Witaj w Nowym Jorku
mieście, które nigdy nie zasypia...

[KP] Serio, goni mnie przeszłość, mam to pod skórą jak wenflon

VANESSA KERR
urodzona 03/02/2003 w Nowym Jorkudoradca klienta w salonie jubilerskim adoptowana jako 7-latka spełnienie marzeń cudzych partnerów ta z niewyparzonym językiem
Jest chodzącą reklamą swojego miejsca pracy. Mijając ją na ulicy, musisz liczyć się z tym, że bez biżuterii nigdy jej nie zobaczysz. Na nadgarstku lewej dłoni zawsze widnieje srebrny lub złoty zegarek połączony z kilkoma drobnymi bransoletkami. W uszach nie brakuje około tuzina kolczyków; zarówno dłuższych jak i krótszych, a na palcach mieści się równie wiele pierścionków, jakby zaliczyła w swoim życiu niejedne zaręczyny. Nienawidzi nosić jedynie naszyjników. Coś, co oplata jej szyję, przypomina o biologicznym ojcu, który po raz pierwszy i zarówno ostatni, złapał ją w tym miejscu swoją przeraźliwie suchą dłonią i docisnął do ściany na tyle mocno, że świat zawirował, jakby w domu została posadzona na rozpędzonej karuzeli. Brzydzi się tymi ludźmi. Nie nazywa ich rodziną. Imiona Anthony, Isobel, Jax i Zane wywołują w niej same negatywne emocje. Najchętniej chciałaby, żeby w jej żyłach zaczęła płynąć zupełnie inna krew, a oni okazaliby się wielką pomyłką lub wyśnionym i na szczęście przerwanym koszmarem. Tak się jednak nie dzieje. Wciąż jest córeczką potworów bez serca i młodszą siostrą destrukcyjnych gnojków. Próbuje zapomnieć i wmawia sobie, że niebo nad jej głową zawsze było różowe, a dom nad wodą dostarczał masę ciepłych wspomnień, ale nie wyrwie z głowy, jak chwastów z ziemi czasu przed adopcją i akceptuje ten fakt, próbując nie rozbić się na którymś z nowojorskich zakrętów, gdy pędzi na motocyklu lub nie umrzeć na raka płuc, o którym producenci w dość brutalny sposób ostrzegają na każdej kupionej paczce papierosów.
Emme's Codes

Witam! Buzi Vanessie użycza Meltem Akçöl. W tekście karty Louis Villain 
*spełnienie marzeń cudzych partnerów - POSZUKIWANY: ktoś do romansu, najlepiej DYREKTOR SPRZEDAŻY/KIEROWNIK SALONU, który współpracuje z Ness i ulega młodej dziewczynie, ale nie pogardzimy KLIENTEM, który miał kupić tylko prezent dla partnerki/żony/matki/siostry, a rozpoczął nietuzinkową znajomość z moją łobuziarą.
kontakt: tusznapapierze@gmail.com

36 komentarzy

  1. [W S P A N I A Ł A
    Wiem, wiem. Mówiłam to wiele razy podczas ustalania, ale nie mogę wyjść z zachwytu. Lepiej sobie jej wyobrazić nie mogłam. W lepsze ręce Nessy oddać nie mogłam. 💙
    Spełniłaś nią moje malutkie marzenie i nie mogę doczekać się, aż ta przygoda się zacznie.
    Dużo dobrej zabawy Ci z nią życzę, ale panowie z poszukiwanych lepiej niech się maja na baczności. 🫢]

    Destrukcyjny Gnojek💙

    OdpowiedzUsuń
  2. [Wow, witam na pokładzie! Strasznie się cieszę, że Stacja Degeneracja tak ładnie się tu ostatnio rozrosła. Mam nadzieję, że obie z Nessą wytrzymacie towarzystwo brata; w każdym razie Wills i ja życzymy dużo siły i cierpliwości, na pewno się przydadzą. Chociaż myślę, że i jemu też nie zaszkodzi życzyć powodzenia…
    W każdym razie wyszła Ci fantastycznie. Dobrą zabawę macie (tak sądzę) gwarantowaną, a jeśli macie ochotę, to oczywiście zapraszam do nas. :D]

    Willow Calloway

    OdpowiedzUsuń
  3. [Nie sądziłam, że rodzinka tak szybko nam się powiększy 💙 Może i Vanessa jest siostrą destrukcyjnych gnojków, ale odnoszę wrażenie, że sama ma swoje za uszami :>
    Nie mogę doczekać się reakcji Iana, kiedy ten być może kiedyś się dowie, że Vanessa to ta Vanessa, więc chodźmy już coś pisać! A tymczasem życzę udanej zabawy z drugą postacią oraz wątków, które nie dają spać po nocach - i mam pewność, że te życzenia się spełnią!]

    IAN HUNT

    OdpowiedzUsuń
  4. Wziął głęboki oddech, kiedy przekraczał bramę cmentarza.
    Szczerze nienawidził tego miejsca. Powinien już dawno przestać tu przychodzić, ale nie potrafił z tej nieprzyjemnej czynności zrezygnować. Poranek, jak zwykle, spędził w więzieniu. Nigdy nic nie mówił. Patrzył z odrazą na ojca, który – o dziwo – jeszcze nie błagał o to, aby więcej Zane nie wpuszczali. Czasami o coś pytał, ale on milczał. Nie miał mu zbyt wiele do powiedzenia. Miał podziękować za spierdolenie życia? Za zajebanie matki czy może za to, że już od samego początku żywił do niego nienawiść i pewnie żałował, że nie zmusił Isobel do tego, aby pozbyła się dzieci, gdy jeszcze była na to szansa? Nie traktował Anthony’ego ani Isobel jako rodziców, bo oni nimi nigdy nie byli. Jeśli pojawiały się w nich przebłyski rodzicielstwa to Zane doskonale wiedział, że cała ich trójka później za to oberwie. Może nie Nessa, a już na pewno nie w taki sposób, w jaki obrywał on czy Jax. Zawsze wolał jednak być tym, który po raz kolejny dostanie po mordzie niż patrzeć na to, jak bezbronna przed ojcem staje się ta mała dziewczynka. Mógłby ją rozgnieść, gdyby tylko zechciał i Zane podejrzewał, że wiele razy w myślach to właśnie robił. Nic dziwnego, że wyrósł na popierdolonego dorosłego, skoro całe życie mierzył się z popierdolonymi ludźmi. Nie dostał szansy na to, aby wyrosnąć na kogoś innego. Szansa na lepsze życie po prostu nie była mu pisana i Zane o tym wiedział. Przekonał się, gdy byli w domu dziecka. W miejscu, z którego nigdy nie wyszedł. Zane… Zane to problematyczny chłopiec. Ma w sobie wiele złości. To słyszały małżeństwa, które przez moment były zainteresowane losem jasnowłosego chłopca. Wszyscy równie szybko się wycofywali, gdy prawda o tym, jak znalazł się w domu dziecka wychodziła na jaw.
    Z Vanessą było inaczej. Była dziewczynką. Śliczną o okrągłej buzi aniołka. Vanessa jest nieśmiałym dzieckiem. Potrzeba czasu, aby się otworzyła. Vanessa nie miała siniaków zdobiących twarz, nie miała rozciętej wargi od bójki z rówieśnikiem. Vanessę było łatwiej polubić. Vanessa dostała szansę od życia. Nie mógł się o to złościć, a jednak czuł pewną niesprawiedliwość. Dlaczego jej trafiła się rodzina, a on i Jax zostali pozostawieni sami sobie? Dlaczego tak bardzo ta nowa rodzina ich nienawidziła, że odcięli im kontakt? Wielu rzeczy wtedy nie rozumiał, ale teraz wiedział. Zane’a zaliczano do marginesu społecznego. Wychowany w patologicznej rodzinie ciągnął patologiczne zachowania za sobą, a Nessa miała szansę, aby zostawić to za sobą. Była młoda, być może nie pamiętała za wiele i jeszcze można było ukształtować jej osobowość tak, aby pasowała do tej pieprzonej śmietanki towarzyskiej, w której się znalazła.
    Westchnął głośno, zirytowany faktem, że te myśli tak łatwo wytrąciły go z równowagi. Mógł przewidzieć, że tak będzie. W ten jeden dzień w roku pozwalał sobie na myślenie o przeszłości. O tym, jak cholernie trudne było jego dzieciństwo i jak wiele zawdzięcza tym ludziom. Isobel dawno zeżarło robactwo. I bardzo dobrze. Anthony gnił w więzieniu, z którego nigdy miał się nie wydostać. Zane czekał na dzień, w którym dostanie telefon o śmierci tego człowieka. Miał nadzieję, że gdy to się stanie to jego śmierć będzie długa i bolesna. Nie zależało mu, aby pomścić Isobel. Zasłużyła sobie na swój koniec. Trwała naiwnie przy boku tego człowieka, aż w końcu dostała to, co wisiało w powietrzu od wielu lat.
    Szedł znajomą sobie ścieżką. Mijał ludzi, ale nijak się nimi nie zainteresował. Ten dzień był wyjątkowy z dwóch powodów. Przede wszystkim był piętnastą rocznicą wyzwolenia z tego koszmaru, chociaż jakby tak spojrzeć to reszta życia Zane wcale nie była kolorowa. Po drugie, Nessa miała urodziny. I mimo, że nie świętowali ich już nigdy później to Zane o niej nie zapomniał. Długo się jej naszukał, a kiedy w końcu udało mu się odnaleźć dziewczynę to upewnił się, że będzie dostawała swój urodzinowy prezent.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie chciał zostawiać jej samej, ale pewne rzeczy były poza jego kontrolą. Miał zaledwie trzynaście lat, kiedy mu ją odebrali. Co więc mógł zrobić trzynastolatek? Nie pomagały awantury, prośby ani groźny, aby dali mu się z nią zobaczyć. Musiał odpuścić. Na jakiś czas. Pakując się w biznes z Marcusem nie sądził, że z czasem jego zasięgi będą coraz większe, a te z kolei doprowadzą do odszukiwania ludzi. Najczęściej polował na tych, którzy wisieli mu kasę, ale ten jeden raz skorzystał z nowych umiejętności w inny sposób. Dowiedział się, gdzie mieszka, w jakim miejscu pracuje. Wiedział do jakiej szkoły chodziła, kim były jej przyjaciółki. Wiedział więcej niż powinien. To był jego sposób na to, aby upewnić się, że była bezpieczna. Zane znajdował się zawsze blisko, czasem niebezpiecznie blisko, ale Vanessa albo go nie dostrzegała lub udawała, że nie dostrzega jego obecności. Miał ten dar wtopienia się w otoczenie.
      Zbliżając się do miejsca, gdzie była pochowana Isobel nie spodziewał się, że będzie obecny przy grobie ktoś jeszcze. Zane wsunął papierosa między usta i go odpalił, a kiedy poderwał głowę dostrzegł drobną kobiecą sylwetkę. Uniósł brew, zaintrygowany i trochę zaskoczony. Dopiero po paru sekundach dotarło do niego kto tam stoi.
      Vanessa.
      Nie spieszył się z podejściem do grobu. Zatrzymał się kawałek dalej i wlepiał jasne spojrzenie w dziewczynę. Z tej perspektywy nie widział jej zbyt dobrze. Nie był też w stanie odczytać emocji z jej twarzy, której zwyczajnie nie był w stanie dostrzec. Co za zbieg okoliczności. Zaciągnął się mocniej papierosem, dym przetrzymał w płucach dłuższą chwilę i wypuścił go. Ten chwilę dryfował na wietrze, aż nie rozpłynął się w powietrzu. Serce obiło mu się szybciej o żebra, gdy wpatrywał się w dziewczynę. Reagował tak zawsze, kiedy była w pobliżu.
      Nessa.

      Ulubiony brat💙

      Usuń
  5. Siedział w zaparkowanym samochodzie i wpatrywał się w aplikację Ubera. Dochodziła dwudziesta i Ian na ten dzień miał jeszcze kilku klientów do obskoczenia, jednak był z nimi umówiony na późniejszą godzinę i chciał jakoś zabić czas, nim będzie mógł pojechać po towar, a później sprawnie go dostarczyć. Nad potwierdzeniem kolejnego kursu zastanawiał się dłużej, niż było to koniecznie, ale w ostatecznym rozrachunku wyglądało na to, że miało mu się to opłacić – pośród docelowych adresów wypatrzył jeden, który znał aż za dobrze i pod którym ostatnimi czasy często bywał. Nudził się, więc sprawdzenie, kto zamierzał odwiedzić akurat tego mężczyznę, było dla niego aż nadto nęcące.
    Szybkim ruchem palca wskazującego zatwierdził przejazd, wcisnął telefon w samochodowy uchwyt i wyjechał z miejsca parkingowego. Według aplikacji od adresu, pod którym miał odebrać Vanessę, dzieliło go dziesięć minut jazdy. Trasa zajmowała mu raz więcej, raz mniej czasu, niż sugerowała to aplikacja – wszystko zależało od sytuacji na drodze, a blisko godziny dwudziestej Nowy Jork wcale nie był mniej zakorkowany, niż w samo południe. Jechał przepisowo, ponieważ jego samochód i bez przekraczania dozwolonej prędkości przyciągał uwagę przechodniów, tak jak i innych kierowców. Mało który kierowca Ubera jeździł najnowszym Cadillaciem – w mieście, które nigdy nie zasypia, tylko jeden.
    Dokładnie jedenaście minut później zwolnił, wypatrując kobiety, która wypatrywała by także jego. Jechał wzdłuż ulicy, nieubłaganie zbliżając się do wskazanego w aplikacji numeru, aż dostrzegł stojącą przy krawężniku młodą brunetkę, która rozglądała się na boki, aż przestała to robić, kiedy w polu jej widzenia pojawił się czarny Cadillac.
    Korzystając z tego, że wolnego miejsca było tu aż nadto i akurat nikt za nim nie jechał, Ian podjechał bliżej chodnika i zatrzymał auto tak, że tylne drzwi po prawej stronie znalazły się dokładnie na wysokości Vanessy, której imię wyświetliło mu się w aplikacji. Wystarczyło, że kobieta wyciągnie rękę i chwyci za klamkę.
    Jeszcze nim wsiadła, Ian zauważył, że była młoda i atrakcyjna. W przeciwieństwie do Freemana, który być może pozostawał atrakcyjny – nie jemu było to oceniać – ale już na pewno nie młody. Kilkanaście lat starszy od Iana mężczyzna był wziętym prawnikiem i jak tłumaczył za każdym razem, kiedy Hunt przywoził mu działkę, potrzebował czasem się zrelaksować. Miał przecież stresującą i obciążającą psychicznie pracę. Ian nie mógł się z nim nie zgodzić, ale znał lepsze sposoby na relaks.
    — Dobry wieczór — przywitał się, kiedy Vanessa zamknęła za sobą drzwi i spojrzał we wsteczne lusterko, ale w jego odbiciu widział ledwo fragment jej twarzy. Bez ociągania ruszył z miejsca, bo trasa do osiedla luksusowych domów, na którym odwiedzał nie tylko Freemana, miała zając dobre pół godziny. Musieli wydostać się z centrum, a potem dostać ku obrzeżom miasta.

    IAN HUNT

    OdpowiedzUsuń
  6. [Cześć! Ona jest wspaniała, zachwyty poprzedniczek podbijam swoim 🤩 z jednej strony do ukochania, a z drugiej wydaje mi się, że ma w sobie trochę zadziory ☺️ trzymam kciuki za romanse i że pojawi się ktoś, kto potrząśnie jej światem tak na kolorowo i wybuchowo! ❤️ Baw się dobrze! ]

    Emka i Lily

    OdpowiedzUsuń
  7. Ian dla swoich rodziców nie był nawet chodzącym problemem. Matka i ojciec dbali tylko o to, by mieć co wziąć i czym to zapić, natomiast Louis i Ian pojawili się na świecie jako skutek uboczny seksu uprawianego przez dwójkę ćpunów. Najwyższym poświęceniem, na które zdobyła się wobec nich matka, było nie picie i nie ćpanie w ciąży. Dorosły Ian uważał, że być może na swój pokręcony sposób, jednak musiała ich kochać i była to jedyna refleksja, jaką poświęcił kobiecie, której imię z trudem przywoływał z pamięci. Ją i ojca widział po raz ostatni dzień przed tym, jak do ich mieszkania wkroczyło dwóch policjantów oraz pracownica opieki społecznej. Nie miał wątpliwości co do tego, że nikt się o nich nie upomniał, ani tym bardziej za nimi nie zatęsknił, kiedy on i Louis trafili do dwóch różnych ośrodków. O tym, że matka i ojciec nie żyli, wiedział od Louisa. Nie zainteresował się jednak tym, skąd Lou miał tę informację, a to, jak rodzice zeszli z tego świata, potrafił sobie wyobrazić.
    Zane opowiedział mu o swoim dzieciństwie, może nie z najdrobniejszymi szczegółami, ale w sposób na tyle obrazowy, że Ian nie musiał niczego sobie wyobrażać. Trafiali na siebie, tułając się pomiędzy domem dziecka, a rodzinami zastępczymi, aż kilka lat później umieszczono ich w tej samej placówce i od tamtej pory pozostawali nierozłączni. Ich relacja bynajmniej nie była wypełniona tym, czego jednemu i drugiemu brakowało w dzieciństwie. Przeciwnie, zdawało się, że włożyli w nią wszystko to, co wynieśli z domów i to na tym solidnym, ale przesiąkniętym zgnilizną fundamencie zbudowali więź, której każdy z nich potrzebował. Zane, obok Louisa, był jedyną stałą w życiu Iana i Hunt nie wyobrażał sobie, by tej stałej mogło zabraknąć. Mógłby pójść za Maddoxem w ogień, ale póki co, poszedł za nim tylko w handel narkotykami i we dwoje całkiem nieźle prosperowali. Mieli stabilną pozycję na rynku, a przede wszystkim pozycja ta była względnie bezpieczna. Nie pakowali się w zbyt wiele krzywych akcji, mieli sprawdzonego i stałego dostawcę towaru, a także swój teren i niemalejące grono klientów.
    Jednym z tych klientów był Freeman, do którego zmierzała siedząca na tylnej kanapie Cadillaca CT5V Blackwing Vanessa. Ian nie interesował się tym, jakie rozrywki preferował Freeman. Wystarczyło mu to, że regularnie kupował u niego towar i płacił przy odbiorze gotówką. Nie zalegał z kasą i wydawał się być na tyle ogarniętym gościem, by nie zejść z przedawkowania. Vanessa natomiast mogła być zwykłą młodą dziewczyną, która lubiła starszych od siebie facetów, a mogła też być prostytutką. Ian nie sądził, by którekolwiek z nich – Freeman czy Vanessa – zdradzili mu, na czym polegała specyfika ich relacji i też nie zależało mu na tym, aby się tego dowiedzieć. Bardziej zaskoczyło go to, że nawet w takiej metropolii jak Nowy Jork łatwo było o ciasne, acz przypadkowe siatki powiązań.
    — Więcej niż dobrze — odpowiedział i kąciki jego ust drgnęły w lekkim uśmiechu, ponieważ samochód był jego słabostką i czułym punktem. — W dwa tysiące dwudziestym drugim. Pierwsza partia produkcyjna tego modelu — dodał i niewiele brakowało, a czule pogładziłby kierownicę. Lubił swojego Cadillaca i lubił nim jeździć. Jazda samochodem relaksowała go i odprężała, niezależnie od tego, czy jechał sam czy z pasażerem na tylnej kanapie. Stąd kiedy musiał poszukać sobie legalnego zajęcia, wybór był oczywisty.

    IAN HUNT

    OdpowiedzUsuń
  8. Na co dzień wszystkie bieżące sprawy jubilerskiego biznesu załatwiał w głównej siedzibie, w której mieszczą się biura dbające o to, żeby interes prosperował, ale starał się regularnie odwiedzać każdy salon osobiście przynajmniej dwa razy w miesiącu, a tych posiadali w rejonie już kilka. Miał zaufanie do kierowników każdej placówki, bo nie byli to ludzie zupełnie przypadkowi, tyko związani z branżą od wielu lat, ale nie dość, że trzymanie kontroli nad pewnymi sprawami należało do jego obowiązków, to również do przyjemności, a pełną analizę finansów najlepiej było przeprowadzić na miejscu. Przyjeżdżając, mógł rozeznać się także w sytuacji między pracownikami i na własne oczy zobaczyć, jak salony prezentują się wizualnie, bo piękna oprawa to jeden z głównych elementów rzutujących na wysokie słupki sprzedaży. Witryny i wnętrze musiało być perfekcyjne, a już szczególnie teraz, gdy ich salony coraz konsekwentniej przechodziły na sprzedaż biżuterii luksusowej, skierowanej do konkretnej grupy klientów, i kiedy w gablotach zaczynały pojawiać się jego własne projekty, coraz bardziej pożądane wśród wpływowej klienteli. Wystrój musiał być po prostu dopracowany do najmniejszego szczegółu i łechtać wszystkie możliwe zmysły. Musiał kusić, przyciągać i rozpieszczać, zachęcić do odwiedzin, tak, żeby obecni na miejscu doradcy mogli już tylko dopełniać tej starannej, subtelnej atmosfery, dając klientom poczucie zadbania i profesjonalizmu. Bez odpowiednich doradców żaden salon nie miałby racji bytu, a Tanner naprawdę nie mógł narzekać na swoich pracowników. Oglądał sprawozdania i miał świadomość, że jedni radzą sobie lepiej, drudzy trochę gorzej, ale nie każdy urodził się krasomówcą, zdolnym sprzedać komuś pół sklepu. Najważniejsze, że wszyscy zachowywali poziom, a co do tego nie miał żadnych wątpliwości, dlatego trochę zaskoczył go widok dziwnego listu, który czekał na niego na biurku. Już pomijając fakt, że korespondencja zawsze spływa do siedziby, a tym razem coś czekało na niego w salonie, to zawartość tej kartki brzmiała trochę śmiesznie. Przeczytał ją kilkukrotnie i za nic w świecie nie był w stanie przestać się zastanawiać, komu przyszło do głowy wypisywać takie bzdury, bo przecież żaden klient, który zostawił u nich kilkadziesiąt tysięcy dolarów, zakupując biżuterię w ilościach kilkunastu, albo i więcej, nie pozwoliłby sobie na anonimowy donos. Taki klient chciałby zostać zauważony, czekałby na odpowiedź, na potraktowanie sprawy poważnie, a jak miał potraktować ją poważnie, skoro nie znał nadawcy? Czy szanujący się klient wystukałby na komputerze kilka zdań, wydrukował to na jakimś tanim papierze i nadał list w najbliższej salonowi poczcie? Już samo to było na tyle podejrzane, żeby wykluczyć klienta, a wziąć pod uwagę wściekającą się konkurencję, której nie w smak, że ktoś zgarnia ich zarobek. Tylko, że z konkurencją mieli pozawierane porozumienia, więc to trochę wątpliwa sprawa, aczkolwiek nadal możliwa. Ludzie od sprzedaży są w stanie zrobić naprawdę wiele, żeby podnieść własne statystyki, a w obliczu niesłabnącego wyścigu szczurów, takimi porozumieniami można co najwyżej wytrzeć sobie tyłek.
    Zaskakujące. Naprawdę zaskakujące. Na dodatek tak cholernie dziwne, że w pewnym momencie do głowy wpadła mu myśl, że może ktoś stał się zwyczajnie zazdrosny o wyniki sprzedażowe Vanessy? Bo to właśnie do niej od dłuższego już czasu należy tytuł najbardziej efektywnej pracownicy z doradczego szczebla. Nie chciał wysuwać zbyt pochopnych wniosków, bo do tej pory nikt nie odstawiał tutaj takich akcji, ale do tej pory nigdy też nie wpłynął do niego tego typu list, więc coś gdzieś ewidentnie zaczęło zgrzytać. Po siedmiu latach funkcjonowania salonu i po półtorarocznym stażu pracy Vanessy, akurat w sytuacji, w której jakiś czas temu były rozmowy o przewidywanym dla niej awansie. Ta skarga coraz mniej śmierdzi klientem i konkurencją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podniósł spojrzenie w kierunku drzwi, gdy Vanessa przekroczyła próg. Zlustrował leniwie jej sylwetkę i złożył kartkę na pół w palcach, a potem wskazał fotel przed biurkiem, zachęcając ją, żeby usiadła. Musiał się dowiedzieć, w czym tkwi problem, a to może trochę potrwać, dlatego nie chciał, żeby stała. Nie podobało mu się, że to Doreen przekazała informację Vanessie, a nie kierownik salonu, ale domyślał się, że o tym liście wiedzą tutaj już wszyscy.
      — Trochę sobie porozmawiamy — oznajmił neutralnie, a kiedy Vanessa usiadła, wstał z fotela, zapiął marynarkę ciemnogranatowego garnituru i obszedł biurko nieśpiesznie. — Pracujesz tutaj półtora roku, więc na pewno jesteś już w stanie podzielić się swoimi osobistymi spostrzeżeniami — zaczął, przysiadając na blacie, nieopodal fotela, na którym siedziała Vanessa. Skrzyżował nogi w kostkach i splótł ramiona na wysokości klatki piersiowej, cały czas trzymając w dłoni złożoną kartkę. — Z klientami radzisz sobie bezbłędnie, co pokazują twoje wyniki, więc do tego wrócimy zaraz. Najpierw chciałbym się dowiedzieć, jak wyglądają twoje relacje z resztą pracowników? — zapytał, utrzymując spojrzenie w jej twarzy. Stał, oparty o biurko tuż obok, więc teraz to on był wyżej, przez co Vanessa musiała zadzierać nieco głowę, żeby spojrzeć mu w oczy. Głos miał ciepły i niski, ale nie brzmiał ani negatywnie, ani pozytywnie, a neutralnie, sprawiając wrażenie nieprzewidywalnego, bo równie dobrze to mógł się zaraz na nią wydrzeć i pieprznąć kartką o blat, co zadać grzecznie parę pytań i kazać wrócić do pracy.

      Tanner Morgan

      Usuń
  9. Nie obchodziło go prywatne życie żadnej z pracownic, więc cokolwiek robiły po pracy, to były wyłącznie ich sprawy. Czy sypiały z pierwszymi, lepszymi facetami, czy wracały do domu gotować obiad dla zmęczonego męża, czy szły na imprezę wytańczyć stres – tak długo, jak długo nie przynosiły niczego z tych rzeczy do pracy, to nie miało dla niego najmniejszego znaczenia. Ale główną zasadą praktyki pod jego skrzydłami jest zachowywanie profesjonalizmu, więc jeśli istniało coś, z czego rozliczał ludzi wyjątkowo dosadnie, to właśnie z poprawnego podejścia do swoich obowiązków. Flirtowanie z klientami na terenie salonu, w trakcie sprzedawania produktów, wykluczało się z tą poprawnością bez dwóch zdań, ale na razie ciężko było mu uznać ten zarzut za pewnik. Vanessa miała gadane i wiedziała, co zrobić, żeby odpowiednio nakierować zainteresowanie klientów, w dodatku jej uroda działała na plus w przypadku tej męskiej części, więc to było naturalne, że częściej finalizowała transakcje z facetami i nie musiał sprawdzać statystyk, żeby to sobie uzmysłowić. Nie obserwował jej jednak podczas pracy, bo nie było do tej pory takiej potrzeby, skoro sprawozdania kierowniczki jasno twierdziły, że Vanessa radzi sobie w roli doradcy klienta znakomicie i nie ma co do niej żadnych zarzutów. Obserwowały ją za to koleżanki, z którymi miewała zmiany, a to, że list napisała któraś z nich było o tyle pewne, że żaden klient nie byłby w stanie porównać jej pracy do reszty, a już tym bardziej stwierdzić, że obrosła w piórka. Obsługiwali różne osoby i rozmaite firmy, ale to wciąż byli klienci, którzy spędzali w salonie tylko ułamek dnia. Skoro on sam, będąc właścicielem tego przybytku i przyjeżdżając tu kilka razy w miesiącu, nie był w stanie stwierdzić, że Vanessa zrobiła się pyszna i arogancka, to klient, który skupia się przede wszystkim na dokonaniu tutaj jak najbardziej korzystnego zakupu, tym bardziej nie będzie w stanie dostrzec zmiany w jej zachowaniu, bo ono go po prostu nie interesuje.
    Skinął lekko głową, przyjmując jej odpowiedź do wiadomości. O to samo zapytał wcześniej Doreen i usłyszał coś podobnego, więc miał już świadomość, że w całym zespole one we dwie dogadywały się najsłabiej, ale to prawdopodobnie dlatego, że miały zbliżone temperamenty i największą różnicę w stażu pracy. Teoretycznie Doreen mogła czuć się zagrożona ze strony Vanessy, skoro ta pracuje krócej, a osiąga znacznie lepsze wyniki, niż ona po sześciu latach praktyki, ale to oczywiście nie usprawiedliwiało jej w przesyłaniu takich listów. O ile to Doreen, bo pewnego wyroku jeszcze nie mógł wydać. Najpierw musiał sprawdzić, co z tych wymienionych zarzutów jest prawdą, a co kłamstwem wyssanym z palca, żeby nabrać pewności i sprawiedliwie rozwiązać tę sytuację. Zwalniać nikogo jednak nie zamierzał, bo to nie były przewinienia, które na to zasługiwały.
    — W takim razie, jeśli możesz wszystko wyjaśnić, chętnie się dowiem, jak wyjaśnisz to, że zostałaś przyłapana na... — rozłożył kartkę, nie zmieniając swojej pozycji, i spojrzał na tekst, odszukując wzrokiem ten szczególny epitet. — Odważnym flirtowaniu z klientem — powiedział i lokując spojrzenie z powrotem w twarzy Vanessy, złożył kartkę w palcach i na powrót oparł dłoń na zgiętym łokciu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od tej odpowiedzi będzie zależało właściwie wszystko, bo Vanessa albo ją zaneguje, jeśli okaże się nieprawdą, albo w pewien sposób się do niej przyzna. Ewentualnie mogła skłamać i tego Tanner w żaden sposób nie zweryfikuje, bo wariografem nikogo sprawdzać nie zamierzał, a słowo przeciwko słowu będzie w tym przypadku równe. Prawda na pewno wyjdzie na jaw z czasem, jak zawsze, bo kwas między dziewczynami wreszcie się przeleje, chyba, że same jakimś cudem zakopią ten wojenny topór.
      — Czy to jest twój sposób na dobrą sprzedaż? — zapytał bezpośrednio, ale mimo, że słowa stanowczo opuszczały jego usta, wciąż brzmiał bardzo neutralnie. Oczekiwał wyjaśnień, bo sytuacja ich wymagała, ale nie szukał haka na to, żeby ją zwolnić. Vanessa jest dobrą, zaufaną pracownicą, bez przewinień i porażek na swoim koncie. Jeżeli faktycznie owija facetów wokół palca i w ten sposób namawia ich do zakupu produktów, to będzie musiała zmienić techniki sprzedaży, bo czegoś takiego nie mógł tutaj tolerować, ale to nie jest powód do zwolnienia.

      Tanner Morgan

      Usuń
  10. Zane nie miał w planach spotykania się z siostrą.
    Obserwował ją z daleka i na ten moment mu to wystarczyło. Była bezpieczna i wyglądała na szczęśliwą, choć to równie dobrze mogło być jedynie złudne wrażenie. Przecież jej tak naprawdę nie znał i nie mógł przewidzieć pewnych rzeczy. Wiedział dużo, ale dla niego to wciąż było za mało. Już tak miał, że kiedy coś dostał to nagle pragnął więcej. Od dawna Vanessa była punktem w jego życiu, od którego chciał znacznie więcej. Miał ten problem, że nie wiedział w jaki sposób od niej powinien podejść. Nie widzieli się od naprawdę wielu lat. Jej nowa rodzinka skutecznie odcięła jego i Jaxa od dziewczyny. Z jednej strony nie mógł im się dziwić. Zarówno Zane jak i Jax sprawiali kłopoty, byli tymi złymi chłopcami, którzy pamiętali zbyt wiele. Tymi, którym żadna terapia nie pomagała i której odmawiali, ale i tak chodzili, choć nigdy nic nie mówili. Zane nienawidził swojej terapeutki, która drażniła go wszystkim. Miała zbyt mocne perfumy, które były duszące, a łzy od nich w oczach pojawiały się same. Mówiła przez nos, a Zane tego nie znosił i wiecznie brzmiała na obrażoną. Tyle, że nawet jeśli zdawał sobie sprawę, że pewne rzeczy po prostu musiały się wydarzyć to jeszcze nie znaczyło, że się z nimi zgadza. Rzadko, kiedy się z czymś zgadzał. Żył we własnym świecie, w którym wszyscy powinni podążać za jego zasadami, a jeśli tego nie robili to Zane potrafił bardzo łatwo wpaść w gniew. Ten z kolei potrafił teraz kontrolować, ale chwilami zdarzało się, że maska mu się omsknęła, a na jaw wychodziła jego prawdziwa twarz.
    Usłyszał zdecydowanie zbyt dużo z tego, co mówiła Vanessa, która jeszcze przez chwilę myślała, że jest tu sama. Nie spodziewał się, że ją tu zastanie. Przychodził tu regularnie od prawie dziesięciu lat, a jeszcze ani razu na nią tu nie trafił. Nawet nie był pewien, czy pamiętała, gdzie matka była pochowana. Wspomnienia z pogrzebu były niewyraźne i niewarte zapamiętania. Zane nawet nie chciał tam iść, ale zmusił do tego całą ich trójkę. Obecni ludzie pewnie spodziewali się, że będą zrozpaczeni, ale tak naprawdę czuli tylko ulgę. Isobel nie żyła, a Anthony został zamknięty. To koszmarne życie się skończyło. Kolejne lata wcale nie były lepsze, ale na pewno spokojniejsze niż trzynaście lat w niewielkim mieszkaniu na Bronxie, w którym dochodziło do przemocy częściej niż w statystycznym patologicznym domu.
    — Po prostu Zane.
    Nie spodziewał się, że go pozna. W końcu, dlaczego miałaby? Minęło wiele lat, a on nie był już nastolatkiem. Nie miał dłuższych włosów, które zwykle sięgały mu do ucha i niesfornie się kręciły. Jego głos również się zmienił i podrósł o kilkadziesiąt centymetrów. Ze swoim metr dziewięćdziesiąt górował nad większością ludzi, z którymi miał styczność. I nad Vanessą również, która nawet w szpilkach wciąż byłaby znacząco od niego niższa, ale to było teraz bez znaczenia.
    — Co tutaj robisz?
    Nie przewidział w swoim planie, że dziś wpadnie akurat na nią. Prezent miała dostarczony już z samego rana, ale nie był pewien, czy była w mieszkaniu, aby go odebrać, czy ktoś może odebrał go za nią. To było mało ważne w tej chwili. Rzadko bywał sentymentalny, ale jeśli chodziło o Vanessę to nie potrafił nie być. Była… Inna. Specjalna. Chciałby udawać przed samym sobą, że ta dziewczyna nie ma już dla niego żadnego znaczenia, ale nie potrafił być obojętny. Nie, jeśli chodziło o nią. Martwił się o nią o wiele bardziej niżby tego chciał. Po tych wszystkich latach należało o niej zapomnieć. Zostawić przeszłość za sobą, ale nie potrafił. Jego kontakt z Jaxem był ograniczony, bo brat zwyczajnie w świecie go wkurwiał i gdyby go odnowili to byłby to dla Zane’a gwóźdź do trumny. Zjebałby wszystko. Tego jednego był pewien. Chwilami wydawało mu się, że starszy z braci jest bardziej nieprzewidywalny niż Zane.

    Zane💙

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie zwolniłby jej, gdyby się przyznała. Na pewno byłby tym zaskoczony, bo nie sądził, że za tą uroczą twarzyczką skrywa się diablica, która która kusi facetów i porywa ich na przygody, jakie oni znają tylko z filmów porno, ale nie pozbawiłby jej pracy, bo nie manipulowała nimi po to, żeby sprzedać im jak najwięcej produktów. Miała jakiś swój cel w zaciąganiu facetów do łóżka, ale niezależnie już od tego, czy interesowały ją cukrowe randki, czy miała skłonności do nimfomanii, czy po prostu lubiła mamić starszych typów i udowadniać im, jak wygląda dobry seks z młodą dziewczyną – to nie jego biznes. Do tej pory nie podejrzewał jej o coś takiego, zresztą, nie interesował się życiem prywatnym pracowników, zachowując dystans i formalność w relacjach z podwładnymi, ale ta anonimowa notatka skierowała światło na pewne aspekty, które teraz stały się po prostu bardziej widoczne. Niewykluczone, że męscy klienci, którzy wracają do salonu co jakiś czas, a transakcje finalizują wyłącznie u Kerr, mają w tym jakieś pobudki i cele, i nie są to wcale cele zawodowe. Akurat to, że Vanessa jest świetna w swoim fachu, to prawda udowodniona jej wynikami sprzedaży, ale fakt, że niektórzy panowie wracają tylko do niej i nie obchodzą ich inne sprzedawczynie, które starają się równie mocno, może mieć swoje źródełko gdzieś dużo głębiej. I którejś z koleżanek zaczęło to najwidoczniej przeszkadzać. Nie wszystkie miały w sobie tyle odwagi, żeby zdobyć się na flirt, który zaowocowałby jeszcze lepszymi wynikami, nawet gdyby chciały, a niektóre uważały takie zachowanie za niestosowne i wyjątkowo nieprofesjonalne, z czym też nie sposób się nie zgodzić. Ale dopóki Vanessa trzymała się minimalnych granic i nie rzucała niemoralnymi propozycjami na łamach salonu, to jej etat w tym miejscu będzie bezpieczny. Chwaląc elementy garderoby klienta rzeczywiście nie robiła nic złego. Robiąc temu samemu klientowi loda po godzinach w którymś hotelu – też nie.
    Uniósł brwi, lustrując z wolna jej sylwetkę, gdy zmieniła ułożenie nóg. Zaśmiał się po chwili, słysząc jej odpowiedź i nieznacznie pokręcił głową.
    — Grozisz mi przejściem do konkurencji? — zauważył, przyglądając się jej twarzy z niewzruszonym wyrazem. Podjęła się naprawdę dużego wyzwania z tą próbą wejścia mu na ambicje. Szantaż emocjonalny na niego nie działa, szczególnie w przypadku, w którym doskonale wie, że nie ma ludzi niezastąpionych. — Niesamowite — sparodiował jej ton, tyle tylko, że nie na żarty. Świadomość, że Vanessa mogłaby zmienić salon, wcale go nie ubodła, a w zasadzie to nawet trochę zaciekawiła. Mogła zatrudnić się przecież w Tiffanym, gdzie zarabiałaby podobnie, choć tam musiałaby dostosować do sztywnych wytycznych i sprzedawać zgodnie z obowiązującym kanonem, w którym nie ma miejsca na własną kreatywną sprzedaż. Nie poflirtowałaby tam za dużo z klientami, bo gdyby tamtejszy kiero się dowiedział, to z pewnością wyleciałaby za to z hukiem. Powinna docenić, że pracuje w miejscu, w którym może spełniać się sprzedażowo, i które daje jej szansę wyróżnienia się własnym wyjątkowym podejściem. Ale ma jeszcze czas, dojrzeje do tego. Pracuje dopiero półtora roku.
    Zerknął na treść kartki, rozkładając ją na moment w palcach, i podniósł się z blatu.
    — Możesz się dowiedzieć, a nawet powinnaś — odpowiedział, obchodząc wolnym krokiem fotel, na którym siedziała Vanessa. Zatrzymał się tuż za oparciem, położył dłoń na podłokietniku i nachylił się przy jej skroni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Obawiam się, że z takimi gorącymi referencjami konkurencja nawet nie spojrzy na twoje podanie — powiedział, zniżając ton głosu. On nie pachniał Savage. On pachniał jak Clive Christian No.1, a brzmiał tak skurwysyńsko pewnie siebie, jakby faktycznie tylko czekał, aż Vanessa spróbuje przejść do konkurencji, żeby za kilka dni znowu tutaj wrócić. To jasne, że zrobiłby wiele, a może nawet wszystko, żeby zablokować jej jakąkolwiek inną drogę, gdyby zdecydowała się z nim rozstać, więc nie bez powodu wspomniał o referencjach, które mogłyby wyglądać tak źle, jak anonimowy donos.
      Wręczył jej papier, wyprostował się zaraz i przeszedł na swój fotel za biurkiem, na którym wygodnie się rozsiadł. Zatrzymał spojrzenie na twarzy Vanessy, czekając, aż ta zapozna się z tekstem i w całości do tego odniesie.

      Tanner Morgan

      Usuń
  12. Splótł dłonie na blacie przed sobą i wysłuchał jej, ze spokojem analizując jej reakcję. Gdyby łyknął tę skargę jak młody pelikan, nie pytałby ją o relacje z pracownikami i prowadził teraz tej dziwnej pogawędki, tylko zakończył spotkanie na wręczeniu jej wypowiedzenia. Zwolniłby ją z marszu, gdyby uwierzył, że mami klientów słodkimi obietnicami i uzależnia swoją sprzedaż od ilości zaliczonych facetów. Był na tyle wyrozumiały, że zdecydował się poprowadzić to osobiste dochodzenie, żeby się dowiedzieć, kto owija w bawełnę, a kto mówi szczerze i ile realnie prawdy jest w tych oskarżeniach wypisanych drukiem na papierze, chociaż mógł równie dobrze z góry dać Vanessie upomnienie i nie drążyć tematu, bo ktokolwiek napisał skargę – ona wpłynęła i znalazła się na jego biurku, więc sprawę należało poruszyć. Chciał jednak dojść choć do ułamka prawdy i zweryfikować fakty, dlatego miał zamiar porozmawiać z każdą z pracownic, ale wypadało zacząć od tej, której dotyczył zarzut. A ta, której dotyczył zarzut, w odwecie napomknęła, że znajdzie sobie miejsce u konkurencji. Czy powinien trzymać u siebie pracownika, który rozmyśla o pracy w konkurencyjnej firmie? Bynajmniej. Zależało mu na budowaniu marki z lojalnymi pracownikami na czele, a najlepiej z takimi, którzy o konkurencji myślą jedynie w kontekście pobicia jej na głowę, a nie zwiania do niej przy pierwszym problemie. Owszem, Vanessa ma świetne wyniki sprzedażowe, ale pracownik to nie tylko statystyka. Wolał mieć dwie lojalne pracownice z nieco gorszymi wynikami sprzedażowymi, którym będzie mógł zaufać, niż jedną z dobrymi, gotową sprzedać się konkurencji. Ale Vanessa miała do tego prawo, jak najbardziej, i tego prawa nie zamierzał jej odbierać, zresztą, nawet nie mógł. Mógł jej za to utrudnić pewne sprawy dość mocno, a tego akurat nie omieszkałby zrobić. W końcu sama zdecydowała się z niego zrezygnować.
    — Ciało można znaleźć bardzo szybko, panno Kerr — odparł, utrzymując w niej spojrzenie. Widział, że się zdenerwowała, więc nie zamierzał z nią pogrywać i dokładać jej trosk, tym bardziej, że to była prawdopodobnie pierwsza taka sytuacja w jej karierze zawodowej. A ciało, jak widać, można znaleźć wręcz błyskawicznie, czego ona sama jest dobrym przykładem – wystarczył jeden anonimowy donos, żeby ją osądzić. Nie potrzeba zbrodni, żeby znaleźć winnego. Osoba, która napisała skargę, miała w tym konkretny cel, a chodziło przede wszystkim o podcięcie Vanessie skrzydeł i z tego Tanner doskonale zdawał sobie sprawę. Może ktoś liczył na to, że ją zwolni, albo chociaż w jakiś sposób ukarze, ale od początku nie zamierzał. Anonimowe pisemko nie jest do tego żadną podstawą.
    — Autor skargi czuje się prawdopodobnie mocno zagrożony — stwierdził, zdradzając się nieco ze swoich podejrzeń, i odchylił się na oparciu fotela, kładąc łokcie po bokach. — Ale do tego jeszcze dojdziemy — dodał, wygodnie krzyżując nogi pod biurkiem. — Tymczasem, jeśli nie masz sobie nic do zarzucenia, możesz wrócić do pracy — oznajmił. Tak naprawdę, ani razu nie przyznał racji słowom napisanym w donosie. Zaznaczył tylko, że jeśli tak wyglądałyby jej referencje, to miałaby problem ze znalezieniem pracy w tej branży, a tak mogłyby wyglądać, bo to on odpowiadałby ostatecznie za ich treść. Jeśli miała w planach rezygnację z niego, a rozstać mieli się w takiej atmosferze, to powinna mieć na uwadze, że nie będzie łaskawy. Nigdy taki nie był i dla autora skargi również nie będzie, jeśli okaże się, że to bzdury wyssane z palca. Można było to załatwić na sto innych, sensowniejszych sposobów, a nie pisząc jakieś anonimowe listy i podając się za klienta, więc ktoś strzelił sobie po prostu w kolano.

    Tanner Morgan

    OdpowiedzUsuń
  13. Dostrzegał jej piękno i był w stanie je docenić, tylko że do zachwycenia się potrzebował wiele więcej, niż kawałka zgrabnego ciała, bo takich mógł mieć na pęczki, więc to nie stanowiło dla niego żadnego luksusu. Nie pociąga go to, co mogą mieć wszyscy faceci spryskani sztampowym Diorem i to za sprawą wyłożenia na stół kilkuset dolarów, bo żadne to wyzwanie mieć kobietę, która rozłoży przed nim nogi na zawołanie. Wolał zdobywać to, co mogą zdobyć jedynie wybrani i z czym nie będzie szło banalnie łatwo, bo to właśnie możliwość wykazania się dawała największą satysfakcję. Wygrana smakuje lepiej, gdy trzeba o nią zawalczyć, a nie smakuje wcale, gdy oddaje się bez wysiłku. Nie wiedział, jak to jest w przypadku Vanessy, bo do tej pory nie rozważał jej w tych kategoriach. Dopiero anonimowy donos sprawił, że temat pojawił się w jego głowie, a skoro takie pismo zaistniało w realnym świecie, to zakładał, że jakieś ziarno prawdy musi w nim być. Nigdy wprawdzie nie wydawała mu się łatwa, a wręcz przeciwnie – elegancka i z klasą, jak na swój wiek, ale nie miał z nią styczności prywatnie, więc to, co mu się wydawało, w ogóle nie musiało być miarodajne. Może w rzeczywistości jest łatwą laską, która oddaje się starszym, znudzonym facetom, szukającym przygody, i czerpie z tego jakieś zyski. Cholera wie. To nie był jego biznes i nie będzie, dopóki jej sposób na bycie nie zacznie naruszać w żaden sposób dobrego imienia firmy. Teoretycznie, jeśli twierdziła, że brzydzi się kłamstwem, powinien mieć nadzieję, że to tylko pomówienia, a nie sposób na zdobywanie stałych klientów, zgodnie z tym, co zostało napisane w liście. Tej nadziei jednak nie miał, a jeśli faktycznie taki sposób znalazła sobie na to, żeby zarabiać, to poziom jej piękna w jego oczach znacznie spadnie, a już na pewno nie będzie mogła kontynuować tego w tym salonie. I nie będzie mu szkoda nawet dobrych wyników sprzedażowych, które dzięki temu im gwarantowała, bo statystyki podniesione takimi metodami go nie satysfakcjonują.
    Sięgnął po kartkę, gdy Vanessa wyszła, przeczytał raz jeszcze treść i wsunął ją do swojej aktówki. Zabierze to pisemko do siedziby i tam przedyskutuje jeszcze sprawę ze wspólnikiem, a na razie wdroży tutaj jakieś środki zapobiegawcze. Rzucił krótkie spojrzenie na zegarek i wstał z fotela, ruszając bezpośrednio do drzwi, za którymi znajdowała się sala sprzedaży. Chciał porozmawiać z Naomi – tutejszą kierowniczką – ale gdy znalazł się w progu, a jego spojrzenie odnalazło Vanessę w akcji, zwolnił i zatrzymał się nieopodal. Wsunął dłonie do kieszeni spodni, obserwując jak Vanessa radzi sobie ze sprzedażą, a przy okazji, albo może głównie, obdarza klienta długimi, znaczącymi spojrzeniami. Przechylił lekko głowę, dostrzegając, jak facet rzuca ukradkowe spojrzenia na jej minimalny dekolt, a potem ostrożnie zerka na jej usta. Zainteresowany, i to bardzo – tego nie dało się nie zauważyć – a może nawet oczarowany czymś, co Vanessa zdążyła mu już pokazać w hotelowej pościeli.
    — Chciałbym, żebyś przez najbliższy miesiąc obserwowała każdą z pracownic i na koniec sporządziła pisemne sprawozdanie, dotyczące sposobu pracy każdej z nich — powiedział formalnie, przenosząc już wzrok na Naomi. — Nie podoba mi się, że poufały stosunek do klientów zaczyna dominować sprzedaż — zauważył, odnosząc się również do anonimowego donosu, którego Naomi też była świadoma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Od dokładności sprawozdań będzie uzależniona twoja premia uznaniowa. Bardzo proszę, żebyś przyłożyła się do tego zadania, bo będzie to dla mnie istotne w podjęciu pewnych decyzji — zaznaczył, a potem uśmiechnął się nieznacznie, dając jej zielone światło do zadania swojego pytania.
      — O co chciałaś zapytać? — Podniósł lekko brew, wyciągając w międzyczasie dłonie z kieszeni garniturowych spodni. Nie musieli rozmawiać tutaj, jeżeli było to coś istotnego, albo prywatnego, mogli wrócić do biura i zasiąść na wygodnych fotelach.

      Tanner Morgan

      Usuń
  14. Skinął lekko głową i zaprosił Naomi do biura, przepuszczając ją w progu jako pierwszą. Zamknął za nimi drzwi, skrzyżował ręce na piersi i przespacerował się wolno wzdłuż pomieszczenia, słuchając tego, co miała mu do powiedzenia. Sprawowała w salonie jedną z najważniejszych funkcji, więc oczekiwał, że będzie trzymała tutaj dyscyplinę i nie da wejść sobie na głowę. Można było zachować przyjazne stosunki z całą załogą i nie tracić autorytetu, a jeśli sytuacja zacznie tego wymagać, uderzyć ręką w stół i doprowadzić towarzystwo do porządku. Tego w którymś momencie najwidoczniej zabrakło, skoro borykali się teraz z anonimowym donosem i dużym prawdopodobieństwem, że ich dobra sprzedaż wynika z tego, że jedna z pracownic bałamuci klientów na swoje ciało, które oddaje im po godzinach. Gdyby uważnie obserwowała pracownice, coś takiego nie miałoby prawa się tutaj rozwinąć, ale z drugiej strony, musiałaby stać i przysłuchiwać się każdej wymianie zdań. W teorii powinna zadbać o wizerunek salonu nie tylko na witrynie, ale i wewnątrz, mając na uwadze to, w jaki sposób pracują tutaj dziewczyny, jednak Tanner zdawał sobie sprawę, że nie wszystko jest czarno-białe, dlatego na razie jej za to nie upomniał. Powinien i miał to na końcu języka, ale przełknął ze śliną, bo najpierw powinni rozwiązać problem, a dopiero później zastanowić się, co poprawić i jak w przyszłości zapobiegać podobnym akcjom.
    Zatrzymał się, gdy wspomniała o jego wystawie i popatrzył na nią zaskoczony tym pomysłem. Dlaczego miałby prosić Vanessę o pomoc? Wolał nie być kojarzony z cukrowymi randkami, a wychodzi na to, że mógłby być, skoro ona plącze się w takie relacje i umawia bóg wie z kim. Jubilerski świat jest mały. Ilu takich bogaczy już w niej było? Ile wyuzdanych obietnic spełniła, a ilu nie spełniła? Kto się w końcu upomni o swoje? Wystawy są dla niego tak ważne, że nawet przez myśl mu nie przeszło prosić o pomoc osobę, na którą właśnie wpłynął donos sugerujący, że czaruje klientów do takiego stopnia, że salon przypomina tani burdel. Jeszcze miał odrobinę nadziei, że to faktycznie tylko pomówienia, ale skoro Naomi wysunęła takie wnioski, to wychodzi na to, że jest w tym nawet więcej, niż tylko ziarno prawdy.
    — To do mnie należy ostatnie słowo, Naomi. Zwolnię kogo będę chciał i jak będę chciał — zauważył, w ogóle nieprzekonany jej twierdzeniami. Nie ma ludzi niezastąpionych, więc i na miejsce Vanessy znajdzie się ktoś, kto będzie robił dobrze tę robotę, w dodatku bez zarabiania flirtem na żonatych klientach. Po pracy mogła sobie robić, co chce, ale jako sprzedawca w tym salonie jej obowiązkiem jest zachowywać się profesjonalnie i skupiać się wyłącznie na biżuterii, a nie na chwaleniu elementów czyjejś garderoby, czy perfum.
    — Żadnego awansu nie będzie i na ten moment nikogo nowego tutaj nie zatrudnimy — odpowiedział. — Nie obchodzi mnie córka Doreen, ani to, z kim pieprzy się Kerr. Jeżeli nie będzie porządku w tym salonie, wymienię tu całą ekipę — zaznaczył ze stanowczością, która nie pozostawiała złudzeń, że jeśli będzie chciał, to tak właśnie zrobi. Jest dobrym przełożonym dla swoich ludzi i naprawdę o nich dba, ale to do czasu, gdy oni pozostają lojalni, a w tym miejscu zaczynał robić się syf, którego nie zamierzał tolerować.
    — Przyprowadź tutaj obie — poprosił, przystając przy swoim biurku. — Zaraz rozwiążemy tę sprawę raz, a dobrze.

    Tanner Morgan

    OdpowiedzUsuń
  15. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby całą grupą stworzyły sobie swój prywatny folwark gdziekolwiek tylko zechcą, i tam romansowały z facetami, wciskając im biżuterię za dobry seks, ale w tym miejscu obowiązywały zasady, których łamania nikt nie będzie tolerował, a już zwłaszcza on. Dawał im zarobić, więc ich zadaniem jest pracować zgodnie z jego założeniami. A jeśli się nie podoba – proszę bardzo, droga wolna. W Nowym Jorku jest całe mnóstwo miejsc, w których znajdą robotę, zaczynając od zmywaka, idąc przez supermarkety, aż do biur, w których sprawdzą się jako seks-asystentki na telefon. Nie oczekiwał tu od nich niczego więcej, poza tym, żeby wywiązywały się ze swoich obowiązków zgodnie ze standardami, tymczasem jedna przenosiła swoje romanse na zawodowy grunt, a druga zamierzała wcisnąć tu połowę rodziny, bo ci mają problem z zakotwiczeniem się gdzieś na dłużej. Towarzystwo się tutaj ewidentnie zagalopowało, więc przyszedł czas skrócić wodze i zrobić porządek. A jeżeli jedyną drogą będzie wymiana ekipy, to tak się stanie, bo Tanner nie zamierzał narażać własnego biznesu na rzecz rozpuszczonych pracowników. Zbyt wiele temu poświęcił.
    Odprowadził Naomi spojrzeniem, czekając aż wróci do środka z pracownicami. Założył sobie, że to nie będzie trwało długo, bo dla niego sprawa jest już jasna, więc teraz była to już kwestia odkrycia kart i grania w otwarte. Akurat w wytykaniu ludziom błędów jest niezawodny, ale to, w jaki sposób zakończy się to wszystko, będzie zależało wyłącznie od Doreen i Vanessy.
    Rozplótł ramiona, stojąc przy biurku i wsparł się dłońmi o blat, obserwując całą trójkę. Zatrzymał spojrzenie na Vanessie, kiedy się odezwała, emanując obojętnością. Zmrużył nieznacznie powieki i wyprostował się, podchodząc do pań, ale zatrzymał się przed Vanessą. Posłał jej cierpki uśmiech, nie kryjąc swojego niezadowolenia. Ktoś tutaj rzeczywiście za bardzo obrósł w piórka, ale te zapędy można było bardzo łatwo utemperować. Wpłynął na nią donos, więc tak na dobrą sprawę mógł ją odsunąć od pracy na czas wyjaśnienia tej sytuacji, a potem poczęstować wypowiedzeniem i wypisać jej odpowiednie referencje, żegnając się tak bez cienia skruchy. Nie chciał być szefem, który nie ma skrupułów, ale powoli przestawał mieć wybór.
    — Niewykluczone, że to twój ostatni czas w tym salonie tak w ogóle — zauważył. — Flirtujesz z klientami i urabiasz ich na zakup biżuterii. Albo przestaniesz to robić, albo możesz pakować swoje manatki, bo w tym salonie nie ma miejsca na taki rodzaj sprzedaży — powiedział, licząc na to, że zrozumiała. Nie obchodziło go, co robi po pracy. Obchodziło go, co robi w pracy, a sam był przed momentem świadkiem niejednoznacznego przedstawienia z udziałem starszego faceta. Na coś takiego w tym miejscu nie ma jego zgody. Tutaj ma być profesjonalnym doradcą, a nie uwodzącą trzpiotką.
    — A ty piszesz anonimowe donosy, podając się za klientów — zwrócił się do Doreen, podchodząc tym razem do niej. — Sam nie wiem, co jest gorsze: wykorzystywanie salonu do bałamucenia facetów, czy kalanie własnego gniazda i porównywanie go do taniego burdelu. — Pokręcił głową. — W tym salonie nie ma miejsca ani na jedno ani na drugie — zaznaczył, obrzucając je spojrzeniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ale ja nie jestem od tego, żeby prawić moralne kazania, wszyscy jesteśmy dorośli, dlatego to jest moje ostatnie ostrzeżenie. Jeżeli macie jakiś konflikt, wyjaśnijcie go między sobą. W pracy chcę widzieć, że trzymacie się zasad i unikacie spoufalania z klientami. Po pracy to już wasza sprawa, możecie wcielać się w super bohaterki i ratować świat, nie obchodzi mnie to — powiedział, na tym kończąc. — To wszystko.
      Nie dodał, że będzie je obserwował, bo to wydawało się już oczywiste, tak samo jak fakt, że mogły zmienić miejsce pracy, jeśli któraś uzna, że trzymanie się prostych zasad to zbyt wiele.

      Tanner Morgan

      Usuń
  16. — Tak, przyciąga. — Ian miał tego pełną świadomość. Tak jak i tego, że będąc dilerem, a przy okazji kierowcą Ubera, nie powinien być kojarzony z tak wyróżniającym się samochodem, bo choć jego kolor był zupełnie standardowy, to już wypuszczenie na rynek tego konkretnego modelu nie przeszło bez echa pośród fanów motoryzacji. I o ile jako diler mógł pozwolić sobie na zakup najnowszego Cadillaca, o tyle jako kierowca Ubera nigdy nie miało być go na to stać. Nawet ktoś nieszczególnie bystry musiał być świadom tego, że coś tutaj było bardzo nie tak, lecz póki co nie trafił się nikt, kto miałby ochotę snuć daleko idące przypuszczenia. Jego klienci znali go wyłącznie jako dilera i doceniali, że Ian przyjeżdżał pod ich domostwa dobrym samochodem, zamiast kwestionować to, dlaczego było go na ten samochód stać. Co więcej, jego klienci na pewno byli świadomi tego, że to ich pieniądze przyczyniły się do tego, czym jeździł Ian Hunt i być może nawet w pewien sposób im to schlebiało?
    Z kolei dla klientów jeżdżących Uberem był ciekawostką. Miłym zaskoczeniem i odmianą, która miała ich spotkać raz w tej przepastnej metropolii, jaką był Nowy Jork. Śpieszący do swoich spraw Nowojorczycy nie zastanawiali się nad tym, dlaczego młodego mężczyznę uprawiającego ten trochę niewdzięczny zawód było stać na drogi samochód i we własnym zadufaniu cieszyli się, że mogą spędzić tych kilkanaście do kilkudziesięciu minut w przyjemnym wnętrzu.
    To zdawało egzamin lepiej, niż Ian mógłby przypuszczać i póki tak było, nie zamierzał niczego zmieniać. Dziś, kiedy we wstecznym lusterku zerkał na malującą usta błyszczykiem Vanessę, zastanawiał się, co się stanie, kiedy zderzą się ze sobą te dwa światy, do tej pory tylko ocierające się o siebie we wnętrzu Cadillaca. Kiedy Ian będący dla Vanessy kierowca Ubera poda rękę Ianowi będącemu dilerem dla Freemana. Zastanawiał się i nie mógł doczekać się tego spotkania.
    Na Upper West Side dotarli po pół godzinie jazdy. Ledwo Ian zaparkował przy krawężniku, Freeman wyszedł z zamieszkiwanej kamienicy, w której musiał mieścić się luksusowy, dwupiętrowy apartament. Miał zimowy płaszcz zarzucony na ramiona, na stopy wsunął eleganckie buty kompletnie nie przystosowane do zimowych warunków. Kiedy był o dwa kroki samochodu, Ian opuścił przednią szybę po stronie pasażera.
    — A to ci niespodzianka! — Freeman zaśmiał się dźwięcznie, kiedy nachylił się ku opuszczonej szybie. Spojrzał na Iana, a potem na siedzącą na tylnej kanapie Vanessę. — Przywozisz mi same dobroci, Ian. Same dobroci — powtórzył z namysłem, skupiając spojrzenie na dziewczynie.
    — Dziś tylko jedną dobroć — uściślił z lekkim rozbawieniem i przekręcił głowę, by spojrzeć krótko na swoją pasażerkę. Freeman uśmiechnął się szerzej, a potem zreflektował i otworzył młodej kobiecie drzwi.

    IAN HUNT

    OdpowiedzUsuń
  17. Ian miał pełne prawo podejrzewać, że Freeman dodatkowo doprawiał wypijaną po seksie whisky. Może nie każdą, ale dwie z wypijanych szklaneczek na pewno. Pod kamienicę zajeżdżał od roku, w regularnych trzy- czasem czterotygodniowych odstępach. Na swój sposób Freemana miał wpisanego w grafik i rzadko kiedy zdarzały się sytuacje, kiedy grafik ten ulegał zmianom. Jak do tej pory Freeman tylko raz czy dwa zadzwonił do Iana z nagłą potrzebą, a Hunt nie pytał, czym ta potrzeba była spowodowana. Dostarczał towar, najczęściej do godziny po otrzymanym telefonie. Prawnik wręczał mu gotówkę, po czym każdy z nich wracał do swoich spraw. Dziś zupełnym przypadkiem nadarzyła się okazja ku temu, by mogli dowiedzieć się o sobie czegoś więcej, a to miało zacieśnić ich skomplikowaną więź. Hunt wiedział, że Vanessa nie była żoną Freemana, a Freeman wiedział, że Ian nie jeździł tylko jako kierowca Ubera. Połączyło ich coś więcej, niż zażyłość, ponieważ połączyła ich kolejna tajemnica.
    Uśmiechnął się zdawkowo, kiedy młoda kobieta pochyliła się ku opuszczonej szybie. Jeśli Freeman miał taką ochotę, mógł odpowiedzieć na wysnute przez Vanessę podejrzenia. Ian takiej ochoty nie miał i nie zamierzał wyręczać swojego klienta, więc na zdawkowym uśmiechu poprzestał i tylko zabębnił palcami lewej dłoni o kierownicę. Wykazał jednak więcej zainteresowania, kiedy Vanessa zwróciła się do niego jego imieniem. Uniósł wyżej brwi, wysłuchując jej propozycji, a potem zastanowił się nad swoimi planami na kolejny dzień. Nie miał do zrobienia niczego konkretnego, a przeważnie wstawał i tak na tyle wcześnie, by bez większego problemu dotrzeć przed ósmą na Upper West Side.
    — Będę za dziesięć — powiedział, tym samym przystając na zaproponowany mu układ i wyciągnął prawą rękę ku przyciskowi podnoszącemu szyby. Spostrzegłszy to, Freeman zrobił krok w stronę Cadillaca i pochyliwszy się mocno, oparł się łokciem o otwarte okno.
    — Podrzucisz mi przy okazji dziesięć gramów? Możesz zostawić w skrzynce na listy — dodał, ponieważ już teraz wiedział, że o godzinie ósmej będzie jeszcze w łóżku lub tam, gdzie akurat padnie, zmożony uprawianiem seksu i wypitym alkoholem. W odpowiedzi na pytające spojrzenie Iana uśmiechnął się lekko. — Gotówkę dam Ness. Również dorzucę napiwek — powiedział i przekręciwszy głowę, mrugnął porozumiewawczo do swojej towarzyszki na ten wieczór.
    — W porządku. — Ian skinął głową, a potem wcisnął guzik, przez co Freeman zmuszony był się wycofywać. Kiedy szyba znalazła się na właściwym miejscu, Hunt odjechał i po drodze do swojego mieszkania, zahaczył o drugie, należące do niego i Zane’a lokum, z którego wziął wspomniane dziesięć gramów, ponieważ rano na pewno nie miał mieć do tego głowy. Kurs z Vanessą był też jego ostatnim kursem na ten dzień. Zaszył się u siebie, gdzie zajął się oglądaniem serialu i w ten sposób zmarnował resztę wieczora, a także kawałek nocy, nim w końcu z kanapy przeniósł się do łóżka i poszedł spać.
    Obudził się przed siódmą, dwadzieścia minut przed budzikiem. Ogarnął się i wyszedł z mieszkania, a po opuszczeniu klatki schodowej udał się wprost do Cadillaca. Po drodze na Upper West Side wstąpił po średnie flat white, które popijał w porannych korkach. Dotarłszy pod adres Freemana, zaparkował w tym samym miejscu, co wczoraj. Była za dwadzieścia ósma, kiedy wyjął paczuszkę z kokainą z samochodowego schowka i wysiadł z auta. Wrzucił ją do skrzynki na listy, tak jak zażyczył sobie tego prawnik i wrócił do Cadillaca. W oczekiwaniu na Vanessę dopił resztę zimnej kawy, pobieżnie przeglądając przy tym wiadomości na telefonie.

    IAN HUNT

    OdpowiedzUsuń
  18. Westchnął ciężko, zastanawiając się, ile jeszcze będzie musiał przerobić w życiu takich teatrzyków. Znajdowali się w salonie jubilerskim, który dla każdej z obecnych wewnątrz osób był miejscem pracy, tymczasem jedna zaczęła rzucać drugiej kłody pod nogi, a druga zrobiła sobie ze sprzedażowej sali obiekt, w którym mogła polować na facetów. Nie chciało mu się wierzyć, że te wszystkie absurdy dotyczyły jego salonu, ale nie musiał się szczypać, żeby wiedzieć, że to nie jest sen. To, co widział na sali w wykonaniu Vanessy i klienta, było flirtem, na który ona ochoczo odpowiadała, i nie musiała robić z niego idioty, żeby próbować się teraz wybronić, tym bardziej, że Naomi sama potwierdziła, że widziała ją wychodzącą z mieszkania klienta, którego obsługiwała w salonie jakiś czas temu, i że nosi biżuterię, którą kupują u nich żonaci mężczyźni, niby dla swoich żon. Mało tego, ledwie opuściła jego gabinet, mierząc się z dość okrutnymi zarzutami, które zabolałyby każdą szanującą się kobietę, a już znalazła w sobie tyle odwagi, żeby rzucać klientowi jednoznaczne spojrzenia i mierzyć zegarek, który jakimś magicznym cudem za kilka dni będzie pewnie nosiła na swoim ręku. Brzydził się świadomością, że mogła sprzedawać swoje ciało za świecidełka, ale to nie jego sprawa komu i w jaki sposób Vanessa oddaje się w prywatnym życiu. Chodziło wyłącznie o pracę, a w pracy na takie zachowania nie ma jego zgody, a jeśli jej się to nie podoba, mogła szukać sobie innego miejsca, w którym ktoś pozwoli realizować jej swoje fantazje.
    Bez słowa przyjął w dłoń identyfikator i pokręcił głową do Naomi, żeby nie próbowała jej zatrzymywać i eskalować sytuacji do takich rozmiarów, jakby właśnie porzucał ich jakiś wpływowy człowiek, bez którego będą skazani na bankructwo. Vanessa jest pracownicą, a czy dobrą? Teraz zaczynał w to powątpiewać, bo jeśli to dzięki maślanym oczom, które robi do klientów, stając za pulpitem, bije rekordy sprzedaży, to wcale nie jest dobra. To znaczy, w łóżkowej gimnastyce może i tak, ale na pewno nie w tym fachu. Poziom jego zaufania do Vanessy zdecydowanie zmalał, ale na razie nie rozkruszył się jeszcze w drobny mak, żeby skreślić ją całkowicie.
    Kazał wyjść Doreen z gabinetu, a Naomi zostać jeszcze chwilę, bo w najbliższym czasie będą musieli pomyśleć nad reorganizacją czasu pracy pozostałych pracownic, a potem bez słowa poczekał, aż Vanessa dokończy przedstawienie i zerknął na kartkę, którą zostawiła po sobie na biurku. Położył obok niej identyfikator i uśmiechnął się rozbawiony, bo chyba zdawała sobie sprawę, że nie podpisze jej wypowiedzenia ze skutkiem natychmiastowym, za porozumieniem stron. Wisiała mu miesiąc pracy na wypowiedzeniu i będzie musiała tego zobowiązania dotrzymać, chyba że załatwi sobie jakieś magiczne zwolnienie na ten czas. Zawsze mogła poderwać jakiegoś lekarza, wejść mu do łóżka i liczyć na odwdzięczenie się w takiej formie.
    — Wrócę za jakiś czas — oznajmił Naomi, która stała w lekkim szoku, chyba nie do końca łapiąc ciąg wydarzeń, który przed chwilą miał tu miejsce. Vanessa właśnie rzuciła wypowiedzeniem, a Tanner nie wydawał się tym faktem ani trochę zrażony. Ze spokojem zgarnął swój płaszcz, wsunął go na ramiona i wyszedł z gabinetu, przemierzając salę sprzedaży i rzucając wnętrzu krótkie, kontrolne spojrzenia. Nawet zatrzymał się chwilę przy jednej witrynie i nachylił nad rzędem pierścionków, jakby dopatrzył się tam jakiegoś niechcianego paproszka, ale wyprostował się w końcu i wyszedł z salonu. Na zewnątrz rześkie powietrze orzeźwiło go natychmiast. Dostrzegł rozmawiającą przez telefon Vanessę, więc podszedł do niej, nie dbając o to, że w czymś jej teraz przerwie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie zgadzam się na wypowiedzenie za porozumieniem stron — oznajmił. — Obowiązuje cię miesięczny okres wypowiedzenia, więc jeśli nie chcesz być zwolniona dyscyplinarnie, masz być obecna w pracy zgodnie z harmonogramem — wyjaśnił, gdyby nie była świadoma, że podpisując umowę półtora roku temu, zgadzała się na wspomniane warunki. Nie zamierzał dać jej odejść tak łatwo. — Na najbliższy czas będę miał dla ciebie inne zajęcie. Jeśli zjesz ze mną lunch, to się dowiesz, zapraszam — powiedział, wskazując ręką drogę na parking, na którym stał jego samochód. To nie była propozycja i wcale nie brzmiało jak coś, co oczekiwało od niej akceptacji. Co prawda, jeśli nie dowie się od niego, to dowie się od Naomi, bo ostatecznie doszli do wniosku, że jej pomoc przy wystawie może być dobrą alternatywą dla pracy w salonie, która pozwoli sytuacji ochłonąć i ociepli schłodzone znienacka relacje.

      Tanner Morgan

      Usuń
  19. Zwrócił głowę w kierunku drzwi prowadzących do kamienicy, kiedy te otworzyły się, popchane od środka. Ruch przyciągnął jego uwagę i teraz obserwował, jak Vanessa kroczy chodnikiem w stronę Cadillaca, by finalnie zająć miejsce na tylnej kanapie, tuż za siedzeniem Iana. Przyjął zwitek banknotów i nie przeliczywszy ich, wychylił się, by otworzyć schowek usytuowany naprzeciwko miejsca pasażera. Wrzucił do niego pieniądze i zatrzasnął klapkę, która z trzaskiem wskoczyła na swoje miejsce.
    — Freeman nie robi ci rano kawy? — spytał spokojnie, ledwo z cieniem rozbawienia w głosie. Nie patrzył przy tym na kobietę, a raczej na jej odbicie we wstecznym lusterku, ponieważ w tym momencie zajęty był ruszeniem z miejsca oraz płynnym włączeniem się do ruchu, przez co obserwował to, co działo w lewym lusterku. Kiedy tylko pomiędzy samochodami zrobiła się odpowiednia luka, ruszył płynnie i dopiero kiedy sunęli w dół ulicy, ku skrzyżowaniu, wyszukał w odpowiedniej aplikacji adres cukierni Donut or Donut. Choć kierowcą Ubera był niemalże tak samo długo, jak dilerem, nie znał każdego zakamarka miasta, które nigdy nie zasypia. To było na tyle przepastne, że człowiek mógł nie tylko pozostać w nim anonimowym, ale także zniknąć, jeśli tylko chciał. Podobnie było z wszelkiego rodzaju lokalami – jedne się otwierały, drugie zamykały. Ian wielokrotnie pod znanym adresem znajdował coś nieznanego. Można było powiedzieć, że pod adresem Freemana znalazł Vanessę i w pewien sposób wpisywało się to w trend.
    Popatrzył na nią we wstecznym lusterku, kiedy wymieniła kolejne lokalizacje, które chciała odwiedzić. Teoretycznie lombard bardziej opłacało się odwiedzić po wizycie w salonie jubilerskim – nawet jeśli się w nim pracowało – a nie przed, ale tę myśl oraz wszystkie inne Ian pozostawił dla siebie.
    — Umówiłaś się z Freemanem na następny raz? — zapytał, kiedy przystanęli na czerwonym świetle na jednym ze skrzyżowań. Nie przedstawili się sobie, a jednak zwracali się do siebie na ty. Widać znajomość imion z aplikacji z logo z białym napisem na czarnym tle miała im wystarczyć.
    Pytał z ciekawości, która mimo wszystko się w nim obudziła. Znał Freemana, ale nigdy dotąd nie widział u niego Vanessy. A pewnie natknąłby się na nią prędzej czy później, gdyby przedtem dziewczyna bywała regularnie u jego klienta. Zakładał więc, że to musiała być stosunkowo świeża znajomość. Być może zawarta wyłącznie na czas nieobecności żony Freemana.
    Ruszyli po zmianie światła na zielone. Według GPSa pod cukiernię mieli dotrzeć za dziesięć minut i Ian miał nadzieję, że nie utkną po drodze w żadnym korku. Nie był wyjątkiem i jak większość kierowców nie lubił stać w korkach, choć przeważnie znosił to spokojnie, ponieważ zazwyczaj nigdzie mu się nie spieszyło. Miał ten komfort, że zarówno jako dilerowi, jak i kierowcy Ubera, to nie jemu, a jego klientom bardziej zależało na czasie.

    IAN HUNT

    OdpowiedzUsuń
  20. Uśmiechnął się lekko i prychnął cicho, kiedy Vanessa powiedziała, że Freeman ma z rana pilniejsze zajęcia na głowie. Mógł się tego domyślić, ale niekoniecznie mu na tym zależało. Ian wolał wyobrażać sobie prawnika podczas parzenia kawy i tylko na tym poprzestać, a żeby wyrzucić z głowy obraz Freemana, krótko popatrzył na Vanessę w odbiciu wstecznego lusterka. Mógł po nią przyjechać. Mógł ją zawieźć do Freemana i przy okazji dostarczyć mu kolejną działkę, jeśli tylko mężczyzna będzie miał taką potrzebę. Ian podejrzewał, że ta potrzeba zajdzie, ponieważ Freeman nie często miał okazje ku temu, by się zabawić. Na szczęście mógł liczyć na swojego dilera, a w ten weekend także na Vanessę.
    — Będę — odpowiedział, kiedy przeanalizował swój grafik i zyskał pewność, że jutro o tej samej porze, co wczoraj będzie miał czas. Kilkanaście minut później siedział w zaparkowanym Cadillacu, podczas gdy Vanessa musiała odstać swoje w kolejce po pączki. Zapatrzony w widok za oknem, drgnął lekko, kiedy drzwi samochodu otworzyły się i to otworzyły się drzwi nie tylne, a przednie, czego się nie spodziewał. Obrócił głowę, by zaobserwować, jak Vanessa zajmuje miejsce pasażera obok kierowcy i obserwację te prowadził spod lekko zmarszczonych brwi. Bez słowa poczęstował się pączkiem, a zrobił to w ciszy, ponieważ z natury był małomówny i stawał się taki tym bardziej, kiedy coś mu przeszkadzało. A w tym momencie przeszkadzało mu to, że młoda kobieta zajęła miejsce z przodu.
    Z przodu jeździł tylko Zane. Sporadycznie Louis. A od niedawna także Debbie.
    Ian wgryzł się w pączka, a że ten okazał się bardzo dobry, to wyraził aprobatę poprzez cichy pomruk zadowolenia. Lubił słodycze, w każdej postaci. A że odmawiał sobie używek, to na imprezach – kiedy jeszcze na nie chodził – najczęściej zajadał właśnie coś słodkiego, podczas gdy inni palili, pili i ćpali. I choć Ian z miłą chęcią paliłby, piłby i ćpał razem z nimi, wiedział, że nie skończyłoby się to dla niego dobrze. Za bardzo go to kręciło, za bardzo mu się to podobało, by poprzestać na jednym razie, ewentualnie kilku. I Hunt przeraził się tego tak bardzo, że od dobrych dziesięciu lat był czysty. Jeśli już się brudził, to robił to choćby nadzieniem pistacjowym, które otarł kciukiem z kącika ust.
    — Smakuje mi. Następnym razem możemy wstąpić po pączki. Ale następnym razem siedzisz z tyłu, Ness — poinformował ze spokojem i popatrzył po kobiecie, ponieważ gdzieś pomiędzy drugim, a piątym kęsem nabrał przekonania, że lista osób mogących jeździć z przodu Cadillaca powinna kończyć się na wymienionych trzech. Ian był introwertyczny i lubił, kiedy jego świat pozostawał nie tylko mały, ale i hermetyczny. Co ciekawsze, kiedy czuł taką potrzebę, potrafił to także zakomunikować.
    — Do którego lombardu jedziemy? — spytał, kiedy dojadł pączka i wytarł palce w dołączoną do słodkiego zakupu serwetkę. Lombardów w Nowym Jorku było przecież bez liku, Vanessa mogła wybrać każdy.

    IAN HUNT

    OdpowiedzUsuń
  21. On też miał wyjebane i nawet mu przez myśl nie przeszło, żeby ją tym sposobem przepraszać, czy łagodzić sytuację. Miał szczerze gdzieś, co się z nią stanie, bo nie należała do grona osób, które cokolwiek dla niego znaczą. Jest dla niego zwykłą, szarą trzpiotką, którą mógłby pomylić przynajmniej z połową nowojorskich kobiet. A tak na dobrą sprawę, to powinna być mu wdzięczna, że jeszcze jej stąd nie wykopał na zbity pysk i nie wręczył dyscyplinarnego zwolnienia, bo postawa, którą sobą reprezentowała, czy też totalny brak postawy jakiejkolwiek, zasługiwał jedynie na środkowy palec i wielką czerwoną flagę. Ale pomyśli o tym – zwolniła się, ale przez miesiąc wypowiedzenia jest jeszcze jego pełnoprawną pracownicą, a to oznacza, że może znaleźć na nią całkiem sporo kwiatków, które doskonale nadadzą się do dyscyplinarki. Na razie odsunie ją na jakiś czas od pracy w salonie, żeby faceci przestali się tu zlatywać na flirty i zapomnieli, że to z tego miejsca wyrywali laskę do jednorazowych przygód, która gotowa była sprzedać swoje ciało za kawałek biżuterii, a potem poszuka kogoś innego na jej miejsce. Tego kwiatu jest przecież pół światu, a Vanessa to nie jedyna doradczyni, jaka została mu na tym globie. Chętnie zatrudni kogoś, kto sprzedaje gorzej, ale kto zagwarantuje mu profesjonalizm, jakiego na tym stanowisku wymaga. Vanessa najwidoczniej nie wyniosła ze swojej super szanowanej, dumnej rodziny niczego więcej, poza snobizmem, skoro nie potrafiła wykazać się choćby odrobiną skruchy w sytuacji, w której powinna, ale on nie zamierzał jej tutaj wychowywać, bo to nie jego biznes. Ona zdecydowanie powinna znaleźć sobie innego pracodawcę do pogrywania, a on pracownicę, która lepiej zasłuży sobie na to stanowisko.
    — Nie zmieniłem zdania — oznajmił jasno, rzucając tylko krótkie spojrzenie odchodzącej już Margot. Nadal uważał, że flirtuje z klientami i ich urabia, bo dlaczego miałby przestać? Jak na razie wszystkie znaki na niebie i ziemi utwierdzały go w przekonaniu, że tak właśnie jest. Vanessa nie dała mu powodu, by myślał o niej inaczej. — I zdecydowanie wolałbym nie marnować czasu, bo mój jest cenny, poza tym, nie zapraszam pani na lunch, dlatego, że zależy mi na pani towarzystwie, więc równie dobrze możemy załatwić to tutaj, racja — stwierdził, bo przecież nigdzie nie musieli iść, a jemu się nie uśmiechało marnować czasu na takie teatrzyki, jakie Vanessa tu właśnie zaczęła odstawiać. Nie liczył na jej łaskę, bez przesady, to go nie obchodzi. I zdecydowanie wolałby spędzić ten czas z córką, ale Amber ma w tej chwili lekcje, a jego czas na lunch zaczął się pięć minut temu. Zależało mu na zjedzeniu posiłku, a nie na obecności Vanessy u boku.  
    — Po weekendzie zmienią się pani obowiązki — oznajmił, wsuwając dłonie do kieszeni spodni. Nie ruszył się z miejsca, spojrzał tylko na wyrzucony niedopałek. Papierosowy dym to ostatni zapach, jaki chciał mieć w swoim samochodzie. — Razem z kilkoma osobami zajmie się pani wystawą w Museum of Arts and Design. Szczegóły wyślę drogą mailową do Naomi, a ona je pani przekaże — powiedział, bo do tej pory zakładał, że omówią je przy lunchu, ale wybił sobie ten pomysł z głowy właśnie przed chwilą. W zasadzie, to Vanessa mu go wybiła – i słusznie. Niech ich stosunki staną się bliskie zeru, a oni faktycznie przestaną marnować czas.
    — To wszystko, panno Kerr.
    Teraz mogli się już ze spokojem rozejść i wrócić do swoich własnych spraw, czy też raczej do własnych obowiązków.

    Tanner Morgan

    OdpowiedzUsuń
  22. [ Ja to się w takim razie chętnie z tobą zapoznam! :D
    Ach powiem ci, że ciekawe panie sobie stworzyłaś i długo zastanawiałam się, z którą by się tu zdecydować na wątek. Jednak ta łobuziara chwyciła nas za serduszko, więc ostatecznie jesteśmy tutaj!
    Widzę między nimi sporo możliwości, wątkowych, ale i relacyjnych. Skoro oboje mają pecha w miłości, może połaczyłby ich jakiś przelotny romans? Może przyjaźń zaczęta od żartu w stylu, że Vanessa się już go dość naoglądała? W końcu jako model mógł jej wisieć gdzieś na sklepie i męczyć swoją buźką? A może coś zupełnie innego? My jesteśmy otwarci na propozycje wszelakie! W razie chęci zostawię swojego maila: iwoyii@gmail.com Możemy obgadać jakieś szczegóły ;) ]

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  23. Nathaniel odetchnął głęboko i powoli wsunął kapcie na bose stopy. Baram krążył wokół niego, niecierpliwie czekając na swoją porcję śniadania. Nate nienawidził wstawać wcześnie, ale tego dnia nie miał wyboru. Jego agent umówił go na spotkanie w sprawie nowej współpracy z firmą biżuteryjną. Choć zdecydowanie wolał sesje modowe lub artystyczne, nie zwykł odmawiać klientom bez wyraźnego powodu. W końcu na tym zarabiał, a im więcej kontraktów przyjmował, tym bardziej stawał się rozpoznawalny. A o to właśnie chodziło. Nie zależało mu na niebotycznych zarobkach, ale uwielbiał widzieć niezadowolenie swoich rodziców, gdy raz po raz udowadniał im, jak bardzo się mylili. W ich oczach jedyną słuszną ścieżką kariery była medycyna – wszystko inne było stratą czasu. Był dumny, że się im postawił, ale jednocześnie czuł ogromną wdzięczność wobec losu. Wiedział, że takich jak on było wielu, a jednak to właśnie jemu się udało. I choć nie był osobą religijną, w duchu dziękował bogom, że trzymają nad nim pieczę.
    Spotkanie przebiegło wyjątkowo pomyślnie, co wprawiło go w świetny nastrój. Postanowił uczcić to w towarzystwie swojego przyjaciela. Napisał do niego i umówili się na wieczór. Korzystając z wolnej chwili, Park wstąpił do ulubionej kawiarni na szybką kawę, a potem wrócił do mieszkania, by przebrać się w coś wygodniejszego. Wciągnął na siebie zwykłe jeansy i koszulkę CK – w końcu miał ich całkiem sporo dzięki współpracy z marką. Pożegnał się z psem, po czym wyszedł na ulicę i złapał taksówkę.
    Wchodząc na klatkę schodową, usłyszał dziwny dźwięk. Jakby huk? Sam nie był pewien, czy mu się nie przesłyszało. Przystanął na moment, ale cisza, która nastąpiła po tym dźwięku, nie wzbudziła w nim większego niepokoju. Pewnie ktoś trzasnął drzwiami – pomyślał, wzruszając ramionami. Jednak gdy ruszył dalej, jego uwagę przykuł niespodziewany widok.
    Na schodach, kilka stopni wyżej, siedziała młoda kobieta.
    Zmarszczył brwi i podszedł do niej szybko, klękając obok.
    – Proszę pani, wszystko w porządku? – zapytał, ale po chwili zreflektował się, że dziewczyna wygląda na jego rówieśniczkę. Ostrożnie przysunął się bliżej. – Hej, słyszysz mnie?

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  24. Zane odciął się od przeszłości grubą kreską.
    Poza jednym dniem w roku. Trzeci lutego spędzał w niecodzienny sposób.
    Najpierw wizyta u Anthony’ego, a choć ten człowiek nie zasługiwał nawet na pół minuty uwagi młodego Maddoxa, to nie potrafił się przed wizytami powstrzymać. Było w nich coś uzależniającego. Być może chodziło o fakt, że to teraz Zane miał władze. To on mógł opuścić mury więzienia. To on był wolnym człowiekiem, nad którym nie wisi wyrok dożywocia. Żałował, że w stanie Nowy Jork nie było już kary śmierci. Z satysfakcją obejrzałby, jak wstrzykują mu do żył śmiercionośny zastrzyk. Znacznie bardziej satysfakcjonująca byłaby śmierć poprzez powieszenie czy rozstrzelanie. Tego doczekać się jednak nie mógł. I zamierzał przychodzić do tego człowieka dalej. Tylko po to, aby mu wciąż pokazywać, że to on ma przewagę. Anthony mógł ją mieć przez trzynaście lat życia Zane. Na szczęście to się w końcu zmieniło, a Maddox odzyskał kontrolę nad swoim życiem.
    Drugą wizytę składał matce. Kobiecie, która była w równym stopniu odpowiedzialna za zgotowane mu piekło. Nigdy nie miał z nią żadnej więzi, nigdy nie usłyszał od niej kocham cię, Zane. Mówiła to jedynie przy opiece społecznej. Miało to przekonać pracowników, że jest dobrą matką, a oni to łykali jak pelikany i wychodzili wierząc, że Isobel faktycznie żywi pozytywne uczucia do swoich dzieci. Może tylko do Vanessy, ale do niego i Jaxa? Niechęć, co najwyżej. Przychodząc na jej grób, choć według Zane powinna być pochowana w bezimiennym grobie, aby się wywyższać. On to piekło przeżył. To Isobel została ostatnią ofiarą Anthony’ego. Człowieka, od którego nie potrafiła odejść. Gniła w ziemi od kilku dobrych lat i pewnie smażyła się w piekle. Nie był wierzący, a gdyby istniała mityczna istota, która kocha ludzi to nie dopuściłaby do takich cierpień. Jednak, jeśli chodziło o matkę to głęboko wierzył, że po śmierci pokutuje za wszystkie popełnione błędy i nie ma nawet chwili na oddech. W końcu zasłużyła, prawda?
    Prawie się roześmiał, kiedy dostrzegł w jaki sposób na niego patrzy. Chciała czy nie, ale byli zbudowani z dokładnie tej samej przesiąkniętej złem gliny. Vanessa mogła spędzić ostatnie lata w kochającym domu z ludźmi, którzy sądzili, że ją naprawili, ale prawda była taka, że i ona była zepsuta. Oni wszyscy byli, a wyssali to z mlekiem matki, a następnie karmieni byli mrokiem ojca. Tego nie można było z nich wyplenić. Żadna ilość miłości czy terapii nie byłaby w stanie sprawić, że rodzeństwo Maddox magicznie zmieni się w te dobre. Był pod wrażeniem w jaki sposób jej oczy błyszczały. Gniewem. Aż sprawiło to, że miał ochotę sprowokować ją do czegoś więcej. Dałaby się mu podejść, czy odeszłaby zanim Zane zdążyłby cokolwiek zrobić?
    — W niektórych kulturach chryzantemy są oznaką odrazy — odparł. Nie musiał się jej tłumaczyć ani nikomu kurwa innemu, z tego co tutaj robił. Przychodzenie tutaj było jego tajemnicą. Nikt o tym nie wiedział. Do dziś. Nieszczególnie też Zane miał ochotę chwalić się Ianowi, że odwiedza swojego ojca i grób matki. Ian by tego nie zrozumiał, a gdyby zaczął próbować to tylko bardziej wkurwiłby Zane. O pewnych rzeczach zwyczajnie się nie rozmawiało. — Z jakiegoś powodu tutaj jesteś i wątpię, że to sentyment.
    Prawie prychnął.
    Dobre sobie. Anthony zabił Isobel w dniu urodzin Nessy. Zajebista wisienka na torcie. Zamiast dmuchać świeczki trzymał ją siłą, aby się nie wyrwała, zasłaniał uszy i błagał, aby nie wychodziła później z szafy. To był jedyny dzień, kiedy Zane szczerze się modlił i błagał, aby ojciec w szale nie zabił również jej. O siebie nie dbał. Ani o Jaxa. Prosił tylko o to, aby Vanessie tamtego dnia nie spadł z głowy włos. Chwilami się jednak zastanawiał czy dla nich wszystkich nie byłoby lepiej, gdyby i również oni stracili tamtego dnia życie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Doskonale to pamiętam, Ness. Lepiej niż bym chciał.
      Nigdy nie powiedział jej jednak całej prawdy o tamtym dniu. O krwi na podłodze, o okaleczonym ciele matki. O szalonym spojrzeniu Anthony’ego, który zdawało się, że był gotów na to, aby wybić całą rodzinę.
      Zane nie zamierzał bawić się w psychologiczne gierki. Rozmowy o przeszłości nie przynosiły niczego dobrego. Nie był też osobą, która rozpamiętuje przeszłość. Na pewno nie w rozmowie. W jakiś sposób to jednak robił, skoro właśnie tutaj spędzał swój dzień. Mógł teraz robić wszystko; kupić spontaniczną wycieczkę do Meksyku, może przewiózłby jakiś towar przez granicę, który upchnąłby za podwójną cenę. Może poszedłby do Willow i ją podręczył. Tak, to brzmiało jak plan. Meksyk i ściąganie towaru było niebezpieczną zagrywką. Marcus urwałby mu jaja, gdyby się dowiedział, że coś takiego planuje. Zane nie był też idiotą, aby tak ryzykować, ale pomarzyć warto, prawda? Nie przepadał też za interesami z Meksykanami. Jakoś nie miał do nich zaufania. A czy do kogokolwiek je miał?
      — Zapytam ostatni raz, co tutaj robisz?

      Zane z wyrazami skruchy💙

      Usuń
  25. Louis. Jedyną osobą, której atencji potrzebował Ian, był Louis. Łaknął jego uwagi tak, jak szczeniak łaknie uwagi człowieka i był gotów się posikać, kiedy tę uwagę otrzyma. Aż pewnego dnia Louis go kopnął. Nie dosłownie, a całkiem metaforycznie. I może Ian nie przestałby po tym kopniaku łasić się do niego, ale nawet nie dostał takiej szansy, ponieważ po interwencji opieki społecznej rozdzielono ich, a system zawiódł i ich drogi więcej się nie skrzyżowały. Nie wtedy, kiedy Ian wciąż potrzebował Louisa. A kiedy przestał go potrzebować, zaczął go nienawidzić. Na co dzień natomiast nie tęsknił za relacjami z ludźmi. Nikt nie nauczył go tego, że te były niezbędne do przetrwania. Na pewno nie zrobili tego rodzice, nie zrobił tego także Louis.
    Pierwszą osobą, do której Ian przywiązał się w domu dziecka, był Zane. Nie wiedział, dlaczego akurat on i nie szukał zastępstwa za Louisa, a na pewno nie robił tego świadomie, ponieważ jego dziecięca wtedy psychika pewnie miała na ten temat inne zdanie. Tak po prostu wyszło; Ian zwrócił uwagę na Zane’a, a Zane na Iana, przez co po dziś dzień trzymali się razem, a ich relacja pozostawała wyjątkowo dynamiczna. W jednej minucie potrafili nawzajem się opierdalać, by już w kolejnej obrać wspólny front i opierdalać razem kogoś innego. Rozumieli się, a żeby się zrozumieć, nie musieli sobie nawzajem niczego tłumaczyć. Mieli spierdolone dzieciństwo, każdy na swój sposób i przez to nie kwestionowali tego, jak się zachowywali ani kim się stali jako dorośli. I najprawdopodobniej to zrozumienie oraz ta swoboda stanowiły fundament ich relacji.
    Ian w ciszy obserwował, jak w odpowiedzi na jego słowa Vanessa zmienia miejsce i bynajmniej nie było mu z tego powodu przykro. Przeciwnie, kiedy miejsce pasażera po jego prawej na powrót było wolne, swobodniej rozsiadł się w komfortowo wyprofilowanym fotelu. I tylko jedna rzecz nie dawała mu spokoju.
    — Dlaczego akurat ten lombard? — spytał, ponieważ nie musiał wstukiwać adresu w aplikację, by trafić do celu. Stąd z miejsca postojowego ruszył, kiedy tylko zaszła możliwość włączenia się do ruchu. Zane powinien być dzisiaj w pracy, ale Ian nie miał potrzeby, by wyskoczyć się z nim przywitać. Widywali się i tak nader często, pozostawali też w praktycznie nieustannym kontakcie ze względu na prowadzenie wspólnego interesu i związane z tym obowiązki. Kiedy więc Vanessa wysiadła, Hunt pozostał w Cadillacu i tylko obserwował, jak dziewczyna wchodzi do środka, gdzie zamarudziła ledwo chwilę. Do samochodu wróciła bez kartonika z pączkiem z nadzieniem pistacjowym.
    Skinął głową i tym razem wyszukał adres salonu jubilerskiego w nawigacji. Wybrał najszybszą dostępną trasę i ruszył, a wszystko to, licząc od momentu, w którym młoda kobieta wysiadła z samochodu, zajęło pewnie nie więcej czasu, niż wypalenie fajki przez Zane’a pod zewnętrznymi drzwiami prowadzącymi na zaplecze.
    Gdy przystanęli na czerwonym świetle, Ian popatrzył na Vanessę we wstecznym lusterku. Jej zachowanie się zmieniło. I to diametralnie, począwszy od jego prośby o to, by nie zajmowała przedniego siedzenia. Wydawała się przygaszona, ale też bardziej spięta. Tylko z wyglądu przypominała tę dziewczynę, którą wiózł wczoraj do Freemana i którą dziś rano od niego odebrał. I nie wydawało mu się, by to konkretnie jego słowa to spowodowały. Może zatem wizyta w lombardzie?

    IAN HUNT

    OdpowiedzUsuń
  26. Nathaniel przez moment poczuł się… dziwnie. Jego mięśnie instynktownie się spięły, gotów był nawet wyciągnąć telefon i zadzwonić po pomoc. Kobieta wyglądała na kogoś, komu właśnie skończyły się wszystkie punkty życia. Zasłabła? Była pijana? Nie wyczuł zapachu alkoholu, ale i tak to nie miało większego znaczenia. Każdemu mogło się zdarzyć przesadzić z imprezą – on sam nie raz i nie dwa budził się z myślą „nigdy więcej”, by potem powtórzyć ten sam błąd tydzień później.
    Zresztą, ocenianie innych nigdy nie było jego stylem. Ludzie mieli swoje historie, swoje powody, swoje gorsze dni – skąd miał wiedzieć, co spotkało ją? Liczył się tylko fakt, że właśnie siedziała na ziemi, a wokół niej porozrzucane były zakupy, jakby ktoś rzucił je na arenę walki.
    I to go zmartwiło.
    Jeśli zemdlała, mogło to oznaczać coś poważniejszego. A skoro był świadkiem, nie miał zamiaru po prostu wzruszyć ramionami i pójść dalej.
    Zdążył się już lekko nachylić, gdy nagle ona… wrzasnęła.
    Automatycznie odsunął się o krok, unosząc ręce w obronnym geście. No dobra, czyli jednak była przytomna. Tylko, że… chyba się bała? Jej ton nie brzmiał jak protest osoby, która po prostu nie chce pomocy. Bardziej jak kogoś, kto obudził się w nieznanym miejscu i właśnie zobaczył stojącego nad sobą faceta jego postury.
    Westchnął cicho i przetarł czoło. Świetnie, Nathaniel. Najpierw chcesz pomóc, a teraz wychodzisz na podejrzanego typa na klatce schodowej.
    Musiał podejść do tego inaczej.
    Posłał jej uspokajający uśmiech.
    – Nawet jeśli byłabyś pijana, to co z tego? – mruknął, wzruszając ramionami, jakby chciał dać jej do zrozumienia, że absolutnie go to nie obchodzi.
    Rozejrzał się po zakupach, powoli zaczynając je zbierać. Może miała wśród nich wodę albo jakiś sok? Przydałoby się jej coś do picia.
    – Skoro tak, to musisz odpocząć – stwierdził, nie patrząc na nią, tylko dalej skupiając się na zakupach. – Pomogę ci.
    To było dla niego logiczne. Nie miał znaczenia, kim była – człowiekowi w potrzebie się pomaga i tyle. Zresztą, co jeśli naprawdę źle się poczuła i zaraz znowu straci równowagę? Tym razem mogłaby mieć mniej szczęścia i skończyć ze złamaną ręką albo gorzej. A on nie należał do tych, którzy po prostu odwracają wzrok i idą w swoją stronę, udając, że nic nie widzieli.
    Gdy wszystkie rzeczy były już na swoim miejscu , wyprostował się i znów skupił na niej wzrok.
    – Chodź, złap się mnie – zaproponował, wyciągając do niej rękę i nachylając się nieco, ale na tyle ostrożnie, by nie naruszyć jej przestrzeni.
    Mógłby ją podnieść ot tak, bez problemu, ale nie chciał jej przestraszyć jeszcze bardziej. Byli sami na klatce, on wyglądał na typa, który codziennie przerzuca ciężary na siłowni – w jej oczach mógł być równie dobrze zagrożeniem, a nie pomocą.
    – A potem – dodał z lekkim uśmiechem – może pójdziemy coś zjeść? Tu obok jest całkiem niezła knajpka.
    Przydałoby się jej coś ciepłego do jedzenia. Skoro zasłabła, to może dlatego, że nic nie jadła?
    – Chyba że z kimś mieszkasz? – zapytał, by nie narzucać się zbytnio. – Ewentualnie możemy podjechać na pogotowie, jeśli nie czujesz się najlepiej.

    Nathaniel
    Cokolwiek zdecyduje, on na razie nie zamierzał jej zostawiać samej.

    OdpowiedzUsuń
  27. Tanner miał swój własny sposób oceniania ludzi i czasami bywał on niezrozumiały dla nikogo innego poza nim samym. Doskonale wiedział, że ludzie potrafią schować swoje oblicze za kaskadą pozorów i maską założoną odpowiednio do sytuacji, dlatego nigdy nie opierał swojego zdania na całokształcie, wysuniętym na pierwszy plan dla każdej pary oczu. Ten całokształt potrafi być bowiem złudny i skrywać za sobą jedyne słuszne, nierzadko odbiegające od wierzchniej powłoki wnętrze. Czasami za pięknym uśmiechem stoi dążenie do wykorzystania czyichś możliwości, a czasami murem dystansu odgradza się człowiek o gołębim sercu, naznaczonym pasmem blizn. Wiedział, że nie może oceniać ludzi – ani z drugiej strony ufać ludziom – widząc tylko to, co mogą zobaczyć jego oczy, więc obserwował, a potem rozbijał sobie ludzkie zachowania na drobne czynniki, doszukując się w nich zarówno fałszu, jak i autentyczności. Chciał wierzyć, że naprawdę mylił się w swoim osądzie, jeśli chodzi o Vanessę, ale jak na razie wszystkie znaki na niebie i ziemi ten osąd potwierdzały. Byłoby mu wszystko jedno, ale pracowała pod szyldem jego marki i każde jej działanie mogło odbić się negatywnie na tym, czemu on w ostatnim czasie poświęcał całego siebie. Liczył więc na to, że odsunięcie jej od pracy w salonie na jakiś czas wyjdzie wszystkim na dobre, a równocześnie dawał samej Vanessie czas na to, żeby przemyślała swoje zachowanie i wykazała się jakąś swoją lepszą stroną podczas pracy przy wystawie, o ile taką lepszą stronę w ogóle posiada. Wypowiedzenie dalej jest przecież w trakcie realizacji.
    Wysiadł z auta, wsunął na siebie płaszcz i ruszył w kierunku wejścia do muzeum. Po drodze zerknął tylko na zegarek, bo był trochę przed czasem, ale nic nie szkodzi – żadna minuta się nie zmarnuje, skoro pracy wciąż jest dużo. Wystawa będzie prezentować jego prace autorskie, a jej otwarcie zaplanowano na za tydzień, więc mieli wystarczającą ilość czasu, żeby dopiąć wszystko na ostatni guzik. Zaangażował w to cztery osoby, które mają zadbać o odpowiednią oprawę świetlną i wizualną, aby całość prezentowała się zjawiskowo, a biżuteria przyciągała i kusiła potencjalnych nabywców. Co niektóre prace będą do nabycia za stałą cenę, a niektóre wezmą udział w licytacji i powędrują do tych, którzy potrafią docenić piękno jubilerstwa.
    Zauważył Vanessę przed budynkiem, ale nie zwolnił kroku. Dobrze było wiedzieć, że zamiast ukrywać się na zwolnieniu lekarskim, zdecydowała podjąć się tego zadania przy przygotowywaniu wystawy.
    — Będzie — rzucił, gdy zbliżył się na tyle, żeby usłyszeć pytanie, które zadała do telefonu. Musiał tu być. Nie wyobrażał sobie nie zadbać osobiście o własną wystawę. — Cieszę się, że panią widzę — powiedział, gdy się rozłączyła, nie wykazując się co prawda entuzjazmem, ale jej obecność tutaj rzeczywiście była na plus i w jakimś stopniu to doceniał. Ruszył zaraz w kierunku służbowych drzwi do wnętrza muzeum i otworzył je szerzej. — Proszę. — Wskazał dłonią wejście, czekając aż Vanessa przekroczy próg. — Pracujemy z grupą w sali wystawowej numer cztery — oznajmił, żeby wiedziała, do którego miejsca należy się udać. Tam nie ma wprawdzie jeszcze nic konkretnego, ale czekają już gabloty, do których trzeba dobrać welur, i które potem trzeba będzie odpowiednio ustawić na postumentach, a także ekspozytory, które należy ustawić odpowiednio pod kątem światła. Bez wątpienia każdy będzie miał dla siebie zajęcie.

    Tanner Morgan

    OdpowiedzUsuń
  28. Nathaniel obserwował kobietę bardzo uważnie. Z ulgą dostrzegł, że kolory powoli wracają jej na twarz, a ona sama wydaje się mniej blada. To był dobry znak – choć i tak nie przestawał się martwić. Nate nie należał do tych, którzy przechodzą obojętnie obok zranionego szczura, a co dopiero człowieka. Już jako dziecko znosił do domu poranione zwierzęta, ukrywając je w piwnicy czy garażu, by udzielić im pierwszej pomocy, kiedy było za późno na weterynarza. Nie raz, nie dwa dostawał od rodziców burę – szczególnie za szczura, któremu jakaś banda dzieciaków dla zabawy odcięła ogon. Bo przecież to tylko szczur. Ale Park nigdy nie patrzył w ten sposób na żadne życie. Każde istnienie, nawet najbardziej niepozorne, miało dla niego znaczenie.
    Dlatego nie przejmował się karami i szlabanami. Uparcie przemycał kolejne stworzenia, wykorzystując swoją dziecięcą, ale już wtedy imponującą wiedzę z biologii, by stworzyć prowizoryczny szpital. Dziś już nie przynosił ptaków do domu – zwłaszcza odkąd dzielił go z dobermanem – ale wciąż reagował, kiedy trzeba było pomóc. Zawieźć do kliniki, zgłosić fundacji. Reagował zawsze.
    Z człowiekiem było, paradoksalnie, czasem trudniej. Oczywiście – człowiek potrafił powiedzieć, co go boli, gdzie i jak bardzo. Ale jednocześnie, zbyt często bagatelizował swój stan. Sam miał do tego tendencje. Dlatego tak bacznie ją teraz obserwował.
    – Oddychaj ze mną – powiedział spokojnie, zauważając jej dłoń na klatce piersiowej. – Wdech… wydech. Wdech… i wydech – powtórzył cicho, niemal jak ratownik medyczny.
    Gdy zaczęła szukać czegoś w telefonie, tylko pokręcił głową i w milczeniu zaczął pakować jej zakupy do własnej torby. Wiedział, że nie zabierze wszystkiego za jednym razem – ale to nie miało teraz znaczenia.
    – Nathaniel. Nathaniel Park – przedstawił się, zadzierając na chwilę głowę, by złapać jej wzrok. – Już trochę mniej nieznajomy. I serio, nie możesz siedzieć tu na tej posadzce – mruknął. Nie chodziło o czystość. Chodziło o bezpieczeństwo. Co jeśli przyjdzie tu ktoś z mniej dobrymi zamiarami?
    – Posłuchaj… wezmę cię teraz na ręce, okej? Zaniosę cię do mieszkania, przyniosę zakupy i ogarnę coś do jedzenia – uprzedził ją spokojnie. Chciał, by czuła, że ma kontrolę. Że jest bezpieczna.
    I jak powiedział, tak zrobił.
    Ostrożnie objął ją ramieniem pod kolanami i plecami, unosząc bez najmniejszego wysiłku. Trzymał pewnie, ale delikatnie – jakby była najcenniejszym przedmiotem, który mógłby się rozpaść przy jednym gwałtowniejszym ruchu. Ruszył w stronę wskazanego przez nią mieszkania.
    – Mogę cię postawić tu, przed drzwiami – rzucił, zatrzymując się przed wejściem. – Albo zanieść do środka. Jak wolisz. Nie chcę, żebyś pomyślała, że jestem jakimś zboczeńcem.
    Uśmiechnął się krzywo. Jasne, mógłby udawać, że nie przyszło mu to do głowy – ale znał życie. I wiedział, że na pewno znalazłby się ktoś, kto zrobiłby z tej sytuacji sensację.

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń