aktualności

06.02.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 lutego karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.02.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.02.2026.
11.01.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.01.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 stycznia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.01.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.01.2026.
24.12.2025
Wesołych Świąt!
Kochani, życzymy Wam Wesołych Świąt! Zdrowia, szczęścia oraz pomyślności! Najedzcie się pysznego jedzonka, nacieszcie bliskimi i odpocznijcie, a do nas wróćcie pełni sił i zapału do pisania wąteczków 💙
15.12.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
14.12.2025
Azyl to też niewola...
Wszystkich zainteresowanych grą na blogu fantasy zapraszamy na The Last Salvation, które pozostaje otwarte dla wszystkich istot paranormalnych poszukujących azylu...
06.12.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10grudnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.12.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.12.2025.
11.11.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.11.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 listopada karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.11.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.11.2025.
31.10.2025
Aktualizacja regulaminu bloga
W Regulaminie dodano punkt dotyczący rozwiązywania sporów między autorami. Prosimy o zapoznanie się z nim.
26.10.2025
Wgranie poprawki
W kodzie wgrano poprawkę dotyczącą wyświetlania szablonu na urządzeniach mobilnych. Wszystkim pomocnym duszyczkom - dziękujemy ♥
24.10.2025
Aktualizacja szablonu
Po trzech latach nasz kochany NYC doczekał się nowej szaty graficznej ♥ Jeśli dostrzeżecie jakieś nieprawidłowości, prosimy o ich zgłaszanie w zakładce Administracja.

21/06/2025

[KP] Does she smile? Or does she mouth, "Fuck you forever"?

I wanna snarl and show you just how disturbed this has made me
You wouldn't last an hour in the asylum where they raised me

Sloane Fletcher

Sloane Senna Fletcher ——— 22 latka; urodzona 16 maja 2003 roku w Los Angeles. Piosenkarkatancerka i autorka tekstów o francusko-amerykańskich korzeniach, tworząca emocjonalny pop z elementami zmysłowości i surowej szczerości. Rodzice mieli fantazję, plany i prochy, dlatego Sloane w dokumentach widnieje jako Sloane Senna Fallon Delphina-Roux Petronille Fletcher-Basset. Jedyna córka Ivonne Basset - francuskiej modelki i jedno z wielu dzieci Desmonda Fletchera - amerykańskiego perkusisty zespołu alternatywnego Hollowed Souls. Właścicielka podążającej za nią krok w krok Rue. Zwyciężyni Grammy 2025 za Best New Artist, krążą plotki, że ojciec maczał palce w tym, aby dostała statuetkę. Między 2024, a 2025 była w międzynarodowej trasie don't call him back po wydaniu drugiego albumu old receipts. Mieszkanie w SoHo. Instagram. Pop princess. Spoiled Love, bo się rozwiodła, narobiła chaosu i zamiast pisać oświadczenia — napisała album. 

Sloane Fletcher jest dziewczyną, która ma w życiu wszystko, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Bo nie pozwoli, aby obcy dostrzegli więcej niż chce pokazać. O swoich słabościach do ciemnych oczu, perfum z nutami tytoniu i słodkich słów, w które nie wierzy, opowiada w piosenkach podbijając TikToka i listy przebojów, na których króluje przez tygodnie. Urodziła się z nazwiskiem znanym od dekad. Otworzyło to przed nią wiele drzwi, zza które chętnie zagląda i garściami bierze to, co jest jej oferowane. Starannie pielęgnuje swoją karierę od szesnastego roku życia, kiedy pierwszy raz podzieliła się ze światem swoimi tekstami i głosem. Filmik wybił się momentalnie, a wytwórnie rozpoczęły między sobą wojnę, aby przygarnąć Sloane pod swoje skrzydła. Pierwszy poważny kontrakt podpisała dwa lata później. Wbrew matce, która wymarzyła dla niej karierę w Hollywood. Wbrew ojcu, który kręcił nosem na popowe szmiry, ale nawet mimo swojej niechęci, o ile nie jest czymś akurat naćpany lub nie szuka swoich zagubionych dusz na pustyniach, pojawia się na koncertach.

Sloane Fletcher sama do końca nie wie, jaka jest tak naprawdę. Na scenie jest głośna, pewna, nieco niebezpieczna. Nie ma tam chwili na zawahanie, a każda sekunda jest dokładnie zaplanowana. Poza sceną wśród mniej lub bardziej znajomych osób zdaje się, że wcale z niej nie schodzi. Ciągle odgrywa narzuconą sobie rolę, tyle, że przed mniejszą publicznością. Szuka towarzystwa, które bez mówienia tego na głos, da jej hałas i adrenalinę, aby zagłuszyć wszystkie niewypowiedziane na głos emocjonalne i fizyczne potrzeby. Nie pozwala ludziom się poznać, a oni, zdaje się, że wcale też nie chcą wiedzieć co tak naprawdę w niej się kryje.

Sloane Fletcher próbuje być autentyczna, ale nie wie, gdzie zaczyna się ona, a gdzie akt.

🎶🎶🎶
Taylor Swift w karcie & Tate Mcrae na wizerunku.
Notki: I
Karty: I, II, III, IV, V

6 komentarzy:

  1. Ezra nie odpowiedział od razu. Przez chwilę tylko na nią patrzył, jakby ważył każde słowo, które za moment wypuści z ust. Jakby wiedział, że jedno zdanie za dużo albo za mało może ją znowu wytrącić z równowagi. Albo jego samego.
    — Czy się opłaciło? — powtórzył cicho, a kącik ust drgnął mu w czymś, co było bardziej szczere niż rozbawione. — Gdyby się nie opłaciło, dawno bym się wycofał. Nie jestem aż takim masochistą.
    Przesunął dłonią po karku, jakby próbował rozluźnić napięcie, którego wcale już nie udawał, że nie ma. — I nie. To nie są tylko dramaty. — Spojrzał jej w oczy. — To, co masz w głowie, jest cholernie rzadkie. Brudne, szczere, niegrzeczne. Czasem nie do zniesienia, ale prawdziwe. A ja… — zawahał się na ułamek sekundy — …lubię pracować z prawdą. Nawet jeśli czasem kopie.
    Kiedy zapytała, co będzie, jeśli tego wszystkiego okaże się za dużo, Ezra parsknął cicho, kręcąc głową, jakby dopiero teraz dotarł do niego absurd całej tej sytuacji. Przesunął po niej spojrzeniem, siedzącą na podłodze, z jointem między palcami, rozrzuconymi kadrami wokół i tym zmęczeniem, które wcale nie wyglądało już jak furia.
    — Sloane… — mruknął z lekkim rozbawieniem, ale bez kpiny. — Ja już dawno cie trochę uspokoiłem. — Uniósł brew, wskazując ruchem głowy na halę, która jeszcze godzinę temu wrzała. — Parę miesięcy wyszłabyś trzaskając drzwiami i skończyła gdzieś na imprezie, która potrwałaby tydzień, w najlepszym wypadku. — Usiadł niżej, opierając łokcie o kolana. — A teraz siedzisz tu ze mną, palisz, zbierasz papiery i próbujesz rozmawiać. To już jest postęp. Nawet jeśli się z nim nienawidzisz. — Spojrzał na nią z tym swoim irytująco spokojnym półuśmiechem. — Więc tak, geniuszu chaosu. Jesteś spokojniejsza. Nawet jeśli za bardzo nie chcesz tego przyznać.
    Jej słowa o Carterze trafiły celnie. Ezra nie skomentował od razu, nie wchodził w ironię ani żarty. — Trudno z tym walczyć — powiedział w końcu. Nie sprecyzował jednak, czy chodzi mu o nią, czy może o niego, o to, że lubi ką bardziej niż powinien a ona wzdycha do byłego męża, co dla niego jest nie do przeskoczenia. Popatrzył na nią uważnie.
    Jej propozycja wywołała w nim krótki, cichy śmiech. Zerknął na tablicę, potem z powrotem na nią, jakby to wszystko było dla niego jednocześnie absurdalne i zupełnie naturalne.
    — Obiad? — powtórzył z niedowierzaniem, a potem spojrzał na nią spod brwi. — Nie, nie, nie. Nie tak łatwo.
    Przesunął się bliżej, stuknął palcami w stertę porozrzucanych kadrów i dodał już z wyraźnie rozbawioną nutą.
    — Nie wypuszczę cię stąd, dopóki mi nie złożysz sensownego scenariusza na ten klip. Choćby na serwetce. Choćby w wersji „totalny chaos, ale wiem, o co mi chodzi”.
    Zaśmiał się krótko, nisko, kręcąc głową.
    — Przerwa na obiad… kto to w ogóle słyszał? — pomamrotał teatralnie. — Artyści nie jedzą, artyści żywią się frustracją, papierosami, kofeiną i problemami emocjonalnymi.
    Zgasił skręta, po czym spojrzał na nią już spokojniej, z tym swoim charakterystycznym błyskiem w oku.
    — Dobra. — Dodał miękcej. — Najpierw scena. Potem jedzenie. Albo odwrotnie… ale tylko jeśli mnie przekonasz, że to ma sens.
    Uniósł brew. — No? Reżyserko chaosu. Zaskocz mnie. A jutro… jutro zobaczymy.
    Podniósł się powoli z podłogi i wyciągnął do niej rękę, nie nachalnie, nie władczo. Po prostu oferując pomoc.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  2. Ezra w ostatniej chwili powstrzymał się przed przewróceniem oczami. Nie wyglądał na zdenerwowanego. Raczej na kogoś, kto właśnie podjął decyzję i zamierza ją zrealizować bez zbędnego dramatyzmu.
    — Kłóciłabyś się z tym, bo lubisz się kłócić — mruknął z rozbawieniem. — Nie dlatego, że nie mam racji.
    Kiedy powiedziała, że jest pierwszą osobą, która tak o niej myśli, nie uśmiechnął się szeroko. To nie był moment na żarty. Spojrzał jej prosto w oczy. — Ja po prostu patrzę po to, żeby coś zobaczyć. A większość ludzi patrzy… żeby tylko patrzeć. —
    Wzruszył ramionami. Dla niego to nie było nic szczególnego. Uniósł brew lekko. — I to nie jest żadna supermoc. To jest obserwacja.
    Na wspomnienie weekendowej imprezy, prychnął cicho. — Włącz chociaż lokalizację, na wypadek gdyby znowu trzeba było cię ściągać ze stolika… — Wzruszył ramionami. Nie było w tym osądu. Nie wypominał jej tego co się wtedy wydarzyło. Raczej z tego żartował. Bo byli na tyle blisko, że mógł sobie na to pozwolić. Tak myślał.
    Ezra patrzył na nią chwilę dłużej, niż powinien. Nie jak producent na artystkę. Jak ktoś, kto próbuje zrozumieć, gdzie dokładnie pękła linia napięcia. Jego wzrok był skupiony, spokojny, niemal badawczy, przesuwał się po jej twarzy, jakby szukał odpowiedzi między zaciśniętymi ustami a zbyt nieruchomymi ramionami.
    — „Nie zmieniło się jeszcze dość” — powtórzył. — Wiesz, co się zmieniło? — nachylił się minimalnie. — Teraz przynajmniej widzisz, że coś się powinno zmienić. Nie idziesz w zaparte, jak na początku.
    Odchylił głowę do tyłu, przeciągając kark, jakby próbował rozluźnić napięcie, które wcale nie było jego. Cichy wydech uciekł mu spomiędzy ust. Kącik ust drgnął, nie był to uśmiech, raczej cień rozbawienia sytuacją, którą tylko oni dwoje potrafili doprowadzić do takiego absurdu.
    — To nie działa tak, że wyłączasz jedno uczucie i reszta zostaje — powiedział ciszej. — Jak przestaniesz czuć to, co boli… przestaniesz też czuć to, co dobre.
    Zatrzymał się w pół kroku i oparł dłonie na biodrach. Nie w geście agresji, bardziej jak ktoś, kto patrzy na bałagan i zastanawia się, od którego końca go sprzątnąć. Szerokie ramiona, spokojna postawa, spojrzenie wbite w nią z mieszaniną cierpliwości i wyzwania. Ezra spojrzał na nią długo. Znacząco. Z tym półuśmiechem, który zawsze zwiastował, że zaraz coś powie i że będzie to dokładnie w punkt. Uniósł brew.
    — Sloane… — mruknął spokojnie, z ironicznym ciepłem w głosie. — Umówiliśmy się na pracę i seks. — Zrobił minimalną pauzę. — Randek ze mną nie chciałaś. — Kącik jego ust drgnął wyżej. Nie było w tym ani grama urazy. Bardziej rozbawienie. Jakby delikatnie przypominał jej jej własne zasady. — Więc teraz nie wiem, czy mam się czuć awansowany, czy właśnie złamałaś własny regulamin. — Zsunął spojrzenie na jej usta, potem z powrotem w oczy. Potem odsunął się odrobinę, jakby to wszystko było tylko żartem.
    — Ale spokojnie. Trzymam się kontraktu. — mrugnął lekko. — Praca. Seks. Zero romantycznych zachodów słońca.
    Uśmiech pozostał. Lekki. Prowokujący. — Chyba że zmieniasz zasady. — Ezra zatrzymał na niej to spojrzenie jeszcze sekundę dłużej, jakby sprawdzał, czy cofnie te słowa o obiedzie. Odwrócił się w stronę tablicy. Podszedł spokojnie, jakby ta chwila sprzed momentu wcale nie była na granicy czegoś więcej. Zaczął zbierać porozrzucane kadry, które wcześniej ona pozrywała.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wygładzał je dłonią, przypinał z powrotem, jeden po drugim. Nie mówił przez chwilę nic, tylko pracował. Plan prawie opustoszały, światła przygaszone, echo klimatyzacji i ich oddechów. Wziął marker ze stolika. Obrócił go w palcach. Klik. Spojrzał na nią przez ramię.
    — Dobra. Pokaż mi, gdzie to ci nie siedzi.
    Podszedł bliżej tablicy i stuknął końcówką markera w problematyczną scenę z garderoby.
    — Tu? — Nie patrzył na kartkę, patrzył na nią. Sloane skinęła głową. Bez wahania przeciągnął przez zdjęcie grubą, czarną linię. — Wywalone. — Przesunął się niżej. — A to? Za miękkie? -1 Znów lekkie skinienie. Kolejna kreska. Krótka, zdecydowana. Żadnego „może”. Żadnego negocjowania. Pracował szybko, ale nie chaotycznie. Wykreślał to, na co reagowała. Zostawiał to, przy czym milczała. Czasem odwracał się do niej, unosząc brew, jakby mówił: naprawdę? to też?, a kiedy potwierdzała, tylko wzruszał ramionami i skreślał. W końcu cofnął się o krok. Marker trzymał w zgiętej dłoni.
    — Dobra. — Spojrzał na nią uważniej. — Teraz powiedz mi, co chcesz poczuć w tej scenie. Podszedł bliżej, stanął obok niej, ramię niemal przy jej ramieniu. — Nie co widz ma zobaczyć. Co ty masz poczuć. — Odwrócił głowę w jej stronę. — Bo jak to ogarniemy, to reszta sama się ułoży. — Marker zawisł w powietrzu, gotowy. Czekał na jej słowo.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  4. Ezra uniósł brew, kiedy powiedziała „masochista”, i przez moment przyglądał jej się tak, jakby naprawdę rozważał tę diagnozę, a potem zmrużył oczy z udawanym namysłem.
    — Czyli tak mnie widzisz? — zapytał spokojnie. — Masochista?
    Wskazał na siebie palcem, teatralnie, jakby chciał się upewnić, że mówi o właściwej osobie.
    — Ja? Ten spokojny, opanowany, rozsądny?
    Parsknął śmiechem i pokręcił głową.
    — Zupełnie nie wiem, o co ci chodzi, Sloane. Kompletnie. — Dłoń przyłożył do klatki piersiowej w przesadnym geście niewinności. — Ja tylko podpisuję kontrakty, gaszę pożary i od czasu do czasu zbieram z podłogi porwane storyboardy.
    Uśmiechnął się krzywo. — Jeśli to jest masochizm, to chyba w bardzo eleganckiej wersji. — Zerknął na nią spod rzęs. — A może po prostu… lubię wyzwania. Ale tylko w bardzo wyselekcjonowanych przypadkach. Takich, które mają oczy jak twoje i robią takie sceny, jak dziś? To jeszcze nie czyni mnie cierpiętnikiem. To czyni mnie wybrednym — mruknął z lekkim rozbawieniem.
    Jej wizja imprezy wywołała u niego krótkie, niskie parsknięcie. — Basen z pianą? — powtórzył. — Sloane, ja mam swoje lata. Ja już byłem w tym basenie. Kilka razy. I wierz mi, po trzeciej butelce tequili nikomu nie jest do śmiechu. — Pokręcił głową ze śmiechem. Ale kiedy wspomniała, że mógłby pojechać z nią, coś w jego spojrzeniu złagodniało. Mógłby. Może nawet by chciał. A nie powinien. Tylko, że Ezra nigdy nie zwracał szczególnej uwagi na to, co powinien.
    Zamilkł na moment, a potem spojrzał na nią uważniej.
    — Wschody nie są romantyczne — powiedział cicho. — Są… intymne. Nie ma publiczności. Nie ma filtrów. Tylko kawa o szóstej rano, patrzenie, jak miasto się budzi i to, co zostało po nocy.
    Kącik jego ust drgnął. Stał dokładnie tam, gdzie stał przed chwilą, marker wciąż trzymał między palcami, jakby był przedłużeniem jego dłoni. Kiedy się do niego przysunęła, nie zareagował instynktownie. Nie złapał jej. Nie dotknął. Zamiast tego powoli uniósł wzrok znad tablicy i spojrzał na nią wprost. Nie było w tym spojrzeniu ani prowokacji, ani rozbawienia. Tylko skupienie. Czyste. Kącik jego ust drgnął minimalnie, jakby coś go bawiło, ale bardziej pod nosem niż otwarcie. Przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, potem odłożył marker na półkę z cichym kliknięciem.
    — A zmieniłaś? — zapytał bez ogródek.
    Nie mrugnął. Nie uśmiechnął się szeroko. Stał spokojnie, ręce wsunął w kieszenie spodni, jakby dawał jej przestrzeń, ale jednocześnie wcale się nie wycofywał. Przez sekundę przyglądał jej się tak, jakby próbował oddzielić impuls od prawdy. Lekko uniósł brew. Znów ten półuśmiech. Suchy. Niewyzywający.
    Przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, potem jednym, zdecydowanym ruchem wykreślił ujęcie z garderoby.
    — Blake… — mruknął sucho. — I tak był zbędny.
    Spojrzał na nią dopiero wtedy. Nie jak producent na artystkę. Jak ktoś, kto próbuje wejść jej do głowy. — Rozczarowanie. Złość. Obojętność. — powtórzył wolno. — Czyli nie romans. Tylko rozpad.
    Odłożył marker na półkę, podszedł bliżej tablicy i jednym palcem wskazał tekst piosenki przypięty z boku. Przesunął kilka kartek wyżej. Odpiął kolejne dwa kadry.
    — Zamiast flirtu z Blake’em… zostawiasz go w połowie zdania. Kamera nie idzie za nim. Zostaje na tobie. — Zrobił krok w tył, jakby już widział to w głowie. — Ściągasz ten cholerny błyszczący kostium, rzucasz go na podłogę. Bez seksowności. Bez kokieterii. Jakbyś zrzucała z siebie cudzą wizję. — Uniósł brew. — I nie ma muzyki przez dwie sekundy. Cisza. Tylko twój oddech. — Wskazał na nią markerem. — A potem wchodzimy z refrenem, ale ty już nie tańczysz. Stoisz. Patrzysz prosto w kamerę. Bez uśmiechu. Bez łez. Totalna obojętność. — Podszedł bliżej, aż dzielił ich tylko krok. — To będzie twoje „o kurwa”. Nie krew i lateks. Tylko moment, w którym wszyscy zrozumieją, że coś w tobie umarło. — Przez sekundę milczał, analizując jej twarz. Złapał marker z powrotem i dopisał jedno słowo na górze tablicy.
    PĘKNIĘCIE.
    — Teraz ma sens? Czy dalej chcesz komuś przyłożyć?

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  5. Ezra słuchał jej bez przerywania, oparty biodrem o krawędź stołu z cateringiem, kubek z zimną już kawą trzymał w dłoni, ale nawet z niej nie pił. Patrzył. Nie na jej usta. Nie na nogi. Na oczy. Kiedy powiedziała „czasami”, uniósł lekko brew.
    — Czasami? — powtórzył z udawanym namysłem. — Czyli jednak masochista na pół etatu. — Kącik jego ust drgnął. — Podpisuję kontrakty z niestabilnymi dziewczynami, które znikają na tydzień, a potem wracają i rozwalają plan zdjęciowy — powtórzył i okiwał głową powoli. — Brzmi jak bardzo przemyślana strategia biznesowa. — Zerknął na nią z ukosa. — W bardzo eleganckiej wersji — dodał, cytując ją. Kiedy zapytała, co jeszcze lubi, nie odpowiedział od razu. Zamiast tego odstawił kubek, wyprostował się i zrobił jeden spokojny krok w jej stronę. Nie gwałtownie. Nie prowokująco. Kontrolowanie. Przyjrzał jej się uważniej.
    — Lubię, to jaka jesteś bezczelna, że potrafisz wejść do pomieszczenia i sprawić, że wszyscy przestają oddychać. Nawet kiedy nie masz na sobie czerwonego lateksu.
    Kącik jego ust drgnął.
    — Lubię to, że potrafisz być okrutna w słowach, a pięć minut później powiedzieć coś tak cholernie szczerego, że nie da się tego zignorować.
    Zatrzymał spojrzenie na jej twarzy. Jego głos był cichy, ale stabilny.
    — Lubię twoją ambicję. To, że nie chcesz być tylko ładną buźką z nazwiskiem i że wkurwia cię przeciętność, może nawet bardziej niż mnie.
    Nie uśmiechał się już ironicznie. Nie prowokował.
    — To w tobie lubię, Sloane. Nie to, jak wyglądasz w cienkim bikini. — Zrobił minimalny krok bliżej. Nie dotknął jej. — To znaczy, to oczywiście też… — dodał po sekundzie, już z tym swoim półuśmiechem, który oznaczał, że znowu wrócił do gry. — Nie jestem aż takim ascetą.
    Oparł się biodrem o stół, skrzyżował ręce na piersi i zmierzył ją spojrzeniem od stóp do głów. Tym razem bez ukrywania tego. Spojrzał jej znowu w oczy. — Ale nie mylmy faktów, Fletcher. Bikini to bonus. Charakter to powód, dla którego jeszcze tu stoję.
    Na wzmiankę o basenie i bikini parsknął cicho.
    — Jak bardzo cienkie to bikini? — uniósł brew. — Brzmi jak projekt, który wymagałby osobistego nadzoru producenta. — Westchnął teatralnie. — Ktoś musi sprawdzić, czy wizja jest spójna artystycznie. Zmrużył oczy z rozbawieniem.
    — A basen w pianie… — zawiesił głos, celowo pozwalając, by obraz zawisł między nimi. — Nie powiedziałem, że nie chciałbym. Powiedziałem, że to brzmi jak kosztowna katastrofa.
    Kiedy wspomniała o tym, że nie pili kawy o wschodzie słońca, uniósł brwi z udawanym zaskoczeniem, po czym spojrzał gdzieś w bok, jakby naprawdę próbował sobie coś przypomnieć.
    — Oops… — mruknął, przeciągając samogłoskę. — To chyba nie z tobą. — Na ułamek sekundy zachował kamienną twarz, a potem kącik jego ust drgnął zdradziecko. — Muszę prowadzić dokładniejsze notatki z takich poranków.
    Pochylił się minimalnie bliżej, głos obniżył.
    — Ale spokojnie. Ten wschód pamiętam aż za dobrze.
    Odchylił się z powrotem, przyglądając jej reakcji z wyraźnym rozbawieniem. Nie rozwijał tego. Nie musiał. Przy „uwierzysz?” przyjrzał jej się dłużej. Tym razem bez ironii. Nie z przekąsem, nie z tym swoim półuśmiechem, którym zwykle rozbrajał napięcie. Wsunął dłonie do kieszeni spodni, jakby potrzebował fizycznego oparcia, odchylił lekko głowę w bok i zmrużył oczy, analizując jej twarz tak, jak analizował nowe demo, uważnie, bez litości. Zastanawiał się. Nie nad tym, co wypada powiedzieć. Nad tym, czy ją chronić, czy powiedzieć prawdę. W końcu zrobił krok bliżej, ale nie na tyle, by ją dotknąć. Spojrzał jej prosto w oczy. Spokojnie. Bez agresji. Bez ironii.
    — Nie — odpowiedział szczerze. Nie brzmiało to jak oskarżenie. Raczej jak stwierdzenie faktu. — Nie uwierzyłbym ci. Nie dzisiaj.
    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  6. Przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, jakby ważył kolejne słowa.
    — Za bardzo walczysz z czymś, co nie ma nic wspólnego ze mną. I ja to widzę.
    Nie podniósł głosu. Nie odsunął się.
    Kiedy zaczęła mówić o scenie, o pożegnaniu, o pęknięciu, o czymś, co ma zniknąć bez huku, Ezra odwrócił się powoli do tablicy. Sięgnął po marker.
    — Pożegnanie bez deklaracji — mruknął bardziej do siebie niż do niej. — Cisza po wybuchu.
    Przyczepił jedną z kartek wyżej. Drugą przesunął. Trzecią skreślił jednym, zdecydowanym ruchem, gdy skinęła głową. Spojrzał przez ramię.
    — Rozpad, który boli bardziej, bo nikt nie krzyczy.
    Odchylił głowę, jakby sprawdzał kompozycję z dystansu, dłonie oparł na biodrach. Cisza znów się między nimi rozlała. Kiedy powiedziała „jest idealnie”, przyglądał jej się przez dłuższą chwilę.
    — Idealnie? — powtórzył cicho. — Idealne rzeczy się nie rozpadają, Sloane. — Jego głos nie był miękki. Nie był też twardy. Był prawdziwy.

    OdpowiedzUsuń