Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

25/10/2013

1950. Historia bez szczęśliwego zakończenia.



             W małej kawalerce na poddaszu roznosił się delikatny zapach olejku cytrynowego, Niezbyt intensywny, łagodzący emocje, wprowadzający w stan błogiego rozluźnienia. Z tym zapachem idealnie współgrało przytłumione światło i nastrojowy głos Agnes Obel, płynący z głośnika. Joyce leżała na łóżku, zwinięta w kłębek, z przymkniętymi powiekami. O tym, że nie śpi świadczyło to, że co jakiś czas sięgała ręką po kieliszek czerwonego wina, upijała łyk i odkładała go z powrotem. Nawet szczurki wczuły się w nastrój właścicielki i nie hałasowały zbytnio w klatce. Należało się JJ po ciężkim dniu w pracy. Od paru tygodni bolał ją kręgosłup, ale to nic dziwnego u osoby będącej ciągle w ruchu. Regularne ćwiczenia pomagały tylko na krótką metę, co nie było pocieszające. Przeprowadzka do nowego miejsca i kilkunastokrotne zbieganie i wchodzenie po schodach na 4 piętro, by wnieść wszystkie kartony, kartoniki, torby i i pudełka, także nie sprzyjały zdrowieniu. Warto jednak było zaryzykować i wynająć  to mieszkanko. Niewielką powierzchnię (30 metrów kwadratowych) rekompensowała lokalizacja, czyli Greenwich Village i nietypowy wystrój kawalerki. Tak właściwie to brak wystroju. Wyposażona była tylko w podstawowy sprzęt kuchenny i łazienkowy. Stara tapeta w bordowym kolorze była w wielu miejscach pozdzierana, ukazując cegły. Podniszczony drewniany parkiet i skośny sufit. W dobrym, starym klimacie. Poszukiwanie mebli na targach staroci zajęło Joyce prawie dwa tygodnie, ale opłacało się i obecnie kawalerka była miejscem kompletnie nie z tej epoki. Łóżko z metalową ramą, na nim czarna pościel, wysłużony fotel, ława, szafa, komoda, stolik nocny, parę półek i oczywiście brak telewizora. Jedynym przejawem nowoczesności był laptop i sprzęt kuchenny. Dwa okna, jedno w części kuchennej, drugie w mieszkalnej, zasłonięte czarnymi roletami. Czarno-białe plakaty Elvisa Presleya i Rity Hayworth. Adapter, dorwany za grosze, w kącie pokoju, tuż obok gitary i shishy. Duże lustro w złotej ramie przy szafie. Joyce udało się stworzyć przytulne gniazdko, w którym mogła być sobą i nie planowała się stąd wynosić przez najbliższe miesiące, a może i lata. Mieszkała tutaj dopiero tydzień i zamierzała w najbliższym czasie zaprosić Rose, Pearl, Inez i Siennę, bo jakimś cudem jeszcze nie widziały tego cudownego miejsca. Dzisiaj jednak chciała być sama. Zrelaksować się, ukoić nerwy, powalczyć z bólem pleców, który nie chciał ustąpić. Chciała, ale dźwięk dzwonka do drzwi uświadomił jej, że jednak sama nie będzie. Otworzyła oczy i ze zdumieniem stwierdziła, że jest już po dwudziestej drugiej. W drzwiach stał Carmine, niezapowiedziany gość.
- Zapomniałam, że dzisiaj się widzimy? - Spytała rudowłosa, wpuszczając mężczyznę do środka. 
- Nie, przechodziłem przypadkiem - oznajmił z uśmiechem i przyciągnął Joyce do siebie. Od razu poczuł znajomy zapach, ciepły, orientalny, zmysłowy. Znowu użyła perfum, które tak lubił. Przesunął wargami po jej włosach, aż dotarł do ust. Smakowały czekoladowym balsamem. Uśmiechnął się, gdy JJ odwzajemniła pocałunek i wtuliła się mocniej w jego ciało. Dopiero po dłuższe chwili przypomniało mu się, że nie jest to jedyny powód, dla którego tutaj przyszedł. - No dobra, skłamałem - przyznał, odsuwając się trochę od niej i spoglądając w oczy. - Chcę z Tobą porozmawiać. Nie będzie to ani łatwa ani przyjemna rozmowa, ale muszę to powiedzieć i boję się, bo nie mam pojęcia jak zareagujesz.
- Brzmi tak jakbyś miał wyjechać na wojnę - mruknęła Joyce, idąc z Carmine'm, który usiadł obok niej na łóżku. Momentalnie spoważniał, a uśmiech zniknął z jego twarzy. Położył swoją dłoń na ręce dziewczyny i wypuścił ze świstem powietrze z płuc. Raz kozie śmierć - pomyślał i wypalił:
- Lecę do Afganistanu...
Zapadła cisza, którą zakłócał tylko coraz bardziej nerwowy oddech JJ. Z całej siły starała się powstrzymywać emocje, które w niej wręcz eksplodowały. Cieszyła się, że siedzi, bo prawdopodobnie straciłaby grunt pod nogami i upadła. 
- Powiedz,że żartujesz - zwróciła się do Carmine'a, a jej głos podszyty był płaczem. - Powiedz, że to cholerny, pieprzony żart i nie lecisz na żadną wojnę do jebanego Afganistanu. Proszę Cię. 
- To tylko pół roku, mam pomagać rannym żołnierzom z zespołem stresu pourazowego na tyle, by mogli bezpiecznie wrócić do kraju. Będę tam bezpieczny, naprawdę - wyjaśnił, ze zdumieniem czując jak JJ drży na całym ciele. Przyciągnął ją mocniej do siebie, ale ta odsunęła się gwałtownie.
- To Twoje życie, rób z nim co chcesz. A teraz wyjdź - zażądała stanowczo, a z jej oczu posypały się iskry. Dwight mógł przysiąc, że widział w nich ból i nienawiść. Ból chyba przeważał.
- JJ... - zaczął, ale rudowłosa przerwała jego wypowiedź:
- Nie rań mnie mocniej, nie tłumacz niczego, nie rzucaj oklepanymi formułkami o wierności żołnierskiej i patriotyzmie, bo Cię zabiję. Podjąłeś decyzję bez konsultacji ze mną, więc nic dla Ciebie nie znaczę. Koniec pieśni. Zostaw mnie w spokoju. Czy w ogóle kiedykolwiek coś do mnie czułeś czy tylko się bawiłeś?
- JJ, dobrze wiesz kim jestem i że żołnierzem jest się całe życie...
- Nie skończę jak Ellen, nie będę za Tobą czekać, wynoś się!
- Odzyskam Cię, obiecuję. - Mężczyzna ucałował czoło JJ i wstał z łóżka, kierując się do wyjścia. - Wylatuję pojutrze o 9 - dodał, ale JJ nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem. Gdy zamknął za sobą drzwi pozwoliła by emocje puściły. Rozpłakała się, nie jak mała dziewczynka, ale porzucona kobieta. Rozpacz rozrywała jej serce, dusiła gardło i nie pozwalała oddychać. Łzy płynęły strumieniami po twarzy, moczyły rude kosmyki włosów i przyklejały je do policzków, tworzyły ścieżki na szyi i znikały w materiale bluzki. Nagle zrobiło się pusto, muzyka przestała grać, szczurki biegać po klatce, a zegar tykać. Były tylko słowa "Lecę do Afganistanu", "pojutrze", które krążyły w kółko, odbijały się od ścian i jak fala uderzały z powrotem o JJ. Coraz szybciej i mocniej. Ogłuszały, oślepiały, raniły tak mocno, że Joyce nie miała siły się poruszyć. siedziała tak długo, póki nie zasnęła wyczerpana płaczem. 

...Oh, when you told me you'd leave, 
I felt like I couldn't breath,
My aching body fell to the floor..



      Obudziła się z koszmarnym bólem głowy, na szczęście miała wolne i nie musiała wstawać do pracy. Zrobiła sobie mocnego drinka i usiadła przy oknie, obserwując życie na ulicy. Miliony myśli kotłowały się w jej umyśle, a każda była gorsza od poprzedniej. Wszystkie prowadziły prostą drogą do autodestrukcji. Przerażona Joyce bez zastanowienia wybrała numer Jerry'ego i wysłała sygnał "mayday", niczym tonący statek. Jeremy był niezawodny w każdej sytuacji, pojawił się w ciągu godziny. Pozwolił się wypłakać, a potem wrzucił JJ do wanny, zrobił jajecznicę i wyciągnął na długi spacer. To samo zresztą zrobiła Joyce, kiedy zmarł tata Jerry'ego i blondyn był w rozsypce. Tak robią prawdziwi przyjaciele. Najpierw przez chwilę się użalają, a potem stawiają do pionu.
- Powiedziałaś dziewczynom? - Spytał Jeremy, rzucając w rudą liśćmi. Ta tylko wzruszyła ramionami, idąc powoli parkową ścieżką.
- Inez naprawia życie Chase'a, Rose ma Nicka i Rae, Si wychowuje Maddie, a Pearl pewnie w tej chwili rzyga po kolejnej dawce chemii. Myślisz, że potrzebne im teraz moje płacze? - Spytała retorycznie. Owszem, wiedziała że im powie, ale nie dzisiaj i nie teraz. Jak sama się z tym upora. - Kurde, ja mam tylko nadzieję, że nie jestem w ciąży z Carmine'm, bo tylko tego brakuje...
- JJ, seks przed ślubem? - Jerry udał wielkie oburzenie.
- Zamknij się, Twój seks z Simmy'm jest w ogóle przez Kościół nieakceptowalny, a poza tym od kiedy jesteś wierzący? - Joyce spojrzała na niego, a potem westchnęła. - Nie no, nie jestem w ciąży, nie mogę być.
- Wszystko jest możliwe...
- A w mordę chcesz? - Joyce nie wytrzymała i rzuciła się na przyjaciela, który podciął jej nogi. JJ nie pozostała dłużna i po chwili oboje leżeli wśród liści, zanosząc się śmiechem.
- Bijesz ciężarną, geju - Stwierdziła nagle Jareau, a Jerry przewrócił oczami.
- Nie jesteś w ciąży, skarbie.
- No nie jestem, ale mogłabym być.
- Nie wywołuj wilka z lasu.

      Pozornie lepszy nastrój nie trwał zbyt długo. Wystarczył powrót do mieszkania i Joyce znów pękła. Tym razem Jerry sprowadził na pomoc Simona i butelkę szkockiej.
- Nie pojadę jutro na lotnss, lotnisko - wyrzuciła z siebie JJ półtorej godziny później i czknęła głośno, na co blondyn się roześmiał i przeczesał palcami jej włosy.
- Nie musisz, po tym co zrobił nie zasłużył na to, byś go żegnała - powiedział, a kiedy jego chłopak położył się obok nich dodał: - Nawet jak będziesz chciała pojechać, to Cię zatrzymamy, prawda Simon?
- Jasna sprawa - przytaknął brunet i przytulił się do JJ, która spytała rozdzierającym głosem:
- A może właśnie powinnam za nim pobiec, zatrzymać?
- Nie, JJ. Daj w końcu komuś o Ciebie powalczyć, przestań być tą, która pierwsza wyciąga rękę i biegnie na każde zawołanie - mruknął Simon, a JJ czknęła znowu.
- A co jeśli on tam zginie?
- Jest dorosły, sam wybrał. Nie jesteś za niego odpowiedzialna, rudzielcu, to facet starszy od Ciebie, powinien mieć więcej rozumu i ułożyć sobie życie z Tobą, a nie pakować się między miny. - Jeremy wzruszył ramionami. Co jak co, ale mądrości życiowej nie można było mu odmówić w żadnym zakresie.
- Czy ja tak zawsze będę kończyć? Odrzucona, pijana i z dwoma gejami? - Spytała nagle. W odpowiedzi Jeremy i Simon roześmiali się w  głos.
- Tak, i jeszcze urodzisz nam kiedyś dzidziusia, takiego ładnego, z rudymi włoskami. Nazwiemy ją JJJ - Joyce Jareau Junior - rzucił Jerry, na co JJ zawyła i schowała twarz w poduszkę.
- Wszyscy mnie zostawiają, albo umierają. Carmine, Jackie, Cailin, jeszcze tylko brakuje by Inez, Rose, Pearl, Si albo Wy zostawili mnie tutaj samą.
- Nie zostawimy, rudzielcu - zapewnił Simon, mocniej przytulając Jareau. - Jesteś okropna i ciężko z Tobą żyć, ale jesteś nasza...
- Rozumiem fakty, nie jestem idealna. Nigdy nie byłam i nigdy nie będę. Nie jestem ani wojującą feministką ani grzeczną, potulną żonką. Do femme fatale też mi daleko, ale czy dlatego nie zasługuję na szczęście? Co jest ze mną nie tak?
- Cicho, nie nakręcaj się sama - warknął w końcu Jeremy i podał jej butelkę. - Pij i spać...


      Nazajutrz Joyce nie zrobiła tak jak obiecała chłopakom dzień wcześniej. Cichaczem wymknęła się z mieszkania, zostawiając śpiących Jerry'ego i Simona samych. Wsiadła do taksówki i poprosiła o zawiezienie na lotnisko Newark, skąd miał odlatywać samolot z Carmine'm na pokładzie. W głowie układała sobie, co właściwie chce mu powiedzieć. Prawda była jednak zgoła inna, wcale nie chciała mu nic mówić. Chciała go tylko zobaczyć, może zatrzymać. Przekonać się, czy go to poruszy. W głębi serca miała nadzieję, że jak ją zobaczy to sam zrezygnuje z wyjazdu i zostanie. I będą żyli długo i szczęśliwie jak w cholernej komedii romantycznej. Korki na ulicach nie były litościwe. JJ, widząc jak szybko mija czas, popędzała co chwila biednego taksówkarza, który zapewniał, że robi wszystko co może. Przecież musiała zdążyć, musiała...

    Gdy na wszystkich nowojorskich zegarach wybiła godzina 9, a samolot wzbijał się w niebo nad miastem, JJ nie była na lotnisku. Nie była nawet w połowie drogi. Żółta taksówka leżała dachem do ziemi na środku ulicy, nieopodal autobusu, który w nią uderzył. Wszędzie unosił się dym i pył, ludzie biegali w kółko w panice, a Joyce siedziała na krawężniku chodnika, chowając zakrwawioną twarz w dłoniach. W pewnej chwili uniosła głowę i zobaczyła samolot. W tym momencie wiedziała, że gra skończona.

... You can't hear me cry, see my dreams all die,
From when you're standing, on your own.
It's so quiet here and I feel so cold...

---
Ben Cocks, Agnes Obel, Pawbeats.
Błagam, niech ktoś szybko to zakryje -,-"

19/10/2013

|1949| Nawiedzona narzeczona, część pierwsza

Maj 2013

 It's been a really really messed up week
 Seven days of torture, seven days of bitter
 And my girlfriend went and cheated on me
 She's a California dime but it's time for me to quit her

Kobieta stojąca przy oknie wyglądała olśniewająco. Ciemne włosy układające się w delikatne fale, opadały lekko na szczupłe, odsłonięte ramiona. Gorset eleganckiej, białej sukni odsłaniał odstające łopatki, a przy jednej z nich można było dostrzec niewielki tatuaż. Błąd młodości, jak zwykła go nazywać.
Widział odbicie niezadowolonego oblicza w szybie. Nie śmiał podejść bliżej, odnosząc wrażenie, że między nim, a kobietą wyrósł niewidzialny, trudny do zniszczenia mur. Mur miał zwiastować koniec wszystkiego, co wspólnie budowali. Nie było już ich. Znowu była tylko ona i on, gdzieś na uboczu. Zupełnie nieważny i niezauważalny.
Od samego początku ich znajomości wiedział, że to nie jest prawdziwe. Wydawało mu się zbyt piękne, nierealne. Kobieta, która mogła mieć każdego, nie wybrałaby Charlesa, gdyby miała nieco większe wymagania. Nie wierzył w to, że chce spędzić życie z nim – życiowym nieudacznikiem, który z miesiąca na miesiąc popadał w nałóg, jakim była praca, coraz głębiej i mocniej. Nie chciał się wyrywać. Szpital był jego miejscem, domem. Azylem.
Być może nie poświęcał jej zbyt wiele uwagi, bo wszystko się komplikowało, bo patrzenie na jej twarz przestało przynosić mu przyjemność. Wiecznie wygięte w grymasie usteczka, ściągnięte brwi i zmarszczone czoło. Z pełnych, różowych ust ciągle padały same zarzuty, słowa pełne niezadowolenia. W ostatnim czasie sporo rzeczy uległo zmianie. Nie byli już parą zakochanych, młodych ludzi, których czeka świetlana przyszłość.
Szelest gładkiego materiału sukni, ozdobionego gdzieniegdzie delikatną koronką i wzorami z cekinów, wyrwał go z zamyślenia. Zaskoczony podniósł głowę, natrafiając na jej spojrzenie. Znowu w oknie. Nie mógł spojrzeć na nią inaczej. Ona też. Chrząknęła, odgarniając jedno pasmo włosów za ucho.
— Zatrzymam suknię, jeśli pozwolisz — powiedziała chrypliwie. Po jej obliczu nie spłynęła ani jedna łza. Prawdopodobnie oczekiwał większej dramaturgii w sytuacji, kiedy kobieta jego życia zdecyduje się go zostawić. Najgorsze jednak było to, że w środku czuł się kompletnie pusty i obojętny. Nie miał ochoty podnosić głosu, niszczyć rzeczy. Nie miał ochoty wyrzucić jej przez okno z dwunastego piętra, a może powinien.
W odpowiedzi skinął jedynie głową, dłonie wsuwając do kieszeni ciemnych jeansów. Nic nie wydawało się gorsze i trudniejsze, ale też nic nie przychodziło mu łatwiej. Nie rozumiał sytuacji, która nie należała do wydarzeń dziejących się na co dzień. Nie w jego życiu, nie w jego uporządkowanej rutynie.
— To nie tak, że cię nie kochałam, Charlie. — Odwróciła się w jego stronę, zaciskając palce na materiale. Grymas na twarzy nie czynił jej piękniejszą. Nie wyglądała nawet ładnie, przynajmniej w jego mniemaniu.
Westchnęła.
Do ślubu zostały dwa dni, a on dziękował Bogu, że zdołała się rozmyślić na tyle wcześniej, aby nie musiał znosić publicznego upokorzenia przy gościach, w akompaniamencie szumu fal na Staten Island.
— Nic nie po…
— Charlie, ja rozumiem, że możesz być zły, ale ja… ja naprawdę nie chciałam, żeby to tak wyglądało. Kevin pojawił się tak nagle, rozumiesz? Nigdy nie sądziłam, że mogę do kogoś poczuć coś takiego… O mój Boże, Charlie… Nie, nie miałam na myśli tego, że do ciebie tego nie czułam. Przecież cię kochałam. — Odetchnęła ze świstem wypuszczając powietrze z płuc.
Charles nie wierzył w to, co właśnie się działo. Od kilku minut miał wrażenie, że bierze udział w jakiejś komedii, a właściwie parodii komedii romantycznej. Słuchał jej słów, sądząc, że stoi przed nim zagubiona szesnastolatka, która nie ma pojęcia, co zrobić, jak się zachować. Zauważył, że kobieta mocno zaciska dłonie na materiale eleganckiej sukni i nerwowo przestępuje z nogi na nogę. Nie umknął mu fakt, że była na boso, ale z kompletnym makijażem i wytworną fryzurą.
— Przez jakiś czas — dopowiedział spokojnie, rozglądając się po przestronnym salonie, jakby ten wydawał się najciekawszym miejscem we Wszechświecie. Słowa, które wypowiedział powinny mieć w sobie chociaż nutkę rozgoryczenia, ale zamiast tego czuł rosnące w nim rozbawienie.
— Właśnie, przez jakiś czas. Nikt nigdy nie powiedział, że miłość trwa wiecznie, Charlie. Cieszę się, że rozu…
— Zamierzasz wyjść dzisiaj za mąż?
— Skąd! — fuknęła, po dziecięcemu tupiąc stopą w podłogę.
Och, oczywiście. Jakże on mógł.
— Oszalałeś, Charles. Po prostu… po co ci suknia? Mi przyda się bardziej niż tobie. Kto wie, może Kevin…
— Wyjdź już, Jess. Boli mnie głowa. — Odwrócił się na pięcie, przesunął dłonią po ciemnych włosach, ze spokojem stwierdzając, że jeszcze nie zaczął łysieć. Opuszczając salon, nie myślał o tym, co robi. Nie odczuwał złości, goryczy, strachu. Przeszło mu nawet rozbawienie, które było w tamtej sytuacji jedynym przejawem uczuć w jego wykonaniu.
Rzucił się na łóżko, gniotąc pełny żołądek i dopiero teraz uświadomił sobie, że zjedzenie dwóch porcji meksykańskiego żarcia nie było najrozsądniejszym wyborem. Z nosem w pościeli zauważył, że ciężko mu się oddycha, dlatego odwrócił głowę na bok, wpatrując się w jasną ścianę, której jedyną ozdobą była ciężka, prosta komoda. Ręce rozłożył po bokach i czekał. Minuty dłużyły się, rozciągały niewyobrażalnie, ale kiedy usłyszał trzaśnięcie drzwiami, zamknął leniwie powieki i nawet nie zdążył zauważyć momentu, w którym nadszedł sen.


— Charles! Murphy, kurwa! Wstawaj, doktorku!
Ciemnowłosy jęknął, chowając głowę pod poduszką. Naprawdę nie miał ochoty na konfrontacje z kimkolwiek. Czuł się potwornie zmęczony, a myśl o kolejnym dwunastogodzinnym dyżurze przyprawiała go o mdłości. Dopiero po kilkunastu sekundach dotarło do niego, co tak naprawdę się stało. I dlaczego ktoś mógł chcieć z nim rozmawiać.
Nie miał pojęcia, ile godzin przespał, ale czuł się jak wywłoka. Każdy mięsień był obolały , kark nienaturalnie wygięty na stercie poduszek, dawał o sobie znać, głowa pulsowała, a w ustach odczuwał suchość i nieprzyjemny posmak pikantnej salsy.
— Przespałeś dwie kwarty!
Stojący w drzwiach nieogolony mężczyzna, zgarnął garść popcornu do ręki, aby wsypywać ją w irytująco niedbały sposób do ust. Zauważając przebudzenie najlepszego przyjaciela, po prostu odszedł, goszcząc się w salonie.
Siadając na brzegu materacu, Charlie przesunął dłońmi po twarzy, rozglądając się po sypialni. Na ścianie brakowało wspólnego zdjęcia, z parapetu zniknęły różne bibeloty, a blat komody został wręcz ogołocony. Zdobiła go para ciemnych skarpetek, które powinny trafić do jednej z szuflad.
Zegar wiszący nad biurkiem wskazywał godzinę dwudziestą. Za oknem Nowy Jork rozświetlony był milionami żarówek i neonów, a ciemne niebo wśród najwyższych budynków było niewidoczne. Skrzywiony i niezbyt zadowolony ze swojego żywota, Murphy szurając stopami pod jasnych panelach, skierował swoje posuwiste kroki do salonu. Chrząknął, widząc jak Mike rzuca w plazmowy telewizor całymi garściami prażonej kukurydzy.
Jansen zrywając się na równe nogi, z hukiem odstawił miskę na szklany stolik i prędkim krokiem podszedł do przyjaciela, zamykając go w niedźwiedzim uścisku.
— Co ty robisz? — Charlie ledwo wydusił z siebie kilka słów, poklepując Michaela po plecach.
— Żegnam się — odpowiedział podchmielony już mężczyzna, odsunął Murphy’ego na długość swoich ramion i uważnie przyglądał się twarzy przyjaciela. Przechylając głowę w bok, sapnął. — Zamierzasz odebrać sobie życie, prawda?
— Co?
— Zapisz mieszkanie na mnie. Albo chociaż telewizor…
— O czym ty bredzisz, Jansen? — spytał poirytowany, strząsnął dłonie kumpla ze swoich ramion, wyminął go, usiadł na kanapie i sięgnął po butelkę piwa, a uporawszy się z kapslem, napił się, układając stopy na niskim stoliku.
— Zostawiła cię, prawda? Ta zdradziecka suka! Przyznała się. Powiedziała, że się przyznała!
Michael zaczął krążyć po salonie, ignorując już zupełnie wydarzenia, które rozgrywały się na boisku. Zignorował również fakt, że jego ulubiona drużyna zdobywała w końcu jakieś punkty. Zignorował fakt, że Charles zamarł w bezruchu, wpatrując się w niego, jak w największego idiotę na świecie. Zignorował wszystko, co w takiej sytuacji mogłoby zwiastować katastrofę. Wiadomym jednak było, że relacja tej konkretnej dwójki mężczyzn odbiegała od przeciętności.
— Wiedziałeś? — Murphy po chwili milczenia zadał pytanie, znowu wygodnie rozsiadając się na kanapie, tracąc z pola widzenia Michaela.
— Nie kryła się z tym. Mam nawet zdjęcia tego gogusia. Nie uwierzysz, ale… — Machnął ręką, usiadł obok i wyciągnął smartfona, szukając czegoś zawzięcie, a kiedy znalazł to, co chciał pokazać, roześmiał się i podsunął telefon Charliemu, który mimowolnie wybuchł śmiechem, widząc oblicze nowego wybranka swojej narzeczonej.
Byłej narzeczonej.


Sierpień 2013

— Uznałem, że przyda ci się dziewczyna. Wiesz, Charles, bez urazy, ale kto, jak kto, ale potrzebujesz seksu. Bez odpowiedniej ilości bzykanka stajesz się marudny, skóra ci szarzeje i te wory pod oczami. — Michael zacmokał, kręcąc głową. Mijające ich pielęgniarki i salowe, przyglądały im się z niejaką pogardą. Dłoń Jansena znalazła się na policzku przyjaciela.
— Nie potrzebuję takich wrażeń, stary. Do zobaczenia wieczorem. — Odchodząc od recepcji, machnął ręką i zniknął w windzie, kręcąc przy tym głową. Naprawdę nie potrzebował dziewczyny. Nie przywykł jeszcze do myśli, że zostawiła go narzeczona. Często łapał się na tym, że snuje plany wobec ślubu, który na pewno się nie odbędzie. Jedna z każdym mijającym tygodniem czuł się coraz lepiej, jednocześnie spędzając jeszcze więcej czasu w pracy.
Chciał móc wyjść na randkę, ale wszystko zrujnował Mike, zakładając mu konto na portalu dla samotnych. Przeglądając swoje zdjęcia, krzywił się, psioczył też na opis swojej osoby. Na pewno nie uważał się za kogoś, kto jest przebojowy, silny jak superman i na pewno nie był filantropem. Nie władał też biegle siedmioma językami, w tym łaciną. Nie miał licencji pilota i nigdy w życiu nie skakał ze spadochronem. Jednak według Jansena dyskretne i przemyślane kłamstwa mogły tylko pomóc. I na pewno nie szkodziły. Jak przyznawał, sam stosował podobną metodę i spotkał się już z wieloma kobietami, ale kiedy większość z nich zaczynała rozumieć, że ten wysportowany mężczyzna ze zdjęć nie stoi przed nimi, rozpętywały piekło. Charlie nie chciał okłamywać ludzi, bo był marnym kłamcą, a spojrzenie w oczy osobie, która w to wszystko uwierzyła, byłoby zapewne trudniejsze, niż można było sądzić.


Dzwonek do drzwi mógł zwiastować jedynie przybycie Michaela, dlatego Charlie dość niespiesznie wyruszył z kuchni, wycierając mokre ręce o poplamiony t-shirt. Otwierając, mógł się spodziewać wszystkiego. Całego haremu, dwóch prostytutek, ośmiu facetów z czteropakami piwa, pięciu kartonów pizzy. Był przygotowany na każdą ewentualność, ale…
— Żadna inna nie chciała z tobą zamieszkać — oznajmił Jansen, wpychając w ręce Charlesa szczeniaczka. Jasnego, upstrzonego gdzieniegdzie czarnymi kropeczkami. Charlie z powątpiewaniem spojrzał na sporą, czerwoną kokardę, która zdobiła kark zwierzęcia. Niespokojna sunia co chwilę potrząsała łebkiem, chcąc pozbyć się niepotrzebnej ozdoby.
— Mike…
— Chyba nie oddasz jej do schroniska, co?

18/10/2013

1948. Tak pachnie szczęście

Siedząc na kuchennej wyspie obserwowała, jak wizja jej brata powoli pojawia się na papierze. Stał bokiem do niej, ale zdawał się jej w ogóle nie zauważać, zajęty swoją pracą. Pochylał się nad wysokim stołem, na którym to leżał arkusz papieru, z ołówkiem i linijką w ręku. Co jakiś czas drapał się delikatnie po głowie lub przeczesywał dłonią włosy, jednak przez większość czasu kreślił coś na kartce. 
Od małego lubiła obserwować, jak Andrzej rysuje. Kiedyś stworzył dla niej całą teczkę rysunków potworów i smoków. Gdy poprosiła, aby narysował dla niej też kilka księżniczek odpowiedział, że tego to jej rysować nie będzie, potwory przecież są fajniejsze. I tak już zostało, że za sprawą brata księżniczki poszły do kąta, a potwory pojawiły się na pierwszym planie. Zawsze miał na nią duży wpływ, z czasem trochę on osłabł, jednak od kiedy przyjechała do niego zaczęła się zastanawiać, jakim sposobem żyli przez tyle czasu tak daleko od siebie, z tak słabym kontaktem. Andrzej był całą jej rodziną, najbliższą jej osobą. Musiała tu przyjechać, całkowicie załamana i osamotniona, żeby znowu to zrozumieć.

A teraz miała wrócić tam, skąd przyjechała. Do byłego narzeczonego, do brudnych, starych szpitali, do pustego mieszkania pełnego wspomnień, których nic nie przywróci. Do ideałów i planów które już dawno upadły i nie pozostał po nich najmniejszy ślad.
Bezszelestnie zsunęła się z blatu i zaczęła wyjmować z szafek kolejne rzeczy. Miska, mąka, jajka, trochę mleka i wody, drożdże. Wiedziała, że brat z pewnością zdał sobie już sprawę z jej obecności, przerwał swoją pracę i patrzy, co ona robi. Jednak nawet na niego nie zerknęła, zajęta łączeniem składników. 
Od dawna już nie powracał do tego. Cała jej praca w kuchni sprowadzała się do szybkiego przygotowywania posiłków, bowiem każda minuta spędzona w niej przywoływała zbyt wiele bolesnych wspomnień. Mama zawsze kojarzyła się jej z kuchnią. Przed urodzinami któregokolwiek z nich spędzała dzień bądź dwa na przygotowaniu tortu, i były to jedyne dni, gdy wchodzenie do jej królestwa było zabronione. Choć każde z nich miało w swoim pokoju biurko, to lekcje zawsze odrabiali w kuchni. Siadali przy dużym stole i rozwiązywali zadania matematyczne, bądź też pisali wypracowania, przy zapachu pieczonego ciasta lub chleba. Pamiętała, jak mama otrzepywała dłonie z mąki, aby ją przytulić, gdy płakała z bólu, jaki wywoływało złamane serce. Jak robiła dla niej miodowe ciasteczka, gdy zbliżały się ciężkie egzaminy, lub też jak wspólnie pili gorące kakao, gdy panowały najcięższe mrozy. Kuchnia kojarzyła się jej z mamą i jej miłością, z każdą chwilą, którą im w niej poświęciła. I choć od jej śmierci  minęły dwa lata, to wspomnienia wciąż bolały. Nadszedł jednak czas, by się z nimi zmierzyć. 
Zagniatała ciasto z taką energią i siłą, jakby od tego miało zależeć jej życie. A może i zależało, może to miał być jego sens, cały sens. Wkładała w nie całe swoje emocje, wszystko to, co leżało jej a sercu. Swoje małżeństwo, do którego nigdy nie doszło, siostrę, która mogła tu z nimi teraz siedzieć, Polskę, do której miała za kilka dni wracać. W końcu utworzyła z połowy ciasta osiem placków, do reszty dodała cynamon i zaplotła długi warkocz. Podzielony na osiem części stał się rantem placków. Dopiero gdy włożyła wszystko do piekarnika spojrzała na brata. Siedział przy stole paląc papierosa, choć zazwyczaj nie robił tego w salonie. Jego pokój, owszem, był przesiąknięty ich zapachem, salon jednak był miejscem, w którym przebywała też Antosia, obiecał więc tu nie palić.


Po mieszkaniu rozchodził się zapach cynamonu. Kto spodziewałby się go poczuć w tym miejscu? Pewnie żadna z panienek, pojawiających się co jakiś czas w jego sypialni, nie pomyślałaby, ze czując ten mocny aromat przypomina sobie rodzinny dom. Ojca i siostry, matkę, która miała długie, czarne włosy. Egzaminy na studia i swoją pierwszą miłość, Martę. Mecze piłki nożnej, które rozgrywał z przyjaciółmi na szkolnym boisku i rysunki, które tworzył dla Tosi. 
-Mama robiła nam te bułki zawsze wtedy, gdy czekała nas jakaś ważna decyzja- Zauważył, gdy siostra podała mu gorący jeszcze wypiek.
-Jedna czeka na podjęcie. A w zasadzie dwie, jedna dla mnie a druga dla Ciebie.
-Więc?- Spytał świadom tego, że dzieje się coś dziwnego, z jego siostry zawsze bowiem można było czytać niczym z otwartej księgi.
-Nie chcę wracać do Polski.-Powiedziała cicho patrząc na swoje palce, którymi rwała małe kawałki bułki, by później wkładać je do ust. Po chwili podniosła głowę i spojrzała mu w oczy.- Chcę tutaj zostać. Złożę podanie o przedłużenie wizy, spróbuję dostać pracę. Wrócę do domu, uporządkuję wszystkie sprawy, spróbuję wynająć dom, żeby nie stał pusty. A kiedy zapadnie decyzja wrócę tutaj.
-A ja? Jaką decyzję ja mam podjąć?
-Musisz chcieć, żebym tu wróciła, żebym tu została- Powiedziała niepewnie. Nie wiedziała, czy jej brat będzie chciał mieć ją dłużej na głowie, trzymać pod dachem, przejmować się nią. Czy potrzebuje jej tak samo, jak ona potrzebuje jego.
-Tośka, miałbym nie chcieć, żeby moja siostra tu mieszkała?- Spytał rozbawiony, po czym poczochrał jej dłonią włosy.



Zdawało mu się, jakby każdego kolejnego dnia po jej wyjeździe zapach powoli ulatniał się z mieszkania, pozostawiając za sobą pustkę. Było to co najmniej idiotyczne, bowiem cynamonu nie było czuć już następnego dnia po jej wypiekach. On go jednak wciąż czuł. Najmocniej, gdy żegnali się na lotnisku, jakby miała we włosy wtartą przyprawę. A później wrócił do mieszkania, w którym nagle zrobiło się pusto i jakoś nie tak. W którym nie było nic do jedzenia a zapach powoli uchodził. Pamiętał, jak w dzieciństwie, gdy tylko przekraczał próg domu, czuł cynamon i jabłka, czasami miód bądź też czekoladę. Lubił to, jego przyjaciele również. A mama zawsze mówiła, ze tak pachnie szczęście, rodzina i szczęśliwy dom. On dopiero teraz to poczuł. Teraz, gdy w domu pozostał jedynie zapach papierosów i papieru, na którym rysował swoje projekty. Gdy zjadał chleb kupiony w sklepie na rogu i pił kawę z kawiarni na dole. Nigdy nie sądził, że może kiedyś stać się tak sentymentalny.

________________________________________________
Trochę Tosi i Andrew nie było, ale wracają pełni życia i zapału :) Będą jednak wdzięczni za nowe wątki z osobami, z którymi dawniej pisali (nowymi też), ponieważ ciężko im odnaleźć się w tych starych.