Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elaine Eagle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elaine Eagle. Pokaż wszystkie posty

20/02/2022

2178. Mare tenebrarum

[OSTRZEŻENIE: przekleństwa]

Elaine ostrożnie rozejrzała się po ulicy. Panował typowy dla miasta półmrok. Słońce już dawno zaszło za mitycznym horyzontem, którego nikt w tej dzielnicy nie dojrzy, a światła lamp i z okien nie były wstanie całkiem rozproszyć mroku. El nie widziała nikogo, ale zdawała sobie sprawę z tego, że nie jest doświadczonym detektywem czy nawet złodziejem, więc może łatwo przegapić oczywiste sygnały czyjejś obecności. W chwilach takich jak ta Elaine żałowała, że nie ma przy niej starego przyjaciela, doświadczonego mordercy, któremu bez wahania powierzyłaby swoje życie. Ten jednak opuścił Nowy Jork kilka lat temu i jedyne znaki życia, jakie dawał, ograniczały się do pieniędzy pobranych z ich wspólnego konta i cichych dostaw, gdy czegoś szczególnie potrzebowała. Matt z pewnością wiedziałby, co robić. Eagle zaś rozumiała sytuację na tyle, żeby nie bagatelizować zagrożenia i chcieć pomóc kobiecie z dwójką małych dzieci. Z tego właśnie względu chwilę później przemknęła się wzdłuż budynku, dbając, by światło za bardzo na nią nie padało. Dotarła do odpowiednich drzwi i zajrzała przez wąską szybkę. Nie zauważyła nic podejrzanego, ale wycofała się i ruszyła dalej. Ten szeregowy dom powinien mieć z drugiej strony wąskie podwórko i właśnie z tej strony El chciała wejść… i wyjść. W końcu drzwi mogły być pod obserwacją. A może Eagle miała już paranoję? Trudno jednak było jej nie mieć po tym, co wydarzyło się kilka miesięcy wcześniej…

Niecały rok wcześniej….

Elaine odprowadziła Clarissę do przedszkola, a potem pojechała do pracy. Razem z Patrickiem i Marco przeprowadzali inwentaryzację i wszystko wskazywało na to, że jeszcze tego dnia dobrną do końca. Powinni byli zrobić to wcześniej, ale Lucas wymyślił rodzinne święta i niby nie było ich tylko trzy dni, a zaległości zrobiło się znacznie więcej. Potem szykowanie lokalu na sylwestra i Nowy Rok, dużo pracy z początkiem karnawału i nim się obejrzeli inwentaryzacja zaczęła na nich krzyczeć z pretensjami, że nie została wykonana. Chcieli czy nie, El z towarzyszami wzięli się do pracy. Przerzucając skrzynki i kartony, El nawet nie podejrzewała, że spokojny dzień może przemienić się w tragiczny ciąg zdarzeń, którego finałem będzie utrata ukochanego dziecka i całej przyszłości. W najgorszych snach nie przewidziała pogrzebu przeprowadzonego w samotności, długich dni rozpaczy. Bólu i samotności, które miały wypalać ją po kawałku przez długie tygodnie. Nie, śmiejąc się z bratem i planując prezenty dla Clary, nie podejrzewali, że są to ostatnie chwile radosnej beztroski. Zastanawiali się, czy dziewczynka chciałaby z nimi pojechać na pokaz świateł w weekend. Lucas był ostatnio zapracowany, więc mogli przecież wykorzystać to do spędzenia czasu we troję. A może Lilka byłaby chętna? Ot, zwykłe, pogodne myśli krążyły po ich niczego nieświadomych głowach.

Obecnie…

Elaine wreszcie przedostała się przez połamany płotek na podwórko. Przystanęła i nasłuchiwała. Nie zauważyła niczego podejrzanego, żaden pies na nią nie wyskoczył, więc ruszyła wzdłuż ogrodzenia do wejścia z tyłu w postaci drzwi z siatką na szybie. El ostrożnie nacisnęła klamkę. Mogła wejść do środka.

Niespodziewany trzask rozbitego szkła przegonił ciszę wieczora. Pełen przerażenia głos kobiety dobiegł z wnętrza domu i sprawił, że El niewiele myśląc, wtargnęła do środka. Po drodze wyszarpnęła z kieszeni broń. Wolała nie myśleć, jaka kara by ją spotkała za użycie tego pistoletu. Ważne, żeby wyjść z tej sytuacji żywą.

El wbiegła do kuchni, ale nikogo tam nie zastała, więc obróciła się, żeby wąskim korytarzem dotrzeć do salonu. Mieszkanie było przepełnione starymi, poniszczonymi meblami i rzeczami, które zdecydowanie utrudniały sprawne przemieszczanie się pomiędzy pokojami. Dobrze, że te były blisko siebie.

Blondynka zwolniła, by najpierw zajrzeć do pomieszczenia. Kiedy przekonała się, że znajduje się przodem do napastnika, wyskoczyła zza ściany.

Facet jedną ręką szarpał swoją żonę, w drugiej trzymał nóż. Wyraźnie nie próbował go użyć, a jedynie wygrażał kobiecie. Eagle jednak nie zamierzała sprawdzać, czy zawahałby się zabić matkę własnych dzieci.

– Zostaw ją! Bo strzelę! – wykrzyknęła i wycelowała w mężczyznę.

– Spieprzaj! – Usłyszała w odpowiedzi El.

– Ostrzegam! – odparła i bez wahania uniosła broń, po czym strzeliła gospodarzowi nad głową, w szafkę pod sufitem. Coś brzdękło, a El nie wiedziała co. Z resztą odgłos był częściowo zagłuszony przez przerażone krzyki dwóch małych dziewczynek. Ważne, że facet puścił żonę, którą trzymał za włosy. Wtedy dopiero El spostrzegła, że kobieta ma rozciętą wargę i opuchniętą twarz. – Następnym razem w twoje kolano – ostrzegła Eagle.

– Pieprzona wariatka! – krzyknął mężczyzna, ale cofnął się.

– Wynoś się! – warknęła El i ruszyła w jego stronę, nie opuszczając broni. Minęła kanapę i dzięki temu stanęła między facetem a dziećmi. Kobieta szybko zbierała się z podłogi, żeby znaleźć się za Elaine. – Już! – Poganiała go Eagle i obniżyła broń, jakby celowała w kolana. Mężczyzna miał dość rozsądku, żeby zacząć się wycofywać.

– Zbierajcie się – poleciła krótko El kobiecie i dzieciom. Wiedziała, że nie mogą zostać w mieszkaniu ani chwili dłużej. Facet mógł wrócić ze znajomymi, a strzał mógł przykuwać uwagę kogoś postronnego i ścignąć im policję na głowę. El musiałaby się wtedy grubo tłumaczyć, czemu nie zadzwoniła po policję, gdy dostała wiadomość, że rodzina może być w niebezpieczeństwie. Zbyt wiele musiałaby powiedzieć, żeby się wykpić. Lub dużo zapłacić. – Szybko – pospieszała kobietę. Sama zaś przesunęła się już do wyjścia. Facet wypadł z mieszkania, nie zamknąwszy za sobą drzwi. – Weź tylko ich dokumenty i najważniejsze rzeczy. Wychodzimy w ciągu dwóch minut – oświadczyła głośno. Czuła, że w jej głosie jest coraz mniej stanowczości, tak wyraźnej przed chwilą, a coraz więcej drżenia.

Elaine wyjrzała z domu i rozejrzała się, a potem cofnęła i zamknęła drzwi. Nie były żadną ochroną, ale przynajmniej dawały informację na temat tego, że ktoś wchodzi. Wróciła za to do przerażonych dzieci. Jeśli dobrze pamiętała dokumenty, jedna z małych miała cztery lata, druga półtora roku.

– Weźcie swoje ukochane pluszaki – poradziła im. Starała się brzmieć jak najłagodniej i delikatniej, ale sama była zbyt rozemocjonowana, by to się udało.

– Mam już wszystko – powiedziała kobieta, która w jakąś wyniszczoną torbę dopychała ostatnie rzeczy. Wyszła z pomieszczenia obok salonu. Może była to ich sypialnia? Może pokój dzieci? A może jedno i drugie? El nie miała pojęcia. Grunt, że mogły wychodzić. Eagle wyciągnęła z kieszeni telefon i wybrała numer.

– Proszę podjeżdżać. Nie wyłączać silnika – powiedziała krótko. Jeśli chodzi o takie akcje, Elaine ufała tylko jednej osobie – Sebastianowi. Może i Blacka już nie było (gdziekolwiek się podziewał), to z tej znajomości El nie chciała rezygnować. Choć trudno mówić o znajomości. El po prostu wiedziała, że temu mężczyźnie może powiedzieć, jeśli coś dzieje się znacznie poza obszarem akceptowalnym przez prawo, a stary ochroniarz jej nie wsypie. Nie chciała go narażać niepotrzebnie. Teraz jednak potrzebowała jego pomocy, a przede wszystkim potrzebowała pewnego transportu.

– Wezmę rzeczy – powiedziała El i zabrała torbę. Wiedziała, że tak będzie lepiej. Niech matka zajmie się swoimi dziećmi. Z resztą Eagle nadal trzymała w pogotowiu broń. Musiała zadbać o to, by była niewidoczna dla postronnych. A przecież nie mogła jej schować do kieszeni! To nie telefon…

Kilka dni wcześniej…

– Patrick, nie podoba mi się ta sprawa – powiedziała Elaine, kiedy zauważyła, że brat patrzy jej przez ramię na dokumenty. Przebywali właśnie w biurze jej baru. Ostatnio często zdarzało się, że blondynka zabierała teczki podopiecznych Fundacji ze sobą do „domu”. Przeglądała pliki i zastanawiała się, jakiej tak naprawdę pomocy potrzebują ci ludzie. Blaise często chciał wszystko załatwiać pieniędzmi, El zaś zdawała sobie sprawę z tego, że pieniądze często komplikowały sprawy, a nie je rozwiązywały.

– Młoda, daj spokój… Gapisz się na te papiery od trzech godzin. Nic już nie wymyślisz. A na pewno nie w tym stanie. Facet jest zwykłym draniem. Mało takich? – Patrick wydawał się nieco zniecierpliwiony. Może dlatego, że szykowali się do świątecznego zamieszania i naprawdę potrzebował jej pomocy. Elaine jednak nie potrafiła się na niczym skupić, jej myśli ciągle powracały do nowych podopiecznych. Dostała o nich informacje tego ranka. Właściwie zapoznała się z nimi tylko dlatego, że sekretarka uznała, że są mało ważne i zepchnęła je na koniec kolejki, a przewrotność El sprawiła, że blondynka zaczęła przeglądać papiery właśnie od końca. Ot, przypadek. Sekretarka wkurzyła ją na wejściu swoim marudzeniem na temat tego, że Eagle woli pracować z baru niż luksusowego biura, i Elaine po prostu chciała jej zrobić na złość. Dla zasady. Nawet jeśli nie miało to nikomu zrobić jakiejkolwiek różnicy. Ot, walka na przekonania. I wtedy zobaczyła te dokumenty. Zabrała je ze sobą i opuściła biuro w pośpiechu. I tak już kolejną godzinę ślęczała przed papierami i komputerem.

– Patrick… – Pokręciła głową. – Jasne, bezapelacyjnie jest chujem, ale popatrz… nie jest debilem. Robił kiedyś całkiem konkretne interesy. A teraz zachowuje się jak zwykły menel. Nie pasuje mi to. Z resztą… chlanie nie oznacza, że musisz lać żonę i dzieci, nie? – westchnęła.

– El, przestań. Szukasz na siłę. To agresywny typ, który swoje porażki odbija sobie na rodzinie. Jasne, musisz zająć się sprawą, skoro mają dzieci, ale nie… – Urwał. Wyraźnie chciał coś powiedzieć, ale ugryzł się w język, gdy napotkał pełne pretensji spojrzenie siostry. – Wiesz, że nie chcę cię obrazić – powiedział szybko i odsunął się nieco.

Elaine bez trudu dośpiewała sobie końcówkę tej wypowiedzi. Wiesz, że nie chcę cię obrazić, ale masz paranoję od śmierci Clarissy. Wiedziała, że brat często o tym myślał. Nie podobał mu się też pomysł z Fundacją. Uważał, że zamiast iść do przodu, praca daje jej okazję do dalszego roztrząsania śmierci adoptowanej córeczki.

– Nie, Pat. W sensie, tak. Mam paranoję. Jeśli jednak dzięki tej paranoi zapobiegnę śmieci niewinnego dziecka, to mogą mnie zamknąć w zakładzie dla obłąkanych. Nie ma sprawy – zapewniła z uporem. Mężczyzna wiedział, że nie zdoła przekonać siostry w tej sprawie. Jeśli chodziło o podopiecznych, to działała zero-jedynkowo. I nic nie dała sobie wytłumaczyć w zakresie bezpieczeństwa. A wielu próbowało. Poddali się chyba tylko dlatego, że zwykle, jakimś irracjonalnym sposobem, miała rację.

– Co ci więc nie pasuje w tym gościu? – zapytał zrezygnowany. Oczy Elaine zabłysły. Najwyraźniej właśnie na to pytanie czekała.

– Słuchaj… – podjęła temat na nowo. Patrick skapitulował. Wysłuchał wszystkiego od początku do końca. O interesach podejrzanego gościa, o ludziach z otoczenia, o obserwacjach sąsiadów, zgłoszeniach na policję. A przede wszystkim o pewnym typie, którego ksywka wypływała nie po raz pierwszy. – Wszystko wskazuje na to, że chodzi o pranie pieniędzy. Narkotyki nie potrzebowałyby takiej przykrywki – zakończyła i spojrzała wyczekująco na brata.

Patrick pokiwał głową.

– No dobra… ale nawet jeśli masz rację, to co możemy zrobić? Przecież zgłoszenie tego na policję nie pomoże. Będą chcieli pewnych dowodów, a nie twojego wywodu rodem z Sherlocka Holmesa – stwierdził z przekąsem. Wtedy na twarzy Elaine pojawiło się coś więcej niż determinacja – plan. I Patrick zadrżał mimowolnie. Miał wrażenie, że w ostatnich miesiącach jego siostra małymi kroczkami przekracza granice, których żaden człowiek nie powinien naruszać… a ona nie dość, że robiła to regularnie, to nic sobie z tego nie robiła.

– Zabiorę je stamtąd – powiedziała spokojnie, jakby mówiła o spacerze, a nie uprowadzeniu trzech osób z obcego domu.

Teraz…

Dzieci były gotowe do wyjścia, ich matka również. Elaine wyjrzała przez szybę w drzwiach, ale nie zauważyła niczego podejrzanego. Może facet się wystraszył i poleciał po posiłki? W takim razie nie powinien zdążyć na czas z powrotem. Gorzej, jeśli ukrył się za jakimś krzakiem z bronią. A musieli przejść do przecznicy obok, bo tu były kamery, a El nie chciała, żeby samochód został przez kogokolwiek rozpoznany. Sama zarzuciła kaptur na głowę.

– Idziemy – zdecydowała i pewnie otworzyła drzwi. Ruszyły z dziećmi ku wylotowi z ulicy. Eagle starała się nie przyspieszać kroku, ponieważ wiedziała, że matka z maluchem na ręku nie zdoła za nią nadążyć, z trudem jednak tamowała swoje zapędy. Chciała uciekać. Chciała biec ile sił w nogach. Mogła robić za bohaterkę, ale najlepiej z kanciapy we własnym barze – na ulicy nie była już tak heroiczna. Może dlatego, że nie była to jej pierwsza tego typu akcja? A może dlatego, że bliznę po nożu w brzuchu nosiła do tej pory…

Mijały właśnie trzeci segment i zbliżały się do końca ulicy, kiedy do uszu Elaine dobiegł dźwięk odbezpieczanego pistoletu. Jak podejrzewała, facet miał broń, ale nie trzymał jej w domu ze względu na dzieci.

– Biegiem! – krzyknęła i chwyciła drugie dziecko na ręce, żeby szybciej znaleźć się z dala od niebezpieczeństwa.

W uliczce rozległ się huk. Psy zawyły, ptaki odleciały, w domach jakby świat zamarł na sekundę.

Pudło. Kobiety biegły dalej.

Strzał. Krzyk dzieciaków. Otumaniający strach. El czuła, że mogłaby tak biec i milę, byle dalej od zagrożenia. Mimo to spojrzała, czy matka dzieci sobie radzi.

Pisk. Strzał. Drugi. Trzeci. Elaine zamknęła oczy. Za dużo. Ktoś zginie. Musi.

– El! Wskakujcie! – rozległ się donośny głos pana Sebastiana. Eagle otworzyła szeroko oczy. Samochód odgradzał je od strzelającego. El wepchnęła kobietę z dziećmi i sama usiadła z nimi na tylnym siedzeniu. Nie miała odwagi obejść auta z drugiej strony. Z resztą kierowca mierzył do strzelca przez otwartą szybę. Głupotą byłoby się podkładać.

Kilka sekund później pędzili już przez miasto. Kobieta próbowała uspokoić płaczące dzieci. A Elaine próbowała nie zwymiotować na własne kolana… A przecież obyło się bez ofiar, prawda?

Do baru Eagle pojechali okrężną drogą. Silver chciał mieć pewność, że nikt ich nie śledzi. Był cierpliwy i spokojny, jakby wcale nie brał udziału w strzelaninie. I oszczędził Elaine wykładu na temat unikania niebezpieczeństw. Znał ją zbyt dobrze, wiedział, że nikt lepiej od niej nie przyciąga kłopotów – tak przecież było od pierwszego dnia, gdy się spotkali. Sebastian od razu odgadł, że to jej, a nie kogokolwiek innego, Lucas Black powinien bać się najbardziej. Zawsze miał ją na oku, zawsze chronił swojego pracodawcę. Najwyraźniej jednak coś poszło nie tak, skoro to właśnie Silver i Eagle nadal przemierzają ulice Nowego Jorku i swoim zwyczajem ładują się tam, gdzie nie trzeba.

Elaine wprowadziła swoich gości przez zaplecze.

– Na prawo macie kuchnię, na lewo łazienkę i moje biuro – wyjaśniła cicho. Skinęła głową zaniepokojonej Meg, dziewczynie, która pracowała u niej już trzy lata i widziała niejedno… i nauczyła się nie zadawać pytań, ale ciągle miała ten przerażony wzrok, gdy Elaine sprowadzała do baru nowe niewiadome. Meg zabrała skrzynkę i wyszła drzwiami prowadzącymi do baru. – Tam nie wolno wam chodzić, dobrze? – Elaine zwróciła się do dziewczynek. – Nie chcemy, żeby ktoś wiedział, gdzie jesteście… Wkrótce znajdziemy wam bezpieczny dom – dodała i pogłaskała starszą z nich po włosach. – Pokażę wam, gdzie będziecie spały… Myślę, że się wam spodoba.

Nie tak dawno Elaine przeprowadziła remont w swoim barze. Od zniknięcia Blacka właściwie mieszkała w tym miejscu i wreszcie zdecydowała się doprowadzić swoje biuro do takiego stanu, w którym będzie mogła zwyczajnie funkcjonować. Rozkładana kanapa została zastąpiona antresolą i drabinką do niej prowadzącą. Zamiast dziwnego biurka stanęła meblościanka zabudowana pod sam sufit, dzięki czemu nie tylko dokumenty się mieściły, ale i zwykłe rzeczy El. Pod antresolą stanęła szafa i rozkładana pufa, dodatkowe łóżko, gdy trzeba było kogoś jeszcze przechować przez noc.

– Będziecie spać na górze. Spokojnie się tam zmieścicie. Fajnie? – Mrugnęła do dziewczynek. Nadal były wstrząśnięte, a kobieta wyraźnie wystraszona. Elaine westchnęła ciężko. – Pani Thompson…. Nie miałyśmy czasu się sobie przedstawić. Przepraszam, że to wszystko wyszło tak nagle. Nazywam się Elaine Eagle, prezes Fundacji imienia Clarissy. Opiekujemy się takimi rodzinami jak pani. – El całkiem przeszła w oficjalny ton, za którym ostatnio chętnie się kryła. – Wiem, że warunki są dość nietypowe, ale nadal nie mamy potrzebnych dokumentów, a jasne było, że nie mogłyście dłużej tam zostać. Jesteśmy w moim barze, będziecie tutaj bezpieczne. Rozgośćcie się, a ja przygotuję coś ciepłego do picia, dobrze? – Uśmiechnęła się do matki dziewczynek i pogłaskała ją po ramieniu. – Nie pozwolę was skrzywdzić – obiecała szeptem. – A pani potrzebuje okładu. – Spojrzała znacząco na opuchnięty policzek.

– Elizabeth. Bethy… mam na imię Bethy – odparła kobieta roztrzęsionym głosem. Elaine powoli skinęła głową.

– Elaine, ale proszę mówić mi El, Bethy… Miło mi cię poznać… mimo takich warunków – dodała ciepłym tonem i wyszła. Czym prędzej przeszła przez zaplecze, dokąd w każdej chwili mógł wejść ktoś z pracowników, i zamknęła się w kuchni. Wytrzymają bez frytek kilka minut. A El opadła na podłogę, drżąc i ściskając się za brzuch. Nawet nie płakała. Po prostu kołysała się i czekała, aż zdoła się uspokoić.

Kolejna wigilia Bożego Narodzenia

Elaine chodziła po zapleczu swojego baru wzburzona. Zgodnie z planem Bethy z córkami miały zostać przeniesione dzisiaj rano w bezpieczne miejsce, a tymczasem nadal zajmowały jej biuro. Eagle mogła je ulokować w jakimś hotelu, ale nie miałaby wtedy gwarancji bezpieczeństwa, a tutaj przynajmniej kontrolowała sytuację. Nie oznaczało to jednak, że miała czas z nimi siedzieć! Matka z dwójką małych dzieci nie mogła też spacerować po barze. Z resztą lepiej, żeby nikt nie wiedział, że kryją się w Bronksie. Elaine nie lubiła przeceniać swoich wpływów, a głupie narażanie się nie leżało w naturze blondynki, choć wielu w to powątpiewało.

Jednocześnie Elaine nie mogła nie pracować w Wigilię. Jej bar był znany z tego, że w święta zbierają się w nim zagubione dusze, takie jak ona sama. Jedynie zeszły rok był inny pod tym względem, ale... cóż. Tamte święta należały do przeszłości pełnej ciepłych uczuć i magicznych wspomnień, zaś z teraźniejszością czy przyszłością nie miały nic wspólnego. A rozwiązanie było potrzebne tu i teraz.

Po przedreptaniu dobrego kilometra El w końcu sięgnęła po telefon. Innej opcji nie było. Wybrała odpowiedni numer.

– W czym mogę pomóc mojej ulubionej przyjaciółce? – Blaise odebrał telefon od razu po pierwszym sygnale. El tylko na to czekała i od razu zakomunikowała zdecydowanie:

– Za pół godziny chcę cię widzieć u mnie w barze. I bez marudzenia. Wymyśliłeś fundację, to teraz rusz dupę, jasne? - I rozłączyła się, żeby nie pozostawić Ullielowi miejsca na narzekanie. Blaise słyszał jedynie dźwięk przerwanego połączenia, świadczący o tym, że El nie daje mu żadnego pola do dyskusji i jeśli nie zamierza znów jej podpaść, musi rzucić wszystko, co aktualnie robi i zgodnie z rozkazem pojawić się u niej w barze. Narzucił na ramiona płaszcz i zbiegł do garażu, po czym wsiadł do jednego ze swoich sportowych samochodów i skierował się prosto pod znajomy adres.

– Nie zdążyłem nawet zmienić koszuli i przez ciebie zmuszony jestem pokazać się w tej samej co dzisiaj rano, mam więc nadzieję, że to naprawdę sprawa życia i śmierci, zwłaszcza, że niedawno brałem prysznic i dalej sterczą mi włosy – jęczał, zajmując miejsce przy barze i mierzwiąc jeszcze profilaktycznie niesforną fryzurę dłonią. – Poza tym, dlaczego ty pracujesz w Wigilię? Mogłaś powiedzieć, zaprosiłbym cię do siebie, spędzilibyśmy miło czas… – wymownie poruszył brwiami, zaraz jednak ugryzł się w język. Po minie Eagle wyraźnie widać było, że nie jest jej dziś do śmiechu i jest wyraźnie poirytowana, a to oznaczało, że swoimi głupimi docinkami i sugestiami właśnie podpisał na siebie wyrok śmierci.

Elaine natomiast dość niecierpliwie czekała, aż Blaise przestanie błaznować i stroszyć piórka, co było niezwykle upierdliwe. Z resztą i bez tego siedziała jak na szpilkach i zerkała co chwilę w stronę drzwi prowadzących na zaplecze, skąd w każdym momencie mogła wypaść jedna z rozrabiających dziewczynek. Ich matka czuła się tego dnia wyjątkowo słabo, a El miała w tym temacie pewne podejrzenia, o których wolała nie mówić na głos. Biorąc sytuację pod uwagę, panna Eagle zachowała niezwykły dla siebie spokój, skoro nie zdzieliła Ulliela po głowie gdzieś w połowie jego wypowiedzi.

– Nie wiem, czy zauważyłeś, że prowadzę bar. Czynny w święta. Co za tym idzie, pracuję również dzisiaj. Jak co roku – powoli cedziła słowa. Potem pochyliła się do przyjaciela i syknęła mu do ucha: – Problem polega na pieprzonych urzędasach, którzy nie wydali na czas pozwolenia na wyjazd matki z dwójką dzieci i teraz cała trójka siedzi za tymi drzwiami.

Nagle Elaine skoczyła na równe nogi i chwyciła Blaise'a za koszulę.

– A teraz pójdziesz ze mną... – Poprowadziła go przez zaplecze do biura. – Pomożesz w opiece nad nimi – zdecydowała El i posłała przyjacielowi znaczące spojrzenie. Zdawała sobie sprawę z tego, że Ulliel nie lubi dzieci.

– Matka z dziećmi? A co ja mam wspólnego z tą rodziną? – Uniósł pytająco brew, ale zanim doczekał się jakiejkolwiek odpowiedzi, El w swoim stylu sprowadziła go na ziemię, ciągnąc za sobą w kierunku zaplecza. Matka dzieci siedziała blada przy biurku, a dziewczynki rysowały coś na podłodze.

– Opiece nad nimi? Ja? Czy ty zdajesz sobie sprawę z kim ty w ogóle rozmawiasz? – Ulliel wbił w Elaine zszokowane spojrzenie, zwłaszcza, że przyjaciółka doskonale wiedziała, jak bardzo nie lubił dzieci i unikał ich jak ognia. Nie potrafił porozumieć się z nikim, kto miał poniżej czternastu lat, a sama perspektywa obcowania z trójką nieznajomych budziła w nim przerażenie. Widać było, że pochodzą z zupełnie innego środowiska, a on nie zamierzał się narażać na jakieś choroby. – Jeśli chcesz, mogę ściągnąć tu jakąś opiekunkę z agencji, na pewno jakieś pracują w tym okresie. A nawet jeśli nie, suma, jaką im zaproponuję, na pewno ściągnie tu co najmniej kilka chętnych do opieki nad dziećmi profesjonalistek w tej dziedzinie. – Pokręcił z dumą głową, zadowolony ze swojego szybkiego pomysłu na pozbycie się problemu i od razu sięgnął do kieszeni, aby poszukać agencji opiekunek w najbliższej okolicy.

Elaine jednak była szybsza i złapała mężczyznę za ręce, czym powstrzymała go od wybrania numeru. Następnie przybliżyła się do Blaise'a tak, by szeptać mu do ucha:

– Gdyby to było takie proste, sama bym zadzwoniła – oznajmiła kpiąco. – Są świadkami w sprawie. Nikt nie może wiedzieć, gdzie się znajdują. A ty masz tylko pilnować, żeby nie zrobiły sobie krzywdy. Będą się same bawiły. Dam ci książkę czy coś – wyjaśniła i wyglądało na to, że nie zamierza odpuścić.

– Świadkami w sprawie?! A jeśli ktoś po nie przyjdzie i wszystkich nas tutaj wyzabijają? Ta fundacja to jednak był zły pomysł. Nie pomyślałem o tym, że mogę cię przez to narazić na jakieś niebezpieczeństwo – westchnął i schował telefon do kieszeni. – Zdecydowanie będę musiał pomyśleć nad jakąś ochroną dla ciebie, nawet jeśli miałabyś się przez to do mnie nie odzywać przez tydzień czy dwa – dodał zrezygnowany i usiadł na krześle obok miejsca, gdzie bawiły się dzieci – Czuję się tak, jakbyś właśnie wsadziła mnie do klatki z dzikimi zwierzętami, choć o dziwo te dzieci nie wrzeszczą i nie biegają w kółko jak szalone, co już jest dużym sukcesem. Mam nadzieję, że nie będą się ruszać z miejsca, a ja nie skończę tego dnia z przeraźliwym bólem głowy – jęczał, starając się skupić swoją uwagę na dzieciach i nie myśleć przez cały czas o tym, jakie zagrożenia nie tylko dla jego organizmu, ale i własnego bezpieczeństwa niesie ze sobą przebywanie w towarzystwie dzieci i ich matki.

Elaine mogła jedynie westchnąć ciężko w odpowiedzi na zachowanie Ulliela. Właśnie dlatego zwykle z Blackiem nie mówili przyjacielowi o tym, w co się znowu wpakowali. Był zbyt delikatny, przewrażliwiony i emocjonalny.... a to często tworzyło niebezpieczną mieszankę.

– Za to, żeby nas nie pozabijano, odpowiadam ja. I właśnie dlatego potrzebuję kogoś do dzieci. Jeśli się znudzą, włącz im bajkę – poinstruowała Blaise’a i wskazała tablet. – W biurku masz whiskey – dodała i uśmiechnęła się lekko. Pocałowała go w policzek. Kiedy wychodziła, była pewna, że Ulliel zachowa się odpowiedzialnie, choć pewnie przez kolejny rok będzie jej wypominał tę noc. Nie widziała za to, jak starsza z dziewczynek podeszła do mężczyzny z obrazkiem i podziękowała, że z nimi siedzi. Ich matka spała niespokojnie na antresoli.

3 stycznia

Elaine jęknęła cicho, kiedy obróciła się na bok. Wreszcie wróciła do spania we własnym łóżku, ale to nieszczególnie pomagało w wysypianiu się. Problem nie wynikał z materaca, powietrza czy poduszki. Silver po ostatniej akcji może nie miał do niej pretensji o to, że wpakowała się w tarapaty, ale zalecił więcej ćwiczeń i choć raz El się z nim zgodziła. Już od pewnego czasu chodziła na siłownię, teraz więcej ćwiczyła też walki. A siniaki i zakwasy zwalały ją z nóg skuteczniej niż przeciwnicy. Wiedziała jednak, że to kwestia powrotu do formy. Sytuacja sprzed świąt udowodniła jej, że nie może sobie pozwolić na rozleniwienie. A niby miała tylko siedzieć za biurkiem… Nie, nie potrafiła tak.

Westchnęła ciężko i usiadła na łóżku. Sięgnęła do półki, gdzie zostawiła telefon. Godzina jedenasta. Jak na pannę Eagle było raczej wcześnie, ale skoro już się obudziła i nie miała ochoty na dalszy sen, należało wstać i wziąć prysznic. I nie spaść przy tym z drabinki. Może jednak ta antresola nie była najlepszym pomysłem?

Aparat zadrżał, a El zmarszczyła brwi. Wiadomość. Niejedna.

Elizabeth z córkami są już w bezpiecznym miejscu. Dobrze, że udało się załatwić orzeczenie sądu. Dobra robota!

Och… czyli faktycznie są już bezpieczne. Kiedy wyjeżdżały dwa dni wcześniej, Elaine poważnie zastanawiała się, czy nie powinna jechać z nimi. Na wszelki wypadek. Aż sama wszystkiego nie sprawdzi. W końcu odpuściła pod naciskiem bliskich. Co dalej?

Sprawdź link. To chyba ON. Elaine zadrżała. Przez chwilę jej serce zamarło, poczuła, że się dusi. Szybko kliknęła link. Artykuł z jakiegoś portalu. Zwłoki mężczyzny do zidentyfikowania. Poszatkowany. Makabryczny widok. Ale Elaine wypuściła powietrze z płuc i odetchnęła z ulgą. To tylko mąż Elizabeth. Najwyraźniej koledzy z mafii nie byli szczęśliwi, że policja zaczyna wokół niego węszyć. Rozwiązali problem, nad którym borykała się El – jak zapewnić kobiecie i jej córkom bezpieczeństwo na lata.

A jednak coś zakuło El w sercu. Przez chwilę miała nadzieję, że to o kimś innym. Że dowie się czegoś. Czegokolwiek. Gdzie on jest? Czy żyje? Dokonał swojej zemsty czy zakopali go w jakimś dole pod płotem? Gdzie jest Lucas Black?

Potrząsnęła gwałtownie głową. Nie chciała płakać. Nie po nim. Był skończonym sukinsynem. Jeśli wyrzucili go na jakimś śmietnisku, to dostał to, na co zasłużył.

Spojrzała na kolejną wiadomość.

Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam 🎉 Moja droga El, w dniu urodzin chciałabym życzyć Ci wszystkiego, co najlepsze ❤️ Przede wszystkim dużo zdrowia, żebyś miała siłę na przyjmowanie tych wszystkich kopniaków od losu... Wiesz, co mam na myśli ❤️ A reszta sama jakoś się ułoży, ja też w miarę możliwości będę ochraniać Twoją dupkę 😁 Jak miałabym tego nie robić, skoro jesteś moją najbliższą duszą? Wiem, że o wielu rzeczach mi nie mówisz, ale pamiętaj, że już nigdy się ode mnie nie odczepisz ❤️ Raz jeszcze, wszystkiego naj naj naj 🎉 I żyj nam minimum sto lat 🎉 Ps. Wieczorem jakiś jeden drink albo osiem u mnie?

Elaine poczuła, że po jej policzku płyną łzy. Urodziny. Pieprzone urodziny. Miała obchodzić kolejne urodziny, podczas gdy… El potrząsnęła nerwowo głową, jakby chciała wyrzucić z niej złe myśli. Te jednak natrętnie wracały. Czemu ona musi żyć, skoro innych już nie ma? Czemu? Czemu nie dziecko, które miało świat otwarty przed sobą?

Eagle jęknęła cicho i drżącymi dłońmi potarła policzki. Ponownie sięgnęła po telefon i podziękowała przyjaciółce za wiadomość. Potem zeszła z łóżka i poszła się myć. Musiała żyć. Nie miała wyjścia. Musiała wstawać dzień po dniu. Od nowa.

Ale tego dnia się upije. To jedyne dobre rozwiązanie na życie.

W końcu nie co dzień obchodzi się 30. urodziny.

***

Bardzo dziękuję Muminkowi i White za pomoc przy notce ❤️

30/01/2021

[KP] Vae victis!

Życie nie jest sprawiedliwe i być może to dobra wiadomość dla większości z nas. — Oscar Wilde
Elaine Eagle
Wejście w dorosłe życie nie jest łatwe i nigdy nie przebiega bez przeszkód. Nie da się na to w żaden sposób przygotować. Jednych dorosłość dopada jeszcze w dzieciństwie, innych nawet na starość odnaleźć nie może. Dla jednych dorastanie to nagły skok na głęboką wodę, dla innych długotrwały proces. A dla Elaine? To raczej wieloletnie brodzenie w bagnie.

Wszystko zaczęło się, kiedy El była nastolatką. Wtedy przekonała się, że dla wielu ludzi liczą się tylko pieniądze, pozycja i własna przyjemność. Po kilku latach ucieczki od tego wszystkiego… doświadczyła jeszcze bólu, strachu i poczucia bezsilności. Niewiele miejsca zostało dla nadziei i marzeń. Aż wydarzyło się coś dziwnego. Natknęła się na kobietę, która jest dla El jak niegasnący płomyk ciepła i dobroci, i mężczyznę, który przypomina huragan. Natomiast w chwili, gdy myślała, że sięgnęła dna, spotkała człowieka, który nie bał się zaglądać do otchłani, ale wytrwale wynurzał się z niej za każdym razem. A w końcu ujrzała gwiazdkę pełną miłości. I wtedy El dorosła do tego, by ponownie zaufać.

Uwierzyła, że należy wygrywać swoje życie co dzień na nowo. Walczyć o każdą kroplę szczęścia, a jednocześnie wypijać ją z przyjemnością. I chociaż to kampania pełna przegranych bitew, zasypiać z myślą, że zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki.

Nie wiedziała, jak bardzo przyjdzie jej tego pożałować.


30 lat – właścicielka baru – tłumaczka – lektorka języka japońskiego
© BLACK DREAMER


Odautorsko:
Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję wspaniałej i cudownej Black Dreamer za opiekę nad kartą i moją biedną El.
Gorąco zapraszam do wątków :)

23/06/2019

2105. Absens carens

Elaine spojrzała na siebie w lustrze. Widziała przed sobą osobę, której nie rozpoznawała. Blada skóra, ciało z wyraźnymi oznakami zużycia – blizny różowymi pasami znaczyły blade członki. Jasne włosy opadały na ramiona bez życia. Błękitne oczy zdawały się być zasnute mgłą. Kobieta przebiegła palcami po mostku i poczuła, że drży. Ciało w lustrze nie wydawało jej się jej własnym.

Westchnęła. Ostrożnie podeszła do okna. Bose stopy cicho stąpały po starej klepce, znały dobrze fakturę prostokątnych kawałków podłogi, wiedziały, których kafelków należy unikać, a które zapewniają pewny krok. Czy istnieje pewny krok? Czy każdy jest tylko chwiejnym ruchem w nieznaną przepaść?

Z okna jej kamienicy nie widać było wielkiego miasta świateł, czym tak często szczyci się Nowy Jork. Przez te przybrudzone szyby widziała ciemną ulicę, przejeżdżające z pośpiechem samochody i ludzi chwiejących się od boku do boku, chwytając się alkoholu jak życia. Ostrożnie otworzyła okno i wyjrzała przez nie. Ciepło letniego wieczoru otoczyło jej nagie ciało przyjemnym powiewem. Spojrzała w dół i uśmiechnęła się do siebie. Łatwo byłoby się teraz odepchnąć i spaść. Jedna chwila i świat nie miałby znaczenia. Ostatnie napięcie mięśni przed ostatecznym ich rozluźnieniem – brzydkim, ludzkim, nieatrakcyjnym. Śmierć wbrew licznym przedstawieniom artystycznym nie jest estetyczna.

Elaine ostrożnie obróciła się tyłem do okna i popatrzyła na swoje mieszkanie. Czy to wszystko, co nas otacza, ma jakiekolwiek znaczenie?

Lekkim ruchem podźwignęła się i usiadła na parapecie. Łydkami mocno chwyciła się parapetu i położyła się tak, że jej klatka piersiowa znalazła się za oknem. Uśmiechnęła się do siebie z zadowoleniem. Wystarczy się już tylko puścić.

Zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. Spadając na głowę zapewniłaby sobie szybką śmierć – kręgosłup tego nie wytrzyma. Ciekawe, czy długo musiałaby leżeć tam na dole, by ktoś się zorientował, że nie jest tylko kolejną pijaną prostytutką? A może znalazłyby ją bezpańskie psy, które chętnie krążyły po tej okolicy?

Wyciągnęła się leniwie i ziewnęła. Spięła mięśnie brzucha i płynnym ruchem wróciła do pozycji siedzącej.

– A gdyby tak…? – jej spojrzenie natrafiło na szafkę, w której trzymała alkohol. Uśmiechnęła się do siebie weselej i pewnym, niemal skocznym krokiem podeszła do schowka i wyjęła butelkę swojego ukochanego kubańskiego rumu.

Czy Lucasowi byłoby przykro? zamyśliła się. Potem pokręciła głową. Byłby wkurzony… Napiła się płynu o pięknej bursztynowej barwie wprost z butelki. Nie łatwo taki dostać. Tak… byłby wkurzony. Nie lubi, gdy coś idzie niezgodnie z jego planem. pomyślała po chwili i ponownie pociągnęła łyk rumu. Zrobiła kilka kroków i opadła na kanapę. Natrafiła na swój stary, popękany już telefon. Wzięła go do ręki i otworzyła ostatnie wiadomości. Lucas, Lilka, Maille, Sebastian, Patrick… kilka innych osób też znalazło swoje miejsce na tej liście. Przesunęła palcem po ekranie i stwierdziła, że do żadnej z tych osób nie miała ochoty się odzywać. Nie miała im nic do powiedzenia. Przeskoczyła do folderu ze zdjęciami. Kilka prostych fotek. Prychnęła i ponownie napiła się nieco cierpkiego płynu. Chwilę później aparat rozbił się z głośnym trzaskiem na przeciwległej ścianie. Uśmiechnęła się tylko pogardliwie w odpowiedzi. Zamknęła oczy. Z goryczą pomyślała, że dawniej rzuciłaby się w wir seksu, ale obecnie nawet na to nie miała nastroju. Okno jednak wydawało się dobrym rozwiązaniem. Tylko nagle było zbyt daleko, żeby tak po prostu wstać, podejść do niego i skoczyć.

Czy chciała śmierci? Nie… Chciała, by ktoś ją uratował. Nie ma jednak rycerzy na białych koniach, którzy ratują księżniczki zamknięte w wieży.

~*~
Czerwień na białym tle. Ból i krzyk. Czerwień, kolor kojarzący się z miłością, bliskością i ciepłem drugiego człowieka. Nie była nimi. Była brudna. Obrzydliwa. Wstrętna i odpychająca. I ból, który przynosi tylko śmierć, choć mógłby przynieść życie. Krzyk bezradności. I pustka. Ta, która dławi, ale nie chce zabić.

~*~
Obudził ją krzyk człowieka na ulicy. Do jej uszu dobiegały dźwięki miejskiego poranka – szum silników, głosy ludzi, szczekanie psa sąsiada. Odgłosy szarej codzienności. Niemal od razu jej w jej głowie wybuchł przerażający ból, a zaglądające przez okno światło oślepiało tak, że tylko krzyknęła i zwinęła się w drżący kłębek. Leżała tak, a jej własny oddech wydawał się zbyt głośny. W końcu po omacku dotarła do łazienki sięgnęła po tabletki. Zażyła od razu cztery. Wróciła na kanapę. Zasnęła, modląc się, aby więcej się nie obudzić.

Tak chciałaby nie śnić o kobiecie w białym kitlu, która potwierdziła jej podejrzenia. I o dziecku, którego nigdy nie urodzi. I o swoim ciele, które po raz kolejny ją zawiodło. Bo czy można ufać tej bezustannie umierającej kupie mięsa, która pozwala stworzyć początek, a nie dopuszcza życia? Jest tylko rozkładającą się trumną?

Rzeczywistość jest jednak okrutnym katem. Obudziła się kilka godzin później. Głowę miała ciężką, mdliło ją i nic się w tej chorej realności nie zmieniło. Podniosła się z kanapy i rozejrzała po pokoju. Spojrzała na potłuczony telefon. Niewiele z niego zostało. Raczej nie było szans, żeby się nim ponownie posłużyć. Kopnęła tylko bezużyteczne kawałki pod ścianę i chwiejnym krokiem ruszyła do łazienki. Śpiąc na nago porządnie zmarzła, więc gorący prysznic wydawał się spełnieniem marzeń. Bogactwem świata.

Stała pod strumieniami parującej wody. Gorące krople parzyły jej skórę, ale niewiele sobie z tego robiła. Wkrótce ciało przybrało różowy odcień i zaczęło ją piec, ale to też nic nie znaczyło. Wyszła dopiero, gdy duszności zaczęły jej zbytnio doskwierać. Nakryła się ręcznikiem i poszła do kuchni. Czarna kawa miała pomóc jej umysłowi. Ocucić i zmusić do pracy.

Praca… nie. Do pracy nie pójdzie. Z resztą… po co? Powinna sprzedać ten bar w cholerę. Był stanowczo zbyt mocną kotwicą. Tylko sentyment do pewnego dobrego człowieka i ogrom włożonego ich wspólnego wysiłku trzymały ją przy tej podejrzanej spelunce. Tego dnia jednak nie była w nastroju na sentymenty, więc gdyby ktoś zaoferował jej odpowiednią kwotę, podpisałaby papiery w trybie natychmiastowym. Nikogo jednak takiego nie miała. Mogła za to po prostu nie iść. I tak też zrobiła.

Wzięła natomiast portfel i wyszła z mieszkania. Wcześniej jednak wypiła kawę, ubrała się i zostawiła na stole kartkę z krótką notatką dla tego, kto mógłby przyjść do mieszkania. Notkę o tym, że wyszła pooddychać świeżym powietrzem i pewnie niedługo wróci.

Już w autobusie na lotnisko stwierdziła, że wracanie nie jest jednak dobrym pomysłem. Że pewnie samolotu na jakąś bezludną wyspę nie ma, ale może przynajmniej na Alaskę. Niestety na miejscu dostała bilet tylko do San Francisco. Patrzono na nią podejrzliwie, gdy wsiadała do samolotu bez jakiegokolwiek bagażu. Ten nie był jej potrzebny. Chciała tylko popatrzeć na świat z góry, żeby wszystko stało się małe i bez znaczenia.

Na miejscu powitała ją piękna pogoda i radośni ludzie. Na lotnisku jest wiele szczęśliwych osób, które po wielu dniach rozłąki wreszcie spotykają swoich bliskich. Patrzy się na to z prawdziwą przyjemnością. El przystanęła z boku, żeby przyjrzeć się tym zadowolonym twarzom, posłuchać tych entuzjastycznych okrzyków. Na chwilę zapomniała, że jest ciałem, które stoi w tłumie – stała się niewidzialnym duchem i było w tym coś przyjemnego. W końcu spokojnie i bez pośpiechu wyszła z portu lotniczego. Taksówką pojechała na drugą stronę miasta i zaczęła spacerować bez celu. Patrzyła na ludzi. Obcych jak w Nowym Jorku, a jednak jakiś innych. Nie potrafiła tego nazwać.

A może po prostu próbowała się oszukać?

Trafiła do Fisherman's Wharf. Dzielnica portowa, gwarna i tłumna, nie robiła na niej wielkiego wrażenia. Czuła jednak, że to już nie jej mroczny Bronx, a miejsce znacznie jaśniejsze, tętniące. Zapach ryb. I jest chłodniej, gdy powieje wiatr znad morza. Bary i liczne atrakcje dla turystów, również tych z dziećmi. Elaine mijała to wszystko bez większego zaangażowania. Przystanęła dopiero, gdy dotarła na jeden z mostków. Stary. Pusty. Nieco popękany, ale jednak wciąż używany, o czym świadczyła zostawiona obok łódka. Usiadła na mostku i popatrzyła w wodę. Nie ma co łudzić się nadzieją, że woda na granicy tak wielkiego miasta może być czysta. Niedaleko od miejsca, które zajęła blondynka, rybacy wyciągali swój łup. Byli głośni, przeklinali i w jakiś sposób wyglądali tak idealnie portowo, jakby znaleźli się w kreskówce o marynarzu. Elaine przyglądała się im i zastanawiała, jakby wyglądało jej życie, gdyby urodziła się córką jednego z nich. Czy pracowałaby w barze w porcie zamiast lokalu w Nowym Jorku? I tylko tyle? I na tym miałaby polegać się zmiana jej życia? Czy na nic nie mamy wpływu?

Westchnęła cicho i położyła się na nieco wilgotnych deskach. Popatrzyła w niebo. Błękitne, choć kilka nieśmiałych chmur wędrowało spokojnie, bez pośpiechu. Tu na dole wiatr powiewał i podnosił porzucone śmieci, ale chmur to nie dotyczyło. One podążały własnymi ścieżkami, gnane innymi prądami. Elaine zamknęła oczy. Miała ochotę tak leżeć aż do końca świata.

- Wszystko w porządku, panienko? – usłyszała nad sobą zachrypnięty głos. W jej nagle otwartych oczach można było odczytać strach. Kiedy zobaczyła nad sobą zapyziałą i zapijaczoną twarz starszego mężczyzny, podniosła się szybko. Nieznajomy odsunął się i podniósł ręce w obronnym geście.

- Spokojnie, panienko. Spokojnie. Ja tylko pytam. Leżała tak panienka… myślałem, że coś się stało.

Elaine potrząsnęła głową. Próbowała uspokoić serce. Wiedziała, że je popękana dusza potrzebuje kilku głębszych oddechów, żeby doprowadzić umysł do porządku.

- Przepraszam. Wystraszyłam się – wyjaśniła i usiadła. Rozejrzała się. Rybacy już odeszli, w oddali kręcili się ludzie. – Dosiądzie się pan do mnie?

Tym razem to mężczyzna popatrzył na kobietę zdziwiony, ale nieporadnie usiadł obok niej. Elaine posłała mu przyjazny uśmiech.

– Jest pan stąd? – zapytała, choć tak naprawdę nie miało to większego znaczenia. Mężczyzna popatrzył na nią uważnie.

– Ja tak, ale panienka na pewno nie. Co się stało? Problemy sercowe? – zapytał zupełnie swobodnie. Elaine popatrzyła na niego przelotnie i pokręciła głową.

– Nie… Może? Nie. Stanowczo nie. Chyba potrzebowałam odetchnąć – odpowiedziała spokojnie i wbiła spojrzenie w wodę. Ironią wydało jej się to, że zwykle to do niej należało bycie zapijaczonym psychologiem. Nawet kiedy była trzeźwa. Znalezienie się po drugiej stronie barykady było odrobinę irracjonalne. Podniosła wzrok na człowieka obok niej.

– Ma pan ochotę na piwo? Bo ja na pewno jestem za trzeźwa – stwierdziła i podniosła się zwinnie z podestu. – Proszę, niech pan poczeka… zaraz wracam – dodała szybko i już biegła w stronę najbliższego baru. Kiedy kilka chwil później wbiegła na mostek, nie zobaczyła na nim mężczyzny. Stanęła niepewnie i rozejrzała się nerwowo wokół. Nagły entuzjazm, który ją ogarnął pod wpływem nieznanego człowieka, wyparował, jakby go nigdy nie było. Tak jak pijaczyny. Westchnęła cicho i zrezygnowana wróciła na swoje miejsce sprzed kilku chwil. Otworzyła puszkę i napiła się niczym stary marynarz – stanowczo miałaby szansę wtopić się portowy tłum, gdyby nie jasne włosy i zbyt chude ciało jak na pracownika fizycznego.

– Uuuu… To widzę, że u panienki faktycznie nie byle jakie problemy – odezwał się za nią ten sam głos, który wcześniej ja wystraszył. Elaine obróciła się i spojrzała na mężczyznę. W jednej chwili uśmiechnęła się radośnie i wyciągnęła piwo do swojego nowego kompana.

– Zniknął pan… myślałam… – próbowała zagaić, ale mężczyzna klapnął na ziemię obok niej.

– Stwierdziłem, że przyda nam się przegryzka – stwierdził i wyjął dwa batony, z czego jednego podał Elaine. – Na głodnego smutki są jeszcze straszniejsze – wyjaśnił. Elaine parsknęła cicho. Mężczyzna złapał jej spojrzenie i uśmiechnął się swoim niepełnym uśmiechem. – To niech panienka opowiada…

Blondynka spojrzała niepewnie na mężczyznę, ale… zaczęła opowiadać. Bo… dlaczego nie? Czemu nie miałaby opowiedzieć swojej historii człowiekowi, którego więcej w życiu nie spotka, który chce jej wysłuchać i który mieszka po drugiej stronie kontynentu? Chyba nie znalazłaby lepszej osoby do słuchania od niego. I faktycznie tak było.

– Dobra, dobra, dobra… – mężczyzna w końcu jej przerwał. – Rozumiem całą tę część o dziecku. To przykre i cholernie słabe. Jasne. Ale masz faceta, panienko, nie? Kochasz go? On ciebie pewnie też? To w czym rzecz? – Pokręcił głową. – Czy ty przypadkiem się nie boisz, panienko? Bo to wygląda trochę, jakby panienka była Kopciuszkiem, który uciekł przed północą.

Elaine popatrzyła na mężczyznę uważnie. Zamknęła oczy.

– Bo jakie my mamy szanse? – szepnęła.

– Takie, jakie sobie stworzycie – odparł. – Popatrz na mnie! Ja uciekłem. I uciekam dalej. Naprawdę chcesz spędzić życie na tym mostku? – wskazał na to, co ich otacza. Elaine parsknęła cicho. – Spróbuj, panienko. Zawsze jeszcze zdążysz uciec – zakończył.

Blondynka patrzyła na niego przez dłuższy czas. Próbowała przemyśleć wszystko jeszcze raz, ale coś w środku nakazywało jej wstać. W końcu poderwała się na równe nogi.

– Dziękuję, panu. Naprawdę – pocałowała go w policzek i uśmiechnęła się lekko. – Postawię panu jeszcze jedno piwo i uciekam na taksówkę. Od Nowego Jorku dzieli mnie blisko 3 tysiące mil, a muszę wrócić, nim ten idiota roześle policję – powiedziała całkiem poważnie. Przyniosła obiecane piwo.

– Gdyby był pan kiedyś w Nowym Jorku… proszę zajrzeć na Bronx i pytać o brytyjski lokal. Pokierują pana – zapewniła.

Podróż wcale jej się nie dłużyła. Na kartkach użyczonych przez sąsiada pisała coraz to nowe wersje tego, co powinna zrobić po powrocie. Z każdą minutą denerwowała się coraz bardziej. Bała się, ale pierwszy raz wracała sama i nikt jej nie gonił ani nie popychał. Może czasem lepiej być Pocahontas niż Roszpunką?

Ot, tak. Dawno nie pisałam not, a kilka chodzi mi po głowie, więc to leci na rozgrzewkę. Dla tych, którym uda się przebrać - gratulacje! Doceniam trud! :)

04/05/2018

[KP] Crescunt anni, decrescunt vires - 6








W rozzłocone, słoneczne, omdlałe południe,
Gdy pracownicy pola w dom śpieszą, a błonie
Opustoszeją z ludzi, ponad starą studnię
Trwożna dziewczyna idzie patrzeć w ciemne tonie.

Pochyla się nad głębią i cichymi słowy
Szepce w mrok, a jej piersią wstrząsa lęk niezmierny.
A szept leci wzdłuż ściany omszałej, pionowej
I z lekkim pluskiem na dno upada cysterny.

W dole, w głębokiej wodzie wstają blade cienie,
Spojrzą w górę i szeptem dziewczynie odwtórzą,
Patrzą w jej twarz miłośnie i na jej skinienie
W czarne zwierciadło śpiącej wody się zanurzą (...).
                                                                   Leopold Staff Studnia

ULOTNE CHWILE | ZNIKAJĄCE WCIELENIA  | BLISKIE DUSZE

Elaine Eagle 
26 lat | właścicielka baru | Koseki | 
była modelka | dawna imprezowiczka | wypalona zapałka
poszukiwaczka szczęścia | szalona głowa | nieposkładana dusza

2070. Accipis, ut taceas


Godzina za godziną niepojęcie chodzi:
Był przodek, byłeś ty sam, potomek się rodzi.
Krótka rozprawa: jutro - coś dziś jest, nie będziesz,
A żeś był, nieboszczyka imienia nabędziesz;
Dźwięk, cień, dym, wiatr, błysk, głos, punkt - żywot ludzki słynie.
Słońce więcej nie wschodzi to, które raz minie,
Kołem niehamowanym lotny czas uchodzi,
Z którego spadł niejeden, co na starość godzi. (…)
Daniel Naborowski

~°~
Nieśmiałe promienie słońca przebijały się przez listowie. Elaine szła zieloną alejką. Obiecała wyjść na przeciw przyjaciółce i w gruncie rzeczy cieszyła się na to spotkanie, ale pierwszy raz od dawna miała okazję skorzystać z cieplejszego dnia. Ze słońca. Łagodnego wietrzyku. Mimowolnie zwalniała kroku. Ziemia pachniała wilgocią i świeżością. W naturze można było wyczuć jakąś niecierpliwość. Oczekiwanie. A panna Eagle miała ochotę się zatrzymać i obserwować. Podziwiać.

Z zamyślenia wyrwały ją uporczywe wibracje telefonu w kieszeni.

— Słucham? Tak, to ja. Wydaje mi się, że… — W jednej chwili magia wiosennej chwili prysła, a Elaine wpadła w szarość codzienności w wielkim mieście. Bo kran przecieka. Bo piwo się skończyło. Bo ktoś ma imieniny ciotki.

Dziewczyna przyspieszyła kroku, jakby chciała uciec od problemów i kłopotów. Wiedziała, że słodka chwila rozmarzenia już nie wróci i nie ma sensu oglądać się niepotrzebnie za siebie. Z resztą retrospekcja nigdy nie była tym, co porywałoby wyobraźnię El. Nienawidziła swojej przeszłości. Widziała w niej zbyt wiele zbyt nieprzyjemnych scen. W przyszłość zaś nie wierzyła. Była rozkochana w teraźniejszości. W tu i teraz. Carpe diem.

Pod koniec już niemal biegła. Szczególnie, gdy zobaczyła znajomą sylwetkę w końcu uliczki. Pomachała energicznie ręką i niemal w podskokach dotarła do ukochanej blondyneczki. Zawiesiła się jej na szyi.

— Maille! Dobrze cię widzieć! Już myślałam, że o mnie zapomniałaś! — Bez chwili wahania Elaine pociągnęła przyjaciółkę do pobliskiej cukierni i zamówiła im obu po ogromnej porcji ciasta. Przez cały ten czas El trajkotała zupełnie jak nie ona. O wszystkim. O niczym. Jakby jakiś diabeł wstąpił w zazwyczaj spokojną i stanowczą dziewczynę.

— Mówiłaś, że zastanawiasz się nad zwierzakiem — przypomniała sobie nagle. — Mogłabyś się zająć Koseki? Mała ostatnio zaczęła się do ciebie przekonywać, więc jest szansa, że nie będzie tak bardzo rozrabiać… - spojrzała z błagalną minką na towarzyszkę.

— Mogłabym, ale… — Maille urwała i posłała przyjaciółce podejrzliwe spojrzenie. — Coś się stało? Wyjeżdżasz? — spytała, nie widząc innego powodu, dla którego miałaby się zająć rudo-białą kotką. — Dostałaś jakiś nowy kontrakt w Japonii? — kontynuowała ostrzał pytaniami z lekkim uśmiechem na twarzy, zgadując po nastroju Elaine, że ta prośba musiała być spowodowana jakąś dobrą zmianą, która miała nastąpić w życiu blondynki. El nie miała się, o co martwić, Koseki na pewno będzie u Irlandki dobrze, o ile kotka nie będzie miała nic przeciwko obecności ciekawskiego Leviego.

Elaine spojrzała na przyjaciółkę z rozbawieniem. Oczywiście, że spodziewała się takich pytań, a fakt, że Maille od razu uderzyła w kierunku Japonii, świadczył o tym, jak dobrze się znały.

— Nie tym razem. To coś bardziej jak… szalona podróż autostopowicza. Znajomy szukał towarzystwa na małą przygodę. Miał jechać z kolegą, ale tamtemu coś wypadło. Ruszam na podbój Europy! — Elaine wyglądała na dumną i radosną. Wszyscy doskonale wiedzieli, że Eagle nie jest spokojną duszą, a i tak długo siedziała na tyłku w jednym miejscu.

— Podbój Europy? — cmoknęła Maille, wysoko unosząc brwi. — Trzeba było powiedzieć, zabrałabym cię do Dublina — rzuciła wesoło i mrugnęła do El porozumiewawczo, dobrze wiedząc, że Europa miała znacznie więcej do zaoferowania niż tylko stolica jej ukochanej Irlandii. — A jak długo cię nie będzie? — zagadnęła, unosząc wzrok znad swojego sporego kawałka ciasta, którego pomału ubywało. Było to dość istotne pytanie, zważywszy na to, że to Maille miała przez ten czas zaopiekować się Koseki.

- Emmm…. Przyznam, że nie jestem pewna — wyznała Elaine i spojrzała przepraszająco na przyjaciółkę. - Wiem, skąd ruszamy, ale dokąd nas nogi poniosą? Niestety nie mam pojęcia. Ale obiecuję się regularnie meldować! — położyła rękę na sercu w geście świętej przysięgi. — Ja wiem, że to wszystko brzmi jak zwykłe szaleństwo, ale… życie mamy tylko jedno, prawda? A co mnie tak naprawdę tutaj trzyma? Za barem można stać w każdym mieście na świecie. A przeżyć coś niesamowitego? Może to jedyna taka okazja. Grzechem byłoby nie spróbować. Jeśli okaże się, że jestem cieniasem, to wsiądę w najbliższy samolot i wrócę do domu.

Odrzucając głowę, Maille roześmiała się serdecznie na jej słowa. El miała rację, w razie czego nikt nie bronił jej powrotu do Nowego Jorku.

— W takim razie jesteśmy umówione — rzuciła Irlandka i wzniosła niby to toast filiżanką z kawą, by przypieczętować ich mały układ. — Tylko nie zapomnij wysyłać mi pocztówek z każdego ciekawszego miejsca, w którym będziesz! — zastrzegła i z rozbawieniem pogroziła jasnowłosej kobiecie palcem. Elaine pokiwała energicznie głową w odpowiedzi. Czy mogła zawieść przyjaciółkę?

— Także… Kiedy wyruszacie? — spytała, nie przypominając sobie, by Eagle już jej o tym powiedziała, chociaż z drugiej strony blondynka mówiła tak dużo, że Maille mogła gdzieś umknąć ta informacja.

— Już w przyszłym tygodniu. Muszę jeszcze pozabezpieczać kilka spraw i przypilnować, aby wszystkie dokumenty trafiły do dobrych rąk. A potem zakupy i…. Fiuuuu — zrobiła minę dziecka udającego samolocik. — W siną dal — mrugnęła na koniec do Maille. — Tylko muszę kupić plecak. Duży. Taki, w który mogłabym spakować nawet ciebie — zakończyła zrozpaczona.

— Mam nadzieję, że ten twój kolega okaże się dżentelmenem i będzie nosił ten plecak za ciebie. — Zrobiwszy znaczącą minę, puściła blondynce oczko i uśmiechnęła się pod nosem. — A może trzeba ci z czymś pomóc? Jakieś ostatnie zakupy? Coś gdzieś załatwić? I co ty na to, żebyś nie przywoziła Koseki na ostatnią chwilę tylko wcześniej? Zobaczymy, jak będzie się u mnie czuła, i może odwiedzisz ją jeszcze parę razy przed wyjazdem — zaproponowała, starając się zawczasu pomyśleć o wszystkim. Zawsze starała się być dobrze zorganizowana i rozważała wszelkie możliwe opcje, tak jak teraz, kiedy zaczęła się martwić, co będzie, kiedy kotce jednak się u niej nie spodoba.

— Jesteś kochana — odpowiedziała Elaine i pocałowała ją w policzek. — Ale od ciebie chcę jednego. Idziesz ze mną na imprezę. Koniec. Kropka.

Eagle uśmiechała się szeroko. Oczywiście zgodziła się na plan przeprowadzania Koseki i na zakupy. Przede wszystkim jednak chciała należycie pożegnać się z przyjaciółką. Z przytupem. Odlotem czy jak tam się teraz mówi. W końcu kto wie, dokąd prowadzą ich ścieżki?

~°~
Góra ubrań rosła z każdą chwilą, a El nadal wywalała rzeczy z kolejnych szafek. Co jak co, ale Eagle nie mogła narzekać na brak ciuchów, a już w szczególności sukienek. Lubiła w nich chodzić i dlatego miała ich pełno. Co jednak nie oznaczało, że wiedziała, w czym powinna wyjść z domu.

— Serio, Maille… nie wiem, w co się ubrać — jęknęła bezradnie. — Chcę się dobrze bawić, a nie być obiektem macanek… — spojrzała błagalnie na przyjaciółkę. — Może jednak zostańmy w domu, co?

— A ta sukienka, którą razem kupowałyśmy? Pamiętasz?! — zawołała i pstryknęła palcami w nagłym olśnieniu, przypominając sobie o zakupach, na które wyruszyły razem zaledwie kilka miesięcy temu. — Ta w japońskim stylu? Jest śliczna i nadaje się nie tylko na wystawne bankiety — dodała z uśmiechem i zaczęła przekopywać się przez stertę ubrań leżących na łóżku, bowiem wydawało jej się, że to właśnie tam, a nie w szafie znajdowała się kreacja, o której mówiła. A przy okazji bezczelnie rozglądała się za czymś dla siebie. Elaine miała ze cztery razy więcej ciuchów niż sama Maille i blondynka była przekonana, że prędzej czy później znajdzie coś, co będzie na nią pasowało. W końcu nie opłacało im się wracać jeszcze do jej mieszkania, tak by Creswell mogła się przebrać, skoro mogły wyruszyć na miasto od razu stąd, prawda?

— No dobra… Może być. Głównie dlatego, że po prostu bardzo ją lubię — przyznała. Potem włączyła się w poszukiwania odpowiedniego ciuchu dla Maille. Nie było to łatwe, ponieważ przyjaciółka miała ładną figurę, a El raczej przypominała wieszak. Jednak jedna z sukienek szczególnie przykuła uwagę panny Eagle. Lekka, zwiewna, w chabrowym odcieniu.

— Przymierz, proszę… dla mojej przyjemności — spojrzała na przyjaciółkę wzrokiem zbitego psiaka. — Do tego szpileczki… i będę robić za twojego bodyguarda.

— Takiej propozycji nie mogę odrzucić. — Uśmiechając się zadziornie, przejęła z rąk Elaine sukienkę oraz buty, a następnie na kilka chwil zniknęła w łazience. W sypialni zjawiła się przytrzymując rękoma górę sukienki i bez słowa odwróciła się do przyjaciółki plecami, tym samym prosząc o zapięcie suwaka na plecach. Dopiero po tym podeszła bliżej lustra i uważnie przyjrzała się swojemu odbiciu.

— Nie mam żadnego ubrania w tym kolorze — przyznała Maille, wyjaśniając, dlaczego początkowo miała nietęgą minę. Musiała przyzwyczaić się do samej siebie w takim wydaniu i im dłużej się sobie przyglądała, tym jej uśmiech stawał się szerszy, aż w końcu spojrzała na El i potakująco skinęła głową.

— Jestem na tak.

— Świetnie! - uradowała się Elaine, a w jej oczach zajaśniały szalone iskierki.

~°~
Druga nad ranem. Klub. Tłum, o którym stanowczo nie da się powiedzieć, że jest trzeźwy czy racjonalny. Ludzie tańczący, pijący, krzyczący. Szaleństwo. Co wieczorny karnawał Nowego Jorku. To miasto nie potrzebuje specjalnego czasu metamorfozy. Tutaj maski nosi się na co dzień. Tu za uprzejmym uśmiechem ukrywa się każdy, kto szuka świętego spokoju. Kto pragnie akceptacji. Niekiedy w tym wielobarwnym tłumie można spotkać prawdziwego człowieka, a wtedy warto trzymać się go i pilnować. Tak Elaine trzymała się Maille. A już w szczególności po kolejnym drinku, po którym czuła się już nieco bardziej wstawiona, niż by rozsądek nakazywał.

— Kocham cię, wiesz? — uśmiechnęła się do przyjaciółki szeroko. — Jesteś najwspanialszym stworkiem w tym lesie — dodała radośnie i powiesiła jej się na szyi.

— W lesie…? — podchwyciła Maille i unosząc prawą brew, podczas gdy lewa pozostała lekko zmarszczona, spojrzała na uczepioną jej szyi blondynkę z pewną dozą sceptycyzmu. Dla pewności rozejrzała się wokół, lecz nic nie wskazywało na to, że kobiety niespodziewanie zmieniły otoczenie.

— Ja też cię kocham! — odparła mimo wszystko, radośnie tarmosząc włosy Eagle, i trzeba zaznaczyć, że nie uczyniła jej fryzurze żadnej szkody, bo jasne kosmyki i tak już znajdowały się w nieładzie po energicznym tańcu.

Twarz Elaine rozpromieniła się jeszcze bardziej, o ile to w ogóle możliwe. Dziewczyna pocałowała przyjaciółkę w policzek.

— W takim razie stawiasz kolejkę! — krzyknęła radośnie. Ruszyła dziarskim krokiem do baru. W połowie drogi ktoś chwycił ją za ramię, aby zatrzymać. El, choć nieco już podpita, zareagowała instynktownie i wykręciła mu ramię. Kiedy usłyszała krzyk, odskoczyła, puszczając go.

— Przepraszam… nie chciałam… — wymamrotała, gdy zobaczyła chudego, ale wysokiego chłopaka, który trzymał się za bark i krzywił. Elaine zerknęła na Maille w poszukiwaniu ratunku. Irlandka w odpowiedzi wzruszyła ramionami, obrzucając nieznajomego pozbawionym współczucia spojrzeniem. Miała na koncie kilka nieprzyjemnych przygód w barach, które nie zakończyły się dla niej szczęśliwie, i była bardzo cięta na tego typu zaczepki. Stąd chętnie wygarnęłaby temu chuderlakowi, co myśli o nagabywaniu zupełnie obcych kobiet, i już otwierała usta, by powiedzieć to, co ślina i alkohol przyniosłyby jej na język, kiedy poszkodowany machnął na nie ręką i wycofał się, szybko niknąc w tłumie.

— I po kłopocie! — podsumowała, obdarzając Elaine promiennym uśmiechem. — Będę pamiętała, żeby nie zachodzić cię od tyłu — dodała, wymownie celując w El palcem, po czym pociągnęła ją za sobą i w ten sposób pokonały resztę drogi do lśniącego kontuaru, aby wcisnąć się pomiędzy okupujących go ludzi. Gdy tylko barman zwrócił na Maille uwagę, dziewczyna zamówiła dwa szoty i czknęła krótko, ledwo zdążywszy zakryć usta dłonią.

— Będziesz wyciągać mnie spod stołu! — zawołała ze śmiechem do przyjaciółki, po czym potknęła się i chwyciła koszulki najbliżej stojącego mężczyzny. — A nie mówiłam? — rzuciła, chichocząc głupio, nim przeniosła wzrok na swoją „deskę ratunku”. — Najmocniej przepraszam — oznajmiła z powagą, z oddaniem wygładzając pomięty na piersi materiał koszulki zaskoczonego bruneta.

— Taki jest plan! — odpowiedziała Elaine radośnie i spojrzała na biedną ofiarę Maille. Mężczyzna nie wyglądał na szczególnie niezadowolonego. — O nie… pan może się do niej ustawić w kolejce. Maille jest dziś moja i się z nikim nie podzielę! Musi ktoś mnie do domu odstawić. — Mrugnęła porozumiewawczo do przyjaciółki.

W rzeczywistości okazało się, że to odprowadzanie to jednak nie taka prosta sprawa. Te nierówne chodniki, dziury w asfalcie… i znaki. Znaki drogowe to prawdziwi zabójcy. Wyrastają spod ziemi nie wiadomo kiedy. A wszystko to po to, by spokojny człowiek nie mógł trafić prostą drogą do domu.

Bo droga do domu bywa różna. Nie zawsze łatwa do przebycia. Nie zawsze bez przeszkód. Czasem łatwiej odejść, niż wrócić. Zapomnieć, niż wspominać.

~°~
Rozejrzała się po swoim pokoju i po mieszkaniu. Na stole w kuchni zostawiła kopertę z listem dla Lenny’ego. Nie wiedziała, czy chłopak będzie chciał wrócić do swojego pokoju, ale pozostawiła mu taką możliwość. Pieniądze na opłacenie mieszkania przekazała siostrze. Ruda koteczka znalazła bezpieczne schronienie u Maille, a bar został pod opieką menadżera i Lilki. Wyglądało na to, że wszystko jest załatwione i pewne. Że może wyjechać i świat będzie biegł swoim rytmem bez niej. Ponownie przebiegła wzrokiem po starych kontach.

Czy jeszcze tutaj wróci? Chciała w to wierzyć.

~°~
Cichy szum nocnego miasta. Światła latarni i neonów. Niepokojący powiew wiatru, który porusza puszkami, butelkami, papierkami przy śmietnikach i na chodnikach. Stukot szpilek po betonie. Równy krok, lekki, choć marszowy. Wątła postać przemykająca się po co ciemniejszych uliczkach miasta. Klucząca, ale niezagubiona.

Podchodzi do szarych, stalowych drzwi. Puka w nie nerwowo. Wrota otwierają się z jękiem, a kobieta przesuwa się pomiędzy płynnym ruchem. Z przeciągłym skrzypnięciem drzwi domykają się za nią.

Te same drzwi otworzą się ponownie nad ranem. I ta sama osoba prześliźnie się przez nie i umknie w pośpiechu ku najbliższemu przystankowi, gdzie wskoczy do nadjeżdżającego autobusu bez chwili zastanowienia. Bez czytania, dokąd zmierza zaspany kierowca. Bez oglądana się za siebie.

W przeszłości kryją się potwory.

~°~
Elaine przeciągnęła się w białej pościeli. Obok niej leżały tylko poduszki i koce. Kiedy kładli się wieczorem spać, pokój był wyziębiony i dziewczyna zażądała dodatkowych okryć. W odpowiedzi dostała marudzenie na temat jej kościstej natury i braku tłuszczu, który mógłby chronić ją przed zimnem. Oraz koce i poduszki. Zasnęli wtuleni w siebie, a właściwie w pozycji „jesteś moim grzejnikiem, bez ciebie zamarznę”, w której El próbowała się ukryć przed złym światem w ramionach ciemnowłosego partnera. Jednak on wyszedł przed ósmą do pracy, a dziewczyna na razie nie zamierzała ruszać się ze swojego kokona ciepła. Na samą myśl o dotknięciu palcami zimnej podłogi, drżała na całym ciele. Zastanawiała się, co wcześniej zmusi ją do wyjścia – głód czy uparte brzęczenie telefonu. Wiedziała, że ma wiele do zrobienia. Wiedziała też, że to nie będzie przyjemny dzień, dlatego starała się odwlec wszystko w czasie.

A jednak tchórzostwa nie można było jej zarzucić.

~°~
Ciąg dalszy nastąpi…


[Kochani! Bardzo przepraszam wszystkich, którym nie odpisywałam. Życie mi się trochę dało w kość i zwyczajnie nie wyrobiłam. W związku z tym usunęłam moje postaci z bloga. Nie potrafię jednak odejść stąd na zawsze, więc jako marnotrawne dziecko wracam. Najpierw z El, potem Polly. Przepraszam wszystkich jeszcze raz i mam nadzieję, że się na mnie nie złościcie… I ktoś jeszcze będzie chciał z nami pisać :(

Za notkę gorąco dziękuję naszej najukochańszej Maille!]

30/09/2016

2035. Contra spem spero

Szary poranek. Październik. Mokro, zimno i zwyczajnie nieprzyjemnie. Ludzi o tej porze nie ma zbyt wielu na ulicy. Większość szykuje się właśnie do pracy, niektórzy jeszcze śpią, a szczęśliwcy w ogóle nie muszą wstawać. Idzie się jak po torze przeszkód... ale nieco bardziej slalomem. Omija się wszelkie kałuże powstające w zapadłych chodnikach i przerwach między płytami. Próbuje się iść środkiem, żeby nie zamoknąć od wody ściekającej z budynków ani fontann wytryskujących spod kół samochodowych – głównie samotnych taksówek i szalonych autobusów.
A przede wszystkim idzie się na przód. Byle nie patrzeć w tył, byle się nie obracać.
Nie patrzeć, co zostawia się za sobą.

Elaine w ostatnim czasie była niczym mróweczka z turbodoładowaniem. Biegała, krzątała się, załatwiała miliony spraw. Jedne były przyjemne, inne mniej. Dokonała pewnego przełomu w swoich relacjach z rodziną – pogodziła się z matką, a co za tym idzie, przestała być persona non grata w domu. Oczywiście nie łączyło się to z wielkim wybuchem matczynej miłości czy euforii ze strony starszej córki. Jednak zapoczątkowało rozmowy, spotkania, wizyty. Lilka cieszyła się jak małe dziecko i zaczęła wpadać do siostry zupełnie bez zapowiedzi i wyciągać ją na miasto. A Elaine z tym nie walczyła, choć najbardziej pragnęła spokoju. Przychodziła do ojca, kiedy matki nie było w domu. Siadała u niego w gabinecie z laptopem i każde pracowało w ciszy, a jednak razem. To było przyjemne i przywodziło na myśl czasy, gdy ojciec siadywał z dziećmi, żeby robić prace domowe – każdy swoje.
Chwile spokoju były jednak rzadkim zjawiskiem. W końcu Elaine zdecydowała się zrealizować pomysł przyjaciela i otworzyć swój pub w stylu angielskim. Środki na ten cel miała od Matta, ale organizacja wszystkiego wymagała wiele sił i czasu, których znowu dziewczyna nie miała tak dużo. Nie przestała przy tym pracować w antykwariacie – wiedziała, że własny lokal pożre szybko wstępny kapitał, na zyski trzeba będzie poczekać kilka miesięcy, a rachunki same się nie popłacą.
A jednak cieszyła się. Naprawdę cieszyła się, że będzie miała coś własnego, że przestanie pracować na innych, że wreszcie będzie na swoim i ruszy jakąś jasno określoną drogą. Miała już stanowczo dość tego wirowania jak chorągiewka od jednej roboty do drugiej. Biegania po Nowym Jorku jak jesienny listek, który wszystko, co wspaniałe, już przeżył, a teraz czeka na zgnicie w jakimś obrzydliwym rynsztoku. Nawet jeśli faktycznie pisane jej było spędzić życie za barem, niech tak będzie, byle miała jakiś cel, do czegoś dążyła. Choćby najmniejszymi kroczkami.
I tak z dnia na dzień. Każdego ranka przekonywała samą siebie, że warto wstawać z łóżka. Minęła wiosna radosna, minęło lato – pora dojrzewającej miłości. I przyszła jesień. Niestety nie takiej jesieni oczekiwała Elaine. Pragnęła takiej... złotej, pełnej kolorów, owoców i radości. Tymczasem przyszła burza, owoce pospadały, a jej przyszło ratować to, co zostało.
W barze działo się dobrze. Zatrudniała jedną barmankę i ochroniarza. Sama stała codziennie za barem. I gości pojawiało się coraz więcej. Nie były to tłumy, ale nigdy lokal nie był zupełnie pusty. Może nie siedziała w nim do rana, ale wychodziło, że pod koniec miesiąca obejdzie się bez płaczu i rozpaczy. To całkiem nieźle. Oczywiście pracowników opłaci z odłożonych wcześniej pieniędzy. Z utargu starczy na rachunki i kupi asortyment. Na więcej nie miała. Szczęśliwie znalazła współlokatora do mieszkania wuja, więc te rachunki też zdoła uregulować. A z pensji w antykwariacie wyżywi się... o ile wystarczająco często będzie jadła obiady z rodziną. Poradzi sobie. Z pewnością sobie poradzi.
Wszystko na to wskazywało i nikt nie przewidział, że jednego dnia jej plany zupełnie się zmienią.

Koło południa dostała wiadomość od Matta, że nie może skontaktować się z Patrickiem i czy może brat odzywał się do niej w ostatnim czasie, dawał znać, że zaszyje się gdzieś poza zasięgiem. Niestety Elaine o żadnych nowych posunięciach brata nie słyszała, a ton przyjaciela sprawił, że zaczęła się poważnie obawiać o życie Pata. Nie potrafiła sobie znaleźć miejsca i nie wiedziała, czy powinna powiedzieć o problemach rodzinie. W końcu wszyscy wiedzieli, że jako jedyna ma jakiś kontakt z pierworodnym Eagle'ów.
Trzy godziny później Matt napisał, że natrafił na jego ślad, że El ma się nie martwić i czekać na dalsze informacje.
Przed wieczorem zadzwonił.
Znalazł Patricka. Mężczyzna jest nieprzytomny, ale żyje. Trzeba znaleźć mu szpital.
I tak Elaine skontaktowała się ze swoim dobrym znajomym z Japonii, którego poznała w trakcie swojego rocznego kontraktu w Kraju Kwitnących Wiśni. Obiecał stosowną pomoc. Jego rodzice mieli własny szpital, a sam przyjaciel skończył medycynę i leczył w tymże szpitalu. Tylko jemu była gotowa powierzyć brata – w końcu Patrick potrzebował nie tylko doskonałej pomocy medycznej, ale i pewnego miejsca, w którym mógłby się ukryć przed ludźmi, którym się naraził. Światek narkotykowy to arena licznych walk... szczególnie, gdy chodzi o duże pieniądze. A Patrick miał równie wielkie szczęście do kłopotów do Elaine. Wyraźnie geny ujawniły się u nich w dość niecodzienny sposób. Starsze rodzeństwo znacznie się różniło od dobrej i miłej Lilki... Która swoją drogą dostała nagle klucze do pubu, wszelkie pełnomocnictwa i nowy obowiązek – poprowadzić bar siostry pod jej nieobecność.
Nie była szczęśliwa, ale zgodziła się. Wiedziała, jak wiele to miejsce znaczy dla El... i rozumiała powody jej wyjazdu. Narzekała jedynie, że nie może jechać razem z nią. A Elaine tłumaczyła, że bez znajomości języka może narobić jedynie więcej kłopotów i zbędnego zamieszania. Zdecydowanie za bardzo rzucałyby się w oczy. Lily skrzywiła się, marudziła, ale w końcu obiecała zająć się i barem, i mieszkaniem, i rodzicami. A przede wszystkim pewnym leniwym kotem.
A Elaine spakowała się do swojego podróżnego plecaka, kupiła bilet do Tokio i z samego rana ruszyła na lotnisko.

Nie obejrzała się za siebie. Z nikim się nie pożegnała. Nie spojrzała w dół, gdy samolot uniósł się nad ziemię. Leciała zmierzyć się z kolejnymi kłopotami.


[Kochani!
Zdecydowałam się rozstać z Elaine. Nie wiem, czy na zawsze, czy na jakiś czas. Przepraszam wszystkich, z którym miałam wątki, że zostały tak brutalnie przerwane. Niestety z El utknęłyśmy i chyba potrzebujemy od siebie odpocząć. Nie żegnam się zupełnie, ponieważ... właściwie nigdzie się nie wybieram. :) Nie wyobrażam sobie odejść z NYC-a.]

18/10/2015

2018. Neque ulla est, aut magno aut parvo, leti fuga

Poniedziałek, wtorek, środa to dzień wolny, czwartek, piątek, sobota, niedziela. Praca, dom, szukanie pracy, załatwianie różnych formalności. I dalej nic, i ciągle bez zmian. Elaine skończyła edukacje cztery miesiące wcześniej i od tamtej pory nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. A właściwie nie umiała go szukać. Chodziła do starego, dobrego baru, brała na siebie możliwie jak najwięcej zmian, wracała do mieszkania wuja, które coraz częściej było puste, ponieważ mężczyzna wyjeżdżał na różne wystawy, wieczorki, pokazy.

Dom był czysty jak nigdy wcześniej. Nawet pracownia wuja wskazywała na nietypową ingerencję sił nadprzyrodzonych. Dziewczynie udało się odbarwić część plam na podłodze i uporządkować ukończone obrazy. To najlepszy dowód na to, że El za wszelką cenę potrzebowała się czymś zająć. Po umyciu okien, przebraniu ubrań z szaf, uporządkowaniu starych notatek, wyczyszczeniu pracowni, upraniu wszystkiego, co miało jakiekolwiek ślady użytkowania, nie zostało jej zbyt wiele do roboty. Jedynie unikała gotowania – w końcu przygotowywanie jedzenia dla jednej osoby to marnowanie czasu i środków.

W konsekwencji tego wszystkiego głównie leżała i oglądała seriale. Niezbyt zajmujące zajęcie, ale pozwala myślom płynąć swobodnie, unikać przeszkód związanych z rzeczywistością i codziennością. Nie spotykała się zbyt często ze znajomymi. W pewien sposób czuła się zupełnie niepotrzebna. A wszystko to prowadziło do tego dziwnego otępienia umysłowego, podczas którego człowiek rozumie, że ma jakiś problem, ale nie ma ochoty go roztrząsać, a tym bardziej szukać rozwiązania.

A pewnego słonecznego dnia do tej klatki pasywności włamała się osóbka młoda, pełna wigoru i pasji... niekoniecznie właściwie ukierunkowanej. Elaine zapewne powinna zareagować, doprowadzić młodą do pionu.... a zamiast tego wskazała pokój jej ojca i powiedziała, że nie będzie się wtrącać.

Tego samego dnia dostała wiadomość o śmierci wuja i poczuła, że grunt usuwa się jej spod nóg. Patrzyła na obcą dziewczynę, która kręciła się po mieszkaniu i zupełnie nie rozumiała, co jej powiedzieć. W końcu wręczyła jej powiadomienie, które dostała od znajomego swojego chrzestnego. Po czym spakowała plecak i pojechała załatwiać formalności.

Elaine nie płakała, nie panikowała. Poczuła jednak, że wszystko zwaliło się jej na głowę, wszystko ją przytłaczało, a pierś ściskało coś tak mocno, że czuła duszności. Na powierzchni trzymało ją jedynie poczucie jakiejś bliżej nieokreślonej powinności wobec wuja, który opiekował się nią tyle lat. Może dlatego nie unikała tej odpowiedzialności? Czuła, że ten przykry obowiązek jest jakimś celem, jest ważny i warto mu się poświęcić. Próbowała nie myśleć o tym, co będzie później, choć wiedziała, że przyjdzie jej uzgodnić sprawy mieszkania. Lokal był własnością chrzestnego... więc kto otrzyma go w spadku? Prawdopodobnie jego córka, która jest dziwnym dzieckiem, cieniem człowieka i jak zjawa porusza się po pokojach. A tyle rzeczy należy uzgodnić, załatwić, zgłosić! Przewieźć ciało. Zorganizować pogrzeb, poinformować rodzinę i przyjaciół, galerie. Czy starczy jej na to pieniędzy? Czy wuj miał jakieś ubezpieczenie? Co z obrazami robić? Czy należy zadzwonić do byłej żony zmarłego? Te wszystkie pytania kotłowały się w głowie Elaine i zagłuszały smutny obraz rzeczywistości - nie miała czasu płakać.

Kiedy tydzień później stała nad grobem wuja w towarzystwie tej dziwnej dziewczyny, nie wiedziała, jakim cudem umknęły jej te dni od informacji od śmierci. Niby pamiętała wyraźnie każdą chwilę, każde zadanie, które przed nią stało, ale nie mogła przypomnieć sobie żadnej nocy, żadnego poranka. Jakby ostatnie siedem dni było ciągłą, bez przerw na sen i odpoczynek. A mimo to, nie czuła się zmęczona. Patrzyła na ludzi zebranych wokół wykopanego dołu w ziemi. Patrzyła na poważnych i wyraźnie smutnych przyjaciół chrzestnego, którzy stali tuż obok dwóch dziewczyn. Za nimi nieśmiało ustawili się znajomi z galerii, współpracownicy lub ci, którzy zwyczajnie cenili twórczość wuja. Przyszli z potrzeby serca, z szacunku dla człowieka, którego szanowali, lubili, może nie raz wypili z nim jakieś piwo, którego zmarły nigdy nie odmawiał. Za Elaine i Maeve było nieco pustej przestrzeni. Dopiero trzy metry dalej stała matka El, pani Eagle z mężem. Obok nich Lilianna, która dziwnie nie pasowała do tego obrazka. Może to wyraźne ślady łez wyróżniały ją na tle innych? Gdzieś tam niedaleko stali inni członkowie rodziny, którzy nie wyglądali na smutnych czy zatroskanych. Byli poważni i obojętni. Przyszli, ponieważ tego wymagał obyczaj, ceremoniał, a nie więzy krwi czy uczuć.

Pogoda sprzyjała. Pochmurne niebo nie straszyło opadami, a jedynie chroniło milczący tłum przed światłem radosnego słońca. Chłodne powietrze zmuszało do otulania się kurtkami i szalikami, sprawiało, że każdy jeszcze bardziej zamykał się w sobie, w nagromadzonym wokół szyi i twarzy materiale można było ukryć i smutek, i obojętność.

Ksiądz coś mówił. Elaine specjalnie go nie słyszała. Gdyby ktoś ją zmusił do uwagi, pewnie cała jej spokojna fasada rozsypałaby się w proch. Póki co, myślała o tym, że to dobrze, że dyrektor galerii zgodził się, żeby zorganizować skromny poczęstunek właśnie wśród obrazów, których wystawę otworzono zaledwie dwa tygodnie wcześniej. W końcu w mieszkaniu ci wszyscy ludzie by się nie pomieścili. Ciekawe, czy katering już wszystko przygotował. Może Elaine powinna być tam na miejscu i wszystkiego przypilnować? Ale kto zajął by się Maeve? Choć dziewczynka właściwie nie znała ojca. Nie miała okazji... nie mogła być smutna... mogła być wściekła lub rozgoryczona. Ale El jej nie znała, więc nie miała pewności, że kuzynka zachowa spokój. Poza tym... wuj nie chciałby, żeby jego dziecko było w takiej chwili samo, prawda? Nie mógł się nią opiekować, ale panna Eagle wiedziała, że zawsze tego żałował. Kiedyś nawet namalował obraz małej na podstawie jakiegoś zdjęcia. Może powinna dać to dziewczynie? W końcu jakaś pamiątka jej się należała... oprócz oczywistego spadku. Nie było to jednak wiele... i bardziej miało charakter polisy niż konkretnych pieniędzy.

Silni panowie powoli spuścili trumnę do dołu. Jak prosto, wręcz banalnie to wygląda. A w ziemi są robaki, wilgoć, brud... tak kończy człowiek? I co dalej? Ciemność? Czy temu człowiekowi tam na dole... robi to różnicę, to myślą ci ponad nim? Czy jakiekolwiek znaczenie ma to, co się dzieje z jego ciałem? To, kto przyszedł na jego pogrzeb i jak potoczy się życie bez niego? Pogrzeby, ceremonie, rytuały są dla żywych, żeby potrafili pogodzić się z rzeczywistością, zrozumieli, że na ich drodze też stanie śmierć... ale póki co życie musi toczyć się dalej swoim wolnym, okrutnym rytmem.

Elaine przetarła nerwowo oczy, które dziwnie zaczęły ją piec, choć ani jedna łza nie popłynęła po policzku. Chwilę później sypał się piasek na trumnę z jej dłoni. Coś uciekało między jej palcami. Ziemia? Czy poczucie bezpieczeństwa? Zamieniła kilka słów z księdzem. Podziękowała za ceremonię, otrzymała spojrzenie pełne współczucia. Uśmiechnęła się smutno i pojechała do galerii przed wszystkimi.

Nie powiedziała nikomu z przyjaciół o śmierci wuja. Nie chciała litościwych pocieszeń. Czuła pustkę. Wcześniejsza bezczynność została zastąpiona pustą aktywnością. Podczas jednej z fal wątpliwości, które przeżywała wielokrotnie wciągu ostatnich kilku dni, myślała o tym, żeby powiedzieć o wszystkim Mattowi, ale potem zrozumiała, że pewnie błagałaby mężczyznę, żeby dał znać Patrickowi o wszystkim. Potrzebowała brata tu i teraz. Ale to byłoby niebezpieczne. Z resztą rozsądny Matt pewnie i tak by jej odmówił, a El tylko miałaby do niego głupie pretensje, choć w duszy by się z nim zgadzała. Dlatego przemilczała całą sprawę. A do galerii pojechała taksówką.

Poczęstunek odbył się prawie bez komplikacji. Ktoś tam powiedział kilka słów za dużo, ktoś się oburzył, ale większość czasu goście oglądali obrazy i te szkice, które Elaine zdecydowała się pokazać. Tych drugich nie było zbyt wiele, ponieważ Eagle chciała, żeby większość z nich została intymną sprawą jej chrzestnego. A może chciała zachować go tylko dla siebie? Ukryć przed innymi część wspomnień? Może dlatego, że umieściła na tej prowizorycznej wystawie własnego portretu, który wuj wykonał dla niej, kiedy szła do college'u? Ale nie umieściła też obrazu Maeve. Uznała, że dziewczyna sama powinna zdecydować, co należy z nim zrobić... Choć El chciała jej dać już po tym wszystkim. Gdy będą same.

Elaine przechadzała się między ludźmi i jak przewodnik opowiadała o niektórych obrazach, o tym jak powstawały. Znajomi zmarłego kiwali wtedy ze zrozumieniem głowami albo uśmiechali do tych dobrych wspomnień i dodawali coś od siebie. A potem poważnieli i składali El kondolencje, które dziewczyna przyjmowała ze spokojem i sztuczką wdzięcznością. W końcu wszyscy wiedzieli, że często pomagała wujowi, dbała o niego, gdy wpadał w twórczy szał, popychała go, gdy zbliżał się czas wystaw... Znali ją z widzenia lub słyszenia i teraz chcieli jej powiedzieć, jak bardzo cenili zmarłego. Niektórzy pytali o Maeve, ale El pomijała to wzruszeniem ramion.

Z rodziny tylko kilka osób podeszło, żeby porozmawiać z Elaine, za co dziewczyna była wdzięczna niebiosom. Nie wiedziała, co mogłaby im powiedzieć. Nie chciała stawać twarzą w twarz ze swoją matką. Bała się, że ktoś ją oskarży o to, że nie zadbała o wuja w dostatecznym stopniu, choć przecież oni wszyscy sami go opuścili. Ale ona powinna..! Jak mogła nie wiedzieć, że z jego sercem było tak źle? Ale przecież ludzie każdego dnia umierają na zawał! Tego nie da się przewidzieć. Ale mogła wysłać go na badania. Mogła zapytać, czy dobrze się czuje, mogła zadzwonić do niego, aby sprawdzić, czy wszystko w porządku... mogła z nim pojechać.

Kiedy wreszcie wszyscy wyszli, Elaine z pomocą kilku osób z galerii zabrała się za porządki. Część rzeczy należało spakować i zabrać ze sobą, inne miały zostać na miejscu i wzbogacić wystawę. Wszystko wymagało obejrzenia, zatwierdzenia, zabezpieczenia... Jednak sił nie brakowało. El działała jak robot, wykonywał kolejne zadania i nie chciała usiąść ani na chwilę. Udawała, że nie widzi zatroskanych spojrzeń. Była zdecydowana, energiczna, prężna. Mówiła krótkimi, precyzyjnymi zdaniami. Nikomu nie patrzyła w oczy.

Gdy wracała do domu, patrzyła przez okno i zastanawiała się, czy zastanie tam tę dziewczynę. Miała nadzieję, że kuzynka nie ucieknie, nawet jeśli dowiedziała się wuj przepisał mieszkanie Elaine. Zdaniem panny Eagle postąpił rozsądnie – chrześnicy zapisał to, co było jej najbardziej potrzebne: dom. A córce zostawił dorobek, który pewnie jeszcze jakiś czas będzie sam na siebie zarabiał i zbierał pieniądze, do których pewnego dnia Maeve dostanie dostęp – ten dzień to jej dwudzieste piąte urodziny. Tymczasem zbiorami miał dysponować przyjaciel artysty z drobną pomocą Elaine. Chodziło głównie o prywatne zapiski i rysunki mężczyzny, które nie miały wartości rynkowej. Należało je przechować – może kiedyś będą stanowiły wartość materialną, a nie tylko sentymentalną, choć tę właśnie El ceniła najbardziej. Obrazami zajmował się przyjaciel, który miał znacznie więcej doświadczenia od Eagle. Tym, co dziwiło dziewczynę, był fakt, że wuj przygotował wszystko na ewentualność swojej śmierci. Czy wiedział, że jego serce jest słabe i może umrzeć? Jeśli tak... czemu nic nie powiedział? Przecież mogła mu pomóc, może żyłby dłużej. Może...

Weszła do domu. Paczkę z jedzeniem, które zostało z poczęstunku, zostawiła w kuchni, zaś ogromny i ciężki karton z różnymi materiałami zaniosła na poddasze. Rozejrzała nie po pomieszczeniu, które nie tak dawno wysprzątała. Będzie mniej pracy... i łatwiej było przygotować wystawę. Wzrok Elaine spoczął na fotelu, na którym wuj siadał, kiedy skończył jakiś obraz, ale chciał jeszcze na patrzeć, żeby mieć pewność, czy wynik go satysfakcjonuje. Zwykle wstawał i coś poprawiał, dorabiał lub dopracowywał, żeby potem znowu zasiąść na swoim ulubionym miejscu. Dziewczyna uśmiechnęła się mimowolnie. Podeszła do wysokiej szafy i wyjęła obraz Maeve. Postawiła go na sztaludze. Będzie musiała go potem pokazać. Czy kuzynka jest w domu? El nie zauważyła światła w pokoju, w którym spała dziewczynka. Była bardzo samodzielną nastolatką.

Elaine usiadła w fotelu i odetchnęła głęboko. Trzeba będzie coś zrobić z tym pomieszczeniem. Czy powinna zachować charakter pracowni? Czy może jakoś przerobić ten pokój? Zerknęła na drzwi, jakby miał przez nie przejść wuj i z tym swoim dowcipkowatym uśmiechem i powiedzieć, że El zaraz ubrudzi te swoje fatałaszki w jakiejś farbie, węglu czy emulsji. Pociągnęła nosem i odruchowo przetarła oczy. Tym razem nadgarstek był mokry. Po jej policzkach spłynęły łzy. Płakała otwarcie i prawdziwie, ale w ciszy. Nie krzyczała, nie rozpaczała. Płakała za człowiekiem, który po prostu był obok. Nigdy nie narzucał się ze swoją pomocą, ale zawsze przyjmował ją pod swoje skrzydła. Który często chodził z myślami w chmurach, nie pamiętał o rachunkach, zakupach, porządkach, ale nie zapominał o jej urodzinach. Który nie bał się trudności i zawsze pozostawał sobą, a problemy ukrywał za maską uśmiechu, smutek odpędzał żartem. W ciszy wspominała człowieka, który był jej duchem opiekuńczym. Który już więcej nie zapyta, o to, kto będzie jej mężem czy też El chce przygarnąć kota.... choć oboje wiedzieli, że żaden kot by z nimi nie wytrzymał. Za wujkiem... jej prawdziwą rodziną.