Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

01/12/2025

Grudniowa lista obecności

Czas na grudniową listę obecności, która będzie trwać:

od 1 grudnia do 5 grudnia,
do godziny 23:59


  1. Na listę obecności zobowiązani są wpisać się wszyscy autorzy, którzy chcą pozostać na blogu. Proszę o wpisywanie się z zalogowanego konta, podając imię i nazwisko postaci oraz, jeśli nie zostało to jeszcze zawarte w odpowiednich zakładkach, wykorzystywany wizerunek oraz wykonywany zawód wraz z przypisanym sektorem
  2. Osoby przebywające na urlopie nie muszą wpisywać się na listę obecności, jeśli jednak macie taką możliwość, jak najbardziej możecie dać znać, że jesteście. Z kolei osoby, których urlop kończy się w trakcie trwania listy obecności, muszą się na nią wpisać.
  3. Na listę obecności muszą wpisać się też autorzy, którzy dołączą na bloga w trakcie jej trwania.
  4. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, listę obecności można zasłonić kartą postaci lub postem fabularnym.
  5. Karty postaci autorów, którzy nie wpiszą się na listę obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych i będą widnieć tam do 10 grudnia włącznie. Po upływie tego terminu karty wraz z mailem zapewniającym dostęp do bloga zostaną usunięte.

12/11/2025

[KP] Some goodbyes don’t need words



Adeline Corvianne LaRue
23.06.1998  NYC • pani prawnik z aspiracjami na panią prokurator federalną • asystentka prawna w kancelarii Lynnch&Shepard • absolwentka CU, reprezentowała uczelnię w szermierce  • mama wesołej czterolatki • w związku małżeńskim z wyboru, nie z miłości • 









Widząc dwie kreski na teście ciążowym w pierwszej chwili poczułaś strach. W końcu nie taki był plan. Najpierw studia, później kariera zawodowa. Zawsze wierzyłaś w miłość, chciałaś jej. Za wszelką cenę. Nie spodziewałaś się jednak przewrotności losu. Nie zakładałaś, że to co czułaś wcale nie było miłością. Szybko jednak zorientowałaś się, co to jest naprawdę, kiedy pozwoliłaś sobie na poznanie jego, dopuszczenie go blisko siebie. Patrząc jednak dłużej na test, zaczęłaś czuć spokój. Bo to miłość twojego życia była temu współwinna. Nie planowaliście tego, ale czułaś, że wszystko się ułoży, że wszystko będzie dobrze. 
Miałaś przekazać mu wiadomość. W drodze zastanawiałaś się, jak mu to powiesz. Pokażesz test? A może wejdziesz do sklepu i kupisz pierwsze ubranko? Nie. Chciałaś robić to z nim. Wszystkie pierwsze razy chciałaś przeżywać już tylko z nim, zawsze z nim. 
Jedna wiadomość sprawiła, że nie dotarłaś na spotkanie. Nie odbierałaś, nie odpisywałaś. Udawałaś, że nie istnieje. Wiedziałaś, że gdybyś powiedziała choćby jedno słowo… wybrałby ciebie zamiast siebie, a nie mogłaś na to pozwolić. Nie mógł poświęcić wszystkiego dla ciebie. Nie mogłaś stać się jego przekleństwem.

Minęły lata, a ty cały czasy zastanawiasz się nad tym, co by było gdyby, chociaż doskonale wiesz, że to na nic. Budzisz się rano i działasz jak automat. Łazienka, odhaczone. Kawa, odhaczone. Praca, odhaczone. Jedyne momenty, kiedy czujesz się naprawdę szczęśliwa są tylko z nią. Z uśmiechniętą czterolatką, która zadaje tysiące pytań. I tylko wtedy, kiedy on zostaje po godzinach w pracy. Jego obecność w domu sprawia, że nie potrafisz odetchnąć, nie potrafisz się odprężyć, chodzisz spięta i czekasz, aż coś się stanie. Sama nie wiesz co dokładnie, bo przecież trzymasz się umowy, jesteś grzeczna, tak jak tego chciał, a jednak… boisz się, że zrobisz jeden nieodpowiedni ruch, zrobisz coś co sprawi, że przejrzy twoje myśli, a wtedy całe te poświęcenie… wszystko co straciłaś tamtego dnia okaże się na nic. 

05/11/2025

[KP] I found my mind, I'm feelin' sane, it's been a while

 

Carmen Whittaker
20.05.2003r. | urodzona w Miami | przez dwadzieścia dwa lata swojego życia mieszkała w dwunastu stanach i w Kanadzie | łyżwiarka figurowa | zdobywczyni mistrzostwa świata juniorów w jeździe solowej w 2019r. | reprezentantka Stanów Zjednoczonych na zimowych igrzyskach w 2022r.; niestety bez sukcesu | córka trenera New York Rangers i dziennikarki sportowej | najmłodsza z trójki rodzeństwa; ma dwóch starszych braci | od 2024 trenerka grupy juniorów
Kiedy pracujesz na coś całe życie, poświęcasz każdą wolną (nie tylko wolną) chwilę na dopracowanie najdrobniejszych szczegółów, doprowadzasz każdy swój ruch do perfekcji i nastawiasz się na zdobycie sukcesu, porażka boli jeszcze bardziej. Nie przechodzisz do historii jako zdolna łyżwiarka, najlepsza uczestniczka. Widzisz w prasie swoje zdjęcie, ale nie ze złotym medalem. Coraz mniej jest w internecie filmików z twoimi układami, przewijają się natomiast te z najgorszym momentem twojego życia. Wszyscy wspominają cię jako tę, która bardzo publicznie, gdy transmisja szła na cały świat, dostała ataku histerii po zrozumieniu, że znalazłaś się tuż za podium. Nadawanie szybko przerwano, ale mleko zdążyło się rozlać. Twoja wykrzywiona w grymasie rozpaczy twarz przez jakiś czas witała cię codziennie rano w mediach społecznościowych. Dziennikarze przestali pytać o twoje plany i ambicje, zaczęli natomiast drążyć twój stan psychiczny i doszukiwać się głębszego dna.
Tamta chwila zakończyła twoją karierę. Rozbiła w drobny mak wszystko, na co pracowałaś od trzeciego roku życia. Bo kto wziąłby na poważnie dziewczynę, która dostała załamania nerwowego na zawodach? Trenerka, która w ciebie wierzyła, umyła ręce, a nikt inny nie chciał podjąć się pracy z niezrównoważoną zawodniczką. 
I choć codziennie wkładasz łyżwy, a na lodowisku spędzasz większość swojego czasu, to rzucony na dno szafy trykot z tamtych zawodów kpi sobie z ciebie w każdej chwili każdego dnia.
Bo byłaś gwiazdą. Byłaś nadzieją. A teraz jesteś nikim.

Vasilisa Kaganovskaya; Benson Boone - Beautiful Things; lukrowane.ciastko@gmail.com

01/11/2025

Listopadowa lista obecności

Czas na listopadową listę obecności, która będzie trwać:

od 1 listopada do 5 listopada,
do godziny 23:59


  1. Na listę obecności zobowiązani są wpisać się wszyscy autorzy, którzy chcą pozostać na blogu. Proszę o wpisywanie się z zalogowanego konta, podając imię i nazwisko postaci oraz, jeśli nie zostało to jeszcze zawarte w odpowiednich zakładkach, wykorzystywany wizerunek oraz wykonywany zawód wraz z przypisanym sektorem
  2. Osoby przebywające na urlopie nie muszą wpisywać się na listę obecności, jeśli jednak macie taką możliwość, jak najbardziej możecie dać znać, że jesteście. Z kolei osoby, których urlop kończy się w trakcie trwania listy obecności, muszą się na nią wpisać.
  3. Na listę obecności muszą wpisać się też autorzy, którzy dołączą na bloga w trakcie jej trwania.
  4. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, listę obecności można zasłonić kartą postaci lub postem fabularnym.
  5. Karty postaci autorów, którzy nie wpiszą się na listę obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych i będą widnieć tam do 10 listopada włącznie. Po upływie tego terminu karty wraz z mailem zapewniającym dostęp do bloga zostaną usunięte.

Przy okazji listopadowej listy obecności, zwracamy uwagę na nowy rozdział regulaminu: rozwiązywanie sporów. Prosimy każdego z Was o zapoznanie się z jego treścią, a w razie pytań zapraszamy na maila.

01/10/2025

Październikowa lista obecności

Czas na październikową listę obecności, która będzie trwać:

od 1 października do 5 października,
do godziny 23:59

  1. Na listę obecności zobowiązani są wpisać się wszyscy autorzy, którzy chcą pozostać na blogu. Proszę o wpisywanie się z zalogowanego konta, podając imię i nazwisko postaci oraz, jeśli nie zostało to jeszcze zawarte w odpowiednich zakładkach, wykorzystywany wizerunek oraz wykonywany zawód wraz z przypisanym sektorem
  2. Osoby przebywające na urlopie nie muszą wpisywać się na listę obecności, jeśli jednak macie taką możliwość, jak najbardziej możecie dać znać, że jesteście. Z kolei osoby, których urlop kończy się w trakcie trwania listy obecności, muszą się na nią wpisać.
  3. Na listę obecności muszą wpisać się też autorzy, którzy dołączą na bloga w trakcie jej trwania.
  4. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, listę obecności można zasłonić kartą postaci lub postem fabularnym.
  5. Karty postaci autorów, którzy nie wpiszą się na listę obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych i będą widnieć tam do 10 października włącznie. Po upływie tego terminu karty wraz z mailem zapewniającym dostęp do bloga zostaną usunięte.

Przy okazji wpisaywania się na październikową listę obecności prosimy Was też o wypowiedzenie się na temat blogowego Discorda. Przyszedł nam do głowy pomysł, aby założyć na Discordzie serwer dla autorów bloga, co mogłoby usprawnić komunikację pomiędzy autorami, a także ułatwiłoby poszukiwanie wątków czy być może podjęcie się napisania szybkich wątków grupowych. Dajcie nam znać, co myślicie na ten temat :)

29/09/2025

[KP] Nie ten jest bogaty, kto posiada wiele, lecz ten, kto potrzebuje niewiele

Leonard George Allen
31 LAT / WINDSOR / PISARZ I KURATOR SZTUKI W MUSEUM OF MODERN ART / ROZWODNIK / JEDYNY OCALAŁY SPADKOBIERCA RODZINNEJ FORTUNY / NORA W GÓRACH CATSKILL / NATURYSTA / MARZENIE O POSIADANIU WŁASNEGO RANCZA ,,POPPY MEADOW RANCH'' NA CZEŚĆ ZMARŁEJ W POŻARZE SIOSTRY / LEKKO ZANIEDBANA TOYOTA LAND CRUISER Z LAT 90 / PACHNIE RUMIANKIEM I NUTĄ SZAŁWII / SPRZEDAJE DOMOWE PRZETWORY, MIÓD Z PRYWATNEJ PASIEKI ORAZ WŁASNORĘCZNIE PIECZONY CHLEB / KALIGRAFIA, FORTEPIAN I ŚPIEW / KOLOROWE SWETRY, RÓŻNE SKARPETKI I ŻÓŁTE TRAMPKI NIEZALEŻNIE OD POGODY / ,,WHERE THE FIRE SLEEPS'' USYTUOWANE NA PIERWSZYM MIEJSCU USA TODAY BEST - SELLING BOOKS

Szerokie ambicje, okraszone wielką fortuną, nigdy w przypadku Leonarda nie pokrywały się z wyznawanymi wartościami najbliższych członków rodziny Allen, której pozycja była ściśle usytuowana pośród najbogatszych obywateli Anglii. Ambicja nosi wiele kontrastujących ze sobą imion – zwykle tych kojarzonych z pozytywnym, wartym naśladowania obrazem człowieka. Rodzina Allen to czysty przerost formy nad treścią. Silne pragnienie zdobycia jak największych korzyści majątkowych dawno zboczyło u nich ze ścieżki szacunku względem innych. Leonard nigdy nie chciał być z tym w jakikolwiek sposób powiązany. Podczas gdy Anna i Henry Allen stołowali się w najbogatszych restauracjach świata, wybierali dla swych dzieci nowe samochody i zwiedzali coraz to dalsze zakątki kuli ziemskiej, Leonard znacznie bardziej cenił swój stary rower, nocne rozmowy ze służbą oraz zacisze ogromnego ogrodu, gdzie każdego dnia wnikliwie doglądał rosnących w nim kwiatów. Stronił od dużych, rodzinnych przedsięwzięć, zawsze szukając wymówki, by uciec daleko od tabloidów i plotek. Nazywano go głupcem, skończonym kretynem, a nawet osobą z bliżej nieokreśloną dysfunkcją psychiczną. Leonard od zawsze otwarcie przyznawał, że pieniądze lubią ciszę. Nienawidził przesadzonego konsumpcjonizmu i zachłanności. Odgradzał się od rodzinnych funduszy, stawiając na samodzielność i realizację własnych celów, odmiennych od tych, które usilnie próbowano mu narzucić. Jego ślub z członkiem domowej służby odbił się szerokim echem wśród miejscowej społeczności. Według wielu Leonard dotknął dna, zgorszył siebie i rodzinę, wiążąc się z kimś z niższych sfer. Padały nawet stwierdzenia, że ośmieszył imię rodziny Allen. Miłość w jego oczach była jednak bezcenna. Nie spodziewał się, że owa miłość okaże się podszyta chęcią bogactwa i czystą obłudą. Podczas gdy on zszywał już trzecią parę skarpetek, nie chcąc tak łatwo wymieniać ich na nowe, jego żona tonęła w fortunie, która nieustannie zasilała jego konto.

Minęły trzy lata, a on wciąż doskonale pamięta widok płonącego dworu, krzyki zaprzyjaźnionych sąsiadów i dźwięk strażackich syren. Nikt nie przeżył. Łącznie zginęło osiem osób, w tym ukochany pies Quick. Przyczyna pożaru do dziś nie została jasno określona, a krzywe, pełne oskarżeń spojrzenia na zawsze będą powracały w jego pamięci. Mimo oczyszczenia z zarzutów, dla wielu pozostał winny rodzinnej tragedii. W końcu wyglądał na takiego, który chętnie zgarnąłby całą fortunę dla siebie – zwłaszcza, że dzień przed tragicznym wydarzeniem pokłócił się z matką. Minęły dwa lata, odkąd wyjechał z rodzinnego Windsoru. Pozbył się bogactwa, sprzedał dwie firmy i zerwał wszelkie kontakty. Spalił za sobą wszystkie mosty, które mogłyby świadczyć o jakimkolwiek powiązaniu z rodziną Allen, choć nazwiska nigdy nie zdoła się wyrzec. Osiedlił się w domu z ogrodem, w spokojnym otoczeniu dzielnicy Todt Hill. Długo tworzył swoje miejsce, aby wreszcie czuć się w nim swobodnie i po prostu dobrze. Każdego ranka zaczyna dzień od filiżanki kawy zmielonej w ręcznym młynku, wsłuchując się w dźwięki okolicznej przyrody. Z miłością i oddaniem pielęgnuje kwiaty, warzywa i owoce. Ograniczył codzienne życie do minimum, świadomie wyrzekając się wielu technicznych udogodnień. W pełni zjednoczył się z naturą – chciał przestać biec bez celu, zaczął żyć skromnie.


Hej hej, wracam na rejony, jedni się cieszą inni już trochę mniej, ale pomóżcie mi rozruszać Leonarda, to kochany chłopaczyna <3 Szukamy wszyskiego, co przyniesie nam ogrom dobrej zabawy, począwszy od miłości bez względu na płeć, a kończywszy na zakochanej w jego przetworach młodej sąsiadce. Fc: Harry Styles

28/09/2025

[KP] No matter what people tell you, words and ideas can change the world

 Uwaga ! Możliwe treści uznawane za niewłaściwe dla osób niepełnoletnich. Czytasz na własną odpowiedzialność. 

 Podkład: Seeb, Bastille - Grip

Natale Natty Morais
Data i miejsce urodzenia
24/12/1996, Porto (Portugalia)
Obecny zawód
Streetphotographer dorabiający na współpracy z agencjami modelingowymi i studiami filmowymi, czasem biorący również prywatne zlecenia
Języki
Angielski, portugalski (dialekt europejski) i romski
Nagrody
ReFocus Awards w kategorii Black & White Photo Contest z 2016 r., ND Awards z 2020 r. i The LensCulture Street Photography Awards z 2024
Alergeny
Cynamon i żurawina


Historia & opis
Nie tęskni za biologicznym rodzicami. Bo jakże tu tęsknić za parą ludzi, którzy oprócz genów, młodszej siostry i brata nie wnieśli do twojego życia praktycznie nic ? Matkę, owszem kojarzył. Była ponoć tą kobietą o długich kruczoczarnych włosach, która pojawiała się w rodzinnym obozie, gdy tylko zaszła w kolejną ciążę, a po urodzeniu dzieciaka zwyczajnie znikała. Ojciec z pewnością też jakiś musiał istnieć. Nikt jednak nie potrafił z całą stanowczością stwierdzić, który z licznych kochanków Kizzy mógłby nim być. Nauczył się więc żyć bez nich. Najważniejsze, że miał licznych wujków, ciotki i rodzeństwo. Ale w pewnym momencie zniknęli także jego zastępczy opiekunowie. Idylla nakazująca głęboko wierzyć, że Romowie, podobnie jak pozostałe mniejszości etniczne tego świata, zawsze trzymają się razem rozpłynęła się niczym przysłowiowa mgła, gdy miał zaledwie pięć lat. To właśnie wówczas starszyzna po raz ostatni podjęła próbę skontaktowania się z jego mãe. Zobowiązała się czekać na nich w Nowym Jorku, więc wybrali się w podróż za ocean. Tyle, że kobieta nigdy się nie pojawiła, a oni nie mogli już dłużej niańczyć za nią jej szkrabów.
Tak oto nagle stali się pensjonariuszami jednego z wielu amerykańskich domów dziecka. Nic nieznaczącymi zapiskami w grubych księgach sierocińca aż do momentu, gdy ktoś nie postanowiłby im wreszcie zaoferować nowego domu. Z maluchami poszło gładko, rodzice zastępczy pojawili się w przeciągu niecałego roku. Natale nie miał zaś aż tyle szczęścia. Przez wiele lat błąkał się od jednej familii do drugiej aż w końcu przyczepiono mu łatkę sprawiającego problemy wychowawcze i nienadającego się do procesu adopcyjnego. Faktycznie, zawsze wyróżniał się spośród innych dzieci swoją kreatywnością, chęcią eksploracji narzucanych granic oraz ekspresyjnością. Skazany na długotrwały pobyt w murach przytułku, coraz częściej uciekał poza nie. Początkowo były to tylko mało znaczące wypady, które i tak sprawiały, że wychowawcy nieodmiennie wpadali we wściekłość. Następnie zaczęły się pierwsze eksperymenty z alkoholem i dragami. W wieku szesnastu lat trafił z zatruciem na SOR i został oddelegowany na miesięczny detoks. Niedługo później, wykorzystując chwilową nieuwagę nauczycieli, podczas wycieczki do Muzeum Historii Naturalnej ukradł aparat z biura rzeczy znalezionych. I pewnie nikt by się o tym występku nigdy nie dowiedział, gdyby właściciel zguby zauważywszy jego brak, nie postanowił się po niego zgłosić jakieś dwa tygodnie po tym wydarzeniu. Tym razem skończyło się już na poprawczaku, z którego wyszedł dopiero jako młody samotny dorosły. Nie mając innego wyjścia, chwytał się rozmaitych prac dorywczych. Zaczynał od sprzątania w podrzędnym barze, po czym zatrudnił się kolejno jako barista i taksówkarz wodny, by ostatecznie postawić swoje pierwsze kroki w świecie sztuki jako performer ognia i drag queen w klubie nocnym. Po wielu perturbacjach zaistniał jako undergroundowy aktor występujący głównie na deskach teatrów ulicznych. Podczas jednego z przedstawień przypadkiem został zauważony przez łowcę talentów pracującego dla agencji modelingowej, a kilkanaście dni później miał już w ręku pierwszy kontrakt. Ciągły blask fleszy nigdy mu nie przeszkadzał, a stawka za te wygłupy była całkiem niezła, więc zapewne gdyby nie niespodziewana wygrana w ReFocus Awards z 2016 roku, najprawdopodobniej nadal rujnowałby sobie zdrowie stosując się do niestworzonych diet i próbując dogonić ciągle zmieniające się trendy modowe. Na całe szczęście obecnie ma już ten cały cyrk za sobą i, mimo serca wciąż obficie krwawiącego po stracie ukochanej, stara się patrzeć w przyszłość z uśmiechem na ustach.
Księga tajemnic
* Obywatel świata.
* Filantrop.
* Ponieważ urodził się w Wigilię, matka nadała mu imię oznaczające po włosku Boże Narodzenie.
* Zdarza mu się tworzyć rysunki za pomocą ołówka lub węgla, lecz zdecydowana większość z nich nigdy nie ujrzała światła dziennego.
* Wdowiec od stycznia 2025 r. Jego małżonką była francuska adwokatka po godzinach świadcząca bezpłatne usługi dla najbardziej potrzebujących mieszkańców Nowego Orleanu, Alix Fontenelle. Przeprowadzone po jej śmierci śledztwo wykazało, że prowadzone przez nią auto miało podciętą linkę hamulcową.
* Wciąż nie zdejmuje obrączki.
* Choć sam skończył jedynie technikum fotograficzne, od dnia zamordowania ukochanej samodzielnie kontynuuje ich wspólne dzieło udzielając bezpłatnych lekcji dla uboższych dzieciaków i z ogromną cierpliwością wysłuchuje ich historii, nie raz stając się dla nich kimś w rodzaju zastępczego opiekuna, wszędzie tam gdzie się akurat znajduje. Żywi bowiem szczerą nadzieję, że jego dobre rady starszego kolegi pomogą im kiedyś osiągnąć szczyty, o jakich on sam nie mógł w ich wieku nawet marzyć.
* Obecnie wraz z kilkoma innymi artystami wynajmuje apartament w dzielnicy TriBeCa. W przeciwieństwie do większości z nich jednak planuje za jakiś czas ruszyć w dalszą podróż.
* Ma heterochromię obszarową powodującą, że górna część jego oczu ma barwę brązową, a dolna zieloną.
* Fan miętowo-lawendowej herbaty oraz muzyki rockowej, heavy metalowej, bluesa i jezzu.
* Kierowca czarnego Jeepa Grand Cherokee z 2008.
* Opiekun Kavy (whippeta należącego dawniej do kłusowników) i Novy (seterki angielskiej odziedziczonej po ś.p. żonie)

「R」

Odautorsko

16/09/2025

[KP] I'll take my whiskey neat

MARCUS LOCKHART
urodzony 16 listopada 2000 roku w Mediolanie jako Marcello Tomassini ⸺ absolwent Columbia University School of the Arts na kierunku teatralnym ⸺ wschodząca gwiazda kina, okazjonalnie model ⸺ rozgłos zawdzięcza roli w The Fine Line: młodzieżowym serialu dramatycznym, który w roku 2022 roku bił rekordy oglądalności na Netflixie ⸺ wcielił się tam w głównego bohatera: wybitnie uzdolnionego studenta malarstwa, fałszerza obrazów zmagającego się z uzależnieniem od narkotyków ⸺ swoje pięć minut sławy wykorzystał odpowiednio, nawiązując znajomości w świecie filmu, co pozwoliło mu na udział w bardziej ambitnych projektach w konwencji dramatu ⸺ znany z naturalnego talentu, bezpretensjonalnego podejścia do gry i faktu, że nie zawsze trzyma się scenariusza ⸺ od pięciu lat prawny opiekun swojej dziesięcioletniej siostry, Claudii; w trosce o nią pieczołowicie chroni swoją prywatność ⸺ niechętnie rozmawia o swojej młodości ⸺ po przeprowadzce do Nowego Jorku, w wychowywaniu dziewczynki pomaga mu babcia ze strony matki ⸺ miłośnik jednośladów, właściciel Ducati Panigale V4 ⸺ do poczciwego Volvo wsiada tylko wtedy, kiedy mu się nie śpieszy, a śpieszy się często ⸺ fotograf amator i niespełniony malarz ⸺ bywalec barów z karaoke ⸺ więcej ⸺ powiązania

When I was 16 my senses fooled me
Thought gasoline was on my clothes
I knew that something would always rule me
I knew the scent was mine alone

Jest uosobieniem wolności ⎯⎯ nie cofa się przed niczym i nie ustępuje nikomu. Podlega wyłącznie własnym niepisanym zasadom oraz intuicji (swojemu menedżerowi jedynie od czasu do czasu, co potem odbija mu się czkawką). Doskonale wie, kiedy się ukorzyć, ale z reguły tego nie robi, chyba że może przynieść mu to zysk albo uratować skórę. Poczucie niezależności jest dla niego kluczowe, więc broni go zaciekle.

Nie potrafi zdystansować się od pewnych spraw, oprzeć się dreszczom tnącym ciało błyskami dewiacyjnej wręcz ekscytacji; instynktownie pojawia się tam, gdzie może nabawić się nowych, świeżych blizn, zupełnie jakby je kolekcjonował ⎯⎯ zbierał jedna po drugiej z jakąś niejasną, naglącą potrzebą, palącą brudną duszę od podszewki. O ile na chłodno zdarza mu się ją powściągnąć, uchylić się od problemu i odejść, tak pod wpływem gwałtownych uczuć jego rozsądek topnieje, ustępując porywom gorącego temperamentu odziedziczonego po ojcu.

Mimo, że otacza się ludźmi, niewielu z nich dopuszcza blisko siebie, nikomu nie dając się poznać tak naprawdę. Z wrodzoną lekkością chwyta niesforną granicę między fabrykacją a czuciem i modeluje ją przed światem wedle zachcianek, co czyni go tym, czym jest nie tylko na ekranie, ale także poza nim.

Wybitny kłamca, który nie tylko wybitnie kłamie, ale przede wszystkim z nanometryczną dokładnością mimikuje wszystko, co jest stanie zobaczyć lub usłyszeć. To z kolei sprawia, że niemożliwym jest określić, kiedy składa siebie od nowa, a kiedy odtwarza projekcję skrojoną na miarę potrzeby. Żeby się do kogoś zbliżyć, musiałby się otworzyć ⎯⎯ na swoje emocje, na swoją przeszłość, na innych oraz na to, że nie wszyscy chcą mu zaszkodzić. Musiałby się otworzyć, on natomiast nie otwiera się wcale, sprawiając jedynie takie wrażenie. I może kłamie, a może tylko miesza półprawdy w mistrzowskim spektaklu, którego miarą są oddechy, nie cięcia.

Marcus obserwuje, wyciąga wnioski, a potem gra. Buduje od podstaw całe osobowości, następnie serwuje je innym według tego, co chcą w nim zobaczyć. Jak lustro odbija sobą cudze pragnienia, by osiągnąć zamierzony efekt; robi to już tak długo, że zgubił siebie po drodze i nie jest pewien, czy w ogóle chce jeszcze siebie odnaleźć.

Baby, now and then
Don't you just wanna wake up, dark as a lake?
Smellin' like a bonfire, lost in a haze?
Cześć! Wizerunku użyczył Tim Burton's movie wannabe Lorenzo Zurzolo, w karcie Arsonist's Lullabye w duecie z Too Sweet, reszta to ja. Nie wiem, który raz już tu jestem, ale chyba nie będę mieć od Was spokoju, a Wy ode mnie i Marcus też go mieć nie będzie.
Brzydko faworyzuję, wybaczcie!

08/09/2025

2199. Did I disappoint you?

Take a seat, but I'd rather you not be here for what could be my final form
Stay your pretty eyes on course
Keep the memories of who I was before

Zwykle Linda czekała na niego przed domem. Ian zatrzymał Cadillaca na wysypanym żwirem podjeździe i popatrzył na ganek, rozświetlony przez reagujące na ruch lampki. Lindy nie było. Nie stała na ostatnim z trzech stopni prowadzących na podjazd, nie opierała się o balustradę, paląc papierosa i nie siedziała na jednym z ogrodowych foteli. Nie zrobiła kroku w jego stronę, który robiła zawsze, kiedy tylko cichł chrzęst żwiru pod kołami Cadillaca, żeby usiąść na tylnej kanapie i poprosić o rundkę wokół osiedla.
Ian wyłączył światła, ale nie zgasił silnika. Popatrzył po piętrowym domu. We wszystkich pomieszczeniach na parterze paliło się światło, ale za tkanymi grubo firankami nie przesunął się żaden cień. Piętro pozostawało ciemne i kiedy Ian popatrzył wyżej, a potem przesunął wzrokiem po oknach, w jednym z pokoi dostrzegł ruch zasłony. Odpiął więc pas i rozsiadł się wygodniej. Ktoś był w domu i ktoś wiedział o tym, że przyjechał. Może była to Linda.
Dzwoniła do niego w co drugi czwartek, przez co w co drugi piątek Ian przyjeżdżał pod jej dom z paczuszką amfetaminy. Zawsze pięć gramów, nie mniej, nie więcej. Linda miała schemat, którego skrupulatnie się trzymała, jakby to, kiedy bierze było jedyną rzeczą w jej życiu, nad którą miała kontrolę. Ian przywoził jej te pięć gramów, robili rundkę wokół osiedla, po czym Linda płaciła i wysiadała, by celebrować kolejny weekend bez dzieci, które co dwa tygodnie, od piątkowego wieczora do poniedziałkowego poranka, spędzały czas z ojcem, a byłym mężem Lindy. Gdyby Linda przesadziła z alkoholem, ponieważ z amfetaminą nie miała jak przesadzić, zawsze mogła doprowadzić się do porządku przed powrotem dzieci ze szkoły. I zawsze jej się to udawało, ponieważ Linda trzymała się schematu.
Do dziś.
Po piętnastu minutach Ian zgasił silnik i wysiadł z Cadillaca. Podeszwy jego adidasów chrzęściły na żwirze w ten sam, przyjemny sposób, co koła samochodu. Ian lubił ten dźwięk, dlatego szedł powoli, ale miał do pokonania ledwo trzy metry. Postawił stopę na tym samym schodku, na którym często stała Linda, pokonał dwa kolejne i wszedł na ganek. Zerknął na balustradę, z lekko wytartą białą farbą od częstego opierania się na niej i na ogrodowe fotele z wysiedzianymi poduszkami. Popatrzył na drzwi, na umiejscowiony po lewej stronie przycisk dzwonka. Zapukał, głośno i kilkukrotnie. Nie miał zamiaru tego pukania powtarzać.
Linda otworzyła mu po minucie. Pociągnęła drzwi do siebie i zatoczyła się wraz z nimi. Złapała się skrzydła drugą ręką i szerzej rozstawiła nogi, by złapać równowagę.
— Ian? — rzuciła cicho i popatrzyła na niego, najpierw z szeroko rozwartymi, brązowymi oczami, potem z lekko zmarszczonymi brwiami i rozchylonymi wargami.
— Dzwoniłaś wczoraj.
— Dzwoniłam. Wczoraj — powtórzyła za nim, uwiesiwszy się na drzwiach, które przytrzymywała. Głowa opadła jej nisko, broda prawie dotknęła piersi. Blond włosy posypały się na twarz. — No tak — mruknęła w końcu, podniosła głowę i przymknąwszy powieki, uśmiechnęła się słabo do stojącego dwa kroki przed nią Iana, który tego uśmiechu nie odwzajemnił. Nigdy nie odwzajemniał uśmiechów Lindy. Teraz, z dłońmi wciśniętymi w kieszenie jeansów, tylko na nią patrzył. I czekał.
— Plany mi się trochę zmieniły, wiesz — kontynuowała Linda odrobinę bełkotliwie, ale wciąż na tyle wyraźnie, że Ian nie musiał się wysilać, żeby ją zrozumieć. — Thomas się rozchorował. Jelitówka. Nie mógł zabrać dzieci na weekend — westchnęła i opadające na oczy włosy zaczesała do tyłu, rozchyliła też powieki i zogniskowała wzrok na Huncie. Znowu się uśmiechnęła. — Zapomniałam dać ci znać.
Ian zdążył zrobić krok w tył i odwrócić się bokiem do Lindy, kiedy ta złapała go za łokieć, mocno wbijając palce w jego skórę, podczas gdy przed sekundą ledwo stała na nogach.
— Zaczekaj.
W tym, jak go złapała, było coś, co sprawiło, że tym razem Ian uśmiechnął się pod nosem. Wyrwał łokieć, spojrzał przez ramię na Lindę. Stała przed drzwiami, wciąż z wyciągniętą ręką, kołysząc się lekko na boki zgodnie z tym, jak kołysał się świat przed jej oczami.
— Przywiozłeś towar?
Ian zszedł z ganku, podszedł do samochodu. Ze schowka po stronie pasażera wyjął pięć gramów amfetaminy i wrócił do Lindy, która zdążyła opuścić rękę i teraz spoglądała na niego z cieniem wstydu, ale jej brązowe oczy błyszczały w znajomy dla Iana sposób.
— Ile płacę? — zapytała, kiedy wzięła woreczek z jego ręki. Zawsze o to pytała, a on zawsze odpowiadał jej tak samo.
— Tyle, ile zawsze.
Linda uśmiechnęła się z zadowoleniem. Skinęła głową. Znała ten schemat. Wycofała się do wnętrza domu, nie zamknąwszy za sobą drzwi, więc Ian widział, jak grzebie w torebce i jak wyciąga z niej portfel, a z niego gotówkę. Złożyła banknoty, podeszła do Iana i podała mu je. Zdziwiła się, kiedy Ian zaczął je liczyć. Nigdy tego nie robił.
— Za mało.
— Naprawdę? — rzuciła i zachichotała, przyłożywszy dłoń do ust, a potem czknęła. Popatrzyła na Iana, który widział, jak to rozbawienie, które nagle ją ogarnęło, równie nagle znika z jej oczu. Linda wycofała się, wzięła portfel, który tym razem odłożyła na szafkę obok torebki i sięgnęła do jego wnętrza. Jej dłoń zatrzymała się nad przegródką z banknotami, palce zadrżały.
— Ile brakuje?
— Trzysta dolarów.
Linda z portfelem w jednej dłoni i trzema banknotami w drugiej wróciła do Iana.
— Mam dwieście pięćdziesiąt. Zapłacę resztę następnym razem, dobrze?
— Nie, nie dobrze. — Ian popatrzył na banknoty, ale nie wziął ich z ręki Lindy. — Trzysta. Znasz zasady — przypomniał jej i popatrzył na kieszeń dresowych spodni, które Linda miała na sobie, a do kieszeni których schowała amfetaminę. Kobieta cofnęła się o krok, zachwiała. Ramieniem podparła się o otwarte drzwi.
— Ian, proszę — odezwała się cicho. — To tylko pięćdziesiąt dolarów.
— To tylko pięć gramów.
W Ianie było coś, co przerażało Lindę. Nigdy mu o tym nie powiedziała i nigdy nie dała niczego po sobie poznać, ale po każdej rundce wokół osiedla, kiedy Ian odjeżdżał, a ona zamykała za sobą drzwi, jej ciałem wstrząsał zimny dreszcz. Nie do końca wiedziała, czym było to coś, co kazało jej się bać własnego dilera. Ian był spokojny i Ian był miły. Dzwoniła w co drugi czwartek, a on przyjeżdżał w co drugi piątek, punktualnie o dwudziestej pierwszej. Dlatego na niego czekała, niezależnie od pory roku. Piętnaście minut wcześniej wychodziła na ganek i zapalała papierosa. Czasem przysiadała na ogrodowym fotelu, czasem opierała się o balustradę. Czasem stała na ostatnim stopniu schodków, kiedy już wypaliła i zgasiła fajkę w stojącej na parapecie popielniczce. Przez te dwadzieścia minut, w które objeżdżali osiedle, ona mówiła, a on słuchał. Czasem jej nawet odpowiadał, jednym lub dwoma słowami, ale nie modulował przy tym głosu. Był przesiąknięty tym cholernym spokojem, którego Lindzie tak często brakowało i to było nieludzkie. To, że Ian był tak spokojny, że aż obojętny. Obojętny na to, co mówiła Linda, chyba że przy nim nazywała swoje dzieci potworkami. Patrzył wtedy na nią we wstecznym lusterku, ale nawet wtedy w jego ładnych, piwnych oczach nie pojawiała się iskierka życia. Tylko to, że przeniósł wzrok z drogi na nią, coś zdradzało. Ten ruch, szybki i zdecydowany, bo nie odbywający się wbrew jego woli. Pełen premedytacji. A przy tym tej obojętności, ponieważ Linda nie miała dla niego znaczenia.
Linda nie miała dla niego znaczenia. Nie miało dla niego znaczenia te pięćdziesiąt brakujących dolarów. Ale dla Lindy znaczenie miało to pięć gramów, ciążące jej w kieszeni dresów.
— Zaczekaj — szepnęła, wycofała się i chwiejnie poszła na górę po schodach, które Ian widział ze swojej perspektywy. Odprowadził Lindę wzrokiem, gotówkę schował do tylnej kieszeni spodni i czekał. Nie na Lindę, a na brakujące pięćdziesiąt dolarów.
Kiedy pięć minut później Linda schodziła po schodach, mocno trzymając się drewnianej poręczy, szedł za nią chłopiec. Na oko sześcioletni. Niewiele brakowało, a zacząłby deptać jej po piętach.
— Mamo, to moje kieszonkowe! Mamo!
Ian najpierw ich usłyszał, dopiero po chwili zobaczył. Linda zeszła ze schodów, ruszyła korytarzem w jego stronę. Chłopiec, uczepiony jedną ręką jej białego t-shirtu, szedł tuż za matką. Wlókł się w zasadzie. Powłóczył nogami, zapierał się, próbował ją zatrzymać, ale nawet pijana Linda miała więcej siły. I determinacji.
— Masz — warknęła, wciskając pięćdziesiąt dolarów w dłoń Iana. — Nie wstyd ci? — wycedziła przez zęby, obejmując drugą ręką syna, który na widok Hunta przylgnął do jej boku. Jakby po drodze na górę Linda zabrała nie tylko pieniądze syna, ale też porzuconą wcześniej godność.
— Ja mam się wstydzić?
Linda chciałaby, żeby Ian roześmiał się jej w twarz. Żeby na nią nawrzeszczał. Nawet, żeby ją uderzył. Chciała, żeby zrobił cokolwiek, ale Ian nie zrobił niczego. Zadał tylko to jedno pytanie, patrząc przy tym nie na Lindę, a na jej sześcioletniego syna i głos mu przy tym nawet nie zadrżał. Drżała za to Linda, lekko, ale wyczuwalnie dla syna, który tulił się do jej boku, patrząc na patrzącego na niego Iana. Linda obejmowała chłopca mocno, tak jak mocno zaciskała palce drugiej ręki na paczuszce w kieszeni spodni.
Ian popatrzył na banknot, obrócił go w palcach. Na banknot patrzył także chłopiec, tymi dużymi, brązowymi oczami, takimi samymi, jak u Lindy. Włosy też miał jasne, lekko kręcone, ale nieco inne od Lindy. Linda musiała swoje rozjaśniać i prostować.
Ian popatrzył na chłopca. I schował banknot do tej samej kieszeni spodni, do której wcześniej schował resztę.
— Jedź już, Ian — poprosiła Linda, a Ian akurat tę jej prośbę zamierzał spełnić.
— Miłego weekendu, Lindo — powiedział, tak jak mówił jej zawsze, kiedy wysiadała z Cadillaca, ale dziś nie postępowali według schematu, który znała Linda, a na który Ian przystał. Dziś Linda nie traciła kontroli nad tą jedną rzeczą, nad którą starała się panować. Dziś Linda zaczynała rozumieć, że nigdy tej kontroli nie miała.
Zwykle Ianowi odpowiadał trzask zamykanych przez Lindę drzwi Cadillaca. Teraz odpowiedziała mu cisza i Ian nie miał nic przeciwko temu, by tak pozostało. Odwrócił się, zszedł z ganku i ruszył do samochodu. Żwir znowu przyjemnie chrzęścił pod jego stopami, kiedy stawiał długie kroki. Wcisnął przycisk na breloku kluczyka, światła Cadillaca zamigały. Ian zatrzymał się przy drzwiach, ale żwir nie przestał chrzęścić. Robił to teraz pod małymi, odzianymi w tenisówki stopami.
Sześciolatek wyrwał się matce. Biegł do Iana, a kiedy dobiegł, uderzył go pięścią w udo. Potem kopnął w łydkę. Zamachnął się przy tym tak mocno, że po tym kopnięciu się przewrócił. Upadł pupą na żwir, podparł się rękoma. Kamyki wbiły mu się w dłonie.
— Sam, nie!
Linda krzyknęła, wyrwała się ku chłopcu, ale upadła po zrobieniu trzech kroków. Zaplątała się we własne nogi, upita eleganckim prosecco, które zaczęła sączyć już po obiedzie, skoro to jej były miał odebrać dzieci ze szkoły. Zamiast tego zadzwonił, że jest chory, a Linda z kieliszkiem w dłoni i połową opróżnionej butelki musiała prosić o przysługę matkę. Teraz leżała na ganku, a kiedy podparła się i podniosła głowę, to Ian kucał przy jej dziecku.
— Nienawidzę cię — powiedział Samuel cicho. Patrzył na Iana. Po zaczerwienionych policzkach ciekły mu łzy. Z lewej dziurki nosa leciała woda, zbierała się nad górną wargą. Jeden jasny loczek przykleił się do spoconego czoła. — To przez ciebie mama jest taka. Dajesz jej coś. Dajesz jej coś, przez co ona taka jest — wytknął i oblizał tę zasmarkaną, górą wargę. — Nienawidzę cię.
Ian się nie odezwał. On i Sam patrzyli na siebie jeszcze przez chwilę. Linda nawoływała syna, jednocześnie próbując się podnieść, ale jej krzyki nie docierały ani do chłopca, ani do dilera.
Hunt wyciągnął ręce, złapał sześciolatka pod pachy. Był przy tym tak zdecydowany, że Samuel, choć odruchowo się skulił, pozwolił mu na to. Nie wyrywał się. Ian postawił go na nogi, obrócił tyłem do siebie i żeby było mu wygodniej, przyklęknął na żwirze. Dłonią otrzepał pupę chłopca z brudu i drobniejszego żwirku, a kiedy spodenki były względnie czyste, znowu go obrócił, tym razem przodem do siebie. Bynajmniej nim nie szarpał. Trzymał go za ramiona, prowadził jego ciało pewnie, ale z nienachalnym wyczuciem i Sam poddawał się tej pewności. Kiedy już był zwrócony przodem do Iana, ten złapał go za łokcie, pociągnął ku sobie jego ręce, obrócił dłonie wierzchem do góry. Przytrzymując je, obejrzał najpierw lewą, potem prawą. Kamyki raczej były przyklejone do jego skóry, niż w nią wbite, więc Ian otrzepał także dłonie Samuela. Ten skrzywił się, spodziewając się bólu i to faktycznie trochę bolało, a po kamykach na jego dłoniach pozostały czerwone wgłębienia.
Przytrzymując Samuela za nadgarstki, Ian ponad jego głową popatrzył na ganek. Linda gramoliła się na kolana.
— Puść mnie. — Sześciolatek zaprotestował, spróbował się wyrwać. Dopiero teraz, kiedy poczuł, że przy tym obcym człowieku, którego nienawidził, nie powinien czuć się pewnie. Nie widział matki. Nie widział tego, jak upadła. Jak teraz z trudem się podnosiła.
— Zaraz.
Ian złapał go mocniej. Obserwował Lindę. Chwytając się balustrady, stanęła na nogi. Mocno pochylona, trwała tak przez chwilę, podczas gdy Sam znowu spróbował się wyrwać.
— Puść mnie!
Linda wyprostowała się. Podciągnęła wyżej dresowe spodnie, drżącymi dłońmi wygładziła przybrudzony, biały t-shirt. Przeczesała palcami włosy, odgarnęła je do tyłu, zaczesała za uszy. Odetchnęła głębiej i dopiero wtedy podniosła głowę.
Ian klęczał, trzymał Samuela za nadgarstki. Chłopiec mu się wyrywał, szarpiąc drobnym ciałem.
— Sam! — zawołała Linda i wtedy Ian go puścił. Samuel wystrzelił w stronę matki tak, że mało co, a znowu by się wywrócił. Przeciął podjazd, kamyki strzelały na boki spod jego stóp. Wbiegł na ganek, wpadł w szeroko rozłożone ramiona Lindy. Te, które były pewne i bezpieczne. Te, które zobaczył jako pierwsze, kiedy Ian go puścił i Samuel się obrócił.
Ian podniósł się z kolan, otrzepał spodnie. Wsiadł do Cadillaca, wykręcił z podjazdu i odjechał. Odetchnął dopiero, kiedy żwir przestał chrzęścić pod kołami samochodu.


Please, don't let them see me

Sprawdziłam. Ostatnio pisałam notkę dwa lata temu, więc bądźcie dla mnie wyrozumiali. Dla Iana też możecie tacy być ♥
Cytat w tytule oraz opowiadaniu: Twenty One Pilots - The Line. Znowu (w karcie też jest), bo ta piosenka idelanie pasuje mi do Iana.

06/09/2025

[KP] Your life is your story. Make it a masterpiece

Andrea Wilson
urodzona 13 kwietnia 2002 roku w Nowym Jorku, USA // od 23 lat w LA // wymiana studencka na Columbia University School of the Arts // ostatni rok programu magisterskiego; reżyseria i produkcja // jedna z wielu - adoptowana // córka najwspanialszej Helen Wilson i niezastąpionego Georga Wilsona // metr sześćdziesiąt // na youtubowym kanale "Andrea Singcelli" wrzuca covery popularnych piosenek, do których kręci i montuje teledyski, nie ujawniając przy tym swojego wizerunku.
Och, Andy...
Wie tylko tyle, że urodziła się w Nowym Jorku. Nigdy nie poznała swoich biologicznych rodziców i nigdy nawet nie chciała o nich słyszeć. Jako kilkudniowe niemowlę została oddana pod opiekę rodziny zastępczej, w której została aż do teraz. Uważa się za prawowite dziecko swoich rodziców. Szcześcioro rodzeństwa, z którym się wychowała, uważa za jedyne słuszne rodzeństwo. Zna ich wszystkich na pamięć. Ich oczy, nosy, usta, twarze, a nawet płatki uszu czy kolor skóry i widoczne pieprzyki. Każde z nich jest inne i każde z ich siódemki jest na swój sposób wyjątkowe. Jednak Andy nie może oprzeć się wrażeniu, które towarzyszy jej całe życie, że czegoś jej brakuje. Że w całej wieloelementowej układance brakuje tego jednego, małego puzzelka, którego nie ma ani pod dywanem, ani w pysku niesfornego psa.
Andrea od dziecka chwytała kadry. Goniła za nimi ze starym aparatem, w którym nieustannie trzeba było wymieniać rolki z taśmą. A kiedy pomyślała o zostaniu aktorką, bardzo szybko okazało się, że nawet rola drzewa w szkolnym przedstawieniu wiąże się dla niej ze zbyt wielką tremą. Andy, jeśli tylko może, unika publicznych wystąpień, świetnie za to czuję za kamerą lub w studio, gdzie może całą produkcję złożyć w jedno, epickie dzieło, a warunki pracy znacząco różnią się od domowego chaosu.
Bawi się obrazami, kreuje wizje swiata idealnego, a jednocześnie nie zapomina o tym, że ci, którym zawdzięcza wszystko, czekają na jej pierwszy sukces. Z trudnym do wyjaśnienia uczuciem pustki, wszystko robi z myślą o rodzicach, chcąc im się odwdzięczyć za szansę na naprawdę dobre życie.
code by EMME

04/09/2025

[KP] You're sweeter than a peach

Maxine Riley
urodzona 13 kwietnia 2002 roku w Nowym Jorku, USA // 24 lata // studentka Columbia University School of the Arts // ostatni rok programu magisterskiego na scenopisarstwie i reżyserii // jedynaczka // córka radnego New York City Council z okręgu 12, Kevina i gospodyni domowej na pełen etat, Lucy, a dawnej rozchwytywanej prawniczki // metr sześćdziesiąt w kapeluszu // niski wzrost nadrabia bezkompromisowym podejściem do życia // w wolnym czasie rysuje fanarty do obejrzanych filmów i seriali, które publikuje na swoim Instagramie // I
But you don't know the life of a showgirl
Maxine ma zupełnie zwyczajne życie. Takie, w którym nic nie będzie mogło jej zaskoczyć. Poukładane i przewidywalne. Może dlatego zaczęła układać w głowie scenariusze, których końca często nie potrafi przewidzieć ona sama; które zaskakują, skoro życie jedynaczki i wzorowej uczennicy tego nie robi. Max bynajmniej to nie przeszkadza. Lubi swoje poukładane i przewidywalne życie, w którym podąża od jednego do drugiego punktu, które skrupulatnie sobie wyznacza i lubi pisać scenariusze, które zaskakują już nie tylko ją, ale także wykładowców oraz kolegów i koleżanki ze studiów. I te scenariusze wcale tak bardzo nie stoją w kontraście do życia Maxine, bo są poukładane i przemyślane, a także rozpisane co do każdego punktu, ale przy tym mają w sobie coś nieuchwytnego. Coś, co w dokumencie tekstowym tylko Max potrafi złapać, a potem spiąć początek i koniec zgrabną klamrą, tym samym dając odbiorcom satysfakcję, a co w życiu nadal wymyka jej się z rąk. Nie potrafi spiąć początku z końcem i choć się stara, nie czuje satysfakcji. Ponieważ tak naprawdę, to nie Maxine pisze najbardziej zaskakujące scenariusze, a życie.
code by EMME

[KP] What's the lie, what's the truth

Maxine Riley
urodzona 13 kwietnia 2002 roku w Nowym Jorku, USA // 23 lata // studentka Columbia University School of the Arts // ostatni rok programu magisterskiego na scenopisarstwie i reżyserii // jedynaczka // córka radnego New York City Council z okręgu 12, Kevina i gospodyni domowej na pełen etat, Lucy, a dawnej rozchwytywanej prawniczki // metr sześćdziesiąt w kapeluszu // niski wzrost nadrabia bezkompromisowym podejściem do życia // w wolnym czasie rysuje fanarty do obejrzanych filmów i seriali, które publikuje na swoim Instagramie
What to believe in my life
Maxine ma zupełnie zwyczajne życie. Takie, w którym nic nie będzie mogło jej zaskoczyć. Poukładane i przewidywalne. Może dlatego zaczęła układać w głowie scenariusze, których końca często nie potrafi przewidzieć ona sama; które zaskakują, skoro życie jedynaczki i wzorowej uczennicy tego nie robi. Max bynajmniej to nie przeszkadza. Lubi swoje poukładane i przewidywalne życie, w którym podąża od jednego do drugiego punktu, które skrupulatnie sobie wyznacza i lubi pisać scenariusze, które zaskakują już nie tylko ją, ale także wykładowców oraz kolegów i koleżanki ze studiów. I te scenariusze wcale tak bardzo nie stoją w kontraście do życia Maxine, bo są poukładane i przemyślane, a także rozpisane co do każdego punktu, ale przy tym mają w sobie coś nieuchwytnego. Coś, co w dokumencie tekstowym tylko Max potrafi złapać, a potem spiąć początek i koniec zgrabną klamrą, tym samym dając odbiorcom satysfakcję, a co w życiu nadal wymyka jej się z rąk. Nie potrafi spiąć początku z końcem i choć się stara, nie czuje satysfakcji. Ponieważ tak naprawdę, to nie Maxine pisze najbardziej zaskakujące scenariusze, a życie.
code by EMME

01/09/2025

Wrześniowa lista obecności

Czas na wrześniową listę obecności, która będzie trwać:

od 1września do 5 września,
do godziny 23:59

  1. Na listę obecności zobowiązani są wpisać się wszyscy autorzy, którzy chcą pozostać na blogu. Proszę o wpisywanie się z zalogowanego konta, podając imię i nazwisko postaci oraz, jeśli nie zostało to jeszcze zawarte w odpowiednich zakładkach, wykorzystywany wizerunek oraz wykonywany zawód wraz z przypisanym sektorem
  2. Osoby przebywające na urlopie nie muszą wpisywać się na listę obecności, jeśli jednak macie taką możliwość, jak najbardziej możecie dać znać, że jesteście. Z kolei osoby, których urlop kończy się w trakcie trwania listy obecności, muszą się na nią wpisać.
  3. Na listę obecności muszą wpisać się też autorzy, którzy dołączą na bloga w trakcie jej trwania.
  4. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, listę obecności można zasłonić kartą postaci lub postem fabularnym.
  5. Karty postaci autorów, którzy nie wpiszą się na listę obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych i będą widnieć tam do 10 września włącznie. Po upływie tego terminu karty wraz z mailem zapewniającym dostęp do bloga zostaną usunięte.

31/08/2025

[KP] I think i’m okay



Thea Campbell
Anthea Valentina Campbell-Albonar — 27. 05.2003 rok — Malaga, Hiszpania — w Nowym Jorku od kiedy skończyła 5 lat — córka perkusisty Marcusa Campbella oraz hiszpańskiej aktorki Eleonore Albonar — w 2020 roku zyskała sławę pojawiając się na okładce hiszpańskiego Vouge’a — związana z agencją Ford Models — powiązania, historie i takie tam 

Nowy Jork ma specyficzny zapach. Jest mieszanką wszystkiego — stęchlizny, kawy, dusznego powietrza, które uderza z tunelów metra. Jest jedynym zapachem, który większość osób zapamiętuje na długo. Thea go uwielbia i nienawidzi. Przez ostatnie pół roku zdecydowanie go jej brakowało. Choć morska bryza przyjemnie ochładzała ciało, ciągnie ją jednak do dusznego miasta, pełnego ludzi, trąbiących samochodów, zakorkowanych ulic. Ciągnie ją do nocnego życia, do życia jakie prowadziła te sześć miesięcy temu. Do błysku fleszy, zapatrzonych w nią ludzi, do fałszywych przyjaźni. Chyba lubi, kiedy w jakiś sposób się ją rani. Z ogromną przyjemnością wchodzi po kilka razy do tej samej rzeki, choć wie, że potok jest rwący. Wraca dla niego, bo kieruje nią słabość do jego osoby. I wie, że on dla niej rzuci wszystko, że nie odpuści możliwości, by znów na nowo mieć ją w swoich ramionach. Wie, że ona wybaczy mu wszystko. Wykorzystuje jej naiwność, a ona z lubością oddaje się w jego ręce, choć pewnie za niedługo znów będzie cierpieć. Niektórzy nazwaliby to syndromem sztokholmskim, ona nazywa to miłością, choć tak naprawdę nie wie, jak smakuje prawdziwa miłość.      

Cindy Kimberly na wizerunku, znaleźć mnie można tutaj > pandaczerwona0@gmail.com

01/08/2025

Sierpniowa lista obecności

Czas na sierpniową listę obecności, która będzie trwać:

od 1 sierpnia do 5 sierpnia,
do godziny 23:59

  1. Na listę obecności zobowiązani są wpisać się wszyscy autorzy, którzy chcą pozostać na blogu. Proszę o wpisywanie się z zalogowanego konta, podając imię i nazwisko postaci oraz, jeśli nie zostało to jeszcze zawarte w odpowiednich zakładkach, wykorzystywany wizerunek oraz wykonywany zawód wraz z przypisanym sektorem
  2. Osoby przebywające na urlopie nie muszą wpisywać się na listę obecności, jeśli jednak macie taką możliwość, jak najbardziej możecie dać znać, że jesteście. Z kolei osoby, których urlop kończy się w trakcie trwania listy obecności, muszą się na nią wpisać.
  3. Na listę obecności muszą wpisać się też autorzy, którzy dołączą na bloga w trakcie jej trwania.
  4. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, listę obecności można zasłonić kartą postaci lub postem fabularnym.
  5. Karty postaci autorów, którzy nie wpiszą się na listę obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych i będą widnieć tam do 10 sierpnia włącznie. Po upływie tego terminu karty wraz z mailem zapewniającym dostęp do bloga zostaną usunięte.

26/07/2025

NIE USUWAĆ [KP] my name is whatever you decide


Nyx Hackett

Phoenix Nyx Joanne Hackett, urodzona 31.10.2003 roku w Broken Arrow, w Oklahomie ★ czwarta z piątki rodzeństwa, ma dwie starsze siostry: Estellę i Fridę, brata Harveya, z którym chwilowo dzieli swoje brooklyńskie mieszkanie, i siostrę bliźniaczkę Scarlett ★ uzdolniona hakerka, wciąż na wolności dzięki podjętej współpracy z policją ★ researcher pracujący głównie dla dziennikarzy oraz przynęta do tropienia szemranych typów w internecie ★ nie utrzymuje kontaktu z rodziną poza kilkoma osobliwymi wyjątkami —•— powiązania

——— Splendidly selfish, charmingly helpless
Excellent fun 'til you get to know her ———

Właściwy problem tkwił chyba w oczekiwaniach, bo tych było mnóstwo, choć ostatecznie nie spełniła żadnego. Świat wypełniony był ludźmi, którzy od narodzin usiłowali na nią wpływać — na jej decyzje, poglądy i przekonania. Nie lubiła ani tych prób, ani tych ludzi. Może i była przewrażliwiona, a przez to gdzieś pomiędzy synapsami niewinne uwagi traciły pierwotne znaczenie, przeistaczając się każdorazowo w pełnowymiarowy zamach na wolność. Nigdy nie wykluczała tej opcji, wzruszając ramionami i przyjmując ją do swojego serca tak samo, jak resztę życiowych niewiadomych. I chociaż nie przestała pragnąć zdobyć tej wiedzy, pewności co do wielu spraw, przecież mogła poczekać. W końcu miała na to całe życie; jej własne życie, wydarte zębami i pazurami spod jakichkolwiek oczekiwań. Wraz z tym wydartym życiem zadarła jednak także z rodziną.
Jest jak ptak, który chce poderwać się do lotu i czerpie radość z pogoni za życiem. Marzy o wolności, braku ograniczeń, o tolerancji wobec tego, co nie krzywdzi innych. I uśmiecha się — często, trochę kpiąco, szczerze, szeroko, półgębkiem i całą sobą. Póki co tyle może zrobić. Po prostu uśmiechnąć się do świata, którego sztywne ramy łamie od lat. Powiedzieć: trudno. Popłynąć dalej.

——— Behind her back, her best mates laughed
And they nicknamed her "The Bolter" ———

22/07/2025

2198. Miłość, grzyby i karma

— Ja się zabiję.

Kątem oka spojrzała na Becka, który próbował powstrzymać śmiech. Stali na uboczu tego cyrku. Przeżuwali, głównie w ciszy, żelki z CBD, które podkradli Jude’owi, gdy ten zajęty był szukaniem słuchawek wyciszających. Boże, że też ona o nich nie pomyślała. Nie przygotowała się do tego ani trochę. Sądziła, że łyknięcie tabletek uspokajających będzie wystarczające. Raczej nie istniały takie, które znieczuliłyby ją wystarczająco mocno, a Harper zbyt uważnie się jej przyglądał, aby była w stanie łyknąć niezauważona więcej niż producent zalecił. Miał zdecydowanie zbyt czujne oko, węch i wszystko. Sloane tylko utwierdzała się w teorii, że jej ochroniarz jest nadczłowiekiem. I naprawdę żałowała, że nie wzięła ze sobą tych słuchawek i tego, że Jude nie mógł znaleźć swoich. Nieszczególnie za sobą przepadali, ale może gdyby ładnie się uśmiechnęła i popatrzyła na niego zabiedzonymi, smutnymi oczami to oddałby jej swoje. Warto marzyć, prawda?

Wciąż nie rozumiała, jakim cudem znalazła się w takiej sytuacji. Rano jeszcze była w Nowym Jorku – spędzała czas w najlepsze z koleżankami w klubach, wpadała do studia, pisała nowe piosenki, a przede wszystkim rujnowała sobie życie w sposób, który znała i lubiła, który był dla niej komfortowy. To, co działo się w Arizonie również rujnowało życie, ale było żenujące, a także przerażające.

Wiedziała o tej ceremonii od miesięcy. Broniła się, jak tylko mogła, żeby się nie pojawić. Z tym, że Desmond wiedział, jak ją podejść, a Sloane mimo swojej niechęci do jego obecnego stylu życia kochała ojca i nie chciała sprawiać mu większej przykrości. W pokręcony i nieoczywisty sposób Fletcherowie się kochali. Chyba, bo słowo kocham nie padało między jej członkami. Musiał wydarzyć się cud, aby do tego doszło. Sloane była też pewna, że prędzej wyrwałaby sobie krtań niż okazała ciepłe uczucia w stosunku do swojego przyrodniego rodzeństwa. Z całej piątki tolerowała tylko Becka, a Beck tolerował ją. Jude pisał, gdy się najebał i na odwrót. Z resztą nie miała kontaktu, o ile nie była do tego zmuszona.

Odmawiała pojawiania się na rodzinnych obiadkach, wszelkie święta spędzała w Nowym Jorku lub wygrzewała tyłek na Malediwach – byle z dala od rodzinnych dramatów. Pojawiła się za to na każdym jednym ślubie ojca – tym z Talią, który trwał trzy dni, a skończył się, gdy zmuszeni byli wezwać karetkę, bo któryś z gości przesadził z alkoholem i prochami. Do tej pory nie wie, jakim cudem nikt jej stamtąd nie zabrał, a miała tylko trzynaście lat. Zgodziła się być druhną na jego ślubie z Bethany, który okazał się całkiem uroczym przyjęciem. Jak mogła jej odmówić, skoro popłakała się, gdy ją o to prosiła i snuła wizje bycia najlepszymi przyjaciółkami, które chodzą razem na zakupy, robią wspólnie paznokcie i nakładają maseczki na twarz? W przeciwieństwie do pozostałych Sloane nie miała obiekcji przed ich pierwszym ślubem. Bethany była w porządku, ponad dwadzieścia lat młodsza od Desmonda i z większą dawką daddy issues niż miała Sloane, ale w tamtym czasie nie mogła się do niczego przyczepić. Z tamtą Bethany mogła się zaprzyjaźnić.

Ceremonia i wesele miały miejsce na meksykańskiej plaży z dużą ilością gości, a większość nie miała pojęcia po co, ani dlaczego tam w ogóle są. Największym plusem był dostęp do nielimitowanej tequili, z którą Sloane się za bardzo polubiła i ładny kelner, którego imienia sobie nie przypominała. Pamiętała za to, że nazywał ją mami.

Z każdą kolejną sekundą, Sloane zastanawiała się, czy przypadkiem nieznanego pochodzenia pigułki, które popijała w ostatnim czasie tequilą nie wyżarły jej mózgu. Musiały, bo jak inaczej miałaby wytłumaczyć swoją obecność? Za nic nie chciała być kojarzona z cyrkiem, który odstawiał ojciec ze swoją żoną. Przyleciała więc na ostatnią chwilę do samego końca trzymając go w pewności. Słuchając płaczu jego żony na głosówkach, które wysyłała jej na Instagramie i oglądając zapłakane stories, na których narzekała na niepełną rodzinę, osamotnione i zagubione dusze, a przede wszystkim na zasiane ziarno niezgody, które rujnuje vibe. Cokolwiek to miało znaczyć. Dołączył się do tej emocjonalnej gierki też Desmond, który swoją gadką mógłby nawrócić każdego ateistę. Z tym, że jedyne w co Desmond wierzył to własna wielkość, dobrej jakości trawka i to, że świat i tak pierdolnie z hukiem – najlepiej zanim on zdąży się obudzić. Obserwując go w ostatnich miesiącach do tych wierzeń doszedł różowy kwarc, tarot i uzdrowicielska moc światła księżyca.

Jeśli skończę w podobny sposób, to przysięgam, że się zabiję.

Powtarzała sobie, że kieruje się ciekawością, a nie chęcią bycia aktywnym uczestnikiem ceremonii. Prawdopodobieństwo, że doświadczy takiego wydarzenia drugi raz w życiu było znikome. Poza tym, czym jest kolejna trauma do kolekcji, nie?

Nikt, kto miał odrobinę zdrowego rozsądku, nie mógł uwierzyć, że jest świadkiem tego… Uduchowionego wydarzenia, które ma za zadanie odmienić życie. Nawet nie próbowała być dyskretna w swoich obserwacjach. Ten cyrk jej wcale nie bawił, ale potrzebowała znaleźć sobie jakieś zajęcie. Byle tylko nie patrzeć na ojca, na Bethany… A nie, przepraszam na Fearie Riverstone. Od samego wypowiadania tego imienia chciało się jej rzygać. 

Znowu spojrzała na Becka. I to był błąd.

— Przestań się na mnie gapić. — Syknął przez zęby. Wokół oczu porobiły mu się zmarszczki. Zaciskał zęby, aby się nie roześmiać. — Przecież to jest chore. I obleśne.

— To jest uduchowione, nie rozumiesz. — Odszepnęła. Grupa kobiet wydawała z siebie bliżej nieokreślone dźwięki, które – chyba – miały być nuceniem. Sloane nie była pewna. — Może najpierw musimy otworzyć umysły? Spojrzeć daleeeko…

— To z Pottera, nie?

— Wpasowało się idealnie.

Oboje cicho się zaśmiali, a żeby nie wydać z siebie większych dźwięków zapchali sobie usta kolejnymi żelkami.

Absurd gonił absurd. Gdzie nie spojrzała tam działo się coś.

Całość zaczęła się jeszcze zanim dotarła na szlak. Bo oczywiście nie mogło się to odbyć w restauracji w centrum Los Angeles tylko na cholernej pustyni przy niemal czterdziestu stopniach. Na dole pod czerwoną górą na tych bardziej uduchowionych gości czekały muły. Cholerne muły w lnianych narzutach i wegańskich siodłach. Wolała usmażyć się w pełnym słońcu niż dotknąć się tych zwierząt. Czuła się tak, jakby znajdowała się przy wejściu do piekła. Była też bliska stwierdzenia, że ubranie się na niej topi, a białe sneakersy obcierają z każdej strony. Odmówiła zakładania sandałów, które zaprojektowała na te specjalne wydarzenie Bethany. Przede wszystkim – były obleśne. A po drugie – Sloane nie nosiła sandałów. Miały cienką podeszwę i kilka pasków z ekologicznej brązowej skóry. Patrzyła na osoby, które je na sobie miały i dałaby sobie rękę uciąć, że widziała odparzenia.

Ciężko było dziewczynie pojąć, co takiego właściwie się dzieje. Kim jest większość ludzi i jakie jest ich zadanie. Po dotarciu już na górę goście witani byli przez kobietę o imieniu Aura (pisane przez małe a). Określiła, że znajdują się w „strefie duchowej integracji”, a przed rozpoczęciem dalszej części wydarzenia zobligowana była, aby polać gościom nadgarstki olejkiem palo santo. Sloane, na szczęście, ten zaszczyt ominął. Harper skuteczni zagrodził aurze drogę do Sloane. Zezwolił jedynie na to, aby odebrała różowy kwarc, który każdy z gości musiał cały czas mieć przy sobie.

— Będziecie go potrzebować, gdy Fearie i Desmond złączą swoje dusze w jedno.

Sloane mocno zaciskała zęby, aby nie palnąć czegoś, co należało zachować dla siebie. Żałowała, że tu jest. Mogła, powinna, być w Nowym Jorku. Najlepiej w swoim mieszkaniu, gdzie nikt nie kazałby jej bawić się kamieniami i kadzidełkami i modlić się do księżyca.

Powitana dalej została przez coś co było rytuałem i halucynacją w jednym. Paliło się ognisko. Płomienie sięgały wysoko. Kobiety o nienaturalnie łagodnych głosach, w zwiewnych i prześwitujących lnianych sukienkach. Każda z nich była boso i jedynym pytaniem Sloane było, czy rozgrzany od słońca piasek nie patrzył je w stopy. Rozdawały wodę ogórkową i coś, co zostało opisane jako „księżycowa esencja różowego kwarcu”.

Wszędzie paliły się jakieś kadziła, dzwoneczki porozwieszane były w strategicznych miejscach brzęczały w niesamowicie irytujący sposób. Brzmiały koszmarnie.

Ślub – jak zwał tak zwał – odbywał się na szczycie skalistego płaskowyżu. Było cholernie gorąco, a na domiar złego w powietrzu unosił się zapach przeróżnych ziół oraz dymu. Połączenie przyprawiające o ból głowy.

Beck nachylił się w stronę Sloane, aby wyszeptać:

— Jebie, jak na pogrzebie hipisa.

— Ciężko się nie zgodzić.

Tego wszystkiego było za dużo.

Sabat czarownic – przyjaciółki Bethany/Fearie – tańczyły w kółku nad ogniskiem z wiankami na głowach. Chyba plan był taki, aby coś śpiewały, ale przypominało to raczej wycie kojota. Wśród tych przyjaciółek była też Saffron; najstarsza córka Desmonda, która po przemianie Bethany w Fearie, bo Beth była spoko, dopóki nie zaczęła karmić się energią i słońcem, szybko stała się jej najlepszą przyjaciółką. Obie były równie mocno odklejone. Nienawidziły lekarzy, szczepionek i współczesnej medycyny, a jednocześnie nie przeszkadzało im to, aby szprycować się narkotykami od dilera, którego widziały pierwszy raz na oczy. Czy w tej rodzinie był ktoś, kto nie ćpał? Musiała być przynajmniej jedna osoba, prawda? Czy może jednak cała ich szósta odziedziczyła po ojcu chęć do pakowania w siebie byle gówna?

— Skąd się tu wziąłeś? Nie byłeś przypadkiem w Nowym Orleanie?

— Dostałem ładny czek.

Sloane rozchyliła usta w niedowierzeniu.

— Zapłacił ci? — Wysyczała. Nie ze złości na Becka, a na ojca. Używał na niej swoich manipulacyjnych gierek, a Beck dostał hajs? Tak po prostu? Wcale nie potrzebowała jego pieniędzy, bo radziła sobie świetnie, ale było to zwyczajnie nie fair. — Ile? — Nie tyle co pytała, a żądała odpowiedzi.

Beck wyglądał na dumnego z siebie.

— Pięćdziesiąt koła. — Powiedział spokojnie, patrząc gdzieś w bok. — I kolejne pięćdziesiąt, jeśli dotrwam do końca.

Sloane zamarła. Przez sekundę nie była pewna, czy dobrze usłyszała, czy może to dźwięk tych idiotycznych dzwonków wietrznych miesza jej w głowie.

— Zapłacił ci? — Powtórzyła w końcu wolno, z niedowierzeniem. — Desmond ci kurwa zapłacił?

Beck wzruszył ramionami. Był mistrzem zachowania neutralnej miny, nawet wtedy, kiedy piekło otwierało przed nim swoje wrota.

— Nie chciałem tu być. Tak samo, jak ty.

— Tak samo jak ja? — Sloane parsknęła, krzywiąc się. — Ja tu jestem, bo dałam się wciągnąć w emocjonalne gówno. Na zmianę z Beth przysyłali mi głosówki. Oboje brzmieli, jakby zaraz mieli umrzeć. A ty… Ty dostałeś przelew.

Zacisnęła szczękę i dłonie w pięści. Ostre paznokcie wbijały się w skórę i na krótki moment były miłym odmóżdżeniem się od tego chorego cyrku.

— Właściwie… Wszyscy coś dostali. Poza Saffron, ale ona jest jebnięta. I tobą, bo dałaś się podejść. Trochę żałosne, nie?

— Więc ty, Jude, Ryan i Dahlia dostaliście kasę, żeby tu być? — Gniew tylko w niej narastał. Dała się omotać. Jesteś mi coś winna. Pomogłem ci z karierą. Z nagrodą. — Ja pierdolę. Nie wierzę… Wow, to po prostu… Typowy Desmond, nie? — Prychnęła.

Beck czuł, że nie musi odpowiadać jej na to pytanie. Energię bijącą od Sloane czuć było na kilometr. Wyczuła na sobie spojrzenie jakiejś szamanki, czy kimkolwiek ta kobieta była. Jakby samym spojrzeniem chciała jej przekazać, że musi się w tej chwili uspokoić, bo zaburzy ceremonię. Och, bardzo by chciała. Unosiła już rękę, aby pokazać kobiecie środkowy palec, ale zanim do tego doszło silny, pewny uścisk ją przed tym powstrzymał. Spojrzała na Harpera z wyrzutem. Przeklęła pod nosem i wyrwała rękę z jego uścisku.

Poczuła jeszcze większą potrzebę, aby zrobić coś, co rozwali im ten teatrzyk.

Należało się jednak naćpać przed przyjściem. Może lżej zniosłaby to wszystko.

Zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech. Policzyła w myślach do dziesięciu, aby opanować narastający gniew, który nigdzie się nie wybierał. Obiecała sobie, że ulotni się stąd tak szybko, jak to możliwe. W nadziei, że szybko będzie mogła odlecieć do cywilizacji.

Ruszyli dalej, a okrzyki zachwytu sugerowały, że pojawiła się para młoda. Spiralna ścieżka wyłożona pękami szałwii, z której unosił się dym, prowadziła do małego ołtarza. W pierwszej chwili Fletcher nie rozumiała na co patrzy. Jednak im dłużej spoglądała na kreację przed sobą, tym lepiej rozumiała na co patrzy.

— Kurwa czy to…

— Aha.

— Mocne.

— Porzygam się.

— Zbyt dosłownie wzięli sobie do serca „odrodzenie się”.

Ścieżka prowadziła do tunelu. Tunelu, przez który odrodzić miał się Desmond i Fearie. Tunelu, który na tyle, na ile było to możliwe przypominał… Sloane nie dała rady nawet o tym pomyśleć. Tkanina falowała wokół. W kolorze, który ciężko było określić, ale Bethany na pewno uznałaby to za uterus beige.

Sloane po prostu nie wierzyła.

Zdawała sobie sprawę, że to będzie odklejony „ślub”, ale nie sądziła, że aż tak. Ojciec często miał porąbane pomysły, ale to przebiło wszystko. I Sloane absolutnie nie chciała mieć z tym nic wspólnego. Jak się wypisać z tego przedstawienia? Najlepiej, jak najszybciej. Z tym, że już dawno było za późno, aby jej obecność nie została tu zauważona. Zaproszona była rodzina i najbliżsi przyjaciele, ale nie stało to nikomu na przeszkodzie, aby streamingować wydarzenie na żywo na płatnej platformie. Dostęp za jedyne $69.99, ale tylko na pierwszą godzinę. Kolejne godziny należało wykupić osobno. Wolała nawet nie sprawdzać, ile osób wykupiło do tego dostęp. Gdyby tylko mogła – każdej tej jednej osobie oddałaby swoje miejsce za darmo. Ba, nawet by dopłaciła.

Ceremonia rozpoczęła się od dźwięku instrumentu, którego Sloane nie rozpoznawała. Ciekawość wygrała, a szybkie wyszukiwanie uświadomiło ją, że było to didgeridoo. Instrument dęty australijskich Aborygenów. Co to w ogóle znaczy? Grał na nim kumpel ojca z zespołu, Samuel Harris, którego Sloane dobrze znała. Wiecznie zjarany i wyglądał, jakby nigdy tak naprawdę nie wyszedł z nastoletniej ery. Nie, żeby jej ojciec kiedykolwiek dorósł. Szóstka dzieci, cztery żony i miliony popełnionych błędów. Samuel dmuchał z całych sił, jakby starał się wydmuchać z gości resztki racjonalnego myślenia. I niestety, ale szło mu to dobrze.

Zgromadziło się więcej osób – ci najbardziej zaangażowani w sandałach od Fearie, spoceni od upału i mikro dawki grzybów, których Fearie nie nazywała narkotykami, a „darami Matki Ziemi”. Część nuciła, inni szeptali afirmację do wszechświata czy do innych bożków, które aktualnie są popularne na TikToku. Ktoś rozmawiał z drzewem.

I to wszystko będzie w internecie. Jej fani to zobaczą. Producenci to zobaczą. Musiała uciekać. Natychmiast, zanim odjebie się coś gorszego, a jej reputacja zacznie szurać mordą o dno.

— Ej, patrz. — Beck szturchnął ją w bok. — Koza. Ha, myślisz, że złożą ją na ołtarzu?

Najgorsze było to, że pytał poważnie.

Faktycznie wokół gości spacerowała sobie koza. Zrobiło się dziewczynie zwierzęcia autentycznie szkoda i w myślach już dumała do jakiej organizacji to zgłosić. Przecież to nie mogło być legalne, prawda? Patrzyła, jak koza skubie wiązankę szałwii i ma głęboko to, co się dzieje.

Jakaś influencerka kręciła kolejne stories, robiła live i zachwycała się każdym elementem.

Wtedy pojawili się oni.

Desmond wkroczył jako pierwszy. Czarne, skórzane spodnie opinały się na jego udach, jak zbroja.  Do tego był boso, bez koszulki, tylko z długą peleryną z lnu zawiązaną na jednym ramieniu. Tors pokryty tatuażami z przeszłości i teraźniejszości, których symbolika była zapewne ważna tylko dla niego – lśnił od olejku arganowego i potu. Wyciągnął ręce w górę i spojrzał z wyrazem duchowego uniesienia, które Sloane nazwałaby udarem.

Zaraz dołączyła Fearie.

W luźnej lnianej sukni, powłóczystej, jakby zrobionej z firanek po babci i święconej w świetle księżyca. Głowę zdobił wianek z dzikich ziół. Trzymała bukiet piór, muszli i jednej niezidentyfikowanej rośliny, która mogła równie dobrze okazać się trującym badylem ze „zdrowotnymi” właściwościami.

Oboje stanęli przed tunelem. Bardziej zaangażowani goście zaczęli klaskać i płakać. Zgodnie z instrukcją, wszyscy obecni musieli nucić – co najmniej w tonacji D.

Sloane wymieniła spojrzenia z Beckiem. Oboje mieli miny proszące o szybą śmierć. Oboje tęsknie spoglądali też w stronę przepaści, w którą mieli ochotę się rzucić.

Desmond i Fearie weszli do środka tunelu.

— Od teraz nie jesteśmy już osobno.

— Jesteśmy jednym ciałem, jedną duszą, jednym drzewem życia — dodała Fearie, patrząc mu w oczy z niepokojącą intensywnością.

Sloane starała się wyłączyć, ale nie potrafiła. To wszystko było tak dziwne, że aż fascynujące. Przed ołtarzem na stole ofiarnym leżały pióra, herbata liściasta, stara struna gitarowa i kosmyk blond włosów związany sznurkiem. Dzwoneczki zadrgały mocniej w tej samej chwili, w której Desmond sięgnął po muszlę zapełnioną „esencją wspólnego wcielenia”. Cokolwiek tam było, Sloane nie chciała wiedzieć.

Wzywali na zmianę żywioły, przeszłe życia, przyszłe sny i duchy nieopowiedzianych wersji ich samych. Obiecywali sobie współistnienie pozbawione ego, miłości, która nie ma żadnych oczekiwań, seksu bez ograniczeń – na tę wzmiankę Beck udawał, że wymiotuje, a Sloane chętnie by mu wtórowała, gdyby nie fakt, że jedna z kamer celowała prosto w jej twarz.

Gdzieś z tyłu słyszała szlochanie. Albo śmiech, ciężko stwierdzić.

Fearie zgięła się i wzięła coś ze swojego bukietu. Z tej odległości wyglądało to, jak zwykłe pudełeczko na puder. I chyba faktycznie nim było, bo kobieta otworzyła je i dmuchnęła Desmondowi pyłem prosto w twarz. Różowy, brokatowy proszek mienił się na jego twarzy.

Ta sama szamanka, która na migi kazała uspokoić się Sloane, zaczęła przemówienie.

Długie, nużące. Opowiadając o tym, jak dwie dusze się złączyły, a wszyscy tu są świadkami. Mówiła coś o spirali czasu i światła, falach energetycznych i całej reszcie bzdur, których Sloane nie chciała powtarzać. W tle meczała koza, co brzmiało lepiej niż ujadające jak zraniony lis przyjaciółki Fearie – już nie tańczyły, ale zamknąć się też nie zamierzały. Fearie czytała listy do swoich poprzednich wcieleń, żegnając się z nimi i przepraszając, ale musi wybrać tę prawidłową drogę.

Kulminacja ceremonii „wspólnego odrodzenia” nastąpiła, gdy Fearie i Desmond – przepoceni, otuleni jedwabiem i dymem z szałwii – stanęli na środku kamiennego kręgu. Dźwięki z nikomu nieznanych instrumentów tylko się nagłośniły, a mały sabat Fearie jak mantrę powtarzał coś o obmywaniu się i odrodzeniu.

Dołączył wysoki, chudy mężczyzna w lśniącej, przezroczystej pelerynie – zapewne jakiś trener energii czy innej głupoty – wkroczył między gości, niosąc na ramionach coś.

Nie, nie coś.

Węża.

Ogromnego, białego boa dusiciela, którego w świetle zachodzącego słońca można było pomylić z szalem… dopóki się nie poruszył. Jego ciało błyszczało jak perła, a oczy miały ten nieruchomy, zimny błysk, który Sloane znała z najgorszego koszmaru dzieciństwa.

— O, kurwa nie — wymamrotała i cofnęła się. Ziemia nagle zrobiła się zbyt gorąca, by stać w miejscu. Zbyt miękka. Zrobiła jeszcze jeden krok i wpadła plecami na coś twardego. Pierwszym odruchem było, aby pisnąć, ale rozsądek był szybszy. To James.

Zamknęła oczy. Nie chciała na to patrzeć. Nie chciała tego oglądać.

— Oddychaj.

Ktoś krzyknął, że wąż nazywa się Karma. Niosący go mężczyzna wykrzyczał, że wąż jest symbolem oczyszczenia i transformacji. Coś o pochłanianiu starej energii i przynoszeniu światła. Słyszała śmiech ojca, płacz Fearie. Kiedy otworzyła oczy widziała, jak boa zawisł na szyi ojca niczym błyszczący, żywy naszyjnik.

— Ja to pierdolę. Mam dość.

Ale nie poruszyła się z miejsca, zbyt sparaliżowana strachem, który towarzyszył jej od czternastu lat. Miała osiem lat, kiedy domowym zwierzątkiem nie był pies czy kot, a cholerny boa dusiciel. Przywieziony nielegalnie przez ojca, oczywiście. Któregoś wieczoru „dla żartu” jego kolega z zespołu wypuścił zwierzę. Pamiętała, że leżała na podłodze w swoim pokoju, rysując coś kredkami.   Nie dostrzegła pełzającego w jej stronę białego cielska. Wślizgnął się bezgłośnie, jak śmierć.

Miała tylko niewyraźne przebłyski z tamtego wieczoru. Pamiętała za to oplatający jej kostkę przygniatający chłód, a potem nogę i talię. Krzyki, które zagłuszone były przez zbyt głośną muzykę w salonie. Nie pamiętała kto ostatecznie jej pomógł. Zapamiętała za to, aż nazbyt dobrze czerwone ślady na białym dywanie, panikę matki i ojca, który bardziej przejął się martwym wężem niż nią.

A potem wysłali ją na terapię i udawali, że nic się nie stało.

Sloane odsunęła się od Jamesa i zgromadzenia powoli, jakby nie chciała zwracać na siebie uwagi, ale też nie zamierzała przepraszać za to, że musi wyparować. Minęła klaskające kobiety z sabatu, jakąś byłą dziewczynę Desmonda, gdzieś widziała resztę swojego przybranego rodzeństwa, poza zafascynowaną Saffron, z minami równie obrzydzonymi i przerażonymi, co jej własna. Zatrzymała się dopiero za cieniem dużego, pokrzywionego drzewa. Wciąż słyszała śpiewy, dźwięki dzwoneczków i głos Fearie. Brzmiała jakby śpiewała kołysankę przeplataną z nawoływaniem duchów podczas seansu spirytystycznego.

Wyciągnęła vape’a z kieszeni spodni – małego, różowego z błyszczącą powierzchnią – i przyłożyła go do ust. Zaciągnęła się głęboko. Jagodowy smak rozlał się chłodno po gardle, a po chwili przyszedł mentolowy kop, był jak zimna riposta po zbyt długim dniu. Potrzebowała jakiejś bariery między nią a absurdalną rzeczywistością, która odbywała się za jej plecami.

Zamknęła oczy, zaciągając się po raz kolejny. Węże, tunele, boa na szyi ojca. I to wszystko robili na poważnie. Naprawdę wierzyli, że te pierdolone rytuały im coś dają, a świat będzie łaskawiej na nich spoglądał. Nic się tu nie odradzało. Jedynie jej niechęć do ludzi i własnej rodziny, choć to drugie było, odkąd tylko pamiętała. Otworzyła oczy i spojrzała przez ramię. Boa wciąż uwieszony na Desmondzie rozkładającym ręce jak prorok, śpiewająca do ognia i nieba Fearie. Goście podchodzili jeden po drugim do ogniska i wrzucali jakieś drobne przedmioty – pamiątki po byłych, aby pozbyć się ich energii z życia. Tak to określiła szurnięta szamanka. Stare zdjęcia, bilety do kina, jakiś koleś wrzucił skarpetkę, a ona więcej wiedzieć nie chciała.

— Banda pojebów.

Usłyszała ciche kroki za sobą, ale nie odwróciła się. Wiedziała, że to on. Zaciągnęła się po raz kolejny, przetrzymała chwilę dym w płucach nim go wypuściła. Otworzyła oczy i zobaczyła Jamesa. Typ widział w swoim życiu wiele gówna, ale to musiało przebić wszystko. Stanął przed nią, aby mieć oko na ludzi w razie, gdyby komuś od grzybów odwaliło jeszcze bardziej.

— To… — Zaczął kręcąc głową na boki. — To było coś. Nawet nie mam porównania.

Sloane prychnęła pod nosem, nawet na niego nie patrząc.

— Mówisz, że to nie w standardzie ślubnej etykiety?

— Myślę, że to nie wpisuje się w żadne etykiety.

Spojrzała na niego w końcu. Kamienny wyraz twarzy, który może tylko na moment złagodniał. Pełen profesjonalizm. Nawet w najbardziej odjechanej sytuacji. Przez co on musiał w życiu przejść, że nie reagował w żaden sposób? Nie dowie się. Próbowała to z niego wyciągnąć wiele razy. Mroził za każdym razem wzrokiem i ucinał temat. Wrażliwiec.

James czekał na znak od Sloane. Cierpliwie, bez pytań.

— Mam w dupie te całe odrodzenie, ale… — Głos się jej załamał. Nie dlatego, że było jej przykro. Ze wściekłości. — Ale nie zamieniłam z nim słowa. Przyleciałam na cholerną pustynię, przeszłam przez ten jebany tunel i…

— I co?

Zacisnęła szczękę. Kiedy spoglądała w stalowe oczy mężczyzny widziała spokój, rozsądek i nieme „wystarczy”. Odetchnęła głęboko, zaciągnęła się jagodowym powietrzem jeszcze raz.

— Auto jest gotowe. Za godzinę będziemy w powietrzu.

Wsunęła vape’a jeszcze raz do ust. Bardziej nerwowo.

— Do Nowego Jorku — powiedziała z ulgą — gdzie ludzie nie rozmawiają z księżycem.

— Wypiję za to.

— Pijesz? Nie powiedziałabym.

— Nie, kiedy jestem na służbie. A z tobą… jestem cały czas.

Przewróciła oczami, a usta wygięła w uśmiechu. Ledwo widocznym, ale jednak.

— Zabierz mnie do domu, James.

Próbowała nie patrzeć na to, co działo się za nią. Musiała od tego odpocząć, a prawdziwy cyrk dopiero się zacznie, kiedy media będą o tym wrzeszczeć. Przecież jej publicystka dostanie wścieku. I pewnie już pisała oświadczenie, aby Sloane odciąć od tych oczyszczających ceremonii.

Zawahała się na moment przed odejściem.

— Beck na pewno chce zostać?

— Beck chce dostać sto tysięcy. Myślę, że nic mu się nie stanie. I chyba mu się to podoba.

— Nie ma nic do stracenia, nie?

— Idziemy, Sloane.

Nie miała sił, aby się kłócić. Zejście z tej pieprzonej góry zajmowało dwadzieścia minut. Była odwodniona, przegrzana i wkurwiona. Gotowa, aby się rozpłakać na widok auta, które powitało ją wygodnymi skórzanymi siedzeniami i klimatyzacją, a przede wszystką zgrzewką schłodzonej wody, do której się dorwała od razu. Żadnej wody ogórkowej święconej przy księżycu.

— A gdzie…

— Coca-Cola Zero jest w lodówce.

— Dzięki, J.

Wtuliła się w chłodne siedzenie. Otworzyła lodówkę, aby wyjąć z niej puszkę coli. Wieczko otworzyło się z cichym syczeniem. Prawie, jak znak, że zaraz wszystko wróci do normalności. Auto cicho mruczało. Zostawiała za sobą ten syf, tych ludzi. Wracała tam, gdzie może rzeczywistość nie jest prosta, ale należy tylko do niej. W Nowym Jorku kierowała swoim chaosem. Podejmowała nieprzemyślane, głupie decyzje, ale były jej. Nie Desmonda. Nie Bethany. W milczeniu wypiła całą puszkę. Nikt się nie odzywał i ta cisza była cholernie kojąca.

Zawiesiła wzrok na siedzącym przed nią mężczyźnie.

— Zrobiłabym coś głupiego.

James nawet nie drgnął. Był żołnierzem. Profesjonalistą. Zapanowała między nimi cisza. Sloane uparcie czekała na odpowiedź.

— Nie zaliczam się do głupot.

Sloane uśmiechnęła się bez cienia radości. Był to raczej zmęczony, cyniczny uśmiech. Tak, James nie był głupotą, którą chciała zrobić. Był na to zbyt poważny. W Nowym Jorku miała masę głupot do popełnienia. Takich, które pomogą jej o tym koszmarze zapomnieć.

— Szkoda. Byłoby fajnie.

— Napij się wody, Sloane.

Już się nie odzywała. Skupiała się na drodze powrotnej, zimnej wodzie i trochę na Jamesie, który wiedział, że czasem najlepszym gestem troski jest nic nie robić.  

***

Jest długo. Niepoważnie. Chaotycznie.

Koza i wąż mają się dobrze, a przynajmniej jeden z nich.