Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

29/10/2018

[KP]It's nice to meet you,Let's...see you again

Charlotte Lester



It's so nice to meet you, Let's never meet again


Charlotte Lotta Spark Lester

ur. 19 listopada 1995 roku w Southampton (Anglia)
| absolwentka ASP - grafika | barmanka | krav maga po godzinach |aktualnie oszczędza na swe wymarzone podróże i wróciła nieco poszkodowana z pierwszej z nich| nabawiła się  lęku do poruszania się jakimkolwiek transportem|

We don't have to talk.
We don't have to dance.
Pożegnania nigdy nie były czymś łatwym dla panny Lester, ale opuszczając rodzinny dom nie mogła się doczekać nowego rozdziału. Od zawsze szła przez życie z wysoko uniesioną głową, jednak kątem oka udawało się jej patrzeć pod nogi. Pełna energii, optymizmu, lecz także nieufności wobec ludzi. Mocny charakter od najmłodszych lat pozwalał jej na spełnianie celów mniejszych i tych większych. Teraz czas było na ten najbardziej pielęgnowany.

Przyleciała do Nowego Jorku na wymarzone studia na Art Students League. Gdy tylko udało jej się zdać egzaminy, a autorskie prace zostały docenione przez profesorów natychmiast spakowała niewielką, niebieską walizkę, by ruszyć w nieznane. Rodzice obiecali sfinansować pierwszy rok studiów pod warunkiem, iż znajdzie na miejscu pracę i kolejne semestry będzie opłacać sobie sama. Nie chcieli w ten sposób wymusić na ognistowłosej zmiany decyzji, po prostu nie byłoby ich stać na całość. Lotta rozumiała ich intencje, gdyż młodszy o dwa lata brat też zamierzał iść na studia. Nie mogli faworyzować którejś ze swych latorośli i ona się  z tym w pełni zgadzała.

Po przyjeździe natychmiast zaczęła szukać pracy, jednak okazało się to trudniejsze niż przypuszczała. Prac dorywczych za grosze było na pęczki, ale nic nie dawało możliwości samodzielnego utrzymania się i opłacenia studiów. Zegar tykał, a kobieta stała się zdesperowana. Odrzuciła dumę, a także zamknęła na klucz niektóre z wartości wyniesionych z domu rodzinnego i została striptizerką. Początki były trudne, lecz z dnia na dzień przesiąknęła tym środowiskiem i stało się ono czymś naturalnym. Nigdy nie spała z klientami i zawsze na oczach czy twarzy miała maskę, którą sama projektowała. To dawało jej poczucie odgrywania roli i swego rodzaju anonimowości, gdyż wszyscy znali ją pod pseudonimem Spark. 

We don't have to smile.
We don't have to make friends.
Po roku awansowała na barmankę w ekskluzywniejszym lokalu tego samego właściciela, a jej pensja przekroczyła najśmielsze oczekiwania. Potrafiła rozmawiać z ludźmi, kusić i sprawiać, by wracali po więcej, które nigdy miało nie nastać. Niestety jeden z klientów nie przyjął odmowy zbyt dobrze i gdyby nie interwencja ochroniarza Lotta mogła skończyć tragicznie. Od tamtej pory co dwa dni chodzi na zajęcia z krav magi, by nie musieć liczyć na niczyją pomoc. Już dawno przestała wierzyć w księcia na białym koniu, który ratuje niewinne niewiasty z opresji. Nastały czasy, gdy to damy sięgają po broń.

Po pięciu latach w Nowym Jorku nie przypomina już tej dziewczyny z lotniska, która częściej miała głowę w chmurach niż stopy na ziemi. Nadal jest pełna energii, nadal spełnia się artystycznie i uśmiecha więcej niż przeciętny mieszkaniec tej metropolii, jednak zyskała też drugą twarz - czasem sarkastyczną, bezlitosną i przebiegłą. Mimo tej zmiany nadal nie stała się typem samotnika, lecz większość ludzi trzyma na dystans. Spotkał na swej drodze kilka wyjątków i jeszcze nie do końca jest pewna, czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie. Aktualnie oszczędza na te wszystkie wymarzone podróże po stanach i nie tylko. Kiedy rozwinie skrzydła - nie wiadomo.


[Cześć! Oto moje drugie podejście do damskiej postaci na tym blogu. Mam nadzieję, ze Lotta zawita tu na dłużej. Zapraszam do wątków i powiązań, niech się dziewczyna nie czuje samotna :)]

[KP]It's so nice to meet you, Let's never meet again

Charlotte Lester



It's so nice to meet you, Let's never meet again


Charlotte Lotta Spark Lester

ur. 19 listopada 1995 roku w Southampton (Anglia)
| studentka ASP - grafika | barmanka | krav maga po godzinach |

We don't have to talk.
We don't have to dance.
Pożegnania nigdy nie były czymś łatwym dla panny Lester, ale opuszczając rodzinny dom nie mogła się doczekać nowego rozdziału. Od zawsze szła przez życie z wysoko uniesioną głową, jednak kątem oka udawało się jej patrzeć pod nogi. Pełna energii, optymizmu, lecz także nieufności wobec ludzi. Mocny charakter od najmłodszych lat pozwalał jej na spełnianie celów mniejszych i tych większych. Teraz czas było na ten najbardziej pielęgnowany.

Przyleciała do Nowego Jorku na wymarzone studia na Art Students League. Gdy tylko udało jej się zdać egzaminy, a autorskie prace zostały docenione przez profesorów natychmiast spakowała niewielką, niebieską walizkę, by ruszyć w nieznane. Rodzice obiecali sfinansować pierwszy rok studiów pod warunkiem, iż znajdzie na miejscu pracę i kolejne semestry będzie opłacać sobie sama. Nie chcieli w ten sposób wymusić na ognistowłosej zmiany decyzji, po prostu nie byłoby ich stać na całość. Lotta rozumiała ich intencje, gdyż młodszy o dwa lata brat też zamierzał iść na studia. Nie mogli faworyzować którejś ze swych latorośli i ona się  z tym w pełni zgadzała.

Po przyjeździe natychmiast zaczęła szukać pracy, jednak okazało się to trudniejsze niż przypuszczała. Prac dorywczych za grosze było na pęczki, ale nic nie dawało możliwości samodzielnego utrzymania się i opłacenia studiów. Zegar tykał, a kobieta stała się zdesperowana. Odrzuciła dumę, a także zamknęła na klucz niektóre z wartości wyniesionych z domu rodzinnego i została striptizerką. Początki były trudne, lecz z dnia na dzień przesiąknęła tym środowiskiem i stało się ono czymś naturalnym. Nigdy nie spała z klientami i zawsze na oczach czy twarzy miała maskę, którą sama projektowała. To dawało jej poczucie odgrywania roli i swego rodzaju anonimowości, gdyż wszyscy znali ją pod pseudonimem Spark. 

We don't have to smile.
We don't have to make friends.
Po roku awansowała na barmankę w ekskluzywniejszym lokalu tego samego właściciela, a jej pensja przekroczyła najśmielsze oczekiwania. Potrafiła rozmawiać z ludźmi, kusić i sprawiać, by wracali po więcej, które nigdy miało nie nastać. Niestety jeden z klientów nie przyjął odmowy zbyt dobrze i gdyby nie interwencja ochroniarza Lotta mogła skończyć tragicznie. Od tamtej pory co dwa dni chodzi na zajęcia z krav magi, by nie musieć liczyć na niczyją pomoc. Już dawno przestała wierzyć w księcia na białym koniu, który ratuje niewinne niewiasty z opresji. Nastały czasy, gdy to damy sięgają po broń.

Po prawie czterech latach w Nowym Jorku nie przypomina już tej dziewczyny z lotniska, która częściej miała głowę w chmurach niż stopy na ziemi. Nadal jest pełna energii, nadal spełnia się artystycznie i uśmiecha więcej niż przeciętny mieszkaniec tej metropolii, jednak zyskała też drugą twarz - czasem sarkastyczną, bezlitosną i przebiegłą. Mimo tej zmiany nadal nie stała się typem samotnika, lecz większość ludzi trzyma na dystans


[Cześć! Oto moje drugie podejście do damskiej postaci na tym blogu. Mam nadzieję, ze Lotta zawita tu na dłużej. Zapraszam do wątków i powiązań, niech się dziewczyna nie czuje samotna :)]

[KP] Before the truth will set you free. It’ll piss you off

Charlotte Lester


It's so nice to meet you, Let's never meet again

Charlotte Lotta Spark Lester

ur. 19 listopada 1995 roku w Southampton (Anglia)
| absolwentka ASP - grafika | barmanka | krav maga po godzinach |lęk do poruszania się jakimkolwiek naziemnym transportem publicznym|


Before you find a place to be,
you're gonna lose the plot
Pełna energii, optymizmu, lecz także nieufności wobec ludzi przyleciała do Nowego Jorku na wymarzone studia na Art Students League. Mocny charakter od najmłodszych lat pozwalał jej na spełnianie celów mniejszych i tych większych. W końcu nadszedł czas na ten najbardziej pielęgnowany. Rodzice obiecali sfinansować pierwszy rok studiów pod warunkiem, iż znajdzie na miejscu pracę i kolejne semestry będzie opłacać sobie sama. Lotta rozumiała, że młodszy o dwa lata brat też zamierzał iść na studia. Państwo Lester nie mogli faworyzować którejś ze swych latorośli i ona się z tym w pełni zgadzała. Po przyjeździe natychmiast zaczęła szukać pracy, lecz niewiele z nich dawało możliwość samodzielnego utrzymania i studiowania jednocześnie. Zegar tykał, a kobieta stała się zdesperowana. Odrzuciła dumę, a także zamknęła na klucz niektóre z wartości wyniesionych z domu rodzinnego i została striptizerką w klubie Sinner Night. Początki były trudne, jednak nigdy nie sypiała z klientami i to pozwoliło jej - na jako takie - odgrywanie roli podczas tańca na rurze. Oczy lub też cała twarz przyozdobione były maską ręcznej roboty, a wszyscy poza szefem znali ją pod pseudonimem Spark.

Po roku awansowała na barmankę w ekskluzywniejszym lokalu tego samego właściciela, w którym pracuje po dziś dzień. Jej pensja przekroczyła najśmielsze oczekiwania, więc spokojnie mogła kontynuować studia w trybie dziennym, a przeszłość zamknąć za żelaznymi drzwiami. Nauczyła się rozmawiać z ludźmi, kusić i sprawiać, by wracali po więcej, które nigdy miało nie nastać. Liczył się zysk dla baru i dobre napiwki dla niej. Niestety jeden z klientów nie przyjął odmowy zbyt dobrze i gdyby nie interwencja ochroniarza Lotta mogła skończyć tragicznie. Co dwa dni chodzi na zajęcia z krav magi, by nie musieć liczyć na niczyją pomoc. Już dawno przestała wierzyć w księcia na białym koniu, który ratuje niewinne niewiasty z opresji. Nastały czasy, gdy to damy sięgają po broń.

Po pięciu latach w Nowym Jorku nie przypomina już tej dziewczyny z lotniska, która częściej miała głowę w chmurach niż stopy na ziemi. Nadal jest pełna energii, nadal spełnia się artystycznie, choć zdobyła już dyplom uczelni wyższej i uśmiecha więcej niż przeciętny mieszkaniec tej metropolii, jednak zyskała też drugą twarz - czasem sarkastyczną, bezlitosną i przebiegłą. Mimo tej zmiany nadal nie stała się typem samotnika, lecz większość ludzi trzymała na dystans. Jakimś trafem znalazło się całkiem spore grono osób, które z czystym sumieniem może nazwać dobrymi znajomymi, czy też pokwapić się o określenie ich przyjaciółmi.

And I know this doesn't make a lot of sense,
All I'm asking for's a little bit of faith
Z najnowszych wydarzeń: Wróciła z pierwszej podróży po Stanach Zjednoczonych w nieco opłakanym stanie, gdyż jechała autobusem, który miał wypadek w drodze do Los Angeles. Charlotte była w gronie szczęśliwców, ponieważ jej obrażenia skończyły się na stłuczonej nodze, ręce oraz paru zadrapaniach od szkła. Przeżyła, jednak nabawiła się niemalże paraliżującego lęku do poruszania się naziemnym transportem publicznym. Zainwestowała w rower, by nie musieć korzystać z metra czy autobusu miejskiego. Czasem zmuszona zamówi ubera czy taksówkę, jednak woli tego unikać.

Po zetknięciu się ze śmiercią i spokojnym powrocie do Nowego Jorku postanowiła wyznać bratu prawdę o swoim pierwszym miejscu zatrudnienia, lecz Christopher nie przyjął tego zbyt dobrze. Rudowłosa kompletnie się załamała i co gorsza, gdy wydawało się, że już pogodziła się z jego odejściem, wróciła do starych nawyków. Odwiedza kluby częściej niż kiedykolwiek, pije, tańczy i szuka kompletnego zapomnienia. W pracy nie daje nic po sobie poznać i wykonuje obowiązki nienagannie. Stara się zapełnić każdą minutę dnia, by nie mieć za wiele czasu sam na sam, by nie wracać myślami do tego koszmarnego wieczoru, gdy młodszy brat porządnie zatrzasnął za sobą drzwi. Zaczęła szukać pracy w zawodzie i udało jej się sfinalizować kilka pojedynczych zleceń.Tak naprawdę rudowłosa potrzebuje bliskiej osoby, przed którą nie musiałaby niczego ukrywać i zostałaby zaakceptowana z całym bagażem doświadczeń. Tylko ona nie chce tego przyznać sama przed osobą, idąc w zaparte, że przecież nic się nie zmieniło i nadal przeżywa swój American Dream


[Hej, pomyślałam, że trzeba trochę uaktualnić kartę mego kochanego rudzielca. Dla leniwych bądź zaznajomionych z poprzednią >kartą< podpowiem, że najnowsze wydarzenia opisane są w drugim prostokącie. Szukamy kogoś, kto pomoże jej wybrnąć z tego dołka i ruszyć dalej! Kartę sponsoruje 'Mantra' od Bring Me The Horizon.]

27/10/2018

2081. They will run you down

Robimy wielki come back z panem Hughesem! Nie jest to notka najwyższych lotów, ale jest, a tutaj macie nawet link do karty postaci, gdzie zapraszamy po wątki! Chodźcie. :)


Obecnie, Nowy Jork — Brooklyn

— Callie?
W mieszkaniu było podejrzanie cicho, kiedy zrzucił ze stóp na podłogę w przedpokoju ubłocone buty i przeczesał palcami mokre włosy. Jedynym dźwiękiem, który mógłby świadczyć o czyjejś obecności w lokum był grający niezbyt głośno telewizor. Cooper od razu poznał znajomy głos prezenterki lokalnych wiadomości.
— Call?
Poza odgłosami dobiegającymi z telewizora, wszędzie doskonale słyszalny był szum rzęsistej ulewy, która nieoczekiwanie spadła na miasto, które od wielu dni się tego domagało. Metry sześcienne wody z impetem uderzały we wszystko, co stawało im na drodze. Dzięki deszczowi do mieszkania wpadał przyjemny, rześki wiaterek.
Zwykle, kiedy wczesnym wieczorem wracał do mieszkania po zamknięciu Tostmanii, siostry albo nie było wcale, albo wesoło podśpiewywała oddając się najprostszym domowym czynnościom. Fakt, że klucz w drzwiach nie był przekręcony i nie słyszał nigdzie krzątania siostry, obudził w nim niepokój. Hughes nie zwykł popadać w panikę z byle powodu, ale jeśli chodziło o Calliope – serce podchodziło mu do gardła, kiedy tylko nabrał najmniejszą choćby obawę, że coś może być nie w porządku.
Zastał ją w salonie. Siedziała nieruchomo na jednej z sof, wpatrując się beznamiętnie w telewizor. Plecy miała proste jak struna i zdawała się w ogóle nie mrugać. Nie był nawet pewien, czy dziewczyna pozwala sobie na oddech. Calliope nie należała do przesadnie poważnych ludzi, życie traktowała jako rozrywkę, ludzi miała za najlepszych przyjaciół i nie szczędziła sobie na przyjemności, wszystko tłumacząc tym, że żyje się tylko raz. Coop wiedział, że po części to jego wina, bo obserwując go i ucząc się od niego, nie mogła nabrać innej postawy.
Przysiadł na stoliku z palet, gdzie za blat robiła drewniana płyta ze sklejki i zmarszczył czoło. Miał ją teraz na wyciągnięcie ręki, a ona nadal nie zareagowała. Już chciał coś powiedzieć, kiedy dziewczyna mrugnęła, a po jej policzku spłynęła łza.
— Wrócił. — Powiedziała cicho, jakby dopiero teraz zarejestrowała obecność brata. — On tu jest, Cooper.
Nie potrzebował nic więcej. Żadne kolejne słowo nie było potrzebne. Zrozumiał. Zacisnął dłonie w pięści, w tej samej chwili kiedy Callie dotknęła swojego brzucha i wybuchła niepohamowanym płaczem, który dorównywał w sile nawet ulewie za oknem. Usiadł obok niej i objął ją ramieniem, nie odzywając się. Zbyt mocno zaciskał szczękę i doskonale wiedział, że każde słowo, które mógłby teraz powiedzieć, sprowadzałoby się do tego, że chciałby kogoś teraz zabić. Zabić właśnie jego. Potwora, który powrócił.

Pięć lat temu, Nowy Orlean

La Queue było popularnym miejscem na gastronomicznej mapie Nowego Orleanu. Swoim eklektycznym wystrojem i niesamowitymi widokami z tarasu na dachu budynku czarowało najbardziej wymagających, a jeśli ci nadal nie dali się przekonać młodej, ale osławionej już restauracji — zaczynała działać magia kuchni.
Cooper Hughes był młodym, ambitnym mężczyzną, który w zatrważającym tempie odniósł spektakularny sukces i wiedział, że nie dotarłby tak wysoko, gdyby nie pieniądze wspólnika. Nie byłoby go stać na kupno niewielkiego budynku na rogu dwóch ruchliwych ulic w mieście, a tym bardziej na odrestaurowanie go na tyle, aby móc stworzyć w nim miejsce, z którego byłoby się dumnym.
Jako szef kuchni nie miał sobie równych, karty dań układał tak, aby każdy mógł znaleźć w nich coś dla siebie, menu degustacyjne przyciągały wielu krytyków kulinarnych, nie tylko tych z Nowego Orleanu, ale i tych z miast oddalonych o kilkadziesiąt mil. W ogromnej przestrzeni, gdzie powstawała magia na talerzach, pracował zespół młodych, energicznych ludzi. W pocie czoła kroili, obierali, smażyli, gotowali i opiekali wszystko, co tylko mogli, aby stworzyć arcydzieło i zadowolić każdego klienta. Każdego wieczoru w La Queue sala zapełniona była po brzegi, a miejsca trzeba było rezerwować z co najmniej dwutygodniowym wyprzedzeniem.
Był dumny z tego, co udało mu się osiągnąć w tak krótkim czasie. Nigdy nie ośmieliłby się myśleć, że zajdzie tak daleko, podążając jedynie drogą, która wydawała mu się słuszna. Nie słuchał innych, którzy zacięcie odciągali go od gastronomii, nie przejmował się krytycznymi uwagami i zatroskanymi spojrzeniami. I teraz mógł się cieszyć. Cieszyć się tak, jak nigdy dotąd. I nigdy później…
Tego wieczoru na stoły podawano nowe menu degustacyjne, w którym każde danie było starannie dobrane, a składniki do nich wyselekcjonowane. Przyłożył się do najmniejszego szczegółu, a kiedy Chad wszedł do kuchni i skinął głową, Cooper w lot pojął, że na sali pojawił się jeden z bardziej wymagających krytyków w całym stanie.
— Dobra, ludzie! Teraz musimy dać z współpracowników. Mijał każdego z nich i kontrolował, czy wszystko odbywa się tak, jak zaplanował. A Cooper lubił mieć plan i lubił, jak ten podczas realizacji przynosił zamierzone efekty.
Trzy godziny później było po wszystkim. Restaurację opuścili ostatni klienci, a menadżer sali – wysoka, urokliwa Sophie i Chad weszli do kuchni, aby dołączyć do załogi uwijającej się przy sprzątaniu w szampańskich nastrojach.
— Dobra robota, wspólniku!
Mężczyzna ubrany w idealnie skrojony garnitur, w idealnie zawiązanym krawacie i równie idealnie zaczesanymi włosami, podszedł do Coopera, który wierzchem dłoni mógłby jeszcze zetrzeć perlący się na czole pot. Wyciągnął dłoń w stronę blondyna, posyłając swój wyćwiczony, niemalże hollywoodzki uśmiech. Młody Hughes mógł Chadowi zazdrościć wszystkiego – od bogactwa począwszy, powodzenia u kobiet, aż do zwykłej, a może niezwykłej smykałki do interesów. Chad był biznesmen tuż po trzydziestce, a osiągnął dużo więcej niż niejeden stary wyga. Ale teraz stał wyszczerzony, jakby to on odniósł sukces tego wieczoru, jakby to on był powodem tego sukcesu. Właśnie w takich momentach Cooper żałował, że zawiązał z nim spółkę. Mógł poczekać parę lat, zacząć od małej knajpki, zaoszczędzić i się rozwinąć. Powoli, w swoim tempie. A potem przypominał sobie o tym, ile satysfakcji przynosiły mu chwile spędzone w tej ogromnej, profesjonalnie wyposażonej kuchni.
Uścisnął dłoń wspólnika i zmusił się do lekkiego uśmiechu, a potem szybko odwrócił się do swoich prawdziwych współpracowników, wydał parę dyspozycji i sam wziął się do roboty. Im szybciej doprowadzą to miejsce do porządku, tym szybciej będą mogli pójść do domu i odpocząć przed kolejnym wariackim dniem. Chciał jeszcze podejść do Sophie i podziękować jej za dzisiejszy wysiłek, ale kobieta mizdrzyła się już do Chada. Pokręcił tylko głową i aby umilić czas, zaczął podśpiewywać to pod nosem, a Lucy zajmująca się w kuchni rybami, szybko podjęła przyśpiewkę. Wkrótce śpiewali (bądź też wyli) już wszyscy.

Obecnie, Nowy Jork — Brooklyn, Manhattan

Siedząc na kanapie, zastanawiał się, co w tamtym momencie zrobił źle. Dlaczego nie uchronił swojej siostry przed Chadem, dlaczego pozwolił, aby ten skurwiel zamotał nastolatce w głowie na tyle, aby zrujnować jej życie. Callie radziła sobie nieźle, ale odżyła dopiero w momencie, kiedy zaaklimatyzowała się w Nowym Jorku, a zajęło jej to trochę czasu. Teraz wszystko wróciło. Dziewczyna przepłakała co najmniej godzinę, zostawiając mokre ślady na koszulce brata, a teraz spała na kanapie. Spoglądał na nią i choć z pozoru wyglądał na spokojnego i odprężonego, w jego głowie kotłowały się przeróżne myśli. Starał się zrozumieć, ile czasu minie nim na dobre uwolnią się od byłego wspólnika. I wtedy pomyślał o Maille, nabierając przekonania, że Irlandka nigdy nie postawiłaby go w takiej sytuacji. Byłaby dobrym wspólnikiem. Nawet się uśmiechnął, jakby zrozumiał, co musi zrobić, żeby uwolnić się od starego życia ostatecznie. Sięgnął po telefon siostry leżący na stoliku i bez problemu odblokował urządzenie, żeby móc spojrzeć na ostatnie wiadomości.
„Maleńka, spotkajmy się dzisiaj o 21. Twój C.M.”
W wiadomości podany był adres drogiego hotelu wraz z numerem pokoju, w którym musiał zatrzymać się Chad. Cooper nakrył siostrę ciepłem kocem i wyszedł z mieszkania, odrzucając rozsądek, rozwagę i zimną kalkulację. Był wściekły. Miał świadomość tego, że nie polepszy swojej sytuacji w ten sposób, który właśnie spontanicznie zaplanował.
Mijał kolejne przecznice, nawet nie myśląc o zejściu w podziemia, jakby liczył na to, że nieco przydługi spacer pomoże mu ochłonąć, że może zdecyduje się w końcu zawrócić. Mijał kolejnych ludzi, zupełnie ignorując ich obecność, przystawał jedynie wtedy, kiedy wymusiła to na nim sygnalizacja świetlna. Dzień był coraz krótszy, więc uliczne latarnie już od jakiegoś czasu rozświetlały chodniki Nowego Jorku, a mimo to – ludzi na nich nie ubywało, dlatego raz na jakiś czas zderzał się z kimś ramieniem lub wpadał na kogoś, nim zdążył się zorientować w sytuacji.
Jego myśli daleko były od epizodów, które miały miejsce po drodze do hotelu. Wiedział jedynie tyle, że wskazana ulica znajduje się w rejonach Manhattanu położonych stosunkowo blisko do Brooklynu, mimo to spacer miał mieć kilka kilometrów, jak nie więcej, więc w momencie kiedy zaczął padać deszcz, Cooper zerknął w górę, potem na zegarek i nawet za siebie, ale nie zawrócił, zbiegł po schodach prowadzących do metra.
Przed dwudziestą drugą wszedł do wysokiego, przestronnego lobby, w którym słychać było szum wody z dwóch fontann i cichą muzykę. Oprócz recepcjonisty siedzącego za wysokim kontuarem, w pomieszczeniu nie było nikogo. Cooper, nieco zamoknięty, stał przez chwilę w miejscu, a dopiero po jakimś czasie minął go prawdopodobnie jeden z klientów hotelu. Hughes otrząsnął się i podszedł do recepcjonisty, prosząc o to, aby zaanonsował klienta z pokoju 315 o przybyciu gościa bez podawania szczegółów.
Stojąc w windzie, wsunął dłonie do kieszeni kurtki, zaciskając je automatycznie w pięści. Idąc długim korytarzem, wyłożonym czerwoną wykładziną, która tłumiła kroki, miał moment zawahania. Przez ułamek sekundy gotowy był odwrócić się na pięcie i opuścić budynek. Przyćmione ciepłe światło padające z kinkietów na jasne ściany sprawiało miłe wrażenie i pewnie w każdej innej sytuacji zauważyłby, że hotel spełnia najwyższe normy, a jego kuchnia musi być rajem na ziemi. Teraz jednak myślał tylko o jednym…
Zapukał lekko do drzwi opatrzonych tabliczką z odpowiednim numerem.
— Cal… — Uśmiech z twarzy Chada znikł bardzo szybko, zastąpiony zdziwieniem. Cooper błyskawicznie wyprowadził atak z pięści celując w nos nieco niższego od siebie mężczyzny. Korzystając z tego, że były wspólnik zatracił równowagę, wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.
— Dzień dobry, wspólniku… Dawnośmy się nie widzieli. — Warknął, szykując się do kolejnego ciosu, ale Chad wciąż nie wyprostował się po kolejnym. — Chyba nie wyrównaliśmy rachunków, co?
Chad nadal wyglądał tak samo, jak wtedy, kiedy widzieli się po raz ostatni na sali sądowej, z tymże teraz pozbawiony był swoich głównych atrybutów – marynarki i krawata. Biała koszula nie była zapięta na ostatni guzik i perfekcyjnie wsunięta za ciemne, eleganckie spodnie. Jasny materiał zaplamiły plamki krwi, ale Cooperowi wcale nie było żal idealnego wizerunku mężczyzny.
Chad Mitchell w końcu zdecydował się wyprostować. Odpiął guziki od rękawów koszuli i zaczął podwijać materiał, spoglądając na Hughesa wyzywająco. Nie zamierzał się ugiąć, a blondyn wcale się tego nie spodziewał.
— Masz rację, Coop. Nie wyrównaliśmy.

Trzy lata temu, Nowy Orlean

Hughes do tej pory uwielbiał poniedziałkowe poranki, bo właśnie wtedy mógł wylegiwać się w łóżku do oporu – La Queue było zamknięte po weekendowym szaleństwie, a on miał aż jeden dzień na to, żeby nic nie robić. Zwykle pozwalał sobie nawet na to, żeby nie myśleć o nowych smakach, przepisach i kompozycjach, które mógłby stworzyć na talerzu. Zwykle nie myślał o niczym. Wyciszał się i uspokajał.
Ten poniedziałek był jednak inny. Dochodziła piąta rano, a on ani nie był w swoim mieszkaniu, ani tym bardziej w łóżku. Minionej nocy nie miał okazji nawet przyłożyć głowy do miękkiej poduszki, nie zmrużył też oka. Nie chciał i nie mógł.
Siedząc pod ścianą pokrytą jasnymi kafelkami, na zimnej podłodze, rozglądał się niepewnie po opustoszałym wnętrzu. Źródłem światła w dużej, teraz zupełnie obcej kuchni, były słabe jarzeniówki zapalone nad dotychczasowym stanowiskiem, gdzie jego współpracownicy przygotowywali ryby. Przymknął powieki, próbując przywrócić regularny, głęboki oddech. Jego serce momentami kompletnie zwalniało, by po chwili podjąć pracę w szaleńczym tempie.
Jeszcze dwa miesiące temu niczego nie podejrzewał, jeszcze dwa miesiące temu był współwłaścicielem świetnie prosperującej restauracji, wydawało mu się nawet, że uchodził za najszczęśliwszego człowieka. A teraz? Ten poniedziałkowy poranek był ostatnim, który spędził w kuchni restauracji będącej całym jego światem. Restauracji, którą sprzedał, żeby móc pokryć przynajmniej część długów, jakimi obarczony był jego biznes.
Coraz częściej docierało do niego, że nie był to jego biznes i nigdy miał nie być, włożył w niego zbyt wiele serca, poświęcił się w całości czemuś, co nigdy miało nie być jego. Włożył zbyt wiele i był ślepy na to, co działo się dookoła niego. Musiał przyznać, że Chad był sprytny, umiejętnie maskował swoje przekręty i malwersacje, a teraz…
Hughes westchnął i uniósł głowę, po raz kolejny przyglądając się każdemu elementowi wnętrza i wyposażenia. Na wyczyszczone sprzęty, na garnki pozostawione na blatach. Brakowało mu odgłosów gotowania i wesołych pogadanek zaangażowanej załogi. Podnosząc się z podłogi, nie był pewien, czy nogi utrzymają ciężar ciała. Był zmęczony. Psychicznie i fizycznie.
Ignorował uporczywie dzwoniący telefon, rejestrując kątem oka, tylko tyle, że to Callie wydzwania od kilku dobrych godzin. Mimo troski, którą chciał i musiał ją otaczać, miał jej wiele za złe. Winił ją za to, że wdała się w romans z Chadem, że broniła kogoś, kto wykorzystał naiwność Coopera, że pozwoliła na to, aby Mitchell sterował jej życiem, że była cholernie i paskudnie uległą marionetką. I choć wiedział, że postawa Callie nie miała żadnego znaczenia dla sytuacji La Queue, to w ogólnej sytuacji Coopera odcisnęła olbrzymie piętno. Mimo życia walącego mu się na barki, mimo tego, że nie miał siły być silny, musiał być — w momencie, kiedy Callie za namową Chada usunęła ciążę i zmuszona była przez komplikacje przebywać w szpitalu, musiał być silny. Dla niej. Mimo całego rozgoryczenia, które trawiło jego duszę, nie mógł okazywać słabości. A chciał. Raz w życiu. Chciał być słaby choć raz.
Zostało około pięciu godzin do momentu, w którym nowi właściciele budynku przyjdą odebrać klucze. Miał zatem pięć godzin, aby przygotować perfekcyjny uśmiech i pożegnać się z dotychczasowym życiem. A potem będzie mógł być słaby. Najsłabszy.

Obecnie, Nowy Jork ─ Brooklyn

Przed wejściem do budynku splunął śliną wymieszaną krwią, otarł usta i lekko chwiejąc się na nogach, wdrapał się na drugie piętro. Nacisnął na klamkę, ale drzwi do mieszkania, o dziwo, nie otworzyły się pod naporem jego ciężaru. Stęknął cicho, podpierając się o ścianę i walnął w drzwi, wydobywając z siebie resztki energii. Powtórzył czynność, ale nim zdołał zrobić cokolwiek więcej, osunął się po kancie ściany, ignorując ból w plecach i wylądował na wycieraczce.
Po spotkaniu z Chadem wylądował w barze na Brooklynie i wlał w siebie cztery mocne drinki, które pomogły mu uśmierzyć ból. Zakładał, że gdyby wylądował w lokalu o nieco lepszej reputacji, jego stan mógłby zainteresować kogokolwiek, od członków personelu począwszy, na klienteli kończąc.
— Cooper?!
Głos Callie nie wyrwał go ani z zadumy, ani z letargu. Podniósł jedynie głowę, pokazując jej w pełnej okazałości pokiereszowaną twarz. Uśmiechnął się nawet. W zamiarze miał wstać, żeby pokazać swojej siostrze, że wszystko jego w porządku, ale zamiast tego tylko czknął.
— Coś ty najlepszego narobił? — spytała, kucając tuż przy nim, ale kiedy mężczyzna spróbował skupić na niej spojrzenie, wzięła głębszy wdech i od razu cofnęła głowę. — Śmierdzisz jak najgorszy menel, a wyglądasz gorzej niż najgorszy menel. Coś ty zrobił? — ponowiła pytania.
— On już tu nie wróci.
Nie powiedział nic więcej. Wyszczerzył się tylko, jakby to, co zrobił, było faktycznie powodem do przeolbrzymiej dumy.
— Coś ty zrobił? — spytała raz jeszcze i usiadła tuż obok niego, a potem zaczęła się śmiać. Głośno, radośnie i nieprzymuszenie, jakby ktoś wreszcie zdjął z jej barków ogromny ciężar.
Brawo, Cooper. Jesteś najlepszy.

21/10/2018

2080. I think they got it all wrong


— Maille mnie zabije — mruknął do siebie, chwytając rączkę walizki i ściągając ją z taśmy, na której w przypadkowej kolejności sunęły bagaże jego współpasażerów.
— Nim zabije, to jeszcze zwyzywa od najgorszych — dodał po chwili namysłu, wyciągając specjalny uchwyt, który pozwolił mu na pociągnięcie bagażu za sobą. Plastikowe kółka podskakiwały na każdej fudze i trajkotały wesoło, jakby wchodząc w dyskusję z młodym mężczyzną, który puszczał ich uwagi mimo uszu.
— Ale na końcu się ucieszy. Na pewno się ucieszy — zapewnił samego siebie, a jego usta rozciągnęły się w błogim uśmiechu. — Wyściska mnie i zrobi coś dobrego do jedzenia — dodał, na tyle cicho, że stukot kółek zagłuszał jego słowa. Był im niezmiernie wdzięczny za to, że tak chętnie go przekrzykiwały. Dzięki temu mijający go ludzie nie spoglądali na niego jak na wariata i Cedric mógł we względnym spokoju upewnić się co do tego, że decyzja o przyjeździe do Nowego Jorku bez informowania o tym starszej siostry była słuszna. Przecież już rozmawiali na ten temat, prawda? Co z tego, że w zeszłym roku, kiedy Maille przyleciała na święta i od tamtej pory wiele mogło się zmienić? Cedric doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale jednocześnie jakby w ogóle się tym nie przejmował, uznając, że co ma być, to będzie. Przecież Maille jest jego siostrą, nie zamknie mu drzwi przed nosem! A może jednak…? Znając temperament blondynki, Cedric zmarszczył brwi i przystanął, jakby zastanawiając się nad tym, czy nie zawrócić i nie kupić biletu powrotnego. Na co dzień panna Creswell mogła być łagodna jak baranek, ale kiedy trzeba było, potrafiła pokazać pazury i Cedric nie chciał być osobą, która byłaby zmuszona je oglądać. Obejrzał się nawet przez ramię i westchnął ciężko, po czym otrząsnął się i ruszył na przód, kontynuując marsz w kierunku postoju taksówek. Podjął męską decyzję i nie mógł się teraz ot tak wycofać!
— Ucieszy się — powtórzył i zwolnił nieco kroku, pozwalając, by wyłapała go fotokomórka. Szklane drzwi rozsunęły się przed nim i brunet wyszedł na zewnątrz, głęboko wciągając w nozdrza rześkie powietrze. Jednocześnie przystanął i pociągnął suwak skórzanej kurtki, zapinając się po samą szyję. Wieczory stały się chłodne i ciężko było mu ocenić, czy był to chłód przyjemny, ten orzeźwiający i pobudzający czy może chłód nieprzyjemny, który brutalnie wdzierał się pod ubranie i przenikał aż do kości. Nie chcąc teraz przeprowadzać tego eksperymentu i na własnej skórze upewniać się co do tego, z którym chłodem miał do czynienia, szybko ruszył do pierwszej z brzegu taksówki, wypuszczając z ust białe obłoczki pary.
Widząc, że zbliża się do niego zainteresowany transportem klient, taksówkarz dziarsko wyskoczył z pojazdu i zacierając ręce, przeszedł na tył samochodu i otworzył bagażnik. Nie pytając o to, czy pomoc jest konieczna, przechwycił walizkę od młodzieńca i sprawnie schowawszy wysuniętą rączkę, z łatwością uniósł bagaż i ułożył go w bagażniku, szczelnie wypełniając dostępną przestrzeń.
— Dokąd będziemy jechać? — zagadnął nad dachem, kiedy obydwoje obchodzili auto, by zająć miejsca.
— Bedford-Studyvesant, 282 Putnam Ave — wyrecytował z pamięci. Nie usiadł z tyłu, jak przystało pasażerowi taksówki, a z przodu. Stąd miał zdecydowanie lepszy widok na miasto i na trasę, którą mieli do pokonania. Kierowca z kolei nie protestował. Zapiął pas i o to samo poprosił Cedrica, który z powodu rosnącego podekscytowania pomału tracił głowę i zaczynał zapominać o przyziemnych sprawach.
Ruszyli, z miejsca parkingowego powoli wtaczając się na jezdnię. Początkowo sunęli wolno, tkwiąc w sznurze samochodów kierujących się z JFK w stronę centrum i przyspieszyli dopiero, kiedy udało im się dostać na drogę szybkiego ruchu. Cedric wiedział, iż czekało go od trzydziestu do czterdziestu minut jazdy. Może więcej, jeśli będą musieli zmierzyć się z nowojorskimi korkami, było jednak późno i Irlandczyk wątpił w to, by drogi były bardzo zatłoczone.
— Pierwszy raz w Nowym Jorku? — zagadnął siedzący po jego lewej mężczyzna. Powiedział to jakoś tak bezmyślnie, jakby tym tekstem raczył każdego, kogo miał okazję wieźć.
— Nie. Któryś z kolei — wyjaśnił z lekkim uśmiechem, w tej chwili nie będąc w stanie sobie przypomnieć, ile razy był już w Wielkim Jabłku, odkąd Maille zdecydowała się na przeprowadzkę. Był jednak przekonany, że z łatwością mógłby to zliczyć na palcach jednej ręki. — Przyleciałem do siostry — dodał mimochodem, odrywając wzrok od profilu taksówkarza, by skupić się na rozmywających się za szybą światłach.
Prowadzący mężczyzna powoli skinął głową, po czym wyciągnął rękę i pogłośnił radio, tym samym dając do zrozumienia, że raczej nie ma ochoty na pogaduszki. Cedric rzucił mu szybkie spojrzenie i uśmiechnął się pod nosem. Nie miał nic przeciwko rozmowie, ale też specjalnie za nią nie tęsknił. Wiedział, że jeszcze zdąży się nagadać. Oczywiście już po tym, kiedy zobaczywszy go w progu, Maille przestanie na niego wrzeszczeć i da mu dojść do słowa. Tymczasem skupił się na znajomych widokach, bo drogę z lotniska i na lotnisko pokonywał już parokrotnie i nim się zorientował, przysnął z głową zwieszoną na pierś. Znużony kilkugodzinnym lotem, drzemał spokojnie, ukołysany przez miarowy szum silnika.
— Proszę pana? — Głos taksówkarza docierał do niego jakby z oddali, niemniej jednak przyciągnął go z powrotem do rzeczywistości. Cedric uniósł głowę i otworzył zaspane oczy, a następnie skrzywił się i sięgnął dłonią do obolałego karku, by nieudolnie go rozmasować.
— Niedługo będziemy — wyjaśnił starszy mężczyzna, podczas gdy Creswell starał się przynieść ulgę napiętym mięśniom. Kręcąc głową na wszystkie strony, mrugał szybko, chcąc pozbyć się nieprzyjemnego uczucia suchości pod powiekami. Rozbudziwszy się, szybko zerknął na licznik i jęknął w duchu. Przyjdzie mu trochę zapłacić za tę nocną przejażdżkę, ale sam tego chciał.
— Można? — zagadnął i posyłając taksówkarzowi pytające spojrzenie, jednocześnie ułożył palec na przycisku otwierającym szybę.
— Jasne.
Do wnętrza samochodu wdarło się powietrze znacznie zimniejsze niż to, z którym Cedric zderzył się po opuszczeniu lotniska. Muzyka płynąca z radia zmieszała się z odgłosami typowymi dla metropolii. Szum samochodów przeplatał się ze śmiechem mieszkańców, którzy ani myśleli kłaść się do łóżek, mimo iż był środek tygodnia. Irlandczyk zerknął na zegarek – było niewiele przed dwudziestą trzecią, więc Maille powinna już wrócić z pracy i być w domu. Marzył o ciepłym łóżku i jakoś nie miał ochoty na czekanie na nią pod drzwiami.
Wystawiając twarz na chłodny podmuch, dostrzegł niebieskawe rozbłyski delikatnie rozświetlające ciemne wnętrze taksówki. Niedługo potem do jego uszu doleciało wycie strażackich syren, ciężko jednak było stwierdzić, z której strony zbliżały się wozy. Taksówkarz poruszył się na fotelu kierowcy, wzmagając czujność, natomiast gdy dostrzegł we wstecznym lusterku pierwszy pędzący pojazd, śladem innych samochodów szybko zjechał bliżej prawej krawędzi jezdni. Wkrótce po tym, robiąc wiele hałasu, tuż obok nich przemknęły trzy drabiniaste wozy. Nim ruch wrócił do normalności, ponownie musieli ustąpić miejsca, tym razem pędzącej w tym samym kierunku karetce.
— Chyba stało się coś poważnego — mruknął taksówkarz, w głowie przypominając sobie wszystkie skróty, które znał, by ominąć ewentualnie korki. Cedric przytaknął niemrawym skinieniem głowy i przeciągnął się, obolały po wielu godzinach spędzonych w pozycji siedzącej. Było mu to obojętne, chciał po prostu już znaleźć się na miejscu. Taksówkarz tymczasem skakał pomiędzy kolejnymi stacjami radia, aż trafił na tą, która akurat podawała lokalne wiadomości.
…gazu na Brooklynie. Dokładne straty nie są jeszcze znane, mówi się jednak o zawaleniu całego budynku mieszkalnego. Powtarzamy. Potężny wybuch gazu na Brooklynie, Bedford-Studyvesant przy Putnam Ave. Na miejscu znajdują się trzy zastępy straży pożarnej oraz karetka, ściągane są kolejne służby ratunkowe. Ruch w tamtym miejscu został całkowicie zablokowany, policja zawraca samochody. Nie posiadamy informacji o rannych oraz zabitych. Numer kontaktowy…
Cedric nie słyszał reszty. Powoli obrócił głowę i zawiesił wzrok na taksówkarzu bladym jak ściana. Sam zapewne wyglądał o wiele gorzej. Czuł, jak krew odpłynęła mu z twarzy nawet pomimo tego, że jego serce zaczęło chaotycznie tłuc się o klatkę żeber, zawzięcie pompując w tętnice strach i adrenalinę.
— Będziemy tam w pięć minut — wysapał taksówkarz nim nawet młody mężczyzna zdążył go poprosić, by nie zawracali, w głębokim poważaniu mając policyjne zakazy i nakazy. Był mu za to niezmiernie wdzięczny, lecz to nie dlatego jego brązowe oczy zaszkliły się, a w gardle urosła kula utrudniająca oddychanie. Z każdym przełknięciem napływającej do ust śliny Cedric musiał walczyć z chęcią zwrócenia ostatniego posiłku na kolana. W całym swoim życiu nie bał się tak bardzo jak właśnie teraz.
Skręcili w boczną uliczkę, wyplątując się z tworzącego się korka. Przecięli kilka przecznic, poruszając się wąskimi uliczkami pomiędzy starymi kamienicami, aż w końcu wyjechali wprost na Putnam Ave. Wozy strażackie stały kilkadziesiąt metrów przed nimi.
Brunet szarpnął za klamkę i wyskoczył z taksówki. Zostawiając otwarte drzwi, zatoczył się na miękkich nogach i nie panując nad własnymi kolanami, które uginały się bezwładnie jakby był tuż po przebiegnięciu morderczego maratonu, powlókł się w kierunku budynku, w którym mieszkała Maille. Widok zasłaniały mu drzewa, z których jeszcze nie zdążyły opaść pożółkłe liście. Okolica była skąpana w niebieskim blasku. Koguty migały jak stroboskop, przez co sylwetki uwijających się strażaków zmieniały się w osobliwym rytmie, któremu brak było jakiejkolwiek płynności. Im bliżej był Cedric, tym wyraźniej słyszał ich nerwowe pokrzykiwania, choć jednocześnie czuł się tak, jakby dostał obuchem w głowę. Wszystko wydawało się nieco oddalone i przytłumione, jakby spowite mgłą. Obraz zaczął rozmazywać mu się przed oczami i musiał zamrugać szybko, przeganiając łzy wyciśnięte gryzącym dymem. Siwy, kłębiasty słup strzelał wysoko w niebo. Brunet zadarł głowę chcąc wyśledzić jego czub, lecz chmura oparów ginęła gdzieś w nocnym niebie i rozmywała się na wysokości, której nie był w stanie określić. Rozchyliwszy spierzchnięte usta, przystanął i potoczył wzrokiem po najbliższym otoczeniu, znajdując się teraz niemal w centrum wydarzeń. Wyłapywał szczegóły, pojedyncze obrazy, których za nic nie potrafił skleić w całość. Strażacy przemykali obok niego, nie zauważając zbłąkanego przechodnia. Starał się śledzić ich sylwetki wzrokiem, dopatrzyć się jakiegoś sensu w ich chaotycznych ruchach, ale poruszali się zbyt szybko i umykali jego oczom, przyprawiając go jedynie o silny ból głowy i nudności. Obrócił się więc i skierował spojrzenie wyżej, na budynek pod numerem dwieście osiemdziesiąt dwa.
Frontowa ściana leżała u jego stóp. Cedric szturchnął czubkiem buta samotną cegłę, która znajdował się najbliżej, wzbijając tym obłoczek kurzu. Drobinki natychmiast zmieszały się z całą resztą unoszącą się leniwie w zimnym powietrzu, osiadając na ubraniach będących w nieustannym ruchu strażaków. W miejsce ściany powstała dziura obnażająca szkielet budynku. Irlandczyk był w stanie prześledzić rozkład kilku mieszkań. Widział fragment czyjejś kuchni i sypialni. Pośrodku wiła się spirala schodów klatki schodowej, urywając się nagle gdzieś na wysokości drugiego piętra. Wyżej było gorzej. Widział tylko bezładną masę cięgieł i tynku przykrytych wygiętym w łuk fragmentem dachu, którego w całości trzymało tylko żelazne zbrojenie i warstwy nakładanej latami papy. Czwarte i trzecie piętro zdmuchnął potężny podmuch towarzyszący wybuchowi wadliwej instalacji. Może gaz uciekał niewidocznymi dla oka szczelinami od dłuższego czasu? Może ktoś odpalił papierosa i tyle wystarczyło?
Czyjeś palce mocno zacisnęły się na jego ramieniu i Cedric poczuł gwałtowne szarpnięcie, tym samym przestając być zawieszonym gdzieś w czasie i przestrzeni – wskoczył do tu i teraz, boleśnie zderzając się z całym światem, który na tę chwilę zamknął się do rozmiarów jednej ulicy, jednego budynku. Obróciwszy się przez ramię, zobaczył znajomego taksówkarza usilnie odciągającego go na bok. Świat nagle zawirował, nabierając właściwego dla siebie tempa i brunet zakaszlał od wszechobecnego, wiszącego w powietrzu pyłu i ostrego zapachu metanu.
— Gaz ziemny nie ma zapachu — przypomniał sobie, bezgłośnie poruszając wargami i będąc w jakimś dziwnym amoku. Przed wpompowaniem do instalacji jest specjalnie nawaniany. Żeby odpowiednio wcześnie go poczuć. Żeby zapobiec takim sytuacjom, jak ta.
— Chodź, nie patrz na to — usłyszał i pozwolił pociągnąć się nieznajomemu mężczyźnie, który zaprowadził go za jeden z wozów zasłaniających widok na zniszczony budynek.
— Musimy znaleźć Maille. Strażacy na pewno już ją wyciągnęli. Nie może być teraz sama — wybełkotał, tocząc niewidzącym spojrzeniem po otoczeniu. Taksówkarz skrzywił się i przeklął pod nosem. To miał być jego ostatni kurs. Żona czekała na niego z kolacją, miał od niej już kilka nieodebranych połączeń. Musiał rano wyprawić dzieciaki do szkoły, dobudzić je i naszykować śniadanie. Już dawno powinien być w domu, obejrzeć wieczorne wiadomości i ucałować Marthę na dobranoc. Utkwiwszy spojrzenie w chłopaku, którego wiózł, pokręcił głową.
— Chodź tutaj — wymruczał, biorąc go pod ramię i mocno przyciskając do siebie. — Spróbujemy się czegoś dowiedzieć — dodał, ciągnąc go do stojącej nieco dalej karetki. Cedric ochoczo skorzystał z pomocy, nie potrafiąc zaufać własnym nogom. Szurał stopami po asfalcie, jednocześnie nieustannie rozglądając się wokół. Cały czas liczył na to, że gdzieś w tym chaosie zobaczy Maille, całą i zdrową.
Żaden z mężczyzn mozolnie brnących w kierunku ambulansu nie dopuszczał do siebie myśli, że siostra Irlandyczka leżała gdzieś pośród gruzów częściowo zmiecionego budynku. Ten dzień nie mógł się tak skończyć.
Zespół ratunkowy stał przy karetce z założonymi rękoma. Chwilowo nie mogli nic zrobić. Nie mieli pozwolenia na wejście w gruzy, ponieważ ściany wciąż groziły zawaleniem, a strażacy… Strażacy robili co mogli, by było kogo ratować. Czekali, wpatrzeni nie tyle nawet w gruzy, co gdzieś w przestrzeń i początkowo nawet nie zauważyli starszego mężczyzny, na którym podpierał się młodszy. Dopiero gdy ci znaleźli się na wyciągnięcie ręki, wśród ratowników zapanowało nagłe poruszenie.
— Nie, nie! Nic nam nie jest! — warknął Cedric, odpędzając się od rąk, które wystrzeliły w jego stronę niczym kąsające węże. — Moja siostra. Gdzie jest Maille?! — spytał ze złością, wciąż uciekając od niechcianych dotknięć, od dłoni chcących go zbadać, usadzić gdzieś w bezpiecznym miejscu, zaopiekować się nim. W końcu zrozumieli i jak na komendę odsunęli się od niego, zerkając tylko jeszcze na taksówkarza. Samuel, bo tak miał na imię starszy mężczyzna, jedynie spokojnie skinął głową, dając znać, że i z nim wszystko w porządku.
— Jeszcze nikogo nie wyciągnęli — padła krótka odpowiedź i wszyscy jak zaczarowani wrócili do obserwacji rozgrywającego się na ich oczach upiornego spektaklu.
Nikt nie był w stanie powiedzieć, jak długo czekali. Cedric nie liczył upływającego czasu, uparcie wpatrując się w jeden punkt, aż w końcu przestał widzieć cokolwiek. Wyłapywał jedynie delikatny ruch gdzieś na granicy pola widzenia, zaś przed oczami miał tylko zamazany obraz. Do momentu, w którym z gruzów zaczęli wyłaniać się strażacy, jeden za drugim, w większych lub mniejszych odstępach. Pierwszy niósł w ramionach kilkuletnie dziecko ciasno oplatające rękoma jego szyję. Drugi prowadził kulejącego mężczyznę, przykładającego dłoń do zalanej krwią twarzy.
Widząc to, medycy natychmiast rzucili się do pracy. Cedric również drgnął, jakby chcąc zerwać się do biegu, lecz kiedy z chmury pyłu i dymu wyłoniła się kolejna para strażaków, zamarł. Najpierw dostrzegł bezwładnie zwisającą z noszy rękę. Chwilę przypatrywał się drobnej, umorusanej dłoni i nieśmiało, ze strachem powędrował wzrokiem wyżej. Mignęła mu blond czupryna. I buty. Znajomy model czerwonych adidasów. Kupili je razem na wyprzedaży, kiedy ostatnio był w Nowym Jorku.
Tak jak stał, osunął się na ziemię, w ostatniej chwili zdążywszy podeprzeć się na dłoniach. Samuel od razu zrozumiał, co się wydarzyło. Przykucnął przy chłopaku i mocno zacisnął palce na jego ramieniu. Na tyle mocno, że Cedric skrzywił się z bólu, lecz nie wyplątał się z tego uścisku – tylko on zakotwiczył go w rzeczywistości, choć Irlandczyk z chęcią zrzuciłby ten balast i odpłynął, byle dalej, byle nie musieć zmierzyć się z pędzącą wprost na niego, pieniącą się wściekle falą. I kiedy ból wbijanych w ciało palców został zagłuszony przez silny spazm, który wstrząsnął jego ciałem, Cedrik zawył krótko, szorując paznokciami po drobnym żwirze.
— Reanimują ją — oznajmił Samuel, który w przeciwieństwie do Cedrica patrzył. Chociaż tyle był w stanie dla niego zrobić.
Trwało to kilka minut. Kilkanaście. Aż w końcu nawet Samuel był zmuszony odwrócić wzrok i teraz już każdy z nich w milczeniu oczekiwał na rozwój wydarzeń.
— Oni chyba… — zająknął się taksówkarz, kiedy coś się zmieniło. Mocno zaciskający powieki brunet nie był w stanie powiedzieć, co to było. Najpierw usłyszał ciche szuranie, później poczuł na twarzy delikatny ruch powietrza, aż w końcu jego policzek musnęło coś mokrego. Irlandczyk odetchnął i otworzył oczy, musząc zamrugać, by rozgonić zbierające się w nich łzy. Tuż przy swoich dłoniach dostrzegł czubki czerwonych adidasów, nieco już znoszonych i lekko ubłoconych.
— Wyszliśmy na spacer, Cedric. Zdążyliśmy wyjść na spacer… — usłyszał gdzieś nad sobą łamiący się, znajomy głos i zaśmiał się krótko, trochę jak szaleniec. Nieco niepewnie trącił palcem czubek czerwonego buta z wyprzedaży, jakby upewniając się, że to nie zwidy, a kiedy poczuł pod opuszkami śliski materiał, zachłysnął się powietrzem jak topielec wynurzający głowę nad powierzchnię wody. Chwycił się kurczowo materiału jej spodni, wspiął się wyżej i szarpiąc za kurtkę, podniósł się na nogi, stając twarzą w twarz z Maille. Całą i zdrową Maille.
— Wyszliśmy na spacer, bo tutaj niedaleko jest taki park — zaczęła opowiadać, szybko i chaotycznie wyrzucając z siebie kolejne słowa. — Mamy do niego kawałek, wiesz? I codziennie wieczorem, jak już wrócę z pracy, to jeszcze idziemy na spacer. Tak jakoś weszło nam to w krew. Ten park jest bardzo ładny. Jest tam też taka sadzawka i Levi zawsze goni kaczki. Czasem wpadnie do wody i muszę go kąpać, bo to właściwie bardziej takie bajoro niż staw i później jest cały brudny z mułu. Raz na jakiś czas biorę chleb i dokarmiam te kaczki, ale to raczej bez Leviego, bo one na jego widok uciekają. Wyszliśmy tylko na spacer, Cedric.
— Teraz będziemy chodzić na spacery razem. Codziennie — uciszył ją i wyciągnąwszy ręce, zamknął dygoczące ciało starszej siostry w mocnym uścisku.

And on and on and on

Na dobry początek notka, niedługo pojawi się też karta postaci. Ktoś chętny na tymczasowe przygarnięcie tej dwójki, a w zasadzie trójki? :)
Za tytuł oraz cytat odpowiedzialni są Welshly Arms ze swoim Legendary.

10/10/2018

2079. Musimy się nauczyć tracić. Musimy być świadomi tego, że bez względu na to, co zdobywamy, wcześniej czy później to tracimy.

🎝 Tom Odell - Heal 🎝
Take my mind
And take my pain
Like an empty bottle takes the rain
And heal, heal, heal, heal


Nie mógł otworzyć oczu. 
Przecież jeszcze chwile temu żartowali, śmiali się, a teraz… Teraz siedział z wielką dziurą w pamięci. Coś się wydarzyło, ale w tej chwili jego zamroczony umysł nie mógł rozpoznać, co w zasadzie się stało. Jak przez mgłę pamiętał wydarzenia z ostatnich godzin. O ile się nie mylił wracał z rodzinnej imprezy. Jednej z wielu, które rodzina Brighton lubiła sobie urządzać. Zwłaszcza w okresie letnim, kiedy pogoda nadawała się do tego, aby siedzieć na dworze i popijać chłodne drinki czy wyciągnięte prosto z lodówki piwo. Kto jak wolał. I w zasadzie cały dzień spędził tak samo jak co roku o tej samej porze - przyjechał nad ranem, pomagał przy gotowaniu, bo kto jak kto, ale akurat Tyler miał dość dobrą rękę do gotowania i ostatecznie pilnował, aby nie przypiekło się mięso czy warzywa. Najmłodsza dzieciarnia się bawiła dalej w ogrodzie. Strzelali z pistoletów na wodę, chowali się gdzie popadnie i po prostu dobrze bawili. Dorośli, spoglądając raz na jakiś czas na swoje pociechy, siedzieli przy ogromnym stole. dyskutując na przeróżne tematy. Unikając oczywiście takich, które mogłyby wywołać niepotrzebną kłótnię i całą imprezę szlag by trafił. 
Tylko tyle było z jego wspomnień. Czemu i jak się tutaj znalazł nie potrafił odpowiedzieć. Czuł, że coś cieknie mu po twarzy, po wystawieniu języka poczuł na nim metaliczny posmak i już wiedział, że to jest krew. W pewien sposób go to orzeźwiło - jakby nagle dostał zastrzyku energii. Gwałtowne poderwanie się było błędem, po chwili wszystko zaczęło go boleć i mógł przysiąc, że z każdej strony czuł ból. Otworzenie oczu zajęło mu dłuższą chwilę. Po pierwsze musiał przyzwyczaić się do dymu i ciemności. Oczy piekły go niemiłosiernie, ale to nie to było teraz ważne. W pierwszym odruchu spojrzał na miejsce pasażera, ale te okazało się puste. Minęła dłuższa chwila zanim zobaczył przednie okno, a raczej jego brak. 
— Aggie... Agnes.
Tak jak się obawiał - jego głos wcale nie sprawił, że siostra mu odpowiedziała. Wciąż walczył z pasem bezpieczeństwa, który nie chciał puścić. Wydawało mu się, że mija kilka minut, a tak naprawdę nie zajęło mu to więcej niż minutę. Wszystko działo się teraz w spowolnionym tempie, powoli wyszedł z samochodu, który z przodu ani trochę nie przypominał mercedesa do którego wsiadał zaledwie półtorej godziny wcześniej. W końcu wygrał walkę z upartym pasem bezpieczeństwa, odsuwając od siebie również poduszkę powietrza. Gdzieś z tyłu głowy miał myśl, że nie powinien się ruszać, że na pewno pogarsza swój obecny stan. Szok pojawił się chwilę później, adrenalina pulsowała w żyłach, a ból odszedł jak za machnięciem różdżki. Nie czekał dłużej tylko od razu wysiadł z samochodu. Po pierwszym kroku niemal upadł, złapał się jednak w ostatniej chwili drzwi auta. Przeszedł ledwie kilka kroków. Opadł na kolana, czując jak asfalt zdziera mu skórę. Ten ból był jednak niczym w porównaniu z tym co działo się wewnątrz młodego mężczyzny. Jak podniósł głowę zobaczył drugie auto, wgniecione w jego, a także w barierki. Wyglądało to jakby samochody były złączone ze sobą w dziwnym uścisku. 
Minęła dłuższa chwila zanim dostrzegł w aucie mężczyznę. Jego widok zadziałał na Tylera niczym czerwona płachta na byka. W tej chwili nie było bólu, nie było niczego, była tylko ich dwójka. Brighton poderwał się na równe nogi, na tyle szybko na ile pozwalało mu na to ciało, i od razu zmierzył w jego kierunku. Jeszcze zanim doszedł, mężczyzna otworzył drzwi od swojego auta i najpierw wystawił głowę, aby wypluć z ust krew. Jak tylko dopadł do winnego całego zamieszania, złapał za koszulkę i siłą wyciągnął z auta. Czuł od niego alkohol, a gdyby lepiej się przyjrzał na miejscu pasażera dostrzegłby butelkę niedopitego Jacka Danielsa, a raczej jego resztki, które wylały się przy zderzeniu. Emocje wzięły nad nim górę, a pięść zmierzyła się z twarzą nieznajomego. Jedno uderzenie wystarczyło w zupełności. Odrzucił go od siebie, nie przejmując się jego losem. Odwrócił się, chcąc odnaleźć siostrę, lecz zanim zdążył zrobić kolejny krok przed oczami zrobiło się całkiem ciemno. 
Ostatnie co zobaczył to światła zatrzymującego się niedaleko samochodu. 

***

Tym razem uniesienie powiek okazało się o wiele łatwiejsze, ale wciąż było wyzwaniem.
Dźwięki jeszcze do niego nie docierały, w zasadzie niewiele co do niego docierało. Wciąż pamiętał wieczór u rodziny za Nowym Jorkiem, gdzie wszyscy się świetnie bawili. Pamiętał jak Natalie bawiła się ze swoim synkiem, mamę śmiejącą się przy margaricie i ojca, który opowiadał swoje ojcowskie dowcipy. Więc co to było za miejsce? 
Głosy docierały do niego z opóźnieniem, ale w końcu je rozróżnił. Mama i tata. I ktoś jeszcze, a tego głosu zupełnie nie znał. Przełknął, a raczej próbował, przełknąć ślinę. Miał zupełnie sucho w ustach i jedyne o czym teraz marzył to szklanka zimnej, orzeźwiającej wody. Nim zdążył coś powiedzieć poczuł na czole czyjąś dłoń. Po otwarciu oczu dostrzegł zaszklone oczy mamy. 
— Kochanie, tak się martwiliśmy — powiedziała drżącym, niepasującym do niej głosem. Wciąż czule głaskała go po czole, policzku i nie potrafiła ukryć łez. Otwierał usta, aby coś powiedzieć, ale prędko zostało mu przerwane. — Cii, nie mów. Nie teraz. Na wszystko przyjdzie czas. Odpoczywaj, kochanie. 
— Agnes — wydusił w końcu spoglądając na nią w błagalny sposób. Coś jednak pamiętał, niewiele, ale jednak. — Gdzie moja siostra? 
Nie doczekał się odpowiedzi. Marion zaczęła płakać, tak jak nigdy wcześniej. Głośno, żałośnie. Tyler nigdy wcześniej nie słyszał, aby płakała w taki sposób. Wzruszała się często, bo przecież nie była zrobiona z kamienia. Ten płacz był jednak czymś zupełnie innym, nieznanym. Drzwi do sali nagle się otworzyły, jednak Marion nie odsunęła się od Tylera nawet na krok. 
— Dobrze widzieć pana z powrotem między nami — odezwał się nieznany mężczyzna. Był około czterdziestki, ubrany w biały kitel i jasnoniebieską koszulę z dopasowanym krawatem. W dłoni trzymał niewielką latarkę, a na jego twarzy gościł lekki uśmiech. — Nazywam się Scott Perri, jestem lekarzem. 
Nim przeszedł do dalszego odpowiadania na nieme pytania Tylera, wykonał kilka podstawowych badań. Te miały za to odpowiedzieć jemu na pytania czy wszystko z pacjentem jest w porządku. A raczej czy będzie. 
— Muszę przyznać, że ma pan naprawdę sporo szczęścia. Poza złamanymi dwoma żebrami i lekkim wstrząsem mózgu nic się nie stało. I wkrótce stanie pan z powrotem na nogi. 
Zanotował coś, zaznaczył i znów skupił całą swoja uwagę na mężczyźnie. 
— Musi pan odpoczywać, dużo. Minie jeszcze trochę czasu zanim będzie mógł pan opuścić szpital, ale jesteśmy na dobrej drodze. Najważniejsze, że się pan obudził i…
— Gdzie moja siostra? — przerwał ostro spoglądając mu prosto w oczy. 
To pytanie pojawiło się już kilka razy od momentu, gdy mężczyzna się obudził. Chciał wiedzieć tylko co jest z Agnes. Rodzice unikali odpowiedzi, na czas badań był sam z lekarzem, więc musiał wiedzieć. Na pewno coś musiał wiedzieć o jego młodszej siostrze. Scott Perri westchnął bezgłośnie, podchodząc znacznie bliżej łóżka Tylera. 
— Proszę pamiętać, że Agnes jest pod opieką najlepszych specjalistów, którzy robią wszystko co w ich mocy, aby się obudziła. Zamartwianie się teraz jej nie pomoże, tak jak szukanie winnych czy obwinianie siebie. Pańska siostra to twarda sztuka, a takie wcale się tak łatwo nie poddają. Nie mogę w tej chwili udzielić więcej szczegółów, ale zadbam, aby był pan na bieżąco. Rodzice z pewnością również panu ich udzielą. Prosze odpoczywać, słuchać się pielęgniarek i mamy. One chcą tylko jak najlepiej. 
— To obietnica? — prychnął spoglądając na lekarza z wyzwaniem. Z samym Tylerem nie było wcale źle, w zasadzie poza tym, że czuł się otępiony lekami nic mu nie dolegało. Pewnie, żebra były złamane jednak i one za kilka tygodni się znowu zrosną i będzie w porządku. Jeśli za kilka dni badania będą tak samo dobre, jak dziś, to go wypiszą. Nie wiedział tylko czy Agnes też wyjdzie za kilka dni. Może u niej minął tygodnie, miesiące zanim się przynajmniej obudzi. — Nie jestem swoją matką, nie musi mi pan mydlić oczu fałszywymi zapewnieniami. 
— Nic takiego nie robię, panie Brighton — odpowiedział szczerze — chcę dla pańskiej siostry wszystkiego co najlepsze, a to właśnie tutaj dostaje. Jest młoda, ma silny organizm. Trzeba dać jej tylko czas. 

***

Minął tydzień. 
Siedem długich dni bez żadnych zmian. Tyler na własne życzenie wypisał się już trzeciego dnia od wypadku, choć powinien spędzić tam jeszcze kilka dodatkowych dni. Nie umiał zasypiać z chorymi pacjentami za ścianą, ani tym bardziej ze świadomością, że kilka pięter dalej leży jego siostra. Zupełnie sama i bezbronna. Rodzice nie mogli przy niej wiecznie siedzieć. Pielęgniarki i lekarze ich wyganiali, każdy potrzebował odpoczynku, a Tyler gdy mógł przychodził, kiedy nie było nikogo innego obok. Jednak i jego obecność zawsze została bardzo szybko wykryta, więc nawet nie pół godziny po przybyciu pielęgniarki odprowadzały go już do jego sali. 
Wypisanie się ze szpitala przyniosło pewną ulgę. Nie był otoczony dookoła sterylnością, która zaczynała doprowadzać go do szału. Miał swoje mieszkanie, swoje łóżko i był na swoim. To tutaj czuł się wystarczająco dobrze, choć nikomu tego nie mógł, ale noce spędzał bezsenne z mokrymi od bezradności oczami i myślami, które krążyły tylko i wyłącznie wokół Agnes. Kiedy po raz kolejny nie było żadnej odpowiedzi, a lekarze wzruszali ramionami Brighton wiedział, że nie będzie mógł dłużej wytrzymać w tym mieście. Zaczynał się tu dusić. Zaczynało brakować mu przestrzeni. Brzmiało to idiotycznie, bo przecież Nowy Jork był ogromnym miastem, a mimo to było tu ciasto. Było mu tutaj źle. Przychodził do Agnes codziennie, każdego dnia i za każdym razem słyszał to samo.
— Przykro mi, ale nie mogę panu powiedzieć niczego nowego. Stan Agnes się nie poprawia, być może potrzebuje jeszcze czasu. Minął dopiero tydzień. Niektórzy budzą się ze śpiączki po wielu miesiącach. Ona się nie podda, jeśli wy się nie poddacie. 
Najważniejszą informacją było to, że jej mózg wciąż pracował. Nie doszło do jego śmierci, więc była nadzieja. Nadzieja na to, że dziewczyna w końcu się obudzi. Tyler może i na medycynie się nie znał, ale po tych wszystkich serialach i filmach, które oglądał - a te przecież musiały choć trochę bazować na prawdziwym działaniu ludzkiego organizmu - wiedział, że jeśli dojdzie do śmierci mózgu nie ma już ratunku. Myśl, że z Agnes może być jak w przypadku innych ludzi, którzy budzili się po miesiącach ze śpiączki, w jakiś sposób podtrzymywała go na duchu. 
Nie potrafił jednak usiedzieć na miejscu, a decyzja o wyjeździe do Chicago była bardzo spontaniczna. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek trafi z własnej woli do tego samego miejsca z Jessie. Tą sama Jessie, która wylała w barze na niego piwo, z którą nie potrafił się dogadać i która działała mu na nerwy bardziej, niż ktokolwiek inny. Wyjazd do Chicago przyniósł ze sobą masę zmian. Zrezygnował z wygodnej posady w banku, pierwszy raz w swoim życiu wziął kredyt i podjął się prowadzenia biznesu, na którym się kompletnie nie znał. Dla Tylera to jednak nie był problem, bo miał pomoc, a Max okazał się być naprawdę dobry w te klocki. Kupił dość spory lokal od mężczyzny, który wcześniej prowadził tam kawiarnię i zajął się sprzątaniem. Lokal wymagał ogólnego remontu, a praca tam pomagała Tylerowi zapomnieć o wszystkich przykrych wydarzeniach. Nawet jeśli musiał zrezygnować z pracy fizycznej, bo nie zagojone żebra dawały o sobie znać, to miło było uciec do papierkowej roboty i wypełnić wszystkie potrzebne dokumenty. Start baru Aggie wcale nie był taki zły. Jasne, wiedział aż za dobrze, że potrzebuje sporo czasu, aby wbić się na rynek, ale miał nadzieję, że z czasem mu to wyjdzie na zdrowie. Od początku też było wiadome, że ten bar nie jest tylko dla niego. Nazwa sama mówiła za siebie, to było… Tyler nie dopuszczał do siebie myśli, że mógłby już nigdy więcej nie usłyszeć śmiechu siostry, ani nie wyjść z nią do kina, gdzie rzuciliby popcornem w ludzi, którzy zbyt głośno rozmawiali. Na otwarcie przyleciało sporo osób z Nowego Jorku, a i tak najbardziej zależało mu na obecności rodziców i Lisy, z którą przez ten cały czas utrzymywał kontakt i była ona jego połączeniem z życiem w Wielkim Jabłku. Długo sądził, że zostanie w Chicago na zawsze. Albo przynajmniej na kilkanaście miesięcy, dopóki sytuacja bardziej się nie ustabilizuje. Nic bardziej mylnego. Ledwie kilka tygodni po wyjechaniu, stał z powrotem na lotnisku w rodzinnym mieście i czuł, że w końcu jest w domu. 
Wrócenie do rzeczywistości nie było łatwe. Powrót do starych znajomych nie był łatwy, chyba nie umiał tak po prostu na nowo być starym Tylerem. Jego poprzednia wersja nie doświadczyła nigdy tak silnych emocji, które towarzyszyły mu teraz, gdy siostra wciąż była w szpitalu. Nadal nie było zmian, a choć nie chciał, to z każdym mijającym dniem coraz bardziej tracili nadzieję na to, że jeszcze kiedykolwiek będą mogli z dziewczyną porozmawiać. Cała rodzina Brightonów była sfrustrowana, nie wiedzieli czasem jak się zachować w swoim towarzystwie. Rozmowy z lekarzami nie przebiegały pomyślnie, nie potrafili się cieszyć ze zwykłych rzeczy. Nikogo nie cieszył wygrany mecz ulubionej drużyny sportowej, nowy sezon serialu czy większa wypłata. Te drobne rzeczy, które dawniej przynosiły radość teraz były zupełnie niczym. Bar w Chicago pod czujnym okiem Maxa dobrze sobie radził, ten w Nowym Jorku również dawał radę. Tyler w końcu ogarnął się tu z nim na tyle, aby zatrudnić pracowników i samemu móc od niego odpocząć, aczkolwiek nigdy nie spodziewał się, że stanie za ladą będzie tak przyjemne. Do tej pory zwykle to on zamawiał drinki i je jemu robiono, a role nagle się odwróciły i to było… czuł się z tym dobrze. Wieczorna praca dawała mu w kość, a jako właściciel miał naprawdę masę obowiązków na głowie. Było mu o tyle łatwo, że ojciec się przyłączył i oficjalnie był współwłaścicielem. Jemu też należały się zmiany w życiu. Jedynie Marion nie była w pełni zadowolona z ich wyboru, ale nie odzywała się nawet słowem, gdy rozmowy schodziły na temat baru.
Miesiące minęły mu w dziwnym zawieszeniu. 
Był niby obecny, ale nie do końca. Wciąż najbardziej zależało mu na tym, aby Agnes wróciła do zdrowia i tylko na to czekał. Nie potrafił teraz myśleć o mężczyźnie, który spowodował wypadek. A było wiadome, iż to była jego wina. We wrześniu mieli się wszyscy dowiedzieć co się z nim stanie, jakie poniesie konsekwencje tego, że wsiadł za kółko po alkoholu. Po naprawdę długich sesjach do Tylera dotarło, że to co się stało nie było jego winą, o co długo się obwiniał. A teraz miesiące po wypadku wreszcie przestał i nie dało się ukryć, że zrzucenie tej odpowiedzialności z jego ramion, okazało się być naprawdę przyjemnym uczuciem. 

*** 

— Wszystkiego najlepszego, mała. 
Dokładnie trzydziestego września przekroczył próg sali Agnes. Jak zawsze leżała na łóżku, przypięta do maszyn. Włosy jej znacznie urosły, twarz wciąż była blada i nieobecna. Postawił jej ulubione piernikowe babeczki obok, które zamierzał za nią później zjeść. Był chwilowo tutaj sam. ojciec utknął na uniwersytecie, a mama w kancelarii, a nikt przecież nie chciał, aby w dzień swoich urodzin była sama. 
— Skończyłaś dwadzieścia pięć lat, wiesz? — odezwał się odgarniając z jej twarzy włosy. Uśmiechnął się blado i przysiadł na przeznaczonym do tego krzesełku obok. Cieszył się, że jest sam. Przynajmniej będzie mógł z siebie wszystko wyrzucić i nikt nie będzie nad nim sterczał. — Zawsze myślałem, że będziemy świętować nasze urodziny razem. Tak jak co roku, pamiętasz? W twoje dwudzieste pierwsze urodziny zabrałem cię do tego klubu, który zawsze ci się podobał. Bardzo chciałaś tam pójść, a nad ranem wracaliśmy do domu niemal na czworaka. Rodzice mieli z nas wtedy niezły ubaw. A jak dwa lata temu polecieliśmy do Hiszpanii? Tak zupełnie na spontanie, w środku roku? Musimy to jeszcze koniecznie powtórzyć. Tęsknie za tobą, Aggie. Wszyscy za tobą tęsknimy. I nie zostawimy cię samej. Dzień po wypadku sobie obiecałem, że nigdy nie pozwolę ci odejść i będę walczył o ciebie do samego końca, wiesz? Mama i tata też będą, chociaż widzę, że zaczyna im brakować sił. Mi powoli też, ale nie mogę się poddać. Masz przed sobą całe życie, wiesz? Wszystkim jest ciężko, tobie pewnie najbardziej. Ale nie możesz się poddać, mała. Musisz walczyć, musisz chcieć do nas wrócić. Lekarzom brakuje pomysłów, nie wiedzą co robić i jak ci pomóc. Mówią, że wszystko wygląda w porządku, badania wychodzą bez zarzutu, a ty… ty wciąż się nie budzisz. Nie wiem czemu tak jest, ale musisz w końcu do nas wrócić, Aggie. Z kim mam śpiewać Don’t Stop Believin’? Tylko ty potrafiłaś najgłośniej i najlepiej to śpiewać ze wszystkich. Albo kto będzie ze mną tańczył na dachu auta do Eye Of The Tiger? Pomyślałaś o tym, gdzie ja znajdę takiego drugiego kompana? I nie zapominaj, że wciąż mi wisisz koncert Guns N’ Roses, mała. Tym razem to na twojej głowie spoczywają bilety, pamiętasz, Sweet child of mine? Wróć do mnie, Aggie. Nigdy nie zależało mi na tobie bardziej, niż teraz. Po prostu do mnie wróć. 
Delikatnie ujął jej dłoń w swoje i mocniej ścisnął. Zupełnie jakby ten uścisk miał sprawić, że za chwilę otworzy oczy i wszystko wróci do normalności. Wiedział doskonale, że jednak tak nie będzie. Opuścił głowę na dół, nie chcąc aby przypadkiem gdyby ktoś tu wszedł, dostrzegł na policzkach mężczyzny świeże łzy. Trudno było go do takiego stanu doprowadzić, ale w ostatnim czasie brakowało mu na wszystko sił i jego siostra leżąca tutaj, nie ruszająca się od miesięcy… tego było wszystkiego zbyt wiele. Chciał się na nowo cieszyć życiem, tak jak wcześniej. Chodzić z przyjaciółmi do barów, nie przejmować się zbytnio życiem i żyć jak przed wypadkiem. Obawiał się tylko, że gdyby spróbował to wszyscy zaczęliby źle patrzeć. Miał przecież siostrę w śpiączce, jak mógł się bawić, śmiać do bólu brzucha? Nie mógł przecież, nie gdy Agnes wciąż nie wykazywała żadnej poprawy i… i przerażała go myśl, że może nigdy jej się jej nie poprawić. 
Przetarł rękawem twarz, aby zetrzeć z niej łzy. Zostawił na rękawie koszuli mokre plamy, ale to było ostatnie czym się przejmował. Zanim się odezwał odczekał chwilę. Przełknął ślinę, chcąc się pozbyć tej typowej chrypki, która zawsze się pojawiała po płaczu.
— Nie chcę kłamać, ale jest kurewsko źle Agnes. I wiem, wiem, że to nie twoja wina. To wina tego skurwiela, tylko i wyłącznie. Zniszczył nam wszystkim życie, a tobie… tobie odebrał niemal wszystko. Wróć do nas, pokaż wszystkim, że jesteś silniejsza, niż mówią. Udowodnij, bądź uparta tak jak zawsze jesteś. Tylko nas nie zostawiaj, bo sobie, kurwa, nie dam bez ciebie rady. 
Odetchnął nieco głębiej, aby uspokoić przyspieszony oddech. Potrzebował wszystko z siebie wyrzucić, a tego było jeszcze całkiem przecież sporo. Tylko czy powinien jej mówić takie rzeczy w urodziny? Zadręczać takimi słowami, kiedy potrzebowała wsparcia od najbliższych? Pokręcił głową, pozwolił aby kilka łez spłynęło wolno po policzku zatrzymując się na kilkudniowym zaroście, którego nie zdążył ogolić i najpewniej nie zrobi tego przez kolejne kilka dni. 
— Gram na gitarze, wiesz? Nauczyłem się specjalnie dla ciebie. Drogo mnie to kosztowało, ale teraz… obudź się to ci zagram. Zagram ci moja mała, co tylko będziesz chciała. I nawet zaśpiewam. Tylko… tylko do mnie wróć. Tylko tyle chcę. 


***

— Dobrze mu tak! Powinien już dawno zdechnąć. 
— Tyler, błagam cię! — odkrzyknęła Marion. Wyglądała… źle. Od miesięcy chodziła w dresowych ubraniach, rozciągniętych i w złym rozmiarze. Kobieta opadła na krzesło chowając twarz w dłoniach. Działo się w ostatnich miesiącach tyle złego. Żadne z nich nie potrzebowało więcej problemów. Musieli sobie wreszcie poukładać wszystkie sprawy, a to wcale nie pomagało. 
Wzięła głęboki wdech, odrzucając od siebie gazetę z artykułem o mężczyźnie, który w maju spowodował wypadek, a wczorajszego ranka został znaleziony w swoim mieszkaniu z mózgiem na ścianie. Pewnie, nie współczuła mu. Tylko co jej było po jego samobójstwie? Czy zwróci jej to córkę? Nie. Poukłada im w życiu? Również nie. 
— Bronisz go? Tak samo jak bronisz swoich klientów, bo mogą sobie na to pozwolić, bo mają pieniądze? Zabił Agnes. Zasłużył na to, aby umrzeć! 
Nie widział, aby jeszcze kiedykolwiek tak prędko podniosła się ze swojego miejsca. Dopiero kiedy poczuł uderzenie na policzku z lewej strony, dotarł do niego sens słów, które właśnie wypowiedział. Nie wiadomo kto był w większym szoku. On, bo własna matka do uderzyła czy kobieta, bo wypowiedział takie, a nie inne słowa. 
— Nigdy więcej nie waż się tak o niej mówić — wycedziła przez zęby, nawet nie ukrywając łez — nigdy, rozumiesz? Ona żyje, ona żyje! Wynoś się. Wynoś się stąd!
— Mamo… przepraszam, nie chci…
— Tyler wyjdź! Nie.... nie mogę teraz… 
Ten tydzień był dla nich szczególnie stresujący. Spędzili ostatni dzień września w szpitalu z Agnes, aby następnego dnia się dowiedzieć, że najprawdopodobniej dziewczyna już się nie obudzi. Lekarz wyraźnie dał im znać, aby zaczęli przygotowywać się do pożegnania z nią i zakończenia wszystkich spraw, bo niewiele mogą już zrobić w tej sytuacji. Tego wszystkiego było stanowczo zbyt wiele. Byli rozdrażnieni, wściekli na siebie i wszystkich dookoła. Nerwowa atmosfera psuła wszystko. Nie panowali nad swoimi słowami czy czynami. Podszedł do kobiety i bez słowa ją przytulił. Z początku chciała się wyrwać, jednak w końcu uległa. 
— Wiem, że ona żyje, mamo. Wiem to. Przepraszam. Nie powinienem tak mówić. — Powiedział cicho całując ją w czubek głowy i mocniej obejmując. Musieli się teraz wspierać. Zwłaszcza teraz, kiedy wychodziło na to, że czekał ich jeszcze gorszy czas, niż dzień po wypadku, kiedy wszystkiego się dowiedzieli. — Ona do nas wróci. Nie może nas zostawić. 
Mężczyzna, który doprowadził do wypadku nigdy nie zapłaci za to co zrobił. Z tego co kojarzył Tyler zostawił żonę z dwójką niewiele młodszych od niego dzieci, a to oni teraz przez resztę życia będą się męczyć z faktem, że ich ojciec wsiadł do auta po pijaku i że to z jego winy młoda, pełna życia dziewczyna leży bez cienia życia w szpitalu. Ale nawet jego śmierć nie zwróci im przecież Agnes. A gdyby się dało, Tyler sam wykończyłby go swoimi własnymi rękami. 
— Nie mogę jej stracić, Tay — powiedziała cicho drżącym głosem — miała tyle planów…
— I je wypełni, mamo. Wiesz, że tak będzie. Dajmy jej jeszcze trochę czasu. 


***

10.10.2018
Wrócił do mieszkania jakoś po pierwszej w nocy. Potrzebował odpocząć po dniu, który w większości spędził w barze. Środy były dniem dostawy, więc najbardziej był w ten dzień zajęty. Trzeba było wszystko rozpakować, rozliczyć się z dostawcą i rozłożyć. A jak na złość Katie się rozchorowała, więc tego dnia był tylko sam z Samuelem, a mieli dość zajęty wieczór i ledwo wyrabiali z zamówieniami. Z ulgą wszedł do mieszkania, wziął ciepły prysznic i padł do łóżka. Był też wdzięczny Zachariaszowi za to, że w ciągu dnia i wieczorem ogarnął dla niego Shadow, choć prędzej spodziewał się tego, że zwyczajnie ją komuś podrzucił. I najpewniej była to Hannah, która ze swoim psem pewnie nie miała nic przeciwko temu, aby zabrać dodatkowego czworonoga na spacer po parku. Okej, mieszkali daleko od siebie, ale od czegoś istniała komunikacja miejska, prawda? Poza tym to nie było ważne. Grunt, że Shadow gdy wrócił nie domagała się żadnego spaceru i grzecznie poszła za nim do sypialni, gdzie ułożyła się na swoim posłaniu i zasnęła jeszcze przed nim. 
Spał spokojnie… przez jakieś dwie godziny. Dopiero kiedy poczuł jak ktoś nim potrząsa otworzył oczy. I pierwsze co zobaczył to rozczochrane włosy rudego i to, że trzyma telefon przy uchu.
— Czego ty do cholery chcesz? — wymamrotał zaspany i jeszcze nie do końca ogarniając co się w zasadzie dzieje. Chyba nie tak wyobrażał sobie pobudkę. — I z kim ty rozmawiasz? 
— Tak, pani Brighton już nie śpi — odpowiedział wciskając telefon pod nos Tylera — to twoja mama. Kazała cię natychmiast obudzić, a ja… — przerwał mu Mr. Nugget który uznał, że środek nocy to dobra pora, aby zacząć piać. 
— Przysięgam, że zrobię z niego rosół — mruknął pod nosem odbierając telefon.
— Ani się waż! To nasze, NASZE, dziecko Tyler! Nie wolno! — odkrzyknął — no szybciej. Nie wiem skąd twoja mama ma mój numer, ale ty nie odbierałeś, więc...no szybko! 
Przysiadł sobie na końcu łóżka najwyraźniej nie mając zamiaru odejść, bo chciał wiedzieć co takiego Marion od Tylera chce, że dzwoni po jego przyjaciołach w środku nocy! Odebrała mu przynajmniej godzinę snu, chyba sobie zasłużył, aby wiedzieć, prawda? 
Tyler usiadł na łóżku, naciągając na siebie kołdrę, bo jakoś nie uśmiechało mu się, aby Zachariasz zobaczył go tak jak go stworzono i przyłożył telefon do ucha. Nawet nie zdążył się odezwać, kiedy słowa mamy zaczęły szybko do niego docierać. Tyler nie odezwał się nawet słowem. Zerwał się z łóżka, już nie przejmując tym, że Zachariasz może cokolwiek zobaczyć, i podbiegł do komody z której wyciągnął ubrania naciągając je na siebie w pośpiechu. 
— Stary, weź zainwestuj w gatki, bo ci widać! — krzyknął odwracając głowę, ale na to Tyler nawet nie odpowiedział. Chyba nawet zacytował Osła ze Shreka, ale w tej chwili Tyler nie był wcale tego taki pewien. Jakby nie patrzeć to oglądali tę bajkę chyba z milion razy w ostatnim czasie, a teksty wbiły im się na dobre do głowy. — Gdzie ty idziesz? 
— Agnes… nie wiem, muszę jechać do szpitala. Nie czekaj ze śniadaniem, kochanie — odpowiedział i w pełni już ubrany podszedł do przyjaciela aby ująć jego twarz w dłonie i pocałować w czoło. — Kocham cię, rudowłosa. Czekaj na mnie, bo wrócę. 
I zostawił Rudego w swojej sypialni, najwyraźniej nieco zmieszanego i wstrząśniętego tym co właśnie się wydarzyło. Tyler zgarnął po drodze kluczyki, a parę minut później siedział już w swoim samochodzie. W nocy nie było tak wielkich korków jak rano czy popołudniu, a na miejscu był już dwadzieścia minut później. W recepcji chyba nawet nie musiał się przedstawiać, znali go przecież tam aż za dobrze. Popędził od razu na odpowiednie piętro, już nie zwracając uwagi na to, aby odpowiednio się ubrać i założyć fartuch i ochraniacze na buty, to było teraz już zbędne i nie chciał. Na miejsce przybył pierwszy, jeszcze gdy rozmawiał z mamą była w domu i sami szybko się ubierali, aby przyjechać do szpitala. Jednak gdy dotarł pod salę Agnes drzwi okazały się być zamknięte, a okno zasłonięte. 
Miał już tam wejść na siłę, kiedy drzwi się otworzyły, a w nich stanął Scott Perri. Lekarz, który miesiące temu leczył Tylera, a teraz także jego siostrę. Nie potrafił odczytać z jego twarzy niczego. Był jak zamknięta księga i w tej chwili Tyler bardzo żałował, że nie umie czytać w myślach. Cudownie byłoby wiedzieć co się wydarzyło w sali Agnes i czy wszystko z nią w porządku. 
— Czy ona… co z Aggie? Doktorze? 
— Zaczekajmy na twoich rodziców. Wszyscy przy tym powinniście być — odpowiedział kładąc dłoń na ramieniu mężczyzny, a to nie był dobry znak. W przeciągu tych kilku sekund przeszło mu przez myśl tyle rzeczy; od najlepszych po najgorsze, ale to jednak te najgorsze się go trzymały. Słyszał jak mu mówi, że przez noc stan Agnes się pogorszył i niestety, ale pożegnała się z życiem. A oni teraz będa pogrążeni w żałobie. 
— Nie… nie zgadzam się na to.
— Na co? Tyler, nie możesz tam wejść. Nie możesz! — krzyknął powstrzymując go szarpnięciem przed wejściem do środka. Okazało się, że miał całkiem sporo siły w sobie. O wiele więcej, niż Brighton sądził, że ma. — Nie możesz. 
Szarpnął się, jednak bezskutecznie. 
— Odeszła, prawda? Już jej nie ma. 
Nie uzyskał odpowiedzi. Było już wiadome z czym tak bardzo chciał poczekać lekarz. Lepiej powiedzieć wszystkim na raz o śmierci dziecka, niż rozmawiać z każdym pojedynczo. Scott nie powiedział też niczego więcej, poza tym, ab Tyler poszedł razem z nim do jego gabinetu, gdzie zaczekali też na resztę. W przeciągu trzydziestu minut Marion i Mark pojawili się na miejscu. Tyler nawet nie odezwał się słowem, kiedy weszli do gabinetu. Oni też drżeli na samą myśl o tym dlaczego zadzwonili do nich w środku nocy. Zajęli swoje miejsca. Kątem oka Tyler widział, że jego mama drży i czeka na najgorsze słowa, które za chwilę miały przecież paść z ust lekarza. 
— Czy nasza córka umarła, panie Perri?
Tyler nie spodziewał się usłyszeć tego pytania z ust ojca, a jednak padło. I nie tylko jemu przez myśl przeszło to, że stracili Agnes naprawdę. Przełknął ślinę odwracając też wzrok od nich wszystkich. Czuł, że robi mu się słabo. Chciał zwymiotować i odejść. Nie mógł tego słuchać. Był jednak zadziwiająco spokojny. Może te miesiące przygotowały go na to, aby usłyszeć te wieści? Pierwsze słowa, ta medyczna formułka, zupełnie nie docierała do Tylera. Słyszał medyczne terminy, których nie rozumiał, jakieś wyjaśnienia, a z kolei te nie mówiły mu zupełnie nic. Zresztą czy to było ważne? Jego siostra najpewniej nie żyła. Martwe ciało stygło kilkanaście metrów od nich, a oni tu siedzieli jak gdyby nigdy nic i czekali na usłyszenie potwierdzenia czarnych myśli. Świetnie, prawda? 
— Domyślam się, że telefon w środku nocy mógł państwa niepokoić, ale sami prosiliście o informację o jakimkolwiek zmianie stanu Agnes, a dziś… Jestesmy zdania, że Agnes niedługo do nas wróci na dobre. Po raz pierwszy od miesięcy dała znak życia i… I oczywiście mogą ją państwo zobaczyć. Prosiłbym pamiętać o tym, że to dopiero początki i będzie… nie będzie tak jak mogą państwo tego oczekiwać. Proszę się przygotować na to, że może zająć kolejne miesiące, aby wróciła do swojego poprzedniego stanu. 
Wszyscy zamilkli. Tyler upuścił na podłogę kluczyki, którymi się bawił i spoglądał z niedowierzaniem na lekarza. Poderwał się jako pierwszy ze swojego miejsca. Niemal wpadł na ścianę, kiedy wybiegał z gabinetu. Zignorował pielęgniarkę, która za nim krzyknęła coś o bieganiu po szpitalu, a chwilę potem stał już pod drzwiami od sali swojej siostry. Minęła chwila zanim tam wszedł, ale gdy tylko przekroczył próg dało się wyczuć zmianę. Nie było tej dziwnej atmosfery, która zwykle mu towarzyszyła, kiedy tu przebywał. Po paru sekundach podszedł do siostry i chwycił jej dłoń. 
— Wróciłaś do mnie, mała. Tak jak mówiłem, że wrócisz — wyszeptał cicho i złożył krótki pocałunek na jej czole. — Wróciłaś. 
I jak na potwierdzenie, szczupłe palce blondynki lekko ścisnęły jego i wszystko wróciło na swoje miejsce. 
Tytuł: Albert Espinosa, w roli Agnes występuje Hannah Murray, a w roli Mrs. Brighton Sarah Jessica Parker Do napisania notki natchnął mnie ich wysyp, a także brak czasu i weny na odpisy, he. Sama nie wiedziałam jak ona się skończy, bo aż do końca nie byłam pewna co się stanie z Agnes. Zobaczymy na ile ten stan się utrzyma. Serdecznie buźki lecą w stronę Czarnego Jeźdźca, która sprawnie sprawdziła przecinki i dopilnowała, aby to miało sens. Każdemu kto dotarł, aż tutaj ślicznie dziękuję za przeczytanie i daję od siebie wirtualne uściski i ciasteczka, brać póki gorące! A gdyby ktoś był zainteresowany, jaki Tyler był przed wypadkiem, to zapraszam do jednej, niepowtarzalnej i nieczytanej notki z maja i jego wyjazdu do Las Vegas. Obiecuję, że jest tam o wiele weselszy, niż tutaj!Ciekawostka: wyszło mi równo 4848 słów notki > pewnie bawi to tylko mnie, ale chciałam się tym smaczkiem podzielić. ♥