Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.06.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 czerwca karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.06.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.06.2026.
16.05.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.05.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 maja karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.05.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.05.2026.
11.04.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.04.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 kwietnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.04.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.04.2026.
11.03.2026
Post fabularny
Na blogu pojawił się nowy post fabularny. Zachęcamy do jego przeczytania i podzielenia się wrażeniami z lektury w komentarzu ♥
11.03.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
07.03.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 marca karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.03.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.03.2026.
14.02.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.02.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 lutego karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.02.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.02.2026.
11.01.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.01.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 stycznia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.01.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.01.2026.
24.12.2025
Wesołych Świąt!
Kochani, życzymy Wam Wesołych Świąt! Zdrowia, szczęścia oraz pomyślności! Najedzcie się pysznego jedzonka, nacieszcie bliskimi i odpocznijcie, a do nas wróćcie pełni sił i zapału do pisania wąteczków 💙
15.12.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
14.12.2025
Azyl to też niewola...
Wszystkich zainteresowanych grą na blogu fantasy zapraszamy na The Last Salvation, które pozostaje otwarte dla wszystkich istot paranormalnych poszukujących azylu...
06.12.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10grudnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.12.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.12.2025.
11.11.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.11.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 listopada karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.11.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.11.2025.
31.10.2025
Aktualizacja regulaminu bloga
W Regulaminie dodano punkt dotyczący rozwiązywania sporów między autorami. Prosimy o zapoznanie się z nim.
26.10.2025
Wgranie poprawki
W kodzie wgrano poprawkę dotyczącą wyświetlania szablonu na urządzeniach mobilnych. Wszystkim pomocnym duszyczkom - dziękujemy ♥
24.10.2025
Aktualizacja szablonu
Po trzech latach nasz kochany NYC doczekał się nowej szaty graficznej ♥ Jeśli dostrzeżecie jakieś nieprawidłowości, prosimy o ich zgłaszanie w zakładce Administracja.
urodzona 13 kwietnia 2002 roku w Nowym Jorku, USA // 24 lata // studentka Columbia University School of the Arts // ostatni rok programu magisterskiego na scenopisarstwie i reżyserii // jedynaczka // córka radnego New York City Council z okręgu 12, Kevina i gospodyni domowej na pełen etat, Lucy, a dawnej rozchwytywanej prawniczki // metr sześćdziesiąt w kapeluszu // niski wzrost nadrabia bezkompromisowym podejściem do życia // w wolnym czasie rysuje fanarty do obejrzanych filmów i seriali, które publikuje na swoim Instagramie // I
But you don't know the life of a showgirl
Maxine ma zupełnie zwyczajne życie. Takie, w którym nic nie będzie mogło jej zaskoczyć. Poukładane i przewidywalne. Może dlatego zaczęła układać w głowie scenariusze, których końca często nie potrafi przewidzieć ona sama; które zaskakują, skoro życie jedynaczki i wzorowej uczennicy tego nie robi. Max bynajmniej to nie przeszkadza. Lubi swoje poukładane i przewidywalne życie, w którym podąża od jednego do drugiego punktu, które skrupulatnie sobie wyznacza i lubi pisać scenariusze, które zaskakują już nie tylko ją, ale także wykładowców oraz kolegów i koleżanki ze studiów. I te scenariusze wcale tak bardzo nie stoją w kontraście do życia Maxine, bo są poukładane i przemyślane, a także rozpisane co do każdego punktu, ale przy tym mają w sobie coś nieuchwytnego. Coś, co w dokumencie tekstowym tylko Max potrafi złapać, a potem spiąć początek i koniec zgrabną klamrą, tym samym dając odbiorcom satysfakcję, a co w życiu nadal wymyka jej się z rąk. Nie potrafi spiąć początku z końcem i choć się stara, nie czuje satysfakcji. Ponieważ tak naprawdę, to nie Maxine pisze najbardziej zaskakujące scenariusze, a życie.
urodzona 13 kwietnia 2002 roku w Nowym Jorku, USA // 23 lata // studentka Columbia University School of the Arts // ostatni rok programu magisterskiego na scenopisarstwie i reżyserii // jedynaczka // córka radnego New York City Council z okręgu 12, Kevina i gospodyni domowej na pełen etat, Lucy, a dawnej rozchwytywanej prawniczki // metr sześćdziesiąt w kapeluszu // niski wzrost nadrabia bezkompromisowym podejściem do życia // w wolnym czasie rysuje fanarty do obejrzanych filmów i seriali, które publikuje na swoim Instagramie
What to believe in my life
Maxine ma zupełnie zwyczajne życie. Takie, w którym nic nie będzie mogło jej zaskoczyć. Poukładane i przewidywalne. Może dlatego zaczęła układać w głowie scenariusze, których końca często nie potrafi przewidzieć ona sama; które zaskakują, skoro życie jedynaczki i wzorowej uczennicy tego nie robi. Max bynajmniej to nie przeszkadza. Lubi swoje poukładane i przewidywalne życie, w którym podąża od jednego do drugiego punktu, które skrupulatnie sobie wyznacza i lubi pisać scenariusze, które zaskakują już nie tylko ją, ale także wykładowców oraz kolegów i koleżanki ze studiów. I te scenariusze wcale tak bardzo nie stoją w kontraście do życia Maxine, bo są poukładane i przemyślane, a także rozpisane co do każdego punktu, ale przy tym mają w sobie coś nieuchwytnego. Coś, co w dokumencie tekstowym tylko Max potrafi złapać, a potem spiąć początek i koniec zgrabną klamrą, tym samym dając odbiorcom satysfakcję, a co w życiu nadal wymyka jej się z rąk. Nie potrafi spiąć początku z końcem i choć się stara, nie czuje satysfakcji. Ponieważ tak naprawdę, to nie Maxine pisze najbardziej zaskakujące scenariusze, a życie.
Wanna stay, wanna run, wanna disappear
I keep biting my tongue just to keep you here
Made you wait for someone I could never be
And it's killing me
I need comfort
But I hate being comfortable
urodzony 29 stycznia 1999 roku w Nowym Jorku, USA // 26 lat // kierowca Ubera - Cadillac CT5V Blackwing// diler // wynajmuje mieszkanie na Harlemie, przy 119th Street // od 6 roku życia wychowanek domu dziecka // trzy epizody w dwóch różnych rodzinach zastępczych // starszy o 4 lata brat, Louis - policjant // rodzice zapili się lub zaćpali, co do tego nie ma pewności - wie tylko, że nie żyją // nie pije, nie pali, a już na pewno nie bierze narkotyków - wystarczająco napatrzył się na skutki uzależnień w domu i bidulu // nigdy nie poznał innego życia niż to, które prowadzi // nigdy nikt nie pokazał mu innej drogi // od około roku raz w miesiącu gra w Texas Hold'em w Fire Moon//tell me every terrible thing you ever did, and let me love you anyway
Linda z westchnieniem opadła na tylną kanapę, a następnie wychyliła się i sięgnęła ku klamce, by z trzaskiem zamknąć za sobą drzwi.
— Zróbmy rundkę wokół osiedla — poprosiła, a po chwili ich spojrzenia skrzyżowały się w odbiciu wstecznego lusterka. Kobieta uśmiechnęła się blado, czego on nie odwzajemnił. Wrzucił bieg i pozwolił, by pojazd potoczył się w dół wysypanego żwirem podjazdu; lubił ten charakterystyczny chrzęst kół, więc nieśpiesznie zbliżali się ku bramie, zostawiając za sobą fasadę luksusowej willi.
— W ten weekend potworki są u swojego ojca — odezwała się Linda, kiedy wyjechali na osiedlową drogę. Był wieczór, więc co rusz wjeżdżali w plamy światła rzucane przez rozstawione po obydwu stronach drogi latarnie. Potworki, pomyślał Ian i we wstecznym lusterku zerknął na zapatrzoną w okno czterdziestoletnią kobietę. O nas matka też tak mówiła.
Kolejne westchnienie uleciało spomiędzy rozchylonych warg Lindy. Ta jakby nagle otrzeźwiała; poruszyła się niespokojnie, usiadła wyżej na siedzeniu i wyprostowała, by wreszcie utkwić wzrok w tyle głowy Iana. Uśmiechnęła się lekko i tym razem ten uśmiech dosięgnął jej brązowych oczu.
— Jaki ci minął dzień, Ian? — zagadnęła niezobowiązującym, konwersacyjnym tonem.
— W porządku — odparł, wrzucił prawy kierunkowskaz i rozejrzał się, choć ruch na osiedlu, na którym mieszkała Linda, zawsze był znikomy, niezależnie od pory dnia. Skręcili i szatyn zredukował bieg, ponieważ właśnie wtaczali się pod łagodny pagórek, z którego wierzchołka rozpościerał się widok na bogate domostwa.
— A ty? Planujesz odpowiednio uczcić weekend bez potworków? — zapytał z grzeczności, mimowolnie kładąc nacisk na ostatnie słowo.
Linda zaśmiała się perliście.
— Inaczej bym nie dzwoniła.
Dwudziestominutową przejażdżkę zakończyli tam, gdzie ją rozpoczęli. Linda sięgnęła do torebki i wyjęła z niej portfel.
— Ile płacę? — spytała z przekąsem, ponieważ już znała odpowiedź.
— Tyle, ile zawsze.
Wyciągnęła rękę pomiędzy dwoma przednimi siedzeniami. Szatyn wyjął spomiędzy jej palców złożone banknoty, rzucił je na fotel pasażera po swojej prawej i otworzył schowek. Pojedynczy foliowy woreczek z kilkoma gramami amfetaminy wyglądał wyjątkowo smutno na tle pustej przestrzeni, ale na jego widok brązowe oczy Lindy zapłonęły niezdrowym blaskiem.
— Miłego weekendu, Lindo — życzył jej Ian, ale odpowiedział mu tylko trzask zamykanych drzwi. Nim odjechał, uśmiechnął się kwaśno i rzucił ostatnie spojrzenie kobiecie żwawym krokiem zmierzającej ku willi, która przypadła jej po rozwodzie z mężem.
***
Długimi susami pokonywał po dwa stopnie, aż znalazł się na trzecim piętrze. Lewą dłonią przytrzymał materiał kurtki, prawą zanurkował w kieszeni i namacał klucze. Kiedy uniósł głowę, jego spojrzenie napotkało mężczyznę opierającego się plecami o ścianę tuż obok drzwi jego mieszkania.
— Chłopaki planują akcję — odezwał się. — Lepiej, żebyś przez najbliższy tydzień się nie wychylał.
Nie patrząc w jego stronę, Ian wsunął klucz do zamka, przekręcił dwa razy i otworzył drzwi, które uchyliły się do środka.
— Pierdol się, Louis — poradził mu serdecznie i zniknął w środku.
Cytaty:Nicholas Galitzine - Comfort Wizerunku użycza: Nicholas Galitzine Ostatnia aktualizacja: 25.11.2025 ⬩ karta postaci Kontakt: panienkazokienka92@gmail.com
Jak to bywa z naszymi autorskimi tworami, postać pokroju Iana od dłuższego czasu krażyła mi po głowie i dziekuję poison killer za pomoc w nadaniu jej finalnego kształtu :) Jeszcze nie wiem, czy potrafię w postacie takie, jak Ian, ale chcę spróbować!
Zapraszam wszystkich chętnych do wspólnej zabawy :) Staram się odpisywać regularnie, w zależności od ilości wolnego czasu, a jakiekolwiek większe odpisowe zaległości nadrabiam w weekendy :)
Honestly, I thought I was fully prepared for
The threshold in store
Stay your pretty eyes on course
I guess I never really faced my fears before
So, stay with me, because...
urodzony 29 stycznia 1999 roku w Nowym Jorku, USA // 26 lat // kierowca Ubera - Cadillac CT5V Blackwing// diler // wynajmuje mieszkanie na Harlemie, przy 119th Street // od 6 roku życia wychowanek domu dziecka // trzy epizody w dwóch różnych rodzinach zastępczych // starszy o 4 lata brat, Louis - policjant // rodzice zapili się lub zaćpali, co do tego nie ma pewności - wie tylko, że nie żyją // nie pije, nie pali, a już na pewno nie bierze narkotyków - wystarczająco napatrzył się na skutki uzależnień w domu i bidulu // nigdy nie poznał innego życia niż to, które prowadzi // nigdy nikt nie pokazał mu innej drogi // od około roku raz w miesiącu gra w Texas Hold'em w Fire Moon//tell me every terrible thing you ever did, and let me love you anyway
Linda z westchnieniem opadła na tylną kanapę, a następnie wychyliła się i sięgnęła ku klamce, by z trzaskiem zamknąć za sobą drzwi.
— Zróbmy rundkę wokół osiedla — poprosiła, a po chwili ich spojrzenia skrzyżowały się w odbiciu wstecznego lusterka. Kobieta uśmiechnęła się blado, czego on nie odwzajemnił. Wrzucił bieg i pozwolił, by pojazd potoczył się w dół wysypanego żwirem podjazdu; lubił ten charakterystyczny chrzęst kół, więc nieśpiesznie zbliżali się ku bramie, zostawiając za sobą fasadę luksusowej willi.
— W ten weekend potworki są u swojego ojca — odezwała się Linda, kiedy wyjechali na osiedlową drogę. Był wieczór, więc co rusz wjeżdżali w plamy światła rzucane przez rozstawione po obydwu stronach drogi latarnie. Potworki, pomyślał Ian i we wstecznym lusterku zerknął na zapatrzoną w okno czterdziestoletnią kobietę. O nas matka też tak mówiła.
Kolejne westchnienie uleciało spomiędzy rozchylonych warg Lindy. Ta jakby nagle otrzeźwiała; poruszyła się niespokojnie, usiadła wyżej na siedzeniu i wyprostowała, by wreszcie utkwić wzrok w tyle głowy Iana. Uśmiechnęła się lekko i tym razem ten uśmiech dosięgnął jej brązowych oczu.
— Jaki ci minął dzień, Ian? — zagadnęła niezobowiązującym, konwersacyjnym tonem.
— W porządku — odparł, wrzucił prawy kierunkowskaz i rozejrzał się, choć ruch na osiedlu, na którym mieszkała Linda, zawsze był znikomy, niezależnie od pory dnia. Skręcili i szatyn zredukował bieg, ponieważ właśnie wtaczali się pod łagodny pagórek, z którego wierzchołka rozpościerał się widok na bogate domostwa.
— A ty? Planujesz odpowiednio uczcić weekend bez potworków? — zapytał z grzeczności, mimowolnie kładąc nacisk na ostatnie słowo.
Linda zaśmiała się perliście.
— Inaczej bym nie dzwoniła.
Dwudziestominutową przejażdżkę zakończyli tam, gdzie ją rozpoczęli. Linda sięgnęła do torebki i wyjęła z niej portfel.
— Ile płacę? — spytała z przekąsem, ponieważ już znała odpowiedź.
— Tyle, ile zawsze.
Wyciągnęła rękę pomiędzy dwoma przednimi siedzeniami. Szatyn wyjął spomiędzy jej palców złożone banknoty, rzucił je na fotel pasażera po swojej prawej i otworzył schowek. Pojedynczy foliowy woreczek z kilkoma gramami amfetaminy wyglądał wyjątkowo smutno na tle pustej przestrzeni, ale na jego widok brązowe oczy Lindy zapłonęły niezdrowym blaskiem.
— Miłego weekendu, Lindo — życzył jej Ian, ale odpowiedział mu tylko trzask zamykanych drzwi. Nim odjechał, uśmiechnął się kwaśno i rzucił ostatnie spojrzenie kobiecie żwawym krokiem zmierzającej ku willi, która przypadła jej po rozwodzie z mężem.
***
Długimi susami pokonywał po dwa stopnie, aż znalazł się na trzecim piętrze. Lewą dłonią przytrzymał materiał kurtki, prawą zanurkował w kieszeni i namacał klucze. Kiedy uniósł głowę, jego spojrzenie napotkało mężczyznę opierającego się plecami o ścianę tuż obok drzwi jego mieszkania.
— Chłopaki planują akcję — odezwał się. — Lepiej, żebyś przez najbliższy tydzień się nie wychylał.
Nie patrząc w jego stronę, Ian wsunął klucz do zamka, przekręcił dwa razy i otworzył drzwi, które uchyliły się do środka.
— Pierdol się, Louis — poradził mu serdecznie i zniknął w środku.
Cytaty: Twenty One Pilots - The Line
(nie, nie oglądałam jeszcze Arcane, ale piosenka jest super!) Wizerunku użycza: Nicholas Galitzine Ostatnia aktualizacja: 6.07.2025 ⬩ karta postaci Kontakt: panienkazokienka92@gmail.com
Jak to bywa z naszymi autorskimi tworami, postać pokroju Iana od dłuższego czasu krażyła mi po głowie i dziekuję poison killer za pomoc w nadaniu jej finalnego kształtu :) Jeszcze nie wiem, czy potrafię w postacie takie, jak Ian, ale chcę spróbować!
Zapraszam wszystkich chętnych do wspólnej zabawy :) Staram się odpisywać regularnie, w zależności od ilości wolnego czasu, a jakiekolwiek większe odpisowe zaległości nadrabiam w weekendy :)
Take a seat
But I'd rather you not be here for
What could be my final form
Stay your pretty eyes on course
Keep the memories of who I was before
So stay with me because...
urodzony 29 stycznia 1999 roku w Nowym Jorku, USA // 26 lat // kierowca Ubera - Cadillac CT5V Blackwing// diler // wynajmuje mieszkanie na Harlemie, przy 119th Street // od 6 roku życia wychowanek domu dziecka // trzy epizody w dwóch różnych rodzinach zastępczych // starszy o 4 lata brat, Louis - policjant // rodzice zapili się lub zaćpali, co do tego nie ma pewności - wie tylko, że nie żyją // nie pije, nie pali, a już na pewno nie bierze narkotyków - wystarczająco napatrzył się na skutki uzależnień w domu i bidulu // nigdy nie poznał innego życia niż to, które prowadzi // nigdy nikt nie pokazał mu innej drogi //tell me every terrible thing you ever did, and let me love you anyway
Linda z westchnieniem opadła na tylną kanapę, a następnie wychyliła się i sięgnęła ku klamce, by z trzaskiem zamknąć za sobą drzwi.
— Zróbmy rundkę wokół osiedla — poprosiła, a po chwili ich spojrzenia skrzyżowały się w odbiciu wstecznego lusterka. Kobieta uśmiechnęła się blado, czego on nie odwzajemnił. Wrzucił bieg i pozwolił, by pojazd potoczył się w dół wysypanego żwirem podjazdu; lubił ten charakterystyczny chrzęst kół, więc nieśpiesznie zbliżali się ku bramie, zostawiając za sobą fasadę luksusowej willi.
— W ten weekend potworki są u swojego ojca — odezwała się Linda, kiedy wyjechali na osiedlową drogę. Był wieczór, więc co rusz wjeżdżali w plamy światła rzucane przez rozstawione po obydwu stronach drogi latarnie. Potworki, pomyślał Ian i we wstecznym lusterku zerknął na zapatrzoną w okno czterdziestoletnią kobietę. O nas matka też tak mówiła.
Kolejne westchnienie uleciało spomiędzy rozchylonych warg Lindy. Ta jakby nagle otrzeźwiała; poruszyła się niespokojnie, usiadła wyżej na siedzeniu i wyprostowała, by wreszcie utkwić wzrok w tyle głowy Iana. Uśmiechnęła się lekko i tym razem ten uśmiech dosięgnął jej brązowych oczu.
— Jaki ci minął dzień, Ian? — zagadnęła niezobowiązującym, konwersacyjnym tonem.
— W porządku — odparł, wrzucił prawy kierunkowskaz i rozejrzał się, choć ruch na osiedlu, na którym mieszkała Linda, zawsze był znikomy, niezależnie od pory dnia. Skręcili i szatyn zredukował bieg, ponieważ właśnie wtaczali się pod łagodny pagórek, z którego wierzchołka rozpościerał się widok na bogate domostwa.
— A ty? Planujesz odpowiednio uczcić weekend bez potworków? — zapytał z grzeczności, mimowolnie kładąc nacisk na ostatnie słowo.
Linda zaśmiała się perliście.
— Inaczej bym nie dzwoniła.
Dwudziestominutową przejażdżkę zakończyli tam, gdzie ją rozpoczęli. Linda sięgnęła do torebki i wyjęła z niej portfel.
— Ile płacę? — spytała z przekąsem, ponieważ już znała odpowiedź.
— Tyle, ile zawsze.
Wyciągnęła rękę pomiędzy dwoma przednimi siedzeniami. Szatyn wyjął spomiędzy jej palców złożone banknoty, rzucił je na fotel pasażera po swojej prawej i otworzył schowek. Pojedynczy foliowy woreczek z kilkoma gramami amfetaminy wyglądał wyjątkowo smutno na tle pustej przestrzeni, ale na jego widok brązowe oczy Lindy zapłonęły niezdrowym blaskiem.
— Miłego weekendu, Lindo — życzył jej Ian, ale odpowiedział mu tylko trzask zamykanych drzwi. Nim odjechał, uśmiechnął się kwaśno i rzucił ostatnie spojrzenie kobiecie żwawym krokiem zmierzającej ku willi, która przypadła jej po rozwodzie z mężem.
***
Długimi susami pokonywał po dwa stopnie, aż znalazł się na trzecim piętrze. Lewą dłonią przytrzymał materiał kurtki, prawą zanurkował w kieszeni i namacał klucze. Kiedy uniósł głowę, jego spojrzenie napotkało mężczyznę opierającego się plecami o ścianę tuż obok drzwi jego mieszkania.
— Chłopaki planują akcję — odezwał się. — Lepiej, żebyś przez najbliższy tydzień się nie wychylał.
Nie patrząc w jego stronę, Ian wsunął klucz do zamka, przekręcił dwa razy i otworzył drzwi, które uchyliły się do środka.
— Pierdol się, Louis — poradził mu serdecznie i zniknął w środku.
Cytaty: Twenty One Pilots - The Line
(nie, nie oglądałam jeszcze Arcane, ale piosenka jest super!) Wizerunku użycza: Nicholas Galitzine Ostatnia aktualizacja: 15.02.2025 ⬩ karta postaci & powiązania Kontakt: panienkazokienka92@gmail.com
Jak to bywa z naszymi autorskimi tworami, postać pokroju Iana od dłuższego czasu krażyła mi po głowie i dziekuję poison killer za pomoc w nadaniu jej finalnego kształtu :) Jeszcze nie wiem, czy potrafię w postacie takie, jak Ian, ale chcę spróbować!
Zapraszam wszystkich chętnych do wspólnej zabawy :) Staram się odpisywać regularnie, w zależności od ilości wolnego czasu, a jakiekolwiek większe odpisowe zaległości nadrabiam w weekendy :)
And I hold you every night
That’s a feeling I wanna get used to
But there’s no man as terrified
As the man who stands to lose you
Oh I hope I don’t lose you
urodzony 26 maja 1989 roku w Nowym Jorku, USA // 36 lat // do niedawna Head Coach zespołu Penn State Nittany Lions reprezentującego Uniwersytet Stanowy Pensylwanii w futbolu uniwersyteckim // od października 2025 roku zatrudniony w sztabie trenerskim New York Giants jako Quarterbacks Coach / Passing Game Coordinator // od kilku miesięcy na stałe w Nowym Jorku // ojciec siedemnastolatniej Abigail // wciąż beznadziejnie zakochany w jej matce, do czego nie przyznaje się nawet przed samym sobą//
Byłeś wschodzącą gwiazdą futbolu amerykańskiego, kapitanem licealnej drużyny, ona z kolei była cheerleaderką o uśmiechu, od którego miękły ci kolana. Stanowiliście najpopularniejszą parę w szkole, tą idealną, jak z obrazka i wielu uważało, że chodziliście ze sobą jedynie z czysto egoistycznych pobudek, nawzajem podbijając swoją popularność. Jak w typowo amerykańskich filmach o nastolatkach. I tylko wy zdawaliście się wiedzieć, jak było naprawdę. Ty, niemalże dwumetrowy facet, potulniałeś przy niej niczym baranek, gotowy spełnić każde jej życzenie. Ona, drobna i delikatna, chowała się w twoich ramionach, często nie mogąc poradzić sobie z presją. Razem jednak byliście panami życia i mogliście sięgnąć po wszystko, zdobyć cały świat. Najlepsze uczelnie stały przed tobą otworem, prześcigając się w ofertach sportowego stypendium. Jej niewypowiadanym na głos marzeniem była medycyna. Mieliście wspólne plany, lecz póki mogliście, żyliście chwilą. Aż pewnego dnia Natalie oznajmiła ci, że jest w ciąży. Właśnie wtedy czas się dla was zatrzymał.
Nie poszedłeś na studia, Natalie przerwała naukę. Przestałeś grać, nie mogąc pogodzić wyczerpującej pracy na budowie z treningami, lecz to nie było aż tak istotne – nie mogłeś przecież zawieść na zupełnie innym, o ile ważniejszym polu. Za punkt honoru postawiłeś sobie zapewnienie swojej małej rodzinie bytu. Pracowałeś po kilkanaście godzin dziennie, często siedem dni w tygodniu, lecz nie było was stać, by zamieszkać razem. Pieniądze odłożone ze stypendium sportowego skończyły się zatrważająco szybko, tuż po skompletowaniu wyprawki. Wypruwałeś sobie żyły, codziennie przesiadywałeś u Natalie i ocierałeś jej łzy, powtarzając, że wszystko będzie dobrze. Aż w końcu na świat przyszła Abigail. I właśnie wtedy czas zaczął wam uciekać przez palce.
Nie pamiętasz nawet, kiedy okazało się, że licealne uczucie to za mało, żeby to wszystko udźwignąć. Zaczęliście mieć do siebie nawzajem pretensje. Ty o to, że zostałeś zmuszony porzucić futbol, ona o zaprzepaszczone marzenia o zostaniu lekarzem. Kłóciliście się coraz częściej, codziennie, później kilka razy dziennie, aż w pewnym momencie kompletnie przestaliście. Zacząłeś dostrzegać w oczach Natalie jedynie obojętność i wtedy z bólem zrozumiałeś, że nie podołaliście. Że przerosło was wspólne i proste życie, o którym jeszcze kilka lat temu śmiało marzyliście. Nie musieliście nawet brać rozwodu, bo w całym tym rozgardiaszu nie wzięliście ślubu. Rozstaliście się, gdy Abigail miała pięć lat i nagle przestałeś wiedzieć, co zrobić ze swoim życiem.
Nie mogłeś wrócić do gry – wypadłeś z niej. Pojawili się inni – młodsi i sprawniejsi. To o nich ubiegali się sponsorzy, o nich walczyły uczelnie, przed nimi stała wizja sportowej kariery. Wystarczyło pięć lat, by o tobie zapomnieli, byś przestał się liczyć i może nie byłoby to takie straszne, gdybyś miał na siebie jakikolwiek inny pomysł. Ale nie miałeś i wiedziałeś, że musisz szybko coś wymyślić, by uniknąć stoczenia się na dno.
Dziś masz trzydzieści pięć lat i jesteś trenerem Penn State Nittany Lions, których w tym sezonie masz zamiar doprowadzić do zdobycia mistrzostwa. Całkiem nieźle dogadujesz się z Natalie, od której uśmiechu wciąż miękną ci kolana, co skrzętnie starasz się ukryć. Masz też już siedemnastoletnią córkę Abigail, której kompletnie nie rozumiesz (ale bardzo się starasz) i zastanawiasz się, dlaczego jeszcze masz cierpliwość co drugi weekend, a czasem częściej, wysłuchiwać w czym nowy partner Natalie jest od ciebie lepszy. W mieszkaniu na Queens bywasz praktycznie tylko w weekendy, w tygodniu zdecydowanie łatwiej złapać cię na uniwersyteckim boisku czy Beaver Stadium i sam zastanawiasz się, dlaczego jeszcze nie przeprowadziłeś się do Pensylwanii, choć przecież doskonale znasz odpowiedź. W końcu tamtejsze cheerleaderki nie dorastają tej jedynej do pięt.
Cytaty: Benson Boone - Beautiful Things Wizerunku użycza: Aaron Taylor-Johnson Ostatnia aktualizacja: 9.11.2025 ⬩ karta postaci Kontakt: panienkazokienka92@gmail.com
Postać Christiana długi czas kurzyła się na moim dysku i cieszę się, że dziś ma ona okazję ujrzeć światło dzienne :) Poszukujemy przyjaciół i dawnych znajomych ze szkolnych lat, ale nie tylko - zawsze chętnie zrobię burzę mózgów :)
Zapraszam wszystkich chętnych do wspólnej zabawy :) Staram się odpisywać regularnie, w zależności od ilości wolnego czasu, a jakiekolwiek większe odpisowe zaległości nadrabiam w weekendy :)
I catch in my throat
Choke
Torn into pieces
I won't - No
I don't want to be this
But I won't let this build up inside of me
I can't make her real
urodzony 26 maja 1989 roku w Nowym Jorku, USA // 35 lat // trener zespołu Penn State Nittany Lions reprezentującego Uniwersytet Stanowy Pensylwanii w futbolu uniwersyteckim // wynajmuje pokój w Filadelfii oraz kawalerkę w Nowym Jorku, na Queens // czas dzieli pomiędzy treningi z drużyną i spotkania z córką // ojciec siedemnastolatniej Abigail // wciąż beznadziejnie zakochany w jej matce, do czego nie przyznaje się nawet przed samym sobą // wielokrotnie próbował ułożyć sobie życie z inną kobietą u boku, lecz każda z tych prób kończyła się fiaskiem // pocieszenia szuka w sporcie, dla swoich podopiecznych będąc nie tylko wymagającym trenerem, ale też mentorem, do którego chętnie zwracają się po pomoc
Byłeś wschodzącą gwiazdą futbolu amerykańskiego, kapitanem licealnej drużyny, ona z kolei była cheerleaderką o uśmiechu, od którego miękły ci kolana. Stanowiliście najpopularniejszą parę w szkole, tą idealną, jak z obrazka i wielu uważało, że chodziliście ze sobą jedynie z czysto egoistycznych pobudek, nawzajem podbijając swoją popularność. Jak w typowo amerykańskich filmach o nastolatkach. I tylko wy zdawaliście się wiedzieć, jak było naprawdę. Ty, niemalże dwumetrowy facet, potulniałeś przy niej niczym baranek, gotowy spełnić każde jej życzenie. Ona, drobna i delikatna, chowała się w twoich ramionach, często nie mogąc poradzić sobie z presją. Razem jednak byliście panami życia i mogliście sięgnąć po wszystko, zdobyć cały świat. Najlepsze uczelnie stały przed tobą otworem, prześcigając się w ofertach sportowego stypendium. Jej niewypowiadanym na głos marzeniem była medycyna. Mieliście wspólne plany, lecz póki mogliście, żyliście chwilą. Aż pewnego dnia Natalie oznajmiła ci, że jest w ciąży. Właśnie wtedy czas się dla was zatrzymał.
Nie poszedłeś na studia, Natalie przerwała naukę. Przestałeś grać, nie mogąc pogodzić wyczerpującej pracy na budowie z treningami, lecz to nie było aż tak istotne – nie mogłeś przecież zawieść na zupełnie innym, o ile ważniejszym polu. Za punkt honoru postawiłeś sobie zapewnienie swojej małej rodzinie bytu. Pracowałeś po kilkanaście godzin dziennie, często siedem dni w tygodniu, lecz nie było was stać, by zamieszkać razem. Pieniądze odłożone ze stypendium sportowego skończyły się zatrważająco szybko, tuż po skompletowaniu wyprawki. Wypruwałeś sobie żyły, codziennie przesiadywałeś u Natalie i ocierałeś jej łzy, powtarzając, że wszystko będzie dobrze. Aż w końcu na świat przyszła Abigail. I właśnie wtedy czas zaczął wam uciekać przez palce.
Nie pamiętasz nawet, kiedy okazało się, że licealne uczucie to za mało, żeby to wszystko udźwignąć. Zaczęliście mieć do siebie nawzajem pretensje. Ty o to, że zostałeś zmuszony porzucić futbol, ona o zaprzepaszczone marzenia o zostaniu lekarzem. Kłóciliście się coraz częściej, codziennie, później kilka razy dziennie, aż w pewnym momencie kompletnie przestaliście. Zacząłeś dostrzegać w oczach Natalie jedynie obojętność i wtedy z bólem zrozumiałeś, że nie podołaliście. Że przerosło was wspólne i proste życie, o którym jeszcze kilka lat temu śmiało marzyliście. Nie musieliście nawet brać rozwodu, bo w całym tym rozgardiaszu nie wzięliście ślubu. Rozstaliście się, gdy Abigail miała pięć lat i nagle przestałeś wiedzieć, co zrobić ze swoim życiem.
Nie mogłeś wrócić do gry – wypadłeś z niej. Pojawili się inni – młodsi i sprawniejsi. To o nich ubiegali się sponsorzy, o nich walczyły uczelnie, przed nimi stała wizja sportowej kariery. Wystarczyło pięć lat, by o tobie zapomnieli, byś przestał się liczyć i może nie byłoby to takie straszne, gdybyś miał na siebie jakikolwiek inny pomysł. Ale nie miałeś i wiedziałeś, że musisz szybko coś wymyślić, by uniknąć stoczenia się na dno.
Dziś masz trzydzieści pięć lat i jesteś trenerem Penn State Nittany Lions, których w tym sezonie masz zamiar doprowadzić do zdobycia mistrzostwa. Całkiem nieźle dogadujesz się z Natalie, od której uśmiechu wciąż miękną ci kolana, co skrzętnie starasz się ukryć. Masz też już siedemnastoletnią córkę Abigail, której kompletnie nie rozumiesz (ale bardzo się starasz) i zastanawiasz się, dlaczego jeszcze masz cierpliwość co drugi weekend, a czasem częściej, wysłuchiwać w czym nowy partner Natalie jest od ciebie lepszy. W mieszkaniu na Queens bywasz praktycznie tylko w weekendy, w tygodniu zdecydowanie łatwiej złapać cię na uniwersyteckim boisku czy Beaver Stadium i sam zastanawiasz się, dlaczego jeszcze nie przeprowadziłeś się do Pensylwanii, choć przecież doskonale znasz odpowiedź. W końcu tamtejsze cheerleaderki nie dorastają tej jedynej do pięt.
Cytaty: Slipknot - Vermilion part 2 Wizerunku użycza: Aaron Taylor-Johnson Ostatnia aktualizacja: 26.05.2024 ⬩ karta postaci Kontakt: panienkazokienka92@gmail.com
Postać Christiana długi czas kurzyła się na moim dysku i cieszę się, że dziś ma ona okazję ujrzeć światło dzienne :) Poszukujemy przyjaciół i dawnych znajomych ze szkolnych lat, ale nie tylko - zawsze chętnie zrobię burzę mózgów :)
Zapraszam wszystkich chętnych do wspólnej zabawy :) Staram się odpisywać regularnie, w zależności od ilości wolnego czasu, a jakiekolwiek większe odpisowe zaległości nadrabiam w weekendy :)
You were the one that I wasn't supposed to losе
I thought I'd have you for my lifetime
Who do I talk to when I want to talk to you?
I thought I'd have you for a lifetime
Never again, will I look into the only eyes that knew me
Feels like a bullet running through me
I thought I'd have you for a lifetime
Have you for a lifetime
Kiedy masz dwadzieścia jeden lat, czujesz się dorosły. Z rozrzewnieniem wspominasz nastoletnie lata i towarzyszące im problemy, które bledną i stają się błahe w obliczu nowych wyzwań. Nabierasz pewności siebie i dostrzegasz możliwości płynące z posiadania większej decyzyjności. Popełniasz błędy, uczysz się na nich, a czasem i nie, daną lekcję odrabiając dopiero za którymś z kolei razem. Stajesz się niezależny i zaczynasz budować własne życie, w którym troskliwi rodzice mają coraz mniejszy, ale mimo wszystko wciąż znaczący udział. Nabierasz wiatru w żagle i smakujesz życie, zachwycając się jego słodyczą i z trudem przełykając gorycz. Studiujesz, nie tylko wybrany na uczelni kierunek; studiujesz ludzkie zachowania, własne możliwości i ograniczenia, nawet jeśli nauka czasem idzie ci jak po grudzie. Raczkujesz w świecie pełnym okazji i upadasz po zbyt szybkim zerwaniu się do biegu, lecz wiesz, że w twoją stronę zawsze zostaną wyciągnięte pomocne, spracowane dłonie.
A co, jeśli nie?
Upadasz i nie jesteś w stanie się podnieść. Tam, gdzie wcześniej natrafiałeś na ciepłą dłoń, napotykasz pustkę. Rozpaczliwie zaciskasz palce, ale chwytasz powietrze, a na nim nie można się oprzeć, aby się podźwignąć. Możesz się tylko czołgać. Jak ślepy robak ryjący w ziemi, który nie wie, dokąd zmierza, ale mimo wszystko się porusza, ponieważ ruch gwarantuje przetrwanie. A ty chcesz trwać, na przekór wszystkiemu, i tylko czasem zastanawiasz się, czy wciąż ma to sens. Czy poczujesz jeszcze słodycz i gorycz; czy poczujesz cokolwiek? Czy gdzieś tam nadal istnieją nieskończone możliwości i okazje czekające na wykorzystanie? I czy wstaniesz, nie znalazłszy oparcia? A jeśli się podniesiesz, to kiedy – nie, jeśli – znowu upadniesz?
urodzony 15 września 2000 w Nowym Jorku, USA // 23 lata // wydalony z uczelni // poszukujący pracy // 21 kwietnia 2022 roku stracił obydwoje rodziców // Timothy i Elizabeth Woodrow zginęli w wypadku samochodowym spowodowanym przez pijanego kierowcę, który nie dostosował prędkości jazdy do warunków panujących na drodze i wypadł z zakrętu, w konsekwencji doprowadzając do czołowego zderzenia z samochodem prowadzonym przez Timothy’ego // Tim i Lizzy zginęli na miejscu // pijany kierowca z licznymi i rozległymi obrażeniami trafił do najbliższego szpitala, w którym zespół lekarzy uratował jego życie // sierota // jedynak // nie utrzymuje kontaktu z rodziną, mimo że ta oferowała mu wsparcie // wszelkich formalności po nagłej śmierci państwa Woodrow dopełnili dziadkowie Nicholasa od strony matki // również oni dopilnowali, aby na konto wnuka trafiły pieniądze z odszkodowania // dziś Nicholas sam zamieszkuje lokum, które wcześniej dzielił z rodzicami // czas zatrzymał się dla niego w miejscu dziesięc miesięcy temu, a upływające dni znały się w jedno
Cytaty: Three Days Grace - Lifetime Wizerunku użycza: Timothée Chalamet. Ostatnia aktualizacja: 20.01.2024 ⬩ karta postaci Kontakt: panienkazokienka92@gmail.com
Postać Nicholasa pojawiła się w mojej głowie już jakiś czas temu, przez co nie tak dawno pojawił się na chwilę na blogu (lecz w nieco nieodpowiednim dla mnie czasie) i dziś chcę mu dać drugą szansę. Jako że Jerome (jedna z moich wieloletnich postaci) ma już uporządkowane życie, zaczęłam odnosić wrażenie, że nie mam Wam niczego do zaoferowania – że z nim nie napiszecie porywających wątków, ponieważ najważniejsze role w jego życiu zostały już obsadzone. To oraz moja chęć na postać, którą sama mogłabym poznać i się jej nauczyć, stały się zapalnikiem do stworzenia Nicholasa.
Zapraszam wszystkich chętnych do wspólnej zabawy :) Staram się odpisywać regularnie, w zależności od ilości wolnego czasu, a jakiekolwiek większe odpisowe zaległości nadrabiam w weekendy :) Jeśli chodzi o Nicholasa, chętnie przygarnę każdy wątek i każdą relację – nie będe ukrywać, że mam ochotę wyrwać go ze zobojętnienia, w które popadł i sprowadzić go na złą drogę, by spróbować napisać coś w nowych dla mnie realiach. Szczególnie zapraszam do niego te osoby, z którymi jeszcze nie miałam przyjemności pisać – poszerzmy razem nasze horyzonty :)
17.04.1991, Rockfield, Barbados ⬧ w Nowym Jorku od dwóch dni miesiąca ⬧zatrzymał się w najtańszym hostelu przy lotnisku JFK, który nie jest najlepszym punktem wypadowym do zwiedzania miasta⬧ wraz z współlokatorką wynajmuje dwupokojowe mieszkanie na Brooklynie ⬧ najstarszy z piątki rodzeństwa ⬧ukulele pod pachą ⬧złota rączka ⬧gdzieś tak 1⁄8 krwi rdzennych mieszkańców Barbadosu
He tried to sing to let her know
That she was not there alone
But with no lava, his song was all gone
Babcia zawsze powtarzała mu, że powinien w życiu podążać za głosem serca, więc kierowany nagłym, jeszcze niezrozumiałym dla niego impulsem, zapożyczył się u paru kumpli i kupił bilet na samolot do Nowego Jorku. Jakże wielkie było jego zdziwienie, kiedy matka oznajmiła mu, że przed kupieniem biletu powinien raczej zainteresować się uzyskaniem wizy turystycznej, bo inaczej wróci na Barbados szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał. W obliczu uprzykrzającej życie papierologii, z którą nie miał najmniejszej ochoty się borykać, pewnie już dawno by zrezygnował i potargał bilet, jednocześnie zastanawiając się, jak najszybciej oddać pożyczone pieniądze, lecz niezrozumiały impuls okazał się silniejszy. Przebukował więc bilet i wybrał się do urzędu w Bridgetown, gdzie pewna anemiczna, ale niezwykle pomocna urzędniczka cierpliwie wypełniała z nim wszystkie dokumenty. Teraz pozostało mu poczekać, aż na kilku kartkach papieru pojawi się odpowiednia liczba podpisów okraszonych kolorowymi pieczątkami i mógł ruszać w drogę.
Na lotnisku żegnała go cała rodzina. Nawet babcia, która od lat nie ruszała się ze swojego ulubionego, mocno już sfatygowanego fotela, teraz dzielnie ciągnęła za sobą butlę z tlenem, nie chcąc przy tym od nikogo pomocy.
Odrzuciwszy sportową torbę, która z powodzeniem wystarczyła mu do spakowania najpotrzebniejszych rzeczy, wyściskał wszystkich po kolei, a miał kogo ściskać. Początkowo nie potrafił odpędzić się od piątki młodszego rodzeństwa, a kiedy mu się to udało, krótko i po męsku pożegnał się z ojcem, potrząsając jego szorstką w dotyku dłonią, starając się nie zważać na pewien żal widocznych w oczach staruszka. Matka ucałowała go czule w obydwa policzki i posłała pełne wzruszenia spojrzenie, szepcząc coś o tym, że to u nich rodzinne i że doskonale pamięta, jak trzydzieści lat temu sama stanęła przed podobnym dylematem. Babcia wyglądała na dumną i niezwykle zadowoloną z siebie. Musiał przykucnąć, by stanąć z nią twarzą w twarz, a wtedy kobieta wyciągnęła pomarszczoną dłoń i ułożyła ją na jego piersi.
— Niech prowadzi cię dobrze — powiedziała tylko, a następnie odgoniła go niecierpliwym machnięciem ręki, całkiem tak, jakby przeganiała natrętną muchę.
Nie było już więc odwrotu. W pożegnalnym i jakby nieco triumfalnym geście uniósł ukulele wysoko w górę, rzucił im wszystkim ostatnie spojrzenie i oddalił się w kierunku, który podpowiadało mu serce. Kilka godzin później stanął na nowojorski lotnisku, z pewnym skonsternowaniem i zdziwieniem zauważając, że krótkie spodenki i polarowa bluza mogły okazać się niewystarczające na tę pogodę. A esencja jego garderoby skoncentrowana w sportowej torbie przewieszonej przez ramię wcale nie prezentowała się lepiej.
Mimo tego dziarskim krokiem skierował się w stronę postoju żółtych taksówek, jeszcze nie wiedząc, że były one znacznie droższe od tych zwyczajnych tylko ze względu na rodzaj specjalnej licencji i wyciągnąwszy z kieszeni spodenek nieco pomięta kopertę, już w samochodzie rozprostował ją na udzie i podał kierowcy adres. Był to ostatni trop, jaki posiadał i miał nadzieję, że dane zapisane na odwrocie koperty były aktualne, inaczej bowiem pozostawało mu tylko podążanie za głosem serca.
odautorsko
Cytat w tytule oraz w karcie: Nannokarrin - Disney Pixar, Lava - koniecznie posłuchajcie! Wizerunku użycza: Jérôme Mathew. Ostatnia aktualizacja: 04.04.2019.
Cześć! Jerome powstał z powodu mojej chęci na coś nowego, także jeszcze zobaczę, co mi z niego wyjdzie, a tymczasem dziękuję serdecznie Black Dreamer za możliwość przejęcia od niej postaci ♥ Żeby się wyrobić z odpisami, ustawiam sobie tutaj limit 6/5 (który może ulec zmianie, jeśli odpisywanie będzie mi dobrze szło) i zapraszam wszystkich chętnych do wspólnej zabawy :)
28 lat ⬩ urodzony 14 kwietnia 1991 roku w Rockfield, na Barbadosie ⬩ w Nowym Jorku od miesiąca - posiada wizę turystyczną na dwa miesiące ⬩ wraz z współlokatorką wynajmuje dwupokojowe mieszkanie na Brooklynie ⬩ najstarszy z piątki rodzeństwa ⬩ukulele pod pachą ⬩ złota rączka ⬩gdzieś tak 1⁄8 krwi rdzennych mieszkańców Barbadosu ⬩karty postaci:I⬩ let me make you happy🎬
"Baby, I'm still locked on you. Got a lust, got a touch that I can't seem to lose. Baby, I'm still locked on you. Got a curse, yeah it hurts but I can't seem to leave. You got me where you want me on this twisted ride. Bite me on the lips, a false paradise. Baby, I'm still locked on you. Got a curse and it hurts but I can never break through." 🎶
Babcia zawsze powtarzała mu, że powinien w życiu podążać za głosem serca, więc kierowany nagłym, jeszcze niezrozumiałym dla niego impulsem, zapożyczył się u paru kumpli i kupił bilet na samolot do Nowego Jorku. Jakże wielkie było jego zdziwienie, kiedy matka oznajmiła mu, że przed kupieniem biletu powinien raczej zainteresować się uzyskaniem wizy turystycznej, bo inaczej wróci na Barbados szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał. W obliczu uprzykrzającej życie papierologii, z którą nie miał najmniejszej ochoty się borykać, pewnie już dawno by zrezygnował i potargał bilet, jednocześnie zastanawiając się, jak najszybciej oddać pożyczone pieniądze, lecz niezrozumiały impuls okazał się silniejszy. Przebukował więc bilet i wybrał się do urzędu w Bridgetown, gdzie pewna anemiczna, ale niezwykle pomocna urzędniczka cierpliwie wypełniała z nim wszystkie dokumenty. Teraz pozostało mu poczekać, aż na kilku kartkach papieru pojawi się odpowiednia liczba podpisów okraszonych kolorowymi pieczątkami i mógł ruszać w drogę. Na lotnisku żegnała go cała rodzina. Nawet babcia, która od lat nie ruszała się ze swojego ulubionego, mocno już sfatygowanego fotela, teraz dzielnie ciągnęła za sobą butlę z tlenem, nie chcąc przy tym od nikogo pomocy. Odrzuciwszy sportową torbę, która z powodzeniem wystarczyła mu do spakowania najpotrzebniejszych rzeczy, wyściskał wszystkich po kolei, a miał kogo ściskać. Początkowo nie potrafił odpędzić się od piątki młodszego rodzeństwa, a kiedy mu się to udało, krótko i po męsku pożegnał się z ojcem, potrząsając jego szorstką w dotyku dłonią, starając się nie zważać na pewien żal widocznych w oczach staruszka. Matka ucałowała go czule w obydwa policzki i posłała pełne wzruszenia spojrzenie, szepcząc coś o tym, że to u nich rodzinne i że doskonale pamięta, jak trzydzieści lat temu sama stanęła przed podobnym dylematem. Babcia wyglądała na dumną i niezwykle zadowoloną z siebie. Musiał przykucnąć, by stanąć z nią twarzą w twarz, a wtedy kobieta wyciągnęła pomarszczoną dłoń i ułożyła ją na jego piersi.
— Niech prowadzi cię dobrze — powiedziała tylko, a następnie odgoniła go niecierpliwym machnięciem ręki, całkiem tak, jakby przeganiała natrętną muchę. Nie było już więc odwrotu. W pożegnalnym i jakby nieco triumfalnym geście uniósł ukulele wysoko w górę, rzucił im wszystkim ostatnie spojrzenie i oddalił się w kierunku, który podpowiadało mu serce. Kilka godzin później stanął na nowojorski lotnisku, z pewnym skonsternowaniem i zdziwieniem zauważając, że krótkie spodenki i polarowa bluza mogły okazać się niewystarczające na tę pogodę. A esencja jego garderoby skoncentrowana w sportowej torbie przewieszonej przez ramię wcale nie prezentowała się lepiej. Mimo tego dziarskim krokiem skierował się w stronę postoju żółtych taksówek, jeszcze nie wiedząc, że były one znacznie droższe od tych zwyczajnych tylko ze względu na rodzaj specjalnej licencji i wyciągnąwszy z kieszeni spodenek nieco pomięta kopertę, już w samochodzie rozprostował ją na udzie i podał kierowcy adres. Był to ostatni trop, jaki posiadał i miał nadzieję, że dane zapisane na odwrocie koperty były aktualne, inaczej bowiem pozostawało mu tylko podążanie za głosem serca.
Cytat w tytule oraz w karcie: Welshly Arms – Locked. Wizerunku użycza: Jérôme Mathew. Ostatnia aktualizacja: 11.05.2019.
Cześć! Jerome powstał z powodu mojej chęci na coś nowego, także jeszcze zobaczę, co mi z niego wyjdzie, a tymczasem dziękuję serdecznie Black Dreamer za możliwość przejęcia od niej postaci ♥ Żeby się wyrobić z odpisami, ustawiam sobie tutaj limit 6/5 (który może ulec zmianie, jeśli odpisywanie będzie mi dobrze szło) i zapraszam wszystkich chętnych do wspólnej zabawy :)
28 lat ⬩ urodzony 14 kwietnia 1991 roku w Rockfield, na Barbadosie ⬩ w Nowym Jorku od miesiąca - posiada wizę turystyczną na dwa miesiące ⬩ wraz z współlokatorką wynajmuje dwupokojowe mieszkanie na Brooklynie ⬩ najstarszy z piątki rodzeństwa ⬩ukulele pod pachą ⬩ złota rączka ⬩gdzieś tak 1⁄8 krwi rdzennych mieszkańców Barbadosu ⬩karty postaci:I ⇻ II⬩ sometimes love is unspoken📷⬩ Barbadians 🍍⬩New Yorkers 🗽
"Baby, I'm still locked on you. Got a lust, got a touch that I can't seem to lose. Baby, I'm still locked on you. Got a curse, yeah it hurts but I can't seem to leave. You got me where you want me on this twisted ride. Bite me on the lips, a false paradise. Baby, I'm still locked on you. Got a curse and it hurts but I can never break through." 🎶
Babcia zawsze powtarzała mu, że powinien w życiu podążać za głosem serca, więc kierowany nagłym, jeszcze niezrozumiałym dla niego impulsem, zapożyczył się u paru kumpli i kupił bilet na samolot do Nowego Jorku. Jakże wielkie było jego zdziwienie, kiedy matka oznajmiła mu, że przed kupieniem biletu powinien raczej zainteresować się uzyskaniem wizy turystycznej, bo inaczej wróci na Barbados szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał. W obliczu uprzykrzającej życie papierologii, z którą nie miał najmniejszej ochoty się borykać, pewnie już dawno by zrezygnował i potargał bilet, jednocześnie zastanawiając się, jak najszybciej oddać pożyczone pieniądze, lecz niezrozumiały impuls okazał się silniejszy. Przebukował więc bilet i wybrał się do urzędu w Bridgetown, gdzie pewna anemiczna, ale niezwykle pomocna urzędniczka cierpliwie wypełniała z nim wszystkie dokumenty. Teraz pozostało mu poczekać, aż na kilku kartkach papieru pojawi się odpowiednia liczba podpisów okraszonych kolorowymi pieczątkami i mógł ruszać w drogę. Na lotnisku żegnała go cała rodzina. Nawet babcia, która od lat nie ruszała się ze swojego ulubionego, mocno już sfatygowanego fotela, teraz dzielnie ciągnęła za sobą butlę z tlenem, nie chcąc przy tym od nikogo pomocy. Odrzuciwszy sportową torbę, która z powodzeniem wystarczyła mu do spakowania najpotrzebniejszych rzeczy, wyściskał wszystkich po kolei, a miał kogo ściskać. Początkowo nie potrafił odpędzić się od piątki młodszego rodzeństwa, a kiedy mu się to udało, krótko i po męsku pożegnał się z ojcem, potrząsając jego szorstką w dotyku dłonią, starając się nie zważać na pewien żal widocznych w oczach staruszka. Matka ucałowała go czule w obydwa policzki i posłała pełne wzruszenia spojrzenie, szepcząc coś o tym, że to u nich rodzinne i że doskonale pamięta, jak trzydzieści lat temu sama stanęła przed podobnym dylematem. Babcia wyglądała na dumną i niezwykle zadowoloną z siebie. Musiał przykucnąć, by stanąć z nią twarzą w twarz, a wtedy kobieta wyciągnęła pomarszczoną dłoń i ułożyła ją na jego piersi.
— Niech prowadzi cię dobrze — powiedziała tylko, a następnie odgoniła go niecierpliwym machnięciem ręki, całkiem tak, jakby przeganiała natrętną muchę. Nie było już więc odwrotu. W pożegnalnym i jakby nieco triumfalnym geście uniósł ukulele wysoko w górę, rzucił im wszystkim ostatnie spojrzenie i oddalił się w kierunku, który podpowiadało mu serce. Kilka godzin później stanął na nowojorski lotnisku, z pewnym skonsternowaniem i zdziwieniem zauważając, że krótkie spodenki i polarowa bluza mogły okazać się niewystarczające na tę pogodę. A esencja jego garderoby skoncentrowana w sportowej torbie przewieszonej przez ramię wcale nie prezentowała się lepiej. Mimo tego dziarskim krokiem skierował się w stronę postoju żółtych taksówek, jeszcze nie wiedząc, że były one znacznie droższe od tych zwyczajnych tylko ze względu na rodzaj specjalnej licencji i wyciągnąwszy z kieszeni spodenek nieco pomięta kopertę, już w samochodzie rozprostował ją na udzie i podał kierowcy adres. Był to ostatni trop, jaki posiadał i miał nadzieję, że dane zapisane na odwrocie koperty były aktualne, inaczej bowiem pozostawało mu tylko podążanie za głosem serca.
Cytat w tytule oraz w karcie: Welshly Arms – Locked. Wizerunku użycza: Jérôme Mathew. Ostatnia aktualizacja: 11.05.2019.
Cześć! Jerome powstał z powodu mojej chęci na coś nowego, także jeszcze zobaczę, co mi z niego wyjdzie, a tymczasem dziękuję serdecznie Black Dreamer za możliwość przejęcia od niej postaci ♥ Żeby się wyrobić z odpisami, ustawiam sobie tutaj limit 6/5 (który może ulec zmianie, jeśli odpisywanie będzie mi dobrze szło) i zapraszam wszystkich chętnych do wspólnej zabawy :)