Evan Christopher Roth, 12.09.1999, Nowy Jork; asystent radnego New York City Council z okręgu 12 – legislative aide. Hobbystyczny hokeista, uparty kofeinista; paczka American Spirit i klasyczne zippo w kieszeni marynarki; licencjat z nauk politycznych (pre-law) z dodatkową specjalizacją z ekonomii (NYU)
Był szczęśliwym dzieckiem i każdego roku wyczekiwał własnych urodzin, przyjęcia w dużym ogrodzie, klaunów i tej pani ze słodkim głosem, która z balonów potrafiła wyczarować całe zoo. Dzielił się tym z młodszą siostrą, oddając jej najwspanialsze prezenty nawet wtedy, gdy ich rodzice się rozwiedli, a ich dwójka została rozdzielona. On trafił pod skrzydła apodyktycznego ojca, który do ucha miał na stałe zamontowany zestaw słuchawkowy swojego telefonu. Ona została z matką, w domu z ogrodem, z psem i łzami w oczach, bo jeszcze niczego nie rozumiała.
Gdyby dziesięć lat temu ktoś próbował oskarżyć go o bycie miłym, spotkałby się z jego pięścią. Gwałtowny i agresywny nie mógł przeżyć śmierci młodszej siostry, dlatego wszystko, co złe próbował zostawiać na tafli lodowiska. Było to bezskuteczne, a sam Evan częściej lądował na ławce rezerwowych albo w areszcie. Nic pomiędzy.
Nie wybaczył ani ojcu, ani matce, którzy nie potrafili porozumieć się w kwestii wyboru szkoły przez Joyce. Nie wybaczył im tego, że Joyce zniknęła z domu. Nie wybaczył też miastu tego, że lokalne władze odmówiły rozpoczęcia poszukiwań nastolatki, bo przecież one uciekają z domów, bo nie radzą sobie z emocjami, bo to pewnie te babskie hormony i nastoletnie bunty. Poczekajmy dwadzieścia cztery godziny. Nie wybaczył samemu sobie, że to on usłyszał w radio o ciele młodej kobiety znalezionej w Mohonk Preserve i wiedział, od razu wiedział, że to Joyce.
Został wrakiem, rozbił się o dno, ale pchany niezrozumiałą siłą robił wszystko, aby się usamodzielnić. Stypendium, studia, ciasna nora za mieszkanie. A potem pojawił się on – Kevin Riley i dał mu szansę odbycia stażu w biurze radnego. Został, a przy okazji zyskał cel: zdobyć władzę i pokazać im wszystkim, że z Evanem Christopherem Rothem się nie zadziera.
Gdyby dziesięć lat temu ktoś próbował oskarżyć go o bycie miłym, spotkałby się z jego pięścią. Gwałtowny i agresywny nie mógł przeżyć śmierci młodszej siostry, dlatego wszystko, co złe próbował zostawiać na tafli lodowiska. Było to bezskuteczne, a sam Evan częściej lądował na ławce rezerwowych albo w areszcie. Nic pomiędzy.
Nie wybaczył ani ojcu, ani matce, którzy nie potrafili porozumieć się w kwestii wyboru szkoły przez Joyce. Nie wybaczył im tego, że Joyce zniknęła z domu. Nie wybaczył też miastu tego, że lokalne władze odmówiły rozpoczęcia poszukiwań nastolatki, bo przecież one uciekają z domów, bo nie radzą sobie z emocjami, bo to pewnie te babskie hormony i nastoletnie bunty. Poczekajmy dwadzieścia cztery godziny. Nie wybaczył samemu sobie, że to on usłyszał w radio o ciele młodej kobiety znalezionej w Mohonk Preserve i wiedział, od razu wiedział, że to Joyce.
Został wrakiem, rozbił się o dno, ale pchany niezrozumiałą siłą robił wszystko, aby się usamodzielnić. Stypendium, studia, ciasna nora za mieszkanie. A potem pojawił się on – Kevin Riley i dał mu szansę odbycia stażu w biurze radnego. Został, a przy okazji zyskał cel: zdobyć władzę i pokazać im wszystkim, że z Evanem Christopherem Rothem się nie zadziera.
fc: Damian Hardung
poeksperymentujemy?
A co, jak się jednak zadrze...?
OdpowiedzUsuńMAXINE RILEY
[Cóż za interesujący pan! Gratuluję kolejnej, bardzo ciekawej kreacji.
OdpowiedzUsuńEvan sporo przeszedł, ciężko zaprzeczyć i mimo uderzenia od dno, nie dał się swoim traumom złamać. Przykre, jak powszechne są historie pokroju tego, co spotkało Joyce... Podejście organów ścigania i sam czyn odebrania młodej dziewczynie życia.
Alexander to samozaparcie, poczucie potrzeby zmiany czegoś i wszystkiego w tym świecie, dobrze by zrozumiał. A życie bez brata jest czymś, czego nawet nie potrafi sobie wyobrazić.
Życzę Ci udanej zabawy kolejną postacią i niekończących się pokładów weny :D]
Alexander
[Chyba będę musiała podjąć rękawicę i też pozostawić swój ślad pod każdą z Twoich kart 😁Bardzo ciekawa postać, fe-no-me-na-lne zdjęcie główne, bo aż ciarki mnie przeszły po dłuższym patrzeniu - jakby zaraz ta dłoń miała zacisnąć się w pięść! Jakbyś miała ochotę na jakiś wątek, to ja bardzo chętnie, bo Tamsin... Ona ma niezłą wprawę w zemście ;) Jak masz ochotę na jakiś wątek dla tej dwójki, to zapraszam na maila. Przepysznej zabawy! 🩷]
OdpowiedzUsuńTamsin
[Zdjęcie, treść i tytuł tak ładnie współgrają! Faktycznie zapowiada się nam dupek, ale ostatni akapit kupił mnie totalnie. Mam nadzieję, że on wszystkim pokaże, że z nim się nie zadziera, lubię takich ludzi, choć może z nim nie polubiłabym się za bardzo.
OdpowiedzUsuńI znów, ciężkie przeżycia wykuły to, kim jest teraz. Jeśli kochał siostrę tak bardzo, nie może być dupkiem i tylko nim, coś tam musi jeszcze dobrego drgnąć czasami. Może nawet ma organ, co nie tylko pompuje krew.
Wyobrażam sobie, że napierdzielał się z bratem Lilki, bo tamten to też narwaniec, młody i gniewny o każdej porze dnia i nocy. Bawcie się dobrze! ]
Lily / Emma
To trochę płytkie, zwrócić uwagę na postać przez wizerunek, ale co poradzę — koło Damiana przejść obojętnie nie umiem. Aż żal, że moja Lucy z buźką Harriet wisi sobie na innym blogu. xD
OdpowiedzUsuńNo, ale Evan to nie tylko chwatająca za oko twarz, zdecydowanie. Ciężką przeszłość zrzuciłaś mu na barki, więc podziwiam, że przekuł to w siłę napędową. Szczerze mówiąc nie wiem, czy mój Marco byłby do tego zdolny, gdyby coś takiego przydarzyło się Claudii.
Wątku nie proponuję, bo mamy już jeden, na który wiszę Ci odpis, poza tym nie mam pojęcia, jakby naszych chłopaków ze sobą połączyć... Ale życzę Wam miłego eksperymentowania. ^^ Powodzenia z kolejną postacią! Tym bardziej, ze po Diego nie wyszedł od Ciebie żaden pan...?
MARCUS LOCKHART
[Bardzo dobrze napisana postać, mam wrażenie, że wszystkie Twoje postacie są taaak dopracowane, że nic innego tylko czytać, co tam ukrywają :D
OdpowiedzUsuńPan Dupek zdecydowanie ma ciężką przeszłość, ale cieszę się, że udało mu się znaleźć w sobie siłę i ruszyć dalej, nawet jeśli ktoś po drodze miałby ucierpieć... Ostatecznie liczy się wygrana, prawda? :>
My z Vasyą jeszcze Was pomęczymy! Baw się dobrze i samych wciągających wątków życzę!]
VASILISA DRAGUNOVA ⛸️✨
Przekonajmy się!
OdpowiedzUsuńBył piątkowy wieczór, dochodziła dwudziesta pierwsza. Maxine siedziała w swoim pokoju, na dosuniętym pod okno łóżku i długopisem kreśliła przypadkowe wzory w tym samym zeszycie formatu A5, w którym notowała na pierwszych zajęciach dotyczących projektu dyplomowego. Notatki i fragmenty scenariusza przeplatały się z prostymi szkicami, które mogłyby zostać pochwalone przez kogoś posiadającego wprawione oko, w przeciwieństwie do małych ślimaczków, którymi Max aktualnie zapełniała sąsiednią stronę. Zaczynała od kropki u zbiegu linii, pogrubiała ją, a potem prowadziła wokół niej spiralę zapełniającą cztery sąsiadujące ze sobą kratki, po czym przesuwała dłoń i powtarzała tę czynność. Myślami błądziła daleko, gdzieś w okolicach niedzielnego spotkania z Andreą i dlatego nie usłyszała kroków na schodach. Pukanie do przymkniętych, ale nie zamkniętych drzwi ją zaskoczyło. Podniosła głowę i zamrugała, kilkukrotnie i szybko, by wyostrzyć wzrok i skupić go na ojcu, który przystanął w progu.
— Zejdź do gabinetu, proszę — powiedział i wycofał się od razu, zostawiając uchylone drzwi. W tonie jego głosu było coś zimnego, co sprawiło, że w dół kręgosłupa Maxine spłynął dreszcz. Powoli zamknęła zeszyt, przytrzaskując długopis w środku i równie powoli odłożyła go na bok, na pościel. Zsunęła się z materaca, ciaśniej opatuliła długim swetrem i wyszła z pokoju. Ruszyła w dół po schodach, mijając kondygnację z sypialnią rodziców i gabinetem matki, by dotrzeć na tę z salonem i gabinetem ojca, w którym paliło się światło. Przystanęła przed uchylonymi drzwiami, bo potrzebowała zebrać się w sobie, nim zdecydowała się złapać za skrzydło, pociągnąć je ku sobie i wejść do środka. Przeczuwała, że wydarzy się coś niedobrego i utwierdziła się w tym, że to przeczucie było słuszne, kiedy dostrzegła stojącego za masywnym biurkiem ojca i pozostającego obok, przy biurku, Evana. Wyżej uniosła brwi na jego widok. Niczym dziwnym nie było dla niej to, że Roth przebywał w ich domu o tak późnej porze – często wychodził nawet przed północą, kiedy on i ojciec pracowali nad wyjątkowo ważnym projektem. Nie, żeby Maxine odnosiła wrażenie, że każdy projekt był wyjątkowo ważny – Kevin był pracoholikiem i wcale się z tym nie krył. Dziwne było to, że oni obaj chcieli coś od niej, jednej.
— Wytłumacz mi… — Kevin pochylił się nad biurkiem, po jego blacie przesunął w stronę Maxine komórkę z rozświetlonym ekranem. — Co to ma znaczyć?
Riley podeszła tych kilka kroków bliżej, przystanęła przed biurkiem, zerknęła na Evana, a potem na podsunięty telefon. Jej oczy rozwarły się szerzej, kiedy zrozumiała, co widzi. Nachyliła się nad blatem, zapatrzyła na zdjęcie siebie i Andrei siedzących w kawiarni, roześmianych i wyjadających lody z wysokich pucharków. Z mocno bijącym sercem, patrzyła, póki ekran nie zgasł, a wtedy zmarszczyła brwi. To nie był telefon jej ojca. Choć zgadzała się marka, nie zgadzał się model. Kevin miał najnowszego iPhonea, ten tutaj był starszy, a prawy dolny róg obudowy był delikatnie nadtłuczony. To było widać, nawet kiedy Evan trzymał telefon przy uchu, prowadząc rozmowę. Evan.
Maxine wyprostowała się sztywno, powoli uniosła wzrok na młodego mężczyznę, który przypatrywał się jej z większą zaciętością, niż jej własny ojciec. Jasnym jak słońce stało się dla niej, że to on musiał zobaczyć je w tamtej kawiarni i to on zrobił im to zdjęcie, które następnie bez skrupułów pokazał Kevinowi. Wyprzedził ją. Maxine w ten weekend chciała porozmawiać z rodzicami, umówić ten obiad, na którym miała zjawić się także Andrea i spróbować wyjaśnić to, co przez dwadzieścia trzy lata pozostało niewyjaśnione. Te plany jednak spełzły na niczym, a ona poczuła się tak, jakby właśnie otrzymała dwa siarczyste policzki. Pierwszy od ojca, drugi od Evana. Poczerwieniała ze złości, ale też wyraźnie skuliła się w sobie, skacząc wzrokiem pomiędzy mężczyznami, aż zdecydowała się zatrzymać spojrzenie na starszym z nich.
— Chyba ja powinnam o to zapytać, prawda? — wycedziła. Ręce trzymała skrzyżowane na piersi, palce mocno zacisnęła na przedramionach, blisko zgięcia łokci, jakby potrzebowała się czegoś przytrzymać i mogła to zrobić, chwytając się wyłącznie samej siebie.
UsuńMAXINE RILEY 😡
[Ale żeś zmalowała przeszłość Evanowi. Czemu tak mało w niej kolorów i przeważa tylko szarość? To nie krytyka oczywiście, po prostu przeszywający smutek mnie dopadł, gdy dotarłam do końca karty, jednak czy to nie jest wyjątkowo prawdziwe? Znam osobiście rodzinę z mojego miasta, która też tak podzieliła się dziećmi i tam co prawda nie doszło do żadnej tragedii, ale poszukiwano i córki i syna… Dlatego ciężki temat, ale jakże prawdziwy! Przykro mi z powodu śmierci jego małej siostrzyczki, ona zawsze w jego pamięci będzie tym dzieckiem, któremu oddawał prezenty… Na koniec powiem, że zaszkliły mi się oczy! A co do wizerunku Evana to polecę z prywatą, ponieważ Evan jest niesamowicie podobny do świadka z naszego ślubu i tym samym do najlepszego przyjaciela mojego męża.
OdpowiedzUsuńMasz talent! Do pisania wszystkich historii! Lżejszych i tych cięższych! Jesteś w mojej top 3, gdy myślę o autorkach piszących naprawdę świetne karty ^^
Sukcesów na blogu ;D]
Natalie Harlow i Vanessa Kerr
[Prawda, nie miałyśmy ze sobą styczności, bo nic ze sobą nie napisałyśmy, ale to nie znaczy, że ja nie podziwiam Twoich kart, bo zachwyciłaś mnie swoimi dziewczynami, a teraz tą wyjątkową 4 postacią, Evanem rodzyneczkiem wśród Twoich babeczek ^^ Kto wie, może kiedyś coś wspólnie stworzymy. Po cichu na to liczę!
OdpowiedzUsuńOd Ciebie i Mamy Muminka powinnam nauczyć się tego, jak radzić sobie z posiadaniem więcej niż 2 postaci :D
Hah, rozbite rodziny, sama z takiej pochodzę, więc znajome.
Co do przyjaciela męża, jest przystojny, ale mój mąż jest pro max niesamowicie przystojny <3
Z nadzieją na jakąś wspólną historię, zmykam pisać odpis ^^]
Natalie i Vanessa
Kłamałaby, gdyby powiedziała, że jej małżeństwo z Carterem Sullivanem miało same minusy. W końcu nikt jej do tego małżeństwa nie zmusił, a gdy mówiła sakramentalne tak była rzeczywiście zakochana w mężczyźnie, który stał naprzeciwko, wbrew wszystkiemu, co mówili ludzie wkoło nich. Było między nimi prawie trzydzieści lat różnicy, ale Carter był przystojny, wtedy jeszcze miły i potrafił sprawić, że dziewczyna czuła się wyjątkowa. W zasadzie, to każdy, kto znał jej zmarłego męża, musiał przyznać, że potrafił wzbudzić sympatię i z łatwością wkupywał się w łaski innych, czego uczył i Tamsin, w zasadzie od samego początku ich znajomości. Najpierw przedstawiał ją jako swoją podopieczną, której był patronem płacąc za jej lekcje wiolonczeli, kursy mistrzowskie i wyjazdy na międzynarodowe konkursy, a ona z niesamowitą gracją przeskoczyła z roli nieopierzonego kaczątka, do łabędzia, gdy zaczęła być przedstawiana jako żona. Z sukienek do kolan i baletek w moment przeskoczyła w szpilki i eleganckie suknie, odnajdując się w nowej roli, jakby od lat była do niej przygotowywana, co w zasadzie było prawdą.
OdpowiedzUsuńWśród dorosłych na bankietach była zazwyczaj najmłodsza. Dzieci bogatych i wpływowych ludzi patrzyły na nią z góry, widząc w niej naciągaczkę i głupią, naiwną dziewczynę, która miała wierzyć, że to co było między nią a Carterem to miłość. Kobiety mężczyzn, którzy bywali na tych bankietach patrzyły na nią z nieufnością, bo chociaż nie rozbiła rodziny Cartera swoim pojawieniem się w jego życiu, to nie ufały jej, bojąc się, że za niedługo na ich mężów zapoluje. Nikt nie wiedział o tym, że to nie ona była drapieżnikiem w tym układzie sił, ale też nie miała zamiaru nikogo wyprowadzać z błędu – zamiast tego sprzedawała sympatyczne uśmiechy, opowiadała anegdoty, które nigdy nie miały miejsca i z niesamowitą skrupulatnością zapamiętywała wszystko i wszystkich, jak papuga opowiadając o zasłyszanych plotkach Carterowi, kiedy wracali do domu. Była jego prywatnym szpiegiem, który zawsze wiedział kto, z kim i dlaczego. Tak przynajmniej było do momentu, kiedy wciąż był dla niej miły.
Pięć lat temu, kiedy zaczęło być między nimi bardzo źle, a wyzywające kreacje musiała zamienić na takie, które zakrywały wszelkie ślady jego dłoni, przestała się starać. Zamiast tego robiła wszystko, byle znajdować się możliwie daleko od niego, ale wciąż zapamiętywać jak najwięcej, bo w drodze do ich mieszkania czekały na nią pytania. Cała lista pytań. Kiedy poznała Evana była właśnie w trakcie opowiadania anegdotki o metodach kształcenia Mścisława Roztropowicza, którego nie miała szansy poznać, ale o którym krążyły wręcz legendy w jej muzycznym światku. Zwróciła wtedy oczywiście uwagę na to, że był przystojnym mężczyzną, ale bardziej niż to, przyciągnął ją do niego jego wiek i to, że tak jak i ona był obcym. Nie był bogatym dzieciakiem, nie miał też milionów na koncie, ani nie był pupilkiem któreś z obecnych wdów. Może to dlatego tak chętnie spędziła z nim prawie cały wieczór, przedstawiając mu niemal wszystkich, których znała? A może to dlatego, że chciała w ten sposób zagrać Carterowi na nosie? Albo dlatego, że w tamtym czasie, w tamtym środowisku za wszelką cenę starała się znaleźć jakiegoś przyjaciela, a Roth zdawał się być na niego całkiem niezłym materiałem.
Ucieszyła się, kiedy zadzwonił do niej, że potrzebuje towarzyszki na bal charytatywny. Tego typu imprezy były częścią jej dawnego życia, ale chociaż starała się od niego odciąć, to nie mogła kłamać – lubiła to. Lubiła pięknych ludzi w pięknych ubraniach, lubiła szlachetny materiał na swojej skórze, to, że miała wymówkę na spędzenie połowy dnia w łazience i nakarmienie swojej próżności bez większych wyrzutów sumienia. Bo Tammy, choćby chciała udawać oddaną sztuce, gotową bidować artystkę, to doskonale zdawała sobie sprawę, że nie byłaby gotowa w ten sposób żyć.
Przejrzała się w lustrze. Jedwabn, czarna sukienka, niewielkie, diamentowe kolczyki, szpilki, staranny makijaż i ułożone włosy. Pomimo upływu lat nadal potrafiła stanowić ładną ozdobę i doskonale zdawała sobie z tego sprawę, kiedy wsiadała do samochodu, którym podjechał po nią Roth.
Usuń— Cześć Evan, dobrze wyglądasz w tym garniturze — powiedziała na przywitanie i cmoknęła go w powietrzu w policzek — Dzisiaj przyjemności i miłe rozmowy, czy musimy kogoś poznać? — zapytała, wyciągając z niewielkiej torebki równie niewielkie lusterko, w którym z uwagą sprawdziła, czy wszystko jest na swoim miejscu.
Tamsin
Musiała coś zrobić. Miała dość ciągłego siedzenia w domu, a mieszkanie było już tak czyste, że Vasya niedługo mogłaby przejrzeć się w wypastowanych panelach. Nuda bywała okropnie dołująca, szczególnie gdy było się aktywnym fizycznie – Vasya lubiła dyscyplinę, której nauczyła się jeszcze w Rosji. Poranne wstawanie, bieganie, trening i rozciąganie, a potem długie godziny, podczas których wymagano od niej perfekcji. Trenerka kazała jeździć jej tak długo, aż będzie zadowolona z każdego najmniejszego szczegółu; z kąta uniesienia podbródka, z wejścia w skok, z lądowania, które musiało być czyste i pewne, z obrotów. Nie mogła być „wystarczająco dobra”, bo albo robiło się coś idealnie, albo powtarzało od nowa, aż ciało przestawało protestować i zaczynało się łamać pod wpływem presji i ciągłych poprawek. Vasya przywykła do tego wszystkiego tak bardzo, że bez treningów czuła się nieswojo, zupełnie jakby nagle odarto ją z czegoś, co przez lata stanowiło o porządku jej życia.
OdpowiedzUsuńVasya zajęła szatnię – było cicho, niemal upiornie cicho, ale wcale jej to nie przeszkadzało. O tej godzinie raczej nikt tutaj nie przychodził. Owszem, wiedziała, że przed jej przyjściem odbywał się tutaj trening drużyny hokejowej, ale zazwyczaj starała się, żeby ominąć grupkę mężczyzn i nie wchodzić sobie w drogę. Najgorsze było jednak to, że po hokeistach tafla zwykle nadawała się do wszystkiego, tylko nie do porządnego treningu. Była poorana, pełna głębokich rys, poszarpana przy bandach i nierówna w sposób, którego szczerze nie znosiła, ale Vasya nie narzekała głośno. To był jedyny moment, kiedy mogła tutaj przyjść i nie martwić się o gapiów.
Przebrała się w cienką, dopasowaną termiczną bluzkę z długim rękawem, a ją przykryła krótszą, miękką bluzą, lekko za dużą, z długimi rękawami. Wciągnęła grube, czarne legginsy do jazdy, te cieplejsze, podszyte od środka delikatnym meszkiem. Przylegały ciasno do bioder i ud, ale od kolan w dół chowały się częściowo pod dodatkowymi, wełnianymi getrami w ciemnym grafitowym kolorze. Getry sięgały prawie pod kolano i miękko marszczyły się wokół łydek.
Zajęła ławkę, aby założyć łyżwy. Białe buty kontrastowały z ciemnym strojem, czyste, sztywne, zadbane z niemal obsesyjną dokładnością – musiały być idealnie wypastowane i naostrzone. Zaciągnęła każdą ze sznurówek i poprawiła jeszcze materiał legginsów, żeby nic się nie marszczyło i nie uciskało pod butem.
Wstając, spięła ciasno włosy, aby żaden z włosków nie łaskotał ją w czoło czy nos podczas jazdy. Wsunęła na uszy cienką, ciemną opaskę, a dłonie schowała w prostych, czarnych rękawiczkach.
Kiedy wyszła, idąc w stronę lodowiska, zarejestrowała niechcianą obecność. Intruz, mężczyzna w stroju drużyny hokejowej, stojący przy bramce i zabierający jej lodowisko. Vasya odruchowo przystanęła, a jej spojrzenie, które wyrażało niechęć, przesunęło się po jego sylwetce, jakby sama obecność kogoś obcego była obrazą, czymś, co zakłócało porządek, do którego zdążyła już przywyknąć. Miała nadzieję, że nikogo tutaj nie będzie i że zyska kilka godzin tylko dla siebie, a zamiast tego dostała jeszcze jeden ślad po treningu hokeistów – żywy, stojący na jej drodze i najwyraźniej zupełnie nieświadomy, że nie powinien tutaj być. Trening już się skończył.
Posłała mu jeszcze jedno, krótkie spojrzenie, wyraźnie niezadowolone, po czym podeszła do bandy i oparła dłoń o jej gładką, zimną powierzchnię. Jednym płynnym ruchem zdjęła ochraniacze z ostrzy, odłożyła je i weszła bez zawahania na taflę.
Pierwszy kontakt ostrza z lodem był zawsze czymś znajomym. Nawet po hokeistach, na zniszczonej, pooranej powierzchni, lód nadal pracował pod jej ciężarem tak, jak to sobie wyobrażała. Odepchnęła się lekko od bandy i ruszyła przed siebie.
Pierwszy przejazd był spokojny; zaczęła od prostych krawędzi, łagodnych łuków. Lewa, prawa, zmiana ciężaru, delikatny skręt bioder, kontrola barków. Jechała niżej, miękko uginając kolana, pilnując, żeby ciało się nie zmęczyło.
UsuńPo kilku spokojniejszych okrążeniach przyspieszyła nieznacznie. Ostrza świsnęły wyraźniej, a Vasya weszła w sekwencję prostych kroków; przekładanki, zmiany kierunku, krótkie przejścia na wewnętrznych i zewnętrznych krawędziach. Ramiona trzymała miękko, jej dłonie były rozluźnione, ale środek ciała pozostawał napięty – musiała się kontrolować, a tafla nie pomagała. Co kilka metrów wpadała w głębsze rysy po hokeju, przez co jej ruchy stawały się nieco bardziej zachowawcze. Mimo to nie przerwała. Wykonała kilka spokojnych wejść w obroty, jeszcze nie tak pełnych i pewnych, potem znów ruszyła, tym razem szerzej, z większym rozmachem.
Gdy miała za sobą kilka pierwszych przejazdów, Vasya w końcu zjechała bliżej środka – i właśnie wtedy przecięła się z hokeistą, z intruzem, który wcale nie zniknął. Zobaczyła go o sekundę za późno. Mężczyzna ruszył od strony bramki, ona wychodziła z łuku, jeszcze w półobrocie, z ciężarem przeniesionym na jedno ostrze. Odruchowo zwolniła, tnąc lód ostrzejszym hamowaniem, aż spod łyżwy sypnęły się drobne kryształki. Zatrzymała się tak blisko niego, że przez krótką chwilę wszystko między nimi wydawało się nieprzyjemnie bliskie; zimne powietrze, oddechy, spojrzenia, cała ta niechciana obecność, którą Vasya zdążyła przekląć. Pieprzony hokej.
Unosząc brodę odrobinę wyżej, posłała mu niechętne spojrzenie, bez cienia zakłopotania.
— Przeszkadzasz — odezwała się z ledwie wyczuwalnym, ostrym, rosyjskim akcentem, który wracał do niej zawsze, gdy była zirytowana.
Vasilisa Dragunova ⛸️✨
i jej uroczy charakterek 😈
Tamsin kiedyś była nieskazitelna. Wydawało jej się czasami, że jej życie układające się w tryptyk, gdzie istniała mała Tammy przez poznaniem Cartera, później Tamsin której Carter nadał kształt i oszlifował kanciaste brzegi i Passalis, którą była teraz. W środkowej części życia zachowywała się dokładnie tak jak należy, czytała książki które powinna, znała malarzy o których było głośno i doskonale umiała wybrnąć z tematów, o których nie miała zielonego pojęcia. Ulepiona na idealną partnerkę, wystawiana na pożarcie lwom salonowym, wydawała się między nimi przemykać zauważona na tyle, by nie być zapomnianą, ale też na tyle niewidzialną, by nie wzbudzać zbędnej sensacji. Dzięki temu, że przez te kilka lat brylowania w towarzystwie nie narobiła sobie wrogów, teraz mogła bezkarnie zaglądać do niego ilekroć miała ochotę, wciąż pozostając wolną Passalis, która w końcu mogła chodzić gdzie, i z kim, chciała.
OdpowiedzUsuńCzy uczucie, że robi coś zakazanego, ilekroć wychodziła z Evanem sprawiała, że robiła to tym chętniej? Całkiem możliwe. Przyjemne napięcie, towarzyszące jej od zawsze na takich imprezach towarzyszyło jej i teraz, budząc ekscytację, do której nie przyznałaby się na żadnych torturach. Lubiła to życie pełne kłamstw, matactw, zgrabnych uników i gry, w której tylko nieliczni mogli być zwycięzcami. Lubiła je tym bardziej, że po powrocie do brooklyńskiego mieszkania mogła wziąć prysznic, założyć bawełnianą piżamę i wrócić do przyjemnej, prostej codzienności, w której nie musiała uważać na każde słowo.
Po śmierci Cartera nie potrzebowała wsparcia, bo chociaż nie wyrywała sobie włosów z głowy w poczuciu żałości, to też nie tańczyła na jego grobie. W tamtym momencie uświadomiła sobie za to, jak bardzo sama była na tym świecie. Miała przyjaciółkę z dzieciństwa, którą przez całe małżeństwo trzymała na dystans, ale poza nią nie pozostał jej już nikt, za co mogła być wdzięczna sobie, swoim wyborom i temu, że wraz z rzeźbieniem jej osobowości, Carter poucinał wszystkie relacje wiążące ją z ludźmi. Wiedziała dobrze, że wiadomość od Evana nie była empatycznym wyciągnięciem pomocnej dłoni, ale w tamtym momencie było to i tak więcej, niż zrobili znajomi płaczący nad grobem jej męża. Nie przeszkadzało jej w żadnym stopniu to, że czegoś od niej chciał, czy potrzebował, bo wszystko było lepsze od kolejnego, spędzonego w samotności, wieczoru.
Przez ostatnie cztery lata wciąż była zapraszana. Już nie tak często, bo wszyscy wiedzieli, że pieniądze Sullivana rozeszły się między nią a jego matką, ale wciąż na tyle regularnie, by nikt o niej nie zapomniał. Czasami zastanawiała się, czy nie powinna była założyć fundacji, chociażby imienia jej tragicznie zmarłego męża tylko po to, by wciąż przynależeć do tego świata w razie, gdyby postanowiła do niego wrócić w dawnym wymiarze. Wypełniłaby tym nie tylko wolę Cartera, ale też uwolniła od nieprzyjemnego uczucia, które doskwierało jej ilekroć nie siadała w pierwszym pulpicie – że przespała swój moment. Nie miała najmniejszych szans na międzynarodową karierę a chociaż to, w jakim miejscu mogła grać stanowiło spełnienie marzeń większości muzyków, dla niej wydawało się nie być wystarczające. Ona wiecznie chciała więcej, mocniej i szybciej – podobno za to Sullivan kochał ją najbardziej.
— Wiem, ja zawsze ładnie wyglądam — powiedziała pewnie i opuszką palca dotknęła ust, sprawdzając przy tym, czy aby szminka nie zostawia żadnych śladów. W końcu nikt nie lubił brudnych kieliszków. Poprawiła się w fotelu, wygładziła materiał sukni i korzystając z tego, że droga powinna zająć im następne piętnaście minut, uwolniła pięty ze szpilek w których miała spędzić całą noc. Czarny, cienki, długi płaszcz, który miała narzucony na ramiona nie dawał zbyt dużo ciepła, więc pozwoliła sobie na włączenie podgrzewania fotela.
— To dobrze, chociaż lubię też wiedzieć, o co mam pytać — uśmiechnęła się do niego lekko, ponownie lustrując go od góry do dołu, po czym wlepiła wzrok w widok przesuwający się powoli za szybą.
Usuń— W tym roku na zakończenie sezonu w operze ma być wyjątkowo zorganizowany bankiet połączony z galą charytatywną. Będą zbierać fundusze na promowanie kultury wśród nowojorskiej młodzieży. Podobno sam burmistrz wstępnie potwierdził rezerwację… — zmrużyła lekko oczy, próbując przeczytać napis na koszulce dziewczyny stojącej na przejściu — Running late is my cardio — przeczytała pod nosem, zamrugała kilka razy i wróciła do wcześniej porzuconego wątku. — Dziewczyna z marketingu jest mi winna przysługę, a to ona pracuje przy reszcie listy zaproszonych gości. Bilety są po tysiąc dolarów, mogę Ci do nich załatwić dostęp tylko pytanie, czy Ci się do czegoś przydadzą — spojrzała na niego pytająco, palcami sprawdzając, czy przypadkiem nie rozpięła jej się bransoletka.
Tamsin🎼🎻
To, że był od niej znacznie wyższy, wcale jej nie przerażało, raczej irytowało, bo była zmuszona zadrzeć głowę, aby doskonale widział jej twarde, niechętne spojrzenie, które teraz niemal krzyczało, że jej przeszkadza i że jego trening już się skończył. Powinna brać pod uwagę, oczywiście, to, że mężczyzna mógł zostać tutaj dłużej w ramach ćwiczeń albo chciał się lepiej przygotować do jakichś zawodów – rozumiała to, ale nie w momencie, kiedy ona także potrzebowała lodowiska, łyżew i potu, który przykryłby jej czoło. Nie przyszła tutaj po to, aby poddać się jakiemuś dryblasowi, który myślał, że rządził całą taflą. To była Ameryka i miała takie samo prawo tu być jak on.
OdpowiedzUsuńFakt, że ją rozpoznał, niczego nie ułatwiał. Vasya lubiła być raczej anonimowa, choć z rozbudowanym Instagramem, byciem twarzą niektórych marek sportowych i zaangażowaniem w różne akcje było z tym różnie – to dlatego przychodziła tutaj o tej konkretnej godzinie, wiedząc, że raczej nikogo tutaj nie spotka. Hokeista nie był więc ignorantem, wiedział coś o sporcie i łyżwiarstwie; i słyszał o jej kontuzji. Dupek.
Gdy się cofnął, opuściła głowę, aby móc posłać mu kolejne spojrzenie z serii jesteś intruzem. Zmrużyła delikatnie oczy, dostrzegając, jak bez skrępowania zlustrował ją wzrokiem, jakby była jakąś rzeźbą w muzeum albo ciastkiem, które dostrzegł za szybą i zastanawiał się, czy je kupić. Oparła czubek jednej z łyżew o taflę, co wyrażało jej poirytowanie.
— Więc mnie znasz — odparła, stwierdzając oczywistość. — Szkoda, że ja nie znam twojego imienia…
Chciała dokończyć i rzucić tekstem wtedy łatwiej byłoby cię przeklinać w myślach, ale się powstrzymała. Co, jeśli ten facet był dziennikarzem? Albo kimś ważnym? Nie powinna reagować tak gwałtownie, ale hokeista wcale jej tego nie ułatwiał.
Popatrzyła w stronę kija, którym uderzył kilka razy o lodowisko. To wyzwanie? Próbował ją wystraszyć? A może w ten sposób znaczył teren?
— Gratuluję. Chcesz za to medal, czy po prostu zejdziesz mi z drogi? — spytała.
Jako łyżwiarka figurowa musiała nauczyć się nie tylko dobrze jeździć czy skakać, ale też wykształcić silną psychikę, mieć stalowe nerwy i dobrze działać pod presją. Na lodzie nie wystarczały technika i talent, trzeba było umieć opanować strach, ukryć zmęczenie, podnieść się po upadku i sprawić, by nawet chwila zawahania wyglądała jak część programu. Vasya bardzo wcześnie zrozumiała, że w tym sporcie wygrywa nie tylko ciało, ale też umysł: zdyscyplinowany i odporny na ból, krytykę oraz oczekiwania. Gdy była zaledwie dzieckiem, buntowała się przeciwko temu wszystkiemu, nienawidząc katorżniczych treningów i restrykcyjnej diety, ale później zapragnęła zacząć wygrywać jak inne łyżwiarki – to sprawiło, że szybko ugięła się pod ciężarem własnej ambicji.
Przesunęła spojrzeniem jeszcze raz po jego kiju, a potem po pooranej tafli, aż w końcu jej usta wykrzywił ledwie widoczny, chłodny uśmiech. Jeśli hokeista zabrzmiał jak głupi szczeniak, Vasya wcale nie zamierzała być lepsza i oczywiście, że mogła odpuścić i spuścić grzecznie głowę, przepraszając, ale prędzej wolałaby wbić sobie łyżwę w głowę, niż to zrobić. To była wojna.
— Zróbmy tak. — Skrzyżowała ramiona pod piersiami, mówiąc to, i dodała zaraz potem: — Ty próbujesz trafić krążkiem w wyznaczony punkt, ja robię to samo na lodzie. Kto będzie dokładniejszy, ten zostaje.
UsuńOdwróciła się lekko i wskazała ruchem głowy najpierw środek tafli, potem jedną z band.
— Ty masz kij i krążek, ja mam łyżwy, czyli nie ma mowy o wychodzeniu ze strefy komfortu, jeśli chciałbyś użyć tego argumentu i się wycofać. — Spuściła dłonie wzdłuż ciała, delikatnie potrząsając rękoma. — Jedna próba, bez poprawek.
Wbiła wzrok w jego oczy, jakby chciała dostrzec w jego spojrzeniu coś, co mówiłoby, że hokeista chce zrezygnować, choćby cień zawahania, krótkie pęknięcie w tej bezczelnej pewności siebie, cokolwiek, co pozwoliłoby jej uwierzyć, że jednak ma odrobinę rozsądku. Ale patrzył w jej stronę z drażniącym uporem, który tylko coraz bardziej ją irytował. Vasya zmrużyła lekko oczy, a kącik jej ust drgnął w czymś pomiędzy ironią a chłodnym wyzwaniem.
— To wszystko, czy zwycięzca dostaje coś ekstra? — spytała, dając mu szansę, aby dodał jakiś warunek; mógł z tego skorzystać lub nie, jego wybór.
mikroskopijna łyżywiareczka ⛸️💥
Odkąd Maxine się odezwała, nie patrzyła na Evana, a na swojego ojca. Weszła do gabinetu, wyglądając na wystraszoną i tak też się czuła, ponieważ nie wiedziała, czego mogła się spodziewać, jednak kiedy pokazano jej zdjęcie z Andreą i sytuacja stała się jasna, pośród kotłujących się w jej wnętrzu różnorakich emocji na pierwszy plan zaczęła wybijać się złość, a poddanie się jej okazało się wyjątkowo proste. Maxine miała pełne prawo do tego, aby być złą i potrafiła wskazać wiele powodów, przez które była zła – dwa z nich stały teraz przed nią, przy czym każdy z dwójki mężczyzn denerwował ją na swój wyjątkowy sposób.
OdpowiedzUsuńZabolało ją to, że Roth odezwał się jako pierwszy. Zabolało tak bardzo, że nie przeniosła na niego wzroku, kiedy ten mówił, co powinno być naturalnym odruchem, a pozostała spojrzeniem przy Kevinie, który w tym konkretnym momencie powinien być przede wszystkim jej ojcem, a nie politykiem. Riley jednak, który stał za biurkiem, przyjąwszy pozę lustrzaną do córki, zdecydował się być tym drugim. Świadczył o tym fakt, że pozwolił mówić Evanowi, że nie przerwał mu, a nawet twierdząco skinął głową, patrząc przy tym wprost na Maxine.
Ta powoli odwróciła głowę w stronę Evana, równie powoli przesunęła wzrokiem po jego sylwetce, lustrując ją od góry do dołu i od dołu do góry z zaciętym wyrazem twarzy, na której wyraźnie malowała się niechęć. Stojący przy biurku Roth wydał jej się odstręczający, choć wcześniej za takiego go nie uważała. Nie poświęcała mu uwagi, nie więcej niż tyle, ile należało jej się pracownikowi ojca. Od dwóch lat regularnie widywała go w ich domu, mijała się z nim na schodach i w drzwiach, a czasem także na mieście, przez co Evan stał się stałym elementem jej rzeczywistości, nigdy jednak na tyle istotnym, by zaprzątała sobie nim głowę przez czas dłuższy niż wystarczający do powiedzenia cześć i na razie.
Odwróciła głowę, popatrzyła z powrotem na Kevina.
— Tato… — podjęła, próbując przywołać go do porządku – próbując tym określeniem sprawić, aby wskoczył w tę rolę, którą był zobowiązany odebrać od początku tej rozmowy; od momentu, w którym przyszedł po nią do jej pokoju. Skrzywiła się, słysząc, jak jej własny głos zadrżał i załamał się w połowie tego krótkie słowa, zdradzając oczywistą słabość, której nie potrafiła zamaskować gniewem.
— Evan ma rację. W ogóle o tym nie pomyślałaś, prawda? Co w takim razie sobie myślałaś, Maxine?
— Ja… — urwała, jej usta pozostały rozchylone, kiedy obejrzała się za siebie, na uchylone drzwi, jakby spodziewała się, że zobaczy tam matkę, do której będzie mogła zwrócić się o pomoc, ale Lucy krzątała się piętro niżej, w kuchni. Nawet tutaj słychać było szczęk naczyń, które po kolacji wkładała do zmywarki i głos radiowca prowadzącego wieczorną audycję. Zacisnęła usta, obracając się, przeskoczyła wzrokiem po Evanie i ponownie zatrzymała spojrzenie na twarzy ojca, ten zaś postanowił kontynuować.
— Nie możesz zachowywać się jak rozkapryszona jedynaczka. Nie tak wychowywaliśmy cię z matką.
Kevin nie podniósł głosu, nawet nie wyrzucał z siebie poszczególnych słów z prędkością większą, niż zazwyczaj. Mówił jednak bez tego spokoju, który towarzyszył mu na co dzień, wypowiadał głoski bardziej twardo, jego szczeka pracowała jakby z wysiłkiem. Coś w tej sytuacji musiał go poruszyć, choć Maxine wydawało się, że poruszyło go nie to, co powinno.
— Masz rację, nie tak — odezwała się cicho, wciąż zła i z poczerwieniałymi policzkami, ale brzmiała na lekko zrezygnowaną, a może rozczarowaną? — W końcu nie jestem jedynaczką, mam siostrę. Na dodatek bliźniaczkę. O której dowiedziałam się teraz, po dwudziestu trzech latach. Więc może to, że wpadłam na swojego klona zamierzałam ukrywać tak długo, jak oni ukrywali jego istnienie przede mną, Evan? — wypowiadając ostatnie zdanie, zwróciła się ku młodemu mężczyźnie. Nie chciała zaatakować tylko ojca, chciała zaatakować także Rotha, skoro oni atakowali ją obaj, nie szczędząc ostrej amunicji.
— Wiecie, gdzie mam waszą karierę? — zapytała, zawieszając głos i skacząc spojrzeniem od jednego do drugiego. — W dupie! Dokładnie tam! — krzyknęła, nie tak głośno, jak potrafiła, jednak mogła być słyszalna w kuchni. Złapała za telefon Evana, podeszła do niego w dwóch krokach i wcisnęła mu komórkę w pierś, po czym od razu cofnęła dłoń, nie przejmując się tym, czy Evan zdąży złapać iPhone’a. Sama jednak się nie odsunęła, zadarła głowę i mierzyła go wzrokiem.
Usuń— Mój tatuś już poklepał cię po główce za to, że tak dobrze się spisałeś czy mam wyjść, żeby wam nie przeszkadzać? — zadrwiła.
MAXINE RILEY 😡
[I zrobiłam Ci bałagan pod kartą, bardzo przepraszam!
OdpowiedzUsuńOdpowiem tutaj, a co mi tam! Oj, crusha na takie postacie też miałam, dlatego w końcu postanowiłam sama sobie taką sprawić :D
Nadal "obleciałaś" wszystkie ;>
Bardzo dziękuję za życzenia, obiecuję bawić się grzecznie]
Ivan Voronin
Maxine miała w dupie także to, co myślał o niej Evan i za kogo ją uważał, w tym konkretnym momencie i w każdym innym, choć w tym gabinecie, podczas tej rozmowy powoli i nieubłaganie przeradzającej się w kłótnię, jego słowa dotykały ją bardziej, niżby chciała i niż podejrzewała, że kiedykolwiek będą. Riley także nie potrafiła zrozumieć, dlaczego Roth został. Dlaczego nie wyszedł, choć powód mógł być prozaiczny – na blacie masywnego biurka Kevina wciąż leżał jego telefon, bo nie zdecydował się na przesłanie zrobionych zdjęć swojemu pracodawcy, a pokazał mu je osobiście, dopiero po tym, jak Kevin odpowiednio nacisnął i może faktycznie radny nie był mistrzem public relations, nie bez powodu jednak nadal siedział na stołku, z którego łatwo można było zrzucić niemal każdego. Miał naturalny talent do wyczuwania, gdzie, kiedy i jak mocno nacisnąć, a kiedy odpuścić, robił to ze swoimi współpracownikami i wyborcami, i dokładnie to samo zrobił z młodym Rothem.
OdpowiedzUsuńGdyby miała dziesięć, a nawet szesnaście czy osiemnaście lat, najprawdopodobniej od razu przyszłaby do rodziców z tym, czego się dowiedziała i to bynajmniej nie dlatego, że kierowałaby nią troska o wizerunek ojca. To było charakterystyczne dla większości młodych ludzi, a na pewno tych, którzy wychowywali się w pełnych i szczęśliwych rodzinach – rodzice byli bohaterami, prawymi i nieomylnymi, a do tego niezniszczalnymi. Dopiero kiedy dzieci dorastały, zaczynały zauważać i rozumieć, że rodzice byli przede wszystkim ludźmi. Potrafili być słabi, potrafili się mylić i już nie wiedzieli wszystkiego. A także, jak mogło się okazać, potrafili także wspaniale kłamać i w wieku dwudziestu trzech lat Maxine rozumiała to więcej, niż dobrze. To, że poczuła się przez nich oszukana sprawiło, że nie chciała szukać pociechy w ich ramionach i na pewno nie myślała o tym, że wypłynięcie informacji o Andrei może zrzucić Kevina ze stołka i nawet Evan nie będzie wtedy w stanie tego wyprostować.
Evan, który teraz patrzył na nią z góry i wygłaszał swoje mądrości. O tym, że Max była głupia i że jej dupa go nie interesowała. To mogłoby być nawet zabawne, gdyby nie opłakana sytuacja, w jakiej znajdowała się cała trójka.
— Tak? A jednak zainteresowała cię na tyle, żebyś zrobił to zdjęcie — wytknęła z pełną świadomością tego, że i to było głupie, że sama mu się wystawiła i Roth mógł z łatwością zbić jej zarzut, w przeciwieństwie jednak do niego, daleka była od chłodnej kalkulacji. Dała się porwać tej złości, którą czuła, temu rozżaleniu, które rozlewało się w jej sercu, a które były tak wielkie, że nie potrafiła sobie z nimi poradzić, a na pewno nie miała miejsca, by zdusić je w sobie.
Nie wycofała się, tak jak zrobił to Evan. Pozostała w tym samym miejscu, podczas gdy on odsunął się o krok, przez co nie naruszali już swoich przestrzeni osobistych, choć raczej należało powiedzieć, że to Max naruszyła jego, a nawet brutalnie w nią wtargnęła, wciskając mu telefon w pierś, choć powinna wcisnąć go w dupę, skoro już tak często do niej nawiązywali i co na pewno sprawiłoby jej satysfakcję. Obróciła głowę w stronę Kevina, który dotąd nie zrobił niczego, by zatrzymać tę samonapędzającą się machinę zagłady. Nie wyszedł nawet zza biurka, które zajmowało niemal całą szerokość gabinetu, stwarzając pomiędzy sobą, a córką także czysto fizyczny dystans.
Wymienili spojrzenia. To Maxine kipiało od emocji, to Kevina pozostawało twarde i zdeterminowane, bo polityk był skupiony na celu. I wtedy Riley skapitulowała. Opuściła głowę, opuściła ręce wzdłuż ciała i w dziecięcym geście złapała palcami na materiał długiego swetra, bo nie znalazłszy oparcia tam, gdzie go szukała i gdzie powinna go znaleźć, potrzebowała chwycić się czegokolwiek innego. Tym jednym spojrzeniem Kevin nacisnął tam, gdzie naciskał przez cały życie Maxine. Nie teraz, skarbie, teraz tata musi pracować. Pobawimy się później, dobrze?. I choć nie było w tym nic zabawy, był ten sam schemat – Kevin był w pracy i zamierzał z niej wyjść dopiero, kiedy on sam o tym zdecyduje, nawet jeśli stał przed nim nie petent, a jedyna córka.
— I tak już wszyscy wiedzą — odezwała się cicho, patrząc w podłogę. — Na uczelni — dodała jeszcze ciszej, przyznając się do czegoś znacznie gorszego od tego, co Evan uwiecznił na zdjęciach. Ludzie przecież nie byli ślepi, Columbia huczała od plotek i w zasadzie niepokojące powinno stać się dla nich nie to, że te wypłyną a to, dlaczego jeszcze nie wypłynęły?
Usuń— W tej kawiarni chciałyśmy ustalić, co dalej. Miałam porozmawiać z wami w ten weekend — mówiła, liczby mnogiej wcale nie używając z myślą o Evanie, a o mamie, bo to ona zamiast niego powinna być przy tej rozmowie. — Chciałyśmy spotkać się z wami razem, porozmawiać i spróbować to wyjaśnić — dodała, nie wspominając jednak o tym, że rozmawiały już z rodzicami Andrei, jakby podświadomie czuła, że lepiej nie zdradzić się ze wszystkim i bynajmniej nie chodziło o obecność Evana. Nie chciała zdradzić się przed ojcem, bo jeśli Kevin miał pozostać w trybie polityka, to Maxine potrzebowała choć jednego asa w rękawie.
MAXINE RILEY 😓
Maxine nie dostrzegała powagi sytuacji. Nigdy dotąd nie musiała tego robić. Owszem, rozumiała, że jej ojciec był politykiem – był nim przez całe jej życie, także w tych momentach, w których wymagała od niego, aby był tylko ojcem, jednak zdołała się do tego przyzwyczaić i nie miała za złe Kevinowi, że ten żył pracą. Wiedziała przecież, że jednocześnie praca nie była całym jego życiem i tylko teraz nie rozumiała, dlaczego ta praca była ważniejsza od niej. Kevin przecież nie chwalił się nią bez powodu i wszystko to, co Evan słyszał z jego ust na jej temat, było prawdą. Maxine uczyła się dobrze i nie sprawiała kłopotów. Była złotym dzieckiem, takim, które chciało się pokazywać światu i którego wyskoków nie trzeba było tuszować przed współpracownikami oraz mediami, bo Maxine nie robiła rzeczy, które wymagałyby tuszowania. Starała się, bo gdzieś z tyłu głowy miała świadomość tego, że przez wzgląd na zawód i pozycję ojca jest na świeczniku, nie była jednak nieomylna, na pewno nie była też idealna i ten jeden raz, kiedy podwijała jej się noga, bo najzwyczajniej w świecie przerosła ją sytuacja, oczekiwała, że zostanie potraktowana inaczej.
OdpowiedzUsuńKipiała dziecięcym gniewem, ponieważ w tej sytuacji była dzieckiem, które konfrontowało się ze swoim rodzicem i jak dziecko się czuła, będąc okłamywaną przez dwadzieścia trzy lata. Kipiała emocjami, bo nigdy nie uczyła się ich tłumić, nie czując takiej potrzeby. Przez to, że można było czytać z niej jak z otwartej księgi i że zawsze chciała dla każdego dobrze, Kevin powiedział jej kiedyś, że kompletnie nie nadawała się do polityki i dobrze, bo nie chciała iść w ślady ojca, jednakże w obecnej sytuacji zaczynała żałować, że brak jej opanowania Kevina i zdolności do chłodnej kalkulacji Evana.
Nie odezwała się już. Nie odpowiedziała Evanowi na ani jedną z jego uwag. Stała z pochyloną głową, z dłońmi zaciśniętymi na materiale swetra i oddychała ciężko, dopiero teraz czując, jak mocno paliły ją policzki. Nadal była zła, bardziej jednak niż zła, zaczęła czuć się rozczarowana. Nie tak to sobie wyobrażała, a na dodatek zaczęła odnosić wrażenie, że ciężko jej będzie dowiedzieć się, co zaszło przed dwudziestoma trzema laty i nie pomyliła się, bo kiedy Evan poinformował, że będzie na zewnątrz i wyszedł, Kevin bynajmniej nie podjął tematu. Wyszedł jednak zza biurka, podszedł do Maxine i nieco nieporadnie położył dłoń na jej ramieniu. Drgnęła, ale nie wykonała ruchu w jego stronę, nie podniosła na niego spojrzenia, rozżalona tym, jak się zachował.
— Pewnie masz dużo pytań — odezwał się, teraz już łagodniej, niż zwracał się do niej wcześniej, jakby po wyjściu Evana zaczął sobie przypominać, że był nie tylko radnym, ale też ojcem. — I masz prawo je mieć, ale najpierw porozmawiam z mamą. Nie możemy przecież teraz do niej iść i o tak z tym wyskoczyć, dobrze wiesz.
— Wiem — szepnęła. Martwiła się tym od samego początku, to zmartwienie wyraziła nawet w rozmowie z Andreą. Obawiała się, że na wieść o tym, że Maxine wie, Lucy zareaguje zbyt emocjonalnie i odbije się to na jej kruchym po przebytym zawale zdrowiu. Nie miała zatem protestować i jeśli z zaistniałej sytuacji miało wyniknąć cokolwiek dobrego, to to, że Kevin miał przygotować grunt do rozmowy, której widmo od kilku tygodni wisiało nad Maxine.
— Pójdę teraz do niej, a ty pójdź proszę do Evana i powiedz mu, że zobaczymy się w poniedziałek rano w pracy. Gdybym potrzebował go wcześniej, będę dzwonił.
Maxine posłusznie wyszła z gabinetu, nim jednak skierowała się na zewnątrz, wróciła do swojego pokoju. Kevin musiał to słyszeć, bo kiedy schodziła na dół, był jeszcze u siebie i Max usłyszała jego kroki na schodach dopiero, kiedy ubierała płaszczyk. Dopięła go pośpiesznie, wciągnęła na stopy botki na niskim obcasiku i wyszła przed kamienicę. Evan nie odszedł daleko, stał u dołu schodów prowadzących do wejścia. Max pokonała tych kilka, dzielących ich stopni, przystanęła przy nim i skrzywiła się, kiedy poczuła smród palonego przez niego papierosa.
— Tata mówi, że możesz iść do domu i że zobaczycie się w poniedziałek w pracy — podjęła, nie patrząc na niego. Stała, zwrócona w tę samą stronę, co on i obserwowała opustoszałą o tej porze ulicę. Daleka była od tupania nóżką, głos miała cichy i nieco drżący. — Będzie dzwonił, gdyby potrzebował cię wcześniej — dodała, niemalże słowo w słowo powtarzając to, co polecił przekazać jej Kevin. Miała odejść, pójść w dół ulicy i zadzwonić do Andrei, żeby opowiedzieć jej o tym, co się stało i że nic nie poszło po ich myśli, kiedy coś ją tknęło. Obróciła i podniosła głowę, popatrzyła na profil Evana, który dopalał fajkę.
Usuń— Wiedziałeś? — Nie było wątpliwości, o co pytała. Evan był współpracownikiem jej ojca od sześciu lat, od dwóch pojawiał się w ich domu zaskakująco często i zdawało się, że domowy gabinet Kevina był także jego gabinetem. Kiedy ustalali to, w jakim stopniu interesowała go dupa Maxine, nie wyglądał na kogoś, kto nie rozumie zaistniałej sytuacji i jest zaskoczony tym, że Riley ma siostrę bliźniaczkę, tak jakby miał czas to sobie przekalkulować i to było zastanawiające. Był też na tyle przytomny, że zrobił te zdjęcia, więc albo był tak zdolny i przebiegły, albo nie był ani trochę zaskoczony tym, że Max miała siostrę.
MAXINE RILEY 😑
Maxine czuła się… źle. Po prostu źle. Pik jej emocji przypadł na rozmowę w gabinecie i był na tyle wysoki oraz intensywny, że teraz doświadczała szybkiego i gwałtownego, a przez to nieprzyjemnego zjazdu i nie potrafiła, a nawet nie chciała wykrzesać z siebie wiele. Po tym, jak poinformowała Evana, co ten powinien zrobić, stała obok niego bez słowa. Mężczyzna znajdował się na tyle blisko, by kątem oka łowiła jego ruchy, choć patrzyła niezmiennie przed siebie. Była świadoma tego, że dogasił papierosa o murek, że wciąż trzymał niedopałek w dłoni, kiedy się prostował i że drgnął, nim ponownie się odezwała. Jej pytanie, krótkie i rzeczowe, przytrzymało go w miejscu. Wciąż czuła charakterystyczną woń palonego tytoniu, kiedy patrzyła już nie przed siebie, a wprost na Evana w oczekiwaniu na jego odpowiedź. Mógł jej odpowiedzieć, ale nie musiał. Tak jak Maxine oczekiwała wiele od swojego ojca, tak oczekiwała niewiele od Evana, bo ten nie był w jej życiu istotną figurą, w przeciwieństwie do Kevina. Roth pozostawał bliskim współpracownikiem jej ojca i w zasadzie łączyło ich tylko to – niewiele i wiele zarazem, w zależności od tego, z której strony na to spojrzeć.
OdpowiedzUsuń— Wiedziałeś — powtórzyła głucho za Evanem, krzyżując z nim spojrzenie. Nie wyglądała na zaskoczoną, w zasadzie, wyglądała nijak. Rysy jej twarzy były gładkie, nie skrzywione przez najmniejszy grymas, a brązowe oczy patrzyły na Rotha przytomnie, lecz bez tych emocji, które kotłowały się w młodej Riley jeszcze w gabinecie.
— Rozumiem — powiedziała i odwróciła głowę, spoglądając z powrotem na ulicę. Nie miała dla niego niczego więcej, żadnego I mi nie powiedziałeś? Od jak dawna wiesz? ani Skąd o tym wiesz? Miała w cholerę pytań, to fakt, ale to nie jemu chciała je zadawać. Tymi, którzy powinni na nie odpowiadać, byli jej rodzice, tymczasem Kevin jeszcze w swoim gabinecie sprowadził tę sytuacje do politycznej rozgrywki, podczas gdy Lucy nawet nie wiedziała, że miało to miejsce. Może rozmawiali teraz na ten temat, może Kevin mówił Lucy, że spełnił się najczarniejszy scenariusz, jaki kiedykolwiek zakładali.
Na tę myśl odruchowo spojrzała przez ramię na kamienicę, którą nazywała swoim domem, przesunęła wzrokiem po rozświetlonych od wewnątrz oknach, wypatrując za firankami cieni dwóch sylwetek, ale nikogo nie dostrzegła. Jeśli państwo Riley rozmawiali, to rozmawiali w kuchni, a ta znajdowała się po drugiej stronie i jej okno wychodziło na niewielkie, acz zadbane podwórko.
Obracając głowę, zatrzymała wzrok na Evanie. Zlustrowała jego sylwetkę od góry do dołu i z powrotem, robiąc to powoli i z namysłem. Jeśli Roth wyobrażał sobie, że była dorosłą kobietą i powinna rozumieć, że były sprawy stojące w hierarchii wyżej, niż jej osobiste rozterki, to właśnie teraz na taką kobietę wyglądała, była jednak daleka, by w ten sposób się czuć.
Ruszyła się ona. Zrobiła krok w stronę furtki, zacisnęła palce na klamce. Drzwiczki skrzypnęły, raz, kiedy je otwierała i drugi, kiedy je za sobą zamykała. Odezwała się dopiero zza furtki.
— Dobranoc, Evan — rzuciła, spojrzała na niego krótko, po czym wsunęła dłonie w kieszenie płaszczyka i ruszyła w dół ulicy. Nie wiedziała nawet, czy nadal chce zadzwonić do Andrei, bo co miała jej powiedzieć? W porównaniu z tym, jak wypadła rozmowa z rodzicami Wilson, rozmowa Maxine z Kevinem… Riley kochała ojca i matkę, była także przekonana, że nie zmieni się to pod wpływem informacji, które zdobyła, ponieważ Kevin i Lucy zawsze mieli być jej rodzicami, jednakże w tym konkretnym momencie czuła, że się na nich zawiodła i czuła się nimi rozczarowana. Evan nie miał miejsca w jej rozważaniach. W gabinecie wyładowała na nim złość i frustrację, jednak na dobrą sprawę Roth nie był niczemu winien. Zachował się dokładnie tak, jak powinien i jak najpewniej oczekiwałby od niego Kevin – Kevin-polityk, nie Kevin-ojciec-Maxine – w tej sytuacji. Max nie mogła oczekiwać od niego niczego, toteż pożegnała się z nim i oddaliła się, pozostawiając Evana samego sobie.
Prędzej czy później pewnie i tak miała się na niego natknąć, minąć w progu drzwi wejściowych czy na schodach i delikatnie skrzywiła się na tę myśl, teraz, kiedy zostawiała Rotha gdzieś za swoimi plecami. Jakby jednak to, że pokazał Kevinowi te zdjęcia i stanął po jego stronie, jednak ją ubodło.
UsuńMAXINE RILEY
Maxine nieszczególnie miała ochotę na imprezę, ale ostatecznie dała namówić się Cody’emu na wyjście. Pierwotny plan zakładał, że pójdzie z nim Angela, ale rozłożyła ją grypa i ich przyjaciółka od kilki dni dogorywała w łóżku, nie wyściubiając nosa spod kołdry, Cody natomiast upierał się, że potrzebuje skrzydłowej. Na imprezie organizowanej w kamienicy bractwa Alpha Delta Phi miał być chłopak, który aktualnie mu się podobał i Cody był zdania, że nie może przegapić podobnej okazji, zresztą Angela i Maxine uważały podobnie, z tym że w ostatnim czasie Maxine nie była duszą towarzystwa.
OdpowiedzUsuńW ostatnich miesiącach jej dotąd poukładane życie przestało być tak poukładane. Pojawienie się Andrei zburzyło misternie tworzoną przez nią konstrukcje do tego stopnia, że naruszone zostały także fundamenty. Max nie potrafiła porozumieć się z rodzicami, a przez to każdy powrót do domu był trudny. Zaczęła dłużej zostawać na uczelni i miała dobry pretekst, bo tłumaczyła się pracą nad projektem dyplomowym. Kiedy jednak już musiała opuścić budynki Columbii, wybierała okrężną drogę do domu. Wydawałoby się, że wyjście na imprezę będzie kolejnym, dobrym pretekstem, lecz jednocześnie Riley zaczęła mieć mniej siły do ludzi – zaczęła odnosić wrażenie, że większość patrzyła na nią tak, jakby oczekiwała od niej wyjaśnień, podczas gdy ona sama wciąż ich nie otrzymała. Owszem, państwo Riley przyznali, że Maxine była adoptowana, ale kiedy dopytywała o szczegóły, nabierali wody w usta.
Przez cały ten czas miała kontakt z Andreą, nie tylko dlatego, że były w jednej grupie. Tak samo, jak nad filmem, pracowały nad rozwikłaniem zagadki rozdzielnia ich w dzieciństwie, bo także adopcyjni rodzice Wilson niewiele powiedzieli na ten temat. Nikt nie chciał wyjaśnić bliźniaczkom, dlaczego o swoim istnieniu dowiedziały się po dwudziestu trzech latach przeżytych z dala od siebie, one natomiast pozostawały zdeterminowane, żeby się tego dowiedzieć.
Max westchnęła, stając przed wysokim lustrem, które przyozdabiało jeden z rogów jej pokoju. Stało na podłodze, wspierane noga wykonaną z tego samego materiału, co rama. To, że Maxine wybierała się na imprezę, na którą nie miała ochoty iść, nie oznaczało, że miałaby pójść na nią w wyciągniętym, domowym dresie. Musiała jakoś się prezentować, skoro miała służyć pomocą przyjacielowi i nie chciała przecież, żeby Alex – bo tak miał na imię obiekt westchnień Cody’ego – pomyślał, że Cody zadaje się z byle kim, a niestety, ale szata zdobiła człowieka, szczególnie kiedy trzeba było zrobić dobre pierwsze wrażenie.
Założyła biały, przylegający do ciała crop top na ramiączkach, z usztywnianymi miseczkami, które dobrze trzymały w ryzach jej drobne piersi i te nie miały pokazać się nieproszone nawet mimo tego, że nie założyła biustonosza, bo tego do takiego rodzaju koszulki się nie ubierało. Do niego dobrała szerokie, jasne jeansy i białe sneakersy. Strój uzupełniła o naszyjnik z perełek i takież kolczyki, a ciemne włosy zostawiła rozpuszczone i choć najczęściej je prostowała, dziś pozwoliła, by te pozostały naturalnie pofalowane. Wyglądała zwyczajnie, jak każda inna studentka, która wybrałaby się na podobną imprezę, bo też nie zależało jej na tym, aby się wyróżniać, ani dziś, ani nigdy.
Kiedy Cody dał jej znać, że już czeka, akurat upychała telefon i klucze do niewielkiej torebki. Zgarnęła ją z łóżka, zbiegła na sam dół i zdjęła z wieszaka swój płaszczyk, który niedbale zarzuciła na ramiona, krzycząc w eter coś o tym, że wychodzi. Wsiadła do stojącego blisko krawężnika jednokierunkowej ulicy Ubera, gdzie na tylnej kanapie czekał na nią Cody. Po pół godzinie dotarli na miejsce.
To była typowa, studencka impreza w typowej kamienicy należącej do jednego z popularnych bractw. Maxine nie znała tutaj wszystkich, ba!, nie znała nawet większości, ale wypatrzyła w tłumie kilka znajomych twarzy. Byli tutaj zarówno aktualni studenci, jak i ci, którzy mury Columbii opuścili już parę dobrych lat temu. Byli tu też ludzie z innych uczelni i była poniekąd zaskoczona tą mieszanką, jednak nie zaprzątała sobie tym głowy.
Trzymała się Codye’ego, który wręczył jej czerwony, plastikowy kubeczek i nim upiła łyk, nachyliła się i powąchała zawartość. Whisky z colą, może być. Dopiero kiedy ten łyk upiła, przekonała się, że w drinku więcej było whisky, niż coli. Kaszlnęła, raz i drugi, przez co Cody pokręcił głową i zaczął się śmiać, jednak to, że drinki były mocne, szybko przestało jej przeszkadzać.
Usuń— Tam!
Była już po trzech takich drinkach, a czwartego trzymała w prawej dłoni, sącząc go znacznie wolniej, niż poprzednie, kiedy Cody nachylił się nad nią, mówiąc wprost do jej ucha i bezceremonialnie wskazał palcem we właściwym kierunku. — Przy piłkarzykach, widzisz? — poinstruował, spostrzegłszy, że mimo jasnej wskazówki Max nie bardzo wie, gdzie patrzeć.
— W końcu! — odetchnęła, kiedy jej wzrok padł na Alexa. Oczywiście, że wiedziała, jak on wygląda. Cody pokazał jej i Angeli jego Instagrama tyle razy, że znały każde zdjęcie na pamięć i potrafiłyby opisać Alexa bezbłędnie, nawet wyrwane z głębokiego snu w środku nocy. Czarnoskóry chłopak był wysoki, wyższy nawet od Cody’ego, który sam miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, a włosy miał przycięte tak króciuteńko, że te ledwo odrastały od jego czaszki. Lewy bok jego głowy przyozdabiał wygolony do zera wzorek, co osobiście jej się nie podobało, a co sam Alex eksponował niemal na każdym zdjęciu. Był przystojny, lecz nie w typie Maxine, ale dziś nie o nią się tutaj rozchodziło, prawda?
Alex przyszedł modnie spóźniony. Wypatrzyli go z Codym dopiero po tych kilku drinkach, kiedy mieli już lekki problem z wyraźnym widzeniem, a na pewno miała go Max i dlatego zwolniła, w zasadzie ledwo maczając usta w czwartym drinku.
— No, na co czekasz? — zachęciła Max, a Cody błysnął zębami w uśmiechu, założył prawą rękę na jej barki i tak ruszyli na podryw.
Zrobili może kilkanaście kroków, mijając po drodze losowe osoby, kiedy usłyszała swoje nazwisko. Riley. Znała ten ton i tembr głosu, obce jej było pobrzmiewające w nim zaskoczenie. Przystanęła, tym samym zmuszając do przystanięcia przyjaciela i z mocno bijącym sercem powoli obróciła głowę.
— Roth — odezwała się, kiedy już od dołu zlustrowała wzrokiem jego sylwetkę i zatrzymała spojrzenie przy jego jasnych oczach.
Cody aż się wyprostował, patrzył to na Max, to na Evana, wykonując przy tym mocne skręty głową.
— Ten Roth?— rzucił głośno, zdecydowawszy się zatrzymać spojrzenie na blondynie.
— Tak, ten Roth — wycedziła przez zaciśnięte, wyszczerzone w sztucznym uśmiechu zęby i jednocześnie sprzedała Cody’emu kuksańca w bok, trafiając w jego żebra łokciem na tyle mocno, że ten syknął i zgiął się nieznacznie. Musiał zdradzić się z tym, że wiedział, że Roth to ten Roth? Ten sam, który współpracował z jej ojcem i pokazał mu zdjęcie Maxine i Andrei siedzących w kawiarni? Dziwnym trafem Max nie chciała, by Evan miał świadomość tego, że rozmawiała o nim i o tym, co zrobił, ze swoimi przyjaciółmi.
MAXINE RILEY
Nie miała zamiaru ukrywać tego, że jego obecność była tutaj niepożądana. Trening hokeistów się skończył, więc powinien po prostu opuścić lód i wrócić do swoich zajęć, a nie zajmować lodowisko, które nie było ani jego, ani jej. Vasya wcale nie czuła się aż tak silna i niezwyciężona, bo ostatnie miesiące po kontuzji były po prostu ciężkie; nagle okazało się, że upór i temperament nie są w stanie przebić się przez fizyczne ograniczenia, i że wcale nie chodziło o to, aby przekroczyć kolejne granice. Miała żal do swojego ciała za to, że pękło w najmniej oczekiwanym momencie, że nie zdobyła poczwórnego axela jako pierwsza łyżwiarka, że nie ukoronowała poprzedniego sezonu w ten sposób, ale przerwa od jazdy nie była początkiem końca, a momentem, w którym Vasya musiała się zatrzymać, żeby coś zrozumieć. Co oczywiste, miała w sobie pewność siebie czempiona, który udowodnił swoją wartość nie tylko innym, ale przede wszystkim sobie. Nie próbowała jednak nikogo ani niczego udawać, stojąc przed mężczyzną, który całą swoją osobą mógł co najwyżej odstraszać i być przykładem, jak nie rozmawiać z nowo poznanymi osobami. Vasya nie wiedziała jeszcze, czy będzie żałować tego spotkania, ale z całą pewnością nie miała zamiaru się wycofywać, bo jakiś dupek zaczął się rządzić.
OdpowiedzUsuńZdaniem Vasilisy silny charakter nie zależał ani od katorżniczych treningów, ani restrykcyjnej diety – gdyby była słaba psychicznie, zapewne nie chciałaby dłużej jeździć. Jako dziecko, gdy zaczęła chodzić do szkoły sportowej w Moskwie, szybko zrozumiała, że jeśli będzie się opierać, jeśli nie zacznie przekraczać własnych granic, nigdy niczego nie osiągnie.
Przyglądała mu się przez moment, nie odzywając się, z lekko uniesioną brwią, jakby właśnie usiłowała zdecydować, czy bardziej bawiła ją jego odpowiedź, czy samo to, jak usilnie próbował obojętnie zabrzmieć, bo jego głos zdradzał jego dystans. Kącik jej ust drgnął.
— Oczywiście — powiedziała gładko, z miękką, szyderczą uprzejmością. — Czyli to nie ty mnie szukałeś, tylko cały internet uparł się, żeby ci mnie pokazywać.
Przechyliła lekko głowę, nie odrywając od niego wzroku.
— Muszę przyznać, że to bardzo wygodne wytłumaczenie. — Zerknęła w bok, tracąc zainteresowanie, jakby temat tego, czy ją znał, czy też nie, był bez znaczenia. Wytknęła mu jednak zaczepnie: — Chociaż skoro twierdzisz, że widywałeś mnie wszędzie, to znaczy, że jednak patrzyłeś dość uważnie.
Gdy się jej przedstawił, szybko stwierdziła, że imię Thomas mu nie pasuje, ale nie skomentowała tego. Mógł być Thomasem, Philipem albo Elvisem – raczej i tak nie przyda jej się jego imię, choć dobrze było je znać.
— To bardzo wygodne — odpowiedziała, gdy wspomniał o medalach. — Nie potrzebować czegoś, czego i tak nie potrafiłoby się zdobyć. — Uśmiechnęła się niemal uroczo i dodała: — Jak dobrze, że każde z nas znalazło własny sposób radzenia sobie z kompleksami. Ja zdobywam medale, ty tylko o nich mówisz.
Vasilisa obserwowała jego ruchy – nie poruszał się jak czołg i najwyraźniej wiedział, jak używać łyżew inaczej niż w kontakcie z innym zawodnikiem podczas meczu. Przechyliła delikatnie głowę, słysząc, jak bez większego oporu przyjmuje jej warunki, a potem jeszcze dorzuca własne.
— Jak ambitnie… i praktycznie — rzuciła. Przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, a potem po sylwetce, jakby oceniała, czy mówił poważnie. — Bez poprawek. Jedna próba. I kolacja, dzisiaj — powtórzyła wolno, po czym kiwnęła głową.
Zaśmiała się mimowolnie, gdy dodał, że wygrany wybiera miejsca.
Usuń— Martwisz się, że jeśli przegram, zabiorę cię w jakieś obskurne miejsce i będziesz musiał jeść coś, co kucharz już raz przeżuł? — Uniosła brodę odrobinę wyżej i wzruszyła lekko ramieniem. — Chociaż kto wie. Może po prostu wybiorę miejsce, które będzie ci przypominało, i to przez cały wieczór, dlaczego to był zły pomysł.
Vasilisa zazwyczaj nie jadała w miejscach typu McDonald’s, bo od lat funkcjonowała w pewnych sztywnych ramach, a jedzenie rzadko bywało po prostu jedzeniem. Najczęściej było paliwem, częścią planu, czymś rozpisanym niemal tak precyzyjnie jak każdy trening. Wiedziała, co i kiedy może zjeść, skutecznie pilnując przy tym kalorie. Zbyt długo żyła w tej dyscyplinie, by wrzucić w siebie cokolwiek bez zastanowienia. To nie znaczyło jednak, że nigdy nie jadła takich rzeczy.
— Więc? To wszystko?
Vasilisa Dragunova ⛸️✨