Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 maja karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.05.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.05.2026.
11.04.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.04.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 kwietnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.04.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.04.2026.
11.03.2026
Post fabularny
Na blogu pojawił się nowy post fabularny. Zachęcamy do jego przeczytania i podzielenia się wrażeniami z lektury w komentarzu ♥
11.03.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
07.03.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 marca karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.03.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.03.2026.
14.02.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.02.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 lutego karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.02.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.02.2026.
11.01.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.01.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 stycznia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.01.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.01.2026.
24.12.2025
Wesołych Świąt!
Kochani, życzymy Wam Wesołych Świąt! Zdrowia, szczęścia oraz pomyślności! Najedzcie się pysznego jedzonka, nacieszcie bliskimi i odpocznijcie, a do nas wróćcie pełni sił i zapału do pisania wąteczków 💙
15.12.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
14.12.2025
Azyl to też niewola...
Wszystkich zainteresowanych grą na blogu fantasy zapraszamy na The Last Salvation, które pozostaje otwarte dla wszystkich istot paranormalnych poszukujących azylu...
06.12.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10grudnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.12.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.12.2025.
11.11.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.11.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 listopada karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.11.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.11.2025.
31.10.2025
Aktualizacja regulaminu bloga
W Regulaminie dodano punkt dotyczący rozwiązywania sporów między autorami. Prosimy o zapoznanie się z nim.
26.10.2025
Wgranie poprawki
W kodzie wgrano poprawkę dotyczącą wyświetlania szablonu na urządzeniach mobilnych. Wszystkim pomocnym duszyczkom - dziękujemy ♥
24.10.2025
Aktualizacja szablonu
Po trzech latach nasz kochany NYC doczekał się nowej szaty graficznej ♥ Jeśli dostrzeżecie jakieś nieprawidłowości, prosimy o ich zgłaszanie w zakładce Administracja.
Deborah Violette Grayson, 10.02.1999. Master of Public Administration.
Początkująca policjantka, świeżo po Akademii.
Córka zmarłego w akcji funkcjonariusza DEA.
Starszy brat – prokurator z traumą, młodsza siostra – bezrobotna z depresją.
Matka z nieskończonymi pokładami ciepła i nieustanną żałobą.
Dom rodzinny zawsze kojarzył jej się z ciepłem, idealnym sernikiem bez rodzynek i najlepszym, bo nie za słodkim, kakao.
Uwielbiała dziergane przez matkę skarpety i swetry, bo wtedy wszyscy mieli nieodparte wrażenie, że ogrzewa ich miłość kobiety, dla której byli całym światem.
Ich perfekcyjny świat zadrżał w posadach, kiedy piętnastego listopada dwa tysiące dziewiętnastego roku do ich domu zapukało trzech agentów DEA.
Mieli złe wieści, a za plecami dyskretną panią psycholog.
Wszyscy wiedzieli, że taki dzień może nadejść, ale nikt nie spodziewał się tego, że Steven Grayson zostanie zabity w rutynowej akcji.
Nie wtedy, kiedy rankiem obudził żonę świeżo zaparzoną kawą i kibicował najstarszemu synowi podczas egzaminu.
Nie wtedy, kiedy wszyscy żyli w przekonaniu, że ten dzień będzie jak każdy inny i wieczorem spotkają się na wspólnej kolacji.
Jako rodzina mieli wiele rytuałów, które przestały mieć znaczenie po śmierci ojca.
Mike wyprowadził się z domu, twierdząc, że atmosfera jest zbyt duszna.
Debbie wynajęła pokój w akademiku, bo tak łatwiej było jej się skupić na studiach, a Maddie stwierdziła, że spróbuje się zabić.
June Grayson, wdowa i matka, została z tym wszystkim sama, a jednak nadal miała w sobie tyle siły i ciepła, aby zawalczyć o własne dzieci.
Debbie już w trakcie studiów zaczęła praktyki w New York City Hall, gdzie następnie rozpoczęła jednoroczny staż, aby ostatecznie pracować na stanowisku analityka politycznego.
Bezczynność za biurkiem była dla niej druzgocąca, dlatego bez wiedzy matki złożyła papiery do akademii policyjnej i robiła od tej pory wszystko, aby pójść śladami ojca.
Teraz na kolację spotykają się dwa razy w miesiącu.
Matka nie może na nią patrzeć, brat bredzi farmazony, a siostra żyje we własnym świecie.
Ich dom rodzinny już nie kojarzy się Debbie z ciepłem, a przymusem i sztucznymi uśmiechami.
Ale przychodzi, pieczołowicie dbając o wolne w grafiku.
Przychodzi też Mike ze swoim chłopakiem i towarzyszy im nieobecna duchem Maddie.
June udaje zachwyt i szczebiocze nad sukcesami swoich dzieci.
Dlatego po każdym rodzinnym wieczorze Debbie z ulgą wraca do maleńkiego mieszkania, które współdzieli z przyjaciółką.
Ian zdawał sobie sprawę z tego, że zdołał spierdolić nawet coś tak prostego, jak pojawienie się na Hawajach na czas. Co prawda miał na to dobre usprawiedliwienie, ale nie tego chciał dla Debbie – nie chciał usprawiedliwiać się przed nią za każdym, pierdolonym razem. Debbie zasługiwała na to, żeby pojawiał się na czas. Debbie zasługiwała na to, co najlepsze i choć powiedziała, że to wcale nie było za wiele, Ian nie był najlepszym, co mogło ją spotkać. Może w innym życiu, ale nie w tym, w którym był dilerem, a teraz to, że nim był, rzutowało na ich relację mocniej, niż kiedykolwiek przedtem. Idąc tym tokiem rozumowania, Ian powinien się wycofać – powinien umożliwić Debbie dostanie tego, co najlepsze, od kogoś, kto mógł jej to dać bez najmniejszego wysiłku. Ale nawet tego nie potrafił, a raczej – także to spierdolił, bo nie zamierzał się wycofywać. Nie zrobił tego na samym początku, kiedy jeszcze był na to czas, więc tym bardziej nie miał zrobić tego teraz, kiedy Debbie nie tylko stała się centrum jego świata, ale stała się całym jego światem. Oparł się o ściankę prysznica, zakładając dłonie za plecy, kiedy Debbie weszła w głąb łazienki i wyżej uniósł brwi, kiedy rękoma sięgnęła do krawędzi białej koszulki. Uśmiech widoczny na jego twarzy nieco przygasł, ale tylko dlatego, że ustąpił zaskoczeniu, które postępowało w miarę tego, jak stojąca pośrodku łazienki Grayson pozbywała się kolejnych elementów garderoby. Podążył wzrokiem na szortami zsuwającymi się z jej ud, obserwował, jak Debbie wychodzi z opadłych na podłogę spodenek i postępuje kilka kroków w stronę prysznica. W jego stronę. — Pewnie, że musisz zmyć z siebie sól — zgodził się, wracając spojrzeniem do jej twarzy i wyjąwszy prawą rękę zza pleców, wyciągnął ją w stronę Debbie, w geście bliźniaczo podobnym do tego, który przed paroma miesiącami sprezentował jej w sypialni, w jego mieszkaniu. Tym razem jednak nie powiedział, żeby do niego przyszła. Czekał, z wyciągniętą ręką, a strumień z deszczownicy lekko obmywał bok jego ciała. Mogli porozmawiać później. Raczej nie miało ich to ominąć, Ian mimo wszystko chciał się usprawiedliwić przed Debbie, ale bardziej niż to, chciał ją poczuć blisko siebie. Chciał poczuć, że było dobrze, nawet wtedy, kiedy było źle i że to źle tyczyło się tego, co dookoła, ale nie bezpośrednio ich. Potrzebował teraz Debbie i potrzebował przekonać się, że to wciąż nie było za wiele, dopiero wtedy, po tym, mógł zacząć się usprawiedliwiać i tłumaczyć, mógł zacząć przepraszać. Zauważył, że Debbie się opaliła. Oderwał przecież wzrok od jej twarzy, na której widać było więcej piegów i przesunął nim po jej sylwetce, powoli zmierzając w dół. Przez to, że strój był zabudowany, skutecznie krył przed jego wzrokiem te jaśniejsze fragmenty skóry, jednak Ian nie potrzebował dostrzec wyraźnego kontrastu, by zauważyć, że przez tych kilka dni Debbie złapała sporo słońca. Do twarzy jej było z opalenizną, z piegami i rudymi kosmykami, teraz wilgotnymi i kręcącymi się samoistnie od wspomnianej soli. Debbie była śliczna i nie było co dziwić się temu, że kumple Tonyi każdego wieczora odprowadzali ją do pokoju, o czym Ian być może miał się dowiedzieć, zyskując jedyną i niepowtarzalną okazje do wytłumaczenia im, że Debbie już nie będzie potrzebować żadnego odprowadzania.
Emma nie była trudna, ani skomplikowana, jej cichy tryb bycia, spłoszone spojrzenie, zimne i drżące dłonie mówiły za siebie i mówiły wymownie nazbyt wiele o tej kobiecie, ale żeby ją zrozumieć, należało ją lepiej poznać. I w tym pojawiał się szkopuł, bo skryta i nieśmiała, częściej milczała, niż mówiła, odsuwała się, trzymała gardę, chowała w swoich własnych sekretach. Była dzikusem. Była introwertykiem tak do przesady i to sprawiało, że zamykała się nie tyle w swojej własnej bańce, co w ogóle przed wszystkim i wszystkimi. Ludzie nie byli aż tak cierpliwi i tak wyrozumiali, by w końcu przeczekać jej ucieczki, by trwać obok, by w końcu otrzymać szansę, aby się zbliżyć. Ludzie się spieszyli, byli niecierpliwi i prędzej sami odchodzili, niż mieliby wytrwać i dowiedzieć się, jaka Emma w ogóle jest. A ona nie miała im tego za złe. Właściwie nie mogła mieć do nikogo o to pretensji, bo rozumiała i siebie i tych ludzi wokół White podniosła głowę, spojrzała na Debbie, jakby próbując odczytać, co tak naprawdę kryje się za tym jej cichym, troskliwym gestem, za tą propozycją której chyba nie spodziewała się żadna z nich. Spojrzenie dziewczyny na chwilę się zawiesiło na drobnej twarzy niepozornej policjantki, a potem powoli uśmiechnęła się nieśmiało, choć w oczach wciąż tlił się cień niepewności. Ta ruda była obca, ale niezwykle serdeczna, nawet jeśli wydawała się jak każdy w mundurze trochę groźna. Kiwnęła w końcu głową na znak zgody. Zrobiło jej się miło, bardzo miło, bo w istocie szkoda byłoby magdalenek dla gąb, ktore tego nie docenią. Poza tym skoro ta dziewczyna znała Louisa, to na pewno było lepiej podzielić sie wypiekami z nią, niż je wywalić. — To miłe z twojej strony — przyznała cicho, odwracając wzrok na chwilę znów w dół na swoje blade palce, jakby rozważając jeszcze, czy powinna się zgodzić. — Nie wiem, czy zasługuję na takie towarzystwo, ale… chętnie skorzystam — dodała i cofnęła się bliżej ściany, by w końcu przysiąść na jednym z szeregu krzeseł. Miała zamiar tu poczekać i nie przeszkadzać. I może zbierze się, aby wysłać wiadomość do starszego Hunta, bo przecież takie niespodzianki nie do końca były w jej stylu i wolałaby uniknąć plotek i zamieszania. — Nie spiesz się — dodała miękko, łagodniej, jakby zależało jej, aby kobieta nie czuła żadnej presji. Nie o to przecież chodziło, a kawa na pewno będzie smakować lepiej, kiedy nie będą się spieszyć i niecierpliwić.
Zauważył, że Debbie nie mówiła przy nim tak wiele, jak na początku ich znajomości, jakby zaraził ją tą swoją małomównością. Nie przeszkadzało mu to, tak jak nie przeszkadzało mu, kiedy Debbie mówiła. Kiedy opowiadała o swoim dniu, oględnie wspominając o pracy po to tylko, by z najdrobniejszymi szczegółami opisać mu poranną sytuację w metrze, która akurat zwróciła jej uwagę. Słuchał jej, uśmiechając się pod nosem zarówno do Debbie, jak i do siebie. Lubił jej słuchać, lubił z nią milczeć, lubił robić z Debbie wszystko, co tylko mogli robić razem, bo kiedy byli razem, to, co na około, przestawało istnieć i Ian poniekąd żałował, że nie mogło przestać istnieć na zawsze. Z tym, co na około, musieli sobie poradzić. Przede wszystkim musiał poradzić sobie z tym Ian i czuł, że musi zrobić to sam. Nie chciał wciągać Debbie w tę część swojego życia, która była zła, nie głębiej, niż wciągnął ją dotychczas i przez to, w przeciągu kilku ostatnich tygodni, odsunął ją od siebie, bo sam znalazł się głębiej, niż kiedykolwiek wcześniej. Tak jakby los, który był wobec Iana i Debbie złośliwy, postanowił pokazać, że to jeszcze nic i że potrafi być złośliwy o wiele bardziej. Ta złośliwość miała jednak swoje granice, bo Hunt dotarł na Hawaje, stał pod prysznicem w pokoju Grayson i wyciągał do niej rękę. Nie musiał długo czekać, żeby Grayson tę jego rękę ujęła, zaciskając palce na jego dłoni i żeby wciągnęła go głębiej w zabudowaną kabinę, wprost pod strumień letniej wody lecący z deszczownicy, na co jej ciało zareagowało gęsią skórką. Jej skóra musiała być nagrzana od słońca, zresztą Debbie pachniała tym ciepłem, piaskiem i wspomnianą solą, co Ian poczuł, kiedy tylko znalazła się blisko, zniwelowawszy zupełnie dzielącą ich przestrzeń. Uśmiechnął się przez to lekko, znowu trochę do siebie, a trochę do Debbie i odetchnął głębiej, z ulgą, której wcale nie ukrywał. Oczywiście, że miał pomóc Debbie. I oczywiście, że nie miał odpowiedzieć na to jej pytanie, bo odpowiedź była zbędna. Zamiast mówić, pochwycił spojrzenie rudej i sięgnął dłońmi do jej pleców. Patrząc w brązowe oczy, póki Debbie nie pochyliła głowy, by pocałować go w obojczyk, rozwiązał sznurek góry bikini, bo to, choć było mocniej zabudowane, nadal nie posiadało zapięć, które stanowiłyby ciut trudniejszą do pokonania przeszkodę, niż zwykła kokardka. Pozbywszy się tej części kostiumu, którą rzucił gdzieś za siebie, na podłogę łazienki, zsunął majtki kostiumu na tyle nisko, że kiedy je puścił, te same opadły aż do kostek Grayson. Musiał się przy tym pochylić, co wykorzystał na pocałowanie Debbie w zagłębienie szyi i ramię, a po czym skrzywił się lekko i cicho mlasnął ustami. — Krem do opalania — skomentował z niezadowoleniem, po czym oblizał najpierw górną, a potem dolną wargę, marszcząc przy tym brwi, co teoretycznie miało pomóc, a tylko pogorszyło sytuację. Czuł pod dłońmi tłusty film pozostający na skórze Debbie, ale jakoś tak nie pomyślał, że poczuje go także na ustach, a finalnie w buzi, bo przecież to nie był moment na logiczne rozmyślania, prawda?
Prosto było zostawić za sobą to, co w Nowym Jorku, kiedy Debbie była blisko i bez znaczenia pozostawało to, że znajdowali się na Hawajach, bo ta kabina prysznicowa, którą teraz oblegali, równie dobrze mogłaby być kabiną prysznicową w nowojorskim mieszkaniu Iana. To obecność Debbie sprawiała, że świat Iana, na co dzień nie tak znowu mały, kurczył się do rozmiaru obejmującego wyłącznie Grayson, a przez ostatnie tygodnie Ian zdążył poniekąd odzwyczaić się od tego, jak przyjemne było to uczucie. Widywali się przecież zdecydowanie rzadziej, a od świąt, począwszy do dnia dzisiejszego nie widzieli się wcale i niby nie było to wiele czasu, jednak świadomość, że Ian nie może wsiąść w Cadillaca i w przeciągu godziny znaleźć się u Debbie, bo ta znajdowała się osiem tysięcy kilometrów dalej, uwierała go jak kamyk w bucie, którego nie miało się możliwości wytrząsnąć. Stąd Ian był wdzięczny, że Debbie nie była zła ani zawiedziona, że zamiast tego dołączyła do niego i pozwoliła mu ściągnąć z siebie strój kąpielowy, bo on też się stęsknił. Stęsknił się za Debbie i za tym komfortem, który mu dawała, a który zaczął odczuwać już w momencie, w którym ją zobaczył. Teraz, kiedy Debbie się śmiała, zaśmiał się także Ian, cicho i krótko, jak to on, mimo że rzeczywiście nie było mu do śmiechu, bo wciąż czuł w ustach chemiczny, gorzkawy posmak kremu z filtrem. Niemniej Debbie prędko zapewniła mu inne, o wiele przyjemniejsze wrażenia sensoryczne, bo kiedy uwiesiła się na jego karku i przylgnęła do niego całym ciałem, wzdłuż kręgosłupa Iana spłynął przyjemny, rozkoszny wręcz dreszcz. Odpowiedział na ruch Grayson, od razu obejmując ją ramionami i jednocześnie oparł się plecami o wykafelkowaną ściankę, dzięki czemu Debbie miało być jeszcze wygodniej opierać na nim ciężar rozgrzanego słońcem ciała. — Może przy okazji — stwierdził, nim jeszcze Debbie sięgnęła jego ust. Patrzył na nią z wysokości niecałych, dzielących ich dwudziestu centymetrów i uśmiechał się do niej, tym uśmiechem, który tylko ona widywała. Miękkim i czułym, przydającym Huntowi tej chłopięcości, która ginęła gdzieś na co dzień. Taki sam był ten pocałunek, który wymienili. Miękki i czuły. Ian mocniej owinął lewą rękę wokół tali Debbie, ciasno przyciskając ją do siebie. W miejscach, w których stykała się ich skóra, a stykała się na zadowalająco dużej powierzchni, czuł zarówno ostre drobinki piasku, jak i tłusty film z tego nieszczęsnego kremu do opalania, ale w żaden sposób mu to nie przeszkadzało, już nie. Prawdą dłonią sięgnął policzka Debbie, kciukiem przesunął po jej skórze i pogłębił pocałunek, który mimo tego, nie stracił na żadnej z wcześniej nadanych mu cech. W głowie Iana była już tylko Debbie. Nie mogło być inaczej, kiedy otaczał go jej zapach i ciepło ciała. Tak jak wszystko inne, co robił z Debbie, tak Ian lubił to, że przy niej się wyłączał; że jedynym, co go interesowało i obchodziło, była ona. Przychodziło mu to bez wysiłku, w zasadzie bez udziału jego woli. Działo się samo, jak wszystko to, co działo się między nimi od samego początku. Miło było móc całować Debbie. Wręcz cholernie dobrze. Dlatego Ian poprzestał tylko na tym. Nie wodził dłońmi po jej ciele, choć miał do tego dobrą okazję i przecież miał zmyć z jej skóry krem z filtrem, ale jak sam stwierdził, miało to mieć miejsce przy okazji. Póki co, bardziej zainteresowany był trzymaniem Debbie przy sobie, z lewą ręką owiniętą wokół jej ciała, z prawą dłonią przy jej twarzy, jakby w ten sposób pilnował, by Debbie nie wpadła na pomysł odsuwania się od niego, bo w tym momencie to byłby bardzo, ale to bardzo zły pomysł.
[ Hej! Mam nadzieję, że tak będzie i zagrzejemy tu cieplusie miejsce na długo! :D Kurde, ja bardzo chętnie na wątek! Powiedz mi, brakuje ci u kogoś wątków? Chętnie nad czymś fajnym (i hope so) pomyślę! ]
Najidealniejsza ✨
OdpowiedzUsuńIan zdawał sobie sprawę z tego, że zdołał spierdolić nawet coś tak prostego, jak pojawienie się na Hawajach na czas. Co prawda miał na to dobre usprawiedliwienie, ale nie tego chciał dla Debbie – nie chciał usprawiedliwiać się przed nią za każdym, pierdolonym razem. Debbie zasługiwała na to, żeby pojawiał się na czas. Debbie zasługiwała na to, co najlepsze i choć powiedziała, że to wcale nie było za wiele, Ian nie był najlepszym, co mogło ją spotkać. Może w innym życiu, ale nie w tym, w którym był dilerem, a teraz to, że nim był, rzutowało na ich relację mocniej, niż kiedykolwiek przedtem. Idąc tym tokiem rozumowania, Ian powinien się wycofać – powinien umożliwić Debbie dostanie tego, co najlepsze, od kogoś, kto mógł jej to dać bez najmniejszego wysiłku. Ale nawet tego nie potrafił, a raczej – także to spierdolił, bo nie zamierzał się wycofywać. Nie zrobił tego na samym początku, kiedy jeszcze był na to czas, więc tym bardziej nie miał zrobić tego teraz, kiedy Debbie nie tylko stała się centrum jego świata, ale stała się całym jego światem.
OdpowiedzUsuńOparł się o ściankę prysznica, zakładając dłonie za plecy, kiedy Debbie weszła w głąb łazienki i wyżej uniósł brwi, kiedy rękoma sięgnęła do krawędzi białej koszulki. Uśmiech widoczny na jego twarzy nieco przygasł, ale tylko dlatego, że ustąpił zaskoczeniu, które postępowało w miarę tego, jak stojąca pośrodku łazienki Grayson pozbywała się kolejnych elementów garderoby. Podążył wzrokiem na szortami zsuwającymi się z jej ud, obserwował, jak Debbie wychodzi z opadłych na podłogę spodenek i postępuje kilka kroków w stronę prysznica. W jego stronę.
— Pewnie, że musisz zmyć z siebie sól — zgodził się, wracając spojrzeniem do jej twarzy i wyjąwszy prawą rękę zza pleców, wyciągnął ją w stronę Debbie, w geście bliźniaczo podobnym do tego, który przed paroma miesiącami sprezentował jej w sypialni, w jego mieszkaniu. Tym razem jednak nie powiedział, żeby do niego przyszła. Czekał, z wyciągniętą ręką, a strumień z deszczownicy lekko obmywał bok jego ciała.
Mogli porozmawiać później. Raczej nie miało ich to ominąć, Ian mimo wszystko chciał się usprawiedliwić przed Debbie, ale bardziej niż to, chciał ją poczuć blisko siebie. Chciał poczuć, że było dobrze, nawet wtedy, kiedy było źle i że to źle tyczyło się tego, co dookoła, ale nie bezpośrednio ich. Potrzebował teraz Debbie i potrzebował przekonać się, że to wciąż nie było za wiele, dopiero wtedy, po tym, mógł zacząć się usprawiedliwiać i tłumaczyć, mógł zacząć przepraszać.
Zauważył, że Debbie się opaliła. Oderwał przecież wzrok od jej twarzy, na której widać było więcej piegów i przesunął nim po jej sylwetce, powoli zmierzając w dół. Przez to, że strój był zabudowany, skutecznie krył przed jego wzrokiem te jaśniejsze fragmenty skóry, jednak Ian nie potrzebował dostrzec wyraźnego kontrastu, by zauważyć, że przez tych kilka dni Debbie złapała sporo słońca. Do twarzy jej było z opalenizną, z piegami i rudymi kosmykami, teraz wilgotnymi i kręcącymi się samoistnie od wspomnianej soli. Debbie była śliczna i nie było co dziwić się temu, że kumple Tonyi każdego wieczora odprowadzali ją do pokoju, o czym Ian być może miał się dowiedzieć, zyskując jedyną i niepowtarzalną okazje do wytłumaczenia im, że Debbie już nie będzie potrzebować żadnego odprowadzania.
IAN HUNT 🩶
Emma nie była trudna, ani skomplikowana, jej cichy tryb bycia, spłoszone spojrzenie, zimne i drżące dłonie mówiły za siebie i mówiły wymownie nazbyt wiele o tej kobiecie, ale żeby ją zrozumieć, należało ją lepiej poznać. I w tym pojawiał się szkopuł, bo skryta i nieśmiała, częściej milczała, niż mówiła, odsuwała się, trzymała gardę, chowała w swoich własnych sekretach. Była dzikusem. Była introwertykiem tak do przesady i to sprawiało, że zamykała się nie tyle w swojej własnej bańce, co w ogóle przed wszystkim i wszystkimi. Ludzie nie byli aż tak cierpliwi i tak wyrozumiali, by w końcu przeczekać jej ucieczki, by trwać obok, by w końcu otrzymać szansę, aby się zbliżyć. Ludzie się spieszyli, byli niecierpliwi i prędzej sami odchodzili, niż mieliby wytrwać i dowiedzieć się, jaka Emma w ogóle jest. A ona nie miała im tego za złe. Właściwie nie mogła mieć do nikogo o to pretensji, bo rozumiała i siebie i tych ludzi wokół
OdpowiedzUsuńWhite podniosła głowę, spojrzała na Debbie, jakby próbując odczytać, co tak naprawdę kryje się za tym jej cichym, troskliwym gestem, za tą propozycją której chyba nie spodziewała się żadna z nich. Spojrzenie dziewczyny na chwilę się zawiesiło na drobnej twarzy niepozornej policjantki, a potem powoli uśmiechnęła się nieśmiało, choć w oczach wciąż tlił się cień niepewności. Ta ruda była obca, ale niezwykle serdeczna, nawet jeśli wydawała się jak każdy w mundurze trochę groźna.
Kiwnęła w końcu głową na znak zgody. Zrobiło jej się miło, bardzo miło, bo w istocie szkoda byłoby magdalenek dla gąb, ktore tego nie docenią. Poza tym skoro ta dziewczyna znała Louisa, to na pewno było lepiej podzielić sie wypiekami z nią, niż je wywalić.
— To miłe z twojej strony — przyznała cicho, odwracając wzrok na chwilę znów w dół na swoje blade palce, jakby rozważając jeszcze, czy powinna się zgodzić. — Nie wiem, czy zasługuję na takie towarzystwo, ale… chętnie skorzystam — dodała i cofnęła się bliżej ściany, by w końcu przysiąść na jednym z szeregu krzeseł.
Miała zamiar tu poczekać i nie przeszkadzać. I może zbierze się, aby wysłać wiadomość do starszego Hunta, bo przecież takie niespodzianki nie do końca były w jej stylu i wolałaby uniknąć plotek i zamieszania.
— Nie spiesz się — dodała miękko, łagodniej, jakby zależało jej, aby kobieta nie czuła żadnej presji. Nie o to przecież chodziło, a kawa na pewno będzie smakować lepiej, kiedy nie będą się spieszyć i niecierpliwić.
Dzięki, Ty też tutaj stworzyłaś cudeńko! *-*
Emka 🌼
Zauważył, że Debbie nie mówiła przy nim tak wiele, jak na początku ich znajomości, jakby zaraził ją tą swoją małomównością. Nie przeszkadzało mu to, tak jak nie przeszkadzało mu, kiedy Debbie mówiła. Kiedy opowiadała o swoim dniu, oględnie wspominając o pracy po to tylko, by z najdrobniejszymi szczegółami opisać mu poranną sytuację w metrze, która akurat zwróciła jej uwagę. Słuchał jej, uśmiechając się pod nosem zarówno do Debbie, jak i do siebie. Lubił jej słuchać, lubił z nią milczeć, lubił robić z Debbie wszystko, co tylko mogli robić razem, bo kiedy byli razem, to, co na około, przestawało istnieć i Ian poniekąd żałował, że nie mogło przestać istnieć na zawsze.
OdpowiedzUsuńZ tym, co na około, musieli sobie poradzić. Przede wszystkim musiał poradzić sobie z tym Ian i czuł, że musi zrobić to sam. Nie chciał wciągać Debbie w tę część swojego życia, która była zła, nie głębiej, niż wciągnął ją dotychczas i przez to, w przeciągu kilku ostatnich tygodni, odsunął ją od siebie, bo sam znalazł się głębiej, niż kiedykolwiek wcześniej. Tak jakby los, który był wobec Iana i Debbie złośliwy, postanowił pokazać, że to jeszcze nic i że potrafi być złośliwy o wiele bardziej.
Ta złośliwość miała jednak swoje granice, bo Hunt dotarł na Hawaje, stał pod prysznicem w pokoju Grayson i wyciągał do niej rękę. Nie musiał długo czekać, żeby Grayson tę jego rękę ujęła, zaciskając palce na jego dłoni i żeby wciągnęła go głębiej w zabudowaną kabinę, wprost pod strumień letniej wody lecący z deszczownicy, na co jej ciało zareagowało gęsią skórką. Jej skóra musiała być nagrzana od słońca, zresztą Debbie pachniała tym ciepłem, piaskiem i wspomnianą solą, co Ian poczuł, kiedy tylko znalazła się blisko, zniwelowawszy zupełnie dzielącą ich przestrzeń. Uśmiechnął się przez to lekko, znowu trochę do siebie, a trochę do Debbie i odetchnął głębiej, z ulgą, której wcale nie ukrywał.
Oczywiście, że miał pomóc Debbie. I oczywiście, że nie miał odpowiedzieć na to jej pytanie, bo odpowiedź była zbędna. Zamiast mówić, pochwycił spojrzenie rudej i sięgnął dłońmi do jej pleców. Patrząc w brązowe oczy, póki Debbie nie pochyliła głowy, by pocałować go w obojczyk, rozwiązał sznurek góry bikini, bo to, choć było mocniej zabudowane, nadal nie posiadało zapięć, które stanowiłyby ciut trudniejszą do pokonania przeszkodę, niż zwykła kokardka. Pozbywszy się tej części kostiumu, którą rzucił gdzieś za siebie, na podłogę łazienki, zsunął majtki kostiumu na tyle nisko, że kiedy je puścił, te same opadły aż do kostek Grayson. Musiał się przy tym pochylić, co wykorzystał na pocałowanie Debbie w zagłębienie szyi i ramię, a po czym skrzywił się lekko i cicho mlasnął ustami.
— Krem do opalania — skomentował z niezadowoleniem, po czym oblizał najpierw górną, a potem dolną wargę, marszcząc przy tym brwi, co teoretycznie miało pomóc, a tylko pogorszyło sytuację. Czuł pod dłońmi tłusty film pozostający na skórze Debbie, ale jakoś tak nie pomyślał, że poczuje go także na ustach, a finalnie w buzi, bo przecież to nie był moment na logiczne rozmyślania, prawda?
IAN HUNT 🩶
Prosto było zostawić za sobą to, co w Nowym Jorku, kiedy Debbie była blisko i bez znaczenia pozostawało to, że znajdowali się na Hawajach, bo ta kabina prysznicowa, którą teraz oblegali, równie dobrze mogłaby być kabiną prysznicową w nowojorskim mieszkaniu Iana. To obecność Debbie sprawiała, że świat Iana, na co dzień nie tak znowu mały, kurczył się do rozmiaru obejmującego wyłącznie Grayson, a przez ostatnie tygodnie Ian zdążył poniekąd odzwyczaić się od tego, jak przyjemne było to uczucie. Widywali się przecież zdecydowanie rzadziej, a od świąt, począwszy do dnia dzisiejszego nie widzieli się wcale i niby nie było to wiele czasu, jednak świadomość, że Ian nie może wsiąść w Cadillaca i w przeciągu godziny znaleźć się u Debbie, bo ta znajdowała się osiem tysięcy kilometrów dalej, uwierała go jak kamyk w bucie, którego nie miało się możliwości wytrząsnąć.
OdpowiedzUsuńStąd Ian był wdzięczny, że Debbie nie była zła ani zawiedziona, że zamiast tego dołączyła do niego i pozwoliła mu ściągnąć z siebie strój kąpielowy, bo on też się stęsknił. Stęsknił się za Debbie i za tym komfortem, który mu dawała, a który zaczął odczuwać już w momencie, w którym ją zobaczył. Teraz, kiedy Debbie się śmiała, zaśmiał się także Ian, cicho i krótko, jak to on, mimo że rzeczywiście nie było mu do śmiechu, bo wciąż czuł w ustach chemiczny, gorzkawy posmak kremu z filtrem.
Niemniej Debbie prędko zapewniła mu inne, o wiele przyjemniejsze wrażenia sensoryczne, bo kiedy uwiesiła się na jego karku i przylgnęła do niego całym ciałem, wzdłuż kręgosłupa Iana spłynął przyjemny, rozkoszny wręcz dreszcz. Odpowiedział na ruch Grayson, od razu obejmując ją ramionami i jednocześnie oparł się plecami o wykafelkowaną ściankę, dzięki czemu Debbie miało być jeszcze wygodniej opierać na nim ciężar rozgrzanego słońcem ciała.
— Może przy okazji — stwierdził, nim jeszcze Debbie sięgnęła jego ust. Patrzył na nią z wysokości niecałych, dzielących ich dwudziestu centymetrów i uśmiechał się do niej, tym uśmiechem, który tylko ona widywała. Miękkim i czułym, przydającym Huntowi tej chłopięcości, która ginęła gdzieś na co dzień.
Taki sam był ten pocałunek, który wymienili. Miękki i czuły. Ian mocniej owinął lewą rękę wokół tali Debbie, ciasno przyciskając ją do siebie. W miejscach, w których stykała się ich skóra, a stykała się na zadowalająco dużej powierzchni, czuł zarówno ostre drobinki piasku, jak i tłusty film z tego nieszczęsnego kremu do opalania, ale w żaden sposób mu to nie przeszkadzało, już nie. Prawdą dłonią sięgnął policzka Debbie, kciukiem przesunął po jej skórze i pogłębił pocałunek, który mimo tego, nie stracił na żadnej z wcześniej nadanych mu cech.
W głowie Iana była już tylko Debbie. Nie mogło być inaczej, kiedy otaczał go jej zapach i ciepło ciała. Tak jak wszystko inne, co robił z Debbie, tak Ian lubił to, że przy niej się wyłączał; że jedynym, co go interesowało i obchodziło, była ona. Przychodziło mu to bez wysiłku, w zasadzie bez udziału jego woli. Działo się samo, jak wszystko to, co działo się między nimi od samego początku.
Miło było móc całować Debbie. Wręcz cholernie dobrze. Dlatego Ian poprzestał tylko na tym. Nie wodził dłońmi po jej ciele, choć miał do tego dobrą okazję i przecież miał zmyć z jej skóry krem z filtrem, ale jak sam stwierdził, miało to mieć miejsce przy okazji. Póki co, bardziej zainteresowany był trzymaniem Debbie przy sobie, z lewą ręką owiniętą wokół jej ciała, z prawą dłonią przy jej twarzy, jakby w ten sposób pilnował, by Debbie nie wpadła na pomysł odsuwania się od niego, bo w tym momencie to byłby bardzo, ale to bardzo zły pomysł.
IAN HUNT 🩶
[ Hej!
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że tak będzie i zagrzejemy tu cieplusie miejsce na długo! :D
Kurde, ja bardzo chętnie na wątek! Powiedz mi, brakuje ci u kogoś wątków? Chętnie nad czymś fajnym (i hope so) pomyślę! ]
Nathaniel
[Hej! Cieszę się, że Tonya się podoba i oczywiście liczę na wąteczek <3 Grzecznie czekam, aż znajdziesz dla nas chwilkę!]
OdpowiedzUsuńTonya