Witaj w Nowym Jorku
mieście, które nigdy nie zasypia...

[KP] You're on your own, kid


ch. Chen Astrid 陈阿斯特丽德, ABC, american born chinese - ur. 01.01.1994 Chinatown, Nowy Jork - córka chińskich imigrantów z Tajwanu, którzy w pogoni za lepszym życiem, przybyli do Nowego Jorku w latach '90 - zaginiony ojciec, stany depresyjne matki, mukowiscydoza brata - konsultantka ds. przejęć i fuzji w Ashfor Capital - absolwentka ekonomii i matematyki na Uniwersytecie Nowojorskim - analityczny umysł - gdy na szali znalazły się kariera i miłość, wybrała karierę tracąc tym samym wszystko - od dwóch lat zamieszkuje małą kawalerkę w okolicy Prospect Heights na Brooklynie - podobno wszystko jest okej i wcale nie omija z premedytacją pewnej ulicy na Upper East Side - powiązania

Jest utkana z kontrastów, jak mozaika, której części do siebie nie pasują. Urodzona w tętniącym życiem Chinatown, z duszą pełną tęsknot za ojczyzną, której nigdy nie poznała. Wpajano jej, że Nowy Jork to ziemia obiecana, kraina wiecznej szczęśliwości, eden; strasząc odległym Tajwanem, w którym życie to niekończące się pasmo porażek. Gdy matka zaharowywała się na dwa etaty w szwalni, ojciec, wracając z fabryki Forda, raczył się baijiu i znikał na długie godziny. Patrząc jak co tydzień przegrywał w karty wszystkie pieniądze na tyłach podrzędnego lokalu, który serwował pierożki Dim Sum, zastanawiała się, czy porażka nie była wpisana w ród Chenów, wątpiąc, czy kiedykolwiek ich amerykański sen się spełni.

Gdy stary Chen nie wrócił pewnego dnia na noc, a po kolejnych tygodniach został uznany za zaginionego, wszyscy odetchnęli z ulgą. Choć ta była tylko chwilowa. Wkrótce do ich drzwi zaczęli pukać lichwiarze, grożąc, że długi przechodzą z męża na żonę. Astrid miała wtedy piętnaście lat i zrozumiała, że jeżeli dotychczasowe życie, okraszone makaronem Dan Dan i śmierdzącym tofu, było nędzne, to przed nimi naprawdę chude lata.

Musiała wziąć sprawy w swoje ręce. W tydzień doszła do perfekcji w lepieniu xiaolongbao, zatrudniając się po szkole w jednej z restauracji przy Canal Street. Nie zarabiała kroci, ale choć trochę mogła odciążyć pogrążoną w depresji matkę, która w domu stała się już tylko gościem, łapiąc się każdej dodatkowej pracy. Zapomniała, że jest nastolatką, której serce bije szybciej na widok pewnego chłopaka o koreańskich korzeniach, w którego oczach widziała swój dom. Był jej nadzieją, że nie zostanie na tym świecie sama. Otuchą, że jest przy niej ktoś, kto potrafi ją wysłuchać i pomóc, gdy świat wali się na głowę. I choć pochodzili z dwóch odległych światów, w wąskich uliczkach Chinatown nie liczyły się dzielące ich różnice.

Nauczyła się rozgrywać najlepsze partie taliami najgorszych kart. Odbijające się w jej głowie słowa o amerykańskim śnie działały jak siła napędowa. Pomimo bycia żółtkiem, kitajcem i chinolem ukończyła szkołę średnią z wyróżnieniem, dostając się do Harvardu i Uniwersytetu Nowojorskiego. List akceptacyjny ze szkoły Ivy League był triumfem i choć spełnienie marzeń miała na wyciągnięcie ręki, nie mogła pozwolić sobie na wyjazd do Cambridge. Nie traktowała tego jak porażki, wiedząc, że gdyby mogła pozwolić sobie na to finansowo – byłaby w dziesiątce najlepszych studentów prestiżowej szkoły. W zamian za to przemówiła przed całym swoim rocznikiem, gdy odbierała dyplom ukończenia NYU, a po tym biegła na zawołanie pana Ashforda do biura, w którym odbywała praktyki.

W życiu była już każdym. Córką, siostrą, opiekunką, żywicielką, przyjaciółką, studentką, prymuską, ukochaną. Praktykantką, pracownicą, protegowaną. Tą, która odrzuciła miłość. Tą, która zrobi wszystko dla młodszego brata. Choć wspina się po szczeblach korporacyjnej drabiny, widząc już prawie swój szczyt, wciąż mieszka w zbyt małym mieszkaniu, oszczędności inwestując na giełdzie; marynarki kupuje w H&M, a nie na piątej alei. Omija Whole Foods Market, jeżdżąc do Aldi na Harlemie. Nie lubi wydawać pieniędzy, tak samo, jak makaronu Dan Dan. Z dzieciństwa pozostało jej tylko uzależnienie od bułeczek Mei Lai Wah, które na myśl przywołują jej brązowe oczy, w których znalazła swój dom. 
Domu już jednak nie ma. Nie ma go w Chinatown, nie ma go na Brooklynie, a tym bardziej w tych brązowych oczach. Pozostało tylko zdjęcie, które chowa głęboko w szufladzie biurka i kilka wiadomości na poczcie głosowej, których przyrzekła sobie nigdy nie skasować. Czy żałuje? Nigdy nie żałowała niczego bardziej. Ale powrotów nie ma… jest zdana sama na siebie.

 


standardowo Taylor Swift oraz Anna Sawai
pierwsza karta była lepsza, ale - jak to mówią - selber schuld
wybaczcie, że przepadłam, ale siła wyższa, będę się rehabilitować od poniedziałku 
 tobec99@gmail.com 



32 komentarze

  1. Olivia nie była wcale zdziwiona tym, że Astrid musiała wielokrotnie przekazywać swojemu szefowi podobne słowa. Alex Ashford ciężko pracował na opinię skurwysyna. Chociaż czasami zastanawiała się, czy naprawdę tak ciężko, skoro w jej odczuciu był urodzonym skurwysynem. Westchnęła. Do tej pory nawet nie podejrzewała, że ktoś taki, jak Astrid może pracować dla Alexa. Astrid była dla niej uosobieniem troski. Była pełna ciepła, dobra i skromna, a przynajmniej tak odbierała ją Olivia. Ale prawda była taka, że ich rozmowy ograniczały się głównie do bliskich Astrid osób. Może w życiu zawodowym była kimś zupełnie innym.
    Ale czy to powinno dziwić Olivię? Czy ona nie działała tak samo? Jako lekarz była pełna współczucia i zaangażowania, jako pani prezes ubierała maskę pełną chłodu, wyrafinowania i obojętności. Trudno było jej godzić te dwie role, ale przecież nie miała wyjścia.
    Posłała Astrid blady uśmiech.
    — Usiądź, proszę. — Wskazała dłonią na jedno z dwóch krzeseł naprzeciwko jej biurka. Cieszyła się tylko z tego, że młoda kobieta trafiła na jeden z jej lepszych dni. Była pod wpływem, ale kontrolowała wszystko, co robiła i nie czuła bólu. A to było zbawienne. Ostatnimi czasy miała jednak wrażenie, że o bólu i narkotykach o wiele łatwiej jej zapomnieć, kiedy wylewała siódme poty w przychodni. Tutaj, jako pani prezes, nie dawała rady bez wspomagania.
    — Nie. Zakładam, że jeśli kolejny raz usłyszy z twoich ust, że ma pocałować się w dupę, to nie zrobi to na nim żadnego wrażenie — Olivia postawiła sprawę jasno. Nawet jeśli Astrid była pracownikiem Ashforda, ona nie chciała się nią wyręczać. Lubiła tę dziewczynę i lubiła jej brata, który mimo przeciwności losu, miał większą pogodę ducha niż wszyscy znani jej ludzie.
    — Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, że nie wtajemniczył nikogo w to, jak bardzo lubi mnie nękać swoimi wizytami… — uniosła lekko brew. Alex Ashford nachodził ją już parę razy. Za pierwszym razem byli umówieni, później już nie, więc Liv była zwyczajnie zmęczona jego osobą. Potrafił irytować i zaczynała się dziwić Astrid, że dla kogoś takiego pracuje. Od kilku lat. — Jezu, jak ty go znosisz? — spytała nawet nie kryjąc się z niechęcią do mężczyzny, który stał się powodem ich spotkania.
    Biuro Fitzgerad było biurem po jej ojcu. Zdołała tutaj jednak wiele zmienić. Pozbyła się ciężkich, drewnianych, lakierowanych mebli i dużego, grubo tkanego dywanu. Według niej ten styl nie pasował zupełnie do wnętrza szklanego wieżowca. Meble, które teraz wypełniały przestrzeń, były lekkie, jasne i stylowe. Liv stawiała na minimalizm. Zamknęła klapę laptopa, na którym do tej pory przeglądała dokumenty. Skupiła wzrok na kopercie trzymanej przez Astrid. Wiedziała, że będzie musiała ją odebrać. I wiedziała, że ta wyląduje w niszczarce.
    — Co u Nicka?

    Olivia

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdawało mu się, jak gdyby atmosfera wokół gęstniała, gdy stał przy kontuarze, patrząc na znajdująca się przed nim recepcjonistkę. Był tutaj dopiero chwilę, a miał wrażenie, jakby trwał w tej pozycji od kilku minut. Czekała go ważna rozmowa, ale miejsce, w którym się znajdował, niczemu nie sprzyjało. A już szczególnie teraz, gdy w jego głowie echem wciąż odbijały się słowa Naomi. Nie była zadowolona, gdy tego poranka szykował się do pracy. Miała wolne i liczyła na to, że James potowarzyszy jej chociażby podczas lunchu, nawet na krótką chwilę. Dzień jednak zapowiadał się być długi i wymagający, bo czekało go ważne spotkanie, które zdominowało wszystkie inne plany – miał znaleźć się w Ashford Capital, czyli firmie, którą znał za dobrze. Chcąc nie chcąc, ta korporacja stała się jednym z najważniejszych klientów Westbridge & Co. gdy zwrócili się do nich o prawne wsparcie w przejęciu jednej ze spółek. Odmowa nie znajdowała się na liście możliwości, a gdy kancelaria miała do czynienia z tak prestiżowym klientem, nie było miejsca na błędy ani nadzieję na cud. Liczyły się tylko fakty i profesjonalizm, czyli coś, co James Kang szczególnie cenił sobie w swojej pracy. Cóż, Westbridge & Co. miało mnóstwo wybitnych prawników. Mogło poszczycić się profesjonalistami, którzy z pewnością poradziliby sobie z tą sprawą szybko i bezbłędnie. Ale James powtarzał sobie, że w tej sytuacji nie mógł polegać na rachunku prawdopodobieństwa, nawet jeśli było bardzo wysokie – potrzebna była absolutna pewność. I dokładnie ta pewność podpowiadała mu, że to właśnie on musi zająć się tą sprawą.

    Ashford Capital stało się zatem kluczowym klientem kancelarii, co z kolei wymagało bezpośredniego kontaktu z Jamesem – partnerem zarządzającym, a jednocześnie gwarantem najwyższego standardu. Sprawa była więc jasna, a James, choć czuł rosnące napięcie, wiedział, że nie ma odwrotu. Wiedział, że musi przejąć tę sprawę, nawet jeśli znaki na niebie podpowiadałyby inaczej.

    Przymykał więc oko na to, jak bardzo sytuacja komplikowała się, gdy doskonale zdawał sobie sprawę z tego, kto pracował w tej firmie. Z tego powodu byłby gotów oddać tę sprawę jednemu ze swoich prawników, ale to nie miało żadnego logicznego wyjaśnienia. Bo przecież chodziło wyłącznie o logikę i wzajemne korzyści, prawda? Zresztą, James kierował się w swoim życiu pewnymi zasadami. Cenił sobie swoje życie osobiste i chronił je jak najbardziej potrafił, nie mieszając spraw prywatnych z zawodowymi. Nigdy nie przekraczał cienkiej granicy, która dzieliła ta dwa światy. James w pracy radził sobie z presją wręcz doskonale, stawiając na logikę i działanie zgodnie z przyjętą strategią. Nie pozostawiał miejsca na zawahanie czy zbędne emocje – tam, gdzie liczył się profesjonalizm, James był mistrzem. Być może właśnie to czyniło go wybitnym prawnikiem i wzorowym partnerem zarządzającym, co z kolei owocowało w licznych sukcesach kancelarii.
    Jednak poza murami kancelarii i poza salami sądowymi, stawał się kimś zupełnie innym – spokojnym, pokornym człowiekiem, który cieszył się prostymi rzeczami. Uwielbiał wieczorne spacery, dobrą kawę i ciszę, która pozwalała mu choćby na chwilę zapomnieć o tym, co działo się w świecie wielkich korporacji.

    Być może właśnie dlatego maska, którą zakładał w pracy, przypominała tarczę. Pomagała mu trzymać się konkretnych zasad i zachować zimną krew, nawet gdy okoliczności stawały się wyjątkowo trudne. Dlatego też James miał wręcz stuprocentową pewność, że tym razem również nie ulegnie emocjom. Nawet jeśli miał współpracować z Ashford Capital. Nawet jeśli to właśnie tam pracowała ona. Nawet jeśli…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — James Kang do Pana Archibalda — usłyszał własne imię, gdy recepcjonistka wprowadzała go do systemu. Odchrząknął, poprawiając marynarkę. Stał nieruchomo, ale nie potrafił powstrzymać wzroku, który bezwiednie przemykał po wnętrzu. Zamiast skoncentrować się na zadaniu, które czekało na niego za chwilę, nie mógł nie zauważyć detali: świeże kwiaty w wazonie, minimalizm biura, eleganckie linie mebli, aż nagle...

      Zamarł. Poczuł się, jakby świat zatrzymał się na moment. Kilka metrów od niego stała ona — kobieta, której nie widział od tak długiego czasu, a której obraz wciąż był tak wyraźny w jego pamięci. Wciąż i niezmiennie, mimo upływu czasu, mimo wszystkich innych chwil, które zapełniły jego życie. Chciałby móc o niej zapomnieć.

      Wciąż nie poruszył się z miejsca. Serce zaczęło bić mu szybciej, choć jego twarz pozostawała niezmiennie chłodna i niewzruszona. I tak miało pozostać, bo przecież ten widok wcale nic nie znaczył. Emocje, które czuł, były wyłącznie sumą kumulujących się wspomnień, niczym więcej. Dlaczego więc czuł się, jakby grunt zaczynał osuwać mu się spod stóp? Pokręcił delikatnie głową, a jego wzrok ponownie powędrował do recepcjonistki. Przyszedł tutaj w konkretnej sprawie, miał do załatwienia poważne interesy i czekała go rozmowa, na której musiał się skupić. I dokładnie ta rozmowa była jego priorytetem.

      Odwrócił wzrok. Wziął głęboki oddech, starając się wymazać myśli. Po chwili zwrócił się do recepcjonistki, starając się utrzymać profesjonalny ton, mimo że w głowie działo się wiele.

      — Czy mogę już wejść? — zapytał, a usta drgnęły w grzecznym, taktownym uśmiechu. Recepcjonistka, nieświadoma dramatycznych emocji toczących się w jego wnętrzu, spojrzała na ekran komputera, a potem na niego, nie zmieniając wyrazu twarzy.

      — Jeszcze pięć minut, panie Kang. Proszę o chwilę cierpliwości. Zaprowadzę pana do biura, gdy pan Archibald będzie gotowy — odpowiedziała uprzejmie. James skinął głową, choć w jego głowie trwała walka. Pięć minut… pomyślał i spojrzał na zegar na ścianie, licząc minuty, które zmieniały dla niego wszystko. Te pięć minut czuł jak ogromny ciężar. Mógł po prostu stać tam i czekać, ale wydawało się to niegrzeczne. Nie chciał wcale do niej podchodzić, czuł się z tym nieswojo. Nie chciał się z nią przywitać ani z nią rozmawiać. Chociażby jeszcze nie, bo wiedział, że ich spotkanie tak czy inaczej było nieuniknione. Zdawało się jednak, że przesunięcie tego momentu w czasie, nie leżało już w zasięgu możliwości. Westchnął.
      Odwrócił się w stronę Astrid, ale tym razem, zamiast przejść obok, zrobił kilka kroków w jej stronę. Gdy stanął naprzeciwko niej, na chwilę zamilkł, wpatrując się w jej twarz, próbując ogarnąć wszystkie emocje, które teraz przepełniały go z każdą sekundą. Jego wzrok był badawczy, a serce zaczynało bić szybciej. Gdy ich spojrzenia spotkały się, w jego umyśle mimowolnie pojawiło się tyle pytań…

      — Co za niespodzianka — zaczął. Nieprawda, przecież wiedział, że ją tu spotka, po prostu nie sądził, że tak prędko. Nie uśmiechnął się, po prostu patrzył na nią, po czym westchnął i dodał:

      — Cześć, Astrid.

      I keep feeling sorry for no reason
      For holding thеse feelings while looking at you

      Usuń
  3. [A cóż to była za niesubordynacja? Fajnie, że jesteś :D]

    Szefuńciu

    OdpowiedzUsuń
  4. Kochał hokej i cieszył się, że rodzice od dziecka go w tym wspierali, zwłaszcza, że za sprawą dziadka, który był legendą NHL, ten sport od dawna był obecny w jego życiu i zawsze cholernie go fascynował. W przeciwieństwie do starszego brata nie ukończył studiów prawniczych, właściwie nigdy żadnych nie rozpoczął, skupił się w pełni na trenowaniu i dość szybko udało mu się przejść na zawodowstwo. Miał to szczęście, że jego rodzina cierpliwie znosiła wybryki czarnej owieczki, przy okazji w żaden sposób nie naciskając, aby wybrał politykę czy prawo, jako swoją drogę życiową. Nie byli typowymi, stereotypowymi bogaczami rodem z seriali Netflixa, naprawdę się kochali i starali się spędzać ze sobą jak najwięcej czasu. Nie było pomiędzy nimi żadnej rywalizacji, każdy mógł liczyć na drugiego, przez co często zdarzało mu się odbierać w środku nocy telefony od siostrzyczki, która przeżywała akurat największy dramat swojego życia, jakim był złamany paznokieć. Doceniał to co miał, wiedział, jakim jest szczęściarzem i naprawdę kochał swoje życie, nawet jeśli często balansował na krawędzi i można by przez to podejrzewać, że na niczym i nikim mu nie zależy. Jego rodzina starała się być obecna na każdym meczu, nawet, jeśli oznaczało to odwołanie jakiegoś ważnego spotkania czy przełożenie konferencji wagi państwowej. Zdecydowanie był szczęściarzem i każdemu życzył takiego wsparcia ze strony bliskich, jakie sam na każdym kroku otrzymywał.
    - Dzisiaj tylko ty byłaś moim amuletem, a i tak wygraliśmy. Jeszcze zacznę wierzyć, ze to nie wasza ekipa przynosi mi szczęście – zaśmiał się, pojawiając się zaraz po meczu w strefie VIP, gdzie zawsze czekała na niego rodzina. Tym razem, ze względu na fakt, że siostra, brat i tata utknęli przez śnieżycę na lotnisku w Kanadzie, musiał zadowolić się jedynie ze wsparcia mamy, która ze względu na obowiązki nie mogła z nimi polecieć do Toronto, co właściwie na dobre jej wyszło. Nie chciałby być na miejscu pozostałych i koczować na lotnisku, zwłaszcza, że zima w Kanadzie bywa okropna.
    - To nie tylko moja zasługa – uśmiechnęła się ciepło, kiedy zza jej placów wyłoniła się w końcu elegancka kobieta. Astrid od lat współpracowała z jego rodziną i zdążyła się zaprzyjaźnić właściwie z każdym z nich. Zawsze trudno było mu ją przekonać do hokeja, więc tym bardziej doceniał fakt, że jednak zjawiła się na meczu i dotrzymała towarzystwie jego mamie.
    - „Czajnatałwn”? Ty tutaj? Nie pomyliłaś hokejowej areny z fabryką ryży? Chyba powinienem zorganizować specjalny komitet powitalny i przygotować czerwony dywan. Niemożliwe, że w końcu zdecydowałaś się przyjść zobaczyć tylu prawdziwych mężczyzn w akcji – zaśmiał się, zamykając ją na dzień dobry w serdecznym uścisku. Lubił jej dogryzać i miał nadzieję, że zdążyła już do tego przywyknąć, zwłaszcza, że nigdy nie robił tego złośliwie, wręcz przeciwnie, starał się być w tym wszystkim wyjątkowo uroczy.
    - Przykro mi, ale musicie się szybko sobą nacieszyć. Za kilka godzin jest gala, na której musisz się z nami stawić, mam nadzieję, że twój ojciec i rodzeństwo zdążą do nas dołączyć, przez tą nieszczęsną śnieżycę nie zdążyli na mecz – westchnęła, wyciągając z kieszeni telefon, aby sprawdzić najnowszą prognozę pogody i informacje z lotniska.
    - Gubernator Hochul, niszczyciel dobrej zabawy i humoru, powinnaś mieć takie hasło w kolejnej kampanii – westchnął, żartobliwie pokazując w jej stronę język – Nienawidzę tego typu imprez, może jednak mnie uratujesz? Nie wiem, ukryjesz pod poduszką? Ewentualnie pod marynarką, też powinienem się zmieścić – zaśmiał się, zniżając się i przykucając, aby zademonstrować, że bez problemu może się ukryć, mimo swoich 195 cm wzrostu.

    Ethan z mamusią

    OdpowiedzUsuń
  5. James Kang należał do tych ludzi, dla których czas rzadko zwalniał. Żył w świecie, gdzie pięć minut, to zaledwie marna chwila w porównaniu z tym, jak wiele było zaplanowane dla jego dziś, ale również i jutro. Okazuje się jednak, że gdy stoisz naprzeciw kobiety, za którą niegdyś skoczyłbyś w ogień, wszystko nagle zaczyna płynąć inaczej… Pięć minut stało się dla niego przestrzenią dla myśli, które pojawiają się mimo woli – natrętne, nieproszone refleksje, których nie sposób powstrzymać, bo widząc jej twarz, nie masz kontroli nad własnym umysłem. To wystarczająco długo, by wyobrazić sobie setki scenariuszy, rozgrywających się poza tą rozmową – za kulisami życia, dokładnie tam, gdzie kiedyś istniała ich wspólna rzeczywistość. Teraz jednak były dwie rzeczywistości, w których nie było już dla nich wzajemnie miejsca. Ale przecież właśnie tego chciała. Astrid, która odeszła ponad dwa lata temu, jasno określiła czego pragnie, a teraz zdawała się spełniać swoje marzenia – widział to na własne oczy, tutaj i teraz, w lobby biura, gdzie jej kariera zapewne nabierała rozpędu. Przeszłość powinna więc pozostać tam, gdzie ją zostawił – daleko za sobą, pogrzebana pod warstwami czasu i ukryta między niewypowiedzianymi słowami.

    Patrzył więc w jej oczy, choć robił wszystko, by jego wzrok nie zdradził niczego, co mogłaby później obrócić przeciw niemu. Zmrużył lekko powieki, jakby chciał się upewnić, że to nie tylko złudzenie – że Astrid naprawdę stoi przed nim, tak blisko, a jednocześnie tak niewyobrażalnie daleko. I tak było. Co gorsza, była wciąż tak samo piękna i zachwycająca. Ale też tak samo spięta jak wtedy, gdy widzieli się po raz ostatni, a jej spojrzenie mówiło mu, że nie ma już dla niego drogi powrotnej.
    James mimowolnie zastanawiał się, czy dostrzegła w nim coś więcej – emocje, których nigdy nie nauczył się w pełni ukrywać. Nigdy nie był otwartą księgą, ale też nie miał potrzeby maskować wszystkiego. A jednak jego oczy potrafiły zdradzić go w jednej chwili – każde zwątpienie, spięcie, żal czy gniew. A teraz czuł pełną gamę uczuć, emocji, które tylko Astrid Chen potrafiła w nim wzbudzić nawet jeśli już dawno nie była kobietą, którą powinien kochać. I nie kochał, prawda?

    Gdy podeszła recepcjonistka, jego wzrok na chwilę skupił się na niej, ale myśli uparcie wracały do Astrid. Pani Violet najwyraźniej nie miała pojęcia, co ich kiedyś łączyło – wyglądało na to, że jego była ukochana nie uznała za stosowne dzielić się historią, w której jeszcze nie tak dawno odgrywał główną rolę. Może to i lepiej. Tak powinno było zostać i miał nadzieję, że tak właśnie będzie, bo poza tym biurem nie istniał żaden powód, by ich drogi miały się ponownie skrzyżować. Nie był już częścią jej świata, a ona jego. Uszanował jej decyzję, znikając z jej życia tak samo, jak ona zniknęła z jego. To, że teraz do niej podszedł, było wyłącznie kwestią grzeczności i formalności. Może nawet konieczności.

    A jednak miał nieodparte wrażenie – nie, był tego pewien – że nawet gdyby jej nie zauważył, gdyby nie spojrzał w jej kierunku ani nie skrócił dystansu, jego ciało i tak by ją wyczuło. Tak jak zawsze, zupełnie jak gdyby był zaprogramowany, by rejestrować każdy jej ruch, każdą drobną zmianę w otoczeniu, którą niosła jej obecność. Ale stało się. Był tutaj i patrzył na nią, a Violet mówiła coś jeszcze – coś o tym, że Astrid ma zaprowadzić go do sali konferencyjnej. On jednak nie słuchał. Całą uwagę skupił na niej. Na drżeniu jej głosu, które zamaskowała lekkim kaszlnięciem. Na cieniu emocji, który przemknął przez jej twarz szybciej, niż zdążył go uchwycić.
    Aż w końcu nareszcie na niego spojrzała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, James.

      Poczuł, jak jego ciało mimowolnie się prostuje, napinając go niczym strunę. Te krótkie słowa zdawały się nie znaczyć nic, a mimo to brzmiały niczym echo wszystkiego, co niegdyś ich łączyło. A jej głos wciąż był równie piękny.

      Gdy wyciągnęła do niego dłoń, zawahał się o sekundę za długo, jak gdyby zastanawiał się, czy powinien to zrobić. Odpowiedź była przecież jedna – powinien, choć w środku wszystko w nim wrzało. Odchrząknął i uścisnął jej dłoń, patrząc jej głęboko w oczy. Trzymał ją chwilę dłużej – może nawet za długo.
      Aż w końcu puścił.

      Jej kolejne słowa były chłodne, owinięte w obojętny ton i przyozdobione niemal wymuszonym uśmiechem. Mógł niemal poczuć ten chłód na swojej skórze, bo kobieta stojąca przed nim wydawała się kimś zupełnie innym. Teraz James Kang miał przed sobą osobę, która trzymała emocje na krótkiej smyczy, ukrywając je za obojętnym spojrzeniem i wyćwiczonym uśmiechem, który nie sięgał jej oczu. Rozumiał, dlaczego tak było. Mógł się tego domyślić. Łączyło ich przecież tak wiele, jak więc potraktować przy niezręcznej, czczej rozmowie kogoś, z kim niegdyś planowało się całe życie?
      Wiedział też, jak bezwzględny i surowy potrafi być świat biznesu… Świat, w którym liczyły się pieniądze i dobra reputacja, bo to one świadczyły o twojej wartości i jakości. Patrząc na nią, James zastanawiał się więc, czy dobrze jej się wiedzie. Najwidoczniej umiała stąpać po tym twardym, lecz śliskim gruncie. Miał nadzieję, że udało jej się spełnić choć część swoich wielkich marzeń, zaspokoić głos ambicji – chciał w to wierzyć, skoro miał przed sobą tę wersję Astrid Chen.

      Znał jednak tamtą Astrid zbyt dobrze, a ta zdawała się przebijać przez chłodną personę, którą kobieta próbowała mu przedstawić. James nie od dziś potrafił dostrzegać drobne szczegóły i niuanse. Zauważył więc napięcie w jej szczęce, to, jak wcześniej zacisnęła palce na kubku, jak gdyby było to jedyne, co trzymało ją w pionie. I choć Astrid mówiła lekko i beznamiętnie, nie potrafiła ukryć jednej rzeczy – tego, że obraz malujący się w jej oczach był odbiciem jego własnego.

      James uniósł lekko brew, nie spuszczając z niej wzroku. Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu. Przytaknął.

      — Czyli wciąż jesteś tak samo spostrzegawcza — odparł spokojnie, choć w jego głosie pobrzmiewał cień czegoś ostrzejszego, bardziej niespokojnego. Nie była to jednak złość, raczej smutek i nostalgia. — Ale masz rację. Nie wpadłem na pogaduszki — dodał. Zawiesił głos na moment, jak gdyby chciał coś dodać. Jego szczęka zacisnęła się na ułamek sekundy, lecz zaraz potem rozluźnił się. Zastanawiał się, czy powinna usłyszeć od niego coś więcej. Coś ostrzejszego, coś, co mogłoby choć trochę naruszyć jej perfekcyjnie wystudiowaną obojętność. Ale nie zrobiłby tego. Nie tutaj. Nie teraz.

      Usuń
    2. Spojrzał na zegarek. Zostało trzy i pół minuty. Podniósł wzrok na Astrid, a jego wyraz twarzy stał się chłodniejszy, zdecydowanie poważniejszy.

      — Prowadzisz? — zapytał, pozwalając jej przejąć stery. — Chyba nie chcesz się spóźnić, prawda? To mogłoby kosztować zbyt wiele stresu — dodał z ledwie wyczuwalnym cieniem ironii.

      Tak, to było tylko spotkanie biznesowe. Dlaczego więc czuł się, jakby właśnie przekroczył niewidzialną granicę?

      it could all be so simple, but you'd rather make it hard

      Usuń
  6. Westchnął ciężko, kiedy wspomniała o jednym z jego przeciwników, jak zwykle mu dogryzając. Często się z niej naśmiewał, przez co ona oczywiście nie była mu dłużna, obydwoje zdążyli jednak do tego przywyknąć, zwłaszcza, że od lat pozostawali bliskimi przyjaciółmi.
    - Niestety, krążą plotki że ma najmniejszego penisa w drużynie. Myślę, że nie byłby w stanie cię zaspokoić. Oczywiście w przeciwieństwie do mnie – wyszczerzył się dumnie, puszczając w jej kierunku oczko. Jego matka nie pozostała obojętna na te słowa i szturchnęła go lekko w ramię, udając przy tym oburzoną tak wulgarnymi słowami. Zdecydowanie uwielbiał tą kobietę i cieszył się, że zrobiła wszystko, aby chociaż ona mogła obejrzeć jego mecz. Na dodatek przekonała do tego pewną upartą, niekoniecznie sympatyzującą z hokejem Azjatkę, za co należał się jej dzisiaj podwójny kawałek tortu.
    - I tak nigdy nie przyjeżdżasz. Ważniejsze są dla ciebie seriale na Netflixie i paczka lodów, przez co jesteś okropnym materiałem na przyjaciółkę, a co dopiero na żonę – pokręcił zrezygnowany głową, teatralnie przy tym wzdychając. Znał ją na wylot i w ciemno mógł obstawić jej plany na dzisiejszy wieczór. Sam także był zmęczony po meczu, nie chciał jednak zrobić mamie przykrości i chcąc nie chcąc, musiał pojawić się na tej imprezie. Dużo ludzi w tym środowisku miało przysłowiowego kija w tyłku i nie do końca odpowiadało mu takie towarzystwo, potrafił jednak perfekcyjnie udawać, że dobrze się bawi i czuje jak ryba w wodzie wśród lokalnej śmietanki towarzyskiej.
    - Będzie sporo osób w twoim wieku, nie przesadzaj. Na pewno pojawi się James, a przecież kiedyś byliście naprawdę blisko – rzuciła, by zaraz później ugryźć się w język. Obiecała synowi, że nie będzie przy Astrid poruszać tematu tej rodziny i naprawdę żałowała, że akurat teraz paplała co jej ślina na język przyniesie. Nie wiedziała do końca, co się między nimi wydarzyło, ale nie lubiła wtrącać się w czyjeś sprawy i nie była wścibska.
    - Nie chciałabyś pójść tam ze mną? Sama mówiłaś, że będę musiał odganiać się od tych wszystkich dziewczyn, nie mam dzisiaj na to sił, poza tym im zawsze chodzi tylko o jedno – westchnął ciężko, doskonale zdając sobie sprawę, jak wiele osób utrzymuje z nim kontakt tylko dlatego, aby móc się wybić czy uzyskać jakiś rozgłos. Nie miał nic przeciwko hokejowym króliczkom z którymi zaliczał czwartą tercję w domu, albo jeszcze w szatni, ale typ kobiet, który przyklejał się do niego na imprezach, bywał paskudny i niewiele chciał mieć z nimi do czynienia.
    - Wiem, że twoje plany na wieczór to na pewno Netlix, a jeśli nawet nie, dla swojego najlepszego przyjaciela jesteś w stanie odwołać wszystko, nawet spotkanie z prezydentem. No, to właściwie bardziej mama, niż ty, ale z kimkolwiek innym byłabyś umówiona, ja jestem najważniejszy – wyszczerzył się dumnie, mierzwiąc dłonią jej włosy. Wiedziała, że jeśli już na coś się uprze, to nie ma zmiłuj, miał więc nadzieję, że nie będzie zbytnio oponować, zwłaszcza, że nie miała żadnych szans, kiedy już coś postanowił.

    bff

    OdpowiedzUsuń
  7. Zdawało mu się, że Astrid nie miała pojęcia, jak wiele emocji wrzało w jego wnętrzu, ile niewypowiedzianych słów dusiło się w gardle za każdym razem, gdy ich oczy spotykały się w tym tańcu spojrzeń. Zastanawiał się, czy czuła to samo. Czy w jej piersi narastała ta sama gula, dławiąca każde słowo, którego nie miała odwagi wypowiedzieć? Czy drżały jej kolana, jakby grunt pod stopami pękał pod ciężarem nawracających wspomnień? Mógł zadawać sobie te pytania w nieskończoność – dziś, jutro, za tydzień – ale i tak nigdy nie dostałby odpowiedzi, bo gdy Astrid odeszła, stała się dla niego największą zagadką. I największym co by było, gdyby

    James nigdy nie potrafił zrozumieć jej decyzji. Tak, szanował ją, nawet jeśli jego serce zostało rozdarte na strzępy, a dusza poraniona tak głęboko, że do dziś nie był pewien, czy całkowicie się zagoiła. Ale nie rozumiał. Nie rozumiał, dlaczego po tylu wspólnych latach, akurat wtedy, gdy był gotów dać jej wszystko i uczynić ją swoim wszystkim, postanowiła odejść. Nie, gdy nigdy przecież nie zabroniłby jej realizacji swoich celów, bo niczego tak nie pragnął jak jej szczęścia.
    Mimo to, nigdy nie próbował jej zatrzymać. Nie potrafiłby podciąć jej skrzydeł, zabrać prawa do spełniania marzeń czy odsunąć ją od jej ambicji, które były dla niej tak ważne. Wszystko dlatego, bo Astrid zawsze była jego priorytetem – i to już od dnia, gdy ją poznał. Nadal bardzo dobrze pamiętał chwilę, gdy zobaczył ją po raz pierwszy, tam w Chinatown, będąc zagubionym, niepewnym siebie chłopczykiem, który nawet nie zdawał sobie sprawy, że właśnie skradziono mu serce. Jeszcze wtedy nie rozumiał, czym była miłość, ale gdy dorósł, wiedział już, że nie istniało nic piękniejszego od melodyjnego brzmienia jej głosu, a żaden z drogich obrazów wiszących w rodzinnym salonie nie równał się z barwą jej oczu. To już wtedy każda cząstka Astrid Chen odbierała mu oddech. A on nawet nie zauważył, kiedy zabrała jego serce ze sobą – na zawsze, nieodwracalnie, po samą wieczność. Gdy odeszła, wiedział, że już go nie odda. Nie mogła, bo przecież należało do niej.
    I być może właśnie dlatego pozwolił jej odejść. Bo kochał ją zbyt mocno, by nie pozwolić jej być szczęśliwą.

    To właśnie wtedy stworzył w sobie nowe serce – serce, które nauczyło się obojętności, które zmęczyło się walką i zaczęło szukać równowagi. To właśnie to serce pokochało Naomi i pozostawiło Astrid w przeszłości. Nie zapomniało, ale nauczyło się żyć bez niej.
    Było w tym coś ironicznie zabawnego – że teraz, gdy stał przed nią, nie wiedział już nic o jej życiu, a jeszcze dwa lata temu znałby każdy jego szczegół. Wiedziałby, o której wstała i jakie buty założyła do pracy. Wiedziałby, co jadła na lunch i czy zatrzymała się po drodze w sklepie, by kupić ich ulubione słodycze. Zastanawiał się, czy wciąż je jadła, czy może, tak jak on, przestała, bo niektóre rzeczy miały zbyt intensywny i bolesny smak wspomnień. Od kiedy Astrid odeszła, nic nie smakowało już tak samo, nawet jeśli nigdy nie miał odwagi przyznać tego głośno.

    Miała jednak rację. Pewne rzeczy naprawdę pozostają niezmienne.
    Niezmiennie potrafiła wprowadzić go w emocje tak skrajnie różne, że nie wiedział, której powinien się uchwycić. Niezmiennie i wciąż wyglądała pięknie – choć nie miał pewności, czy sama zdawała sobie z tego sprawę. Niezmiennie też sprawiała, że ledwo stał na nogach, choć wciąż zachowywał pełną powagę chłodnego profesjonalisty, choć dalekie było to od jego prawdziwej natury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic więc w tym spotkaniu nie było oczywiste. Czas zdawał się rozciągać w nieskończoność, a trzy minuty przypominały trzy godziny. Nie potrafił określić, czy to kwestia niezręczności, czy może podświadomego pragnienia, by trwać w tej chwili jeszcze dłużej, by po prostu móc na nią patrzeć — na kobietę, która mogła być teraz jego żoną. Ale niestety, nie tego pragnęła Astrid Chen.

      Odchrząknął, podążając za nią w ciszy. Nie odzywał się, a gdy weszli do sali konferencyjnej, jego krok był pewny, wszystkie ruchy kontrolowane, a twarz nie zdradzała ani śladu wahania. Nikt z obecnych nie mógł przecież wiedzieć, że widok Astrid Chen wyprowadził go z równowagi – i teraz wcale nie mogło się to liczyć, bo przecież pojawił się tutaj w jednym, konkretnym celu.
      Nie odczuwał więc szczególnego stresu; przebywanie wśród znaczących i wpływowych osobowości było jego chlebem powszednim. Przyzwyczaił się do tego rodzaju spotkań z ludźmi, którzy zawsze chcieli czegoś więcej. Tutaj nikt nie tracił czasu na zbędne uprzejmości, a on znał tę dynamikę na wylot. Ale dziś było inaczej, bo nawet bycie wybitnym profesjonalistą nie potrafiło przygotować go na to, jak zachowywać się, gdy w zasięgu wzroku wciąż miał kobietę, którą niegdyś kochał niczym szaleniec, a dziś nie wiedział, kim jest. Nie przerażał go nawet Archibald Ashford, choć dobrze wiedział, że jego obecność oznaczała, iż sprawa jest istotna. To tylko Astrid budziła w nim to nieznośne napięcie.

      Swoją uwagę zdołał jednak skupić na treści spotkania, dokładnie analizując każdy krok. Nie pozwalał więc sobie na długie spojrzenia w kierunku Astrid, które mogłyby wzbudzić podejrzliwość zgromadzonych. Ale mając ją naprzeciw siebie, za każdym razem, gdy unosił wzrok znad notatek, napotykał jej sylwetkę. Skupiona, profesjonalna, pewna siebie…. A jednak nawet przez tę maskę dostrzegał napięcie w jej ramionach czy lekkie zaciskanie palców na długopisie – coś, co zdradzało, że jej obojętność była jedynie fasadą. I oboje działali na siebie tak mocno, że wiedzieli o tym tylko oni sami.

      Przez pierwsze minuty ignorował to nieznośne uczucie palące go gdzieś głęboko w środku, tuż w okolicach serca. Swoją uwagę poświęcił liczbom, analizom i słowom Archibalda Ashforda. A mimo to, za każdym razem, gdy kobieta poruszała się choćby o milimetr, jego spojrzenie instynktownie wracało właśnie do niej. To również było nieironicznie śmieszne, bo przecież przeszłość to przeszłość, a jednak czuł się dziwnie nieswojo, bo zdawało się, że jego serce wciąż tego nie rozumiało.

      A może po prostu nie chciało zrozumieć.

      Gdy Archibald wypowiedział imię ciemnowłosej, podniósł wzrok i dokładnie w tej samej chwili ich spojrzenia spotkały się. Serce zabiło mu delikatnie mocniej, a szczęka mimowolnie się zacisnęła. Wiedział, że to będzie test samokontroli. Nie sądził jednak, że to, co usłyszy za moment, miało okazać się jeszcze większym egzaminem.

      Usuń
    2. Decyzja Ashforda wzięła go z zaskoczenia, bo nie spodziewał się takiej współpracy. Mimo to, nie skomentował jego decyzji. Nie uniósł brwi, nie przytaknął, nie zdradził nawet cieniem uśmiechu, co w rzeczywistości myśli o tej sytuacji – a myślał wiele. W zamian po prostu zaakceptował fakty, bo taki już był. Nie walczył, tylko dostosowywał się do tempa i rytmu, które nakładało na niego życie. Lub, jak widać, sam Archibald Ashford.
      Wstał powoli, poprawiając mankiet koszuli, po czym rzucił krótkie, lecz uprzejme i taktowne dziękuję w kierunku szanowanego mężczyzny. Nie widział potrzeby, by rozwodzić się nad tematem czy rzucić jakieś komentarze, które zdradziłyby, co myśli o tym układzie. Nie wiedział tylko, w jaki sposób wyjaśni to Naomi.

      Gdy zgromadzeni zaczęli zbierać się ku wyjściu, James Kang zatrzymał się i patrzył na Astrid. Nie potrafił w pełni wybadać, co ona o tym myśli, ale nawet głupi domyśliłby się, że ten układ nie pasował jej równie mocno co jemu. Żadne z nich nie potrafiło jednak zareagować i przerwać wydawania im biletu do rzeczywistości, która nie przyniesie nic dobrego… Ale mleko się rozlało, a czasu nie można tak po prostu cofnąć, więc pozostawało po prostu dobrze wywiązać się ze swoich zadań.

      — Cóż, nie spodziewałem się takiego obrotu spraw, ale nie pozostaje nic innego, jak dostosować się. Polecam tobie to samo, Astrid — oznajmił beznamiętnie, po czym odszedł od stołu, idąc w kierunku wyjścia.

      Zatrzymał się i spojrzał ponownie na brunetkę, lustrując ją wzrokiem. Wziął głębszy oddech, bo dobrze rozumiał, jak wiele to skomplikuje. Ale nie było już odwrotu.

      Gdy kobieta znalazła się już tuż obok niego, wyszedł razem z nią z sali konferencyjnej.

      — Nie martw się, nie zajmie nam to wiele czasu.

      my heart skips eight beats at once

      Usuń
  8. Cieszył się, że nie musiał iść dzisiaj sam i mógł liczyć na towarzystwo przyjaciółki. Nie przepadał za takimi imprezami, zdecydowanie lepiej czuł się na jakiś nielegalnych wyścigach czy domówce u przyjaciela mechanika na Bronksie. Świat w którym dorastał pełen był kłamstw, próżności i psychopatów, naprawdę doceniał, że jego rodzina była normalna i w każdej chwili mógł liczyć na ich wsparcie.
    - Jesteś za brzydka, aby w ogóle aspirować, ale cieszę się, że przeszło ci to przez myśl, robisz postępy – mrugnął do niej, kiedy wspomniała o hokejowym króliczku i odsunął się, aby zrobić jej przejście. Wyglądała idealnie, przez co uśmiechnął się pod nosem na samą myśl, że swoją obecnością tam utrze nosa, komu trzeba – Myślę, że powinienem ci dać jeszcze jakiś bukiecik, niczym przed studniówką, zjebałem sprawę – zaśmiał się, otwierając przed nią drzwi od strony pasażera. Jego rodzina miała własnego kierowcę z usług, którego często korzystali, on jednak wolał swój ukochany, sportowy samochód, zwłaszcza, że zamierzał urwać się przed końcem imprezy i dołączyć do kumpli, którzy świetnie bawili się na urodzinach Thomasa. Jego mieszkanie było pewnie warte mniej, niż przekąski na gali, na którą się właśnie wybierali, ale tam czuł się jak w domu, tutaj jedynie obecność przyjaciółki i bliskich ratowała jakkolwiek sytuację.
    - W tym „czajnatałn” nauczyli cię w ogóle pozować do zdjęć? Skoro już musiałem cię ze sobą zabrać, bo przecież błagałaś mnie o to na kolanach, to chociaż się zachowuj, dobrze? – westchnął teatralnie, ruszając z miejsca. Ścianki i fotoreporterzy byli niczym chleb powszedni na tego typu galach, sam zdążył do tego od dziecka przywyknąć, ale nie chciał, aby jego towarzyszka czuła się nieswojo w blasku fleszy. Wiedział, że pojawienie się u jego boku kobiety sprawi, że ludzie zaczną plotkować i jutro w mediach pojawi się mnóstwo informacji na ten temat, ale miał to gdzieś, znał Astrid i wiedział, że nie będzie się tym zbytnio przejmować. Zresztą, nawet jeśli, utarłaby tym nosa przeklętej rodzinie Jamesa, co także było jednym z tajnych powodów, dla których ją tutaj dzisiaj ze sobą zabrał.
    - Ma się tam pojawić Tylor Swift, więc serio, zachowuj się i nie zrób mi przed nią wstydu, wiem, że masz na jej punkcie pieprzoną obsesję – pogroził jej palcem i wywrócił teatralnie oczami, podjeżdżając pod hotel w którym miała odbyć się dzisiejsza impreza. Wokół roiło się od ludzi na czerwonym dywanie, mogli więc poczuć się niczym na rozdaniu pieprzonych Oskarów. Astrid dziś pasowała tutaj idealnie, zresztą, obydwoje wyglądali niczym z okładki, ale cieszył się, że nigdy nie wylądowali ze sobą w łóżku. Azjatka była naprawdę piękna, ale patrzył na nią w kategorii przyjaciółki, traktując jak drugą siostrę, przez co nie musiał się obawiać, że spieprzy coś przez niepotrzebny pociąg seksualny. Byli perfekcyjnymi bff z żadną perspektywą na związek, przynajmniej ten prawdziwy, bo pewnie dziś wiele osób odbierze ją za jego nową partnerkę.
    - No cóż, raz się żyje Chen – wzruszył bezradnie ramionami, wychodząc z samochodu i przekazując kluczyki parkingowemu. Mężczyzna otworzył drzwi od strony pasażerki, a dziewczynę, jak można się było spodziewać, na dzień dobry przywitał flesz cykających aparatów.

    let's party

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taylor Swift* bo widzę że mój Word zrobił autokorektę haha <3

      Usuń
  9. Patrzył na nią spokojnie, choć w jego oczach kryło się coś, czego Astrid mogła nie być w stanie odczytać. Coś zawieszonego między rozbawieniem, dyskomfortem a rozczarowaniem. A może po prostu zaskoczenie i niesmak, które pozostawiła decyzja Archibalda Ashforda.
    Musiał jednak przyznać, że z jednej strony dobrze było wiedzieć, że Astrid cieszyła się w firmie doskonałą reputacją. Poświęcenie ich relacji nie poszło na marne – osiągnęła to, czego pragnęła, spełniając swoje ambicje. Nie miał prawa mieć do niej o to pretensji, tak samo jak nie mógł mieć żalu o wybór Ashforda. Była przecież oczywistym kandydatem do tej współpracy, a przede wszystkim Ashford nie miał pojęcia, co kiedyś łączyło Jamesa i Astrid.

    — Harper jest zajęty, więc przyszedłem ja. Nie sądziłem, że to będzie problem — powiedział spokojnie, unosząc brew — Poza tym, dlaczego tak cię to martwi? Nieważne, czy to będę ja, czy Harper — zauważył — Nie traktuj tego tak osobiście, Astrid — dodał. Ani drgnął, a jego głos pozostawał beznamiętny, uprzejmy, nacechowany szacunkiem, ale wyprany z dawnych emocji. Nie brzmiał tak, jakby mówił do kobiety, która kiedyś była całym jego światem. Kobiety, dla której biło jego serce.
    Rozumiał jednak jej zmieszanie. Ta sytuacja nie była wygodna dla żadnego z nich. Ale skoro musieli sobie z nią poradzić, dobrze było wiedzieć, że Astrid podchodziła do tego tak samo pragmatycznie i profesjonalnie jak on.

    — Nie — odpowiedział, prostując się — Julia nie jest już moją sekretarką. Zastąpiła ją Sharon, podam ci jej numer telefonu, gdy będę wychodził — Jak widać, wiele zmieniło się w ciągu ostatnich dwóch lat — dodał niemal instynktownie. Dopiero po chwili dotarło do niego, co powiedział i jak to zrobił. W powietrzu zawisło nieuniknione napięcie, a on sam zesztywniał. Nie potrafił powiedzieć, dlaczego to zrobił. Zwykle nie miał problemu z panowaniem nad sobą, zdawało się jednak że głęboko skrywane emocje brały górę. I chociaż nie było to profesjonalne, to czy mógł się temu dziwić? To były przecież dwa lata.

    Dwa lata. Dwa, odkąd ostatni raz trzymał ją w ramionach, czując ciepło jej drobnego ciała i zapach, który tak doskonale do niej pasował. Dwa lata, odkąd bezpowrotnie opuściła ich wspólny apartament – miejsce, w którym kiedyś zaczynali każdy poranek i razem jedli domowe kimchi jjigae, które tak uwielbiał dla niej gotować. Już nigdy nie smakowało tak samo dobrze, bo odkąd odeszła, nic nie było takie samo. Jego apartament zmienił się, a jemu było już wszystko jedno. Nie potrafił zajmować się roślinami tak jak Astrid. Nie widział sensu, by przygotowywać tteokbokki – nikt nie lubił ich tak bardzo jak ona. Wizyty Hannah, która uparcie próbowała podnieść go na duchu i pokazać, że świat nie kończy się na Astrid Chen, nie przynosiły ukojenia. Bo dla niego to właśnie ona była tym światem, więc jakie znaczenie miały słowa jego siostry?
    Dni mijały beznamiętnie, boleśnie, przygnębiająco, bowiem bez Astrid nic nie miało sensu. Zostawiła po sobie pustkę – w ich wspólnym łóżku, w jego sercu, w nim samym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie potrafił wracać do tych samych miejsc, które już na zawsze były naznaczone ich miłością. Dlatego zamienił ich ukochaną, brooklyńską kawiarenkę na przereklamowany Starbucks, a smak bułeczek z kokosowym kremem stał się jedynie odległym wspomnieniem, bolesnym i nasączonym nostalgią. James Kang musiał nauczyć się żyć na nowo, jak gdyby przechodził mozolną rehabilitację złamanego serca, ucząc się stawiać kolejne kroki w przekonaniu, że wszystko będzie dobrze.

      A potem pojawiła się Naomi. Przyniosła stabilizację, wypełniając pustkę jego apartamentu na Upper East Side ciepłem domowego ogniska, którego tak bardzo mu brakowało. Powoli znalazła swoje miejsce w ich wspólnym kącie, zmieniając wystrój i całą atmosferę, tym samym usuwając ostatnie ślady po Astrid Chen. Zostawiła tylko rośliny. Dbała o nie prawie tak dobrze jak jego była ukochana.
      James pozwalał jej więc na wszystko, wierząc, że robił to, bo kochał ją nad życie. Ale w głębi duszy wiedział, że to kłamstwo. Że pozwalał jej na wszystko z uznania i szacunku, a jednocześnie z obojętności i konieczności, bo to miejsce straciło duszę w chwili, gdy jego czarnowłosa miłość po raz ostatni zniknęła za grubymi drzwiami i już nigdy nie wróciła.

      Ale teraz to wszystko nie miało już znaczenia. Przeszłość była przeszłością. I musiał to w końcu zrozumieć.

      James nie odpowiedział od razu, pozwalając Astrid powiedzieć wszystko, co uznała za konieczne. Była rzeczowa, opanowana, profesjonalna do granic możliwości. W innym przypadku cieszyłby się, że przyjdzie mu współpracować z tak sumienną pracownicą. Ale ten przypadek był dużo bardziej skomplikowany.
      Obserwował ją uważnie, gdy mówiła. Mimo spokojnego tonu i perfekcyjnej kontroli nad emocjami, unikała jego wzroku. Był jej za to wdzięczny, bo sam nie wiedział, jak powinien się teraz czuć.

      — To wszystko, Astrid — powiedział cicho, przytakując — Będę z tobą w kontakcie — dodał, a tym razem jego głos brzmiał miękko, spokojnie. W końcu ruszył za nią w stronę windy.

      Będzie się tutaj pojawiał trochę częściej.

      Coś w nim drgnęło, gdy usłyszał te słowa skierowane w stronę recepcjonistki. Nie wiedział dlaczego, przecież wiedział to już w momencie, gdy decydował się na współpracę z tą firmą. A jednak z jakiegoś powodu po raz pierwszy poczuł się jak intruz w jej starannie zbudowanym świecie.

      Gdy się z nim żegnała, jedynie przytaknął i posłał jej cień uśmiechu. Nie powiedziała nic więcej, nie wyciągnęła ręki. Nie musiała. I tak poczuł to pożegnanie — niemą, bolesną wymianę dwóch zagubionych dusz. Wszedł do windy i zanim drzwi się zamknęły, spojrzał na nią raz jeszcze. W jej oczach dostrzegł odbicie własnej tęsknoty — tak ulotne, że mógłby pomyśleć, iż to tylko złudzenie. Ale znał ją zbyt dobrze, by uznać to za przypadek.

      A potem zapadła cisza, gdy drzwi windy zamknęły się. To wówczas odchylił głowę do tyłu, wsunął dłonie do kieszeni idealnie skrojonych spodni i wziął głęboki oddech. Westchnął. Jeszcze kilkanaście minut temu myślał o tym, co powie Naomi. Teraz, wychodząc z budynku, myślał tylko o jednym.

      Jak uodpornić swoje serce na Astrid Chen.

      fighting with a true love is boxing with no gloves

      Usuń
  10. James Kang nigdy nie należał do ludzi, dla których obecność na wszelkiego rodzaju galach była przyjemnością. Wręcz przeciwnie – męczyły go. Męczyły go czcze rozmowy z przedstawicielami nowojorskich elit, mistrzami udawanej serdeczności, którzy przy pierwszej lepszej okazji wbiliby mu nóż w plecy. To właśnie w takich momentach najbardziej rozumiał, dlaczego babcia Eunhee tak bardzo pogardzała tym światem – luksusową bańką, w której wartość człowieka określano liczbą zer na koncie. Jakże to wszystko było puste i bezcelowe... Nigdy nie potrafił pojąć, dlaczego jego ojciec i matka czuli się tu jak u siebie. Przecież było ich stać na coś więcej – zwłaszcza gdy w ich żyłach płynęła krew bezpowrotnie splatająca ich z koreańską kulturą.
    A może to on sam był problemem. Może to jego narastająca niechęć do tego świata sprawiała, że każde kolejne wydarzenie tego typu stawało się coraz bardziej nieznośne. A jednak zakładał maskę, robiąc dobrą minę do złej gry. Może to właśnie te gale, zarówno te większe, jak i mniejsze, nieustannie przypominały mu, że jedyne osoby, które naprawdę rozumiały jego rozdarcie, były już poza zasięgiem jego rzeczywistości.

    Najpierw odeszła babcia Eunhee, pozostawiając go samego z rodzicami, których specjalnością stało się udawanie, że koreańska krew nie czyni ich Koreańczykami, oraz z młodszą siostrą, której poziom zamerykanizowania szybował w górę już od dziecięcych lat. Czasem jej tego zazdrościł, bo zdawała się dużo mniej odczuwać to wieczne poczucie bycia obcym. A może po prostu dobrze to ukrywała.

    A potem odeszła Astrid... Jego oaza. Jego ostoja. Jego bezpieczna przystań. Kobieta, dzięki której życie stawało się lżejsze, piękniejsze, po prostu łatwiejsze. To ona towarzyszyła mu na tych bezwartościowych, znienawidzonych galach, sprawiając, że były do zniesienia, bo miał ją u swego boku. Odkąd jej zabrakło, pojawianie się na nich było istnym piekłem – o wiele gorszym, niż mógł się spodziewać. Czasem więc w ogóle je omijał, jeśli tylko mógł. A czasem się na nich pojawiał, nawet jeśli całym sobą tego nie chciał.
    Gala organizowana przez gubernator Nowego Jorku należała do tej drugiej kategorii. To był szczególnie ważny moment, którego nie mógł pominąć, zwłaszcza że rodzina Kang utrzymywała z organizatorami ciepłe stosunki. Jeśli miały takimi pozostać, James również musiał wykazać choć odrobinę zaangażowania — i robił to. To prawda, nie cierpiał tych okoliczności, jak i nie znosił przebywania wśród nowojorskich elit. A jednak wciąż to robił. Doskonale rozumiał, czego od niego oczekiwano i jaka była jego rola. W pełni to zaakceptował. Żył tak, jak należało – nawet jeśli czasem miało to smak gorzkiego obowiązku.

    Do rezydencji, w której odbywała się gala, przyjechał sam. Naomi wyjechała wcześniej, więc powinna była znajdować się już w samym środku wydarzeń. Blask fleszy i tłum elegancko ubranych gości były jasnym sygnałem, że zebrała się tu śmietanka świata biznesu i rozrywki. Sam był więc zaskoczony, że od prawie roku udawało mu się utrzymać związek z Naomi w tajemnicy, ujawniając go jedynie w wąskim, zaufanym gronie. Wiedział, że w końcu będą musieli oficjalnie wyjść z tym na światło dzienne, ale na pewno nie teraz. Naomi również nie naciskała. Była cierpliwa i wyrozumiała, doskonale zdając sobie sprawę, że James musi uporządkować w głowie pewne sprawy. Nigdy nie robiła mu z tego powodu wyrzutów – sama przecież wychowała się w tym świecie przepychu i pozorów, którego hipokryzja tak go mierziła. Nie docierało do niego, że sam był częścią tej rzeczywistości, a Naomi – jeszcze bardziej. Być może to właśnie dlatego ich związek wydawał się tak naturalny. Łączyło ich pragnienie czegoś więcej niż tylko bogactwa i kariery, o których, jak się okazało, marzyła Astrid.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy wszedł do środka, jego wzrok niemal od razu odnalazł Naomi, zajętą rozmową z Valerie Chang, jedną z najbardziej wpływowych kobiet w branży artystycznej. Od lat budowała swoją pozycję jako kolekcjonerka, kuratorka i właścicielka prestiżowych galerii w Nowym Jorku i Paryżu. Znana była z bezbłędnego wyczucia trendów oraz umiejętności odkrywania nowych talentów, które później osiągały międzynarodowy sukces. Valerie była elegancka, pewna siebie i precyzyjna w słowach – uosobienie nowoczesnej kobiety sukcesu, która pozostawała wierna swoim ideałom, a jednocześnie osoby, której opinia mogła wynieść artystę na szczyt albo całkowicie pogrzebać jego karierę. James nie był więc zaskoczony, że jego partnetka rozmawiała akurat z nią – z jakiegoś powodu Naomi zawsze ciągnęło do kobiet, którym udało się wyrwać ze szponu oczekiwań. Gdy go zauważyła, posłała mu krótkie, uprzejme spojrzenie, po czym wróciła do rozmowy z Valerie Chang. James odpowiedział tym samym, po czym ruszył przed siebie, witając się z kolejnymi osobami – zarówno tymi, którzy podchodzili do niego pierwsi, jak i tymi, którym sam zdecydował się uścisnąć dłoń.
      Na chwilę dłużej zatrzymał się przy jednym z oddalonych stolików, gdzie w spokoju mógł zamienić kilka słów z Davidem Whitmore’em, wpływowym inwestorem. David był mężczyzną po sześćdziesiątce, o surowej, ale przyjaznej aparycji. Znał Jamesa od lat i, choć nie był członkiem rodziny, cieszył się zaufaniem Kangów, a szczególnie jego ojca, Jinwoo.

      — Mam nadzieję, że wkrótce doczekamy się waszego oficjalnego debiutu, Jamesie. Tworzycie piękną parę — oznajmił David, klepiąc go po ramieniu. James uśmiechnął się z wdzięcznością i skinął głową — Pójdę przywitać się z Anną, w razie czego wiesz, gdzie mnie szukać — dodał, po czym pożegnał się i odszedł. To właśnie wtedy James dostrzegł obraz, którego nigdy więcej nie spodziewał się zobaczyć w tym miejscu.

      Astrid. Jego Astrid, stojąca zaledwie kilka metrów od niego.

      Na jego twarzy pojawiło się szczere zaskoczenie, które momentalnie zmieszało się z dezorientacją, a w umyśle echem odbijało się pytanie co ona tu robi? Po ostatnich decyzjach Archibalda Ashforda zakładał, że udało jej się osiągnąć pewien sukces, ale czy na tyle wielki, by dostała zaproszenie na tę galę? Szczerze w to wątpił – bez cienia złośliwości. Istniały więc tylko dwie opcje – albo to przypadek, który powinien zignorować, albo spróbować dowiedzieć się, co tutaj robiła. Doskonale wiedział, jaką decyzję powinien podjąć.

      Ale doskonale też wiedział, jaką chciał wybrać.

      Rozejrzał się dyskretnie dookoła, jakby podświadomie upewniając się, że w pobliżu nie było jego rodziców, Hannah ani Naomi. Dopiero wtedy pewnym krokiem ruszył w jej stronę. Astrid wyglądała zniewalająco, ale jednocześnie przypominała zagubioną owcę bez pasterza.

      — Astrid — powiedział, zatrzymując się naprzeciw niej, ale nie wyciągnął dłoni na powitanie. Ich spojrzenia spotkały się, a napięcie między nimi było niemal namacalne. — Co tu robisz? — zapytał cicho, ale stanowczo.

      so I drown it out like I always do

      Usuń
  11. Lekarz omawiał Alexowi wyniki badań i zapowiedział, co jeszcze czeka starego Archibalda w ciągu najbliższych kilku godzin, ale jemu wystarczyła sama informacja, że nie dowiedzieli się na razie niczego więcej, niż było to ustalone na samym początku. Po jaką ciężką cholerę ktoś postanowił złapać za ten pieprzony telefon i marnować jego czas na opowiadanie o próbach wątrobowych, skoro nie wykazały niczego niepokojącego? Kiedy się rozłączał (a zrobił to w samą porę, żeby lekarz po drugiej stronie nie usłyszał kilku niemiłych słów o sobie i swojej matce), spotkanie z zarządem trwało już od kilku minut. O ile w ogóle trwało. Alex nie miał wątpliwości co do kompetencji Astrid, bo skoro otrzymała konkretne polecenie, to w równie konkretny sposób potrafiła je wykonać, ale zarząd – a przynajmniej jego część – była gotowa wstać od stołu i podziękować za rozmowę z malutką płotką. Znał tych kretynów aż za dobrze. Im więcej mieli do powiedzenia i do pokazania swoim kretyńskim zachowaniem, tym większe było prawdopodobieństwo, że znaleźli się w tym zarządzie przez przypadek i mają do zaoferowania firmie tyle, co nie przymierzając papcio Stefan biegający ze szczotką i mopem dwa piętra niżej.
    W sali konferencyjnej jeszcze nie polała się krew i flaki, ale było gorąco.
    — O proszę, nasz wielki przywódca zaszczycił nas swoją obecnością — to był Clarke. Czerwony i spocony na twarzy jak świnia przed ubojem. Mało brakowało, żeby zaczęła mu kapać z ust ślina. — Możesz nam wyjaśnić, dlaczego to dziecię planuje zniszczyć spółkę, którą przez lata budowałem?
    — Bo to dziecię, Clark — zaczął Alex i zajął spokojnie krzesło obok Astrid. Rozpiął guzik marynarki i pochylił się lekko nad stołem. — Lepiej od ciebie zdaje sobie sprawę, że nie jesteśmy instytucją charytatywną. Ile jeszcze mam wpompować w ten badziew, żeby nie urażać twojej dumy?
    — Nie chodzi o moją dumę, tylko o przyszłość tej spółki. I od kiedy to wielki Alex Ashford podejmuje decyzje, słuchając swojej… Asystentki? — Clark spojrzał wymownie po twarzach pozostałych członków zarządu.
    — Otóż to — wtrącił Wallace. Stary, suchy i pomarszczony jak rodzynka. — Może zanim zaczniemy mówić o finansach, warto ustalić, czy mamy do czynienia z analizą ekonomiczną, czy może decyzją opartą na innych przesłankach?
    Alex znał tę śpiewkę aż za dobrze. Wallace’a zignorował. Ten suchotnik nie wpadłby samodzielnie na pomysł uderzania w osobiste tony, gdyby nie został wcześniej do tego przygotowany.
    ¬— Więc twoim jedynym kontrargumentem, Clark, jest insynuacja, że decyduję o milionowych inwestycjach, kierując się osobistymi preferencjami?
    Żeby nie powiedzieć, że w wolnych chwilach, rekreacyjnie, posuwa swoją byłą asystentkę i zachować chociaż minimum kultury tego spotkania.
    — Przecież wszyscy wiemy, że spisała ten raport pół godziny przed zebraniem. Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że wiesz, co się w ogóle w nim znajduje?
    — Clark, konkretnie — przerwał mu Alex. Wstał od stołu, w pełnej gotowości do zakończenia tej farsy, ale ruszył lekko ręką, żeby zatrzymać jeszcze Astrid na jej miejscu i dać jej do zrozumienia, żeby nie pozwoliła się sprowokować. — O co ci tak naprawdę chodzi? Że wolę zaufać wyliczeniom kompetentnej osoby, niż twoim sentymentom? Potrzebujesz kozła ofiarnego, tylko bezpieczniej ci zahaczyć o pannę Chen, niż uderzyć we mnie bezpośrednio? Dać ci jeszcze kilka minut na wymyślenie argumentu związanego z finansami, a nie z moim łóżkiem, czy może wezwiemy tu jednego z analityków z twojego zespołu i niech się tu posra nad tym raportem, bo przecież obaj wiemy, że nie znajdzie w nim pomyłki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapadła głucha cisza. Przez kilka długich sekund w sali rozchodziło się tylko ciche tykanie zegara.
      — Jak rozumiem, nie mamy więcej sprzeciwów — Alex popatrzył po twarzach zebranych, a na sam koniec zostawił zarezerwowany dla pana Clarka, lekki, ale tym bardziej cwany i irytujący uśmiech. Clark przecenił siłę plotki, a to jeszcze bardziej odbiło się na kolorycie jego twarzy. — Zebranie uważam za zakończone. Panna Chen przygotuje ostateczny plan działania dla Jones Apparel Group Inc.
      Alex wystrzelił z sali konferencyjnej jako pierwszy. Pozostali w milczeniu zbierali swoje notatki, niektórzy zamykali laptopy, ktoś nerwowo przetrzepywał kieszenie marynarki i szukał papierosów, ale Ashford myślami był już przy zbliżającym się spotkaniu z prezesem Everline Industries. Zamierzał jeszcze wrócić do swojego biura, przejrzeć dokumenty, przygotować się na kolejną batalię, na którą niespecjalnie miał dzisiaj siły, ale mimochodem obejrzał się jeszcze za siebie, przez oszkloną ścianę sali konferencyjnej. Czyżby ta świnia Clark miał jeszcze czelność atakować Astrid po jego wyjściu?

      Alex

      Usuń
  12. Monopol?Zmarszczył brwi, nie tyle w gniewie, co w wyraźnym niesmaku. Chociaż ostatnie dwa lata przyniosły wiele zmian, James Kang wciąż stronił od luksusowych wydarzeń i wszystkiego, co wiązało się z przepychem. Myśl, że mógłby posiadać jakikolwiek monopol, wydawała mu się wręcz absurdalna. A jednak, gdy usłyszał jej słowa, zrozumiał swój błąd. Nie powinien był podchodzić. Nie powinien był pytać. Nie powinien był pozwolić sobie na choćby cień emocji, które zwykle tak skrupulatnie w sobie tłumił.

    Ale z Astrid Chen nic nigdy nie było proste.

    Nie widział jej dwa lata — dwa lata walki, by nie myśleć o niej, by wyrwać ją ze swojej codzienności, ze swoich myśli, lecz bezskutecznie. Chłodne, bezsenne noce wciąż przynosiły pytania, na które nie chciał znać odpowiedzi. Czy miała kogoś, do kogo mogła się przytulić? Czy nadal piła kawę tak samo jak kiedyś, czy może spróbowała czegoś nowego? Kiedy przypadkiem natrafiał na kanały, które mu pokazała, zastanawiał się, czy rozbawił ją ten sam żart, co jego. Astrid wciąż istniała w niuansach jego rzeczywistości, w najdrobniejszych szczegółach prozy życia, której nie dało się po prostu wymazać. Przez te dwa lata zmienił elementy swojej rzeczywistości, dokonał wyborów, które miały odciąć go od przeszłości. Związał się z kimś innym – z kimś, kto podzielał jego wartości i pragnienia. Jednocześnie łudził się, że w ten sposób wyprze Astrid ze swojego świata. Ale nie mógł przecież złożyć w ofierze własnego serca ani umysłu – tych części siebie, które, niezależnie od jego woli, nadal należały do niej.
    Czy więc miał prawo do zaskoczenia, do dezorientacji, do tej ulotnej chwili zwątpienia? Być może. Ale jedno wiedział na pewno – nie powinien był podchodzić. Nawet jeśli właśnie tego chciał. Teraz jednak było już za późno.
    Wyprostował się, uważnie słuchając jej słów. Astrid wydawała się nonszalancka, niemal obojętna, jej głos brzmiał wręcz cynicznie, jakby to spotkanie nie miało najmniejszego znaczenia. A jednak nie potrafiła znieść ciężaru jego spojrzenia dłużej niż kilka sekund. Nie umiała patrzeć mu w oczy z tą samą pewnością, która pobrzmiewała w jej słowach. Mimowolnie uniósł kącik ust i wsunął dłoń do kieszeni garnituru.

    — Nie. Pytam z czystej ciekawości, Astrid — odparł z pozornym spokojem, zachowując uprzejmość, jakby chciał uniknąć niebezpiecznej gry słów, w którą tak łatwo mogliby się przecież wciągnąć.
    Ale gdy usłyszał jej kolejne zdanie, zareagował. Instynktownie się wyprostował, a brwi delikatnie zmarszczyły się w odruchowej reakcji. Jego mięśnie napięły się, a podbródek uniósł się lekko w górę.

    Do mojego świata weszłaś już dawno, szkoda tylko, że nie potrafię wypuścić cię z niego na zawsze.

    To właśnie mógłby jej powiedzieć. To była prawda, czysta i bolesna. To była melodia jego tęsknoty, nuta miłości, która wciąż pobrzmiewała w jego duszy. Ale James Kang nie był gotów na tę prawdę, nawet jeśli napięcie między nimi było niemal namacalne – symfonia wielkiej tęsknoty i nieszczęśliwej miłości, której nigdy nie potrafili uchwycić na zawsze. Los zawsze podkładał im kłody pod nogi, utrudniał drogę do siebie. A gdy zdawało się, że wszystko zaczęło się układać, okazało się, że największą próbą dla nich miała być sama Astrid. Tej bitwy nie mógł wygrać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podświadomość jednak ciągle podpowiadała mu, że gdyby tylko spróbował dostrzec coś więcej… Gdyby tylko miał odwagę, by przebić się przez mur, który Astrid tak skrupulatnie wokół siebie wzniosła, może i mógłby poznać głębszą prawdę. Ale czy naprawdę chciał wiedzieć, co kryje się po drugiej stronie?

      — Ashford Capital nie jest twoim światem, tylko twojego szefa — odparł, unosząc brew. — Widzę, że dalej przeżywasz fakt, że będziesz zmuszona ze mną współpracować. Droga Astrid, tak. To mógłby być Harper, ale nie jest.

      Nie musiał jej się tłumaczyć z podjętej decyzji. Prawdą było, że James nie zajmował się Ashford Capital, a Harper z pewnością chętnie przejąłby tę sprawę. Jednak Harper bywał niespokojny, więc z rozsądku ustąpił mu miejsca, gdy James wyjaśnił, dlaczego chce się tym zająć osobiście. Co zabawne, naprawdę wierzył, że chodzi wyłącznie o istotę tego klienta i fachowe rozwiązanie sprawy. Bo przecież chodziło tylko o to, prawda?
      A jednak od momentu spotkania z Astrid nie potrafił się skupić. Unikał Naomi i zamknął się w swoim biurze, wpatrując się w nowojorską panoramę, nie wiedząc nawet, jak długo tam tkwił. Targały nim emocje, których wcale nie chciałby czuć, a wydawało się, że nie miał nad nimi żadnej kontroli. Nawet nie zdążył się z nimi uporać, a ona znowu stanęła mu na drodze. Albo on jej.

      Gdy Astrid odstawiła kieliszek i przybliżyła się do niego, jego serce zabiło mocniej. Wyraz twarzy pozostał kamienny, lecz w środku wszystko wrzało. Już dawno nie miała go tak blisko. Nawet nie pomyślał o tym, co powiedziałaby Naomi, gdyby zobaczyła tę rozmowę. Nawet ślepy dostrzegłby, ile między nimi było emocji, tych niewypowiedzianych słów, a w nim samym płonącego w nich gniewu, żalu, frustracji. To był obraz pełen barw i niekoniecznie wszystkie z nich były tym, z czego James Kang byłby dumny. Bo czuł złość zazdrość. Czystą, obezwładniającą zazdrość, bo nie mógł ułożyć sobie w głowie tego, że Astrid była czyjąś osobą towarzyszącą. I to nie byle kogo.

      Wyprostował się, wpatrując w nią uważnie.

      — Ciekawe… — wydukał — Zdawało mi się, że chciałaś móc sama przychodzić na takie gale. A jednak po prostu zmieniłaś swoją kartę — dodał. Głos miał beznamiętny, lecz w jego oczach wrzała burza. Tak, to było złośliwe. To było nie na miejscu. Było wręcz zaprzeczeniem jego wartości, moralności i osobowości. Ale już i tak było mu wszystko jedno.

      Odchrząknął i również odsunął się o krok, instynktownie dbając o odpowiednią postawę. Rozejrzał się, na chwilę zatrzymując wzrok na Ethanie, aż nagle w pobliżu zauważył Naomi. Westchnął cicho. Wiedział, że gdy wrócą do domu, nic nie powie ani tego nie skomentuje. Ale też wiedział, ile niepewności jej to przyniesie. Musiał jednak spojrzeć z powrotem na Astrid. Jego wzrok był chłodny, gdy lustrował ją spojrzeniem, po czym przytaknął.

      — Tak, Astrid — Mogłaś być tego częścią, ale nie chciałaś. — Wiele się zmieniło, ale niektóre rzeczy pozostają niezmienne.

      My heart's crippled by the vein that I keep on closing
      You cut me open and I keep bleeding love

      Usuń
  13. Wzruszyła ramionami na sugestię o tym, że ludzie rodzili się z paskudnym charakterem. Jakoś w to nie wierzyła. Prędzej byłaby w stanie uwierzyć w to, że charakter kształtował się wraz z człowiekiem, w końcu był jego nieodłączną częścią. Wolała w to wierzyć, wtedy znajdowałaby jakiekolwiek usprawiedliwienie na to, że szef Astrid nie był skończoną szują.
    Choć był. Dlaczego więc chciała z tym walczyć.
    — Dobrze przynajmniej, że kiedy się nie odzywa, to bez bólu można na niego popatrzeć — zaśmiała się, odgarniając kosmyk włosów za ucho. Najchętniej to w ogóle nie rozmawiałaby o Ashfordzie, ale nie mogła pozwolić sobie na taki luksus, bo w końcu Alex niewątpliwie zainteresowany był jej firmą. Właściwie to obiema firmami i udziałami w nich. Westchnęła, spoglądając na Astrid.
    Dziewczyna nie była niczemu winna, dlatego Liv postanowiła nie ciągnąć tego tematu. O wiele przyjemniej słuchało się informacji o powodzeniu przeszczepu, o rozkwitającym Nicku. Trochę mu tego zazdrościła, tego nieśmiałego poznawania życia, na które człowieka stać tylko raz.
    — Na takie wieści warto czekać — przyznała w końcu. Posłała ciepły uśmiech w kierunku młodej kobiety. Nie udawała, bo choć jako pani prezes zachowywała się inaczej niż jako pani doktor w klinice, to przy Astrid nie musiała zakładać tej niewdzięcznej, chłodnej maski, której zwyczajnie nie lubiła.
    Twierdziła, że to życie zmuszało ją do tego, aby być zimną suką bez skrupułów i cóż, jeżeli tylko tego chciała, mogła uczyć się właśnie od Alexa Ashforda i pewnie gdyby to ktokolwiek inny trafił dzisiaj do jej gabinetu, sięgnęłaby na wyżyny tych umiejętności.
    — Pierwsza miłość? — Podrapała się lekko po policzku. — Będę milczeć jak zaklęta, ale… cholera, zazdroszczę mu. To były czasy… — mruknęła, niby to lekko rozmarzona, chociaż swoją pierwszą miłość utożsamiała raczej z tym, że wzdychała do zajętego faceta. Z perspektywy czasu, to nie było nic dobrego.
    — O sympatię twojego szefa nietrudno, jeśli ma się coś, co może dać mu pieniądze — zauważyła, ale wzruszyła znowu lekko ramionami. — Uwierz mi, zrobiłabym wszystko, żeby dał mi święty spokój — przyznała, bo ostatnia wizyta Alexa w siedzibie jej spółek przyprawiła ją o kilkudniową migrenę. — Ty nic nie wiesz?

    Olivia

    OdpowiedzUsuń
  14. Zastanawiał się, czy dostrzegała w jego spojrzeniu, że absolutnie nic nie było tak proste i oczywiste, jakim powinno być. Oczywiście, że nie zamknął tego rozdziału — nie potrafiłby. I chociaż kreował swoją nową rzeczywistość u boku Naomi Kim, tamto życie, tamten piękny świat, który stworzyli z Astrid, wciąż wołał do niego, trzymając go za rękę. Wiedział, że to nie było w porządku, ale nie był kłamcą. Choć uciekał od tej prawdy od długiego czasu, ona zawsze znajdowała sposób, by go dogonić. To ta prawda uświadamiała mu, jakie to wszystko było dziwne i niesprawiedliwe. Mieli przecież kochać się na zawsze, być razem, trwać… Ale nic nie było sprawiedliwe. A już na pewno nie to, że ich serca wciąż popychały ich ku sobie, choć przecież nie powinny. Astrid chciała swojego własnego życia – życia, w którym nie było miejsca dla Jamesa Kanga. Dlaczego więc jej wzrok był odbiciem jego własnych emocji i tęsknot?

    Czuł to — czuł napięcie, które wisiało w powietrzu. Gęste, lepkie, duszące, jak gdyby każda cząstka otaczającej ich przestrzeni niosła ciężar niewypowiedzianych słów, półprawd, zbyt wielu wspomnień. Nagle poczuł, że garnitur staje się zbyt ciasny, a krawat oplatający kołnierz jego koszuli dusi go, jakby chciał zamknąć mu usta. Słowa Astrid były tylko gwoździem do trumny — zabijały jego cierpliwość, wywracały wszystko do góry nogami. Ironią losu był fakt, że potrzebowali zaledwie jednego dnia od minionych dwóch lat, by móc go złamać.
    Wyprostował się i spojrzał na Astrid, unosząc brew. Kotłowały się w nim złość i żal. Wiedział, że ciemnowłosa próbuje wywołać w nim reakcję — zupełnie tak, jak on w niej. Mogli obwiniać siebie nawzajem, szukać usprawiedliwień w otoczeniu, ale prawda była taka, że to oni sami tworzyli to napięcie. To oni rozpalali te niewidzialne iskry, które lada chwila mogły zamienić się w niebezpieczny płomień.

    — Pamiętam wszystko — wyznał cicho, przekrzywiając lekko głowę. — Pamiętam też, że to nie życie zakończyło naszą historię — dodał bez cienia zawahania. Nie chciał jej ranić, ale nie chciał też ukrywać swojej prawdy.

    I nagle, w jednej chwili, wszystko się zmieniło. Wyraz twarzy Astrid złagodniał, a jej ciało zdradzało, że uciekała jej pewność siebie. Znał ją zbyt dobrze, by tego nie zauważyć. Zauważył to delikatne drżenie jej warg, subtelne zmrużenie oczu, które zdradzało niepokój lub zmartwienie. Widział, jak rumiane przed chwilą policzki bledną, a jej wzrok szuka czegoś w jego oczach. I nagle cała ta złość odpłynęła, pozostawiając miejsce zmartwieniu i obawie. Chciał wiedzieć, co się stało, co ją tak dręczyło. Chciał wziąć ją w ramiona, położyć dłoń na jej twarzy, cicho zapytać, czy wszystko jest w porządku. Chciał tak wiele… ale nic z tego nie było w zasięgu jego możliwości.
    Zamiast tego odwrócił się w stronę, w którą przed chwilą patrzyła Astrid. Wtedy go dostrzegł.

    Jinwoo Kang.

    James niemal natychmiast napiął się jak struna. Jego ojciec stał daleko, ale ten wyraz twarzy znał aż nazbyt dobrze. Żadna odległość nie mogła zablokować dostrzeżenia rozczarowania malującego się na jego obliczu. Ale to nie było tylko rozczarowanie… To była mieszanina pogardy i gniewu. James instynktownie odwrócił wzrok od ojca — niemal jak drobny akt nieposłuszeństwa — i spojrzał z powrotem na Astrid.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę już iść. Te słowa dotarły do niego dopiero wtedy, gdy Astrid już zniknęła. Stał w miejscu, obserwując, jak jej sylwetka znika w tłumie, a w głowie miał pustkę i mętlik jednocześnie. Nie rozumiał, co tak naprawdę się wydarzyło, a już tym bardziej dlaczego widok jego ojca tak bardzo ją speszył. Sam był przekonany, że jeśli ktokolwiek miał się czegoś obawiać, to on sam. James zakładał, że Jinwoo obserwował ich, bo chodziło o niego i Naomi, a Astrid przecież nie miała zielonego pojęcia o ich związku. Chociażby nie powinna… Tak, to prawda — jej relacja z jego ojcem nigdy nie była łatwa. Jinwoo nigdy nie uważał, że ta Chinka z Chinatown jest dobrą partią dla jego syna. Ale James wiedział, czego chce. Wiedział, kogo chce – a chciał Astrid Chen. Gdy się rozstali, był pewien, że ojciec w duchu świętował. Wciąż pamiętał słowa rodziców, że może tak będzie lepiej. Nie było, ale przecież nie dawał im tego do zrozumienia. Dlatego Jinwoo na pewno zakładał, że jego syn już dawno zapomniał o Astrid, traktując ją jak cień przeszłości. Przez jakiś czas James sam chciał w to wierzyć, ale teraz, stojąc w miejscu z sercem bijącym jak szalone, wiedział jedno – to nigdy nie była prawda. Kiedyś wiedział, kogo chce. Chciał Astrid Chen.

      I wciąż jej chciał — płomiennie, tęsknie, do bólu.

      Wiedział, że nie powinien reagować. Powinien odpuścić, zwłaszcza tej nocy, kiedy wokół było tyle ludzi... i była Naomi — kobieta, która przez ostatni rok była wszystkim, czym powinna być partnerka. Cudowna. Oddana. Cierpliwa. Miała uczynić go lepszym człowiekiem, kimś innym. Kimś, kto już nie potrzebował spojrzenia Astrid Chen, jej dotyku, pocałunków, bliskości, śmiechu. Ale to było niemożliwe…

      Jinwoo wciąż go obserwował. James czuł to palące spojrzenie na sobie. Patrzył na ojca, a jego wzrok niemal krzyczał Nie rób tego. Ale kiedy ich spojrzenia się spotkały, krew zaczęła mu pulsować w skroniach. W głowie wciąż brzmiał cichy szept Astrid. To jedno słowo. Jego imię. Serce niemal mu zadrżało. Znał jej głos w każdej odsłonie — wiedział, jak brzmi roześmiany, zirytowany, jak szeptany rozkosznie do ucha i jak pełen złości. Ten był inny. Ten głos niósł ciężar, którego nie była w stanie unieść sama.

      I wtedy wiedział już na pewno, że postawa ojca nie ma żadnego znaczenia.

      Ruszył przed siebie, pewnym krokiem. Minął ojca, obdarzając go tylko krótkim, twardym spojrzeniem – i pozostawił za sobą. Skierował się do tych samych drzwi, którymi wyszła Astrid. Musiał ją znaleźć, nawet jeśli oznaczało to, że zrani wszystkich wokół. Tak pewny nie był już od dawna. Wiedział, czego chce i gdzie chce być właśnie teraz.
      Przekroczył próg, wychodząc prosto w chłód nowojorskiej nocy. Zimne powietrze uderzyło go w twarz. Rozejrzał się nerwowo, serce waliło mu jak oszalałe.
      I wtedy ją zobaczył – stała tam, oparta o barierkę. Świat przez moment się zatrzymał. Stał jak zahipnotyzowany, patrząc na nią, na każdy jej ruch, każde drżenie dłoni. Czuł każdą emocję, którą wykrzykiwało jej ciało, a ponad wszystko czuł, jak między nimi rozciąga się niewidzialna nić — napięta do granic wytrzymałości, gotowa pęknąć przy najmniejszym ruchu. I wiedział, że właśnie teraz pęka, a on sam pękał razem z nią. Nie było już odwrotu.

      Ruszył powoli w jej stronę, czując, jak z każdym krokiem oddech staje się cięższy.

      — Astrid — powiedział cicho, stając za nią. — Co muszę? — zapytał, robiąc ostatni krok. Dzieliły ich już tylko centymetry. Stał tuż za jej plecami. — Zanim odeszłaś, powiedziałaś, że muszę... Tylko co? — szepnął, czekając cierpliwie na prawdę.

      even when you're gone, the feelin' just grow stronger
      should leave it alone but you're still gettin' closer

      Usuń
  15. [ Hej! Dziękuje za przywitanie! :D
    Jeju, Tajwan ♥ Sama mieszkałam tam pół roku i jestem nadal zakochana, więc czuje jakąś drobną więź z twoją postacią! Piękny kraj, cudowni ludzie, zupełnie inny świat, mocno odróżniający się od innych dalekowschodnich krajów Azji! Ach, aż wpadłam w wir sentymentu haha!
    Astrid nie miała łatwego życia, stać się rodzicem we własnym domem w młodym wieku, to jedno z gorszych rzeczy :c Niemniej, podziwiam za jej ducha walki!
    Na wątek chętnie się skusimy! Może umówmy się na burzę mózgów? Jak coś zapraszam cię na maila, może być wygodniej: iwoyii@gmail.com ]

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  16. Wieczorem wrócił do domu naprawdę zmęczony, wręcz przeczołgany po długiej sesji zdjęciowej. Fotograf był kapryśny, a Nathaniel miał przez to fatalny humor. Ile można słuchać, że stoi się o milimetr za bardzo w prawo? Mimo że na co dzień był spokojny i łagodny, tym razem nerwy zaczęły brać nad nim górę. Oczywiście, jak na Azjatę przystało, umiał zdusić emocje w sobie, by nie utrudniać pracy innym. Widział, że cała ekipa była poddenerwowana – nikt nie uniknął choćby jednej krytycznej uwagi od fotografa. Oberwało się wszystkim, od makijażystów po asystenta, który przyniósł kawę odrobinę za słodką.
    Nathaniel nie potrafił zrozumieć, jak można tak traktować ludzi. Każdy miał prawo do gorszego dnia, do narastających problemów, ale istniały inne sposoby na rozładowanie napięcia niż wyładowywanie się na innych.
    Nie zamierzał jednak dłużej o tym myśleć. Zapiął swojego psa w szelki, sam przebrał się w wygodne dresy i wyszedł pobiegać. Biegł szybko, bardzo szybko. Czuł narastający ból w mięśniach, ale właśnie to przynosiło mu ukojenie. Już nie mógł się doczekać chwili relaksu przy spokojnej muzyce i gorącej kąpieli. Im mocniej się zmęczy, tym przyjemniejszy będzie odpoczynek. Zatrzymał się dopiero, gdy zauważył, że Baram ma dość intensywnego biegu. Podał mu wodę, pozwolił chwilę odpocząć, a potem razem ruszyli w drogę powrotną.
    Baram wypił jeszcze całą miskę wody i ułożył się na kanapie. W tym czasie Nathaniel przygotował kąpiel, porządnie się rozciągnął, by uniknąć zakwasów, i włączył swoją ulubioną playlistę. Ciepła woda pozwoliła mu rozluźnić mięśnie i ukoić umysł. Od razu poczuł się lepiej. Był gotowy na kolejny dzień.
    A ten nadszedł szybko. Na szczęście miał wolne, więc nie śpieszył się ze wstawaniem, ku niezadowoleniu swojego czworonożnego towarzysza. Baram domagał się śniadania i długiego spaceru. Pogoda robiła się coraz przyjemniejsza, zachęcając do odkrywania nowych tras i obwąchiwania nieznanych terenów.
    W końcu Nathaniel wstał. Postanowił zjeść śniadanie i wypić kawę po drodze, więc po porannej toalecie wyruszyli na spacer. Odwiedzili kawiarnię, gdzie Nate kupił największą możliwą kawę i bajgla z łososiem. Postanowił zjeść go w parku, podczas gdy Baram pobawi się na wybiegu dla psów.
    Już z daleka widział wybieg, więc spuścił psa ze smyczy. Ku jego zaskoczeniu, Baram pobiegł w innym kierunku.
    – Baram! – zawołał, ale pies już dotarł do celu, którym okazała się kobieta z ciasteczkiem, jak ostatnio nazwał ją Nathaniel. Jak zwykle, Baram usiadł obok niej, machając ogonem i beztrosko podjadając jej przekąskę.
    – Ach, to pani! – powiedział, gdy w końcu dobiegł na miejsce. – To wiele wyjaśnia, czemu tak bardzo chciał pobiec w tamtą stronę – zaśmiał się. – I znów muszę panią bardzo przeprosić – dodał z lekkim uśmiechem.
    Baram z jakiegoś powodu upatrzył sobie tę kobietę. Mimo że wyglądem budził respekt, w rzeczywistości był potulny jak owca.

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  17. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  18. To miasto nigdy nie spało, ale w tej jednej chwili James mógł przysiąc, że wszystko wokół niego zamarło. Mimo hałasu nocy, pełni świateł i pulsującego życia, czuł się tak, jakby stał w samym środku pustki – pustki, którą wypełnić mogła tylko Astrid Chen. Kątem oka rejestrował samochody sunące po ulicach, neonowe billboardy odbijające się w mokrym asfalcie, lecz jego świat skurczył się wyłącznie do niej. Wciąż stała naprzeciwko, a w jej oczach błyszczało coś, co znał aż za dobrze. Nie da się zapomnieć takich szczegółów, gdy dotyczą one pierwszej miłości. Nie wiedział jednak, co było gorsze – świadomość, że ta niewidzialna nić wciąż ich łączy, czy to, że ten błysk w jej spojrzeniu przypominał ten sam, który dostrzegł, gdy odchodziła. Już wtedy, mimo wszystko, czuł, że coś było nie tak. Nigdy nie potrafił pogodzić się z myślą, że zostawiła go dla kariery. Tak, Astrid zawsze była ambitna, waleczna, niezależna – to część tego, co w niej kochał. Ale przy nim to wszystko traciło znaczenie. Kiedy byli razem, żadne nie musiało walczyć. Jego świat istniał dla niej. On istniał dla niej. Jak więc mógł uwierzyć, że porzuciła to, co budowali przez ponad dwie dekady, dla pieniędzy, pozycji, jakiegoś złudnego znaczenia w bezwzględnym świecie biznesu?
    Teraz jednak coś dodało mu odwagi. Może była to głupota, może intuicja, może kaprys losu – czymkolwiek to było, zadziałało. Tym razem nie pozwoli jej odejść bez odpowiedzi, nawet jeśli miał zapłacić za to najwyższą cenę.
    Ale jakie miało to znaczenie w obliczu Astrid Chen?

    Oddech wciąż mu się nie uspokoił, a serce waliło mu w piersi w rytmie frustracji i nadziei, gdy jej słowa rozbrzmiały w chłodnym nowojorskim powietrzu. Zmarszczył brwi, układając dłonie na biodrach, po czym zrobił krok w jej stronę. Jak to możliwe? Była na wyciągnięcie ręki, a mimo to wciąż wydawała się tak odległa…

    — Astrid… — zaczął, a w jego głosie pobrzmiewała rezygnacja. Jej imię zasmakowało mu w ustach goryczą dawnych wspomnień, wypłukując słodycz tego, co kiedyś było między nimi. Nie dlatego, że widział chłód w jej oczach czy zawziętość tak ostrą, że mogła niemal przeciąć jego serce na pół. Nie w tym był problem. Problem tkwił w tym, że całym sobą czuł, że ta starannie wykreowana fasada była tarczą. Jednocześnie bronią i pancerzem, bo Astrid uciekała. Tylko przed kim? Przed nim? A może przed sobą samą?

    — Nie mógłbym zapomnieć o hóng xiàn — powiedział cicho, patrząc jej prosto w oczy. Nie kłamał. Słyszał tę legendę wiele razy, ale po raz pierwszy właśnie od niej – od Astrid, jeszcze wtedy, gdy mieli po naście lat i snuli wielkie plany na przyszłość. Każde z nich pragnęło czegoś innego, ale mimo to wciąż podążali tą samą drogą. Odbijali się od siebie tylko po to, by znów znaleźć się w tym samym miejscu. Jak fale, które na chwilę oddalają się od siebie, by w końcu spotkać się w punkcie kulminacyjnym. Wierzył w hóng xiàn. Wiedział, że jeśli ta czerwona nić przeznaczenia jest komuś pisana, żadna siła nie zdoła jej zerwać. A przecież im była… Babcia Eunhee zawsze powtarzała, że ludzie często walczą z tym, co nieuniknione. I może właśnie to robili oni – uparcie uciekali przed czymś, czego i tak nie dało się zmienić. Teraz, patrząc na Astrid, James czuł, jak ta nić zaciska się wokół nich – splątana, poszarpana, ale wciąż obecna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie mógłbym zapomnieć o hóng xiàn — powtórzył, kręcąc głową. Astrid miała rację, los lubił pisać absurdalne scenariusze. Lubił ranić i naśmiewać się, przynosić fałszywe nadzieje. Ale los też nie zapominał — Jeśli naprawdę w to wierzysz, to wiesz równie dobrze jak ja, że to nie jest tylko zbieg okoliczności, Astrid — powiedział niskim, ciężkim od emocji głosem. Nie odrywał od niej wzroku, zaciskając zęby. James był dobry w odcinaniu się od emocji, ale te ostatnie dwa lata były próbą. I najwidoczniej jej nie przetrwał. Teraz to rozumiał, gdy miał ją przed sobą.

      — Nie chce niczego utrudniać, rozumiem co masz na myśli — odpowiedział i przytaknął. Nie kłamał. Wiedział przecież, że w obliczu tego ogromnego świata nie mieli spotkać się już nigdy… A jednak zrobili to, nawet jeśli z jego lekką pomocą. Cóż, może i rzeczywiście to jego kolega powinien był przejąć tę sprawę, ułatwiając rzeczywistość w której żył James Kang. A mimo to, nie wyobrażał sobie tego… Nie teraz, gdy – choćby na moment – mógł ją mieć znów w swoim życiu.

      Na chwilę odwrócił wzrok na miasto, oświetlone milionem świateł. Ulica wokół tętniła życiem. Przechodnie mijali ich obojętnie, zupełnie obcy ludzie zajęci swoimi sprawami, swoimi rozterkami, miłostkami. Jego wyraz twarzy złagodniał, gdy uświadomił sobie, że razem z Astrid byli tylko dwojgiem ludzi w oceanie innych istnień. A mimo to, oboje zdawali się czuć ciężar całego tego świata na swoich własnych barkach.

      — Astrid… — zaczął cicho, ale stanowczo. Skierował na nią wzrok i odetchnął głęboko. Nie mógł poddać się tak łatwo — Jeśli nie odpowiesz teraz, nie zapytam już nigdy więcej — zrobił krok bliżej — Obiecuję, że wtedy się odwrócę, wrócę na tę galę i jedyne, na co będziesz mogła liczyć z mojej strony, to profesjonalizm. Obiecuję.

      Patrzył jej głęboko w oczy, jak gdyby sam chciał odnaleźć w nich prawdę. Jego słowa nie były groźbą. Nie były ostrzeżeniem. Były czystą obietnicą – zapewniały, że nie przekroczy granic. Tak jak nie zrobił tego wtedy, gdy odeszła.

      — Co się dzieje? — zapytał, a na jego twarzy malowała się szczera troska.

      To była ostatnia szansa.

      — Co muszę, Astrid?

      I don't know what I'm supposed to do
      Haunted by the ghost of you

      Usuń
  19. Alex był gotów interweniować. Nie nabrał nagle rycerskiego zapału, ale miał zwyczajnie w świecie dość tego gnoja, który podobnymi durnotami sabotował niemal każde posiedzenie zarządu. Stary pierdziel. Jeszcze można było zrozumieć stażystów i początkujących młodych asystentów, że zajmują się niedorzecznymi płotami, ale poddziadziałego prawie emeryta nie tłumaczyło tutaj nic poza potrzebą wybicia się ponad ludzi osiągających w firmie więcej w ciągu roku, niż on przez całe swoje zasrane życie. Astrid była doskonała w tym, co właśnie robiła. Jeśli Ashford miał kiedykolwiek poczuć coś zbliżonego do dumy, to dokładnie w tym momencie. Jego protegowana, jego twór rozsmarowała tego robaka po podłodze i nawet nie mrugnęła przy tym okiem. Nie pozwoliła, aby wypłynęły z niej emocje, aby choćby na sekundę przejęły nad nią kontrolę. Przyjemnie się na to patrzyło. To niewinne dziewczę, które parę lat temu po raz pierwszy przekroczyło progi AC, powoli odchodziło w niepamięć, a jego miejsce zajmowała kobieta pewna siebie, stanowcza, momentami wręcz drapieżna, która nie potrzebowała już nad sobą żadnego nadzoru. I Alex to wiedział.
    Wiedział też, że mogła mu zastąpić dokumentnie każdego współpracownika, który miał szczęście (albo nieszczęście) przewijać się codziennie przez jego biuro i wiele z ich zadań wykonałaby małym palcem lewej ręki. Coraz częściej mu to udowadniała.
    — Fantastycznie, sesja w szpitalu psychiatrycznym zaliczona — powiedział, kiedy Astrid wyszła z sali konferencyjnej. Nie mógł się oprzeć – popatrzył jeszcze raz na tego obleśnego, starego grubasa i okazało się, że jeszcze nie zapakował swojej aktówki. Stał w tym samym miejscu, patrzył po pozostałych członkach zarządu, ale nikt nie odpowiedział mu na nieme wezwanie pomocy. Łaknął jednego słowa uznania. Pokiwania głową. Przychylnego mrugnięcia okiem? Jakiegoś potwierdzenia, że nie został ze swoimi myślami, gniewem, poczuciem niesprawiedliwości zupełnie sam. Przemyśleli, kogo atakują? Czy te ameby w ogóle potrafią myśleć? — Następnym razem nie dyskutuj. Strzel mu w pysk i zagroź skurwielowi pozwem. Zniesławienie, mobbing, podciągnij to pod co chcesz. Będzie się bał samego smrodu takiego papieru.
    Alex spojrzał na zegarek. Mały, elegancki. Był do niego niezdrowo przywiązany.
    — Bądź gotowa za dwadzieścia minut. Facet z Everline Industries nie chce gadać z nikim oprócz mojego ojca, trzeba będzie sukinsyna czymś docisnąć.
    Po młodym Ashfordzie prawie wszystko spływało jak po kaczce. Mogli nazywać go skurwielem, mogli go unikać, siać ploty, rezygnować ze współpracy z nim po pierwszych kilku godzinach, ale jedna rzecz uwierała go jak szpilka wbita w tyłek. Porównywanie go do ojca. Oczekiwania, że poprowadzi firmę tak samo, jak prowadził ją on. Że będzie współpracował na podobnych zasadach, szukał wspólników w tych samych miejscach, co on. Męczyło go udowadnianie na każdym kroku, że to co ma w głowie, sprawdza się tak samo dobrze, a nawet i lepiej, i że rozmowa z nim – choć niechciana – może przynieść nieoczekiwany, choć pozytywny skutek. I mimo, że go to męczyło, nie potrafił odpuścić. Był nim i nie był jednocześnie. Zawdzięczał mu wiele, ale o jeszcze więcej zadbał sam. I czasami to ciągle było za mało.
    W drodze do siedziby Everline Industries Alex nie odezwał się ani słowem. Wycieraczki nie nadążały zbierać wody z przedniej szyby, a prędkość, z jaką jechali, raczej im zadania nie ułatwiała. Jedna przecznica, druga, trzecia i kolejne. Trzeszczenie radia, tłuczenie kropel deszczu o blachy samochodu, szum rozjeżdżanych po drodze kałuży. I w końcu tę monotonię przerwał dzwonek telefonu.
    Prezes EI odwołał spotkanie. Pół godziny przed czasem. Alex nawet nie pozwolił mu wyjaśnić sprawy. Rozłączył się i rzucił telefonem na deskę rozdzielczą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jebać go — stwierdził, a potem przy pierwszej możliwej okazji zawrócił. Nawet się nie zdenerwował. Nie wiedział, jak się czuje. Wszystko tego dnia przebiegało w jakimś chorym porządku, który go dezorientował. Archie, pierdolony emerycie. Wybrałeś sobie wykwintny moment na szturchanie kalendarza.
      — Głodna? — zapytał Astrid. To było pierwsze słowo, jakie do niej skierował od dobrych czterdziestu minut. Zaparkował przy pierwszej restauracji, która nie wyglądała jak sprzedawca salmonelli i zgasił silnik. Jechał na oparach i na długą trasę raczej się nie zapowiadało. — Chyba dają tu włoskie żarcie.

      Alex

      Usuń