ch. Chen Astrid 陈阿斯特丽德, ABC, american born chinese - ur. 01.01.1994 Chinatown, Nowy Jork - córka chińskich imigrantów z Tajwanu, którzy w pogoni za lepszym życiem, przybyli do Nowego Jorku w latach '90 - zaginiony
ojciec, stany depresyjne matki, mukowiscydoza brata - była pracownica Ashfor Capital - aktualnie Corporate Global Strategy Director w
Woo Capital International - absolwentka ekonomii i matematyki na Uniwersytecie Nowojorskim - analityczny umysł - od trzech lat zamieszkuje małą
kawalerkę w okolicy Prospect Heights na Brooklynie - czas dzieli między Nowy Jork, Singapur i Seul -
post fabularny
Jest utkana z kontrastów, jak mozaika, której części do siebie nie pasują. Urodzona w tętniącym życiem Chinatown, z duszą pełną tęsknot za ojczyzną, której nigdy nie poznała. Wpajano jej, że Nowy Jork to ziemia obiecana, kraina wiecznej szczęśliwości, eden; strasząc odległym Tajwanem, w którym życie to niekończące się pasmo porażek. Gdy matka zaharowywała się na dwa etaty w szwalni, ojciec, wracając z fabryki Forda, raczył się baijiu i znikał na długie godziny. Patrząc jak co tydzień przegrywał w karty wszystkie pieniądze na tyłach podrzędnego lokalu, który serwował pierożki Dim Sum, zastanawiała się, czy porażka nie była wpisana w ród Chenów, wątpiąc, czy kiedykolwiek ich amerykański sen się spełni.
Gdy stary Chen nie wrócił pewnego dnia na noc, a po kolejnych tygodniach został uznany za zaginionego, wszyscy odetchnęli z ulgą. Choć ta była tylko chwilowa. Wkrótce do ich drzwi zaczęli pukać lichwiarze, grożąc, że długi przechodzą z męża na żonę. Astrid miała wtedy piętnaście lat i zrozumiała, że jeżeli dotychczasowe życie, okraszone makaronem Dan Dan i śmierdzącym tofu, było nędzne, to przed nimi naprawdę chude lata.
Musiała wziąć sprawy w swoje ręce. W tydzień doszła do perfekcji w lepieniu xiaolongbao, zatrudniając się po szkole w jednej z restauracji przy Canal Street. Nie zarabiała kroci, ale choć trochę mogła odciążyć pogrążoną w depresji matkę, która w domu stała się już tylko gościem, łapiąc się każdej dodatkowej pracy. Zapomniała, że jest nastolatką, której serce bije szybciej na widok pewnego chłopaka o koreańskich korzeniach, w którego oczach widziała swój dom. Był jej nadzieją, że nie zostanie na tym świecie sama. Otuchą, że jest przy niej ktoś, kto potrafi ją wysłuchać i pomóc, gdy świat wali się na głowę. I choć pochodzili z dwóch odległych światów, w wąskich uliczkach Chinatown nie liczyły się dzielące ich różnice.
Nauczyła się rozgrywać najlepsze partie taliami najgorszych kart. Odbijające się w jej głowie słowa o amerykańskim śnie działały jak siła napędowa. Pomimo bycia żółtkiem, kitajcem i chinolem ukończyła szkołę średnią z wyróżnieniem, dostając się do Harvardu i Uniwersytetu Nowojorskiego. List akceptacyjny ze szkoły Ivy League był triumfem i choć spełnienie marzeń miała na wyciągnięcie ręki, nie mogła pozwolić sobie na wyjazd do Cambridge. Nie traktowała tego jak porażki, wiedząc, że gdyby mogła pozwolić sobie na to finansowo – byłaby w dziesiątce najlepszych studentów prestiżowej szkoły. W zamian za to przemówiła przed całym swoim rocznikiem, gdy odbierała dyplom ukończenia NYU, a po tym biegła na zawołanie pana Ashforda do biura, w którym odbywała praktyki.
W życiu była już każdym. Córką, siostrą, opiekunką, żywicielką, przyjaciółką, studentką, prymuską, ukochaną. Praktykantką, pracownicą, protegowaną. Tą, która odrzuciła miłość. Tą, która zrobi wszystko dla młodszego brata. Choć wspina się po szczeblach korporacyjnej drabiny, widząc już prawie swój szczyt, wciąż mieszka w zbyt małym mieszkaniu, oszczędności inwestując na giełdzie; marynarki kupuje w H&M, a nie na piątej alei. Omija Whole Foods Market, jeżdżąc do Aldi na Harlemie. Nie lubi wydawać pieniędzy, tak samo, jak makaronu Dan Dan. Z dzieciństwa pozostało jej tylko uzależnienie od bułeczek z Mei Lai Wah, które na myśl przywołują jej brązowe oczy, w których znalazła swój dom.
Domu już jednak nie ma w Chinatown, nie ma na Upper East Side, a tym bardziej w
tych brązowych oczach, o których już myśli coraz rzadziej, chociaż wciąż z sentymentem. Czy żałuje kierunku w którym ruszyło jej życie? Już nie. Czasami coś równie dobrego czeka tuż za rogiem, gdy pogodzisz się w końcu ze stratą i
otworzysz na
nowe.