Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

24/08/2013

1947. Bye bye beautiful.

Gdyby ktoś parę miesięcy wcześniej powiedział JJ, że będzie z takim spokojem spać i chociaż raz w życiu nie myśleć o tym co przyniesie jutro, to prawdopodobnie otrzymałby w odpowiedzi niedowierzające spojrzenie chłodnych oczu rudzielca. Chłodnych oczu, w których od jakiegoś czasu pojawiały się regularnie ciepłe błyski, wcześniej zarezerwowane dla najbliższych. Teraz iskierki skrzyły się coraz częściej i to nawet przy zwyczajnych czynnościach typu robienie herbaty czy poranna toaleta. Joyce bała się przyznać samej sobie, że jest jakaś szczęśliwsza, że zwyczajnie jest dobrze. Ba, nawet nieświadomie zaczyna podrygiwać przy znienawidzonym hicie wakacji - "Blurred Lines". Pracowała na dość dobrze płatnym stanowisku, szczurki zdrowo brykały, Jackie chodziła zadowolona i dopieszczona przez swojego "chłopaka', a Carmine, którego na zmianę lubiła i nienawidziła, od jakiegoś czasu zasługiwał na order uznania. Stanowczo zluzował z manią kontroli i stał się wyborowym towarzyszem podczas letnich wieczorów. Dzielnie wspierał podczas układania puzzli, oglądania starych odcinków "Z archiwum X", nie marudził podczas słuchania Nine Inch Nails i nie dobierał się na siłę do JJ. Właściwie wcale się nie dobierał zgodnie ze staroświecką zasadą "nie spieszmy się". Rosalie i Inez dzielnie wspierały rudowłosą w babskich libacjach, zakupach i łzawych wieczorach, a Jeremy i Simon przestali na każdym kroku odwalać ciotodramę. Pełnia szczęścia. Nic więc dziwnego, że dosyć "realistycznie" nastawiona dziewczyna od dłuższego czasu zastanawiała się do czego to wszystko zmierza. I kiedy się do cna spartoli, bo że się spartoli to JJ była pewna. Prędzej czy później zawsze się wszystko partaczyło.

Każdy uwielbia leniwe sobotnie poranki. Kiedy nie trzeba zrywać się bladym świtem do pracy, telefony od rodziny nie zrywają na nogi przed południem i nikt nie żąda od Ciebie byś natychmiast był gotowy do pracy/działania. Z sennych odmętów budzi Cię zapach świeżo smażonej jajecznicy oraz skwierczenie ścinającej się kiełbaski i pomidorów na patelni. Do tego jak najbardziej pasowałaby łagodna pobudka, coś w stylu szeptów do ucha itd...
- JJ, śpiochu, cały dzień Ci minie! - Rozległo się męskie wołanie z kuchni, na co Joyce skrzywiła się przez sen.
- A niech spada, kij mu w oko - warknęła, a właściwie zabuczała spod kołdry i nakryła się szczelniej by jakimś cudem stłamsić dźwięki z sąsiedniego pomieszczenia. Udało jej się nawet na powrót odpłynąć, kiedy usłyszała głośny krzyk gospodarza domu i szereg przekleństw, również w jego wykonaniu. Joyce, która chwilami bywała niezłą panikarą, zerwała się przerażona z łóżka i na boso, sprintem pobiegła do kuchni. Zastała tam Carmine'a Dwighta, który trzymał się kurczowo za prawą dłoń, która aż ociekała krwią. 
JJ zrobiło się słabo, ale adrenalina zrobiła swoje, więc dzielnie wzięła się za udzielanie pomocy mężczyźnie, który nie przestawał przeklinać.
- Weź to pod wodę, już! - Wydała rozkaz i sama odkręciła kurek zimnej wody. - Jak to zrobiłeś? Boli Cię? Jedziemy do szpitala? Może trzeba będzie szyć... - Joyce gadała jak najęta, co było kolejnym objawem silnego stresu. Zerkała to na twarz Dwighta, to na rękę, z której strumień wody całkowicie zmył czerwoną ciecz, zostawiając gładką, zdrową skórę, na co JJ zrobiła się dla odmiany purpurowa. Ze złości.
- Żartowałem - wyjaśnił sytuację Pan Dowcipny, przywdziewając na twarz jeden ze swoich pierwszorzędnych uśmiechów. Joyce jednak nie było do śmiechu. Wcale a wcale.
- Palant z Ciebie - odepchnęła go od siebie i wyszła z kuchni, nie omieszkając z całej siły trzasnąć drzwiami. Połykając łzy i starając się nie wybuchnąć płaczem wpadła do pokoju i w pośpiechu zaczęła zrzucać z siebie piżamę i zakładać ubrania. Miała poczucie humoru, ale takie "dowcipy" nigdy jej nie bawiły. Przecież ona naprawdę się wystraszyła, że jemu się coś stało, że cierpi. Rzeczywiście, kupa śmiechu.
- Joyce, przepraszam. - Wpadł do pokoju tuż za nią, wyjął jej z ręki dżinsy i objął w pasie. Trzęsła się tak samo, jak gdy miała gorączkę parę tygodni temu i wiózł ją na pogotowie, bo nie mógł sam zbić temperatury. - To był głupi pomysł, naprawdę. Nie wychodź, śniadanie gotowe. Daj spokój - usprawiedliwił się, przyciągając ją mocniej do siebie. Miał ochotę zerwać z niej ubranie i pokazać jak bardzo mu głupio, jednak to nie było jeszcze ani to miejsce ani czas, więc ograniczył się do przytulenia.
- Nie jestem głodna, nie mogę nawet teraz oddychać, muszę wyjść na powietrze i w ogóle - wymamrotała JJ, wyślizgując się z objęć Carmine'a i chwytając upuszczone przed chwilą dżinsy.  Mam nadzieję, że ubawiłeś się przejawem swojego wyśmienitego poczucia humoru. Następnym razem wpadnę tutaj w nocy i udawać, że ktoś mi sprzedał kosę w brzuch, zobaczymy czy też będzie Ci tak wesoło - spojrzała na niego z wyrzutem i zapięła rozporek spodni, po czym rozejrzała się za resztą manatków. - Nie chcę teraz z Tobą rozmawiać, odezwę się wkrótce - zapewniła, wrzucając telefon i pomadkę do torebki, po czym wyszła do przedpokoju.
- Jest mi głupio, naprawdę - zapewnił brunet, chodząc krok w krok za JJ. Chyba rzeczywiście jego przedstawienie nie było zbyt zabawne. Wciąż miał przed oczami wyraz twarzy Joyce, gdy zobaczyła "zakrwawioną" rękę. 
- Słusznie jest Ci głupio, oby trochę dłużej niż do mojego wyjścia - skomentowała rudowłosa i bez pożegnania wyszła z mieszkania. Złapała pierwszy nadjeżdżający autobus i parenaście minut później zamknęła za sobą drzwi swojego pokoju, uprzednio wrzucając do lodówki parę piw dla siebie i dla Jackie, która odsypiała nockę w pracy. Kilka godzin później, wczesnym popołudniem, odebrała sms-a od Cailin, która prosiła o spotkanie wieczorem w swoim mieszkaniu. JJ wystukała tylko krótkie "ok" zabrała szczurki na krótki spacer po parku, a niedługo po godzinie dwudziestej, przezornie ubrana wyjściowo ( zawsze tak się kończyło), znalazła się pod drzwiami lokum blondynki, która otworzyła już po drugim dzwonku.
- Dobrze Cię widzieć, promyku - przywitała JJ radosnym uśmiechem i wpuściła ją do środka, po czym wpiła się w jej wargi.
- Powinnaś przestać - stwierdziła ruda, odpychając Cailin od siebie. Smakowała alkoholem. Dużą ilością alkoholu. - Zaprosiłaś mnie tylko po to by zbadać mi migdałki?
- Uhuhu, wieje chłodem. - Cailin wytknęła na nią język i zaprowadziła do kuchni, gdzie wręczyła jej szklankę. - Odkąd świrujesz z tym penisem nie ma z Tobą życia.
- Co to takiego? - Joyce powąchała napój. Pachniał samą wódką i nieokreślonym dodatkiem, na co Jareau zmarszczyła brwi. - Jakiś mózgojeb Twojej roboty?
Blondynka się roześmiała.
- Wyluzuj, dziewczę. Tęsknię za dawną JJ - przyznała z rozbawieniem, jednak jej spojrzenie mówiło kompletnie coś innego. Joyce w odpowiedzi prychnęła i wzruszyła ramionami.
- Dawna JJ jest cały czas na swoim miejscu - odpowiedziała i upiła hojny łyk napoju, krzywiąc się niemiłosiernie. - Powiesz mi w końcu dlaczego tu jestem? Nie zaprosiłaś Jeremy'ego i Simona?
- Czasami jesteś totalnie niekumata, rudzielcu. Chyba coś mi się należy od Ciebie, ostatnio ciągle albo pracujesz albo spotykasz się z fagasem. Dla mnie nie masz już czasu - w głosie Cailin zabrzmiało niezadowolenie i pretensja. - Posiedzimy, popijemy, a potem do klubu. Jak za starych dobrych czasów,nie?
- Słuchaj, nie bez powodu się rozstałyśmy i zdecydowałyśmy że będziemy się przyjaźnić, prawda? Nie zamierzam się z tego wycofywać i nie rozumiem dlaczego Ty tak nagle rzucasz się z pretensjami. Stało się coś? - Ruda postanowiła podejść do sprawy ze spokojem godnym psychoterapeuty. Pociągnęła kolejny łyk ze szklanki i usiadła przy stole.
- Mam po prostu wrażenie, że Cię tracę. - Blondynka wydusiła z siebie i zajęła się opróżnianiem szklanki. Joyce pokręciła głową z niedowierzaniem.
- No chyba żartujesz, zawsze będziesz obecna w moim życiu, choćby nie wiem co i przestań odwalać pedaliadę, to akurat domena naszych chłopców - powiedziała i odstawiła pustą szklankę na blat. Drink przygotowany przez Cailin miał taką moc, że już kręciło się jej w głowie i miała nieodparte wrażenie, że to nie był sam alkohol. - Czy mogę się dowiedzieć co tam było? - Spojrzała na nią podejrzliwie.
- Whisky, reszta tequili, cola i niespodzianka - wyliczyła blondwłosa z cwanym uśmiechem na twarzy. - Po tej mieszance zawsze robisz się rozrywkowa.
- Zwariowałaś? - JJ zerwała się z krzesła w panice. 
- Przesadzasz i pieścisz się ze sobą, mała - skomentowała Cailin, bardzo zadowolona ze swojego działania. - Zbieraj tyłek, idziemy potańczyć do Zamku. No nie bądź taka i grzecznie chodź.
Cóż pozostało Joyce? Pobiegła sprintem do łazienki by w wymuszony sposób pozbyć się wcześniej wypitego trunku, mając nadzieję, że do krwioobiegu nie przedostało się za dużo substancji. Niestety, jej próby spęłzły na niczym i usiadła obok toalety zastanawiając się co dalej i ignorując blondynkę, która usiłowała dostać się do środka. Wyciągnęła z kieszeni skórzanych spodni telefon komórkowy i wybrała numer Jeremy'ego. Krótko wyjaśniła mu, że musi po nią natychmiast przyjechać, opowiedziała o wybryku Cailin i czując coraz większe skołowanie i początki odlotu poprosiła by był najszybciej jak się da, bo jak urwie się jej film to będzie po zawodach. W międzyczasie modliła się w myślach, by Carmine'owi nie przyszło do głowy z nią się dzisiaj kontaktować, bo będzie ugotowana. On ją zamorduje a potem wyśle na odwyk, chociaż nie ma takiej potrzeby. W oczekiwaniu na Jeremy'ego beształa czekającą za drzwiami Cailin i oddychała głęboko, jakby to miało cokolwiek pomóc. Sytuacja była prosta jak drut, dostanie fazy, Jeremy będzie ją pilnował, przy odrobinie szczęścia zaśnie szybko, a jutro będzie nieżywa do momentu póki żołądek i wątroba, a właściwie jeszcze jej część, nie przestaną się nad nią pastwić. Cześć pieśni, chwała poległym.
- Jeremy, pospiesz się - powtarzała jak mantrę, chociaż na niewiele się to raczej zdawało. Świat wokół niej wirował coraz mocniej, serce zaczęło kołatać i miotać się jak ptak w klatce, kończyny robiły się coraz lżejsze, a myśli chaotycznie plątały się w głowie.
- JJ, to ja, Jerry, otwórz! - Rozległo się za drzwiami, ale umysł Joyce nie do końca już poznawał głosy.
- Skąd mogę mieć pewność, że to Ty? - Spytała niezbyt przytomnie, uśmiechając się radośnie.
- A kto inny? - Głos po drugiej stronie brzmiał jak zniecierpliwiony mężczyzna. - Cailin już śpi, nic jej nie będzie. Simon się nią zajmie. Otwórz, bo wyważę drzwi, a nie chcesz bym to zrobił.
- Okeeeeej - westchnęła cicho JJ i przekręciła zamek, pozwalając drzwiom się otworzyć. 
- No nareszcie, chodź uparciuchu. - Cailin roześmiała się wesoło, ciesząc się z numeru jaki wywinął JJ jej własny umysł. Jeremy'ego nie było tutaj wcale. Jednak JJ nagle przestało to przeszkadzać. Właściwie to przeciez nie miała z niczym problemu. Podała rękę blondynce i parę minut później obie wsiadały do taksówki, która miała je zawieźć do ulubionego klubu. Dalej sytuacja rozwinęła się błyskawicznie. Dobra, głośna muzyka, drink i toaleta, w której ostatecznie wylądowała Joyce, chociaż nie miała zielonego pojęcia jak. Jedynym szczęściem było to, że nie przyciągnęła nikogo ze sobą. Musiala sprawiać fatalne wrażenie - z rozmazanym makijażem, startą krwistą szminką i potarganymi włosami. Dopiero po paru minutach czyjeś silne ręce objęły ją w pasie i pociągnęły ku górze.
- Już Cię stąd zabieram. Wiem, że się źle czujesz. - Jeremy wyglądał na maksymalnie rozwścieczonego, ale jednocześnie zaniepokojonego. Jego wyjątkowa intuicja podpowiedziała mu gdzie mogą znajdować się obie dziewczyny. Zawsze lądowały w tym samym lokalu. Taka ich swoista tradycja. - Simon holuje Cailin, daję słowo, że ją zamorduję kiedy dojdzie do siebie - mruknął biorąc cały ciężar ciała Joyce na siebie. Marudził całą drogę do samochodu, marudził kiedy sadzał JJ na fotelu pasażera, marudził jadąc w stronę mieszkania Joyce, po drodze wysadzając Simona z Cailin.
- Będę spawać - stwierdziła nagle rudowłosa, unosząc lekko powieki, co nieco zdziwiło Jeremy'ego. Od paru minut sprawiała wrażenie głęboko śpiącej, a tu proszę, nawet odezwała się całkiem do rzeczy.
- Oczywista sprawa - przytaknął jej. - Teraz czy wytrzymasz do domu?
Nie doczekał się odpowiedzi, bo JJ z powrotem odpłynęła i to chyba na dobre. Nie zareagowała gdy blondyn sprzedał jej najpierw lekkiego kuksańca w ramię, a potem solidnego liścia w twarz. Jeremy tylko westchnął przeciągle, upewnił się że czynności życiowe "podopiecznej" są w miarę normalne i wyciągnął "trupa" z auta, dziękując sobie, że nie zwalniał się z lekcji w-fu, tylko sumiennie trzaskał pompki, bo JJ do wagi piórkowej nie należała.
- JJ?! - Usłyszał za sobą dziwnie znajomy głos. W mężczyźnie, który ku niemu biegł, rozpoznał Carmine'a Dwighta i już w tym momencie wiedział, że Joyce ma jeszcze bardziej przesrane. O ile to było możliwe.
- Przysnęło się dziewczynie, nie stresuj się tak - poinformował znajomego, ale wiedział że to nie przejdzie.
- Nie pierdol, nie jestem ślepy - warknął na niego brunet i przejął na siebie ciężar JJ. - Gdzie się tak załatwiła? 
- Pomóż mi ją wtargać na górę to wszystko Ci wyjaśnię. - Jeremy wolał nie tracić czasu i uciął pogaduszki na dobre pół godziny, póki własnoręcznie nie umył twarzy przyjaciółki i nie przebrał jej w piżamę, zamykając drzwi pokoju przed Carminem, który by pewnie tylko przeszkadzał. Zadowolony ze swojego dzieła położył JJ na boku i nakrył kołdrą, po czym wyszedł do korytarza.
- Tym razem to nie jej wina. Bóg mi świadkiem - zapewnił bruneta, który siedział w kuchni i mnął w ręku serwetę. - To był wybryk Cailin, naszej przyjaciółki. JJ nie wiedziała co pije. Dzwoniła do mnie przerażona z prośbą o pomoc. Cailin potwierdziła jej wersję, opiekuje się nią mój chłopak.
- Niezłe ma przyjaciółki - mruknął Dwight, mając ochotę rozszarpać niejaką Cailin na strzępki.
- Tylko Cailin jest taka... wyskokowa - skomentował Jerry, wyciągając butelkę wody z lodówki oraz miskę i ręczniki papierowe z szafy. - Tutaj stanowczo przegięła, obiecuję Ci, że osobiście dopilnuję by zaczęła się leczyć, nie wiem, cokolwiek. Nie rób JJ awantury, i tak będzie w opłakanym stanie - poprosił i zaniósł rzeczy do pokoju rudej, po chwili z niego wracając. - Cailin nie zna litości w doborze środków rozrywkowych.
- Mogła do mnie zadzwonić - stwierdził brunet, bardziej do siebie niż do blondyna.
- Do Ciebie? - Jeremy uniósł brew. - Nie bądź śmieszny. A tak w ogóle, co Ty robiłeś pod blokiem? Jesteś stalkerem czy jak? - Spojrzał na swojego rozmówcę badawczym wzrokiem, a ten wzruszył ramionami.
- Przyszedłem pogadać, co w tym dziwnego?
- Nic. Jak widzisz, nie pogadasz dzisiaj, więc możesz wracać do siebie. Ja tutaj zostanę, a za parę godzin wróci jej współlokatorka, więc dobranoc. - Jeremy wskazał brunetowi wyjście z mieszkania, na co ten wstał i przycisnął go do ściany.
- Nie pogrywaj tak ze mną chłopcze i nie traktuj mnie jak idioty. To było ostrzeżenie - wycedził przez zęby i puścił chłopaka, a ten ostentacyjnie strzepnął "kurz" z ramienia.
- Heros od siedmiu boleści. - mruknął nieco za głośno, ale Carmine postanowił go zignorować. Niezręczną ciszę w mieszkaniu przerwał dźwięk telefonu, a właściwie dzwonek z melodyjką "I'm too sexy...". Telefon Jerry'ego, który zniknął w głębi przedpokoju i odebrał połączenie. Chwilę później wpadł w panice do kuchni.
- Podobno z Cailin jest źle, muszę do nich jechać - powiadomił bruneta, który siłą musiał powstrzymywać się od triumfalnego uśmiechu. - Zostań tutaj i dopilnuj by nie zeszła, ewentualnie by na golasa nie wyskoczyła z okna, jasne? 
W odpowiedzi Carmine pomachał ręką na pożegnanie i zamknął za blondynem drzwi. Cichaczem wszedł do pokoju Joyce, która spała jak dziecko, zbeształ szczurki za zbyt głośne hasanie po klatce i usiadł w ukochanym fotelu JJ, dorwanym na pchlim targu. Telefon JJ zadzwonił dopiero nad ranem i był to Jeremy, informujący o tym, że Cailin zapadła w śpiączkę i jej rokowania są słabe. I rzeczywiście, tydzień później została odłączona od aparatury podtrzymującej życie i pochowana na jednym z nowojorskich cmentarzy. Porządkowaniem jej mieszkania zajęli się Joyce, Simon i Jeremy, co skończyło się oglądaniem wspólnych zdjęć i filmów, co w rezultacie doprowadziło do jednego wielkiego płaczu i chłopaki wcale w tej kwestii nie pozostawali w tyle za JJ. Pogodzenie się ze śmiercią osoby tak młodej nigdy nie jest proste, zazwyczaj jest to nie do przejścia. Co najwyżej uda się zagłuszyć żal, ale on zawsze pozostanie. 
- Może byście panie się łaskawie ogarnęły? - Odezwał się nagle Simon, tak podobnie do Cailin, że Jeremy i JJ odruchowo zaczęli się śmiać. Simon pociągnął nosem w odpowiedzi i z  powrotem położył się obok przyjaciół na łóżku blondynki.

04/08/2013

1946. "Kiedy jedno spada w dół, drugie ciągnie je ku górze..."

  Malowanie paznokci, wydawałoby się, niesamowicie błaha czynność. A mimo to podczas nakładania intensywnie czerwonego lakieru na każdą z płytek myśli Inez krążyły wokół tematów zdecydowanie bardziej poważnych niż upiększanie dłoni. Nie, nie miała powodów do zmartwień, jednak od paru dni towarzyszyło jej silne uczucie niepokoju, bijące z niewiadomych źródeł. Przytłaczało ono blondynkę, zapędziło wręcz pod ścianę i przycisnęło do niej boleśnie, powodując ten charakterystyczny, nieprzyjemny ucisk w dołku i sprawiło, że kobieta wyglądała na nieco przygnębioną. Może po prostu przewidziała, co niedługo nastąpi? Może budowana latami więź była na tyle silna, że kiedy u jej dobrego przyjaciela zaczęło źle się dziać, coś szarpało za nią nieustannie, bijąc na alarm? 
   Z lekkiego otępienia, w jakie ratowniczkę wprawiła wspomniana już monotonna czynność, wyrwał ją dzwonek do drzwi. Grant wstała, z komicznie uniesionymi dłońmi, by przypadkiem niczego nie dotknąć i nie zniszczyć swojego arcydzieła, po czym ruszyła do przedpokoju i bez zastanowienia otworzyła, nie spodziewając się nikogo konkretnego. Na widok Chaes’a głośno wciągnęła powietrze do płuc i na moment wstrzymała oddech, zarówno z zaskoczenia jak i niemałej radości. Przez kilka długich uderzeń serca stała tak, po prostu się w niego wpatrując, po czym zorientowawszy się, że od dłuższej chwili nie oddycha, westchnęła i dając upust swojej radości, zawiesiła się na szyi stojącego w progu blondyna. 
   Cóż, nie widzieli się oni od dłuższego czasu. A jeśli się już widzieli, to przeważnie w pracy, gdzie często nie było czasu spokojnie porozmawiać. Poza tym rzadko kiedy mieli okazje zostać sam na sam, więc siłą rzeczy poruszali tematy mało ważne, dotyczące ogółu, tak by reszta zespołu także mogła się w nich odnaleźć. Zresztą, co tu dużo tłumaczyć, zapewne wszyscy wiemy, jak to jest w grupie; o pewnych sprawach z pewnymi osobami nie można wtedy po prostu porozmawiać, a jeśli już, to trzeba odejść na bok, wywołując tym samym całkiem niepotrzebne zamieszanie. Stąd Inez tak bardzo cieszyła ta niezapowiedziana wizyta, choć jednocześnie czuła się nieco nieswojo. Przecież to ona pierwsza mogła zadzwonić, zaproponować spotkanie, tak zwyczajnie się odezwać. Dlaczego tego nie zrobiła? Uznała, że mężczyzna zajęty jest teraz swoimi sprawami i przygotowaniami do ślubu, na którym miała być druhną jego narzeczonej. Co prawda data uroczystości była jeszcze odległa, ale Heather wolała mieć już wcześniej wszystko zaplanowane. Lecz mimo to coś wyraźnie nie dawało jej spokoju.
   Wreszcie, właściwie sama nie wiedziała po jak długim czasie, Inez odsunęła się od przyjaciela i przyjrzała mu się uważnie, nim jeszcze zaprosiła go do środka. Nie wyglądał najlepiej; już z samej jego postury można było wyczytać, że coś go trapi. Przygarbione ramiona, poszarzała cera i brak blasku w niebieskich oczach zdecydowanie nie pasowały do tego zwykle pogodnego człowieka. 
   - Chodź – rzuciła Inez i złapawszy go za rękę, wprowadziła do mieszkania. Usadowili się w salonie, na kanapie i co dziwniejsze, Chase dalej milczał. 
   - Napijesz się czegoś? A może chcesz coś zjeść? – zagadnęła Grant i pochyliwszy się nieco, oparła podbródek na splecionych ze sobą dłoniach. Wtedy dopiero mężczyzna uniósł na nią wzrok, spoglądając jak zbity, przestraszony szczeniak. Gdzieś jednak w jego oczach tlił się uśpiony gniew, który tylko czekał, aż rozżalenie minie, by dać mu pole do popisu. Widok ten sprawił, że brunetka przygryzła dolną wargę i cała się spięła, czekając na to, co nastąpi i co usłyszy. 
   - Inez, wszystko się posypało… - mruknął blondyn i westchnąwszy, schował twarz w dłoniach. – Zerwałem zaręczyny, po tym jak przyłapałem Heather w łóżku z jej rzekomo przyjacielem. Nie mam gdzie się podziać. Przeprowadziłem się do niej, a moje mieszkanie sprzedaliśmy, żeby mieć pieniądze na zorganizowanie ślubu. A teraz to wszystko szlag trafił…
   - I… I kiedy się to wszystko stało? – wykrztusiła ratowniczka z trudem, zastanawiając się czy to aby na pewno prawda, czy może nieprzyjemny sen. 
       - Dwa, trzy dni temu… - Padła odpowiedź i teraz też Grant dostrzegła subtelne szczegóły świadczące o tym, że Chase mówi prawdę. Jego twarz zdobił delikatny zarost, ubranie wyglądało na wymiętoszone, a on sam sprawiał wrażenie osoby, która miała za sobą parę nieprzespanych nocy, o czym świadczyły podkrążone, nieco opuchnięte zaczerwienione oczy. 
  - I dopiero teraz do mnie przychodzisz?! Gdzieś ty był do tej pory! – prawie krzyknęła, mocno zaciskając szczupłe palce na jego ramieniu. Chase drgnął i zerknął na nią nieco bardziej przytomnie niż dotychczas, poczym uśmiechnął się pod nosem. I uśmiech ten bardziej zaniepokoił Inez niż opłakany stan, w którym się znajdował. 
   - Szwendałem się tu i tam – oznajmił i odsunął jej rękę, przez co znalazł się bliżej kobiety i ta poczuła lekki, ale nie możliwy do pomylenia z niczym innym zapach alkoholu. 
   - Gdybym tylko mogła i miała tyle siły, udusiłabym cię gołymi rękoma. Tak, nawet mimo tego, co się stało. Chase… - rzuciła już znacznie ciszej i pochyliła głowę, nie chcąc żeby widział, jak bardzo jest zakłopotana. Nigdy nie była dobra w pocieszaniu kogokolwiek, zwykle wolała przy kimś być i po prostu tej osoby wysłuchać, ale teraz czuła się poniekąd winna. Bolało ją, że tak bardzo go zaniedbała, że praktycznie zrezygnowała z kontaktu z nim. I przez to tak wiele przegapiła. Mogła być przy nim wcześniej, mogła interweniować od razu, kiedy Chase się dowiedział. Ale lepiej późno niż wcale, prawda? 
   - Będę mógł trochę u ciebie pomieszkać? Póki czegoś nie wynajmę? – spytał niepewnie, kiedy brunetka przeciągała milczenie.
   - Jeszcze głupio pytasz! – oburzyła się, po czym tak zwyczajnie, zupełnie naturalnie się do niego przysunęła, przyciągnęła go do siebie i przytuliła. Wtedy w mężczyźnie jakby coś pękło. Inez poczuła, z jaką siłą objął ją ramionami, aż mimowolnie wypuściła powietrze ze ściśniętych płuc, do tego także odnotowując palce kurczowo zaciskające się na jej koszulce i wpijające w skórę. Kierowana dziwnym bodźcem, sama przytuliła go jeszcze mocniej, jakby chciała, żeby Chase wtopił się w jej skórę i uciekł przed tym wszystkim. Gładząc jasne, przydługie kosmyki oparła brodę na jego ramieniu i westchnęła cicho. 
  - Będziesz mógł tutaj zostać tak długo jak tylko zechcesz. Nikt cie nie wygania, chyba że zajdziesz za skórę moim kotom – rzuciła żartobliwie. – I przepraszam, że się ostatnio nie odzywałam…
  - No co ty, Inez – parsknął, delikatnie odsuwając ją od siebie. Widać było po nim, że jest ciut lepiej. Ciut, ale jednak. – To ja zawaliłem sprawę… A teraz wracam jak ten syn marnotrawny, bo mam kłopoty… - mruknął, drapiąc policzek. 
   - Nie ważne – stwierdziła, machnąwszy ręką. – Teraz pójdziesz wziąć prysznic. I wrzucisz te brudne ciuchy do prania. Mam chyba gdzieś jakieś twoje spodenki, więc będziesz miał się w co przebrać… A ja w czasie, kiedy będziesz doprowadzał się do porządku, zrobię nam coś do jedzenia. Może być?
   - Jak najbardziej, szefowo! 
  Tak oto dyrygująca blondynem Inez znalazła mu ręcznik, wepchnęła do łazienki, mówiąc gdzie co jest i przestrzegając, by przypadkiem nie dobierał się do jej kosmetyków i nie umył włosów odzywką zamiast szamponem, po czym zatrzasnęła za nim drzwi. Sama zniknęła w kuchni, zresztą znajdującej się niedaleko łazienki i przetrząsnęła zawartość lodówki, uznając, że ma akurat wystarczającą ilość składników na pizze domowej roboty. 
  Kiedy Chase wyszedł z łazienki, ciasto wyłożone już na blachę akurat rosło pod ściereczką, a Inez kroiła ostatnie składniki. Jednak kiedy uniosła głowę, zaraz też ją opuściła. Blondyn stał parę kroków od niej owinięty w biodrach ręcznikiem, drugim wycierając mokre włosy. I choć brunetka widziała go już w negliżu, dziś widok ten podziałał na nią dość osobliwie, a już na pewno nie tak, jakby się tego spodziewała. I z niemałym zdziwieniem odkryła, że w tym ręczniku i z mokrymi włosami Chase prezentuje się nad wyraz dobrze. Za dobrze! 
   - To dasz mi te spodenki? – zagadnął, jak gdyby nigdy nic. – I od kiedy ty umiesz robić pizze? – dodał zdziwiony.
  - Odkąd ty biegasz mi praktycznie nago po mieszkaniu – stwierdziła i wytknęła mu język, po czym nie wiedząc dlaczego właściwie to robi, przemknęła obok niego i szarpnęła za ręcznik, który osunął się na podłogę. Kobieta jednak tego nie widziała; chichocząc cicho, pobiegła do sypialni, gdzie miała zamiar przetrząsnąć szafę w poszukiwaniu wspomnianych spodenek. 
   - No bardzo zabawne! – usłyszała jeszcze za sobą, po czym w przedpokoju rozległy się kroki i blondyn stanął w progu pomieszczenia, na całe szczęście zasłaniając to, co zasłonić powinien. 
  - Masz! – Inez rzuciła w niego spodenkami, na nią zdecydowanie za dużymi i ruszyła do kuchni. 
  - Skąd ty masz właściwie moje spodenki? – zawołał Chase z sypialni, w której został, by się przebrać, podczas gdy ona włożyła ciasto do piekarnika i zajęła się przygotowaniem sosu.
  - Nie wiem! – odkrzyknęła. – Wiem tylko, że czasem chodziłam sobie w nich po mieszkaniu. 
   - Tylko w nich? – spytał Chase, pojawiając się w kuchni.
  - Nie, nie tylko, zboczeńcu – odparła Grant, posyłając mu znad miseczki wrogie spojrzenie. Trzeba przyznać, że odświeżony Chase wyglądał od razu lepiej. No i humor zadziwiająco szybko mu się poprawił, ale ratowniczka wiedziała, że to przejściowe. Poza tym nie zamierzała tego wszystkiego ot tak zostawić; kiedy już mężczyzna będzie najedzony, wypyta go jeszcze o co nieco i porozmawia, jeśli będzie chciał. 
   Sos i składniki powędrowały na podpieczone nieco ciasto, a sama pizza wreszcie wylądowała w piecu, by po około piętnastu minutach być gotową. Inez pokroiła danie, z którego była niesamowicie dumna i które pachniało tak, że aż usłyszała jak Chase’owi burczy w brzuchu. Wygoniwszy blondyna do salonu, ustawiła przed nim talerz z już nałożonym, solidnym kawałkiem, samej sobie ukroiwszy nieco mniejszy. 
  - Może jakieś winko do tego? – zagadnęła, a Chase jedynie gorliwie przytaknął, gdyż już był zajęty jedzeniem. Grant uśmiechnęła się pod nosem, czując wielkie zadowolenie. W końcu nie trzeba było o nic pytać, wystarczyło spojrzeć na mężczyznę, by widzieć, że mu smakuje. Zapewne oprócz dopiero rozwijających się umiejętności kulinarnych Inez miał też w tym swój udział głód, spowodowany tym, że od paru dni Chase nie miał w ustach niczego konkretnego, blondynka jednak wolała nie drążyć tematu i delektując się tym jakże przyjemnym uczuciem, kiedy to jej ego zostało połechtane, wstała z kanapy i ruszyła w kierunku szafeczki, w której zawsze można było znaleźć coś dobrego. W tym przypadku wino, czerwone i słodkie, bowiem takie najbardziej lubili. Butelka wylądowała na stole, ratowniczka zaś skoczyła do kuchni bo kubki. Najzwyklejsze w świcie kubki, w jakich zazwyczaj robiło się kawę lub herbatę, na pewno zaś nie piło się w nich wina, jednak ona i Chase mieli taki dziwny zwyczaj, iż pili właśnie z kubków. Wywodził się on jeszcze z czasów, kiedy obydwoje dopiero co urządzali swoje mieszkania i nie posiadali odpowiednich kieliszków, a raczej lampek do wina, więc nie pozostało im nic innego, jak tylko rozlać wino do innych naczyń i za ich pomocą smakować alkoholu. 
   - Jakie to jest dobre… - wymamrotał Chase z pełnymi ustami, kiedy zjadł już niemalże całą swoją porcję. Wcześniej się nie odzywał i jedynie jego sztućce stukały o talerz, kiedy niecierpliwie odkrajał kolejny kawałek. Gdyby mógł, pewnie jadłby rękoma, jednakże pizza była za gorąca, poza tym jak na domową pizzę przystało, była na tyle bogata w składki i sos, że podniesienie jej z talerza równałoby się z pobrudzeniem wszystkiego wokół, jadłoby się raczej też niewygodnie. 
   - Się wie – mruknęła Grant, którą zdążyła nalać im wina i sama dopiero zaczęła jeść, dobrze wiedząc, że w jej przypadku skończy się na jednym kawałku. Mężczyzna za to zamierzał chyba pochłonąć całą blachę, gdyż kiedy już skończył jeść, poderwał się z kanapy i niemalże sprintem pobiegł do kuchni, by wrócić z pełnym talerzem. Inez przyglądała się temu wszystkiemu z jawnym rozbawieniem, nie zamierzała jednak komentować zachowania przyjaciela. Przecież jej celem było solidne wykarmienie go!  
  Kiedy zjedli, przy czym Chase w sumie pochłonął cztery solidne kawałki pizzy, jedynie niewielką jej część pozostając na później, Grant wsunęła mu kubek w dłoń, po czym bez słowa zaprowadziła go do swojej sypialni. I zaprowadziła go tam tylko dlatego, iż posiadała duże lóżko, na którym mogli spokojnie się wyciągnąć i gładzić po zaokrąglonych po jedzeniu brzuchach. Leżeli w milczeniu, co jakiś czas pociągając wino z kubków, w końcu też dołączyły do nich koty Inez, układając się oczywiście tak, by zajmować jak najwięcej miejsca. 
  - Jutro zacznę szukać mieszkania. Trzeba będzie wszystko odwołać… Cały ten ślub… Myślisz, że ona na to wpadnie? – spytał blondyn, cały czas wpatrując się w pomalowany na biało sufit. Dopiero przy ostatnim pytaniu obrócił głowę tak, by móc spoglądać na leżącą obok blondynkę. 
   - Nie wiem, Chase. A dałeś jej do zrozumienia, że to koniec? I czy ty sam jesteś pewien, że to koniec? Taki definitywny? – mruknęła, marszcząc brwi i rytmicznie gładząc główkę Leona, który leżał przy jej lewym boku, przez co czuła przyjemne ciepło, a do jej uszu dodatkowo dolatywało ciche mruczenie. Jej wzrok również błądził po suficie i w przeciwieństwie do swojego towarzysza, nie odwróciła głowy, zastanawiając się, dlaczego jego głos jest tak beznamiętny? Na tyle, na ile go znała, wiedziała, że Chase nie potrafi ukrywać emocji. A jeśli już, jeśli nie chciał dać po sobie znać jak bardzo jest rozgoryczony i rozżalony, powinien przynajmniej zareagować złością. A może wszedł na nowy etap? Etap kompletnego odrętwienia i oderwania od rzeczywistości?
  Blondyn parsknął, co było marną imitacją śmiechu i podciągnął się, opierając się na łokciach.
   - Planowaliśmy ślub, Inez. Planowaliśmy wspólne życie, a ona mnie zdradziła. Skąd miałbym wiedzieć czy nie zrobi tego znowu? Jak miałbym z nią żyć, kiedy bym jej nie ufał, nie wierzył jej słowom? Przecież byłbym ciągle niepewny, miałbym jakąś paranoję, że teraz na pewno jest z innym. Nie, to nie ma najmniejszego sensu… - westchnął, z powrotem opadając na pościel, przez co trzymany przez niego kubek podskoczył lekko, a wino zachlupotało o ścianki.
   Kobieta nie odpowiedziała, bo co też mogła powiedzieć? Miał rację, stuprocentową rację i doskonale go rozumiała, gdyż wydawało jej się, że w podobnej sytuacji towarzyszyłyby jej takie same odczucia. 
  - A jeśli przeprosi? Jeśli będzie chciała wrócić? Powie, że to była pomyłka? Że to już nigdy więcej się nie powtórzy, że była głupia, że błaga o wybaczenie? – zasypała go gradem pytań, po czym zsunęła się z materaca, odstawiła kubek na ziemię i posłała przyjacielowi długie, pytające spojrzenie. Następnie wyszła, poniekąd dając mu czas do namysłu, lecz już po chwili wróciła z butelką wina w dłoni i napełniła ich kubki. 
  - Nie – odparł krótko Chase, wcześniej upiwszy kilka łyków wina. – Może i bym jej wybaczył, ale nie potrafiłbym o tym wszystkim zapomnieć. A przez to nie potrafiłbym z nią żyć, kiedy każdy kolejny dzień byłby dla mnie męczarnią, jedną wielką niewiadomą i niepewnością. 
  - Rozumiem – stwierdziła, bowiem rzeczywiście rozumiała. 
   Przez kilkadziesiąt kolejnych minut leżeli w milczeniu, a towarzyszyło im jedynie ciche mruczenie zasypiających powoli kotów. Sączyli wino, Inez zdażyła pójść po drugą butelkę i było im tak najzwyczajniej w świecie dobrze w swoim towarzystwie, kiedy żadne z nich nie musiało się odzywać, by czuli się komfortowo. 
  - Chase, nie możemy już tak więcej robić! – zawołała nagle panna Grant i tak jak do tej pory leżała praktycznie bez ruchu, tak teraz poderwała się do siadu po turecku i przekręciła głowę, wbijając spojrzenie niebieskich oczu w przyjaciela. Oczu nieco zaszklonych przez alkohol, ale wciąż patrzących trzeźwo. – Nie możemy się do siebie nie odzywać, nie utrzymywać kontaktu. Wiesz? Tylko co do Ciebie jestem pewna, że nie znikniesz… - oznajmiła cicho. Rzeczywiście, inni odchodzili i znikali, a Chase wciąż trwał przy jej boku, nawet jeśli ostatnio nie kontaktowali się ze sobą zbyt często. 
  - Nie możemy – przytaknął, poniósł się i stuknął swoim kubkiem w kubek Inez, na co ona uśmiechnęła się i idąc na przykładem przyjaciela, upiła kilka sporych łyków. 
  - Nie martw się, nie zniknę – powiedział jeszcze, ułożył dłoń na ramieniu ratowniczki i cmoknął ją w czoło. 
   Puste kubki stały na nocnej szafce, gdzie też paliła się lampka, oświetlając sypialnię ciepłym, żółtym blaskiem. Na podłodze spoczywały dwie butelki po słodkim, czerwonym winie. Łóżko zaś było zajęte przez dwa koty i parę przyjaciół, śpiących w najlepsze. Nikt nie mógł zauważyć, że dłoń z ozdobionymi czerwienią paznokciami splotła się z inną, szorstką, ciepłą dłonią.