innego robić, z czego się utrzymywać? Powieść była jedyną rzeczą, która jej teraz została. Która pozwalała jej zapomnieć o bliznach, samotności, kalectwie. Była jej dzieckiem, kochanką, przyjaciółką i nieodłączną towarzyszką. Było to totalnie żałosne. Tylko teraz Valentine brakowało odwagi, by znowu spróbować uciec. Sięgnęła po fiolkę z hydroksyzyną, wzięła zalecaną porcję i schowała twarz w dłoniach, chcąc by wszystko było znowu jak kiedyś...

Arms wide open, I stand alone
I'm no hero and I'm not made of stone
Right or wrong, I can hardly tell.
I'm on the wrong side of heaven and the righteous side of hell...
(FFDP - Wrong Side of Heaven)



***
Pierwsza notka po dłuuuugiej przerwie. Z chęcią przyjmę wszelkie uwagi i opinie :) Nie krępujcie się xD


15/02/2016

2024. "I'll wrap my hands around your neck so tight with love"

28 stycznia 2016
W mieszkaniu na Upper East Side panował przyjemny spokój. Dwa koty spały na kanapie, przytulone do siebie tak, by móc cieszyć się własnym ciepłem. Duży zegar wiszący na ścianie tykał nad wyraz cicho, a jego wskazówki leniwie przymierzały się do wskazania kwadransa po osiemnastej. Wydawało się, że w osnutym ciemnością salonie nie ma nikogo, lecz pośród stłumionych, delikatnych dźwięków wybijało się rytmiczne stukanie. To Inez uderzała paznokciami o twardą oprawę książki, powoli przebierając smukłymi palcami. Siedziała w fotelu maksymalnie przysuniętym do odsłoniętego okna. Biała firanka brzydko gniotła się na limonkowej ścianie, tłocząc się w kącie z zasłonką z siateczki o metalicznym, szarym odcieniu. Dzięki temu blondynka mogła obserwować tańczące za szybą płatki śniegu, targane przez porywy wiatru to w lewą, to prawą stronę, czasem nawet zdarzało się, że śnieżynki były podrywane do góry. Cztery piętra niżej Nowy Jork zamarł, przysypany kilkudziesięciocentymetrową warstwą ciężkiego, białego puchu, przez co w mieszkaniu Inez było dziwnie cicho. Przez ramy okien nie przedzierał się stłumiony wrzask klaksonów, warkot silników czy tupot tysiąca stóp. Jedynym pojazdem, który przemknął pod oknami była odśnieżarka, która na kilka sekund rozświetliła salon pomarańczowym, migoczącym światłem.
Inez nie czuła się najlepiej. Od pewnego czasu towarzyszył jej ten charakterystyczny, nieprzyjemny ucisk w dołku, który nieuchronnie zwiastował nadejście czegoś niedobrego. W ciągu dnia, w natłoku pracy udawało jej się o nim zapominać, jednak i tak to paskudne uczucie potrafiło dopaść ją w najmniej odpowiednich momentach. Na przykład w środku spotkania z klientem, kiedy to Grant nagle traciła wątek i potrzebowała chwili, by na powrót zacząć składać sensowne zdania. Najgorzej jednak było wieczorami. Wtedy nie potrafiła odetchnąć ani na chwilę, czując się przytłoczoną i zagubioną. Co zabawniejsze, Inez doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co było powodem jej złego samopoczucia.
Wtem położony na oparciu fotela telefon zaczął wściekle wibrować, ślizgając się na czarnej imitacji skóry. Kobieta drgnęła, najzwyczajniej w świecie się wystraszywszy i zerknęła na wyświetlacz. Kiedy zobaczyła, kto dzwoni, nie mogła powstrzymać cichego śmiechu, który w niczym nie przypominał wesołego chichotu Inez, doskonale znanego jej znajomym oraz przyjaciołom. Był to śmiech gorzki i pełen żalu, który ucichł dokładnie w momencie, w którym Inez odebrała połączenie.
— Halo?
— Cześć, piękna. Odwołali wszystkie loty do Nowego Jorku… — mruknął Aiden, który znajdował się obecnie w tak bardzo odległym od Wielkiego Jabłka Phoenix.
— Wiem. I przez kilka najbliższych dni sytuacja chyba się nie zmieni… — westchnęła, przymykając powieki i zacisnęła palec wskazujący oraz kciuk u nasady nosa, jakby to miało pomóc w szybkim zlikwidowaniu lekkiego bólu głowy.
— Przylecę, jak tylko się da.
— Na ile tym razem? Dwa dni? Tydzień? — rzuciła, nie kryjąc złości i gwałtownie wstała z fotela, by podejść do okna i oprzeć czoło o zimną szybę. Nie planowała zabrzmieć tak ostro, nie potrafiła już jednak nad sobą zapanować. W końcu i jej cierpliwość była na skraju wyczerpania, choć wielu twierdziło, że jest to wprost niemożliwe. — Aiden, to wszystko nie miało tak wyglądać i trwać tak długo… — jęknęła żałośnie, chcąc poniekąd w ten sposób usprawiedliwić swój wcześniejszy atak. — W lutym minie rok, odkąd wróciłam do Nowego Jorku. Pamiętasz, co mi mówiłeś przed wylotem? Że załatwisz sobie przeniesienie, że… — urwała niespodziewanie, tracąc panowanie nad drżeniem głosu. Jej gardło ścisnęło się boleśnie i Inez z trudem przełknęła ślinę, mocno zaciskając wargi w cienką, bladą kreskę.
Aiden długo milczał, aż w końcu blondynka usłyszała jego przeciągłe, ciężkie westchnienie.
— Tłumaczyłem ci już, piękna. Okazało się, że muszę poczekać, aż skończy mi się umowa i wtedy będzie o wiele łatwiej wszystko to załatwić…
— Umowa kończy ci się w październiku. Mam czekać do października?! — warknęła, gniewnie marszcząc brwi, czego Aiden zobaczyć nie mógł, jednak wystarczyło usłyszeć głos Inez, by wiedzieć, jak bardzo jest niezadowolona. I wściekła.
— Co ja poradzę, że…
— Dobrze, Aiden, ta rozmowa nie ma sensu — przerwała mu stanowczo. — Poczekamy, aż lotniska znowu zaczną normalnie funkcjonować i przylecisz, tak? Wtedy porozmawiamy. Ja nie mam siły i cierpliwości do wałkowania po raz kolejny tego samego tematu przez telefon. Przepraszam. Pa! — wydusiła z siebie, każde kolejne słowo wypowiadając z coraz większym trudem. Kiedy się rozłączyła, rzuciła telefon na fotel i schowała twarz w dłoniach, mocno uciskając opuszkami palców kąciki oczu, jakby w ten sposób mogła powstrzymać łzy za wszelką cenę chcące wypłynąć na zewnątrz.
Była wściekła i rozżalona. Rozczarowana oraz zawiedziona. To nie tak miało być. Aiden już dawno powinien na stałe mieszkać w Nowym Jorku, powinna mieć go na wyciągnięcie ręki, ale nie miała i stawało się to coraz bardziej frustrujące. Zaczynała nawet wątpić w to, czy ich związek ma jakąkolwiek przyszłość. Byli ze sobą niespełna półtora roku, z czego jedynie sześć miesięcy udało im się spędzić blisko siebie. Pozostały rok ograniczał się do wzajemnych odwiedzin mających miejsce raz na dwa, trzy tygodnie, a niekiedy te odstępy czasowe stawały się jeszcze większe. Inez nie wystarczały wymieniane w ciągu dnia smsy, nie wystarczały rozmowy telefoniczne. Nie wystarczały jej nawet te kilkudniowe pobyty, raz jej w Phoenix, raz jego w Nowym Jorku. Traciły one na znaczeniu, kiedy przez pozostałe dni miesiąca wracała z pracy, marząc tylko o tym, by schować się w bezpiecznych ramionach Aidena i odpocząć. I za każdym razem była jedynie bardziej przygnębiona, kiedy po przekroczeniu progu mieszkania uświadamiała sobie, że nie może tego zrobić.
Nic więc dziwnego z tym, że Inez czuła się niepewnie i coraz częściej nękały ją myśli dotyczące tego, czy Aiden traktuje ją poważnie. A może po prostu zwodził ją i bawił się, jak wielu mężczyzn przed jego pojawieniem się? Na samą myśl o tym blondynka wzdrygnęła się i zaklęła pod nosem. Nic nie mogła poradzić na to, że dopadały ją coraz większe wątpliwości. W końcu była tylko kobietą, która miała wrażenie, że szczęście wymyka się z jej rąk.
Roztrzęsiona, siłą powstrzymała się od żałosnego płaczu, na który miała chęć sobie pozwolić. Wiedziała jednak, że kiedy już uroni pierwszą łzę, długo się nie uspokoi, a nie miała najmniejszej ochoty na późniejszą walkę z czerwonym, otartym od chusteczek nosem oraz opuchniętymi, zaczerwienionymi oczami. Długo walczyła ze sobą, mocno zaciskając powieki i oddychając głęboko, na pozór spokojnie. Jej usta co rusz wykrzywiały się w grymasie, który mógł sugerować, że przegra, że się rozpłacze, wtedy jednak przygryzała lekko wewnętrzną stronę policzka, mając nadzieję, że ból skutecznie odwróci jej uwagę. W końcu udało jej się uspokoić na tyle, że odsunęła dłonie od twarzy i otworzyła oczy.
Duże płatki śniegu, pozlepiane ze sobą w fantazyjne kształty wciąż sypały się z nieba, cicho opadając na drogę. Ponieważ porywisty wiatr ustał kilka godzin temu, śnieg leniwie opadał coraz to niżej, kołysząc się delikatnie. Było w tym coś uspokajającego. Do tego stopnia, że Inez nie odsunęła się od okna, tylko ułożyła dłonie na parapecie i z przyjemnością zaczęła obserwować tańczące tuż przed nią śnieżynki.

Cztery tysiące kilometrów od Nowego Jorku Aiden nerwowo chodził po mieszkaniu, wrzucając rzeczy z szafy wprost do walizki. Nie zawracał sobie głowy ich układaniem. Właściwie nie patrzył nawet, co bierze w ręce i przestał dopiero, kiedy walizka była pełna. Upchnął ubrania dłońmi, po czym zwinnym ruchem zasunął zamki i wyniósł bagaż do hallu, z namysłem zerkając w stronę łazienki. Właściwie wszystko, czego by potrzebował, mógł kupić po drodze lub już na miejscu. Nie miał czasu pakować szczoteczki do zębów bądź maszynki do golenia do kosmetyczki, poza tym w jego walizce już nie było miejsca. Wzruszywszy ramionami, zaplótł palce na uchwycie i zgarnął z haczyka zarówno klucze do mieszkania, jak i te do samochodu. Szybko uporał się z dwoma zamkami, wcześniej nacisnąwszy przycisk przywołujący windę, dzięki czemu kiedy skończył zamykać mieszkanie, kabina już na niego czekała. Przecież nie miał czasu! Zjechał na dół, dotarł na parking i wrzucił walizkę na bagażnik czerwonego pick up’a. Czekała go długa, dwunastogodzinna podróż. A może i nawet dłuższa, biorąc pod uwagę warunki pogodowe na wschodzie stanów. Wiedział jednak, że nie może zwlekać i dalej obracać wszystko w żart. Nie tym razem.
Ruszył niemalże z piskiem opon. Bał się. Pierwszy raz od dawna czuł rosnący niepokój. Jego pewność siebie i beztroska posłusznie wycofały się, przytłoczone tym niespodziewanym, obcym uczuciem. W końcu przez własną głupotę mógł zepsuć całe dobro, które przydarzyło mu się w przeciągu ostatniego półtora roku. Teraz widział wyraźnie, iż był głupi i bezmyślny, uznając, że ma czas. Że oni mają czas. Że nie muszą nigdzie się spieszyć, że całe życie przed nimi. Właśnie, przed nimi. Nie przed nią, nie przed nimi, ale przed nimi, razem – nie widział innej możliwości.
Przejechał przez puste skrzyżowanie na czerwonym świetle. Nie miał czasu.

29 stycznia 2016
Była godzina siedemnasta trzydzieści, kiedy Inez stanęła przed drzwiami klatki schodowej po prawie godzinie przedzierania się przez zakorkowane miasto. Niewyspana, ponieważ w nocy źle spała oraz zmęczona po dniu pełnym spotkań z klientami, niechętnie zerknęła w stronę schodów i z cichym westchnieniem skierowała się do windy. Wspinaczka na czwarte piętro stanowiła dla niej zbyt duże wyzwanie. Podróż windą z kolei okazała się nad wyraz przyjemna. Inez oparła się o ścianę, którą do połowy zajmowało porysowane lustro i przymknęła powieki, pozwalając, by skrzypiący cicho mechanizm zaniósł ją na właściwe piętro. Pchnąwszy drzwi, jednocześnie grzebała w torebce szukając kluczy i odruchowo podeszła do drzwi swojego mieszkania, które znajdowały się dokładnie na przeciwko windy. Kiedy nieomal potknęła się o wyciągnięte nogi, krzyknęła głucho i odskoczyła, odrywając wzrok od ręki zanurzonej w torebce.
— Aiden? — wychrypiała i odchrząknęła, mrużąc oczy, jakby niedowierzała temu, co widzi. Tymczasem mężczyzna wyrwany z drzemki niespodziewanym hałasem przetarł oczy, ziewnął, mlasnął cicho i uniósł wzrok na zaskoczoną Inez. Na jego twarzy momentalnie pojawił się łobuzerki, zaczepny uśmiech.
— Cześć, piękna.
— Aiden! — fuknęła, kiedy już odrobinę się otrząsnęła. Groźnie zmarszczyła brwi i zacisnęła usta, pozwalając ponieść się fali złości, która była gwałtowna, ale krótka. Kilka chwil później walczyła z drgającymi kącikami ust, które próbowały unieść się w szerokim uśmiechu. Aiden w tym czasie zdążył podnieść się z wycieraczki, wygładził na sobie pogięte ubranie i podniósł z trudem ogromny bukiet róż, który do tej pory spoczywał obok niego, a teraz przesłonił jego sylwetkę.
— Zapomniałem kluczy do twojego mieszkania. Zawsze tak późno wracasz z pracy? — doleciało do jej uszu gdzieś zza czerwonych główek kwiatów. Korzystając z okazji, że Aiden jej nie widzi, Inez uśmiechnęła się mimowolnie i wywróciła oczami. Następnie odchrząknęła, z powrotem przyjmując poważny wyraz twarzy i wyminęła mężczyznę. Przecież była na niego wściekła. Tym razem szybko znalazła klucze i otworzyła czym prędzej. Weszła w głąb mieszkania, nie oglądając się za siebie. Ciche przekleństwa, które słyszała świadczyły o tym, że Aiden gramolił się z kwiatami przez próg, Grant jednak nie spoglądała w jego stronę. W spokoju ściągnęła płaszcz, uparcie wpatrując się w ścianę. Lekki trzask zasugerował jej, że brunet zamknął za sobą drzwi. Ściągając kozaki, zastanawiała się, czy się odezwać, czy jednak poczekać, aż Aiden przestanie żartować i zabrzmi nieco poważniej. Uznawszy wreszcie, że może się chociaż przywitać, nabrała powietrza w płuca, odwróciła się i zamarła, szeroko otwierając oczy.
Uśmiechnięty od ucha do ucha Aiden klęczał na środku wąskiego przedpokoju, w lewej ręce trzymając bukiet róż, zza którego spoglądał na nią z pewnym rozbawieniem. Na jego prawej dłoni, wyciągniętej w jej stronę spoczywało otwarte, aksamitne, czerwone pudełeczko z migoczącą zawartością. Mająca mroczki przed oczami Inez zorientowała się, że zapomniała wypuścić powietrze z płuc i teraz odetchnęła głośno, cała wiotczejąc.
— Czy ty właśnie… Czy ty…? — wydusiła z siebie, pobladła i autentycznie przerażona, nie była jednak w stanie dokończyć. Serce biło jej jak szalone, a na policzki wystąpiły rumieńce. Wodziła wzrokiem od pierścionka do twarzy Aidena i z powrotem, zastanawiając się, czy ma dokąd uciec. — Czy ty właśnie mi się oświadczasz? — wydusiła w końcu i uśmiechnęła się nerwowo.
— Na to wygląda — odparł beztrosko brunet, wzruszywszy ramionami. Wyglądał na kompletnie niewzruszonego tym, co właśnie się działo, w przeciwieństwie do Inez – czerwone plamy na jej policzkach brzydko kontrastowały z bladą cerą. — Więc żeby było już tak formalnie… — mruknął i poprawił się nieco, gdyż najwyraźniej bolało go kolano, na którym klęczał. — Inez, wyjdziesz za mnie?
Blondynka wyglądała tak, jakby miała za chwilę zemdleć. Tak też się czuła. Na pytanie bruneta zachichotała nerwowo, pokręciła głową, po czym wbiła w niego wzrok i cała się zatrzęsła. Aiden stracił nieco ze swojego animuszu, kiedy Inez rzuciła się na niego z zaciśniętymi dłońmi i uwiesiwszy się na jego szyi, zaczęła okładać plecy mężczyzny drobnymi piąstkami.
— Nienawidzę cię! — krzyczała wprost do jego ucha. — Nienawidzę! Jesteś okropny!
— W dzisiejszych czasach tak się przyjmuje oświadczyny? — spytał ostrożnie, wyczuwając, że Inez nieco rozluźnia się w jego ramionach, pociągając nosem. Po chwili uspokoiła się zupełnie, mocno oplatając go rękoma i tylko jej urwany oddech świadczył o zbyt dużym natłoku emocji.
— Tak — burknęła jak obrażona, mała dziewczynka gdzieś w okolicach jego ucha, na co Aiden roześmiał się dźwięcznie, przez co tylko znowu oberwał od narzeczonej po plecach.

15 lutego 2016
Stojąc w kuchni, Inez przestępowała z nogi na nogę, starając się w ten sposób uchronić stopy przed zimnymi płytkami. Wsłuchując się w szum czajnika elektrycznego, bezwiednie obracała na palcu pierścionek z białego złota. Początkowo, nienawykła do noszenia tego rodzaju biżuterii, nie mogła się do niego przyzwyczaić. Teraz zapominała o nim dość często, co i tak w przeciągu ostatnich dwóch tygodni nie powstrzymywało jej przed zerkaniem na dłoń i zastanawianiem się, czy to wszystko zdarzyło się naprawdę. Jednakże po chwili odgłosy dochodzące z sypialni utwierdziły ją w przekonaniu, że to coś więcej niż piękny sen. Wstając, Aiden zawsze hałasował jak niedźwiedź budzący się z zimowego snu. Jego głośne człapanie sprawiło, że Inez odwróciła się i uśmiechnęła pod nosem na widok zaspanego mężczyzny, który przystanął w progu kuchni.
— Będę w końcu musiała pochwalić się przyjaciołom — rzuciła, unosząc dłoń z pierścionkiem.
— To cały Nowy Jork jeszcze o tym nie plotkuje? — Aiden ziewnął, nie kwapiąc się, by zakryć dłonią usta. Grant z kolei wywróciła oczami i pokazała mu język, tym samym dając mu do zrozumienia, co sądzi o jego uwadze.
— Myślałam, że może moglibyśmy zrobić jakąś imprezę…? — zasugerowała.
— Dobry pomysł. A teraz wybacz — powiedział, wskazując na drzwi do łazienki, w której niemalże w tej samej chwili zniknął.
Pokręciwszy głową, blondynka zalała wrzątkiem dwa kubki: jeden z kawa, drugi z herbatą. Od dwóch tygodni jej codzienność wyglądała zupełnie inaczej. Aiden kręcił się po jej mieszkaniu, tłumacząc, że z jego pracą wszystko w porządku i ma się niczym nie martwić. Że przecież i tak miał przylecieć, więc wziął wolne, a teraz był w trakcie załatwiania przenosin. Inez wolała więc nie pytać, jak mu to idzie, nie chcąc się niepotrzebnie denerwować. Wiele jednak wskazywało na to, że Aiden nie zamierzał już wracać do Phoenix i z tego powodu kobieta nie potrafiła ukryć zadowolenia.
Raz po raz zerkając na migoczący pierścionek, zaśmiała się cicho. Chyba jeszcze nie do końca mogła uwierzyć w swoje szczęście ani w to, co się wydarzyło. Jakby wciąż pozostawała w ciężkim szoku, kompletnie zbita z tropu tym nagłym posunięciem mężczyzny. Musiała jednak przyznać, że akurat ten stan zdezorientowania, w którym się znajdowała był nad wyraz przyjemny.
_____________________________________________________________________________
Tak dawno niczego nie pisałam, że autentycznie stresuję się przed publikacją. Mam więc nadzieję, że nie ma źle :) Wyszła z tego taka trochę komedia romantyczna, ale Inez jak najbardziej się należy. 

11/02/2016

2023. I'm unstoppable

z tej serii:
______________________________________

______________________________________

 Break down, only alone I will cry out now 
You’ll never see what’s hiding out 


— Sloan, Sloan, Sloan…
Mężczyzna, który wypowiadał jej imię w sposób zbyt nachalny, oblizując przy tym swoje wielkie wargi, był obleśny. Łysina na jego głowie pojawiała się nierównomiernie, czaszkę zdobiły kępki przydługich, ciemnych włosów, w których lśniły siwe pasma. Zaczesywał je do tyłu, uwydatniając wysokie czoło pokryte siatką głębokich zmarszczek. Gdyby nie nadprogramowe kilogramy i problemy z łysiną, z pewnością mógłby uchodzić w jakimś kanonie za przystojnego. Pod zwałami tłuszczu, tworzącymi kilka podbródków, rysowały się nieśmiało linie żuchwy, dzięki czemu można było uchwycić bądź sobie wyobrazić to, jak wyglądał parę lat i paręnaście kilogramów temu. Mimo wszystko był obleśny. Nie wzbudzał sympatii, a wyraźny północny akcent przyprawiał Sloan o dreszcze.
— Ładne imię, ale mało dziewczęce, nie uważasz? Sądzę, że Maggie bardziej oddaje kobiecą naturę. Sądzę też, że Maggie ładnie pachnie, kiedy każdego popołudnia wraca na nudne i szare przedmieścia. Wiedziałaś o tym, że Maggie ma chłopaka? I podobno ubiega się o stypendium. Wiedziałaś?
Nie. Nie wiedziała. Wiedziała jednak, że zawsze poświęcała młodszej siostrze zbyt mało czasu. Głównie zazdrościła jej urody, sukcesów w sporcie, w nauce i podrywaniu chłopaków. Jeszcze parę lat temu Maggie zmieniała kolegów niczym rękawiczki, a teraz… Teraz Sloan kompletnie nie miała pojęcia o tym, jak siostra radzi sobie w życiu. Potrafiła zdobywać informacje na niemal każdy temat, a nie potrafiła dowiedzieć się, co słychać u rodziny. Opuściła głowę, przymknęła powieki i chociaż zrobiło jej się bardzo przykro, było jej niezwykle daleko do płaczu. Niemal całe swoje życie była zdana na siebie, początkowo uczyła się jak przetrwać między matką a młodszą siostrą, którą potrafił zachwycać się nawet obcy przechodzień. W późniejszym okresie życia musiała podstawiać rówieśnikom kłody pod nogi, aby odnieść sukces na studiach. Była żmiją. Ludzie nie lubili żmij. Nie lubili ich nastawienia, jadowitości i przebiegłości. Już dawno się z tym pogodziła. Ale teraz cholernie żałowała, że nie poświęcała Maggie więcej czasu. Że nie była bardziej ludzka, chociażby w relacjach z własną rodziną. Być może wtedy każdą informację na temat bliskiej osoby padającą z ust obleśnego typa przetrawiałaby łatwiej, znosiłaby mniej dramatycznie.
— Wiedziałaś czy nie? — spytał ostro, nachylając się nad stolikiem w drogiej restauracji, do której przywiódł ją kolejnym liścikiem. Był tylko płotką w hierarchii, w strukturze o wiele bardziej złożonej niż państwowe władze. Wiedziała o tym. Znała jego charakterystyczną twarz, ale musiała udawać, że jest inaczej.
— Odpowiedz — naciskał, ewidentnie obierając sobie za cel wyduszenie z niej potwierdzenia. Chciał sprawić jej przykrość, być może nawet ból.
Kelnerka właśnie przyniosła zamówione wcześniej kawy i kawałki wymyślnych ciast. Odstawiając je na blacie niewielkiego stolika, odeszła, zajmując się innymi sprawami, jakby w ogóle nie była zainteresowana osobami gości w lokalu, o którego dobrą renomę powinna dbać. Mężczyzna siedzący naprzeciwko Sloan z pewnością nie pasował do tego miejsca.
— Nie. Nie wiedziałam.
— A, widzisz, Sloan. Widzisz, złociutka, nie tylko ty potrafisz zdobywać informacje. Nie tylko ty…
I chociaż odezwał się do niej niczym ojciec, tonem ciepłym i przyjaznym dla ucha, to Ramsey miała stuprocentową pewność, że w jego wypowiedzi ukryta była groźba. Jego słowa zwiastowały niebezpieczeństwo.
 
~*

Trzy dni wcześniej…
Ostatnimi czasy to strach determinował jej życie. Wszystko oscylowało wokół nowego, nieznanego uczucia, które powoli kiełkowało w jej sercu, które równie powoli, ale boleśnie, paraliżowało ciało i zarażało umysł. W nocy budziła się zlana potem, od tygodnia nie rozstawała się z karteczką, którą znalazła w fordzie. Musiała upominać samą siebie, że z pewnością nikt nie wie, gdzie mieszka i nikt nie chce zrobić jej krzywdy. Przecież się wycofała, przestała szukać, przestała grzebać i chociaż doskonale wiedziała, kto podesłał jej upomnienie, wolała o tym nie myśleć i łudzić się, że mógł to zrobić ktoś inny. Ktoś mniej niebezpieczny.
Tej nocy również nie przespała. Leżała teraz nieruchomo w swoim łóżku, wpatrując się beznamiętnie w sufit, na którym zaczynała pękać farba. Nie przejęła się zbytnio tym faktem, nawet nie będąc w stanie myśleć o remoncie, na który miała środki, ale nie miała chęci. Nie ukrywała też, że gdzieś w niej kłębiła się myśl o przeprowadzce, być może nawet o opuszczeniu Nowego Jorku. Czuła się jak bohaterka beznadziejnego filmu akcji, od której decyzji zależą losy całego świata. Niechętnie podniosła się do pozycji siedzącej na dźwięk budzika. Nie potrafiła zlokalizować telefonu, więc już po chwili wisiała głową w dół, czując jak krew szybko dopływa do mózgu. Wyciągnęła rękę pod łóżko i złapała wibrujące urządzenie.
Westchnęła, słysząc szczeknięcie psa, który radośnie wbiegał do sypialni. Nie mogła się nie uśmiechnąć, bo w ciągu kilku minionych dni to właśnie sunia owczarka niemieckiego była jej wiernym kompanem, który nie opuszczał jej na krok. A może inaczej – to Sloan nie opuszczała swojego psiaka.
— Daj spokój, Sherlock… — mruknęła niby to niezadowolona, kiedy zwierzę wskoczyło na łóżku i usiłowało powitać właścicielkę soczystym buziakiem. — Przecież już wstaję.
Stojąc przed lustrem w łazience, zdecydowanie zbyt dobrze oświetlonej, usiłowała sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek w swoim życiu musiała ustawiać budzik tylko po to, aby wiedzieć, kiedy należy wyprowadzić psa. Doszła do wniosku, że nigdy nie była tak beznadziejna, jak teraz. Ubrała się bez większego zapału, trzy razy wracała do mieszkania, aby upewnić się, czy niczego nie zapomniała i w ostatecznym rozrachunku wróciła się czwarty raz, aby zabrać ze sobą psa.
Zimowe powietrze orzeźwiało i dodawało otuchy, przywoływało na policzki rumieńce, a widok Sherlock hasającej w wysokich zaspach był powodem do uśmiechu. Choć przez tę krótką chwilę w ciągu dnia wszystko wydawało się nieco lepsze. Z dłońmi w kieszeniach kurtki, brodziła wydeptanymi ścieżkami, ale i tak śnieg sięgał jej co najmniej kostek. Spoglądała na ośnieżone czubki butów, które powoli przemakały, przez dłuższy czas ignorowała też dzwonek telefonu. Zwyczajnie nie miała ochoty z nikim rozmawiać, nie bez powodu też odcięła się od całego świata, komputera nie używając w ogóle, a telefon włączając jedynie w określonych godzinach, aby mieć kontakt z matką i siostrą.
Lekko zirytowana wyciągnęła cholerne ustrojstwo z kieszeni, nacisnęła odpowiednie miejsce na ekranie dość sporawego telefonu nowej generacji i przyłożyła go do ucha, dobrze wiedząc, że zimno mu nie służy.
— Słu…
— Ramsey, cholera! Od trzech dni próbujemy się do ciebie dzwonić! Pojutrze mamy sprawę Brasi, możemy w końcu uziemić gnoja, ale brakuje nam…
— Informacji — przerwała swojemu rozmówcy, czując jak jej serce na moment zamiera. Owszem, była świadoma tego, że nie wywiązała się z umowy, wiedziała, że może nie dostać wypłaty, ale również zapłacić karę. W końcu tak się umawiała z szajką prawników, a z prawnikami nigdy nie było łatwo. — Zadzwonię, jak coś będę miała.
— Sloan?
— No?
— Coś się dzieje? — Pan Stone może i nie należał do najprzyjemniejszych w obyciu ludzi, ale niewykluczone, że posiadał diabelską intuicję, którą Sloan teraz w myślach zwyczajnie przeklinała.
— Grypa. Miałam grypę. Odezwę się jeszcze dzisiaj.
~*

— Nie rób takiej miny, Sloan. Naprawdę myślałaś, że wykiwasz pana Brasi? Myślałaś, że on nie może wykiwać ciebie? Złociutka?
Nie słuchała oblecha siedzącego naprzeciwko niej. Jedyny dźwięk, który do niej docierał, to uporczywy szum krwi. Zacisnęła powieki, a drżące dłonie ułożyła na udach, próbując nie myśleć. Wiele by dała, żeby to okazało się tylko snem. Nie cieszyły jej tysiące dolarów na koncie, które uzyskała w efekcie ostatniej współpracy z kancelarią. Nie cieszył jej sukces znajomych ludzi. Zrozumiała, że wdepnęła w niezłe bagno, jej spryt zostawiał wystawiony na próbę, której nie przetrwał. Ktoś okazał się sprytniejszy.
— Brasi dostał dwadzieścia lat… — szepnęła, dopiero teraz odważając się spojrzeć na rozmówcę. W odpowiedzi usłyszała gromki śmiech. Śmiech kogoś, kto mógłby uchodzić za sympatycznego, kogoś miłego, ale ona doskonale wiedziała, że to tylko pozory.
— Jeśli myślisz, że za kratkami siedzi właściwy Brasi, to jesteś w błędzie. Ale Sloan… Nikomu o tym nie mów, dobrze? Sam w to nie wierzę, ale pan Brasi postanowił dać ci kolejne upomnienie. — Sięgnął po kubek z cappuccino, spienione mleko zostawiło ślad nad górną wargą. — Wiesz, pan Brasi nie daje drugich szans, najczęściej nie daje nawet pierwszych. Musiał cię polubić, Sloan. — Siorbiąc, dopił kawę.
Nie bardzo rozumiała, co tutaj się dzieje. Nawet nie byłą pewna, jakie konsekwencje będą niosły za sobą jej czyny sprzed kilku dni. Przed oczami widziała Maggie, widziała zadowoloną matkę i jej koleżanki od brydża. Pozornie pozostała jednak niewzruszona. Nie uroniła ani jednej łzy, nie zaczęła błagać. Strach ustępował miejsca nowej emocji. Czemuś silniejszemu, dyktowanemu nie rozsądkiem, a sercem. Czuła gniew.
— Aby mieć pewność… Zrozumiałaś na czym polega ostrzeżenie, Sloan?
Skinęła tylko głową. Mężczyzna wytarł usta jasną chusteczką, schował ją z powrotem do kieszeni garnituru. Wstał, górując nad kobietą, która ani nie drgnęła, ani nie skosztowała kawy i ciasta. Nie uniosła głowy, aby na niego spojrzeć.
— Świetnie. — Ruszył do wyjścia, ale kiedy mijał krzesło, na którym siedziała, dotknął jej ramienia. — Aha, panno Ramsey, pan Brasi ma panią na oku. — Mówił ciszej. Nawet się pochylił. Na policzku czuła jego paskudny, gorący oddech. — Może najwyższa pora zniknąć, Sloan?
All smiles, I know what it takes to fool this town
 I'll do it 'til the sun goes down and all through the night time

10/02/2016

2022. En la puerta de al lado

Me pregunto si tú existes.



Taksówkarz zdziwiony zdecydowanym zatrzaśnięciem drzwi i stanem psychicznym chłopaka, postanowił lekko zmniejszyć głośność radia, którego nawykowo słuchał mknąc nocą przez ulice Nowego Jorku. Anthony starał się oddychać głęboko, a jego płuca zapadały się po każdym wydechu. Płakał jeszcze przez chwilę, po czym wtopił swój nieobecny wzrok w światła wielkiego miasta. Kołnierzyk jego koszuli był mokry, policzki i nos miał czerwony, a oczy wyglądały jak napompowane balony, które z łatwością mogłyby odlecieć, gdyby ktoś je odwiązał.
— Czy wszystko w porządku? — kierowca zapytał po dłuższej chwili ciszy. Zdecydowanie jej potrzebował i nie miał ochoty na pogaduszki z kolejnym nieznajomym. Jednakże akcent, którym posługiwał się mężczyzna zupełnie odciągnął uwagę chłopaka od tego, co przed chwilą miało miejsce.
¡Usted es de América Latina o de Texas! — krzyknął Anthony i lekko uśmiechnął się do kierowcy, wycierając kolejną łzę, która bezwiednie spływała po jego zaczerwienionym policzku.
Claro, soy de Corpus Christi. — odpowiedział równie zaskoczony, co pasażer. — Parecía usted un vecino.
Anthony zaśmiał się szczerze do mężczyzny, który stwierdził przed chwilą, że wygląda on znajomo, wręcz jak jego sąsiad. Mimo niesprzyjających warunków, dzięki niemu choć trochę zrzucił bagaż emocji, który wiózł ze sobą już dobre dwadzieścia minut.
— Proszę więc o podwiezienie mnie w miejsce, w które prawdziwy Teksańczyk z wybrzeża, zawiózłby swojego… podupadłego na humorze kolegę. — ponownie spuścił głowę, a jego telefon jak szalony rozpoczął wibrowanie w kieszeni. Były to najbardziej nieprzyjemne wibracje, jakie czuł w życiu. Nie miał zamiaru sprawdzać kto dzwonił. Przecież doskonale wiedział, kto mógł nękać go połączeniami.

Jedyne o czym teraz marzył, to znaleźć się na plaży, aby zebrać myśli i zdecydować co zrobić dalej. Czy człowiek, z którym przed chwilą się spotkał mógł chcieć zrobić coś, co w znaczącym stopniu wpłynęłoby na Anthony’ego? Czy kolejne telefony, których był świadkiem, były wskazówką tego, że nie da za wygraną? Chłopak nie miał zielonego pojęcia o tym, do czego ten mężczyzna był zdolny. Miał cichą nadzieję, że już go więcej nie spotka, ale coś w środku, co nigdy go nie zawiodło, mówiło mu, że to dopiero początek tej historii. Ponownie schował swą napuchniętą już twarz w dłonie i rozpłakał się. Kierowca widząc kolejny etap załamania, postanowił jednak zwiększyć głośność swego radia, ale chyba nie po to, aby muzyka uleczyła duszę chłopaka. Mimowolnie dobiegały do niego kolejne wersy piosenki, w której jakaś kobieta śpiewała o mężczyźnie mieszkającym tuż obok niej. Głową oparł się o siedzenie kierowcy, tak aby ten nie miał możliwości obserwowania go i popłakując, nadal mimowolnie wsłuchiwał się w tekst piosenki.
— Jesteśmy na miejscu. — nieśmiało rzucił kierowca, po czym skierował swoją rękę na okrągły przycisk radia.
— Nie! — krzyknął gwałtownie Anthony, aby odwieść kierowcę od tego pomysłu. — Proszę jeszcze o minutę. Chciałbym dosłuchać tej piosenki… — ponownie przyjął poprzednią pozycję, a kierowca nie udając zdziwienia, zaparkował niedaleko plaży i w spokoju dopił jakiś napój energetyczny, który stał pomiędzy dwoma przednimi siedzeniami samochodu.

Szczególnie uderzył go ostatni wers, tuż przed zakończeniem piosenki. Zastanawiam się, czy istniejesz. Paradoksalnie, jakby mało rzeczy w tym momencie go przerażało, przed jego oczami pojawił się Daniel, który z wielkim uśmiechem na twarzy leżał na plaży w Galveston, obserwując Anthony’ego, który chodził po brzegu. To było nasze pierwsze spotkanie, pamiętasz? Zapytał, jakby naprawdę tu był, a Nowels coraz bardziej rozkojarzony, wręczył kierowcy banknot o największym nominale, jaki posiadał, na którym widniał wizerunek Benjamina Franklina i zwlókł się z siedzenia taksówki. Prawie biegnąc, choć to określenie nie byłoby dobre, jeśli ktoś obserwowałby go z boku, dotarł do pierwszego śmietnika, jaki napotkał i zwrócił wszystko, co miał w żołądku. Taksówkarz opuścił szybę w samochodzie i jeszcze raz zapytał czy wszystko jest w porządku, i czy ma na niego zaczekać. Anthony zgięty w pół, wyciągnął w jego stronę prawą rękę i pokiwał przecząco głową.

Nie miał nawet pomysłu na jakiej plaży się znajdował. Przed odjazdem sąsiada, chciał go jeszcze zapytać w jakim miejscu się znajduje, ale ten, kiedy otrzymał przeczącą odpowiedź, zamknął okno i ruszył jak najszybciej mógł. Znikł na jakimś moście, który oświetlony był w oddali. Anthony nie miał siły ni myśleć, ni spacerować, ni płakać. Z nieobecnym wyrazem twarzy, ruszył w stronę wody. Po jego prawej stronie znajdował się park. Przed sobą zauważył jakąś tabliczkę z napisem Atlantic Beach. Niestety zbyt wiele mu to nie pomogło.

Wiatr stawał się bardziej i bardziej rwący, co dało się zauważyć patrząc na ocean. Telefon nie przestawał wibrować, więc Anthony postanowił go wyjąć. Włożył rękę do kieszeni, przy okazji zahaczając o zimny piasek. Zdrętwiał. W miejscu, w którym zazwyczaj nosił tylko telefon było coś jeszcze. W pośpiechu rzucił pomarańczową Lumię na piasek i trzęsącą się dłonią wyjął przedmiot, którego nie poznawał. W oddali słychać było tylko lądujący samolot i wzburzone fale rządzące oceanem. Położył ten przedmiot na dłoni, a drugą ręką oświetlił go fleszem z aparatu telefonicznego. Złoty zegarek, pomyślał, przecież nie stać mnie na coś takiego. Zupełnie nie był świadomy powagi sytuacji. Pustym wzrokiem przyglądał się tarczy zegara, który wskazywał dwudziestą trzecią piętnaście i doznał deja vu. Wspomnienia dzisiejszego dnia przelatywały przed jego oczyma i wydawało mu się, że wszystkie zdarzenia mają miejsce ponownie. Tylko ich kolejność była odwrotna.
— O kurwa. — zdołał wydusić i wyrzucił wszystko, co trzymał w dłoni przed siebie. Nie czuł już zimna. Widział słońce, które było tak silne, że podrażniało jego źrenice.
Jestem Daniel. Powiedziała postać, która ponownie pojawiła się przed jego oczyma. Któregoś dnia widziałem cię w ETC, całkiem nieźle grasz. W oddali, oprócz kolejnych samolotów i fal, słychać było ryk samochodu, który brzmiał jak karetka lub wóz policyjny.
— Nie, to przecież nie dzieje się naprawdę. Daniel, przecież ty już n i e   i s t n i e j e s z. — czuł, że kolejny raz wybuchnie płaczem, ale jego oczy chyba nie miały siły na to, aby wydalać kolejne krople łez.

W tym momencie nie odczuwał już nic. Ni zimna, ni wiatru, ni kroków, których wyraźne dźwięki roznosiły się tuż za nim. Nie widział nawet niebiesko-czerwonego koloru, który pojawił się gdzieś w tle niespokojnych fal. Jego ręce były odrętwiałe, jego oczy ledwo co widoczne, a jego policzki wyschnięte pod wpływem łez, które jeszcze chwilę temu były jego częścią.
— Anthony Nowels? — zapytał jakiś mężczyzna. Chłopak nawet nie poruszył się na dźwięk jakichkolwiek słów, nadal wpatrywał się na ocean, który wydawał się być złowieszczy, zimny i ciemny. W tamtym momencie był dla niego, chyba, symbolem piekła.
— Anthony Lee Nowels? — powtórzył drugi mężczyzna, który stanął przy drugim boku blondyna.
Chłopak gwałtownie obudził się jakby ze snu zimowego i spojrzał najpierw w lewo, a potem w prawo. Co tu robili funkcjonariusze policji? Dlaczego znali jego tożsamość? Przecież spokojnie siedział sobie na plaży.
— Zgadza się, to ja. — odparł zachrypniętym głosem, który chyba powoli odmawiał posłuszeństwa.
NYPD, proszę wstać. — odparł pierwszy funkcjonariusz, który miał mięśnie wielkie jak Himalaje. Policjanci złapali Anthony’ego za ramię i podnieśli go. Chłopak lekko strzepał piach, który pozostał na jego garniturze. — Jest pan zatrzymany za kradzież zegarka… — drugi funkcjonariusz zapalił latarkę i przeczytał ze swojego notatnika. — Split Seconds Patek Philippe Reference 1436 Tiffany & Co, o wartości dwustu pięćdziesięciu tysięcy dolarów.
— Zegarek? — chłopak spojrzał przed siebie i wiedział, że koszmar się jeszcze nie skończył. Nie miał siły nic odpowiedzieć, tym bardziej nie wiedział nawet w jaki sposób będzie mógł wyjaśnić to, że wymieniony przez funkcjonariuszy zegarek, leżał właśnie obok jego telefonu na lodowatym piasku Atlantic Beach. Na dodatek na głowy trzech mężczyzn zaczął spadać obfity deszcz, który po kilku minutach przemoczył całkowicie Anthony’ego.
— Terrence, zabierz zegarek i telefon, a ja zaprowadzę podejrzanego do wozu. — niższy i już nie tak dobrze zbudowany mężczyzna zwrócił się do swojego kolegi, po czym odprowadził chłopaka do wozu, który nadal wyrzucał z siebie niebiesko-czerwone światło, w trakcie mówiąc. — Masz prawo zachować milczenie, wszystko co powiesz zostanie użyte przeciwko tobie.
— Gdzie mnie zabieracie? — zdołał zapytać, ale nawet nie oczekiwał odpowiedzi. Jego organizm przestał funkcjonować i wypierał wszystkie dźwięki, sygnały i uczucia, które sam produkował.

W drodze na komisariat pozwolili mu jechać bez kajdanek. Mieli chyba świadomość tego, że nie jest w stanie się ruszyć. Przyglądał się swoim palcom u dłoni, które nabrały koloru fioletowego. Nieświadomie powtarzał cichym głosem słowa ostatniego wersu piosenki, którą usłyszał w taksówce. Wyglądał jak sparaliżowany. Tylko jego wargi poruszały się w rytm zsynchronizowany z rytmem kół samochodu policyjnego.
— Daniel… — powtórzył bezdźwięcznie.
— Nie mamy chyba pojęcia, co próbujesz nam przekazać, ale za chwilę będziemy na komisariacie, więc będziesz miał okazję się wykazać. — Terrence gorzko zaśmiał się i skręcił do garażu, w którym zatrzymał się i wysiadł, aby wyprowadzić Anthony’ego.

Po wszystkich czynnościach porządkowych, chłopak zaprowadzony został do pokoju przesłuchań. Po dłuższej chwili w samotności, powoli odzyskiwał świadomość tego, co się zdarzyło i władzę w przemarzniętym ciele, którym mógł już poruszać. Pokój nie był zbyt duży, a tym bardziej nie był urządzony z klasą. Obrzydliwe, siwe ściany, choć pasowały do równie odrażających krzeseł i stolika, od dawna nie widziały ręki malarza. Policjanci zostawili na biurku paczkę papierosów, po którą sięgnął, kiedy tylko ją zauważył. Szybkim ruchem wyjął jednego, a kilka spadło na ziemię. Nie miał siły, aby wszystkie podnieść, więc nie przejmując się zajściem, podpalił papierosa akompaniującą paczkę zapalniczką i zaciągnął się tak głęboko, że w pierwszej chwili dostał lekkiego ataku kaszlu, który przeszedł w odruch wymiotny. Zgasił go ze złością i w bezruchu oczekiwał na rozwój wypadków.

Po dłuższej chwili, w której jego myśli kłębiły się wokół tego, co będzie dalej, czy ta sytuacja wpłynie w jakiś sposób na jego pracę, do pokoju weszła kobieta, ubrana w damski garnitur w kolorze ścian i uśmiechnęła się do Anthony’ego. Usiadła naprzeciwko niego i ciepłym głosem powiedziała:
— Pan Weaver nie wniósł zarzutów, a więc jest pan wolny, panie Nowels. Zapraszam ze mną. Odbierze pan swoje rzeczy i w ciągu kilkunastu minut, będzie pan mógł stąd wyjść.
— Czy Tom jeszcze tutaj jest? — odezwał się, wychodząc wraz z funkcjonariuszką, która na swoim identyfikatorze napisanie miała Felicity Cruz.
— Nie mam takich informacji, panie Nowels.

Podpisał kilka papierów, odebrał swoje rzeczy, które zawinięte były w prześwitujący papier policyjny z jakimś numerem identyfikacyjnym, pożegnał się ze wszystkimi i wyszedł na świeże powietrze. Fala zimnego tlenu, zaskoczyła go tak bardzo, że na chwilę musiał oprzeć się o budynek, aby nie upaść. Spojrzał na telefon, który trzymał w dłoni. Miał kilkanaście połączeń nieodebranych i jedną wiadomość SMS. Przycisnął przycisk odbierz i przeczytał. Wyborna zabawa, prawda? Masz teraz świadomość tego, że nie należy ze mną pogrywać. Nie była ona jednak wysłana z numeru Weavera. Sprytny skurwiel, pomyślał.

Rozejrzał się po okolicy. Budynki powoli traciły światło, przecież było już grubo po pierwszej. Nie miał pojęcia w jakiej okolicy się znajduje. Z wyrzutami sumienia postanowił zamówić taksówkę. Najwyżej nie zjem nic do końca miesiąca, pomyślał, jestem zbyt wykończony, aby jechać czymś, co w nazwie ma publiczny i transport.

W niecierpliwym oczekiwaniu przed komisariatem, z którego co jakiś czas wyjeżdżały wozy policyjne i wychodzili przeróżni ludzie, ponownie poczuł wibracje telefonu. Westchnął głęboko i spojrzał na wyświetlacz. Katherine Pérez. Poruszony, przycisnął zielony przycisk słuchawki i nieśmiało powiedział:
— Halo? Katherine? — jego głos nadal przesiąknięty był chrypką, ale powoli wracał do normalności.
— Anthony… — usłyszał zdenerwowany głos kobiety. — Przepraszam, że dzwonię tak późno, ale… — kobieta przerwała na chwilę i westchnęła. — Śniłeś mi się wraz z Danielem. — do oczu chłopaka po raz kolejny napłynęły łzy.
, de verdad existes, Daniel, pomyślał chłopak i przysiadł na krawężniku jakiejś ulicy, aby kontynuować rozmowę z matką swojego zmarłego narzeczonego.




09/02/2016

2021. Zimnica

Siedziałem po turecku na panelach na moim wydzierżawionym strychu. Papiery walające się na około mnie, sprawiały wrażenie, że wybudowałem sobie fort. Było strasznie ciemno, pomimo faktu, że zegar wskazywał szesnastą trzydzieści dziewięć. Rozejrzałem się w celu sprawdzenia czy wszystkie możliwe lampy są zapalone – były, a pomieszczenie wciąż zdawało się być zbyt ciemne. Wstałem. Chciałem znaleźć jakąś świeczkę czy coś w ten deseń, kiedy dostałem oświecenia (o, ironio). Wszystkie okna dachowe zostały przysypane śniegiem tak, że nie dochodziło przez nie żadne światło. Musiałem rozwiązać ten arcytrudny problem. Było to odrobinę skomplikowane, bo musiałem otworzyć okno tak, aby śnieg z niego spadł, ale może niekoniecznie wprost na moje stopy.
Po kilkunastu minutach gimnastyki przy tych ustrojstwach, skutecznie udało mi się oświecić to ponure pomieszczenie. Tak naprawdę, ciemnica niespecjalnie mi przeszkadzała. W normalnych warunkach nie zwróciłbym na to uwagi, ale  musiałem napisać te piekielne recenzje do mojej rubryki w Sounds, a żarówki w większości lamp powoli odmawiały współpracy. Nie chciałem zostać ślepy w wieku dwudziestu-pięciu lat, i tak już musiałem umówić się na wizytę u okulisty.
Wziąłem do ręki odtwarzacz płytowy, na który kiedyś wydałem większość swojej pensji. Żyłem w przeświadczeniu, że jeśli już mam oceniać czyjąś muzykę, to muszę wysłuchać jej w pełnej krasie; usłyszeć każdy bas, każdą wyższą nutę, czy nawet każde przypadkowe pierdnięcie perkusisty. W odtwarzaczu była już załadowana płyta jakiegoś zespołu, którego nazwy nawet nie chciałbym przytaczać, bo to straszny chłam. Właściwie, cała ich płyta brzmiała jak pierdnięcie perkusisty. Nawet nie byłem w stanie bliżej określić jaki to typ muzyki. Stwierdziłem, że nie umieszczę tego szmatławca w mojej rubryce. Nie będę nikomu robił reklamy za beznadziejną robotę, jeszcze by to komuś uszkodziło bębenki. Fuj.
Kolejna płyta została mi podrzucona całkiem przypadkiem. Przyszła kiedyś listem na mój adres z dopiskiem „To powinno należeć do Ciebie”. Było to o tyle dziwne, bo musiała iść ona strasznie długo, bądź została zagubiona na poczcie, bo jej data nadania była oddalona o jakieś pół roku. Długo się zastanawiałem czy aby na pewno chcę odsłuchać zawartość tego krążka. Nie wiedziałem co na niej jest i nie byłem pewien czy mam ochotę to zmieniać. Miałem jednak swoje domysły, które nie napawały optymizmem. Ciekawość wygrała, a więc płyta zaczęła kręcić się w odtwarzaczu, a pierwsze nuty leciały z głośników.
– Boże – wydukałem.
Poczułem ukłucie. Nie, nie, nie. Nawet nie ukłucie. Poczułem, jakby ktoś godził mnie nożem w klatkę piersiową, a z każdym kolejnym taktem zagłębiał się bardziej w moje wiotkie i bezsilnie ciało.
To była składanka, którą kiedyś nagrałem dla niej. Nie miałem wątpliwości przez kogo została nadana przesyłka. To wyjaśniało datę. Nie wiedziałem czemu zadała mi kolejny cios. Myślałem, że wziąłem już ich wystarczająco dużo.   
Kolejne, dość bełkotliwe, zwrotki piosenek, niezgrabnie nagrane instrumenty i śmiechy w tle sprawiały mi ból. Ból tak ogromny, że nie byłem w stanie tego dłużej słuchać, ale nie byłem też w stanie tego wyłączyć. Zostałem sparaliżowany przez melodie wspomnień.
Pamiętałem, że składanka trwała dwadzieścia osiem minut i trzydzieści sześć sekund. Pamiętałem jej tytuł, Ametystowe 28’36’’. Ostatni utwór był największym ciosem. Zupełnie jakby ktoś wyrwał mi serce. Najzabawniejsze jest to, że sam go kiedyś tam wsadziłem – wtedy to ja wysłałem płytę do niej, mając nadzieję, że mnie pokocha. Trwał dwie minuty dwadzieścia dwie sekundy, ale czas ten był niesamowicie zbliżony do wieczności. Mimo przeszywającego bólu nie byłem w stanie wcisnąć pauzy.
Ostatnim utworem nie była piosenka. Były nim nagrane oświadczyny. Miałem dwadzieścia jeden lat, maślane oczy, myślałem, że jestem panem świata i byłem szczęśliwy. Teraz ryczałem. Głośno. Przeszywająco. Boleśnie. Zupełnie, jakbym był na dnie. W ogóle nie przypominałem tamtego chłopaka.
 Totalny paraliż i jedna kreska. Biała, ale nie ze śniegu. Zrozumiałem, że już czas. Koniec odwlekania. Puściłem płytę od początku. Chwyciłem do ręki płaszcz i wyszedłem. W kieszeni miałem pudełko. Zawsze je ze sobą nosiłem. Z żalu i sentymentu.  

***
Było zimno. Naprawdę, było tak cholernie zimno, że palce odmarzały mi gdy tylko wyściubiłem je z kieszeni płaszcza na około dwie sekundy. Szczerze mówiąc, to w środku było jeszcze gorzej niż na zewnątrz. W środku mnie, oczywiście.
Mimo minusowej temperatury i odmarzających kończyn skierowałem swój nieco chwiejny krok w stronę parku, w którym wszystko było spowite ciemnością, która wydawała się być otulana przez spadające płatki śniegu. Poczułem się nieswojo, bo miałem wrażenie, że nawet rzeczy niematerialne i przeciwstawne do siebie zdołały znaleźć sobie drugą integralną połówkę. Była osiemnasta, a czułem się jakby był środek nocy.
Szedłem samotnie ośnieżoną ścieżką. Krok za krokiem stawał się coraz cięższy, kiedy moje stopy coraz głębiej zatapiały się w białym miękkim puchu. Usiadłem na pierwszej z brzegu ławce. Przeszedł mnie dreszcz, kiedy zorientowałem się, że od zimnego śniegu wszystko mi przemokło. Nie mogłem być mniej zainteresowany tym faktem. Byłem obojętny w stosunku do samego siebie. Moje dobro i komfort już dawno przestało się liczyć. Przynajmniej takie odnosiłem wrażenie.
Z kieszeni wyciągnąłem sześcian. Pudełko, a w nim błyszczący krążek z kamieniem; ametystem. Symbol, który zmienił znaczenie. Przypominał o bólu, a jednocześnie był przestrogą. Kilkukrotnie obróciłem opakowanie w dłoni. Nie otworzyłem go, nie byłem na to gotów. To i tak było bez różnicy, bo znałem kształt i fakturę tego drogocennego sentymentu na pamięć.
Uwierające i niewygodne myśli kłębiły mi się w głowie. Miałem nadzieję, że siedzenie na mrozie sprawi, że poza moimi palcami zamarzną i one. Nic takiego jednak się nie stało. Jedynym co zamarzało, byłem ja. Powoli i stopniowo, aczkolwiek doszczętnie; do szpiku kości.
Podświetliłem ekran telefonu. Teoretycznie, chciałem sprawdzić godzinę. Praktycznie, sprawdzałem czy mam jakieś nowe wiadomości albo nieodebrane połączenia. Była osiemnasta siedemnaście i głucha cisza.
Kiedy byłem już wystarczająco przemarznięty, wstałem i ruszyłem w stronę, w którą kierowałem się zanim zboczyłem z trasy i poszedłem do tego piekielnego parku. Droga wyglądała prawie tak samo jak wcześniej. Z tą różnicą, że teraz szło mi się jeszcze ciężej. Wydawało mi się, że grawitacja ze zdwojoną siłą przyciąga, albo raczej przygważdża, mnie do ziemi. W rzeczywistości to chyba był mój strach i słabość. Wszystko na około wydawało się szare, smutne, ponure. Chociaż, może ja chciałem to tak widzieć. Ja byłem czarny.
        Dotarłem do swojego celu. Popatrzyłem na witrynę sklepu. Jeszcze przez chwilę lustrowałem ją dokładnie wzrokiem, jakbym podejmował ostateczną decyzję o przekroczeniu progu tego miejsca. Spojrzałem na swoje odbicie. Było niewyraźne, ale wystarczyło by dostrzec fioletowawe wory pod oczami, spowodowane ograniczoną ilością snu. Wystarczające, aby dostrzec, że płaszcz był ładny, ale zdecydowanie za duży i zwisał swobodnie na moich ramionach. Wystarczające, aby zobaczyć, że wyglądałem jak siedem nieszczęść z fatalnie ułożonymi włosami. Nacisnąłem na klamkę. Dzwonek dźwięcznie zabrzęczał, a pracownik stojący za ladą leniwie podniósł wzrok. Patrzyłem prosto na niego.
            Poczułem dziwne ukłucie w środku. Dokładnie takie jakie zazwyczaj pojawia się, kiedy słyszy się dźwięk ambulansu – masz świadomość tego, że coś jest nie tak, ale nie wiesz gdzie ani dlaczego. Wewnętrzny niepokój niemożliwy do uspokojenia.
 – Witam z powrotem – powiedział i uśmiechnął się lekko. – Powiedziała tak? – zapytał, ale chyba przyjrzał mi się dokładniej, bo szybko opuścił wzrok i wbił go w ziemię.
Moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz, a w moim umyśle, jak piłeczki pingpongowe, zaczęły odbijać się słowa „Maurice, ty masz za wielkie problemy”, w tle grały melodie z tej cholernej płyty. Ostatnim razem, kiedy tutaj byłem, szczęście niemal unosiło się w powietrzu. Teraz był tu tylko kurz i niepokój.
Rozejrzałem się na około w poszukiwaniu maszyny do pisania, którą kiedyś tutaj zastawiłem. Oddałem swój największy skarb, żeby zyskać coś jeszcze piękniejszego, a straciłem wszystko. Podszedłem bliżej do lady. Niepewnie wyciągnąłem pudełeczko z kieszeni, po czym przesunąłem je powoli w stronę starszego pana.
– W zamian za to, chciałbym moją maszynę do pisania – wydukałem słabym głosem.
Kiedy mężczyzna otworzył pudełko odruchowo wbiłem wzrok w stary zegar z kukułką, który stał za nim. Nie byłem gotów zmierzyć się z widokiem tego przeklętego kamienia.
– To jest warte dużo więcej – podsumował i znów spojrzał na mnie, ale szybko zrezygnował z patrzenia mi w oczy.
– Wiem – zacząłem. Nie było to zaskoczeniem; maszyna była warta grosze, nabyłem ją dawno temu w antykwariacie.  – Nie interesuje mnie to, chcę po prostu tę maszynę. Jest tu jeszcze ona?
– Naturalnie – odpowiedział, udając się na zaplecze.
Wracając przyniósł duże pudełko w kolorowe kwiaty, co nieco zbiło mnie z tropu.
– Proszę bardzo. – Postawił je na blacie. – Należy z powrotem do pana.
– Dziękuję – powiedziałem. Chciałem zmusić się do nawet najlżejszego uśmiechu, ale okazało się to niemożliwe do wykonania.
Zamknąłem pudełko leżące na ladzie. Siwiejący pan kiedy to zauważył gwałtownie wrzucił je do szuflady. Skierowałem się do wyjścia.
–  Trzymałem tę maszynę na zapleczu. Na wszelki wypadek, z takimi sytuacjami różnie bywa – powiedział zanim zdążyłem dotknąć klamki.
Odwróciłem się w jego stronę i mrugnąłem kilka razy, aby upewnić się, że naprawdę tutaj jestem. Wysłałem mu pytające spojrzenie.
– Ostatnim razem… – zaczął, ale zatrzymał się jakby szukał odpowiednich słów. – Mówiąc o niej, był pan taki szczęśliwy – wzdychając dokończył. Odniosłem wrażenie, że to zdanie pozbawiło mnie resztek tlenu znajdującego się w pomieszczeniu.
Pokręciłem przecząco głową, próbując się otrząsnąć. Byłem zdziwiony, że mnie zapamiętał. Moja ostatnia wizyta była oddalona o nieco ponad miesiąc wstecz.
– Naprawdę mi przykro. Ten pierścionek też zachowam. Będzie na pana czekał. Na wszelki wielki – zapewnił mnie.
Starałem się odgadnąć motywację tego człowieka, jednak bezskutecznie – nic nie przychodziło mi do głowy. Stwierdziłem więc, że pewnie przemawia przez niego żal. Było to bardzo możliwe, bo patrząc wtedy na mnie jedynym słowem, które cisnęło się na usta była żałość. Wiem to, gdyż było tak, nawet kiedy patrzyłem w lustro. Moje odbicie zdawało się być zniekształcone. Zupełnie, jakbym był imitacją siebie, jakbym powoli przestawał istnieć. Cały byłem pozalepiany żalem.
– Dziękuję, ale lepiej będzie, jeśli pan go po prostu sprzeda – odparłem, chociaż przyszło mi to z bólem niemalże rozdzierającym klatkę piersiową.
Pomieszczenie zaczęło przywoływać moją klaustrofobię. Czułem się jakby brakowało mi powietrza. Raptownie nacisnąłem na klamkę i wyszedłem.
            Wychodząc, od razu poczułem mroźne powietrze atakujące moje policzki, które momentalnie się zaróżowiły. Zacisnąłem uścisk na sporych rozmiarów kwiatowym pudełku, które trzymałem w ramionach. Chociaż w środku i na zewnątrz wciąż było niesamowicie zimno, to poczułem ulgę. Postawiłem pierwszy krok w śnieg, który wpadł do środka mojego buta. Było jeszcze zimniej. Wzdrygnąłem się, ale wciąż czułem ulgę.
            Rozejrzałem się dookoła, ani żywej duszy. Ciemno. Głucho. Wybuchnąłem śmiechem. Sam nie wiem dlaczego. Ze stresu i ze zmęczenia, chyba.
Rozczochrany koleś w czarnych spodniach i czarnym długim przydużym płaszczu z pudełkiem w kolorowe kwiaty. Na dodatek śmieje się do rozpuku.

Jaki werdykt?
Szaleniec, proszę państwa.
                                                                                                                                        
Uhu, planuję tutaj dłuższą historię, proszę Państwa. Trochę będę odszyfrowywać Maurice'a, który z pewnością do jakiegoś stopnia jest zagadką. Mam nadzieję, że tragedii nie ma. 

08/02/2016

2020. Fucked my way up to the top

Najlepszym momentem tuż po zakończonym występie jest sam ukłon. Wtedy po raz pierwszy na oczy występującego nie pada oślepiające światło i aktor ma możliwość faktycznie przyjrzeć się publiczności choć przez chwilę. Anthony uwielbiał kiedy jego emocje powoli opadały. Widział czasem znajome twarze, które kojarzył z Lower East Side, kiedyś nawet w jednym z pierwszych rzędów ujrzał starych znajomych z jego miasta, którzy przylecieli na urlop do NYC i przypadkiem zauważyli jego nazwisko w obsadzie jednej ze sztuk. Takich niespodzianek jednak nie lubił, ale dziś na szczęście nic negatywnie go nie zaskoczyło. Po krótkich ukłonach udał się za kulisy do małej garderoby, aby się przebrać, szybko odświeżyć i wrócić do mieszkania. W trakcie zdejmowania koszuli, w której występował w ostatnim akcie, ktoś zapukał do jego drzwi. Przecież one i tak nie miały zamka, pomyślał, wszyscy zawsze wchodzą bez ostrzeżenia.
— Proszę wejść. — powiedział wojskowym tonem, aby zażartować zapewne z kogoś z obsady. — I czuć się jak u siebie w domu… — ale kiedy zobaczył nieznajomą twarz mężczyzny około czterdziestki speszył się i wydusił — Przepraszam, myślałem, że to ktoś z moich znajomych. Kim pan jest?
— Pana występ był dziś świetny. Z dnia na dzień pokazuje pan coraz więcej. Gratuluję. — mężczyzna wyciągnął do niego rękę, na której Anthony zauważył drogi zegarek. Chłopak także podał mu swoją dłoń, stojąc prawie w całkowitym negliżu. — Nazywam się Tom Weaver i jestem agentem, który chciałby pana reprezentować. Przecież wie pan… — nie zdążył dokończyć, ponieważ Anthony wszedł mu w słowo.
— Ale ja nie szukam agenta. — utkwił swój zdziwiony wzrok w mężczyznę, po czym założył na siebie ubrania, w których miał udać się do domu. — Czy myśli pan, że aktor, który grywa w Off-Off-Broadwayowskich sztukach potrzebuje kogoś, kto będzie pobierał pięćdziesiąt procent jego gaży? Z czego wtedy będę się utrzymywał? — zaśmiał się, choć w głębi duszy zrozumiał, że była to gorzka prawda. Jeśli nie jest się znanym aktorem, takim jak, na przykład, Matthew Broderick, wcale nie zarabia się wielkich pieniędzy.
W tym momencie właściwie pożałował przeniesienia się do nieznanego mu miasta, gdzie pozornie większe pieniądze nie pozwalały mu na życie na wyższym poziomie. W Galveston zarabiał znacznie mniej, a mógł sobie pozwolić na więcej. Przynajmniej raz na pół roku był w stanie zafundować sobie tygodniowe wakacje w rejonie Morza Karaibskiego. Teraz, co najwyżej, może kupić sobie lunch w Carribean Taste niedaleko mieszkania. Westchnął na samą myśl o swojej przyszłości w mieście, które nigdy nie zasypia i postanowił wysłuchać co ma do powiedzenia stojący przed nim mężczyzna.
— Czy pali pan papierosy? Wolałbym dokończyć tę rozmowę na zewnątrz. Chciałbym w końcu wydostać się z teatru. Mimo tego, że uwielbiam grać, kurz we wszystkich zakamarkach doprowadza mnie do szału.
— Powietrze na ulicach wcale nie jest czystsze. — kolejny raz miał rację. — W takim razie wyjdźmy na zewnątrz.
Anthony pożegnał się ze wszystkimi z obsady, po czym dołączył do czekającego na niego mężczyzny. Dopiero w lepszym świetle zauważył, że jest on całkiem przystojny. I być może nawet trochę młodszy niż przypuszczał. Czarny golf i metaliczny, dopasowany garnitur oraz świetnie dobrane buty zrobiły na Anthonym wrażenie. Uśmiechnął się do niego i w trakcie, kiedy zwinnie przemieszczali się po korytarzach Westside, w swej sportowej torbie, którą prawie zawsze miał przy sobie, szukał swoich papierosów, aby po prawie trzy godzinnej przerwie od palenia móc zaciągnąć się wszystkimi trującymi substancjami, które paradoksalnie go relaksowały.
— Chyba będziemy musieli skoczyć do sklepu, gdyż papierosy się skończyły. — powiedział zrezygnowany, kiedy ujrzał pustą paczkę i pozostałości po tytoniu zwinnie przemieszczające się po wnętrzu jego torby.
— Nie ma takiej potrzeby. — tajemniczy mężczyzna wyciągnął srebrną papierośnicę z wygrawerowanym napisem for TW, V. xx — Proszę się poczęstować. Przecież nikt nie powiedział, że nie palę. W końcu w dzisiejszym świecie trzeba na coś umrzeć.
Nowels pozostawił to stwierdzenie bez komentarza i pchnął stare, drewniane drzwi, które prowadziły na zewnątrz. Tuż po ujrzeniu zjawiskowo prezentujących się wieczornych świateł, z przejeżdżającego niedaleko samochodu usłyszał głośno rozbrzmiewającą muzykę. Zdołał rozszyfrować tylko kilka wersów.


I fucked my way up to the top
This is my show
I fucked my way up to the top
Go, baby, go


Spojrzał na samochód, na którym widniała reklama StarLine Tours. Przez myśl przemknęło mu, że widział już kiedyś podobny samochód, z którym gdzieś w pamięci kojarzyła mu się owa piosenka. Żałował, że maszyna tak szybko zniknęła gdzieś w miejskiej otchłani.
— Tom… bo chyba mogę tak do ciebie mówić, prawda? Czy ty również jesteś sugar daddy, który łowi młodych aktorów i aktorki, aby ich wykorzystać? — zaśmiał się patrząc w niebieskie oczy mężczyzny. Zauważył, że ten odwraca wzrok. Podpalając papierosa zieloną zapalniczką, którą znalazł w kieszeni marynarki, dodał — Przepraszam, jeśli pana uraziłem. Czasem moje żarty wykraczają poza dozwolony poziom.
— Możesz mi mówić na ty, nie ma problemu. Anthony, prawda? — Tom podał mu rękę, która wydała się blondynowi trochę spocona. — Tom. — powiedział, jakby dla przypomnienia. — Bardzo możliwe, że preferuję inny humor. Jest także inne możliwe wytłumaczenie. — zalotnie podniósł brwi do góry i spojrzał w oczy swojemu rozmówcy. — Nie znam cię na tyle dobrze, aby móc ocenić co w twoim mniemaniu jest żartem.
Dobrze, a więc proponuję odłożyć żarty na bok i zająć się głównym tematem rozmowy. — wypuścił dużą dawkę dymu opierając się o budynek teatru, z którego co jakiś czas wychodzili ludzie i spoglądali w jego stronę. — Nie mam zbyt wiele czasu, jestem zbyt zmęczony, aby sztucznie przedłużać tę konwersację. Im szybciej skończymy, tym szybciej znajdę się tam, gdzie powinienem być.
— Właściwie — rozpoczął z pewnym siebie tonem — to chciałbym cię zaprosić dziś wieczorem na kolację, aby przedstawić szczegóły propozycji. Chyba nie sądzisz, że zdążę wyłożyć wszystko, co mam do powiedzenia w dziesięć minut podczas przerwy na papierosa. — skwitował, wręczając mu wizytówkę z numerem telefonu. Widniał na nim także napis manager/press agent.
— W takim razie miejmy nadzieję, że w ogóle będziesz miał coś do powiedzenia. — uśmiechnął się przekornie i zabrał wizytówkę chowając ją do portfela. — Czy pasuje ci godzina dwudziesta druga? Wcześniej nie zdołam się wyrobić.
— Wyślij na numer telefonu swój adres, zamówię po ciebie samochód. — spojrzał na Anthony’ego onieśmielającym wzrokiem osoby, która miałaby ochotę go zerżnąć tu i teraz. — I ubierz się w garnitur.
Nie odpowiedział już nic tajemniczemu mężczyźnie i założył słuchawki, z których po chwili rozbrzmiewać zaczęła płyta Coming Home Kristin Chenoweth. Szczerze powiedziawszy, sam zaskoczony był swoją postawą w stosunku do Toma. Nigdy wcześniej nie rozmawiał w ten sposób z nieznajomym, nikt wcześniej nie wysyłał po niego samochodów pod jego mieszkanie. Mieszane uczucia i dziwne myśli kłębiły się w jego głowie aż do samego końca drogi do mieszkania. Spojrzał na zegarek, była już dwudziesta pierwsza dziesięć. Mało czasu, pomyślał, mam tylko kilkadziesiąt minut, aby się przygotować.
Po gorącym prysznicu i prasowaniu koszuli, czego z całego serca nie znosił, usiadł na chwilę, aby zebrać myśli. W jego głowie nadal brzęczały słowa piosenki, którą usłyszał na ulicy, kiedy stał wraz z Tomem przed teatrem, w którym pracował. Oprócz brzęków w głowie, usłyszał także dźwięk SMSa, którego natychmiast odczytał. Samochód już jedzie, będzie tam za dziesięć minut. Widzimy się w restauracji. Tx. W pośpiechu rzucił się, aby zakładać wszystkie części garderoby, po czym ruszył na sam dół, aby zapalić jeszcze jednego papierosa z niedokończonej paczki, którą znalazł na półce z książkami w wynajmowanym mieszkaniu.
Czekał z niecierpliwością jeszcze pięć minut, aż w końcu czarny, długi samochód zatrzymał się przed wejściem do jego bloku mieszkalnego. Kierowca opuścił szybę i zapytał:
— Tony Nowels?
— Anthony. — poprawił go chłopak. — Nie znoszę, kiedy ktoś zdrabnia moje imię.
— Wsiadaj.
Anthony otworzył drzwi i wsiadł na tylne siedzenie luksusowej maszyny. Spojrzał na zegarek. Brakowało jeszcze kilku minut do dwudziestej drugiej. Wybrał znany mu numer na klawiaturze telefonicznej i nie zwracając uwagi na przyglądającego mu się kierowcę, mówił do słuchawki:
— Dobry wieczór — przerwał na chwilę. — tak, wiem, że jest już późno, ale chciałbym choć na chwilę porozmawiać z Geeną Nowels, jeśli jest to możliwe. Bardzo proszę, zajmie mi to tylko dwie minuty… — kontynuował i po chwili uśmiechnął się do siebie. — Syn, Anthony Nowels. Numer pacjenta to 4568. — oczekiwał w napięciu na odzew osoby po drugiej stronie słuchawki. — Dziękuję pani bardzo. Mamo? Mamo, to ja Anthony. Tony… — spuścił głowę, aby kierowca nie dostrzegł łez, które pojawiły się w jego oczach. — Chciałem ci tylko powiedzieć, że bardzo cię kocham. — łza spłynęła mu po policzku. Pociągnął głośno nosem, po czym dodał — Niedługo przyjadę do ciebie. Tak, wiem, twoje ulubione Magic Stars. — szepnął do słuchawki, po czym przycisnął czerwony guzik na klawiaturze i schował telefon do kieszeni spodni. Otarł łzę spływającą po swoim policzku, po czym zapytał kierowcy. — Gdzie w ogóle jedziemy?!
— Proszę. — mężczyzna podał mu chusteczkę higieniczną. — 151 W. 51st Street, Le Bernardin, sir. — uśmiechnął się z przekąsem.
— Dziękuję. — Anthony otarł twarz i nos, po czym zmieszany spojrzał w stronę kierowcy i dodał — Czy to nazwa restauracji? Le Bernardin?

— Sam może się pan przekonać, właśnie dotarliśmy na miejsce.
Podziękował i wyszedł zatrzaskując za sobą drzwi.
Jego oczom ukazały się oszklone wnętrza restauracji i pozłacane drzwi, w stronę których zmierzał. Nieśmiało wszedł do środka i nie zdążył się nawet rozejrzeć, gdy jakaś kobieta zapytała:
— Witamy w Le Bernardin. Czy ma pan rezerwację?
— Sądzę, że mężczyzna, z którym się umówiłem już na mnie czeka.
— W takim razie poproszę o jego imię i nazwisko. — kobieta uśmiechnęła się subtelnie, spoglądając niepewnie na chłopaka.
— Tom Weaver. — wyszeptał mężczyzna, patrząc prosto w jej oczy, co wyraźnie speszyło kobietę.
— Zapraszamy, pan Weaver już na pana czeka.
Podążał śladami elegancko ubranej kobiety. Była Azjatką, a jej ciemne włosy świetnie komponowały się z sukienką, na której widniał napis Oscar de la Renta. Gdzie ja jestem, pomyślał, przecież jej strój kosztuje przynajmniej trzydzieści razy więcej niż mój garnitur.
— Anthony. Co za niespodzianka, bardzo dobrze wyglądasz. — Tom przywitał się z nim, ponownie podając mu rękę.
— No nie wiem, czy faktycznie mógłbym nazwać to niespodzianką, szczególnie, że przed godziną ustaliliśmy, że się zobaczymy. — posłał mu złowieszczy uśmieszek i usiadł na krześle, które więcej wspólnego miało z tronem królowej Elżbiety II, niż z meblami, z którymi miał do czynienia na co dzień.
— Oto menu, dam państwu chwilkę… — kelnerka podała pięknie zdobioną kartę i odeszła.
Kiedy Anthony spojrzał na cennik, wybałuszył oczy ze zdziwienia i rzucił w stronę mężczyzny siedzącego naprzeciw niego:
— Mam nadzieję, że płacisz, bo aby wypić tu lampkę wina, musiałbym zrezygnować z mieszkania i znaleźć sponsora. — rzucił, by upewnić się co do intencji mężczyzny.

— Spokojnie, wybierz to, na co tylko masz ochotę.
Po krótkim zastanowieniu w kompletnej ciszy, obaj podali kelnerce nazwy dań i napojów, które wybrali, po czym bez zastanowienia Tom wyciągnął papiery ze stojącej obok teczki i rozpoczął swój wywód.
— Jako agent proponuję ci występ najpierw w sztuce Off-Broadway, po której gwarantuję nominację do Drama Desk Awards. Mam nadzieję, że wiesz, co to takiego. — dorzucił złośliwie i nie czekając na odpowiedź partnera, kontynuował. — Po tej nagrodzie - występy w najlepszych sztukach na Broadwayu masz już gwarantowane. Wiąże się to z wielkimi pieniędzmi, dostatnim życiem, ale i wieloma obowiązkami. — dłoń Toma powędrowała na udo Anthony’ego. Przedstawienie przerwała im kelnerka, która przyniosła wino i przystawki.
— Co masz na myśli mówiąc o b o w i ą z k i? — w jego wzroku można było wyczuć strach.
— A więc… — Weaver ponownie rozpoczął od przysunięcia swojej dłoni trochę wyżej niż ostatnio. — Myślę, że możesz się domyślić o jakich obowiązkach mówię. Jesteś mądrym chłopakiem.
Anthony ze złością zrzucił dłoń Toma na jego własne udo i ze łzami w oczach zwrócił się do niego:
— Proponujesz mi nagrodę i wielką karierę w zamian za to, że będziemy się bzykać w twoim luksusowym apartamencie z widokiem na Central Park?
— Mądry chłopiec. — tym razem jego noga powędrowała między nogi Nowelsa.
Anthony chciał zerwać się z krzesła, ale Tom zatrzymał go, łapiąc zdecydowanie za ramię.
— Myślę, że chciałbyś częściej odwiedzać mamę i grób swojego byłego chłoptasia w Galveston, prawda? W końcu jesteś, hm… jak to było… hidden treasure of the island. — wypowiadając swe ostatnie słowa, rękoma pokazał znak cudzysłowu, aby podkreślić skąd posiada tak liczne informacje na temat chłopaka.
— Jesteś obrzydliwy… — szepnął przez łzy, nie mogąc wydobyć z siebie głośniejszego tonu i wstając potrącił kelnerkę, która upuściła zamówione przez nich potrawy prosto na Toma. Wybiegł przed restaurację jak najszybciej potrafił i złapał taksówkę. Kiedy otwierał drzwi, usłyszał znajomą piosenkę i spojrzał na ulicę, po której mknął samochód z napisem StarLine Tours.
— Gdziekolwiek … — zdołał wybełkotać, dławiąc się własnymi łzami. W jego głowie nieznośnie brzęczały słowa fucked my way up to the top.