
Willow Mahoney
23.06.1998 r. | Medycyna | Columbia University | Sierota | Młodsza siostra | Waszyngton od dziecka | Nowy Jork od trzech lat | Przyszła Pani Doktor z misją | Syndrom Sztokholmski
— Willow? — Głos przebija się jakby przez mgłę. Choć przebywają w tym samym pomieszczeniu, ona zdaje się niczego nie słyszeć. Wbija martwy wzrok przed siebie. Skubie skórki przy paznokciach do krwi, ale nie czuje bólu. Przez jakiś czas była na niego narażona i nauczyła się ignorować nieprzyjemne odczucia. Otarcia i siniaki na nadgarstkach zniknęły dawno temu, ale nieświadomie przesuwa po nich opuszkami palców, jakby liny wciąż się tam znajdowały. — Willow? — Nieco głośniej. Osoba siedząca naprzeciwko powoli podnosi głos, chociaż ona wie, że stara się unikać tego w jej obecności. Krzyki przypominają o jej własnych krzykach w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Widzi wtedy biegające po podłodze myszy, słyszy jego szyderczy głos życzący jej dobrej nocy w towarzystwie małych przyjaciół.
Wzdryga się, przenosi spojrzenie na kobietę w średnim wieku i delikatnie uśmiecha.
— Tak? — szepcze i odchrząkuje, pozbywając się nieprzyjemnej chrypki.
— Słyszałaś, o co pytałam?
Kręci głową i opuszcza ją, jakby wstydziła się swojego postępowania. Kobieta w średnim wieku sięga jej kolana i poklepuje je, tym samym przekazując, że nic się nie stało. Dziewczyna natychmiast się prostuje i ucieka od dotyku. Nie lubi, gdy ktoś się do niej zbliża. Psychoterapeutka unosi dłonie w obronnym geście i cicho przeprasza.
— Pytałam, jak sobie radzisz w tym tygodniu. Niedługo wypada rocznica śmierci twojej mamy i martwię się, że w tych okolicznościach… — urywa, widząc wzruszenie ramionami. Przecież prawie jej nie pamięta, dlaczego miałaby być smutna z powodu jej śmierci? Lawrence tłumaczył, że mama jest chora, że niedługo odejdzie i ona to rozumiała. Wtedy i teraz.
— Śmierć to naturalny porządek rzeczy, pani doktor — odzywa się pewnym głosem. Zimnym, ostrym jak nóż. Przecina ciszę w taki sposób, że kobieta w średnim wieku odchyla się na oparcie fotela i mruga ze zdziwieniem oczami. Leczy ją od kilku miesięcy, ale czegoś takiego jeszcze nie słyszała z jej ust. — Dlaczego mam sobie z tym nie radzić? — …dlatego, że sama prawie umarłam?
— A radzisz sobie?
— Jak widać. I myślę, że na dzisiaj skończyłyśmy — oznajmia twardo i podnosi się z fotela. Zanim kobieta w średnim wieku zdąży się odezwać, jej już nie ma.
Uśmiecha się na jego widok. Wszelkie wspomnienia ulatują w sekundę, jakby nigdy ich nie było. Znika nieprzyjemne poczucie otumanienia po zastrzyku, który zaaplikował jej w ciemnej uliczce, gdy wracała od przyjaciółki. Znika ból gardła od krzyku, który nie opuszczał jej w tamtym pomieszczeniu, jej osobistej celi. Znika strach, który przeniknął ją do kości, kiedy zobaczyła błysk szaleństwa w jego oczach. Chwyta jej dłoń i przyciąga do siebie, by złożyć na jej ustach namiętny pocałunek, a ona ochoczo go odwzajemnia. Patrzy na niego i nie widzi faceta, który ją porwał. Widzi człowieka, który ją uratował. I nic innego nie ma znaczenia.






