Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

23/12/2021

2175. Santa Claus is Coming to Town

8:00, 24 grudnia 2021 rok, apartament na Upper East Side, Nowy Jork

Irytujący dźwięk budzika sprawił, że Octavia otworzyła oczy. Sięgnęła ręką do urządzenia, po omacku szukając jakiegokolwiek guzika, który wyłączyłby to denerwujące urządzenie. Kiedy nie znalazła go, chwyciła urządzenie i cisnęła nim przez całą długość pokoju. Ten z hukiem uderzył o ścianę i rozbił się na setki malutkich kawałeczków. Zadowolona blondynka uśmiechnęła się pod nosem, przekręcając się na drugi bok.
Po niespełna pięciu minutach zerwała się z łóżka. Cezar spojrzał na nią nieco wystraszony. Przekręcił swój mały łepek, po czym znów się wygodnie rozłożył na kocu. Nie dane mu było, jednak dłuższe spanie, ponieważ po chwili Octavia chwyciła go i uniosła.
– Dzień dobry, kochanie! – zawołała wesoło, szczerząc się od ucha do ucha. – A wiesz, co jutro jest za dzień? – zapytała, szturchając nosem ucho psiaka. Odczekała chwilę, jakby naprawdę spodziewała się odpowiedzi. Cezar, jednak milczał. – Święta! – Krzyknęła radośnie. Wciąż trzymając pieska na wyciągniętych rękach, obróciła się. – No tak! Święta! A wiesz, że to będą nasze wspólne święta? Będą niesamowite! Dziś jest ubieranie choinki! Będą pod nią prezenty! – W końcu zgięła ręce i przytuliła Cezara do piersi. Chwilę milczała, intensywnie się nad czymś zastanawiając.
– Właśnie! Prezenty! – Krzyknęła nagle, odkładając pieska na łóżko. Wpadła do garderoby, z której wyciągnęła spodnie w kratkę i uroczy sweter z reniferem, któremu świecił się nos. Ubrała się właściwie w biegu. Również w łazience nie spędziła zbyt dużo czasu, ograniczając się jedynie do załatwienia podstawowych potrzeb.
Niespełna pół godziny później zbiegała po schodach wielkiego apartamentu. Szeroki uśmiech pojawił się na jej ustach na widok ogromnej choinki, spod której pokojówka właśnie wymiatała spadnięte igły.
Dzień dobry! – zawołała wesoło. Kobieta na chwilę przerwała czynność, aby spojrzeć na blondynkę.
Dzień dobry, panienko – powiedziała, uśmiechając się. – Widzę, że ma panienka dobry humor.
– Oczywiście! Jutro święta! Jadę teraz po prezenty, potem pomogę ci z choinką! A po choince… Tullia! Tullia dziś przylatuje!
Pokojówka nic nie odpowiedziała, pokręciła jedynie głową z dezaprobatą, dobrze wiedząc, że mimo ogromnych chęci, Octavia i tak nie pomoże jej z choinką. Przechodziła z nią to co roku. I co roku była ta sama śpiewka. Octavia niczym naszprycowany ratlerek szczęśliwa zbiegała po schodach, obiecywała pomoc w ubieraniu choinki, a potem… się nie wyrabiała i przyjeżdżała na gotowe. Francesca sama się tym zajmowała, zostawiając dla panienki jedynie ostatni i najważniejszy element do ubioru w choince – jej czubek.
Teraz, nim zdążyła odpowiedzieć Octavii, tej już nie było. Francesca już współczuła osobie, która będzie musiała ją znosić cały dzień.

11:30, 24 grudnia 2021 rok, gdzieś na ulicach Nowego Jorku

Octavia siedziała w czapce świętego Mikołaja i poruszała głową na boki, wprawiając dzwoneczki doczepione do czapki w ruch. Siedziała na tylnym siedzeniu swojego samochodu i czekała, aż Mickey zawiezie ją do kolejnego domu towarowego. W poprzednim kupiła wszystko i jeszcze więcej, ale chciała sprawdzić, bo może w kolejnym dostanie coś jeszcze ciekawego. Uwielbiała robić prezenty dla bliskich, a święta były doskonałą okazją. Jej prezenty zawsze były wyszukane, bogate i zapakowane w wymyślny sposób. Robiła również prezenty dla służby. I po raz pierwszy dobrze wiedziała, co dostanie jej nowy kierowca!
– Sinclaire – mruknęła pod nosem, nagle wyrwana z zamyślenia. – Potem jedziemy do Sinclaira! – oznajmiła. – Muszę mu dać prezent, ale najpierw muszę go kupić. Włączysz Santa Claus is coming to town? – zapytała, choć z jej strony to nie było pytanie. Poczekała, aż mężczyzna włączy odpowiednią piosenkę i do rytmu zaczęła poruszać głową, wciąż wesoło się uśmiechając.

12:00, 24 grudnia 2021 rok, wciąż gdzieś na ulicach Nowego Jorku

– Myyszkooo… - zaczęła, kiedy nucenie świątecznych piosenek już jej się znudziło, a korek był tak samo długi jak jeszcze pięć minut temu. – Co najbardziej lubisz w świętach? – zapytała, wychylając się bardziej w jego kierunku. – Ja to lubię… – zacięła się, widząc, że dzwoni jej telefon. – Wrócimy do tej rozmowy! – zapewniła, wracając na swoje miejsce.
– Cześć, tato! – przywitała się, odebrawszy telefon. Chwilę odczekała, słuchając słów mężczyzny i kiwając potakująco głową, po raz kolejny wprawiając w ruch dzwoneczek przy czapce. – Tak, przyjadę – zapewniła. – Nie wiem o której. Stoję w korku. Tak. Nie… Nie! A w życiu! No dobra. To co jej kupić? Zegarek? Ale tato! No dobra. No przecież mówię, że tak!
W końcu się rozłączyła i odrzuciła telefon na bok. Mruknęła pod nosem, zakładając ręce na wysokości piersi.
– I jeszcze czego – mruknęła, patrząc na telefon. – Mój ojciec ma nową asystentkę. Prędzej mi kaktus na ręce wyrośnie niż kupię jej prezent – stwierdziła, mówiąc bardziej sama do siebie, bo raczej Mickey to nie interesowało. Po kilku chwilach ciszy Octavia poderwała się z miejsca. – Zmiana planów! – zawołała. – Najpierw dom towarowy, potem Sinclaire, potem musimy podjechać do biura mojego ojca. I wieczorem na lotnisko. 14:00, 24 grudnia 2021 rok, gdzieś na Brooklynie w Nowym Jorku
Octavia wysiadła z samochodu, trzaskając przy tym drzwiami. W rękach miała ogromne pudło, w którym znajdował się prezent dla Sinclaira. Chociaż od kilku miesięcy mężczyzna już dla niej nie pracował, to i tak postanowiła zrobić mu prezent. Był dla niej zbyt ważną osobą, aby o nim nie pamiętała w tak szczególnym okresie. Powinna przyjechać jutro, ale przez to, że Mickey miał wolne, a sama grafik miała napięty do granic możliwości, to wolała mężczyznę odwiedzić dziś. Musiałaby jechać albo sama, albo – co było jeszcze gorsze – złapać taksówkę. Dla normalnego nowojorczyka nie było to coś niesamowitego, jednak dla niej, która całe życie miała prywatnego szofera, byłaby to bez wątpienia przygoda życia. A co, gdyby taksówkarz ją gdzieś wywiózł? Albo spróbował porwać? Nawet nie dałaby rady zareagować!
– Zaraz wrócę! – zawołała do kierowcy, nie zdając sobie sprawy, że ten nawet jej nie usłyszy, bo przecież chwilę wcześniej zamknęła drzwi. Zniknęła na klatce schodowej, zmierzając do mieszkania Sinclaira.
Nacisnęła dzwonek i cofnęła się o krok. Drzwi po chwili się otworzyły.
– Wesołych świąt! – krzyknęła radośnie, widząc zaskoczonego Sinclaira. Wyjrzała zza wielkiego pudła, szczerząc się do niego radośnie.
– Octavia! – powiedział zdziwiony, najwyraźniej nie spodziewając się jej tutaj zastać. – Co tu robisz, moja droga?
– Jestem dobrym elfem! Mikołaj prosił, abym ci prezent dostarczyła – odpowiedziała, wręczając mężczyźnie wielkie pudło. Ten pokręcił głową z dezaprobatą.
– Wejdziesz na herbatkę? Też coś mam dla ciebie – oznajmił. Octavia przez chwilę myślała intensywnie nad jego propozycją. W końcu kiwnęła głową. Chwila jej nie zbawi. Weszła do środka, rozglądając się wkoło. Zawsze podziwiała mieszkanie Sinclaira. Nie rozumiała, jak mógł tutaj mieszkać z żoną i córką. Mieszkanie było wielkości jednej z łazienek w jej wielkim apartamencie. W dodatku podzielone było na trzy pokoje. Octavia zawsze się tu czuła tak, jakby lada moment ściany miały ją zaatakować.
Usiadła w kuchni przy stole. Mężczyzna zniknął w jednym z pokoi. Wrócił po chwili, trzymając w rękach niewielką paczkę, którą podał blondynce. W pierwszym odruchu chciała zerwać papierek i zobaczyć, co jest w środku, lecz powstrzymała się przed tym. Prezenty otwiera się dopiero jutro.
– Opowiadaj, jaki jest ten nowy? Lepszy niż ja? – zapytał, krzątając się po kuchni, aby przygotować dwie herbaty. Octavia parsknęła śmiechem.
– Lepszy? Nikt nie jest lepszy od ciebie! – zawołała od razu. – Myszka jest… Marudny. I jeździ z włączoną nawigacją. Jeszcze ten głos z tej nawigacji jest straszny. I nie odróżnia pączków od donutów. Na szczęście przynajmniej dobre kupuje.
– A mimo to jesteście na myszko?
– Nie, nie! To nie tak! On nazywa się Michael. Ale każe do siebie mówić Mickey… A Mickey to mysz. Tak jak Pluto, to pies.
Sinclaire parsknął śmiechem, stawiając przed Octavią kubek z gorącą herbatą. Ta nie zdążyła nawet po niego sięgnąć, kiedy w kuchni zjawiła się kolejna osoba.
– Co ty tu robisz? – Octavia uniosła spojrzenie. Przez chwilę nie miała pojęcia, z kim ma do czynienia, a kiedy ją oświeciło, uśmiechnęła się pod nosem.
– Hej – przywitała się. – Przyszłam…
– Wynoś się stąd – warknęła dziewczyna, zakładając ręce na wysokości piersi. – Mój ojciec już dla ciebie nie pracuje, tak trudno to zrozumieć? Nie będzie woził ani ciebie, ani twojej zadufanej rodzinki.
– Elizo! – Sinclaire, starał się wtrącić w słowotok córki, lecz nie wyszło mu to. Dziewczyna kompletnie go zignorowała.
– Mój ojciec poświęcił tobie i twojej rodzinie większość życia! A ty, kiedy on już nie pracuje, śmiesz go nachodzić? I co? Może ma jeszcze, gdzieś cię zawieść, co? Jesteś…
– Dość! – Krzyknął Sinclaire, nie pozwalając Elizie dokończyć. Octavia dalej siedziała, starając się na swój sposób przetrawić wybuch dziewczyny. W końcu wstała z krzesełka.
– Nie mam zamiaru ci się tłumaczyć, Elizo – oznajmiła. Wzięła swój prezent. – Myśl sobie o mnie, co tylko chcesz, zwisa mi to. Mimo że mnie nienawidzisz, choć nie wiem, dlaczego, i tak życzę ci wesołych świąt – dodała. – Dziękuję za herbatę – uśmiechnęła się do Sinclaira. Nie czekała, aż którekolwiek z nich coś odpowie. Nie było sensu. Wyszła z ich mieszkania i od razu wróciła do samochodu. Zatrzasnęła za sobą drzwi.
– Jedźmy już stąd – poprosiła. Przez okno ostatni raz spojrzała na budynek, w którym mieszkał Sinclaire.

15:00, 24 grudnia 2021 rok, Upper East Side, Nowy Jork

Całą drogę do biura ojca przewracała w dłoniach prezent od Sinclaira. Chciała go otworzyć, lecz z drugiej strony obawiała się, co to będzie. Ponadto przez wybuch Elizy miała nieodparte wrażenie, że wcale na niego nie zasłużyła i nie powinna otwierać. Westchnęła głośno, żałując, że w ogóle odwiedziła mężczyznę. Mogła zostawić mu prezent pod drzwiami. Albo nie przyjmować zaproszenia na herbatkę. Ominęłaby ją wtedy ta cała szopka z Elizą. Dziewczyna nigdy jej nie lubiła, chociaż Octavia nie miała pojęcia, dlaczego. Nie zrobiła jej nic złego. Sinclaire dla niej pracował, wykonywał swoje obowiązki, a to, że Elizie się to nie podobało, nie było już jej winą. Sinclaire wiedział na co się pisze, kiedy podejmował tę pracę. Skoro jemu to nie przeszkadzało, to tym bardziej nie rozumiała wybuchów Elizy. Ten i tak był łagodny. Octavia niejednokrotnie musiała użerać się z Elizą i każde z tych starć nie należało do najprzyjemniejszych. Teraz, chociaż nie było tragedii, to i tak nieco humor jej spadł. Jeszcze bardziej nie chciało jej się jechać do firmy ojca. Jakby nie mógł przekazać jej tej bardzo ważnej informacji, jak wróci do domu.
Dlatego też miała zamiar, jak najszybciej odhaczyć spotkanie z ojcem w jego firmie. Nie lubiła tego miejsca, choć nie potrafiła sprecyzować, dlaczego. Po prostu, miejsce to miało jakieś negatywne wibracje, które źle na nią wpływały.
Wysiadła z windy, szybko udając się w kierunku gabinetu ojca. Po drodze mijała zabieganych pracowników, którzy nie wyglądali na zbyt zadowolonych. Miała właśnie zapukać, kiedy drzwi otworzyły się gwałtownie, a po drugiej stronie pojawiła się znajoma czupryna. Na szczęście zdążyła odskoczyć w porę, dzięki czemu nie zarobiła tymi drzwiami.
– Noah? – zapytała, patrząc na niego zaskoczona. – Co ty tutaj robisz?
– Twój ojciec miał do mnie sprawę – odpowiedział. Pochylił się nad blondynką i cmoknął ją w policzek. Octavia drgnęła, a przez jej ciało przeszedł dreszcz. – Bardzo ważną, zresztą – dodał.
– O! Octavia! Wejdź. Noah, ty też wejdź. Powinna to od nas usłyszeć – oznajmił Bernard. Dziewczyna w towarzystwie byłego narzeczonego weszła do gabinetu ojca. – Masz prezent dla Ashley? – zapytał. Octavia zatrzepotała rzęsami, uśmiechając się w najbardziej uroczy sposób, w jaki tylko potrafiła.
– Zapomniałam! – powiedziała, uśmiechając się przepraszająco, choć w głębi duszy wcale nie było jej przykro. Ashley była młoda i zbyt bardzo kręciła się wokół jej ojca. Octavia zdawała sobie sprawę, że Bernard nie był święty, ale nie miała zamiaru brać udziału w jego durnych gierkach. Dlatego też nie chciała przyłożyć ręki do kupna prezentu. Jak jego asystentka jest dla niego ważna, to sam mógłby pofatygować się po prezent dla niej.
Bernard westchnął głośno. Chwilę wpatrywał się w córkę i jej byłego narzeczonego.
– Za niedługo minie rok, odkąd się rozstaliście – zauważył. Blondynka wzruszyła ramionami. Pamiętała, kiedy rzuciła Noah. I była pewna, że i on to pamięta. Swoją decyzją wywróciła ich dotychczasowe życie do góry nogami. I ani trochę tego nie żałowała, choć czasami tęskniła za nim.
– Do brzegu, tato – mruknęła Octavia, zakładając ręce na wysokości piersi.

18:00, 24 grudnia 2021 rok, Port lotniczy Nowy Jork – John F. Kennedy

Octavia starała się nie myśleć o tym, co powiedział jej ojciec. Chociaż on i Noah byli zachwyceni tym pomysłem, tak do niej niekoniecznie on przemawiał. Skoro jednak Bernard tak zadecydował, to nie miała zamiaru się z nimi kłócić czy też podważać ich zdania. Pokiwała głową, pogratulowała Noah nowej funkcji i tyle. Co więcej mogła zrobić? Jeśli Bernard myślał, że swoją decyzją magicznie sprawi, że Octavia zechce wrócić do Noah, to był w ogromnym błędzie. Blondynka nie myślała o powrocie do byłego, bo dobrze jej było tak jak było obecnie.
Nie miała zbyt dużo czasu, aby przejmować się tym wszystkim. Cały dzień miała przepełniony różnymi miejscami, które musiała odwiedzić. Najwięcej czasu musiała przeznaczyć na podróże. Mimo miłości do Nowego Jorku, nienawidziła tych zakorkowanych ulic. Jednym z najważniejszych punktów na jej dzisiejszej mapie był dojazd na lotnisko. Wiedziała, że na tym zejdzie jej najwięcej czasu, dlatego do samochodu wzięła czytnik. Kiedy Mickey prowadził samochód, ona na tylnym siedzeniu zagłębiła się w lekturze, dzięki której czas szybciej jej leciał.
Droga na lotnisko Johna F. Kennedy`ego zajęła jej naprawdę dużo czasu, ale wiedziała, że było warto. Nigdy nie potrafiła zrozumieć, dlaczego Tullia woli tłuc się publicznymi samolotami, chociaż do dyspozycji ma własny. Skoro jednak tak zdecydowała, to Octavia machnęła ręką i zjawiła się na lotnisku, tak jak na dobrą młodszą siostrę przystało.
Była chwilę wcześniej i z podekscytowania nie mogła usiedzieć w miejscu. Krążyła z miejsca w miejsce, z kąta w kąt, nie mogąc się powstrzymać. Kiedy na tablicy pojawiło się odpowiednie ogłoszenie, klasnęła w dłonie. Wzięła wcześniej przygotowaną tabliczkę z napisem TULLIA i stanęła w odpowiednim miejscu, wśród innych ludzi, którzy czekali na swoich gości.
Szczerząc się wesoło czekała, wpatrując się w szczęśliwych ludzi, którzy w końcu odwiedzili swoich bliskich. Nieco zaniepokoiła się tym, że Tullia nie wyszła jako jedna z pierwszych, ale postanowiła się tym nie przejmować na zapas. Pewnie coś się wydarzyło po drodze.
Ludzie, jednak wychodzili i wychodzili, a Tulli wciąż nie było. W końcu wyszła ostatnia osoba. I nie była nią starsza z sióstr.
Octavia od razu wyciągnęła telefon, próbując się połączyć z siostrą na FaceTime. Ta, po kilku nieodebranych połączeniach, w końcu odebrała.
– Cześć, młoda! – przywitała się Tullia wesoło. Octavia zmarszczyła lekko brwi. Obraz był lekko zamazany, ale nie na tyle, aby nie widzieć twarzy siostry i tła, które pojawiło się tuż za nią. Nie było to tło lotniska.
– Hej – mruknęła. – Gdzie ty jesteś?
– Bo wiesz… plany się nieco zmieniły – zaczęła Tullia, a Octavia poczuła, jak robi jej się słabo. Znalazła jedno wolne krzesełko, na którym usiadła nim kontynuowała rozmowę.
– Jak to się plany zmieniły, co ty gadasz?
– Sprawy biznesowe. Musiałam wracać do Hong Kongu.
Octavia mocno zacisnęła wolną dłoń w pięść, mocno wbijając paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni.
– Kiedy ci się te plany zmieniły? W ogóle miałaś zamiar wsiąść do samolotu?!
– Uspokój się, naprawdę chciałam przylecieć! Dawno się z wami nie widziałam. Ale sprawy są ważniejsze niż dwa dni obżarstwa.
– Tym dla ciebie są święta? Dwoma dniami obżarstwa? Zresztą, dla ciebie wszystko jest ważniejsze – mruknęła Octavia. – Od kiedy wiesz?
– Od dwóch dni.
– Słucham?! Jeszcze wczoraj z tobą rozmawiałam i mówiłaś, co innego! Tullia, do cholery!
– Wiedziałam, że będziesz dramatyzowała. Dlatego nie chciałam ci mówić wcześniej. Jesteś jeszcze młoda, to nie rozumiesz. To nie był łatwy wybór!
– Dobra. A co na to mama? Też czeka na twój przylot.
– Mama wie, że nie przylecę. Tata też wie. Wiedzieli od samego początku.
– Czyli wiedzą wszyscy, tylko nie ja, tak? Tłukłam się na to cholerne lotnisko, aby się dowiedzieć, że ty po prostu nie przylecisz? – zapytała blondynka, czując, że za chwilę osiągnie swoją granicę. Czekała na odpowiedź Tulli, do której ktoś przyszedł w międzyczasie. Gwałtownie wstała z krzesła z zamiarem opuszczenia lotniska.
– Nie rozumiem o co ci chodzi, Octavio. Mówię ci teraz. Połączymy się jutro na FaceTime. Wyjdzie na to samo.
– Naprawdę nie rozumiesz? Straciłam kilka godzin, aby przyjechać na lotnisko, bo ty nie raczyłaś powiedzieć, że nic z tego. Trułaś mi, że mam po ciebie przyjechać i nie poinformowałaś o zmianie planów, choć wszyscy wkoło wiedzieli. I to ze mną jest problem, tak?
– Tak, bo niepotrzebnie dramatyzujesz! Będziesz starsza, to zrozumiesz o co chodzi.
Octavia dłużej nie mogła słuchać gadania starszej siostry. Rozłączyła się, a telefon wrzuciła do torebki, wcześniej go jeszcze wyciszając. Opuściła budynek lotniska i jeszcze chwilę pobłądziła nim odnalazła Myszkę w samochodzie.
Będąc na granicy wytrzymałości, wsiadła do samochodu i trzasnęła drzwiami.
– Jedź – powiedziała jedynie przez mocno zaciśnięte zęby. Tylko na tyle było ją stać w tym momencie.
Już dawno obiecała sobie, że więcej nie rozpłacze się przez siostrę. I zamierzała dotrzymać danego słowa. Łzy zapiekły ją pod powiekami i robiła wszystko, byleby tylko nie wypłynęły. To nie był pierwszy taki numer ze strony Tulli. Octavia powinna się przyzwyczaić, bo podobne numery robiła, co święta. Obiecywała, że przyjedzie, wszystko planowała na ostatni guzik. A kilka godzin przed świętami informowała, że jednak nic z tego nie będzie.
– No jedź! – krzyknęła.
Od dawna nie była w takim stanie, w jakim znalazła się obecnie. Musiała gdzieś wyładować nagromadzone negatywne emocje, a że Mickey był najbliżej, to na niego spadła ta największa fala.
– I wyłącz tę cholerną, gadającą nawigację – warknęła jeszcze.
Po raz pierwszy wracała w kompletnej ciszy. Kazała mu nawet wyłączyć radio. Nim dotarli pod jej apartament, miała wystarczająco dużo czasu, aby przetrawić to, co się wydarzyło. Mimo to, i tak było jej zwyczajnie smutno. Nie widziała siostry na żywo od pogrzebu brata. A i wtedy niezbyt długo ją widziała. Tullia, chociaż była nadopiekuńcza, to miała zupełnie inne podejście. Siedziała w tym swoim Hong Kongu, z dala od wszystkiego, i załatwiała jakieś interesy ojca, o których Octavia nie miała pojęcia. Przylatywała na gotowe, a częściej to w ogóle się nie pojawiała. Tulli nie było, kiedy Orville był w najgorszej fazie. Nie było jej również, kiedy chłopak zginął. Przyleciała jedynie w dniu pogrzebu i to jeszcze na chwilę. Zgrywała wtedy idealną córeczkę i jeszcze idealniejszą siostrę. Zwinęła się tak szybko, jak się pojawiła. To miały być pierwsze święta od bardzo dawna, które mieli spędzić całą rodziną. Octavia najwyraźniej za dużo oczekiwała.
Kiedy znaleźli się na podziemnym parkingu w budynku, gdzie mieścił się jej apartament, odetchnęła z ulgą. Miała już dość przygód, jak na jeden dzień. Przez ten czas podróży zdążyła też nieco ochłonąć i stłumić większość emocji.
– Jak mi pomożesz rozpakować samochód, to będziesz miał wolne na dziś – powiedziała, uśmiechając się do kierowcy zachęcająco. Sama w życiu by się na raz z tymi wszystkimi rzeczami z bagażnika nie zabrała.
Niedługo później obładowani kolorowymi torbami i prezentami znaleźli się w apartamencie, a potem w jej pokoju, gdzie kazała wszystko rozładować. Kiedy ostatnia torba została postawiona na podłodze, uśmiechnęła się szeroko. Humor, jednak jej wrócił. Święta nie będą stracone!
– Poczekaj! – zawołała. Chwilę poszukała, aż w końcu znalazła odpowiednią torebkę z prezentem. Była znaczna, w końcu nadruk przedstawiał Myszkę Mickey w świątecznej czapce. – Pracownikiem roku nie zostaniesz, ale prezent i tak mam dla ciebie. Mam nadzieję, że te święta będą dla ciebie wesołe i spędzisz je tak, jak ty tego chcesz. Wszystkiego najlepszego! A! I życzę ci, abyś nie zapomniał o mnie – wyszczerzyła się, wręczając mu prezent. – Ej! Nie zaglądaj teraz! Jutro dopiero – pogroziła mu palcem.

23:00, 24 grudnia 2021 rok, apartament na Upper East Side, Nowy Jork

Kiedy tylko Mickey opuścił apartament, Octavia wzięła się do pracy. Musiała dopakować część prezentów, a część jeszcze podpisać. A to wszystko musiała umieścić pod choinką, która stała w centralnej części apartamentu. Na szczęście ze wszystkim uwinęła się dość sprawnie.
Zmęczona, ale i też szczęśliwa, miała zamiar wrócić do swojej sypialni i położyć się do łóżka. Kiedy stała i podziwiała kolorową choinkę, w pomieszczeniu znalazła się Odette.
– Cześć, mamo – uśmiechnęła się. – Prawda, że pięknie tu wygląda? Wszystko przygotowałam! Nie musisz się martwić o prezenty. Dla każdego się coś znajdzie. Mam też specjalny prezent dla Carlie i dzieciaczków. Nie wiedziałam, że dla małych dzieci może być aż tyle różnego rodzaju zabawek! Miałam ogromny problem, aby myślę, że będą zadowolone. Dla Wróżki Chrzestnej też coś mam. Miałam problem, bo nie wiedziałam, co kupić…
– Tak, tak. A byłaś w aptece? – Odette machnęła ręką, jakby Octavia była, co najmniej irytująca muchą, która przeszkadza jej w czymś niezwykle ważnym. Blondynka zignorowała to, jednak i kontynuowała:
– wujowi nie wiedziałam, co kupić. Ale w końcu doradzili mi. I myślę, że też będzie zadowolony! Dla ciebie i taty też mam coś specjalnego. Dla Tulli też kupiłam… Wiedziałaś, że nie ma nawet zamiaru przyjechać na święta?
– A czy byłaś w aptece?
– Ja wiem, że ona ma swoje sprawy na głowie. I one są znacznie ważniejsze niż cała reszta, ale mogłaby dać mi znać, że nie ma zamiaru przylecieć. Zresztą, ty albo ojciec też mogliście mi powiedzieć. Tłukłam się na to lotnisko niepotrzebnie. Kierowca ma mnie pewnie za stukniętą… Bardziej niż myślał do tej pory.
– Super, ale czy byłaś w aptece i kupiłaś mi leki?
– A tata też odstawił… Wiedziałaś, że zatrudnił Noah? Mógł mi to przez telefon powiedzieć albo w domu, ale nie… Musiałam iść do tej jego firmy. Wpadłam na Noah też. Po raz pierwszy spędzi święta ze swoją rodziną. Aż dziwne, nie? Zawsze u nas siedział. No mniejsza. Teraz będzie…
– Zamknij się w końcu! – Krzyknęła Odette. W apartamencie zapanowała grobowa cisza, a sama Octavia zamarła wpół kroku i wpół słowa. Nieco przerażona wpatrywała się w matkę. – Przestań mówić o jakiś bzdurach! Czy masz moje leki?
Octavia rzadko czuła się tak, jak właśnie w tym momencie. Cały nastrój świąteczny uleciał niczym powietrze z przebitego balonika. Poczuła się tak, jakby ktoś ją spoliczkował. Prychnęła, przygryzając wargę. Mogła się spodziewać, że matka przyszła do niej tylko po to, ale mimo to i tak się łudziła, że tym razem będzie inaczej. W końcu były święta.
– Leki masz tam, gdzie zwykle.

09:00, 25 grudnia 2021 rok, apartament na Upper East Side, Nowy Jork

Octavia od godziny leżała opatulona swoim kocykiem z rękawami i wpatrywała się w przesuwający się obraz na ekranie telefonu. Po wczorajszych przygodach nie miała ochoty wychodzić ze swojego kokonu, a tym bardziej z pokoju. Nie chciała widzieć ani rodziców, ani kogokolwiek z pracowników. Nawet zapachy, które dolatywały z kuchni, jej nie zachęcały. Wolała spędzić ten czas na oglądaniu jednego ze swoich ulubionych sitcomów. Cezar grzecznie spał koło niej i tulił się. Co jakiś czas przesuwała dłonią po jego łebku i drapała go za uchem.
Kiedy oglądanie serialu stało się niemożliwe, ze względu na liczbę wyskakujących wciąż powiadomień z życzeniami czy innymi informacjami, wyłączyła serial i odrzuciła telefon na bok. Bardziej wtuliła się w swój koc i zamknęła oczy. Sama nie wiedziała, kiedy zasnęła.

15:00, 25 grudnia 2021 rok, apartament na Upper East Side, Nowy Jork

Octavia bardzo nie chciała spędzać świąt samotnie. W końcu zdecydowała się, aby opuścić swój pokój. Tak, jak się spodziewała. Na dole nikogo nie było. W jadalni nie było nic przygotowane, chociaż kucharka w kuchni uwijała się przy przygotowywaniu jakiś potraw. Na widok Octavii, uśmiechnęła się delikatnie i od razu zaproponowała, że przygotuje coś dobrego do jedzenia. Blondynka machnęła ręką.
Zrobiła rundkę po apartamencie. Tak, jak sądziła. Odette nafaszerowana lekami spała w swojej sypialni. Bernarda nigdzie nie było. Pewnie pojechał do firmy albo załatwia inne niecierpiące zwłoki sprawy. Westchnęła cicho i podeszła pod choinkę. Wszystko było dokładnie w tym samym miejscu, w którym wczoraj wszystko zostawiła. Nikt nic nie dołożył ani nie zabrał.
Octavia była osobą, która miała wszystko. I to dosłownie. Wystarczyło, aby pstryknęła palcami, a już każdy z jej kaprysów byłby spełniony. W życiu, jednak nie wszystko dało się kupić. A w tym momencie blondynka oddałaby całe to bogactwo, byleby tylko spędzić święta w normalnej atmosferze. Nim zmarł Orville, święta w jej rodzinie były tak idealnie filmowe, za czym tęskniła. Wiedziała, że nic nie wróci życia bratu. Ale to nie znaczyło, żeby teraz ze wszystkiego rezygnować. Orville nie żył już od ponad trzech lat. Według Octavii, to był najwyższy czas, aby wrócić do względnej normalności.
Chwile stała pod choinką.
– O nie – mruknęła w końcu do samej siebie. Skoro los rzucił w nią cytryną, postanowiła zrobić z niej lemoniadę.

19:00, 25 grudnia 2021 rok, 443 Greenwich Street, Nowy Jork

Octavia miała prawo jazdy, ale i tak wolała, kiedy to ktoś ją woził. Bywały, jednak takie dni, kiedy sama musiała usiąść za kółkiem. Potrafiła dojechać z miejsca w miejsce i nie stwarzać przy tym zagrożenia dla siebie czy otoczenia.
Wszystkie prezenty, które wczoraj targała na górę, dziś przytargała z powrotem do samochodu. Zapakowała wszystkie, które dotyczyły Wheelerów na tylne siedzenie. Zapakowała też jedzenie, przygotowane przez kucharkę. Tutaj i tak się nie przyda.
Przez całą drogę do Carlie odprawiała w duchu modły, aby nie wydarzyło się nic złego. Mimo świąt kierowcy byli dziwnie agresywni. Nie rozumiała tego. Większość powinna siedzieć w domu, a nie korkować miasto!
W końcu znalazła się pod odpowiednim adresem. Zaparkowała i zaciągnęła ręczny. Spojrzała w kierunku domu Carlie i uśmiechnęła się szeroko. Tak. To na pewno był dobry pomysł.
Poprawiła na głowie swoją czapkę z dzwoneczkiem, wysiadając z samochodu. Wyciągnęła z bagażnika jeden wór z prezentami i przerzuciła go sobie przez ramię. Materiał był wytrzymały, więc nie powinno dojść do tragedii.
Ostrożnie robiła krok za krokiem, próbując nie wyrżnąć orła na oblodzonym chodniku. W końcu dotarła pod drzwi i odetchnęła z ulgą. Żyła. I to był pierwszy sukces. Wesoły gwar dało się słyszeć już ulicy, a migające sylwetki za oknem były tylko tego potwierdzeniem.
Nacisnęła dzwonek i dłużej go przytrzymała, chcąc mieć pewność, że na pewno ją usłyszą.
– Wesołych świąt! – krzyknęła, jak tylko drzwi się otworzyły. Spojrzała na kuzynkę, szczerząc się wesoło. – Po drodze napadłam na Mikołaja – wyszczerzyła się radośnie i wskazała na wór z prezentami. – Ale to nie wszystkie! Ktoś musi mi pomóc dostarczyć resztę. I mam też swoje jedzenie. – Mówiła szybko, nie dając nawet dojść kuzynce do słowa. – Znajdzie się miejsce dla… zbłąkanego elfa? – zapytała w końcu i dopiero zrobiła przerwę na oddech.

15:00, 27 grudnia 2021 rok, gdzieś na ulicach Nowego Jorku

Octavia miała swoje wymarzone święta. U Carlie bawiła się doskonale. A z przejedzenia niemal nie mogła się ruszyć. A od śmiechu rozbolało ją gardło. Oczywiście nie obyło się bez wypadku. Jej świąteczny strój raczej nie dopierze się od czerwonego barszczu, ale i tak było warto. Radość i atmosfera, które towarzyszyły podczas tych świąt, naładowały jej akumulatorki.
Przez te dwa dni starała się nie myśleć o tym wszystkim, co zgotowała jej rodzinka. I nawet jej się to udało.
Po świętach, jednak musiała wrócić do normalności. Jechała właśnie na poświąteczną sesję zdjęciową Cezara. Z głośników w samochodzie grała jedna z jej ulubionych piosenek Taylor Swift
– Podobał ci się prezent? – zwróciła się w kierunku Mickey i uśmiechnęła się do niego nieco złośliwie. Cóż mogła poradzić? Z takim imieniem sam się właściwie wystawał na różne żarty.
Nie czekała na odpowiedź, bo jak tylko wypowiedziała te słowa, przypomniała sobie o jeszcze jednym prezencie, który teraz znajdował się pod siedzeniem. Sięgnęła po niewielką paczkę i przez chwilę obrała ją w dłoniach.
Zerwała papierek, otworzyła pudełko i uśmiechnęła się szeroko. Poczuła pod powiekami łzy wzruszenia, które szybko odgoniła.
– Skubany, pamiętał – mruknęła, wpatrując się w niewielką pozytywkę z cynowym żołnierzykiem i tancerką.
[Hej! Dziękuję wszystkim, którzy przeczytali notkę do końca! :) Chciałam pokazać część życia Octavii i ukazać, że nie zawsze wszystko jest takie kolorowe, jak mogłoby się wydawać :D Szczególne podziękowania należą się Ice Queen, która wypożyczyła mi dwie swoje postaci do tej notki. Bez ich udziału na pewno byłoby nudniej, a Octavia nie miałaby gdzie spędzić świąt :D
Korzystając z okazji, życzę wszystkim wesołych świąt! :)]

19/12/2021

2174. Przyszłość jest prezentem, jaki robi nam przeszłość

 Podkład: Five Finger Death Punch - Wrong side of heaven


Poprzedniej nocy Dylan nie mógł zasnąć przez wiele godzin, a gdy wreszcie mu się to udało, pierwsze słoneczne promienie odbijały się już od szyb olbrzymich nowojorskich wieżowców oraz drapaczy chmur zwiastując piękno nadchodzącego dnia. Kasjopea wciąż jeszcze nie wróciła z nocnych łowów, więc był w domu sam. Wszystko to sprzyjało rozmyślaniom nad tym jak wiele tragicznych w skutkach wyborów dokonał w przyszłości i jak w związku z tym zapowiada się jego najbliższa przyszłość. A trzeba tu wspomnień, że nie rysowała się ona zbyt różowo. To znaczy, owszem, po roku ciężkich prób, na które narażona była w głównej mierze jego moralność oraz poczucie własnej wartości, za kilka krótkich godzin miał się wreszcie uwolnić od tej przeklętej obręczy, która przez ostatni rok skutecznie uprzykrzała mu życie (chociaż jak tak na to spojrzeć z drugiej strony - uchroniła go jednocześnie od kolejnego pobytu w więzieniu, więc powinien czuć się choć trochę bardziej wdzięczny swojemu obrońcy z urzędu) całkowicie uniemożliwiając mu nawet coś tak głupiego jak jednodniowy wypad poza granice stanu. Aż do tego momentu uważał, że popołudnie to będzie jednym z najwspanialszych w całym jego dotychczasowym życiorysie, ale im bliżej było momentu oswobodzenia, tym bardziej odczuwał jak serce kołacze mu się w piersi jakby lada chwila miało mu ją rozsadzić. Mimo najszczerszych chęci nie potrafił zapanować nad gonitwą myśli obijających mu się z siłą huraganu o ściany umysłu. Wczoraj wieczorem po raz ostatni poszedł do narzuconej mu sądowym wyrokiem pracy w charakterze sprzątacza w The Iridium i prawdę powiedziawszy nie za bardzo wiedział jakiego typu źródła zarobku powinien teraz szukać. Jasne, wielokrotnie z ust bliższych i dalszych znajomych słyszał, że odziedziczył po matce świetny głos, ale sam tak nie uważał. Świętej pamięci Esmeralda Clark była przecież światowej sławy divą operową, podczas gdy jej syn jak do tej pory koncertował głównie przed małą, amerykańską społecznością. I to przede wszystkim dzierżąc w ręku wysłużoną gitarę należącą wcześniej do jego ojca lub siedząc na stołku perkusisty. Śpiewanie wolał zawsze pozostawiać pozostałym członkom montowanego często naprędce zespołu. Zdecydowanie wciąż nie osiągnął zaszczytnego tytułu gwiazdy. W roli nauczyciela muzyki też raczej się nie widział. Obawiał się więc, że skończy jako jeden z tych bezdomnych grajków, których widywał wielokrotnie na ulicach. Bo tą niewielką klitkę, którą obecnie zajmował, mógł wynajmować tylko do końca miesiąca korzystając z programu resocjalizacyjnego. Jedno było z pewnością pewne - jeśli szybko nie zdoła czegoś wymyślić, Nowy Rok będzie świętował już pod gwiazdami. 

***

Mało brakowało, a przespałby swój przystanek. Na całe szczęście jeden ze współpasażerów przypadkiem trącił go w bark, wyrywając tym samym z opiekuńczych ramion Morfeusza. Chłopak przeciągnął się nieznacznie, po czym skierował prosto do wyjścia z autobusu. Budynek należący do NYPD jak zwykle budził w nim nieprzyjemne emocje. Zresztą nie było się czemu dziwić, w końcu był byłym kryminalistą. Nawet teraz, gdy w jego wnętrzu miał spędzić tylko krótki okres czasu, musiał zebrać całą swoją odwagę, by przekroczyć próg. Zaledwie parę minut później siedział już na krześle stojącym przed dużym, dębowym biurkiem, za którym zgromadziło się kilka osób w mundurach miejscowej policji oraz jedna rudowłosa kobieta, której ubranie znaczyły zagraniczne emblematy, co wydało mu się nieco dziwne. Kim była, skoro zaproszono ją na spotkanie dotyczące zwykłego, chilijskiego rzezimieszka ? Tego dowiedzieć się miał niedługo po tym, gdy przewodzący mu inspektor, przedstawił wszystkich pozostałych i oswobodził go spod władzy nadajnika. 

- Zapewne zastanawia się Pan dlaczego pozwoliliśmy sobie na zaproszenie tu naszej irlandzkiej koleżanki, sierżant Gráinne Fleming. - Oświadczył mężczyzna wskazując głową na siedzącą obok niego Europejkę. - Otóż to ona jest tą osobą, która z powodów, które tutaj przemilczę, zdecydowała się przekonać nas, by dać Panu jeszcze jedną szansę powrotu na łono społeczeństwa. Muszę przyznać, że nie za bardzo byłem przekonany do tego pomysłu, ale wygląda na to, że miała rację. 

- Mimo tego co najmniej przez następne pół roku będę Cię miała stale na oku. - Dodała wyspiarka. 

Chciał zaoponować, ale była szybsza:

- I ani waż mi się sprzeciwiać. I tak aż za dobrze zdaję sobie sprawę z Twojej sytuacji majątkowej. Moi koledzy zza oceanu okazali się na tyle uprzejmi, że zgodzili się przymknąć oko na nasze koligacje rodzinne i udostępnili mi Twoje dane w zamian za obietnicę przeprowadzenia darmowego kursu psychologicznego dla osadzonych. To jak będzie, przyjmiesz propozycję przyrodniej starszej siostry i pozwolisz uratować się od przymusowego pobytu w ośrodku dla bezdomnych ?

Był zbyt zszokowany, by choćby podjąć próbę złożenia logicznego zdania, więc tylko kiwnął głową. Niby uczestniczył w całej rozmowie, ale i tak miał wrażenie, że coś go ominęło. W tej zwariowanej układance wyraźnie brakowało kilku ważnych elementów. Skoro jednak żaden z pozostałych stróżów prawa nie zamierzał zareagować, on sam postanowił po prostu poddać się dalszemu rozwojowi wydarzeń i poczekać cierpliwie co z tego wyniknie. A wyniknąć miała poważna rozmowa między rodzeństwem, które do niedawna nawet nie wiedziało o swoim istnieniu. Dlaczego ? Otóż już podczas podróży powrotnej na Bronx okazało się, że zmarły wiele lat temu Pan Clark w cale nie był tak bardzo czułym i wiernym mężem jakim się powszechnie wydawał. W położonej na Szmaragdowej Wyspie Ballinie posiadał bowiem  drugą rodzinę, o której nigdy nikomu nie wspominał, co zdawały się potwierdzać liczne zdjęcia oraz miłosne listy, które wręczyła młodemu Amerykanowi kierująca samochodem ognistowłosa. 

- Przykro mi, że musiałeś się tego dowiedzieć właśnie w taki sposób. - Spojrzała na świeżo odnalezionego brata z mieszaniną współczucia i lekkiego rozczulenia. - Obiecuję Ci, że razem obrócimy to jeszcze w coś dobrego. Musisz mi jedynie zaufać. 


Tylko czy on nadal wiedział jak to się w ogóle robi ? Być może, a nawet jeśli nie, z pewnością prędzej czy później sobie przypomni. Bo brunet nie był złym człowiekiem. Pogubionym i mało pewnym siebie, ale na pewno nie złym do szpiku kości. 


***


Cytat w nagłówku za Andrém Malrauxem. 

06/12/2021

[KP] To be your friend was all I ever wanted; to be your lover was all I ever dreamed

Charlotte Lester
How it started...
Dawno, dawno temu za bezkresnym oceanem, niewielkim lasem i nieopodal przytulnego miasteczka znajdował się dom, w którym nigdy nie brakowało zrozumienia i miłości. Mieszkała w nim zwyczajna rodzina, której codzienne bolączki raczej nie urastały do rozmiaru wielkich kłód pod nogami. Radzili sobie z nimi indywidualnie lub też, gdy wymagała tego sytuacja działali wspólnie jak dobrze naoliwiona maszyna. Mieli swoje lepsze i gorsze dni, ale parli do przodu. Wspierali się, szanowali, a co ważniejsze darzyli niepodważalną miłością. Anthony i Grace jako małżeństwo oraz jako rodzice dokładali wszelkich starań, by nigdy niczego nie brakowało w domu i by pokazać pociechom, że osiągnięcie szczęścia wymaga pracy każdego z osobna. Christopher i Charlotte jako rodzeństwo i potomkowie państwa Lester byli wdzięczni, ale też nie jedno mieli za uszami, jak to dzieciaki! Za młody sprzeczali się o zabawki, kłótnie wybuchały kilka razy w ciągu jednego dnia. Na ratunek przychodzili rodzice, którzy, choć czasem opadały im ręce, doprowadzili do tego, że z biegiem lat trudno było spotkać bardziej zżyte rodzeństwo. Upływający rok za rokiem zbliżał ich wszystkich do rozstania. Nikt nie chciał podcinać skrzydeł młodej Angielki, więc gdy ogłosiła, że jej wymarzona uczelnia znajduje się w Nowym Jorku zarówno Anthony, Grace, jak i Christopher okazali się dużym wsparciem. W zaciszu swych pokoi czuli, że będą tęsknić, a pewnie i nie jedna samotna łza spłynęła po policzku, gdy jedna z ich czteroosobowej brygady już wyfrunęła z domu. Nie tak dawno, bo jakieś sześć, siedem lat temu, a jednak wydaje się to jak odległy sen, Charlotte przyleciała do Nowego Jorku, by spełnić swoje marzenie. Zaczęła studia, chwytała się każdej dorywczej pracy i mimo naprawdę świetnej organizacji czasu ledwo wiązała koniec z końcem. Nie chciała się poddać, nie mogła! Musiała ściągnąć z oczu różowe okulary i wyjść naprzeciw temu, co było poza zasięgiem jej wzroku, gdy mieszkała w Southampton. Zaczęła dostrzegać paskudna naturę człowieczeństwa, jego wady i obłudę, która rządziła światem o wiele sprawniej niż ktokolwiek chciałby głośno przyznać. Chowając dumę oraz poczucie obrzydzenia do kieszeni zaczęła prace w klubie go-go. Niemal naga wiła się przed oczami obcych ludzi, tylko po to, by móc utrzymać się na studiach bez finansowej pomocy ze strony rodziców. Zamknęła swe serce przed innymi, bo nikt nie wydawał się wart zaufania, gdy prowadziła podwójne życie. Nie chciała, by ktoś dowiedział się, gdzie pracuje, nie chciała, by oceniania ja przez pryzmat pracy do której zmusiła ja sytuacja… Chciała o tym nie myśleć. Po kilku nieprzyjemnych incydentach zaczęła trenować krav magę, która okazała się częściowym lekiem na to całe zło. Wyzywała się na macie i już nie była taka bezbronna, jakby się mogło wydawać. Zaczynała dostrzegać światełko w tunelu, a po otrzymaniu awansu za bar, niemal skakała z radości. Skończyła studia i nie wiedzieć kiedy w jej otoczeniu pojawiły się osoby, które z czystym sumieniem mogła nazwać przyjaciółmi. Mimo, że większość nie miała pojęcia o jej przeszłości, to i tak czuła, że może na nich liczyć w każdej, nawet najbardziej absurdalnej sytuacji. Niepostrzeżenie otworzyła również swe serce na o wiele silniejsze uczucie, do którego myślała, że nie będzie już zdolna. Zakochała się i pierwszy raz nieśmiało wypatrywały przyszłości. Dostała wymarzona prace, miała u boku mężczyznę, z którym spodziewała się dziecka. Ta jednak znów zabarwiła się w odcieniach szarości… Została sama, całkiem sama w dziewiątym miesiącu ciąży. Nie wiedziała co powinna zrobić, ale nie mogła się poddać, bo walczyła dla kogoś, kogo jeszcze nie było na tym świecie. Nie chciała nikogo obarczać swoimi problemami, lecz oto po raz kolejny przekonała się, że na całym świecie – poza jej rodziną – jest jeszcze jedna dusza, która zamierzała przy niej trwać, nawet za cenę własnego wolnego czasu. Jerome Marshall – wieloletni przyjaciel, jej Sunbeam bez zawahania wkroczył tworząc ich wspólną codzienność, bo najwyraźniej czuł, że inaczej mogłoby jej tu już nie być. Rozważała powrót do domu – na stałe, choć serce zostawiłaby w Nowym Jorku. Teraz nie musiała, bo nie była już sama. Miała swojego przyjaciela. Nie wiedziała kiedy dokładnie zaczęła spoglądać na niego inaczej, czy nastąpiło to jeszcze w trakcie ciąży, czy tuż po porodzie, ale uparcie trzymała swe uczucia na wodzy. Nie chciała, by podrygi jej okaleczonego serce zaprzepaściły to co do tej pory wypracowali. Nie chciała go stracić, ponieważ sama ta wizja boleśnie odbijała się echem w jej wnętrzu. Potrzebowała go i choć sądziła, że jest to samolubne, była gotowa okłamywać jego i samą siebie, że przecież nic się nie zmieniło, jeśli to miała być cena za jego obecność w ich życiu – jej i córeczki Aurory. Wtem wystarczył jeden świąteczny wieczór, jeden, który miał być tylko spędzeniem wspólnie czasu, a okazał się przełomem w ich relacji. Oboje przekroczyli granice i zrozumieli, że to co ich łączyło wychodziło poza ramy zwykłej, nawet najlepszej przyjaźni. Niepewnie, ale wspólnie stawiali kroki w tym co można by nazwać spotykaniem się. Byli oni i Aurora, która tylko sclaa cih uczucie.
How it is going...
Teraz Charlotte nie wyobraża sobie życia bez ukochanej córeczki Aurory i mężczyzny, który na nowo pokazał co to znaczy kochać i być kochaną – Jeroma Marshalla. Oto zaczynali zapisywać kolejne kartki ich wspólnej historii, jednak bez obawy, by tych miało im zabraknąć. W bajkach właśnie teraz padłoby żyli długo i szczęśliwe, i choć to wcale nie rozmijało się z prawdą, to rudowłosa nie zamierzała na tym poprzestawać. Chciała delektować się teraźniejszością i bez obaw spoglądać w przyszłość. Życie zatoczyło naprawdę dziwne koło, bo oto znów znajdowała się w domu,w którym nie brakowało zrozumienia i miłości.
code by EMME

05/12/2021

[KP] I realized I’m in love. It's always been right in front of me

Charlotte Lester

Od najmłodszych lat przejawiała oślą upartość, która to nie pozwalała poddać sie w połowie obranego celu. Nie raz, nie dwa wplątała się przez nią też w kłopoty, jednak miała najbliższych, na których zawsze mogła liczyć. Była - i nadal momentami jest - optymistką z głową pełną szalonych pomysłów, która, nauczona doświadczeniem, nie zapomina stąpać twardo po ziemi. Zaczynając swoją przygodę w Nowym Jorku, musiała odbić się od dna, złamać wiele swych zasad, a dumę oraz wstyd schować głęboko do kieszeni. Każdy kolejny taniec na rurze, każdy kolejny trening krav magi i kolejny drink kształtowały ją na nowo. Nie była już tylko Lottą, która wiecznie chciała tworzyć kolorowe prace, która znajdowała inspiracje gdzie tylko się dało, ale stała się kimś, kto nie bał się samemu rzucać wyzwania. Może czasem faktycznie igrała z ogniem, ale nie sparzyła się jeszcze na tyle mocno, by z tego zrezygnować. Każda jedna kłoda pod jej nogami doprowadziła ją do tego miejsca i choć czasem chciało jej się wyć z bezsilności czy frustracji, nie cofnęłaby się w czasie, by cokolwiek zmienić. Nie sądziła, że los będzie dla niej takim srogim nauczycielem, który w najmniej oczekiwanym momencie postanowi ją nagrodzić. Po kilku latach zrozumiała, że nie jest w stanie funkcjonować bez bliskich dusz, bez osób, które nie będą pytać, co się stało, ale po prostu będą. Nauczyła się też, że przyjaźń to ciężki kawałek chleba, gdy nie jest darowna pod postacią brata od urodzenia. Wie też, że jej się poszczęściło, bo odnalazła w tej miejskiej dżungli ludzi, za którymi bez wahania wskoczyłaby w ogień. Jeśli chodzi o nieco inne związki, to niestety eksperyment, na który świadomie się zdecydowała kilka miesięcy wcześniej, krótko mówiąc nie wypalił. Dość szybko musiała przejść z trybu planowania przeprowadzki do rozpakowywania pudeł w swoim starym mieszkaniu i rzeczywistości, w której okazało się, iż jest samotną matką. Może nie do końca samotną, ponieważ zyskała nieocenią pomoc przyjaciela, który ratuje ją od tego, by nie zapakowała walizek i nie wyleciała do Anglii. Czułaby się wtedy jak przegrana, ponieważ Nowy Jork stał się dla niej domem, który sama dla siebie wybrała - siebie i swojej córki. Ma czasem takie dni, gdy pragnie uciec - od płaczu, pieluch, czy organizacji każdego dnia tak, by ze wszystkim się wyrobić. Tęskni za całkowitą wolnością, ale jednocześnie spogląda z czułością na śpiącą w jej ramionach Aurorę. Ten mały człowiek stał się dla niej najważniejszą osobą na tym świecie. Nawet, gdy snu ma jak na lekarstwo, kocha ją całym sercem i nie zmieniłaby swojej decyzji, którą podjęła, dowiądując się o ciąży. Zaczeła nowy rodział, lądując na dnie z kubłem zimnej wody wylanej na głowę, lecz wiedziała, że z pomocą da radę stanać na nogi. Nie pierwszy, nie ostatni raz.... Teraz czuje, że nareszcie ma pełnie władzy na sterem, choć nie zawsze jest w stanie przewidzieć przeszkodzy na swojej drodze. Niekóre poturbują jej statek, po innych przepłynie nawet nie zdając sobie z nich sprawy, jednak nie pozwoli, by któraś zatrzymała ją na dłużej. Ma dla kogo wlaczyc, ma też wsparcie, więc niczego więcej jej nie potrzeba.
NC

18/11/2021

[KP] Little dreams

Camille Russo
03.03.1997, Filadelfia, PA
wcześniej: Computer Science, Barnard College
obecnie: junior software developer, Kravis Security Inc.
40 Charles and Margaret Collins Way, NY
To dziewczyna, która dostała się na MIT na pełne stypendium, ale została w Nowym Jorku, wzięła kredyt studencki i poszła do Barnard College. To dziewczyna, której śnią się koszmary, ale nie przebudza się w nocy. To dziewczyna, która nosi krzyżyk na szyi i chodzi regularnie do kościoła, ale nie wierzy w Boga. To dziewczyna, która nie lubi być w centrum uwagi, ale została królową na swoim balu maturalnym. To dziewczyna, która kocha amerykańską szarlotkę, ale pija włoską kawę. To dziewczyna, która odrzuca szanse, ale i tak osiąga swoje cele. To dziewczyna, która zna swoje mocne strony, ale zapomniała o niektórych słabościach. To dziewczyna, która ceni sobie swoją niezależność, ale pozwala się swatać. To dziewczyna, która tylko siedzi przed komputerem, ale zna wszystkich sąsiadów z ulicy lepiej niż ich wnuki. To dziewczyna, która uwielbia jeść, ale nigdy nie może znaleźć na to czasu. To dziewczyna, która zapomina, jaki jest dzień tygodnia, ale zawsze ze wszystkim zdąży. To dziewczyna, która ma poczucie humoru, ale rzadko się śmieje. To dziewczyna, która nie boi się wyzwań, ale nie akceptuje porażek. To dziewczyna, której ciągle jest mało. To dziewczyna, która przekracza granice.
Little geek
Camille wygląda na dziewczynę, której wystarczy postawić drinka w klubie, by przełamać pierwsze lody i zacząć niezobowiązującą pogawędkę o obściskującej się w kącie parze. Nie przypomina ani trochę uroczego nerda, który w niej siedzi i zaczyna się nerwowo zastanawiać, co odpowiedzieć. Trochę za długo wgapia się we wspomnianą parę, nie odzywając się słowem, bo wszystko, co przychodzi jej do głowy, wydaje się nieodpowiednie i żenujące, kiedy wyobraża sobie, jak wypowiada to na głos, a Camille nie chce zrobić złego wrażenia. Na końcu języka ma cytat z Science żartobliwie przytaczający statystyki na temat różnych rodzajów ekshibicjonizmu funkcjonujących w społeczeństwie, ale nie sprawdziła jeszcze źródeł tego artykułu i nie chciałaby podawać błędnych informacji. Z kolei WIRED podobno nie jest najlepszą podstawą do prowadzenia flirtu i niechętnie musiała się z tym zgodzić. Ostatecznie nie mówi nic, nie próbuje się nawet uśmiechnąć, bo zdaje sobie sprawę, gdzie ma skierowane spojrzenie, więc po dłuższej chwili oczekiwania zostaje sama z poczuciem niezręczności i z darmowym, kolorowym drinkiem, który nie ma już szans smakować tak, jak powinien.
Camille ma spojrzenie marzycielki. Wygląda na rozkojarzoną, kiedy bez końca wpatruje się przed siebie z parującym pod nosem kubkiem. Nawet nie mrugnie, nawet powieka jej nie drgnie, gdy niesforny kosmyk włosów spróbuje ściągnąć ją na ziemię delikatnym łaskotaniem po twarzy. W brązowych oczach odbija się światło ekranu, na którym wyświetlają się linijki kodu przepuszczanego przez algorytm. Camille rzeczywiście w takich chwilach marzy. Miło byłoby w podsumowaniu zobaczyć cyferkę „0”, bo chciałaby pójść już spać, a nie zaśnie, jeśli coś będzie nie tak. Wie, jakie jest prawdopodobieństwo, że w kodzie nie pojawi się żaden błąd i wynosi ono tyle samo, ile szansa na to, że się wyśpi. Jakieś siedem procent. Obserwuje spokojnie przebiegający w komputerze proces, starając się o tym nie myśleć. Dla zabicia czasu przypomina sobie daty premier filmów, na które chciałaby się wybrać i czy rzeczywiście będzie miała możliwość obejrzeć premiery, czy jednak na kilka dni zablokuje wszystkie powiadomienia z portali społecznościowych, żeby uniknąć spoilerów. Nie, żeby nie znała już ogólnej fabuły z komiksów i nie wiedziała, czym się może rozczarować. Ale przynajmniej zrobi to tak, jak należy. Bez spoilerów.
Piccoli disaccordi
Z pochodzenia jest Włoszką. Płynnie i z akcentem mówi po włosku, choć nigdy nie była nawet w Europie. Za to wychowywała ją ciotka Florence, która swoje serce musiała zostawić na Sycylii i która wcale nie kryje się z tym, że robiła wszystko, żeby siostrzenica wiedziała, jaka krew w niej płynie. Camille co prawda sama nie do końca rozróżnia, co w jej życiu jest włoskie, a co amerykańskie, ale też specjalnie się nad tym nie zastanawia. Wie jednak, że ciotka Flo nigdy nie odpuści wspólnych niedzielnych obiadów oraz nigdy nie wybaczy pomylenia słów którejkolwiek piosenki Toto Cutugno. Pewne rzeczy po prostu muszą być takie, a nie inne, koniec, kropka. Jest między nimi zauważalna nić porozumienia, którą jednak ciężko opisać, ale dzięki której nie sprzeczają się ze sobą bez przerwy, bo różnice ich charakterów są ogromne. Mają wyraźnie inne życiowe priorytety i ciężko stwierdzić, z czego one tak naprawdę wynikają, bo obie wydają się zbyt blisko ze sobą związane, by zrzucić winę na różnice pokoleniowe lub nawet kulturowe. Szczególnie, że Camille nie dorównuje ciotce temperamentem, a ten z kolei odejmuje Florence kilka lat. To też nie tak, że Florence ma coś przeciwko tej dziwnej pasji do cyferek i komputerów, choć uważa to za mało kobiece i niezbyt interesujące, szczególnie kiedy weźmie się pod uwagę czasochłonność wszystkich zajęć z tym związanych.
Są rzeczy, o których wiedzą obie i żadna z nich nie rozmawia, ale którymi wypełniają te przestrzenie niezrozumienia między sobą. Camille nigdy nie opowiedziała ciotce, co widziała, gdy miała osiem lat i jej ojciec znalazł ją i matkę w ówczesnym domu wujostwa po tym, jak uciekły od niego z Filadelfii. Florence jedynie dostała do przeczytania spisany przez policję raport, w którym zawarto informacje o przyczynie śmierci jej siostry i męża oraz że dziecko znaleziono ukrywające się w szafie na korytarzu, zaraz przed wejściem do salonu, w którym doszło do tragedii. Z kolei ciotka Flo nie opowiedziała nigdy, dlaczego ona i siostra w ogóle opuściły Sycylię i obie tak szybko znalazły sobie mężów w Stanach. Nie rozmawiają o tych sprawach. Nie rozmawiają o ojcu za kratkami, o podejrzanych biznesach wujka, o tym co się wydarzyło we Włoszech. Te rzeczy po prostu są, pełnią niezrozumiałe funkcje, ale są zbyt bolesne, by do nich wracać za każdym razem, kiedy mogą stanowić przyczynę niezgody. Kończy się na tym, że widzą je w swoich oczach i odpuszczają. Wracają na tory sprzed kłótni albo innego nieporozumienia i wytrwale ciągną kolejne kompromisy.
Little life
Barnard College to dobra szkoła, której prestiż dodatkowo podnosi ścisła współpraca z Uniwersytetem Columbia. Ponadto rzeczywiście aktywnie wspiera rozwój kobiet i stwarza im wiele możliwości na pogłębianie swoich zainteresowań oraz na uczestnictwo w innowacyjnych projektach naukowych. Nie ma żadnych wątpliwości, że to dobre miejsce, z którego można wiele wynieść i Camille nie jest pod tym względem wyjątkiem. Jej jedyny problem z Barnard College był taki, że nie było to MIT, a jedyny problem z MIT polegał na tym, że nie znajduje się w Nowym Jorku ani nawet w okolicy. No i Barnard College zaoferował jej mniejsze stypendium, ale żadne pieniądze nie byłyby warte tego, co przeżywałaby ciotka Florence, więc została na miejscu. Zawęziło to trochę możliwości, na których zależało Camille, jednak przy odpowiednim nakładzie pracy, czasu i zaangażowania stworzyła sobie nowe. Musiała wykazać się też odpowiednimi pokładami cierpliwości oraz upartości, bo okazało się, że niewiele koleżanek ze studiów podziela jej zainteresowania związane z inteligentnymi systemami zabezpieczeń osób i mienia, a jednoosobowe projekty nie wydają się zbyt atrakcyjne w oczach profesorów, bez względu na to, jak dużą ambicją i samozaparciem charakteryzuje się sam student. Kiedy jednak Camille przekonała już do siebie odpowiednich ludzi, miała prawie wolną rękę i choć nie do końca pokrywało się to z głównymi założeniami samej uczelni, która miała przecież realizować pewną misję w oparciu o konkretne wartości, wszystkim imponowały jej osiągnięcia i przymykano oko na jej znikomą współpracę z innymi studentami. Oddawała jeden projekt za drugim, zgłaszając kolejne w trakcie tworzenia. Opracowywała własne algorytmy, tworząc nowe biblioteki języków programowania, żeby usprawniać sobie pracę, uczestniczyła w licznych seminariach, które miały pomóc jej w pisaniu „seksowniejszych kodów” – czyli bardziej przejrzystych i czytelniejszych, żeby ograniczać obciążenie pamięci procesorów. Pokonywała stopnie bardzo szybko, czasami przeskakiwała je nawet po trzy i zawsze miała w zapasie jakieś dodatkowe rozwiązanie, gdyby ktoś stwierdził, że musi jeszcze do czegoś wrócić. Do tego starała się nadrabiać swoje braki towarzyskie, mając poczucie, że kilka wyjść w miesiącu na jakąś domówkę odbierze ciotce zmartwień co do przemęczania się i dzięki temu nie będzie musiała bez końca wymyślać zapewnienia, że wszystko u niej w porządku. Camille zawsze też stara się być rozsądna, a rozsądnym wydawało się nie zapominać o wziętym kredycie, który chciałaby spłacić jak najszybciej bez nadmiernego obciążania skromnego budżetu domowego, więc prócz pisania i tworzenia programów, które miały jej zapewnić najlepsze wyniki na studiach, łapała się jakiś jednorazowych zleceń znalezionych na freelancerskich stronach. Wydawać by się mogło, że to wszystko, te liczne projekty, nieprzespane noce przed komputerem, nieustające maratony między domem a uczelnią z kilkoma przerwami na wyjście ze znajomymi, na dłuższą metę przekracza ludzkie możliwości.
Ciotka Flo zaczęła coś podejrzewać, gdy Camille pierwszy raz zapomniała o niedzielnym obiedzie. To był ostatni semestr, dopinanie ostatnich szczegółów na ostatni guzik, dużo zamieszania z dokumentami i przedwczesne studenckie świętowania przyszłych dyplomów. Camille zapisała już na kolejne kursy, tym razem z zamiarem wyjechania do Cambridge, ale tylko na pół roku, bo miała dobre rekomendacje, doskonałe osiągnięcia i ciekawe pomysły i istniała szansa, że po jednym semestrze mogłaby przejść na tryb zdalny i kontynuować naukę, mieszkając w Nowym Jorku. Florence czekała na koniec roku. Liczyła, że siostrzenica zwolni, a podejrzenia okażą się nieprawdziwe. Wystarczyła jednak jedna konfrontacja, by przekonać się, że niestety, ale były one słuszne. Camille chciała pewnych rzeczy za bardzo i wcale nie była tak cierpliwa, jak jej się wydawało. Pogubiła się trochę w życiu, podejmując kilka bardzo złych decyzji, ale doceniła okazane jej wsparcie i wyrozumiałość, więc znowu odpuściła MIT. Przy okazji dorobiła się kolejnych długów, które bez wątpienia będą o sobie przypominać.
autorsko
fc: Maja Strojek
aktualizacja: 18.11.21
kontakt: huntressvicious@gmail.com

[KP] Little dreams

Camille Russo
03.03.1997, Filadelfia, PA
wcześniej: Computer Science, Barnard College
obecnie: junior software developer, Kravis Security Inc.
40 Charles and Margaret Collins Way, NY
To dziewczyna, która dostała się na MIT na pełne stypendium, ale została w Nowym Jorku, wzięła kredyt studencki i poszła do Barnard College. To dziewczyna, której śnią się koszmary, ale nie przebudza się w nocy. To dziewczyna, która nosi krzyżyk na szyi i chodzi regularnie do kościoła, ale nie wierzy w Boga. To dziewczyna, która nie lubi być w centrum uwagi, ale została królową na swoim balu maturalnym. To dziewczyna, która kocha amerykańską szarlotkę, ale pija włoską kawę. To dziewczyna, która odrzuca szanse, ale i tak osiąga swoje cele. To dziewczyna, która zna swoje mocne strony, ale zapomniała o niektórych słabościach. To dziewczyna, która ceni sobie swoją niezależność, ale pozwala się swatać. To dziewczyna, która tylko siedzi przed komputerem, ale zna wszystkich sąsiadów z ulicy lepiej niż ich wnuki. To dziewczyna, która uwielbia jeść, ale nigdy nie może znaleźć na to czasu. To dziewczyna, która zapomina, jaki jest dzień tygodnia, ale zawsze ze wszystkim zdąży. To dziewczyna, która ma poczucie humoru, ale rzadko się śmieje. To dziewczyna, która nie boi się wyzwań, ale nie akceptuje porażek. To dziewczyna, której ciągle jest mało. To dziewczyna, która przekracza granice.
Little geek
Camille wygląda na dziewczynę, której wystarczy postawić drinka w klubie, by przełamać pierwsze lody i zacząć niezobowiązującą pogawędkę o obściskującej się w kącie parze. Nie przypomina ani trochę uroczego nerda, który w niej siedzi i zaczyna się nerwowo zastanawiać, co odpowiedzieć. Trochę za długo wgapia się we wspomnianą parę, nie odzywając się słowem, bo wszystko, co przychodzi jej do głowy, wydaje się nieodpowiednie i żenujące, kiedy wyobraża sobie, jak wypowiada to na głos, a Camille nie chce zrobić złego wrażenia. Na końcu języka ma cytat z Science żartobliwie przytaczający statystyki na temat różnych rodzajów ekshibicjonizmu funkcjonujących w społeczeństwie, ale nie sprawdziła jeszcze źródeł tego artykułu i nie chciałaby podawać błędnych informacji. Z kolei WIRED podobno nie jest najlepszą podstawą do prowadzenia flirtu i niechętnie musiała się z tym zgodzić. Ostatecznie nie mówi nic, nie próbuje się nawet uśmiechnąć, bo zdaje sobie sprawę, gdzie ma skierowane spojrzenie, więc po dłuższej chwili oczekiwania zostaje sama z poczuciem niezręczności i z darmowym, kolorowym drinkiem, który nie ma już szans smakować tak, jak powinien.
Camille ma spojrzenie marzycielki. Wygląda na rozkojarzoną, kiedy bez końca wpatruje się przed siebie z parującym pod nosem kubkiem. Nawet nie mrugnie, nawet powieka jej nie drgnie, gdy niesforny kosmyk włosów spróbuje ściągnąć ją na ziemię delikatnym łaskotaniem po twarzy. W brązowych oczach odbija się światło ekranu, na którym wyświetlają się linijki kodu przepuszczanego przez algorytm. Camille rzeczywiście w takich chwilach marzy. Miło byłoby w podsumowaniu zobaczyć cyferkę „0”, bo chciałaby pójść już spać, a nie zaśnie, jeśli coś będzie nie tak. Wie, jakie jest prawdopodobieństwo, że w kodzie nie pojawi się żaden błąd i wynosi ono tyle samo, ile szansa na to, że się wyśpi. Jakieś siedem procent. Obserwuje spokojnie przebiegający w komputerze proces, starając się o tym nie myśleć. Dla zabicia czasu przypomina sobie daty premier filmów, na które chciałaby się wybrać i czy rzeczywiście będzie miała możliwość obejrzeć premiery, czy jednak na kilka dni zablokuje wszystkie powiadomienia z portali społecznościowych, żeby uniknąć spoilerów. Nie, żeby nie znała już ogólnej fabuły z komiksów i nie wiedziała, czym się może rozczarować. Ale przynajmniej zrobi to tak, jak należy. Bez spoilerów.
Piccoli disaccordi
Z pochodzenia jest Włoszką. Płynnie i z akcentem mówi po włosku, choć nigdy nie była nawet w Europie. Za to wychowywała ją ciotka Florence, która swoje serce musiała zostawić na Sycylii i która wcale nie kryje się z tym, że robiła wszystko, żeby siostrzenica wiedziała, jaka krew w niej płynie. Camille co prawda sama nie do końca rozróżnia, co w jej życiu jest włoskie, a co amerykańskie, ale też specjalnie się nad tym nie zastanawia. Wie jednak, że ciotka Flo nigdy nie odpuści wspólnych niedzielnych obiadów oraz nigdy nie wybaczy pomylenia słów którejkolwiek piosenki Toto Cutugno. Pewne rzeczy po prostu muszą być takie, a nie inne, koniec, kropka. Jest między nimi zauważalna nić porozumienia, którą jednak ciężko opisać, ale dzięki której nie sprzeczają się ze sobą bez przerwy, bo różnice ich charakterów są ogromne. Mają wyraźnie inne życiowe priorytety i ciężko stwierdzić, z czego one tak naprawdę wynikają, bo obie wydają się zbyt blisko ze sobą związane, by zrzucić winę na różnice pokoleniowe lub nawet kulturowe. Szczególnie, że Camille nie dorównuje ciotce temperamentem, a ten z kolei odejmuje Florence kilka lat. To też nie tak, że Florence ma coś przeciwko tej dziwnej pasji do cyferek i komputerów, choć uważa to za mało kobiece i niezbyt interesujące, szczególnie kiedy weźmie się pod uwagę czasochłonność wszystkich zajęć z tym związanych.
Są rzeczy, o których wiedzą obie i żadna z nich nie rozmawia, ale którymi wypełniają te przestrzenie niezrozumienia między sobą. Camille nigdy nie opowiedziała ciotce, co widziała, gdy miała osiem lat i jej ojciec znalazł ją i matkę w ówczesnym domu wujostwa po tym, jak uciekły od niego z Filadelfii. Florence jedynie dostała do przeczytania spisany przez policję raport, w którym zawarto informacje o przyczynie śmierci jej siostry i męża oraz że dziecko znaleziono ukrywające się w szafie na korytarzu, zaraz przed wejściem do salonu, w którym doszło do tragedii. Z kolei ciotka Flo nie opowiedziała nigdy, dlaczego ona i siostra w ogóle opuściły Sycylię i obie tak szybko znalazły sobie mężów w Stanach. Nie rozmawiają o tych sprawach. Nie rozmawiają o ojcu za kratkami, o podejrzanych biznesach wujka, o tym co się wydarzyło we Włoszech. Te rzeczy po prostu są, pełnią niezrozumiałe funkcje, ale są zbyt bolesne, by do nich wracać za każdym razem, kiedy mogą stanowić przyczynę niezgody. Kończy się na tym, że widzą je w swoich oczach i odpuszczają. Wracają na tory sprzed kłótni albo innego nieporozumienia i wytrwale ciągną kolejne kompromisy.
Little life
Barnard College to dobra szkoła, której prestiż dodatkowo podnosi ścisła współpraca z Uniwersytetem Columbia. Ponadto rzeczywiście aktywnie wspiera rozwój kobiet i stwarza im wiele możliwości na pogłębianie swoich zainteresowań oraz na uczestnictwo w innowacyjnych projektach naukowych. Nie ma żadnych wątpliwości, że to dobre miejsce, z którego można wiele wynieść i Camille nie jest pod tym względem wyjątkiem. Jej jedyny problem z Barnard College był taki, że nie było to MIT, a jedyny problem z MIT polegał na tym, że nie znajduje się w Nowym Jorku ani nawet w okolicy. No i Barnard College zaoferował jej mniejsze stypendium, ale żadne pieniądze nie byłyby warte tego, co przeżywałaby ciotka Florence, więc została na miejscu. Zawęziło to trochę możliwości, na których zależało Camille, jednak przy odpowiednim nakładzie pracy, czasu i zaangażowania stworzyła sobie nowe. Musiała wykazać się też odpowiednimi pokładami cierpliwości oraz upartości, bo okazało się, że niewiele koleżanek ze studiów podziela jej zainteresowania związane z inteligentnymi systemami zabezpieczeń osób i mienia, a jednoosobowe projekty nie wydają się zbyt atrakcyjne w oczach profesorów, bez względu na to, jak dużą ambicją i samozaparciem charakteryzuje się sam student. Kiedy jednak Camille przekonała już do siebie odpowiednich ludzi, miała prawie wolną rękę i choć nie do końca pokrywało się to z głównymi założeniami samej uczelni, która miała przecież realizować pewną misję w oparciu o konkretne wartości, wszystkim imponowały jej osiągnięcia i przymykano oko na jej znikomą współpracę z innymi studentami. Oddawała jeden projekt za drugim, zgłaszając kolejne w trakcie tworzenia. Opracowywała własne algorytmy, tworząc nowe biblioteki języków programowania, żeby usprawniać sobie pracę, uczestniczyła w licznych seminariach, które miały pomóc jej w pisaniu „seksowniejszych kodów” – czyli bardziej przejrzystych i czytelniejszych, żeby ograniczać obciążenie pamięci procesorów. Pokonywała stopnie bardzo szybko, czasami przeskakiwała je nawet po trzy i zawsze miała w zapasie jakieś dodatkowe rozwiązanie, gdyby ktoś stwierdził, że musi jeszcze do czegoś wrócić. Do tego starała się nadrabiać swoje braki towarzyskie, mając poczucie, że kilka wyjść w miesiącu na jakąś domówkę odbierze ciotce zmartwień co do przemęczania się i dzięki temu nie będzie musiała bez końca wymyślać zapewnienia, że wszystko u niej w porządku. Camille zawsze też stara się być rozsądna, a rozsądnym wydawało się nie zapominać o wziętym kredycie, który chciałaby spłacić jak najszybciej bez nadmiernego obciążania skromnego budżetu domowego, więc prócz pisania i tworzenia programów, które miały jej zapewnić najlepsze wyniki na studiach, łapała się jakiś jednorazowych zleceń znalezionych na freelancerskich stronach. Wydawać by się mogło, że to wszystko, te liczne projekty, nieprzespane noce przed komputerem, nieustające maratony między domem a uczelnią z kilkoma przerwami na wyjście ze znajomymi, na dłuższą metę przekracza ludzkie możliwości.
Ciotka Flo zaczęła coś podejrzewać, gdy Camille pierwszy raz zapomniała o niedzielnym obiedzie. To był ostatni semestr, dopinanie ostatnich szczegółów na ostatni guzik, dużo zamieszania z dokumentami i przedwczesne studenckie świętowania przyszłych dyplomów. Camille zapisała już na kolejne kursy, tym razem z zamiarem wyjechania do Cambridge, ale tylko na pół roku, bo miała dobre rekomendacje, doskonałe osiągnięcia i ciekawe pomysły i istniała szansa, że po jednym semestrze mogłaby przejść na tryb zdalny i kontynuować naukę, mieszkając w Nowym Jorku. Florence czekała na koniec roku. Liczyła, że siostrzenica zwolni, a podejrzenia okażą się nieprawdziwe. Wystarczyła jednak jedna konfrontacja, by przekonać się, że niestety, ale były one słuszne. Camille chciała pewnych rzeczy za bardzo i wcale nie była tak cierpliwa, jak jej się wydawało. Pogubiła się trochę w życiu, podejmując kilka bardzo złych decyzji, ale doceniła okazane jej wsparcie i wyrozumiałość, więc znowu odpuściła MIT. Przy okazji dorobiła się kolejnych długów, które bez wątpienia będą o sobie przypominać.
autorsko
fc: Maja Strojek
aktualizacja: 18.11.21
kontakt: huntressvicious@gmail.com

[KP] Little dreams

Camille Russo
03.03.1997, Filadelfia, PA
wcześniej: Computer Science, Barnard College
obecnie: junior software developer, Kravis Security Inc.
40 Charles and Margaret Collins Way, NY
To dziewczyna, która dostała się na MIT na pełne stypendium, ale została w Nowym Jorku, wzięła kredyt studencki i poszła do Barnard College. To dziewczyna, której śnią się koszmary, ale nie przebudza się w nocy. To dziewczyna, która nosi krzyżyk na szyi i chodzi regularnie do kościoła, ale nie wierzy w Boga. To dziewczyna, która nie lubi być w centrum uwagi, ale została królową na swoim balu maturalnym. To dziewczyna, która kocha amerykańską szarlotkę, ale pija włoską kawę. To dziewczyna, która odrzuca szanse, ale i tak osiąga swoje cele. To dziewczyna, która zna swoje mocne strony, ale zapomniała o niektórych słabościach. To dziewczyna, która ceni sobie swoją niezależność, ale pozwala się swatać. To dziewczyna, która tylko siedzi przed komputerem, ale zna wszystkich sąsiadów z ulicy lepiej niż ich wnuki. To dziewczyna, która uwielbia jeść, ale nigdy nie może znaleźć na to czasu. To dziewczyna, która zapomina, jaki jest dzień tygodnia, ale zawsze ze wszystkim zdąży. To dziewczyna, która ma poczucie humoru, ale rzadko się śmieje. To dziewczyna, która nie boi się wyzwań, ale nie akceptuje porażek. To dziewczyna, której ciągle jest mało. To dziewczyna, która przekracza granice.
Little geek
Camille wygląda na dziewczynę, której wystarczy postawić drinka w klubie, by przełamać pierwsze lody i zacząć niezobowiązującą pogawędkę o obściskującej się w kącie parze. Nie przypomina ani trochę uroczego nerda, który w niej siedzi i zaczyna się nerwowo zastanawiać, co odpowiedzieć. Trochę za długo wgapia się we wspomnianą parę, nie odzywając się słowem, bo wszystko, co przychodzi jej do głowy, wydaje się nieodpowiednie i żenujące, kiedy wyobraża sobie, jak wypowiada to na głos, a Camille nie chce zrobić złego wrażenia. Na końcu języka ma cytat z Science żartobliwie przytaczający statystyki na temat różnych rodzajów ekshibicjonizmu funkcjonujących w społeczeństwie, ale nie sprawdziła jeszcze źródeł tego artykułu i nie chciałaby podawać błędnych informacji. Z kolei WIRED podobno nie jest najlepszą podstawą do prowadzenia flirtu i niechętnie musiała się z tym zgodzić. Ostatecznie nie mówi nic, nie próbuje się nawet uśmiechnąć, bo zdaje sobie sprawę, gdzie ma skierowane spojrzenie, więc po dłuższej chwili oczekiwania zostaje sama z poczuciem niezręczności i z darmowym, kolorowym drinkiem, który nie ma już szans smakować tak, jak powinien.
Camille ma spojrzenie marzycielki. Wygląda na rozkojarzoną, kiedy bez końca wpatruje się przed siebie z parującym pod nosem kubkiem. Nawet nie mrugnie, nawet powieka jej nie drgnie, gdy niesforny kosmyk włosów spróbuje ściągnąć ją na ziemię delikatnym łaskotaniem po twarzy. W brązowych oczach odbija się światło ekranu, na którym wyświetlają się linijki kodu przepuszczanego przez algorytm. Camille rzeczywiście w takich chwilach marzy. Miło byłoby w podsumowaniu zobaczyć cyferkę „0”, bo chciałaby pójść już spać, a nie zaśnie, jeśli coś będzie nie tak. Wie, jakie jest prawdopodobieństwo, że w kodzie nie pojawi się żaden błąd i wynosi ono tyle samo, ile szansa na to, że się wyśpi. Jakieś siedem procent. Obserwuje spokojnie przebiegający w komputerze proces, starając się o tym nie myśleć. Dla zabicia czasu przypomina sobie daty premier filmów, na które chciałaby się wybrać i czy rzeczywiście będzie miała możliwość obejrzeć premiery, czy jednak na kilka dni zablokuje wszystkie powiadomienia z portali społecznościowych, żeby uniknąć spoilerów. Nie, żeby nie znała już ogólnej fabuły z komiksów i nie wiedziała, czym się może rozczarować. Ale przynajmniej zrobi to tak, jak należy. Bez spoilerów.
Piccoli disaccordi
Z pochodzenia jest Włoszką. Płynnie i z akcentem mówi po włosku, choć nigdy nie była nawet w Europie. Za to wychowywała ją ciotka Florence, która swoje serce musiała zostawić na Sycylii i która wcale nie kryje się z tym, że robiła wszystko, żeby siostrzenica wiedziała, jaka krew w niej płynie. Camille co prawda sama nie do końca rozróżnia, co w jej życiu jest włoskie, a co amerykańskie, ale też specjalnie się nad tym nie zastanawia. Wie jednak, że ciotka Flo nigdy nie odpuści wspólnych niedzielnych obiadów oraz nigdy nie wybaczy pomylenia słów którejkolwiek piosenki Toto Cutugno. Pewne rzeczy po prostu muszą być takie, a nie inne, koniec, kropka. Jest między nimi zauważalna nić porozumienia, którą jednak ciężko opisać, ale dzięki której nie sprzeczają się ze sobą bez przerwy, bo różnice ich charakterów są ogromne. Mają wyraźnie inne życiowe priorytety i ciężko stwierdzić, z czego one tak naprawdę wynikają, bo obie wydają się zbyt blisko ze sobą związane, by zrzucić winę na różnice pokoleniowe lub nawet kulturowe. Szczególnie, że Camille nie dorównuje ciotce temperamentem, a ten z kolei odejmuje Florence kilka lat. To też nie tak, że Florence ma coś przeciwko tej dziwnej pasji do cyferek i komputerów, choć uważa to za mało kobiece i niezbyt interesujące, szczególnie kiedy weźmie się pod uwagę czasochłonność wszystkich zajęć z tym związanych.
Są rzeczy, o których wiedzą obie i żadna z nich nie rozmawia, ale którymi wypełniają te przestrzenie niezrozumienia między sobą. Camille nigdy nie opowiedziała ciotce, co widziała, gdy miała osiem lat i jej ojciec znalazł ją i matkę w ówczesnym domu wujostwa po tym, jak uciekły od niego z Filadelfii. Florence jedynie dostała do przeczytania spisany przez policję raport, w którym zawarto informacje o przyczynie śmierci jej siostry i męża oraz że dziecko znaleziono ukrywające się w szafie na korytarzu, zaraz przed wejściem do salonu, w którym doszło do tragedii. Z kolei ciotka Flo nie opowiedziała nigdy, dlaczego ona i siostra w ogóle opuściły Sycylię i obie tak szybko znalazły sobie mężów w Stanach. Nie rozmawiają o tych sprawach. Nie rozmawiają o ojcu za kratkami, o podejrzanych biznesach wujka, o tym co się wydarzyło we Włoszech. Te rzeczy po prostu są, pełnią niezrozumiałe funkcje, ale są zbyt bolesne, by do nich wracać za każdym razem, kiedy mogą stanowić przyczynę niezgody. Kończy się na tym, że widzą je w swoich oczach i odpuszczają. Wracają na tory sprzed kłótni albo innego nieporozumienia i wytrwale ciągną kolejne kompromisy.
Little life
Barnard College to dobra szkoła, której prestiż dodatkowo podnosi ścisła współpraca z Uniwersytetem Columbia. Ponadto rzeczywiście aktywnie wspiera rozwój kobiet i stwarza im wiele możliwości na pogłębianie swoich zainteresowań oraz na uczestnictwo w innowacyjnych projektach naukowych. Nie ma żadnych wątpliwości, że to dobre miejsce, z którego można wiele wynieść i Camille nie jest pod tym względem wyjątkiem. Jej jedyny problem z Barnard College był taki, że nie było to MIT, a jedyny problem z MIT polegał na tym, że nie znajduje się w Nowym Jorku ani nawet w okolicy. No i Barnard College zaoferował jej mniejsze stypendium, ale żadne pieniądze nie byłyby warte tego, co przeżywałaby ciotka Florence, więc została na miejscu. Zawęziło to trochę możliwości, na których zależało Camille, jednak przy odpowiednim nakładzie pracy, czasu i zaangażowania stworzyła sobie nowe. Musiała wykazać się też odpowiednimi pokładami cierpliwości oraz upartości, bo okazało się, że niewiele koleżanek ze studiów podziela jej zainteresowania związane z inteligentnymi systemami zabezpieczeń osób i mienia, a jednoosobowe projekty nie wydają się zbyt atrakcyjne w oczach profesorów, bez względu na to, jak dużą ambicją i samozaparciem charakteryzuje się sam student. Kiedy jednak Camille przekonała już do siebie odpowiednich ludzi, miała prawie wolną rękę i choć nie do końca pokrywało się to z głównymi założeniami samej uczelni, która miała przecież realizować pewną misję w oparciu o konkretne wartości, wszystkim imponowały jej osiągnięcia i przymykano oko na jej znikomą współpracę z innymi studentami. Oddawała jeden projekt za drugim, zgłaszając kolejne w trakcie tworzenia. Opracowywała własne algorytmy, tworząc nowe biblioteki języków programowania, żeby usprawniać sobie pracę, uczestniczyła w licznych seminariach, które miały pomóc jej w pisaniu „seksowniejszych kodów” – czyli bardziej przejrzystych i czytelniejszych, żeby ograniczać obciążenie pamięci procesorów. Pokonywała stopnie bardzo szybko, czasami przeskakiwała je nawet po trzy i zawsze miała w zapasie jakieś dodatkowe rozwiązanie, gdyby ktoś stwierdził, że musi jeszcze do czegoś wrócić. Do tego starała się nadrabiać swoje braki towarzyskie, mając poczucie, że kilka wyjść w miesiącu na jakąś domówkę odbierze ciotce zmartwień co do przemęczania się i dzięki temu nie będzie musiała bez końca wymyślać zapewnienia, że wszystko u niej w porządku. Camille zawsze też stara się być rozsądna, a rozsądnym wydawało się nie zapominać o wziętym kredycie, który chciałaby spłacić jak najszybciej bez nadmiernego obciążania skromnego budżetu domowego, więc prócz pisania i tworzenia programów, które miały jej zapewnić najlepsze wyniki na studiach, łapała się jakiś jednorazowych zleceń znalezionych na freelancerskich stronach. Wydawać by się mogło, że to wszystko, te liczne projekty, nieprzespane noce przed komputerem, nieustające maratony między domem a uczelnią z kilkoma przerwami na wyjście ze znajomymi, na dłuższą metę przekracza ludzkie możliwości.
Ciotka Flo zaczęła coś podejrzewać, gdy Camille pierwszy raz zapomniała o niedzielnym obiedzie. To był ostatni semestr, dopinanie ostatnich szczegółów na ostatni guzik, dużo zamieszania z dokumentami i przedwczesne studenckie świętowania przyszłych dyplomów. Camille zapisała już na kolejne kursy, tym razem z zamiarem wyjechania do Cambridge, ale tylko na pół roku, bo miała dobre rekomendacje, doskonałe osiągnięcia i ciekawe pomysły i istniała szansa, że po jednym semestrze mogłaby przejść na tryb zdalny i kontynuować naukę, mieszkając w Nowym Jorku. Florence czekała na koniec roku. Liczyła, że siostrzenica zwolni, a podejrzenia okażą się nieprawdziwe. Wystarczyła jednak jedna konfrontacja, by przekonać się, że niestety, ale były one słuszne. Camille chciała pewnych rzeczy za bardzo i wcale nie była tak cierpliwa, jak jej się wydawało. Pogubiła się trochę w życiu, podejmując kilka bardzo złych decyzji, ale doceniła okazane jej wsparcie i wyrozumiałość, więc znowu odpuściła MIT. Przy okazji dorobiła się kolejnych długów, które bez wątpienia będą o sobie przypominać.
autorsko
fc: Maja Strojek
aktualizacja: 18.11.21
kontakt: huntressvicious@gmail.com