Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joyce Jareau. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joyce Jareau. Pokaż wszystkie posty

15/08/2014

1983. Wypowiedz moje imię i uratuj mnie przed ciemnością.



      Posiadanie własnego ogrodu miało swój niepodważalny urok zwłaszcza w letnie wieczory, kiedy zmęczeni upałami ludzie cisną się w pubach i parkach, a Ty, jako właściciel kawałka ziemi, możesz relaksować się w spokoju i zaciszu czterech ścian żywopłotu. Joyce ukołysała marudzącego Willa do snu, wyłączyła telefon komórkowy i usiadła na ławce wyłożonej poduszkami w ogrodowej altanie, dzierżąc w dłoni pokaźny kieliszek czerwonego, półsłodkiego wina, pochodzącego z przebogatych zasobów winiarni Sol. Było już po dwudziestej drugiej, za niecałe dwanaście godzin miała odebrać wyniki badań. Strach wyżerał jej dziurę w głowie i zmuszał serce do szaleńczego tempa, co potęgowało uczucie kompletnego braku sił. 

"Kręcę się w kółko w ciemnościach,
przenika mnie światło gwiazd.
Udręczone, mechaniczne serce
bije póki piosenka trwa.

Niech ktoś zapali światło,
strach mnie paraliżuje,
niech ktoś sprawi, bym poczuła się żywa i uwolni mnie ..."
(Lindsey Stirling & Lzzy Hale - Shatter Me)

Ruda nie wątpiła w to, że coś jej dolegało. Nie była ani ignorantką ani idiotką. Zdrowy człowiek nie czuje się tak, jakby w każdej chwili mogło zabraknąć mu sił. Jeżeli nie jest to nowotwór złośliwy to przy dobrym leczeniu wróci do zdrowia w ciągu paru tygodni, jeżeli spełni się czarny scenariusz to… Nawet nie mogła o tym spokojnie myśleć, tym bardziej że przez praktycznie całe życie cieszyła się doskonałym, mocnym zdrowiem. Znosiła wyniszczające diety ( które i tak nie dawały pożądanych efektów), beznadziejne odżywianie, pracowała po kilkanaście godzin na dobę, często nie spała przez kilkadziesiąt godzin z rzędu, dużo piła i imprezowała, a jednak wciąż wszystko było w porządku. Na tyle, że mogła bez problemu oddawać krew w punktach krwiodawstwa, oddać ojcu kawałek wątroby, zarejestrować się jako dawca szpiku i urodzić zdrowe dziecko. Teraz posypała się w ciągu zaledwie paru tygodni. Uciążliwe bóle głowy, mdłości, krwotoki z nosa, nagła utrata sił do tego stopnia, że nie mogła złapać oddechu, a każdy ruch wydawał się przeszkodą nie do pokonania. To zbyt wiele jak dla osoby, która nienawidziła okazywania własnej słabości i bycia skazaną na pomoc innych, nawet najbliższych ludzi...
Tak, nagle okazało się, że Joyce Jareau nie jest niezniszczalna. Wręcz przeciwnie, podlega takim samym prawom jak inni ludzie. Gdyby była sama, wtedy znosiłaby tę całą groźbę śmiertelnej choroby dużo łagodniej. Teraz, gdy w jej życiu był Will, Jake i przyjaciele, było jej niewyobrażalnie ciężko. Nie chciała nikogo skazywać na życie z powoli umierającą Joyce. Nie oszukujmy się, na raka się umiera. Ruda nie znała osoby, która z tej choroby wyszłaby obronną ręką. Wszyscy umierali, jedni szybciej, inni później, pozostawiając straumatyzowanych bliskich, którzy trwali przy nich do ostatniej chwili, widząc jak zmieniają się z pełnych życia i energii ludzi w cierpiące kościotrupy nie poznające nikogo wokół siebie. Sama przeszła przez piekło, gdy odchodziła jej babcia i nie mogła przyjąć do wiadomości, że to samo mieliby przechodzić jej ukochani. Przed oczami stanęła jej wizja kilkuletniego Williama, który wskazuje na zdjęcie JJ i pyta babcię „Kim jest ta pani?”, bo czy tak maleńkie dziecko zapamięta ją na całe życie?
Joyce zalała się łzami, gdy koszmarne wytwory jej wyobraźni, jeden po drugim, zaczęły bombardować jej umysł. Zaczęła rozliczać swoje życie, czego nie udało się jej dokonać, ile lat zmarnowała na samobiczowanie i co zrobiłaby inaczej, gdyby czas dałby się cofnąć. Niestety, nie wyglądało na to, by powrót do przeszłości i naprawienie pewnych spraw było możliwe. Było tylko tu i teraz i przyszłość, którą nagle przykryły ciemne chmury. Wszystkie plany, które optymistycznie snuła, nagle zniknęły w odmętach mrzonek i złudzeń, ustępując miejsca rozpaczy i przerażeniu. Wciąż jednak tliła się w sercu Rudej iskierka nadziei, że nie wszystko stracone, przecież całkowita diagnoza nie została jeszcze postawiona. Przecież wcale nie musiała być ciężko chora. Podobną sytuację przeżyła jako nastolatka i wtedy wyszła bez szwanku. Czyżby jednak miała się spełnić zasada: "Co się odwlecze to nie uciecze?"

Czuła się jakby wpadła w ruchome piaski i miała przed sobą wyciągniętą dłoń ratownika, jednak nie mogła jej schwycić, coraz mocniej opadając w dół. Piasek uniemożliwiał jej poruszanie się, zatykał nos i usta, czyniąc oddychanie heroicznym wysiłkiem. Ręka wciąż była w tym samym miejscu, jednak złapanie jej już było niemożliwe...


"Jestem tylko marzycielem- przez całe życie śnię. 
Jestem tylko marzycielem, który śni o lepszych dniach."

(Ozzy Osbourne - Dreamer)

      Minęło kilkadziesiąt długich minut walki z samą sobą, zanim głowa JJ opadła bezwładnie na poduszkę. Ocknęła się ze snu dopiero, gdy elektryczna niańka, którą ze sobą przyniosła, zaalarmowała, że Willy nie śpi. Zszokowana swoim zaśnięciem Joyce zerwała się i po omacku pobiegła do domu, w międzyczasie potykając się o jedną z zabawek syna i boleśnie uderzając kolanami o schodki na tarasie. Z załzawionymi z bólu oczami dokuśtykała do pokoju dziecięcego na piętrze domu i wzięła w ramiona płaczącego chłopczyka. William przeżywał chyba ostatnio spory kryzys, bo o ile jako noworodek i niemowlak był pogodny i nie drący się bez potrzeby wniebogłosy, o tyle po ukończeniu czternastu miesięcy zaczął się zachowywać tak, jakby wstąpił w niego  jakiś demon. Wymagał ciągłej uwagi, nie spał nocami, płakał z byle powodu, dając popalić mamie i wszystkim dookoła. Joyce przypuszczała, że zwyczajnie zaczął przejawiać jej charakterek, którym dręczyła rodziców w dzieciństwie, doprowadzając ich na okrągło do szewskiej pasji. 
Tym razem Will również „nie zawiódł”, marudził, popłakiwał i popiskiwał żałośnie prawie do trzeciej w nocy, dając Joyce tylko dwa krótkie momenty nerwowego snu. Nic więc dziwnego, że ta, na trzęsących się jak galareta nogach, doczłapała się w końcu do swojego łóżka i opadła twarzą w poduszkę, zapadając w twardy sen, z którego zerwał ją pulsujący i nachalny dźwięk budzika. 

      Dwie godziny później wyszła z recepcji szpitala trzymając w ręku białą kopertę z wynikami badań. Bez zastanowienia rozdarła papier, w panice rozłożyła kartkę i powiodła wzrokiem po tekście, napisanym czarnym drukiem, czcionką niemal identyczną do tej, które były używane w maszynach do pisania. Chwilę później ugięły się pod nią nogi i w ostatniej chwili usiadła na murku, oddychając ciężko.

Nie stwierdzono obecności komórek nowotworowych.

Wyrok śmierci tymczasowo odroczony.

Kilka godzin później wyszła już z gabinetu lekarskiego z zaplanowanym leczeniem niedokrwistości megaloblastycznej, przyrzeczeniem parotygodniowego wypoczynku i zadbania o swoje zdrowie.
- To jednak nie umierasz? - Jerry, siedzący za kierownicą jej samochodu, uśmiechnął się, bezczelnie szczerząc zęby do wsiadającej właśnie Joyce. 
- Przepraszam, że Cię rozczarowałam. Nie bój się, nie wszystko jeszcze stracone. Mam wyniki badań krwi jak styrana życiem staruszka i czuję się jakby tir we mnie uderzył. - Ruda przewróciła oczami i zapięła pas. - Dlaczego nie mogę prowadzić własnego auta? - Spytała, zerkając na wyświetlacz telefonu.
- Bo nie dalej jak przedwczoraj spadłaś z drabinki na zapleczu, po tym jak zakręciło się w głowie. Nie chcę ryzykować tego na ulicy. Skutki będą poważniejsze niż obite plecy i kilka butelek zbitej wódki - mruknął blondyn i przeniósł dłoń z kierownicy na dłoń JJ. - Naprawdę mi ulżyło, Rudzielcu - powiedział ciszej, bo pewnych rzeczy nie musieli sobie mówić po tylu latach przyjaźni. 
- Mnie również, uwierz mi - odparła Joyce, opierając się wygodniej o zagłówek fotela. - Chyba powinnam poinformować wszystkich, których przeraziłam widmem swojej śmierci, nieprawdaż? - Uśmiechnęła się lekko, a Jeremy parsknął śmiechem:
- Cóż, pewnie dziewczyny już wybierały Ci sukienkę do trumny, a Jake rozmyślał o kolejnej dziewczynie, która miałaby go wyleczyć z żałoby po Tobie.
- To nie jest śmieszne, pedale. - JJ walnęła blondyna pięścią w bok, a ten tylko się roześmiał, dodając gazu na ulicy. - W pewnym momencie naprawdę spanikowałam i chyba mnie emocje poniosły. Nawet nie wiesz jak mi głupio, że tak zestresowałam wszystkich dookoła. Nie wiem jak to teraz rozegrać, żeby wszystko wróciło do normy.
- Dobrze, to świadczy o tym, że jednak jesteś normalnym człowiekiem. A o nas się nie martw, jak tylko pokażesz nam wzorowe wyniki badań to przestaniemy świrować. Przynajmniej do momentu, gdy znowu czegoś nie odwalisz. A pewnie nastąpi to całkiem niedługo. Nie potrafisz żyć spokojnie, Rudzielcu.
- To nie moja wina, że zachorowałam, nie przesadzaj.
- Twoja - potwierdził Jeremy, zmieniając piosenkę w samochodowym odtwarzaczu.
- Tak myślisz? - Joyce uniosła brew w geście powątpiewania w słowa przyjaciela, ale Jerry zignorował to zachowanie.
- Tak, ale nie umieraj mi tutaj.
- W Twoim nudnym towarzystwie to będzie niemal awykonalne.
- Złośliwa jędza.
- Sfochowany gejzer.


***
W pierwotnej wersji tej notki Joyce miała zostać zmieniona w kałużę krwi po uderzeniu przez pijanego kierowcę. Jednak znam litość :D

25/04/2014

1975. Believe yourself and look away from all that's right within you.


***

Joyce Jareau walczyła o życie, swoje i maleńkiego Williama. Biegła co sił w nogach przez zaśnieżony las, kurczowo przytulając do siebie kwilące niemowlę. Nie pamiętała jak tutaj się znalazła i gdzie właściwie była. Najważniejsze było to, że musiała uciekać co sił w nogach. Oni byli tuż za nią, słyszała ich głosy nawołujące ją do poddania się:
- Nie masz szans, JJ!
- Stój, JJ! Poddaj się! 
- To dla Twojego dobra!
Twarde gałęzie chłostały ją boleśnie po twarzy i ramionach, a bose stopy zapadały się w śniegu. Mroźne powietrze raniło płuca z każdym łapczywie złapanym oddechem. Z każdym przebiegniętym metrem czuła coraz wyraźniej, że nie ma szans. Oni są sprytniejsi, silniejsi i coraz bliżej. Zabiją ich  i ona nie będzie umiała obronić własnego dziecka. Wybuchnęła płaczem przepełniona świadomością przegranej, a wstrząsające nią spazmy wyraźnie spowalniały bieg. 
- Przepraszam Willy, tak bardzo Cię przepraszam - zapłakała Joyce, tuląc do siebie synka. W końcu straciła siły i opadła bezwładnie w zaspę, a William głośno zapłakał.
Oni tylko na to czekali. Kobieta i mężczyzna spojrzeli na siebie z satysfakcją i otoczyli leżącą JJ, która z całej siły próbowała osłonić dziecko własnym ciałem.
- No i na co Ci to było? - Spytała blondwłosa kobieta, a mężczyzna rozplątał siłą ręce Joyce, by jego wspólniczka mogła wziąć chłopca, który zanosił się tak silnym płaczem, że momentami się krztusił. Przekleństwa i wyszarpywanie się nie przynosiło żadnych rezultatów - mężczyzna wykręcił ręce Jareau do tyłu i przygniótł własnym ciałem tak mocno, że od silnego uścisku do trzasku kości dzieliło ich niewiele.
- Dlaczego mi to robicie? - Głos Joyce podszyty był rozpaczą i rezygnacją. Zerkała to na jedno to na drugie, nie rozumiejąc dlaczego ją to spotyka.
- Nigdy nie chciałaś być mamą, JJ. - Mężczyzna roześmiał się złośliwie. - Uznaj to za naszą przysługę. Znowu będziesz wolna, tak jak zawsze chciałaś być. Bez obowiązków. Szalona JJ, którą poznaliśmy. Udająca, że nie potrzebuje nikogo by być w pełni szczęśliwą.
- Kocham moje dziecko - zaprotestowała ruda próbując wyrwać się z rąk oprawcy. 
- W to nie wątpię. - Blondynka spojrzała na malucha, którego trzymała w ramionach. - Uroczy bobas. Różowiutki i pucułowaty. Jak małe zwierzątko. Jak tu go nie kochać. Lepiej Ci będzie bez niego. Wrócisz do starych przyzwyczajeń, znów będziesz żyć dla siebie i spełniać swoje plany. Zawsze chciałaś zwiedzić Europę, czy to się zmieniło?
- Cały czas to robię, dziecko nie ma nic do rzeczy!
- Tak Ci się tylko wydaje. Za piętnaście lat będziesz mieć do niego pretensje, że swoim pojawieniem się zniszczył Ci całe życie - skomentowała blondynka, a w jej prawej ręce błysnął kuchenny nóż
- Tak będzie lepiej! - zapewniła i nim Joyce zdążyła krzyknąć ostrze noża przejechało po szyjce chłopczyka, z rany trysnął strumień krwi, a brązowe oczy Willa zastygły w przerażeniu. Krople krwi malucha wylądowały na twarzy i ciele Joyce, a ta wrzasnęła rozdzierająco. Jej dziecko nie żyło, a Cailin i Carmine zaśmiali się z mściwą satysfakcją...

***

JJ krzyczała długo, dopóki nie zerwała się przerażona ze snu. Jak w amoku wyskoczyła z łóżka i biegiem znalazła się w pokoju synka, który najzwyczajniej w świecie spał, nieświadomy tego, że jego mama prawie umarła ze strachu o jego małe życie. Długie, niewiarygodnie gęste rzęsy rzucały cień na policzki malucha, a maleńkie piąstki przytulał do buzi. Oddychał spokojnie i miarowo, prawdopodobnie nie dręczony przez żadne złe sny. Joyce pogładziła delikatnie miękkie włoski na jego główce i wyszła z pokoju prosto do kuchni. Powoli jej tętno wracało do normy, a oddech uspokajał się Nigdy nie przykładała większej uwagi do snów, nie analizowała ich i nie czytywała senników, które były dla niej tylko stekiem bzdur, tworzonych przez nawiedzone dewotki. Dlaczego Cailin i Carmine mieli chcieć zamordować jej dziecko? Oboje już nie żyli, a samo pojawienie się ich w takiej sytuacji było po prostu niezrozumiałe.
- Daj spokój JJ, wariujesz - mruknęła sama do siebie i upiła łyk wody mineralnej prosto ze szklanego dzbanka, stojącego na kuchennym blacie. Zegar wskazywał kilka minut po czwartej, o tej porze roku jeszcze nawet nie świtało. Złapała swoje odbicie w kuchennej szafce i przygładziła lewą dłonią rozczochrane włosy. Uświadomiła sobie, że cała koszula nocna lepi się od jej potu, a ręce wciąż dygocą w niekontrolowany sposób. Ten sen był niewyobrażalnie realny, a obraz Williama z podciętym gardłem wciąż stawał jej przed oczami i nie mogła wyzbyć się przerażenia. Odstawiła szklankę na kuchennym blacie i weszła do łazienki. Koszulę wrzuciła do kosza do prania, a sama weszła pod prysznic. Była w domu praktycznie sama, ale na łzy pozwoliła sobie dopiero, gdy ze słuchawki prysznicowej popłynął strumień wody, zagłuszający jej płacz. 

Dziecko było jej nieco dziecinną zachcianką. Chciała mieć dziecko od pierwszej chwili, gdy dowiedziała się, że pod jej sercem rozwija się nowe życie. Nie posłuchała wskazówek rozumu, który uparcie przekonywał ją, że nie da rady być samotną mamą, że zwyczajnie spieprzy sprawę i powinna albo się wyskrobać albo od razu po porodzie oddać dziecko do adopcji. Z niecierpliwością oraz wielkimi obawami oczekiwała dnia, gdy jej maluch pojawi się na świecie. Druzgoczące rozstanie z ojcem dziecka i sceptycyzm rodziny nie były w stanie zburzyć jej radości. Ciąża nie była jednak łatwym i przyjemnym czasem. Owszem, przyjaciele dbali o Joyce jak o szklaną figurkę, karmili i temperowali jej, zbyt jak się okazywało męczące, zachcianki. Byli na każde zawołanie, jednak nie można było wymagać by nie zostawiali jej ani na moment i zastępowali tego, który powinien być z Joyce.
W pewnym momencie zostawała sama w czterech ścianach i wtedy nie było przy niej nikogo. Nikogo, kto zapewniłby że będzie dobrze, że będą dobrymi rodzicami, że dadzą radę i wychowają wspaniałego człowieka. Jareau szczerze zazdrościła dziewczynom w szkole rodzenia, które przychodziły ze swoimi mężami/narzeczonymi/chłopakami. Widziała zaangażowanie wypisane na ich twarzach, gdy wysłuchiwali instrukcji w jaki sposób można ulżyć ukochanej podczas porodu.  Oczywiście, zawsze był z nią Jerry lub któraś ze wspaniałych przyjaciółek, nie opuścili jej w chwili porodu i wciąż mogła na nich liczyć, jednak tak naprawdę zawsze tkwiła i wciąż tkwi w tym sama. Ona i jej czternastomiesięczny dzisiaj syn, który z nieporadnej żabki zmienia się w rozumnego małego faceta, który codziennie potrafi zaskoczyć czymś nowym. JJ zdawała sobie doskonale sprawę, że niedługo będzie bardzo potrzebował męskiego wzorca, a nie oszukujmy się, przyjaciel-gej nim nie jest. Jeszcze niedawno myślała, że z czasem będzie lżej, że skończą się nieprzespane noce, wypełnione płaczem Willa i jej, gdy już kończył się zapas sił i słaniała się na nogach, a dziecko uparcie nie przestawało płakać. Czuła się wtedy jak najgorsza matka na świecie. Taka, która nie potrafi zaspokoić potrzeb własnego bobasa. Teraz już była pewna, że najgorsze dopiero przed nią. Nie chciała wychować Williama na nieporadnego maminsynka z kompleksami.  To ona jest mamą, której obowiązkiem jest nieustanny strach o dziecko i chronienie go za wszelką cenę. To ojcowie są od karkołomnych akrobacji, pierwszych jazd na karuzeli i innych sytuacji, w których Joyce zabiłyby wizje Williama ze złamanym karkiem. Poprawny męski wzorzec jest potrzebny każdemu dziecku by mogło wyrosnąć na wspaniałego dorosłego: pewnego siebie, bez żalu, o dobrym sercu i odwadze. Żadna, najlepsza matka na świecie nie zastąpi kochającego tatusia. Joyce znacznie częściej od pochwał słyszała krytykę i do dzisiaj nie mogła pozbyć się tego złośliwego głosiku w głębi jej umysłu, który nagle obudzony komentuje niemal każde poczynania i praktycznie nigdy nie są to pozytywy. Ciągle, mimo iż miała prawie 30 lat, czuła się jak wybrakowany egzemplarz i prawdopodobnie nigdy to się nie zmieni. Nie chciała tego samego dla Willa. Ojciec nie jest tylko potrzebny dziecku. Jest niezbędny do tego, by kochać jego matkę, by utwierdzać ją w przekonaniu, że jest piękna i kobieca. Całować, dotykać, przytulać, po prostu przy niej być, pomóc w zaakceptowaniu siebie i swojego ciała. Joyce dobrze pamiętała chwilę, gdy pierwszy raz spojrzała w lustro po porodzie. Widok w nim był gorszy niż przewidywania i zwyczajnie wybuchnęła płaczem. Wiedziała jak wygląda brzuch w pierwszym okresie po porodzie, jednak zobaczenie tego na sobie nie było łatwe. Powrót do formy kosztował sporo czasu, ćwiczeń i wyrzeczeń, jednak udało się. Ze wszystkim sobie dała radę. Zmieniła pracę, realizowała swoje plany, a mały nie wyglądał na nieszczęśliwego. Coś jednak nie dawało jej spokoju i sprawiało, że chwilami czuła ogromną pustkę i niepokój, której nie potrafiła niczym zapełnić. Tak jakby wkrótce miało się wydarzyć coś, co zredefiniuje jej życie na nowo.

***

18/02/2014

1966. Ashes like snow.

"Won't you meet me in the morning?
You left without without any warning... 
Ashes like snow, where did you go?"
( Lily Kershaw - "Ashes like snow")


18 luty 2014.

Cmentarz był obsypany śniegiem niemal po same kolana. Nowojorska zima zdawała się panować nad całym miastem, nawet nad nekropoliami, które powinny rządzić się własnymi prawami. Szron, oblepiajacy drzewa, skrzył się w słońcu, śnieg zakrywał pamiątkowe tablice, a ludzie przeklinali cicho, odgarniając biały puch z mogił. Wysoka, rudowłosa postać przestępowała z zimna z nogi na nogę, stojąc przed grobem, w którym miesiąc wcześniej spoczęły prochy podpułkownika Carmine'a Dwighta. 
- Jak mogłeś tak spieprzyć sprawę? -Joyce pytała w myślach mężczyznę, ale zgodnie z przewidywaniami nie uzyskała żadnej odpowiedzi. - Jak mogłeś tak po prostu zostawić Willa? - Powtórzyła rozżalona i z całej siły powstrzymywała łzy. Carmine Dwight popełnił samobójstwo, chociaż nikt nie obstawiał, że zrobił to świadomie. Wszystkiemu winna była choroba, która zmieniała go w bezuczuciowego, agresywnego potwora. JJ wciąż miała w głowie ich ostatnią rozmowę, zaledwie dwa dni przed jego śmiercią...

- Ale nam się udał, nie? - Carmine roześmiał się, biorąc na ręce synka. - Perfekcyjna robota. - Mówił to za każdym razem, gdy JJ i Will pojawiali się w ośrodku leczenia zaburzeń psychicznych. Cały personel utrzymywał, że mężczyzna znacznie się wyciszał po wizytach Rudej i dziecka, był spokojny i pogodny. Joyce była skłonna w to uwierzyć, kiedy patrzyła jak Carmine zajmuje się maluchem i często gościła w jego pokoju na czwartym piętrze budynku. O dziwo, jako para często nie potrafili się dogadać. Teraz, na przyjacielskiej stopie, już nie mieli z tym problemów. 
- Udał nam się, ale to nasza pierwsza i ostatnia produkcja - odparła Joyce z rozbrajającą szczerością. Żadne z nich nie miało złudzeń - ich związek dawno się skończył, może tak naprawdę wcale nie istniał. Jednak oboje zyskali dzięki temu największy skarb, jaki człowiek może posiadać, w maleńkiej osobie Williama, który jeszcze niczego nie rozumiał, ale na widok ojca wyciągał małe rączki i wykrzywiał usteczka w coś na kształt uśmiechu. JJ wzruszona obserwowała ich wzajemne relacje, z radością spoglądając w przyszłość.
- Nigdy go nie zostawię, obiecuję. - Mężczyzna spojrzał na rudowłosą, a ta uśmiechnęła się ciepło. - Wynagrodzę Ci wszystko co przeszłaś sama w czasie ciąży i porodu. Już nie będziesz sama. Wyjdę stąd i będzie dobrze. Zobaczysz - zapewnił, z rozanieleniem wpatrując się w śliczną twarz chłopczyka. Will chwycił palec taty i nie chciał puścić, a Carmine tylko się roześmiał.
- Trzymam za słowo...

Carmine słowa nie dotrzymał. Mroźnego poranka dwa dni później personel znalazł jego ciało na podjeździe ośrodka, zmasakrowane w wyniku uderzenia o asfalt. Wyskoczył, prawdopodobnie nad ranem i zginął na miejscu. Sądząc po stanie czaszki i mózgu oraz obrażeniach ciała nie mógłby tego przeżyć. Tak skończyła się historia jednego z najważniejszych mężczyzn w życiu Joyce, której pozostał wielki żal. Nie do Carmine'a, bo ten przez chorobę nie panował nad sobą. Do losu, do pielęgniarzy, którzy najwyraźniej zaniedbali swoje obowiązki, do samej siebie. Tak, do siebie również. Przede wszystkim dlatego, że pozwoliła mu wylecieć na kolejną misję. Powinna protestować, stanąć okoniem, powiedzieć o ciąży i przywiązać mężczyznę do kaloryfera. Tak zrobiłaby normalna, trzeźwo myśląca kobieta. Powinna, ale tak nie zrobiła, bo JJ takim typem nie była. Nie chciała ograniczać jego życiowym planów i teraz już nigdy William nie zobaczy swojego taty, a ona przyjaciela. Było po wszystkim. Tak jakby ktoś na planie filmowym powiedział "cięcie".
Trzydziestopięcioletnie życie zostało drastycznie skończone, a bliscy musieli się z tym pogodzić. Dla JJ etap rozpaczy dawno minął, pozostał tylko żal i tęsknota. Musiała być silna, nie dla siebie, ale dla dziecka, które potrzebowało silnej, zdrowej mamy, a nie rozklejającej się mimozy. Ostatnie dwa tygodnie spędziła w New Stuyahok, u rodziców, by dać sobie czas na przemyślenie wszystkiego co spotkało ją w ostatnim czasie. Wróciła na wieść o wypadku Sol, by wspierać przyjaciołkę w ciężkim dla niej czasie. Dzięki pomocy mamy wróciła silniejsza. Zmieniła ciasną kawalerkę na mieszkanie wynajęte od Sienny i powoli, małymi kroczkami, układała swoje życie do kupy, bez Carmine'a Dwighta, za to z jego mamą i siostrą, które zasypywały ją telefonami i zaproszeniami do siebie. JJ nie zamierzała ograniczać tych kontaktów, chciała by William wiedział kim jest i skąd pochodzi, nieważne jak później potoczą się losy jego i jego mamy. 
- JJ, wróciłaś? - Joyce usłyszała za sobą znajomy głos i podskoczyła w miejscu, gwałtownie wyrwana z zadumy. Odwróciła głowę i spojrzała na twarz starszej kobiety, w której rozpoznała matkę Carmine'a. Wyglądała nieco lepiej niż na pogrzebie, ale jej oczy wciąż były zaczerwienione, jak od płaczu. Molly Dwight była piękną kobietą po sześćdziesiątce. Mimo upływu lat zachowywała zgrabną sylwetkę i regularnie farbowała włosy, dzięki czemu nie było widać śladów siwizny. Po niej Carmine odziedziczył wielkie brązowe oczy i kształt ust. Resztę miał po ojcu, komandorze sił lotniczych, który zginął podczas misji, gdy jego syn miał piętnaście lat.
- Wróciłam trzy dni temu - odparła JJ, lekko przytulając do siebie Molly. - Miałam dosyć siedzenia na Alasce. Chcesz odwiedzić WIlly'ego? Urósł przez ten cały czas - uśmiechnęła się ciepło, nieumiejętnie skrywając matczyną dumę.
- Byłoby cudownie. - Kobieta skinęła głową. - Jak się czujesz?
- Straciłam dobrego przyjaciela, Molly - JJ wbiła wzrok w kamienną płytę. - To nigdy nie była miłość, ale był mi bardzo bliski. Tęsknię za nim - przyznała szczerze i wzruszyła ramionami, chcąc przywrócić się do równowagi.  
- Masz rację, to nie byla miłość - przytaknęła jej Molly Dwight. - To Ellen była miłością jego życia, pierwszą i jedyną. Po jej stracie oddał się wojsku, całkowicie - dodała z brutalną szczerością, ale Joyce nie miała jej tego za złe. - Podobałaś mu się, intrygowałaś, uwielbiał Cię na swój pokręcony sposób. On tak naprawdę nigdy nie wrócił z wojny, został tam na zawsze, jak jego ojciec. - Molly położyła dłoń na ramieniu Joyce. - Tak po prostu musiało być. Nie zadręczaj się długo. Jesteś młoda, ułóż sobie życie z kims. Mój syn nigdy nie dałby Ci tego na co Ty i Will zasługujecie. W każdym momencie życia, gdyby tylko pojawiła się możliwość wyjazdu na misję, to on by to zrobił. Anthony miał tak samo.
Joyce spojrzała na kobietę, totalnie zaskoczona jej szczerą wypowiedzią. Dokładnie znała historię rodziny Dwightów i musiała przyznać, że Carmine wdał się w ojca.
- Dziękuję, Molly. Twoje wsparcie wiele dla mnie znaczy. - JJ zagryzła dolną wargę i spuściła wzrok.
- Opowiadałam Ci jak Carmine spadł z drzewa gdy miał 8 lat? - Spytała nagle pani Dwight, a Joyce parsknęła śmiechem. 
- Nie, ale opowiesz mi w drodze do mojego mieszkania - powiedziała i chwyciła kobietę pod ramię, po czym ruszyła w stronę cmentarnej bramy...

01/02/2014

1962. I wanna cry and I wanna love But all my tears have been used up on another love.

15 stycznia 2014, godz. 15.30

I wanna take you somewhere so you know I care.
But it's so cold and I don't know where.
I brought you daffodils in a pretty string.
But they won't flower like they did last spring.*

JJ nigdy nie była w takim miejscu jak ten ośrodek, w którym opiekowano się żołnierzami - weteranami misji zagranicznych. Z daleka wyglądał jak zwyczajny szpital, tylko ten z wyższej półki. Wszystko było czyste i zadbane, ścieżki odśnieżone, nawet ogrodzenie wyglądało na świeżo pomalowane. Joyce nie mogła uwierzyć, że w tym miejscu od prawie dwóch miesięcy przebywa Idealny. Dopiero, gdy znalazła się wewnątrz budynku i miła pielęgniarka zaprowadziła ją do pokoju, w którym mieszkał jej były chłopak, zdołała w to uwierzyć.  Zastała go w schludnym, jasnym pomieszczeniu, siedzącego na fotelu przy oknie. Ubrany w proste dżinsy i niebieską koszulkę, ogolony i uczesany, czytał książkę i wyglądał dosyć zdrowo. Na gust JJ trochę zbyt zdrowo jak na pacjenta takiego ośrodka, ale ona w końcu na niczym się nie znała, prawda?
- Jak mogłeś mi nie powiedzieć? - Joyce stanęła w progu pokoju, nie mając odwagi wejść do środka bez pozwolenia. Broda jej drżała, głos miała łamiący, a w oczach mimo woli pojawiły się łzy. Tyle czasu nie miała żadnej informacji, niczego.  A on był w mieście, zaledwie kilka kilometrów od jej mieszkania i nie dał znaku życia. Dopiero wymuszona niemal przemocą rozmowa z Violet, siostrą Carmine’a, naprowadziła rudą na prawidłowy szlak.
- Joyce? Co Ty tu robisz? - Carmine odpowiedział pytaniem na pytanie, zszokowany widokiem rudej. Nie widział jej pół roku, więc fakt jej nagłego zmaterializowania się bardzo nim wstrząsnął. Omiótł wzrokiem całą jej postać.  Wyglądała pięknie w ciąży,  nie straciła absolutnie niczego ze swojej urody, chociaż teraz sprawiała wrażenie nieco udręczonej. Nie miał pojęcia skąd się tu wzięła, jak go znalazła i w ogóle. Przypuszczał, że Violet go wsypała, ale to miał zamiar wyjaśnić z ukochaną siostrzyczką później.  Błyskawicznie wstał z fotela i podszedł do Joyce, która nadal stała jak wryta w progu.
- Chodź, usiądź. - Chwycił ją za dłoń i posadził na fotelu, sam dosunął sobie krzesło i usiadł obok. Patrzył to na jej twarz, to na brzuch i nie bardzo wiedział co powiedzieć. Oczywiście, że nigdy nie wątpił że to dziecko jest jego, chociaż mówił inaczej. Było jego w stu procentach i sądząc po wielkości brzucha całkiem niedługo pojawi się na świecie. Jego dziecko.
- Jak mogłeś mi nie powiedzieć? - Spytała ponownie Joyce, odzyskując mowę po długiej chwili milczenia. Łzy płynęły po jej policzkach wąskim strumieniem, chociaż starała się jak mogła, by nie wybuchnąć głośnym płaczem. To kompletnie zrujnowałoby jej plan konkretnej rozmowy, a taka była konieczna.
- Nie płacz, nie wolno Ci się denerwować, bo mi tu zaraz urodzisz – odpowiedział nieco żartobliwie mężczyzna i otarł palcem łzy z jej twarzy. - Spotkałaś się z Violet? - Spytał, bo jedynie jego siostra mogła go wsypać. Kiedy JJ przytaknęła westchnął głęboko i wziął głęboki oddech. - Skoro rozmawiałyście to na pewno powiedziała Ci dlaczego tu jestem. Więc już wiesz, czemu nie chciałem byś wiedziała. Jestem niebezpieczny, JJ. - Patrzył jej w oczy, wypatrując oznak przerażenia w jej spojrzeniu. Zobaczył tylko wielki smutek. - Prawie zabiłem swojego kolegę. Zrywam się w nocy i jestem gotów skrzywdzić każdą napotkaną osobę, bo wydaje mi się, że jestem w trakcie walki. Miewam też ataki na jawie. Dwukrotnie próbowałem się zabić. Nie chciałem narażać Ciebie i dziecka na niebezpieczeństwo, rozumiesz?  Nie jestem dobrym materiałem na ojca rodziny, nie sądzisz?
- Lepszy taki niż żaden - wyjąkała Joyce, czując jak opuszcza ją siła, którą gromadziła w sobie od czasu rozmowy z Vi, czyli od wczoraj. Odetchnęła głęboko i spytała:
 - Czyli już nie wątpisz, że to dziecko jest Twoje? 
- Nigdy nie wątpiłem JJ - zapewnił Dwight i chwycił ją za dłoń. Drugą rękę wyciągnął w kierunku jej brzucha i delikatnie przesunął po nim dłonią. Uśmiechnął się, gdy poczuł kopnięcie dziecka. Nigdy czegoś takiego nie doświadczył i było to chyba najwspanialsze uczucie na ziemi. - Chciałem byś się ode mnie odwróciła, byś nie chciała bym wracał i ułożyła sobie życie na nowo. Z kimś zdrowym na umyśle, który chętnie zaopiekuje się Tobą i dzieckiem…
- Wiesz co ja czułam? – Joyce nie pozwoliła mu dokończyć.  Pozornie zaleczone rany znowu zostały rozdrapane i ruda niemal czuła fizyczny ból. – Jakbym nigdy nic dla Ciebie znaczyła. Jakbym była tylko cholernym czasoumilaczem i do tego tanią dziwką, bo to zasugerowałeś.  Dobrze wiesz, że nie spałam z nikim oprócz Ciebie, a z premedytacją wmawiałeś mi, że to nie Twoje dziecko. Cholera jasna, jak mogłeś?
- JJ… Będę Cię przepraszał za to do końca życia, a i tak pewnie to nie wynagrodzi Ci tego, co przeszłaś przeze mnie – Carmine spuścił wzrok. Przez chwilę zapragnął być znowu w mieszkaniu JJ i oglądać jakiś głupi film tylko po to, by móc w trakcie przerwy na reklamy się z nią migdalić. By wydarzenia ostatnich miesięcy w ogóle nie miały miejsca. Mogliby teraz remontować mieszkanie, planować ślub, być zwyczajnie szczęśliwi. Świadomość, że nigdy to się nie ziści bolała bardziej niż to co widział w Afganistanie.
- Kiedyś Ci wybaczę, dla dobra dziecka, ale nigdy nie zapomnę.
- Cholernie spaprałem sprawę, prawda?
- Nawet nie wiesz jak bardzo. - Jareau westchnęła. - Nienawidzę Cię za ukrywanie prawdy, za robienie ze mnie idiotki, za zostawienie mnie samej z tym wszystkim. Nienawidzę Cię - powiedziała z brutalną szczerością. - Jednak nie mogę być nieuczciwa wobec Ciebie i naszego syna. Wiem, że on by nigdy mi nie wybaczył. - Położyła dłoń na brzuchu - Będziemy mieli syna, wiesz? Mam termin na połowę marca. – Joyce uśmiechnęła się ciepło. - I bardzo bym chciała, żeby miał w Tobie tatę. Będę Cię z nim odwiedzać póki tutaj będziesz, a potem jeżeli będziesz chciał to podzielimy się opieką nad nim. Nie zamierzam Ci zabierać dziecka.
- Syn? – W oczach Dwighta pojawiła się iskierka radości. Siłą powstrzymał się od pocałowanie Joyce, bo nie chciał zbierać swoich zębów z podłogi. Syn! Będzie miał syna. Czyż to nie cudowne? - Będę dobrym ojcem – zapewnił. - Ale póki nie wyzdrowieję nie będę przebywał z maluchem sam na sam. Boję się, że zrobię mu krzywdę, kiedy dostanę ataku.
 - Bezpieczeństwo dziecka przede wszystkim - zapewniła ruda, czując jak jej umysł wypełnia się uczuciem ulgi. Nagle wątpliwości z ostatnich miesięcy zwyczajnie zniknęły. Miała przyjaciół, Carmine poczuwał się do ojcostwa. Nareszcie było tak jak powinno być. No nie do końca, bo w idealnej wizji ona i tata dziecka tworzyli szczęśliwy związek, a tutaj co najwyżej będzie można mówić o przyjaźni. - Obiecaj mi, że nigdy nie spieprzymy mu dzieciństwa. - Spojrzała na mężczyznę, ale jego twarz zrobiła się nagle spięta, a w oczach pojawiła się dzikość, której JJ nigdy wcześniej nie widziała.
- Są za nami! - Krzyknął nagle mężczyzna zrywając się z łóżka i gwałtownie szarpiąc Joyce za ramiona. - Gdzie oni są zdradziecka świnio?! - Warknął na nią i z całej siły przycisnął do ścianę. - Gdzie oni są? - Powtórzył uderzając plecami JJ o ścianę, a ta była zbyt przerażona by wzywać pomocy.
- To ja, Joyce - wyjąkała. - Nie jesteśmy na wojnie, proszę Cię, zostaw mnie! - Wykrzyczała w końcu na cały głos i zaczęła wołać o pomoc. Na szczęście w pobliżu kręcili się pielęgniarze i zaalarmowani krzykami wkroczyli do pokoju, by obezwładnić szamoczącego się mężczyznę.
- Nic pani nie zrobił? - Spytał jeden z nich, blondwłosy chłopak, wyglądający na studenta. Nie wydawał się szczególnie zdenerwowany całą sytuacją. Zachowywał się opanowanie, naturalnie, jakby widział podobne sytuacje milion razy. - Zabiorę Panią stąd - powiedział kojącym głosem i wyprowadził roztrzęsioną JJ na korytarz. - On nie zrobił tego świadomie - zapewnił ją i pobieżnie obejrzał, szukając śladu jakiegoś urazu. - Czy gdzieś panią boli?
- Nie, wszystko ze mną w porządku - zapewniła rudowłosa, starając się uspokoić. To w jakim tempie i z jaką intensywnością ujawniały się u Carmine'a zaburzenia sprawiło, że wiele zrozumiała. Też nie chciałaby narażać swojego dziecka na takie niebezpieczeństwo.
- Obejrzy panią lekarz - orzekł chłopak i objąwszy ją ramieniem i ruszył w kierunku windy. - Nie możemy ryzykować. Carmine to pani rodzina? - Zapytał, kiedy zamknęły się za nimi drzwi windy. JJ oparła się plecami o ścianę i poprawiła szalik, który niepostrzeżenie się rozplątał i wisiał smętnie na ramieniu.
- Nie, to ... - Zaczęła, bo tak naprawdę nie bardzo wiedziała kim był teraz w jej życiu. - To ojciec dziecka - dokończyła, a sanitariusz położył jej dłoń na ramieniu. - Jest duża szansa, że z tego wyjdzie - pocieszył, chociaż w jego głosie Joyce nie wyczytała optymizmu. Pół godziny później wyszła z budynku i skierowała się na parking, gdzie w samochodzie czekał na nią Jeremy.
- No i? - Zapytał, kiedy Joyce wsiadła i zamknęła za sobą drzwi. - Wyglądasz jakby Cię zdjęli z krzyża. Co powiedział?
- Powoli, Jerry - odparła ruda i odetchnęła głęboko. - To nie była łatwa rozmowa. On naprawdę jest w złym stanie. - Nie, nie zamierzała mówić komukolwiek o ataku Carmine'a. Wtedy kompletnie odradzaliby jakiekolwiek kontakty z nim, a ona zamierzała dalej go widywać. - Uzna dziecko i da mu swoje nazwisko, póki będzie przebywał w ośrodku będę go odwiedzać z maluchem, a potem najpewniej podzielimy się obowiązkami. I tyle - dokończyła i oparła się wygodniej na siedzeniu. Jeremy prychnął cicho i zapuścił silnik.
- Nie mówisz mi czegoś - powiedział niby od niechcenia i wyjechał na ulicę.  Joyce tylko wzruszyła ramionami.
- Mam Ci przytaczać cytaty z naszej rozmowy?
- Nie, ale...
- Koniec tematu, naprawdę jestem tym wszystkim wykończona. - Ukróciła sprawę JJ i przymknęła oczy, chcąc zebrać myśli. Jeremy westchnął z dezaprobatą i podgłosił radio, by cisza jaka pomiędzy nimi zapadła, nie była aż tak krępująca. - Pamiętasz, że dzisiaj Inez, Rose i Sol wpadają do mnie i Simone'a? - Spytał po parunastu minutach, kiedy byli już blisko miejsca zamieszkania rudej. Joyce wyrwała się z zamyślenia i nerwowo skinęła głową.
- Tak, pamiętam - przytaknęła. - Wybaczycie mi, jeżeli dam sobie dzisiaj spokój ze spotkaniami towarzyskimi? - Spytała, powstrzymując drżenie głosu, które sugerowałoby, że ma zamiar zaraz się rozpłakać. - Mam dzisiaj jeszcze ćwiczenia, a już tak naprawdę mam dosyć tego dnia - dodała, pocierając dłonią kark. Jerry wjechał na parking pod kamienicą, w której mieszkała Jareau i wyłączył silnik.

- Tylko jakbyś czegoś potrzebowała to zadzwoń, ok? - Spojrzał na nią badawczo, a JJ skinęła ochoczo głową i wysiadła z samochodu.


1 luty 2014

And if somebody hurts you, I wanna fight.
But my hands been broken, one to many times.
So I'll use my voice, I'll be so fucking rude.
Words they always win, but I know I'll lose.*

JJ została mamą malutkiego, nieco ponad dwukilogramowego chłopca zaledwie dziesięć dni wcześniej i zgodnie z zapowiedziami przyjaciół, całe jej życie przewróciło się do góry nogami i wszystkie problemy z miejsca przestały być ważne. Mały William Dwight- Jareau napędził mamie sporo strachu przychodząc na świat tak wcześnie, ale siłę odziedziczył po niej, więc dziesięć dni później został wypisany ze szpitala i wielkimi, brązowymi oczami swojego ojca, przypatrywał się twarzom cioć i wujka, którzy opanowali mieszkanie Joyce. Sama ruda opierała się o futrynę i z uśmiechem przyglądała się jak Jerry i Sol licytują się po kim Will ma usta, a Inez i Rose zachwycają się maleńkimi stópkami chłopczyka. Wszystko było na dobrej drodze, najlepszej na jakiej mogło być w tych warunkach i chociaż przed JJ była wielka niewiadoma przyszłości, to chwilowo nie zaprzątało to jej myśli. Miała syna i swoje własne życie do ułożenia.


* Tom Odell - Another Love

06/01/2014

1955. Call me your favourite, call me the worst. Tell me it's over, I don't want you to hurt.


"Trzymasz w ręku zapaloną pochodnię: jeśli trzymasz ją prosto, płomień kieruje się ku niebu; jeśli ją przechylisz, płomień wznosi się wciąż ku niebu; jeśli ją odwrócisz, czy płomień zwróci się ku ziemi? Niezależnie od ustawienia pochodni, płomień nie zna innej drogi: zawsze wznosi się ku niebu. Najpotężniejszą bronią na ziemi jest rozpalona ludzka dusza."
(Ferdynand Foch) 


26 grudnia 2013

      Joyce Clarice Jareau czuła się jak tchórz. Owo uczucie towarzyszyło jej w wielu momentach życia i nie było ani trochę obce. Od chwili, gdy dowiedziała się o ciąży, poczucie tchórzostwa nie opuszczało jej praktycznie wcale. Nie chciała cieszyć się ciążą, nie oglądała uroczych ubranek, 
nie planowała zakupu łóżeczka ani innych bobaskowych bambetli. Tylko nocami nuciła kołysanki, gładziła rosnący brzuszek i przemawiała słodko do rozwijającego się pod jej sercem ludzika. 
Nie powiedziała Carmine’owi o dziecku i nie wiedziała jak to zrobić. Unikała skype’a jak ognia, nie odpisywała na maile, omijała miejsca, w których mogłaby spotkać jego znajomych. Jak rasowy tchórz, chowała się do dziury i udawała, że jej nie ma. Tak było prościej, ale czy łatwiej? 
Na to pytanie mogła sobie odpowiedzieć tylko ona, jednak również i w tym przypadku nie chciała na nie odpowiadać.

      Na wszystko przychodzi odpowiednia pora. Na stawienie czoła rzeczywistości również. Zmiażdżona pobytem w domu rodzinnym i reakcją najbliższych JJ wróciła do swojej kawalerki w drugi dzień świąt wieczorem. Nie płakała, nie histeryzowała, zachowała stoicki spokój. Rozpakowała walizkę, zrobiła sobie herbaty, wzięła prysznic i usiadła na łóżku, zawinięta w koc, z laptopem na kolanach. Odpaliła komunikator z drżącym sercem i oczywiście, Carmine miał status „dostępny”. Ruda wzięła więc głęboki oddech i kliknęła dwukrotnie na ikonce. Powietrze wypuściła dopiero wtedy, gdy na ekranie pojawiła się informacja o zaakceptowanym połączeniu.
- JJ, nareszcie! Jak długo zamierzałaś mnie do jasnej cholery unikać? – Tak, na monitorze pojawił się Carmine Dwight we własnej osobie. Wyglądało na to, że schudł i nie golił się od paru dobrych dni. Gdyby jakość obrazu była lepsza to pewnie udałoby się JJ wyłapać także inne szczegóły.  
- Gdyby to ode mnie zależało to unikałabym Cię do końca świata – odpowiedziała Jareau, ale nie udało się jej ukryć wzruszenia. Głos jej drżał, a w oczach pojawiły się łzy. Tak cholernie za nim tęskniła, wystarczyło, że usłyszała jego głos i zobaczyła twarz, by na dobre się rozkleić. 
- Tym bardziej jestem zaszczycony, że zdecydowałaś się ze mną skontaktować – kontynuował mężczyzna, nieświadomy tego, co zamierza mu wyjawić Joyce. – Nie obraź się, ale wyglądasz jakbyś miała zaraz zwymiotować.
- Czy mógłbyś się zamknąć?! – Warknęła JJ, doprowadzona do skrajnej pasji. Luz i ekstrawagancja w głosie i spojrzeniu Dwighta nie pomagała jej wcale, wręcz przeciwnie, zagotowała w niej krew.  – Zbieram się, żeby Ci w końcu o czymś powiedzieć, żebyś nie doznał szoku, kiedy wrócisz. Czy mógłbyś zamilknąć na chwilę? 
Carmine nie powiedział ani słowa, spojrzał uważnie na Joyce i czekał, aż wreszcie powie, co ma powiedzieć. Nie rozumiał jej, nigdy nie rozumiał i chyba nigdy nie zrozumie. Coś w niej było, co kazało mu krążyć wokół niej i jednocześnie uciekać gdzie pieprz rośnie. Tęsknił za nią, za jej głosem, zapachem masła do ciała, perfumami, ustami i ciałem. Czasami, gdy budził się nad ranem, wydawało mu się, że jest obok niego, że czuje ciepło jej skóry i muskanie włosów na ramieniu. Gdy to wszystko okazywało się iluzją ogarniało go coś na kształt smutku. Zaraz jednak wracał do rzeczywistości. Był w Afganistanie, w Ghazni, w centrum działań wojennych. Wokół niego wybuchały miny, rozbijały się samochody wojskowe, codziennie ginęli ludzie. Nie było miejsca na uczucia, wspomnienia, przeszłość. Był żołnierzem, a oni cierpieli w milczeniu, całkowicie oddani krajowi. 
- Odwagi, JJ, miej to za sobą – pomyślała Joyce i odsunęła laptopa od siebie na tyle, by móc wyprostować się i pokazać swój zaokrąglony brzuch. Wzięła głęboki oddech i wypaliła:
- Będziemy mieć dziecko.
Po drugiej stronie zaległa cisza. Zszokowany mężczyzna wpatrywał się w wypukłość na ciele Joyce z niedowierzaniem w oczach.  JJ modliła się, by powiedział cokolwiek, by ta cisza w końcu została przerwana. Czuła, że umrze jeżeli on nie wypowie ani słowa.
- Nie mogę mieć teraz dziecka – wykrztusił w końcu Carmine. – Tylko nie teraz. Nie mogę.
Nie o takie słowa jej chodziło. W tym momencie Joyce pożałowała tego, że jeszcze żyje. Zdruzgotana nie była w stanie nic odpowiedzieć. Dopiero po dłuższej chwili spytała słabym głosem:
- Wolałbyś, żebym zabiła nasze dziecko?
Carmine nie odpowiedział wprost. Zmarszczył czoło i odparł pytaniem na pytanie:
- Czy jesteś pewna, że to moje?
Tak, to pytanie było czystym skurwysyństwem. Dobrze wiedział, że był dla niej jedyny i nie było możliwości, by spała z kimś innym. Dlaczego więc zakwestionował swoje ojcostwo?  Tak było lepiej. Nie mógł teraz wrócić i zająć się obsranymi pampersami. Był potrzebny na służbie. Tydzień wcześniej przedłużył swój pobyt do roku, zostało mu jeszcze ponad jedenaście miesięcy, nie mógł i nie chciał wracać. Mógł w każdej chwili zginąć. Nie chciał tego fundować JJ ani ich dziecku. Tak było po prostu lepiej. Wiedział, że Joyce w końcu ułoży sobie życie z kimś normalnym. Kto będzie dla niej dobrym mężem i tatą dla malucha. On do tej układanki nie pasował.
- Jesteś skurwielem, wiesz o tym? – Joyce prawie zakrztusiła się powietrzem. Gdyby  Dwight znajdował się blisko niej to prawdopodobnie już by nie żył. – Kiedy dziecko się urodzi to za szmaty zaciągnę Cię na badania DNA, ale nie po to by wyciągać od Ciebie cokolwiek. Chcę, żebyś wiedział, że to Twoje dziecko. Dam Ci szansę, nie zabiorę maleństwu ojca, ale musisz sam tego chcieć. U mnie już jesteś spalony. Nie wybaczę Ci tego, że zwątpiłeś, jak możesz wątpić?
- Dbaj o siebie, JJ, szczęśliwego nowego roku – skwitował jej słowa Carmine i zwyczajnie się rozłączył. Joyce jeszcze przez parę minut wpatrywała się bezmyślnie w monitor laptopa.  
Na rodzinę nie bardzo mogła liczyć, teraz okazało się, że Dwight również umył ręce od odpowiedzialności.  Rozpłakała się, bo cóż innego mogła w tej sytuacji zrobić.  Serce popękało jej na miliony maleńkich kawałeczków, a dusza wyła z bólu. Tego było za dużo.
- Wszyscy nas zostawiają, maleństwo – załkała, otaczając brzuszek dłońmi w obronnym geście.  - A ja nie jestem materiałem na dobrą mamę…


1 stycznia 2014

      JJ była praktycznie pewna, że nie zdoła przeboleć ostatnich przeżyć.  Ku jej zdziwieniu udało się i jedyną reakcją organizmu na stres było krótkie omdlenie na lodowisku, gdzie bohaterski Jeremy uratował jej głowę przed rozbiciem i zapewnił, że w jego towarzystwie nie pójdzie już ani na łyżwy, ani na rolki, rower, generalnie na żadne aktywności fizyczne poza spacerem. Najlepiej, żeby leżała pod kocem i jadła ogórki kiszone, już on o to zadba.
Tylko Jerry na razie wiedział o rozmowie Joyce z Carmine’m i solennie obiecał trzymać buzię na kłódkę. Oczywiście obiecał również brutalny i bolesny mord na mężczyźnie przy najbliższej okazji, która raczej nie miała nadarzyć się szybko. Szczerze mówiąc miał ochotę wpakować się do samolotu i własnoręcznie wepchnąć delikwenta na jakąś minę, która rozerwałaby go na tyle kawałków na ile pękło serce jego przyjaciółki. 
Joyce nie chciała psuć przyjaciółkom imprezy sylwestrowej i dzielnie ukrywała prawdę, starając się naprawdę dobrze bawić. W 2014 rok weszła z uśmiechem na ustach i bezalkoholowym mojito w dłoni, obiecując sobie, że da radę.  Dla siebie i dla swojego synka. Tak, miała urodzić chłopca, jak wykazało badanie zrobione dwa dni wcześniej...

25/10/2013

1950. Historia bez szczęśliwego zakończenia.



             W małej kawalerce na poddaszu roznosił się delikatny zapach olejku cytrynowego, Niezbyt intensywny, łagodzący emocje, wprowadzający w stan błogiego rozluźnienia. Z tym zapachem idealnie współgrało przytłumione światło i nastrojowy głos Agnes Obel, płynący z głośnika. Joyce leżała na łóżku, zwinięta w kłębek, z przymkniętymi powiekami. O tym, że nie śpi świadczyło to, że co jakiś czas sięgała ręką po kieliszek czerwonego wina, upijała łyk i odkładała go z powrotem. Nawet szczurki wczuły się w nastrój właścicielki i nie hałasowały zbytnio w klatce. Należało się JJ po ciężkim dniu w pracy. Od paru tygodni bolał ją kręgosłup, ale to nic dziwnego u osoby będącej ciągle w ruchu. Regularne ćwiczenia pomagały tylko na krótką metę, co nie było pocieszające. Przeprowadzka do nowego miejsca i kilkunastokrotne zbieganie i wchodzenie po schodach na 4 piętro, by wnieść wszystkie kartony, kartoniki, torby i i pudełka, także nie sprzyjały zdrowieniu. Warto jednak było zaryzykować i wynająć  to mieszkanko. Niewielką powierzchnię (30 metrów kwadratowych) rekompensowała lokalizacja, czyli Greenwich Village i nietypowy wystrój kawalerki. Tak właściwie to brak wystroju. Wyposażona była tylko w podstawowy sprzęt kuchenny i łazienkowy. Stara tapeta w bordowym kolorze była w wielu miejscach pozdzierana, ukazując cegły. Podniszczony drewniany parkiet i skośny sufit. W dobrym, starym klimacie. Poszukiwanie mebli na targach staroci zajęło Joyce prawie dwa tygodnie, ale opłacało się i obecnie kawalerka była miejscem kompletnie nie z tej epoki. Łóżko z metalową ramą, na nim czarna pościel, wysłużony fotel, ława, szafa, komoda, stolik nocny, parę półek i oczywiście brak telewizora. Jedynym przejawem nowoczesności był laptop i sprzęt kuchenny. Dwa okna, jedno w części kuchennej, drugie w mieszkalnej, zasłonięte czarnymi roletami. Czarno-białe plakaty Elvisa Presleya i Rity Hayworth. Adapter, dorwany za grosze, w kącie pokoju, tuż obok gitary i shishy. Duże lustro w złotej ramie przy szafie. Joyce udało się stworzyć przytulne gniazdko, w którym mogła być sobą i nie planowała się stąd wynosić przez najbliższe miesiące, a może i lata. Mieszkała tutaj dopiero tydzień i zamierzała w najbliższym czasie zaprosić Rose, Pearl, Inez i Siennę, bo jakimś cudem jeszcze nie widziały tego cudownego miejsca. Dzisiaj jednak chciała być sama. Zrelaksować się, ukoić nerwy, powalczyć z bólem pleców, który nie chciał ustąpić. Chciała, ale dźwięk dzwonka do drzwi uświadomił jej, że jednak sama nie będzie. Otworzyła oczy i ze zdumieniem stwierdziła, że jest już po dwudziestej drugiej. W drzwiach stał Carmine, niezapowiedziany gość.
- Zapomniałam, że dzisiaj się widzimy? - Spytała rudowłosa, wpuszczając mężczyznę do środka. 
- Nie, przechodziłem przypadkiem - oznajmił z uśmiechem i przyciągnął Joyce do siebie. Od razu poczuł znajomy zapach, ciepły, orientalny, zmysłowy. Znowu użyła perfum, które tak lubił. Przesunął wargami po jej włosach, aż dotarł do ust. Smakowały czekoladowym balsamem. Uśmiechnął się, gdy JJ odwzajemniła pocałunek i wtuliła się mocniej w jego ciało. Dopiero po dłuższe chwili przypomniało mu się, że nie jest to jedyny powód, dla którego tutaj przyszedł. - No dobra, skłamałem - przyznał, odsuwając się trochę od niej i spoglądając w oczy. - Chcę z Tobą porozmawiać. Nie będzie to ani łatwa ani przyjemna rozmowa, ale muszę to powiedzieć i boję się, bo nie mam pojęcia jak zareagujesz.
- Brzmi tak jakbyś miał wyjechać na wojnę - mruknęła Joyce, idąc z Carmine'm, który usiadł obok niej na łóżku. Momentalnie spoważniał, a uśmiech zniknął z jego twarzy. Położył swoją dłoń na ręce dziewczyny i wypuścił ze świstem powietrze z płuc. Raz kozie śmierć - pomyślał i wypalił:
- Lecę do Afganistanu...
Zapadła cisza, którą zakłócał tylko coraz bardziej nerwowy oddech JJ. Z całej siły starała się powstrzymywać emocje, które w niej wręcz eksplodowały. Cieszyła się, że siedzi, bo prawdopodobnie straciłaby grunt pod nogami i upadła. 
- Powiedz,że żartujesz - zwróciła się do Carmine'a, a jej głos podszyty był płaczem. - Powiedz, że to cholerny, pieprzony żart i nie lecisz na żadną wojnę do jebanego Afganistanu. Proszę Cię. 
- To tylko pół roku, mam pomagać rannym żołnierzom z zespołem stresu pourazowego na tyle, by mogli bezpiecznie wrócić do kraju. Będę tam bezpieczny, naprawdę - wyjaśnił, ze zdumieniem czując jak JJ drży na całym ciele. Przyciągnął ją mocniej do siebie, ale ta odsunęła się gwałtownie.
- To Twoje życie, rób z nim co chcesz. A teraz wyjdź - zażądała stanowczo, a z jej oczu posypały się iskry. Dwight mógł przysiąc, że widział w nich ból i nienawiść. Ból chyba przeważał.
- JJ... - zaczął, ale rudowłosa przerwała jego wypowiedź:
- Nie rań mnie mocniej, nie tłumacz niczego, nie rzucaj oklepanymi formułkami o wierności żołnierskiej i patriotyzmie, bo Cię zabiję. Podjąłeś decyzję bez konsultacji ze mną, więc nic dla Ciebie nie znaczę. Koniec pieśni. Zostaw mnie w spokoju. Czy w ogóle kiedykolwiek coś do mnie czułeś czy tylko się bawiłeś?
- JJ, dobrze wiesz kim jestem i że żołnierzem jest się całe życie...
- Nie skończę jak Ellen, nie będę za Tobą czekać, wynoś się!
- Odzyskam Cię, obiecuję. - Mężczyzna ucałował czoło JJ i wstał z łóżka, kierując się do wyjścia. - Wylatuję pojutrze o 9 - dodał, ale JJ nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem. Gdy zamknął za sobą drzwi pozwoliła by emocje puściły. Rozpłakała się, nie jak mała dziewczynka, ale porzucona kobieta. Rozpacz rozrywała jej serce, dusiła gardło i nie pozwalała oddychać. Łzy płynęły strumieniami po twarzy, moczyły rude kosmyki włosów i przyklejały je do policzków, tworzyły ścieżki na szyi i znikały w materiale bluzki. Nagle zrobiło się pusto, muzyka przestała grać, szczurki biegać po klatce, a zegar tykać. Były tylko słowa "Lecę do Afganistanu", "pojutrze", które krążyły w kółko, odbijały się od ścian i jak fala uderzały z powrotem o JJ. Coraz szybciej i mocniej. Ogłuszały, oślepiały, raniły tak mocno, że Joyce nie miała siły się poruszyć. siedziała tak długo, póki nie zasnęła wyczerpana płaczem. 

...Oh, when you told me you'd leave, 
I felt like I couldn't breath,
My aching body fell to the floor..



      Obudziła się z koszmarnym bólem głowy, na szczęście miała wolne i nie musiała wstawać do pracy. Zrobiła sobie mocnego drinka i usiadła przy oknie, obserwując życie na ulicy. Miliony myśli kotłowały się w jej umyśle, a każda była gorsza od poprzedniej. Wszystkie prowadziły prostą drogą do autodestrukcji. Przerażona Joyce bez zastanowienia wybrała numer Jerry'ego i wysłała sygnał "mayday", niczym tonący statek. Jeremy był niezawodny w każdej sytuacji, pojawił się w ciągu godziny. Pozwolił się wypłakać, a potem wrzucił JJ do wanny, zrobił jajecznicę i wyciągnął na długi spacer. To samo zresztą zrobiła Joyce, kiedy zmarł tata Jerry'ego i blondyn był w rozsypce. Tak robią prawdziwi przyjaciele. Najpierw przez chwilę się użalają, a potem stawiają do pionu.
- Powiedziałaś dziewczynom? - Spytał Jeremy, rzucając w rudą liśćmi. Ta tylko wzruszyła ramionami, idąc powoli parkową ścieżką.
- Inez naprawia życie Chase'a, Rose ma Nicka i Rae, Si wychowuje Maddie, a Pearl pewnie w tej chwili rzyga po kolejnej dawce chemii. Myślisz, że potrzebne im teraz moje płacze? - Spytała retorycznie. Owszem, wiedziała że im powie, ale nie dzisiaj i nie teraz. Jak sama się z tym upora. - Kurde, ja mam tylko nadzieję, że nie jestem w ciąży z Carmine'm, bo tylko tego brakuje...
- JJ, seks przed ślubem? - Jerry udał wielkie oburzenie.
- Zamknij się, Twój seks z Simmy'm jest w ogóle przez Kościół nieakceptowalny, a poza tym od kiedy jesteś wierzący? - Joyce spojrzała na niego, a potem westchnęła. - Nie no, nie jestem w ciąży, nie mogę być.
- Wszystko jest możliwe...
- A w mordę chcesz? - Joyce nie wytrzymała i rzuciła się na przyjaciela, który podciął jej nogi. JJ nie pozostała dłużna i po chwili oboje leżeli wśród liści, zanosząc się śmiechem.
- Bijesz ciężarną, geju - Stwierdziła nagle Jareau, a Jerry przewrócił oczami.
- Nie jesteś w ciąży, skarbie.
- No nie jestem, ale mogłabym być.
- Nie wywołuj wilka z lasu.

      Pozornie lepszy nastrój nie trwał zbyt długo. Wystarczył powrót do mieszkania i Joyce znów pękła. Tym razem Jerry sprowadził na pomoc Simona i butelkę szkockiej.
- Nie pojadę jutro na lotnss, lotnisko - wyrzuciła z siebie JJ półtorej godziny później i czknęła głośno, na co blondyn się roześmiał i przeczesał palcami jej włosy.
- Nie musisz, po tym co zrobił nie zasłużył na to, byś go żegnała - powiedział, a kiedy jego chłopak położył się obok nich dodał: - Nawet jak będziesz chciała pojechać, to Cię zatrzymamy, prawda Simon?
- Jasna sprawa - przytaknął brunet i przytulił się do JJ, która spytała rozdzierającym głosem:
- A może właśnie powinnam za nim pobiec, zatrzymać?
- Nie, JJ. Daj w końcu komuś o Ciebie powalczyć, przestań być tą, która pierwsza wyciąga rękę i biegnie na każde zawołanie - mruknął Simon, a JJ czknęła znowu.
- A co jeśli on tam zginie?
- Jest dorosły, sam wybrał. Nie jesteś za niego odpowiedzialna, rudzielcu, to facet starszy od Ciebie, powinien mieć więcej rozumu i ułożyć sobie życie z Tobą, a nie pakować się między miny. - Jeremy wzruszył ramionami. Co jak co, ale mądrości życiowej nie można było mu odmówić w żadnym zakresie.
- Czy ja tak zawsze będę kończyć? Odrzucona, pijana i z dwoma gejami? - Spytała nagle. W odpowiedzi Jeremy i Simon roześmiali się w  głos.
- Tak, i jeszcze urodzisz nam kiedyś dzidziusia, takiego ładnego, z rudymi włoskami. Nazwiemy ją JJJ - Joyce Jareau Junior - rzucił Jerry, na co JJ zawyła i schowała twarz w poduszkę.
- Wszyscy mnie zostawiają, albo umierają. Carmine, Jackie, Cailin, jeszcze tylko brakuje by Inez, Rose, Pearl, Si albo Wy zostawili mnie tutaj samą.
- Nie zostawimy, rudzielcu - zapewnił Simon, mocniej przytulając Jareau. - Jesteś okropna i ciężko z Tobą żyć, ale jesteś nasza...
- Rozumiem fakty, nie jestem idealna. Nigdy nie byłam i nigdy nie będę. Nie jestem ani wojującą feministką ani grzeczną, potulną żonką. Do femme fatale też mi daleko, ale czy dlatego nie zasługuję na szczęście? Co jest ze mną nie tak?
- Cicho, nie nakręcaj się sama - warknął w końcu Jeremy i podał jej butelkę. - Pij i spać...


      Nazajutrz Joyce nie zrobiła tak jak obiecała chłopakom dzień wcześniej. Cichaczem wymknęła się z mieszkania, zostawiając śpiących Jerry'ego i Simona samych. Wsiadła do taksówki i poprosiła o zawiezienie na lotnisko Newark, skąd miał odlatywać samolot z Carmine'm na pokładzie. W głowie układała sobie, co właściwie chce mu powiedzieć. Prawda była jednak zgoła inna, wcale nie chciała mu nic mówić. Chciała go tylko zobaczyć, może zatrzymać. Przekonać się, czy go to poruszy. W głębi serca miała nadzieję, że jak ją zobaczy to sam zrezygnuje z wyjazdu i zostanie. I będą żyli długo i szczęśliwie jak w cholernej komedii romantycznej. Korki na ulicach nie były litościwe. JJ, widząc jak szybko mija czas, popędzała co chwila biednego taksówkarza, który zapewniał, że robi wszystko co może. Przecież musiała zdążyć, musiała...

    Gdy na wszystkich nowojorskich zegarach wybiła godzina 9, a samolot wzbijał się w niebo nad miastem, JJ nie była na lotnisku. Nie była nawet w połowie drogi. Żółta taksówka leżała dachem do ziemi na środku ulicy, nieopodal autobusu, który w nią uderzył. Wszędzie unosił się dym i pył, ludzie biegali w kółko w panice, a Joyce siedziała na krawężniku chodnika, chowając zakrwawioną twarz w dłoniach. W pewnej chwili uniosła głowę i zobaczyła samolot. W tym momencie wiedziała, że gra skończona.

... You can't hear me cry, see my dreams all die,
From when you're standing, on your own.
It's so quiet here and I feel so cold...

---
Ben Cocks, Agnes Obel, Pawbeats.
Błagam, niech ktoś szybko to zakryje -,-"

24/08/2013

1947. Bye bye beautiful.

Gdyby ktoś parę miesięcy wcześniej powiedział JJ, że będzie z takim spokojem spać i chociaż raz w życiu nie myśleć o tym co przyniesie jutro, to prawdopodobnie otrzymałby w odpowiedzi niedowierzające spojrzenie chłodnych oczu rudzielca. Chłodnych oczu, w których od jakiegoś czasu pojawiały się regularnie ciepłe błyski, wcześniej zarezerwowane dla najbliższych. Teraz iskierki skrzyły się coraz częściej i to nawet przy zwyczajnych czynnościach typu robienie herbaty czy poranna toaleta. Joyce bała się przyznać samej sobie, że jest jakaś szczęśliwsza, że zwyczajnie jest dobrze. Ba, nawet nieświadomie zaczyna podrygiwać przy znienawidzonym hicie wakacji - "Blurred Lines". Pracowała na dość dobrze płatnym stanowisku, szczurki zdrowo brykały, Jackie chodziła zadowolona i dopieszczona przez swojego "chłopaka', a Carmine, którego na zmianę lubiła i nienawidziła, od jakiegoś czasu zasługiwał na order uznania. Stanowczo zluzował z manią kontroli i stał się wyborowym towarzyszem podczas letnich wieczorów. Dzielnie wspierał podczas układania puzzli, oglądania starych odcinków "Z archiwum X", nie marudził podczas słuchania Nine Inch Nails i nie dobierał się na siłę do JJ. Właściwie wcale się nie dobierał zgodnie ze staroświecką zasadą "nie spieszmy się". Rosalie i Inez dzielnie wspierały rudowłosą w babskich libacjach, zakupach i łzawych wieczorach, a Jeremy i Simon przestali na każdym kroku odwalać ciotodramę. Pełnia szczęścia. Nic więc dziwnego, że dosyć "realistycznie" nastawiona dziewczyna od dłuższego czasu zastanawiała się do czego to wszystko zmierza. I kiedy się do cna spartoli, bo że się spartoli to JJ była pewna. Prędzej czy później zawsze się wszystko partaczyło.

Każdy uwielbia leniwe sobotnie poranki. Kiedy nie trzeba zrywać się bladym świtem do pracy, telefony od rodziny nie zrywają na nogi przed południem i nikt nie żąda od Ciebie byś natychmiast był gotowy do pracy/działania. Z sennych odmętów budzi Cię zapach świeżo smażonej jajecznicy oraz skwierczenie ścinającej się kiełbaski i pomidorów na patelni. Do tego jak najbardziej pasowałaby łagodna pobudka, coś w stylu szeptów do ucha itd...
- JJ, śpiochu, cały dzień Ci minie! - Rozległo się męskie wołanie z kuchni, na co Joyce skrzywiła się przez sen.
- A niech spada, kij mu w oko - warknęła, a właściwie zabuczała spod kołdry i nakryła się szczelniej by jakimś cudem stłamsić dźwięki z sąsiedniego pomieszczenia. Udało jej się nawet na powrót odpłynąć, kiedy usłyszała głośny krzyk gospodarza domu i szereg przekleństw, również w jego wykonaniu. Joyce, która chwilami bywała niezłą panikarą, zerwała się przerażona z łóżka i na boso, sprintem pobiegła do kuchni. Zastała tam Carmine'a Dwighta, który trzymał się kurczowo za prawą dłoń, która aż ociekała krwią. 
JJ zrobiło się słabo, ale adrenalina zrobiła swoje, więc dzielnie wzięła się za udzielanie pomocy mężczyźnie, który nie przestawał przeklinać.
- Weź to pod wodę, już! - Wydała rozkaz i sama odkręciła kurek zimnej wody. - Jak to zrobiłeś? Boli Cię? Jedziemy do szpitala? Może trzeba będzie szyć... - Joyce gadała jak najęta, co było kolejnym objawem silnego stresu. Zerkała to na twarz Dwighta, to na rękę, z której strumień wody całkowicie zmył czerwoną ciecz, zostawiając gładką, zdrową skórę, na co JJ zrobiła się dla odmiany purpurowa. Ze złości.
- Żartowałem - wyjaśnił sytuację Pan Dowcipny, przywdziewając na twarz jeden ze swoich pierwszorzędnych uśmiechów. Joyce jednak nie było do śmiechu. Wcale a wcale.
- Palant z Ciebie - odepchnęła go od siebie i wyszła z kuchni, nie omieszkając z całej siły trzasnąć drzwiami. Połykając łzy i starając się nie wybuchnąć płaczem wpadła do pokoju i w pośpiechu zaczęła zrzucać z siebie piżamę i zakładać ubrania. Miała poczucie humoru, ale takie "dowcipy" nigdy jej nie bawiły. Przecież ona naprawdę się wystraszyła, że jemu się coś stało, że cierpi. Rzeczywiście, kupa śmiechu.
- Joyce, przepraszam. - Wpadł do pokoju tuż za nią, wyjął jej z ręki dżinsy i objął w pasie. Trzęsła się tak samo, jak gdy miała gorączkę parę tygodni temu i wiózł ją na pogotowie, bo nie mógł sam zbić temperatury. - To był głupi pomysł, naprawdę. Nie wychodź, śniadanie gotowe. Daj spokój - usprawiedliwił się, przyciągając ją mocniej do siebie. Miał ochotę zerwać z niej ubranie i pokazać jak bardzo mu głupio, jednak to nie było jeszcze ani to miejsce ani czas, więc ograniczył się do przytulenia.
- Nie jestem głodna, nie mogę nawet teraz oddychać, muszę wyjść na powietrze i w ogóle - wymamrotała JJ, wyślizgując się z objęć Carmine'a i chwytając upuszczone przed chwilą dżinsy.  Mam nadzieję, że ubawiłeś się przejawem swojego wyśmienitego poczucia humoru. Następnym razem wpadnę tutaj w nocy i udawać, że ktoś mi sprzedał kosę w brzuch, zobaczymy czy też będzie Ci tak wesoło - spojrzała na niego z wyrzutem i zapięła rozporek spodni, po czym rozejrzała się za resztą manatków. - Nie chcę teraz z Tobą rozmawiać, odezwę się wkrótce - zapewniła, wrzucając telefon i pomadkę do torebki, po czym wyszła do przedpokoju.
- Jest mi głupio, naprawdę - zapewnił brunet, chodząc krok w krok za JJ. Chyba rzeczywiście jego przedstawienie nie było zbyt zabawne. Wciąż miał przed oczami wyraz twarzy Joyce, gdy zobaczyła "zakrwawioną" rękę. 
- Słusznie jest Ci głupio, oby trochę dłużej niż do mojego wyjścia - skomentowała rudowłosa i bez pożegnania wyszła z mieszkania. Złapała pierwszy nadjeżdżający autobus i parenaście minut później zamknęła za sobą drzwi swojego pokoju, uprzednio wrzucając do lodówki parę piw dla siebie i dla Jackie, która odsypiała nockę w pracy. Kilka godzin później, wczesnym popołudniem, odebrała sms-a od Cailin, która prosiła o spotkanie wieczorem w swoim mieszkaniu. JJ wystukała tylko krótkie "ok" zabrała szczurki na krótki spacer po parku, a niedługo po godzinie dwudziestej, przezornie ubrana wyjściowo ( zawsze tak się kończyło), znalazła się pod drzwiami lokum blondynki, która otworzyła już po drugim dzwonku.
- Dobrze Cię widzieć, promyku - przywitała JJ radosnym uśmiechem i wpuściła ją do środka, po czym wpiła się w jej wargi.
- Powinnaś przestać - stwierdziła ruda, odpychając Cailin od siebie. Smakowała alkoholem. Dużą ilością alkoholu. - Zaprosiłaś mnie tylko po to by zbadać mi migdałki?
- Uhuhu, wieje chłodem. - Cailin wytknęła na nią język i zaprowadziła do kuchni, gdzie wręczyła jej szklankę. - Odkąd świrujesz z tym penisem nie ma z Tobą życia.
- Co to takiego? - Joyce powąchała napój. Pachniał samą wódką i nieokreślonym dodatkiem, na co Jareau zmarszczyła brwi. - Jakiś mózgojeb Twojej roboty?
Blondynka się roześmiała.
- Wyluzuj, dziewczę. Tęsknię za dawną JJ - przyznała z rozbawieniem, jednak jej spojrzenie mówiło kompletnie coś innego. Joyce w odpowiedzi prychnęła i wzruszyła ramionami.
- Dawna JJ jest cały czas na swoim miejscu - odpowiedziała i upiła hojny łyk napoju, krzywiąc się niemiłosiernie. - Powiesz mi w końcu dlaczego tu jestem? Nie zaprosiłaś Jeremy'ego i Simona?
- Czasami jesteś totalnie niekumata, rudzielcu. Chyba coś mi się należy od Ciebie, ostatnio ciągle albo pracujesz albo spotykasz się z fagasem. Dla mnie nie masz już czasu - w głosie Cailin zabrzmiało niezadowolenie i pretensja. - Posiedzimy, popijemy, a potem do klubu. Jak za starych dobrych czasów,nie?
- Słuchaj, nie bez powodu się rozstałyśmy i zdecydowałyśmy że będziemy się przyjaźnić, prawda? Nie zamierzam się z tego wycofywać i nie rozumiem dlaczego Ty tak nagle rzucasz się z pretensjami. Stało się coś? - Ruda postanowiła podejść do sprawy ze spokojem godnym psychoterapeuty. Pociągnęła kolejny łyk ze szklanki i usiadła przy stole.
- Mam po prostu wrażenie, że Cię tracę. - Blondynka wydusiła z siebie i zajęła się opróżnianiem szklanki. Joyce pokręciła głową z niedowierzaniem.
- No chyba żartujesz, zawsze będziesz obecna w moim życiu, choćby nie wiem co i przestań odwalać pedaliadę, to akurat domena naszych chłopców - powiedziała i odstawiła pustą szklankę na blat. Drink przygotowany przez Cailin miał taką moc, że już kręciło się jej w głowie i miała nieodparte wrażenie, że to nie był sam alkohol. - Czy mogę się dowiedzieć co tam było? - Spojrzała na nią podejrzliwie.
- Whisky, reszta tequili, cola i niespodzianka - wyliczyła blondwłosa z cwanym uśmiechem na twarzy. - Po tej mieszance zawsze robisz się rozrywkowa.
- Zwariowałaś? - JJ zerwała się z krzesła w panice. 
- Przesadzasz i pieścisz się ze sobą, mała - skomentowała Cailin, bardzo zadowolona ze swojego działania. - Zbieraj tyłek, idziemy potańczyć do Zamku. No nie bądź taka i grzecznie chodź.
Cóż pozostało Joyce? Pobiegła sprintem do łazienki by w wymuszony sposób pozbyć się wcześniej wypitego trunku, mając nadzieję, że do krwioobiegu nie przedostało się za dużo substancji. Niestety, jej próby spęłzły na niczym i usiadła obok toalety zastanawiając się co dalej i ignorując blondynkę, która usiłowała dostać się do środka. Wyciągnęła z kieszeni skórzanych spodni telefon komórkowy i wybrała numer Jeremy'ego. Krótko wyjaśniła mu, że musi po nią natychmiast przyjechać, opowiedziała o wybryku Cailin i czując coraz większe skołowanie i początki odlotu poprosiła by był najszybciej jak się da, bo jak urwie się jej film to będzie po zawodach. W międzyczasie modliła się w myślach, by Carmine'owi nie przyszło do głowy z nią się dzisiaj kontaktować, bo będzie ugotowana. On ją zamorduje a potem wyśle na odwyk, chociaż nie ma takiej potrzeby. W oczekiwaniu na Jeremy'ego beształa czekającą za drzwiami Cailin i oddychała głęboko, jakby to miało cokolwiek pomóc. Sytuacja była prosta jak drut, dostanie fazy, Jeremy będzie ją pilnował, przy odrobinie szczęścia zaśnie szybko, a jutro będzie nieżywa do momentu póki żołądek i wątroba, a właściwie jeszcze jej część, nie przestaną się nad nią pastwić. Cześć pieśni, chwała poległym.
- Jeremy, pospiesz się - powtarzała jak mantrę, chociaż na niewiele się to raczej zdawało. Świat wokół niej wirował coraz mocniej, serce zaczęło kołatać i miotać się jak ptak w klatce, kończyny robiły się coraz lżejsze, a myśli chaotycznie plątały się w głowie.
- JJ, to ja, Jerry, otwórz! - Rozległo się za drzwiami, ale umysł Joyce nie do końca już poznawał głosy.
- Skąd mogę mieć pewność, że to Ty? - Spytała niezbyt przytomnie, uśmiechając się radośnie.
- A kto inny? - Głos po drugiej stronie brzmiał jak zniecierpliwiony mężczyzna. - Cailin już śpi, nic jej nie będzie. Simon się nią zajmie. Otwórz, bo wyważę drzwi, a nie chcesz bym to zrobił.
- Okeeeeej - westchnęła cicho JJ i przekręciła zamek, pozwalając drzwiom się otworzyć. 
- No nareszcie, chodź uparciuchu. - Cailin roześmiała się wesoło, ciesząc się z numeru jaki wywinął JJ jej własny umysł. Jeremy'ego nie było tutaj wcale. Jednak JJ nagle przestało to przeszkadzać. Właściwie to przeciez nie miała z niczym problemu. Podała rękę blondynce i parę minut później obie wsiadały do taksówki, która miała je zawieźć do ulubionego klubu. Dalej sytuacja rozwinęła się błyskawicznie. Dobra, głośna muzyka, drink i toaleta, w której ostatecznie wylądowała Joyce, chociaż nie miała zielonego pojęcia jak. Jedynym szczęściem było to, że nie przyciągnęła nikogo ze sobą. Musiala sprawiać fatalne wrażenie - z rozmazanym makijażem, startą krwistą szminką i potarganymi włosami. Dopiero po paru minutach czyjeś silne ręce objęły ją w pasie i pociągnęły ku górze.
- Już Cię stąd zabieram. Wiem, że się źle czujesz. - Jeremy wyglądał na maksymalnie rozwścieczonego, ale jednocześnie zaniepokojonego. Jego wyjątkowa intuicja podpowiedziała mu gdzie mogą znajdować się obie dziewczyny. Zawsze lądowały w tym samym lokalu. Taka ich swoista tradycja. - Simon holuje Cailin, daję słowo, że ją zamorduję kiedy dojdzie do siebie - mruknął biorąc cały ciężar ciała Joyce na siebie. Marudził całą drogę do samochodu, marudził kiedy sadzał JJ na fotelu pasażera, marudził jadąc w stronę mieszkania Joyce, po drodze wysadzając Simona z Cailin.
- Będę spawać - stwierdziła nagle rudowłosa, unosząc lekko powieki, co nieco zdziwiło Jeremy'ego. Od paru minut sprawiała wrażenie głęboko śpiącej, a tu proszę, nawet odezwała się całkiem do rzeczy.
- Oczywista sprawa - przytaknął jej. - Teraz czy wytrzymasz do domu?
Nie doczekał się odpowiedzi, bo JJ z powrotem odpłynęła i to chyba na dobre. Nie zareagowała gdy blondyn sprzedał jej najpierw lekkiego kuksańca w ramię, a potem solidnego liścia w twarz. Jeremy tylko westchnął przeciągle, upewnił się że czynności życiowe "podopiecznej" są w miarę normalne i wyciągnął "trupa" z auta, dziękując sobie, że nie zwalniał się z lekcji w-fu, tylko sumiennie trzaskał pompki, bo JJ do wagi piórkowej nie należała.
- JJ?! - Usłyszał za sobą dziwnie znajomy głos. W mężczyźnie, który ku niemu biegł, rozpoznał Carmine'a Dwighta i już w tym momencie wiedział, że Joyce ma jeszcze bardziej przesrane. O ile to było możliwe.
- Przysnęło się dziewczynie, nie stresuj się tak - poinformował znajomego, ale wiedział że to nie przejdzie.
- Nie pierdol, nie jestem ślepy - warknął na niego brunet i przejął na siebie ciężar JJ. - Gdzie się tak załatwiła? 
- Pomóż mi ją wtargać na górę to wszystko Ci wyjaśnię. - Jeremy wolał nie tracić czasu i uciął pogaduszki na dobre pół godziny, póki własnoręcznie nie umył twarzy przyjaciółki i nie przebrał jej w piżamę, zamykając drzwi pokoju przed Carminem, który by pewnie tylko przeszkadzał. Zadowolony ze swojego dzieła położył JJ na boku i nakrył kołdrą, po czym wyszedł do korytarza.
- Tym razem to nie jej wina. Bóg mi świadkiem - zapewnił bruneta, który siedział w kuchni i mnął w ręku serwetę. - To był wybryk Cailin, naszej przyjaciółki. JJ nie wiedziała co pije. Dzwoniła do mnie przerażona z prośbą o pomoc. Cailin potwierdziła jej wersję, opiekuje się nią mój chłopak.
- Niezłe ma przyjaciółki - mruknął Dwight, mając ochotę rozszarpać niejaką Cailin na strzępki.
- Tylko Cailin jest taka... wyskokowa - skomentował Jerry, wyciągając butelkę wody z lodówki oraz miskę i ręczniki papierowe z szafy. - Tutaj stanowczo przegięła, obiecuję Ci, że osobiście dopilnuję by zaczęła się leczyć, nie wiem, cokolwiek. Nie rób JJ awantury, i tak będzie w opłakanym stanie - poprosił i zaniósł rzeczy do pokoju rudej, po chwili z niego wracając. - Cailin nie zna litości w doborze środków rozrywkowych.
- Mogła do mnie zadzwonić - stwierdził brunet, bardziej do siebie niż do blondyna.
- Do Ciebie? - Jeremy uniósł brew. - Nie bądź śmieszny. A tak w ogóle, co Ty robiłeś pod blokiem? Jesteś stalkerem czy jak? - Spojrzał na swojego rozmówcę badawczym wzrokiem, a ten wzruszył ramionami.
- Przyszedłem pogadać, co w tym dziwnego?
- Nic. Jak widzisz, nie pogadasz dzisiaj, więc możesz wracać do siebie. Ja tutaj zostanę, a za parę godzin wróci jej współlokatorka, więc dobranoc. - Jeremy wskazał brunetowi wyjście z mieszkania, na co ten wstał i przycisnął go do ściany.
- Nie pogrywaj tak ze mną chłopcze i nie traktuj mnie jak idioty. To było ostrzeżenie - wycedził przez zęby i puścił chłopaka, a ten ostentacyjnie strzepnął "kurz" z ramienia.
- Heros od siedmiu boleści. - mruknął nieco za głośno, ale Carmine postanowił go zignorować. Niezręczną ciszę w mieszkaniu przerwał dźwięk telefonu, a właściwie dzwonek z melodyjką "I'm too sexy...". Telefon Jerry'ego, który zniknął w głębi przedpokoju i odebrał połączenie. Chwilę później wpadł w panice do kuchni.
- Podobno z Cailin jest źle, muszę do nich jechać - powiadomił bruneta, który siłą musiał powstrzymywać się od triumfalnego uśmiechu. - Zostań tutaj i dopilnuj by nie zeszła, ewentualnie by na golasa nie wyskoczyła z okna, jasne? 
W odpowiedzi Carmine pomachał ręką na pożegnanie i zamknął za blondynem drzwi. Cichaczem wszedł do pokoju Joyce, która spała jak dziecko, zbeształ szczurki za zbyt głośne hasanie po klatce i usiadł w ukochanym fotelu JJ, dorwanym na pchlim targu. Telefon JJ zadzwonił dopiero nad ranem i był to Jeremy, informujący o tym, że Cailin zapadła w śpiączkę i jej rokowania są słabe. I rzeczywiście, tydzień później została odłączona od aparatury podtrzymującej życie i pochowana na jednym z nowojorskich cmentarzy. Porządkowaniem jej mieszkania zajęli się Joyce, Simon i Jeremy, co skończyło się oglądaniem wspólnych zdjęć i filmów, co w rezultacie doprowadziło do jednego wielkiego płaczu i chłopaki wcale w tej kwestii nie pozostawali w tyle za JJ. Pogodzenie się ze śmiercią osoby tak młodej nigdy nie jest proste, zazwyczaj jest to nie do przejścia. Co najwyżej uda się zagłuszyć żal, ale on zawsze pozostanie. 
- Może byście panie się łaskawie ogarnęły? - Odezwał się nagle Simon, tak podobnie do Cailin, że Jeremy i JJ odruchowo zaczęli się śmiać. Simon pociągnął nosem w odpowiedzi i z  powrotem położył się obok przyjaciół na łóżku blondynki.

20/04/2013

1934. Imbirowa dziewczyna w krainie pomyłek. [Część II]

          Z pubu, o dosyć szemranej, ale jednak jakiejś opinii, do nocnego klubu ze striptizem. To się nazywa błyskotliwa kariera. Jeszcze tylko brakowało tego, by JJ biegała z gołym biustem i tyłkiem  po scenie i wiła się jak rasowy kociak w skąpej bieliźnie wokół zebranych panów, toczących ślinę jak stado mastiffów. Na szczęście na razie jej rola ograniczała się do kelnerowania, ale ogólną atmosferę samczej żądzy dało się wyczuć na kilometr. W zaczepkach słownych, lubieżnych spojrzeniach i jednoznacznych gestach. Nic więc dziwnego, że Joyce szła do pracy niechętnie, a na samą myśl o 8 godzinach w "Laleczkach ze snu" dostawała mdłości i nadzwyczaj często pozwalała sobie na wypalenie skręta przed pracą, by w miarę pozytywnym nastroju znieść swoją zmianę. Dzięki owemu "wspomaganiu" stawała się bardziej towarzyska i uśmiechnięta, co doceniali nie tylko klienci, obdarzając ją hojnymi napiwkami, ale też samo kierownictwo lokalu. To nie zmieniało faktu, że Jareau planowała uciec z tego przybytku jak najszybciej.

19 kwietnia 2013, godz. 23.45, "Laleczki ze snu"

          Tutaj rytm zmiany nigdy się nie zmieniał. Bieganie pomiędzy stolikami, uśmiechy, zalotne teksty, będące obowiązkiem kelnerki, roznoszenie alkoholi, puste rozmówki z klientami, od czasu do czasu pacyfikowanie bardziej rozochoconego towarzystwa. Nudy na pudy, cycki i tyłki. Joyce była właśnie zajęta rozmową z dwójką mężczyzn w garniturach, kiedy do lokalu weszła grupka panów. Pięciu panów, gwoli ścisłości. A na widok jednego z nich JJ omal nie zapadła się pod ziemię, bo widok Carmine'a Dwighta w "takim" miejscu to już był koniec świata. Król moralności, pan i władca na włościach, mister idealny, prawy mężczyzna i w ogóle marche perfection. Cóż mogło go sprowadzić do taniego lokalu ze striptizem? To tak kłóciło się ze standardowym obrazem mężczyzny, że Jareau stanęła jak wryta, jednocześnie z przerażeniem oczekując momentu, gdy ich wzrok się spotka. "Laleczki ze snu" to nie było idealne miejsce dla Joyce, szczególnie jeśli porówna się to z jej wcześniejszymi ambicjami. Z zamiarem chwilowego ukrycia się na zapleczu, chyba tylko po to by odwlec konfrontację w czasie, kobieta wycofała się w głąb lokalu, jednak rzadko jej w tym zakresie dopisywało szczęście, bo jak na zawołanie Carmine obrócił się w jej stronę... Zrobił wielki oczy i stanął jak słup, nie do końca pewien czy wzrok go nie myli. Nie widział JJ od prawie dwóch miesięcy i nigdy by nie przypuszczał, że spotka ją w striptizerni. Dosłownie zapomniał języka w gębie. Już dosyć kompromitujący był fakt, że on tutaj przebywał, ale żeby Joyce? Spuścił ją z oczu na parę tygodni, a ta dała się pokroić i zatrudnić w najgorszym chyba możliwym miejscu dla kogoś takiego jak ona. Zamierzał do niej podejść, porozmawiać, ale Joyce nagle jakby otrząsnęła się z szoku i zniknęła z sali, a jego samego zagadali kumple, z którymi przyszedł. 
- Dwight, pijesz coś? - Tommy klepnął go po ramieniu, a mężczyzna tylko przytaknął, mając nadzieję, że Jareau wkrótce wróci. I wróciła, po jakichś dziesięciu minutach. Na jej twarzy nie malowała się już nawet odrobina zakłopotania czy zaskoczenia. Wręcz przeciwnie, emanowała z niej pewność siebie i wręcz zuchwalstwo. Wypatrzyła go w tłumie i posłała wyzywające spojrzenie, mówiące "I co Ty na to?", po czym lekko i z gracją podeszła do stolika, przy którym siedział, co wywołało wybuch radości u jego mocno podpitych towarzyszy.
- Podać coś, panowie? - Spytała z czarującym uśmiechem. - Carmine, nadal pijesz Highlandera? - Zwróciła się do znajomego, a ten bez słowa skinął głową. Pozostali również złożyli zamówienia, a Joyce zniknęła w tłumie ludzi.
- Skąd Ty ją znasz? 
- Miałeś ją, Dwight? 
- Szału nie ma, ale skubałbym jak reksio szynkę.
- Zamknijcie mordy - zażądał Carmine, po czym wstał z krzesła i skierował się w stronę baru, gdzie na drinki czekała JJ.
- Co Ty tutaj robisz, Joyce? - Spytał, chwytając ją za ramię i odwracając w swoją stronę, na co ta nieomal nie dostała zawału.
- A jak myślisz? - Spojrzała na niego. - Przecież nie rozbieram się. - Uniosła kącik ust w nieco złośliwym uśmieszku, jednocześnie kładąc szklanki na tacy.
- To nie jest miejsce dla Ciebie. - Ton bruneta nie pozostawiał wątpliwości co do jego opinii w sprawie zarobkowania Joyce. Ta tylko prychnęła zbulwersowana. Za kogo on się uważał? Pojawiał się jak gdyby nigdy nic i rościł sobie prawa do pouczania. Pieprzony ideał.
- Wyjaśnijmy sobie pewną rzecz - Jareau wzięła tacę na ręce. - Skoro masz takie dzikie chęci do naprawiania młodzieży to zostań wychowawcą w poprawczaku. Ćpuny, złodzieje, mordercy, młodociane prostytutki; będziesz miał zajęcie - zapewniła ruszając w stronę stolika, zerkając na Dwighta, który szedł obok niej. - Ode mnie się raz na zawsze odczep. Jak widać sobie doskonale radzę bez Twoich nad wyraz opiekuńczych skrzydełek niespełnionego anioła stróża, jasne? Ja tutaj zostaję i tyle, to mój wybór, mam prawie trzydzieści lat do jasnej cholery.
- Po moim trupie, JJ...
- Reanimacja dobrze Ci zrobi.
- JJ!
- Nie rób scen, ok? - Joyce zmroziła go wzrokiem. - Wracaj do swoich kumpli i dobrze się baw. Za chwilę na scenę wyjdzie Amy, świetna laska, popatrz sobie i nie przeszkadzaj mi w pracy - rozkazała.
- Nie skończyliśmy tego tematu - zapewnił Carmine i przywdziawszy na twarz uśmiech usiadł obok swoich kumpli, którzy przywitali ich radosnymi, niezbyt górnolotnymi tekstami i nieskrępowaną swobodą. Joyce podała im drinki i puściwszy oczko, z szelmowskim uśmiechem podeszła do innych stolików, a na scenie, zgodnie z jej zapowiedzią, pojawiła się piękna, czarnowłosa Amy. Pełna czaru i wdzięku, niespiesznie poruszała się do muzyki, rzucając zebranej publiczności powłóczyste spojrzenia zza gęstej firany sztucznych rzęs. Przyciągała wzrok jak magnes, a JJ miała wrażenie, że wraz z jej pokazaniem się, wszystkie inne kobiety w pubie przestawały być widoczne, tak jakby narzucono na nie potterowskie peleryny-niewidki. Nic dziwnego, Amy była wysoka i posągowo piękna, z długimi, czarnymi jak nocne niebo włosami i oczami w kolorze kwiatów chabru. Była też diabelnie inteligentna, uwodzicielska i wysportowana, co niemalże z biegu uczyniło ją główną gwiazdą lokalu. Żadna z reszty tancerek nie miała takiego brania jak Amy, toteż musiała występować niemal codziennie, często po 3-4 razy, jednak nie narzekała. Miała jasno sprecyzowany cel - zarobić na czesne w New York Academy of Dramatic Arts. Planowała jeszcze poniżać się przez jakieś pół roku i czmychnąć, mając nadzieję, że żaden z nauczycieli tejże szkoły nie zapuszczał się w pobliskie tereny. Amy w iście hollywoodzkim stylu wykonała swój pieczołowicie przygotowany układ i po głośnym aplauzie i zebraniu napiwków zniknęła zza sceną, a spragnieni mężczyźni zasypali kelnerki zamówieniami na kolejne alkohole. JJ biegała od stolików do baru i z powrotem, nie omijając również tego przy którym siedział Dwight z kumplami, ale ani z jego ani z jej strony nie padły żadne słowa. Nadrabiali to koledzy mężczyzny, którzy za każdym razem zaczepiali ją nieszkodliwymi, chociaż niezbyt inteligentnymi, tekstami. Ta znosiła godnie ich zaczepki, odpowiadając mniej więcej na podobnym poziomie, co wywoływało grymas zniesmaczenia na twarzy Carmine'a. W pewnej chwili o mały włos a przywaliłby jednemu ze swoich towarzyszy, który spytał, czy praca tutaj obejmuje również usługi na wynos, na co JJ, by załagodzić sytuację, obróciła całość w żart i pospiesznie wróciła do pracy. Kątem oka zaobserwowała, że wesoła ekipa pod silnym wezwaniem zebrała się i pospiesznie opuściła lokal, więc Joyce odetchnęła z ulgą i na spokojnie przetrwała resztę zmiany, mając nadzieję, że to już koniec przygód na dziś. Po zamknięciu pubu wypiła drinka, zabrała rower i wyszła zza bramę, gdzie czekał na nią Dwight, opierając się plecami o mur.
- Nudzi Ci się? - Spytała rudowłosa, zerkając na niego z zaciekawieniem, na co ten wzruszył ramionami.
- Nie lubię tego miejsca, JJ - stwierdził od niechcenia i uniósł brew. Joyce pokręciła głową z rozbawieniem.
- Nie musisz tutaj przychodzić, nie ma obowiązku konstytucyjnego szlajania się po burdelach i oglądania cycków na scenie. Poza tym chodź, nie chcę tutaj stać do rana, spać mi się chce - powiedziała i skręciła w lewo.
- Wiesz  o czym mówię, Joyce. - Carmine wyrównał z nią krok, by iść obok. - Miałaś być analitykiem, zawsze Ci powtarzałem, że masz precyzyjne ręce i duszę pasjonata w tej dziedzinie. Co się stało po drodze?
- Stanęłam twarzą w twarz z rzeczywistością. - Nie widzieć czemu, na twarzy Joyce pojawił się uśmiech. - Poza tym praca tutaj jest tylko tymczasowa i czysto zarobkowa. Dobrze tutaj płacą. Odbiję się od dna i na pewno  poszukam czegoś innego, zapewniam. Nie skurwię się za pieniądze, bez obaw.
W odpowiedzi Dwight przewrócił oczami i wskazał na blok kilkadziesiąt metrów dalej.
- Wejdziesz na drinka? - Spytał. - Chyba mamy sporo do nadrobienia.
- Jasne, ale nie licz na to, że będą usługi na wynos. - Przypomniała mu uwagę jednego z jego kumpli, na co brunet omal nie oderwał sobie głowy przy pacnięciu ręką w czoło.


20 kwietnia 2013, godz. 9.20

JJ otworzyła jedno oko, by skonfrontować przeczucie z rzeczywistością. Granatowa pościel i przytulny pokój urządzony w stonowanych barwach. Nie pokój Joyce. Przerażona otworzyła drugie oko i rozejrzała się, w panice usiłując sobie przypomnieć jak i kiedy się tutaj znalazła. Fakt, że miała na sobie męską koszulkę z krótkim rękawem wcale jej nie pocieszał.
- Dzień dobry, JJ, wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha. - W drzwiach pokoju pojawił się Carmine Dwight, ubrany w przetarte dżinsy i koszulkę. Jego starannie zazwyczaj ułożone włosy, teraz były w uroczym nieładzie, co nadawało mu młodszy, bardziej zawadiacki wygląd. Uśmiechał się szelmowsko, a Joyce w jednej chwili zdała sobie sprawę w jakiej znalazła się sytuacji.
- Nie jestem pewna czy nie wolałabym żebyś był duchem -wydusiła z siebie i w akcie buntu nakryła się kołdrą po czubek głowy. Odpowiedział jej tylko donośny śmiech mężczyzny i skrzypnięcie łóżka, kiedy ten się na nim położył.
- JJ, nic się między nami nie stało, nie pamiętasz? - Carmine uniósł brew i z rozbawieniem obserwował sporą wypukłość pod kołdrą, którą była Jareau. Słysząc te słowa, dziewczyna odkryła połowę twarzy.
- Nie pamiętam? - Bardziej spytała niż stwierdziła. I znów Dwight wybuchnął śmiechem, przy okazji wzburzając dłonią jej włosy.
- Zastanawiam się czy się nad Tobą poznęcać czy od razu powiedzieć prawdę - stwierdził zaczepnie, za co oberwał poduszką w twarz. - Hej, jednak wcale nie jesteś tak bezbronna jak wczoraj - zaśmiał się i oddał "cios",  co zapoczątkowało nieskrępowaną bitwę, okraszoną dużą ilością śmiechu oraz pisku, jednak tylko w wykonaniu Joyce.
- Mam Cię - stwierdził triumfalnie Wright chwytając JJ za nadgarstki i przytwierdzając je do materaca. Popatrzył na jej zarumienioną z wściekłości twarz. - Nie masz tak mocnej głowy jak Ci się wydaje, padłaś jak dziecko. Aż żal byłoby Cię wykorzystać - zapewnił, chociaż nieco żałował, że tak ją znietrzeźwił. W końcu zwyczajnie mogło jej to zaszkodzić.
- Tak? - Joyce uniosła brew, jednak wszelkie próby wydostania się spełzły na niczym. - To dlaczego mam na sobie Twoją koszulkę, hę?
- Uparłem się, że będziesz nocować u mnie, wzięłaś prysznic, dostałaś moją koszulkę, a kieliszek później nie byłaś w stanie utrzymać pionu - wyjaśnił jej, ale wciąż wisiał nad nią, bez chęci na szybką zmianę pozycji.  -Ile pamiętasz?
- Wszystko do momentu, gdy otworzyłeś drugą butelkę, potem wszystko mi się zamazało.
- To i tak nieźle. Masz kacora? Jakoś nie widać.
- Mam, ale dobrze się kamufluję, zleź ze mnie, bo Ci skopię jądra i będziesz śpiewał jak rasowy eunuch - warknęła JJ, czując że żołądek zaraz wyskoczy jej nosem, a Carmine odpuścił i uwolnił jej ręce.
- Jednak jesteś wredna - westchnął i wstał na nogi. - Chodź, trzeba Cię dobrze nakarmić, schudłaś ostatnio.
- Nie podlizuj się, ja nic nie jem, będę umierać. - JJ przewróciła się na bok ze szczerym przetrwania najgorszych dolegliwości, na co gospodarz mieszkania zaśmiał się i wyszedł, zamykając za sobą drzwi...