aktualności

06.08.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 sierpnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.08.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.08.2026.
11.07.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.07.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 lipca karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.07.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.07.2026.
14.06.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.06.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 czerwca karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.06.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.06.2026.
16.05.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.05.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 maja karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.05.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.05.2026.
11.04.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.04.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 kwietnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.04.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.04.2026.
11.03.2026
Post fabularny
Na blogu pojawił się nowy post fabularny. Zachęcamy do jego przeczytania i podzielenia się wrażeniami z lektury w komentarzu ♥
11.03.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
07.03.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 marca karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.03.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.03.2026.
14.02.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.02.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 lutego karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.02.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.02.2026.
11.01.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.01.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 stycznia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.01.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.01.2026.
24.12.2025
Wesołych Świąt!
Kochani, życzymy Wam Wesołych Świąt! Zdrowia, szczęścia oraz pomyślności! Najedzcie się pysznego jedzonka, nacieszcie bliskimi i odpocznijcie, a do nas wróćcie pełni sił i zapału do pisania wąteczków 💙
15.12.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
14.12.2025
Azyl to też niewola...
Wszystkich zainteresowanych grą na blogu fantasy zapraszamy na The Last Salvation, które pozostaje otwarte dla wszystkich istot paranormalnych poszukujących azylu...
06.12.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10grudnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.12.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.12.2025.
11.11.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.11.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 listopada karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.11.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.11.2025.
31.10.2025
Aktualizacja regulaminu bloga
W Regulaminie dodano punkt dotyczący rozwiązywania sporów między autorami. Prosimy o zapoznanie się z nim.
26.10.2025
Wgranie poprawki
W kodzie wgrano poprawkę dotyczącą wyświetlania szablonu na urządzeniach mobilnych. Wszystkim pomocnym duszyczkom - dziękujemy ♥
24.10.2025
Aktualizacja szablonu
Po trzech latach nasz kochany NYC doczekał się nowej szaty graficznej ♥ Jeśli dostrzeżecie jakieś nieprawidłowości, prosimy o ich zgłaszanie w zakładce Administracja.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ethan Schriver. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ethan Schriver. Pokaż wszystkie posty

23/05/2018

2074. "W przeszłość przenoszą nas wspomnienia, a w przyszłość - marzenia."

Drodzy Autorzy!

🎉Dziś szczególny dzień! Świętujemy dziesiąte urodziny bloga i przyznam szczerze, iż nie chce mi się wierzyć, że już tyle czasu minęło od dnia jego otwarcia. Doskonale pamiętam moment, w którym dołączyłam na NYC. Moje powitalne opowiadanie było jednym z pierwszych, lecz wtedy dość szybko zniknęłam z bloga. Wyjechałam na wakacje, a po moim powrocie na NYCu było już tyle postaci i tyle się działo, że szesnastoletnia wówczas ja stwierdziłam, że tego nie ogarnę... Wróciłam rok później i od tamtej pory jestem. Najpierw jako zwyczajny autor, później pomoc administracji, aż w końcu złożyło się tak, że przejęłam pieczę nad blogiem, ponieważ związałam się z nim na tyle, że nie wyobrażałam sobie, by NYC mógł przestać istnieć. Ten blog jest dla mnie jak powrót do domu po całym dniu poza nim, choć może to nieco toporne porównanie... Tutaj wszystko jest znajome, Wy jesteście znajomi i nawet nie wiem kiedy, NYC stał się stałą w moim życiu, bez której nie wyobrażam sobie codziennej rutyny.
🎉Jednakże sama niczego bym tutaj nie zdziałała. Często śmieję się, że choćbym miała pisać sama ze sobą, to bloga nie usunę i taka jest prawda. Lecz gdyby nie Wy, autorzy, nie udałoby się w tym miejscu stworzyć tak niepowtarzalnej atmosfery. Bez Was ten blog nie miałby duszy. Duszy, która przez te wszystkie lata rozkwitała i wciąż, nieustannie kwitnie, czym nie mogę przestać się zachwycać. Dlatego w tym miejscu chciałabym Wam serdecznie podziękować. Za to, że zawsze jesteście, zarówno w tych gorszych jak i lepszych okresach. Że mimo wszystko nie muszę pisać sama ze sobą... ;) Dziękuję. Po prostu dziękuję, po żadne słowa nie oddadzą tego, jak bardzo jestem Wam wszystkim wdzięczna za to, że jesteście i że razem tworzymy to miejsce.
🎉Dziękuję również Wam, drogie dziewczyny: El Eno, Farbowany Lisie i Nicponiu, za ogromną pomoc i serce, które wkładacie w bloga. Dziękuję za to, że pozostajecie na posterunku, kiedy ja nie mogę i czuwacie nad wszystkim, często prześcigając się w administracyjnych obowiązkach. Odwalacie kawał dobrej roboty! Dzięki Waszemu wsparciu i obecności zarówno ja, jak i pozostali autorzy nie musimy się o nic martwić i cieszę się niezmiernie, że mam tak zgraną i dobraną ekipę do pomocy!
🎉Cóż, po podziękowaniach przyszedł czas na jeszcze jedno, nie takie znowu małe życzenie. Życzę nam wszystkim kolejnych wspólnych dziecięciu lat! Nie mam pojęcia, jak potoczą się nasze życia. Nie mam pojęcia, jak potoczy się dalszy los tego bloga. Ale póki będą chętni, by na nim pisać, póty my postaramy się tworzyć dla Was to miejsce. A teraz... Sto lat! Bawmy się i świętujmy! Poniżej znajdziecie nadesłane do nas opowiadania, ale też nie martwcie się, nic straconego! Jeśli przyślecie coś na nasz administracyjny adres po terminie, chętnie to opublikujemy! Zostawiam Was z opowiadaniami, zachęcam do czytania, a także wspominania Waszych losów na NYC w komentarzach. I wiecie co? Kocham Was wszystkich z całego serducha!

- Dzwoniłeś do Maxwella? – zapytała brunetka, poprawiając krawat pod szyją wysokiego blondyna. 
- Tak, już od wczoraj jest w Nowym Jorku.
- A do Irm?
Tutaj na dłuższą chwilę zapadła cisza. Uśmiechnął się blado, po czym złożył delikatny pocałunek na czole kobiety. To wszystko nie było takie proste. Życie spotkanej tu dwójki, nie należało do usłanych różami. Pożegnanie z Nowym Jorkiem nie było szczęśliwe. Ani dla jednego, ani dla drugiego. Jednak czy był jakikolwiek sens, aby wracać do tych bolesnych chwil, które wręcz siłą, wyrwały ich z miasta, które nigdy nie zasypia? Musicie po prostu uwierzyć na słowo, że ten blondyn, który stał przed wami, jeszcze kilka lat temu był wrakiem człowieka. Musiał wszystko budować od nowa. Stracił ogromną, nieźle prosperującą, firmę, a to wszystko przez fakt, że został uznany za zmarłego. To było okropne, że błędnie zidentyfikowano zwłoki. Pomylili się, potwornie. 
Dziś był człowiekiem, który po tych wszystkich zawirowaniach ledwie, co wszedł do samolotu. Musiał naćpać się prochami, by w ogóle, wylądować z powrotem w Ameryce. Jednak to nie był błąd. Na stałe osiadł w San Francisco, poznając tam drobną brunetkę, która sama nie chciała wracać do Wielkiego Jabłka. Obawiała się szykan ze strony swojego byłego partnera. Nie mogła go winić za to, że zabrał syna do siebie. W końcu nie było jej w Ameryce całe trzy lata, zanim wyrwała się z koszmaru, który rozgrywał się w jej ojczystym kraju. 
Alva Pettersson i Daniel Ryder od prawie sześciu lat tworzyli szczęśliwe małżeństwo. Oboje pomagali sobie wrócić powoli do życia i chyba można ich nazwać lekko dysfunkcyjnymi, bo nie zawsze zachowywali się jak reszta społeczeństwa. Co przez to rozumiem? Mimo młodego wieku po prostu prowadzili spokojne i sielankowe życie. Oboje byli ledwie ludźmi po trzydziestce, a co? Ich życie kręciło się tylko i wyłącznie wokół piekarni, którą razem stworzyli i sporego ogrodu przed domem. Mieli dosyć jakichkolwiek afer, szybkiego tempa życia i innych tego typu rzeczy. Dlatego też, nie utrzymywali kontaktu z osobami w swoim wieku, którzy zazwyczaj byli dopiero na etapie rozwijania kariery zawodowej i ciągłych imprez. To nie był świat państwa Ryder. Jedyny kontakt ze starym światem jaki mieli, to znajomość z Maxwellem Pullmanem, który około pięć lat temu sam przeniósł się z Nowego Jorku do Chicago. Miał w końcu niewiele do gadania w momencie, gdy kontrakt w Rangersach wygasł, jego osobę wykupiono, za grube miliony, do Chicago Blackhawks. Tam przyczynił się do, wcale nie tak małego sukcesu, bo w 2015 roku udało im się, jako drużynie, zdobyć prestiżowy Puchar Stanleya. Niestety przez ten kontrakt utracił miłość swojego życia. Jego związek z Inez Grant nie przetrwał próby czasu i dzielących setek mil. Niby dzielił ich dwugodzinny lot samolotem, jednak niestety chyba Max dodatkowo przyczynił się do rozpadu ich związku przez to, że miał słabość do kobiet i niestety oglądał się za krótkimi spódniczkami. Wylądował kilkukrotnie z inną w łóżku. Jednak miał na tyle honoru, aby powiedzieć o tym Inez wprost. Wtedy oboje stwierdzili, że to kompletnie nie ma sensu. A może Pullman tak stwierdził? Bo Nezia prawdopodobnie nie chciała już go w ogóle znać.  
Nadszedł maj. Dla państwa Ryder to był przełomowy dzień, bo oboje zgodnie zdecydowali się na moment wrócić do czasów, które nie należały do najprostszych. Przekroczyli próg uczelni, na której studiował blondyn. Nie wiedzieli czy dobrze robią pojawiając się na Jubileuszu, ale chyba nadszedł czas pogodzić się z przeszłością i bez bólu zacząć ją wspominać. A to była najlepsza ku temu okazja, prawda?
Max czekał już na nich przy ich stoliku, gdzie mogli odnaleźć winietki ze swoimi nazwiskami. Alva uśmiechnęła się delikatnie i powitała bruneta muśnięciem jego policzka. Pullman też już nie wyglądał na tak roztrzepanego człowieka jak kilka lat temu, a może po prostu próbował zachować spokój i jakieś zdystansowanie?
- Co siedzisz tak na szpilkach? – zapytał w końcu blondyn, siadając obok starego przyjaciela. 
- Widziałem ją… - mruknął, rozglądając się po ogromnej balowej Sali, przez którą przewijało się tysiące osób.
- Kogo? – Daniel zmarszczył brwi, nie bardzo rozumiejąc.
- Inez – sportowiec ściszył głos, jakby bał się, że ktokolwiek, poza nimi, ich usłyszy. 
Alva jedynie pokręciła lekko głową, uśmiechając się delikatnie. Popijała szampana, rozglądając się po sali. Czyżby podświadomie szukała sylwetki Alastora Ławrowa? Nawet nie wiedziała, co się u niego teraz w życiu dzieje. Miał kogoś? Czy jej syn był szczęśliwy? Dwa dni temu miał ósme urodziny. Niesamowite prawda? Wysłała mu paczkę, ale nawet nie miała pojęcia czy do niego dotarła, bo nigdy nie otrzymała odpowiedzi zwrotnej. Westchnęła cicho, a w tym samym momencie Max przerwał jej rozmyślania, wyciągając z kieszeni marynarki grubą i dość pokaźnych rozmiarów kopertę.
- Znalazłem to przy ostatniej przeprowadzce.
Daniel od razu uśmiechnął się nieznacznie, już domyślając się co się w niej znajdowało.
- Pokaż – poprosił, wyciągając w jej kierunku rękę. 
Nie pomylił się, bo wyciągnął z niej kilkadziesiąt zdjęć, które na szczęście Pullman zachował. 
- To był twój łącznik ze światem po amnezji, pamiętasz? – brunet, przekazał mu kopertę.
Blondyn drżącymi rękami po nią sięgnął i zaczął wyjmować zdjęcia.
Eli. Jej zdjęć było naprawdę sporo. Byli młodymi ludźmi, którzy dopiero, co zaczynają przygodę z New York College. To był burzliwy czas dla nich obojga. Mieli ledwo po siedemnaście lat, gdy byli ze sobą być. Niestety tak młody wiek zweryfikował wszystko, a raczej głupota Rydera. Tak, w wypadku komunikacyjnym stracił pamięć. Wróciła, ale już było zdecydowanie za późno. 
Irmelin. Fotografii blondynki w całym stosie było zdecydowanie najwięcej. 
- Mogliście otworzyć prywatne przedszkole – roześmiał się brunet, przeglądając razem z parą fotografię, na których widać było wieli brzuch Turlington i blondyneczkę, która stała tuż obok niej. Na innym znowu zdjęciu uchwycili całą szóstkę. Kto by pomyślał, że tak wiele może się zmienić. Niestety, wyjechała do Bostonu. Dziś? Utrzymywali jedynie kontakt korespondencyjny i wymieniają się opieką nad bliźniakami.  
April. Wariatka, którą w tamtych czasach nazywał siostrą. Ona natomiast, ochrzciła Daniela skrzatem i Złomkiem. Nie pytajcie dlaczego, bo niestety nikt nie pamiętał skąd się to wzięło. Może po prostu dlatego, że razem wpadali zazwyczaj na durne pomysły i cofali się w rozwoju, oglądając przez cały dzień bajki w telewizji?
Na samą myśl o blondynce, chciało mu się śmiać.
Juli, z którą było kilka nieporozumień, ale wybrnęli z tego cało. Wspaniała osoba, która zawsze bezinteresownie pomogła, o każdej porze dnia i nocy. 
Rose, która pracowała w jego firmie. Przez, co oboje musieli radzić sobie z plotkami na temat tego, że to właśnie z nim jest w ciąży i robi karierę przez łóżko. Zawsze starali się jednak to obrócić w żart i nawet kilkukrotnie zdarzyło im się wkręcać pracowników, że się nie mylą.  
Zdjęcia Maxa, też się zachowały. Jeszcze z czasów liceum, gdzie razem grali w jednej drużynie. Od zawsze jego tok myślenia był nieco inny, jednak był jedyną osobą, która trwała obok. Jeden i drugi zawsze mógł na siebie liczyć i nigdy się to nie zmieniło. 
Charlie. Oj, to była chodząca encyklopedia, gdy rozpierała go energia, uśmiech sam pojawiał się na twarzy jego towarzyszy. Daniel traktował go jak młodszego brata. Będzie musiał wybrać się na cmentarz. Zdecydowanie. 
Jonas Brothers. Jednym słowem nie dało się ich nie lubić. Wystarczyło spojrzeć na zdjęcie, które przyprawiało o łzy ze śmiechu. Z nimi człowiek nigdy nie mógł się nudzić.  
Czy którekolwiek z nich żałowało tego, że tego dnia się tutaj pojawiło? Nie, to był najlepszy pomysł od kilku dobrych lat. Miło było pobyć w starych, poczciwych szkolnych murach i powspominać młode lata. 


Może i Inez nie była absolwentką New York College, bo szkołę skończyła w Chicago i przeprowadziła się do Wielkiego Jabłka znacznie później, lecz nie mogła przegapić takiej okazji i gdyby nie pojawiła się na zjeździe absolwentów połączonym z balem charytatywnym, pewnie żałowałaby tego do końca życia i o jeden dzień dłużej. Decyzja była więc prosta i blondynka podjęła ją błyskawicznie, bez mrugnięcia okiem. Aiden nie miał tutaj niczego do gadania, mógł właściwie zdecydować jedynie o tym czy będzie jej towarzyszył, czy też nie. Inez nie zamierzała na niego naciskać, lecz mężczyzna stanął na wysokości zadania i nawet specjalnie z dużym wyprzedzeniem postarał się o urlop. Ostatecznie wszystko mieli dopięte na ostatni guzik jeszcze na długo przed dwudziestym trzecim maja.
— O rany, o rany, o rany — powtarzała nerwowo jak mantrę, kiedy kilka miesięcy później późnym popołudniem zatrzymali się na rozległym parkingu przed szkołą. Była pod wrażeniem tego, jak wiele osób zdecydowało się wziąć udział w tym wydarzeniu. Mimo że przyjechali odpowiednio wcześniej, długo szukali wolnego miejsca, a za nimi ciągnął się jeszcze sznurek samochodów.
— Spodziewałaś się tylu osób? — Wyciągnąwszy kluczyk ze stacyjki, Aiden uśmiechnął się szeroko, widząc rumieńce, które wypełzły na twarz Inez.
— Nie — szepnęła gorączkowo, kręcąc głową. Jej rozbiegane spojrzenie omiatało parking, aż w pewnym momencie blondynka zamarła i mocno zacisnęła palce na krawędziach fotela.
— O rany! — powiedziała najgłośniej i najbardziej dramatycznie jak do tej pory. — Sienna! — wykrzyknęła i posłała mężowi przelotne spojrzenie, odrobinę przepraszające, bo też zaraz jak oparzona wyskoczyła z samochodu i ruszyła w kierunku dawno niewidzianej przyjaciółki.
— Sienna! Si! — zawołała, starając się przekrzyczeć zgiełk panujący na parkingu. Podczas gdy prawą ręką jej machała, lewą przyciskała dół rozkloszowanej sukienki do ciała, przez co ktoś o uważnym spojrzeniu mógłby dostrzec odcinający się pod błękitnym materiałem zaokrąglony brzuch. — Sienna! — Już nie tyle wołała, co darła się jak głupia, uśmiechając się tym szerzej, im mniejsza była dzieląca je odległość.

Jordan nie był zachwycony tym, że jego żona upierała się na zjazd absolwentów szkoły, do której uczęszczała może niecały rok. Nie śmiał jednak się sprzeciwiać komuś, kto zarządzał sprawnie całym jego życiem. Siedząc na kanapie w pokaźnym salonie, spoglądał na raczkującego po miękkim dywanie syna, wsłuchiwał się w odgłosy dobiegające z jednej z łazienek i nie pozostało mu nic innego jak co jakiś czas poprawiać swój krawat.
─ Mamo! To boli! Nie szarp!
─ Maddie, do jasnej cho… Przestań się wiercić. Chcesz mieć tego warkocza czy nie?
Głos Sienny wcale nie brzmiał groźnie. Miała zbyt wielką słabość do swojej córeczki i nie mogła nawet udawać, że się na nią złości. Po chwili, mała blond włosa bestia wpadła do salonu i wskoczyła na kolana Jordana.
─ Nie chcę tam iść ─ szepnęła konspiracyjnie, spoglądając na ciemnoskórego mężczyznę, który uśmiechnął się szeroko. Madelaine może i nie była jego córką, ale kochał ją nad życie, choć bardzo trudnym było dzielenie się małą z jej biologicznym ojcem. Spojrzał na małego Jaspera, który natomiast zajęty był sobą i nowymi, kolorowymi klockami.
Na całą tę scenkę spoglądała też Sienna, zastanawiając się, kiedy nastąpił moment, w którym została najszczęśliwszą kobietą na świecie. Mimo wyroku ginekologa, że nigdy nie będzie mogła mieć dzieci, miała ich teraz dwójkę. Mimo wielu sercowych niepowodzeń, nie poddała się i teraz miała najwspanialszego męża na świecie.
─ Idziemy, kochani. Młoda damo, bez obrazy majestatu proszę, wstawaj i do auta ─ próbowała zabrzmieć stanowczo. Podeszła do niespełna dwuletniego syna, spojrzała na sześciolatkę i westchnęła. Wtedy też rozbrzmiał głęboki śmiech Jordana.
─ Jesteś pewna, że te papcie to odpowiednie obuwie do sukienki, mała?

Sienna stała przy ciemnym SUVie wypinając Maddie z fotelika. Tłum, który się tu zebrał przeszedł jej wyobrażenia. Trzymając sześciolatkę w górze, rozejrzała się dookoła, w końcu postawiła ją na ziemi, poprawiła tiulową sukieneczkę i złapała za małą rączkę. Upewniła się, że Jasper jest bezpieczny w ramionach Jordana i zamknęła wóz. Odetchnęła. Ubrana w przylegającą, bandażową sukienkę w pięknym, bordowym kolorze, nie wyglądała jak zakręcona matka, która nie potrafi zapanować nad sześciolatką, a jak kobieta sukcesu. I tak też się czuła. Wraz z wiekiem i po dwóch ciążach przybrała nieco, nabyła pełniejszych kształtów, ale nadal była wysportowana i szczupła, ale zdecydowanie bardziej kobieca.
Słyszała bardzo znajomy głos. Odwróciła się na pięcie i wśród tych wszystkich ludzi wypatrzyła swoją ukochaną blondynę. Chciała się wyrwać i biec, ale raz, że przeszkadzały jej w tym wysokie szpilki, a dwa, że uniemożliwiała to mała Maddie. Dopiero teraz do Sienny dotarło, że już dawno przestała być beztroską dwudziestolatką. Spojrzała błagalnie na męża, który prędko zrozumiał jej intencję i odebrał dłoń córki. Sienna, dziwnym truchtem, ale truchtem, pognała w stronę przyjaciółki i zatrzymała się tuż przed nią, szczerząc się jak głupi do sera. Ale mogła być głupia, o ile jej serem była Inez.
─ Inez ─ sapnęła w końcu, wyciągając ramiona w stronę blondynki. Była ratowniczka medyczna zwolniła dopiero, gdy znalazła się jakieś dwa metry od przyjaciółki, co oznaczało, że wpadła w jej ramiona ze sporym impetem. Czując, że z tego powodu Sienna zachwiała się na wysokich obcasach, najpierw przytrzymała ją stanowczo, a dopiero później obdarzyła solidnym uściskiem na przywitanie.
─ Dobrze cię widzieć! ─ powiedziała z uśmiechem, kiedy w końcu się odsunęła. Co prawda jedynie na wyciągnięcie ramion i wciąż delikatnie przytrzymywała dłońmi łokcie Sienny, ale jednak. To pozwoliło jej na uważne zlustrowanie wzrokiem sylwetki kobiety, a w miarę tych oględzin na usta blondynki wypełzł zaczepny uśmieszek.
─ No, no ─ cmoknęła, z rozbawieniem kręcąc głową. ─ Jeśli tak wygląda matka dwójki dzieci, to ja powinnam już planować kolejne! ─ oznajmiła i roześmiała się wesoło. ─ Aiden, słyszałeś! ─ zawołała, przez ramię spoglądając na mężczyznę, który zamknął samochód i nieśpiesznie zbliżał się w ich kierunku, z rozbawieniem obserwując, jak jego żona zachowuje się niczym licealistka.
─ Nie i chyba nie chcę wiedzieć, co wymyśliłaś ─ przyznał, gdy tylko zobaczył ten charakterystyczny błysk w jej niebieskich oczach, po czym wymienił z Jordanem nie tylko uścisk dłoni, ale również porozumiewawcze spojrzenie. Prawdopodobnie obydwaj mężczyźni czuli, że nie zapanują dzisiaj nad tą dwójką kobiet, które myślami były daleko stąd, w czasach, gdy żadna z nich nie znała swojej przyszłości, będącej obecnie ich aktualną, jak najbardziej namacalną teraźniejszością.
Sienna zaśmiała się. Nic innego nie przychodziło jej teraz do głowy, jak tylko się śmiać. Utrzymywała kontakt z Inez, była mniej więcej na bieżąco z wszystkimi informacjami, ale przez pęd życia i natłok obowiązków nie mogła widywać się z przyjaciółką zbyt często, dlatego to spotkanie cieszyło ją tak bardzo.
Utuliła ciężarną blondynkę. Gdyby nie fakt, że przyprowadziły ze sobą towarzyszy życia, pewnie byłyby obojętne na cały zewnętrzny świat. Sienna wpatrywałaby się w Inez bez przerwy, nie mogąc się nadziwić temu, jak poznana kiedyś przypadkiem młoda kobieta, teraz rozkwitła, ale coś małego przylepiło się do jej nogi, ciągnąc za skrawek spódnicy.
─ Maddie nie może się doczekać kuzynostwa, także nie przerywajcie produkcji ─ zaśmiała się, spoglądając teraz na biednych mężczyzn, którzy oddali się pewnie o wiele ciekawszej rozmowie. Sienna złapała za rączkę swoją córkę, a potem drugie ramię wyciągnęła w kierunku Inez. I znowu wychodziło na to, że musiały radzić sobie same.
─ Myślisz, że spotkamy kogoś znajomego? Gabriela? Silver? Dana? ─ spytała, momentalnie przypominając sobie znajome twarze. Fakt faktem z Gabrielem miała raczej stały kontakt, podobnie jak z jego siostrą, w końcu Maddie była Garsonówną, nie mogła uniemożliwiać jej biologicznemu ojcu spotkań. Mimo tego, nie wiedziała, czy starzy znajomi wybierali się na bal.
Niegdyś panna Grant, teraz pani Henderson z przyjemnością ujęła ramię Sienny i uśmiechnęła się do Maddie, którą pogładziła po główce. Delikatnie, by przypadkiem nie zniszczyć pieczołowicie zaplecionej przez mamę fryzury.
─ Albo Soel i Collen. Rosalie, Iana i Quinn. Leę, Petera, Narcisse, Cass i Matthew ─ wymieniła i westchnęła ciężko, po czym zamrugała szybko, by przegonić gromadzące się w niebieskich oczach łzy. Przez burzę hormonów, wcześniej raczej nieskora do płaczu, teraz wyjątkowo szybko i nader często się wzruszała, co wyjątkowo bawiło Aidena.
─ To były czasy… Tyle się wtedy działo, tyle czasu spędzało razem, a teraz mam kontakt zaledwie z garstką tych osób ─ mruknęła i pokręciła głową, po czym mocniej zacisnęła palce na ramieniu Si, ciesząc się, że kobieta była jedną z tych, z którą znajomość wciąż trwała i nie widać było jej końca.
Mury college’u rosły przed nimi, w miarę jak powolnym krokiem pokonywały dzielącą je od wejścia odległość. Blondynka nawet nie oglądała się na męża, który szedł za nimi w towarzystwie Jordana. Zamiast tego co jakiś czas wspinała się na palce i rozglądała w poszukiwaniu znajomych twarzy.
Nie wiedząc czemu jej serce zwolniło, by potem zacząć bić w szaleńczym tempie. Szła powoli u boku przyjaciółki, mając wrażenie, jakby po raz kolejny szła do ołtarza. Podobnie jak blondynka, rozglądała się dookoła, próbując wypatrzeć kogoś znajomego, jednak dziwne napięcie jej nie opuszczało. Tak jak wtedy…

Sienna nie była tego dnia sama. Wokół niej kręciły się najlepsze przyjaciółki ubrane w sukienki przed kolano w tym samym, miętowym kolorze. Wszystkie były piękne, uśmiechnięte i zadowolone, tylko ona stała przed wysokim oknem w hotelowym pokoju, wpatrując się w niespokojny ocean. Biała suknia była skromna, a skóra zdenerwowanej Wright przypominała jej kolor. Odwróciła się w stronę lustra…
...i wziąwszy ostatni głęboki oddech, skinęła głową na druhny, tym samym dając im do zrozumienia, że mogą wychodzić. Nie było już odwrotu i Inez z całą mocą uświadomiła to sobie w ciasnym wnętrzu specjalnie wypożyczonego i przystrojonego na tę okazję samochodu. I choć tak bardzo się denerwowała, chociaż w nagłym przypływie paniki targały nią ostatnie, kompletnie niepotrzebne wątpliwości, to nie zamierzała uciekać. Nacisnęła klamkę i wyszła na nasłoneczniony plac przed niedużym, starym kościołem…
...ołtarz stał na plaży, goście usadzeni na białych, przystrojonych krzesełkach, spoglądali na bezkresny ocean, a Sienna szła środkiem jasnego dywanu, zmierzając w stronę ołtarza. Jordan spoglądał na nią, posyłając szeroki, olśniewający uśmiech. Serce podskoczyło jej do gardła, kiedy stanęła tuż przed nim, delikatnie ujmując jego silne dłonie. Spojrzała na narzeczonego, słowa pastora do niej nie docierały, skupiała się tylko na tym, co mówił Jordan, jak zahipnotyzowana wpatrywała się w jego usta, żeby usłyszeć to jedno wyczekiwane słowo…
─ Tak. ─ Głos Aidena drżał lekko, gdy wypowiadał to na co dzień błahe słowo, teraz nabierające wielkiej mocy, podobnie zresztą jak głos Inez, gdy ta składała małżeńską przysięgę. Blondynka zarzekała się, że nie będzie płakać, bo też nie należała do łatwo wzruszających się kobiet, lecz w tym momencie czuła rosnącą w gardle gulę i musiała intensywnie mrugać, by przegonić zbierające się w oczach łzy. Wciąż mocno drżąc, ujęła w dłonie twarz mężczyzny swojego życia i pocałowała go czule, ledwo słysząc radosne okrzyki zgromadzonych w kościele gości. Po chwili zdającej się trwać całą wieczność, mocno ściskając rękę swojego świeżo upieczonego męża, odwróciła się w stronę zapełnionych ławek…
…wszyscy stali, klaszcząc w dłonie. Roześmiani i szczęśliwi. Sienna, szczerząc się tak szeroko jak to tylko możliwe, przyglądała się swoim gościom, najbliższym ludziom, który, była wdzięczna za to, że towarzyszą jej w takim dniu. Stojąc po prawej stronie swojego męża, uniosła ich dłonie w geście zwycięstwa…

─ Co wy najlepszego wyprawiacie? ─ Z zamyślenia wyrwał je znajomy głos. Kobiety niemalże synchronicznie zamrugały szybko, chcąc się otrząsnąć i powrócić do rzeczywistości. Gdy spojrzały po sobie, z niemałym zaskoczeniem zauważyły, że wysoko unoszą splecione ze sobą dłonie i nic z tego nie rozumiejąc, szybko je opuściły.
─ My tak tylko… ─ bąknęła Inez, posyłając Siennie niezrozumiałe spojrzenie. Blondynka odpowiedziała jej wzruszeniem ramion, choć chyba obydwie podświadomie podejrzewały, co właśnie miało miejsce i przez to na ich twarzach zaczęły się błąkać wesołe uśmieszki. Ich mężowie przecież nie musieli wiedzieć o wszystkim. W tym także między innymi o tym, że na długo przed ich poznaniem w improwizowanych warunkach ślubowały sobie miłość i wierność aż do grobowej deski. Chichocząc głupio niczym nastolatki, wciąż trzymając się za ręce, przekroczyły próg wyjątkowego college’u, który już na zawsze splótł ze sobą ich losy.


Quin stanęła przed ich dawnym domem i uśmiechnęła się smętnie. Lubiła mieszkanie tutaj. Czuła wtedy, ze wszystko jest na swoim miejscu. Ona, Ian, Chris… Że wszystko się poukłada i będą prowadzić nudne życie we własnym gronie. Tymczasem los pchnął na inne tory i popędzili w zupełnie innym kierunku. Ian przejął rodzinną kancelarię, a oni ruszyli za nim. Wyprowadzili  się z Nowego Jorku i wydawało się, że to normalne. Znalazła jakąś pracę, zajmowała się dziećmi. Nie można było powiedzieć, że źle im się żyje. Na biedę też nie można było narzekać. Jednak czasami z bólem wspominała ten okres po ślubie, kiedy jeszcze się tym wszystkim cieszyli i codzienność nie zabijała całego entuzjazmu.
Westchnęła cicho i ruszyła dalej. Złapała taksówkę i pojechała do ojca. Ostatnio nie spotykali się za często, więc zdecydowała, że u nich przenocuje. Spędzenie z nim czasu wydawało się dobrym pomysłem. Wspólna kolacja, pogaduchy, wspomnienia. Szybko jednak okazało się, że sama siebie oszukuje, próbując przywołać dawne czasy na siłę. Nie była już tą zakochaną nastolatką, która patrzyła na świat przez różowe okulary, a wszędzie i tak widziała tylko jedno – a właściwie jednego. Po latach miała wrażenie, że w pewien sposób gdzieś się w tym pogubiła. Ian robił karierę. Był lubiany, często zapraszany na przyjęcia, spotkania. Zawalony robotą. A ona czuła się jak ozdoba. I chociaż nie wątpiła w ich uczucie, to zastanawiała się, czy nie powinna bardziej zdecydowanie określić swój obszar działania w życiu i poza domem. Szczególnie teraz, gdy dzieciaki już nie siedzą z nią, a spędzają czas w szkole, gdy Chris woli kolegów od matki. To normalne. Tylko… że Quin czuła, że dla niej nie ma już miejsca. Że życie jest zbyt zatłoczone.
Miała nadzieję, że wizyta w Nowym Jorku pomoże jej poukładać myśli i własne uczucia. Tymczasem powrócił tylko żal… i wspomnienia słodkich chwil. A przecież nie wszystkie były takie… Nawet jeśli wokoło wcale tak przyjemnie nie było.

Słyszałam, jak drzwi się powoli otwierają, i uniosłam jedną powiekę. Do sali przez uchylone drzwi zaglądał Ian, a jego ciemna czupryna była jeszcze bardziej potargana niż zwykle.
Uśmiechnęłam się mimowolnie, choć nie mogłam zrozumieć, co on tutaj robi.
- Ian! – powiedziałam wesoło. - Co Ty tu robisz? I czy widziałeś się dzisiaj w lustrze?
- Przyszedłem, żeby zobaczyć, jak się czujesz. - Chłopak uśmiechnął się lekko, odruchowo przygładzając wolną dłonią potargane włosy. W drugiej trzymał bukiet białych róż, które położył na stoliku obok mojego łóżka. To było miłe. Bardzo miłe. - Możliwe, że widziałem się w lustrze, ale to tylko włosy. - Usiadł obok mnie. Chwycił moją zabandażowaną dłoń i ścisnął ją lekko.

Quin oderwała wzrok od zakochanej parki, która tuliła się do sobie na ławce. Nie myślała o dwojgu nieznajomych. Wspominała swoje uczucia. Miała wrażenie, że niedługo utonie w tej całej emocjonalnej bańce.
Wtedy jej telefon z cichym brzęczeniem zawibrował w kieszeni. Wyjęła go w pośpiechu.
- Tak?
W odpowiedzi dostała potok słów, z którego udało jej się wyłowić tyle, co nic. A właściwie dwa wyrazy: „bal” i „idziesz”. To stara znajoma dowiedziała się przypadkiem od ojca Quin, że blondynka jest w mieście. Zadzwoniła więc, aby zabrać ją ze sobą na bal absolwentów ich starego, dobrego college’u. Pani Dawson nie potrafiła odmówić. Nawet nie próbowała tak naprawdę. Od przyjazdu uganiała się po mieście za wspomnieniami i śladami minionych dni, więc jak mogłaby zignorować tak wyraźny sygnał od losu? Po dobrych dwudziestu minutach dostała nie tylko mailowe zaproszenie na bal, ale też poważny ból głowy. A musiała zdobyć jeszcze sukienkę na tę imprezę.

Kiedy weszła w szkolne mury, zadrżała  lekko. Nie miała złych wspomnień z tym budynkiem – przeciwnie, bardzo lubiła to miejsce. Nigdy nie była sobą popularną czy zaangażowaną, ale miała swoje miejsce, swoje skrytki. Kiedyś godzinami przesiadywała w bibliotece, ślęcząc nad tekstami w wymarłych językach. Lubiła pracę w ciszy i spokoju. Nie wiedziała, jakim cudem później mogła pracować w miejscach tak gwarnych jak wytwórnia czy niespokojnych jak muzea. Czas spędzony w murach college’u był dla niej niczym utopia lat dziecinnych.
Wyjęła telefon i cyknęła sobie selfie na tle drzwi z symbolem college’u. Wysłała do męża.
Żałuj, że cię tu nie ma. Kocham was. Buziaki napisała szybko i wysłała. A potem pewnym krokiem weszła do sali, w której gromadzili się też inni goście.
Zżerała ją ciekawość, łaknęła widoku znajomych twarzy. A może chciała znaleźć samą siebie?

Sol Duval, niebawem Schriver, przyłożyła dłoń do płaskiego brzucha, nie mogą nadziwić się, że tak szybko wróciła do dawnej figury. W tym momencie ich wspólne mieszkanie z Ethanem stojące nieopodal Central Parku tonęło w błogiej ciszy, ale wiedziała, że kiedy narzeczony wróci z niemal roczną córcią z krótkiego spaceru, ściany wypełni cudownie słodka rodzinna melodia. Nie była do końca pewna, po kim mała Rose to odziedziczyła, ale gdy tylko się nie uśmiechała, gaworzyła po swojemu, doprowadzając rodziców do bardzo intensywnej pracy mózgów nad rozszyfrowaniem tego, co ma na myśli. I o ile ona spędzała z małą więcej czasu nić Ethan, to jednak on intuicyjnie zawsze wiedział, czego Rosie chce i po co wyciąga pulchne rączki.
Odgarnęła z czoła krótkie, łaskoczące ją w twarz marchewkowe kosmyki i spojrzała na jasną kopertę, którą trzymała w dłoni. Minęło dobre kilka lat od ostatniego momentu, jak chociażby pomyślała o swojej dawnej uczelni, zatem zaproszenie na Bal Charytatywny I Zjazd Absolwentów było niemałym zaskoczeniem, gdy listonosz dostarczył jej to na aktualny adres. Nie sądziła nawet, że Dyrekcja New York College w ogóle doszuka się zmiany lokalizacji  zamieszkania absolwentki, która nawet nie świeciła na scenie, jak dawniej i to już od sporego szmatu czasu.
Z sentymentem spojrzała na komodę przy oknie, na której razem z ukochanym ustawili kilka
najpiękniejszych zdjęć, łapiących najważniejsze momenty z ich życia. Większość stanowiły wspólne ujęcia, jak te z okazji chrztu synka Joyce – wtedy oboje zostali rodzicami chrzestnymi maluszka; jedyny raz gdy Ethan dał się wyciągnąć na zabawę karaoke w barze u Petera; albo jak wspólnie z babcią Ruby wybrali się nad jezioro pod miastem i obydwie kobiety świeciły bladymi skórami, a Ethan dumnie prezentował nieco czerwoną, ale jednak istniejącą opaleniznę. Znalazło się tu jednak także kilka fotografii, na których każde z nich stało osobno. Młodziutka zaledwie osiemnastoletnia Sol podczas swojej pierwszej roli primabaleriny, gdy niemal z łzami w oczach wieńczyła spektakl z resztą tancerzy w wyraziście cudacznym makijażu i stroju, który błyszczał jak usiane gwiazdami niebo. Otwarcie małej autorskiej pracowni projektowania i szycia strojów na spektakle baletowe z kostiumologami, które wciąż miało ją wiązać z baletem, mimo iż diagnoza lekarska była niczym wyrok, zakazując już bliskich starć z sceną po wypadku. Jej dwudzieste szóste urodziny, które spędzała u rodziny w Włoszech, dumnie prezentując każdemu pierścionek na palcu serdecznym, którym Ethan się oświadczył przed ostatnim wyjazdem na misję ze swoją jednostką SEALsów. Potem fotka z szalonymi przyjaciółkami podczas jednego z ostatnich wypadów w Nowym Jorku, kiedy jeszcze wszystkie były na miejscu i mogła codziennie odwiedzać April, Rosalie, Cyzię i Inez, nim wszystkie rozpłynęły się gdzieś po świecie. Frontowe wejście New York Theatre Ballet po jednym z lżejszych spektakli, na które zabrała swoją klasę maluszków, które wprowadzała w świat sztuki i miłości do desek. To wszystko było masą jej najcudowniejszych wspomnień z zaledwie kilku ostatnich lat. Ruda wyciągnęła dłoń po jedną z ramek, przesuwając opuszkami delikatnie szkiełko chroniące fotografię, Ethan stał dumnie salutując z swoimi chłopakami, którzy byli jego braćmi, jego rodziną. I o których bała się równie mocno jak o swojego mężczyznę, gdy kolejny raz opuszczali kraj.
– Jesteśmy! - usłyszała od progu i odstawiła zdjęcie, kierując się do drzwi wejściowych, żeby powitać swoje skarby.
Ucałowała Ethana w polik i wyciągnęła ręce do swojej córki, z którą nie potrafiła się rozstać nawet na jedną godzinę. Choć gdy szła do pracowni na pół dnia, albo prowadzić zajęcia dla dzieciaków, ciągłe zajęcie okazywało się skutecznie zasnuwać myśli o tęsknocie za tym uroczym bąbelkiem, które oczy miało ewidentnie po tacie. Choć uśmiech po niej, zdecydowanie!
– Jedziemy na zakupy, słonko – oznajmiła, wręczając Porucznikowi zaproszenie i odstawiając wózek na bok korytarza, przeszła do salonu, by usiąść na sofie z Rosie na kolanach i zdjąć z niej lekki sweterek.
Nie była pewna, czy trzeba będzie jakoś szczególnie namawiać Ethana do wskoczenia w garnitur, ale obydwoje doskonale wiedzieli, że gdy Sol bardziej się postara, on ulegnie każdej jej prośbie. To już tak z nimi było, że twardy żołnierz przy byłej baletnicy trochę miękł i serdecznie bawiły ją te pełne szacunku, ale i trwogi spojrzenia jakie rzucali swojemu dowódcy chłopcy z jednostki, gdy spotykali się raz na jakiś czas na wspólnym przyjacielskim grillowaniu. Jakby nawet bez munduru gotowi byli wypełnić każdy jego rozkaz, a przecież nie był wcale tak surowy i nieprzejednany, jakby się mogło wydawać. Nie dla niej.
Zaśmiała się pod nosem, widząc minę wchodzącego do salonu narzeczonego. Ostatnio, gdy zaciągnęła go na zakupy, spędzili prawie dwanaście godzin na odwiedzaniu salonów sukien ślubnych, bo gdy tylko jej ciało po porodzie zaczęło nabierać dawnych kształtów, a skóra na brzuchu znów stała się sprężysta, tak że Sol mogła wskoczyć w dawne sukienki i jeansy, nie chciała dłużej odwlekać przygotowań. Zresztą ich ślub i tak odwlekany był blisko półtora roku, bo to raz wypadła Ethanowi misja na kolejne sześć miesięcy i nie mógł odmówić, a to znów ona musiała pomóc rodzicom w rozwiązaniu najmu winiarni, gdy przenosili cały interes do Palermo, a nie wszystkie dokumenty były w Nowym Jorku i latała kilka razy w ciągu miesiąca do Włoch. A później ciąża, a Duval zdecydowanie nie chciała wyglądać w najważniejszym dniu kobiety jak bela.  Rozumiała więc, skąd ten grymas na twarzy mężczyzny, choć była pewna, że tym razem spodoba mu się to o wiele bardziej.
– Podrzucimy Rosie do babci – oświadczyła, bo z dzieckiem ani nic by nie kupili, ani nawet nie byłaby w stanie na spokojnie żadnej kreacji przymierzyć, a skoro obowiązywał strój wizytowy, chciała pokusić się o coś zjawiskowego, bo dawno temu miała okazję nosić cokolwiek, co by było eleganckie, kobiece, wyrafinowane. - I będziesz musiał skupić się na mnie, wchodzić do przymierzalni razem ze mną, zapinać haftki, odpinać zamki i mówić całkowicie szczerze, jak to co zakładam na mnie leży – poinstruowała rozbawiona przyglądając się zmianom, jakie zachodzą w jego twarzy, spojrzeniu i nastawieniu do tego przedsięwzięcia. Bo zakupy w przypadku świeżo upieczonych rodziców, to była istna przygoda. Ekscytująca i podniecająca!
Ułożyła córkę w łóżeczku, ustawionym przy łóżku i podeszła do ukochanego, układając miękko jasne dłonie na jego torsie. Pocałowała go krótko i gdy ją objął, przyciągając bliżej, przesunęła dłońmi w górę po jego ramionach i zatrzymała ręce na karku, muskając skórę nad kołnierzem kurtki opuszkami.
– Dzięki Bogu jeszcze zostało mi trochę biustu po karmieniu, to będzie wesoło – zaśmiała się i wspięła na palce, całując go znów. Jeśli jednak którekolwiek z nich nabrało ochoty na coś więcej, przypomnienie o obowiązkach w postaci cichego popłakiwania i nawoływania z łóżeczka, skutecznie ostudziło wszelkie zapędy.
Kilka lat temu skupiała się jedynie na balecie. Scena była jej życiem, ledwie znajdywała czas, aby dbać o przyjaźnie, które nawiązała z tyloma wyjątkowymi osobami. W chwili obecnej wciąż ta sztuka istniała i była ważna w jej życiu, ale... teraz najważniejsza była rodzina i ludzie. Jej ludzie. I nie mogła doczekać się tych wszystkich znajomych twarzy, które na pewno ujrzy na zjeździe.
'

29/04/2014

1976. "I hurt myself today, to see if I still feel"


15.03.2014
"Tankowiec Morning Glory z ropą wartą 30 mld dolarów wyszedł w morze z portu As-Sidr - jednego z trzech portów, które zajeli uzbrojeni zwolennicy autonomii wschodniej Libii, domagający się większego udziału we wpływach z eksportu ropy. Jeszcze tego samego dnia a właściwie w nocy został ostrzelany przez jednostki libijskiej marynarki wojennej, którym wcześniej umknął dzięki złej pogodzie. Dzień później utracono z nim kontakt. Na pokład tankowca  pod dowództwem porucznika Schrivera weszli Navy SEALS i przejęli nad nim kontrolę. Podczas operacji nikomu nic się nie stało. Zgodę na nią wyraził prezydent Barack Obama, na wniosek Libii i Cypru. Do akcji doszło na wodach międzynarodowych - podał rzecznik Pentagonu. "
U.S Daily

***
Wczoraj jest inne niż dzisiaj. Jutrzejszy dzień będzie inny od dwóch pozostałych. Jednak coś będzie je łączyć. Każdy dzień będzie łączyła ona.
-Wczoraj było jakoś inaczej. Chłodniej.- takimi słowami przywitał piękną brunetkę, która usiadła obok na stopniu werandy.
-Tak, temperatura spadła o kilka stopni.- odparła patrząc w dal. 
-Mówię o nas.
-Nas już nie ma. Zapomniałeś?- w jego stronę padło chłodne spojrzenie, które nadawało smak tej wypowiedzi. 
-Chodzi mi o nasze rozmowy, o ten wczorajszy dzień.
-Coś Ci powiem. Jak wstajesz rano, patrzysz przez okno i widzisz słońce, to co sobie myślisz?
-Że będzie ładny dzień?
-A jak pada deszcz, wieje wiatr i jest szaro to w głowie siedzi raczej myśl, że dzień będzie do dupy. Stwierdzasz to już po pierwszych oznakach jakie widzisz, mimo, że do końca dnia zostało jeszcze dużo czasu. No chyba, że wstałeś o 17 bo chlałeś całą noc.- spojrzała na niego w momencie kiedy lekko się uśmiechnął. Właśnie ten uśmiech pokochała.
-Wczoraj od samego rana było między nami do dupy.- dodała
-Wyprostuj tą filozofię.
-Chodzi o to, że kiedy prosiłam o spotkanie, miałeś to głęboko, bo miło spędzałeś czas z tą swoją dobrą koleżanką. I nie chodzi mi o to, że...
-Ty się wczoraj ściskałaś na ławce z Kennedy'm i jakoś nic nie mówię.- przerwał niemal z wybuchem.
-Tak, wczoraj wleciałam mu w ramiona, masz rację. Bo potrzebowałam, żeby ktoś mnie po prostu objął nic nie mówiąc. Za pięć miesięcy będą ubierali mnie do trumny, może nawet sama sobie ten strój wybiorę! I przytuliłabym się obojętnie do kogo. Do Świętego Mikołaja nawet. - powiedziała i zamilkła na chwilę, czując, jak zaczyna drżeć jej głos. 
-Proszę Cię... - złapała dłoń mężczyzny a brązowe oczy wlepiła w jego twarz. 
-Bądź przy mnie przez te pięć miesięcy. Przyjeżdżaj kiedy Cię o to poproszę, nawet o drugiej w nocy. Zostawiaj wszystko i bądź obok. To tylko pięć miesięcy. Chcę je spędzić właśnie z Tobą. Jeśli trafię do nieba, to powiem wszystkim, którzy tam będą, że miałam niebo przed śmiercią, bo przez ostatni czas przytulał mnie anioł, którego kocham. A kiedy już umrę, nie płacz, nie rozmyślaj tylko baw się jakby jutra miało nie być. Uśmiechaj się jakbyś już więcej miał się nie uśmiechać, płacz ale tylko ze szczęścia, żyj z całych sił, żebyś nie żałował przed śmiercią, że nic w życiu nie zrobiłeś, kochaj jakbyś nigdy nie kochał.(...)
 Schriver często posuwa się do głupich, idiotycznych wręcz kroków. Mimo, tego iż później udaje mu się jakoś otrząsnąć i ogarnąć to zaraz znów traci równowagę. Często to głupie, pozbawione logiki i uczuć pomysły. Nazajutrz rano nie było go już w tym miejscu. Uciekł a kilka godzin później żółta taksówka podwiozła go pod kamienicę w której mieszka. Wszedł do mieszkania ostrożnie zamykając drzwi, zupełnie jakby bał się, że kogoś obudzi. Niepotrzebnie, bo mieszkanie od kilku miesięcy było puste. Wojskowy plecak postawił przy wejściu. Nie zdejmując butów na grubych podeszwach, ruszył wolnym krokiem w głąb lokalu. Pod wpływem jego ciężaru panele wygrywały cichą melodię, która przez moment kojarzyła mu się nawet z marszem pogrzebowym. Otoczyło go też delikatne echo i chłód jaki panował we wnętrzu. To wszystko. Pustka. Wchodząc kuchni zatrzymał się na chwilę w miejscu i zrzucił z siebie kurtkę. Kolejny pusty powrót do domu. Jedna z tych nocy, kiedy trudno poukładać myśli w głowie. Praca, rodzina, zdrowie, wszystko co istotne w hierarchii wartości, u niego porozrzucane bezsensownie gdzieś po kątach. Jeden wielki chaos. Życiowe rondo wyborów po którym wciąż kręci się w kółko, nie wybierając żadnego zjazdu. Mija tysiące znaków, które podpowiadają w którym momencie wrzucić kierunkowskaz i skręcić kierownicą. On jednak przez te wszystkie lata nie potrafił tego zrobić. Coś nie pozwala mu pojechać odpowiednią drogą. Strach? Lenistwo i wygoda? Bo przecież łatwiej jest jeździć tą samą drogą. Tylko co jeśli przyjdzie kiedyś taki moment, poczuje się zbyt pewnie, zapomni się na chwilę i wypadnie z tego ronda? Zatrzyma się na przydrożnym drzewie i wtedy nic nie będzie już w stanie zrobić. Uwięziony w rozbitym aucie swojego strachu, lenistwa i próżności. Wtedy otworzą mu się oczy i zobaczy odpowiedni zjazd. Niestety będzie już za późno. Jest świadomy całej tej sytuacji, ale nadal nic z tym nie robi. Jakby potrzebował nawigacji, która przecież jest, leży spokojnie w schowku przy siedzeniu pasażera, wystarczy tylko zatrzymać się, włączyć ją i obrać cel. Nawigacja pomoże mu dojechać, szybciej, czy wolniej. A kiedy już dotrze do tego celu ruszy w kolejną drogę i na pewno dojedzie do następnego ronda, gdzie znów tysiące zjazdów i drogowskazów. Oby tylko był mądrzejszy i szybciej wybrał odpowiedni zjazd, nadał wartość drodze i celowi, który znajduje się na jej końcu. Czasem zapomina, że wybierając jeden zjazd, drogi pozostałych mogą się złączyć. Ciągle pyta samego siebie "Jak to zrobić? Jak zjechać?" Właśnie... pyta, ale to nie oznacza, że szuka odpowiedzi. Może któryś z tysiąca mijanych codziennie autostopowiczów mógłby mu pomóc, ale on nadal woli podróżować sam. Nie jest na tyle ufny by wpuścić obcą osobę i razem z nią szukać odpowiedniej drogi, jak czyni to większość ludzi. Sam nie wie, co jest dla niego ważniejsze, co postawić na pierwszym miejscu, dla czego się poświęcić. Po raz kolejny uciekł, urywając kontakty. Znikł zupełnie tak, jakby nie był dla nikogo ważny, jakby nikt nie przejął się brakiem wieści o nim. Ethan nie był sentymentalny, choć może to swego rodzaju bariera. Kiedy ma możliwość zjazdu odbija i wciąż jedzie drogą, którą dobrze zna. Uciekł bez pożegnania więc nie miał go kto przywitać.

***

27/01/2014

1959. W Boga trzeba wierzyć, ale Bogu niekoniecznie. On ma tyle spraw do załatwienia, że często zapomina.


          Patrzył przez celownik karabinu snajperskiego. Lustrował drogę, biegnącą przez niewielkie afgańskie miasto. Niespełna 50 metrów dalej otworzyły się drzwi małego domku. Wyszła z nich jakaś kobieta z dwójką wesołych dzieci. Poza tym ulica była pusta. Miejscowi mieszkańcy, w większości przerażeni, pochowali się do swoich domów. Nie byli zachwyceni ich widokiem, zupełnie jakby mieli po dziurki w nosie widoku amerykańskich żołnierzy. Przy niektórych oknach wywieszone były czarne flagi,  na znak, że nie są w tym rewirze mile widziani. Wioska była pod silnym wpływem nieprzyjaciela. Z informacji wynikało, że w tym miejscu znajduje się duży skład z materiałami wybuchowymi. Niebezpieczeństwo  czyhało z każdej strony, ale musieli to sprawdzić. Nie mogli pozwolić by te materiały posłużyły do wytworzenia domowej roboty bomb. Musieli przeczesać miasto. Ich zadaniem było zapewnienie ochrony kolegom. Chodziło o to, by zapobiec ewentualnemu wpadnięciu w nieprzyjacielską zasadzkę.
Schriver jest wyszkolonym do akcji specjalnych komandosem marynarki wojennej. Prawie trzy lata zajęło mu szkolenie. Trzymał w rękach karabin snajperski należący do dowódcy plutonu, który już od dłuższego czasu zapewniał ochronę ulicy i potrzebował chwili odpoczynku. W tamtym czasie nie przeszedł jeszcze szkolenia na snajpera. Strasznie chciał nim zostać, ale droga do tego była długa. Dając mu tego ranka swój karabin, dowódca chciał sprawdzić, czy jest odpowiednim materiałem na strzelca.
Znajdowali się na dachu starego, podniszczonego budynku, stojącego na skraju miasteczka. Spojrzał przez celownik. W pobliżu nie było nikogo poza tą kobietą i dziećmi. Od początku wydawało mu się to podejrzane. Patrzył jak zbliża się do jego kolegów. W pewnym momencie wyjęła coś spod ubrania i wykonała dziwny ruch. Odbezpieczyła granat. W pierwszej chwili nie zdał sobie nawet z tego sprawy.
-To coś żółtego. - zakomunikował dowódcy. -Żółte i ma...
-Ona trzyma granat. - powiedział starszy stopniem mężczyzna. -To chiński granat.
-Cholera.
-Strzelaj.
-Ale...
-Strzelaj. Zdejmij ten granat Schriver.
Zawahał się.  Ktoś próbował połączyć się z żołnierzami będącymi w środku akcji, ale nie mógł ich wywołać. Szli wzdłuż ulicy, prosto w stronę kobiety.
-Strzelaj!- padł rozkaz.
Pociągnął za spust. Kula wyleciała z lufy. Strzelił. Granat padł. Kiedy wystrzelił po raz drugi - wybuchł. To był pierwszy raz, kiedy zabił kogoś z karabinu snajperskiego. Pierwszy raz w Afganistanie i jedyny, kiedy zabił kogoś innego niż biorącego udział w walce mężczyznę. Miał obowiązek strzelić. Kobieta i tak nie przeżyła by tej akcji. Zadbał jedynie o to, by nie zabrała ze sobą żadnego żołnierza. Było jasne, że chce ich zabić. Nie zwracała uwagi na to, kogo mógł rozerwać granat. Nie obchodziły ją biegające wokół dzieci, być może nawet jej własne, ani ludzie w domach. Była zaślepiona przez zło. Chciała za wszelką cenę zabić Amerykanów. Jego strzały ocaliły kilku rodaków. Uważał, że ich życie jest więcej warte, niż dusza tej kobiety. Wierzył, że może stanąć przed Bogiem z czystym sumieniem i odpowiedzieć za to, co zrobił. Jeden z żołnierzy zbliżył się do domu z którego wyszła kobieta. Pchnął drzwi, ostrożnie zajrzał a potem wszedł do środka. Wtedy nastąpił wybuch. Przez chwilę wstrzymali oddechy. Pluton rzucił się na ratunek jednego ze swoich przyjaciół. Kilku z nich, dokładniej ci, którzy stali bliżej miejsca wybuchu odniosło drobne obrażenia. Josh nie miał takiego szczęścia. To był jeden z tych momentów, kiedy człowiek patrzy i ma łzy w oczach, niezależnie od tego, jakim jest twardzielem. To był ten moment, kiedy Ethan głęboko znienawidził zło, które opętało kobietę i jej towarzyszów. Nienawidzi go po dziś dzień. Dzikie, nikczemne zło. To z nim walczyli w Afganistanie. To dlatego mnóstwo ludzi, także on, nazywało wrogów "dzikusami". Naprawdę, nie dało się inaczej opisać tego, z czym się tam stykali.

          Siedział za kierownicą swojego samochodu, jadąc główną ulicą miasta. Minął kilka sklepików i stację benzynową. Znajdował się już w Long Island, razem z dowódcą swojego plutonu. Niebo miało ołowiany kolor, świat tonął w szarawej mgle. Pogoda doskonale oddawała jego nastrój. Znaleźli punkt orientacyjny, niewielki drewniany kościół. Skręcił w lewo i przejechał jakiś kilometr wzdłuż drogi. Z daleka już widzieli  czerwony domek, wyróżniający się na tle białego krajobrazu. Zaparkował. Wysiedli z samochodu. Zaatakował ich styczniowy mróz a płatki śniegu spadały na ich głowy i płaszcze. Zanim odważył się ruszyć do przodu, stali chwilę przed furtką. Dom był parę metrów dalej. Robił to już kiedyś, teraz będzie tak samo. Bliskich zmarłego ogarnie smutek, ból, który towarzyszy myśli, że młody człowiek stracił życie na początku drogi. Uczucie pustki, niekontrolowane łzy, osamotnienie. Chcą być silni i dzielni, ale ich życie jest roztrzaskane w proch. Nie da się ich pocieszyć. Są przepełnieni żalem. Ethan próbował wziąć się w garść, jednak do dziś, kiedy zamyka oczy widzi przyjaciela, błagającego o pomoc. Czuje jak ściska jego dłoń powtarzając, że nie chce umierać. Nie mógł odpowiedzieć na to błaganie. Do tej pory nie może o tym zapomnieć.
Zatrzymali się na chwilę, a potem weszli do środka i zapukali do drzwi. Otworzyła im starsza kobieta, była ładna i zadbana, w oczach szkliły jej się łzy. Matka. Miał wrażenie, że smutek przetnie go w pół.
-Dziękuję, że przyjechaliście. - powiedziała cicho.
-Jesteśmy tu z powodu pani syna.- padła równie cicha odpowiedź. Weszli do domu. Na stoliku w holu stało duże zdjęcie Josha, oprawione w ramki. Znów widział go przed sobą, z lekkim uśmiechem, który zwykle gościł na jego twarzy.
-Nie cierpiał, prawda? Powiedz mi, że nie cierpiał.- usłyszał za sobą głos kobiety. Zanim odpowiedział, ukradkiem wytarł oczy mankietem.
-Nie, nie cierpiał. Od razu umarł.- powiedział dokładnie to, co chciała usłyszeć. Chciał opowiedzieć o niezłomnej odwadze jej syna, ale widział, że jeszcze nie pogodziła się z prawdą.
Przez następną godzinę próbowali rozmawiać jak dorośli. Było to trudne. Wiele można było powiedzieć, jeszcze więcej przemilczeć. Mimo wszystko musiał odbyć tą podróż. Obiecał sobie, że tak zrobi. Uważał, że to jego obowiązek, ale nie ułatwiało to sprawy. Przed wyjściem matka Josha uściskała ich jeszcze. Ethan sztywno skinął przed fotografią przyjaciela i wrócił do auta. 
          Często ktoś pyta go: "Ilu ludzi zabiłeś?". Ethan standardowo odpowiada: "A czy od tego co powiem, będzie zależało to, czy jestem w mniejszym lub większym stopniu człowiekiem?"
Liczba ofiar nie ma dla niego znaczenia. Żałuje, że nie zabił więcej wrogów. Nie po to, by mieć się czym przechwalać. Schriver uważa, że świat byłby lepszy bez tych dzikusów, którzy pozbawili życia jego rodaków, rodzinę i przyjaciół.  Każdy kogo zastrzelił, próbował zrobić jakąś krzywdę Amerykanom. Dręczą go wspomnienia sukcesów nieprzyjaciela. Nie było ich za wiele, ale nawet życie jednego Amerykanina jest tą jedną stratą za dużo. Ludzie próbują go zaszufladkować jako twardziela, równego gościa, dupka, snajpera, SEALsa a są pewnie i inne kategorie. Każda z nich mogła być prawdziwa jakiegoś konkretnego dnia. Schriver nie przejmuje się jednak tym, co myślą o nim inni. To jedna z tych rzeczy, za które podziwiał swojego ojca, kiedy był młody. Miał w nosie to, co myśleli inni. Był taki jaki był. Taka postawa to jedna z cech, dzięki którym nie zwariował. 
Jest coś jeszcze o co ludzie często go pytają: "Nie dokucza ci myśl, że zabiłeś tylu ludzi?"
Odpowiada: "Nie"
I na prawdę tak jest. Za pierwszym razem, kiedy się do kogoś strzela, człowiek robi się trochę spięty. Myśli: "Czy na prawdę wolno mi go zabić? Czy to rzeczywiście jest w porządku?". Ale kiedy już zastrzeli swojego wroga, przekonuje się, że to jest w porządku. I mówi: "Świetnie", a potem robi to znowu. Robi to po to, żeby wróg nie zabił jego rodaków. Na tym polega wojna.

20/01/2014

1957. "(...) nikt nie będzie mógł spalić moich wspomnień."


Brudnego i chorego psa znaleźli drzemiącego na poboczu autostrady West Side. Był porzuconym kaleką z poszarpanym lewym uchem, mistrzem w zbieraniu papierosowych oparzeń – jednookim psem do walk, porzuconym na pastwę losu i łaskę rzecznych szczurów. Wokół rozlegał się głośny huk ruchu ulicznego: warkoczące, stare furgonetki; zgrzytające ciężarówki z tylnymi drzwiami zamykanymi na kłódki; białe limuzyny z przyciemnianymi szybami; żółte taksówki. Hałasy z ulicy mieszały się z rykiem startujących i lądujących samolotów, na pobliskim lotnisku.
            Ryan zatrzymał swój samochód na poboczu i wyłączył silnik. Zamknął drzwi i podszedł do psa. Był dwudziestopięcioletnim, postawnym chłopakiem, prawie już mężczyzną. Jego policzki poczerwieniały od mrozu. Czarne, gęste włosy były potargane przez wiatr i sterczały we wszystkie strony świata. Za nim z auta wysiadł Ethan. Podszedł bliżej potrząsając niecierpliwie głową. Otulił się szczelniej szalikiem a zmarznięte dłonie schował do kieszeni kurtki. Miał piętnaście lat ale wyglądał starzej. Dzieliło ich w sumie dziesięć lat, choć różnica ta nie była tak bardzo widoczna.
-Widzisz? – powiedział Ryan - On jeszcze żyje.
-Co to za rasa? Pitbull?
-Musiał kogoś sporo kosztować.
-Wyrzucili go tutaj, żeby zdechł. – psie futro przesiąknięte było krwią, roiło się od pcheł. –Wyrzucili go przez okno i pojechali dalej.
-Co z nim zrobimy? Będziemy patrzeć jak zdycha? – pies wpatrywał się w nich nieufnie. Pobocze obok jego łap było usłane potłuczonym szkłem, śmieciami wyrzucanymi z okiem przejeżdżających samochodów, strzępkami pękniętej opony. Ryan przykucnął obok psa przyglądając mu się uważnie. Próbował ustalić, czy lewe biodro zwierzęcia jest złamane. Chciał sprawdzić, czy jego stan faktycznie jest taki zły, na jaki wygląda. W świetle ulicznych latarni Ryan wyglądał blado. Mróz wymalował jego policzki na różowy kolor. Co jakiś czas pociągał nosem. Mimo chłodu jego kurtka była rozpięta. Na szyi połyskiwał łańcuszek z krzyżykiem. W pewnym momencie pochylił się za bardzo a zaniepokojony pies rzucił się w kierunku jego twarzy. Był tak blisko, że chłopak mógł poczuć śmierdzący, psi oddech. Odsunął się gwałtownie w tył siadając na poboczu.
-Widziałeś? Chciał mnie dziabnąć. Ten skubaniec.– stanął na równe nogi i otrzepał się. Odłamek szkła zadrapał wewnętrzną stronę prawej dłoni, w tym miejscu pojawił się niewielki ślad krwi.
-Już go lubię.- Wytarł ręce o tylną stronę spodni. Wysiłek doprowadził psa do zadyszki. Opadł na miejsce ciężko sapiąc. Skulił uczy i znów zaczął przyglądać się nieznajomym.
-Myślę, że on nie chce się z tobą bawić Ryan.-
-Weźmiemy go.- mówiąc to, szedł już w stronę samochodu.
-Nie wiem czy to dobry pomysł, on próbował ci przegryźć tętnicę. -  Ryan wzruszył ramionami.
-Parz, co z nim zrobili. Używali go jako pierdolonej popielniczki. –  nie zamierzał odpuścić. Wyciągnął z bagażnika gruby koc.
-To dobry pies, widzę to w jego oczach. Popatrz, jeszcze trochę poczekamy a zdechnie. On nie jest  gotowy na śmierć.- z kocem w ręku stanął obok swojego brata. Mimo różnicy wieku byli sobie równi pod względem wzrostu i zapewne siły. Ryan ostrożnie obszedł psa.
-Zajmij go czymś- polecił. Ethan rozejrzawszy się kopnął leżącą na poboczu puszkę po pepsi. Potoczyła się z hukiem po asfalcie przykuwając uwagę psa. W tym momencie Ryan rzucił koc na zwierzę, skoczył do przodu i objął go w pół. Skrępowany wił się i rzucał. Szarpał i wbijał zęby w gruby materiał, jakby chciał skręcić kocowi kark. Walczył dzielnie ale uścisk mężczyzny był silniejszy. Udało mu tylko oswobodzić jedną łapę. Pazury wbijał agresywnie w odsłonięty kark ‘napastnika’, do momentu, w którym nie został wrzucony do bagażnika. Wpadł we wnękę na zapasowe koło a zanim złapał równowagę Ethan zatrzasnął klapę. Całe przedstawienie trwało może pięć minut.
-Krwawisz.- zauważył Ethan, kiedy wsiedli już do auta.
-To krew psa.- spojrzał w lusterko a dłonią dotknął miejsca z którego sączył się mały czerwony strumyk.
-Nic mi nie będzie. –  ujadanie psa w bagażniku tłumiły odgłosy z ulicy.
-Zdezynfekuję to u weterynarza.- dodał, bo właśnie tam miał zamiar teraz pojechać. Krew ciekła mu po ramieniu wsiąkając w koszulkę. Nawet nie poczuł, kiedy pies zerwał mu z szyi łańcuszek. Krzyżyk dołączył do śmieci, którymi usłane było pobocze a oni odjechali. Zgubione szczęście.

            Promenada wznosząca się nad East River. Ethan siadywał na tej ławce setki razy. Po sprzedaży mieszkania rodziców wprowadził się do Queens i do tej pory nie zmienił lokum. To był jego ulubiony punkt miasta. Ktoś, kto nagle traci niemal wszystkie bliskie osoby, potrzebuje nowego startu. Najlepiej w miejscu, gdzie wspomnienia można uśpić. Taką oazą stało się właśnie Queens, w całej okazałości, ze stalowymi mostami, kłębami dymu, czerwonymi holownikami, magazynami. To chciałby widzieć codziennie.
Smycz jest mocno naciągnięta na nadgarstku mężczyzny. Pies chce biegać, rwie się do przodu stając na tylnych łapach. Jak na swój wiek jest niezwykle ruchliwym zwierzęciem. Po tylu latach przyprowadzania go nad rzekę, Ethan wie, że spuszczenie go z uwięzi groziłoby wielką katastrofą na promenadzie. Może pitbull dosiadłby suki dalmatyńczyka, albo wszcząłby awanturę z rottweilerem. Był gotów na wszystko. Rocky przysiadł na ziemi obok ławki. Chwila szaleństwa spowodowała u niego lekką zadyszkę. Po chwili kładzie głowę na kolanach właściciela. Sędziwy wiek daje mu się odczuć. Pies jest dla Ethana istotą bardzo bliską. Po utracie bliskich pozostał mu tylko on. Był z nimi w momencie ataków z 11 września, kiedy służby informowały o śmierci ich rodziców. Żegnał z nim Ryana, który w porywie zgłosił się na ochotnika do wojska i poleciał do Afganistanu, skąd nigdy już nie wrócił. Nie miał serca by pozbyć się psa. Jednookiego bandyty z sercem wielkim i wdzięcznym, za uratowanie życia i za okazaną miłość. 


Pierwsze egzaminy zaliczone. Nie chciałam w nudny sposób opisywać historii, wyszło więc takie coś :) Wątki jutro powinny się pojawić :)