Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

29/02/2020

2128. I put my armor on, show you how strong I am

22.01.2020 r.
– Cześć tato – mówisz cicho, uśmiechając się słabo. Kucasz przy kamiennej płycie i powoli przesuwasz kciukiem po nieco zakurzonym zdjęciu ojca. Dawno nikogo tutaj nie było. Od przeprowadzki po raz pierwszy jesteś w Bostonie i dopiero teraz zaczynają łapać cię wyrzuty sumienia. Nerwowo przełykasz ślinę, czując, jak łzy zaczynają gromadzić ci się pod powiekami. Na wilgotnej trawie kładziesz jedną, czerwoną różę ze złotą wstążką. Kiedyś, to on kupował kwiaty. Eleanor zawsze dostawała fikuśny i kolory bukiet, tobie zawsze dawał jedną, czerwoną różę ze złotą wstążką. Nigdy nie zdradził ci, dlaczego tak robi.
Wzdychasz ciężko, chcąc coś powiedzieć. Kiedyś potrafiliście rozmawiać godzinami, a tematy przychodziły jeden po drugim, teraz nie wiesz, co mogłabyś powiedzieć, nie wiesz nawet, jak zacząć rozmowę. Wpatrujesz się jedynie w zdjęcie.
– Brakuje mi ciebie, wiesz? – zadajesz cicho pytanie. – Tęsknię za tobą, tato. Dlaczego od nas odszedłeś? Dlaczego nas zostawiłeś? Dlaczego się nie pożegnałeś? – Pytasz i nawet nie wiesz, kiedy zmieniasz pozycję. Już nie kucasz, lecz siedzisz na wilgotnej trawie i obejmujesz kolana ramionami. Zawsze tak robiłaś, kiedy byłaś smutna. Ojciec wtedy przychodził z kubkiem gorącego kakao, starając się cię pocieszyć. Zawsze wiedział, jak to zrobić. Do kubka wrzucał osiem słodkich pianek, bo właśnie tyle jest planet w układzie słonecznym oraz jedną dodatkową, twierdząc, że to na szczęście i zaczynał rozmowę. Zawsze wiedział, co oraz kiedy powiedzieć. Nie było dla niego tematów tabu, nie bałaś się mu niczego powiedzieć, bo dobrze wiedziałaś, że zawsze cię wysłucha, nawet kiedy był zajęty. Nigdy nie przekładał pracy nad ciebie, w końcu byłaś jego Gwiazdką
– Nie radzę sobie. – Wyznajesz w końcu, czując, jak ogromny ciężar spada ci z ramion. Od kilku miesięcy udawałaś, że wszystko jest w porządku. Uśmiechałaś się szeroko, chodziłaś w kolorowych ubraniach, pracowałaś i próbowałaś pomóc ogarnąć się Eleanor, która całkowicie się załamała. Musiałaś być silna dla siebie i dla niej. Ciebie nie miałby kto ogarnąć, nie miałby kto pocieszyć i postawić do pionu. Nie mogłaś pozwolić sobie na chwilę słabości, na chwilę niedoskonałości. W oczach matki zawsze musiałaś być idealna, nieskazitelna i doskonała. Nawet w tak trudnych dla ciebie chwilach nie mogłaś okazać się słaba, choć najchętniej rozsypałabyś się na milion malutkich kawałeczków. Teraz coś w tobie pękło, tama, którą budowałaś przepuściła falę uczuć, które zaczęły cię przygniatać.
– Tato, dlaczego mnie zostawiłeś?! – Pytasz w pewnej chwili, czując, jak łzy spływają po twoich policzkach. Pospiesznie ocierasz je wierzchem dłoni. – Obiecałeś, że zawsze będziesz przy mnie! – Rzucasz pretensjonalnie w stronę kamiennego nagrobka, wpatrując się w surowe oczy ojca. Żałujesz, że nie ma go teraz przy tobie. Brakuje ci go. Jego głosu, spojrzenia, silnych ramion, w które mogłabyś się wtulić, ale najbardziej boli cię brak pożegnania. Może, gdybyś postąpiła inaczej... Gdybyś nie wsiadła na statek, gdybyś nie pracowała, gdybyś poszła na studia... Gdybyś...
 21.06.2002 r.
– Wszyscy na swoje miejsca! – Głos nauczycielki rozległ się w niewielkim pomieszczeniu, które stanowiło garderobę dla wszystkich siedmiolatków, którzy brali udział w przedstawieniu. Maisie uniosła głowę i pokiwała twierdząco głową. Zeszła z krzesła, podchodząc do kotary. Wystawiła za nią głowę, sprawdzając ile osób przyszło zobaczyć przedstawienie. Cała sala. Serce podeszło jej do gardła, a kiedy na widowni nie zauważyła ani Eleanor ani Franklyna, oczy zaszkliły jej się od łez.
– Proszę pani... – zaczęła, chowając się za kotarę. Nauczycielka spojrzała na nią spod byka. – Nie mogę wystąpić – powiedziała cicho, a z nerwów zaczęła skubać skórkę przy paznokciu.
– Maisie... – zaczęła nauczycielka – nie mamy na to czasu. Wszystko wypadało dobrze. Wszyscy się denerwują. Dasz radę i nie myśl o tym – dokończyła. Nim Maisie zdążyła odpowiedzieć, kobieta zniknęła, zajmując się ważniejszymi sprawami. Nie mając innego wyboru, powoli powędrowała w kierunku swojego miejsca. Stanęła na nim, starając się ignorować wszystkie rozmowy na temat gości na sali. Od niej nikt nie przyszedł. Tata wciąż przebywał na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, a mama pewnie miała ważniejsze sprawy na uczelni.
– Zaczynamy! – Usłyszała i z napięciem obserwowała, jak kotara powoli rozsuwa się na boki. Pierwsze takty piosenki popłynęły z głośników, więc uniosła mikrofon, przygotowując się do zaśpiewania. Otworzyła usta, jednak strach ją sparaliżował. Nie mogła wydusić z siebie ani jednego słowa. Spojrzała z przerażeniem na ludzi, po czym wybiegła przy pomruku zdezorientowania i schowała się za kotarą, czując łzy na policzkach.
– A mówiłaś, że niczego się nie boisz. – Słysząc znajomy głos, uniosła głowę, nie kryjąc zaskoczenia w spojrzeniu. Wpatrywała się w mężczyznę, który stał przed nią w czarnych spodniach oraz niebieskiej kurtce z naszywką NASA.
– Tata! – Krzyknęła, rzucając się mężczyźnie na szyję. Ten podniósł ją w locie i czule głaskał po włosach, kiedy się w niego wtulała. – Przepraszam.
– Nie przepraszaj, Gwiazdko – powiedział, odstawiając córkę na podłogę. – Nie masz za co – zapewnił, kciukiem wycierając jeden z jej policzków z łez.
Tamtego dnia Maisie dostała jeszcze jedną szansę. I po raz pierwszy w swoim krótkim życiu zabłysła na scenie, a Frank obserwował wszystko i pękał z dumy. 
 05.07.2013 r.
Budzik zadzwonił równo o godzinie trzeciej. Maisie leniwie otworzyła oczy i po raz pierwszy pożałowała swojej decyzji. Poprzedniego dnia nieco za bardzo dała się ponieść świętowaniu niepodległości. Głowa ją bolała, chciało jej się spać i najchętniej zostałaby w łóżku na stałe. Po raz pierwszy od podjęcia decyzji wcale nie chciała jechać do portu i wsiadać na statek. Chciała tutaj zostać.
Piętnaście minut później zadzwonił drugi budzik, który tylko utwierdził ją w przekonaniu, że właśnie robi największą głupotę swojego życia. A zrobi jeszcze większą, jeśli zaraz nie podniesie tyłka z łóżka.
Wyłączyła irytujące urządzenie, powoli podnosząc się z łóżka. Zapaliła światło, które nieco ją oślepiło. Nieco po omacku poszła do swojej łazienki, gdzie przemyła twarz zimną wodą, aby nieco się obudzić.
Pół godziny później z walizką powoli schodziła po schodach, starając się zachowywać najciszej, jak tylko potrafiła. Weszła do kuchni, a cichy krzyk wydobył się z jej ust, kiedy zastała ojca siedzącego na krześle i czytającego gazetę. Na stole obok leżała górka pancaków z syropem klonowym oraz truskawkami oraz dwie filiżanki gorącej, czarnej kawy.
– Gdybyś się tak nie guzdrała, Gwiazdko, byłby jeszcze ciepłe – powiedział, powoli składając gazetę. Widząc zdziwienie na twarzy córki, uśmiechnął się nieco zabawnie. – Wiem, wiem. Jesteś dorosła, ale chyba nie odmówisz staremu ojcu ostatniego wspólnego śniadania?
Nie odmówiła. Zjedli śniadanie, rozmawiając na przeróżne tematy i śmiejąc się, a kiedy zegarek wybił czwartą trzydzieści, pomógł jej zapakować się do samochodu i zawiózł do portu. Pożegnali się, a Maisie nigdy nie dowiedziała się, że tamtego dnia Franklyn spędził cały poranek na obserwowaniu statku i do domu wrócił dopiero, kiedy całkiem stracił go z oczu.
22.01.2020 r.
– Nie martw się, tato – mówisz cicho, a potem mocno ściskasz naszyjnik z gwiazdką, który dostałaś na piętnaste urodziny. Powoli się uspokajasz, odzyskujesz kontrolę nad oddechem, a łzy już nie spływają po twoich policzkach. – Dam sobie radę. 

17/02/2020

2127. Czymże innym dla męskiego ducha aniżeli przykrą mu zdradą obserwować potulnie bieg rzeczy, pod ciężarem rozsądku kark zginać


- Pranav, czyś Ty do reszty postradał rozum ?! - Starsza siostra mężczyzny nie próbowała nawet kryć swojego głębokiego wzburzenia, gdy oświadczył jej, że ma zamiar zatrudnić się w szemranym klubie tanecznym na Bronxie, bo ktoś powiedział mu, że jego dość częstą klientką jest tajemnicza kobieta z listu jego rzekomego greckiego ojca. - Przecież nawet nie masz gwarancji, że ona rzeczywiście istnieje! A co jeśli to tylko kolejna pułapka zastawiona na Twoje życie, czy Ty w ogóle o tym pomyślałeś ?!
- Tak, wiem, że do Half Moon przychodzą typy spod ciemnej gwiazdy wymieniać niekoniecznie legalnie zdobyte przedmioty, ale to być może jedyna szansa, bym poznał swoją prawdziwą rodzinę ze strony taty! Zresztą, Ty tego nigdy nie zrozumiesz, bo miałaś na tyle dużo szczęścia, by urodzić się w prawdziwej, pełnej familii, a nie jako jakiś podrzutek. - Westchnął ciężko przymykając powieki i rozwalając się jeszcze bardziej na kanapie.
- I w kraju, w którym płeć piękna ma bardzo mało do powiedzenia. - Odparła walecznie. - Zrozum, ja się po prostu o Ciebie martwię i nie chcę być zmuszona do stania nad Twoim grobem.
- Daj spokój, założę się, że do tej pory zdążyłem już zwiedzić o wiele bardziej niebezpieczne miejsca niż jakakolwiek nowojorska speluna i wciąż jakoś żyję. - Wzruszył ostentacyjnie ramionami. - Nauczyłem się też przemykać oko na pewne kwestie i nie paplać o nich całemu światu.
- I właśnie to jest w tym wszystkim najbardziej niepokojące, biorąc pod uwagę, że za kilka miesięcy powinieneś wrócić do swojej zwykłej branży, a dobrze wiesz, że jeśli ktoś teraz wysunie przeciwko Tobie jakiekolwiek zarzuty, zostaniesz z niej wydalony. Żaden szanujący się turysta nie powierzy swoich losów w ręce człowieka, który zadarł na poważnie z prawem. - Dalaja wyraźnie próbowała uczepić się ostatniej deski ratunku dla swojego młodszego braciszka, jakim było nawiązanie do tego, co najbardziej kochał i na czym normalnie zarabiał - do podróży.
- Trochę racji w tym masz, nie przeczę, ale jako historyk nie mogę sobie pozwolić na tak wielki blamaż, jakim byłoby życie do końca swoich dni bez znajomości dziejów własnych przodków. 
- W takim razie obiecaj mi przynajmniej, że gdy tylko coś pójdzie wbrew Twoim planom, odejdziesz z tamtego miejsca i już nigdy do niego nie wrócisz. - Zdawszy sobie sprawę, że żadnymi argumentami nie dotrze do jego zdecydowanie zbyt ambitnej i zarazem podłamanej duszy, postanowiła dać za wygraną.
- Zgoda. - Posłał Hindusce lekki uśmiech, po czym wyszedł z jej mieszkania.
Jeszcze tego samego wieczoru odszukał starannie schowany na dnie wielkiego, starego plecaka turystycznego i zabezpieczony Glock 17, w którego posiadanie wszedł przed ostatecznym opuszczeniem Kaszmiru i tak uzbrojony udał się do klubu, w którym miał rozpocząć kolejny rozdział swojego życia jako barman. Może i należał do ludzi, którzy wręcz lubowali się w ściąganiu na swoją głowę niepotrzebnych kłopotów, ale nie chciał już na wstępie wyjść na niedoświadczonego żółtodzioba. Co prawda, kiedy stanął w cztery oczy z samym właścicielem lokalu w osobie potężnego, wyraźnie naćpanego bruneta o orzechowych oczach, którego prawie całe ramiona pokryte były tatuażami i mniej lub bardziej zabliźnionymi ranami, jakiś cichy, acz natrętny głosik z tyłu głowy kazał mu jak najszybciej uciekać, ale świadomie go zignorował, wyżej stawiając sobie poznanie prawdy o swoim pochodzeniu niż spokojne przetrwanie kolejnych dni. Nawet kiedy kilka dób później musiał zastąpić kogoś przy przenoszeniu paczek z narkotykami dla któregoś z klientów, nie zbuntował się, powtarzając sobie w duchu, że niedługo uwolni się z tego błędnego koła. Zresztą przy okazji dostał swoją działkę towaru, więc poczuł się choć w części usatysfakcjonowany, a gdy po niecałym tygodniu udało mu się ujrzeć wśród tancerzy dziewczynę odpowiadającą wyglądem do opisu Egipcjanki, był już niemal pewny, że w końcu znalazł się choć odrobinę bliżej celu. Opłacało się postawić wszystko na jedną kartę.

***

W nagłówku cytat za Zrozumieć bez słów autorstwa Nancy Rossiter.  

15/02/2020

2126. Maggie

Nie pamiętam pierwszej śmierci. Może dlatego, że nie dotyczyła mnie aż tak bardzo. Przemknęła gdzieś nieopodal mojej głowy, tylko na chwilę pojawiając się w zasięgu wzroku.
Kolejnych też nie jestem sobie w stanie przypomnieć. Pamiętam łzy, lecz niezbyt wiele smutku. Pamiętam trumny i pamiętam leżące w nich ciała. Żadne z nich nie było mi nigdy bliskie. Nie tak jak Jej ciało.
Jej ciało było ciepłe i miękkie, tak często obok mojego ciała. Pamiętam plamki w jej oczach i pamiętam kształt dłoni. Pamiętam dźwięk jej śmiechu, bo nadal rozbrzmiewa mi w głowie.
Kiedy zachorowała, serce złamało mi się na pół. Uciekałam od niej już wcześniej, lecz nigdy tak szybko jak w tamtym momencie. Uciekałam, bo nie chciałam czuć się tak, jak czuję się teraz. Zabawne. Mimo upływu tylu lat Ona nadal mieszkała w moim sercu. A wraz z jej odejściem ono rozpadło się na wiele maleńkich kawałków.
Nie dopuszczam do siebie wiadomości, że jej już nie ma. Że nigdy już nie zobaczę jej oczu, dłoni, nigdy już nie usłyszę jej śmiechu. Miała w sobie tak wiele życia, jak mogło ją opuścić?
Pamiętam jednak pustkę. Pamiętam jak nie mogłam zasnąć pierwszej nocy, myśląc o jej ciele w kostnicy. Pamiętam uczucie rozrywanych wnętrzności gdy dowiadywałam się, że jej już nie ma. I strach przed pogrzebem. Przed włożeniem jej ciała do ziemi.
Jednak w mojej głowie to nie jej ciało spoczywało w trumnie zjeżdżającej do grobu. To nie mogło być jej ciało. Ona nadal żyje, gdzieś, gdzie ja po prostu nie mogę jej dotknąć...


-Leila... - chłodny ton matki sprowadził ją na ziemię. Chwyciła dziewczynę za ramię swoją idealnie wypielęgnowaną dłonią i przyciągnęła do siebie.
-Kochanie, nie wypada tak długo się żegnać, inni też stoją w kolejce.
Leila zmroziła matkę wzrokiem. Cholerna Elaine Thomson i jej cholerne nie wypada. Pierdol się, pomyślała. Wszyscy się pierdolcie
Wbiła długi obcas jeszcze głębiej w cmentarną ziemię i obróciła się na pięcie. Wiatr targał jej włosami i czarną sukienką, kiedy wściekłym krokiem zmierzała w kierunku samochodu. Objęta własnymi ramionami, czuła się odrobinę mniej samotna.

-Leilo, całą sukienkę masz pomiętą, dziecko. Poza tym, kiedy ty ostatnio byłaś u kosmetyczki? Twoja skóra woła o porządne nawilżenie!
-Mamo, bądź tak miła i daj mi choć dzisiaj spokój - odwarknęła Thomson, sięgając po szampana, który podawał jej elegancki kelner, witający gości w holu. Zajebiście, kelner i szampan na stypie. Tego jeszcze nie grali. Pozwoliła sobie na może sekundę zawahania, po czym chwyciła nóżkę drugiego kieliszka i ruszyła szybkim krokiem w głąb domu. Domu, w którym była tyle razy, że mimo upływu lat nadal znała na pamięć każdy jego metr, każdą kryjówkę i każdy sekret. 
Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało normalnie. Obrazy w złoconych ramach i rzeźby dodające przepychu były na swoich stałych miejscach. Zupełnie jakby czas się tam zatrzymał. Nie miała trzydziestu lat tylko trzynaście, znów była ubrana w szkolny mundurek i przytłoczona tym wszystkim, co ją w tym wielkim domu otaczało. 
Szmer rozmów odbijał się głośno od pustych przestrzeni, wabiąc ją do salonu, gdzie najprawdopodobniej odbywało się główne show. I tak jak spodziewała się po rodzicach Maggie przedstawienia, tak nie sądziła, że będą aż tak okrutni. 
Gdy przekroczyła próg pomieszczenia stanęła jak wmurowana w posadkę a z jej ust wydobył się cichy okrzyk.
Każdą wolną powierzchnię zajmowały zdjęcia. Na prawie połowie z nich Leila dostrzegła własną twarz.
One, w dzień rozpoczęcia szkoły, w pamiętne Haloween, przebrane za czarownice, na basenie, letnim obozie, tuż przed balem maturalnym. Blondynka i brunetka. Dwie muszkieterki, nie do rozdzielenia.
Duszkiem wypiła zawartość obu kieliszków i z impetem odstawiła je na tacę krążącego po sali kelnera. Przeceniła swoją siłę i jeden z nich roztrzaskał jej się między palcami a drobinki szkła rozsypały się dookoła jej stóp. Nie poczuła bólu i ciepłej krwi, która zaczęła płynąć jej po palcach. Zbyt była zajęta znoszeniem wbitych w nią spojrzeń zgromadzonych. Na twarzy niektórych z nich dostrzegła współczucie, na innych rozczarowanie. Nic, z czym nie musiałaby się mierzyć już wcześniej.
- Leilo, kochanie, pozwól na chwilę - ciepły głos Hannah Olsen, stojącej na podwyższeniu pośrodku pokoju, sprowadził ją na ziemię. Wiedziała, czego od niej chce. Wiedziała też, że nie jest w stanie tego podarować. 
W tle rozbrzmiała ulubiona piosenka Madeleine a za plecami jej matki pojawiła się uśmiechnięta twarz dziewczyny. 
- Mamo, tato, to ja, Maggie, a to filmik dla was z mojego pierwszego dnia na kampusie! Jestem taka szczęśliwa!
Tego już było zbyt wiele. Mimo że obiecała sobie, że nie będzie płakać, w błękitnych oczach Leili zalśniły łzy. Pamiętała ten dzień. Pamiętała słońce, które grzało po plecach tak samo dobrze jak szum alkoholu w uszach, którym poczęstowała je grupa przystojnych drugorocznych. Chwilę później postanowiły nakręcić ten filmik. Ona trzymała telefon a jej ciemnowłosa przyjaciółka wdzięczyła się przed kamerą. 

Czuła, że biegnie. Przebierała nogami ile sił, byle tylko uciec od jej głosu, jej twarzy, tego rozrywającego bólu. Wpadła do znajomego pokoju i uderzyła plecami w zamykające się drzwi, po czym przesunęła się po nich aż na puszysty dywan. Krew nadal sączyła się jej po palcach, lecz Thomson nic sobie z tego nie robiła. Przecież Maggie już nie będzie na nią wrzeszczeć za to, że zostawia plamy na jej ukochanym dywanie. Za nic już nie będzie na nią wrzeszczeć...
Czuła, jak szloch narasta jej w piersiach i w końcu postanowiła pozwolić mu zawładnąć swoim ciałem, nie miała siły już dłużej walczyć. 
Nie mogła znieść jej zapachu, który nadal unosił się w pomieszczeniu. Jak mógł tu być, skoro jej już nie ma? Skoro sama, razem z tymi wszystkimi nadętymi ludźmi, umieściła jej ciało w brudnej, zimnej ziemi.
Podniosła się z kolan i chwiejnym krokiem ruszyła do toaletki, stojącej przy oknie. Zerwała z niej wszystkie zdjęcia, wyjąc i klnąc, zostawiając ślady krwi na jasnym drewnie.Później przyszła kolej na kosmetyki, szuflady, półki z książkami. Miotała się po pokoju demolując go kawałek po kawałku, lecz nic nie przynosiło ulgi. Odbijała się od ścian, szaf, podłogi jak dzikie zwierzę. Nie potrafiła poradzić sobie z cierpieniem, które coraz mocniej zaciskało szpony na jej gardle i nie pozwało oddychać. 

Dlaczego ja nie umarłam zamiast niej?

Z trudem przychodziło mi łapanie kolejnych oddechów, lecz chwytałam je i tak, mimowolnie, całkowicie zdziwiona tym, że nadal mi to wychodzi, że nie zapomniałam przez to wszystko, jak się oddycha. Tak samo jak dziwił mnie brak ziejącej pustką dziury w centralnej części mojej klatki piersiowej i fakt, że wszystkie żebra nadal mam całe. Że ten żar, który przelewał się przeze mnie przecież tyle razy, nie stopił mi żył i nie zwęglił tkanek. Że nadal mam siłę otwierać opuchnięte powieki a cienie pod oczami nie są aż tak przeraźliwie fioletowe jak się spodziewałam. Codziennie dziwiło mnie moje ciało, nadal w jednym kawałku, jakby ten rozrywający na części ból w ogóle mnie nie dotyczył. Jak gdyby moje wnętrzności nie były wyszarpywane na zewnątrz tyle razy przez otwór w brzuchu, lecz nie dostrzegałam żadnego otworu, nawet najmniejszej blizny.

02/02/2020

It's a little soon but I wanna come home to you

miejsce wątku: dom Morrisonów
kolejność: Elle, Artek i Tilly
czas: styczeń 2021