Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

23/02/2014

1967. ***

  Równomierne stuk-stuk. Ciche. Oddalone. Szumiące tak, jak morze, uspokajające, zalewające człowieka. Jak morska woda wypełniająca płuca. Ludzie, stłoczeni, myślący tylko o tym, by stąd wyjść. Równomierne, miarowe stuk-stuk. Zaparowane szyby. Jasne wnętrze. Stuk-stuk serca. I metra. Ludzie, którzy patrzą ze złością na śmiejących się innych ludzi. Ludzie, którzy czytają. Ktoś się uśmiecha, ale woli udawać, że tego nie widzi. Oddalone stuk-stuk. Światło, potem ciemność. Światło, potem ciemność. Światło, potem ciemność.
Odwraca głowę w bok. Patrzy na starszego mężczyznę, czytającego gazetę z zaciętą miną. Patrzy na zdjęcie na pierwszej stronie, potem na kapelusz sąsiada. Milczy, znowu zerka na swoje buty.
- Cześć. Jestem Janine. - Miarowe stuk stuk wyznaczające kolejne sekundy życia. Patrzy na buty, są ubłocone. Musiała ubrudzić je, kiedy stamtąd wracała. Błoto jest na kolanie. Na spodniach. Światło w pomieszczeniu jest zbyt jasne Nie może patrzeć. - O czym czytasz?
Splata dłonie przed sobą, prostuje palce, potem je zaciska. Patrzy na paznokcie.
- Do mnie mówisz? - Mężczyzna raczy ją swoim barytonem, po czym rozgląda się.
- O czym piszą? - pyta. Odwraca wzrok w jego kierunku. Znowu spogląda na buty. I na splecione palce.
Miarowe stuk-stuk. Zatrzymuje się. Ludzie wysiadają. Mężczyzna z gazetą siedzi dalej obok.
- O królikach z laboratorium - zaczyna.
Przerywa mu:
- Które wcale nie były maltretowane, ale PETA zrobiła z tego reklamę dla siebie - mówi niespokojnie, niecierpliwie. Spogląda na niego. - Co jeszcze? Co jeszcze piszą? - dopytuje ostro.
Mężczyzna wydaje się być wzburzony, mimo to patrzy do gazety. Chwilę szuka czegoś wzrokiem. Miarowe stuk-stuk, pięć razy. Patrzy na niego. Znowu ubłocone buty. Ubłocone spodnie. Splecione dłonie. Zadziory na palcach i krew pod paznokciami. Trze palcami o spodnie i patrzy, jak brud zostaje na materiale. Stara się go pozbyć. Rozciera go. Gniewnie się prostuje i znowu wbija wzrok w mężczyznę.
- Jakaś tancerka kończy karierę. Słońce Nowego Jorku, tak piszą - mówi starszy mężczyzna. W jego głosie słychać niepewność.
Kiwa głową. Zaciska pięści i uderza nimi o metalowe krzesełko. Potem rozprostowuje palce i stara się wygrzebać zaschniętą krew kantem siedzenia.
- Co jeszcze? - odzywa się tym samym zniecierpliwionym tonem co poprzednio. Jeszcze kilkakrotnie uderza pięścią w krzesełko. Przestaje. Ma wrażenie, że złamała kości w całym ramieniu. Patrzy na dłoń. Obserwuje, jak kości poruszają się z każdym ruchem palców. Hipnotyzuje się tym. Nagle podnosi głowę, jakby była spłoszona, wbija wzrok w pasażerów. I znowu ubłocone buty.
Mężczyzna wstaje i przesiada się. Patrzy za nim, ale nie wstaje. Stara się wygrzebać brud. Patrzy, jak świeża krew pojawia się na krzesełku. Miarowe stuk-stuk. Nie czuje bólu. Miarowe stuk-stuk serca. Czuje już, ale nie dociera do niej. Mózg nie odpowiada. Marszczy brwi, jakby to miało pomóc w skupieniu się. Brzuch ją boli. Niedobrze jej. Zawroty głowy.
Kolejny przystanek. Ludzie wsiadają i wysiadają. Patrzy na nich. Kobieta w średnim wieku, wysoko spięte włosy. Rozmawia przez telefon głośno. Inni na nią patrzą, ktoś ją szarpie, by przestała tak głośno mówić. Ona zaczyna wrzeszczeć. Patrzy na mężczyznę z gazetą.
- Co jeszcze piszą? - Stara się przedrzeć przez kłótnię pasażerów. Mężczyzna z gazetą nie zwraca na nią uwagi, więc powtarza głośniej. I jeszcze głośniej. Nie słyszy. Znowu patrzy na ubłocone buty. Musiała je zabrudzić, gdy stamtąd wracała. Stamtąd wracała w błocie. Przewróciła się. Wtedy ubrudziła kolano. Potem założyła spodnie.
Miarowe stuk-stuk. Nie ma biletu. Ma ubłocone buty. Nikt nie przyzna jej racji, że ma prawo nie mieć biletu. Bo jest brudna. Jakieś dziecko spogląda na nią. Miarowo stuk-stuk mruga. Nie słyszy tego, ale wie, że to wydaje dźwięk. Siedzi na kolanach matki i kołysze nogami. Uderza w metalowe siedzenie. Czuje to, choć nie powinna. Mózg nie czuje bólu wbitego kanta siedzenia pod paznokieć, ale czuje uderzenie nogami dziecka. Miarowe stuk-stuk serca. Patrzy na dziecko. Słyszy je:
- Mamo, ona jest brudna.
Matka patrzy na synka, potem na nią, potem odwraca jego twarz w stronę okna.
- Nie patrz tam. - Rozmawia dalej przez telefon. - Nie, nie, Jodie, to nie było do ciebie.
Cisza. Patrzy dalej na dziecko, ale odwraca wzrok. Zerka na mężczyznę. Jest jej zimno. Zostawiła tam płaszcz i sweter. Może powinna wrócić i je zabrać. Ale sweter jest rozerwany. Ale płaszcz był drogi. I pasował do butów. Nie wróci tam sama. Drży.
- Mamo - dziecko ciągnie matkę za sweter - ona jest bezdomna. Dajmy jej bułkę. Patrz, jest chuda i brudna. Czy mogę dać jej bułkę?
Kobieta nie odpowiada, odwraca głowę dziecka po raz kolejny. Rzuca mu gniewne spojrzenie. Miarowe stuk-stuk. Patrzą na siebie. Dziecko znowu uderza nogami o siedzenie. Drży. Boli ją. Stara się usiąść inaczej, ale ją boli. Rozszerza nogi. Rozgląda się, obserwuje: mężczyzna z gazetą łypie na nią co chwilę, dziecko patrzy na jej odbicie w szybie. Kobieta głośno rozmawia przez telefon. Ubłocone buty. Boli ją.
Drapie się po żyłach. Chce tak bardzo.
Kolejny przystanek. Ludzie wysiadają. Ludzie wsiadają. Mężczyzna zwinął gazetę i podszedł do rozsuniętych drzwi. Patrzy na nią, udaje, że nie patrzy. Marszczy brwi i patrzy z dołu na niego.
- Wariatka - mówi. Wychodzi.
Patrzy na ubłocone buty. Miarowe stuk-stuk. Wnet wysiada. Ale nie ma domu. Nie chce wracać do kwiaciarni. Chce być gdzie indziej. Ale nie ma bezpiecznie. Nigdzie nie jest bezpiecznie. Miarowe stuk-stuk serca. Musi zostać wśród ludzi. Tutaj, w tym miejscu.
Widzi to znowu: szarpie ją i rozdziera jej płaszcz. Guziki odpadają i spadają na ziemię głośno jak wybuchy jądrowe. Krzyczy cicho, zasłania jej usta ręką, gryzie go i odsuwa się. On. Ona stara się uciec. Łapie ją za rękę i uderza. Nie czuje bólu, ale opada, opada jak ptak, któremu wyrwano skrzydła. Mijają godziny. Ziemia jest wilgotna. Szarpie jej sweter. Mocno, zrywa go, rzuca gdzieś na bok. Kopie go, ale udaje, że go nie boli i bije ją po twarzy. Krzyczy. Zasłania się. Przewraca ją na brzuch. Stara się dźwignąć. Boli kręgosłup. Uderza znowu. Traci oddech na chwilę.
Prostuje się mimo bólu, opiera o ścianę metra. Patrzy przed siebie. Kobieta przestała rozmawiać. Milczy. Patrzy na nią. Odwraca wzrok. Ubłocone buty. Ubłocone kolano. Boli ją. Krew już jest na całej dłoni.
- Mamo - mówi dziecko. Ciągnie ją za rękaw. - Czy to narkomamka?
Matka odwraca jego twarz w stronę okna. Podnosi dłoń i macha dziecku. Mówi:
- John patrzy na jakąś ćpunkę. Nie, nie, wszystko dobrze. Nie patrz tam, John, mówię ci, nie patrz tam. Bo cię porwie i będziesz jak ona. Chcesz tak wyglądać? Cicho, nie patrz tam. - Skrzeczy. Patrzy na nią. Odwraca wzrok. Patrzy na miejsce, gdzie siedział mężczyzna.
Miarowe stuk-stuk. Serce bije miarowo. Równo. Jak gdyby nic się nie stało. A przecież czuje, że sekundy zwalniają. Przecież czuje, jak oddala się od tego miejsca i tego czasu. Czuje, że ją boli. Czuje jeszcze ten oddech na karku. Ma jeszcze ziemię w ustach i w nosie. Pluje nią na podłogę. Patrzy na buty. Paznokcie. Są brudne od krwi.
- Jak ja byłem w armii - grzmi czyjś głos. Podnosi głowę. Patrzy na kobietę, która rozmawiała przez telefon. - Baby nie mogły mówić tyle. Dawało się w ryja i było po sprawie. A teraz co! Pierdoli taka przez telefon i pierdoli! Normalnie w ryja dać tylko!
Wzdryga się. Chowa się w sobie. Nienawidzi żołnierzy.
- Zamknij mordę, stary dziadzie! - woła kobieta. - Zamknij mordę, bo zawołam karetkę! Starych idiotów trzeba izolować u psychiatry! Zamknij ryj, kurwa!
Patrzy na dziecko, dziecko się uśmiecha głupkowato. Bawi go to. Szarpie rękawem mamy, żeby spojrzała. Nie reaguje. Wygląda tak samo jak chłopiec. Tamten. Jego zakrwawiona twarz, pamięta. Był cicho. Spał jakby.
Dotyka jej jej dłonią. Delikatnie. Tak, jak sama tego chce. Wodzi wzrokiem za jej dłonią.
Unosi jej biodra i przyciska twarz do ziemi. Gryzie ją, napina każdy mięsień. Chce się wyrwać. Miarowe stuk-stuk. Dociska ją mocniej. Uderza jeszcze raz. Słyszy, jak dziewczyna obok żuje gumę, nie... To nie ta scena... Widzi jeszcze raz. Otwiera go. Otwiera i dotyka. Czuje złe, niewdzięczne ciepło.
Całuje. Powoli. Drży z podniecenia. Zagryza delikatnie wargę i sunie palcami po jego karku. Uśmiecha się do siebie.
Szarpie. Mocno. Potem się poddaje na moment. Słyszy jego oddech. Słyszy jego bicie serca. Są razem. Gryzie ziemię mocniej i chce się podnieść. Spada na nią jak kamień. Wpada w ziemię... Jest tą ziemią. Boli.
Kolejny przystanek. Patrzy przed siebie. Widzi reklamę za szybą. Widzi kota. Miauczy i domaga się karmy. Jest popielaty, jasny. Przesuwa dłońmi po dekolcie i czuje stare zadrapania. Drapie po nich. Drapie żyły. Tak bardzo, tak bardzo chce. Przejechał. Kot znika.
Ludzie wysiedli. Ludzie wsiedli. Ktoś obok niej siada. Patrzy na nią. Patrzy na niego. Miarowe stuk-stuk.
Młoda dziewczyna. Guma balonowa pęka. Spogląda na swoje ubłocone buty. Ma na nich małą plamę krwi. Owija w koszulkę krwawiący palec. Boli. Dziewczyna patrzy na jej brzuch. Nerwowo go zasłania. Potem odwraca wzrok. Chce się przesiąść. Nie chce być wśród ludzi. Duszno jej. Boli ją. chce być sama. Jest zimno, jest pod ziemią, boi się, przecież za chwilę coś się stanie, zapadnie się, umrze tu, pogrzebana w puszce, nie chce, musi być na wierzchu. Wyjść. Natychmiast. Odwraca się do szyby. Drapie ją słabo.
Blondynka żuje gumę i patrzy na nią. Na torbie ma naszywkę z bykiem.
Mówi:
- Estás drogada?
Patrzy na nią. Rozchyla usta, chce coś odpowiedzieć.
Palcami ryje ziemię, drapie ją, chce się wyczołgać. Czuje jak miarowo stuk-stuk uderza o nią. Czuje to i krzyczy. Nie słyszy siebie. Przyciska jej twarz do ziemi. Nie może oddychać. Wierzga nogami. To nic nie daje.
Czuje go. Czuje go w sobie. Jest na nim i patrzy na jego twarz, widzi tylko błyszczące oczy. Uśmiecha się łagodnie, potem chwyta jego nadgarstki i kładzie je nad jego głową. Śmieje się cicho. Wydaje się jej, że go zaskoczyła.
- Estás bien?
Boli ją. Słyszy gumę balonową. Całuje go. Mocno się w niej porusza. Boli ją. Szarpie ją. Szarpie nim. Chce wymiotować. Rzuca się. Przewraca ją pod siebie i śmieje sie cicho. Boli ją. To hiszpański. Drapie mocniej szybę. To nie ma sensu... Chce wymówić to słowo. To zdanie. Czuje go w gardle.
- Nic.
Miarowe stuk-stuk. Dziecko odchodzi od matki, wyjmuje bułkę z reklamówki. Szum reklamówki, zauważa to. Patrzy na niego. Dziecko podchodzi i wyciąga do niej rękę. Uśmiecha się do niego. Uśmiecha się do niej. Miarowo bije jej serce. Tak bardzo chce... drapie żyły.
- Nie ćpij więcej - mówi chłopiec. - Bo będziesz mieć hifa.
Uśmiecha się. Bierze bułkę. Gryzie ją. Patrzy przed siebie. Czuje żurawinę i spogląda na nią. Widzi robaka, porusza się. Widzi kamyk. Miała go tam w ustach. Gryzła go. Z kamyka wychodzi robak. Rzuca bułkę, wstaje. Czuje, że zaraz zwymiotuje. Zaraz się zrzyga. Boli ją wszystko, krwawi, tak bardzo chce, żeby... Uderza w szyby metra, uderza w drzwi, zaczyna krzyczeć, przecież nie chce, nie chce tu umrzeć, nie pod ziemią! Mocno wybija się przed wysiadających ludzi. Wybiega. Wymiotuje.
Spogląda jeszcze na metro. Chłopiec patrzy za nią. Dziewczyna z gumą balonową i bykiem patrzy za nią. Wstaje, chce zrobić krok, ale siada. Wszyscy na nią patrzą. Patrzy na bułkę. Nie ma tam robaka. Rzyga raz jeszcze. Potem kładzie się obok tego. Patrzy na sufit. Słyszy kroki, miarowe stuk-stuk. Śmieje się.
Zostawia ją. Odchodzi. Kopie na pożegnanie. Wypluwa ziemię. Płacze.
Zasypia w jego ramionach. Oddycha spokojnie.



18/02/2014

1966. Ashes like snow.

"Won't you meet me in the morning?
You left without without any warning... 
Ashes like snow, where did you go?"
( Lily Kershaw - "Ashes like snow")


18 luty 2014.

Cmentarz był obsypany śniegiem niemal po same kolana. Nowojorska zima zdawała się panować nad całym miastem, nawet nad nekropoliami, które powinny rządzić się własnymi prawami. Szron, oblepiajacy drzewa, skrzył się w słońcu, śnieg zakrywał pamiątkowe tablice, a ludzie przeklinali cicho, odgarniając biały puch z mogił. Wysoka, rudowłosa postać przestępowała z zimna z nogi na nogę, stojąc przed grobem, w którym miesiąc wcześniej spoczęły prochy podpułkownika Carmine'a Dwighta. 
- Jak mogłeś tak spieprzyć sprawę? -Joyce pytała w myślach mężczyznę, ale zgodnie z przewidywaniami nie uzyskała żadnej odpowiedzi. - Jak mogłeś tak po prostu zostawić Willa? - Powtórzyła rozżalona i z całej siły powstrzymywała łzy. Carmine Dwight popełnił samobójstwo, chociaż nikt nie obstawiał, że zrobił to świadomie. Wszystkiemu winna była choroba, która zmieniała go w bezuczuciowego, agresywnego potwora. JJ wciąż miała w głowie ich ostatnią rozmowę, zaledwie dwa dni przed jego śmiercią...

- Ale nam się udał, nie? - Carmine roześmiał się, biorąc na ręce synka. - Perfekcyjna robota. - Mówił to za każdym razem, gdy JJ i Will pojawiali się w ośrodku leczenia zaburzeń psychicznych. Cały personel utrzymywał, że mężczyzna znacznie się wyciszał po wizytach Rudej i dziecka, był spokojny i pogodny. Joyce była skłonna w to uwierzyć, kiedy patrzyła jak Carmine zajmuje się maluchem i często gościła w jego pokoju na czwartym piętrze budynku. O dziwo, jako para często nie potrafili się dogadać. Teraz, na przyjacielskiej stopie, już nie mieli z tym problemów. 
- Udał nam się, ale to nasza pierwsza i ostatnia produkcja - odparła Joyce z rozbrajającą szczerością. Żadne z nich nie miało złudzeń - ich związek dawno się skończył, może tak naprawdę wcale nie istniał. Jednak oboje zyskali dzięki temu największy skarb, jaki człowiek może posiadać, w maleńkiej osobie Williama, który jeszcze niczego nie rozumiał, ale na widok ojca wyciągał małe rączki i wykrzywiał usteczka w coś na kształt uśmiechu. JJ wzruszona obserwowała ich wzajemne relacje, z radością spoglądając w przyszłość.
- Nigdy go nie zostawię, obiecuję. - Mężczyzna spojrzał na rudowłosą, a ta uśmiechnęła się ciepło. - Wynagrodzę Ci wszystko co przeszłaś sama w czasie ciąży i porodu. Już nie będziesz sama. Wyjdę stąd i będzie dobrze. Zobaczysz - zapewnił, z rozanieleniem wpatrując się w śliczną twarz chłopczyka. Will chwycił palec taty i nie chciał puścić, a Carmine tylko się roześmiał.
- Trzymam za słowo...

Carmine słowa nie dotrzymał. Mroźnego poranka dwa dni później personel znalazł jego ciało na podjeździe ośrodka, zmasakrowane w wyniku uderzenia o asfalt. Wyskoczył, prawdopodobnie nad ranem i zginął na miejscu. Sądząc po stanie czaszki i mózgu oraz obrażeniach ciała nie mógłby tego przeżyć. Tak skończyła się historia jednego z najważniejszych mężczyzn w życiu Joyce, której pozostał wielki żal. Nie do Carmine'a, bo ten przez chorobę nie panował nad sobą. Do losu, do pielęgniarzy, którzy najwyraźniej zaniedbali swoje obowiązki, do samej siebie. Tak, do siebie również. Przede wszystkim dlatego, że pozwoliła mu wylecieć na kolejną misję. Powinna protestować, stanąć okoniem, powiedzieć o ciąży i przywiązać mężczyznę do kaloryfera. Tak zrobiłaby normalna, trzeźwo myśląca kobieta. Powinna, ale tak nie zrobiła, bo JJ takim typem nie była. Nie chciała ograniczać jego życiowym planów i teraz już nigdy William nie zobaczy swojego taty, a ona przyjaciela. Było po wszystkim. Tak jakby ktoś na planie filmowym powiedział "cięcie".
Trzydziestopięcioletnie życie zostało drastycznie skończone, a bliscy musieli się z tym pogodzić. Dla JJ etap rozpaczy dawno minął, pozostał tylko żal i tęsknota. Musiała być silna, nie dla siebie, ale dla dziecka, które potrzebowało silnej, zdrowej mamy, a nie rozklejającej się mimozy. Ostatnie dwa tygodnie spędziła w New Stuyahok, u rodziców, by dać sobie czas na przemyślenie wszystkiego co spotkało ją w ostatnim czasie. Wróciła na wieść o wypadku Sol, by wspierać przyjaciołkę w ciężkim dla niej czasie. Dzięki pomocy mamy wróciła silniejsza. Zmieniła ciasną kawalerkę na mieszkanie wynajęte od Sienny i powoli, małymi kroczkami, układała swoje życie do kupy, bez Carmine'a Dwighta, za to z jego mamą i siostrą, które zasypywały ją telefonami i zaproszeniami do siebie. JJ nie zamierzała ograniczać tych kontaktów, chciała by William wiedział kim jest i skąd pochodzi, nieważne jak później potoczą się losy jego i jego mamy. 
- JJ, wróciłaś? - Joyce usłyszała za sobą znajomy głos i podskoczyła w miejscu, gwałtownie wyrwana z zadumy. Odwróciła głowę i spojrzała na twarz starszej kobiety, w której rozpoznała matkę Carmine'a. Wyglądała nieco lepiej niż na pogrzebie, ale jej oczy wciąż były zaczerwienione, jak od płaczu. Molly Dwight była piękną kobietą po sześćdziesiątce. Mimo upływu lat zachowywała zgrabną sylwetkę i regularnie farbowała włosy, dzięki czemu nie było widać śladów siwizny. Po niej Carmine odziedziczył wielkie brązowe oczy i kształt ust. Resztę miał po ojcu, komandorze sił lotniczych, który zginął podczas misji, gdy jego syn miał piętnaście lat.
- Wróciłam trzy dni temu - odparła JJ, lekko przytulając do siebie Molly. - Miałam dosyć siedzenia na Alasce. Chcesz odwiedzić WIlly'ego? Urósł przez ten cały czas - uśmiechnęła się ciepło, nieumiejętnie skrywając matczyną dumę.
- Byłoby cudownie. - Kobieta skinęła głową. - Jak się czujesz?
- Straciłam dobrego przyjaciela, Molly - JJ wbiła wzrok w kamienną płytę. - To nigdy nie była miłość, ale był mi bardzo bliski. Tęsknię za nim - przyznała szczerze i wzruszyła ramionami, chcąc przywrócić się do równowagi.  
- Masz rację, to nie byla miłość - przytaknęła jej Molly Dwight. - To Ellen była miłością jego życia, pierwszą i jedyną. Po jej stracie oddał się wojsku, całkowicie - dodała z brutalną szczerością, ale Joyce nie miała jej tego za złe. - Podobałaś mu się, intrygowałaś, uwielbiał Cię na swój pokręcony sposób. On tak naprawdę nigdy nie wrócił z wojny, został tam na zawsze, jak jego ojciec. - Molly położyła dłoń na ramieniu Joyce. - Tak po prostu musiało być. Nie zadręczaj się długo. Jesteś młoda, ułóż sobie życie z kims. Mój syn nigdy nie dałby Ci tego na co Ty i Will zasługujecie. W każdym momencie życia, gdyby tylko pojawiła się możliwość wyjazdu na misję, to on by to zrobił. Anthony miał tak samo.
Joyce spojrzała na kobietę, totalnie zaskoczona jej szczerą wypowiedzią. Dokładnie znała historię rodziny Dwightów i musiała przyznać, że Carmine wdał się w ojca.
- Dziękuję, Molly. Twoje wsparcie wiele dla mnie znaczy. - JJ zagryzła dolną wargę i spuściła wzrok.
- Opowiadałam Ci jak Carmine spadł z drzewa gdy miał 8 lat? - Spytała nagle pani Dwight, a Joyce parsknęła śmiechem. 
- Nie, ale opowiesz mi w drodze do mojego mieszkania - powiedziała i chwyciła kobietę pod ramię, po czym ruszyła w stronę cmentarnej bramy...

15/02/2014

1965. Żarówka.


Od dwóch tygodni główna sala w New York Theatre Ballet była od podłogi po sam wysoki sufit zastawiona rusztowaniami. Podłoga wyściełana została szeleszczącą folią, przy progach rosły piramidki z puszek farb ustawianych jedna na drugą, w kątach opierały się jedna o drugą całe bele wzorzystych tapet, zamówionych jak i reszta materiałów po hurtowej cenie, a i także w hurtowej ilości. Wszystkie fotele publiki zostały starannie zakryte workami, a i tak widać było na czarnych foliach krople i mazie po jasnej farbie, którą malowano sufit i wykończenia krawędzi sali. To samo działo się przy dwóch parach drzwi wejściowych, gdzie i drewno potężnych skrzydeł zostało odświeżone farbą i lakierem, a klamki przetarte i potraktowane błyszczącym sprayem, więc przy progu widać było ślady po tych pracach w postac kropel, czy pyłku po substancjach rozpryskanych na folii, zakrywającej burgundowy dywan. Na nowy rok dyrektor otrzymał dofinansowanie i całą sumę, która miała zgodnie z pierwszymi ustaleniami zostać wykorzystana na remont największej sceny i zakupienie różnej maści dekoracji i materiałów przeznaczonych do wzbogacenia scenografii spektakli; przeznaczyć chciał na gruntowne odświeżenie wielkiej sali, włączając w to nie tylko scenę, ale i część widowni, a także zejście do szatni. Słowem, od początku roku w teatrze wrzało.
Aktorzy i zespoły tancerzy, jak również i muzycy z orkiestry, śpiewacy operowi, każdy artysta, który swoim kunsztem dawał popisy i występował w tym teatrze, musiał się dostosować. Remont trwał już dwa tygodnie, a prawdopodobnie miał zająć jeszcze dwa razy tyle. Sol nie czuła zniecierpliwienia, nie drażniły jej i nie irytowały te prace. Wraz z zespołem próby przenieśli na starą salę, która od kilku lat tylko do tego służyła, no i była jeszcze rzadziej wykorzystywana do spektakli młodzieżowych klubów teatralnych, bowiem to wielka, przepiękna sala stanowiła atrakcję i na niej odbywały się najznamienitsze widowiska. 
Gdy miasto zaatakowała zima stulecia, a loty odwołano, także i część firm transportowych wycofała się ze zleceń. Dlatego też trasa jaka wpisana została w kontrakt została wstrzymana i Sol wraz z resztą tancerzy czekała na rozwój wydarzeń. Moskwa, Francja, Berlin, każde wielkie miasto jakie mieli odwiedzić, musiało tak samo jak i Nowy Jork zmienić harmonogram spektakli i wystawianych sztuk, bo pogoda pokrzyżowała wszelakie plany. Dla rudej jednak nie oznaczało to wcale tragedii. Teraz, gdy przez kilka tygodni jej życie na walizkach ustało, nieco zwolniła tempa, mogła znaleść wreszcie czas dla Jareda, przyjaciół i częściej odwiedzać rodziców. Zaskakiwało ją bardzo to, że w tej chwili gdzie się obecnie znajduje, gdy jej marzenia się spełniają, a wiele lat nauki, ćwiczeń, morderczych treningów nareszcie się opłaca, jej priorytety zaczynają się wahać. Do tej pory przez ostatnie lata najważniejszy był balet, to było jej celem w życiu i samym życiem. Znajomi często z pobłażaniem żartowali, że z baletem wiążę nie tylko przyszłość, ale i sama się z nim związała. Dążyła do stania się primaballeriną. Dążyła do zdobycia członkostwa w prestiżowym zespole, etatu w najznamienitszym teatrze. Marzyła o karierze. Na chwilę obecną miała to wszystko i być może z powodu tego, że ten cel, który był na szczycie od początku jej pracy i miłości do baletu, został osiągnięty, zaczęła rozglądać się za czymś innym. Racjonalizowała to wszystko, nie rozumiejąc siebie kompletnie. Miała, co chciała, a nie czuła się najszczęśliwszą osobą na świecie. Toż to zupełny absurd. Czy chodziło o to, że lepiej jest gonić przysłowiowego króliczka, niż go rzeczywiście schwytać? Sol nie wiedziała, co więcej, chyba odrobinę unikała odpowiedzi.
Siadając brzy brzegu sceny, zaczęła się rościągać. Lubiła to uczucie naprężonych mięśni, gdy jej ciało, tak miękko i elastycznie odpowiadało na te proste ćwiczenia. Nawet gdyby nie pragnęła od dziecka tańczyć, żałowałaby i tęskniła za tym, z jaką łatwością może objąć drobnymi palcami kostkę i wykonać skłon tak głeboki, że z łatwością moze dotknąć klatką piersiową ud nad kolanami. Byłaby świetną sardynką w puszce, umiałaby się wcisnąć wszędzie. Albo ośmiornicą, te też są tak giętkie, o.
 - Nie śpij – usłyszała za sobą i ze skruchą pokiwałą głową.
Starsza koleżanka, dwudziestosześcioletnia Hannah nie należała do ulubionych współpracownic Sol. Kobiety nie potrafiły się dogadać, choć nie były do siebie negatywnie nastawione. Rudej wydawało się, że tamta z biegiem czasu utraciła tę umiejętność czerpania radości z tańca i zabawy nim, jakby z każdym kolejnym treningiem i spektaklem, utożsamiała balet jedynie z pracą, z obowiązkiem, z którego musi się wywiązać, przy okazji zapominając, że powinien on być przede wszystkim pasją i fascynacją sztuką. Takie nagłe i szybkie wypalenie zawodowe było czymś, przed czym młoda Duval chciała się uchronić i także dlatego jej własne wątpliwości zaczynały ją niepokoić. Bała się, że któregoś dnia się obudzi i stwierdzi, że koniec jej przygody z baletem, że się znudziła, że jej przeszła ta wielka miłość, która jednak trwała od wczesnego dzieciństwa. Dlatego po trochu sama z sobą walczyła, a ostatnio, gdy mrozy, śniegi i wichury zablokowały pół świata, zamiast odpocząć i się uspokoić, miała wrażenie, że spina się jeszcze bardziej. Jeszcze z większym zapałem, może nieco wymuszonym, biegła na treningi, spieszyła na próby, nawet wstawała dużo wcześniej, by posprawdzać czy w torbie ma spakowane baletki, bandaże, trykot i ochraniacze na zmianę. Jakby była tykającą bombą o niewiadomym końcu. Bombą, która szkodzi tylko i wyłącznie sama sobie. I nikt nie mógł tego nawet zauważyć nawet, bo i nie zachowywała się inaczej niż zwykle.

 - Gdzie jesteś? Halo? Halooo? Jared, gdzie jesteś? Słyszysz mnie w ogóle?! Halooo?! - albo jej się wydawało, albo tego dnia autentycznie cała linia telefoniczna siadła. Mogło być też tak, że to ona ewidentnie została znienawidzona przez wszelakie urządzenia, a miała na to nawet kilka dowodów! Rano gdy robiła kawę, ekspres niemal eksplodował, a kapsułka z kawą wystrzeliła jej na bluzkę, której musiała sie pozbyć. Gdy poszła do winiarni rodziców szkło w zmywarce jakimś cudem, na prawdę cudem zważywszy na budowę zmywarek do naczyń, zaklinowało się i jak posiągnęła za lampke, kielich pękł i pocięła sobie palce. A i jeszcze w byłym biurze u Jareda, kiedy chciała sobie wydrukować rozpiskę nowego harmonogramu spektakli zespołu, papier jej wciągnęło i pomięta kartka została wypluta ze stosem kleksów. Trzy razy. Więc zrezygnowała i w końcu nie wydrukowała nic, tylko nabrudziła. I jeszcze w autobusie zeżarło jej pieniądze a biletu nie wydało! Wszystko szło nie tak i miała dość. Na prawdę dość!
Stała na przystanku i marzła. Pocierała drobne dłonie, których grube polarowe rękawiczki wcale nie chroniły przed mrozem i czuła, jak jej zamarza wszystko, a na pewno czubek nosa to był już soplem. Tego dnia miała pierwszą próbę generalną po której miał ją odebrać brunet. Ale od wczoraj nie dawał znaku życia, nie odbierał telefonów i nie odpisywał na wiadomości. Ruda obawiała się, że tym razem na prawdę podłamał się utratą biura i problemami związanymi z wziętym kredytem. Chciała pomóc, na prawdę chciała! Tylko jak mogła zrobić cokolwiek w momencie, kiedy w ogóle się z nią nie kontaktował? Znowu poczuła się odsunięta i zupełnie jej to nie odpowiadało. Znowu traktował ją jak jajeczko, z którym trzeba się obchodzić niezwykle delikatnie, bo nawet najmniejszym wstrząsem, mógłby jej zaszkodzić, czy jakoś skrzywdzić. A ona nie czuła się ani słaba, ani taka drogocenna, by nie móc wiedzieć i go wspierać i pocieszyć i pomóc jakoś... Jared o Sol dbał, ale dbał po swojemu, a ona wtedy czuła się tak, jakby nie tylko nie chciał jej martwić swoimi problemami, ale też uważał, że ona nie potrafiłaby w żaden sposób sama tego udźwignąć.
 - Będę czekała w holu po próbie, daj mi znać, czy przyjedziesz, proszę – nagrała się na pocztę głosową. Dzisiaj już trzeci raz.
Odczekała jeszcze kilka minut i gdy podjechał autobus, wsiadła. Bilet kupiła u kierowcy, do maszyny nawet nie podchodząc. O nie, jeśli w ostatnim czasie urodziła się jakaś cieniutka nić zaufania do elektroniki, to dzisiaj odeszła śmiercią nagłą i tragiczną! 
Sol Duval. Primaballerina. Dwadzieścia trzy lata. Cholera, musiała przyznać, że jej się udało, mimo wszystko, mimo wszelakich roztargnionych i niepewnych myśli, mimo tego co działo się obok, wokoło, za i przed nią, udało jej się. I gdy jechała na trening, potem gdy wchodziła do budynku, gdy zostawiała płaszcz w szatni, gdy przebierała się w garderobie i mijała te rusztowania, stapała lekko po szeleszczącej foli, była dumna. W cholerę dumna! Udało jej się. Za każdym razem gry kroczyła na scenę, gdy pokonywała te kilka stopni, by stanąć na deskach i obrzucić spojrzeniem rzędy foteli czekających na zapełnienie przez publikę, w duchu aż ją radość rozsadzała i mijały wątpliwości, niepokoje, wszystko inne mijało. Bo zdobyła to, czego pragnęła, spełniła swoje marzenie i gdyby na tym się skupiała, byłaby najszczęśliwsza na świecie. Szczególnie, że jej miłość i zafascynowanie, pasja nie umarła, to wciąż było i było aktualne, a w balecie odnajdywała siebie. I teraz, gdy stawała przy koleżankach, unosiła ramiona, by objął ją partner, wspinała się w baletkach na palce i prostowała plecy, czuła, że zaraz popłynie! I nawet nie rozpraszały jej te wszystkie folie, rusztowania, puszki farb i pudła z pędzlami i klejami, jakie walały się wokoło. 
Przy pierwszej nadarzającej się okazji, czyli podczas dziesięciominutowej przerwy po godzinie pracy sięgnęła do torby pozostawionej za kurtyną po telefon. Zero wiadomości i zero nieodebranych połączeń. Nie było dobrze. Zaczynała się martwić i już nawet nie chodziło o to, że czuje się ignorowana, czy zła z powodu tego milczenia z strony Jareda. Rozumiała to, że nie jest najważniejsza, że nie stanowi osi jego życia, a teraz już na pewno, gdy brunet mierzył się z tyloma sprawami. Ale skoro byli razem, mógłby choć wiadomość wysłać, że nie przyjedzie, że musi odpocząć, że potrzebuje dla siebie czasu. Zrozumiałaby to. Zrozumiałaby, bo wiedziała, jak ważne było dla niego biura i jakie ma teraz kłopoty po jego utracie. A w sytuacji jak ta, już opadały jej ręce i opuszczały ją wszelkie siły. Za to w głowie pojawiały się czarne scenariusze! Bo może załamał się i siedzi sam w mieszkaniu i odcina się od świata, albo włóczy się po mieście, albo zasiedział się w barze, albo nie daj Boże pojechał gdzieś w takie lodowisko na drodze i miał wypadek?! Aż się wzdrygneła i ścisnęła telefon mocno. Spojrzała za siebie, sprawdzając, czy przerwa jeszcze trwa, czy tancerze nie wracają na scenę i wybrała kolejny raz numer. Nie powinna mężczyzny teraz tak męczyć telefonami, wiadomościami, musiała się wykazać wyrozumiałością i cierpliwością. Tylko że się martwiła i nerwowo co rusz pisała i dzwoniła... A przeciągająca się cisza ją dobijała!
 - Cyziu, wolna jesteś za trzy godziny? - spytała od razu, bez powitania, nie słuchając nawet głosu z słuchawki, mówiąc od razu jak usłyszała dźwięk odebranego połączenia. - Przyjedziesz po mnie? Teraz mam próbę i kończę po szóstej. Proszę...?
Jak dobrze jest mieć przyjaciół. Szczególnie tak kochanych! Szczególnie takich, na których można polegać. Musiała zadzwonić akurat do panny Haywood, bo reszta była w takiej pracy, z której nie mogła się wyrwać, a ta sama sobie szefem była, więc... biedna zostanie wykorzystana jako szofer, o!
- Duval! - oho, przerwa się kończyła i Hannah, jak nikt inny, pilnowała porządku w zespole. Mimo wszystko Sol była jej za to wdzięczna, zawsze pracowało się sumienniej, gdy ktoś trzymał nad głową bat i nim groził... albo przynajmniej potrząsał.
Wróćiła na scenę, zostawiając nieszczęśliwy, molestowany od trzech dni telefon w spokoju, by odpoczął w torebce. Biedny telefon. Stanęła na przodzie, bowiem tym razem kolejna godzina miała zostać poświęcona kolejnemu aktowi sztuki i odchyliła się łukiem w tył, ponad głowę unosząc ramiona i spoglądając w górę, czekała na pierwsze nuty podkładu. Uniosła brwi zaskoczona, widząc jak na belkach wysoko pod samym sufitem wynajęci robotnicy wyginają się niemal jak ona, montując z trudem nowe lampy przy samej zasłonie kurtyny. Nie sądziła, że tak gruntowne odświeżenie i wymiany tu zajdą i musiała przyznać, że jej podziw dla dyrektora jeszcze urósł, bo wydawało jej się, że ten człowiek nie zapomni o niczym i o wszystko zadba, a okazywało się, że wyrabiał ponad sto dwadzieścia procent normy!
Gdy muzyka popłynęła, czekając na odpowiednie uderzenie, włączyła się w układ. Pomyślała tylko o tym, jak jej szkoda biednych robotników, bo praca tak wysoko była i niebezpieczna i niewygodna i zaraz porzuciła tę myśl, skupiając się na pracy. Na szczęście ponad miesiąc temu nadwyrężone mięśnie uda nie dokuczały już wcale. Pamietała, jak się wystraszyła, gdy poszła do kliniki i tam młoda praktykantka nakładając jej jakieś maści a potem rozgrzewające plastry tłumaczyła, że mięśnie na szczęśnie nie zostały naderwane, ale niestety powinna oszczędzać nogę. Co było przecież niemożliwe! Nie w jej zawodzie. Po tygodniu jednak wraz z kolejną wizytą, upewniła się, że tylko strachu się najadła, a z nogą wszystko w porządku i nic nie będzie ani dokuczało, ani przeszkadzało. Musiała tylko uważać... jak zwykle. To wręcz nieprawdopodobne, że jak na tancerkę o płynnych ruchach, która porusza się z gracją i jest na prawdę ostrożna i rozsądna, takie durne wypadki spotykają ją i to z taką częstotliwością! Sol chyba miała pecha i już!

Pech... niepomyślny, niefortunny zbieg okoliczności, czy układ wydarzeń, brak szczęścia. Jak nazwać wypadek, który przekreśla szanse na dalszą karierę, niszczy i zmienia wszystko, uniemożliwia dalszą ukochaną pracę, niweczy plany i skreśla dotychczasowe sukcesy, które nie mają już wielkiego znaczenia?
Robotnicy montowali nowe lampy, a w starych wymieniali żarówki, by wzbogadzić linię świateł z góry. Położyli poziomo drabinę na belkach, by zapewnić sobie dodatkowe, nieco bezpieczniejsze podłoże do pracy, choć i tak było niwygodnie i co kilka minut jeden, lub drugi musieli inaczej siadać, czy przyklękać, uważając cały czas, by nie stracić równowagi i nie spaść. Widzieli w dole próbę generalną zespołu baletowego, widzieli te wszystkie figury i kroki, sekwencje układu. Muzyka puszczona głośno, szelest foli i rozwijanych tapet, nakładanego pod nie kleju, kładzionych farb, gdy reszta robotników zajmowała się czym innym, sprawiała, że w wielkiej sali teatru panował niemały hałas. O skupienie też było niełatwo, a gdy wreszcie coś się z ręki omsknęło, trzeba było się wychylić, by złapać przedmiot. To była wymieniana żarówka. Gdy młodszy i z lepszym refleksem robotnik przechylił się gwałtownie w bok, podparł ręką o krawędź belki i złapał między palce spadające szkiełko dające dzięki elektryczności światło, coś pod nim trzasnęło. Wyciągnął ramię, chwytając drugiego męzczyznę za rękę, by się podciągnąć. Drewno mające już co najmniej kilkadziesiąt lat, mimo odkurzania, odświeżania farbą nie stawało się trwalsze, a i czas miał tutaj na nie ogromny wpływ.  W jednej chwili drabina przesunęła się sporo w bok i zakołysała, tracąc z jednej strony podparcie, a belka pękła i spory jej kawałek wraz z przytwierdzonymi podwójnymi lampami runął w dół . Na tancerzy, którzy po skończonej próbie niespiesznie opuszczali scenę.
Sol widziała jak Cyzia wchodzi na salę. Widziała jak światełko zza drzwi koloruje jej ciemne, brązowe włosy na kasztanowy, ciepły odcień. Ale widziała też wyraz twarzy przyjaciółki, który zmienił się diematralnie wraz z krzykiem Hannah, robotników i tym nieprzyjemnym dźwiękiem, jakby zgrzytem metalu. Widziała i słyszałą to wszystko, stojąc zmęczona na scenie i przecierając spocone czoło. Dzisiejszy trening ją zmęczył, wymęczył, zmordował wręcz i miała ochotę tylko na to, by się położyć. Chciała wrócić do mieszkania, wziąć kapiel i zakopać się pod pierzynę w łóżku pełnym poduszek. Zamiast tego została położona na scenie, przygnieciona belką. Drewno runęło właściwie obok, ciężkie i solidne lampy rozbiły się na deskach sceny, a rudą zahaczyła poszarpana, złamana końcówka drewna. Spadła na jej ramię, zsunęła się w dół, zdzierając jej skórę na prawej łopatce i przygniotła ją od biodra w dół nogi po łydkę. Gdy uderzyła o podłogę, nie jękneła nawet, upadła, niefortunnie uderzając skronią o scenę i straciła przytomność.

[pomysł był podobny, wykonanie miało być inne i powiem Wam... nie podoba mi się, pewnie pełno błedów i literówek :/ nie umiem pisać not, o! ;(  za to drama i zmiany, zmiany, zmiany!
a i mam nadzieję, że autorka Cyzi mnie nie zeżre za wykorzystanie jej ;)]

12/02/2014

1964. Znowu...

Najpierw małe ostrzeżenie, że notka nie jest przyjemna i chyba nie powinna być czytana poniżej 18 roku życia, chociaż nie opisałam niczego niestosownego... 



Otwórz swe oczy skąpane w ciemności
Nie obawiaj się bożego głosu
Jak ta marionetka
Złożona w chłodnej trumnie
Twe ciało otoczone krwawym lodem
A dusza zamknięta w mroku
Czy widzisz ją ?
Twe zimne dłonie wywołują u mnie dreszcze
Wznieś swe zakrwawione szpony
Rzuć gniewne spojrzenie światu
Zabijmy się nawzajem
A nie dosięgnie nas podła przyszłość...*

- Cześć, mała! Co u Ciebie?
[CISZA]
- Co się nie odzywasz?
Nie tęsknisz?
[CISZA]
- Eluś, skarbie! Chyba się
nie złościsz tak długo?
[CISZA]
- No wiesz? Przecież ci się
podobało! Odezwij się!
Jestem w mieście!
[CISZA]
-Byłam u ciebie w domu.
Powiedzieli, że już z nimi
nie mieszkasz, ale nie chcieli
dać mi nowego adresu.
Wyrzucili mnie. Co ty im
nagadałaś?
- Odwal się, ok?
- Nareszcie! Więc jednak
się gniewasz?
[CISZA]
- Eluś! Skarbie, ty moje!
Kochanie! Truskaweczko!
Laleczko!
[CISZA]
- Odpisz, bo mi się nudzi.
[CISZA]
- Phi! Jaśnie panienka
nadal obrażona.
[CISZA]


Elaine odłożyła telefon na bok. Westchnęła cicho. Sama przed sobą udawała, że te wiadomości nie miały znaczenia. Prawdopodobnie powinna była zmienić numer już dawno temu. Jak inaczej mogłaby uwolnić się od tej dziewczyny? Wyglądało na to, że Susan świetnie się bawi, wykorzystuje ją jak zabawkę, którą można odłożyć na półkę, a potem wziąć znowu... Teraz Elaine to rozumiała, ale kiedyś... 
Eagle pokręciła głową i wróciła książek. Powinna się uczyć, skoncentrować się na egzaminach. To nie było łatwe. Nic nie wchodziło jej do głowy. Wreszcie położyła się spać ze słuchawkami w uszach. Z telefonu dobywały się ciche dźwięki muzyki, które jakoś ją uspokajały.


- Eluś! Widziałam Cię przy college'u!
Czemu nie odpowiedziałaś? Wołałam!
[CISZA]
- Zołza....
[CISZA]




Kilka dni później, kiedy wracała z pracy, Elaine czuła, że coś jest nie tak. Pożałowała, że nie poczekała na kogoś znajomego, tylko wyszła sama. Od czasu wiadomości Susan ciągle miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje, jednak początkowo zrzucała to na swoją obsesję. Potem jednak już nie była tego taka pewna. Na kampus mógł wejść każdy, ale czemu właśnie ona?

Rozejrzała się wokół siebie i pobiegła na przystanek autobusowy. Odetchnęła z ulgą dopiero gdy usiadła na miejscu za kierowcą. Jeszcze kilka przystanków i będzie w domu. Zamknęła oczy. Odprężyła się. Potem spojrzała na ekran telefonu. Nic. Pusto. To dobrze. Nikt nic nie chce. Ona nic nie chce. Może dała za wygraną?

Pół godziny później Eagle wbiegła do mieszkania i zatrzasnęła za sobą drzwi. Wreszcie była bezpieczna. Czuła jak całe napięcie z niej powolutku znika. Uśmiechnęła się do siebie. Chyba powinna zacząć przyjmować jakieś leki na uspokojenie, inaczej niedługo padnie na zwał albo przynajmniej zostanie nadciśnieniowcem. Zaśmiała się z siebie. Niepotrzebnie panikowała. Susan może i była nienormalna i sadystyczna, ale bez przesady! Nie chciałoby jej się szpiegować El i skradać za nią pomocy. 

Blondynka weszła dalej. Światło paliło się tylko w pracowni wuja. Mężczyzna pewnie znowu zasnął. Zajrzała do niego. Oczywiście leżał na kanapie i cicho pochrapywał. Nakryła go kocem i zgasiła światło. Weszła do kuchni. Nie miała ochoty na jedzenie, ale po pracy nigdy nie gardziła ciepłą herbatą. Zaparzyła duży kubek i powędrowała do siebie. Zapaliła tylko lampkę przy łóżku i wyjęła książkę. Może i powinna iść spać, ale wiedziała, że następny dzień ma wolny, więc kilka minut lektury nie zaszkodzi, a zapełni jej umysł. Nie będzie jej się śniło nic głupiego, ponieważ jej myśli będą krążyły koło fabuły i bohaterów opowieści. 

Godzinę później odłożyła książkę. Oczy same się jej zamykały, a w wyobraźni królował obraz przystojnego mężczyzny koło pięćdziesiątki, który obejmuje ukochaną aktorkę....
Przeciągnęła się i padła na poduszkę. Uwielbiała zasypiać na brzuchu, wtulona w mięciutki materiał... objęła poduchę i wyczuła coś pod nią. Zdziwiona otworzyła oczy i zapaliła lampkę nocną. W jednej chwili zbladła. W pierwszej chwili chciała wyrzucić opakowanie do śmietnika, ale szybko zrozumiała, że to nie najlepszy pomysł, żeby wuj się na nie natknął. Zamknęła je w szufladzie i drżąca otuliła się kołdrą. Długo nie mogła zasnąć. Wreszcie włączyła mocną muzykę i ze słuchawkami w uszach zasnęła. To była niespokojna noc - budziła się i szarpała. Rano zaś znalazła kolejną wiadomość. 

- Mam nadzieję, że kuleczki ci
 się przydadzą. Poćwicz przed
kolejnym spotkaniem.

Elaine o mało nie rzuciła telefonem. Postanowiła dalej nie odpisywać, ale teraz już naprawdę się bała.  Przez cały dzień nie wychodziła. Wuja zbywała półsłówkami. Poprosiła znajomą, żeby przyszła po nią w drodze do pracy. Na miejscu była przelękniona i prawie nie widziała klientów aż kierowniczka zmiany kazała iść jej na zaplecze i się uspokoić, ponieważ nie było z niej żadnego pożytku. Eagle oczywiście się wykręciła i z całej siły woli skoncentrowała na pracy. Brakowało, żeby straciła posadę. Po skończonej zmianie, zaczekała aż jeden z barmanów ją podwiezie do domu. Kolejną noc prawie nie spała.

W ciągu kilku dni nic się nie wydarzyło. Elaine znowu zaczęła się uspokajać. Tylko te kulki, których jednak nie wyrzuciła. Powinna była, ale nawet nie otworzyła szuflady, w której je zamknęła, jakby nie chciała przywoływać ukrytego zła.

Po dwóch tygodniach Eagle zaczęła sama wracać z pracy. Przede wszystkim ludzie zaczęli ją wypytywać o co chodzi, a Elaine nie zamierzała się nikomu wyżalać. To chyba był błąd. Nie za bardzo wiedziała, w którym momencie zorientowała się, że Susan idzie za nią. Ważne, że kiedy zaczęła biec przed siebie, ciemnowłosa ją dogoniła i złapała za rękę, a El straciła całą odwagę i pewność siebie. Inną osobę pewnie  by uderzyła, kopnęła czy cokolwiek, ale Susy...
- Daj spokój. Fajnie było, ale ile można? - zapytała tamta. Elaine spojrzała na nią przestraszona. Przecież dziewczyna nic jej nie zrobi. Jednak nim się zorientowała już była przyparta do ściany, a Susan uśmiechała się triumfalnie. - Mam nadzieję, ze prezent się przydał.
W jednej chwili El ucieszyła się, że ma na sobie dużo ubrań.... inaczej jej okrycie wewnętrzne, mogłoby stać się zupełnie inne...
- Czego znowu chcesz? Nie znudziłam ci się już? - zapytała ostro. Starała się mówić pewnie i stanowczo, ale wiedziała, że jej głos głupio drży.
- Ty? Nigdy... może chwilowo twoje marudzenie stało się męczące, ale proszę... kto inny tak ładnie piszczy? - Susy brzmiała prawie radośnie. Szkoda, że tylko ona dobrze się bawiła....

- Skarbie? Jak tam?
[CISZA]
- Eluś! Nie zaczynaj znowu!
Przecież nie było tak źle!
[CISZA]
- Obrażasz się o byle co!
Odezwę się później.
[CISZA]

Elaine leżała wtulona w kołdrę. Wiedziała, co zrobi wieczorem. Pójdzie na imprezę. Upije się, zapomni, zajmie kimś innym. Kimkolwiek. Byle ta osoba była czuła i miła. Niczego więcej nie chciała. Nie chciała być sama. 



*Ali Projekt opening z Another
[Wiem, że moje notki długie nie są, ale mam nadzieję, że mnie nie zlinczujecie. Poza tym spodziewam się, że wyłapiecie błędy, bo uczciwie przyznaję, że nie sprawdzałam, choć powinnam :(]

04/02/2014

1963. Kartki z pamiętnika

im piękniejsza była miłość, tym dłuższe będzie cierpienie, kiedy ta miłość się skończy.
Niewielka kuchnia, gdzieś na obrzeżach Nowego Jorku, a po środku niej wysoki ciemnowłosy mężczyzna niepewny, co też takiego właściwie miał zrobić. Hugo rozejrzał się z uwagą i po chwili dostrzegł rzecz, która przyciąga jego wzrok. Nie duży brązowy notes. Notes jego wspomnień. Chwycił stojący po prawej stronie czajnik i nalewając do niego wody, postawił na gaz zastanawiając się czy jest sens ponownie do tego wracać. Jakiś czas później trzymając już w ręku kubek z gorącą herbatą, podszedł do malutkiego stolika w rogu pomieszczenia i siadając wyciągnął przed siebie dłonie, przejeżdżając palcami po brązowej skórze. Zniszczona już przez czas, z przetartymi miejscami i plamami po jedzeniu była świadkiem tak wielu zdarzeń. Można by powiedzieć, że tych najważniejszych w jego życiu. Przyciąga go do siebie i ostrożnie otwiera na pierwszej stronie. Ze środka wygląda na niego zdjęcie, stare bo niemalże jedenastoletnie. Obraca je na drugą stronę, nie chcąc patrzeć na ten ukochany uśmiech. Drobny napis na dole sprawia, że wzdycha ciężko pocierając powieki.

"Drogi Hugo, abyś nigdy o mnie nie zapomniał. 'Specjalność dnia to Twój uśmiech, którym mnie częstujesz.' Twoja na zawsze M.R"

Uśmiecha się sam do siebie mimo łez, które ponownie pojawiają się w jego oczach. Nawet po tylu latach. Po tylu nowych kobietach i zdarzeniach. Czy dalej ją kocha? Prawdopodobnie tak. Pewnie się zmieniła. Wydoroślała. Już nie ma piętnastu lat, jest dorosłą kobietą. Prawdopodobnie spełnia swoje marzenia i realizuje każdy plan. Bo taka już była. Nawet wtedy jako nastolatka.
Ponownie zwraca zdjęcie przodem do siebie i przygląda mu się, kciukiem gładząc rozwiane włosy. Długie blond fale, wiecznie rozpuszczone, powiewające na wietrze i rozsiewające wokół jej przyjemny zapach. I ten uśmiech, pełen radości z każdego dnia. Pełen pasji i miłości. A później patrzy na jej oczy i znowu czuje je na sobie. Uważne spojrzenie, błękitnych tęczówek. Mądre, stanowcze. Nie znoszące sprzeciwu. Jasne jak letnie niebo. Jakże on ją kochał!
Zakrył twarz ręką świadomy, że po policzkach płynął mu łzy. Zawsze obiecywał sobie, że będzie ponad to. Ponad nią. Ponad cały świat. A później pojawiał się moment, w którym nie miał już siły być dużym chłopcem. I znowu pojawiał się obok niej. Takiej pięknej. Takiej jego.

Nerwowo przechadzała się w tą i z powrotem, powtarzając pod nosem jakieś zdanie. Była tak przejęta, że nawet nie zauważyła, kiedy zszedł na dół i stał przyglądając się jej z rozbawieniem. Włosy miała dzisiaj związane w luźnego warkocza, przerzuconego przez prawe ramię. Z każdym krokiem, odbijał się on o jej cudowne wypukłości stanowiąc dla niego iście zabawny obrazek. W pewnym momencie zatrzymała się gwałtownie i wzdychając ciężko spojrzała na próg w którym stał.
-No jesteś! Myślałam już, że coś ci się stało - wykrzyknęła, podbiegając do niego i zarzucając mu ręce na szyję. Obią ją delikatnie nie chcąc zrobić jej krzywdy. Zawsze wydawała mu się taka delikatna. Jakby przy większym nacisku z jego strony miała się połamać.- Hugo… muszę ci coś powiedzieć- wszeptała w jego obojczyk. Przeraził się. Chciała go zostawić? Zabrać mu to wszystko co w życiu miał najcenniejsze? Zabrać mu siebie? Odsunął ją na odległość ramion i przyglądał się jej uważnie, ze strachem.
-Co się stało Mia Tesoro [1]?- zapytał cicho. Uśmiechnęła się radośnie, powoli kręcąc głową.
-Nic takiego Hugo. Nic takiego. Po prostu cię kocham- odpowiedziała, patrząc na niego po brzegi wypełnionymi miłością oczami. Oczami jak bezchmurne, rzymskie niebo w czasie lata. Najpiękniejszymi oczami jakie widział. -Je t'aime - dorzuciła cichutko, ponownie do niego przylegając. I czuł, że ma wszystko. Że trzyma w ramionach cały swój świat. Kończący i zaczynający się na tej drobnej kobiecie.

Pociągnął nosem, chowając zdjęcie i zamykając notes. Nie mógł wciąż rozpamiętywać tego co było. Nie teraz, kiedy był na najlepszej drodze do tego żeby zacząć żyć po swojemu. Już bez niej i wspomnień o niej. Może kiedyś gdy ją zobaczy, taką inną niż wtedy pozdrowi ją skinięciem głowy i pójdzie dalej spełniony i szczęśliwy. Bez niej. Bez swojego wszystkiego.
Podniósł się z miejsca, zostawiając zimną już herbatę i ruszył w kierunku przedpokoju. Pośpiesznie ubrał buty i kurtkę po czym wybiegł z mieszkania, nie uważnie je zamykając. Była już późna noc, a mimo to Nowy Jork tętnił życiem. Ludzie spacerowali, śmiali się, wygłupiali. A on szedł przed siebie chcąc po prostu zniknąć gdzieś w tym tłumie. Tłumie obcych twarzy i głosów. Samotny człowiek, z rozstrojonym sercem. Z wiecznie żywymi wspomnieniami w głowie.


H. Castro


[1] Mój skarbie z włosk. 
wybaczcie, że takie krótkie ale to jeden z fragmentów. A więc właściwie tytuł powinien być "kartki z pamiętnika part 1 ':)(Hugo Castro)

01/02/2014

1962. I wanna cry and I wanna love But all my tears have been used up on another love.

15 stycznia 2014, godz. 15.30

I wanna take you somewhere so you know I care.
But it's so cold and I don't know where.
I brought you daffodils in a pretty string.
But they won't flower like they did last spring.*

JJ nigdy nie była w takim miejscu jak ten ośrodek, w którym opiekowano się żołnierzami - weteranami misji zagranicznych. Z daleka wyglądał jak zwyczajny szpital, tylko ten z wyższej półki. Wszystko było czyste i zadbane, ścieżki odśnieżone, nawet ogrodzenie wyglądało na świeżo pomalowane. Joyce nie mogła uwierzyć, że w tym miejscu od prawie dwóch miesięcy przebywa Idealny. Dopiero, gdy znalazła się wewnątrz budynku i miła pielęgniarka zaprowadziła ją do pokoju, w którym mieszkał jej były chłopak, zdołała w to uwierzyć.  Zastała go w schludnym, jasnym pomieszczeniu, siedzącego na fotelu przy oknie. Ubrany w proste dżinsy i niebieską koszulkę, ogolony i uczesany, czytał książkę i wyglądał dosyć zdrowo. Na gust JJ trochę zbyt zdrowo jak na pacjenta takiego ośrodka, ale ona w końcu na niczym się nie znała, prawda?
- Jak mogłeś mi nie powiedzieć? - Joyce stanęła w progu pokoju, nie mając odwagi wejść do środka bez pozwolenia. Broda jej drżała, głos miała łamiący, a w oczach mimo woli pojawiły się łzy. Tyle czasu nie miała żadnej informacji, niczego.  A on był w mieście, zaledwie kilka kilometrów od jej mieszkania i nie dał znaku życia. Dopiero wymuszona niemal przemocą rozmowa z Violet, siostrą Carmine’a, naprowadziła rudą na prawidłowy szlak.
- Joyce? Co Ty tu robisz? - Carmine odpowiedział pytaniem na pytanie, zszokowany widokiem rudej. Nie widział jej pół roku, więc fakt jej nagłego zmaterializowania się bardzo nim wstrząsnął. Omiótł wzrokiem całą jej postać.  Wyglądała pięknie w ciąży,  nie straciła absolutnie niczego ze swojej urody, chociaż teraz sprawiała wrażenie nieco udręczonej. Nie miał pojęcia skąd się tu wzięła, jak go znalazła i w ogóle. Przypuszczał, że Violet go wsypała, ale to miał zamiar wyjaśnić z ukochaną siostrzyczką później.  Błyskawicznie wstał z fotela i podszedł do Joyce, która nadal stała jak wryta w progu.
- Chodź, usiądź. - Chwycił ją za dłoń i posadził na fotelu, sam dosunął sobie krzesło i usiadł obok. Patrzył to na jej twarz, to na brzuch i nie bardzo wiedział co powiedzieć. Oczywiście, że nigdy nie wątpił że to dziecko jest jego, chociaż mówił inaczej. Było jego w stu procentach i sądząc po wielkości brzucha całkiem niedługo pojawi się na świecie. Jego dziecko.
- Jak mogłeś mi nie powiedzieć? - Spytała ponownie Joyce, odzyskując mowę po długiej chwili milczenia. Łzy płynęły po jej policzkach wąskim strumieniem, chociaż starała się jak mogła, by nie wybuchnąć głośnym płaczem. To kompletnie zrujnowałoby jej plan konkretnej rozmowy, a taka była konieczna.
- Nie płacz, nie wolno Ci się denerwować, bo mi tu zaraz urodzisz – odpowiedział nieco żartobliwie mężczyzna i otarł palcem łzy z jej twarzy. - Spotkałaś się z Violet? - Spytał, bo jedynie jego siostra mogła go wsypać. Kiedy JJ przytaknęła westchnął głęboko i wziął głęboki oddech. - Skoro rozmawiałyście to na pewno powiedziała Ci dlaczego tu jestem. Więc już wiesz, czemu nie chciałem byś wiedziała. Jestem niebezpieczny, JJ. - Patrzył jej w oczy, wypatrując oznak przerażenia w jej spojrzeniu. Zobaczył tylko wielki smutek. - Prawie zabiłem swojego kolegę. Zrywam się w nocy i jestem gotów skrzywdzić każdą napotkaną osobę, bo wydaje mi się, że jestem w trakcie walki. Miewam też ataki na jawie. Dwukrotnie próbowałem się zabić. Nie chciałem narażać Ciebie i dziecka na niebezpieczeństwo, rozumiesz?  Nie jestem dobrym materiałem na ojca rodziny, nie sądzisz?
- Lepszy taki niż żaden - wyjąkała Joyce, czując jak opuszcza ją siła, którą gromadziła w sobie od czasu rozmowy z Vi, czyli od wczoraj. Odetchnęła głęboko i spytała:
 - Czyli już nie wątpisz, że to dziecko jest Twoje? 
- Nigdy nie wątpiłem JJ - zapewnił Dwight i chwycił ją za dłoń. Drugą rękę wyciągnął w kierunku jej brzucha i delikatnie przesunął po nim dłonią. Uśmiechnął się, gdy poczuł kopnięcie dziecka. Nigdy czegoś takiego nie doświadczył i było to chyba najwspanialsze uczucie na ziemi. - Chciałem byś się ode mnie odwróciła, byś nie chciała bym wracał i ułożyła sobie życie na nowo. Z kimś zdrowym na umyśle, który chętnie zaopiekuje się Tobą i dzieckiem…
- Wiesz co ja czułam? – Joyce nie pozwoliła mu dokończyć.  Pozornie zaleczone rany znowu zostały rozdrapane i ruda niemal czuła fizyczny ból. – Jakbym nigdy nic dla Ciebie znaczyła. Jakbym była tylko cholernym czasoumilaczem i do tego tanią dziwką, bo to zasugerowałeś.  Dobrze wiesz, że nie spałam z nikim oprócz Ciebie, a z premedytacją wmawiałeś mi, że to nie Twoje dziecko. Cholera jasna, jak mogłeś?
- JJ… Będę Cię przepraszał za to do końca życia, a i tak pewnie to nie wynagrodzi Ci tego, co przeszłaś przeze mnie – Carmine spuścił wzrok. Przez chwilę zapragnął być znowu w mieszkaniu JJ i oglądać jakiś głupi film tylko po to, by móc w trakcie przerwy na reklamy się z nią migdalić. By wydarzenia ostatnich miesięcy w ogóle nie miały miejsca. Mogliby teraz remontować mieszkanie, planować ślub, być zwyczajnie szczęśliwi. Świadomość, że nigdy to się nie ziści bolała bardziej niż to co widział w Afganistanie.
- Kiedyś Ci wybaczę, dla dobra dziecka, ale nigdy nie zapomnę.
- Cholernie spaprałem sprawę, prawda?
- Nawet nie wiesz jak bardzo. - Jareau westchnęła. - Nienawidzę Cię za ukrywanie prawdy, za robienie ze mnie idiotki, za zostawienie mnie samej z tym wszystkim. Nienawidzę Cię - powiedziała z brutalną szczerością. - Jednak nie mogę być nieuczciwa wobec Ciebie i naszego syna. Wiem, że on by nigdy mi nie wybaczył. - Położyła dłoń na brzuchu - Będziemy mieli syna, wiesz? Mam termin na połowę marca. – Joyce uśmiechnęła się ciepło. - I bardzo bym chciała, żeby miał w Tobie tatę. Będę Cię z nim odwiedzać póki tutaj będziesz, a potem jeżeli będziesz chciał to podzielimy się opieką nad nim. Nie zamierzam Ci zabierać dziecka.
- Syn? – W oczach Dwighta pojawiła się iskierka radości. Siłą powstrzymał się od pocałowanie Joyce, bo nie chciał zbierać swoich zębów z podłogi. Syn! Będzie miał syna. Czyż to nie cudowne? - Będę dobrym ojcem – zapewnił. - Ale póki nie wyzdrowieję nie będę przebywał z maluchem sam na sam. Boję się, że zrobię mu krzywdę, kiedy dostanę ataku.
 - Bezpieczeństwo dziecka przede wszystkim - zapewniła ruda, czując jak jej umysł wypełnia się uczuciem ulgi. Nagle wątpliwości z ostatnich miesięcy zwyczajnie zniknęły. Miała przyjaciół, Carmine poczuwał się do ojcostwa. Nareszcie było tak jak powinno być. No nie do końca, bo w idealnej wizji ona i tata dziecka tworzyli szczęśliwy związek, a tutaj co najwyżej będzie można mówić o przyjaźni. - Obiecaj mi, że nigdy nie spieprzymy mu dzieciństwa. - Spojrzała na mężczyznę, ale jego twarz zrobiła się nagle spięta, a w oczach pojawiła się dzikość, której JJ nigdy wcześniej nie widziała.
- Są za nami! - Krzyknął nagle mężczyzna zrywając się z łóżka i gwałtownie szarpiąc Joyce za ramiona. - Gdzie oni są zdradziecka świnio?! - Warknął na nią i z całej siły przycisnął do ścianę. - Gdzie oni są? - Powtórzył uderzając plecami JJ o ścianę, a ta była zbyt przerażona by wzywać pomocy.
- To ja, Joyce - wyjąkała. - Nie jesteśmy na wojnie, proszę Cię, zostaw mnie! - Wykrzyczała w końcu na cały głos i zaczęła wołać o pomoc. Na szczęście w pobliżu kręcili się pielęgniarze i zaalarmowani krzykami wkroczyli do pokoju, by obezwładnić szamoczącego się mężczyznę.
- Nic pani nie zrobił? - Spytał jeden z nich, blondwłosy chłopak, wyglądający na studenta. Nie wydawał się szczególnie zdenerwowany całą sytuacją. Zachowywał się opanowanie, naturalnie, jakby widział podobne sytuacje milion razy. - Zabiorę Panią stąd - powiedział kojącym głosem i wyprowadził roztrzęsioną JJ na korytarz. - On nie zrobił tego świadomie - zapewnił ją i pobieżnie obejrzał, szukając śladu jakiegoś urazu. - Czy gdzieś panią boli?
- Nie, wszystko ze mną w porządku - zapewniła rudowłosa, starając się uspokoić. To w jakim tempie i z jaką intensywnością ujawniały się u Carmine'a zaburzenia sprawiło, że wiele zrozumiała. Też nie chciałaby narażać swojego dziecka na takie niebezpieczeństwo.
- Obejrzy panią lekarz - orzekł chłopak i objąwszy ją ramieniem i ruszył w kierunku windy. - Nie możemy ryzykować. Carmine to pani rodzina? - Zapytał, kiedy zamknęły się za nimi drzwi windy. JJ oparła się plecami o ścianę i poprawiła szalik, który niepostrzeżenie się rozplątał i wisiał smętnie na ramieniu.
- Nie, to ... - Zaczęła, bo tak naprawdę nie bardzo wiedziała kim był teraz w jej życiu. - To ojciec dziecka - dokończyła, a sanitariusz położył jej dłoń na ramieniu. - Jest duża szansa, że z tego wyjdzie - pocieszył, chociaż w jego głosie Joyce nie wyczytała optymizmu. Pół godziny później wyszła z budynku i skierowała się na parking, gdzie w samochodzie czekał na nią Jeremy.
- No i? - Zapytał, kiedy Joyce wsiadła i zamknęła za sobą drzwi. - Wyglądasz jakby Cię zdjęli z krzyża. Co powiedział?
- Powoli, Jerry - odparła ruda i odetchnęła głęboko. - To nie była łatwa rozmowa. On naprawdę jest w złym stanie. - Nie, nie zamierzała mówić komukolwiek o ataku Carmine'a. Wtedy kompletnie odradzaliby jakiekolwiek kontakty z nim, a ona zamierzała dalej go widywać. - Uzna dziecko i da mu swoje nazwisko, póki będzie przebywał w ośrodku będę go odwiedzać z maluchem, a potem najpewniej podzielimy się obowiązkami. I tyle - dokończyła i oparła się wygodniej na siedzeniu. Jeremy prychnął cicho i zapuścił silnik.
- Nie mówisz mi czegoś - powiedział niby od niechcenia i wyjechał na ulicę.  Joyce tylko wzruszyła ramionami.
- Mam Ci przytaczać cytaty z naszej rozmowy?
- Nie, ale...
- Koniec tematu, naprawdę jestem tym wszystkim wykończona. - Ukróciła sprawę JJ i przymknęła oczy, chcąc zebrać myśli. Jeremy westchnął z dezaprobatą i podgłosił radio, by cisza jaka pomiędzy nimi zapadła, nie była aż tak krępująca. - Pamiętasz, że dzisiaj Inez, Rose i Sol wpadają do mnie i Simone'a? - Spytał po parunastu minutach, kiedy byli już blisko miejsca zamieszkania rudej. Joyce wyrwała się z zamyślenia i nerwowo skinęła głową.
- Tak, pamiętam - przytaknęła. - Wybaczycie mi, jeżeli dam sobie dzisiaj spokój ze spotkaniami towarzyskimi? - Spytała, powstrzymując drżenie głosu, które sugerowałoby, że ma zamiar zaraz się rozpłakać. - Mam dzisiaj jeszcze ćwiczenia, a już tak naprawdę mam dosyć tego dnia - dodała, pocierając dłonią kark. Jerry wjechał na parking pod kamienicą, w której mieszkała Jareau i wyłączył silnik.

- Tylko jakbyś czegoś potrzebowała to zadzwoń, ok? - Spojrzał na nią badawczo, a JJ skinęła ochoczo głową i wysiadła z samochodu.


1 luty 2014

And if somebody hurts you, I wanna fight.
But my hands been broken, one to many times.
So I'll use my voice, I'll be so fucking rude.
Words they always win, but I know I'll lose.*

JJ została mamą malutkiego, nieco ponad dwukilogramowego chłopca zaledwie dziesięć dni wcześniej i zgodnie z zapowiedziami przyjaciół, całe jej życie przewróciło się do góry nogami i wszystkie problemy z miejsca przestały być ważne. Mały William Dwight- Jareau napędził mamie sporo strachu przychodząc na świat tak wcześnie, ale siłę odziedziczył po niej, więc dziesięć dni później został wypisany ze szpitala i wielkimi, brązowymi oczami swojego ojca, przypatrywał się twarzom cioć i wujka, którzy opanowali mieszkanie Joyce. Sama ruda opierała się o futrynę i z uśmiechem przyglądała się jak Jerry i Sol licytują się po kim Will ma usta, a Inez i Rose zachwycają się maleńkimi stópkami chłopczyka. Wszystko było na dobrej drodze, najlepszej na jakiej mogło być w tych warunkach i chociaż przed JJ była wielka niewiadoma przyszłości, to chwilowo nie zaprzątało to jej myśli. Miała syna i swoje własne życie do ułożenia.


* Tom Odell - Another Love