Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Flurry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Flurry. Pokaż wszystkie posty

22/09/2022

[KP] Devil is back

Lucas Alexander Black



The most dangerous creation of any society is the man who has nothing to lose.
Lucas Devil Black
|Data urodzenia: 4/12/1989| Miejsce urodzenia: New York, USA
|Miejsce zamieszkania:Upper East Side|
|Aktualnie: Prezes w kancelarii Richardson&Black| Hobby: Gra na fortepianie|
|Największa słabość: ex-narzeczona Elaine|

I've become a real Devil who doesn't miss his humanity.
I miss someone who will never come back and who took my heart forever.
Każda decyzja w życiu niesie ze sobą konwencje. Każda bez wyjątku, nawet jeśli stojąc przed wyborem, wycofujemy się z niego, to też podejmujemy decyzję. Czym szybciej się z tym pogodzimy, tym mniej będziemy obarczać los za swe niepowodzenia. Nikt nie rzuca nam kłód pod nogi znienacka - sami wybraliśmy, by iść tą dokładnie drogą, a czy był to świadomy wybór, czy ucieczka przed czymś innym, to nie ma większego znaczenia. Konsekwencje same w sobie potrafią być ledwo dostrzegalne lub też tak spektakularne, że na zawsze już odmienią nasze życie. Niestety nie każdy ma możliwość, by od razu dostrzec czy przewidzieć to, co będzie po.

W przeszłości dokonał niewłaściwych wyborów, nie docenił przeciwnika, przez co zginęła jego córka. Sześcioletni Aniołek, który miał jeszcze całe życie przed sobą, został bestialsko zamordowany, a on nie mógł nic z tym zrobić. Gdy maleńka główka przyzdobiona blond włosami opadła bezwładnie, jego serce pękło. Demony poczucia winy i nieopisanej wściekłości wzięły resztki jego serca w posiadanie, by przekuć je w chęć zemsty. Powolnej, idealnie wykalkulowanej zemsty.

Od razu po pogrzebie Clarissy, a także bez pożegnania z miłością swojego życia, wyleciał do Rosji. Nie chciał niczyjej pomocy, urwał kontakty, by samemu nieść sprawiedliwość. Sukcesywnie eliminował członków mafii, która to odważyła się porwać, a następnie zabić najcenniejszą istotę w jego życiu. Nigdy nie bał się brudnej roboty i choć kiedyś starał się załatwiać sprawy po cichu przez wzgląd na piastowane stanowisko, teraz nic go nie powstrzymywało. Obierał sobie cel, torturował i zabijał, a następnie wstawał do pracy w podrzędnym ośrodku pomocy prawnej dla osób w potrzebie. Wypracował sobie nową rutynę i nie zapowiadało się na to, by chciał wrócić do Nowego Jorku.

I made the mistake of leaving you alone.
I'll do anything to keep you safe and mine again.
Po ponad roku wrócił, gdy tylko usłyszał, że Elaine Egale wpakowała się w nie małe tarapaty. Nie mógł pozwolić, by i jej coś się stało. Opuścił ją, bo sądził, że tym sposobem daje jej ochronę. To, jak bardzo się mylił dotarło do niego, gdy zobaczył ją poturbowaną nie na żarty. Strzały, adrenalina i znów czuł się jak ryba w wodzie. Nie miał litości i wiedział, że sprawę trzeba będzie doprowadzić do końca. Wspólnymi siłami z najbardziej upartą osobą na świecie, jaką jest Elaine Eagle, udało im się rozbić potężną szajkę, zajmującą się głównie sprzedażą kobiet i sutenerstwem. Wpakowali kilka parszywych mord do więzienia, a przy tym wysłali Blacka Seniora na przedwczesną emeryturę.


Niechętnie wrócił na stanowisko głównego prezesa Richardson and Black, by upewnić się, że ojciec nie zataił przed nim innych szemranych interesów. W mieście szybko rozeszła się wieść o jego powrocie, a także tym, jak przywitał się z tymi, którzy działanie według litery prawa mieli głęboko w nosie. Budzi respekt jeszcze większy niż przed wylotem do Rosji. Jego postura, jak i wypełzające spod rękawów koszuli tatuaże niejednemu dają do myślenia o tym, co też działo się z szatynem przez ten rok. Lucas postanowił już nigdy nie opuszczać pewnego blondwłosego skarbu, gdzie ona, tam i on, nawet jeśli ma go za to zdzielić po głowie.

Czy w pełni okiełznał demony? Czy będzie w stanie zbudować coś na pozostawionych zgliszczach, i co ważniejsze, czy ci, z którymi za granicą prowadził otwartą wojnę, mieli tak łatwo o nim zapomnieć? Nie mógł być pewien odpowiedzi na żadne z tych pytań, jednak wiedział, że nadal ma o co walczyć i że tym razem będzie gotowy!


[Dzien dobry! Po ponad rocznej przerwie postanowiłam wrócic z Lucasem na bloga i tym razem nie planuje szybko zwijac manatków :) Serdecznie zapraszam do wątków, jak i powiazań, w końcu rok go tu nie było, to wiele się mogło zmienić! ;)]

06/12/2021

[KP] To be your friend was all I ever wanted; to be your lover was all I ever dreamed

Charlotte Lester
How it started...
Dawno, dawno temu za bezkresnym oceanem, niewielkim lasem i nieopodal przytulnego miasteczka znajdował się dom, w którym nigdy nie brakowało zrozumienia i miłości. Mieszkała w nim zwyczajna rodzina, której codzienne bolączki raczej nie urastały do rozmiaru wielkich kłód pod nogami. Radzili sobie z nimi indywidualnie lub też, gdy wymagała tego sytuacja działali wspólnie jak dobrze naoliwiona maszyna. Mieli swoje lepsze i gorsze dni, ale parli do przodu. Wspierali się, szanowali, a co ważniejsze darzyli niepodważalną miłością. Anthony i Grace jako małżeństwo oraz jako rodzice dokładali wszelkich starań, by nigdy niczego nie brakowało w domu i by pokazać pociechom, że osiągnięcie szczęścia wymaga pracy każdego z osobna. Christopher i Charlotte jako rodzeństwo i potomkowie państwa Lester byli wdzięczni, ale też nie jedno mieli za uszami, jak to dzieciaki! Za młody sprzeczali się o zabawki, kłótnie wybuchały kilka razy w ciągu jednego dnia. Na ratunek przychodzili rodzice, którzy, choć czasem opadały im ręce, doprowadzili do tego, że z biegiem lat trudno było spotkać bardziej zżyte rodzeństwo. Upływający rok za rokiem zbliżał ich wszystkich do rozstania. Nikt nie chciał podcinać skrzydeł młodej Angielki, więc gdy ogłosiła, że jej wymarzona uczelnia znajduje się w Nowym Jorku zarówno Anthony, Grace, jak i Christopher okazali się dużym wsparciem. W zaciszu swych pokoi czuli, że będą tęsknić, a pewnie i nie jedna samotna łza spłynęła po policzku, gdy jedna z ich czteroosobowej brygady już wyfrunęła z domu. Nie tak dawno, bo jakieś sześć, siedem lat temu, a jednak wydaje się to jak odległy sen, Charlotte przyleciała do Nowego Jorku, by spełnić swoje marzenie. Zaczęła studia, chwytała się każdej dorywczej pracy i mimo naprawdę świetnej organizacji czasu ledwo wiązała koniec z końcem. Nie chciała się poddać, nie mogła! Musiała ściągnąć z oczu różowe okulary i wyjść naprzeciw temu, co było poza zasięgiem jej wzroku, gdy mieszkała w Southampton. Zaczęła dostrzegać paskudna naturę człowieczeństwa, jego wady i obłudę, która rządziła światem o wiele sprawniej niż ktokolwiek chciałby głośno przyznać. Chowając dumę oraz poczucie obrzydzenia do kieszeni zaczęła prace w klubie go-go. Niemal naga wiła się przed oczami obcych ludzi, tylko po to, by móc utrzymać się na studiach bez finansowej pomocy ze strony rodziców. Zamknęła swe serce przed innymi, bo nikt nie wydawał się wart zaufania, gdy prowadziła podwójne życie. Nie chciała, by ktoś dowiedział się, gdzie pracuje, nie chciała, by oceniania ja przez pryzmat pracy do której zmusiła ja sytuacja… Chciała o tym nie myśleć. Po kilku nieprzyjemnych incydentach zaczęła trenować krav magę, która okazała się częściowym lekiem na to całe zło. Wyzywała się na macie i już nie była taka bezbronna, jakby się mogło wydawać. Zaczynała dostrzegać światełko w tunelu, a po otrzymaniu awansu za bar, niemal skakała z radości. Skończyła studia i nie wiedzieć kiedy w jej otoczeniu pojawiły się osoby, które z czystym sumieniem mogła nazwać przyjaciółmi. Mimo, że większość nie miała pojęcia o jej przeszłości, to i tak czuła, że może na nich liczyć w każdej, nawet najbardziej absurdalnej sytuacji. Niepostrzeżenie otworzyła również swe serce na o wiele silniejsze uczucie, do którego myślała, że nie będzie już zdolna. Zakochała się i pierwszy raz nieśmiało wypatrywały przyszłości. Dostała wymarzona prace, miała u boku mężczyznę, z którym spodziewała się dziecka. Ta jednak znów zabarwiła się w odcieniach szarości… Została sama, całkiem sama w dziewiątym miesiącu ciąży. Nie wiedziała co powinna zrobić, ale nie mogła się poddać, bo walczyła dla kogoś, kogo jeszcze nie było na tym świecie. Nie chciała nikogo obarczać swoimi problemami, lecz oto po raz kolejny przekonała się, że na całym świecie – poza jej rodziną – jest jeszcze jedna dusza, która zamierzała przy niej trwać, nawet za cenę własnego wolnego czasu. Jerome Marshall – wieloletni przyjaciel, jej Sunbeam bez zawahania wkroczył tworząc ich wspólną codzienność, bo najwyraźniej czuł, że inaczej mogłoby jej tu już nie być. Rozważała powrót do domu – na stałe, choć serce zostawiłaby w Nowym Jorku. Teraz nie musiała, bo nie była już sama. Miała swojego przyjaciela. Nie wiedziała kiedy dokładnie zaczęła spoglądać na niego inaczej, czy nastąpiło to jeszcze w trakcie ciąży, czy tuż po porodzie, ale uparcie trzymała swe uczucia na wodzy. Nie chciała, by podrygi jej okaleczonego serce zaprzepaściły to co do tej pory wypracowali. Nie chciała go stracić, ponieważ sama ta wizja boleśnie odbijała się echem w jej wnętrzu. Potrzebowała go i choć sądziła, że jest to samolubne, była gotowa okłamywać jego i samą siebie, że przecież nic się nie zmieniło, jeśli to miała być cena za jego obecność w ich życiu – jej i córeczki Aurory. Wtem wystarczył jeden świąteczny wieczór, jeden, który miał być tylko spędzeniem wspólnie czasu, a okazał się przełomem w ich relacji. Oboje przekroczyli granice i zrozumieli, że to co ich łączyło wychodziło poza ramy zwykłej, nawet najlepszej przyjaźni. Niepewnie, ale wspólnie stawiali kroki w tym co można by nazwać spotykaniem się. Byli oni i Aurora, która tylko sclaa cih uczucie.
How it is going...
Teraz Charlotte nie wyobraża sobie życia bez ukochanej córeczki Aurory i mężczyzny, który na nowo pokazał co to znaczy kochać i być kochaną – Jeroma Marshalla. Oto zaczynali zapisywać kolejne kartki ich wspólnej historii, jednak bez obawy, by tych miało im zabraknąć. W bajkach właśnie teraz padłoby żyli długo i szczęśliwe, i choć to wcale nie rozmijało się z prawdą, to rudowłosa nie zamierzała na tym poprzestawać. Chciała delektować się teraźniejszością i bez obaw spoglądać w przyszłość. Życie zatoczyło naprawdę dziwne koło, bo oto znów znajdowała się w domu,w którym nie brakowało zrozumienia i miłości.
code by EMME

05/12/2021

[KP] I realized I’m in love. It's always been right in front of me

Charlotte Lester

Od najmłodszych lat przejawiała oślą upartość, która to nie pozwalała poddać sie w połowie obranego celu. Nie raz, nie dwa wplątała się przez nią też w kłopoty, jednak miała najbliższych, na których zawsze mogła liczyć. Była - i nadal momentami jest - optymistką z głową pełną szalonych pomysłów, która, nauczona doświadczeniem, nie zapomina stąpać twardo po ziemi. Zaczynając swoją przygodę w Nowym Jorku, musiała odbić się od dna, złamać wiele swych zasad, a dumę oraz wstyd schować głęboko do kieszeni. Każdy kolejny taniec na rurze, każdy kolejny trening krav magi i kolejny drink kształtowały ją na nowo. Nie była już tylko Lottą, która wiecznie chciała tworzyć kolorowe prace, która znajdowała inspiracje gdzie tylko się dało, ale stała się kimś, kto nie bał się samemu rzucać wyzwania. Może czasem faktycznie igrała z ogniem, ale nie sparzyła się jeszcze na tyle mocno, by z tego zrezygnować. Każda jedna kłoda pod jej nogami doprowadziła ją do tego miejsca i choć czasem chciało jej się wyć z bezsilności czy frustracji, nie cofnęłaby się w czasie, by cokolwiek zmienić. Nie sądziła, że los będzie dla niej takim srogim nauczycielem, który w najmniej oczekiwanym momencie postanowi ją nagrodzić. Po kilku latach zrozumiała, że nie jest w stanie funkcjonować bez bliskich dusz, bez osób, które nie będą pytać, co się stało, ale po prostu będą. Nauczyła się też, że przyjaźń to ciężki kawałek chleba, gdy nie jest darowna pod postacią brata od urodzenia. Wie też, że jej się poszczęściło, bo odnalazła w tej miejskiej dżungli ludzi, za którymi bez wahania wskoczyłaby w ogień. Jeśli chodzi o nieco inne związki, to niestety eksperyment, na który świadomie się zdecydowała kilka miesięcy wcześniej, krótko mówiąc nie wypalił. Dość szybko musiała przejść z trybu planowania przeprowadzki do rozpakowywania pudeł w swoim starym mieszkaniu i rzeczywistości, w której okazało się, iż jest samotną matką. Może nie do końca samotną, ponieważ zyskała nieocenią pomoc przyjaciela, który ratuje ją od tego, by nie zapakowała walizek i nie wyleciała do Anglii. Czułaby się wtedy jak przegrana, ponieważ Nowy Jork stał się dla niej domem, który sama dla siebie wybrała - siebie i swojej córki. Ma czasem takie dni, gdy pragnie uciec - od płaczu, pieluch, czy organizacji każdego dnia tak, by ze wszystkim się wyrobić. Tęskni za całkowitą wolnością, ale jednocześnie spogląda z czułością na śpiącą w jej ramionach Aurorę. Ten mały człowiek stał się dla niej najważniejszą osobą na tym świecie. Nawet, gdy snu ma jak na lekarstwo, kocha ją całym sercem i nie zmieniłaby swojej decyzji, którą podjęła, dowiądując się o ciąży. Zaczeła nowy rodział, lądując na dnie z kubłem zimnej wody wylanej na głowę, lecz wiedziała, że z pomocą da radę stanać na nogi. Nie pierwszy, nie ostatni raz.... Teraz czuje, że nareszcie ma pełnie władzy na sterem, choć nie zawsze jest w stanie przewidzieć przeszkodzy na swojej drodze. Niekóre poturbują jej statek, po innych przepłynie nawet nie zdając sobie z nich sprawy, jednak nie pozwoli, by któraś zatrzymała ją na dłużej. Ma dla kogo wlaczyc, ma też wsparcie, więc niczego więcej jej nie potrzeba.
NC

09/05/2021

2166. Sometimes we need to lose something to understand its value

 "Whiskey, like a beautiful woman, demands appreciation. You gaze first, then it’s time to drink.” 
– Haruki Murakami
Trzy/cztery lata wcześniej...
Każda decyzja w życiu niesie ze sobą konwencje. Każda bez wyjątku, nawet jeśli stojąc przed wyborem, wycofujemy się z niego, to też podejmujemy decyzję. Czym szybciej się z tym pogodzimy, tym mniej będziemy obarczać los za swe niepowodzenia. Nikt nie rzuca nam kłód pod nogi znienacka - sami wybraliśmy, by iść tą dokładnie drogą, a czy był to świadomy wybór, czy ucieczka przed czymś innym, to nie ma większego znaczenia. Konsekwencje same w sobie potrafią być ledwo dostrzegalne lub też tak spektakularne, że na zawsze już odmienią nasze życie. Niestety nie każdy ma możliwość, by od razu dostrzec czy przewidzieć to, co będzie po. 

Wchodząc do jednego z wielu nowojorskich klubów znany i szanowany Lucas Black nie podejrzewał, że począwszy od tego wieczoru, jego życie będzie się powoli wywracać niemal o sto osiemdziesiąt stopni. Kolejny piątek skreślony z kalendarza, wilgoć w powietrzu były dowodem na to, że kilka godzin wcześniej na zewnątrz panowała burza, a słońca chylące się ku zachodowi dawało początek upragnionemu weekendowi. Mężczyzna nie miał bladego pojęcia o tym, jak bardzo matka natura postanowiła zagrać na nosach wszystkich tych, którzy późnym popołudniem wybrali się na piknik do Central Parku. Spędził niemal kilkanaście godzin w zamknięciu - najpierw w swoim gabinecie, następnie na sali sądowej. Czy tak jak większość z ulgą opuszczał swoje miejsce pracy? Nie do końca, ponieważ kochał to, co robił. Analizował sprawy, klientów i swoich przeciwników, by po raz kolejny bez większego wysiłku odnieść zwycięstwo. Był cholernie dobry w tym, co robił, i mało kto miał co do tego wątpliwości, a niewielu w ogóle chciało podjąć się jakiejkolwiek biznesowej konfrontacji z Blackiem. On za to szukał wyzwań, by poczuć ten uzależniający dreszczyk emocji. 

Dokładnie w momencie przekroczenia progu lokalu na telefon przyszło powiadomienie o pokaźnej sumie zasilającej jego konto. Wywiązał się z umowy i doceniał, że klient również nie ociągał się ze spłatą do umówionych dwóch tygodni. Nie brakowało mu pieniędzy, jednak lepiej świętowało się zwycięstwo ze świadomością kilku zer więcej w banku. Wyjątkowo dzisiejszego wieczoru postanowił wypić kilka szklanek whiskey samotnie i - kto wie - może znaleźć jakieś damskie towarzystwo na jedną noc. Bez zobowiązań, ot czysta wymiana przyjemności i małe rozruszanie spiętych mięśni po godzinach siedzenia za biurkiem. Przewiesił marynarkę na oparciu krzesła, rękawy czarnej koszuli podwinął do łokci, a jeden guzik przy kołnierzyku zostawił odpięty. Szybkim ruchem dłoni przywołał barmana, który bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z tego, kto i co zamierza zamówić. Black bywał tu nie raz, nie dwa, więc już po chwili w jego dłoni spoczywała szklanka z whiskey on rocks. Uważnym wzrokiem śledził bawiących się ludzi, jakby szukając swojej potencjalnej ofiary.  Ci, z którymi się spotykał na co dzień, byli skrzywdzeni lub też przeżarci złem do kości, więc obecni tutaj nieznajomi, beztrosko tańczący, wydawali się mu jak bajeczka na dobranoc. Chciał wierzyć, że tych dobrych jest znacznie więcej niż obłudnych, chociaż coraz częściej w to wątpił. Gdy skończył mu się alkohol, odwrócił się z powrotem do baru. Nim jednak zdążył zamówić następną kolejkę, ta sama pojawiła się w dłoni, a do jego uszu dotarł dziwnie znajomy głos.

 Panie Black… ciężki tydzień? — zapytała i uśmiechnęła się do niego wyzywająco nieprzeciętnej urody blondynka.  — Robi pan reklamę temu miejscu. Powinnam zaprosić pana do siebie… to byłby szybki i tani sposób na wypromowanie mojego lokalu – dodała, nim szatyn był w stanie połączyć głos, twarz i majaczące gdzieś z tyłu głowy imię czy nazwisko. Faktycznie jego ostatnia sprawa przyciągnęła uwagę reporterów, którzy przedstawiali go jako jedynego sprawiedliwego w tym skorumpowanym światku. Zdecydowanie taka łatka nie szkodziła jego reputacji, ale bardzo go bawiła. Wiedział bowiem, ile sam miał za uszami, i choć swoje czyny mógł tłumaczyć działaniem w dobrej wierze, to nie zawsze udawało mu się przestrzegać litery prawa. Z racji zajmowanej pozycji mógł pozwolić sobie na nieco więcej niż przeciętny Smith.

— Panno Eagle, czemuż zawdzięczam to spotkanie?  w końcu zapytał, unosząc jedną brew ku górze. Nie znał jej za dobrze, bo, powiedzmy sobie szczerze, wypicie paru lampek szampana na bankiecie raz na kilka miesięcy nie czyniło z nich przyjaciół. Po prostu się znali i mogli powiedzieć sobie "dzień dobry", mijając się na ulicy. Lucas musiał jednak przyznać, że kobieta przyciągała męskie spojrzenia i trudno byłoby jej nie zapamiętać.

— Cóż, nie otrzymałem nigdy zaproszenia do pani lokalu, a mogłoby się okazać, że przypadłby mi do gustu. — Najwidoczniej ofiara dzisiejszego wieczoru znalazła go sobie sama. Tak przynajmniej myślał Black, uważnie przyglądając się córce sławnych Eagle'ów. Ta niewinna wymiana zdań była tylko początkiem czegoś, czego z całą pewnością nie mógł przewidzieć. Gdy kolejne słowa padały z ust jednej czy to drugiej strony, Lucas czuł rosnące w powietrzu wyzwanie. Zamierzał się go podjąć, nawet jeśli wygraną miał się okazać jedynie wspólny taniec na zapełnionym parkiecie.

— Uczyni mi pani tę przyjemność? — Szarmancko wyciągnął ku niej dłoń, tym samym zapraszając na parkiet. Z głośników zaczął wypływać rockowy kawałek, który aż prosił, by wstać z miejsca. — Jeśli pani ze mną zatańczy, gwarantuję odpowiednią reklamę pani lokalu. — On nigdy nie rzucał słów na wiatr, więc blondynka nie miała kompletnie nic do stracenia, a nawet mogła zyskać coś, czego rzekomo chciała.

— Nie mogłabym odmówić w takiej sytuacji. Pozytywnej reklamy lokalu nigdy na wiele — odpowiedziała żartobliwie i spojrzała na niego z naturalnym entuzjazmem. Nie zwlekał ani chwili i poprowadził ich niemalże na sam środek parkietu, bo tam było najwięcej wolnego miejsca. Ludzie często unikali oświetlonych punktów, gdyż mieli wrażenie, że każdy z obecnych ich obserwuje, lecz jemu to nie przeszkadzało. Ba! Wręcz przeciwnie chciał, by zobaczyli, jak powinno się poruszać do takiej muzyki.

— Jest pani gotowa? — szepnął jej do ucha, gdy przyciągnął partnerkę do siebie, odpowiednio ustawiając oba ciała. 

— Oczywiście, panie Black — odszepnęła w odpowiedzi i spojrzała mu niemal radośnie w oczy.

Kiedy z głośników poleciał mocniejszy, szybszy i pełen pasji dźwięk, bez wahania zakręcił kobietą tak, że utorowali sobie jeszcze więcej przestrzeni. Nie puszczał jej nawet, gdy wirowała, ponieważ jedną dłonią oplatał delikatnie, lecz stanowczo jej talię. Patrzył blondynce prosto w oczy, przyciągał do siebie, by znów odsunąć wprawiając w obroty. Utwór znał bardzo dobrze, więc w kulminacyjnym momencie...

—Trzymaj się. —Uśmiechnął się zabójczo, a następnie uniósł kobietę tak, że górowała nad nim o co najmniej głowę. Była zadziwiająco lekka, co tylko ułatwiło poruszanie się do ostatnich taktów. Delikatnie niczym szklaną lalkę postawił Elaine przed sobą. Oddech miał przyspieszony, ale to nie wysiłek fizyczny był tego powodem. Bez względu na to, jak bardzo próbował, nie potrafił oderwać od niej wzroku. W tańcu liczyli się oni, a rzadko zapominał o tym, co działo się wokół niego.

— Jestem Lucas. — Wyciągnął w jej kierunku dłoń, by oficjalnie przejść na wygodniejszą formę komunikacji. Czekał na jej odpowiedź z zawadiackim uśmieszkiem. 

— El — odparła i zdecydowanie uścisnęła jego dłoń. Jej ruch był pewny, ale stanowczo nie przypominał męskiego chwytu. Podobało mu się to równie bardzo, jak iskrzące oczy, pełne usta czy kropelki spływające w zakamarki kuszącego dekoltu. — Miło mi cię poznać — dodała wesoło i mrugnęła do niego. 

Wchodząc do tego klubu po kolejnej wygranej sprawie, nie spodziewał się, że będzie go opuszczał w towarzystwie kobiety, której nie tylko nie mógł rozłożyć na czynniki pierwsze podczas całego wieczoru, ale również na kolejnych spotkaniach. Nie wiedział, w czym tkwił jej urok, a może mroczny sekret, lecz czuł niedosyt. Był on na tyle duży, że nie wystarczyła zmiana lokalizacji, przetańczone godziny, wypity alkohol ani zakończenie świętowania w łóżku. Podjął szereg decyzji, których konsekwencje choć nie były widoczne na powierzchni, miały na zawsze zmienić jego codzienność. Miały zmienić go i uczynić słabszym, w oczach przeciwników.


"She has become my weakness. She has become my strength. She became my world first and foremost"

Lucas nigdy nie narzekał na brak interesujących zajęć, ponieważ gdy w jego życiu osobistym wkradało się zbyt dużo monotonii, wybywał za miasto z przyjacielem nieco zaszaleć. Bez zbędnych ustaleń dawali się ponieść chwili w towarzystwie kobiet, których imion nawet nie starali się zapamiętać. Gdy natomiast stagnacja pojawiała się w życiu zawodowym, Black za wszelką cenę starał się sam znaleźć  sprawę, która do reszty go pochłonie. Takim sposobem potrafił znikać dla świata na tygodnie, a nawet miesiące, by doprowadzić do satysfakcjonującego go finału. To nie zawsze klient miał rację i wielu już się zdziwiło, gdy nagle w połowie współpracy szatyn odkrywał, że broni kogoś, kto nie jest niewinny, i przedstawiał w sądzie obarczające go dowody. Łamał umowę, tracił pokaźne sumy i słuchał kazań prezesa - swojego ojca - jednak kilka dni później znajdywał dla kancelarii nowego klienta wartego nawet więcej niż ten, którego stracili. Bilans prawie zawsze wychodził na plus i dlatego zarząd przymykał oko na jego fanaberię - poszukiwanie sprawiedliwości za wszelką cenę. Nikt nie zadawał niewygodnych pytań, choć domyślano się, że Lucas często działał w szarej strefie, a nawet i poza nią. Nie było pytań, nie było też odpowiedzi, a tym samym żadnych dowodów. Na sali sądowej czy w terenie czuł się jak ryba w wodzie. Nie lubił zostawiać czegoś kwestii przypadku. Wiedział, jak kontrolować sytuację, jak być kilka kroków przed przeciwnikiem i nie dać się nagle zaskoczyć. Cenił sobie lojalność, a dzięki temu mógł liczyć na szeroką gamę kontaktów, które sprawnie wykorzystywał, gdy zachodziła potrzeba. Słusznie wyznawał w życiu zasadę, że nie ma nic za darmo i starał się nie pozostawać nikomu dłużny, lecz nie wszystko tak łatwo było spłacić.

Wiele rzeczy uległo diametralnej zmianie, odkąd tamtego pamiętnego wieczoru trzy, czy to prawie cztery lata temu na jego drodze stanęła kobieta o równie silnym charakterze, co jego własny. Zaczął łamać ustawione przez samego siebie reguły i wpuścił ją do swej codzienności. Nie mógł potraktować jej jako jednonocnej przyjemności, a następnego ranka wrócić do rutyny znanej od lat. Powoli, niemal niezauważalnie zakorzeniła się w jego sercu tak bardzo, że najmroczniejsze sekrety przeszłości nie były w stanie ich rozdzielić. Nie zawahał się ani na moment, gdy przyszło mu postawić na szali własne życie, by ją ratować. Wiedział, że nigdy nie zapomni tego strachu, który ściskał mu wnętrzności, gdy nie miał pewności, czy dojedzie na czas, czy zdąży ją ocalić. Nie miał też zapomnieć tej ulgi i wszechogarniającej go radości, gdy wiedział, że Elainie jest cała i bezpieczna.

Sebastian - jego kierowca i najlepszy przyjaciel w jednym - od samego początku powtarzał, że panna Eagle jest tą, która zdoła usidlić niepokornego Devila. Choć był względem niej nieufny, to obserwując rozwój sytuacji i to, w jaki sposób jego pracodawca się do niej odnośni, doszedł do odpowiednich wniosków. Znacznie szybciej i bez takiej dramaturgii, jakiej potrzebowało serce Blacka, by w końcu móc wyszeptać w ucho blondynki - kocham Cię. Nie były to słowa, które rzucałby na wiatr, lecz trzymając w rękach poobijane ciało Elaine, wiedział, że nigdy nie chciałby jej stracić, za nic w świecie. Pewnie, gdyby ktoś w przeszłości zasugerował mu podobne heroiczne czyny i słowa, to wybuchłby gromkim śmiechem. On, wieczny kawaler Nowego Jorku, topowy prawnik i człowiek, który częściej zmieniał partnerki na bankietach niż zegarki na nadgarstku. To było naprawdę nie do pomyślenia, a jednak miało odzwierciadlenie w rzeczywistości. Ich drogi się skrzyżowały i dalej miały biec w tym samym kierunku. Lucas już o to zadbał, pewnego wieczoru klękając przed kobietą, by poprosić ją o rękę. Wiedział, że to była ta jedyna, ta na zawsze i że z żadną inną nie zbuduje tego, co z pozoru niezniszczalną Elaine. Kto inny niemal bez zająknięcia przyjąłby do wiadomości fakt, że szatyn z dnia na dzień został ojcem pięciolatki, o której istnieniu nie miał wcześniej pojęcia? Kto pokochałby zarówno jego z całym mrokiem skrytym w sercu, jak i niewinnego aniołka imieniem Clary? Kto mimo skomplikowanej przeszłości otworzyłby serce, by stworzyć dom pełen rodzinnego ciepła? Kto z uporem maniaka szukałby przepisów na pierwsze wspólne święta, by rozpocząć jakąś ich tradycję? Lucas nie musiał odpowiadać na żadne z tych pytań na głos, po prostu kupił pierścionek i miał nadzieję, że blondynka nie postanowi po raz kolejny dać mu kosza lub nie uzna, że to nie tak powinny wyglądać zaręczyny.

Kilka miesięcy wcześniej...

Wracając po niemal rocznej przerwie do pracy, nie sądził, że tak wiele ulegnie zmianie. Korytarze, które znał na pamięć, nagle wydały mu się jakieś dziwnie obce. Twarze mijających go osób w większości okazały się nieznajome. Miejsce, gdzie czuł się jak ryba w wodzie jeszcze niespełna rok temu, nie było już mu takie bliskie. Stojąc przed salą rozpraw ze skórzaną teczką w ręku, nie tracił jednak pewności siebie. Wiedział, po co tu przyszedł, i nie zamierzał wyjść jako przegrany. Ta sprawa musiała zakończyć się po jego myśli. Przeczesał dłonią idealnie ułożone włosy, a następnie nieco poprawił krawat, oczekując swojej klientki. To ona i ich przeszłość zmusiły go do wcześniejszego powrotu na sale rozpraw. Blanka Afanasjew nigdy nie przyjmowała do wiadomości, że ktoś mógłby się jej sprzeciwić. Tak było i tym razem, choć Lucas nie łatwo się komukolwiek podporządkowywał, to nie miał wyboru. Jeśli chciał utrzymać demony przeszłości w ukryciu, musiał się zgodzić na tę współpracę. Miał teraz wiele do stracenia, zbyt wiele. Nie chodziło tutaj o renomę kancelarii, bo tu przyprawiłby co najwyżej ojca o atak serca, jednak obawiał się, jak pewne rewelacje z przeszłości wpłynęłyby na jego teraźniejszość i przyszłość.

— Lucas! — Pomachała do niego elegancka brunetka z szerokim, acz fałszywym uśmiechem na ustach. Zaciętość jej wzroku zdradzała, jak bardzo chciała stąd zniknąć, i nie było w tym nic dziwnego. Za kilkanaście minut miała stanąć na sali sądowej naprzeciwko swego męża, by przekonać sąd do orzeczenia rozwodu z jego winy. 

— Mam nadzieję, że jesteś odpowiednio przygotowany i to będzie jedynie formalność — wyszeptała mu do ucha, gdy przybliżyła się, by kurtuazyjnie ucałować go w policzek na powitanie. Mężczyzna z grzeczności nie odsunął się zbyt raptownie, jednak starał się zachować profesjonalny dystans. Spojrzał na nią bez zbędnego okazywania emocji, bo to, że kiedyś tworzyli naprawdę zgrany duet friends with benefits, nie miało teraz żadnego znaczenia. 

— Powiedziałem ci na samym początku, że nie zajmuję się rozwodami, ale jeśli niczego przede mną nie zataiłaś, to wszystko powinno pójść po twojej myśli. — Nie spuszczał z niej swych błękitnych tęczówek, ponieważ przeczuwał, że kobieta nie powiedziała mu wszystkiego, jednak nie miał pewności. Nie mógł się wycofać z tej sprawy, ponieważ brunetka, choć wyglądała na miłą i niewinną, wcale taka nie była. Najlepiej świadczył o tym szantaż, którym posłużyła się, by zmusić Blacka nie tylko do niezatrzaśnięcia jej drzwi przed nosem, ale również do reprezentowania jej w sądzie. 

— Wiesz tyle, ile powinieneś wiedzieć — rzuciła, odwracając wzrok w kierunku nadchodzących trzech mężczyzn, których znała aż za dobrze. Dwóch szło z przodu: po prawej wysoki, szczupły i niemiłosiernie blady okularnik, któremu owy atrybut co rusz spadał z nosa, a teczka niesiona w ręce wyglądała, jakby miała go lada moment przeciążyć; po lewej równie wysoki, jednak lepiej zbudowany brunet w eleganckim garniturze i z pedantycznie przystrzyżonym zarostem; za nimi niczym cień przemieszczał się ostatni, który gdyby nie opięty na mięśniach garnitur, pewnie uchodziłby za zagubionego w sądzie zawodnika MMA.

— Rozprawa numer 173B. — Rozległ się zachrypnięty głos kobiety w starszym wieku, która otworzyła przed nimi drzwi sali sądowej.

— Chodźmy — powiedział Lucas, prowadząc swoją klientkę do środka. Szatyn zawsze był przygotowany do rozpraw i choć rozwody to naprawdę nie była jego broszka, nie sądził, że dosłownie dwadzieścia minut później będzie wychodził prawieże pokonany. Prawie, ponieważ sędzia wyznaczył kolejny termin rozprawy, która miała sfinalizować rozwód państwa Afanasjew. Black był wściekły, lecz z okazaniem tychże emocji musiał poczekać, aż zostaną sam na sam z Blanką. Nie mógł uwierzyć, że kobieta była aż tak lekkomyślna, by zataić przed nim kluczowe fakty, które druga strona wykorzystała bez skrupułów. Nie dziwił się im, bo gdyby o tym wiedział, mógłby jakoś odwrócić je na swoją i klientki korzyść, a tak był równie zaskoczony, co sędzia.

Gdy już miał opuszczać budynek, brunet, którego żonę reprezentował, zrównał się z nim na dosłownie kilka sekund.

— Bсе только начинается. Реши, хочешь ли ты рискнуть. — Tylko tyle (albo aż tyle) powiedział, a następnie z perfidnym uśmiechem mu się skłonił i wyprzedził o kilka kroków. Nie było w tych słowach ani uśmiechu nic przyjaznego. Black dopiero zaczynał rozumieć, w co został wplątany. To nie był zwykły rozwód, to nie była sprawa, która zamykał bez większego wysiłku, choć początkowo tak się wszystko zapowiadało. 

— Blanka, kurwa mać! Dlaczego nie powiedziałaś mi, że jesteś w ciąży? Dlaczego nie ostrzegłaś mnie, że brałaś udział w jego szemranych interesach i że może mieć dowody?! — Uderzył otwartymi dłońmi o blat pokaźnego, dębowego biurka, które stało w jego gabinecie i choć wytrzymało wiele lat, teraz wyglądało tak, jakby pod naporem gniewu Lucasa miło rozlecieć się jak domek z kart. Po drugiej stronie w fotelu kuliła się brunetka już nie tak pewna siebie, choć nie zapowiadało się na szczęście, by miała mu się tutaj zaraz rozpłakać.

— W coś ty mnie, do cholery, wplątała... — Opadł na skórzany fotel, a następnie nerwowo przeczesał dłonią włosy. Wiedział, że mógłby teraz zwyczajnie się odwrócić od dawnej przyjaciółki, jednak nie mógł. Nie mógł, bo sam miał córkę i wiedział, że nie oddałby jej nikomu. Rozumiał siedzącą naprzeciw niego kobietę. Chciała chronić już nie tylko siebie, ale i dziecko przed nieprzewidywalnym mężem i ojcem.

— Lucas... proszę. To jest rosyjska mafia, ja sama sobie nie poradzę. Już dawno bym leżała w jakimś czarnym worku, gdyby nie fakt, że jestem z nim w ciąży — odezwała się w końcu i choć głos jej się łamał, to spojrzenie miała pełne determinacji. Zawsze taka była, a przynajmniej taką ją pamiętał - nie poddawała się, nawet gdy sytuacja wydawała się z góry przegrana. Pod tym i wieloma innymi względami byli podobni. Może właśnie dlatego ich układ nie przetrwał zbyt długo.

— Cholera... Musisz mi teraz powiedzieć wszystko, co wiesz, wszystko, co będziemy mogli wykorzystać przeciw niemu nie tylko w sądzie, ale i poza nim. — Powiesił marynarkę na oparciu krzesła i wysłał esemesa do narzeczonej, że nie wróci dzisiaj na noc do domu. Z każdą kolejną informacją od pani Afanasjew przekonywał się, w jak głębokie bagno został wciągnięty i że właśnie nieumyślnie narażał na niebezpieczeństwo swych najbliższych. Z mafią się nie zadzierało, gdy nie miało się bardzo mocnych kart w rękawie. On aktualnie nie miał kompletnie nic. 

"I felt like I died too and they just forgot to bury me with her"

Kilka tygodni wcześniej...

Każda decyzja w życiu niesie ze sobą konwencje. Każda bez wyjątku, nawet jeśli stojąc przed wyborem, wycofujemy się z niego, to też podejmujemy decyzję. Czym szybciej się z tym pogodzimy, tym mniej będziemy obarczać los za swe niepowodzenia. Nikt nie rzuca nam kłód pod nogi znienacka - sami wybraliśmy, by iść tą dokładnie drogą, a czy był to świadomy wybór, czy ucieczka przed czymś innym, to nie ma większego znaczenia. Konsekwencje same w sobie potrafią być ledwo dostrzegalne lub też tak spektakularne, że na zawsze już odmienią nasze życie. Niestety nie każdy ma możliwość, by od razu dostrzec czy przewidzieć to, co będzie po.

Lucas przeczuwał, jak wiele ryzykuje, nadal brnąc w sprawę Blanki, a mimo to nie sądził, że najczarniejszy ze scenariuszy ujrzy światło dzienne. Myślał, że jest na wszystko przygotowany, że wszystko przewidział, że jak zwykle był kilka kroków przed przeciwnikiem, że ma wystarczająco odpowiednich znajomości, by uniknąć tragedii. Był w końcu cholernym Lucasem Blackiem, człowiekiem legendą, a jednak życie pokazało mu, jak bardzo się mylił i jak bezsilność potrafi odebrać zdolność do wykonania podstawowych czynności. 

Gdy porwano Clarissę, wpadł w furię, która sprawiła, że pociągnął za tak wiele sznurków, iż postawił niemal cały Nowy Jork na nogi. Nie miało znaczenia, czy były to wtyki w policji, służbach specjalnych czy całkiem po drugiej stronie, w nielegalnym światku. Wiedział, że tutaj liczą się godziny, a nawet minuty, by mieć szansę na odzyskanie tego, co było dla niego najcenniejsze - sześcioletniego Aniołka, który odmienił całe jego życie. Obiecał córce już kiedyś, że nic złego jej się nie stanie i nie dotrzymał słowa. Pełen determinacji i wyzbyty wszelkich skrupułów był gotów oddać Blankę w ręce jej już byłego męża, by tylko odzyskać Clarissę. Tylko ta pierwsza po zakończonej rozprawie zniknęła bez słowa, tak jak kilkanaście lat temu, tak i teraz nie mógł jej namierzyć. Miotał się, nie wiedząc czy lepiej skupić się na poszukiwaniu córki czy dawnej przyjaciółki, której żądał porywacz. Był bezsilny. Był przerażony. Był wściekły. 

— У тебя осталось три часа. — Usłyszał po drugiej stronie jednorazowego telefonu komórkowego, którego został właścicielem dzień wcześniej. Był to na tyle stary model, że nic nie dało się z niego namierzyć, a przynajmniej nic przydatnego. 

— Dajcie mi więcej czasu. Znajdę ją! Błagam do cholery — niemal wykrzyczał do głuchej już słuchawki. Ostatkami silnej woli nie roztrzaskał telefonu o chodnik. Wiedział, że to jedyne źródło kontaktu z porywaczami i jedyna szansa na odnalezienie córki.  Błagał, choć wiedział, że z nimi się nie dyskutuje, ale w krytycznych momentach człowiek łapał się nawet lichej nadziei. Ta była matka głupich, chociaż może bardziej zdesperowanych. Tak, szatyn był zdesperowany, wiedział, że zegar wymierzał jedynie czas do egzekucji. 

— Kurwa mać! — Wsiadł z powrotem do samochodu, pędząc do kolejnego miejsca, które okazało się tylko ślepym tropem. Nie było tam ani ludzi Afanasjewa, ani Clarissy. Czas uciekał, a on nie miał nic. Sebastian informował go na bieżąco, ale również nie miał dla niego żadnych dobrych wiadomości. Blanka naprawdę zapadła się pod ziemię i zamierzała tam pozostać. 

Gdy wybiła godzina zero, on gnał jakimiś nieznanymi sobie drogami poza granicami Wielkiego Jabłka. Łudził się, że kolejny trop to będzie właśnie to. Liczył, że zdąży, że dotrzyma słowa i jego ukochanej córce nie spadnie włos z głowy. Nagle rozdzwonił się jego prywatny telefon informujący o przychodzącej rozmowie video z nieznanego numeru. Bez wahania odebrał. Nie zatrzymał się, ale telefon miał ustawiony tak, że mógł spokojnie spoglądać na to, co, a raczej kto znajdował się na ekranie. Obraz nie był do końca wyraźny, jednak kto inny mógłby do niego dzwonić?

— Clarissa! Zostawcie ją, już do was jadę, mam Blankę! — krzyczał, ale druga strona jakby w ogóle go nie słuchała. Kłamał, ale czy to miało teraz jakiekolwiek znaczenie? Mało nie wpakował samochodu i siebie w pobliskie drzewa, a gdy obok zapłakanej twarzyczki kilkulatki pojawił się pistolet.

— Tatusiu! — chlipała, a jemu łamało się serce. Nie było go tam, nie miał czasu, nie miał nic. Wciskał mocniej pedał gazu, nawet nie wiedząc, czy jedzie do dobrego miejsca. Po prostu liczył, że tak jest.

— Księżniczko! Zostawcie ją! Powtarzam, mam Blankę do cholery! — Dziewczynka szarpała się, ale nic nie wskazywało na to, że go słyszała. Widząc, jak zamaskowany mężczyzna wkłada pełen magazynek do pistoletu szatyn nie umiał już bardziej pędzić swoim samochodem. Przeklinał, zaciskał mocniej palce na kierownicy, ale nie mógł nic zrobić. 

— Время улетелoю — Nie musiał się skupiać, by przetłumaczyć sobie to, co padło z ust zamaskowanego egzekutora. Brakowało mu dokładnie dwunastu minut do celu. Nagle do jego uszu doszedł odgłos strzału. 

— Nieeee! — niemal zawył i stracił panowanie nad kierownicą. Widział, jak mała główka bezwładnie opada do przodu. To był koniec. Zawiódł. Połączenie zostało zakończone, a on wypadł z drogi. Na szczęście się opamiętał i wcisnął hamulec na tyle szybko, by nie zderzyć się z drewnianym płotem. Serce waliło mu w piersi, a on  miał wrażenie, że właśnie trafił do piekła. Tam, gdzie miał rzekomo królować został zdetronizowany. Gdy na ekranie pojawiła się wiadomość od tego samego numeru, co wcześniej połączenie wideo, natychmiast ją odczytał. Były to współrzędne, które natychmiast wprowadził w nawigację. To było to miejsce, do którego jechał. Dwanaście minut, cholerne dwanaście minut. Ruszył z piskiem opon przed siebie, wpadł do opuszczonej chatki, gdzie nie było śladu po porywaczach. Na środku za to znajdowało się krzesło, na którym przywiązany siedział blondwłosy Aniołek.

—Clarisso... — szeptał, ale podbiegł. Sprawdził puls, próbował reanimować, ale tu nie było już kogo ratować. W tym ciele nie było ani kropli życia. Płakał, wył i tulił nadal ciepłe ciało swojej córki. Miał wrażenie, że ktoś własnoręcznie wyrwał mu najważniejszy z organów - serce.

Aktualnie...

Wsiadając do samolotu, zmęczonym wzrokiem spoglądał na panoramę Nowego Jorku, który powoli otulał się promieniami wschodzącego słońca. Nie wiedział, kiedy będzie mu dane znów zobaczyć to miasto, które ofiarowało mu tak wiele, ale jednocześnie odebrało szczęście już na zawsze. Nie potrafił spojrzeć w lustro bez obrzydzenia do samego siebie. Zawiódł. Nie dał rady. Nie dotrzymał obietnicy i już nie mógł tego nijak naprawić. Nie potrafił przecież cofnąć czasu i nie zgodzić się na przyjęcie córki do swojego domu. To ją mogło uratować - zmiana jednej decyzji lub innej znacznie później. Nie musiał uginać się pod szantażem Blanki, nie musiał wcale zgodzić się na prowadzenie tej sprawy, a jednak to zrobił. Tej przegranej nigdy sobie nie wybaczy, jednak wiedział, co należy zrobić. Teraz, gdy nie miał już nic do stracenia, zaplanował zemścić się na tych, którzy bez skrupułów odebrali dopiero co kiełkujące życie sześciolatki. Po policzki spłynęła mu pojedyncza łza, gdy maszyna poderwała się w powietrze.

W mieszkaniu zostawił klucze, a także większość swoich rzeczy, które w Rosji mogły okazać się tylko zbędnym balastem. Na stole w kuchni leżał krótki list z wyjaśnieniem, ich wspólna fotografia ze świąt - kopie trzymał w portfelu, by nigdy nie zapomnieć tego, co stracił - i szczera prośba, by kobieta jego serca nie próbowała go szukać. 

                                                            Becasue I love you for infinity, Elaine.
                                                                                                                       ~Luc


___________________________________
Gratulacje dla każdego, kto dotrwał do końca notki, i dziękuje za przeczytanie :) Ciężko było mi zrobić takie podsumowanie Lucasowego życia, ale było ono potrzebne mi, a na pewno Blackowi. Mam nadzieję, że wyszło całkiem znośnie. Lucas niestety znika z NYC, więc korzystając z okazji, chciałabym podziękować każdemu, z kim miałam okazję prowadzić nim(?) wątek. 


25/10/2020

[KP] The older I get the more that I see

Charlotte Lester

Od najmłodszych lat przejawiała oślą upartość, która to nie pozwalała poddać sie w połowie obranego celu. Nie raz, nie dwa wplątała się przez nią też w kłopoty, jednak miała najbliższych, na których zawsze mogła liczyć. Była - i nadal momentami jest - optymistką z głową pełną szalonych pomysłów, która, nauczona doświadczeniem, nie zapomina stąpać twardo po ziemi. Zaczynając swoją przygodę w Nowym Jorku, musiała odbić się od dna, złamać wiele swych zasad, a dumę oraz wstyd schować głęboko do kieszeni. Każdy kolejny taniec na rurze, każdy kolejny trening krav magi i kolejny drink kształtowały ją na nowo. Nie była już tylko Lottą, która wiecznie chciała tworzyć kolorowe prace, która znajdowała inspiracje gdzie tylko się dało, ale stała się kimś, kto nie bał się samemu rzucać wyzwania. Może czasem faktycznie igrała z ogniem, ale nie sparzyła się jeszcze na tyle mocno, by z tego zrezygnować. Każda jedna kłoda pod jej nogami doprowadziła ją do tego miejsca i choć czasem chciało jej się wyć z bezsilności czy frustracji, nie cofnęłaby się w czasie, by cokolwiek zmienić. Nie sądziła, że los będzie dla niej takim srogim nauczycielem, który w najmniej oczekiwanym momencie postanowi ją nagrodzić. Po kilku latach zrozumiała, że nie jest w stanie funkcjonować bez bliskich dusz, bez osób, które nie będą pytać, co się stało, ale po prostu będą. Nauczyła się też, że przyjaźń to ciężki kawałek chleba, gdy nie jest darowna pod postacią brata od urodzenia. Wie też, że jej się poszczęściło, bo odnalazła w tej miejskiej dżungli ludzi, za którymi bez wahania wskoczyłaby w ogień. Jeśli chodzi o nieco inne związki, to niestety eksperyment, na który świadomie się zdecydowała kilka miesięcy wcześniej, krótko mówiąc nie wypalił. Dość szybko musiała przejść z trybu planowania przeprowadzki do rozpakowywania pudeł w swoim starym mieszkaniu i rzeczywistości, w której okazało się, iż jest samotną matką. Może nie do końca samotną, ponieważ zyskała nieocenią pomoc przyjaciela, który ratuje ją od tego, by nie zapakowała walizek i nie wyleciała do Anglii. Czułaby się wtedy jak przegrana, ponieważ Nowy Jork stał się dla niej domem, który sama dla siebie wybrała - siebie i swojej córki. Ma czasem takie dni, gdy pragnie uciec - od płaczu, pieluch, czy organizacji każdego dnia tak, by ze wszystkim się wyrobić. Tęskni za całkowitą wolnością, ale jednocześnie spogląda z czułością na śpiącą w jej ramionach Aurorę. Ten mały człowiek stał się dla niej najważniejszą osobą na tym świecie. Nawet, gdy snu ma jak na lekarstwo, kocha ją całym sercem i nie zmieniłaby swojej decyzji, którą podjęła, dowiądując się o ciąży. Zaczeła nowy rodział, lądując na dnie z kubłem zimnej wody wylanej na głowę, lecz wiedziała, że z pomocą da radę stanać na nogi. Nie pierwszy, nie ostatni raz.... Teraz czuje, że nareszcie ma pełnie władzy na sterem, choć nie zawsze jest w stanie przewidzieć przeszkodzy na swojej drodze. Niekóre poturbują jej statek, po innych przepłynie nawet nie zdając sobie z nich sprawy, jednak nie pozwoli, by któraś zatrzymała ją na dłużej. Ma dla kogo wlaczyc, ma też wsparcie, więc niczego więcej jej nie potrzeba.
NC

24/10/2020

[KP] Sometimes the dreams that come true are the dreams you never even knew you had.

Charlotte Lester
Zrozumcie, że język może ukryć prawdę, ale oczy - nigdy! Ktoś wam zadaje niespodziewane pytanie, nie zdradzacie się nawet drgnieniem,ale - niestety - spłoszona pytaniem prawda na okamgnienie skacze z dna duszy w oczy i już wszystko stracone.
Urodzona 19.11.1995 r
pochodzi zSouthhampton
z Zawodugrafik
HobbyKrav maga/podróże
niedługo zostanie mamą
cactus

[KP] To się nie zdarza, żeby cokolwiek było tak, jak już było

Imię Charlotte Nazwisko Lester Data i miejsce urodzenia 19.11.1995 r. Southampton (Anglia) Zawód Grafik w agencji reklamowej/Przyszła mama Zainteresowania Krav Maga/Podróże
Idzie o to, że człowiek, który w głębi siebie nie kryje niespodzianki, z reguły nie bywa interesujący. Tylko jak wiele niespodzianek człowiek jest w stanie udźwignąć? Czy jedna to za mało, a pięć to zbyt wiele? Może to nie o ilość się rozchodzi, a jakość? Czy jest więc jakaś miara jakości skrywanych przed światem sekretów? Nie ma jednoznacznych odpowiedzi na te i wiele innych pytań, a człowiek przy narodzinach wcale nie dostaje od losu księgi z instrukcją pod tytułem "Jak żyć by było dobrze". Ba, żaden z rodziców też nie jest wstanie spisać takowej przed ukończeniem pełnoletności przez swą latorośl. Trzeba więc uczyć się z dnia na dzień, potykając się często o własne błędy i podejmując złe decyzje. Z czasem jesteśmy w stanie zrozumieć, że nawet one nadają kolorytu naszej rzeczywistości. Charlotte myślała, że po przylocie do Nowego Jorku życie doświadczyło ją wystarczajaco, by z wysoko podniesioną głową przyjąć to, co czaiło się jeszcze za rogiem. Nie do końca była w błędzie, lecz wcale nie okazała się nieomylna w tej kwestii. Była pewna, że jest wstanie funkcjonować w Wielkim Jabłku bez bliższych relacji, jedynie spełniając swoje marzenia o zostaniu grafikiem. Los okazał się przewrotny, stawiając na jej drodze osoby, które przedarły się przez mury starannie ustawione wokół niej. Miała wiele powodów, by się nimi otoczyć, a mimo to wpuściła ich do swej codzienności. Tylko na moment, na chwilę, a ci bez skrupułow rozgościli się w jej sercu na dłużej. W najmroczniejszych dniach swego życia nie myślała, że to właśnie przez zerwanie kilku więzów odważy się wrócić do Anglii. Bardzo długo robiła dobrą minę do złej gry i nawet udało się jej oszukać samą siebie, aż w końcu coś w niej pękło. Nie potrafiła przywołać uśmiechu, nawet tego, który był tylko i wyłącznie maską przed klientami. Idąc na imprezę, wcale nie czerpała z tego radości, a po kolejnej odmowie ze strony rekruterów miała zwyczajnie dość. Wiedziała, że musi coś zmienić, inaczej znów znajdzie się na równi pochyłej. Spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, zdała swe wymarzone mieszkanie, wyrobiła Biscuitowi paszport i kupiła bilet do domu. Była to najtrudniejsza decyzja od lat, ponieważ nie miała pojęcia, czy na miejscu nie stanie twarzą w twarz z bratem - z którym nadal nie rozmawiała. Strach ma wielkie oczy? W przypadku Lotty miał przeogromne, gdy zapukała do lekko odrapanych białych drzwi. Znała je tak dobrze, że pewnie bez problemu namalowałaby każdą znajdujących sie na nich rysę. Wychowała się za ich progiem, więc czemu nagle czuła się tu tak obco? Wszystkie obawy prysnęły niczym bańka mydlana, gdy wyrósł przed nią siwiejący mężczyzna, do którego z dumną zawołała Tato, wróciłam!. Nie wiedziała, jak wiele ma na swoich barkach do momentu, gdy te silne ręce ją objęły i zadziałały niczym wehikuł czasu - ona znów miała kilka lat, a on mógł ochronić ją przed całym złem tego świata. Po kilku dniach unikania odpowiedzi na pytanie Co sie stało? Dlaczego nic nie mówiłaś? zdobyła sie na odwagę, by wyznać rodzicom prawdę na temat tego, jak początkowo radziła sobie za wielką wodą. Wiedziała, że nie chce ich dłużej okłamywać, i choć nie wdawała się w szczegóły, oni wydawali się wyłapywać każdy detal. Ich reakcja była mniej burzliwa niż Christophera, jednak zarówno pan jak i pani Lester potrzebowali czasu, by się oswoić z przedstawionymi przez córkę rewelacjami. Przez dobrych kilka tygodni praktycznie ze sobą nie rozmawiali, a nawet posiłki każde jadało osobno. Gdy nastąpił przełomowy moment, blondwłosej spadł ogromny ciężar z barków, jakby na nowo odżyła. Powinna to wiedzieć te kilka lat temu, że rodzice się od niej nie odwrócą, powinna, a jednak wtedy stchórzyła. Tak bardzo chciała udowodnić, że może spełnić swoje marzenia, że na własne życzenie odcięła się od nich. Dni, tygodnie, a nawet miesiące mijały i wydawało się, że Charlotte wcale nie zamierza opuszczać rodzinnego domu. Znalazła nawet dorywczą pracę, by nie siedzieć na utrzymaniu rodziców. Z pomocą ojca oraz ich starej jak świat furgonetki przezwyciężyła swoją fobię przed poruszaniem się na czterech, czy też dwóch kołach. Osiągnęła spokój do momentu, aż jej brat również postanowił odwiedzić Southampton. Nadal nie potrafił jej zrozumieć ani z nią spokojnie porozmawiać. To był ten kopniak, którego potrzebowała, by wrócić do Nowego Jorku i zacząć wiele rzeczy od początku. Nim wyleciała z Anglii, zostawiła dość długi list dla brata z wyjaśnieniem - takim, jakie kilka miesięcy wcześniej sprezentowała rodzicom - oraz udało jej sie znaleźć nowe mieszkanie w Wielkim Jabłku. Skontaktowała się również z byłem szefem Paulem, ponieważ potrzebowała jakiegoś tymczasowego źródła dochodu w Nowym Jorku. Na jej szczęście mężczyzna dobrze pamiętał, jak pracowita z niej jest barmanka, więc bez oporów zgodził się powitać ją w skromnych progach swego lokalu. Czas gnał jak szalony, ale ona również nie zwalniała tempa w poszukiwaniu swej wymarzonej pracy. W końcu się udało, niemal rok po tym, gdy wyleciała do Southampton, została grafikiem w jednej z większych agencji reklamowych. Powrót do domu zdecydowanie postawił ją na nogi, a odkrycie kilku niespodzianek przed najbliższymi sprawiło, że już wcale nie musiała się zmuszać do uśmiechania. Cieszy się, że wróciła do tej miejskiej dżungli, bo wie, że to właśnie tutaj jest jej miejsce - przynajmniej na razie. Znów uczestniczy w zajęciach z krav magi, czasem nawet w zastępstwie trenerów. Na pewno nie przegapi okazji do szaleństwa na parkiecie w dobrym towarzystwie. Charlotte Lester nadal jest optymistyczną, szaloną, czasem ironiczną czy mściwą blondwłosą dwudziestokilkulatką, jedynie z większym bagażem doświadczeń, który postanowiła częściowo zostawić za wielką wodą. Take my hand through the flames. - it's worth it!
była tancerka w klubie Go-Go - absolwentka asp – królowa parkietu – była barmanka – starsza siostra - dawny rudzielec – samotna dusza w morzu nieznajomych – właścicielka Biscuita – świeżo upieczony kierowca jednośladów - w Anglii spędziła ponad pół roku

                       update powiązań 28/12/2020
                            update zdjęć 8/2/2021


Witamy się z Lotta po raz drugi! Zniknęła na trochę z Nowego Jorku, ale mamy nadzieję, że znajome duszyczki chętnie znów się spotkają na rum z colą, a nowe nie będą się wahać, by poszaleć tu, czy tam ;) Serdecznie z byłym rudzielcem zapraszamy <3 Cytaty w karcie z "Mistrza i Małgorzaty"

[KP] It's choice - not chance - that determines your destiny.

Charlotte Lester
19 Listopada 1995 Southhampton (Anglia) Grafik w agencji reklamowej Od pięciu lat w NY Krav Maga/Podróże Powiązania Dodatkowe Historia
Long story short...
Od najmłodszych lat przejawiała oślą upartość, która to nie pozwalała poddać sie w połowie obranego celu. Nie raz, nie dwa wplątała sie przez nią też w kłopoty, jednak miała najbliższych, na których zawsze mogła liczyć. Była - i nadala momentami jest - optymistką z głową pełną szalonych pomysłów, która, nauczona doświadczeniem, nie zapomina stąpać twardo po ziemi. Zaczynając swoją przygodę w Nowym Jorku, musiała odbić się od dna, złamać wiele swych zasad, a dumę oraz wstyd schować głęboko do kieszeni. Każdy kolejny taniec na rurze, każdy kolejny trening krav magi i kolejny drink kształtowały ją na nowo. Nie była już tylko Lottą, która wiecznie chciała tworzyć kolorowe prace, która znajdowała inspiracje gdzie tylko sie dało, ale stała się kimś, kto nie bał się samemu rzucać wyzwania. Może czasem faktycznie igrała z ogniem, ale nie sparzyła się jeszcze na tyle mocno, by z tego zrezygnować. Każda jedna kłoda pod jej nogami doprowadziła ją do tego miejsca i choć czasem chciało jej sie wyć z bezsilności czy frustracji, nie cofnęłaby sie w czasie, by cokolwiek zmienić. Nie sądziła, że los będzie dla niej takim srogim nauczycielem, który w najmniej oczekiwanym momencie postanowi ją nagrodzić. Po kilku latach zrozumiała, że nie jest w stanie funkcjonować bez bliskich dusz, bez osób, które nie będą pytać, co się stało, ale po prostu będą. Nauczyła się też, że przyjaźń to ciężki kawałek chleba, gdy nie jest darowna pod postacią brata od urodzenia. Wie też, że jej się poszczęściło, bo odnalazła w tej miejskiej dżungli ludzi, za którymi bez wahania wskoczyłaby w ogień. Jeśli chodzi o nieco inne związki, to niestety eksperyment na który świadomie się zdecydowała, kilka miesięcy wcześniej, krótko mówiąc nie wypalił. Dość szybko musiała przejść z trybu planowania przeprowadzki do rozpakowywania pudeł w swoim starym mieszkaniu i rzeczywistości w której okazało się, iż będzie samotną matką. Ma czasem takie dni, gdy pragnie uciec - nie tyle od zobowiązań, co wymknąć się na imprezę, zatracić się w muzyce i nie musieć uważać na to, czy ten drink na pewno jest bezalkoholowy. Tęskni za wolnością, ale jednocześnie bardzo długo zwlekała, by przejść z wymarzonej pracy grafika na urlop macierzyński. Rudowłosa jeszcze na pewno nie raz się potknie i nie raz potrząśnie tym szaro-burym światkiem. W końcu żyje się raz, a gdy życie rzuca ci pod nogi kłody, można z nich zbudować domek na drzewie, bo czemu nie? Gdy natomiast na horyzncie pojawia się wpadka... kto wie, co z tego wyniknie!
...and shorter
Przyszła mama – była tancerka w klubie Go-Go – absolwentka asp – królowa parkietu – była barmanka – starsza siostra – samotna dusza w morzu nieznajomych – właścicielka Biscuita – kierowca jednośladów – miała pół roczną przerwę od Nowego Jorku – aktualnie uczęszcza na różnego rodzaju zajęcia, by jakoś wypełnić wolny czas
code by EMME

06/04/2020

2138. I've been screaming, I've been crying, but you don't hear me

"Jak mogłeś odejść stąd w taką nieludzką noc?"
Listopad - Coma



Rok 2019 początkiem końca

Każda decyzja, nawet ta najbardziej błaha niesie za sobą konsekwencje, a te zdradziecko niszczą skrzętnie zaplanowaną przyszłość. Czasem widoczne są od razu, a kiedy indziej atakują znienacka, pozostawiając człowieka bezbronnym wobec przeciwności losu. Naiwna wiara w kontrolowanie tego, co nas otacza, może niejednokrotnie doprowadzić do tragedii. Nie na skalę światową, lecz tę bardziej kruchą - osobistą. Nie trzeba bowiem wiele, by misternie ułożony domek z kart nagle legł w gruzach. Delikatny podmuch wiatru odpowiadający źle dobranym słowom w relacjach międzyludzkich lub też brak stabilnego podłoża, którym od zarania dziejów było kłamstwo. W mgnieniu oka konstrukcja rozpada się, pozostawiając po sobie jedynie rozrzuconą w nieładzie talię kart. Skrywana od dawna tajemnica ujrzała światło dzienne, a wraz z nią opadły wszystkie bariery. Rozdygotane dłonie nie są w stanie poskładać ich w odpowiedniej kolejności - czy to koniec?.

Siedząc w sypialni na środku łóżka z podciągniętymi pod brodę kolanami czuła jedynie, jak kolejne  łzy niemal boleśnie spływają po policzkach. Wzrokiem podążała od otwartych na oścież drzwi po zamiecione w kąt kawałki szkła. Nie wierzyła, że ta najtrudniejsza w jej życiu rozmowa potoczyła się w ten sposób. Może w podświadomości wiedziała, że taki właśnie pisany był jej przebieg? Od pierwszych wypowiedzianych w kierunku brata zdań została przez niego spisana na straty. Zbędny był krzyk, zbędne rzucanie tym, co wokół, ponieważ rudowłosa widziała to w jego oczach. Poza ogromnym szokiem bez problemu dostrzegła odrazę. Nie powinna mu niczego mówić!

— Kurwa... — wypowiedziane na głos przekleństwo wcale nie ukoiło nerwów, a jedynie popchnęło kobietę w kierunku stojącej na szafce nocnej butelki wódki. Nie lubowała się w tym konkretnym trunku, jednak to był jedyny, jaki znalazła w mieszkaniu. Po każdym łyku kaszlała i krzywiła się niemiłosiernie, ale ani myślała, by przestać lub wyjść z pokoju. Potrzebowała zapomnieć, wymazać obrazy i słowa, które usłyszała tego wieczoru. Byłaś zwykłą dziwką. - huczało w głowie, nawet gdy usilnie zatykała dłońmi uszy. Bolało za każdym razem tak samo, ponieważ zostało wypowiedziane przez najważniejszą w jej życiu osobę - Christophera. Bratnią duszę, najlepszego przyjaciela, po prostu brata, który nie pozwolił nawet wyjaśnić, że to wcale nie było tak. Nie dostała szansy na obronę i chyba poddała się w przedbiegach, widząc jego pogardliwe spojrzenie. Bezbronna pod ostrzałem oskarżeń stała oniemiała, patrząc, jak udało jej się zrujnować najtrwalszą w swym życiu więź. Nie przejmowała się porozrzucanymi rzeczami czy potłuczonym na podłodze szkłem. Chciała zatrzymać najbliższą sercu osobę, lecz donośny trzask drzwi wyrwał ją ze świata złudzeń, ogłaszając jasno i wyraźnie - już za późno!

"Zdania, które nie powinny wypłynęły na powierzchnię"
Nie słucham - The Dumplings
Jeszcze dzień wcześniej Charlotte była pewna, że życie zdążyło ją zahartować i nic nie wywoła gorszego załamania od tego, gdy w samotności zmywała spojrzenia obcych mężczyzn, szorując boleśnie swe nagie ciało. Przez wiele miesięcy walczyła z samą sobą, by stawić się na czas w pracy i przy kolejnej rozmowie na Skypie z rodzicami się kompletnie nie rozkleić. Wymuszała na twarzy radosny uśmiech, egzystując z dnia dzień, aż w którymś momencie stała się silniejsza, bo przecież pokonywała kolejne przeszkody. Czerpała pełnymi garściami z rzeczywistości, w której musiała się odnaleźć. Po zmianie pracy stanęła pewniej na nogi, by teraz upaść w asyście potoków łez i urwanego krzyku. Proszę, wróć. Niech to będzie tylko zły sen. powtarzała w myślach, gdy odzyskiwała względny spokój ducha. Było to niczym cisza przed kolejną burzą rozpaczy. Wiedziała, że straciła najważniejszą osobę w swoim życiu na własne życzenie. Nikt nie kazał wyznać jej prawdy, to ona podjęła taką decyzję. Bezmyślną, złą i tragiczną w skutkach. Jeszcze nigdy nie czuła się taka samotna jak tego wieczoru. Piła, płakała i nie miała nikogo, kto byłby w stanie uciszyć ten ból. Kilka godzin później zasnęła, ściskając kurczowo pustą, szklaną butelkę po wódce. Mieszkanie wypełniła cisza zakłócana jedynie tykaniem zegara i miarowym oddechem kobiety. Nikt ponownie nie zapukał do drzwi, nikt nie wrócił i nie powiedział, że przeprasza i rozumie. Takie rzeczy działy się jedynie w filmach, które z góry były skazane na szczęśliwe zakończenie.

Poranek wdarł się nieproszony przez odsłonięte okna, zmuszając rudowłosą do opuszczenia wygodnego łóżka. Wszystko wokół wydawało się zbyt jasne i obce, jakby wcale nie znajdowała się w swoim mieszkaniu. Cisza, która jeszcze kilka godzin wcześniej podkreślała samotność - teraz była zbawieniem. Pulsująca głowa oraz pusta butelka po wódce były namacalnymi dowodami na kolejny popełniony błąd, którego konsekwencją okazał się potworny kac. Suchość w gardle czy zaspokojenie podstawowych potrzeb fizjologicznych spychały na drugi plan roztrząsanie tego, co wydarzyło się dzień wcześniej. Charlotte nie była w stanie zebrać myśli w jakąkolwiek sensowną całość, a napuchnięte oczy odmawiały produkcji łez. Mimo odpowiedniej dawki snu była wykończona i czuła się, jakby ktoś inny sterował jej ciałem. Ciepły prysznic, szybkie śniadanie w postaci jajecznicy - z nadzieją, iż nie będzie musiała jej zwracać, a na deser proszki na kaca. Na tym kończył się plan, a rozpoczynała pustka i stagnacja. Leżąc na kanapie w salonie, spoglądała w sufit, jakby na nim mogła dostrzec rozwiązanie wszystkich swoich problemów. Niestety poza kilkoma dziwnymi plamami nieokreślonego pochodzenia, nie zobaczyła nic więcej. Fizyczny ból zaczynał ustępować, jednak w jego miejsce pojawiał się ten, którego żadne tabletki nie były wstanie zagłuszyć. Kobieta umyślnie przygryzała dolna wargę, bo nie chciała znów słyszeć tych wszystkich obelg. Miała dość. Nim przeniosła się do sypialni, ciszę w mieszkaniu zakłóciła znajoma melodia, a serce zabiło szybciej w nadziei. Christopher promyk optymizmu przemknął nim zerknęła na ekran telefonu.
— Tak, szefie? — odebrała, przełykając niewidzialną gulę, która uformowała się w efekcie rozczarowania.
— Charlotte, wybacz, że dzwonię w trakcie Twojego urlopu, ale chciałem zapytać, czy jesteś może w Nowym Jorku... — W tle słychać było gwar baru, a Paul rzadko opuszczał gabinet w trakcie godzin otwarcia tej części swojego interesu. Zatrudniał w nim ludzi, którym ufał, by móc w pełni skupić na dopilnowaniu klubu oraz uporządkowaniu papierów. Rudowłosa ceniła sobie taki układ, ponieważ nie lubiła, gdy ktoś patrzył jej na ręce, oceniając, czy dobrze sobie radzi.
— Wróciłam wczoraj, a coś się stało? — Na czole kobiety pojawiła się pojedyncza zmarszczka, ponieważ nie spodziewała się telefonu z pracy do końca przyszłego tygodnia.
— To świetnie! Czy moglibyśmy się umówić na, jakby to ująć... Zawieszenie urlopu? Byłabyś w stanie przyjść dzisiaj na wieczorną zmianę? Dwie kelnerki się pochorowały, a Thomas sam nie da sobie  rady na barze — wyrzucał z siebie informacje z szybkością karabinu, ponieważ praca niemal paliła mu się rękach. Był weekend, byli klienci, tylko pracowników brakowało. Nagle spadł mu jeden ze szklanych kufli, przez co zaklął siarczyście, nie przejmując się kompletnie tym, że panna Lester nadal była po drugiej stronie telefonu.
— Przyjdę, ale najszybciej na dziewiętnastą — odpowiedziała po chwili namysłu i ukradkowym zerknięciu na zegar. Dochodziła piętnasta, więc miała całe cztery godziny, by doprowadzić się do porządku.
— Dziękuję, Charlotte. Naprawdę nas dzisiaj ratujesz — rzucił na dowiedzenia, a ona z powątpiewaniem spojrzała na zabandażowane po wypadku kończyny. Stłuczona ręka, noga oraz kilka porządnych zadraśnięć na twarzy były pamiątką po niedokończonej podróży do Los Angeles.
— Jak zawsze — mruknęła do głuchej słuchawki. Nie była w nastroju, by pokazywać się w pracy, ale nie chciała też zostawać w pustym mieszkaniu, które z każdej możliwej strony przypominało jej o kłótni z bratem. Wybór był prosty.

"Walka o z łóżka wstanie. Kolejny taniec w cyrku zdarzeń"
Zero osiem wojna - Coma

Życie w Nowym Jorku płynęło do przodu dzień za dniem, bez względu na to, jak wiele osobistych dramatów rozgrywało się w czterech ścianach niezliczonych mieszkań. Nie miał znaczenia status czy wymiar tragedii, ponieważ wszyscy byli traktowani jednakowo przez wiecznego władcę - czas. Czym prędzej człowiek zrozumie, że roztrząsanie przeszłości niczego nie zmieni, tym lepiej. Charlotte znalazła inne rozwiązanie tej sytuacji - rozplanowywała możliwie każdą minutę wciągu dnia, by nie zostawać z myślami sam na sam. Ciało dzięki regularnemu zażywaniu przepisanych leków szybko się regenerowało i bandaże w mgnieniu oka zniknęły z obowiązkowego elementu ubioru rudowłosej. Chciała znów bez większego problemu przywdziać maskę, która wskazywała na to, że nic się nie zmieniło. Uśmiechała się do klientów, a drinki serwowała szybciej niż zwykle. Paul nie miał obiekcji, by brała również nadgodziny, ponieważ dla niego oznaczały one czysty zysk.

Gdy jednak nie była potrzebna za barem czy przy serwowaniu zamówień klientom, przewieszała przez ramię sportową torbę i ruszała na zajęcia z krav magi, by dać upust emocjom na treningu. Przebrana w wygodny strój napawała się endorfinami wypełniającymi ją od stóp do głów. Nie liczyło się nic poza dobrze wymierzonym ciosem, nawet liczne siniaki nie zachęcały młodej Angielki do zmniejszenia ilości wizyt w klubie. W przypadku panny Lester nic nie działało lepiej niż porządny sparing z którymś z trenerów. Nie ważne, czy wychodziła z nich z tarczą, czy na tarczy, bo przyjemność czerpała z samego wysiłku. Lubiła ten stan, gdy skupić się mogła wyłącznie na tym, by przywołać miarowy oddech. To było pokrętny sposób poczucia wolności od błędów, powrotu do punktu wyjścia - nim otworzyła swe serce na tych, którzy postanowili ją opuścić.

W kalendarzu były również dni, gdy zawinięta w koc leżała przed telewizorem, próbując wyłączyć myślenie, oglądając denną komedię czy niskobudżetowy thriller. Do drzwi wtedy dzwonił najczęściej dostawca z jedzeniem: pizzą lub chińczykiem. Organizm miał chwilę wytchnienia, a kobieta udawała, że mieszkanie wcale nie wydaje jej się puste bez narwanego rudzielca. Rudzielca, który od świtu był na nogach, w przeciwieństwie do niej. Lubiła w wolny dzień zwyczajnie się wyspać do oporu, nigdzie się nie spiesząc. Na śniadanie zjeść pełnowartościowy obiad. Brat, zapalony kucharz-amator, umożliwiał jej to pod każdym względem, a teraz na powrót zbierała pieczątki jako stała klientka kilku knajp oferujących dostawę do domu. Jednorazowe opakowania były główną zawartością kosza pod zlewem, jednak nie czuła z tego powodu wyrzutów sumienia. Wiedziała, że za niedługo spędzi kilka godzin w klubie, uderzając zaciekle w worek treningowy lub swego przeciwnika.

Innym utartym schematem na wolne dni panny Lester czy same wieczory były szalone imprezy – okraszone alkoholem i tańcem w dawkach XXL. Tak bardzo chciała uciec od poczucia, że jest tym, kim nazwał ją Christopher zwykła dziwką, że nie wiedzieć kiedy, wróciła do starych nawyków. Może nie sypiała, z kim popadnie, ponieważ nadal z tyłu głowy miała inną znajomą gębę, która nie zasłużyła na zdradę. Może nie kończyła wieczoru w nieznajomych czterech ścianach, jednak na pewno czerpała z chwili zapomnienia pełnymi garściami. Z parkietu schodziła tylko wtedy, gdy chciało jej się pić lub potrzebowała wyjść do toalety. Bardzo często niemalże otwierała imprezę i zamykała ją słaniając się ze zmęczenia na nogach, ale z szerokim uśmiechem na twarzy. Wtedy nie bolało nic, nie myślała o tej cholernej kłótni, czuła się wolna od osądów. Była jedną pośród tłumów wijących się ciał. Czuła, że przynależy do czegoś większego.

"Nocą tańczą demony, całując się w agonii. Patrzą na mnie jak na zdobycz"
Anioły i Demony - Tymek
Nowy Jork tętnił życiem dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, ale nawet tutaj najwięcej imprez odbywało się wraz z rozpoczęciem weekendu. Dlatego celowo uprzedziła szefa, że piątkowy wieczór chciałaby spędzić poza pracą, i chociaż początkowo mężczyzna nie chciał przystać na tę prośbę, rudowłosej udało się go przekonać. Charlotte po ostatnich miesiącach potrzebowała chwili  słodkiego szaleństwa w asyście głośnej muzyki i dobrych trunków. Nie wiedziała, do jakiego klubu dane będzie jej zawitać, więc postawiła na prostą stylizacje, by nie zostać odprawioną z kwitkiem sprzed drzwi. Cieniutki, czarny sweterek, frędzelkowa spódnica tego samego koloru oraz szpilki były najbardziej neutralnym wyborem. Nie chciała zbyt długo tułać się od budynku do budynku, tym bardziej, że musiała wszędzie dotrzeć pieszo. Może nie wyglądała jak ktoś, kto zamierza podbić parkiet tego wieczoru, a jednak gdy tylko dotarła na miejsce, nie potrzebowała specjalnego zaproszenia, by wkroczyć na sam jego środek. Zlewając się w jedną wielobarwną masę tańczących ciał, nie czuła się aż tak samotna. Była ona, muzyka i tłum nieznajomych, którzy tak jak ona pragnęli wolności i zabawy. Nie liczyło się nic poza tu i teraz. Żaden brat, żadna kłótnia, praca czy to, że znów w Wielkim Jabłku została kompletnie sama.

Po godzinie albo trzech nastąpiła zmiana DJ’a za konsolą, a z głośników rozległa się dobrze znana jej piosenka Jet – Are You Gonna Be My Girl. Niewiele myśląc, wypiła zawartość swego kieliszka na raz i zaczęła wdrapywać się na bar. Początkowo mężczyzna, który serwował jej drinki, odkąd pojawiła się w klubie, uniósł w dziwieniu brwi, lecz widząc, że nikt się do niego z tej strony nie ustawia, pozwolił na ten taniec. Kątem oka sam obserwował jej popis, jak i kilkoro klientów. Cóż nie był to lokal tego typu, by tancerki występowały na jakichkolwiek podestach. Lotta całkiem dała się ponieść melodii, kręcąc się wokół własnej osi, wyciągając ręce w kierunku DJ’ki. Frędzle latały we wszystkie strony, na szczęście spódnica była dwuwarstwowa i nie unosiła się w całości, więc dobór bielizny nie został ujawniony światu. Gdy piosenka dobiegała końca, rudowłosa źle postawiła nogę i jeden z obcasów znalazł się poza blatem. Była zbyt pijana, by chwycić się pobliskiej, pionowej belki o czasie. Nie zdawała sobie do końca sprawy, jak bardzo zaboli ją upadek na plecy z tej wysokości, a może łudziła się, że ktoś ją złapie? Kobieta po prostu nie myślała o tym, a leciała z uśmiechem na ustach zadowolona ze swego występu i błogości, jaką poczuła. Nagle silne ramiona oplotły jej wiotkie ciało, a przede wszystkim ustrzegły ją przed nie małą kontuzją. Mimo początkowych problemów z rozpoznaniem mężczyzny, dzięki krótkiej wymianie zdań zrozumiała, że nie był to nikt inny jak Podróżnik-Samotnik. Młoda Angielka nie spodziewała się, że spotkanie znajomego szatyna w klubie uczyni ten wieczór o wiele ciekawszym. Nie musiała się już przejmować kompletnie obcymi osobami, które nie rozumiały słowa odmowy, jeśli chodzi o wspólny taniec. Znalazła odpowiedniego partnera do szaleństwa na parkiecie, który zaskoczył ją też umiejętnym prowadzeniem. Bawiła się na całego, ani myśląc o troskach dnia codziennego. Zwieńczeniem tej nadzwyczaj udanej wyprawy okazała się butelka wina, zamglone we wspomnieniach rozmowy oraz mrożona pizza.

Kolejny dzień nie był dla niej już taki łaskawy, ponieważ w asyście ogromnego bólu głowy musiała ponownie mierzyć się z realiami otaczającego ją świata. Pierwszym ciosem była wyświetlona na ekranie wiadomość, którą musiała wysłać po powrocie do domu. Sama treść nie była kłopotliwa, lecz odbiorca  i fakt, że nie otrzymała na nią odpowiedzi.
— Świetnie, po prostu świetnie — warknęła zła na samą siebie za tak irracjonalne posunięcie. Gdyby nie ten nadprogramowy alkohol we krwi, pewnie nic tego nie miałoby miejsca i teraz nie patrzyłaby wściekło w telefon, który nie chciał zmienić wyświetlanego Misiek na kogokolwiek innego z listy kontaktów. Lotta dopiero miała się przekonać, że odpowiedź nigdy nie nadejdzie. Drugim ciosem okazał się czas, a raczej jego brak. Skupiona na czymś, czego już nie mogła zmienić, kompletnie zapomniała, że była umówiona z pracownicą biura nieruchomości. W pośpiechu zjadła śniadanie, popijając je proszkami przeciwbólowymi, i wybiegła z mieszkania. Nienawidziła się spóźniać, jednak z racji zmiany transportu z metra na czerwony rower była pewna, że tym razem tego nie uniknie. Trzeci cios przyszedł znienacka, gdy siedziała wieczorem na kanapie z laptopem na kolanach. Lester chciała w końcu zacząć pracę w zawodzie, więc regularnie wysyłała swój życiorys do różnych firm w nadziei na wakat. Większość z nich nie odpisywało, gdy nie byli zainteresowani kandydatem, lecz bywały wyjątki. Kobieta uśmiechnęła się do monitora widząc odpowiedź na jeden ze swoich maili. Wystarczyło jedno kliknięcie, by nieśmiała radość ulotniła się przez uchylone okno. To była najbardziej kulturalna i rozbudowana odmowa, jakie dane jej było otrzymać.  Natura uwielbiała równowagę, a dwa ostatnie dni były na to niezbitym dowodem. Chwila zapomnienia i dobrej zabawy wydawała się odległą rzeczywistością.

Rok 2020
"Wiosną ulice nie są wcale takie złe"
Wiosna - Organek

Mijały miesiące, a za oknami zawitała wiosna, nęcąc ciepłymi promieniami słońca do opuszczenia czterech ścian. Central Park nie przypominał już szaroburej plany, a zachwycał zielenią i malutkimi pączkami kwiatów. Rano coraz więcej ludzi decydowało się na krótki spacer czy szybki trening na świeżym powietrzu. Czas nie stanął w miejscu, nie zważał na pojedynczy, egzystencjalny upadek pośród miliona innych. Był bezstronny, lecz tym samym zmuszał do podjęcia próby odbicia się od dna. Charlotte udało się to z pomocą osoby, której wcześniej nie śmiała nazwać przyjacielem. Otrząsnęła się i pewniej patrzyła w przyszłość, ponieważ Jerome nie zawahał się wypowiedzieć na głos prawdy, której była świadoma. Bała się tylko z nią skonfrontować, jakby to oznaczało porażkę.

Nie było łatwo, ale po raz kolejny stanęła na nogi w tej miejskiej dżungli. Zaczęła znów cieszyć się małymi osiągnięciami dnia codziennego, na dalszy plan spychając rzeczy i relacje, na które nie miała większego wpływu. Po powrocie z pracy czy treningu nie przypominała już kupki nieszczęścia ukrytej pod sztucznym uśmiechem czy inną maską wypracowaną przez lata samotności. Lotta dojrzała i zrozumiała raz jeszcze, iż każda decyzja wiąże się z konsekwencjami, a te nie zawsze muszą być przyjemne. Dotarło do niej, że nie walczyła o to, by tkwić w przeszłości, i postanowiła się od niej uwolnić. Trafiając do punktu wyjścia, czuła, jakby ostatnie pół roku było czymś bardzo odległym, czymś, co nie do końca jej dotyczyło, a mimo to miało na nią wpływ. Idąc ulicami Nowego Jorku, dostrzega szeroką gamę barw, lecz wie, że tuż za rogiem znów może dopaść ją zdradziecki podmuch wiatru gotowy zburzyć jej misterną konstrukcję z kart. 


_________________________________________________________________________________
[Hej wszystkim, którzy dotarli do końca tej notki ;) Wyszło jako takie, ale chciałam oficjalnie ruszyć dalej z historią mojego rudzielca. W tytule tekst: You Made A Monster - Nick Kingsley & Hannah Hart. Najszczersze podziękowania dla El za całą pomoc i przede wszystkim cierpliwość💜 ]