Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

26/11/2020

IG ZAIRE

@zaircrawford Follow 546 posts26mln follow 946 follows I’m not high. The rest of y’all are just low.

“LIFE$ENTENCE” out now 🔗 linktr.ee/zaire
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
1,5 mln 858
2,5 mln 764
1,5 mln 858
1,5 mln 858
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,7 mln 364
2,7 mln 364
2,5 mln 764
1,5 mln 858
mm

25/11/2020

IG

VXIL_CreightonFollow 784 posts24 mln followers 1749 following Ezra "VXIL" Creighton
OBSIDIAN TONE | VXIL RECORDS
www.vxil.com
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
2,4 mln 964
2,6 mln 2364
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
2,4 mln 964
2,6 mln 2364
1,7 mln 1549
2,4 mln 964
2,6 mln 2364
1,7 mln 1549
2,4 mln 964
2,6 mln 2364
1,7 mln 1549
2,4 mln 964
2,6 mln 2364
1,1 mln 958
2,4 mln 1586
1,8 mln 932
2,1 mln 1302
1,4 mln 756
3,2 mln 2136
mm

24/11/2020

2154. I thought I saw the devil, this morning

Looking in the mirror, drop of rum on my tongue 

To niesamowite, jak łatwo przychodzi nam uwierzyć w to, że jesteśmy niezastąpieni, najlepsi. Niesamowici. Nieprzeciętni, oryginalni. Jak w swojej indywidualności – paradoksalnie zmieniamy się w bezkształtną masę podobnych sobie ludzi, dążących do kilku uschematyzowanych celów. Jak gonimy za materialnym dobrem i nieuchwytnym szczęściem. Jak bardzo chcemy komuś zaimponować tylko po to, aby zawieść się na kolejnej osobie. Jak próbujemy zrozumieć, skrupulatnie porządkując poszczególne aspekty naszego życia. Bezskutecznie. Na samym końcu i tak pozostajemy bez odpowiedzi na większość zadawanych przez nas pytań.
Dlaczego?
Czy to ważne? W końcu tak niesamowite jednostki jak my nie powinny się przejmować życiowym doświadczeniem, które przez wielu z nas uważane jest za niechciany ciężar. Czy poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o sens ma jakiekolwiek znaczenie? Czy nie lepiej byłoby zapytać o jakość? O to, czy każdy nawet najmniejszy krok ma wartość? Czy podniesienie się z łóżka kolejnego poranka przyniesie coś dobrego? To niesamowite, że mimo ogólnej beznadziejności nadal pozostajemy najlepsi. Przynajmniej według innych. Według tych, którzy nie mają wglądu w nasze wewnętrzne potyczki.
Gdzie?
Jest wiele miejsc, w których chciałabym teraz być. Ale na pewno nie tutaj. Nie w tym momencie życia. Nie zamknięta w czterech ścianach. Jasnych i przyjemnych, z dużym oknem z widokiem na jeden z nowojorskich parków. Chciałabym odnaleźć już spełnienie, a nie ciągle za nim gonić, potykając się raz za razem, smakując każdej swojej porażki, zastanawiając się, czy ma ona wystarczająco gorzki smak, aby nie popełniać znowu i znowu tego samego błędu.
Jak?
Słyszałam wielokrotnie, że na pomoc chętnie przyjdą nam inni ludzi. Tak samo niezastąpieni, najlepsi, niesamowicie nieprzeciętni jak ty, jak ja. Właśnie ci, którzy nic nie widzą, ale których trzeba uświadomić. Prawie tak samo boleśnie jak siebie samych. Jednak jak oni mieliby mi pomóc, skoro żyją własnym nieprzeciętnym życiem, które właściwie nie różni się tak bardzo od życia przypadkowego przechodnia, mijanego codziennie w drodze do pracy. W jakim celu szukamy pomocy u innych ludzi, skoro oni sami jej potrzebują? Skoro mają własne potyczki, bitwy i wojny, które należy wygrać. Dlaczego na siłę próbujemy udowodniać, że nasze przeciętne życie jest nieprzeciętne? Czy nie lepiej byłoby spocząć na laurach i cieszyć się z tego, co już mamy? Po co urzeczywistniamy plany innych, które dotyczą tylko i wyłącznie nas? Dlaczego chora ambicja otaczających nas ludzi ma tak znaczący wpływ na to, jak przeżyjemy kolejny dzień?
Wiele czasu zajęło mi zrozumienie, że moja własna wojna jeszcze trwa, że jeszcze jej nie wygrałam, że nie byłam w stanie wygrać nawet bitwy, a czekały na mnie kolejne starcia. Może mniej krwawe, ale z pewnością równie nieprzyjemne. Nieznośnie. Jednak najpierw chciałabym zrozumieć, a do zrozumienia było mi tak samo daleko jak do wygranej. Wszystko było i jest bez sensu. Ja, ta najlepsza dla siebie, też jestem bezsensu.
Nazywam się Zoey. I jestem alkoholiczką.

W przestronnej sali z wysokim sklepieniem ustawiono kilkanaście niezbyt wygodnych krzeseł w taki sposób, aby tworzyły okrąg. Każde miejsce było zajęte przez inną osobę, na jednym z nich siedziałam ja. Kiedy na głos odczytywałam notatki, wszyscy milczeli. Zdążyłam zauważyć, że w tym miejscu szanuje się przestrzeń innych. Nikt nie prychnął, nikt nie parsknął śmiechem, nie usłyszałam nawet ziewnięcia, które mogłoby być oznaką znudzenia. Jednak nie miałam pewności, czy każdy ze słuchaczy był zainteresowany. Każdy z nich przyszedł tu ze swoim problemem, teoretycznie podobnym do mojego, praktycznie zupełnie innym. Spoglądając na ich nieraz beznamiętne twarze, nie potrafiłam odczytać ich myśli, odgadnąć schematów, które ich tutaj doprowadziły. Jedynie czarnoskóra terapeutka wydawała się zainteresowana tak naprawdę. Słuchała, czasami nawet przyłapywałam ją na skinięciu głową. Momentami na jej twarzy pojawiał się niezbyt przyjemny grymas. Obawiałam się tego, że mnie nie zrozumie, a przyjście na terapię okaże się zbędnym trudem, wysiłkiem, na który nie miałam ochoty. Mogłam poświęcić ten czas na cokolwiek innego. Na kolejnego drinka w nowo otwartym barze trzy przecznice od mieszkania.
Nie byłam w stanie mówić, więc czytałam to, co przygotowałam wcześniej. To, co siedziało w mojej głowie, przerastało mnie samą, było zbyt skomplikowane i niejasne, a ja nie chciałam snuć opowieści o tym, jak po raz pierwszy skosztowałam alkoholu, jak po raz pierwszy poczułam, że przyniósł ukojenie. A właściwie obojętność. Wolałam snuć rozmyślania nad sensem życia, jakby wierząc, że samo myślenie o nim pomoże mi w jego odnalezieniu. To było trzecie spotkanie, na którym byłam, ale pierwsze, na którym postanowiłam się odezwać. Do tej pory słuchałam i wyciągałam wnioski z powtarzających się u innych osób schematów. Carl zaczął pić po odejściu żony. Jocelyn po stracie dziecka. Henry po wypadku samochodowym. Początek niemal każdego z nich związany był z tragedią. Niewyobrażalnie bolesną. Mój początek nie miał genezy równie tragicznej, co ich. Mój początek był wynikiem lekkomyślności, chęci zabawy, chęci czucia się swobodnie, pewnie i w szczytowej formie — fakt, wyrzucenie ze szkoły policyjnej przez skandal, którego tak naprawdę nie było, odbiło się na jakości mojego myślenia. Czułam się oszukana, ale nie skrzywdzona. Być może wtedy sięgnęłam po raz pierwszy po alkohol tylko po to, żeby zapić te przykrości, odsunąć od siebie niezbyt przyjemne myśli. I choć byłam poszkodowana, to na pewno nie na tyle, aby odcisnęło to piętno na moim dalszym życiu. Bo mogłam więcej. Ale nie potrafiłam. Na trzeźwo czułam się zwykłym, szarym człowieczkiem, wpuszczonym w maszynę, napędzaną potwornym wyścigiem szczurów, do którego zupełnie się nie nadawałam. Nie chciałam walczyć o miejsce w społecznej hierarchii. Chciałam tylko znaleźć swoje miejsce, ale gdzieś po drodze się zgubiłam. Tak po prostu.
Terapeutka po krótkiej chwili podziękowała mi za wypowiedź i zwróciła się do innego uczestnika warsztatów. Zaczął opowiadać, a ja automatycznie się wyłączyłam. Przez krótki moment próbowałam wierzyć w to, że jestem we właściwym miejscu, jednak teraz docierało do mnie, że pojawiłam się na terapii tylko ze względu na ojca.
Spojrzałam na sufit wyłożony kasetonami, które kiedyś pewnie były białe. Oczywiście, że wolałabym teraz usiąść z butelką piwa przed telewizorem. Byłoby to zdecydowanie przyjemniejsze niż spotkanie w gronie alkoholików. Postanowiłam przyjrzeć się wszystkim tym zmęczonym, beznadziejnie zmęczonym twarzom. Czy wyglądam tak jak oni? Czy moje spojrzenie jest tak samo wyprane z wszelakich emocji? Czy skóra jest poszarzała, ramiona przygarbione? Czy brakuje mi energii, blasku i radości? Czy naprawdę zgubiłam się tak bardzo, że po spojrzeniu w lustro nie byłabym w stanie rozpoznać osoby, którą kiedyś byłam?
Ludzie zgromadzeni w przestronnej sali zaczęli się podnosić z krzeseł. Owijali szyje szalikami, zarzucali na ramiona kurtki i płaszcze. Ja nie byłam w stanie się ruszyć, choćby drgnąć. Cała moja wypowiedź, która teraz nie miała dla mnie większego sensu, zapisana była na kilku kartkach z zeszytu. Gniotłam je w dłoniach. Dziwnie śliskich i spoconych. Te wszystkie słowa nikły, przemijały, ale dwa ostatnie zdania sprawiały, że czułam nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej, który spłycał oddech.
Nazywam się Zoey. I jestem alkoholiczką.

Dawno, dawno nie pisałam już nic w pierwszej osobie. 
Za sprawdzenie tekstu dziękuję El. ♥

23/11/2020

[KP] My, my those eyes like fire in my head


 Kyle Monroe

29 lat | prawnik | doktorant na CU | junior associate w kancelarii Lynnch&Shepard | syn Aarona Sheparda, ale posługuje się nazwiskiem matki, by nikt nie oskarżył ojca o nepotyzm | starszy brat wyjątkowo nieprzyjemnego typa | nie, żeby sam był od niego lepszy

Od zawsze wiedział, że jego życie nie będzie łatwe. W szkole musiał starać się bardziej, być najlepszym z najlepszych. W domu był idealnym synem. Nigdy nie zaznał rodzicielskiej miłości, choćby nie wiadomo jak bardzo był wspaniały.

Więc w końcu przestał być idealnym dzieckiem, choć poza domem nie potrafił być inny niż wcześniej. Nawet nie lubił się uczyć, ale zawsze to robił. Ukończył liceum z najlepszym możliwym wynikiem, tak samo jak studia, a później postanowił, że zrobi jeszcze doktorat, mimo że kariera naukowa nigdy go nie interesowała.

Biorąc pod uwagę jego sukcesy, nikt nie śmiał podważać jego pozycji w kancelarii. Tajemnicą poliszynela jest, że najnowszy junior associate to syn człowieka, którego nazwisko widnieje w nazwie firmy. Codziennie słyszy szepty współpracowników na swój temat, ale przemierza korytarze z podniesioną głową, bo nie przejmuje się takimi rzeczami. Niczym się nie przejmuje, bo z tego nigdy nie wychodzi nic dobrego. 

Raz się przejął. Raz w swoim życiu uznał, że warto zdjąć maskę nieczułego, zimnego i wyniosłego i pokazać, że jest człowiekiem. I to obróciło się przeciwko niemu. Więc zniknął z powrotem za swoim murem, którego nie zdołała przebić nawet jego żona z rozsądku. 
Bo tylko Ona zdołała tego dokonać. I tylko na chwilę.

14/11/2020

2153. And every day will come to pass

Each one quicker than the last
We learn from each mistake
With every bone we break
That it leaves us stronger in the end

Grupka chłopców kręciła się niby to bez celu przy murku wyznaczającym zejście na plażę, lecz jeśli uważniej im się przyjrzeć, można dostrzec, że byli czymś bez reszty pochłonięci. Na oko dziewięciolatkowie krążyli przygarbieni, co rusz pochylając się i podnosząc coś z ziemi, a ich podwinięte koszulki wybrzuszały się pod ciężarem zbieranych przedmiotów. Nieliczni w tej okolicy turyści, zmierzający na plażę, by zaznać popołudniowej kąpieli słonecznej, uśmiechali się do siebie, przekonani, że wypłowiałe na słońcu koszulki były wypełnione niczym innym jak muszlami, których można było znaleźć mnóstwo pośród piasków u wybrzeży Barbadosu. Niewymuszone uśmiechy spełzły jednak z twarzy urlopowiczów, zastąpione grymasami, kiedy pięcioro chłopców, puściwszy się w dół zejścia z dzikim wrzaskiem, biegło ku oceanowi leniwie omywającemu brzeg.
Brodzące w płytkiej wodzie stadko mew poderwało się do lotu z krzykiem, spłoszone nagłym hałasem, kiedy sielskie i rajskie obrazki zderzyły się z ponurą rzeczywistością – szkoła podstawowa, zrzeszająca kilkudziesięcioro uczniów z okolicy, znajdowała się ledwo trzysta metrów dalej, więc popołudniami dzieciaki często obierały trasę do domu prowadzącą właśnie plażą. Niektóre szły grzecznie, z tornistrami zarzuconymi na jedno ramię i przystawały tylko na chwilę, by faktycznie schylić się po muszelkę. Inne, podobnie jak chłopcy, którzy teraz kręcili się przy brzegu, porzucały plecaki pod murkiem i spóźniały się na obiad, nie zważając na gniew matek, najczęściej spędzających przy garach całe dnie.
Po chwili leniwego krążenia w pobliżu mewy uznały, że początkowe zagrożenie minęło, i opadły ku lądowi, by znów zacząć brodzić w płytkiej wodzie. Głupie jeszcze nie zdążyły się nauczyć, że podobny spektakl do tego, który miał zaraz się rozegrać, odbywał się przynajmniej raz w tygodniu i miał jeszcze długo nie znudzić się uczniom tutejszej szkoły.
Pierwszy kamień pofrunął ku ptakom niespodziewanie i wylądował na tyle daleko, że nie wywołał wśród nich większego poruszenia. Turyści z kolei kiwali głowami, dziwiąc się, jak mogli pomyśleć, że w koszulkach znajdowały się muszle, podczas gdy ciążyły w nich pieczołowicie wyzbierane kamienie różnych rozmiarów i kształtów.
Kilka kolejnych rzutów było celniejszych. Mewy podfruwały nieco dalej, teraz już czujnie obserwując, co się dzieje. Żadna jednak nie zdecydowała się odlecieć, jakby liczyły na to, że kamienie zostaną zastąpione przez kawałki chleba. Wtedy też jeden z chłopców ostrożnie wysunął się na przód, by skrócić dystans, i zamachnąwszy się, cisnął kamieniem w sam środek stadka. Ptaki natychmiast wzbiły się w powietrze i dopiero, kiedy tumult wzburzonych skrzydeł wraz z skrzeczącymi krzykami oddalił się i ucichł, można było dostrzec, że na piasku pozostał samotny, biały kształt.
— Jerome, trafiłeś!
W istocie, trafił i uśmiechnął się szeroko, dumnie wypinając pierś. Popatrzył po kolegach, kontemplując ich smętne miny, bowiem dotychczas żadnemu z nich się to nie udało i to Jerome zwyciężył w ich małej zabawie, która miała okazać się nie taką niewinną – biały kształt się nie poruszył. Jedynie pióra targane były lekkim wiatrem, lecz mewa nie rozłożyła skrzydeł i nie odleciała jak pozostałe. Głuchy na śmiechy i krzyki kolegów, dziewięciolatek zacisnął zęby i zwinął dłonie w drobne piąstki.
— No, dalej! — wymamrotał ze złością, a kiedy jego słowa nie sprawiły, że ptak poderwał się z piasku, chłopiec puścił się biegiem w jego stronę.
— Jerome, co ty robisz? — Jeden z chłopców postąpił kilka kroków w stronę kolegi z ławki, aby zobaczyć, jak ten staje nad mewą, a następnie podnosi ją ostrożnie. Nie mógł widzieć, jak jej łepek przelał się bezwładnie przez palce Jerome’a, ani jakie wzburzenie to w nim wywołało. Dostrzegł tylko, że chłopiec z mewą na rękach zerwał się do biegu, nie obejrzawszy się nawet za siebie. — Jerome!
Biegł ile tylko sił miał w nogach, rozchlapując słoną wodę, kiedy fala podmywała mu stopy. Co rusz potykał się o własne kończyny, zerkając w dół, na wciąż ciepłego ptaka bez życia spoczywającego w jego rękach. Ale dlaczego się nie ruszał? Dlaczego nie odleciał wraz z pozostałymi? Umysł dziewięciolatka rozumiał to aż za dobrze i myśl ta paliła go żywym ogniem gdzieś w klatce piersiowej, za żebrami. A może to płuca tak go piekły, bo z trudem łapał oddech? Kiedy za drzewami zamajaczyła znajoma strzecha, jeszcze szybciej zaczął przebierać nogami, aż wreszcie dostrzegł siedzącą na ganku jasnowłosą kobietę.
— Mamo! — zawołał przeraźliwie już z daleka, z siłą, z jaką potrafiły krzyczeć tylko małe dzieci. — Mamo!
Monique uniosła głowę i zmarszczyła brwi, od razu rozpoznając głos najstarszego syna, którego rozpaczliwy krzyk przeszyło jej ciało aż do kości i zagnieździł się w duszy, napełniając ją irracjonalnym lękiem. Obserwowała, jak jej pierworodny przecina plażę niczym strzała i wpada na ganek, ledwo trzymając się na nogach, podczas gdy w rękach trzymał coś, czego początkowo nie rozpoznała.
— Zrób coś! — wykrzyczał, dopadając do jej kolan i składając u stóp ten osobliwy podarek. — Zrób coś, proszę…! — dodał ciszej, samemu opadając na kolana. Jego palce z brudem pod paznokciami, których nigdy nie dało się doszorować, przeczesywały białe pióra i muskały nieruchomy łepek, podczas gdy na Monique spoglądały dwa czarne koraliki oczu ptaka. Matowe i martwe.
— Jerome, co się stało? — spytała. Łagodnie, lecz jednocześnie stanowczo ujęła dłonie dziewięciolatka i odsunęła je od mewy. — Spokojnie, tylko powiedz mi, co się stało.
— Ja, my… — zająknął się, spoglądając to na własne ręce zamknięte szczelnie w dłoniach matki, to na ptaka leżącego nieruchomo na deskach ganku. Wreszcie uniósł głowę. — Rzucaliśmy kamieniami. Trafiłem, mamo — wyznał, wpatrując się w nią dużymi oczami, ziejącymi przerażeniem wprost z umorusanej buzi. — Ja to zrobiłem… Ja… — zaczął się znowu jąkać, a kiedy jego dolna warga zaczęła drzeć, z oczu popłynęły duże jak grochy łzy. Wilgotne od potu i wody ciemne włosy obklejały jego czoło i Monique musiała w duchu przyznać, że jej syn wyglądał wyjątkowo niewinnie, podczas gdy właśnie odbierał od życia jedną z ważniejszych lekcji. — Ja ją zabiłem.
— Och, Jerome… — szepnęła tylko i przygarnęła go do siebie, aby przycisnąć jego głowę do piersi. Poczuła, jak ciałem chłopca wstrząsnął najpierw jeden dreszcz, a później kolejny, kiedy Jerome na dobre rozmiękł w jej ramionach i rozpłakał się żałośnie. Nie słyszała jeszcze takiego płaczu, nie u niego. Pełnego bólu, ale też wściekłości – czuła, jak zacisnął palce na materiale jej sukienki, przez co naprężył go mocno. Minęło kilkanaście długich minut, nim się uspokoił, podczas gdy Monique przez cały ten czas zerkała nad jego głową na leżącą przy nich mewę. Nie dostrzegała widocznych obrażeń i nie zamierzała ich szukać, będąc pewną, że ptak nie żył i że to wystarczyło, by jej syn poczuł na sobie ciężar konsekwencji tego jednego, jakże celnego rzutu.
— Już nic nie da się zrobić, prawda? — Wyplątał się z jej objęć i zaczął wycierać dłońmi policzki, rozmazując kurz i pył, które zebrały się na jego skórze w ciągu dnia. Przysiadł na piętach, zwrócony przodem do mewy i nim Monique zdążyła zaprotestować, złożył jej skrzydła i przytulił łepek do ciała, sprawiając, że zwierzę nie wyglądało tak upiornie.
— Nie, synku. Już za późno — zgodziła się, z zadumą obserwując, jak ten przed chwilą rozhisteryzowany dziewięciolatek szybko się uspokoił i wyciszył, i cóż, wcale nie przyniosło jej to ulgi, a wręcz przeciwnie; wzdłuż jej kręgosłupa spłynął chłodny dreszcz pełen niepokoju.
— Pomożesz mi ją zakopać? — spytał, podnosząc na nią spojrzenie. — Z tyłu domu, pod akacją — postanowił.
— Do-dobrze — tym razem to ona się zajęknęła i wyciągnęła dłoń, by przeczesać palcami ciemne, wilgotne loki syna.
Godzinę później stali razem nad kopczykiem świeżej ziemi, która była czarna jak noc i pachniała wilgocią, Barbadosem. Jerome milczał, a Monique nie przerywała panującej ciszy i tylko przykucnęła obok, kiedy chłopiec rozsiadł się po turecku pod akacją.
— Idziemy do domu? — spytała. — Tata niedługo wróci.
— Posiedzę tu jeszcze chwilę.
— Jesteś pewien?
— Tak, mamo.


Grupka chłopców kręciła się niby to bez celu przy murku wyznaczającym zejście na plażę, lecz jeśli uważniej im się przyjrzeć, można dostrzec, że byli czymś bez reszty pochłonięci. Na oko dziewięciolatkowie krążyli przygarbieni, co rusz pochylając się i podnosząc coś z ziemi, a ich podwinięte koszulki wybrzuszały się pod ciężarem zbieranych przedmiotów. Nieliczni w tej okolicy turyści, zmierzający na plażę, by zaznać popołudniowej kąpieli słonecznej, uśmiechali się do siebie, przekonani, że wypłowiałe na słońcu koszulki były wypełnione niczym innym jak muszlami, których można było znaleźć mnóstwo pośród piasków u wybrzeży Barbadosu. Niewymuszone uśmiechy spełzły jednak z twarzy urlopowiczów, zastąpione grymasami, kiedy pięcioro chłopców, puściwszy się w dół zejścia z dzikim wrzaskiem, biegło ku oceanowi leniwie omywającemu brzeg.
Tylko jeden z nich został przy murku i czybkiem buta rysował na piasku fantazyjne wzory.
— Jerome, chodź!
— Chodź, musisz nas nauczyć tak rzucać!
— Jerry!
Drgnął w odpowiedzi na te nawoływania, ale nic poza tym. Uśmiechnął się krzywo, pokręcił przecząco głową i schylił się po tornister, by noga za nogą powlec się do domu. Czasem tylko schylał się po muszlę, wybierając te, które szczególnie ładnie wyglądałyby pod akacją z tyłu domu i chował je do podwiniętej koszulki.


Grupka chłopców kręciła się niby to bez celu przy murku wyznaczającym zejście na plażę, lecz jeśli uważniej im się przyjrzeć, można dostrzec, że byli czymś bez reszty pochłonięci. Na oko dziewięciolatkowie krążyli przygarbieni, co rusz pochylając się i podnosząc coś z ziemi, a ich podwinięte koszulki wybrzuszały się pod ciężarem zbieranych przedmiotów. Nieliczni w tej okolicy turyści, zmierzający na plażę, by zaznać popołudniowej kąpieli słonecznej, uśmiechali się do siebie, przekonani, że wypłowiałe na słońcu koszulki były wypełnione niczym innym jak muszlami, których można było znaleźć mnóstwo pośród piasków u wybrzeży Barbadosu. Niewymuszone uśmiechy spełzły jednak z twarzy urlopowiczów, zastąpione grymasami, kiedy pięcioro chłopców, puściwszy się w dół zejścia z dzikim wrzaskiem, biegło ku oceanowi leniwie omywającemu brzeg.
Tylko Jerome nadal się uśmiechał. Leniwym krokiem, z dłońmi w kieszeniach krótkich spodenek ruszył za dziećmi. Droga do domu rodziców prowadziła obok szkoły, przez plażę. Co prawda brunet mógłby pójść biegnącym dalej od brzegu deptakiem, ale zwabiony wesołymi pokrzykiwaniami, minął grupkę chłopców i podszedł bliżej, obierając kierunek wprost na brodzące nieopodal stadko mew, aż to zmuszone było przed nim uciec. Niektóre ptaki po prostu rozbiegły się na boki, inne odfrunęły kawałek dalej.
— Płoszy nam pan mewy!
Nie odpowiedział. Uśmiechnął się do siebie pod nosem i poszedł dalej, aż po kilkunastominutowym spacerze zza drzew wyłonił się przed nim budynek, w którym spędził całe swoje dotychczasowe życie. Mężczyzna skręcił łagodnie, schodząc z plaży, i kiedy nie dostrzegł nikogo na ganku, minął schodki i ruszył wzdłuż zachodniej ściany domu. Przeszedł nieopodal akacji, teraz wyższej oraz bardziej rozłożystej, i wszedł w gęstwinę, aby odnaleźć pośród zarośli wąską ścieżynę, która doprowadziła go aż do murów cmentarza. Podciągnąwszy się na rękach, przesadził ogrodzenie, rzucając tylko pobłażliwe spojrzenie dziurze w cegłach, przez którą kiedyś przechodził, i ruszył przed siebie.
— Hej, mamo — przywitał się, stając tuż przy niższej od siebie jasnowłosej kobiecie, która, wpatrzona w nagrobek, obejmowała się ramionami. Dopiero na dźwięk znajomego głosu Monique odwróciła głowę i zerknęła na syna, uśmiechnąwszy się lekko.
— Hej, Jerome — odpowiedziała i opuściła ręce, by zaraz przytulić się do boku pierworodnego i otoczyć ręką jego przedramię.
— Dawno cię tu nie widziałem — mruknął po kilku minutach milczenia i nachylił się, aby pocałować czubek jej głowy.
— To zawsze było wasze miejsce — parsknęła, by zaraz odetchnąć głęboko. — Biegaliście tu całą hołotą, jak tylko pokazałeś reszcie ścieżkę. Nie chciałam wam przeszkadzać — powiedziała cicho i miękko, zaczepnie naparłszy na dorosłego już syna całym ciężarem ciała. Zaraz jednak spoważniała i znieruchomiała, a jej błękitne oczy zaszły mgłą wspomnień. Wtedy, po śmierci Nahuela, nie przybiegł do niej; nie rzucił jej do stóp tej śmierci, jakby potrafił udźwignąć ją sam. Wzięła go w ramiona dopiero kilka długich tygodni później, kiedy znalazła go na cmentarzu, choć płakał wtedy dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy miał dziewięć lat.
— Idziemy do domu? — spytał, wyrywając ją z zamyślenia. — Tata powinien niedługo wrócić.
— A nie chcesz zostać?
— Nie — odpowiedział od razu. — Nie teraz. Przyjdę jeszcze, nim wrócę do Jen.
— Jesteś pewien?
— Tak, mamo.
Odchodzili już, kiedy zatrzymał się w pół kroku i zawrócił, sięgając do kieszeni.
— Prawie bym zapomniał — rzucił do Monique i zerknąwszy na nią, ułożył na kamieniu nagrobka białą muszlę.
Czasami człowiek musi, bo inaczej się udusi. Ja dusiłam się wczoraj, a teraz mogę w spokoju odetchnąć. Niezastąpionej El po raz kolejny dziękuję za sprawdzenie tekstu i pomoc w stoczeniu walki z imiesłowami ♥ Obiecuję nie używac ich tak wiele! ^^ Tytuł oraz cytat: Welshly Arms — Who We Are.