Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daniel Ryder. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daniel Ryder. Pokaż wszystkie posty

23/05/2018

2074. "W przeszłość przenoszą nas wspomnienia, a w przyszłość - marzenia."

Drodzy Autorzy!

🎉Dziś szczególny dzień! Świętujemy dziesiąte urodziny bloga i przyznam szczerze, iż nie chce mi się wierzyć, że już tyle czasu minęło od dnia jego otwarcia. Doskonale pamiętam moment, w którym dołączyłam na NYC. Moje powitalne opowiadanie było jednym z pierwszych, lecz wtedy dość szybko zniknęłam z bloga. Wyjechałam na wakacje, a po moim powrocie na NYCu było już tyle postaci i tyle się działo, że szesnastoletnia wówczas ja stwierdziłam, że tego nie ogarnę... Wróciłam rok później i od tamtej pory jestem. Najpierw jako zwyczajny autor, później pomoc administracji, aż w końcu złożyło się tak, że przejęłam pieczę nad blogiem, ponieważ związałam się z nim na tyle, że nie wyobrażałam sobie, by NYC mógł przestać istnieć. Ten blog jest dla mnie jak powrót do domu po całym dniu poza nim, choć może to nieco toporne porównanie... Tutaj wszystko jest znajome, Wy jesteście znajomi i nawet nie wiem kiedy, NYC stał się stałą w moim życiu, bez której nie wyobrażam sobie codziennej rutyny.
🎉Jednakże sama niczego bym tutaj nie zdziałała. Często śmieję się, że choćbym miała pisać sama ze sobą, to bloga nie usunę i taka jest prawda. Lecz gdyby nie Wy, autorzy, nie udałoby się w tym miejscu stworzyć tak niepowtarzalnej atmosfery. Bez Was ten blog nie miałby duszy. Duszy, która przez te wszystkie lata rozkwitała i wciąż, nieustannie kwitnie, czym nie mogę przestać się zachwycać. Dlatego w tym miejscu chciałabym Wam serdecznie podziękować. Za to, że zawsze jesteście, zarówno w tych gorszych jak i lepszych okresach. Że mimo wszystko nie muszę pisać sama ze sobą... ;) Dziękuję. Po prostu dziękuję, po żadne słowa nie oddadzą tego, jak bardzo jestem Wam wszystkim wdzięczna za to, że jesteście i że razem tworzymy to miejsce.
🎉Dziękuję również Wam, drogie dziewczyny: El Eno, Farbowany Lisie i Nicponiu, za ogromną pomoc i serce, które wkładacie w bloga. Dziękuję za to, że pozostajecie na posterunku, kiedy ja nie mogę i czuwacie nad wszystkim, często prześcigając się w administracyjnych obowiązkach. Odwalacie kawał dobrej roboty! Dzięki Waszemu wsparciu i obecności zarówno ja, jak i pozostali autorzy nie musimy się o nic martwić i cieszę się niezmiernie, że mam tak zgraną i dobraną ekipę do pomocy!
🎉Cóż, po podziękowaniach przyszedł czas na jeszcze jedno, nie takie znowu małe życzenie. Życzę nam wszystkim kolejnych wspólnych dziecięciu lat! Nie mam pojęcia, jak potoczą się nasze życia. Nie mam pojęcia, jak potoczy się dalszy los tego bloga. Ale póki będą chętni, by na nim pisać, póty my postaramy się tworzyć dla Was to miejsce. A teraz... Sto lat! Bawmy się i świętujmy! Poniżej znajdziecie nadesłane do nas opowiadania, ale też nie martwcie się, nic straconego! Jeśli przyślecie coś na nasz administracyjny adres po terminie, chętnie to opublikujemy! Zostawiam Was z opowiadaniami, zachęcam do czytania, a także wspominania Waszych losów na NYC w komentarzach. I wiecie co? Kocham Was wszystkich z całego serducha!

- Dzwoniłeś do Maxwella? – zapytała brunetka, poprawiając krawat pod szyją wysokiego blondyna. 
- Tak, już od wczoraj jest w Nowym Jorku.
- A do Irm?
Tutaj na dłuższą chwilę zapadła cisza. Uśmiechnął się blado, po czym złożył delikatny pocałunek na czole kobiety. To wszystko nie było takie proste. Życie spotkanej tu dwójki, nie należało do usłanych różami. Pożegnanie z Nowym Jorkiem nie było szczęśliwe. Ani dla jednego, ani dla drugiego. Jednak czy był jakikolwiek sens, aby wracać do tych bolesnych chwil, które wręcz siłą, wyrwały ich z miasta, które nigdy nie zasypia? Musicie po prostu uwierzyć na słowo, że ten blondyn, który stał przed wami, jeszcze kilka lat temu był wrakiem człowieka. Musiał wszystko budować od nowa. Stracił ogromną, nieźle prosperującą, firmę, a to wszystko przez fakt, że został uznany za zmarłego. To było okropne, że błędnie zidentyfikowano zwłoki. Pomylili się, potwornie. 
Dziś był człowiekiem, który po tych wszystkich zawirowaniach ledwie, co wszedł do samolotu. Musiał naćpać się prochami, by w ogóle, wylądować z powrotem w Ameryce. Jednak to nie był błąd. Na stałe osiadł w San Francisco, poznając tam drobną brunetkę, która sama nie chciała wracać do Wielkiego Jabłka. Obawiała się szykan ze strony swojego byłego partnera. Nie mogła go winić za to, że zabrał syna do siebie. W końcu nie było jej w Ameryce całe trzy lata, zanim wyrwała się z koszmaru, który rozgrywał się w jej ojczystym kraju. 
Alva Pettersson i Daniel Ryder od prawie sześciu lat tworzyli szczęśliwe małżeństwo. Oboje pomagali sobie wrócić powoli do życia i chyba można ich nazwać lekko dysfunkcyjnymi, bo nie zawsze zachowywali się jak reszta społeczeństwa. Co przez to rozumiem? Mimo młodego wieku po prostu prowadzili spokojne i sielankowe życie. Oboje byli ledwie ludźmi po trzydziestce, a co? Ich życie kręciło się tylko i wyłącznie wokół piekarni, którą razem stworzyli i sporego ogrodu przed domem. Mieli dosyć jakichkolwiek afer, szybkiego tempa życia i innych tego typu rzeczy. Dlatego też, nie utrzymywali kontaktu z osobami w swoim wieku, którzy zazwyczaj byli dopiero na etapie rozwijania kariery zawodowej i ciągłych imprez. To nie był świat państwa Ryder. Jedyny kontakt ze starym światem jaki mieli, to znajomość z Maxwellem Pullmanem, który około pięć lat temu sam przeniósł się z Nowego Jorku do Chicago. Miał w końcu niewiele do gadania w momencie, gdy kontrakt w Rangersach wygasł, jego osobę wykupiono, za grube miliony, do Chicago Blackhawks. Tam przyczynił się do, wcale nie tak małego sukcesu, bo w 2015 roku udało im się, jako drużynie, zdobyć prestiżowy Puchar Stanleya. Niestety przez ten kontrakt utracił miłość swojego życia. Jego związek z Inez Grant nie przetrwał próby czasu i dzielących setek mil. Niby dzielił ich dwugodzinny lot samolotem, jednak niestety chyba Max dodatkowo przyczynił się do rozpadu ich związku przez to, że miał słabość do kobiet i niestety oglądał się za krótkimi spódniczkami. Wylądował kilkukrotnie z inną w łóżku. Jednak miał na tyle honoru, aby powiedzieć o tym Inez wprost. Wtedy oboje stwierdzili, że to kompletnie nie ma sensu. A może Pullman tak stwierdził? Bo Nezia prawdopodobnie nie chciała już go w ogóle znać.  
Nadszedł maj. Dla państwa Ryder to był przełomowy dzień, bo oboje zgodnie zdecydowali się na moment wrócić do czasów, które nie należały do najprostszych. Przekroczyli próg uczelni, na której studiował blondyn. Nie wiedzieli czy dobrze robią pojawiając się na Jubileuszu, ale chyba nadszedł czas pogodzić się z przeszłością i bez bólu zacząć ją wspominać. A to była najlepsza ku temu okazja, prawda?
Max czekał już na nich przy ich stoliku, gdzie mogli odnaleźć winietki ze swoimi nazwiskami. Alva uśmiechnęła się delikatnie i powitała bruneta muśnięciem jego policzka. Pullman też już nie wyglądał na tak roztrzepanego człowieka jak kilka lat temu, a może po prostu próbował zachować spokój i jakieś zdystansowanie?
- Co siedzisz tak na szpilkach? – zapytał w końcu blondyn, siadając obok starego przyjaciela. 
- Widziałem ją… - mruknął, rozglądając się po ogromnej balowej Sali, przez którą przewijało się tysiące osób.
- Kogo? – Daniel zmarszczył brwi, nie bardzo rozumiejąc.
- Inez – sportowiec ściszył głos, jakby bał się, że ktokolwiek, poza nimi, ich usłyszy. 
Alva jedynie pokręciła lekko głową, uśmiechając się delikatnie. Popijała szampana, rozglądając się po sali. Czyżby podświadomie szukała sylwetki Alastora Ławrowa? Nawet nie wiedziała, co się u niego teraz w życiu dzieje. Miał kogoś? Czy jej syn był szczęśliwy? Dwa dni temu miał ósme urodziny. Niesamowite prawda? Wysłała mu paczkę, ale nawet nie miała pojęcia czy do niego dotarła, bo nigdy nie otrzymała odpowiedzi zwrotnej. Westchnęła cicho, a w tym samym momencie Max przerwał jej rozmyślania, wyciągając z kieszeni marynarki grubą i dość pokaźnych rozmiarów kopertę.
- Znalazłem to przy ostatniej przeprowadzce.
Daniel od razu uśmiechnął się nieznacznie, już domyślając się co się w niej znajdowało.
- Pokaż – poprosił, wyciągając w jej kierunku rękę. 
Nie pomylił się, bo wyciągnął z niej kilkadziesiąt zdjęć, które na szczęście Pullman zachował. 
- To był twój łącznik ze światem po amnezji, pamiętasz? – brunet, przekazał mu kopertę.
Blondyn drżącymi rękami po nią sięgnął i zaczął wyjmować zdjęcia.
Eli. Jej zdjęć było naprawdę sporo. Byli młodymi ludźmi, którzy dopiero, co zaczynają przygodę z New York College. To był burzliwy czas dla nich obojga. Mieli ledwo po siedemnaście lat, gdy byli ze sobą być. Niestety tak młody wiek zweryfikował wszystko, a raczej głupota Rydera. Tak, w wypadku komunikacyjnym stracił pamięć. Wróciła, ale już było zdecydowanie za późno. 
Irmelin. Fotografii blondynki w całym stosie było zdecydowanie najwięcej. 
- Mogliście otworzyć prywatne przedszkole – roześmiał się brunet, przeglądając razem z parą fotografię, na których widać było wieli brzuch Turlington i blondyneczkę, która stała tuż obok niej. Na innym znowu zdjęciu uchwycili całą szóstkę. Kto by pomyślał, że tak wiele może się zmienić. Niestety, wyjechała do Bostonu. Dziś? Utrzymywali jedynie kontakt korespondencyjny i wymieniają się opieką nad bliźniakami.  
April. Wariatka, którą w tamtych czasach nazywał siostrą. Ona natomiast, ochrzciła Daniela skrzatem i Złomkiem. Nie pytajcie dlaczego, bo niestety nikt nie pamiętał skąd się to wzięło. Może po prostu dlatego, że razem wpadali zazwyczaj na durne pomysły i cofali się w rozwoju, oglądając przez cały dzień bajki w telewizji?
Na samą myśl o blondynce, chciało mu się śmiać.
Juli, z którą było kilka nieporozumień, ale wybrnęli z tego cało. Wspaniała osoba, która zawsze bezinteresownie pomogła, o każdej porze dnia i nocy. 
Rose, która pracowała w jego firmie. Przez, co oboje musieli radzić sobie z plotkami na temat tego, że to właśnie z nim jest w ciąży i robi karierę przez łóżko. Zawsze starali się jednak to obrócić w żart i nawet kilkukrotnie zdarzyło im się wkręcać pracowników, że się nie mylą.  
Zdjęcia Maxa, też się zachowały. Jeszcze z czasów liceum, gdzie razem grali w jednej drużynie. Od zawsze jego tok myślenia był nieco inny, jednak był jedyną osobą, która trwała obok. Jeden i drugi zawsze mógł na siebie liczyć i nigdy się to nie zmieniło. 
Charlie. Oj, to była chodząca encyklopedia, gdy rozpierała go energia, uśmiech sam pojawiał się na twarzy jego towarzyszy. Daniel traktował go jak młodszego brata. Będzie musiał wybrać się na cmentarz. Zdecydowanie. 
Jonas Brothers. Jednym słowem nie dało się ich nie lubić. Wystarczyło spojrzeć na zdjęcie, które przyprawiało o łzy ze śmiechu. Z nimi człowiek nigdy nie mógł się nudzić.  
Czy którekolwiek z nich żałowało tego, że tego dnia się tutaj pojawiło? Nie, to był najlepszy pomysł od kilku dobrych lat. Miło było pobyć w starych, poczciwych szkolnych murach i powspominać młode lata. 


Może i Inez nie była absolwentką New York College, bo szkołę skończyła w Chicago i przeprowadziła się do Wielkiego Jabłka znacznie później, lecz nie mogła przegapić takiej okazji i gdyby nie pojawiła się na zjeździe absolwentów połączonym z balem charytatywnym, pewnie żałowałaby tego do końca życia i o jeden dzień dłużej. Decyzja była więc prosta i blondynka podjęła ją błyskawicznie, bez mrugnięcia okiem. Aiden nie miał tutaj niczego do gadania, mógł właściwie zdecydować jedynie o tym czy będzie jej towarzyszył, czy też nie. Inez nie zamierzała na niego naciskać, lecz mężczyzna stanął na wysokości zadania i nawet specjalnie z dużym wyprzedzeniem postarał się o urlop. Ostatecznie wszystko mieli dopięte na ostatni guzik jeszcze na długo przed dwudziestym trzecim maja.
— O rany, o rany, o rany — powtarzała nerwowo jak mantrę, kiedy kilka miesięcy później późnym popołudniem zatrzymali się na rozległym parkingu przed szkołą. Była pod wrażeniem tego, jak wiele osób zdecydowało się wziąć udział w tym wydarzeniu. Mimo że przyjechali odpowiednio wcześniej, długo szukali wolnego miejsca, a za nimi ciągnął się jeszcze sznurek samochodów.
— Spodziewałaś się tylu osób? — Wyciągnąwszy kluczyk ze stacyjki, Aiden uśmiechnął się szeroko, widząc rumieńce, które wypełzły na twarz Inez.
— Nie — szepnęła gorączkowo, kręcąc głową. Jej rozbiegane spojrzenie omiatało parking, aż w pewnym momencie blondynka zamarła i mocno zacisnęła palce na krawędziach fotela.
— O rany! — powiedziała najgłośniej i najbardziej dramatycznie jak do tej pory. — Sienna! — wykrzyknęła i posłała mężowi przelotne spojrzenie, odrobinę przepraszające, bo też zaraz jak oparzona wyskoczyła z samochodu i ruszyła w kierunku dawno niewidzianej przyjaciółki.
— Sienna! Si! — zawołała, starając się przekrzyczeć zgiełk panujący na parkingu. Podczas gdy prawą ręką jej machała, lewą przyciskała dół rozkloszowanej sukienki do ciała, przez co ktoś o uważnym spojrzeniu mógłby dostrzec odcinający się pod błękitnym materiałem zaokrąglony brzuch. — Sienna! — Już nie tyle wołała, co darła się jak głupia, uśmiechając się tym szerzej, im mniejsza była dzieląca je odległość.

Jordan nie był zachwycony tym, że jego żona upierała się na zjazd absolwentów szkoły, do której uczęszczała może niecały rok. Nie śmiał jednak się sprzeciwiać komuś, kto zarządzał sprawnie całym jego życiem. Siedząc na kanapie w pokaźnym salonie, spoglądał na raczkującego po miękkim dywanie syna, wsłuchiwał się w odgłosy dobiegające z jednej z łazienek i nie pozostało mu nic innego jak co jakiś czas poprawiać swój krawat.
─ Mamo! To boli! Nie szarp!
─ Maddie, do jasnej cho… Przestań się wiercić. Chcesz mieć tego warkocza czy nie?
Głos Sienny wcale nie brzmiał groźnie. Miała zbyt wielką słabość do swojej córeczki i nie mogła nawet udawać, że się na nią złości. Po chwili, mała blond włosa bestia wpadła do salonu i wskoczyła na kolana Jordana.
─ Nie chcę tam iść ─ szepnęła konspiracyjnie, spoglądając na ciemnoskórego mężczyznę, który uśmiechnął się szeroko. Madelaine może i nie była jego córką, ale kochał ją nad życie, choć bardzo trudnym było dzielenie się małą z jej biologicznym ojcem. Spojrzał na małego Jaspera, który natomiast zajęty był sobą i nowymi, kolorowymi klockami.
Na całą tę scenkę spoglądała też Sienna, zastanawiając się, kiedy nastąpił moment, w którym została najszczęśliwszą kobietą na świecie. Mimo wyroku ginekologa, że nigdy nie będzie mogła mieć dzieci, miała ich teraz dwójkę. Mimo wielu sercowych niepowodzeń, nie poddała się i teraz miała najwspanialszego męża na świecie.
─ Idziemy, kochani. Młoda damo, bez obrazy majestatu proszę, wstawaj i do auta ─ próbowała zabrzmieć stanowczo. Podeszła do niespełna dwuletniego syna, spojrzała na sześciolatkę i westchnęła. Wtedy też rozbrzmiał głęboki śmiech Jordana.
─ Jesteś pewna, że te papcie to odpowiednie obuwie do sukienki, mała?

Sienna stała przy ciemnym SUVie wypinając Maddie z fotelika. Tłum, który się tu zebrał przeszedł jej wyobrażenia. Trzymając sześciolatkę w górze, rozejrzała się dookoła, w końcu postawiła ją na ziemi, poprawiła tiulową sukieneczkę i złapała za małą rączkę. Upewniła się, że Jasper jest bezpieczny w ramionach Jordana i zamknęła wóz. Odetchnęła. Ubrana w przylegającą, bandażową sukienkę w pięknym, bordowym kolorze, nie wyglądała jak zakręcona matka, która nie potrafi zapanować nad sześciolatką, a jak kobieta sukcesu. I tak też się czuła. Wraz z wiekiem i po dwóch ciążach przybrała nieco, nabyła pełniejszych kształtów, ale nadal była wysportowana i szczupła, ale zdecydowanie bardziej kobieca.
Słyszała bardzo znajomy głos. Odwróciła się na pięcie i wśród tych wszystkich ludzi wypatrzyła swoją ukochaną blondynę. Chciała się wyrwać i biec, ale raz, że przeszkadzały jej w tym wysokie szpilki, a dwa, że uniemożliwiała to mała Maddie. Dopiero teraz do Sienny dotarło, że już dawno przestała być beztroską dwudziestolatką. Spojrzała błagalnie na męża, który prędko zrozumiał jej intencję i odebrał dłoń córki. Sienna, dziwnym truchtem, ale truchtem, pognała w stronę przyjaciółki i zatrzymała się tuż przed nią, szczerząc się jak głupi do sera. Ale mogła być głupia, o ile jej serem była Inez.
─ Inez ─ sapnęła w końcu, wyciągając ramiona w stronę blondynki. Była ratowniczka medyczna zwolniła dopiero, gdy znalazła się jakieś dwa metry od przyjaciółki, co oznaczało, że wpadła w jej ramiona ze sporym impetem. Czując, że z tego powodu Sienna zachwiała się na wysokich obcasach, najpierw przytrzymała ją stanowczo, a dopiero później obdarzyła solidnym uściskiem na przywitanie.
─ Dobrze cię widzieć! ─ powiedziała z uśmiechem, kiedy w końcu się odsunęła. Co prawda jedynie na wyciągnięcie ramion i wciąż delikatnie przytrzymywała dłońmi łokcie Sienny, ale jednak. To pozwoliło jej na uważne zlustrowanie wzrokiem sylwetki kobiety, a w miarę tych oględzin na usta blondynki wypełzł zaczepny uśmieszek.
─ No, no ─ cmoknęła, z rozbawieniem kręcąc głową. ─ Jeśli tak wygląda matka dwójki dzieci, to ja powinnam już planować kolejne! ─ oznajmiła i roześmiała się wesoło. ─ Aiden, słyszałeś! ─ zawołała, przez ramię spoglądając na mężczyznę, który zamknął samochód i nieśpiesznie zbliżał się w ich kierunku, z rozbawieniem obserwując, jak jego żona zachowuje się niczym licealistka.
─ Nie i chyba nie chcę wiedzieć, co wymyśliłaś ─ przyznał, gdy tylko zobaczył ten charakterystyczny błysk w jej niebieskich oczach, po czym wymienił z Jordanem nie tylko uścisk dłoni, ale również porozumiewawcze spojrzenie. Prawdopodobnie obydwaj mężczyźni czuli, że nie zapanują dzisiaj nad tą dwójką kobiet, które myślami były daleko stąd, w czasach, gdy żadna z nich nie znała swojej przyszłości, będącej obecnie ich aktualną, jak najbardziej namacalną teraźniejszością.
Sienna zaśmiała się. Nic innego nie przychodziło jej teraz do głowy, jak tylko się śmiać. Utrzymywała kontakt z Inez, była mniej więcej na bieżąco z wszystkimi informacjami, ale przez pęd życia i natłok obowiązków nie mogła widywać się z przyjaciółką zbyt często, dlatego to spotkanie cieszyło ją tak bardzo.
Utuliła ciężarną blondynkę. Gdyby nie fakt, że przyprowadziły ze sobą towarzyszy życia, pewnie byłyby obojętne na cały zewnętrzny świat. Sienna wpatrywałaby się w Inez bez przerwy, nie mogąc się nadziwić temu, jak poznana kiedyś przypadkiem młoda kobieta, teraz rozkwitła, ale coś małego przylepiło się do jej nogi, ciągnąc za skrawek spódnicy.
─ Maddie nie może się doczekać kuzynostwa, także nie przerywajcie produkcji ─ zaśmiała się, spoglądając teraz na biednych mężczyzn, którzy oddali się pewnie o wiele ciekawszej rozmowie. Sienna złapała za rączkę swoją córkę, a potem drugie ramię wyciągnęła w kierunku Inez. I znowu wychodziło na to, że musiały radzić sobie same.
─ Myślisz, że spotkamy kogoś znajomego? Gabriela? Silver? Dana? ─ spytała, momentalnie przypominając sobie znajome twarze. Fakt faktem z Gabrielem miała raczej stały kontakt, podobnie jak z jego siostrą, w końcu Maddie była Garsonówną, nie mogła uniemożliwiać jej biologicznemu ojcu spotkań. Mimo tego, nie wiedziała, czy starzy znajomi wybierali się na bal.
Niegdyś panna Grant, teraz pani Henderson z przyjemnością ujęła ramię Sienny i uśmiechnęła się do Maddie, którą pogładziła po główce. Delikatnie, by przypadkiem nie zniszczyć pieczołowicie zaplecionej przez mamę fryzury.
─ Albo Soel i Collen. Rosalie, Iana i Quinn. Leę, Petera, Narcisse, Cass i Matthew ─ wymieniła i westchnęła ciężko, po czym zamrugała szybko, by przegonić gromadzące się w niebieskich oczach łzy. Przez burzę hormonów, wcześniej raczej nieskora do płaczu, teraz wyjątkowo szybko i nader często się wzruszała, co wyjątkowo bawiło Aidena.
─ To były czasy… Tyle się wtedy działo, tyle czasu spędzało razem, a teraz mam kontakt zaledwie z garstką tych osób ─ mruknęła i pokręciła głową, po czym mocniej zacisnęła palce na ramieniu Si, ciesząc się, że kobieta była jedną z tych, z którą znajomość wciąż trwała i nie widać było jej końca.
Mury college’u rosły przed nimi, w miarę jak powolnym krokiem pokonywały dzielącą je od wejścia odległość. Blondynka nawet nie oglądała się na męża, który szedł za nimi w towarzystwie Jordana. Zamiast tego co jakiś czas wspinała się na palce i rozglądała w poszukiwaniu znajomych twarzy.
Nie wiedząc czemu jej serce zwolniło, by potem zacząć bić w szaleńczym tempie. Szła powoli u boku przyjaciółki, mając wrażenie, jakby po raz kolejny szła do ołtarza. Podobnie jak blondynka, rozglądała się dookoła, próbując wypatrzeć kogoś znajomego, jednak dziwne napięcie jej nie opuszczało. Tak jak wtedy…

Sienna nie była tego dnia sama. Wokół niej kręciły się najlepsze przyjaciółki ubrane w sukienki przed kolano w tym samym, miętowym kolorze. Wszystkie były piękne, uśmiechnięte i zadowolone, tylko ona stała przed wysokim oknem w hotelowym pokoju, wpatrując się w niespokojny ocean. Biała suknia była skromna, a skóra zdenerwowanej Wright przypominała jej kolor. Odwróciła się w stronę lustra…
...i wziąwszy ostatni głęboki oddech, skinęła głową na druhny, tym samym dając im do zrozumienia, że mogą wychodzić. Nie było już odwrotu i Inez z całą mocą uświadomiła to sobie w ciasnym wnętrzu specjalnie wypożyczonego i przystrojonego na tę okazję samochodu. I choć tak bardzo się denerwowała, chociaż w nagłym przypływie paniki targały nią ostatnie, kompletnie niepotrzebne wątpliwości, to nie zamierzała uciekać. Nacisnęła klamkę i wyszła na nasłoneczniony plac przed niedużym, starym kościołem…
...ołtarz stał na plaży, goście usadzeni na białych, przystrojonych krzesełkach, spoglądali na bezkresny ocean, a Sienna szła środkiem jasnego dywanu, zmierzając w stronę ołtarza. Jordan spoglądał na nią, posyłając szeroki, olśniewający uśmiech. Serce podskoczyło jej do gardła, kiedy stanęła tuż przed nim, delikatnie ujmując jego silne dłonie. Spojrzała na narzeczonego, słowa pastora do niej nie docierały, skupiała się tylko na tym, co mówił Jordan, jak zahipnotyzowana wpatrywała się w jego usta, żeby usłyszeć to jedno wyczekiwane słowo…
─ Tak. ─ Głos Aidena drżał lekko, gdy wypowiadał to na co dzień błahe słowo, teraz nabierające wielkiej mocy, podobnie zresztą jak głos Inez, gdy ta składała małżeńską przysięgę. Blondynka zarzekała się, że nie będzie płakać, bo też nie należała do łatwo wzruszających się kobiet, lecz w tym momencie czuła rosnącą w gardle gulę i musiała intensywnie mrugać, by przegonić zbierające się w oczach łzy. Wciąż mocno drżąc, ujęła w dłonie twarz mężczyzny swojego życia i pocałowała go czule, ledwo słysząc radosne okrzyki zgromadzonych w kościele gości. Po chwili zdającej się trwać całą wieczność, mocno ściskając rękę swojego świeżo upieczonego męża, odwróciła się w stronę zapełnionych ławek…
…wszyscy stali, klaszcząc w dłonie. Roześmiani i szczęśliwi. Sienna, szczerząc się tak szeroko jak to tylko możliwe, przyglądała się swoim gościom, najbliższym ludziom, który, była wdzięczna za to, że towarzyszą jej w takim dniu. Stojąc po prawej stronie swojego męża, uniosła ich dłonie w geście zwycięstwa…

─ Co wy najlepszego wyprawiacie? ─ Z zamyślenia wyrwał je znajomy głos. Kobiety niemalże synchronicznie zamrugały szybko, chcąc się otrząsnąć i powrócić do rzeczywistości. Gdy spojrzały po sobie, z niemałym zaskoczeniem zauważyły, że wysoko unoszą splecione ze sobą dłonie i nic z tego nie rozumiejąc, szybko je opuściły.
─ My tak tylko… ─ bąknęła Inez, posyłając Siennie niezrozumiałe spojrzenie. Blondynka odpowiedziała jej wzruszeniem ramion, choć chyba obydwie podświadomie podejrzewały, co właśnie miało miejsce i przez to na ich twarzach zaczęły się błąkać wesołe uśmieszki. Ich mężowie przecież nie musieli wiedzieć o wszystkim. W tym także między innymi o tym, że na długo przed ich poznaniem w improwizowanych warunkach ślubowały sobie miłość i wierność aż do grobowej deski. Chichocząc głupio niczym nastolatki, wciąż trzymając się za ręce, przekroczyły próg wyjątkowego college’u, który już na zawsze splótł ze sobą ich losy.


Quin stanęła przed ich dawnym domem i uśmiechnęła się smętnie. Lubiła mieszkanie tutaj. Czuła wtedy, ze wszystko jest na swoim miejscu. Ona, Ian, Chris… Że wszystko się poukłada i będą prowadzić nudne życie we własnym gronie. Tymczasem los pchnął na inne tory i popędzili w zupełnie innym kierunku. Ian przejął rodzinną kancelarię, a oni ruszyli za nim. Wyprowadzili  się z Nowego Jorku i wydawało się, że to normalne. Znalazła jakąś pracę, zajmowała się dziećmi. Nie można było powiedzieć, że źle im się żyje. Na biedę też nie można było narzekać. Jednak czasami z bólem wspominała ten okres po ślubie, kiedy jeszcze się tym wszystkim cieszyli i codzienność nie zabijała całego entuzjazmu.
Westchnęła cicho i ruszyła dalej. Złapała taksówkę i pojechała do ojca. Ostatnio nie spotykali się za często, więc zdecydowała, że u nich przenocuje. Spędzenie z nim czasu wydawało się dobrym pomysłem. Wspólna kolacja, pogaduchy, wspomnienia. Szybko jednak okazało się, że sama siebie oszukuje, próbując przywołać dawne czasy na siłę. Nie była już tą zakochaną nastolatką, która patrzyła na świat przez różowe okulary, a wszędzie i tak widziała tylko jedno – a właściwie jednego. Po latach miała wrażenie, że w pewien sposób gdzieś się w tym pogubiła. Ian robił karierę. Był lubiany, często zapraszany na przyjęcia, spotkania. Zawalony robotą. A ona czuła się jak ozdoba. I chociaż nie wątpiła w ich uczucie, to zastanawiała się, czy nie powinna bardziej zdecydowanie określić swój obszar działania w życiu i poza domem. Szczególnie teraz, gdy dzieciaki już nie siedzą z nią, a spędzają czas w szkole, gdy Chris woli kolegów od matki. To normalne. Tylko… że Quin czuła, że dla niej nie ma już miejsca. Że życie jest zbyt zatłoczone.
Miała nadzieję, że wizyta w Nowym Jorku pomoże jej poukładać myśli i własne uczucia. Tymczasem powrócił tylko żal… i wspomnienia słodkich chwil. A przecież nie wszystkie były takie… Nawet jeśli wokoło wcale tak przyjemnie nie było.

Słyszałam, jak drzwi się powoli otwierają, i uniosłam jedną powiekę. Do sali przez uchylone drzwi zaglądał Ian, a jego ciemna czupryna była jeszcze bardziej potargana niż zwykle.
Uśmiechnęłam się mimowolnie, choć nie mogłam zrozumieć, co on tutaj robi.
- Ian! – powiedziałam wesoło. - Co Ty tu robisz? I czy widziałeś się dzisiaj w lustrze?
- Przyszedłem, żeby zobaczyć, jak się czujesz. - Chłopak uśmiechnął się lekko, odruchowo przygładzając wolną dłonią potargane włosy. W drugiej trzymał bukiet białych róż, które położył na stoliku obok mojego łóżka. To było miłe. Bardzo miłe. - Możliwe, że widziałem się w lustrze, ale to tylko włosy. - Usiadł obok mnie. Chwycił moją zabandażowaną dłoń i ścisnął ją lekko.

Quin oderwała wzrok od zakochanej parki, która tuliła się do sobie na ławce. Nie myślała o dwojgu nieznajomych. Wspominała swoje uczucia. Miała wrażenie, że niedługo utonie w tej całej emocjonalnej bańce.
Wtedy jej telefon z cichym brzęczeniem zawibrował w kieszeni. Wyjęła go w pośpiechu.
- Tak?
W odpowiedzi dostała potok słów, z którego udało jej się wyłowić tyle, co nic. A właściwie dwa wyrazy: „bal” i „idziesz”. To stara znajoma dowiedziała się przypadkiem od ojca Quin, że blondynka jest w mieście. Zadzwoniła więc, aby zabrać ją ze sobą na bal absolwentów ich starego, dobrego college’u. Pani Dawson nie potrafiła odmówić. Nawet nie próbowała tak naprawdę. Od przyjazdu uganiała się po mieście za wspomnieniami i śladami minionych dni, więc jak mogłaby zignorować tak wyraźny sygnał od losu? Po dobrych dwudziestu minutach dostała nie tylko mailowe zaproszenie na bal, ale też poważny ból głowy. A musiała zdobyć jeszcze sukienkę na tę imprezę.

Kiedy weszła w szkolne mury, zadrżała  lekko. Nie miała złych wspomnień z tym budynkiem – przeciwnie, bardzo lubiła to miejsce. Nigdy nie była sobą popularną czy zaangażowaną, ale miała swoje miejsce, swoje skrytki. Kiedyś godzinami przesiadywała w bibliotece, ślęcząc nad tekstami w wymarłych językach. Lubiła pracę w ciszy i spokoju. Nie wiedziała, jakim cudem później mogła pracować w miejscach tak gwarnych jak wytwórnia czy niespokojnych jak muzea. Czas spędzony w murach college’u był dla niej niczym utopia lat dziecinnych.
Wyjęła telefon i cyknęła sobie selfie na tle drzwi z symbolem college’u. Wysłała do męża.
Żałuj, że cię tu nie ma. Kocham was. Buziaki napisała szybko i wysłała. A potem pewnym krokiem weszła do sali, w której gromadzili się też inni goście.
Zżerała ją ciekawość, łaknęła widoku znajomych twarzy. A może chciała znaleźć samą siebie?

Sol Duval, niebawem Schriver, przyłożyła dłoń do płaskiego brzucha, nie mogą nadziwić się, że tak szybko wróciła do dawnej figury. W tym momencie ich wspólne mieszkanie z Ethanem stojące nieopodal Central Parku tonęło w błogiej ciszy, ale wiedziała, że kiedy narzeczony wróci z niemal roczną córcią z krótkiego spaceru, ściany wypełni cudownie słodka rodzinna melodia. Nie była do końca pewna, po kim mała Rose to odziedziczyła, ale gdy tylko się nie uśmiechała, gaworzyła po swojemu, doprowadzając rodziców do bardzo intensywnej pracy mózgów nad rozszyfrowaniem tego, co ma na myśli. I o ile ona spędzała z małą więcej czasu nić Ethan, to jednak on intuicyjnie zawsze wiedział, czego Rosie chce i po co wyciąga pulchne rączki.
Odgarnęła z czoła krótkie, łaskoczące ją w twarz marchewkowe kosmyki i spojrzała na jasną kopertę, którą trzymała w dłoni. Minęło dobre kilka lat od ostatniego momentu, jak chociażby pomyślała o swojej dawnej uczelni, zatem zaproszenie na Bal Charytatywny I Zjazd Absolwentów było niemałym zaskoczeniem, gdy listonosz dostarczył jej to na aktualny adres. Nie sądziła nawet, że Dyrekcja New York College w ogóle doszuka się zmiany lokalizacji  zamieszkania absolwentki, która nawet nie świeciła na scenie, jak dawniej i to już od sporego szmatu czasu.
Z sentymentem spojrzała na komodę przy oknie, na której razem z ukochanym ustawili kilka
najpiękniejszych zdjęć, łapiących najważniejsze momenty z ich życia. Większość stanowiły wspólne ujęcia, jak te z okazji chrztu synka Joyce – wtedy oboje zostali rodzicami chrzestnymi maluszka; jedyny raz gdy Ethan dał się wyciągnąć na zabawę karaoke w barze u Petera; albo jak wspólnie z babcią Ruby wybrali się nad jezioro pod miastem i obydwie kobiety świeciły bladymi skórami, a Ethan dumnie prezentował nieco czerwoną, ale jednak istniejącą opaleniznę. Znalazło się tu jednak także kilka fotografii, na których każde z nich stało osobno. Młodziutka zaledwie osiemnastoletnia Sol podczas swojej pierwszej roli primabaleriny, gdy niemal z łzami w oczach wieńczyła spektakl z resztą tancerzy w wyraziście cudacznym makijażu i stroju, który błyszczał jak usiane gwiazdami niebo. Otwarcie małej autorskiej pracowni projektowania i szycia strojów na spektakle baletowe z kostiumologami, które wciąż miało ją wiązać z baletem, mimo iż diagnoza lekarska była niczym wyrok, zakazując już bliskich starć z sceną po wypadku. Jej dwudzieste szóste urodziny, które spędzała u rodziny w Włoszech, dumnie prezentując każdemu pierścionek na palcu serdecznym, którym Ethan się oświadczył przed ostatnim wyjazdem na misję ze swoją jednostką SEALsów. Potem fotka z szalonymi przyjaciółkami podczas jednego z ostatnich wypadów w Nowym Jorku, kiedy jeszcze wszystkie były na miejscu i mogła codziennie odwiedzać April, Rosalie, Cyzię i Inez, nim wszystkie rozpłynęły się gdzieś po świecie. Frontowe wejście New York Theatre Ballet po jednym z lżejszych spektakli, na które zabrała swoją klasę maluszków, które wprowadzała w świat sztuki i miłości do desek. To wszystko było masą jej najcudowniejszych wspomnień z zaledwie kilku ostatnich lat. Ruda wyciągnęła dłoń po jedną z ramek, przesuwając opuszkami delikatnie szkiełko chroniące fotografię, Ethan stał dumnie salutując z swoimi chłopakami, którzy byli jego braćmi, jego rodziną. I o których bała się równie mocno jak o swojego mężczyznę, gdy kolejny raz opuszczali kraj.
– Jesteśmy! - usłyszała od progu i odstawiła zdjęcie, kierując się do drzwi wejściowych, żeby powitać swoje skarby.
Ucałowała Ethana w polik i wyciągnęła ręce do swojej córki, z którą nie potrafiła się rozstać nawet na jedną godzinę. Choć gdy szła do pracowni na pół dnia, albo prowadzić zajęcia dla dzieciaków, ciągłe zajęcie okazywało się skutecznie zasnuwać myśli o tęsknocie za tym uroczym bąbelkiem, które oczy miało ewidentnie po tacie. Choć uśmiech po niej, zdecydowanie!
– Jedziemy na zakupy, słonko – oznajmiła, wręczając Porucznikowi zaproszenie i odstawiając wózek na bok korytarza, przeszła do salonu, by usiąść na sofie z Rosie na kolanach i zdjąć z niej lekki sweterek.
Nie była pewna, czy trzeba będzie jakoś szczególnie namawiać Ethana do wskoczenia w garnitur, ale obydwoje doskonale wiedzieli, że gdy Sol bardziej się postara, on ulegnie każdej jej prośbie. To już tak z nimi było, że twardy żołnierz przy byłej baletnicy trochę miękł i serdecznie bawiły ją te pełne szacunku, ale i trwogi spojrzenia jakie rzucali swojemu dowódcy chłopcy z jednostki, gdy spotykali się raz na jakiś czas na wspólnym przyjacielskim grillowaniu. Jakby nawet bez munduru gotowi byli wypełnić każdy jego rozkaz, a przecież nie był wcale tak surowy i nieprzejednany, jakby się mogło wydawać. Nie dla niej.
Zaśmiała się pod nosem, widząc minę wchodzącego do salonu narzeczonego. Ostatnio, gdy zaciągnęła go na zakupy, spędzili prawie dwanaście godzin na odwiedzaniu salonów sukien ślubnych, bo gdy tylko jej ciało po porodzie zaczęło nabierać dawnych kształtów, a skóra na brzuchu znów stała się sprężysta, tak że Sol mogła wskoczyć w dawne sukienki i jeansy, nie chciała dłużej odwlekać przygotowań. Zresztą ich ślub i tak odwlekany był blisko półtora roku, bo to raz wypadła Ethanowi misja na kolejne sześć miesięcy i nie mógł odmówić, a to znów ona musiała pomóc rodzicom w rozwiązaniu najmu winiarni, gdy przenosili cały interes do Palermo, a nie wszystkie dokumenty były w Nowym Jorku i latała kilka razy w ciągu miesiąca do Włoch. A później ciąża, a Duval zdecydowanie nie chciała wyglądać w najważniejszym dniu kobiety jak bela.  Rozumiała więc, skąd ten grymas na twarzy mężczyzny, choć była pewna, że tym razem spodoba mu się to o wiele bardziej.
– Podrzucimy Rosie do babci – oświadczyła, bo z dzieckiem ani nic by nie kupili, ani nawet nie byłaby w stanie na spokojnie żadnej kreacji przymierzyć, a skoro obowiązywał strój wizytowy, chciała pokusić się o coś zjawiskowego, bo dawno temu miała okazję nosić cokolwiek, co by było eleganckie, kobiece, wyrafinowane. - I będziesz musiał skupić się na mnie, wchodzić do przymierzalni razem ze mną, zapinać haftki, odpinać zamki i mówić całkowicie szczerze, jak to co zakładam na mnie leży – poinstruowała rozbawiona przyglądając się zmianom, jakie zachodzą w jego twarzy, spojrzeniu i nastawieniu do tego przedsięwzięcia. Bo zakupy w przypadku świeżo upieczonych rodziców, to była istna przygoda. Ekscytująca i podniecająca!
Ułożyła córkę w łóżeczku, ustawionym przy łóżku i podeszła do ukochanego, układając miękko jasne dłonie na jego torsie. Pocałowała go krótko i gdy ją objął, przyciągając bliżej, przesunęła dłońmi w górę po jego ramionach i zatrzymała ręce na karku, muskając skórę nad kołnierzem kurtki opuszkami.
– Dzięki Bogu jeszcze zostało mi trochę biustu po karmieniu, to będzie wesoło – zaśmiała się i wspięła na palce, całując go znów. Jeśli jednak którekolwiek z nich nabrało ochoty na coś więcej, przypomnienie o obowiązkach w postaci cichego popłakiwania i nawoływania z łóżeczka, skutecznie ostudziło wszelkie zapędy.
Kilka lat temu skupiała się jedynie na balecie. Scena była jej życiem, ledwie znajdywała czas, aby dbać o przyjaźnie, które nawiązała z tyloma wyjątkowymi osobami. W chwili obecnej wciąż ta sztuka istniała i była ważna w jej życiu, ale... teraz najważniejsza była rodzina i ludzie. Jej ludzie. I nie mogła doczekać się tych wszystkich znajomych twarzy, które na pewno ujrzy na zjeździe.
'

13/12/2012

1907. Many nights we pray with no proof anyone could hear.


    Minęło dziewięć miesięcy od powrotu Maxa do Nowego Jorku. To tutaj osiadł na stałe, ponieważ otrzymał kontrakt w New York Rangers, ale także miał sentyment do tego miasta – przez wspomnienia. Od marca miasto zdążyło okryć się białym puchem, który mężczyzna naprawdę lubił, czuł że zbliżają się święta i obiecał sobie, że tym razem spędzi je pogodnie. Kto by pomyślał, że te święta będą inne od poprzednich, on z pewnością nie.
Uśmiechał się cały czas pod nosem, stukając palcami o kierownicę swojego auta i uważając na inne samochody na drodze. Jechał właśnie do swojego przyjaciela, o którym nigdy nie zapomni mimo, że nie może go zobaczyć czy napić się razem z nim herbaty. Wiedział i tak, że Daniel zawsze go wysłucha i choć nie może tak naprawdę doradzić, to chwila refleksji nad jego nagrobkiem zawsze sprawiała, że brunet wybierał odpowiednie rozwiązanie problemu, tak jakby starszy kolega i tak nad nim czuwał, i mówił, co jest najlepsze. 
Wysiadł z auta i poprawił na szyi gruby szalik, który w tym momencie miał osłaniać go przed lodowatym wiatrem. Zmrużył oczy i naciągnął na swoje bujne loczki kaptur grubej kurtki, by ochronić się przed dużymi płatkami śniegu, które właśnie spadały z nieba. Odetchnął głęboko, po czym ruszył doskonale mu znaną ścieżką, bo przecież już tyle razy tu bywał. Zatrzymał się dopiero przed dość dużą tablicą w ziemi, a następnie kucnął, by zetrzeć z niej śnieg. Jego czekoladowym oczom ukazał się wypiaskowany napis, który znał na pamięć – milimetr po milimetrze, literkę po literce i cyferkę po cyferce.

DANIEL RYDER
14.02.1987  - 12.11.2009
NIE PŁACZ NAD MOIM GROBEM.
MNIE TAM NIE MA. JA NIE UMARŁEM.

    Nie pamiętał nawet kto wymyślił taką inskrypcję. Nie wnikał w to nawet za bardzo, przynajmniej nie trzy lata temu, ale kto by pomyślał, że po tylu latach te zdania odkryją swój prawdziwy sens.
- Cześć, Stary… - mruknął, wstając na równe nogi i popatrzył na kwiaty, które zamarzły przez te ostatnie mrozy. Jednak, coś mu się tu nie zgadzało, było ich za dużo. Kucnął z powrotem – No, powinieneś mi się przyznać, kto cię tu jeszcze odwiedza – odparł i wziął między palce jasny płatek białej róży, która wyjątkowo dobrze się zachowała – Wiesz? Próbowałem znaleźć kontakt do Irmelin, chciałem dowiedzieć się, co tam u niej, ale nic… Kompletna pustka, w żadnym szpitalu albo nie chcą mi dać informacji, albo o niej nie słyszeli. Nie uważasz, że to dziwne? – zmarszczył brwi, a w pewnym momencie usłyszał skrzypiący śnieg pod czyimiś stopami. Był to znak, że ktoś się do niego zbliża. 
- Witam? – zapytała zaskoczona kobieta w średnim wieku, ubrana w najmodniejszy płaszcz w tym sezonie. Zdjęła z oczu przeciwsłoneczne okulary, choć mieliśmy środek zimy. Brunet uniósł nieznacznie swe brwi i wstał, po czym odwrócił w kierunku kobiety.
- Dzień dobry… - mruknął jedynie, nie bardzo wiedząc z kim ma w tym momencie do czynienia. Rodzina Daniela znikała w dziwnych okolicznościach przez, co był wręcz pewien, że nie może być to nikt z nim blisko spokrewniony.
- Wiedziałam, że w końcu wpadnę na kogoś z rodziny pana Rydera – uśmiechnęła się kącikiem swoich krwiście czerwonych warg i wyciągnęła w jego kierunku swą smukłą dłoń, wcześniej zsuwając z niej skórzaną rękawiczkę – Amanda Hopkins, prywatny detektyw. Zaintrygowała mnie historia Ryderów, dlatego zajęłam się tą całą sprawą.
Chłopak z każdą chwilą stawał się coraz bardziej podejrzliwy, nie miał pewności czy nieznajoma mówi prawdę. No dobrze, ta rodzina nie należała do najnormalniejszych, ale… To nie znaczy zaraz, że ktoś tak po prostu ma prawo do tego, by grzebać w jej przeszłości. Umarli, nie ma – koniec.
- Przykro mi, ale ja pani nie pomogę, bo nie uważam by było o czym rozmawiać, do widzenia… Tu nie ma żadnej sprawy do rozwikłania - odparł, nie przestawiając się nawet i nie dając powodów do tego, by ona teraz zainteresowała się nim. Choć zdawał sobie sprawę z tego, że nie problem jest go odnaleźć, zwłaszcza teraz, gdy jest osobą publiczną. Uprawia sport, który jest popularny w Ameryce, gra w renomowanej drużynie, pierwszym składzie i środku sezonu, który naprawdę doskonale się zaczął. Wystarczyło włączyć wiadomości sportowe by natknąć się na jego zdjęcie i nazwisko, a reszta dla dociekliwej pani detektyw to żaden problem. Max przeklął pod nosem i wsiadł od razu do samochodu.
- No, Stary… Tobie nawet teraz ludzie nie chcą dać spokoju. Czasami myślę, że chyba ktoś faktycznie specjalnie rzucał ci kłody pod nogi… - mruknął pod nosem i odpalił silnik swojego Jeepa, po czym ruszył z piskiem opon – Początkowo sielankowe życie, utrata dziecka, głupi motor, amnezja, wyjazd Eli, całkiem dobry okres z Irmelin, potem kryzys w jej ciąży, dzieci, pojawienie się jakiejś dziewczynki, niby kuzynki, a w między czasie przynosząca milionowe zyski firma, ale… Musiał się pojawić ten pieprzony samolot… Nie za dużo jak na jedno życie? – pokręcił głową – Jeżeli Irm gdzieś tam jest i twoje dzieci żyją to wtedy się uspokoję, wiesz Stary? – tak, mówił do siebie. Jeżeli zwracał się do Daniela zawsze mówił do siebie na głos, nie zwracając uwagi na to, że z boku mogłoby to po prostu dziwnie wyglądać.
    Będąc już w swoim apartamencie wyrzucił na stół pocztę i odłożył torbę z zakupami. Jego uwagę przykuła dość duża koperta. Otworzył ją i ku jego zdziwieniu w bąbelkowym opakowaniu była jakaś płyta. Usiadł na kanapie i wsadził ją do odtwarzacza w swoim laptopie.
Samoistnie odpalił się jakiś dość krótki filmik, a na czarnym ekranie pojawił się biały napis: 27 listopad 1992 rok. Ewing niedaleko Nowego Jorku.
Mężczyznę zatkało, szybko zatrzymał odtwarzanie i złapał za kopertę, jednak na papierze nie było żadnego adresu zwrotnego, a nie sądził by coś takiego wysłała mu matka. Gdzie ona? Była beztalenciem elektronicznym i ledwie, co potrafiła obsłużyć przeglądarkę internetową by sprawdzić sobie pocztę. No ale dobrze, wróćmy do rzeczywistości. Brunet odetchnął głęboko i wcisnął ponownie przycisk „play”, czekając na rozwój wydarzeń.
Pięcioletni chłopczyk biegał w ogródku, który zasypany był świeżym śniegiem, który zapewne spadł zaledwie dzień wcześniej.
- Tato! Tato! – wrzeszczał w niebogłosy, uśmiechając się szeroko i podskakując wesoło.
Mężczyzna, który był z nim, lepił właśnie wielkiego bałwana. Mały Daniel był tak pochłonięty maratonem wokół białego ogródka, że nie zauważył bałwana i wpadł na niego z impetem.
- Daniel! – pan Joseph roześmiał się, widząc swojego syna przypominającego śnieżny posąg – I z bałwana nici.
- Teraz ja jestem bałwan! – mały uniósł do góry ręce, pokazując obklejone śniegiem rękawiczki.
- I renifer czerwononosy – mężczyzna wziął blondyna na ręce i podszedł do osoby, która kręciła to wszystko – Z wujka Philla też trzeba zrobić bałwana!
Można było usłyszeć śmiechy całej trójki, jednak obraz został zamazany przez kulę śnieżną, która wylądowała na obiektywie.
Kolejne ujęcie miało miejsce już w domu, w kuchni, gdzie blondwłosa kobieta gotowała zapewne kolację.
- Jesteśmy!
- Uważałeś na niego? – kucharka odwróciła się tyłem do blatu.
- Bardziej niż na siebie – oświadczył z dumą pan Ryder (którego Max już wcześniej rozpoznał), nie zwracając najmniejszej uwagi na pięciolatka, który nie zmieścił się przez niego w drzwiach i walnął czołem o ich framugę, wywołując przy tym niemały huk – Nie wal w nic głową, patrz jak chodzisz… – zwrócił się ojciec do syna, a mały jedynie zmarszczył brwi, trzymając się za czoło.
- Właśnie widzę – Rita, matka Daniela, roześmiała się.

    - Ktoś próbuje mi o tobie przypomnieć, ale kto? – chłopak zmarszczył brwi i zamknął laptopa. Coraz mniej mu się to wszystko podobało, ale postanowił jeszcze poczekać. Póki, co nie miał punktu zaczepienia, a wynajem detektywa byłoby zbyt proste, prawda? Podrapał się po policzku i spojrzał na zegarek.
- Cholera! – przez to wszystko stracił poczucie czasu i zupełnie zapomniał o treningu, co zdarzyło mu się naprawdę pierwszy raz w życiu. Zerwał się na równe nogi i złapał szybko za torbę, po czym zbiegł na dół by tylko zdążyć dojechać na czas na lodowisko. Pewnie gdyby ktoś nad nim nie czuwał dzisiaj spowodowałby jakiś poważny wypadek, ale na szczęście nic złego się nie stało.
Wieczorem rzucił klucze od mieszkania na blat w kuchni i pierwsze, co zrobił usiadł do komputera. Nawet na treningu nie potrafił się skupić.
- Niemożliwe byś żył… Takie cuda się nie zdarzają – mruczał pod nosem, przeszukując cały Internet w poszukiwaniu nazwisk ofiar z dwunastego listopada dwutysięcznego dziewiątego roku. Nazwiska stu trzydziestu ośmiu ofiar znalazł w końcu na jednej ze stron poświęconej tej katastrofie. Przeglądał ją kilkakrotnie i coraz więcej niejasności pojawiało się wokół śmierci Daniela.
- Niemożliwe, niemożliwe… - mruczał i kręcił głową – Fuck! – walnął pięścią w blat, ale szybko tego pożałował. 
- Ja rozwikłam tę zagadkę… - wymamrotał i popatrzył na stronę, gdzie wyświetlało się nazwisko „Amanda Hopkins” wraz z kontaktem.

    Kilka tysięcy, albo i więcej, kilometrów dalej na innym kontynencie, jednak bardzo podobnym, bo również zasypanym śniegiem:
- Oto pańskie wyniki, dużo lepsze od poprzednich. Tu ma pan także receptę na karbamazepinę – uśmiechnęła się czarnowłosa lekarka i popatrzyła na blondyna, który nigdy nie wydawał się jej szczęśliwy, ba… Nigdy nawet się nie uśmiechał w jej towarzystwie – Wraca pan do kraju? 
- Dobrze pani wie ile razy próbowałem wsiąść do samolotu i ile razy się wycofywałem, więc… Nie, nie wiem – odparł jedynie i wziął swoją receptę, po czym wyszedł z gabinetu.
Tak, jest jednym z czterdziestu dwóch osób, które przeżyły, jednak leżał w śpiączce przez okrągły rok, w dodatku jako bezimienny. Po wybudzeniu przechodził dwuletnią, ciężką rehabilitację ruchową, ale także i psychiatryczną. Zdawał sobie sprawę z tego, że przyjaciele uważali go za zaginionego, jednak nie wiedział o tym, że oni go pochowali, a przynajmniej tak im się zdawało, że to jego ciało leży w grobie. Jednak… Takie pomyłki się zdarzają, choć wszyscy byśmy sobie życzyli, by tak się nie działo. Mężczyzna także zabronił lekarzom z kimkolwiek z jego bliskich się kontaktować. Chciał to zrobić sam, dlatego też poprosił o numer telefonu do pewnego bruneta.
    Siedział właśnie w swoim hotelowym pokoju, stukając palcem o blat biurka i przykładając słuchawkę do ucha.
- Słucham? – usłyszał w końcu po drugiej stronie doskonale mu znajomy głos i zawiesił się, kompletnie nie wiedział co powiedzieć, jednak w końcu się przełamał.
- Dzień dobry… E… Nie, dobry wieczór? – palnął się otwartą dłonią w czoło, zupełnie zapominając o różnicy czasowej – Cholera…
Najwidoczniej rozmówca również zamarł, bo słychać było jedynie niespokojny oddech.
- D-Dan? Tam u góry są telefony? – jęknął przerażony, co mogło wydawać się komiczne, ale to było pierwsze, co przyszło Maxowi do głowy.
- Nie… Wracam do domu – odparł nieco ciszej.
- Co? Ale jak? Zmartwychwstajesz? Ktoś cię wskrzesi, jak smocze kule w Dragon Ballu?
- Max, nie… Ja żyję do cholery, ja żyłem. Ja wiem, że to nie do wiary, ale… To nie rozmowa na telefon […]

[Dawno nic nie pisałam, więc... Wszelkie błędy proszę mi wybaczyć, muszę wejść znów w wprawę. No i witam ponownie, na nowej platformie]