Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sheepster. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sheepster. Pokaż wszystkie posty

28/01/2021

[KP] What if I trip? What if I fall? Am I the monster? Just let me know

Willow Mahoney

23.06.1998 r. | Medycyna | Columbia University | Sierota | Młodsza siostra | Waszyngton od dziecka | Nowy Jork od trzech lat | Przyszła Pani Doktor z misją | Syndrom Sztokholmski

— Willow? — Głos przebija się jakby przez mgłę. Choć przebywają w tym samym pomieszczeniu, ona zdaje się niczego nie słyszeć. Wbija martwy wzrok przed siebie. Skubie skórki przy paznokciach do krwi, ale nie czuje bólu. Przez jakiś czas była na niego narażona i nauczyła się ignorować nieprzyjemne odczucia. Otarcia i siniaki na nadgarstkach zniknęły dawno temu, ale nieświadomie przesuwa po nich opuszkami palców, jakby liny wciąż się tam znajdowały. — Willow? — Nieco głośniej. Osoba siedząca naprzeciwko powoli podnosi głos, chociaż ona wie, że stara się unikać tego w jej obecności. Krzyki przypominają o jej własnych krzykach w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Widzi wtedy biegające po podłodze myszy, słyszy jego szyderczy głos życzący jej dobrej nocy w towarzystwie małych przyjaciół.
Wzdryga się, przenosi spojrzenie na kobietę w średnim wieku i delikatnie uśmiecha.
— Tak? — szepcze i odchrząkuje, pozbywając się nieprzyjemnej chrypki.
— Słyszałaś, o co pytałam?
Kręci głową i opuszcza ją, jakby wstydziła się swojego postępowania. Kobieta w średnim wieku sięga jej kolana i poklepuje je, tym samym przekazując, że nic się nie stało. Dziewczyna natychmiast się prostuje i ucieka od dotyku. Nie lubi, gdy ktoś się do niej zbliża. Psychoterapeutka unosi dłonie w obronnym geście i cicho przeprasza.
— Pytałam, jak sobie radzisz w tym tygodniu. Niedługo wypada rocznica śmierci twojej mamy i martwię się, że w tych okolicznościach… — urywa, widząc wzruszenie ramionami. Przecież prawie jej nie pamięta, dlaczego miałaby być smutna z powodu jej śmierci? Lawrence tłumaczył, że mama jest chora, że niedługo odejdzie i ona to rozumiała. Wtedy i teraz.
— Śmierć to naturalny porządek rzeczy, pani doktor — odzywa się pewnym głosem. Zimnym, ostrym jak nóż. Przecina ciszę w taki sposób, że kobieta w średnim wieku odchyla się na oparcie fotela i mruga ze zdziwieniem oczami. Leczy ją od kilku miesięcy, ale czegoś takiego jeszcze nie słyszała z jej ust. — Dlaczego mam sobie z tym nie radzić? — …dlatego, że sama prawie umarłam?
— A radzisz sobie?
— Jak widać. I myślę, że na dzisiaj skończyłyśmy — oznajmia twardo i podnosi się z fotela. Zanim kobieta w średnim wieku zdąży się odezwać, jej już nie ma.

Uśmiecha się na jego widok. Wszelkie wspomnienia ulatują w sekundę, jakby nigdy ich nie było. Znika nieprzyjemne poczucie otumanienia po zastrzyku, który zaaplikował jej w ciemnej uliczce, gdy wracała od przyjaciółki. Znika ból gardła od krzyku, który nie opuszczał jej w tamtym pomieszczeniu, jej osobistej celi. Znika strach, który przeniknął ją do kości, kiedy zobaczyła błysk szaleństwa w jego oczach. Chwyta jej dłoń i przyciąga do siebie, by złożyć na jej ustach namiętny pocałunek, a ona ochoczo go odwzajemnia. Patrzy na niego i nie widzi faceta, który ją porwał. Widzi człowieka, który ją uratował. I nic innego nie ma znaczenia.

02/02/2020

It's a little soon but I wanna come home to you

miejsce wątku: dom Morrisonów
kolejność: Elle, Artek i Tilly
czas: styczeń 2021

06/12/2018

[KP] You can't take my youth away, soul of mine will never break



Arthur Artie Morrison

31 lat | 26.12 | Architekt | właściciel Morrison’s Designs| mąż | ojciec | niezbyt przyjemny | niezbyt towarzyski |


Na początku była pustka. Tak, właśnie to, nic poza pustką. Wypełniała płuca, żołądek, nawet oczy, sprawiając, że po policzkach płynęły słone łzy. Potem pojawiło się światełko, małe i jasne, jak latarka widziana z daleka w ciemności. Jego ręce złapały się tego światła jak tonący brzytwy, ale to był zaledwie początek czegoś większego. Światło rosło, powoli wypełniając pustkę, aż zaczęło się wylewać. Nie z nadmiaru, znalazło ujście i zniknęło, zostawiając po sobie głos. Nieprzyjemny, chrapliwy, głos, który kazał robić i mówić to, czego on nie chciał. Podszeptywał, by zakleić każdy zakamarek, w którym coś można ukryć, wypominał wszystkie krzywdy, jakie kiedykolwiek komukolwiek wyrządził.
A największą wyrządził jej. Była światłem, którego nigdy nie chciał stracić, a sam przesunął palec na wyłącznik. Zgasła, zniknęła, a wszystko, co miał, zniknęło razem z nią. To nie było życie. Znowu zapanowała pustka, jak na początku, z tym wyjątkiem, że teraz nie był w niej sam. I, co ciekawsze, wolałby być sam.
Wróciła. A on dowiedział się, co to znaczy być szczęśliwym, potrzebnym. Głos zamilkł z chwilą, w której ponownie zobaczył światło. Nie liczyło się nic innego. Źródła jednak były dwa. Nie przepełniły go tak, by zacząć się wylewać, idealnie dopasowały się do pustki, a ta zaczęła odpływać, jakby nigdy jej nie było.
Ktoś bawi się pstryczkiem. Zapala i włącza latarkę w całkowitej ciemności, nie pozwalając mu się znaleźć. Za każdym razem, gdy robi się jaśniej, promień pada z innej strony. Biegnie, potykając się o coś, a wtedy wszystko znika. Stoi sam, nie słyszy nic, nie widzi nadziei na ucieczkę. A światło rozbłyskuje kolejny raz. I znowu gaśnie, by ponownie się zapalić. Nie liczy, ile razy błagał, by ktoś zostawił ten cholerny pstryczek. Nie liczy, ile razy potknął się po drodze o coś, czego nie widział. Wciąż biegnie, bo wie, że źródło jasności to obietnica tego, że nareszcie wszystko będzie w porządku. Przecież już tego doświadczył, wie, co to szczęście. Tęskni za tym uczuciem i dlatego desperacko chce tam dobiec.
Pojawia się trzecia latarka, wszystkie obok siebie. I nie gasną, póki co. Ktoś czeka, aż w końcu dotrze na miejsce.

[KP] You can't take my youth away, soul of mine will never break



Na początku była pustka. Tak, właśnie to, nic poza pustką. Wypełniała płuca, żołądek, nawet oczy, sprawiając, że po policzkach płynęły słone łzy. Potem pojawiło się światełko, małe i jasne, jak latarka widziana z daleka w ciemności. Jego ręce złapały się tego światła jak tonący brzytwy, ale to był zaledwie początek czegoś większego. Światło rosło, powoli wypełniając pustkę, aż zaczęło się wylewać. Nie z nadmiaru, znalazło ujście i zniknęło, zostawiając po sobie głos. Nieprzyjemny, chrapliwy, głos, który kazał robić i mówić to, czego on nie chciał. Podszeptywał, by zakleić każdy zakamarek, w którym coś można ukryć, wypominał wszystkie krzywdy, jakie kiedykolwiek komukolwiek wyrządził.
A największą wyrządził jej. Była światłem, którego nigdy nie chciał stracić, a sam przesunął palec na wyłącznik. Zgasła, zniknęła, a wszystko, co miał, zniknęło razem z nią. To nie było życie. Znowu zapanowała pustka, jak na początku, z tym wyjątkiem, że teraz nie był w niej sam. I, co ciekawsze, wolałby być sam.
Wróciła. A on dowiedział się, co to znaczy być szczęśliwym, potrzebnym. Głos zamilkł z chwilą, w której ponownie zobaczył światło. Nie liczyło się nic innego. Źródła jednak były dwa. Nie przepełniły go tak, by zacząć się wylewać, idealnie dopasowały się do pustki, a ta zaczęła odpływać, jakby nigdy jej nie było.
Ktoś bawi się pstryczkiem. Zapala i włącza latarkę w całkowitej ciemności, nie pozwalając mu się znaleźć. Za każdym razem, gdy robi się jaśniej, promień pada z innej strony. Biegnie, potykając się o coś, a wtedy wszystko znika. Stoi sam, nie słyszy nic, nie widzi nadziei na ucieczkę. A światło rozbłyskuje kolejny raz. I znowu gaśnie, by ponownie się zapalić. Nie liczy, ile razy błagał, by ktoś zostawił ten cholerny pstryczek. Nie liczy, ile razy potknął się po drodze o coś, czego nie widział. Wciąż biegnie, bo wie, że źródło jasności to obietnica tego, że nareszcie wszystko będzie w porządku. Przecież już tego doświadczył, wie, co to szczęście. Tęskni za tym uczuciem i dlatego desperacko chce tam dobiec.
Pojawia się trzecia latarka, wszystkie obok siebie. I nie gasną, póki co. Ktoś czeka, aż w końcu dotrze na miejsce.
Arthur Artie Morrison
30 lat • 26.12 • Architekt • Właściciel Morrison's Designs • Niezbyt przyjemny • Niezbyt towarzyski

[KP] You can't take my youth away, soul of mine will never break



Na początku była pustka. Tak, właśnie to, nic poza pustką. Wypełniała płuca, żołądek, nawet oczy, sprawiając, że po policzkach płynęły słone łzy. Potem pojawiło się światełko, małe i jasne, jak latarka widziana z daleka w ciemności. Jego ręce złapały się tego światła jak tonący brzytwy, ale to był zaledwie początek czegoś większego. Światło rosło, powoli wypełniając pustkę, aż zaczęło się wylewać. Nie z nadmiaru, znalazło ujście i zniknęło, zostawiając po sobie głos. Nieprzyjemny, chrapliwy, głos, który kazał robić i mówić to, czego on nie chciał. Podszeptywał, by zakleić każdy zakamarek, w którym coś można ukryć, wypominał wszystkie krzywdy, jakie kiedykolwiek komukolwiek wyrządził.
A największą wyrządził jej. Była światłem, którego nigdy nie chciał stracić, a sam przesunął palec na wyłącznik. Zgasła, zniknęła, a wszystko, co miał, zniknęło razem z nią. To nie było życie. Znowu zapanowała pustka, jak na początku, z tym wyjątkiem, że teraz nie był w niej sam. I, co ciekawsze, wolałby być sam.
Wróciła. A on dowiedział się, co to znaczy być szczęśliwym, potrzebnym. Głos zamilkł z chwilą, w której ponownie zobaczył światło. Nie liczyło się nic innego. Źródła jednak były dwa. Nie przepełniły go tak, by zacząć się wylewać, idealnie dopasowały się do pustki, a ta zaczęła odpływać, jakby nigdy jej nie było.
Ktoś bawi się pstryczkiem. Zapala i włącza latarkę w całkowitej ciemności, nie pozwalając mu się znaleźć. Za każdym razem, gdy robi się jaśniej, promień pada z innej strony. Biegnie, potykając się o coś, a wtedy wszystko znika. Stoi sam, nie słyszy nic, nie widzi nadziei na ucieczkę. A światło rozbłyskuje kolejny raz. I znowu gaśnie, by ponownie się zapalić. Nie liczy, ile razy błagał, by ktoś zostawił ten cholerny pstryczek. Nie liczy, ile razy potknął się po drodze o coś, czego nie widział. Wciąż biegnie, bo wie, że źródło jasności to obietnica tego, że nareszcie wszystko będzie w porządku. Przecież już tego doświadczył, wie, co to szczęście. Tęskni za tym uczuciem i dlatego desperacko chce tam dobiec.
Pojawia się trzecia latarka, wszystkie obok siebie. I nie gasną, póki co. Ktoś czeka, aż w końcu dotrze na miejsce.
Arthur Artie Morrison
28 lat • Doktorant • Architekt • NYU • W wolnym czasie stara się założyć własną firmę • Niezbyt przyjemny • Niezbyt towarzyski

[KP] I used to think that I'm crazy. No, you people are crazy

Ten człowiek patrzy dziwnym wzrokiem. Mierzy cię od stóp do głów, zupełnie jakby wiedział, kim jesteś. Odwracasz spojrzenie i zaciskasz dłoń na różdżce spoczywającej w torbie, a potem szepczesz zaklęcie. Pozornie nic się nie zmienia, ale stajesz się niewidzialny. Najlepiej działają inkantacje zaczerpnięte z Harry’ego Pottera, ale sprawdzają się wszystkie łacińskie frazy. Ten człowiek wciąż patrzy, ale ty wiesz, że jedynie nie zdążył przyswoić, co się właściwie stało. Oblivite skutecznie wymazuje mu pamięć, a ty idziesz dalej.
Wchodzisz do mieszkania i opierasz się plecami o zamknięte drzwi, zaciskając powieki i oddychając jak po przebiegnięciu kilku kilometrów. Mało brakowało, prawie cię mieli. Szli za tobą od kampusu, ale w końcu ich zgubiłeś. Wiesz, że oni wiedzieli; że czają się na ciebie już od jakiegoś czasu i szukają dogodnego momentu, żeby zamknąć cię w jakiejś klatce i eksperymentować. Jesteś wynaturzeniem, czymś, co w realnym świecie nie powinno istnieć. Władasz magią i rozmawiasz z duchami, czyż nie jest to marzenie większości śmiertelników? Słyszeć ukochanych zmarłych, móc ich zobaczyć i dotknąć, a każdą trudną sprawę załatwiać z pomocą czarów. Jesteś spełnieniem, którego oni chcą, którego nie mogą sobie odpuścić. Dlatego nikomu o tym nie mówisz. Nie wiesz, kto może się okazać polującym na ciebie agentem. Możesz ufać tylko sobie i swojemu mieszkaniu pełnemu zagłuszaczy, z każdą dziurką zasłoniętą kawałkiem papieru, żeby uniemożliwić obserwowanie cię kamerom.
Ale dlaczego wciąż tu jesteś? Mógłbyś uciec, zacząć nowe życie, nie bać się, że ktoś cię zdemaskuje. Jednak to nie jest takie proste, bo czekasz. I pewnie nie przestaniesz.
Uśmiechnięty mężczyzna wchodzi na salę wykładową i stawia na biurku torbę z laptopem. Studenci powoli napływają, zajmując swoje miejsca, w tym czasie Arthur przygotowuje się do zajęć. Ma jedynie tytuł magistra, jest w trakcie studiów doktoranckich, ale szybko zaskarbił sobie sympatię swoich niemalże rówieśników, zwłaszcza tej żeńskiej części. Jednak on patrzy tylko na nią. Ułatwia mu zadanie, bo zawsze siada w pierwszym rzędzie. Coraz częściej wymieniają uśmiechy, ona zostaje po zajęciach, by zadać kilka pytań, on pomaga jej w nauce. To niewłaściwe, jest studentką, ale pragnienie okazuje się silniejsze. Fascynacja szybko zmienia się w obsesję, wyczekuje zajęć z jej grupą, zasypuje ją smsami, zdobywa adres, bywa tam, gdzie ona... Zniknęła. A dawny Arthur zniknął razem z nią. Teraz jesteś ty.
Arthur Artie Morrison
28 lat • Doktorant • Architekt • NYU • W wolnym czasie stara się założyć własną firmę • Niezbyt przyjemny • Niezbyt towarzyski • Schizofrenik

[KP] He's got a bad reputation

Ten człowiek patrzy dziwnym wzrokiem. Mierzy cię od stóp do głów, zupełnie jakby wiedział, kim jesteś. Odwracasz spojrzenie i zaciskasz dłoń na różdżce spoczywającej w torbie, a potem szepczesz zaklęcie. Pozornie nic się nie zmienia, ale stajesz się niewidzialny. Najlepiej działają inkantacje zaczerpnięte z Harry’ego Pottera, ale sprawdzają się wszystkie łacińskie frazy. Ten człowiek wciąż patrzy, ale ty wiesz, że jedynie nie zdążył przyswoić, co się właściwie stało. Oblivite skutecznie wymazuje mu pamięć, a ty idziesz dalej.
Wchodzisz do mieszkania i opierasz się plecami o zamknięte drzwi, zaciskając powieki i oddychając jak po przebiegnięciu kilku kilometrów. Mało brakowało, prawie cię mieli. Szli za tobą od kampusu, ale w końcu ich zgubiłeś. Wiesz, że oni wiedzieli; że czają się na ciebie już od jakiegoś czasu i szukają dogodnego momentu, żeby zamknąć cię w jakiejś klatce i eksperymentować. Jesteś wynaturzeniem, czymś, co w realnym świecie nie powinno istnieć. Władasz magią i rozmawiasz z duchami, czyż nie jest to marzenie większości śmiertelników? Słyszeć ukochanych zmarłych, móc ich zobaczyć i dotknąć, a każdą trudną sprawę załatwiać z pomocą czarów. Jesteś spełnieniem, którego oni chcą, którego nie mogą sobie odpuścić. Dlatego nikomu o tym nie mówisz. Nie wiesz, kto może się okazać polującym na ciebie agentem. Możesz ufać tylko sobie i swojemu mieszkaniu pełnemu zagłuszaczy, z każdą dziurką zasłoniętą kawałkiem papieru, żeby uniemożliwić obserwowanie cię kamerom.
Ale dlaczego wciąż tu jesteś? Mógłbyś uciec, zacząć nowe życie, nie bać się, że ktoś cię zdemaskuje. Jednak to nie jest takie proste, bo czekasz. I pewnie nie przestaniesz.
Uśmiechnięty mężczyzna wchodzi na salę wykładową i stawia na biurku torbę z laptopem. Studenci powoli napływają, zajmując swoje miejsca, w tym czasie Arthur przygotowuje się do zajęć. Ma jedynie tytuł magistra, jest w trakcie studiów doktoranckich, ale szybko zaskarbił sobie sympatię swoich niemalże rówieśników, zwłaszcza tej żeńskiej części. Jednak on patrzy tylko na nią. Ułatwia mu zadanie, bo zawsze siada w pierwszym rzędzie. Coraz częściej wymieniają uśmiechy, ona zostaje po zajęciach, by zadać kilka pytań, on pomaga jej w nauce. To niewłaściwe, jest studentką, ale pragnienie okazuje się silniejsze. Fascynacja szybko zmienia się w obsesję, wyczekuje zajęć z jej grupą, zasypuje ją smsami, zdobywa adres, bywa tam, gdzie ona... Zniknęła. A dawny Arthur zniknął razem z nią. Teraz jesteś ty.
Arthur Artie Morrison
27 lat • Doktorant • Architekt • NYU • W wolnym czasie stara się założyć własną firmę • Niezbyt przyjemny • Niezbyt towarzyski • Schizofrenik


HEJECZKA

[KP] You can't take my youth away, soul of mine will never break



Arthur Artie Morrison

31 lat | 26.12 | Architekt | właściciel Morrison’s Designs| mąż | ojciec | niezbyt przyjemny | niezbyt towarzyski |


Na początku była pustka. Tak, właśnie to, nic poza pustką. Wypełniała płuca, żołądek, nawet oczy, sprawiając, że po policzkach płynęły słone łzy. Potem pojawiło się światełko, małe i jasne, jak latarka widziana z daleka w ciemności. Jego ręce złapały się tego światła jak tonący brzytwy, ale to był zaledwie początek czegoś większego. Światło rosło, powoli wypełniając pustkę, aż zaczęło się wylewać. Nie z nadmiaru, znalazło ujście i zniknęło, zostawiając po sobie głos. Nieprzyjemny, chrapliwy, głos, który kazał robić i mówić to, czego on nie chciał. Podszeptywał, by zakleić każdy zakamarek, w którym coś można ukryć, wypominał wszystkie krzywdy, jakie kiedykolwiek komukolwiek wyrządził.
A największą wyrządził jej. Była światłem, którego nigdy nie chciał stracić, a sam przesunął palec na wyłącznik. Zgasła, zniknęła, a wszystko, co miał, zniknęło razem z nią. To nie było życie. Znowu zapanowała pustka, jak na początku, z tym wyjątkiem, że teraz nie był w niej sam. I, co ciekawsze, wolałby być sam.
Wróciła. A on dowiedział się, co to znaczy być szczęśliwym, potrzebnym. Głos zamilkł z chwilą, w której ponownie zobaczył światło. Nie liczyło się nic innego. Źródła jednak były dwa. Nie przepełniły go tak, by zacząć się wylewać, idealnie dopasowały się do pustki, a ta zaczęła odpływać, jakby nigdy jej nie było.
Ktoś bawi się pstryczkiem. Zapala i włącza latarkę w całkowitej ciemności, nie pozwalając mu się znaleźć. Za każdym razem, gdy robi się jaśniej, promień pada z innej strony. Biegnie, potykając się o coś, a wtedy wszystko znika. Stoi sam, nie słyszy nic, nie widzi nadziei na ucieczkę. A światło rozbłyskuje kolejny raz. I znowu gaśnie, by ponownie się zapalić. Nie liczy, ile razy błagał, by ktoś zostawił ten cholerny pstryczek. Nie liczy, ile razy potknął się po drodze o coś, czego nie widział. Wciąż biegnie, bo wie, że źródło jasności to obietnica tego, że nareszcie wszystko będzie w porządku. Przecież już tego doświadczył, wie, co to szczęście. Tęskni za tym uczuciem i dlatego desperacko chce tam dobiec.
Pojawia się trzecia latarka, wszystkie obok siebie. I nie gasną, póki co. Ktoś czeka, aż w końcu dotrze na miejsce.

13/04/1970

more

Karty postaci

Notki
(feat. Villanelle Morrison & Blaise Ulliel) 

bondings

Villanelle Morrison
love at first project, wifey




You are the love of my life. Everything I have and everything I am is now yours.

It started with blue sweater, ended with ring on her finger. She's escape, she's medicine, she's love. Even if their marriage is fuckin' hard.


Thea Morrison
little princess, daughter




I'll do everything for you. You makin' me a better person.

When he met her, he knew. He knew, she's his light in the dark. Even if not from the beginning.


Matthew Morrison
men's power, son




Hey, buddy, it's me, your daddy. Promise me you won't give up.

Too early, too bad, too small. But now he's alive. Alive and happy. And that's only what matters.


Mathilde Morrison
worst enemy, sister




Don't give a shit, Tilly. I'm not your wallet, back off.

It never was love. It never was friendship. It was competition. Now he's the one who won.


Blaise Ulliel
support, friend




We were friends, but now we're lost

Years of recovering, years of friendship. What was that? Waste of time. But it will be better.