Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inez Grant. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inez Grant. Pokaż wszystkie posty

23/05/2018

2074. "W przeszłość przenoszą nas wspomnienia, a w przyszłość - marzenia."

Drodzy Autorzy!

🎉Dziś szczególny dzień! Świętujemy dziesiąte urodziny bloga i przyznam szczerze, iż nie chce mi się wierzyć, że już tyle czasu minęło od dnia jego otwarcia. Doskonale pamiętam moment, w którym dołączyłam na NYC. Moje powitalne opowiadanie było jednym z pierwszych, lecz wtedy dość szybko zniknęłam z bloga. Wyjechałam na wakacje, a po moim powrocie na NYCu było już tyle postaci i tyle się działo, że szesnastoletnia wówczas ja stwierdziłam, że tego nie ogarnę... Wróciłam rok później i od tamtej pory jestem. Najpierw jako zwyczajny autor, później pomoc administracji, aż w końcu złożyło się tak, że przejęłam pieczę nad blogiem, ponieważ związałam się z nim na tyle, że nie wyobrażałam sobie, by NYC mógł przestać istnieć. Ten blog jest dla mnie jak powrót do domu po całym dniu poza nim, choć może to nieco toporne porównanie... Tutaj wszystko jest znajome, Wy jesteście znajomi i nawet nie wiem kiedy, NYC stał się stałą w moim życiu, bez której nie wyobrażam sobie codziennej rutyny.
🎉Jednakże sama niczego bym tutaj nie zdziałała. Często śmieję się, że choćbym miała pisać sama ze sobą, to bloga nie usunę i taka jest prawda. Lecz gdyby nie Wy, autorzy, nie udałoby się w tym miejscu stworzyć tak niepowtarzalnej atmosfery. Bez Was ten blog nie miałby duszy. Duszy, która przez te wszystkie lata rozkwitała i wciąż, nieustannie kwitnie, czym nie mogę przestać się zachwycać. Dlatego w tym miejscu chciałabym Wam serdecznie podziękować. Za to, że zawsze jesteście, zarówno w tych gorszych jak i lepszych okresach. Że mimo wszystko nie muszę pisać sama ze sobą... ;) Dziękuję. Po prostu dziękuję, po żadne słowa nie oddadzą tego, jak bardzo jestem Wam wszystkim wdzięczna za to, że jesteście i że razem tworzymy to miejsce.
🎉Dziękuję również Wam, drogie dziewczyny: El Eno, Farbowany Lisie i Nicponiu, za ogromną pomoc i serce, które wkładacie w bloga. Dziękuję za to, że pozostajecie na posterunku, kiedy ja nie mogę i czuwacie nad wszystkim, często prześcigając się w administracyjnych obowiązkach. Odwalacie kawał dobrej roboty! Dzięki Waszemu wsparciu i obecności zarówno ja, jak i pozostali autorzy nie musimy się o nic martwić i cieszę się niezmiernie, że mam tak zgraną i dobraną ekipę do pomocy!
🎉Cóż, po podziękowaniach przyszedł czas na jeszcze jedno, nie takie znowu małe życzenie. Życzę nam wszystkim kolejnych wspólnych dziecięciu lat! Nie mam pojęcia, jak potoczą się nasze życia. Nie mam pojęcia, jak potoczy się dalszy los tego bloga. Ale póki będą chętni, by na nim pisać, póty my postaramy się tworzyć dla Was to miejsce. A teraz... Sto lat! Bawmy się i świętujmy! Poniżej znajdziecie nadesłane do nas opowiadania, ale też nie martwcie się, nic straconego! Jeśli przyślecie coś na nasz administracyjny adres po terminie, chętnie to opublikujemy! Zostawiam Was z opowiadaniami, zachęcam do czytania, a także wspominania Waszych losów na NYC w komentarzach. I wiecie co? Kocham Was wszystkich z całego serducha!

- Dzwoniłeś do Maxwella? – zapytała brunetka, poprawiając krawat pod szyją wysokiego blondyna. 
- Tak, już od wczoraj jest w Nowym Jorku.
- A do Irm?
Tutaj na dłuższą chwilę zapadła cisza. Uśmiechnął się blado, po czym złożył delikatny pocałunek na czole kobiety. To wszystko nie było takie proste. Życie spotkanej tu dwójki, nie należało do usłanych różami. Pożegnanie z Nowym Jorkiem nie było szczęśliwe. Ani dla jednego, ani dla drugiego. Jednak czy był jakikolwiek sens, aby wracać do tych bolesnych chwil, które wręcz siłą, wyrwały ich z miasta, które nigdy nie zasypia? Musicie po prostu uwierzyć na słowo, że ten blondyn, który stał przed wami, jeszcze kilka lat temu był wrakiem człowieka. Musiał wszystko budować od nowa. Stracił ogromną, nieźle prosperującą, firmę, a to wszystko przez fakt, że został uznany za zmarłego. To było okropne, że błędnie zidentyfikowano zwłoki. Pomylili się, potwornie. 
Dziś był człowiekiem, który po tych wszystkich zawirowaniach ledwie, co wszedł do samolotu. Musiał naćpać się prochami, by w ogóle, wylądować z powrotem w Ameryce. Jednak to nie był błąd. Na stałe osiadł w San Francisco, poznając tam drobną brunetkę, która sama nie chciała wracać do Wielkiego Jabłka. Obawiała się szykan ze strony swojego byłego partnera. Nie mogła go winić za to, że zabrał syna do siebie. W końcu nie było jej w Ameryce całe trzy lata, zanim wyrwała się z koszmaru, który rozgrywał się w jej ojczystym kraju. 
Alva Pettersson i Daniel Ryder od prawie sześciu lat tworzyli szczęśliwe małżeństwo. Oboje pomagali sobie wrócić powoli do życia i chyba można ich nazwać lekko dysfunkcyjnymi, bo nie zawsze zachowywali się jak reszta społeczeństwa. Co przez to rozumiem? Mimo młodego wieku po prostu prowadzili spokojne i sielankowe życie. Oboje byli ledwie ludźmi po trzydziestce, a co? Ich życie kręciło się tylko i wyłącznie wokół piekarni, którą razem stworzyli i sporego ogrodu przed domem. Mieli dosyć jakichkolwiek afer, szybkiego tempa życia i innych tego typu rzeczy. Dlatego też, nie utrzymywali kontaktu z osobami w swoim wieku, którzy zazwyczaj byli dopiero na etapie rozwijania kariery zawodowej i ciągłych imprez. To nie był świat państwa Ryder. Jedyny kontakt ze starym światem jaki mieli, to znajomość z Maxwellem Pullmanem, który około pięć lat temu sam przeniósł się z Nowego Jorku do Chicago. Miał w końcu niewiele do gadania w momencie, gdy kontrakt w Rangersach wygasł, jego osobę wykupiono, za grube miliony, do Chicago Blackhawks. Tam przyczynił się do, wcale nie tak małego sukcesu, bo w 2015 roku udało im się, jako drużynie, zdobyć prestiżowy Puchar Stanleya. Niestety przez ten kontrakt utracił miłość swojego życia. Jego związek z Inez Grant nie przetrwał próby czasu i dzielących setek mil. Niby dzielił ich dwugodzinny lot samolotem, jednak niestety chyba Max dodatkowo przyczynił się do rozpadu ich związku przez to, że miał słabość do kobiet i niestety oglądał się za krótkimi spódniczkami. Wylądował kilkukrotnie z inną w łóżku. Jednak miał na tyle honoru, aby powiedzieć o tym Inez wprost. Wtedy oboje stwierdzili, że to kompletnie nie ma sensu. A może Pullman tak stwierdził? Bo Nezia prawdopodobnie nie chciała już go w ogóle znać.  
Nadszedł maj. Dla państwa Ryder to był przełomowy dzień, bo oboje zgodnie zdecydowali się na moment wrócić do czasów, które nie należały do najprostszych. Przekroczyli próg uczelni, na której studiował blondyn. Nie wiedzieli czy dobrze robią pojawiając się na Jubileuszu, ale chyba nadszedł czas pogodzić się z przeszłością i bez bólu zacząć ją wspominać. A to była najlepsza ku temu okazja, prawda?
Max czekał już na nich przy ich stoliku, gdzie mogli odnaleźć winietki ze swoimi nazwiskami. Alva uśmiechnęła się delikatnie i powitała bruneta muśnięciem jego policzka. Pullman też już nie wyglądał na tak roztrzepanego człowieka jak kilka lat temu, a może po prostu próbował zachować spokój i jakieś zdystansowanie?
- Co siedzisz tak na szpilkach? – zapytał w końcu blondyn, siadając obok starego przyjaciela. 
- Widziałem ją… - mruknął, rozglądając się po ogromnej balowej Sali, przez którą przewijało się tysiące osób.
- Kogo? – Daniel zmarszczył brwi, nie bardzo rozumiejąc.
- Inez – sportowiec ściszył głos, jakby bał się, że ktokolwiek, poza nimi, ich usłyszy. 
Alva jedynie pokręciła lekko głową, uśmiechając się delikatnie. Popijała szampana, rozglądając się po sali. Czyżby podświadomie szukała sylwetki Alastora Ławrowa? Nawet nie wiedziała, co się u niego teraz w życiu dzieje. Miał kogoś? Czy jej syn był szczęśliwy? Dwa dni temu miał ósme urodziny. Niesamowite prawda? Wysłała mu paczkę, ale nawet nie miała pojęcia czy do niego dotarła, bo nigdy nie otrzymała odpowiedzi zwrotnej. Westchnęła cicho, a w tym samym momencie Max przerwał jej rozmyślania, wyciągając z kieszeni marynarki grubą i dość pokaźnych rozmiarów kopertę.
- Znalazłem to przy ostatniej przeprowadzce.
Daniel od razu uśmiechnął się nieznacznie, już domyślając się co się w niej znajdowało.
- Pokaż – poprosił, wyciągając w jej kierunku rękę. 
Nie pomylił się, bo wyciągnął z niej kilkadziesiąt zdjęć, które na szczęście Pullman zachował. 
- To był twój łącznik ze światem po amnezji, pamiętasz? – brunet, przekazał mu kopertę.
Blondyn drżącymi rękami po nią sięgnął i zaczął wyjmować zdjęcia.
Eli. Jej zdjęć było naprawdę sporo. Byli młodymi ludźmi, którzy dopiero, co zaczynają przygodę z New York College. To był burzliwy czas dla nich obojga. Mieli ledwo po siedemnaście lat, gdy byli ze sobą być. Niestety tak młody wiek zweryfikował wszystko, a raczej głupota Rydera. Tak, w wypadku komunikacyjnym stracił pamięć. Wróciła, ale już było zdecydowanie za późno. 
Irmelin. Fotografii blondynki w całym stosie było zdecydowanie najwięcej. 
- Mogliście otworzyć prywatne przedszkole – roześmiał się brunet, przeglądając razem z parą fotografię, na których widać było wieli brzuch Turlington i blondyneczkę, która stała tuż obok niej. Na innym znowu zdjęciu uchwycili całą szóstkę. Kto by pomyślał, że tak wiele może się zmienić. Niestety, wyjechała do Bostonu. Dziś? Utrzymywali jedynie kontakt korespondencyjny i wymieniają się opieką nad bliźniakami.  
April. Wariatka, którą w tamtych czasach nazywał siostrą. Ona natomiast, ochrzciła Daniela skrzatem i Złomkiem. Nie pytajcie dlaczego, bo niestety nikt nie pamiętał skąd się to wzięło. Może po prostu dlatego, że razem wpadali zazwyczaj na durne pomysły i cofali się w rozwoju, oglądając przez cały dzień bajki w telewizji?
Na samą myśl o blondynce, chciało mu się śmiać.
Juli, z którą było kilka nieporozumień, ale wybrnęli z tego cało. Wspaniała osoba, która zawsze bezinteresownie pomogła, o każdej porze dnia i nocy. 
Rose, która pracowała w jego firmie. Przez, co oboje musieli radzić sobie z plotkami na temat tego, że to właśnie z nim jest w ciąży i robi karierę przez łóżko. Zawsze starali się jednak to obrócić w żart i nawet kilkukrotnie zdarzyło im się wkręcać pracowników, że się nie mylą.  
Zdjęcia Maxa, też się zachowały. Jeszcze z czasów liceum, gdzie razem grali w jednej drużynie. Od zawsze jego tok myślenia był nieco inny, jednak był jedyną osobą, która trwała obok. Jeden i drugi zawsze mógł na siebie liczyć i nigdy się to nie zmieniło. 
Charlie. Oj, to była chodząca encyklopedia, gdy rozpierała go energia, uśmiech sam pojawiał się na twarzy jego towarzyszy. Daniel traktował go jak młodszego brata. Będzie musiał wybrać się na cmentarz. Zdecydowanie. 
Jonas Brothers. Jednym słowem nie dało się ich nie lubić. Wystarczyło spojrzeć na zdjęcie, które przyprawiało o łzy ze śmiechu. Z nimi człowiek nigdy nie mógł się nudzić.  
Czy którekolwiek z nich żałowało tego, że tego dnia się tutaj pojawiło? Nie, to był najlepszy pomysł od kilku dobrych lat. Miło było pobyć w starych, poczciwych szkolnych murach i powspominać młode lata. 


Może i Inez nie była absolwentką New York College, bo szkołę skończyła w Chicago i przeprowadziła się do Wielkiego Jabłka znacznie później, lecz nie mogła przegapić takiej okazji i gdyby nie pojawiła się na zjeździe absolwentów połączonym z balem charytatywnym, pewnie żałowałaby tego do końca życia i o jeden dzień dłużej. Decyzja była więc prosta i blondynka podjęła ją błyskawicznie, bez mrugnięcia okiem. Aiden nie miał tutaj niczego do gadania, mógł właściwie zdecydować jedynie o tym czy będzie jej towarzyszył, czy też nie. Inez nie zamierzała na niego naciskać, lecz mężczyzna stanął na wysokości zadania i nawet specjalnie z dużym wyprzedzeniem postarał się o urlop. Ostatecznie wszystko mieli dopięte na ostatni guzik jeszcze na długo przed dwudziestym trzecim maja.
— O rany, o rany, o rany — powtarzała nerwowo jak mantrę, kiedy kilka miesięcy później późnym popołudniem zatrzymali się na rozległym parkingu przed szkołą. Była pod wrażeniem tego, jak wiele osób zdecydowało się wziąć udział w tym wydarzeniu. Mimo że przyjechali odpowiednio wcześniej, długo szukali wolnego miejsca, a za nimi ciągnął się jeszcze sznurek samochodów.
— Spodziewałaś się tylu osób? — Wyciągnąwszy kluczyk ze stacyjki, Aiden uśmiechnął się szeroko, widząc rumieńce, które wypełzły na twarz Inez.
— Nie — szepnęła gorączkowo, kręcąc głową. Jej rozbiegane spojrzenie omiatało parking, aż w pewnym momencie blondynka zamarła i mocno zacisnęła palce na krawędziach fotela.
— O rany! — powiedziała najgłośniej i najbardziej dramatycznie jak do tej pory. — Sienna! — wykrzyknęła i posłała mężowi przelotne spojrzenie, odrobinę przepraszające, bo też zaraz jak oparzona wyskoczyła z samochodu i ruszyła w kierunku dawno niewidzianej przyjaciółki.
— Sienna! Si! — zawołała, starając się przekrzyczeć zgiełk panujący na parkingu. Podczas gdy prawą ręką jej machała, lewą przyciskała dół rozkloszowanej sukienki do ciała, przez co ktoś o uważnym spojrzeniu mógłby dostrzec odcinający się pod błękitnym materiałem zaokrąglony brzuch. — Sienna! — Już nie tyle wołała, co darła się jak głupia, uśmiechając się tym szerzej, im mniejsza była dzieląca je odległość.

Jordan nie był zachwycony tym, że jego żona upierała się na zjazd absolwentów szkoły, do której uczęszczała może niecały rok. Nie śmiał jednak się sprzeciwiać komuś, kto zarządzał sprawnie całym jego życiem. Siedząc na kanapie w pokaźnym salonie, spoglądał na raczkującego po miękkim dywanie syna, wsłuchiwał się w odgłosy dobiegające z jednej z łazienek i nie pozostało mu nic innego jak co jakiś czas poprawiać swój krawat.
─ Mamo! To boli! Nie szarp!
─ Maddie, do jasnej cho… Przestań się wiercić. Chcesz mieć tego warkocza czy nie?
Głos Sienny wcale nie brzmiał groźnie. Miała zbyt wielką słabość do swojej córeczki i nie mogła nawet udawać, że się na nią złości. Po chwili, mała blond włosa bestia wpadła do salonu i wskoczyła na kolana Jordana.
─ Nie chcę tam iść ─ szepnęła konspiracyjnie, spoglądając na ciemnoskórego mężczyznę, który uśmiechnął się szeroko. Madelaine może i nie była jego córką, ale kochał ją nad życie, choć bardzo trudnym było dzielenie się małą z jej biologicznym ojcem. Spojrzał na małego Jaspera, który natomiast zajęty był sobą i nowymi, kolorowymi klockami.
Na całą tę scenkę spoglądała też Sienna, zastanawiając się, kiedy nastąpił moment, w którym została najszczęśliwszą kobietą na świecie. Mimo wyroku ginekologa, że nigdy nie będzie mogła mieć dzieci, miała ich teraz dwójkę. Mimo wielu sercowych niepowodzeń, nie poddała się i teraz miała najwspanialszego męża na świecie.
─ Idziemy, kochani. Młoda damo, bez obrazy majestatu proszę, wstawaj i do auta ─ próbowała zabrzmieć stanowczo. Podeszła do niespełna dwuletniego syna, spojrzała na sześciolatkę i westchnęła. Wtedy też rozbrzmiał głęboki śmiech Jordana.
─ Jesteś pewna, że te papcie to odpowiednie obuwie do sukienki, mała?

Sienna stała przy ciemnym SUVie wypinając Maddie z fotelika. Tłum, który się tu zebrał przeszedł jej wyobrażenia. Trzymając sześciolatkę w górze, rozejrzała się dookoła, w końcu postawiła ją na ziemi, poprawiła tiulową sukieneczkę i złapała za małą rączkę. Upewniła się, że Jasper jest bezpieczny w ramionach Jordana i zamknęła wóz. Odetchnęła. Ubrana w przylegającą, bandażową sukienkę w pięknym, bordowym kolorze, nie wyglądała jak zakręcona matka, która nie potrafi zapanować nad sześciolatką, a jak kobieta sukcesu. I tak też się czuła. Wraz z wiekiem i po dwóch ciążach przybrała nieco, nabyła pełniejszych kształtów, ale nadal była wysportowana i szczupła, ale zdecydowanie bardziej kobieca.
Słyszała bardzo znajomy głos. Odwróciła się na pięcie i wśród tych wszystkich ludzi wypatrzyła swoją ukochaną blondynę. Chciała się wyrwać i biec, ale raz, że przeszkadzały jej w tym wysokie szpilki, a dwa, że uniemożliwiała to mała Maddie. Dopiero teraz do Sienny dotarło, że już dawno przestała być beztroską dwudziestolatką. Spojrzała błagalnie na męża, który prędko zrozumiał jej intencję i odebrał dłoń córki. Sienna, dziwnym truchtem, ale truchtem, pognała w stronę przyjaciółki i zatrzymała się tuż przed nią, szczerząc się jak głupi do sera. Ale mogła być głupia, o ile jej serem była Inez.
─ Inez ─ sapnęła w końcu, wyciągając ramiona w stronę blondynki. Była ratowniczka medyczna zwolniła dopiero, gdy znalazła się jakieś dwa metry od przyjaciółki, co oznaczało, że wpadła w jej ramiona ze sporym impetem. Czując, że z tego powodu Sienna zachwiała się na wysokich obcasach, najpierw przytrzymała ją stanowczo, a dopiero później obdarzyła solidnym uściskiem na przywitanie.
─ Dobrze cię widzieć! ─ powiedziała z uśmiechem, kiedy w końcu się odsunęła. Co prawda jedynie na wyciągnięcie ramion i wciąż delikatnie przytrzymywała dłońmi łokcie Sienny, ale jednak. To pozwoliło jej na uważne zlustrowanie wzrokiem sylwetki kobiety, a w miarę tych oględzin na usta blondynki wypełzł zaczepny uśmieszek.
─ No, no ─ cmoknęła, z rozbawieniem kręcąc głową. ─ Jeśli tak wygląda matka dwójki dzieci, to ja powinnam już planować kolejne! ─ oznajmiła i roześmiała się wesoło. ─ Aiden, słyszałeś! ─ zawołała, przez ramię spoglądając na mężczyznę, który zamknął samochód i nieśpiesznie zbliżał się w ich kierunku, z rozbawieniem obserwując, jak jego żona zachowuje się niczym licealistka.
─ Nie i chyba nie chcę wiedzieć, co wymyśliłaś ─ przyznał, gdy tylko zobaczył ten charakterystyczny błysk w jej niebieskich oczach, po czym wymienił z Jordanem nie tylko uścisk dłoni, ale również porozumiewawcze spojrzenie. Prawdopodobnie obydwaj mężczyźni czuli, że nie zapanują dzisiaj nad tą dwójką kobiet, które myślami były daleko stąd, w czasach, gdy żadna z nich nie znała swojej przyszłości, będącej obecnie ich aktualną, jak najbardziej namacalną teraźniejszością.
Sienna zaśmiała się. Nic innego nie przychodziło jej teraz do głowy, jak tylko się śmiać. Utrzymywała kontakt z Inez, była mniej więcej na bieżąco z wszystkimi informacjami, ale przez pęd życia i natłok obowiązków nie mogła widywać się z przyjaciółką zbyt często, dlatego to spotkanie cieszyło ją tak bardzo.
Utuliła ciężarną blondynkę. Gdyby nie fakt, że przyprowadziły ze sobą towarzyszy życia, pewnie byłyby obojętne na cały zewnętrzny świat. Sienna wpatrywałaby się w Inez bez przerwy, nie mogąc się nadziwić temu, jak poznana kiedyś przypadkiem młoda kobieta, teraz rozkwitła, ale coś małego przylepiło się do jej nogi, ciągnąc za skrawek spódnicy.
─ Maddie nie może się doczekać kuzynostwa, także nie przerywajcie produkcji ─ zaśmiała się, spoglądając teraz na biednych mężczyzn, którzy oddali się pewnie o wiele ciekawszej rozmowie. Sienna złapała za rączkę swoją córkę, a potem drugie ramię wyciągnęła w kierunku Inez. I znowu wychodziło na to, że musiały radzić sobie same.
─ Myślisz, że spotkamy kogoś znajomego? Gabriela? Silver? Dana? ─ spytała, momentalnie przypominając sobie znajome twarze. Fakt faktem z Gabrielem miała raczej stały kontakt, podobnie jak z jego siostrą, w końcu Maddie była Garsonówną, nie mogła uniemożliwiać jej biologicznemu ojcu spotkań. Mimo tego, nie wiedziała, czy starzy znajomi wybierali się na bal.
Niegdyś panna Grant, teraz pani Henderson z przyjemnością ujęła ramię Sienny i uśmiechnęła się do Maddie, którą pogładziła po główce. Delikatnie, by przypadkiem nie zniszczyć pieczołowicie zaplecionej przez mamę fryzury.
─ Albo Soel i Collen. Rosalie, Iana i Quinn. Leę, Petera, Narcisse, Cass i Matthew ─ wymieniła i westchnęła ciężko, po czym zamrugała szybko, by przegonić gromadzące się w niebieskich oczach łzy. Przez burzę hormonów, wcześniej raczej nieskora do płaczu, teraz wyjątkowo szybko i nader często się wzruszała, co wyjątkowo bawiło Aidena.
─ To były czasy… Tyle się wtedy działo, tyle czasu spędzało razem, a teraz mam kontakt zaledwie z garstką tych osób ─ mruknęła i pokręciła głową, po czym mocniej zacisnęła palce na ramieniu Si, ciesząc się, że kobieta była jedną z tych, z którą znajomość wciąż trwała i nie widać było jej końca.
Mury college’u rosły przed nimi, w miarę jak powolnym krokiem pokonywały dzielącą je od wejścia odległość. Blondynka nawet nie oglądała się na męża, który szedł za nimi w towarzystwie Jordana. Zamiast tego co jakiś czas wspinała się na palce i rozglądała w poszukiwaniu znajomych twarzy.
Nie wiedząc czemu jej serce zwolniło, by potem zacząć bić w szaleńczym tempie. Szła powoli u boku przyjaciółki, mając wrażenie, jakby po raz kolejny szła do ołtarza. Podobnie jak blondynka, rozglądała się dookoła, próbując wypatrzeć kogoś znajomego, jednak dziwne napięcie jej nie opuszczało. Tak jak wtedy…

Sienna nie była tego dnia sama. Wokół niej kręciły się najlepsze przyjaciółki ubrane w sukienki przed kolano w tym samym, miętowym kolorze. Wszystkie były piękne, uśmiechnięte i zadowolone, tylko ona stała przed wysokim oknem w hotelowym pokoju, wpatrując się w niespokojny ocean. Biała suknia była skromna, a skóra zdenerwowanej Wright przypominała jej kolor. Odwróciła się w stronę lustra…
...i wziąwszy ostatni głęboki oddech, skinęła głową na druhny, tym samym dając im do zrozumienia, że mogą wychodzić. Nie było już odwrotu i Inez z całą mocą uświadomiła to sobie w ciasnym wnętrzu specjalnie wypożyczonego i przystrojonego na tę okazję samochodu. I choć tak bardzo się denerwowała, chociaż w nagłym przypływie paniki targały nią ostatnie, kompletnie niepotrzebne wątpliwości, to nie zamierzała uciekać. Nacisnęła klamkę i wyszła na nasłoneczniony plac przed niedużym, starym kościołem…
...ołtarz stał na plaży, goście usadzeni na białych, przystrojonych krzesełkach, spoglądali na bezkresny ocean, a Sienna szła środkiem jasnego dywanu, zmierzając w stronę ołtarza. Jordan spoglądał na nią, posyłając szeroki, olśniewający uśmiech. Serce podskoczyło jej do gardła, kiedy stanęła tuż przed nim, delikatnie ujmując jego silne dłonie. Spojrzała na narzeczonego, słowa pastora do niej nie docierały, skupiała się tylko na tym, co mówił Jordan, jak zahipnotyzowana wpatrywała się w jego usta, żeby usłyszeć to jedno wyczekiwane słowo…
─ Tak. ─ Głos Aidena drżał lekko, gdy wypowiadał to na co dzień błahe słowo, teraz nabierające wielkiej mocy, podobnie zresztą jak głos Inez, gdy ta składała małżeńską przysięgę. Blondynka zarzekała się, że nie będzie płakać, bo też nie należała do łatwo wzruszających się kobiet, lecz w tym momencie czuła rosnącą w gardle gulę i musiała intensywnie mrugać, by przegonić zbierające się w oczach łzy. Wciąż mocno drżąc, ujęła w dłonie twarz mężczyzny swojego życia i pocałowała go czule, ledwo słysząc radosne okrzyki zgromadzonych w kościele gości. Po chwili zdającej się trwać całą wieczność, mocno ściskając rękę swojego świeżo upieczonego męża, odwróciła się w stronę zapełnionych ławek…
…wszyscy stali, klaszcząc w dłonie. Roześmiani i szczęśliwi. Sienna, szczerząc się tak szeroko jak to tylko możliwe, przyglądała się swoim gościom, najbliższym ludziom, który, była wdzięczna za to, że towarzyszą jej w takim dniu. Stojąc po prawej stronie swojego męża, uniosła ich dłonie w geście zwycięstwa…

─ Co wy najlepszego wyprawiacie? ─ Z zamyślenia wyrwał je znajomy głos. Kobiety niemalże synchronicznie zamrugały szybko, chcąc się otrząsnąć i powrócić do rzeczywistości. Gdy spojrzały po sobie, z niemałym zaskoczeniem zauważyły, że wysoko unoszą splecione ze sobą dłonie i nic z tego nie rozumiejąc, szybko je opuściły.
─ My tak tylko… ─ bąknęła Inez, posyłając Siennie niezrozumiałe spojrzenie. Blondynka odpowiedziała jej wzruszeniem ramion, choć chyba obydwie podświadomie podejrzewały, co właśnie miało miejsce i przez to na ich twarzach zaczęły się błąkać wesołe uśmieszki. Ich mężowie przecież nie musieli wiedzieć o wszystkim. W tym także między innymi o tym, że na długo przed ich poznaniem w improwizowanych warunkach ślubowały sobie miłość i wierność aż do grobowej deski. Chichocząc głupio niczym nastolatki, wciąż trzymając się za ręce, przekroczyły próg wyjątkowego college’u, który już na zawsze splótł ze sobą ich losy.


Quin stanęła przed ich dawnym domem i uśmiechnęła się smętnie. Lubiła mieszkanie tutaj. Czuła wtedy, ze wszystko jest na swoim miejscu. Ona, Ian, Chris… Że wszystko się poukłada i będą prowadzić nudne życie we własnym gronie. Tymczasem los pchnął na inne tory i popędzili w zupełnie innym kierunku. Ian przejął rodzinną kancelarię, a oni ruszyli za nim. Wyprowadzili  się z Nowego Jorku i wydawało się, że to normalne. Znalazła jakąś pracę, zajmowała się dziećmi. Nie można było powiedzieć, że źle im się żyje. Na biedę też nie można było narzekać. Jednak czasami z bólem wspominała ten okres po ślubie, kiedy jeszcze się tym wszystkim cieszyli i codzienność nie zabijała całego entuzjazmu.
Westchnęła cicho i ruszyła dalej. Złapała taksówkę i pojechała do ojca. Ostatnio nie spotykali się za często, więc zdecydowała, że u nich przenocuje. Spędzenie z nim czasu wydawało się dobrym pomysłem. Wspólna kolacja, pogaduchy, wspomnienia. Szybko jednak okazało się, że sama siebie oszukuje, próbując przywołać dawne czasy na siłę. Nie była już tą zakochaną nastolatką, która patrzyła na świat przez różowe okulary, a wszędzie i tak widziała tylko jedno – a właściwie jednego. Po latach miała wrażenie, że w pewien sposób gdzieś się w tym pogubiła. Ian robił karierę. Był lubiany, często zapraszany na przyjęcia, spotkania. Zawalony robotą. A ona czuła się jak ozdoba. I chociaż nie wątpiła w ich uczucie, to zastanawiała się, czy nie powinna bardziej zdecydowanie określić swój obszar działania w życiu i poza domem. Szczególnie teraz, gdy dzieciaki już nie siedzą z nią, a spędzają czas w szkole, gdy Chris woli kolegów od matki. To normalne. Tylko… że Quin czuła, że dla niej nie ma już miejsca. Że życie jest zbyt zatłoczone.
Miała nadzieję, że wizyta w Nowym Jorku pomoże jej poukładać myśli i własne uczucia. Tymczasem powrócił tylko żal… i wspomnienia słodkich chwil. A przecież nie wszystkie były takie… Nawet jeśli wokoło wcale tak przyjemnie nie było.

Słyszałam, jak drzwi się powoli otwierają, i uniosłam jedną powiekę. Do sali przez uchylone drzwi zaglądał Ian, a jego ciemna czupryna była jeszcze bardziej potargana niż zwykle.
Uśmiechnęłam się mimowolnie, choć nie mogłam zrozumieć, co on tutaj robi.
- Ian! – powiedziałam wesoło. - Co Ty tu robisz? I czy widziałeś się dzisiaj w lustrze?
- Przyszedłem, żeby zobaczyć, jak się czujesz. - Chłopak uśmiechnął się lekko, odruchowo przygładzając wolną dłonią potargane włosy. W drugiej trzymał bukiet białych róż, które położył na stoliku obok mojego łóżka. To było miłe. Bardzo miłe. - Możliwe, że widziałem się w lustrze, ale to tylko włosy. - Usiadł obok mnie. Chwycił moją zabandażowaną dłoń i ścisnął ją lekko.

Quin oderwała wzrok od zakochanej parki, która tuliła się do sobie na ławce. Nie myślała o dwojgu nieznajomych. Wspominała swoje uczucia. Miała wrażenie, że niedługo utonie w tej całej emocjonalnej bańce.
Wtedy jej telefon z cichym brzęczeniem zawibrował w kieszeni. Wyjęła go w pośpiechu.
- Tak?
W odpowiedzi dostała potok słów, z którego udało jej się wyłowić tyle, co nic. A właściwie dwa wyrazy: „bal” i „idziesz”. To stara znajoma dowiedziała się przypadkiem od ojca Quin, że blondynka jest w mieście. Zadzwoniła więc, aby zabrać ją ze sobą na bal absolwentów ich starego, dobrego college’u. Pani Dawson nie potrafiła odmówić. Nawet nie próbowała tak naprawdę. Od przyjazdu uganiała się po mieście za wspomnieniami i śladami minionych dni, więc jak mogłaby zignorować tak wyraźny sygnał od losu? Po dobrych dwudziestu minutach dostała nie tylko mailowe zaproszenie na bal, ale też poważny ból głowy. A musiała zdobyć jeszcze sukienkę na tę imprezę.

Kiedy weszła w szkolne mury, zadrżała  lekko. Nie miała złych wspomnień z tym budynkiem – przeciwnie, bardzo lubiła to miejsce. Nigdy nie była sobą popularną czy zaangażowaną, ale miała swoje miejsce, swoje skrytki. Kiedyś godzinami przesiadywała w bibliotece, ślęcząc nad tekstami w wymarłych językach. Lubiła pracę w ciszy i spokoju. Nie wiedziała, jakim cudem później mogła pracować w miejscach tak gwarnych jak wytwórnia czy niespokojnych jak muzea. Czas spędzony w murach college’u był dla niej niczym utopia lat dziecinnych.
Wyjęła telefon i cyknęła sobie selfie na tle drzwi z symbolem college’u. Wysłała do męża.
Żałuj, że cię tu nie ma. Kocham was. Buziaki napisała szybko i wysłała. A potem pewnym krokiem weszła do sali, w której gromadzili się też inni goście.
Zżerała ją ciekawość, łaknęła widoku znajomych twarzy. A może chciała znaleźć samą siebie?

Sol Duval, niebawem Schriver, przyłożyła dłoń do płaskiego brzucha, nie mogą nadziwić się, że tak szybko wróciła do dawnej figury. W tym momencie ich wspólne mieszkanie z Ethanem stojące nieopodal Central Parku tonęło w błogiej ciszy, ale wiedziała, że kiedy narzeczony wróci z niemal roczną córcią z krótkiego spaceru, ściany wypełni cudownie słodka rodzinna melodia. Nie była do końca pewna, po kim mała Rose to odziedziczyła, ale gdy tylko się nie uśmiechała, gaworzyła po swojemu, doprowadzając rodziców do bardzo intensywnej pracy mózgów nad rozszyfrowaniem tego, co ma na myśli. I o ile ona spędzała z małą więcej czasu nić Ethan, to jednak on intuicyjnie zawsze wiedział, czego Rosie chce i po co wyciąga pulchne rączki.
Odgarnęła z czoła krótkie, łaskoczące ją w twarz marchewkowe kosmyki i spojrzała na jasną kopertę, którą trzymała w dłoni. Minęło dobre kilka lat od ostatniego momentu, jak chociażby pomyślała o swojej dawnej uczelni, zatem zaproszenie na Bal Charytatywny I Zjazd Absolwentów było niemałym zaskoczeniem, gdy listonosz dostarczył jej to na aktualny adres. Nie sądziła nawet, że Dyrekcja New York College w ogóle doszuka się zmiany lokalizacji  zamieszkania absolwentki, która nawet nie świeciła na scenie, jak dawniej i to już od sporego szmatu czasu.
Z sentymentem spojrzała na komodę przy oknie, na której razem z ukochanym ustawili kilka
najpiękniejszych zdjęć, łapiących najważniejsze momenty z ich życia. Większość stanowiły wspólne ujęcia, jak te z okazji chrztu synka Joyce – wtedy oboje zostali rodzicami chrzestnymi maluszka; jedyny raz gdy Ethan dał się wyciągnąć na zabawę karaoke w barze u Petera; albo jak wspólnie z babcią Ruby wybrali się nad jezioro pod miastem i obydwie kobiety świeciły bladymi skórami, a Ethan dumnie prezentował nieco czerwoną, ale jednak istniejącą opaleniznę. Znalazło się tu jednak także kilka fotografii, na których każde z nich stało osobno. Młodziutka zaledwie osiemnastoletnia Sol podczas swojej pierwszej roli primabaleriny, gdy niemal z łzami w oczach wieńczyła spektakl z resztą tancerzy w wyraziście cudacznym makijażu i stroju, który błyszczał jak usiane gwiazdami niebo. Otwarcie małej autorskiej pracowni projektowania i szycia strojów na spektakle baletowe z kostiumologami, które wciąż miało ją wiązać z baletem, mimo iż diagnoza lekarska była niczym wyrok, zakazując już bliskich starć z sceną po wypadku. Jej dwudzieste szóste urodziny, które spędzała u rodziny w Włoszech, dumnie prezentując każdemu pierścionek na palcu serdecznym, którym Ethan się oświadczył przed ostatnim wyjazdem na misję ze swoją jednostką SEALsów. Potem fotka z szalonymi przyjaciółkami podczas jednego z ostatnich wypadów w Nowym Jorku, kiedy jeszcze wszystkie były na miejscu i mogła codziennie odwiedzać April, Rosalie, Cyzię i Inez, nim wszystkie rozpłynęły się gdzieś po świecie. Frontowe wejście New York Theatre Ballet po jednym z lżejszych spektakli, na które zabrała swoją klasę maluszków, które wprowadzała w świat sztuki i miłości do desek. To wszystko było masą jej najcudowniejszych wspomnień z zaledwie kilku ostatnich lat. Ruda wyciągnęła dłoń po jedną z ramek, przesuwając opuszkami delikatnie szkiełko chroniące fotografię, Ethan stał dumnie salutując z swoimi chłopakami, którzy byli jego braćmi, jego rodziną. I o których bała się równie mocno jak o swojego mężczyznę, gdy kolejny raz opuszczali kraj.
– Jesteśmy! - usłyszała od progu i odstawiła zdjęcie, kierując się do drzwi wejściowych, żeby powitać swoje skarby.
Ucałowała Ethana w polik i wyciągnęła ręce do swojej córki, z którą nie potrafiła się rozstać nawet na jedną godzinę. Choć gdy szła do pracowni na pół dnia, albo prowadzić zajęcia dla dzieciaków, ciągłe zajęcie okazywało się skutecznie zasnuwać myśli o tęsknocie za tym uroczym bąbelkiem, które oczy miało ewidentnie po tacie. Choć uśmiech po niej, zdecydowanie!
– Jedziemy na zakupy, słonko – oznajmiła, wręczając Porucznikowi zaproszenie i odstawiając wózek na bok korytarza, przeszła do salonu, by usiąść na sofie z Rosie na kolanach i zdjąć z niej lekki sweterek.
Nie była pewna, czy trzeba będzie jakoś szczególnie namawiać Ethana do wskoczenia w garnitur, ale obydwoje doskonale wiedzieli, że gdy Sol bardziej się postara, on ulegnie każdej jej prośbie. To już tak z nimi było, że twardy żołnierz przy byłej baletnicy trochę miękł i serdecznie bawiły ją te pełne szacunku, ale i trwogi spojrzenia jakie rzucali swojemu dowódcy chłopcy z jednostki, gdy spotykali się raz na jakiś czas na wspólnym przyjacielskim grillowaniu. Jakby nawet bez munduru gotowi byli wypełnić każdy jego rozkaz, a przecież nie był wcale tak surowy i nieprzejednany, jakby się mogło wydawać. Nie dla niej.
Zaśmiała się pod nosem, widząc minę wchodzącego do salonu narzeczonego. Ostatnio, gdy zaciągnęła go na zakupy, spędzili prawie dwanaście godzin na odwiedzaniu salonów sukien ślubnych, bo gdy tylko jej ciało po porodzie zaczęło nabierać dawnych kształtów, a skóra na brzuchu znów stała się sprężysta, tak że Sol mogła wskoczyć w dawne sukienki i jeansy, nie chciała dłużej odwlekać przygotowań. Zresztą ich ślub i tak odwlekany był blisko półtora roku, bo to raz wypadła Ethanowi misja na kolejne sześć miesięcy i nie mógł odmówić, a to znów ona musiała pomóc rodzicom w rozwiązaniu najmu winiarni, gdy przenosili cały interes do Palermo, a nie wszystkie dokumenty były w Nowym Jorku i latała kilka razy w ciągu miesiąca do Włoch. A później ciąża, a Duval zdecydowanie nie chciała wyglądać w najważniejszym dniu kobiety jak bela.  Rozumiała więc, skąd ten grymas na twarzy mężczyzny, choć była pewna, że tym razem spodoba mu się to o wiele bardziej.
– Podrzucimy Rosie do babci – oświadczyła, bo z dzieckiem ani nic by nie kupili, ani nawet nie byłaby w stanie na spokojnie żadnej kreacji przymierzyć, a skoro obowiązywał strój wizytowy, chciała pokusić się o coś zjawiskowego, bo dawno temu miała okazję nosić cokolwiek, co by było eleganckie, kobiece, wyrafinowane. - I będziesz musiał skupić się na mnie, wchodzić do przymierzalni razem ze mną, zapinać haftki, odpinać zamki i mówić całkowicie szczerze, jak to co zakładam na mnie leży – poinstruowała rozbawiona przyglądając się zmianom, jakie zachodzą w jego twarzy, spojrzeniu i nastawieniu do tego przedsięwzięcia. Bo zakupy w przypadku świeżo upieczonych rodziców, to była istna przygoda. Ekscytująca i podniecająca!
Ułożyła córkę w łóżeczku, ustawionym przy łóżku i podeszła do ukochanego, układając miękko jasne dłonie na jego torsie. Pocałowała go krótko i gdy ją objął, przyciągając bliżej, przesunęła dłońmi w górę po jego ramionach i zatrzymała ręce na karku, muskając skórę nad kołnierzem kurtki opuszkami.
– Dzięki Bogu jeszcze zostało mi trochę biustu po karmieniu, to będzie wesoło – zaśmiała się i wspięła na palce, całując go znów. Jeśli jednak którekolwiek z nich nabrało ochoty na coś więcej, przypomnienie o obowiązkach w postaci cichego popłakiwania i nawoływania z łóżeczka, skutecznie ostudziło wszelkie zapędy.
Kilka lat temu skupiała się jedynie na balecie. Scena była jej życiem, ledwie znajdywała czas, aby dbać o przyjaźnie, które nawiązała z tyloma wyjątkowymi osobami. W chwili obecnej wciąż ta sztuka istniała i była ważna w jej życiu, ale... teraz najważniejsza była rodzina i ludzie. Jej ludzie. I nie mogła doczekać się tych wszystkich znajomych twarzy, które na pewno ujrzy na zjeździe.
'

15/02/2016

2024. "I'll wrap my hands around your neck so tight with love"

28 stycznia 2016
W mieszkaniu na Upper East Side panował przyjemny spokój. Dwa koty spały na kanapie, przytulone do siebie tak, by móc cieszyć się własnym ciepłem. Duży zegar wiszący na ścianie tykał nad wyraz cicho, a jego wskazówki leniwie przymierzały się do wskazania kwadransa po osiemnastej. Wydawało się, że w osnutym ciemnością salonie nie ma nikogo, lecz pośród stłumionych, delikatnych dźwięków wybijało się rytmiczne stukanie. To Inez uderzała paznokciami o twardą oprawę książki, powoli przebierając smukłymi palcami. Siedziała w fotelu maksymalnie przysuniętym do odsłoniętego okna. Biała firanka brzydko gniotła się na limonkowej ścianie, tłocząc się w kącie z zasłonką z siateczki o metalicznym, szarym odcieniu. Dzięki temu blondynka mogła obserwować tańczące za szybą płatki śniegu, targane przez porywy wiatru to w lewą, to prawą stronę, czasem nawet zdarzało się, że śnieżynki były podrywane do góry. Cztery piętra niżej Nowy Jork zamarł, przysypany kilkudziesięciocentymetrową warstwą ciężkiego, białego puchu, przez co w mieszkaniu Inez było dziwnie cicho. Przez ramy okien nie przedzierał się stłumiony wrzask klaksonów, warkot silników czy tupot tysiąca stóp. Jedynym pojazdem, który przemknął pod oknami była odśnieżarka, która na kilka sekund rozświetliła salon pomarańczowym, migoczącym światłem.
Inez nie czuła się najlepiej. Od pewnego czasu towarzyszył jej ten charakterystyczny, nieprzyjemny ucisk w dołku, który nieuchronnie zwiastował nadejście czegoś niedobrego. W ciągu dnia, w natłoku pracy udawało jej się o nim zapominać, jednak i tak to paskudne uczucie potrafiło dopaść ją w najmniej odpowiednich momentach. Na przykład w środku spotkania z klientem, kiedy to Grant nagle traciła wątek i potrzebowała chwili, by na powrót zacząć składać sensowne zdania. Najgorzej jednak było wieczorami. Wtedy nie potrafiła odetchnąć ani na chwilę, czując się przytłoczoną i zagubioną. Co zabawniejsze, Inez doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co było powodem jej złego samopoczucia.
Wtem położony na oparciu fotela telefon zaczął wściekle wibrować, ślizgając się na czarnej imitacji skóry. Kobieta drgnęła, najzwyczajniej w świecie się wystraszywszy i zerknęła na wyświetlacz. Kiedy zobaczyła, kto dzwoni, nie mogła powstrzymać cichego śmiechu, który w niczym nie przypominał wesołego chichotu Inez, doskonale znanego jej znajomym oraz przyjaciołom. Był to śmiech gorzki i pełen żalu, który ucichł dokładnie w momencie, w którym Inez odebrała połączenie.
— Halo?
— Cześć, piękna. Odwołali wszystkie loty do Nowego Jorku… — mruknął Aiden, który znajdował się obecnie w tak bardzo odległym od Wielkiego Jabłka Phoenix.
— Wiem. I przez kilka najbliższych dni sytuacja chyba się nie zmieni… — westchnęła, przymykając powieki i zacisnęła palec wskazujący oraz kciuk u nasady nosa, jakby to miało pomóc w szybkim zlikwidowaniu lekkiego bólu głowy.
— Przylecę, jak tylko się da.
— Na ile tym razem? Dwa dni? Tydzień? — rzuciła, nie kryjąc złości i gwałtownie wstała z fotela, by podejść do okna i oprzeć czoło o zimną szybę. Nie planowała zabrzmieć tak ostro, nie potrafiła już jednak nad sobą zapanować. W końcu i jej cierpliwość była na skraju wyczerpania, choć wielu twierdziło, że jest to wprost niemożliwe. — Aiden, to wszystko nie miało tak wyglądać i trwać tak długo… — jęknęła żałośnie, chcąc poniekąd w ten sposób usprawiedliwić swój wcześniejszy atak. — W lutym minie rok, odkąd wróciłam do Nowego Jorku. Pamiętasz, co mi mówiłeś przed wylotem? Że załatwisz sobie przeniesienie, że… — urwała niespodziewanie, tracąc panowanie nad drżeniem głosu. Jej gardło ścisnęło się boleśnie i Inez z trudem przełknęła ślinę, mocno zaciskając wargi w cienką, bladą kreskę.
Aiden długo milczał, aż w końcu blondynka usłyszała jego przeciągłe, ciężkie westchnienie.
— Tłumaczyłem ci już, piękna. Okazało się, że muszę poczekać, aż skończy mi się umowa i wtedy będzie o wiele łatwiej wszystko to załatwić…
— Umowa kończy ci się w październiku. Mam czekać do października?! — warknęła, gniewnie marszcząc brwi, czego Aiden zobaczyć nie mógł, jednak wystarczyło usłyszeć głos Inez, by wiedzieć, jak bardzo jest niezadowolona. I wściekła.
— Co ja poradzę, że…
— Dobrze, Aiden, ta rozmowa nie ma sensu — przerwała mu stanowczo. — Poczekamy, aż lotniska znowu zaczną normalnie funkcjonować i przylecisz, tak? Wtedy porozmawiamy. Ja nie mam siły i cierpliwości do wałkowania po raz kolejny tego samego tematu przez telefon. Przepraszam. Pa! — wydusiła z siebie, każde kolejne słowo wypowiadając z coraz większym trudem. Kiedy się rozłączyła, rzuciła telefon na fotel i schowała twarz w dłoniach, mocno uciskając opuszkami palców kąciki oczu, jakby w ten sposób mogła powstrzymać łzy za wszelką cenę chcące wypłynąć na zewnątrz.
Była wściekła i rozżalona. Rozczarowana oraz zawiedziona. To nie tak miało być. Aiden już dawno powinien na stałe mieszkać w Nowym Jorku, powinna mieć go na wyciągnięcie ręki, ale nie miała i stawało się to coraz bardziej frustrujące. Zaczynała nawet wątpić w to, czy ich związek ma jakąkolwiek przyszłość. Byli ze sobą niespełna półtora roku, z czego jedynie sześć miesięcy udało im się spędzić blisko siebie. Pozostały rok ograniczał się do wzajemnych odwiedzin mających miejsce raz na dwa, trzy tygodnie, a niekiedy te odstępy czasowe stawały się jeszcze większe. Inez nie wystarczały wymieniane w ciągu dnia smsy, nie wystarczały rozmowy telefoniczne. Nie wystarczały jej nawet te kilkudniowe pobyty, raz jej w Phoenix, raz jego w Nowym Jorku. Traciły one na znaczeniu, kiedy przez pozostałe dni miesiąca wracała z pracy, marząc tylko o tym, by schować się w bezpiecznych ramionach Aidena i odpocząć. I za każdym razem była jedynie bardziej przygnębiona, kiedy po przekroczeniu progu mieszkania uświadamiała sobie, że nie może tego zrobić.
Nic więc dziwnego z tym, że Inez czuła się niepewnie i coraz częściej nękały ją myśli dotyczące tego, czy Aiden traktuje ją poważnie. A może po prostu zwodził ją i bawił się, jak wielu mężczyzn przed jego pojawieniem się? Na samą myśl o tym blondynka wzdrygnęła się i zaklęła pod nosem. Nic nie mogła poradzić na to, że dopadały ją coraz większe wątpliwości. W końcu była tylko kobietą, która miała wrażenie, że szczęście wymyka się z jej rąk.
Roztrzęsiona, siłą powstrzymała się od żałosnego płaczu, na który miała chęć sobie pozwolić. Wiedziała jednak, że kiedy już uroni pierwszą łzę, długo się nie uspokoi, a nie miała najmniejszej ochoty na późniejszą walkę z czerwonym, otartym od chusteczek nosem oraz opuchniętymi, zaczerwienionymi oczami. Długo walczyła ze sobą, mocno zaciskając powieki i oddychając głęboko, na pozór spokojnie. Jej usta co rusz wykrzywiały się w grymasie, który mógł sugerować, że przegra, że się rozpłacze, wtedy jednak przygryzała lekko wewnętrzną stronę policzka, mając nadzieję, że ból skutecznie odwróci jej uwagę. W końcu udało jej się uspokoić na tyle, że odsunęła dłonie od twarzy i otworzyła oczy.
Duże płatki śniegu, pozlepiane ze sobą w fantazyjne kształty wciąż sypały się z nieba, cicho opadając na drogę. Ponieważ porywisty wiatr ustał kilka godzin temu, śnieg leniwie opadał coraz to niżej, kołysząc się delikatnie. Było w tym coś uspokajającego. Do tego stopnia, że Inez nie odsunęła się od okna, tylko ułożyła dłonie na parapecie i z przyjemnością zaczęła obserwować tańczące tuż przed nią śnieżynki.

Cztery tysiące kilometrów od Nowego Jorku Aiden nerwowo chodził po mieszkaniu, wrzucając rzeczy z szafy wprost do walizki. Nie zawracał sobie głowy ich układaniem. Właściwie nie patrzył nawet, co bierze w ręce i przestał dopiero, kiedy walizka była pełna. Upchnął ubrania dłońmi, po czym zwinnym ruchem zasunął zamki i wyniósł bagaż do hallu, z namysłem zerkając w stronę łazienki. Właściwie wszystko, czego by potrzebował, mógł kupić po drodze lub już na miejscu. Nie miał czasu pakować szczoteczki do zębów bądź maszynki do golenia do kosmetyczki, poza tym w jego walizce już nie było miejsca. Wzruszywszy ramionami, zaplótł palce na uchwycie i zgarnął z haczyka zarówno klucze do mieszkania, jak i te do samochodu. Szybko uporał się z dwoma zamkami, wcześniej nacisnąwszy przycisk przywołujący windę, dzięki czemu kiedy skończył zamykać mieszkanie, kabina już na niego czekała. Przecież nie miał czasu! Zjechał na dół, dotarł na parking i wrzucił walizkę na bagażnik czerwonego pick up’a. Czekała go długa, dwunastogodzinna podróż. A może i nawet dłuższa, biorąc pod uwagę warunki pogodowe na wschodzie stanów. Wiedział jednak, że nie może zwlekać i dalej obracać wszystko w żart. Nie tym razem.
Ruszył niemalże z piskiem opon. Bał się. Pierwszy raz od dawna czuł rosnący niepokój. Jego pewność siebie i beztroska posłusznie wycofały się, przytłoczone tym niespodziewanym, obcym uczuciem. W końcu przez własną głupotę mógł zepsuć całe dobro, które przydarzyło mu się w przeciągu ostatniego półtora roku. Teraz widział wyraźnie, iż był głupi i bezmyślny, uznając, że ma czas. Że oni mają czas. Że nie muszą nigdzie się spieszyć, że całe życie przed nimi. Właśnie, przed nimi. Nie przed nią, nie przed nimi, ale przed nimi, razem – nie widział innej możliwości.
Przejechał przez puste skrzyżowanie na czerwonym świetle. Nie miał czasu.

29 stycznia 2016
Była godzina siedemnasta trzydzieści, kiedy Inez stanęła przed drzwiami klatki schodowej po prawie godzinie przedzierania się przez zakorkowane miasto. Niewyspana, ponieważ w nocy źle spała oraz zmęczona po dniu pełnym spotkań z klientami, niechętnie zerknęła w stronę schodów i z cichym westchnieniem skierowała się do windy. Wspinaczka na czwarte piętro stanowiła dla niej zbyt duże wyzwanie. Podróż windą z kolei okazała się nad wyraz przyjemna. Inez oparła się o ścianę, którą do połowy zajmowało porysowane lustro i przymknęła powieki, pozwalając, by skrzypiący cicho mechanizm zaniósł ją na właściwe piętro. Pchnąwszy drzwi, jednocześnie grzebała w torebce szukając kluczy i odruchowo podeszła do drzwi swojego mieszkania, które znajdowały się dokładnie na przeciwko windy. Kiedy nieomal potknęła się o wyciągnięte nogi, krzyknęła głucho i odskoczyła, odrywając wzrok od ręki zanurzonej w torebce.
— Aiden? — wychrypiała i odchrząknęła, mrużąc oczy, jakby niedowierzała temu, co widzi. Tymczasem mężczyzna wyrwany z drzemki niespodziewanym hałasem przetarł oczy, ziewnął, mlasnął cicho i uniósł wzrok na zaskoczoną Inez. Na jego twarzy momentalnie pojawił się łobuzerki, zaczepny uśmiech.
— Cześć, piękna.
— Aiden! — fuknęła, kiedy już odrobinę się otrząsnęła. Groźnie zmarszczyła brwi i zacisnęła usta, pozwalając ponieść się fali złości, która była gwałtowna, ale krótka. Kilka chwil później walczyła z drgającymi kącikami ust, które próbowały unieść się w szerokim uśmiechu. Aiden w tym czasie zdążył podnieść się z wycieraczki, wygładził na sobie pogięte ubranie i podniósł z trudem ogromny bukiet róż, który do tej pory spoczywał obok niego, a teraz przesłonił jego sylwetkę.
— Zapomniałem kluczy do twojego mieszkania. Zawsze tak późno wracasz z pracy? — doleciało do jej uszu gdzieś zza czerwonych główek kwiatów. Korzystając z okazji, że Aiden jej nie widzi, Inez uśmiechnęła się mimowolnie i wywróciła oczami. Następnie odchrząknęła, z powrotem przyjmując poważny wyraz twarzy i wyminęła mężczyznę. Przecież była na niego wściekła. Tym razem szybko znalazła klucze i otworzyła czym prędzej. Weszła w głąb mieszkania, nie oglądając się za siebie. Ciche przekleństwa, które słyszała świadczyły o tym, że Aiden gramolił się z kwiatami przez próg, Grant jednak nie spoglądała w jego stronę. W spokoju ściągnęła płaszcz, uparcie wpatrując się w ścianę. Lekki trzask zasugerował jej, że brunet zamknął za sobą drzwi. Ściągając kozaki, zastanawiała się, czy się odezwać, czy jednak poczekać, aż Aiden przestanie żartować i zabrzmi nieco poważniej. Uznawszy wreszcie, że może się chociaż przywitać, nabrała powietrza w płuca, odwróciła się i zamarła, szeroko otwierając oczy.
Uśmiechnięty od ucha do ucha Aiden klęczał na środku wąskiego przedpokoju, w lewej ręce trzymając bukiet róż, zza którego spoglądał na nią z pewnym rozbawieniem. Na jego prawej dłoni, wyciągniętej w jej stronę spoczywało otwarte, aksamitne, czerwone pudełeczko z migoczącą zawartością. Mająca mroczki przed oczami Inez zorientowała się, że zapomniała wypuścić powietrze z płuc i teraz odetchnęła głośno, cała wiotczejąc.
— Czy ty właśnie… Czy ty…? — wydusiła z siebie, pobladła i autentycznie przerażona, nie była jednak w stanie dokończyć. Serce biło jej jak szalone, a na policzki wystąpiły rumieńce. Wodziła wzrokiem od pierścionka do twarzy Aidena i z powrotem, zastanawiając się, czy ma dokąd uciec. — Czy ty właśnie mi się oświadczasz? — wydusiła w końcu i uśmiechnęła się nerwowo.
— Na to wygląda — odparł beztrosko brunet, wzruszywszy ramionami. Wyglądał na kompletnie niewzruszonego tym, co właśnie się działo, w przeciwieństwie do Inez – czerwone plamy na jej policzkach brzydko kontrastowały z bladą cerą. — Więc żeby było już tak formalnie… — mruknął i poprawił się nieco, gdyż najwyraźniej bolało go kolano, na którym klęczał. — Inez, wyjdziesz za mnie?
Blondynka wyglądała tak, jakby miała za chwilę zemdleć. Tak też się czuła. Na pytanie bruneta zachichotała nerwowo, pokręciła głową, po czym wbiła w niego wzrok i cała się zatrzęsła. Aiden stracił nieco ze swojego animuszu, kiedy Inez rzuciła się na niego z zaciśniętymi dłońmi i uwiesiwszy się na jego szyi, zaczęła okładać plecy mężczyzny drobnymi piąstkami.
— Nienawidzę cię! — krzyczała wprost do jego ucha. — Nienawidzę! Jesteś okropny!
— W dzisiejszych czasach tak się przyjmuje oświadczyny? — spytał ostrożnie, wyczuwając, że Inez nieco rozluźnia się w jego ramionach, pociągając nosem. Po chwili uspokoiła się zupełnie, mocno oplatając go rękoma i tylko jej urwany oddech świadczył o zbyt dużym natłoku emocji.
— Tak — burknęła jak obrażona, mała dziewczynka gdzieś w okolicach jego ucha, na co Aiden roześmiał się dźwięcznie, przez co tylko znowu oberwał od narzeczonej po plecach.

15 lutego 2016
Stojąc w kuchni, Inez przestępowała z nogi na nogę, starając się w ten sposób uchronić stopy przed zimnymi płytkami. Wsłuchując się w szum czajnika elektrycznego, bezwiednie obracała na palcu pierścionek z białego złota. Początkowo, nienawykła do noszenia tego rodzaju biżuterii, nie mogła się do niego przyzwyczaić. Teraz zapominała o nim dość często, co i tak w przeciągu ostatnich dwóch tygodni nie powstrzymywało jej przed zerkaniem na dłoń i zastanawianiem się, czy to wszystko zdarzyło się naprawdę. Jednakże po chwili odgłosy dochodzące z sypialni utwierdziły ją w przekonaniu, że to coś więcej niż piękny sen. Wstając, Aiden zawsze hałasował jak niedźwiedź budzący się z zimowego snu. Jego głośne człapanie sprawiło, że Inez odwróciła się i uśmiechnęła pod nosem na widok zaspanego mężczyzny, który przystanął w progu kuchni.
— Będę w końcu musiała pochwalić się przyjaciołom — rzuciła, unosząc dłoń z pierścionkiem.
— To cały Nowy Jork jeszcze o tym nie plotkuje? — Aiden ziewnął, nie kwapiąc się, by zakryć dłonią usta. Grant z kolei wywróciła oczami i pokazała mu język, tym samym dając mu do zrozumienia, co sądzi o jego uwadze.
— Myślałam, że może moglibyśmy zrobić jakąś imprezę…? — zasugerowała.
— Dobry pomysł. A teraz wybacz — powiedział, wskazując na drzwi do łazienki, w której niemalże w tej samej chwili zniknął.
Pokręciwszy głową, blondynka zalała wrzątkiem dwa kubki: jeden z kawa, drugi z herbatą. Od dwóch tygodni jej codzienność wyglądała zupełnie inaczej. Aiden kręcił się po jej mieszkaniu, tłumacząc, że z jego pracą wszystko w porządku i ma się niczym nie martwić. Że przecież i tak miał przylecieć, więc wziął wolne, a teraz był w trakcie załatwiania przenosin. Inez wolała więc nie pytać, jak mu to idzie, nie chcąc się niepotrzebnie denerwować. Wiele jednak wskazywało na to, że Aiden nie zamierzał już wracać do Phoenix i z tego powodu kobieta nie potrafiła ukryć zadowolenia.
Raz po raz zerkając na migoczący pierścionek, zaśmiała się cicho. Chyba jeszcze nie do końca mogła uwierzyć w swoje szczęście ani w to, co się wydarzyło. Jakby wciąż pozostawała w ciężkim szoku, kompletnie zbita z tropu tym nagłym posunięciem mężczyzny. Musiała jednak przyznać, że akurat ten stan zdezorientowania, w którym się znajdowała był nad wyraz przyjemny.
_____________________________________________________________________________
Tak dawno niczego nie pisałam, że autentycznie stresuję się przed publikacją. Mam więc nadzieję, że nie ma źle :) Wyszła z tego taka trochę komedia romantyczna, ale Inez jak najbardziej się należy. 

08/02/2015

2002. But I’ll always be invaded by you

31 stycznia 2015 roku, Phoenix
Dzień był pogodny. Słońce leniwie wspinało się po niebie, wędrując coraz wyżej i w miarę upływających minut świecąc coraz ostrzej, a także skutecznie podnosząc temperaturę powietrza, które powoli traciło zgromadzony przez noc, orzeźwiający chłód i stawało się coraz gęstsze, nie tak lepkie jak w letnie miesiące, ale równie ciężkie, zmuszające do upijania co jakiś czas kilku łyków wody w celu zwilżenia gardła.
Dochodziła ósma. Mimo weekendu Phoenix już dawno nie spało, gdzieś w dole szumiały samochody i stukały buty przechodniów, którzy jedynie nieco mniej spiesznie niż w tygodniu podążali w znanych tylko sobie kierunkach. Otwierały się pierwsze sklepy, kilka przecznic dalej zdążył powstać niewielki korek, ruszyła sprzedaż porannej gazety. Miasto, po leniwej pobudce, skutecznie wskakiwało na coraz wyższe obroty, by po kilku godzinach osiągnąć charakterystyczny dla siebie rytm, który miał ulec spowolnieniu dopiero w późnych godzinach nocnych.
Inez od rana bolała głowa. Obudziła się już z tępym bólem ulokowanym za oczodołami, niby niezbyt dokuczliwym, ale wciąż obecnym, na dłuższą metę drażniącym i rozpraszającym. Wiedząc, że ten stan prawdopodobnie będzie utrzymywał się do wieczora, zawczasu połknęła tabletki przeciwbólowe, licząc na to, że nieprzyjemne ćmienie, nasilające się przy intensywniejszym ruchu gałek ocznych, ostatecznie zupełnie niepostrzeżenie odejdzie w zapomnienie. Teraz, siedząc w kuchni i popijając ulubioną zieloną herbatę, której jeszcze nie nauczyła się dobrze parzyć, przyglądała się, jak złota kula sunie ponad szklanymi wieżowcami, odbijając się na ich powierzchni jasnymi, bolesnymi dla wzroku refleksami, lecz Inez zdawała się ignorować skaczące po jej twarzy zajączki, zapatrzona ślepo w jeden niesprecyzowany punkt zawieszony gdzieś w przestrzeni. Spojrzenie miała nieobecne, nieruchome, twarz ściągniętą w grymasie obrazującym zamyślenie, do wtóru z pionową zmarszczką przecinającą wysokie czoło, która stała się dowodem na wciąż towarzyszący jej ból głowy.
Obejmując kubek dłońmi, blondynka bezwiednie zaczęła stukać paznokciami o polakierowaną ceramikę, wspomnieniami wracając do innego poranka, łudząco podobnego do tego dzisiejszego, ale sprzed kilku miesięcy. Mimo iż kobiecie wydawało się, że od tamtego dnia minęło trochę czasu, wspomnienie było wyraźne i żywe, niemalże namacalne i już po chwili siedząca w kuchni Inez znalazła się w zupełnie innym miejscu – na zatłoczonym pomimo wczesnej pory lotnisku, wypełnionym szumem rozmów i komunikatów, turkotem kół walizek i tupotem tysiąca stóp.

— Jak na bufetową kawę, ta tutaj jest zaskakująco dobra. Powiedziałbym nawet, że lepsza niż te, które można dostać na całym lotnisku.
Czekająca na realizację swojego zamówienia Inez odwróciła się powoli, a jej wzrok padł na nienagannie wyprasowany kołnierzyk białej koszuli, spod którego miękko spływał cienki, ciemnogranatowy krawat. Zaciekawiona blondynka lekko uniosła głowę i teraz już mogła zobaczyć, kto był autorem skierowanych do niej słów. Przed sobą miała niewiele starszego od siebie mężczyznę, a przynajmniej tak jej się wydawało na pierwszy rzut oka. Nieznajomy uśmiechał się zaczepnie i Inez nie mogła nie odwzajemnić takiego uśmiechu.
— To dobrze się składa. Rzadko piję kawę, a jeśli już, to tylko najlepszą — stwierdziła i uśmiechnęła się wesoło, po czym ponaglona cichym chrząknięciem kasjerki, wyłuskała z portfela odpowiednią kwotę i zapłaciła. Portfel wrzuciła do przewieszonej przez ramię torebki i chwyciła tacę, na której spoczywała kawa w papierowym kubeczku i zamknięte w plastikowym pojemniku trójkątne kanapki z łososiem.
— Może się pan przysiądzie? — zaproponowała nagle, zerkając na stojącego za nią w kolejce mężczyznę i nie czekając na odpowiedź, ruszyła w stronę upatrzonego wcześniej wolnego stolika, z każdym krokiem coraz intensywniej zastanawiając się, co ją podkusiło.
Pochylona nad torebką, usłyszała jedynie szuranie odsuwanego krzesła, następnie zaś stukot układanej na stoliku tacy. Nie od razu uniosła głowę, a jedynie uśmiechnęła się pod nosem i dopiero kiedy upewniła się, że ma wszystkie potrzebne dokumenty, przewiesiła torebkę przez oparcie krzesła i wyprostowała się.
— I tak zamierzałem się przysiąść — stwierdził nieznajomy i dla odmiany uśmiechnął się łobuzersko, co z kolei samej Inez przywiodło na myśl zbuntowanego nastolatka.
— Tak? — rzuciła i nieznacznie uniosła brwi, nie kryjąc zaskoczenia. Zaraz jednak uśmiechnęła się lekko i wyciągnęła dłoń ponad stolikiem. — Inez, miło mi.
— Aiden — odparł, wymieniając z nią pewny uścisk dłoni. — I dokąd to się wybierasz, Inez? — zagadnął, jakby byli dobrymi znajomymi i otworzył wieczko swojej kawy. Przez tą krótką chwilę blondynka miała okazję mu się przyjrzeć, lecz nie zauważyła nic ponadto, co spostrzegła już w kolejce do kasy. Aiden był brunetem, z nieco roztrzepaną fryzurą, jakby od pewnego czasu zapominał odwiedzić fryzjera. Jego policzki pokryte były kilkudniowym zarostem, gdzieniegdzie poprzeplatanym nieco jaśniejszymi włoskami. Oczy zaś miał intensywnie niebieskie, jasne, barwy czystego, letniego nieba. Mimo białej koszuli, krawata i spodni wyprasowanych w kant wyglądał nieco niedbale; dorosły mężczyzna preferujący styl niegrzecznego chłopca, jak Inez ich nazywała. I pech chciał, że miała do takich mężczyzn cholerną słabość.
Tracąc zainteresowanie kawą, Aiden zerknął na Inez, a ona uciekła przed jego badawczym spojrzeniem, przysuwając bliżej siebie pojemnik z kanapkami.
— Do Nowego Jorku — wyjaśniła, starając poradzić sobie z plastikowymi zatrzaskami, bardzo charakterystycznymi dla tego typu pudełek.
— Popatrz, ja też. Lot numer 709? — spytał i widząc, że blondynka nie może poradzić sobie z pojemnikiem, bez słowa wyjął go z jej rąk i otworzył go z niespotykaną łatwością, jakby robił to nie codziennie, a co najmniej kilka razy w ciągu dnia.
— Tak, dokładnie ten. I dziękuję — powiedziała i uśmiechnęła się, kiedy Aiden podsunął jej już otwarte pudełko z kanapkami. — Może jeszcze zaraz się okaże, że mamy miejsca koło siebie? — rzuciła, nie kryjąc rozbawienia i teraz już otwarcie przyglądała się mężczyźnie, nie uciekając się do takich sztuczek, jak odwracanie wzroku. Bo niby po co miałaby to robić? Przez kilka pierwszych minut tej rozmowy rzeczywiście czuła się lekko skrępowana, co mogło tłumaczyć jej niechęć do utrzymywania kontaktu wzrokowego, lecz wrażenie to szybko uleciało i Inez zaczynała czuć się tak, jakby miała przed sobą dawno niewidzianego znajomego.
— Wątpię. — Aiden skrzywił się, bawiąc się wieczkiem z papierowego kubeczka na kawę. — Szczęście zwykle mi dopisuje, ale raczej nie aż tak bardzo — dodał jeszcze i uniósł wzrok na siedzącą naprzeciwko kobietę, która także pozbyła się wieczka i upiła pierwszy łyk gorącego jeszcze płynu.
— Rany, faktycznie dobra — przyznała Inez, kiedy już ostrożnie przełknęła, by się nie poparzyć i oblizała usta z pianki. — Bardzo dobra!
— Mówiłem. Co, nie wierzyłaś mi? — spytał brunet i posłał Inez niby to groźne spojrzenie, co spowodowało tylko, że blondynka pokręciła głową i zaśmiała się krótko.
— Co cię ciągnie do Nowego Jorku? — spytała wreszcie, chcąc zaspokoić ciekawość i sięgnęła po kanapkę, bo też czuła, że jeśli tego nie zrobi, to jej brzuch głośno i natarczywie zacznie domagać się zapełnienia.
— Praca. A ciebie? Bo stąd na pewno nie jesteś. Po pierwsze, schodzi ci skóra z nosa. Po drugie, póki co jesteś opalona na raczka. Ładny z ciebie raczek — stwierdził zupełnie bez owijania w bawełnę i uśmiechnął się niewinnie. Biła od niego pewność siebie, nie była ona jednak rażąca, jak zdarzało się w przypadku niektórych osób, które w ten sposób wszystkich odpychały. Aiden zaś przyciągał, co obecnie zarumieniona nie tylko z powodu opalenizny Inez już zdążyła poczuć na własnej skórze.
— Lecę po część moich rzeczy i wracam tutaj. Przeprowadziłam się tydzień temu. Z powodu nowej pracy.
— Czyli na stałe mieszkasz w Nowym Jorku, a na drugi koniec kraju wywiała cię praca? — upewnił się, przyglądając jej się badawczo. Czy on musiał być taki dociekliwy?
— Mhm… — mruknęła tylko, będąc właśnie w trakcie przeżuwania kęsa kanapki, swoją drogą bardzo dobrej kanapki, zbawiennie działającej na pusty do tej pory żołądek.
Nagle Aiden wstał, co było zaskakujące, bo swój kubek opróżnił zaledwie dopiero w połowie. Zerknął na zapięty na lewym nadgarstku zegarek, następnie z góry spojrzał na Inez, która z kolei przyglądała mu się z dołu, serwując mu pytające spojrzenie.
— Muszę już lecieć. Miło było cię poznać, Inez. Do zobaczenia — powiedział, uśmiechnął się i odwróciwszy się na pięcie, ruszył przed siebie.
— No cześć… — bąknęła blondynka, kiedy Aiden zdążył zniknąć w tłumie.

Umywszy kubek po herbacie, Inez zabrała się za sprzątanie. Odpaliła na laptopie ulubioną playlistę i zaczęła od szybkiego ogarnięcia sypialni, gdzie zwykle nie było dużo roboty. Cała zabawa zaczęła się przy pozostałych pokojach, zważywszy na to, że Leon i Kapelutek upodobali sobie ślizganie się na mokrych panelach. Śpiące do tej pory kocury wstały, kiedy tylko usłyszały szum wody nalewanej do wiaderka i aktualnie ganiały się po całym mieszkaniu, w zakręty wchodząc z takim poślizgiem, jakby całą noc oglądały Tokio Drift. Ciekawie wyglądał też start z miejsca, bardzo podobny do tego prezentowanego w kreskówkach, kiedy to, niekoniecznie kot, przez dłuższą chwilę przebierał łapami w miejscu, nie posuwając się ani o milimetr na przód. Tak, to było możliwe w codziennym życiu, Inez parokrotnie widziała to na własne oczy i musiała przyznać, że to komiczne.
W końcu Grant nie wytrzymała i mając dość smug na podłodze oraz latającego wszędzie futra, zamknęła koty w sypialni, po czym jeszcze raz zabrała się na wycieranie podłóg.

Siedząc na swoim miejscu przy małym, owalnym okienku, Inez rozejrzała się dyskretnie, lecz nigdzie w pobliżu nie zobaczyła Aidena. A już na pewno mężczyzna nie zajmował żadnego z miejsc obok niej, które po chwili zostały zajęte przez starsze małżeństwo. Grant westchnęła cicho i sięgnęła po przygotowaną wcześniej książkę, jednym uchem wysłuchując instrukcji stewardessy. Następnie, zgodnie z poleceniem zapięła pasy i wyjrzała przez okienko, przyglądając się, jak wraz z kołowaniem samolotu lekko zmienia się widoczny krajobraz. Jeszcze przed startem w głośnikach rozległ się głos pilota.
— Dzień dobry, z tej strony państwa pierwszy pilot — dało się usłyszeć, a głos lekko zniekształcony przez głośniki płynął dalej. Głos dziwnie znajomy, jak zdążyła zauważyć Inez i zmarszczywszy brwi, oderwała wzrok od okna, wsłuchując się uważnie w kolejne słowa i starając się skojarzyć, skąd ów głos zna. Myśl, że powinna potrafić przypisać go do konkretnej twarzy nie dawała jej spokoju.
— Mam nadzieję, że nikt z państwa niczego nie zapomniał, bo nie będę się wracał po zaginione dziecko czy małżonka. Życzę spokojnego i miłego lotu. Szczególnie uroczej blondynce siedzącej na miejscu numer trzydzieści siedem.
Komunikat pilota zakończył cichy trzask, kilku pasażerów rozejrzało się w poszukiwaniu tajemniczej blondynki, a Inez schowała twarz w otwartej książce, rumieniąc się już po raz drugi tego dnia.

Mimo niegdyś zaliczonego kursu gotowania kulinarne umiejętności Inez nie wspinały się na wyżyny. Wciąż spokojnie plątały się po dolinach, jedynie od czasu do czasu wspinając się na co łagodniejsze zbocza, z których z ulgą schodziły z powrotem na płaski teren, gdzie nie czekały na nie żadne niespodzianki i strome podejścia.
Stąd menu na dzisiejszą kolację było proste. Wręcz jednogarnkowe. Inez nie miała głowy do gotowania, nie dzisiejszego dnia, kiedy podejrzewała, że nie przełknie ani kęsa z tego, co przyrządziła.

Lot minął szybko, książka okazała się na tyle wciągająca, że Grant pochłonęła niemalże całą, od czasu do czasu jedynie robiąc sobie przerwę od lektury i ucinając krótką drzemkę.
W Nowym Jorku wylądowali w godzinach popołudniowych. Inez odebrała swoje bagaże i ruszyła w stronę postoju taksówek, lecz nim zdążyła opuścić lotnisko, ktoś położył dłoń na jej ramieniu.
— Co robisz dziś wieczorem? — spytał właściciel znajomego już głosu.

Stojąc przed lustrem, Inez wygładziła na sobie luźną, błękitną sukienkę i przyjrzała się sobie krytycznie, nieco niezadowolona ze swojego wyglądu. Włosy nie układały się tak, jak powinny, zbyt napuszone po szybkim myciu i suszeniu suszarką. Kreski na powiekach wydawały się nierówne, mimo że spędziła nad nimi pół godziny, co rusz nasączając waciki płynem do demakijażu i zmywając eyeliner, przez co nabawiła się tylko nieładnie zaczerwienionych oczu. Sukienka tu i tam raziła dziwnie układającą się fałdką. Zacięte przy goleniu kolano piekło lekko, rzucając się w oczy nieestetycznym strupkiem. Lakier z jednego paznokcia odprysnął i nie było czasu na poprawki, gdyż wybiła osiemnasta i Inez usłyszała pukanie do drzwi.
Sfrustrowana, niezadowolona, rozdrażniona i zestresowana zamknęła za sobą drzwi do sypialni, przeszła do niewielkiego hallu i otworzyła, witając gościa z taką miną, jakby właśnie została skazana na ścięcie.
— A co to za naburmuszona mina? — Aiden bezbłędnie odgadł, że coś jest nie tak, nie pomógł nawet wymuszony uśmiech, który wyjątkowo Grant nie wyszedł i przypominał raczej nieładny grymas. Tymczasem mężczyzna wszedł do środka, odłożył na szafkę butelkę wina i chwycił blondynkę za podbródek, tym samym zmuszając ją, by na niego spojrzała. Kiedy uciekła wzrokiem gdzieś w bok, cmoknął z niezadowoleniem i Grant powoli, wyraźnie się ociągając, wreszcie spojrzała na bruneta.
— Co jest, piękna? — ponowił pytanie, wpatrując się w nią uważnie i przenikliwie. W takich momentach nienawidziła tych wpatrujących się w nią niebieskich oczu, spojrzenia żądającego natychmiastowej odpowiedzi, wzroku czułego na najmniejszy grymas i wyłapującego najsubtelniejsze nawet kłamstwo.
— Głowa mnie boli — odparła wreszcie, nie do końca mijając się z prawdą, bo choć tabletki pomogły, to wciąż czuła, że coś jest nie tak i że ból gotowy jest w każdej chwili ponownie zaatakować.
— Coś mi tu ściemniasz. Ale niech ci będzie, przynajmniej na razie — stwierdził Aiden i wciąż nie puszczając jej podbródka, musnął jej wargi i uśmiechnął się pod nosem, czując zapach słodkich perfum. Nie zwlekając, odsunął się nieco, chwycił odstawione na bok wino, drugą ręką złapał dłoń kobiety i pociągnął ją za sobą do salonu, doskonale znając układ mieszkania i wiedząc, gdzie powinien się kierować. Butelkę postawił na stoliku, a sam opadł na kanapę, oczywiście ciągnąć za sobą blondynkę, która nie miała wyjścia i roześmiała się, ufanie opadając na kolana mężczyzny, który natychmiast objął ją ramieniem i poprawił się tak, by im obojgu było wygodnie.
— Co słychać? Podpisałaś już umowę z tą firmą, nad którą pracowałaś? — spytał, palcami sunąc po karku blondynki. Inez zaś ułożyła głowę na ramieniu Aidena i przymknęła powieki, zastanawiając się, kiedy przejść do sedna sprawy i poruszyć temat, na którym najbardziej jej zależało. Czuła, jak żołądek zawiązał się w supeł, czuła ten nieprzyjemny i znienawidzony uścisk w dołku, widziała, że ułożone na kolanach ręce trzęsą się lekko. Wiedziała, że długo tak nie wytrzyma.
— Tak jakby. To znaczy, już się z nimi na to umówiłam, na następnym spotkaniu. Także załatwię to i będę miała wszystko z głowy, zostanie mi tylko drobna papierkowa robota — wyjaśniła i przygryzła dolną wargę, kompletnie nie wiedząc, jak skierować tą rozmowę na właściwe tory. Chcąc jednak jak najszybciej mieć ją za sobą, ostatecznie postanowiła nie owijać w bawełnę.
— A później będę mogła wracać do Nowego Jorku.
— Wiem — odparł brunet, tonem dziwnie lekkim i pewnym, i co zabawniejsze, nie powiedział nic więcej. Grant zamarła w niepewnym oczekiwaniu i głośno przełknęła ślinę, uparcie milcząc. Czuła się przy tym coraz bardziej nieswojo, coraz bardziej przestraszona i mimo że to Aiden był sprawcą tego strachu, przylgnęła do niego mocniej, szukając schronienia i mając nadzieję, że zaraz wszystko minie.
Zawsze tak było, kiedy się sprzeczali czy kłócili. Jak do tej pory jeszcze nigdy o rzeczy niesłychanie ważne, ale prędzej czy później różnice zdań pomiędzy dwójką zupełnie różnych osób wychodziły na wierzch i dochodziło do spięć, czasem z błahych powodów, ale jednak. Wtedy Inez, choćby nie wiadomo jak wściekła i rozżalona, zawsze marzyła tylko o tym, żeby już było dobrze. Obojętnie, kto zawinił, obojętnie kto powiedział o jedno słowo za dużo, ona całą sobą chciała zażegnać konflikt i zwykle nie potrafiła gniewać się długo, zwykle też pierwsza wyciągała rękę, nawet jeśli to Aiden zawinił. Przybita z jego powodu, chciała, żeby to także on, nikt inny, odegnał jej smutki, przytulił i powiedział, że już wszystko dobrze i żeby nie kłócili się o głupoty, bo on nie lubi się z nią kłócić.
— I? — nie wytrzymała w końcu, przerywając ciszę, która zawisła między nimi.
— Co i? Mam ci powiedzieć, co będzie, jak wrócisz do Nowego Jorku?
— Tak.
Aiden westchnął i Inez drgnęła niespokojnie, lecz nagle mężczyzna chwycił ją pewnie i przesunął ją tak, że teraz siedziała obok, z nogami przewieszonymi przez jego nogi, zmuszona do obserwowania jego twarzy, czego miała nadzieję uniknąć. Nie lubiła patrzenia sobie w oczy przy tego typu „poważnych” rozmowach, choć rzekomo dorośli ludzie właśnie tak powinni robić. Nie lubiła i unikała tego jak ognia, bo zwykle nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów, nie potrafiła przedstawić swoich myśli tak, jakby tego chciała i przez to milczała jak zaklęta, od czasu do czasu wymamrotawszy coś niezrozumiałego.
— Wrócisz do Nowego Jorku na stałe, bo już kiedyś mi to powiedziałaś — oznajmił, pozwalając blondynce spuścić głowę i przebierać między palcami materiał sukienki. — A ja mam dla ciebie dwie odpowiedzi, w zależności od tego, jak odpowiesz na jedno moje pytanie. Odpowiesz?
— Tak.
— Znajdziesz dla mnie miejsce w szafie?
— To jest to pytanie? — spytała Inez, unosząc głowę i spoglądając na Aidena z lekkim niedowierzaniem, nie do końca rozumiejąc, o co mu chodzi, a raczej zastanawiając się, czy on właśnie brzydko z niej sobie nie żartuje.
— To znajdziesz czy nie?
— Znajdę, ale co to ma do rzeczy? — spytała podejrzliwie, walcząc z uśmieszkiem, który chciał wkraść się na jej usta.
— Ano to, że jak ty wrócisz do Nowego Jorku, to ja będę mógł porozmawiać z szefem, może będzie mi w stanie załatwić jakieś przeniesienie, żeby się obyło bez zwalniana i szukania nowej pracy, w końcu to te same linie lotnicze, a ja zamiast w Phoenix wolne dni spędzałbym w Nowym Jorku i dlatego potrzebuję miejsca w szafie. Twojej szafie. Bo nigdzie przede mną nie uciekniesz. No, może udałoby ci się uciec na Alaskę, tam jest zdecydowanie za zimno, miałbym poważne obiekcje przed przeprowadzką… — Aiden wzdrygnął się na samą myśl, po czym posłał Inez wesoły, beztroski uśmiech, wpatrując się w nią i chyba oczekując jakiejś reakcji, bo kobieta milczała, jedynie usta miała lekko rozchylone, jakby zdziwiona tym, co właśnie usłyszała.
— Czyli ty chcesz zamieszkać ze mną w Nowym Jorku? — wydukała wreszcie, chcąc upewnić się, że wyłapała z radosnej paplaniny to, co najważniejsze.
— Chcę. Ale nie wiem kiedy uda mi się wszystko pozałatwiać, z pracą i nie tylko. Ale chcę. I mogę, prawda?
— Możesz! — zawołała, dopiero teraz w pełni pojmując sens tego, co się właśnie wydarzyło i co Aiden powiedział. Strach zniknął, rozpłynął się jak mgła pod wpływem silnych podmuchów wiatrów i odszedł w zapomnienie, zupełnie tak, jakby nigdy go nie było. Zamiast się bać, Inez roześmiała się wesoło i dziwnym trafem nie potrafiła się uspokoić.
— A co tak ładnie pachnie? Bo skoro mamy już za sobą tą najgorszą część dnia, której tak bardzo się bałaś, to mogę wreszcie powiedzieć, że jestem cholernie głodny. I nic nie jadłem przed wyjściem. Bo miałaś zrobić coś dobrego. A to tak ładnie pachnie i przypomina mi, że jestem taki głodny… Głodny…
Aiden podniósł się, przekręcił i całym ciężarem swojego ciała położył na Inez, która, przygnieciona, nie miała najmniejszych szans na ucieczkę. Brunet za to mógł w spokoju powtarzać wprost do jej ucha jak bardzo jest głodny, przy okazji ignorując wszystkie próby wydostania się Inez. Bo tak było zabawnie. Bo ona na przemian denerwowała się i śmiała głośno. A on lubił ją rozśmieszać.

* * * 

8 lutego 2015 roku, Nowy Jork
Nowy Jork powitał ją niską temperaturą i lekko prószącym śniegiem. Inez ciaśniej opatuliła się płaszczem, czując jak chłód przenika aż do kości, lecz nie zraziła się, za to raźnym krokiem ruszyła przed siebie, uśmiechając się od ucha do ucha z wiadomych tylko sobie powodów. Za sobą ciągnęła walizkę na kółkach i choć była ona wyładowana po brzegi, Grant nie odczuwała jej ciężaru, nie przejmując się takimi błahostkami.
Nim wsiadła do taksówki, głęboko wciągnęła w płuca mroźne powietrze, by następnie wypuścić z ust obłoczki pary i uśmiechnąć się jeszcze szerzej. Tęskniła, tak bardzo tęskniła, nawet jeśli to pół roku tak szybko minęło. A teraz wreszcie była w domu.

03/02/2015

1999. Ditat deus*

Klimat panujący w Arizonie bardzo przypadł Inez do gustu. W końcu jak to ciepłolubne stworzenie mogłoby być niezadowolone z temperatur przekraczających trzydzieści stopni Celsjusza, i to w zimowych miesiącach? Choć trzeba przyznać, że w pierwszych tygodniach pobytu w Phoenix wysokie temperatury, od których nie było wytchnienia nawet nocą, dały Grant nieco popalić, wpędzając ją w ciągłe zmęczenie i zmuszając do wlewania w siebie znacznie większych ilości wody, niż dotychczas. Wszystko jednak pozostawało kwestią przyzwyczajenia i kiedy tylko organizm dostosował się do zupełnie nowej dla niego sytuacji, Inez odzyskała dawny, tak charakterystyczny dla niej wigor i szybko uzupełniła swoją garderobę o zdecydowanie lżejsze ubrania. Dodatkowo całym sercem pokochała ciepłe i duszne wieczory, którymi niestety nie mogłaby się cieszyć o tej porze w Nowym Jorku i chętnie wybierała się na późne spacery, rozkoszując się ciepłymi podmuchami wiatru muskającymi odsłoniętą skórę. Słowem, potrzebowała bardzo niewiele czasu, by zakochać się w nowym miejscu, do którego wygnała ją praca.
Phoenix pod względem rozmiarów nie przegrywało w przedbiegach z Nowym Jorkiem, wręcz przeciwnie, jako szóste miasto co do wielkości w Stanach Zjednoczonych miało bardzo wiele do zaoferowania i Inez obawiała się, że do końca swojego pobytu tutaj nie zdoła poznać wszystkich jego atrakcji, tym bardziej, że nowa praca okazała się bardzo absorbująca i czasochłonna. Grant nie podejrzewała nawet, że tak się w to wszystko wciągnie, że tak bardzo pochłonie ją w głównej mierze, nie ukrywajmy, papierkowa robota. Sama się sobie dziwiła, że aż tak się zaangażowała, lecz szybko znalazła wyjaśnienie – po prostu od dawna potrzebowała nowych wyzwań i teraz wreszcie miała je przed sobą, mogła się z nimi zmierzyć i z tego powodu chciała dać z siebie sto procent, jeśli nie więcej. Pozyskiwanie nowych klientów wymagało ogromnego nagimnastykowania się, tak samo przedstawienie produktu w jak najlepszym świetle nie było łatwym zadaniem, nie mówiąc już o tym, by udowodnić, że to akurat nasz produkt jest lepszy od innych. Inez jednak dziwnym trafem z łatwością się w tym odnalazła, a jej kompletny brak trudności w nawiązywaniu kontaktów był niesamowicie pomocny w tym zawodzie. Może szło jej tak dobrze także ze względu na nastawienie? Grant od początku była podekscytowana i gotowa do działania, pełna zapału, a przy okazji chciała się sprawdzić i udowodnić sobie, że może sobie radzić na wielu płaszczyznach. Wszystko to złożyło się na spektakularny sukces nie tyle nowo otwartej fili firmy, co samej Inez, która odżyła i po raz pierwszy od dawna zaczęła oddychać pełną piersią, czując, że wreszcie posuwa się na przód, że się rozwija, że ma cel do zrealizowania. I jeśli to tylko możliwe, to dzięki temu stała się jeszcze bardziej radosna niż dotychczas.
— Kapelutku, nie! — fuknęła Inez, zgarniając z łóżka czarną sukienkę, jeszcze niewyprasowaną, na której kocur właśnie zamierzał się położyć. Ku niezadowoleniu kota, sukienka powędrowała w bezpieczne miejsce i została przewieszona przez otwarte drzwi szafy, blondynka zaś przemknęła obok ustawionego w rogu pokoju dużego lustra i nagle, jakby tknięta dziwnym przeczuciem, zatrzymała się i cofnęła, by na dłuższą chwilę stanąć przed gładką taflą ukazującą jej odbicie.
Nie zmieniła się wiele w przeciągu tych pięciu miesięcy spędzonych w Phoenix. Jej skóra tak często eksponowana na słońce zdążyła ładnie i delikatnie zbrązowieć, co nie miało już nic wspólnego z początkowym niemalże nieustannym spiekaniem się na raczka. Z kolei na twarzy Inez pojawiło się zacne grono piegów, czego blondynka się spodziewała, zważywszy na swoją jasną karnację, lecz nie była przygotowana na aż taką ilość tych drobnych gości. Niemniej, ostatecznie swoje piegi polubiła. Poza tym ani nie schudła, ani nie przytyła, nie dokonała też innych radykalnych zmian w swoim wyglądzie. A mimo to wyglądała jakoś tak… inaczej, co też sama zauważyła, stojąc przed lustrem i przyglądając się swojemu odbiciu z zainteresowaniem. Mimo lekko zmarszczonych brwi i przymrużonych oczu prezentowała się świeżo i promiennie, i to właśnie było tą drobną, ale w ostatecznym rozrachunku jak ważną zmianą. W Nowym Jorku… W Nowym Jorku wydawało jej się, że zgubiła gdzieś tą prostą radość życia, która nie miała nic wspólnego z tym, że wciąż tryskała humorem. Tutaj tą radość odzyskała i widać to było nawet w odbiciu w lustrze, które teraz uśmiechało się do Inez wesoło, zaraz jednak zrobiło krok w bok i zniknęło, małpując ruch blondynki, która przypomniała sobie, że jeśli się nie pośpieszy, to spóźni się na ważne spotkanie i pomknęła do łazienki.

* * * 

— Wiesz, Chase… Chyba wreszcie stałam się taką kobietą, jaką zawsze chciałam być… — stwierdziła Inez, nieco mocniej przyciskając telefon komórkowy do zaczerwienionego od trwającej już trochę rozmowy ucha. Wyciągnięte przed siebie opalone nogi skrzyżowała, przyglądając im się z jawnym zadowoleniem, bo też muśnięte brązem kończyny wydawały się zdecydowanie smuklejsze i prezentowały się o niebo lepiej niż przez większą część roku, kiedy to raziły bladością.
— Tak… A jaką dokładnie? — spytał blondyn z przekąsem, jak zwykle chcąc nieco podenerwować przyjaciółkę. — Poczekaj, zaraz mi powiesz. Za pięć minut będę w domu, przerzucimy się na Skype’a,** okej? Będzie wygodniej.
— Chciałeś chyba powiedzieć, że łatwiej ci będzie mi podokuczać. Ale niech ci będzie. To pa! — zawołała i rozłączyła się, z niejaką ulgą przestając przyciskać aparat do twarzy. Korzystając z chwili wolnego, wstała z kanapy i przeciągnęła się, wydając przy tym dość osobliwe dźwięki przypominające ni to jęczenie, ni to mruczenie, a ulokowane gdzieś pomiędzy, będąc tym samym trudnymi do określenia. Miała za sobą pracowity dzień. Ośmiogodzinny dzień pracy spędzony w biurze poprzeplatany był wizytami klientów lub wyjazdami do nich i mimo lekkiego znużenia Inez nie czuła się wymęczona do granic możliwości, a usatysfakcjonowana, gdyż udało jej się podpisać kilka nowych umów. Nadal nie mogła nadziwić się, ile radości sprawiała jej nowa praca, będąca dla niej jednym wielkim wyzwaniem. Niemniej, Inez nie zamierzała spocząć na laurach i już po powrocie do Nowego Jorku zamierzała postawić na swój rozwój, czując się niemalże tak, jakby znowu była młódką dopiero co rozpoczynającą samodzielne życie. Po głowie chodziły jej studia, kurs prawa jazdy i może jakiś nowy język obcy? Uśmiechnęła się do siebie na tą myśl i lekko pokręciła głową.
— Jak to dobrze wyjść z życiowego zakrętu! — mruknęła do siebie, a po części także do Leona siedzącego na kuchennym blacie, który na widok swojej pani, silnej, niezależnej kobiety miauknął cicho, tak na wszelki wypadek, gdyby nie został zauważony.
— Nie dostaniesz jeść, grubasie! — fuknęła Inez, nastawiając wodę na herbatę. — Lepiej idź już spać — stwierdziła i skrzywiła się, bo kot podszedł do niej i ocierając się o nią, ogonem sięgnął nosa, rude futro wpychając do nozdrzy kobiety, co oczywiście powodowało łaskotanie. Jeszcze przez kilka chwil próbował wyprosić coś dobrego, lecz wraz z cichym pstryknięciem czajnika elektrycznego oznajmiającym, że woda się zagotowała, zeskoczył z blatu i prawdopodobnie poszedł zastosować się do wcześniejszego polecenia blondynki. Ta zaś zalała herbatę i wróciła do salonu, do którego następnie przeniosła wysłużonego już laptopa i rozsiadłszy się wygodnie na kanapie, czekała na połączenie od Chase’a, dla zabicia czasu wpatrując się w ekran szumiącego cicho, niemalże jedynie w tle telewizora, który jednocześnie był jedynym źródłem światła w pokoju. Wreszcie przyjaciel zdecydował się na połączenie i po kliknięciu na odpowiednią ikonkę Grant mogła zobaczyć ratownika medycznego może nie w całej jego okazałości, lecz widok uśmiechniętej twarzy mężczyzny w zupełności jej wystarczył.
— Co ty, prądu nie masz? Zapal światło, bo nic nie widzę! — ofuknął ją na powitanie i ugryzł kanapkę.
— Komary mi nalecą, a jak zamknę okno, to się uduszę — odparła i w pełni korzystając z tego, że teraz Chase ją widzi, pokazała mu język. Albo nie widzi, jak to blondyn sam przed chwilą stwierdził. Tak czy siak, nawet o tej porze roku w Phoenix było ciepło i Inez wcale nie przesadzała. Co prawda noce były zdecydowanie chłodniejsze od dni, ale tylko po zachodzie słońca można było odetchnąć i nacieszyć się lekkim chłodem, z czego blondynka nie zamierzała rezygnować. Tak czy siak, po marudzeniu przyjaciela zamknęła okno, zapaliła światło i przytargała do salonu wiatrak, który włączyła, od razu ustawiając go na najwyższe obroty.
— Lepiej? — rzuciła, udając niezadowoloną i ponownie rozsiadła się na kanapie, przysuwając się do ułożonego na stoliku laptopa.
— Zdecydowanie! Mogę podziwiać twoją opaloną buzię! O, nawet widzę, że skóra ci z nosa złazi! Dobra, to jaką to kobietą się stałaś? — spytał Chase, wracając do wcześniejszego tematu ich rozmowy i sięgnął po kolejną kanapkę, i mimo tego, że pochłaniał ją bardzo łapczywie, z zainteresowaniem wpatrywał się w kamerkę, a przez to i w samą Inez.
— Sama nie wiem, jak to dokładnie opisać… — przyznała Inez i uciekła wzrokiem gdzieś w bok, ewidentnie zastanawiając się nad odpowiednimi słowami. Przez to zamilkła na dłużej, ale blondynowi widocznemu na ekranie laptopa wcale to nie przeszkadzało, gdyż w spokoju zajął się konsumpcją kanapek, których przygotował sobie cały stosik.
— Zacznę może od dość powierzchownych spraw — podjęła i zabawnie poruszyła brwiami, czując się jak profesor, który zaraz miał rozpocząć wykład. Mimo to nim podjęła temat, na jej twarz powrócił wyraz lekkiego zamyślenia. — Przede wszystkim wydaje mi się, że jestem bardziej kobieca… — zaczęła ostrożnie i jako że mimowolnie wciąż wpatrywała się w stojącą po lewej szafkę, to teraz zerknęła na laptopa, chcąc upewnić się, że Chase jej nie wyśmieje. Na szczęście nic na to nie wskazywało, ratownik medyczny w spokoju przeżuwał kolację, cierpliwie czekając, aż blondynka rozwinie wypowiedź.
— Wiesz, wszyscy wiedzą, że jestem niesamowicie radosna i pozytywna, taka już moja natura, ale do niedawna miałam wrażenie, że jestem w tym wszystkim tak jakby… dziecinna? I dlatego niektórzy traktowali mnie niepoważnie. A teraz to się zmieniło. Chyba twarde biznesowe reguły wymusiły na mnie takie zmiany — stwierdziła i zaśmiała się wesoło, jak stara dobra Inez, którą przecież wciąż była.
— Teraz z ciebie jest pani bizneswoman, z którą strach zadzierać! — zawołał Chase, skończywszy akurat pałaszowanie kanapki z szynką i pomidorem. — Ale chyba masz rację. Na pierwszy rzut oka ciężko stwierdzić, co się zmieniło, ale coś na pewno, czułem to chociażby w rozmowach przez telefon. I co jeszcze?
— Na pewno jestem bardziej pewna siebie. Wreszcie wiem, czego chcę. Zniknęło to paskudne uczucie niezdecydowania i zagubienia, które towarzyszyło mi w Nowym Jorku. I bez niego czuję się tak lekko! Po prostu wreszcie wzięłam moje życie w swoje ręce i robię z nim, to co chcę, zamiast nie robić nic i tylko biernie się przyglądać. I to jest świetne, nie wiesz nawet, jak bardzo to nakręca do działania. Już nie stoję w miejscu, tylko brnę na przód, chcę się rozwijać. Dbam o siebie! Wcześniej zaczynałam popadać w takie otępienie, tak bardzo wszystko było mi obojętne, że po prysznicu nie chciało mi się nałożyć głupiego balsamu, a włosy straszyły ciemnymi odrostami. A teraz? Proszę! — zawołała i wyciągnęła w stronę monitora wypielęgnowane dłonie z zadbanymi paznokciami, pociągniętymi intensywnie czerwonym lakierem u kosmetyczki.
Chase uśmiechnął się, innego koloru na paznokciach kobiety nie uznając i upił łyk herbaty.
— Jedno się nie zmieniło. Wciąż gadasz jak nakręcona, jeśli ci na to pozwolić — stwierdził niby to beznamiętnie, po czym uśmiechnął się łobuzersko. — A kiedy to mnie wrócisz? Tęsknię! — jęknął, zmieniając temat, lecz wiedział, że Grant prędzej czy później wróci do poprzedniego wątku.
— Już niedługo. I szybciej, niż mogłoby ci się wydawać. Właściwie muszę tylko doprowadzić tutaj kilka spraw do końca i mogę wsiadać w samolot, ale… To nie będzie takie łatwe…
— Pozdrów Aidena, jak się z nim zobaczysz i powiedz mu, że jak nie będzie chciał polecieć za tobą do Nowego Jorku, to przyjadę i skopię mu tyłek.
— Pewnie, przekażę, na pewno będzie to najważniejszy i niepodważalny argument w naszej rozmowie — westchnęła, wywracając oczami. Póki co jednak wolała nie roztrząsać tego tematu ani nie rozprawiać o mężczyźnie, który bardzo umilił jej pobyt w Arizonie. — A co tam u ciebie? — zagadnęła, lekko unosząc brwi i tym samym dając do zrozumienia, że temat niejakiego Aidena właśnie został oficjalnie zakończony.
— Wszystko po staremu. Nie robię na nowo kariery jak ty, to nie ma zbytnio o czym opowiadać — stwierdził Chase, swoją wypowiedź komentując jakże jednoznacznym wzruszeniem ramion. Mimo wszystko chciał jeszcze coś dodać, ale nie zdążył, gdyż na stolik wskoczył Leon i od razu ustawił się tak, że całym sobą zasłonił laptopa. W międzyczasie trochę się pokręcił, przez co zupełnym przypadkiem wystawił swoją kocią pupę prosto do kamerki, co wywołało u Chase’a przeraźliwy krzyk.
— Ja tu jem!
Inez, parsknąwszy śmiechem, czym prędzej ściągnęła swojego pupila z klawiatury i usadziwszy go sobie na kolanach, rozchichotała się jeszcze bardziej, widząc zniesmaczoną minę przyjaciela i jego wzrok pełen wyrzutu oraz obrzydzenia.
— Będę musiała zaraz kończyć, Chase, jutro muszę wcześnie wstać.
— Przecież jest sobota?!
— Ale popołudniu przychodzi Sam Wiesz Kto, muszę ogarnąć mieszkanie i siebie, a przy okazji jeszcze coś ugotować.
— Masz rację, ogól nóżki.
— A pokazać ci jeszcze raz tyłek Leona?! — spytała groźnie, unosząc kota. Chase czym prędzej spotulniał, a ostatecznie zdecydował, że już się pożegna, woląc nie ryzykować kolejnego niemiłego dla oczu widoku i tym samym ich rozmowa się zakończyła.
Inez jeszcze przez chwilę nie ruszała się z kanapy, po czym wyłączyła zarówno laptopa jak i telewizor, by następnie powędrować do łazienki, gdzie miała zamiar zafundować sobie długą kąpiel. Szum płynącej wody sprawił, że oparta o pralkę, bezwiednie zapatrzyła się w strumień tryskający z kranu i pozwoliła myślom płynąć zupełnie swobodnie. Te, jak spuszczone ze smyczy szczeniaki, rozpierzchły się radośnie, każda w inną stronę, by móc z ekscytacją penetrować najciaśniejsze nawet zakamarki. Niektóre nie trafiały na nic ważnego i blondynka szybko porzuciła rozważania na temat tego, co zje rano na śniadanie. Inne jednak pobiegły w zgoła innym kierunku, jakby tropiąc rzuconą im kolorową piłeczkę, a kiedy już ją zgodnie dopadły, nie chciały przestać szarpać i tarmosić zabawki. Inez tym samym poczuła narastający niepokój i objąwszy się ramionami, skrzywiła się na myśl o nadchodzącym dniu. Dniu, który nie miał należeć do najłatwiejszych, ale który też tak naprawdę o niczym nie ważył, bo bez względu na wszystko była ratowniczka medyczna zamierzała wrócić do Nowego Jorku. Tęskniła za przyjaciółmi, tęskniła za tym miastem samym w sobie i nie mogła już doczekać się, kiedy ponownie zobaczy ukochane twarze. Kiedy ze wszystkim porozmawia nie przez telefon, nie przez komunikator, a twarzą w twarz, łapczywie wysłuchując nowych ploteczek.
Jednoczesnie obawiała się jednak, że jedna z ukochanych twarzy zostanie w Arizonie, w Phoenix i już nigdy jej nie zobaczy.
Nad wypełnioną po brzegi wannę wystawała słodko pachnąca piana. Kobieta w ostatniej chwili zakręciła kurek, po czym wsadziła rękę do wody i wymacawszy korek, nieco opróżniła wannę, tym samych zapobiegając zalaniu łazienki. Dopiero po tym zabiegu z cichym pomrukiem pełnym zadowolenia zanurzyła się w gorącej wodzie, czując, jak napięte od stresu mięśnie pomału się rozluźniają. W Nowym Jorku na pewno będzie brakować jej wanny, nie ma szans, by wcisnęła ją do małej łazienki, w której ledwo mieściły się podstawowe sprzęty. Cóż, będzie musiała zadowolić się gorącymi prysznicami.
Po godzinie opuściła łazienkę i będąc już w sypialni, sięgnęła po telefon, na którym czekała na nią jedna wiadomość:
Już nie mogę doczekać się jutra! Dobranoc ;*
Inez westchnęła i pokręciła głową. Nie odpisała. Ona też nie mogła się doczekać. Dość już miała zżerającej ją od środka niepewności, dość dławionego przez ostatni tydzień strachu. I przez to bała się jutrzejszego dnia jak cholera, chcąc jednocześnie mieć go już za sobą i zatrzymać czas tak, by nie musieć go przeżywać, by nie musieć martwić się, że to wszystko skończy się tak, jak zwykle się kończyło. Nieszczęśliwie.
____________________________________________________________________
* Ditat Deus – Bóg wzbogaca – dewiza stanu Arizona
** Nie mam pojęcia, jakiego komunikatora w takich, a nie innych celach używa się w Stanach, dlatego postawiłam na "skajpaja", mam nadzieję, że przymkniecie na to oko. 
Post troszeczkę o wszystkim i o niczym, bardziej o niczym, ale musiałam uporządkować sobie to, co działo się z Inez, kiedy nie było jej w Nowym Jorku. Jestem średnio zadowolona, myślałam, że wyjdzie mi to nieco ładniej, ale ładniej na pewno będzie w kolejnym poście, także go wyczekujcie! :) Na pewno nie wyłapałam wszystkich błędów, wybaczcie.