Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

31/03/2013

1933. Inni grają moim losem, ja milczę jak pies.


W ramach lekkiego rozruszania bloga, Rachel (wcielona w Coltera w pierwszym fragmencie i Jeffreya we fragmencie trzecim) i Frank zapraszają na taką oto niewinną notkę. W tytule niezawodny Maleńczuk i jego 'Gdzie są przyjaciele moi?'. Na grafikach (Rejczel nie umie fotoszopów) gościnnie Sean Bean i Viggo Mortensen.




O czym ci idioci zwykle zapominają?
Colter Stevens robi przegląd milionów zaksięgowanych w pamięci informacji, poszukując odpowiedzi na to proste pytanie. Nawet bardzo proste, jeśli wziąć pod uwagę, że przez ostatnie piętnaście lat brał udział w kilkuset dochodzeniach dotyczących morderstw. Wieloletnia służba w najbardziej podłej części miasta gwarantuje mu znakomitą podstawę teoretyczną, zapewnia boską wręcz nieomylność, dodaje pewności siebie, chociaż tej nie brakowałoby nawet i bez ogromu wiedzy, którą Colter Stevens od kilku godzin sukcesywnie analizuje. Kapitan Colter Stevens, bo to właśnie dwóch złotych belek dosłużył się, doprowadzając pod sąd rozwrzeszczanych Latynosów, którzy z tak wielką zajadłością mordują się nawzajem w tej obrzydliwej dzielnicy. Od śpiewnej hiszpańskiej wymowy chce mu się rzygać nie od dziś. Na szczęście on ma nad tym meksykańskim plebsem ogromną przewagę i nie ma najmniejszego zamiaru dorównywać do nich swoich szans. Colter Stevens nie popełni błędu, korzystając z dorobku tych, którzy popełnili ich setki, pozwalając policji bez większego wysiłku dotrzeć do sprawcy i zrobić z nim to, co należało zrobić z pseudo-legalnym imigrantem – wsadzić za kratki, najlepiej po deportacji z powrotem za mur na granicy z Meksykiem.
O czym ci idioci zwykle zapominają?
Porzucają narzędzie zbrodni w tak kretyńskim miejscu, że odnalezienie go trwa dziesięć minut. Zostawiają odciski palców gdzie tylko się da. Nagle znikają, nie informując o tym nikogo, co w oczywisty sposób ściąga na nich podejrzenia. Rozpieprzają swoje DNA w każdej możliwej formie po miejscu zbrodni, nie zdając sobie z tego nawet sprawy. Pozwalają się gryźć, drapać i okładać ofierze. Nie potrafią odpowiednio, czyli skutecznie, ukrywać śladów. Nie zwracają uwagi na to, że każdy przypadkowy przechodzień potencjalnie może w przyszłości świadczyć przeciwko nim. Działają pod wpływem impulsu, a rozemocjonowany morderca rozrzuca tropy dla glin na prawo i lewo. Nie potrafią realizować planu, jeśli w ogóle wysilą się, żeby go ułożyć. Są pozbawieni samokontroli, która pozwoliłaby im nie spierdolić sprawy. Nie mają zielonego pojęcia o technikach stosowanych podczas śledztw, więc nie są w stanie przygotować planu, który pozwoli im ze stuprocentową skutecznością wyprowadzić psiarnię w pole. Robią miliony innych, równie idiotycznych, rzeczy, gwarantując sobie przynajmniej kilkanaście lat oglądania świata w kratkę.
Ale to nie grozi Colterowi Stevensowi. On ułożył plan zbrodni doskonałej. Zbrodni nie do wykrycia, nie do wyjaśnienia i nie do rozszyfrowania. Po tylu latach potrafi myśleć jak idealny morderca, którym stanie się kilka minut po tym, jak jego żona wróci do domu ze spotkania z kochankiem.
Colter Stevens jednak nie wie jeszcze, jak wiele luk jest w jego planie, jak wiele śladów po sobie zostawi i jak wiele nie zależy w tym wszystkim od niego, chociaż sam nadal  trwa w świętej pewności sukcesu.


*


Nigdy nie twierdził, ze jest dobrym człowiekiem. Pospolite 'dzień dobry' i 'do widzenia', rzucane sąsiadom w pośpiechu, nie zaliczało go przecież do tych grzecznych i ułożonych mieszkańców Nowego Jorku. Nie pomagał starszym paniom wsiadać do metra i nie oddawał piłek dzieciakom, które przez nieuwagę wrzuciły ulubioną zabawkę tam, gdzie nie powinny. Nie był nawet dobrym mężem, bo to co wyrabiał czasem w domu, przechodziło ludzkie pojęcie. Rachel musiała mieć złotą cierpliwość, znosząc wszystkie wyzwiska i nagłe wybuchy gniewu swojego męża. Frank nie był dobrym człowiekiem, ale był dobrym policjantem i jeszcze lepszym przyjacielem. Colter był dla niego jak brat. Razem się wychowywali, razem siedzieli za karę po lekcjach i wspólnie uciekali ze szkoły, przy każdym sprawdzianie z matematyki. Dałby sobie za niego rękę uciąć, był gotów skoczyć za nim w ogień i, jak się później okazało, był gotów zmarnować swoje życie... Ale tą historię należałoby zacząć od stosownego początku, który być może chociaż trochę wyjaśniłby złożoność całego przedsięwzięcia, w którym Frank, bez mrugnięcia okiem wziął udział, narażając się tym samym na zdegradowanie, zamknięcie w areszcie i potencjalny rozwód z całym światem.
Wieczór siódmego marca nie zwiastował niczym nadchodzących kłopotów. Frank, utartym zwyczajem, usiadł przed telewizorem, a Olbrzym położył głowę na jego kolanach, domagając się należnych mu pieszczot. Kto by pomyślał, że tak wielka bestia, pies policyjny z wieloma zasługami, czasem zachowywał się jak zwykły szczeniak i wariował z radości, jak tylko jego pan głaskał go za uchem. Siedział więc, oglądając film, popijając chłodne piwo i od czasu do czasu sprzeczając się z żoną. I miał wielką nadzieję, że nic nie zepsuje mu ideału tego dnia. Jak bardzo się mylił, dowiedział się już kilka godzin później. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Ze snu wyrwał go telefon, po omacku starał się więc znaleźć źródło hałaśliwych dźwięków i uciszyć je możliwie jak najszybciej; nie co dzień przecież śni mu się Salma Hayek, do tego robiąca mu loda na plaży. Mruknął kilka słów zaspanym głosem, a już chwilę później zbiegał po schodach, zakładając na siebie w pośpiechu kurtkę. Colter brzmiał nad wyraz spokojnie, ale w spokoju jego głosu było coś tak niepokojącego, że Frank bał się zadać jedno zasadnicze pytanie: coś ty w zasadzie zrobił? Odpowiedź wcale go nie uspokoiła. Musiał zatrzymać się na samym dole schodów, bo to co usłyszał kilka sekund wcześniej, kompletnie zbiła go z tropu.
- Zabiłem ją Frankie. Udusiłem kablem i leży teraz obok szafki. Przyjdź do mnie, pomożesz mi sprzątnąć ten burdel.
Każdy normalny człowiek w tym momencie zadzwoniłby po policję. Każdy, tylko nie Frank, który wpakował swój tyłek do ciemnozielonego golfa i ruszył spokojnymi uliczkami Nowego Jorku w stronę mieszkania Coltera. Pierwsza chwila zwątpienia dopadła go na czerwonym świetle, trzy przecznice od miejsca docelowego. Spojrzał wtedy na wyświetlacz swojego telefonu i dotarła do niego brutalna prawda - zmierzał właśnie tam, skąd nie było już odwrotu. Jechał wprost po zniweczenie jakichkolwiek planów, po absolutne szaleństwo, po koszmar, który miał się dopiero rozpocząć. Głośna muzyka szybko zagłuszyła głos rozsądku i już po kilku minutach stał nad ciałem Lily i tępo wpatrywał się w jej zamknięte powieki. Jeszcze niedawno śmiała się z nim stojąc na balkonie, jeszcze niedawno odpalała jego papierosa i wspominała jak w dzieciństwie spadła z huśtawki i rozwaliła sobie głowę. Teraz leżała martwa, z białym kablem owiniętym wokół szyi, a on bez zbędnych skrupułów pakował jej ciało do czarnego worka. Nie było to miejsce gdzie chciał ją widzieć, tak samo jak nie był nim bagażnik siedmioletniego citroena, którym jeździł Colter. Ale przecież znali się na tym, rozwiązali nie jedną sprawę i doskonale wiedzieli, jak powinni postąpić, żeby nie wzbudzić żadnych podejrzeń. Przede wszystkim musieli znaleźć dobre alibi. Nie musieli myśleć na tym zbyt długo, bo było jedno miejsce, w którym bywali na tyle często, że było absolutnie wiarygodne. Frankowa piwnica zapraszała ich średnio trzy razy w tygodniu, bo tam nie musieli wysłuchiwać gderania Rachel na temat szkodliwości alkoholu, który spożywali w nadmiarze. Tego wieczora był mecz, przecież mogli kibicować drużynie, pijąc przy tym zbyt dużo wódki i od czasu do czasu wrzucać na ekran dobre porno z ciemnoskórą aktorką, która wypinała się w ich stronę prezentując wszystkie wdzięki, jakimi obdarzyła ją Matka Natura. Po drugie grób. Nie mogli pozwolić sobie na tradycyjne kopanie grobu, bo nie mieli na to ani czasu ani ochoty. Mieli za to wielki kamień i doskonałą rzekę, w której nie znaleziono by nawet wraku Titanica, a co dopiero zwłok drobnej kobiety, która spokojnie czekała na swoje przeznaczenie w ciemnym bagażniku. Po trzecie plan na przyszłość. Frank miał tylko wrócić do domu i grzecznie zamknąć pysk, resztą miał zająć się Colter. Zdecydował, że koło południa zadzwoni do większości szpitali w mieście, potem popyta sąsiadów czy przypadkiem nie widzieli jego małżonki, a dopiero późnym wieczorem zagra zrozpaczonego męża na posterunku policji. Plan był idealny, więc wszystko musiało pójść zgodnie z nim. Oboje nie przewidzieli jednak jednej prostej rzeczy: wyrzutów sumienia, których Frank doświadczył już kilka chwil po wrzuceniu zwłok Lily do rzeki.
Zawsze mu się wydawało, że co jak co, ale tłumienie wyrzutów sumienia opanował do perfekcji. Nie miał ich przecież, jak podnosił rękę na swoją żonę, więc dlaczego miałby mieć na myśl o martwej żonie przyjaciela? Ale sprawa nie była tak prosta, jak mogłoby się wydawać na początku. Nagle nerwowo reagował na każde spojrzenie, na każdy gest i każdy dzwonek telefonu, mogący sugerować, że odnaleziono zwłoki Lily. Z maniakalną wręcz gorliwością oglądał wiadomości i słuchał radia, jakby miało mu to pomóc w wygłuszeniu nerwów, które narastały w nim od pamiętnej nocy z siódmego na ósmego marca. Rachel próbowała dowiedzieć się, co się dzieje, ale jedyne co dostawała w zamian, to kolejne awantury i kłótnie, tym razem o najmniejsze nawet błahostki. Sen również nie był wybawieniem. Frank zapomniał już jak to jest spać snem sprawiedliwego, więc jedyne co robił to przewracał się z boku na bok, albo chodził po mieszkaniu, mając nadzieję na choćby pięć minut spokoju od własnych myśli. Nic takiego nie przychodziło, więc siadał na podłodze w łazience i modlił się o cofnięcie czasu, o zbawienie przeklętej duszy i o to, żeby Lily w końcu przestała przychodzić do niego w śnie. Tydzień po zdarzeniu wziął urlop, bo funkcjonowanie w jego stanie nie było możliwe. Nie mógł skupić się na prowadzonych sprawach, zasypiał za kierownicą i nie potrafił skojarzyć najprostszych nawet faktów, a co jak co, ale umiejętność skupienia uwagi jest jedną z podstawowych cech, które powinien mieć policjant. Po kilku dniach ciągłego myślenia o tym co zrobił, zaczął przypominać zombie wprost z amerykańskich tanich filmów grozy. Rachel chciała pomóc, ale jak mogła to zrobić, skoro szanowny małżonek nie raczył poinformować jej, co się stało? Przynajmniej nie na początku, upewniając się w duchu, że to dla jej dobra. Im mniej wiesz, tym dłużej żyjesz - złota zasada sprawdzała się w tym wypadku idealnie. Robił to przecież dla jej dobra, niczym wyśniony rycerz wprost z kart baśniowych książek, stał na straży czystości jej sumienia, sobie nie pozostawiając żadnej nadziei. Coś jednak w nim pękło, to musiało się w końcu stać, bo mimo że myślał że jest człowiekiem z marmuru, wcale nim nie był. Późną nocą zwierzył się jej z najmroczniejszego sekretu, który powoli wyżerał jego wnętrze, był gorszy niż wszystkie choroby i palił jak żywy ogień. Rachel milczała dłuższą chwilę, po czym szepnęła wprost do jego ucha najpiękniejsze słowa, jakie mógł usłyszeć w tych okolicznościach: Damy sobie z tym radę, nie jesteś sam.



Komisarz Jeffrey Johnson to legenda nowojorskiej policji. Człowiek zdecydowanie zbyt kapryśny, niestały i nieprzewidywalny, żeby zaskarbić sobie sympatię lub choćby zyskać minimum zaufania kogokolwiek poza podobnymi jemu mendami o twardym spojrzeniu i tendencji do nonszalancji. Zresztą bardzo dokładnie przemyślanej nonszalancji. Chociaż w rankingu najbardziej gorliwych policyjnych dupowłazów Jeffrey Johnson może liczyć jedynie na przegraną walkowerem, to właśnie on jest pierwszy na liście do awansu, on ma wytworny gabinecik w głównej siedzibie wydziału kryminalnego i on kołysze na piersi kolekcją orderów podczas dorocznych parad służb mundurowych. On jest kandydatem do doczekania emerytury na stołku szefa wszystkich szefów, on ma w kryminalnej papieską nieomylność i on może odzywać się niepytany podczas narad najwyższego dowództwa.  Kłamie, kiedy mówi o sobie, ma obsesję tajemniczości i nie jest dobrym człowiekiem, dopóki nie wyjdzie z pracy i nie znajdzie się w otoczeniu pierwszej i ostatniej żony i czwórki swoich, w większości już dorosłych, dzieci.
Jeffrey Johnson rozdaje karty, ale to nie w roli dyspozytora poleceń czuje się  najlepiej. Jego drugi dom to kilka pokoi przesłuchań, którymi dysponuje wydział. W lokalnej mitologii jest bogiem świata podziemnego, apodyktycznym królem kilkunastu bezokiennych pomieszczeń, którymi włada niepodzielnie od ponad dziesięciu lat, a o jego metodach wydobywania informacji krążą legendy. On sam nie pali się do potwierdzania lub sprostowywania historii, ocierających się nierzadko o fikcję literacką, bo to właśnie one gwarantują mu dokładnie taki pijar, jakiego sobie życzy. Nikt w końcu nie będzie zawracał mu dupy pierdołami, skoro wcześniej nasłucha się konspiracyjnych szeptów o jego gestapowskich zwyczajach. Gdyby kiedykolwiek miał się zająć zmienianiem opinii społeczności na choć odrobinę bliższą prawdzie, zacząłby od stwierdzenia, że jego miejsce urodzenia nakazuje jego metody nazywać raczej bolszewickimi. W końcu na świat przyszedł w Stalingradzie, zaledwie kilka dni przed tym, kiedy ów stał się Wołgogradem.
Jeffrey Johnson chce jeszcze kiedyś przeżyć moment, w którym coś go w kwestii zawodowej zaskoczy. Chce jak trzydzieści lat temu wyrzygać niemalże swój kręgosłup po powrocie do mieszkania po spędzeniu swoich pierwszych godzin na prawdziwej, rasowej akcji. Jego znieczulica przekracza wszelkie możliwe granice i musi się powstrzymywać od obojętnego wzruszenia ramionami na widok miejsc nawet najbardziej bestialskich i okrutnych zbrodni. Nie przerażają go potwory w ludzkiej skórze, nie przerażają morderstwa dokonane na najbardziej niewinnych istotach, nie przerażają dokładne relacje wykolejonych sprawców, nie przerażają ich obłąkane spojrzenia. Boi się czasem jedynie siebie. Lub raczej – o siebie.

Współczesny Hades nie może się nadziwić, jak dwóch doświadczonych policjantów jest w stanie odwalić taką okrutną partaninę. Operując tylko i wyłącznie kwestiami technicznymi i opierając się na zebranym materiale, rozpracowuje minuta po minucie przebieg zdarzeń, które miały miejsce w nocy z siódmego na ósmego marca bieżącego roku. Sprawa żony kapitana Stevensa przez pierwsze dziesięć dni wyglądała kiepsko, jeśli spojrzeć z perspektywy możliwości rozwiązania zagadki jej niespodziewanego zaginięcia. Dopiero kiedy z rzeki Hudson wyłowiono jej ciało, któryś kretyn wpadł na pomysł, żeby przekazać sprawę do góry i takim oto sposobem komisarz Johnson może teraz spokojnie przeglądać wyniki pracy swojego zespołu. Mógłby od razu wydać nakaz aresztowania obu koleżków, jednak tylko Stevens grzeje już pryczę w areszcie, a Subercaseux ma szansę skalkulować zyski i straty po raz kolejny, żeby dojść do wniosku, że nic nie opłaca mu się bardziej niż wyśpiewanie całej prawdy. Z takim założeniem Jeffrey Johnson zjeżdża windą do podziemi i pięć minut przez planowanym momentem rozpoczęcia przesłuchania zasiada za biurkiem.
Subercaseux pakuje się do pomieszczenia, bez pukania, bez dzień dobry, bez miłego dnia, nawet bez spierdalaj. Rozsiada się całym sobą na tym niewygodnym krześle, emanuje pewnością siebie. Ale już nie tacy płakali tu jak dzieci, marzyli o gryzieniu ścian i wydawali z siebie zwierzęce wrzaski rozpaczy. Oświetlony chłodnym blaskiem dwóch świetlówek pokój jest wręcz stworzony do oglądania porażki takich pewnych siebie niemal czterdziestoletnich chłoptasiów, którzy przyłażą, wyciągają z kieszeni paczkę papierosów i ogłada odchodzi w niepamięć, bo przecież oni są silni, mocni i niepokonani. Komisarz Johnson odkłada lekcję  kultury osobistej na inny termin, w końcu sam też nie zerwał się z miejsca ułamek sekundy po tym, jak Subercaseux nacisnął klamkę.
Johnson zakłada ręce na piersi, kiedy szanowny pan kapitan zaczyna dyskusję o możliwości lub niemożliwości palenia w tym miejscu Postawa zamknięta, policyjna specjalistka od mowy ciała właśnie składałaby wniosek o cofnięcie mu premii, gdyby widziała to karygodne zachowanie. Ale on tu przecież dzisiaj przylazł, bo chciał być miły dla kapitana Subercaseuxa i dać mu szansę na przyznanie się do oczywistej winy. Akty łaski na ten miesiąc wyczerpane, wykup kolejny pakiet, aby grać dalej i udowadniać, że jednak jesteś czasem człowiekiem.
 Nie zmienia swojej zdystansowanej postawy, nie dokłada też kolejnych cegieł do pokaźnego muru, który już na wstępie wyrósł pomiędzy nimi spod ziemi i teraz mogą się słyszeć, mogą się widzieć, ale nie mogą stworzyć niczego przypominającego relację dwójki ludzi. Johnson nie chce współpracować, to zadanie Subercaseuxa, jego perspektywa obowiązkowych wakacji za kratami i jego ostatnia szansa. Gdyby pan komisarz był bardziej ludzki, manifestowałby właśnie swoją chęć pomocy w realizacji tych możliwości, a tak to tylko siedzi, wpatruje się natarczywie w twarz przesłuchiwanego i jakby beznamiętnie rzuca w eter kolejne słowa.
Ale przede wszystkim słucha. Słucha, jak Subercaseux próbuje go przekonać, że był w trzech miejscach jednocześnie, że Colter Stevens tylko głośno szczeka, a do ataku nie ruszy za nic na świecie, że jego żona była większą kurewką, niż się Johnsonowi i wszystkim dookoła wydaje, że on i Stevens do rana oglądali mecz rugby i najwyższej klasy porno z Murzynkami, chlali do upadłego i napierdalali mieczem w potwory wprost z ekranu komputera, a to wszystko przy wtórze największych przebojów rocka lat osiemdziesiątych. Johnson zdaje sobie sprawę, że przesłuchania to nierzadko wielkie starcie aktorskich gigantów, chociaż nieczęsto trafia na godnego przeciwnika. I ten niczego wyjątkowego nie jest mu w stanie zaserwować w tym surowym pokoju, wczesnym popołudniem dwudziestego ósmego marca. Nie chce też skorzystać z niepowtarzalnej okazji zdobycia przychylności – plącze się i mota w zeznaniach, zawzięcie zaprzecza faktom, brnie w oczywiste kłamstwo bez mrugnięcia okiem, choć Johnson zawraca go twardymi dowodami ze ślepych zaułków, do których Subercaseux uparcie wraca. Wraca do meczu, wraca do całonocnej popijawy, wraca do komicznej deklaracji niewinności ich obu.
A komisarz punktuje wszystkie jego desperackie próby ukrycia prawdy. Ma do dyspozycji nagrania z miejskiego monitoringu, na których wyraźnie widać, jak Subercaseux o po czwartej nad ranem mknie przez niemalże puste ulice. Ma go uchwyconego przez kamerę przemysłową, jak wchodzi do klatki schodowej, gdzie jedno z mieszkań zajmuje Colter, i do niedawna również Lilyanne, Stevens. Ma zdjęcia absolutnie zakurzonego, niepodłączonego kabla od telewizora z piwnicy Subercaseuxa. Ma billing telefonu Stevensa, z którego jasno i wyraźnie wynika, że kilka minut po czwartej zadzwonił do swojego kumpla. Ma raporty z zeznań sąsiadów, którzy potwierdzili furiackie zapędy głównego podejrzanego i fakt, że w czasie, kiedy dokonano morderstwa, prawdopodobnie był on w domu. Ma potwierdzenie, że na przedłużaczu, od którego kablem uduszono Lilyanne Stevens, znajdowały się odciski palców jedynie jej i jej męża. Ma ślady DNA obu panów, odnalezione w miejscach tak oczywistych dla kwestii sprawstwa, że nie może być nawet mowy o wątpliwościach.
- Jesteś żałosny ze swoją ślepą lojalnością. On by mógł i twoją żonę zarżnąć, a byś go bronił jak największej świętości. Gówno na ciebie leci, Frankie. Za składanie fałszywych zeznań już masz zapewniony wyrok, ze współudziału i ukrywania popełniania przestępstwa się nie wykpisz swoimi gadkami, nawet kłamać dobrze nie potrafisz. Kumple na śmierć i życie, myślał by kto.
- Po pierwsze, nie Frankie, tylko Frank. Po drugie, chuj ci do mojej lojalności. Po trzecie, jeszcze niczego nie udowodniliście, ani jemu ani mnie, więc tego się póki co trzymajmy.
- Od udowadniania jest sąd, ja jestem od kolekcjonowania dowodów, a tych mam dostatecznie dużo, żeby i ciebie i jego wsadzić do pudła, jeśli dalej będziesz szedł w zaparte.
- Czego ode mnie oczekujesz?
- Tylko tego, że przestawisz przekonującą wersję wydarzeń z nocy, o której rozmawiamy, biorąc pod uwagę wszystkie te informacje, które w trakcie przesłuchania ode mnie otrzymałeś w prezencie. Mam jeszcze kilka w zapasie i życzę ci, żeby twoja relacja była zgodna z tym, co ja mam w zanadrzu.
Frank Subercaseux zapala papierosa i milknie. Johnson czuje się teraz idiotycznie, stojąc nad nim z rękoma opartymi o blat biurka i wyczekującym spojrzeniem ciemnoniebieskich oczu. W którymś momencie uniósł się, wypierdolił pięścią w stół i od tamtej pory próbował rozchodzić swoje zdenerwowanie, żeby jakiekolwiek jego oznaki nie przecisnęły się na chłodną i stanowczą powierzchnię. Żeby zwalczyć to dziwne wrażenie, podchodzi do stojącego za plecami Subercaseuxa krzesła i siada na nim, czując się fatalnie z tym, że ucieka przed jego wzrokiem.  


*


- Chce rozmawiać z Rachel... Słuchaj, nic cię to nie kosztuje. Daj mi pięć minut rozmowy... Nic więcej... O nic więcej cię nie proszę... Pięć minut. - spojrzał na niego niemal błagalnie i musiał przyznać sam przed sobą, że nigdy nie spodziewał się, że ten rodzaj 'błagania' kiedykolwiek wypłynie z jego ust. Potrzebował jej jak nigdy przedtem. Potrzebował jak powietrza, którego brakowało mu coraz bardziej przy każdym przenikliwym spojrzeniu Johnsona. Cisza trwała zbyt długo i zdawać by się mogło, że ta cisza wrzeszczy w jego głowie niesamowicie, prosząc go tym samym, by w końcu przyznał się do tego, co się stało. Cisza wierciła dziurę w jego głowie, więc po kolejnej chwili milczenia ze strony komisarza, jedynie zatkał sobie uszy i mocno zacisnął powieki. – Pięć minut i obiecuje, że powiem ci to. co chcesz usłyszeć.- Kroki Johnsona odbiły się głośnym echem w pokoju przesłuchań. Frank nie spodziewał się tego, że Rachel faktycznie przekroczy drzwi pokoju, ale to właśnie ona stała w progu chwilę później. Przebiegu tej rozmowy prawie nie pamięta, jedyne co wciąż dudni mu w uszach, to jego zapewnienia o miłości i ciągłe przeprosiny kierowane w jej stronę. Dla Franka było jasne, że jeśli Colter potrzebował pomocy i to jego zadaniem było mu pomóc. Krótka piłka, dla przyjaciół w końcu wszystko, nawet jeśli 'wszystkim' było gnicie w więzieniu za utrudnianie śledztwa i współudział w zabójstwie, bo Frank doskonale wiedział, że takie właśnie zarzuty usłyszy od Johnsona, gdy opowie mu prawdę na temat wydarzeń z tamtej pamiętnej nocy. Czy widząc łzy na twarzy żony żałował tego co się stało? Nie umiał odpowiedzieć sobie na to pytanie, nie wiedział co ma o tym myśleć ani co myślą na ten temat inni. Nie chciał słyszeć cichego głosu Rachel i jej próśb, by postąpił słusznie. Nie chciał patrzeć na spokojną twarz komisarza, który pojawił się przed jego oczami kilka minut później. Usiadł w charakterystyczny dla siebie sposób i odpalił papierosa, jak gdyby miał w dupie przepisy przeciwpożarowe, o których wspominał na początku przesłuchania. I tylko czekał, aż Frank w końcu znajdzie w sobie tyle odwagi, by opowiedzieć prawdę na temat wydarzeń z nocy, gdy zginęła Lily. Zegar na ścianie odmierzał czas dzielący go od spędzenia reszty życia w więzieniu, a on wciąż milczał wbijając wzrok w swoje dłonie. Nie sądził, że tak skończy się jego kariera w policji. Wróżono mu przecież świetlaną przyszłość w wydziale kryminalnym, a jak się okazało... Sam został kryminalistą. W dodatku w tak głupi sposób. Gdyby chociaż zabił kogoś faktycznie, gdyby z premedytacją nacisnął spust albo mocniej zacisnął pętle sznura, ale nic takiego się nie stało. On tylko próbował chronić przyjaciela. Za wszelką cenę. Z przemyśleń wyrwał go odgłos stukania palcami o blat stołu. Podniósł głowę i oparł się wygodniej o oparcie krzesła prostując przez chwilę ręce.
- Zadzwonił około trzeciej. Powiedział mi, że zabił Lily i potrzebuje pomocy w sprzątnięciu całego burdelu. Bez chwili namysłu wsiadłem w samochód. Na miejscu okazało się, że Lily została uduszona białym kablem. Leżała gdzieś mniej więcej na środku pokoju. Colter miał szczegółowo opracowany plan, co do sekundy. Mieliśmy zapakować Lily do czarnego worka i wrzucić ją do rzeki. Miał kamień, miał worek, miał wybrane miejsce. Miałem mu pomóc zapakować ją do bagażnika, a potem miałem tylko siedzieć cicho. I siedziałem. Plan Coltera wydawał się być idealny, wszystko dopięte na ostatni guzik, bo przecież potrafił myśleć jak morderca. Spędził tyle czasu na rozpracowywaniu ich motywów, że taka wykonanie wszystkiego samodzielnie, brzmiało jak 'drobnostka'. Najwyraźniej się pomylił. - przyznał, a po chwili czuł na swoich dłoniach mocny zacisk kajdanek.
- Zostajesz aresztowany pod zarzutem współudziału w zabójstwie Lilyanne Stevens. Od tej pory masz prawo do zachowania milczenia. Jeśli rezygnujesz z tego prawa, wszystko co od tej pory powiesz, może zostać użyte w sądzie przeciwko tobie. Masz prawo do adwokata i do jego obecności podczas dalszych przesłuchań. Jeśli nie stać się na prawnika, przysługuje ci obrońca z urzędu. Czy rozumiesz swoje prawa, Frankie?
Kiwnięcie głową w milczeniu i mocne szarpnięcie za ramie. A potem pełna przemyśleń noc w areszcie.
I co, Frankie? Było warto?

17/03/2013

1932. "Nad miastem wyrósł jak krzyk i zamknął drogę do gwiazd ogromny wstyd i strach…"

    Dla tych, którzy przeczytają. Nim na mnie nakrzyczycie, że mieszam u Nezi, chciałam wyjaśnić, że jakoś musiałam ruszyć ją z miejsca i był to jedyny sposób, jaki przyszedł mi do głowy. W zamyśle nota miała być dłuższa, ale dawno nie pisałam, więc uznałam, że podzielę tą historię na kilka części, żeby się rozkręcić. Niedługo odświeżę też kartę, zatem zapraszam do wątków. Nowych lub kontynuacji starych, jak wolicie.
W tytule COMA - Pierwsze wyjście z mroku
_________________________
     Wciśnięty pod poduszkę telefon zaczął wibrować natarczywie, nie zważając na to, że okrągły, kolorowy budzik stojący na szafce koło łóżka wskazywał drugą w nocy. Inez nie miała lekkiego snu, nie był on jednak też niesamowicie mocny; nie spała na tyle głęboko, by wspomniane wibracje nie były w stanie jej obudzić. Nieco zdezorientowana, wsunęła dłoń pod poduszkę i kiedy wydobyła wciąż dzwoniący telefon, natychmiast zamknęła powieki. Świecący jasno w panujących w sypialni ciemnościach wyświetlacz nie był niczym przyjemnym dla zmęczonych oczu. Stąd, nie mając szans na sprawdzenie, kto dzwoni, kobieta odebrała, rzucając do słuchawki zachrypnięte „halo?”.
    - Inez? Inez, pomóż mi, proszę… - Tego przepitego, bełkotliwego nieco głosu Grant nie pomyliłaby z żadnym innym. Z mocno bijącym sercem momentalnie zerwała się do pozycji siedzącej, zastanawiając się czy to jeszcze sen, czy może już jawa. Jak wiele by dała, by okazało się, że śni!
    - Tato…? – szepnęła, zorientowała się jednak, że z jej ściśniętego strachem gardła nie uleciał żaden dźwięk, odchrząknęła więc i głośno przełknęła ślinę. – Co się stało?
    - Mam tego dość, Inez… Wiem, że nie mam prawa… Że jestem ostatnią osobą, która może cię o to prosić… Ale pomóż mi… - powiedział i… rozłączył się. Tak najzwyczajniej w świecie się rozłączył, nie powiedziawszy nic więcej. Co mógł jednak powiedzieć, kiedy nie rozmawiali ze sobą przez długie lata? Teraz zaś jeden telefon w środku nocy sprawił, że Inez odetchnęła głęboko, zmuszając się do tego, by wydech ten nie stał się poprzerywany i spazmatyczny przez to wszystko, co rozgorzało w jej wnętrzu i było nie tyle jak kubeł lodowatej wody wylanej na głowę, gdyż nie otrzeźwiało, a kubeł wrzątku, który powodował niesamowity chaos.
    Wciąż siedząc, Grant potarła dłońmi twarz, dokładnie zastanawiając się nad tym, co tak właściwie przed chwilą zaszło. Powoli, powolutku dopuszczała do siebie te wszystkie niechciane myśli i pozwalała ułożyć im się w zgrabną, aczkolwiek niezbyt przyjemną całość. Najtrudniej było jej zaakceptować, że zadzwonił do niej ojciec, co było naprawdę mało realne i prawdopodobne. Zaraz po tym pojawiał się problem ze zrozumieniem jego słów, które wydawały się tak niedorzeczne i niemożliwe, że aż zabawne. Kobieta parsknęła śmiechem, kręcąc głową. Jeżeli to nie był sen, jeżeli tego wszystkiego sobie nie uroiła, to czyż nie miała problemu? Wielkiego, nieprzyjemnego problemu w postaci ojca alkoholika, który prosił córkę o pomoc?
Rzuciła się do leżącego na kołdrze telefonu i drżącymi rękoma odnalazła spis ostatnich połączeń. Na samej górze widniał numer jej ojca, połączenie odebrane, zaledwie pięć minut temu.
    - Kurwa… - Inez naprawdę rzadko kiedy przeklinała, robiąc to praktycznie tylko w sytuacjach kryzysowych. A ta sytuacja była bardzo, ale to bardzo kryzysowa. – Kurwa, kurwa, kurwa… Kurwa! – wrzasnęła ostatecznie, budząc śpiące na sąsiedniej poduszce koty, które drgnęły zaniepokojone i przyjrzawszy się krytycznie swojej właścicielce, czmychnęły z sypialni. Inez zaś opadła na pościel, przygryzła dolną wargę i wpatrując się w sufit, zaczęła zastanawiać się, co ma z tym wszystkim zrobić. Czy w ogóle powinna coś z tym zrobić?
    To od tego uciekłam. Uciekłam od odpowiedzialności… Nie, do cholery, nie mogę sobie czegoś takiego wmawiać! Jak niby mam być za to odpowiedzialna, kiedy ojciec zaczął pić, gdy miałam kilka lat? Dzieci już takie są. Wmawiają sobie, że to w nich leży problem. Z tym że ja już dawno dorosłam i wiem, że wina nie leży po mojej stronie. Pomóc mu? Niby kto inny miałby to zrobić? Matka od niego uciekła, zresztą tak samo jak i ja. Ale ona jest słaba, boi się nawet własnego cienia. Poza tym nie ma nikogo innego… Znajomi? Wątpię, żeby ktokolwiek przy nim został… Może jedynie kumple od flaszki, równie odcięci od świata co on. Tylko, że… Boję się. Nie chcę, żeby to wszystko wróciło. Żeby obróciło się przeciwko mnie i nagle będzie tak samo jak kiedyś. Z resztą, nie ma się co oszukiwać… Przecież będzie tak jak kiedyś, prawda? Prędzej czy później, ale będzie… Cholera, mogłam zmienić numer telefonu pięć razy odkąd się wyprowadziłam! Nawet dziesięć! I wszystko byłoby w porządku! Bo teraz, kurwa, na pewno nie jest!
    Inez przekręciła się na bok, co bardziej przypominało rzucanie się na łóżku niż spokojny obrót. Miała mętlik w głowie i nie wiedziała, co zrobić, chociaż cichy wewnętrzny głosik podpowiadał jej, że dobrze wie, jak to się skończy. Kto jak kto, ale Inez, nawet jeśli żywiła urazę do ojca, nie potrafiłaby przejść obok jego prośby obojętnie i mimo że ich wspólna przeszłość nie była kolorowa, czuła się wobec niego w pewien sposób zobowiązana. Przecież oprócz tych gorszych dni było całkiem normalnie, prawda? Dał jej dach nad głową, zadbał o jej wykształcanie. I nawet jeśli robił to nieco nieudolnie i może nie tak, jakby Inez tego chciała, wychował ją i w jakiś sposób wpłynął na to, kim teraz była.
    - Ty pieprzony dupku… - szepnęła, zaciskając palce na poduszce. – I ty, naiwna idiotko… - westchnęła, wywracając oczami. Mogła obrażać samą siebie, lecz nie ukrywajmy… Taki już miała charakter i nic nie mogła na to poradzić. Była jak pies, który bity przez właściciela, wciąż się do niego łasił. Cóż, może nie było to zbyt dokładne porównanie, na pewno zbyt mocne, ale w ostatecznym rozrachunku tak to właśnie wyglądało.
Wiedząc, że już nie zaśnie, Grant wstała i odpaliła laptopa, chcąc poszukać ofert terapii, jakie już podsunie ojcu pod nos, kiedy przywróci go do świata. Podejrzewała, że najpierw sama będzie musiała się wysilić, nim odda go w ręce innych. Co ważniejsze, zdawała sobie sprawę także z tego, że będzie musiała go sprowadzić do Nowego Jorku. Inaczej nie będzie miało to najmniejszego sensu.
    Przeglądając oferty, walczyła z narastającym strachem i niepokojem. Postanowiła wyciągnąć rękę do wroga. Do przeszłości, którą starała się wykreślić ze swojego życiorysu. Zatem chyba naturalne było, że się bała? Cóż, byłaby głupia, gdyby jak prawdziwy bohater od razu rzuciła się na głęboką wodę, ani chwili się nie wahając. Uznała jednak, że nie zaszkodzi spróbować. Decyzja została podjęta. Kiedy sprawy przybiorą zły obrót, zawsze będzie mogła wpakować ojca w samolot do Chicago i ponownie o nim zapomnieć, choć pewnie to wszystko odebrałoby jej spokój na dłuższy czas.
Ocknęła się nad ranem, z otwartym laptopem na kolanach. Sprawdziwszy godzinę, od razu sięgnęła po telefon i wybrała numer matki. Musiała ją poinformować, nie wiedziała tylko, jak zrobić to w miarę delikatnie.
    - Halo? Inez? Coś się stało? – rzuciła Marie do słuchawki, od tak, na powitanie. One także rzadko ze sobą rozmawiały, jeśli nawet nie wcale, miała więc prawo podejrzewać, że cos jest nie tak.
    - Żebyś wiedziała, mamo… - westchnęła Inez, uśmiechając się pod nosem. – Ojciec do mnie zadzwonił. Poprosił o pomoc – oznajmiła, a po drugiej stronie zapadła cisza. Blondynka była w stanie usłyszeć jedynie niespokojny oddech swojej rodzicielki, a ostatecznie także cichy jęk pełen obaw.
    - O pomoc? Ale… W czym masz mu pomóc? – spytała Marie drżącym głosem.
    - Dobrze wiesz w czym… Nie wiem, co z tego wyjdzie. I boję się. Ale chce to zrobić, albo chociaż spróbować. I potrzebuje sojusznika.
    - Inez, dobrze wiesz, że to niedorzeczny pomysł! Pewnie nie ma pieniędzy na alkohol i stąd ta jego nagła desperacja! – krzyknęła pani Grant, najwyraźniej tracąc nad sobą kontrolę. Tak, była słaba, co teraz można było zobaczyć i usłyszeć.
    - A jeśli nie? Nie zostawię go tak. Choćby nie wiadomo jaki był, to wciąż mój ojciec i nikt inny mu nie pomoże, dobrze o tym wiesz. Mamo, przeprowadź się do mnie na jakiś czas, a jego ściągniemy do twojego mieszkania. Na odległość to nie zadziała…
    - Więc już postanowiłaś?
    - Tak, mam już zarezerwowane bilety na samolot.
    - Na kiedy?
    - Za trzy dni – odparła Inez, a Marie zamilkła, zastanawiając się nad tym wszystkim. Blondynka nie mogła jej teraz zobaczyć, ale potrafiła doskonale wyobrazić sobie, co działo się w mieszkaniu matki. Marie zapewne chodziła tam i z powrotem, nerwowo nakręcając kosmyk włosów na palce i usilnie zastanawiała się nad tym, co zrobić.
    - Dziewczyno, jesteś pewna? Zastanowiłaś się nad tym dobrze? Kiedy on do ciebie zadzwonił? – spytała.
    - Dzisiaj w nocy.
    - I tak szybko podjęłaś decyzję?! Co w ciebie wstąpiło!
    - Nic, mamo – mruknęła, wzruszywszy ramionami. – I tak nie daje mi to spokoju. Ale kiedy już wiem, co zrobię, jest nieco łatwiej. Więc jak będzie?
    - Zadzwonię do ciebie jutro albo pojutrze, dobrze? Nie podoba mi się to wszystko, Inez… Bardzo mi się nie podoba…
    - Wiem, mi też… Ale… Może on przejrzał na oczy? Może chce się zmienić? – Inez do tej pory nie myślała o tym w ten sposób, ale teraz dotarło do niej, że być może jest to szansa na odzyskanie ojca, które straciła dawno, dawno temu.
    - Odezwę się, obiecuję. Pa!
Marie rozłączyła się, a Inez odetchnęła głęboko. Stało się. Teraz już nie mogła się wycofać, nawet gdyby bardzo tego chciała. Sumienie by jej na to nie pozwoliło. Krzątając się po mieszkaniu, porządkowała myśli i starała się zapanować nad uczuciem niepokoju, które objawiało się tym nieprzyjemnym uciskiem w dołku. Za trzy dni, w Chicago, przekona się, jak na prawdę sprawy się mają. I o co w tym wszystkim chodzi. Do tej pory musiała zachować spokój i nie dać się pożreć zarówno złym przeczuciom, jak i temu wszystkiemu co wyparte z pamięci, teraz obudziło się do życia. 

13/03/2013

1931. Da, vodka!

 post zawiera przekleństwa i dużo ketchupu (+50)

Przedpołudnie. Błagam, to chyba najbardziej idiotyczna pora dnia, jaką mogę sobie wyobrazić. Zazwyczaj jestem wtedy na tyle świadomy, że nie chce mi się dalej spać, a tak rozleniwiony, iż nie myślę nawet o wstaniu z łóżka. 
- Peter, wstań, do cholery, śniadanie czeka - niski głos, który rozległ się gdzieś blisko drzwi mojej sypialni (sypialni dla gości, zaraz to wytłumaczę) wytrącił mnie z zadumy i pozwolił siarczyście zakląć, gdy gdzieś szukałem spodni. Przez te kilkanaście minut po przebudzeniu nie udało mi się przypomnieć, że moim rodzicom zachciało się odwiedzić swojego jedynego syna i skontrolować na co wydaje ich pieniądze.
Na dziwki, alkohol i narkotyki, ok, tato?
W każdym razie zaraz miałem zjeść pierwsze od pięciu lat wspólne rodzinne śniadanko i nie powiem, stresowałem się trochę. Nie żeby w jedzeniu kanapki z jajkiem miało być coś przerażającego, ale jedzenie kanapki z jajkiem, gdy twój ojciec próbuje spojrzeniem doprowadzić cię do konwulsji - całkiem prawdopodobne. Cholera.
Powoli wygrzebałem się ze sterty ubrań rodziców, którzy za sypialnie dla gości, do której zostałem grzecznie przeniesiony, mieli teraz swą garderobę, i skierowałem się do kuchni. Czasami się zastanawiam kto, gdzie i kiedy zapierdzielił mój zmysł równowagi, bo zwykłe przejście po idealnie prostej podłodze jest dla mnie nie lada wyzwaniem. Gdyby nie moje zamiłowanie do prostoty urządzania pomieszczeń, to rozprawiłbym się ze swoim mieszkaniem niezmiernie delikatnie, tak w stylu gwiazdy rocka. 
Och, testosteronie, gdzież mi Ty uciekłeś?
- Dzień dobry - mruknął mój tata, omiatając mnie wzrokiem, jednocześnie unosząc brwi. Jezu, ten człowiek chyba do końca swoich dni będzie się zachowywał jak popieprzony arystokrata. - Usiądź, proszę.
Dzięki, tato, gdyby nie Ty, nigdy bym się nie dowiedział, ze podczas śniadania siedzi się przy stole. Mój bohater.
- Chcieliśmy z tobą poważnie porozmawiać - dodała mama powoli. Widok poważnej miny mojej matki trochę mnie zszokował, bo ona... Nigdy nie była poważna. Nawet kiedy płakała, odnosiło się wrażenie, że to zwykła przykrywka i tak naprawdę ma cię za skończonego idiotę. Aktorka również poza planem.
- Eeeee... A może najpierw zjemy omlety?! - I nie czekając na reakcję kogokolwiek, wepchnąłem sobie całego polanego słodkim syropem omleta do ust. Powoli przeżuwając, gapiłem się za okno i analizowałem cóż mogłem przeskrobać, że rodziców z Los Angeles aż tutaj poniosło. Nic. Zupełnie nic.
Coś jednak w minie mojego ojca sugerowało, iż spieprzyłem na całej linii. Policzki zrobiły mu się intensywnie czerwone, chociaż cały czas przyjmował obojętną maskę znudzenia, którą tak dobrze pamiętałem z okresów dzieciństwa. Chłód jaki bił z jego oczu, przeplatał się z wściekłością, co było dość interesującym widokiem.
- Peter, oboje mamy dość, że zachowujesz się jak dziecko. Nie skończyłeś żadnych studiów, mimo że rzucałeś je i rozpoczynałeś inne dwa razy, cały czas opłacamy twój apartament i każdą zachciankę, a ty masz to po prostu gdzieś - powiedział powoli, nie dając się ponieść wściekłość, choć sztuczność biła w oczy tak bardzo, że miałem ochotę roześmiać mu się w twarz. Nie mogłem, bo byłem grzecznym synkiem, który wcale nie jest bezczelny.
- Ja po prostu szukam... Prawdziwego siebie - wymamrotałem z pełnymi ustami, polewając naleśniki nową wartwą syropu. Serio, gdybym ja miał takiego syna, chyba bym go wyrzucił przez okno przy najbliższej możliwej okazji. Ze spojrzenia mojego ojca widać było, iż też się już nad tym zastanawiał. - Mam swój własny bar.
- Otworzyłeś bar? Z pieniędzy, które wysłaliśmy na twoje domniemane zajęcia z iberystyki? 
Cholera, cholera, cholera. Ja pierdole, Moore, jak już coś mówisz, rób to z sensem.
- Jedźmy tam. Zobaczycie lokal, potem mnie możecie opieprzać do woli.

bardzo długie cztery godziny później

- Mam najlepszego syna na świecie!
Cóż, widok roześmianych rodziców, którzy wywijali na parkiecie, jakby mieli po dwadzieścia lat, był tak przepiękny, że nie omieszkałem zrobić miliona zdjęć. Doszedłem też do wniosku, że alkohol rozwiązuje większość międzyludzkich problemów, bo chyba nic innego nie pozwoliłoby pogodzić mi się z tatą. Najlepszym jednak wydarzeniem tamtego dnia były miny rodziców dzień później, gdy pokazywałem im zdjęcia. No a poza tym dalej miałem nieograniczoną możliwość korzystania z karty kredytowej American Express mojego ojca.
No dobra, serio, jestem bezczelnym synem dupkiem. Da, vodka!
A morał z tego taki, że jeśli jesteś naprawdę zidiociałym idiotą, to uda Ci się osiągnąć wszystko. Bierzcie ze mnie przykład, wyrzucać mózgi do śmieci!

05/03/2013

1930. Dawno, dawno temu w zaczarowanym Nowym Yorku...



Z dedykacją dla mojego ukochanego Asiorożca.

Szare, gęsto skupione wokół ciebie masy przemierzają ulice Nowego Yorku. Głośne rozmowy, rytmiczny stukot obcasów i nieustające odgłosy klaksonów. Tego wszystkiego nic nie jest w stanie zagłuszyć. W dźwiękach nudnej codzienności schowane jest jednak coś tak cudownego i zachwycającego, że niestety nikt tego nie potrafi dostrzec. Ironia losu? Czy ktokolwiek zdaje sobie sprawę z tego, że nad jego głową panuje rozszalała, podniebna walka?  Oto wiatr w starciu z deszczem próbuje przejąć dominację i zdobyć uwagę przechodniów. Oto słońce pragnie przebić się przez warstwę ciemnych chmur i rozjaśnić puste twarze mieszkańców miasta. Przegrywają wszyscy. Wiatr psuje idealnie ułożone fryzury i zrywa z tablic wilgotne plakaty reklamowe. Zdaje się, że nawet to nie jest w stanie rozzłościć przesuwających się tłumnie i pośpiesznie mas. Ściekający makijaż, śliskie chodniki i przemoczone ubrania są niczym w obliczu ważnych spraw, jakie czekają na nich. Przecież to tylko element codzienności, nic ciekawego. Słońce lub jego brak? Wszystko jedno, jeśli nie jest się na plaży. Ulice Nowego Yorku nigdy nie będą plażą. One zawsze pozostaną tylko miejscem bitwy. Bitwy o czas, bitwy o kontrakty i bitwy o serca. Jak można pokochać to miasto? Jak można pozwolić, by zniewoliło nas i uwiodło?
Stał pośród tego wszystkiego na środku szerokiego chodnika w samym centrum. Ludzie ocierali się o niego, idąc pospiesznie do celu swej wędrówki, a przy tym przeklinali niskiego i bezczelnego chłopaka, który tylko zagradza im drogę i zabiera cenne sekundy. Tymczasem on zatrzymał się i swe spojrzenie od kilkunastu minut wbijał w niebo. Krople deszczu moczyły jego zafascynowany wyraz twarzy i poiły jego umęczona duszę. Tak wiele myśli kłębiło się pod tą trochę już zbyt długą czupryną. Potrzebował powiedzieć: stop! Może świat się nie zatrzyma, może nikt się nim nie przejmie, ale on sam czasem powinien zwrócić uwagę na siebie samego.
Natrętny sprzedawca właśnie próbuje mu wcisnąć hot-doga. Do Emila jednak nie dociera zupełnie nic. Facet gada i gada, szturcha nim i pod nos podkłada mu smakowicie pachnący produkt. Jednak jego zmysły są daleko od tego. Widzi, czuje, słyszy i dotyka czegoś zupełnie innego. W chaosie miejskim postanawia odnaleźć coś więcej. On chce czuć, a nie po prostu żyć z potrzeby. Oni są marionetką popychaną przez życie i  wolę przetrwania, a on pragnie oddać się w ramiona emocji. Chce, by znów przejęły nad nim władzę i doprowadzały do szaleństwa. Tymczasem tylko przygasły.
Próbuje znaleźć odpowiedzi i analizować, co ostatnio działo się w jego życiu. Po długim okresie ciszy i namiętnemu poszukiwaniu spełnienia w roli poety jego długo budowany domek z kart zburzył się jednym ruchem. Dał się na chwilę omotać i wszystko, co do tej pory zbudował, przepadło. Jak wtedy.
Podjął walkę z wiatrakami i tracił siły, a przy tym tak niewiele zabrakło, aby stracił i samego siebie. Zdawało się, że upadek jest blisko. Wszystko przez to, że zakochał się w jednej jedynej osobie od długich miesięcy i była to też ostatnia na tym świecie osoba, na którą paść powinno. Hierarchia wartości dała się ponieść i poprzestawiać całkowicie. Schował do szuflady marzenia i swoje plany, a gdziekolwiek spojrzał, to widział jego. Pragnienie i przekleństwo w jednej osobie. Przez niego stał się znowu zakochanym nastolatkiem, który zapomina o całym świecie, a przecież nie o to chodzi, prawda? Pozwolił, by złudne uczucia urosły do takiego stopnia, iż zaczęły go wyniszczać.
Jego ciało drży otulone nagle chłodem i nawiedzone smutkiem. Zawiódł samego siebie, bo obiecał, że nie da się zwieść, że ma być poetą, a nie zakochanym głupcem. O ironio! Ile w tym jest podobieństw. Uparcie jednak twierdził, że nie można tego połączyć, bo miłość poezję niszczy. Przekonał się o tym teraz.  Samotność, według niego, tworzeniu sprzyjała, ale i po jakimś czasie stawała się tak bardzo uciążliwa. Co zrobić? Gdzie odnaleźć odpowiedzi?
Wtedy urodziła się bajka.
Była raz sobie Smerfetka, którą Dobra Wróżka wyswobodziła z rąk Pożądliwego Wilka. Smerfetka zakochana była w swoim księciu, ale on gustował tylko w księżniczkach.  Dobra Wróżka, która w rzeczywistości jest Wróżem, nie mogła patrzeć, jak Emil będący Smerfetką rozpijał się i szedł prosto w pułapkę wilka. Zły wilk na pewno skrzywdziłby go w swej pieczarze. Wróżka porwała Smerfetkę do swego leśnego gniazda wypełnionego kolorami i tam przeczekać mogły ten straszliwy czas. Nastał poranek, a wraz z nim nie tylko wiele pytań i ból głowy, ale i objawienie. Wróż okazał się być wybawicielem, któremu można zaufać. Nie wykorzystał on biednej Smerfetki, choć z wielką łatwością by mu to przyszło.
 Do kogo powinniśmy wracać? Do tego, który nas wiecznie odpycha i wciska odłamki szkła w nasze serce? Do kogoś, kto nawet nie stara się nas zrozumieć i nie daje cienia szansy na bardziej kolorową przyszłość?  Emil już się zorientował w swoim niedługim życiu, że jednak lepiej jest od początku być odpychanym, niż przez długi czas pozwolić wodzić się za nos  i zadomawiać w pułapce kłamstw, ale jednak wszystko tak bardzo bolało. Czy do tego, kto opiekuje się i chroni nas przed złem, a nasze serce nieświadomie dla nas goi się przy nim? Przy nim też świat staje się nagle weselszy i troski odpływają w daleki kąt. Przy nim wieczór staje się porankiem, a poranek wieczorem. Nie spędzili razem setek dni, ale tak się właśnie czuł. Jakby on był właściwą drogą, jakby nakarmił cię prawdziwie i przestałeś czuć głód. Tylko tak szybko, tak strasznie szybko wszystko się działo.
Czas się obudzić i zdecydować. Cierpienie można skrócić, a głupie zauroczenie odsunąć od siebie. Tylko czy wróżka zechce znowu nas przyjąć? Czy nie nadużyliśmy już jej gościnności?  To trudne. Serce kłóci się samo z sobą. Emil, przecież lubisz towarzystwo Wróżki. Ona cię uzdrawia i pozwala zapomnieć o tym, jak głęboki wewnątrz siebie odczuwasz ból.
Przemoczony i zmarznięty opuścił nieco głowę, odrywając wzrok od nieba. Kiedy właściwie nastał wieczór? Tłum wokół niego złagodniał, a jasność słoneczną zastąpił blask księżycowy. Zimno, a on tkwił tutaj zapewne od kilkudziesięciu minut.  Chyba udało mu się odnaleźć drogę do zapomnienia i poznać odpowiedzi na część torturujących go pytań.
MJ, idę do Ciebie.

01/03/2013

powiązania

Hazel bliscy
Harper Quincy Brown starsza siostra
Dzielą je trzy lata różnicy, a mimo to każda wiedzie z nich kompletnie inne życie, na dwóch różnych biegunach. Hazel goni za karierą w Nowym Jorku, Harper założyła rodzinę w Winonie. Razem z mężem i dwójką dzieci, wiedzie niemal beztroskie, sielskie życie. Hazel z wyglądu przypomina Harper, a Harper przypomina Hazel. Siostry wiąże szczególnie silna więź, która dopiero teraz zaczęła się kruszyć i załamywać, czego Hazel ogromnie żałuje.
Nicholas Woodrow sąsiad
Loved it, hated it, loved it, hated it claw drapes. Pee in the shoe swat turds around the house, give me attention or face the wrath of my claws chirp at birds. Scamper rub face on owner for who's the baby. Cat is love, cat is life scratch the furniture. Stand in front of the computer screen leave fur on owners clothes. Spend six hours per day washing, but still have a crusty butthole. Have a lot of grump in yourself.
współlokatorzy: James, Matt, Josh, Victor
od lewej: James (29; starszy o dwie minuty brat Josha; pracownik banku), Matt (25; student, dziennikarz radiowy), Joshua (29; młodszy o dwie minuty brat Jamesa; pielęgniarz w domu opieki społecznej), Victor (31; strażak)
Emme's Codes

Harper Quincy Brown

siostra

Dzielą je trzy lata różnicy, a mimo to każda wiedzie z nich kompletnie inne życie, na dwóch różnych biegunach. Hazel goni za karierą w Nowym Jorku, Harper założyła rodzinę w Winonie. Razem z mężem i dwójką dzieci, wiedzie niemal beztroskie, sielskie życie. Hazel z wyglądu przypomina Harper, a Harper przypomina Hazel. Siostry wiąże szczególnie silna więź, która dopiero teraz zaczęła się kruszyć i załamywać, czego Hazel ogromnie żałuje.