Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sol Duval. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sol Duval. Pokaż wszystkie posty

23/05/2018

2074. "W przeszłość przenoszą nas wspomnienia, a w przyszłość - marzenia."

Drodzy Autorzy!

🎉Dziś szczególny dzień! Świętujemy dziesiąte urodziny bloga i przyznam szczerze, iż nie chce mi się wierzyć, że już tyle czasu minęło od dnia jego otwarcia. Doskonale pamiętam moment, w którym dołączyłam na NYC. Moje powitalne opowiadanie było jednym z pierwszych, lecz wtedy dość szybko zniknęłam z bloga. Wyjechałam na wakacje, a po moim powrocie na NYCu było już tyle postaci i tyle się działo, że szesnastoletnia wówczas ja stwierdziłam, że tego nie ogarnę... Wróciłam rok później i od tamtej pory jestem. Najpierw jako zwyczajny autor, później pomoc administracji, aż w końcu złożyło się tak, że przejęłam pieczę nad blogiem, ponieważ związałam się z nim na tyle, że nie wyobrażałam sobie, by NYC mógł przestać istnieć. Ten blog jest dla mnie jak powrót do domu po całym dniu poza nim, choć może to nieco toporne porównanie... Tutaj wszystko jest znajome, Wy jesteście znajomi i nawet nie wiem kiedy, NYC stał się stałą w moim życiu, bez której nie wyobrażam sobie codziennej rutyny.
🎉Jednakże sama niczego bym tutaj nie zdziałała. Często śmieję się, że choćbym miała pisać sama ze sobą, to bloga nie usunę i taka jest prawda. Lecz gdyby nie Wy, autorzy, nie udałoby się w tym miejscu stworzyć tak niepowtarzalnej atmosfery. Bez Was ten blog nie miałby duszy. Duszy, która przez te wszystkie lata rozkwitała i wciąż, nieustannie kwitnie, czym nie mogę przestać się zachwycać. Dlatego w tym miejscu chciałabym Wam serdecznie podziękować. Za to, że zawsze jesteście, zarówno w tych gorszych jak i lepszych okresach. Że mimo wszystko nie muszę pisać sama ze sobą... ;) Dziękuję. Po prostu dziękuję, po żadne słowa nie oddadzą tego, jak bardzo jestem Wam wszystkim wdzięczna za to, że jesteście i że razem tworzymy to miejsce.
🎉Dziękuję również Wam, drogie dziewczyny: El Eno, Farbowany Lisie i Nicponiu, za ogromną pomoc i serce, które wkładacie w bloga. Dziękuję za to, że pozostajecie na posterunku, kiedy ja nie mogę i czuwacie nad wszystkim, często prześcigając się w administracyjnych obowiązkach. Odwalacie kawał dobrej roboty! Dzięki Waszemu wsparciu i obecności zarówno ja, jak i pozostali autorzy nie musimy się o nic martwić i cieszę się niezmiernie, że mam tak zgraną i dobraną ekipę do pomocy!
🎉Cóż, po podziękowaniach przyszedł czas na jeszcze jedno, nie takie znowu małe życzenie. Życzę nam wszystkim kolejnych wspólnych dziecięciu lat! Nie mam pojęcia, jak potoczą się nasze życia. Nie mam pojęcia, jak potoczy się dalszy los tego bloga. Ale póki będą chętni, by na nim pisać, póty my postaramy się tworzyć dla Was to miejsce. A teraz... Sto lat! Bawmy się i świętujmy! Poniżej znajdziecie nadesłane do nas opowiadania, ale też nie martwcie się, nic straconego! Jeśli przyślecie coś na nasz administracyjny adres po terminie, chętnie to opublikujemy! Zostawiam Was z opowiadaniami, zachęcam do czytania, a także wspominania Waszych losów na NYC w komentarzach. I wiecie co? Kocham Was wszystkich z całego serducha!

- Dzwoniłeś do Maxwella? – zapytała brunetka, poprawiając krawat pod szyją wysokiego blondyna. 
- Tak, już od wczoraj jest w Nowym Jorku.
- A do Irm?
Tutaj na dłuższą chwilę zapadła cisza. Uśmiechnął się blado, po czym złożył delikatny pocałunek na czole kobiety. To wszystko nie było takie proste. Życie spotkanej tu dwójki, nie należało do usłanych różami. Pożegnanie z Nowym Jorkiem nie było szczęśliwe. Ani dla jednego, ani dla drugiego. Jednak czy był jakikolwiek sens, aby wracać do tych bolesnych chwil, które wręcz siłą, wyrwały ich z miasta, które nigdy nie zasypia? Musicie po prostu uwierzyć na słowo, że ten blondyn, który stał przed wami, jeszcze kilka lat temu był wrakiem człowieka. Musiał wszystko budować od nowa. Stracił ogromną, nieźle prosperującą, firmę, a to wszystko przez fakt, że został uznany za zmarłego. To było okropne, że błędnie zidentyfikowano zwłoki. Pomylili się, potwornie. 
Dziś był człowiekiem, który po tych wszystkich zawirowaniach ledwie, co wszedł do samolotu. Musiał naćpać się prochami, by w ogóle, wylądować z powrotem w Ameryce. Jednak to nie był błąd. Na stałe osiadł w San Francisco, poznając tam drobną brunetkę, która sama nie chciała wracać do Wielkiego Jabłka. Obawiała się szykan ze strony swojego byłego partnera. Nie mogła go winić za to, że zabrał syna do siebie. W końcu nie było jej w Ameryce całe trzy lata, zanim wyrwała się z koszmaru, który rozgrywał się w jej ojczystym kraju. 
Alva Pettersson i Daniel Ryder od prawie sześciu lat tworzyli szczęśliwe małżeństwo. Oboje pomagali sobie wrócić powoli do życia i chyba można ich nazwać lekko dysfunkcyjnymi, bo nie zawsze zachowywali się jak reszta społeczeństwa. Co przez to rozumiem? Mimo młodego wieku po prostu prowadzili spokojne i sielankowe życie. Oboje byli ledwie ludźmi po trzydziestce, a co? Ich życie kręciło się tylko i wyłącznie wokół piekarni, którą razem stworzyli i sporego ogrodu przed domem. Mieli dosyć jakichkolwiek afer, szybkiego tempa życia i innych tego typu rzeczy. Dlatego też, nie utrzymywali kontaktu z osobami w swoim wieku, którzy zazwyczaj byli dopiero na etapie rozwijania kariery zawodowej i ciągłych imprez. To nie był świat państwa Ryder. Jedyny kontakt ze starym światem jaki mieli, to znajomość z Maxwellem Pullmanem, który około pięć lat temu sam przeniósł się z Nowego Jorku do Chicago. Miał w końcu niewiele do gadania w momencie, gdy kontrakt w Rangersach wygasł, jego osobę wykupiono, za grube miliony, do Chicago Blackhawks. Tam przyczynił się do, wcale nie tak małego sukcesu, bo w 2015 roku udało im się, jako drużynie, zdobyć prestiżowy Puchar Stanleya. Niestety przez ten kontrakt utracił miłość swojego życia. Jego związek z Inez Grant nie przetrwał próby czasu i dzielących setek mil. Niby dzielił ich dwugodzinny lot samolotem, jednak niestety chyba Max dodatkowo przyczynił się do rozpadu ich związku przez to, że miał słabość do kobiet i niestety oglądał się za krótkimi spódniczkami. Wylądował kilkukrotnie z inną w łóżku. Jednak miał na tyle honoru, aby powiedzieć o tym Inez wprost. Wtedy oboje stwierdzili, że to kompletnie nie ma sensu. A może Pullman tak stwierdził? Bo Nezia prawdopodobnie nie chciała już go w ogóle znać.  
Nadszedł maj. Dla państwa Ryder to był przełomowy dzień, bo oboje zgodnie zdecydowali się na moment wrócić do czasów, które nie należały do najprostszych. Przekroczyli próg uczelni, na której studiował blondyn. Nie wiedzieli czy dobrze robią pojawiając się na Jubileuszu, ale chyba nadszedł czas pogodzić się z przeszłością i bez bólu zacząć ją wspominać. A to była najlepsza ku temu okazja, prawda?
Max czekał już na nich przy ich stoliku, gdzie mogli odnaleźć winietki ze swoimi nazwiskami. Alva uśmiechnęła się delikatnie i powitała bruneta muśnięciem jego policzka. Pullman też już nie wyglądał na tak roztrzepanego człowieka jak kilka lat temu, a może po prostu próbował zachować spokój i jakieś zdystansowanie?
- Co siedzisz tak na szpilkach? – zapytał w końcu blondyn, siadając obok starego przyjaciela. 
- Widziałem ją… - mruknął, rozglądając się po ogromnej balowej Sali, przez którą przewijało się tysiące osób.
- Kogo? – Daniel zmarszczył brwi, nie bardzo rozumiejąc.
- Inez – sportowiec ściszył głos, jakby bał się, że ktokolwiek, poza nimi, ich usłyszy. 
Alva jedynie pokręciła lekko głową, uśmiechając się delikatnie. Popijała szampana, rozglądając się po sali. Czyżby podświadomie szukała sylwetki Alastora Ławrowa? Nawet nie wiedziała, co się u niego teraz w życiu dzieje. Miał kogoś? Czy jej syn był szczęśliwy? Dwa dni temu miał ósme urodziny. Niesamowite prawda? Wysłała mu paczkę, ale nawet nie miała pojęcia czy do niego dotarła, bo nigdy nie otrzymała odpowiedzi zwrotnej. Westchnęła cicho, a w tym samym momencie Max przerwał jej rozmyślania, wyciągając z kieszeni marynarki grubą i dość pokaźnych rozmiarów kopertę.
- Znalazłem to przy ostatniej przeprowadzce.
Daniel od razu uśmiechnął się nieznacznie, już domyślając się co się w niej znajdowało.
- Pokaż – poprosił, wyciągając w jej kierunku rękę. 
Nie pomylił się, bo wyciągnął z niej kilkadziesiąt zdjęć, które na szczęście Pullman zachował. 
- To był twój łącznik ze światem po amnezji, pamiętasz? – brunet, przekazał mu kopertę.
Blondyn drżącymi rękami po nią sięgnął i zaczął wyjmować zdjęcia.
Eli. Jej zdjęć było naprawdę sporo. Byli młodymi ludźmi, którzy dopiero, co zaczynają przygodę z New York College. To był burzliwy czas dla nich obojga. Mieli ledwo po siedemnaście lat, gdy byli ze sobą być. Niestety tak młody wiek zweryfikował wszystko, a raczej głupota Rydera. Tak, w wypadku komunikacyjnym stracił pamięć. Wróciła, ale już było zdecydowanie za późno. 
Irmelin. Fotografii blondynki w całym stosie było zdecydowanie najwięcej. 
- Mogliście otworzyć prywatne przedszkole – roześmiał się brunet, przeglądając razem z parą fotografię, na których widać było wieli brzuch Turlington i blondyneczkę, która stała tuż obok niej. Na innym znowu zdjęciu uchwycili całą szóstkę. Kto by pomyślał, że tak wiele może się zmienić. Niestety, wyjechała do Bostonu. Dziś? Utrzymywali jedynie kontakt korespondencyjny i wymieniają się opieką nad bliźniakami.  
April. Wariatka, którą w tamtych czasach nazywał siostrą. Ona natomiast, ochrzciła Daniela skrzatem i Złomkiem. Nie pytajcie dlaczego, bo niestety nikt nie pamiętał skąd się to wzięło. Może po prostu dlatego, że razem wpadali zazwyczaj na durne pomysły i cofali się w rozwoju, oglądając przez cały dzień bajki w telewizji?
Na samą myśl o blondynce, chciało mu się śmiać.
Juli, z którą było kilka nieporozumień, ale wybrnęli z tego cało. Wspaniała osoba, która zawsze bezinteresownie pomogła, o każdej porze dnia i nocy. 
Rose, która pracowała w jego firmie. Przez, co oboje musieli radzić sobie z plotkami na temat tego, że to właśnie z nim jest w ciąży i robi karierę przez łóżko. Zawsze starali się jednak to obrócić w żart i nawet kilkukrotnie zdarzyło im się wkręcać pracowników, że się nie mylą.  
Zdjęcia Maxa, też się zachowały. Jeszcze z czasów liceum, gdzie razem grali w jednej drużynie. Od zawsze jego tok myślenia był nieco inny, jednak był jedyną osobą, która trwała obok. Jeden i drugi zawsze mógł na siebie liczyć i nigdy się to nie zmieniło. 
Charlie. Oj, to była chodząca encyklopedia, gdy rozpierała go energia, uśmiech sam pojawiał się na twarzy jego towarzyszy. Daniel traktował go jak młodszego brata. Będzie musiał wybrać się na cmentarz. Zdecydowanie. 
Jonas Brothers. Jednym słowem nie dało się ich nie lubić. Wystarczyło spojrzeć na zdjęcie, które przyprawiało o łzy ze śmiechu. Z nimi człowiek nigdy nie mógł się nudzić.  
Czy którekolwiek z nich żałowało tego, że tego dnia się tutaj pojawiło? Nie, to był najlepszy pomysł od kilku dobrych lat. Miło było pobyć w starych, poczciwych szkolnych murach i powspominać młode lata. 


Może i Inez nie była absolwentką New York College, bo szkołę skończyła w Chicago i przeprowadziła się do Wielkiego Jabłka znacznie później, lecz nie mogła przegapić takiej okazji i gdyby nie pojawiła się na zjeździe absolwentów połączonym z balem charytatywnym, pewnie żałowałaby tego do końca życia i o jeden dzień dłużej. Decyzja była więc prosta i blondynka podjęła ją błyskawicznie, bez mrugnięcia okiem. Aiden nie miał tutaj niczego do gadania, mógł właściwie zdecydować jedynie o tym czy będzie jej towarzyszył, czy też nie. Inez nie zamierzała na niego naciskać, lecz mężczyzna stanął na wysokości zadania i nawet specjalnie z dużym wyprzedzeniem postarał się o urlop. Ostatecznie wszystko mieli dopięte na ostatni guzik jeszcze na długo przed dwudziestym trzecim maja.
— O rany, o rany, o rany — powtarzała nerwowo jak mantrę, kiedy kilka miesięcy później późnym popołudniem zatrzymali się na rozległym parkingu przed szkołą. Była pod wrażeniem tego, jak wiele osób zdecydowało się wziąć udział w tym wydarzeniu. Mimo że przyjechali odpowiednio wcześniej, długo szukali wolnego miejsca, a za nimi ciągnął się jeszcze sznurek samochodów.
— Spodziewałaś się tylu osób? — Wyciągnąwszy kluczyk ze stacyjki, Aiden uśmiechnął się szeroko, widząc rumieńce, które wypełzły na twarz Inez.
— Nie — szepnęła gorączkowo, kręcąc głową. Jej rozbiegane spojrzenie omiatało parking, aż w pewnym momencie blondynka zamarła i mocno zacisnęła palce na krawędziach fotela.
— O rany! — powiedziała najgłośniej i najbardziej dramatycznie jak do tej pory. — Sienna! — wykrzyknęła i posłała mężowi przelotne spojrzenie, odrobinę przepraszające, bo też zaraz jak oparzona wyskoczyła z samochodu i ruszyła w kierunku dawno niewidzianej przyjaciółki.
— Sienna! Si! — zawołała, starając się przekrzyczeć zgiełk panujący na parkingu. Podczas gdy prawą ręką jej machała, lewą przyciskała dół rozkloszowanej sukienki do ciała, przez co ktoś o uważnym spojrzeniu mógłby dostrzec odcinający się pod błękitnym materiałem zaokrąglony brzuch. — Sienna! — Już nie tyle wołała, co darła się jak głupia, uśmiechając się tym szerzej, im mniejsza była dzieląca je odległość.

Jordan nie był zachwycony tym, że jego żona upierała się na zjazd absolwentów szkoły, do której uczęszczała może niecały rok. Nie śmiał jednak się sprzeciwiać komuś, kto zarządzał sprawnie całym jego życiem. Siedząc na kanapie w pokaźnym salonie, spoglądał na raczkującego po miękkim dywanie syna, wsłuchiwał się w odgłosy dobiegające z jednej z łazienek i nie pozostało mu nic innego jak co jakiś czas poprawiać swój krawat.
─ Mamo! To boli! Nie szarp!
─ Maddie, do jasnej cho… Przestań się wiercić. Chcesz mieć tego warkocza czy nie?
Głos Sienny wcale nie brzmiał groźnie. Miała zbyt wielką słabość do swojej córeczki i nie mogła nawet udawać, że się na nią złości. Po chwili, mała blond włosa bestia wpadła do salonu i wskoczyła na kolana Jordana.
─ Nie chcę tam iść ─ szepnęła konspiracyjnie, spoglądając na ciemnoskórego mężczyznę, który uśmiechnął się szeroko. Madelaine może i nie była jego córką, ale kochał ją nad życie, choć bardzo trudnym było dzielenie się małą z jej biologicznym ojcem. Spojrzał na małego Jaspera, który natomiast zajęty był sobą i nowymi, kolorowymi klockami.
Na całą tę scenkę spoglądała też Sienna, zastanawiając się, kiedy nastąpił moment, w którym została najszczęśliwszą kobietą na świecie. Mimo wyroku ginekologa, że nigdy nie będzie mogła mieć dzieci, miała ich teraz dwójkę. Mimo wielu sercowych niepowodzeń, nie poddała się i teraz miała najwspanialszego męża na świecie.
─ Idziemy, kochani. Młoda damo, bez obrazy majestatu proszę, wstawaj i do auta ─ próbowała zabrzmieć stanowczo. Podeszła do niespełna dwuletniego syna, spojrzała na sześciolatkę i westchnęła. Wtedy też rozbrzmiał głęboki śmiech Jordana.
─ Jesteś pewna, że te papcie to odpowiednie obuwie do sukienki, mała?

Sienna stała przy ciemnym SUVie wypinając Maddie z fotelika. Tłum, który się tu zebrał przeszedł jej wyobrażenia. Trzymając sześciolatkę w górze, rozejrzała się dookoła, w końcu postawiła ją na ziemi, poprawiła tiulową sukieneczkę i złapała za małą rączkę. Upewniła się, że Jasper jest bezpieczny w ramionach Jordana i zamknęła wóz. Odetchnęła. Ubrana w przylegającą, bandażową sukienkę w pięknym, bordowym kolorze, nie wyglądała jak zakręcona matka, która nie potrafi zapanować nad sześciolatką, a jak kobieta sukcesu. I tak też się czuła. Wraz z wiekiem i po dwóch ciążach przybrała nieco, nabyła pełniejszych kształtów, ale nadal była wysportowana i szczupła, ale zdecydowanie bardziej kobieca.
Słyszała bardzo znajomy głos. Odwróciła się na pięcie i wśród tych wszystkich ludzi wypatrzyła swoją ukochaną blondynę. Chciała się wyrwać i biec, ale raz, że przeszkadzały jej w tym wysokie szpilki, a dwa, że uniemożliwiała to mała Maddie. Dopiero teraz do Sienny dotarło, że już dawno przestała być beztroską dwudziestolatką. Spojrzała błagalnie na męża, który prędko zrozumiał jej intencję i odebrał dłoń córki. Sienna, dziwnym truchtem, ale truchtem, pognała w stronę przyjaciółki i zatrzymała się tuż przed nią, szczerząc się jak głupi do sera. Ale mogła być głupia, o ile jej serem była Inez.
─ Inez ─ sapnęła w końcu, wyciągając ramiona w stronę blondynki. Była ratowniczka medyczna zwolniła dopiero, gdy znalazła się jakieś dwa metry od przyjaciółki, co oznaczało, że wpadła w jej ramiona ze sporym impetem. Czując, że z tego powodu Sienna zachwiała się na wysokich obcasach, najpierw przytrzymała ją stanowczo, a dopiero później obdarzyła solidnym uściskiem na przywitanie.
─ Dobrze cię widzieć! ─ powiedziała z uśmiechem, kiedy w końcu się odsunęła. Co prawda jedynie na wyciągnięcie ramion i wciąż delikatnie przytrzymywała dłońmi łokcie Sienny, ale jednak. To pozwoliło jej na uważne zlustrowanie wzrokiem sylwetki kobiety, a w miarę tych oględzin na usta blondynki wypełzł zaczepny uśmieszek.
─ No, no ─ cmoknęła, z rozbawieniem kręcąc głową. ─ Jeśli tak wygląda matka dwójki dzieci, to ja powinnam już planować kolejne! ─ oznajmiła i roześmiała się wesoło. ─ Aiden, słyszałeś! ─ zawołała, przez ramię spoglądając na mężczyznę, który zamknął samochód i nieśpiesznie zbliżał się w ich kierunku, z rozbawieniem obserwując, jak jego żona zachowuje się niczym licealistka.
─ Nie i chyba nie chcę wiedzieć, co wymyśliłaś ─ przyznał, gdy tylko zobaczył ten charakterystyczny błysk w jej niebieskich oczach, po czym wymienił z Jordanem nie tylko uścisk dłoni, ale również porozumiewawcze spojrzenie. Prawdopodobnie obydwaj mężczyźni czuli, że nie zapanują dzisiaj nad tą dwójką kobiet, które myślami były daleko stąd, w czasach, gdy żadna z nich nie znała swojej przyszłości, będącej obecnie ich aktualną, jak najbardziej namacalną teraźniejszością.
Sienna zaśmiała się. Nic innego nie przychodziło jej teraz do głowy, jak tylko się śmiać. Utrzymywała kontakt z Inez, była mniej więcej na bieżąco z wszystkimi informacjami, ale przez pęd życia i natłok obowiązków nie mogła widywać się z przyjaciółką zbyt często, dlatego to spotkanie cieszyło ją tak bardzo.
Utuliła ciężarną blondynkę. Gdyby nie fakt, że przyprowadziły ze sobą towarzyszy życia, pewnie byłyby obojętne na cały zewnętrzny świat. Sienna wpatrywałaby się w Inez bez przerwy, nie mogąc się nadziwić temu, jak poznana kiedyś przypadkiem młoda kobieta, teraz rozkwitła, ale coś małego przylepiło się do jej nogi, ciągnąc za skrawek spódnicy.
─ Maddie nie może się doczekać kuzynostwa, także nie przerywajcie produkcji ─ zaśmiała się, spoglądając teraz na biednych mężczyzn, którzy oddali się pewnie o wiele ciekawszej rozmowie. Sienna złapała za rączkę swoją córkę, a potem drugie ramię wyciągnęła w kierunku Inez. I znowu wychodziło na to, że musiały radzić sobie same.
─ Myślisz, że spotkamy kogoś znajomego? Gabriela? Silver? Dana? ─ spytała, momentalnie przypominając sobie znajome twarze. Fakt faktem z Gabrielem miała raczej stały kontakt, podobnie jak z jego siostrą, w końcu Maddie była Garsonówną, nie mogła uniemożliwiać jej biologicznemu ojcu spotkań. Mimo tego, nie wiedziała, czy starzy znajomi wybierali się na bal.
Niegdyś panna Grant, teraz pani Henderson z przyjemnością ujęła ramię Sienny i uśmiechnęła się do Maddie, którą pogładziła po główce. Delikatnie, by przypadkiem nie zniszczyć pieczołowicie zaplecionej przez mamę fryzury.
─ Albo Soel i Collen. Rosalie, Iana i Quinn. Leę, Petera, Narcisse, Cass i Matthew ─ wymieniła i westchnęła ciężko, po czym zamrugała szybko, by przegonić gromadzące się w niebieskich oczach łzy. Przez burzę hormonów, wcześniej raczej nieskora do płaczu, teraz wyjątkowo szybko i nader często się wzruszała, co wyjątkowo bawiło Aidena.
─ To były czasy… Tyle się wtedy działo, tyle czasu spędzało razem, a teraz mam kontakt zaledwie z garstką tych osób ─ mruknęła i pokręciła głową, po czym mocniej zacisnęła palce na ramieniu Si, ciesząc się, że kobieta była jedną z tych, z którą znajomość wciąż trwała i nie widać było jej końca.
Mury college’u rosły przed nimi, w miarę jak powolnym krokiem pokonywały dzielącą je od wejścia odległość. Blondynka nawet nie oglądała się na męża, który szedł za nimi w towarzystwie Jordana. Zamiast tego co jakiś czas wspinała się na palce i rozglądała w poszukiwaniu znajomych twarzy.
Nie wiedząc czemu jej serce zwolniło, by potem zacząć bić w szaleńczym tempie. Szła powoli u boku przyjaciółki, mając wrażenie, jakby po raz kolejny szła do ołtarza. Podobnie jak blondynka, rozglądała się dookoła, próbując wypatrzeć kogoś znajomego, jednak dziwne napięcie jej nie opuszczało. Tak jak wtedy…

Sienna nie była tego dnia sama. Wokół niej kręciły się najlepsze przyjaciółki ubrane w sukienki przed kolano w tym samym, miętowym kolorze. Wszystkie były piękne, uśmiechnięte i zadowolone, tylko ona stała przed wysokim oknem w hotelowym pokoju, wpatrując się w niespokojny ocean. Biała suknia była skromna, a skóra zdenerwowanej Wright przypominała jej kolor. Odwróciła się w stronę lustra…
...i wziąwszy ostatni głęboki oddech, skinęła głową na druhny, tym samym dając im do zrozumienia, że mogą wychodzić. Nie było już odwrotu i Inez z całą mocą uświadomiła to sobie w ciasnym wnętrzu specjalnie wypożyczonego i przystrojonego na tę okazję samochodu. I choć tak bardzo się denerwowała, chociaż w nagłym przypływie paniki targały nią ostatnie, kompletnie niepotrzebne wątpliwości, to nie zamierzała uciekać. Nacisnęła klamkę i wyszła na nasłoneczniony plac przed niedużym, starym kościołem…
...ołtarz stał na plaży, goście usadzeni na białych, przystrojonych krzesełkach, spoglądali na bezkresny ocean, a Sienna szła środkiem jasnego dywanu, zmierzając w stronę ołtarza. Jordan spoglądał na nią, posyłając szeroki, olśniewający uśmiech. Serce podskoczyło jej do gardła, kiedy stanęła tuż przed nim, delikatnie ujmując jego silne dłonie. Spojrzała na narzeczonego, słowa pastora do niej nie docierały, skupiała się tylko na tym, co mówił Jordan, jak zahipnotyzowana wpatrywała się w jego usta, żeby usłyszeć to jedno wyczekiwane słowo…
─ Tak. ─ Głos Aidena drżał lekko, gdy wypowiadał to na co dzień błahe słowo, teraz nabierające wielkiej mocy, podobnie zresztą jak głos Inez, gdy ta składała małżeńską przysięgę. Blondynka zarzekała się, że nie będzie płakać, bo też nie należała do łatwo wzruszających się kobiet, lecz w tym momencie czuła rosnącą w gardle gulę i musiała intensywnie mrugać, by przegonić zbierające się w oczach łzy. Wciąż mocno drżąc, ujęła w dłonie twarz mężczyzny swojego życia i pocałowała go czule, ledwo słysząc radosne okrzyki zgromadzonych w kościele gości. Po chwili zdającej się trwać całą wieczność, mocno ściskając rękę swojego świeżo upieczonego męża, odwróciła się w stronę zapełnionych ławek…
…wszyscy stali, klaszcząc w dłonie. Roześmiani i szczęśliwi. Sienna, szczerząc się tak szeroko jak to tylko możliwe, przyglądała się swoim gościom, najbliższym ludziom, który, była wdzięczna za to, że towarzyszą jej w takim dniu. Stojąc po prawej stronie swojego męża, uniosła ich dłonie w geście zwycięstwa…

─ Co wy najlepszego wyprawiacie? ─ Z zamyślenia wyrwał je znajomy głos. Kobiety niemalże synchronicznie zamrugały szybko, chcąc się otrząsnąć i powrócić do rzeczywistości. Gdy spojrzały po sobie, z niemałym zaskoczeniem zauważyły, że wysoko unoszą splecione ze sobą dłonie i nic z tego nie rozumiejąc, szybko je opuściły.
─ My tak tylko… ─ bąknęła Inez, posyłając Siennie niezrozumiałe spojrzenie. Blondynka odpowiedziała jej wzruszeniem ramion, choć chyba obydwie podświadomie podejrzewały, co właśnie miało miejsce i przez to na ich twarzach zaczęły się błąkać wesołe uśmieszki. Ich mężowie przecież nie musieli wiedzieć o wszystkim. W tym także między innymi o tym, że na długo przed ich poznaniem w improwizowanych warunkach ślubowały sobie miłość i wierność aż do grobowej deski. Chichocząc głupio niczym nastolatki, wciąż trzymając się za ręce, przekroczyły próg wyjątkowego college’u, który już na zawsze splótł ze sobą ich losy.


Quin stanęła przed ich dawnym domem i uśmiechnęła się smętnie. Lubiła mieszkanie tutaj. Czuła wtedy, ze wszystko jest na swoim miejscu. Ona, Ian, Chris… Że wszystko się poukłada i będą prowadzić nudne życie we własnym gronie. Tymczasem los pchnął na inne tory i popędzili w zupełnie innym kierunku. Ian przejął rodzinną kancelarię, a oni ruszyli za nim. Wyprowadzili  się z Nowego Jorku i wydawało się, że to normalne. Znalazła jakąś pracę, zajmowała się dziećmi. Nie można było powiedzieć, że źle im się żyje. Na biedę też nie można było narzekać. Jednak czasami z bólem wspominała ten okres po ślubie, kiedy jeszcze się tym wszystkim cieszyli i codzienność nie zabijała całego entuzjazmu.
Westchnęła cicho i ruszyła dalej. Złapała taksówkę i pojechała do ojca. Ostatnio nie spotykali się za często, więc zdecydowała, że u nich przenocuje. Spędzenie z nim czasu wydawało się dobrym pomysłem. Wspólna kolacja, pogaduchy, wspomnienia. Szybko jednak okazało się, że sama siebie oszukuje, próbując przywołać dawne czasy na siłę. Nie była już tą zakochaną nastolatką, która patrzyła na świat przez różowe okulary, a wszędzie i tak widziała tylko jedno – a właściwie jednego. Po latach miała wrażenie, że w pewien sposób gdzieś się w tym pogubiła. Ian robił karierę. Był lubiany, często zapraszany na przyjęcia, spotkania. Zawalony robotą. A ona czuła się jak ozdoba. I chociaż nie wątpiła w ich uczucie, to zastanawiała się, czy nie powinna bardziej zdecydowanie określić swój obszar działania w życiu i poza domem. Szczególnie teraz, gdy dzieciaki już nie siedzą z nią, a spędzają czas w szkole, gdy Chris woli kolegów od matki. To normalne. Tylko… że Quin czuła, że dla niej nie ma już miejsca. Że życie jest zbyt zatłoczone.
Miała nadzieję, że wizyta w Nowym Jorku pomoże jej poukładać myśli i własne uczucia. Tymczasem powrócił tylko żal… i wspomnienia słodkich chwil. A przecież nie wszystkie były takie… Nawet jeśli wokoło wcale tak przyjemnie nie było.

Słyszałam, jak drzwi się powoli otwierają, i uniosłam jedną powiekę. Do sali przez uchylone drzwi zaglądał Ian, a jego ciemna czupryna była jeszcze bardziej potargana niż zwykle.
Uśmiechnęłam się mimowolnie, choć nie mogłam zrozumieć, co on tutaj robi.
- Ian! – powiedziałam wesoło. - Co Ty tu robisz? I czy widziałeś się dzisiaj w lustrze?
- Przyszedłem, żeby zobaczyć, jak się czujesz. - Chłopak uśmiechnął się lekko, odruchowo przygładzając wolną dłonią potargane włosy. W drugiej trzymał bukiet białych róż, które położył na stoliku obok mojego łóżka. To było miłe. Bardzo miłe. - Możliwe, że widziałem się w lustrze, ale to tylko włosy. - Usiadł obok mnie. Chwycił moją zabandażowaną dłoń i ścisnął ją lekko.

Quin oderwała wzrok od zakochanej parki, która tuliła się do sobie na ławce. Nie myślała o dwojgu nieznajomych. Wspominała swoje uczucia. Miała wrażenie, że niedługo utonie w tej całej emocjonalnej bańce.
Wtedy jej telefon z cichym brzęczeniem zawibrował w kieszeni. Wyjęła go w pośpiechu.
- Tak?
W odpowiedzi dostała potok słów, z którego udało jej się wyłowić tyle, co nic. A właściwie dwa wyrazy: „bal” i „idziesz”. To stara znajoma dowiedziała się przypadkiem od ojca Quin, że blondynka jest w mieście. Zadzwoniła więc, aby zabrać ją ze sobą na bal absolwentów ich starego, dobrego college’u. Pani Dawson nie potrafiła odmówić. Nawet nie próbowała tak naprawdę. Od przyjazdu uganiała się po mieście za wspomnieniami i śladami minionych dni, więc jak mogłaby zignorować tak wyraźny sygnał od losu? Po dobrych dwudziestu minutach dostała nie tylko mailowe zaproszenie na bal, ale też poważny ból głowy. A musiała zdobyć jeszcze sukienkę na tę imprezę.

Kiedy weszła w szkolne mury, zadrżała  lekko. Nie miała złych wspomnień z tym budynkiem – przeciwnie, bardzo lubiła to miejsce. Nigdy nie była sobą popularną czy zaangażowaną, ale miała swoje miejsce, swoje skrytki. Kiedyś godzinami przesiadywała w bibliotece, ślęcząc nad tekstami w wymarłych językach. Lubiła pracę w ciszy i spokoju. Nie wiedziała, jakim cudem później mogła pracować w miejscach tak gwarnych jak wytwórnia czy niespokojnych jak muzea. Czas spędzony w murach college’u był dla niej niczym utopia lat dziecinnych.
Wyjęła telefon i cyknęła sobie selfie na tle drzwi z symbolem college’u. Wysłała do męża.
Żałuj, że cię tu nie ma. Kocham was. Buziaki napisała szybko i wysłała. A potem pewnym krokiem weszła do sali, w której gromadzili się też inni goście.
Zżerała ją ciekawość, łaknęła widoku znajomych twarzy. A może chciała znaleźć samą siebie?

Sol Duval, niebawem Schriver, przyłożyła dłoń do płaskiego brzucha, nie mogą nadziwić się, że tak szybko wróciła do dawnej figury. W tym momencie ich wspólne mieszkanie z Ethanem stojące nieopodal Central Parku tonęło w błogiej ciszy, ale wiedziała, że kiedy narzeczony wróci z niemal roczną córcią z krótkiego spaceru, ściany wypełni cudownie słodka rodzinna melodia. Nie była do końca pewna, po kim mała Rose to odziedziczyła, ale gdy tylko się nie uśmiechała, gaworzyła po swojemu, doprowadzając rodziców do bardzo intensywnej pracy mózgów nad rozszyfrowaniem tego, co ma na myśli. I o ile ona spędzała z małą więcej czasu nić Ethan, to jednak on intuicyjnie zawsze wiedział, czego Rosie chce i po co wyciąga pulchne rączki.
Odgarnęła z czoła krótkie, łaskoczące ją w twarz marchewkowe kosmyki i spojrzała na jasną kopertę, którą trzymała w dłoni. Minęło dobre kilka lat od ostatniego momentu, jak chociażby pomyślała o swojej dawnej uczelni, zatem zaproszenie na Bal Charytatywny I Zjazd Absolwentów było niemałym zaskoczeniem, gdy listonosz dostarczył jej to na aktualny adres. Nie sądziła nawet, że Dyrekcja New York College w ogóle doszuka się zmiany lokalizacji  zamieszkania absolwentki, która nawet nie świeciła na scenie, jak dawniej i to już od sporego szmatu czasu.
Z sentymentem spojrzała na komodę przy oknie, na której razem z ukochanym ustawili kilka
najpiękniejszych zdjęć, łapiących najważniejsze momenty z ich życia. Większość stanowiły wspólne ujęcia, jak te z okazji chrztu synka Joyce – wtedy oboje zostali rodzicami chrzestnymi maluszka; jedyny raz gdy Ethan dał się wyciągnąć na zabawę karaoke w barze u Petera; albo jak wspólnie z babcią Ruby wybrali się nad jezioro pod miastem i obydwie kobiety świeciły bladymi skórami, a Ethan dumnie prezentował nieco czerwoną, ale jednak istniejącą opaleniznę. Znalazło się tu jednak także kilka fotografii, na których każde z nich stało osobno. Młodziutka zaledwie osiemnastoletnia Sol podczas swojej pierwszej roli primabaleriny, gdy niemal z łzami w oczach wieńczyła spektakl z resztą tancerzy w wyraziście cudacznym makijażu i stroju, który błyszczał jak usiane gwiazdami niebo. Otwarcie małej autorskiej pracowni projektowania i szycia strojów na spektakle baletowe z kostiumologami, które wciąż miało ją wiązać z baletem, mimo iż diagnoza lekarska była niczym wyrok, zakazując już bliskich starć z sceną po wypadku. Jej dwudzieste szóste urodziny, które spędzała u rodziny w Włoszech, dumnie prezentując każdemu pierścionek na palcu serdecznym, którym Ethan się oświadczył przed ostatnim wyjazdem na misję ze swoją jednostką SEALsów. Potem fotka z szalonymi przyjaciółkami podczas jednego z ostatnich wypadów w Nowym Jorku, kiedy jeszcze wszystkie były na miejscu i mogła codziennie odwiedzać April, Rosalie, Cyzię i Inez, nim wszystkie rozpłynęły się gdzieś po świecie. Frontowe wejście New York Theatre Ballet po jednym z lżejszych spektakli, na które zabrała swoją klasę maluszków, które wprowadzała w świat sztuki i miłości do desek. To wszystko było masą jej najcudowniejszych wspomnień z zaledwie kilku ostatnich lat. Ruda wyciągnęła dłoń po jedną z ramek, przesuwając opuszkami delikatnie szkiełko chroniące fotografię, Ethan stał dumnie salutując z swoimi chłopakami, którzy byli jego braćmi, jego rodziną. I o których bała się równie mocno jak o swojego mężczyznę, gdy kolejny raz opuszczali kraj.
– Jesteśmy! - usłyszała od progu i odstawiła zdjęcie, kierując się do drzwi wejściowych, żeby powitać swoje skarby.
Ucałowała Ethana w polik i wyciągnęła ręce do swojej córki, z którą nie potrafiła się rozstać nawet na jedną godzinę. Choć gdy szła do pracowni na pół dnia, albo prowadzić zajęcia dla dzieciaków, ciągłe zajęcie okazywało się skutecznie zasnuwać myśli o tęsknocie za tym uroczym bąbelkiem, które oczy miało ewidentnie po tacie. Choć uśmiech po niej, zdecydowanie!
– Jedziemy na zakupy, słonko – oznajmiła, wręczając Porucznikowi zaproszenie i odstawiając wózek na bok korytarza, przeszła do salonu, by usiąść na sofie z Rosie na kolanach i zdjąć z niej lekki sweterek.
Nie była pewna, czy trzeba będzie jakoś szczególnie namawiać Ethana do wskoczenia w garnitur, ale obydwoje doskonale wiedzieli, że gdy Sol bardziej się postara, on ulegnie każdej jej prośbie. To już tak z nimi było, że twardy żołnierz przy byłej baletnicy trochę miękł i serdecznie bawiły ją te pełne szacunku, ale i trwogi spojrzenia jakie rzucali swojemu dowódcy chłopcy z jednostki, gdy spotykali się raz na jakiś czas na wspólnym przyjacielskim grillowaniu. Jakby nawet bez munduru gotowi byli wypełnić każdy jego rozkaz, a przecież nie był wcale tak surowy i nieprzejednany, jakby się mogło wydawać. Nie dla niej.
Zaśmiała się pod nosem, widząc minę wchodzącego do salonu narzeczonego. Ostatnio, gdy zaciągnęła go na zakupy, spędzili prawie dwanaście godzin na odwiedzaniu salonów sukien ślubnych, bo gdy tylko jej ciało po porodzie zaczęło nabierać dawnych kształtów, a skóra na brzuchu znów stała się sprężysta, tak że Sol mogła wskoczyć w dawne sukienki i jeansy, nie chciała dłużej odwlekać przygotowań. Zresztą ich ślub i tak odwlekany był blisko półtora roku, bo to raz wypadła Ethanowi misja na kolejne sześć miesięcy i nie mógł odmówić, a to znów ona musiała pomóc rodzicom w rozwiązaniu najmu winiarni, gdy przenosili cały interes do Palermo, a nie wszystkie dokumenty były w Nowym Jorku i latała kilka razy w ciągu miesiąca do Włoch. A później ciąża, a Duval zdecydowanie nie chciała wyglądać w najważniejszym dniu kobiety jak bela.  Rozumiała więc, skąd ten grymas na twarzy mężczyzny, choć była pewna, że tym razem spodoba mu się to o wiele bardziej.
– Podrzucimy Rosie do babci – oświadczyła, bo z dzieckiem ani nic by nie kupili, ani nawet nie byłaby w stanie na spokojnie żadnej kreacji przymierzyć, a skoro obowiązywał strój wizytowy, chciała pokusić się o coś zjawiskowego, bo dawno temu miała okazję nosić cokolwiek, co by było eleganckie, kobiece, wyrafinowane. - I będziesz musiał skupić się na mnie, wchodzić do przymierzalni razem ze mną, zapinać haftki, odpinać zamki i mówić całkowicie szczerze, jak to co zakładam na mnie leży – poinstruowała rozbawiona przyglądając się zmianom, jakie zachodzą w jego twarzy, spojrzeniu i nastawieniu do tego przedsięwzięcia. Bo zakupy w przypadku świeżo upieczonych rodziców, to była istna przygoda. Ekscytująca i podniecająca!
Ułożyła córkę w łóżeczku, ustawionym przy łóżku i podeszła do ukochanego, układając miękko jasne dłonie na jego torsie. Pocałowała go krótko i gdy ją objął, przyciągając bliżej, przesunęła dłońmi w górę po jego ramionach i zatrzymała ręce na karku, muskając skórę nad kołnierzem kurtki opuszkami.
– Dzięki Bogu jeszcze zostało mi trochę biustu po karmieniu, to będzie wesoło – zaśmiała się i wspięła na palce, całując go znów. Jeśli jednak którekolwiek z nich nabrało ochoty na coś więcej, przypomnienie o obowiązkach w postaci cichego popłakiwania i nawoływania z łóżeczka, skutecznie ostudziło wszelkie zapędy.
Kilka lat temu skupiała się jedynie na balecie. Scena była jej życiem, ledwie znajdywała czas, aby dbać o przyjaźnie, które nawiązała z tyloma wyjątkowymi osobami. W chwili obecnej wciąż ta sztuka istniała i była ważna w jej życiu, ale... teraz najważniejsza była rodzina i ludzie. Jej ludzie. I nie mogła doczekać się tych wszystkich znajomych twarzy, które na pewno ujrzy na zjeździe.
'

06/08/2014

1982. Myśli zabrudzone przeszłością.



Ostatnio miała wrażenie, że jak łapie się gdzieś paskudne przeziębienie, złośliwe choróbsko, tak ją prześladować zaczął pech. Pech do kwadratu. Podczas wypadku drogowego, kiedy w zimie autobus wpadł w poślizg, a ona była jednym z jego pasażerów, nabiła sobie jedynie kilka siniaków. Tam poznała żółnierza o ujmującym uśmiechu, który był tak sympatyczny i ciepły, że łamał wszelkie wyobrażenia na temat mundurowych, jakoby byli oni szorstcy i zimni w stosunku do innych ludzi. Wtedy raźno Sol porwała się do wybijania okien w autobusie, gotowa pomóc innym, choć sama tylko nabałaganiła i nasypała sobie za kołnierz skrawków grubej szyby nieudolnym waleniem plastikowym młoteczkiem w okno. Wtedy jak zwykle pchałą się w kłopoty, na dodatek z uśmiechem na ustach. Podczas wypadku na przełomie marca i kwietnia tego roku, przygniotła ją belka  w remontowanym teatrze podczas próby z zespołem i ucierpiała na zdrowiu, na sprawności, a prócz bólu i opatrunków, jej kariera została brutalnie zakończona. Wtedy jej życie wywróciło się do góry nogami i tylko Jared, który po zniknięciu zjawił się znikąd w szpitalu, oświadczając się, potrafił postawić ją na nogi, by się nie chwiała. Wtedy nie było czasu na załamywanie, zresztą miała przy sobie silną podporę a i mimo rozpaczy, jaką budził w niej zakaz lekarzy powrotu do baletu i diagnoza będąca wyrokiem, działo się też wystarczająco, by odwrócić jej uwagę od własnej tragedii. Wspólne marzenie i plany sprawiły, że Sol na nowo uwierzyła w siebie i porzuciła żałobę za sceną i baletem. Choć jej uśmiech widocznie zbladł, a w oczach nie pojawiały się te figlarne iskierki, odnalazła siebie na nowo. Wtedy przynajmniej tak myślała.
Dwa miesiące temu znów przeżyła wielki zawrót. Nie było wypadku, tym razem się obyło bez tak drastycznych wydarzeń. Tylko świerzy narzeczony zniknął, a wtedy dziewczyna zupełnie się załamała. Uciekła z miasta, by nie chodzić ulicami, którymi spacerowała z Murphy'm. Uciekła z mieszkania, gdzie wciąż było pełno  rzeczy tamtego człowieka, od którego pierścionek jako symbol miłości i przysięgi wierności zsunęła z palca zaledwie kilka dni temu wraz z powrotem do miasta. Uciekła od wspomnień, od bólu, tęsknoty, bo wierzyła, że czeka ją coś stabilnego, coś pięknego. Kiedyś. Może. Prawdopodobnie miała po prostu zwyczajne marzenie, takie jak każdy. Bo tylko w filmach młode kobiety co rusz prowadzą płomienne romanse, ulegają wypadkom i zawsze znikąd nadchodzi pomoc, najczęściej w postaci uosobionego Apolla. A w życiu tak na prawdę to co stałe, co pewne przynosi poczucie szczęścia i bezpieczeństwa. Dla niej przynajmniej, tym, co sprawi jej radość było nie żadne szaleństwo, tylko spokój  i ktoś obok. Mimo niemal ćwierć wieku na karku, chyba niczego się nie nauczyła, pozostając wciąż niepoprawną romantyczką. I choć wiedziała, że świat się nie zawalił, bo szansa na spełnienie tego marzenia nie pękła, a czasu ma jeszcze wiele, by ułożyć sobie życie, tak samo jak szansę ma na znalezienie miłości na tyle silnej, by przetrwała, to jednak w tej jednej chwili czuła, że nic nie jest w stanie sprawić, że się uśmiechnie.
Wróciła kilka dni temu i starała się jak najmniej przebywać w mieszkaniu.  Obecnie jej samoocena bardzo spadła, sądzić nawet była gotowa, że nie jest warta zapamiętania i uwagi. Poszukując wyjaśnień dla zniknięcia byłego narzeczonego – bo już nikim innym nie mógł być dla niej, w jej głowie pojawiało się na prawdę wiele scenariuszy. Niektóre żałosne, a niektóre wręcz tak nieprawdopodobne, że aż śmieszne. Na początku prócz tęsknoty, rozpaczy, bólu i żalu, czuła strach, obawiając się, że biedny Murphy mógł ulec wypadkowi i dziać się z nim mogło nie wiadomo co. Powoli jednak budziła się jakaś gorycz. A koniec końców jednak, zawsze winy doszukiwała się w sobie. Pamiętałą przecież ostatnie dni, kiedy był, kiedy byli razem, jak patrzył na nią bez uśmiechu, gdy świerzo po wypadku, Sol musiała zjawiać się u rehabilitantki dwa razy w tygodniu, a później nie można jej było nawet przytulić, całe ciało miała tak obolałe i słabe.W mieszkaniu powoli zmuszała się, z płaczem wiążącym gardło, pakować powoli rzeczy Jareda. Musiała się oczyścić, swoje życie z tej tęsknoty i bólu. I powoli jej się udawało, choć najwięcej musiała sobie poukładać nie na półkach, a w sercu i w głowie. Skończyło się jednak to wielkie porządkowanie na tym, że z łazienki wyniosłą jego szczoteczke i maszynkę do golenia i wrzuciła do koszyczka, w którym trzymał karty pamięci, pendrivy i inne swoje pierdoły. Odwiedzała przyjaciół, nadrabiając wiele tygodni milczenia, bo i sama nie wyjaśniła, że znika i że podróżuje miedzy Francją i Włochami w ramach zajęcia się czymś innym, niż smarkaniem w kolejne chusteczki i nie wiedziała też nic, co się dzieje u nich. Przesiadywała kilka godzin w winiarni u zmartwionych i zaniepokojonych rodziców, którzy- zwłaszcza matka, podsuwali jej ciągle coś do jedzenia, komentując jak zeszczuplała, aż pod oczami pojawiły sie niezdrowe sine cienie. Z złamanym sercem zagubiła gdzieś siebie, karmiąc się powietrzem i smutkiem.
Gdy zapadało późne popołudnie, wymrznięta wracała z parku, gdzie na ławce przesiadywała na współ przysypiając dobre z trzy, cztery godziny. Czując zdrętwienie w kończynach, wspinała się po schodach, szurając stopami ociężale, zupełnie jakby nie była baletnicą, choć na wymuszonej emeryturze przez zdrowie. Zatrzymywała się pół piętra niżej, by odetchnąć i znaleźć klucze zanurzone w torebce bez dna. Kondycja już nie ta sama, szybciej brało ją zmęczenie, a to wcale nie przez brak treningów. Popadła w apatię i tylko patrzeć, jak anemia się pojawi z niedożywienia i braku snu i doskonale o tym wiedziała, potzrebowała tylko czasu. Czas leczy wszystko. 


Siedząc zwinięta w kłębek na kanapie, patrzyła na jedno z zaledwie kilku zdjęć, których nie odesłała. Mijał już trzeci miesiąc od jej poworotu do miasta i już wiedziała, że wszystko się zmienić musi. Palcem muskała szybkę w ramce, gdzie została umieszczona wspólna chwila z Jaredem. Minęło już tyle tygodni, wystarczająco wręcz, by zaczęła się wybudzać z tego stanu... marazmu. Zaczęło ją to wręcz męczyć, zaczęła dokuczać jej gorycz. Czy tylko ona ma płakać, cierpieć i myśli mieć zabrudzone przeszłością? Czy Jared też to przeżywa? Czy odszedł i zaczął nowe życie? Może z inną? Moze tylko ona tak naiwnie trwa jakby ostatkiem sił oczekując pukania do drzwi, jeszcze nie czując się wolna do końca, bo zniknięcie jednej strony, nie oznacza dla drugiej definitywnego końca? Znikanie to była niepewność, a niepewność, była najgorsza. Gdy nie wiedziało się nic, a spekulacje mogły daleko mijać się z prawdą.
Po jego zniknięciu, dwa miesiące blisko spędzała na wyjazdach po Europie. To była ucieczka. Miała zamiar tam wrócić, lecz nie po to, by uniknąć wspomnień. Potrzebowała wakacji. Odpoczynku i relaksu. Potrzebowała wyjazdu, takiego z prawdziwego zdarzenia, jak to zwykle planuje się, robiąc listę co trzeba zabrać, co zakupić, koniecznie włączając w listę olejek do opalania, torbę plażową, klapki, bikini i nowe letnie sukienki! Zupełnym przypadkiem zaplanowała taki wyjazd z przyjaciółką, u której również zaszło tyle zmian, że obydwie teraz wyglądały jak worki kości obleczone w skórę. Sol było wstyd, czuła żal do samej siebie, że egoistycznie zamykając się w swojej skorupce, zaniedbała przyjaciół, których też mogło spotkać coś złego, mogli przeżywać nieprzyjemności, własne mniejsze lub większe tragedie. Nie myślała o nich wcale, użalając się nad sobą. JJ doskonale to nazwała, wtedy Sol "lubowała się w własnym dramacie". A przecież facet, czy jest, czy go nie ma, nie staje się dla kobiety całym światem. Jest jego częscią, ważną, o ile miłość nie jest najważniejszą, ale nie przysłania jej wszystkiego, nie odbiera rozumu i tego, że sama stanowi centrum dla samej siebie. Była głupia. I ślepa.  I zachowałą się banalnie, jak bohaterki romantycznych komedi. Wstyd.
Długo nie mogła się zebrać,  by zacząć pakować jego rzeczy. Prace przyniesione z biura, ubrania, płyty, książki, gitarę nawet. Wolała uciekać z mieszkania, swojego, które sama z pomocą Rose tak ładnie urządziła, niż wziąć się w garść. Aż wreszcie któregoś dnia, zapominając o tym wszystkim, po spotkaniu z kimś, kto jakby naturalnie i bez wysiłku umiał wywołać znów uśmiech na jej twarzy, wróciła do siebie wcześniej. Zapomniała o tym, że przychodzi do mieszkania tylko późnym wieczorem, by iść prosto do łóżka, zbyt zmęczona, by ogarniać wszystko wokół. Stanęła na środku salonu i jakby zaskoczona spoglądała na rzeczy, których było za dużo, jak na jedną osobę mieszkającą w tych kątach. To był impuls, chwyciła w rekę najpierw koszulkę przewieszoną przez krzesło, potem kilka kartek zostawionych na stoliku pod oknem i powoli, jakby nieświadomie, zaczęła wszystko składać. Zamiast jednak do szuflad, na półki, na wieszaki w szafie, do worków, które rwała bez złości, a z dziwnym spokojem. I nie myslała wtedy o niczym. Ani o tym, że jest zła, że smutna, pełna żalu, ani o tym że tęskni, ani nie gdybała co by było gdyby, ani też nie zastanawiała się, co też teraz moze robić Jared. Po prostu skupiła się na składaniu równiutko w kostkę ubrań, układaniu obok siebie płyt, wiązaniu w rulony projektów architektonicznych, zakręcaniu je w tuby, tubki i składaniu w teczki. Przyszło to tak samo z siebie i Sol wcale nie bolało. Tylko zmęczyło, bo zajęło kilka godzin, nim wynalazła ulubione kubki Jareda wśród naczyń, wyprzatała kosmetyki mężczyzny z łazienki, drobnostki i to, co najbardziej dokuczało – wspólne zdjęcia. 
Jedno z takich zachowała. Nie mieli ich wielu, nie wywoływała wszystkich, nie miała miejsca, gdzie je poustawiać, czy zawiesić. I tak większość znajdywałą się na kartach pamięci w aparatach mężczyzny, które także były już poskładane w torby i ustawione przy ścianie. Nigdy też nie zastanawiała się, czemu zniknął, nie zabierając niczego, bardziej skupiając się na powodzie, na motywie zniknięcia. Kłamałaby mówiąc, że ten związek był nieudany. Jak zwykle to bywa, mieli wiele pięknych, radosnych chwil, po drodze jakieś nieporozumienia, kilka kłótni. Ale była z nim szczęśliwa i kochała go. Dlatego chyba tak bolało jego zniknięcie, bo Sol wierzyła w nich i to, co mówił Jared o wspólnej przyszłości. Zresztą to było to czego chciała, rodzina. W ramce, która trzymała w dłoniach, śmiała się do rozpuku, próbując wyrwać narzeczonemu, który ją łaskotał. Pamiętała ten moment, byli na pikniku, to ona porwała go z biura, w którym mógł przesiadywać całe dnie. To było przed wypadkiem, kiedy śmiała się i wygłupiała jak dziecko i nie przejmowała komentarzami, ze czas spoważnieć, bo tak już nie wypada. Nigdy nie należała do osób, które uchodzą za dojrzałe, bo choć głowę miała na karku, należała do osób nad wyraz pogodnych, empatycznych, którym szkoda czasu na smutki. Jakiż to przekorny los, ostatnio głównie się smuciła przecież.


Stała pod blokiem żołnierza, którego poznała w zimie, podczas wypadku. Śmiał się pod nosem z jej prób wybicia szyby, a gdy ta runęła i odłamki posypały się na nią, prosił łagodnie, by się odsuneła i nie robiła sobie krzywdy. To co wydarzyło się w przeciągu ostatnich trzech dni, sprawiało, że Sol miała na prawdę wielki mętlik w głowie. A jedyną osobą, która mogła na to zaradzić wydawał się jej ten mężczyzna. Nadal nie rozumiała, jak to robił, że czas dla niej znajdował, pojawiał się jakby znikąd i to w najmniej spodziewanym momencie. Jak w szpitalu po jej wypadku, gdy dowiedział się o tym nie wiadomo skąd i jak. Albo pod drzwiami jej mieszkania, gdy wróciła do NY. On po prostu pojawiał się, nie znikał, był dla niej i kiedy potrzebowała milczał, albo rozmawiał. Jakby znał ją lepiej, niż ona samą siebie.
Trzy wypadki – poślizg autobusu, belka przygniatająca ją do desek i zniknięcie Jareda. Trzy miesiące ucieczki. Trzy miesiące rozpaczy. Trzy dni podczas których zebrała się w sobie, oczyściła życie z byłego narzeczonego i zamkneła rozdział, zakończyły się dla niej szokiem takim, jaki by przeżyła, doświadczając trzęsienia ziemi. Trójka zdecydowanie nie była jej szczęśliwą liczbą. W każdym z tych okresów i wydarzeń, pojawiał się porucznik, który prawdopodobnie nieświadomie prócz wsparcia, dawał jej jeszcze więcej, niż sama oczekiwała, a czego chłonna teraz po zranieniu była, jak nigdy wcześniej.
Podniosła oczy na wysoki wieżowiec, licząc okna od góry, by odszukać w szeregu szybek lśniących w ginącym za chmurami słońcu te konkretne, należące do mieszkania mężczyzny. W tym wszystkim najgorsze było to, że zupełnie nie chciała nikogo wodzić za nos, ani dawać płonnych nadziei, a wydawało jej się, że sama się tym ostatnim poddając, robi coś nieodpowiedniego.  Bo ten ktoś, kogo chciała znów zobaczyć, stawał jej się coraz bliższy, w nim szukała wsparcia, jemu nie bała się zaufać, z nim chciała rozmawiać. Nie stanowił żadnego zastępstwa, po wizycie w Seattle, jakby rozdział z Jaredem został zamknięty. Zresztą, nie mogło być inaczej, nie po tym, co się tam wydarzyło, co zobaczyła. A jednak, czuła się źle, nie przyznając się przed Schriverem, że nie jest dla niej przyjacielem tylko. Nigdy nie był. Z początku tylko znajomym, z którym uciekła przed przesłuchaniami z wypadku. Później serdecznym kolegą, który odwiedzał ją niemal codziennie w szpitalu. A następnie, przeskoczył niewyobrażalny dystans ich dzielący i nagle, znikąd, wbrew zasadom wszelakim, mógł stać blisko, mógł ją objąć, pocałować w czoło, złapać za rękę i Sol czuła się z tym doskonale. Nie chciała robić żadnego kroku wstecz, nawet parłaby do przodu. Tyle że relacja między nimi, której nie umiała nazwać, bo w tym wszystkim przeszkodę stanowił nieobecny już, ale jakby nadal będący obok Jared, była czymś wyjątkowym, a ona własnymi wyobrażeniami, nie chciała niczego psuć. I męczyło ją to bardzo. Bo na takie nie wiadomo co, niepewność, niedomówienia porucznik zupełnie nie zasługiwał. I czuła się z tym podle. Zwłaszcza, że to przy nim i dzięki niemu, zamkneła za sobą ostatnie niedomkniete drzwi.


Spojrzała na dzwonek, gdy już stanęli pod drzwiami. I patrzyla na przycisk, nie na drzwi, nim te się nie uchyliły.
Była tu pierwszy raz. Jared znał jej rodziców, odwiedzał ich w winiarni, w domu. Jej nigdy nie zabrał do Seattle, a ona nigdy nie poznała rodziców Murphy'ego. Wiedziała, że nie ma on najlepszych kontaktów zwłaszcza z ojcem, który nigdy nie był w pełni zadowolony z syna i wymagał od niego zawsze więcej. Może gdyby była tu z mężczyzną, który miał włosy ciemniejsze i w tym domu dorastał, czułaby zdenerwowanie i tremę przed przyszłymi teściami. Ale oni już nimi nie byli, a ona powoli zaczynała w głowie budować dystans, barierę, tarczę ochronną, by nie czuć żadnej zażyłości z obcymi. Bo to byli obcy ludzie, łączyła ich jedna osoba, która w przypadku rudej należała do przeszłości.
Na Ethana nie patrzyła. Czuła na sobie jego wzrok. I wiedziała, że gotów jest ją złapać, gdyby padła trupem na widok, który pokazał jej się przed oczami. Bo otworzyła im nie starsza pani, nie starszy pan, a młoda kobieta, może nieco, ale niewiele starsza od Sol. Jedną dłoń oparła o framugę, przestrzegając wejścia do wnętrza domu. Drugą położyła na brzuchu. Była w ciąży.
Sol wzrok przesuneła z dzwonka na ten brzuch właśnie i czuła jak krew odpływa jej z twarzy, a kolana się uginają. Zadrżała, ale mocniej zacisnęła palce na kartonie i tylko zachwiała się przez chwilę, lecz ustała.
 - Jared Murphy - zaczęła i odebrało jej mowę na chwilę. - Znasz go? - spytała wprost.
       To nie była siostra bruneta. Ruda znałą Michelle. To mogła być kuzynka, ktoś kto gościł w domu jego rodziców, sąsiadka, która podeszła pożyczyć szklankę cukru, albo mleka. To być mógł ktokolwiek. A jednak nasuwała się jedna myśl. Najczarniejsza.
 - Przywiozłam jego rzeczy, które zostawił w NY. Zniknął trzy miesiące temu. Jestem... byłam jego narzeczoną - dostała słowotoku, chciała z siebie wszystko wyrzucić i mówiła szybciej, szybciej, niewyraźnie, choć składnie. - Nie mam z nim kontaktu od tamtego czasu. Nie wiem gdzie jest. Nie wiem nawet, czy żyje. Chcę to tylko zostawić. I oddac pierścionek. To podobno pamiątka rodzinna. Chce go oddać jego rodzicom do rąk włąsnych - mówiła i nie widać było, by była wystraszona, załamana, ale jakaś taka... pogodzona z faktami? Nie, nawet nie. Spokojna, zdystansowana, nie chłodna, ale wcale nie jakaś specjalnie wylewna i przyjacielska. Trudno byłoby odgadnąć, jak ona sama się teraz w tej chwili czuje.
         Schyliła się, postawiła karton przy progu i spojrzała po raz pierwszy w oczy dziewczynie.
 - Mogę wejść? 


Ucieszył ją grzmot, który usłyszała za plecami. Sama czuła się tak, jakby w środku niej coś dudniło. Słońce już schowało się za chmurami, które choć nie ciemne, nie burzowe, były ciężkie i sprawiły, że powietrze zmieniło się z rześkiego, na parne, duszne. Ostatnim razem gdy tu była, przyszła z prośbą o podwózkę na lotnisko, gdy wybierała się do Seattle. A że koniec końców prócz szofera dostała towarzystwo i wsparcie w tej jednodniowej podróży... Kolejny raz porucznik pokazał jej, że stać go na wiele dla kogoś, kogo darzy sympatią. Jakżeby jednak chciała, by ta sympatia stałą się czym innym... Te myśli, do których jeszcze niedawno wstydziła się przyznać, których nawet do siebie nie dopuszczała, spychała w najdalsze zakątki w głowie, dobijały się do niej i wreszcie Sol zdała sobie sprawę, że nie jest w stanie tylko patrzeć w okno i myśleć o tym, co było. Bo żyła tym, co było tu i teraz i widziała ludzi, którzy byli przy niej i do nich się przywiązywała i tych kochała. Może była naiwna, lekkomyślna i niczego się nie nauczyła. Ale nie chciała się chować w swojej skorupce i nic nie czuć. Przede wszystkim nie chciała nic nie czuć.
Wchodząc po schodach, odgarniała z twarzy mokre kosmyki. Deszcz zerwał się nagle i choć od bramy dzieliło ją kilka metrów, mimo że podbiegła ten niewielki dystans, krople zmoczyły ją do tego stopnia, że kolorowa, zwiewna letnia sukienka przyległa do ciała, a włosy oblepiły ramiona szyję i plecy, okrywając ją w  miedziany płaszcz. Zupełnie jej to nie przeszkadzało, jak i chłód od kamieni stopni, które pokonywała powoli. Nie miała zamiaru się cofnąć, najwyżej przesiedziałaby ulewę tutaj, nim nie ustąpi i się nie rozjaśni na powrót, gdyby mężczyzny nie było w mieszkaniu. W końcu tu przyszła, nie miała się czego obawiać z jego stronu. Raczej z swojej włąsnej.
Przypomniała jej się jej własna reakcja, jak go powitała, widząc pod swoimi drzwiami. Nie zrobiło jej się głupio, nie poczuła wstydu, ani zażenowania, że na widok twarzy porucznika uśmiechnęła się po raz pierwszy szeroko i szczerze i rzuciła mu na szyję, jak wariatka trochę. Wtedy zareagowała intynktownie, bez namysłu. I możliwe, że tak właśnie powinno być. Bez krępacji, bez analizowania, co powinno być, a co jest. Gdy stanęła pod jego drzwiami, kichneła krótko, bo nos ją zaswędział, może to z jakiegoś dziwnego niepokoju, który pojawił się nagle i zniknął i zapukała. Raz, później drugi i gdy otworzył drzwi zaschło jej w gardle. Przyszła tu, bo tak, bez konkretnego powodu. Nie miała nawet przy sobie obiecanego mu wina w drodze powrotnej z Seattle, by móc wyjaśnić, że to to jest powodem jej przyjścia. Chciała tu być i go zobaczyć, to wszystko. Czy to było aż tak skomplikowane?
- Cześć – rzuciła tylko i zamiast wprosić się do srodka, albo chociaż zagaić rozmową na progu, zawróciła i zaczęła schodzić po schodach. - Ach.. - coś sobie przypomniała, zatrzymała się, zawróciła i znów podeszła wyżej i stanęła pod drzwiami. - Masz szczęście, nie musisz mi pomagać w sprzątaniu mieszkania, poradziłam sobie z tym w godzinę! Chyba wpadłam w jakiś trans sprzątania, klątwa Kopciuszka z obsesją porządku, czy coś, bo wszystko lśni – znowu monolog, słowotok, niedobrze się działo. - Znów gdy skończyła, nabrała powietrza i zawróciła, schodząc z cztery stopnie w dół. I znów cofnęła się, pokonała je na powrót w przeciwnym kierunku i stanęła naprzeciw niego przy drzwiach. - Poprosiłam nawet jednego stolarza żeby mi wydrążył wzory w meblach i w kuchni i w salonie i w komodzie w sypialni, znalazłam wzór, będzie pięknie, kiedy będzie gotowe, pokażę ci – obiecała i nabrała powietrza, chcąc coś dodać. Zamiast tego jednak, mrukneła coś do siebie i znów skierowała się ku schodom w dół.
Nie zapowiadało się tym razem, by dostała kolejnego olśnienia i miała zawracać. Prawdę powiedziawszy zeszła już do półpiętra, pokonując te nieszczęsne wydeptane i zamoczone przez jej ubranie stopnie i dopiero zatrzymała się, gdy barierka z wyższych schodów zasłoniła ją niemal całą, aż musiała unieść głowę, by spojrzeć na Ethana.
 - A umówisz się ze mną?



[hahaha! Natchneła mnie na koniec reklama... czegoś tam, jak w barze laska dostaje słowotoku do barmana, który jej się podoba <3 to właśnie w stylu Soluszki ;)
błędów co nie miara, moje programy edytorskie fiksują, a blogspot ze mną walczy :( ]

01/03/2014

1968. "Słońce" NY zgasło.


[wiecie co? notka grupowa w sumie ;) ]

Panna Haywood była szefem wszystkich szefów. No, może nie do końca, ale najważniejsze, że sama sobie wybierała godziny pracy. Z racji tego jednak, iż czuła się spełniona zarządzając kasynem, spędzała tam większość czasu. Niezbyt ufała ludziom i czuła się znacznie pewniej samodzielnie kontrolując nawet najmniejsze drobnostki, takie jak rodzaj papieru toaletowego w łazience dla klientów.
Kiedy jednak odebrała telefon od rudzielca i wysłuchała rozpaczliwej prośby o podwiezienie, nie miała oporów przed zapakowaniem tyłka do sforsowanego autka. Weszła do budynku i wypytała portiera o to, gdzie może znaleźć pannę Duval. Otrzymawszy wskazówki, skierowała się w tamtą stronę, radośnie podzwaniając kluczami. Dobiegający zza uchylonych drzwi gwar utwierdził ją w przekonaniu, że obrała właściwy kierunek. Wślizgnęła się do sali i już, już miała pomachać do Sol, kiedy na tę drobniutką postać spadła belka.
Belka!
- Boże! - krzyknęła, zasłaniając usta dłońmi. Przez dłuższą chwilę nie była zdolna do ruchu, więc po prostu stała i wpatrywała się w tę przerażającą scenę.
Krzyki ustały w momencie, gdy belka przydusiła kobietę do sceny, a ona upadła tak, ze uderzyłą głową o deski i straciła przytomność. Moze dla niej to i lepiej, nie była świadoma i nie odczuwała tego bólu, który momentalnie silną falą niemal wstrząsnłą jej ciałem.

Sol obudziła się dopiero w szpitalu. Nie wiedziała, że Cyzia dzwoniła po pogotowie i była przy niej. Nie wiedziała, że jej przyjaciółka jest tak odważna, zaradna i w ogóle tak... tak doskonale zorganizowana, o, i że w sytuacjach ekstremalnych zachowuje zimną krew! Miała przy sobie swojego osobistego bohatera. Nie wiedziała też, ze i Nezia się zjawi jak drugi aniołek Charli'ego! I że będąc na zmianie, gdy przywiozą do szpitala rudą, doglądać jej będzie.
Pamietała krzyk i widok wystraszonych min tancery z zespołu, pamiętała pierwszą falę bólu i oczywiście oczywistym było to, że znajdzie się w szpitalu. Nie mniej jednak gdy odzyskała przytomność, zmrużyła oczy i rozejrzała się po sali, czując się co najmniej niepewnie.
- Gdzie jestem? - durne pytanie, ale padło bez zastanawienia się nad jego sensem, gdy wszystko było tak proste.
Inez szczerze nienawidziła takich sytuacji. Nienawidziła, kiedy będąc w pracy, musiała interweniować w wypadkach, w których uczestniczyli jej bliscy. Wiedziała, że jadą do teatru, że została poszkodowana pewna baletnica, lecz nijak nie skojarzyła faktów. Nawet nie pomyślała, że to mogłaby być Sol. Dopiero kiedy na miejscu zobaczyła dwie przyjaciółki, w tym jedną leżącą nieprzytomną niemalże na środku sceny… Nogi się pod nią ugięły. Nigdy nie potrafiła tak do końca opanować się w takich sytuacjach, oddzielić pracy od życia prywatnego, by móc racjonalnie myśleć. Wiedziała jednak, że musi i starała się ze wszystkich sił.
Wolała nie słuchać i nie patrzeć, robiła swoje, aż wreszcie wraz z kolegami z zespołu przetransportowała Sol do szpitala. Musiała wrócić do pracy, dostali jeszcze kilka wezwań, lecz po skończeniu zmiany Inez przebrała się i zabarykadowała się w sali, w której leżała Sol, tłumacząc lekarzom, że jest jej przyjaciółką i że kobieta nie ma tutaj bliższych krewnych, których trzeba byłoby powiadomić. Sama zaś, korzystając z telefonu rudowłosej, próbowała dodzwonić się do Jareda, lecz ten niestety nie odbierał.
Siedziała na krzesełku, nieco oddalona od łóżka i wpatrywała się w złożone na kolanach dłonie, kiedy to Sol się odezwała. Blondynka zerwała się ze swojego miejsca jak oparzona i przysunęła się do łóżka, by lekko pochylić się nad rudowłosa i uśmiechnąć się ciepło.
– Jesteś w szpitalu. Chwilę po próbie spadł na Ciebie kawałek belki z lampami… – wyjaśniła, nie mówiąc nic więcej, bo tez lekarze niczego jej nie powiedzieli.
Sol powoli obróciła głowę, w której czuła ból, jakby w środku miała siedmiu krasnoludków właśnie podczas pracy, tłukących kilofami o skały w kopalni i skrzywiła się. Oblizała suche usta i uniosła dłoń do skroni, by pomasować... plastry i opatrunek na czole.
- To... to wiem... Neziu... ja widziałam Cyzie - mruczała nieco bez sensu, bez ładu i składu, ale cóż... chyba nie dziwne, prawda?
Nie chciałaby teraz słyszeć tego, co powiedział lekarz. Nie chciałaby sie teraz z tym zmierzyć. W ogóle poleżałaby sobie smacznie i spokojnie, pospałaby sobie. Zjadłaby ciacho. Pobawiłaby się w lenia. Wystraszyła się w teatrze, sam widok min ludzi i krzyk był oczywisty i alarmował aż ponadto. A że to ona leżała w szpitalnym łóżku... wiedziała jakie mogą być najczarniejsze scenariusze w konsekwencji.
– Tak, Cyzia przyszła Cię odebrać z próby – wyjaśniła cicho, widząc, jak Sol się krzywi. Domyśliła się, że było to spowodowane bólem głowy, zatem specjalnie przyciszyła głos, by dodatkowo nie drażnił on rudowłosej.
Lekarz, który kazał zrobić prześwietlenie Sol, który jej założył kartę i przebadał na wstępie, powiedział wprost, ęe dla tancerza, dla baletnicy to oznacza koniec czynnie wykonywanego zawodu. Poorane plecy belką się zagoja, będą piec i boleć, ale się zagoją. Ale belka przygniotła ją mocno, uderzyła w biodro z taką siłą przez swój ciężar, że doszło do wysunięcia kościo biodrowej ze stawu, naderwanie mięśni, wypadnięcia z zawiasu i musieli jej nastawiać nogę... jakby była laleczką, plastikową barbie, której noga wypada jak sie za mocno pociągnie... Sol nie wróci na scene. Na dodatek mięśnie, które trzeba będzie masować i znowu obklejać plastrami, fizjoterapia...
- Neziu... mamy tu wody troszke? - poprosiła, nie pytając jeszcze o nic. Ale to i tak wisiało w powietrzu.
– Tak, już Ci daje! – zawołała i odwróciła się w stronę niewielkiej szafki, na której stał już przygotowany kubek. Ratowniczka uniosła go i zerknęła na przyjaciółkę. Po chwili namysłu sięgnęła tez po leżącą obok słomkę, którą wsunęła do kubka i dopiero taki zestaw podała Sol.
– Proszę. Słomeczka po to, żebyś nie musiała za bardzo się unosić i wyginać – poinformowała, posyłając kobiecie delikatny uśmiech.
Lekarze nic pannie Grant nie powiedzieli, po prostu nie mogli, a ona nie naciskała, nie chcąc nikogo stawiać w niezręcznej sytuacji. Mimo to blondynka potrafiła się domyślić, że nie było dobrze. Poza tym była przecież na miejscu zdarzenia, widziała nie tylko plecy Sol, ale także jej nogę, kiedy to musieli prowizorycznie usztywnić staw biodrowy i całą kończynę na czas transportu do szpitala. Nie wiedziała, co dokładnie taki uraz oznacza dla baletnicy. Wiedziała jednak, że nogi Sol to było jej narzędzie pracy, najważniejsze narzędzie pracy i najmniejszy nawet, niegroźnie wyglądający uraz mógł być dla nich szkodliwy.
Sol spojrzala na słomkę w kubku i mina jej zrzedła. O ile wcześniej była jak jajko, tak teraz chyba jak ... co jest bardziej delikatne od jajka? Jest coś takiego?
- Masz wolne? - spytała, odbierając picie i faktycznie, gdy mogła się napić wody przez słomkę, musiała przyznać, że to jednak dobry pomysł. - Dziękuję - uśmiechnęła sie blado na chwilę i znowu upiła łyk. Czuła suchość w gardle i na języku. I była głodna! I obolała. Ale głodna przede wszystkim.
 Cóż, teraz Sol nie będzie taka, jaką poznała Nezia te kilka lat temu, bo i wszystko się zmieni... Nieważne. Nie był to odpowiedni czas, by o tym myśleć.
- Jeśli jesteś na dyżurze, nie musisz ze mną siedzieć, wiesz? Nie chce żebyś miała kłopoty - zauważyła i zwróciła na to uwagę, bo widziała za Nezią złożóną jej kurtkę ratowniczą.

Rosalie miała ostatnio niewiele wolnego czasu, w jej życiu zaszyły jednak zmiany, którymi chciała podzielić się ze swoją najlepszą przyjaciółką. Zakończywszy ostatnie spotkanie tego dnia, wstąpiła do Starbucks po dwa kubki kawy - dla Sol wzięła jej ulubioną. Spodziewała się zastać rudzielca w teatrze, więc właśnie do tamtego budynku zawitała. Kilku pracowników kojarzyło Rose z widzenia, choć brunetka częściej bywała za kulisami w odwiedzinach u przyjaciółki niż na spektaklach. Chyba powinna się poprawić... Obiecała sobie, że kiedy już ona i Nick zakończą wszystkie sprawy związane z przeprowadzką, razem wybiorą się do teatru.
Jednak nie to było w tej chwili najważniejsze. Widząc rusztowania w sali, w której zazwyczaj ćwiczyła Soluszka, i charakterystyczną, żółtą taśmę, jakiej używa się przy odgradzaniu miejsca zbrodni, zamarła, a papierowe kubeczki wypadły jej z dłoni. Nie zdarzało jej się wpadać w histerię, jednak potrzebowała chwili, aby zrozumieć wyjaśnienia pracowników o tym, co poprzedniego dnia stało się na scenie. Rosalie bez chwili namysłu złapała taksówkę i pojechała do szpitala. Niemiła pielęgniarka nie chciała powiedzieć jej, w której sali leży baletnica - formalnie Rose nie była przecież z rodziny, ale w końcu udało jej się wydobyć od niej tę informację. Rosalie po cichutku weszła więc do sali, w której leżała przyjaciółka.
Rosalie przestraszyła się nie na żarty, gdy powiedziano jej, że masywny żyrandol spadł na grupę trenujących tancerzy. Chaotyczna i pewnie nieco ubarwiona relacja pracowników teatru i robotników przeprowadzających remont na sali wydawała jej się naprawdę dramatyczna. Nie udało jej się dowiedzieć od pielęgniarki w jakim stanie jest Sol, ale jeśli mogła zobaczyć się z przyjaciółką, to chyba był dobry znak. Rose cieszyła się, że nie stało się nic poważnego i, że rudzielec nie doznał obrażeń głowy lub uszkodzenia innych części ciała.
Zdawała sobie jednak sprawę, że dla baletnicy kontuzja kostki ma zdecydowanie większe konsekwencje niż dla każdego przeciętnego człowieka - Rose pewnie musiałaby odpuścić sobie noszenie butów na obcasie, ale gdyby poprawiło się jej, pewnie z powrotem wskoczyłaby w szpilki. Sol miała jednak dużo szczęścia, że wypadek skończył się dla niej tylko w taki sposób.
- Cześć - przywitawszy się, Rosalie niepewnie podeszła do przyjaciółki i usiadła na krzesełku obok łóżka. Miała nadzieję, że nie przeszkadza Sol podczas odpoczynku.
- Właśnie się dowiedziała, przyjechałam tak szybko jak tylko mogłam. Jak się czujesz? Potrzebujesz czegoś? - zapytała, przyglądając się rudzielcowi z niepokojem.
Gdyby Rosalie wiedziała wcześniej, pewnie jeszcze w nocy przyjechałaby do szpitala. Rozumiała jednak, że ani Cyzia, ani Nezia nie miały głowy do tego, by dzwonić do niej po wypadku i były po prostu zbyt zajęte. Sol, leżąc w szpitalnym łóżku blada i zmęczona, sprawiała wrażenie jakby nie była sobą. Gdyby nie włosy, Rose może nawet nie rozpoznałaby przyjaciółki. Widać było, że obrażenia, których doznała podczas wypadku są poważniejsze niż powiedziała Rosalie i sama wiedziała, ale najwyraźniej robiła dobrą minę do złej gry. Rose miała nadzieję, że rudzielec szybko dojdzie do siebie i przyjaciele będą mogli zabrać ją z przygnębiającego szpitala.
- To chociaż posiedzę z Tobą. Nie będę przeszkadzała? - zapytawszy, wzięła przyjaciółkę za rękę. Uznała, że rozmowa może poprawić Sol humor.
- Szłam do teatru, żeby z Tobą poplotkować, bo mam Ci kilka rzeczy do opowiedzenia.
Sol uśmiechneła się delikatnie, patrząc na przyjaciółkę. Jakieś to było miłe, że wszyscy, na prawdę wszyscy ci bliscy ludzie, znajdowali chwilę, by tu wpaść. Ale czemu akurat każdy przynosił te słodycze i pyszności? No ona stąd wyjdzie gruba. Bardzo chciała słuchać o tym, co u Rose słychać. O tym, co słychać o każdym i u każdego i wszędzie w ogóle. Chciała, by jej mysli odwrócić od tego, co teraz się działo. Tak, robiła dobrą minę do złej gry. Bo nie chciała martwić ani przyjaciół, ani rodziców. Wypadki chodzą po ludziach i tego powiedzonka się trzymała. To pozwalało jej się trzymać i nie załamywać. Po prostu... gdyby pomyslała, jak wielkie poniesie konsekwencje ona, bo nikt inny nie zapłaci tyle, co ruda, zaraz by się zapłakała.

Sol w szpitalu czuła się bezpiecznie. Za tymi białymi dzrwiami, poza tymi ścianami które cuchneły medykamentami i środkami dezynfekującymi, wiedziała, że czeka ją zderzenie z wynikiem, skutkiem wypadku. Nie chciała wychodzić. Jared milczał, zero telefonu, wiadomości, zniknął. Wiedziała, że ma kłopoty, ale ona... też miała. On stracił biuro, a ona...czuła jakby wszystko straciła. Nie wróci do baletu, nie ma na to szans, lekarz powiedział jej to wprost, doszło do uszkodzenia czegoś w biodrze przy miednicy... nieważne.
Całymi dniami wisiała na telefonie z JJ, Rose, Cyzią i Nezią. Te ostatnie to były jej bohaterki, zaopiekowały się nią, gdy trafiła do szpitala, dostarczyły ją tu. Rose ją odwiedziła, nie chciała by z małym przychodziła, był za malutki, mógł coś złapać... Stąd to telefon rudej to rudej najwięcej ją wyjdzie w rachunku, bo musiała słuchać głużenia Willa!
JJ dowiedziała się o wypadku Sol od samej Inez i nie traciła czasu, by jak najszybciej zobaczyć się z przyjaciółką. Willa przejęła mama Carmine'a, która w ostatnim czasie stała się jej wielką pomocą. Dzięki temu Joyce mogła zająć się Sol bez obaw o to, że jej dziecko na tym ucierpi. Współczuła kochanemu Rudzielcowi i chciała dla niej jak najlepiej, próbowała pocieszać, chociaż wiadome było, że Sol na scenie już nigdy nie stanie. JJ obiecała jej, że będzie przy niej w każdej decyzji i we wszystkim pomoże. Wszyscy pomogą; ona, Inez, Rose, Jeremy. Wszyscy. Nawet mały Willy, którego JJ postanowiła zabrać do Rudej. Miał już trzy miesiące, więc jego głośny, rozbrajający śmiech wcale nie był rzadkością. Na widok cioci Sol chłopczyk radośnie zakwikał, a JJ tylko się roześmiała.
- Patrz, kogo Ci przyprowadziłam!
Sol nie spdoziewała się JJ zastać ani tego dnia, ani do wyjścia z szpitala. Słyszała, że ta sama miała teraz zamieszanie w życiu i to całkiem poważne. Słyszała o śmierci Carmine'a. Słyszała też o tym, że ruda znalazła wsparcie i pomoc w babci maluszka. A teraz, gdy w progu rozniósł się śmiech dzieciaczka, roześmiała się. Przez łzy. Niekontrolowanie popłynęły jej po policzkach i Sol nawet się nie kryła. Ostatnio za wiele emocji się w niej gniotło, za wiele sie wydarzyło i nie miała czasu na poukładanie sobie tego i odreagowanie
- O matko, nie wierzę! Chodźcie tu do mnie szybko - ponagliła ich od razu wyciągając ręce po malucha.
JJ nie dziwił fakt, że Sol wyglądała jak zdjęta z krzyża. W końcu złamało się całe jej życie, dotychczasowe plany, marzenia. Musiała wszystko odbudowywać, wręcz z popiołów. I Joyce zamierzała jej w tym pomoc całym sercem.
- Willy tak bardzo chciał do cioci Sol, że nie mogłam go zostawić z babcią - Joyce przyspieszyła kroku i odstawiła nosidełko na wolne krzesło, wypięła malca z uprzęży i całego uchachanego podała Sol, przy okazji cmokając ją w policzek. Miała w zanadrzu mnóstwo pyszności dla rudzielca, ale najpierw Will miał zamiar zająć całą uwagę cioci.
Sol z uśmiechem objęła małego Willa. Ta kruszynka nie ważyła wiele i trzymanie go i tulenie, co teraz przynosiło tylko samą wielką radość poszkodowanej, nie sprawiało bólu. To chyba jedyna rzecz, jaką mogła robić, nie odczuwając dyskomfortu!
- Boże schrupałabym go - mrukneła żartobliwie i uniosła spojrzenie na JJ. - Co u was słychować? Wróciłaś już do domu? - uniosła brew, badawczo lustrująć przyjaciółkę, chcąc dostrzec jakiekolwiek, choćby najmniejsze oznaki żałoby, cierpienia, zmęczenia. To, że ona sama była teraz obrazem nędzy i rozpaczy nie znaczyło, że należało się nad nią użalac i nie mówić jak sie waliło u kogoś innego.
- Nie krępuj się, zeżryj całego - JJ wytknęła język w kierunku Sol i syna. - Czasami wychodzi z niego prawdziwy szatan i aż się dziwię jak może udawać takiego uroczego malca - przewróciła oczami i wyciągnęła z torby kokosanki, pomarańcze, krówki, pachnący płyn do kąpieli, dwie książki i parę innych pierdół, by trochę umilić Sol leżenie. Teraz, po miesiącu od śmierci Carmine'a, JJ czuła się już praktycznie dobrze i nie wyglądała już tak tragicznie jak przez pierwsze parę dni, kiedy była zszokowana i przerażona dwadzieścia cztery godziny na dobę.
- Ja już w porządku - zapewniła. - Musiałam wrócić, odzwyczaiłam się od Alaski i w gruncie rzeczy bardzo tęskniłam za NY. Poza tym, mama nie pozwalała mi się nad sobą użalać, tutaj mogę to robić bez ograniczeń - uśmiechnęła się, chociaż w planach rozpaczy już nie było. Dziękowała losowi, że przez ostatni rok uczucia względem bruneta zdążyły znacznie się ochłodzić, bo gdyby zginął jeszcze zanim zaszła w ciążę to byłaby pewna co do wielotygodniowego rozpaczania. Owszem, cierpiała, jak po stracie przyjaciela. Codziennie pierwszą myślą po przebudzeniu było to, że Carmine'a już nie ma, ale miała Willa, który skutecznie odciągał ją od negatywnych myśli.
- Wiesz już kiedy Cię wypuszczają? - Uniosła brew. - Wybacz Soliś, ale potrzebuję Cię na zakupy, kto mi tak doradzi nowe sukienki jak nie Ty? Teraz kiedy wyglądam równie bosko jak przed ciążą, potrzebuję nowych ubrań. Tobie też się przydadzą - zapewniła.
Sol na widok jedzenia zagryzła wargę i westchnęła. Chcą ją utuczyć. Spaść jak krowę, ot co. I jeszcze robią to tak perfidnie, przynosząc to, co lubi najbardziej! A widok zapachowych kosmetyków do kąpieli i pielęgnacji sprawił, że zamknęła oczy i zacisnęła powieki mocno. Cholera. Przeklęte te przyjaciółki kochane, one się zmówiły i jakieś przymierze zawarły, czy coś! Sol to uwielbiała, pachnące płyny, żele, sole i pastylki do wanny... Tutaj w szpitalu musiała uważac i kąpać się pod zimnymi i brzydkimi prysznicami, ale i tak ładne aromaty uprzyjemniały jej te kąpiele.
- Wychodzę za dwa tygodnie... Robią mi prześwietlenia biodra, coś tam chrupnęło, ale na szczęście gipsu nie mam, tylko mnie tak usztywniają dziwnie - odkryła się i pokazała takie... no takie coś, jakby ochraniacz, który jej podłożyli pod tyłek i z boku paskami przypięli. - Na plecach tylko opatrunki zmieniają, ale każą mi sie smarować biooilem by nie było blizn, to latem w kiecce bez pleców polatam - oznajmiła wesoło. - A zakupy? Zawsze - zapewniła. - Jutro przynieś mi katalogi z galerii, nawet na odległość coś wybierzemy - zaproponowała.
- To może jak już wyjdziesz ze szpitala to wprowadzisz się do mnie na parę dni? -Spytała, zerkając na Sol i widząc, że mały powoli zaczyna jej ciążyć, wzięła synka na ręce. - W nowym mieszkaniu mam wolne łóżko w salonie. Wiem, że to nie Wersal, ale zawsze miałabym na Ciebie oko przez pierwszych parę dni, co Ty na to? - Spytała, mając nadzieję, że Sol się zgodzi. - Will dużo czasu spędza z babcią i ciocia, więc miałybyśmy czas na jakiś babski wieczór z Neź i Rose, no weź się zgódź - spojrzała na nią błagalnie i wygięła buzię w podkówkę, tak jak Will, kiedy czegoś chciał. On wtedy dostawał wszystko, może i JJ się uda.
Oddała malca, choć niechętnie, bo taki maluch o wiele przyjemniej ciążył, niż cokolwiek innego w jej obecnym stanie. Spojrzała zaraz na JJ wyraźnie zaskoczona i propozycją i tym, że ta sie przeprowadziła.
- Słucham? Ale... nie zjamujesz już tej kawalerki? - nie słyszała o takich zmianach, no wszystko ją omijało, wszystko do diaska! - Jak to? Czemu? Od kiedy? Dlaczego ja sie dowiaduje ostatnia? - niby to naburmuszona, pstrykneła ją w ramię i czekała na wyjasnienia. Oby dobre i przekonywujące wyjaśnienia!

Po raz kolejny siegneła po słuchawkę i zadzwoniła po pielęgniarkę. Leki miała brać z 3 razy dziennie, ale ból był nie do zniesienia, opatrunki ponaklejane plastrami na zdarte plecy były dokuczliwe i same rany wydawały się ją palić żywym ogniem. Na dodatek usztywnione biodro, gdy wsunęli jej coś pod miednicę, sprawiało, że przy każdym ruchu, cały bok ją rwał. Wybicie... czegoś tam, naderwanie mięśni przy bolcu biodrowym... Dzwoniła już do teatru, znajoma z zespoły przyjechała w owiedziny i dodatkowo pomogła jej wypełnić dokumenty wnoszące o wypłącenie odpowiedniej sumy z ubezpieczenia na opłatę usług w szpitalu. Do tego dochodził wniosek o odszkodowanie... Nie wiedziała dokłądnie o co chodzi, ale jej matka już się tym zajęła. Wynajęła jakiegoś doradcę prawnego, adwokata... Sol nie wiedziała dokłądnie, miała wrażenie, że sporo rzeczy ją omija i że nie mówią jej wszystkiego. Nie chciała robić wokół wypadku szumu, choć już dowiedziała się, ze ktoś opublikował artykuł o tym zajściu, a ją już całkowicie wykreślono z branży i jej etat wykreślili z grafiku, a umowa z teatrem i zespołem została wstrzymana, zamrożona na czas jej wyjścia z szpitala. Sol wiedziała, że chcą ją po cichu odsunąć, by nie rozdmuchiwać tej sprawy. I była własnie za tym, by wszystko załatwić po cichu.
Gdy pielęgniarka podała jej lek i wyszła, leżała jeszcze chwilę, patrząc w sufit. Musiała odczekać chwilę, nim lek zacznie działać. Potem zaś znów sięgneła po kartki i długopisy. Od wczoraj na jej łóżku i szafce obok walały się białe pokreślone kartki, gazety i wycinki z stron z ilustracjami a nie z nadrukiem artykułów, nożyczki i klej. Sol znudziło się po kilku dniach wypełnianie sudoku, krzyżówek, przeglądanie podrzuconych przez przyjaciółki czasopism. W podłączonej do telewizora kablówki wciąż leciało to samo i po obejrzeniu kolejnej powtórki odcinka brazylijskiego serialu, czy amerykańskiego show miała dość. Gdy natkneła się jednak na nową reklamę perfum, promowaną oczywiście przez jedną z znanych gwiazd, nie przełączyła, ale i nie skupiła się na reklamowanym produkcie. Tylko na sukience aktorki. Olśniło ją! Ma w szafie tyle rzeczy, zakupy tak kocha, co nieco o modzie wie dzięki własnym zainteresowaniem, więc dlaczego by nie...?
Od kilku dni, a nawet właściwie od początku przybycia do szpitala i odzyskania przytomności wiedziała, że do baletu nie wróci. Nie było na to szans przez uraz biodra. O ile zdarte plecy się zagoją, a skóra się zrekonstruuje, odrośnie i wszystko się zasklepi,a  dzieki nowej technologi i możliwościom medycyny obędzie się bez blizn, tak jednak dalsza przygoda z tańcem klasycznym moze ją kosztować tylko jeszcze więcej bólu i pogłebienia urazu. Nie było szans na odbudowanie tego, co do tej pory osiągnęła. Musiała raczej szukać nowych scenariuszy i możliwości... I skoro taniec, przynajmniej ten powiązany z występem, z sławą został odsunięty, to czy musiała się ograniczać tylko do tego, by wokół jednej kategorii się trzymać?

Sol leżała, jak wczoraj, przedwczoraj i jak leżeć będzie jeszcze wiele wiele dni. Na plecach, niemal nieruchomo, oddychając powoli i miarowo. Spoglądała teraz ani nie na sudoku, ani nie na krzyżówki, czy na telewizor z podłączoną kablówką. Nawet nie na prowizoryczne szkice estradowych strojów, w które bawiła się z pasją od dłuzszego czasu, gdy jej nikt nie odwiedzał.  Patrzyła  na mały lśniący pierścionek i przygryzała wargę co chwila.
Gdy weszła do jej sali Nezia, mrukneła ciche "Hej" na powitanie i westchneła.
 - Jared wrócił - uśmiechneła się delikatnie i o wiele więcej ciepła niż w tym wyrazie, zawarte zostało w spojrzeniu rudej, ciepłym, pełnym prawdziwej miłości, mimo zranienia. - Oświadczył się - już nieco przytomniej, spojrzała na Nezię i z szerszym uśmiechem uniosła dłoń, prezentując to, co odbijało światło na palcu serdecznym.
I teraz na prawde nie było ważne to, że ona tu leży i dogorywa i jest, a przynajmniej czuje się wrakiem. Nie. Bo wrócił ktoś, komu na niej zależało i na kim zależało jej. Wrócił ten mężczyzna, u któego szukać będzie mogła wsparcia i miłości. I wiedziała, ze to otrzyma.

[całusy dla wszystkich i szczególne pozdrowionka dla Janinki za tytuł ;) ]

15/02/2014

1965. Żarówka.


Od dwóch tygodni główna sala w New York Theatre Ballet była od podłogi po sam wysoki sufit zastawiona rusztowaniami. Podłoga wyściełana została szeleszczącą folią, przy progach rosły piramidki z puszek farb ustawianych jedna na drugą, w kątach opierały się jedna o drugą całe bele wzorzystych tapet, zamówionych jak i reszta materiałów po hurtowej cenie, a i także w hurtowej ilości. Wszystkie fotele publiki zostały starannie zakryte workami, a i tak widać było na czarnych foliach krople i mazie po jasnej farbie, którą malowano sufit i wykończenia krawędzi sali. To samo działo się przy dwóch parach drzwi wejściowych, gdzie i drewno potężnych skrzydeł zostało odświeżone farbą i lakierem, a klamki przetarte i potraktowane błyszczącym sprayem, więc przy progu widać było ślady po tych pracach w postac kropel, czy pyłku po substancjach rozpryskanych na folii, zakrywającej burgundowy dywan. Na nowy rok dyrektor otrzymał dofinansowanie i całą sumę, która miała zgodnie z pierwszymi ustaleniami zostać wykorzystana na remont największej sceny i zakupienie różnej maści dekoracji i materiałów przeznaczonych do wzbogacenia scenografii spektakli; przeznaczyć chciał na gruntowne odświeżenie wielkiej sali, włączając w to nie tylko scenę, ale i część widowni, a także zejście do szatni. Słowem, od początku roku w teatrze wrzało.
Aktorzy i zespoły tancerzy, jak również i muzycy z orkiestry, śpiewacy operowi, każdy artysta, który swoim kunsztem dawał popisy i występował w tym teatrze, musiał się dostosować. Remont trwał już dwa tygodnie, a prawdopodobnie miał zająć jeszcze dwa razy tyle. Sol nie czuła zniecierpliwienia, nie drażniły jej i nie irytowały te prace. Wraz z zespołem próby przenieśli na starą salę, która od kilku lat tylko do tego służyła, no i była jeszcze rzadziej wykorzystywana do spektakli młodzieżowych klubów teatralnych, bowiem to wielka, przepiękna sala stanowiła atrakcję i na niej odbywały się najznamienitsze widowiska. 
Gdy miasto zaatakowała zima stulecia, a loty odwołano, także i część firm transportowych wycofała się ze zleceń. Dlatego też trasa jaka wpisana została w kontrakt została wstrzymana i Sol wraz z resztą tancerzy czekała na rozwój wydarzeń. Moskwa, Francja, Berlin, każde wielkie miasto jakie mieli odwiedzić, musiało tak samo jak i Nowy Jork zmienić harmonogram spektakli i wystawianych sztuk, bo pogoda pokrzyżowała wszelakie plany. Dla rudej jednak nie oznaczało to wcale tragedii. Teraz, gdy przez kilka tygodni jej życie na walizkach ustało, nieco zwolniła tempa, mogła znaleść wreszcie czas dla Jareda, przyjaciół i częściej odwiedzać rodziców. Zaskakiwało ją bardzo to, że w tej chwili gdzie się obecnie znajduje, gdy jej marzenia się spełniają, a wiele lat nauki, ćwiczeń, morderczych treningów nareszcie się opłaca, jej priorytety zaczynają się wahać. Do tej pory przez ostatnie lata najważniejszy był balet, to było jej celem w życiu i samym życiem. Znajomi często z pobłażaniem żartowali, że z baletem wiążę nie tylko przyszłość, ale i sama się z nim związała. Dążyła do stania się primaballeriną. Dążyła do zdobycia członkostwa w prestiżowym zespole, etatu w najznamienitszym teatrze. Marzyła o karierze. Na chwilę obecną miała to wszystko i być może z powodu tego, że ten cel, który był na szczycie od początku jej pracy i miłości do baletu, został osiągnięty, zaczęła rozglądać się za czymś innym. Racjonalizowała to wszystko, nie rozumiejąc siebie kompletnie. Miała, co chciała, a nie czuła się najszczęśliwszą osobą na świecie. Toż to zupełny absurd. Czy chodziło o to, że lepiej jest gonić przysłowiowego króliczka, niż go rzeczywiście schwytać? Sol nie wiedziała, co więcej, chyba odrobinę unikała odpowiedzi.
Siadając brzy brzegu sceny, zaczęła się rościągać. Lubiła to uczucie naprężonych mięśni, gdy jej ciało, tak miękko i elastycznie odpowiadało na te proste ćwiczenia. Nawet gdyby nie pragnęła od dziecka tańczyć, żałowałaby i tęskniła za tym, z jaką łatwością może objąć drobnymi palcami kostkę i wykonać skłon tak głeboki, że z łatwością moze dotknąć klatką piersiową ud nad kolanami. Byłaby świetną sardynką w puszce, umiałaby się wcisnąć wszędzie. Albo ośmiornicą, te też są tak giętkie, o.
 - Nie śpij – usłyszała za sobą i ze skruchą pokiwałą głową.
Starsza koleżanka, dwudziestosześcioletnia Hannah nie należała do ulubionych współpracownic Sol. Kobiety nie potrafiły się dogadać, choć nie były do siebie negatywnie nastawione. Rudej wydawało się, że tamta z biegiem czasu utraciła tę umiejętność czerpania radości z tańca i zabawy nim, jakby z każdym kolejnym treningiem i spektaklem, utożsamiała balet jedynie z pracą, z obowiązkiem, z którego musi się wywiązać, przy okazji zapominając, że powinien on być przede wszystkim pasją i fascynacją sztuką. Takie nagłe i szybkie wypalenie zawodowe było czymś, przed czym młoda Duval chciała się uchronić i także dlatego jej własne wątpliwości zaczynały ją niepokoić. Bała się, że któregoś dnia się obudzi i stwierdzi, że koniec jej przygody z baletem, że się znudziła, że jej przeszła ta wielka miłość, która jednak trwała od wczesnego dzieciństwa. Dlatego po trochu sama z sobą walczyła, a ostatnio, gdy mrozy, śniegi i wichury zablokowały pół świata, zamiast odpocząć i się uspokoić, miała wrażenie, że spina się jeszcze bardziej. Jeszcze z większym zapałem, może nieco wymuszonym, biegła na treningi, spieszyła na próby, nawet wstawała dużo wcześniej, by posprawdzać czy w torbie ma spakowane baletki, bandaże, trykot i ochraniacze na zmianę. Jakby była tykającą bombą o niewiadomym końcu. Bombą, która szkodzi tylko i wyłącznie sama sobie. I nikt nie mógł tego nawet zauważyć nawet, bo i nie zachowywała się inaczej niż zwykle.

 - Gdzie jesteś? Halo? Halooo? Jared, gdzie jesteś? Słyszysz mnie w ogóle?! Halooo?! - albo jej się wydawało, albo tego dnia autentycznie cała linia telefoniczna siadła. Mogło być też tak, że to ona ewidentnie została znienawidzona przez wszelakie urządzenia, a miała na to nawet kilka dowodów! Rano gdy robiła kawę, ekspres niemal eksplodował, a kapsułka z kawą wystrzeliła jej na bluzkę, której musiała sie pozbyć. Gdy poszła do winiarni rodziców szkło w zmywarce jakimś cudem, na prawdę cudem zważywszy na budowę zmywarek do naczyń, zaklinowało się i jak posiągnęła za lampke, kielich pękł i pocięła sobie palce. A i jeszcze w byłym biurze u Jareda, kiedy chciała sobie wydrukować rozpiskę nowego harmonogramu spektakli zespołu, papier jej wciągnęło i pomięta kartka została wypluta ze stosem kleksów. Trzy razy. Więc zrezygnowała i w końcu nie wydrukowała nic, tylko nabrudziła. I jeszcze w autobusie zeżarło jej pieniądze a biletu nie wydało! Wszystko szło nie tak i miała dość. Na prawdę dość!
Stała na przystanku i marzła. Pocierała drobne dłonie, których grube polarowe rękawiczki wcale nie chroniły przed mrozem i czuła, jak jej zamarza wszystko, a na pewno czubek nosa to był już soplem. Tego dnia miała pierwszą próbę generalną po której miał ją odebrać brunet. Ale od wczoraj nie dawał znaku życia, nie odbierał telefonów i nie odpisywał na wiadomości. Ruda obawiała się, że tym razem na prawdę podłamał się utratą biura i problemami związanymi z wziętym kredytem. Chciała pomóc, na prawdę chciała! Tylko jak mogła zrobić cokolwiek w momencie, kiedy w ogóle się z nią nie kontaktował? Znowu poczuła się odsunięta i zupełnie jej to nie odpowiadało. Znowu traktował ją jak jajeczko, z którym trzeba się obchodzić niezwykle delikatnie, bo nawet najmniejszym wstrząsem, mógłby jej zaszkodzić, czy jakoś skrzywdzić. A ona nie czuła się ani słaba, ani taka drogocenna, by nie móc wiedzieć i go wspierać i pocieszyć i pomóc jakoś... Jared o Sol dbał, ale dbał po swojemu, a ona wtedy czuła się tak, jakby nie tylko nie chciał jej martwić swoimi problemami, ale też uważał, że ona nie potrafiłaby w żaden sposób sama tego udźwignąć.
 - Będę czekała w holu po próbie, daj mi znać, czy przyjedziesz, proszę – nagrała się na pocztę głosową. Dzisiaj już trzeci raz.
Odczekała jeszcze kilka minut i gdy podjechał autobus, wsiadła. Bilet kupiła u kierowcy, do maszyny nawet nie podchodząc. O nie, jeśli w ostatnim czasie urodziła się jakaś cieniutka nić zaufania do elektroniki, to dzisiaj odeszła śmiercią nagłą i tragiczną! 
Sol Duval. Primaballerina. Dwadzieścia trzy lata. Cholera, musiała przyznać, że jej się udało, mimo wszystko, mimo wszelakich roztargnionych i niepewnych myśli, mimo tego co działo się obok, wokoło, za i przed nią, udało jej się. I gdy jechała na trening, potem gdy wchodziła do budynku, gdy zostawiała płaszcz w szatni, gdy przebierała się w garderobie i mijała te rusztowania, stapała lekko po szeleszczącej foli, była dumna. W cholerę dumna! Udało jej się. Za każdym razem gry kroczyła na scenę, gdy pokonywała te kilka stopni, by stanąć na deskach i obrzucić spojrzeniem rzędy foteli czekających na zapełnienie przez publikę, w duchu aż ją radość rozsadzała i mijały wątpliwości, niepokoje, wszystko inne mijało. Bo zdobyła to, czego pragnęła, spełniła swoje marzenie i gdyby na tym się skupiała, byłaby najszczęśliwsza na świecie. Szczególnie, że jej miłość i zafascynowanie, pasja nie umarła, to wciąż było i było aktualne, a w balecie odnajdywała siebie. I teraz, gdy stawała przy koleżankach, unosiła ramiona, by objął ją partner, wspinała się w baletkach na palce i prostowała plecy, czuła, że zaraz popłynie! I nawet nie rozpraszały jej te wszystkie folie, rusztowania, puszki farb i pudła z pędzlami i klejami, jakie walały się wokoło. 
Przy pierwszej nadarzającej się okazji, czyli podczas dziesięciominutowej przerwy po godzinie pracy sięgnęła do torby pozostawionej za kurtyną po telefon. Zero wiadomości i zero nieodebranych połączeń. Nie było dobrze. Zaczynała się martwić i już nawet nie chodziło o to, że czuje się ignorowana, czy zła z powodu tego milczenia z strony Jareda. Rozumiała to, że nie jest najważniejsza, że nie stanowi osi jego życia, a teraz już na pewno, gdy brunet mierzył się z tyloma sprawami. Ale skoro byli razem, mógłby choć wiadomość wysłać, że nie przyjedzie, że musi odpocząć, że potrzebuje dla siebie czasu. Zrozumiałaby to. Zrozumiałaby, bo wiedziała, jak ważne było dla niego biura i jakie ma teraz kłopoty po jego utracie. A w sytuacji jak ta, już opadały jej ręce i opuszczały ją wszelkie siły. Za to w głowie pojawiały się czarne scenariusze! Bo może załamał się i siedzi sam w mieszkaniu i odcina się od świata, albo włóczy się po mieście, albo zasiedział się w barze, albo nie daj Boże pojechał gdzieś w takie lodowisko na drodze i miał wypadek?! Aż się wzdrygneła i ścisnęła telefon mocno. Spojrzała za siebie, sprawdzając, czy przerwa jeszcze trwa, czy tancerze nie wracają na scenę i wybrała kolejny raz numer. Nie powinna mężczyzny teraz tak męczyć telefonami, wiadomościami, musiała się wykazać wyrozumiałością i cierpliwością. Tylko że się martwiła i nerwowo co rusz pisała i dzwoniła... A przeciągająca się cisza ją dobijała!
 - Cyziu, wolna jesteś za trzy godziny? - spytała od razu, bez powitania, nie słuchając nawet głosu z słuchawki, mówiąc od razu jak usłyszała dźwięk odebranego połączenia. - Przyjedziesz po mnie? Teraz mam próbę i kończę po szóstej. Proszę...?
Jak dobrze jest mieć przyjaciół. Szczególnie tak kochanych! Szczególnie takich, na których można polegać. Musiała zadzwonić akurat do panny Haywood, bo reszta była w takiej pracy, z której nie mogła się wyrwać, a ta sama sobie szefem była, więc... biedna zostanie wykorzystana jako szofer, o!
- Duval! - oho, przerwa się kończyła i Hannah, jak nikt inny, pilnowała porządku w zespole. Mimo wszystko Sol była jej za to wdzięczna, zawsze pracowało się sumienniej, gdy ktoś trzymał nad głową bat i nim groził... albo przynajmniej potrząsał.
Wróćiła na scenę, zostawiając nieszczęśliwy, molestowany od trzech dni telefon w spokoju, by odpoczął w torebce. Biedny telefon. Stanęła na przodzie, bowiem tym razem kolejna godzina miała zostać poświęcona kolejnemu aktowi sztuki i odchyliła się łukiem w tył, ponad głowę unosząc ramiona i spoglądając w górę, czekała na pierwsze nuty podkładu. Uniosła brwi zaskoczona, widząc jak na belkach wysoko pod samym sufitem wynajęci robotnicy wyginają się niemal jak ona, montując z trudem nowe lampy przy samej zasłonie kurtyny. Nie sądziła, że tak gruntowne odświeżenie i wymiany tu zajdą i musiała przyznać, że jej podziw dla dyrektora jeszcze urósł, bo wydawało jej się, że ten człowiek nie zapomni o niczym i o wszystko zadba, a okazywało się, że wyrabiał ponad sto dwadzieścia procent normy!
Gdy muzyka popłynęła, czekając na odpowiednie uderzenie, włączyła się w układ. Pomyślała tylko o tym, jak jej szkoda biednych robotników, bo praca tak wysoko była i niebezpieczna i niewygodna i zaraz porzuciła tę myśl, skupiając się na pracy. Na szczęście ponad miesiąc temu nadwyrężone mięśnie uda nie dokuczały już wcale. Pamietała, jak się wystraszyła, gdy poszła do kliniki i tam młoda praktykantka nakładając jej jakieś maści a potem rozgrzewające plastry tłumaczyła, że mięśnie na szczęśnie nie zostały naderwane, ale niestety powinna oszczędzać nogę. Co było przecież niemożliwe! Nie w jej zawodzie. Po tygodniu jednak wraz z kolejną wizytą, upewniła się, że tylko strachu się najadła, a z nogą wszystko w porządku i nic nie będzie ani dokuczało, ani przeszkadzało. Musiała tylko uważać... jak zwykle. To wręcz nieprawdopodobne, że jak na tancerkę o płynnych ruchach, która porusza się z gracją i jest na prawdę ostrożna i rozsądna, takie durne wypadki spotykają ją i to z taką częstotliwością! Sol chyba miała pecha i już!

Pech... niepomyślny, niefortunny zbieg okoliczności, czy układ wydarzeń, brak szczęścia. Jak nazwać wypadek, który przekreśla szanse na dalszą karierę, niszczy i zmienia wszystko, uniemożliwia dalszą ukochaną pracę, niweczy plany i skreśla dotychczasowe sukcesy, które nie mają już wielkiego znaczenia?
Robotnicy montowali nowe lampy, a w starych wymieniali żarówki, by wzbogadzić linię świateł z góry. Położyli poziomo drabinę na belkach, by zapewnić sobie dodatkowe, nieco bezpieczniejsze podłoże do pracy, choć i tak było niwygodnie i co kilka minut jeden, lub drugi musieli inaczej siadać, czy przyklękać, uważając cały czas, by nie stracić równowagi i nie spaść. Widzieli w dole próbę generalną zespołu baletowego, widzieli te wszystkie figury i kroki, sekwencje układu. Muzyka puszczona głośno, szelest foli i rozwijanych tapet, nakładanego pod nie kleju, kładzionych farb, gdy reszta robotników zajmowała się czym innym, sprawiała, że w wielkiej sali teatru panował niemały hałas. O skupienie też było niełatwo, a gdy wreszcie coś się z ręki omsknęło, trzeba było się wychylić, by złapać przedmiot. To była wymieniana żarówka. Gdy młodszy i z lepszym refleksem robotnik przechylił się gwałtownie w bok, podparł ręką o krawędź belki i złapał między palce spadające szkiełko dające dzięki elektryczności światło, coś pod nim trzasnęło. Wyciągnął ramię, chwytając drugiego męzczyznę za rękę, by się podciągnąć. Drewno mające już co najmniej kilkadziesiąt lat, mimo odkurzania, odświeżania farbą nie stawało się trwalsze, a i czas miał tutaj na nie ogromny wpływ.  W jednej chwili drabina przesunęła się sporo w bok i zakołysała, tracąc z jednej strony podparcie, a belka pękła i spory jej kawałek wraz z przytwierdzonymi podwójnymi lampami runął w dół . Na tancerzy, którzy po skończonej próbie niespiesznie opuszczali scenę.
Sol widziała jak Cyzia wchodzi na salę. Widziała jak światełko zza drzwi koloruje jej ciemne, brązowe włosy na kasztanowy, ciepły odcień. Ale widziała też wyraz twarzy przyjaciółki, który zmienił się diematralnie wraz z krzykiem Hannah, robotników i tym nieprzyjemnym dźwiękiem, jakby zgrzytem metalu. Widziała i słyszałą to wszystko, stojąc zmęczona na scenie i przecierając spocone czoło. Dzisiejszy trening ją zmęczył, wymęczył, zmordował wręcz i miała ochotę tylko na to, by się położyć. Chciała wrócić do mieszkania, wziąć kapiel i zakopać się pod pierzynę w łóżku pełnym poduszek. Zamiast tego została położona na scenie, przygnieciona belką. Drewno runęło właściwie obok, ciężkie i solidne lampy rozbiły się na deskach sceny, a rudą zahaczyła poszarpana, złamana końcówka drewna. Spadła na jej ramię, zsunęła się w dół, zdzierając jej skórę na prawej łopatce i przygniotła ją od biodra w dół nogi po łydkę. Gdy uderzyła o podłogę, nie jękneła nawet, upadła, niefortunnie uderzając skronią o scenę i straciła przytomność.

[pomysł był podobny, wykonanie miało być inne i powiem Wam... nie podoba mi się, pewnie pełno błedów i literówek :/ nie umiem pisać not, o! ;(  za to drama i zmiany, zmiany, zmiany!
a i mam nadzieję, że autorka Cyzi mnie nie zeżre za wykorzystanie jej ;)]