aktualności

14.02.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.02.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 lutego karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.02.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.02.2026.
11.01.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.01.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 stycznia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.01.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.01.2026.
24.12.2025
Wesołych Świąt!
Kochani, życzymy Wam Wesołych Świąt! Zdrowia, szczęścia oraz pomyślności! Najedzcie się pysznego jedzonka, nacieszcie bliskimi i odpocznijcie, a do nas wróćcie pełni sił i zapału do pisania wąteczków 💙
15.12.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
14.12.2025
Azyl to też niewola...
Wszystkich zainteresowanych grą na blogu fantasy zapraszamy na The Last Salvation, które pozostaje otwarte dla wszystkich istot paranormalnych poszukujących azylu...
06.12.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10grudnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.12.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.12.2025.
11.11.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.11.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 listopada karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.11.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.11.2025.
31.10.2025
Aktualizacja regulaminu bloga
W Regulaminie dodano punkt dotyczący rozwiązywania sporów między autorami. Prosimy o zapoznanie się z nim.
26.10.2025
Wgranie poprawki
W kodzie wgrano poprawkę dotyczącą wyświetlania szablonu na urządzeniach mobilnych. Wszystkim pomocnym duszyczkom - dziękujemy ♥
24.10.2025
Aktualizacja szablonu
Po trzech latach nasz kochany NYC doczekał się nowej szaty graficznej ♥ Jeśli dostrzeżecie jakieś nieprawidłowości, prosimy o ich zgłaszanie w zakładce Administracja.

22/08/2024

[KP] I find myself runnin' home to your sweet nothings

And if you'd never come for me
I might've drowned in the melancholy

Sophia Moreira

Sophia Antonette Moreira ——— 22 latka; urodzona 21 marca 2003 roku w Nowym Jorku ● Natomiast od drugiego roku życia do dziewiątego mieszkała w São Paulo w Brazylii skąd pochodziła jej mama ● Studentka czwartego roku architektury krajobrazu na Columbia University ● Co roku wolontariuszka w sanktuarium dla zwierząt na Kostaryce ● Córka przedwcześnie zmarłej biolożki i CEO sieci hoteli Veritas Grand Hotels, który uczucia okazuje kolejnymi przelewami, bo inaczej już nie potrafi ● Podłużna blizna ciągnąca się od nadgarstka po łokieć na prawym przedramieniu ● Penthouse przy 111 West 57th Street dzielony z ojcem, macochą, przyrodnią i przybraną siostrą, z którymi ma napięte relacje ● Podwładna Chestera, który ze wszystkich domowników polubił tylko Soph i uroczej DaisyPowiązania ● Instagram

Bo wypadek to dziwna rzecz. Nigdy jej nie ma, dopóki się nie wydarzy.

Sophia Moreira nie jest postacią znaną, choć zdawać by się mogło, że mając popularnego ojca będzie próbowała wybić się na jego plecach. Nic jednak bardziej mylnego, bo wcale się nie wychyla i nie korzysta, zbyt często, z popularności ojca. Na próżno więc szukać jej kont w mediach społecznościowych, bo i tak się ich nie znajdzie. W przeciwieństwie do swoich sióstr nie jest głodna rozgłosu i uwagi. W zupełności wystarcza jej bliskie grono przyjaciół, na których wie, że może polegać i że nie kręcą się przy niej ze względu na majątek, który w przyszłości odziedziczy. Żyje po cichu, ale nie odmawia sobie luksusów, które zapewnia jej każdego dnia ojciec. Zamiast wydawać tysiące na nowe ubrania woli wybrać się w długą podróż, bo poznanie nowych kultur, smaków, ludzi i miejsc nasyci ją bardziej niż droga sukienka, którą pewnie i tak zapomniałaby włożyć.

Przyszła na świat w prywatnej klinice na Manhattanie, ale swoje serce zostawiła w Brazylii w miejscu, gdzie urodziła się i wychowała jej mama. Przy każdej wizycie odzyskuje małe kawałeczki, lecz te znikają w chwili, w której znajdzie się na pokładzie samolotu, który z powrotem zabiera ją do Nowego Jorku. Większość swojego czasu spędza z rodziną od strony mamy w jej rodzinnym kraju lub włócząc się po świecie, o ile ma czas wolny od zajęć. Apartament na Manhattanie już od dawna nie ma w sobie rodzinnej atmosfery. Jeszcze parę lat temu przestrzeń wypełniona była miłością, wzajemnym oddaniem. Dziś, pomimo że mieszkanie jest zapełnione ludźmi jest w nim ponuro, chłodno i nieprzyjemnie.

Trzyma się raczej na uboczu i nie zwraca na siebie uwagi. Dalej nie przyzwyczaiła się do nowej, a w zasadzie obcej codzienności. Nie mówi głośno, że przeszkadza jej nowa żona ojca i jej córki. Ani o tym, że tęskni za ojcem, który od dnia wypadku zmienił się nie do poznania, a śladu po tym ciepłym i czułym człowieku już nie ma.

Sophia żyje po swojemu i stara się nie wchodzić macosze i jej córkom w drogę. Wychodzi wcześnie rano z apartamentu, ale nie wsiada do samochodu z prywatnym kierowcą tylko biegnie na metro. Zawsze wstąpi po ulubionego bajgla i kawę na mleku owsianym z syropem waniliowym. W ciągu dnia pilnie się uczy, a czasami tylko udaje, że zwraca uwagę na to, co dzieje się na wykładach. Zbyt często marzy o niemożliwych rzeczach, a jeszcze częściej marzy o ucieczce z Nowego Jorku. Najbardziej na świecie chciałaby cofnąć czas i nie dopuścić do wypadku, który rozbił jej rodzinę. Wie, że to jest niemożliwe, więc ze smutnym uśmiechem pociera obrączkę mamy, którą nosi na środkowym palcu lewej dłoni i wraca do rzeczywistości. Tej nieco smutnej i szarej, ale mimo to i tak stara się z niej wyciągnąć to, co najlepsze. 

Znowu ja, cześć! Taylor Swift, A.A. Milne & Dina Denoire
Karta: I; II; III; IV; V; VI

159 komentarzy:

  1. Carter zaśmiał się cicho, nisko, tak jak tylko on potrafił, kiedy wyczuwał, że Sophia coś między słowami testuje, sprawdza, prowokuje go w ten jej ulubiony sposób. Kiedy dotknęła jego torsu, a jej palce zahaczyły o materiał bluzy z tą znajomą zaczepnością, wiedział, że to nie tylko o żart chodziło. Ale nie zbiło go to z tropu. Wręcz przeciwnie. Nachylił się lekko, tak że ich nosy niemal się stykały, a usta ledwie musnęły jej policzek, zanim przesunął się do ucha.
    — Mhm, odrobina adrenaliny jeszcze nikomu nie zaszkodziła — mruknął z przekąsem. — Zwłaszcza, jeśli kończy się… w sypialni. Albo w łazience. Albo na tarasie. — Dodał tonem, który nie pozostawiał złudzeń, że lista jest dłuższa, tylko na razie ją zatrzymał. — Ciebie chyba też trochę ciągnie do adrenaliny, bo to właśnie za tym tęskniłaś, kiedy przyszłaś wtedy do mojego klubu. — Uśmiechnął się kątem ust, tym swoim szelmowskim, półniecierpliwym uśmiechem. A potem cmoknął ją niewinnie w czoło, jakby przed chwilą nie mówił nic, co mogłoby podpalić powietrze między nimi. — Ale spokojnie, przykładna studentka też zasługuje na trochę szaleństwa. Szczególnie na wyspie, gdzie nikt nie zna jej nazwiska. — Dodał z rozbawieniem, jakby to był najlepszy plan pod słońcem. I w jego oczach, naprawdę nim był. Carter zobaczył ten drobny ruch, jak jej palce zacisnęły się na jego przedramieniu, jakby naprawdę musiała podeprzeć się na nim, żeby nie ulec fali, która przez nią przeszła po tych paru prostych słowach „nasz pierwszy rodzinny wyjazd”. I to był ten moment, kiedy tak bardzo wyszło z niego TO, co robił przez cały ranek, to jego ciche, staranne „sklejanie ich na nowo”, w drobiazgach, w żartach, w tamtym zaczepnym ukradzeniu tosta… wszystko po to, by w jej oczach wróciło to ciepło, które tak bardzo kochał. A teraz to ciepło wróciło. I złapało go za gardło.
    Rzucił spojrzenie na psa, który faktycznie wyglądał jak najwierniejszy członek drużyny.
    — Zrobimy jej komplet badań, weźmiemy zaświadczenie od weterynarza. Ty pogadasz ze swoją lekarką… i za dwa dni możemy być nad oceanem. — Pauza. Minimalny, pełen znaczenia uśmiech. — Albo jutro, jeśli bardzo chcesz...
    Oczy błysnęły mu rozbawieniem. Nachylił się i musnął jej usta bardzo delikatnie, nie tak, jakby chciał ją rozpalić, tylko tak, jakby chciał ją upewnić. — Bo to już jest rodzina, Soph. — wyszeptał w jej wargi. — Ty. Ja. To małe. I Gigi, która od rana próbuje ukraść mi skarpetę. A ja… zabiorę was gdziekolwiek zechcesz.
    I choć jego ton był lekki… to oczy miał poważne. Jakby właśnie wypowiedział coś naprawdę ważnego. Coś, czego nawet on się po sobie nie spodziewał. Carter tylko uniósł brew w odpowiedzi, a jego uśmiech był powolny, znajomy, ten, który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy Sophia wbijała mu szpilkę z pozorną niewinnością. Kiedy udawała, że nie wie, co właśnie zrobiła. A on, oczywiście, wiedział. Nie odpowiedział od razu. Przesunął dłonią po jej plecach leniwie, z namysłem, jakby rozważał, czy powinien w ogóle podejmować temat. Ale usta same rozciągnęły się w szerszym, rozbawionym uśmiechu.
    — Gdyby ktoś miał nas zatrzymać na lotnisku, musiałby być cholernie zdeterminowany. — Mruknął w końcu z udawaną powagą, pochylając się nieco niżej, jakby miał jej zdradzić jakiś wielki sekret. — Nie ciąży na mnie żaden zakaz opuszczania kraju. Nie jestem o nic oskarżony. Nie mam kuratora, nie jestem na zwolnieniu warunkowym… — Zawiesił głos, z zadowoleniem obserwując, jak jej palce przesuwają się po jego biodrze. Jego palce musnęły jej bok, pod materiałem bluzy lekko, drażniąco, jakby badał grunt. Po chwili zaśmiał się cicho i przyciągnął ją bliżej, tak że biodra Sophii niemal dotykały jego.
    — Bahamy brzmią dobrze. — Powiedział już ciszej, bardziej serio, muskając ustami czubek jej głowy. — Z prywatną plażą. Z tobą. Z Gigi. I może, jak wszystko pójdzie dobrze… z tym spokojem, którego tak długo nam brakowało.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie musiał mówić więcej. Nie musiał składać obietnic. To nie był jeszcze czas na rozmowy o wszystkim, co leżało między nimi, ale to, że planował z nią wyjechać, że mówił „z nami”, że żartował i trzymał ją blisko, oznaczało więcej, niż chciał przyznać. A Sophia doskonale to wyczuwała. Carter zatrzymał usta przy jej ustach o ułamek sekundy dłużej niż trzeba. W tym zawieszeniu nie było przypadkowości chciał, żeby Sophia poczuła dokładnie to, co on czuł, od kiedy znów tu była. Tę pewność. Tę nieodpartą bliskość, która nie potrzebowała słów. A potem cofnął się na tyle, by spojrzeć na nią z lekkim półuśmiechem. Palcami musnął jej bok, powoli przesuwając dłonią wzdłuż materiału bluzy, pod który zaraz potem wsunął dłoń, tak naturalnie, jakby robił to codziennie od zawsze.
    — Może to nie był najlepszy czas, Soph. Może spieprzyłem trochę więcej, niż byłem gotów przyznać. — Jego głos był niski, niewymuszony, pozbawiony tej twardości, którą zwykle zakładał jak zbroję. — Ale teraz jesteś tu, znowu chodzisz po mieszkaniu w mojej bluzie i robisz tosty z miodem i krzywisz się na zapach kawy… I to dla mnie jest najważniejsze, Soph.
    Nie powiedział tego dramatycznie. Wręcz przeciwnie, z tą prostą, niewymuszoną szczerością, która zdarzała mu się tylko wtedy, kiedy przestawał cokolwiek kontrolować. Uśmiechnął się kącikiem ust, zanim oparł czoło o jej. — Żadnych ludzi, żadnych pytań. Żadnych pierdolonych wiadomości, które burzą poranki.
    Palcami przesunął wzdłuż jej pleców, a potem objął ją spokojnie, miękko, ale stanowczo, tak jakby znów chciał ją do siebie przypisać.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  3. Carter zaśmiał się cicho, z tym swoim rozbawionym mruknięciem, które zaczynało się gdzieś głęboko w gardle i rozchodziło się po całym jego ciele. Przesunął kciukiem leniwie po jej biodrze i spojrzał na nią z udawaną powagą, jakby właśnie rozważał alternatywną wersję historii, którą przed chwilą usłyszał.
    —— Tak, tak… — przytaknął teatralnie, kiwając głową. — Szkoda tylko, że ja to pamiętam trochę inaczej, kochanie. — Przesunął dłonią po jej biodrze i nachylił się tak, że jego usta prawie muskały jej ucho, głos przybrał niższy ton, podszyty rozbawieniem i czymś jeszcze.
    — Przyszłaś dokończyć to, czego ci się nie udało w magazynku. — Odsunął się odrobinę, żeby spojrzeć jej w oczy. — Pocałować mnie, zaciągnąć na randkę… a potem do łóżka. Przyznaj się — dodał z tym typowym dla siebie półuśmiechem, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości, że pamiętał dokładnie każdy szczegół tamtej chwili. Uśmiechnął się szerzej, bezczelnie, gdy cofnął się na tyle, by zobaczyć jej minę. — Wiesz… nie mówię, że narzekam na ten plan. W sumie, wyszedł ci całkiem nieźle.
    Carter nie potrzebował żadnych dodatkowych słów. Trzymał ją przy sobie tak, jakby właśnie ten jeden gest miał wystarczyć za wszystko, czego nie potrafili jeszcze wypowiedzieć na głos. Jego dłoń przesunęła się po jej plecach, wolno, z namysłem, tak, jakby liczyło się teraz tylko to, że znów była tu. Z nim.
    Carter uniósł brew i jego uśmiech tylko się pogłębił, taki niepokojąco spokojny, z tym błyskiem w oku, który mówił dokładnie wszystko, czego nie wypowiedział jeszcze na głos.
    — Może właśnie na to czekam, hm? — rzucił z tą niską, drapiącą nutą w głosie, pochylając się tuż nad jej uchem, tak blisko, że niemal poczuła, jak to zdanie prześlizguje się jej po karku. — Żeby zobaczyć, co się stanie, jak w końcu przestaniesz się kontrolować. Jak puścisz wszystkie te hamulce i pokażesz mi siebie… tak do końca.
    Zamruczał cicho, nie spuszczając z niej wzroku. — Nie wiem, czy będę wtedy próbował cię ściągnąć na ziemię, Soph… może po prostu dołączę. — Zbliżył się jeszcze odrobinę, prawie bezczelnie, i zatrzymał się milimetr od jej ust. — Albo sprawię, że jeszcze bardziej od niej odlecisz.
    I nie musiał mówić nic więcej. To, co malowało się w jego spojrzeniu, mówiło wszystko. Potem wyprostował się i przeciągnął, zgarniając z kuchennego blatu telefon.
    — Bahamy z prywatną plażą. Może jakiś domek z tarasem, żebyś miała gdzie pić herbatę z miodem i cytryną. I żeby Gigi mogła biegać po piasku, jakby była królową świata. — Uśmiechnął się. — Jutro o tej porze będziemy już pakować walizki.
    Wciąż czuł, jak jej oddech rytmicznie unosi materiał jego bluzy. Jak wtula się w niego tak naturalnie, jakby żadna przerwa nigdy między nimi nie zapadła. — Zasłużyliśmy na ten wyjazd. — mruknął po chwili, unosząc wzrok na jej twarz. — I jeśli mam cię widzieć w koronce na prywatnej plaży… to ja się tym zajmę. Dzisiaj. Wszystkim. Ty tylko pogadaj z lekarzem…
    Nie odpowiedział od razu, kiedy zapytała, czy sobie poradzą. Ale jego dłonie objęły ją ciaśniej, stanowczo, z taką bezwzględną pewnością, która mówiła za niego wszystko. Tęsknił za tym uczuciem. Za nią, taką miękką, lekko przewrotną, pachnącą herbatą i miodem. I cholernie prawdziwą.
    — Ogarniemy to — odpowiedział w końcu cicho, bez zawahania. — Wiem, że tak będzie.
    Nie rzucał tych słów ot tak. Nie był typem faceta, który rozdaje obietnice jak cukierki, tylko po to, żeby uspokoić emocje.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale to jedno wiedział zbyt dobrze, nie mogli zmarnować tego, co między nimi wciąż istniało. Nawet jeśli nie było już tak beztroskie jak kiedyś. Nie obiecywał zbyt wiele, nie dawał deklaracji, których nie mógłby dotrzymać. Ale to jedno brzmiało w jego ustach jak coś niepodważalnego, oni. Razem.
    Kiedy Gigi wcisnęła się między ich nogi, mruknął coś pod nosem i wyciągnął rękę, żeby pogłaskać ją po głowie.
    — Zdecydowanie z ciebie. — Posłał Sophii spojrzenie spod przymrużonych powiek, z tym rozbawieniem, które wracało do niego tylko wtedy, gdy wszystko inne zaczynało się układać. — Ale ona nawet nie próbuje udawać, że jest subtelna. — Złożył lekki pocałunek na jej ustach, jeden z tych ciepłych, pozbawionych pośpiechu.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  5. Carter uśmiechnął się nieco łagodniej, ten jego uśmiech, który pojawiał się rzadziej niż powinien, ale zawsze wtedy, gdy coś w nim miękło. Oparł czoło o jej, a jego dłonie nadal spoczywały na jej biodrach, jakby podświadomie pilnował, by nie uciekła nigdzie dalej, nawet o centymetr.
    — Pewnie dalej robiłabyś z siebie aniołka i udawała, że nie lubisz chłopaków z problemami — mruknął cicho, ledwo dosłyszalnie, z tym półżartobliwym tonem, który zazwyczaj używał tylko wtedy, kiedy robiło się zbyt poważnie. Ale nie odsunął się od niej, nie próbował żartem zagłuszyć prawdy. Po prostu przytulił ją mocniej, zostając tam, gdzie był, najbliżej, jak się dało.
    — A ja… — zawiesił głos, na moment zniżając go tak, że brzmiał bardziej jak wyznanie niż cokolwiek innego. — Ja bym dalej żył, jakby mnie to wszystko nie obchodziło. I nigdy bym się nie dowiedział, co tracę.
    Zamilkł na chwilę, ale jego palce poruszyły się powoli na jej plecach, głaszcząc ją leniwie, jakby chciał zapamiętać każdy fragment jej obecności.
    — Więc dobrze, że przyszłaś wtedy do klubu. I że nie wróciłaś ze mną tamtej nocy. Bo jakbyś wróciła… — uśmiechnął się pod nosem, muskając wargami kącik jej ust. — To możliwe, że wszystko potoczyłoby się inaczej. A ja nie chcę już innej wersji tej historii.
    Carter znał ją już na tyle, by wiedzieć, kiedy tylko udaje rozbawienie, a kiedy naprawdę jest rozbrojona. A teraz była jedno i drugie. I to tylko go nakręcało. Jej spojrzenie, ten błysk w oczach, gdy mruczała coś pod nosem, ten fałszywie poważny ton, którym próbowała ukryć, jak bardzo wszystko między nimi znów zaczęło działać. A on? On po prostu nie miał w sobie siły, by grać w dystans. Nie tym razem. Nie kiedy była taka blisko, znowu jego.
    — Wiesz, że tylko podgrzewasz atmosferę, prawda? — mruknął, unosząc lekko brwi i nieznacznie pochylając głowę w bok, jakby badał jej reakcję, zanim pozwolił sobie na więcej. — Mówisz o koronce, o braku hamulców, a potem zachowujesz się, jakbyś nie wiedziała, że zrobisz ze mną, co tylko zechcesz.
    Podciągnął ją bliżej siebie, tak że materiał jego bluzy znów znalazł się między nimi, miękki, znajomy. Sophia pachniała jak dom. Jego spojrzenie zsunęło się niżej, na jej usta, ale nie po to, by je od razu znów pocałować, po prostu patrzył na nią, z tym spokojem i przyciągającym napięciem, które miało w sobie więcej intymności niż jakikolwiek dotyk.
    — Nie sądzę, żebyś musiała być teraz bardziej odpowiedzialna… — dodał w końcu, z przekąsem, ale i rozbawieniem. — Ty nawet w swojej najmniej odpowiedniej wersji wciąż jesteś bardzo odpowiedzialna… — Uśmiechnął się, nieco drapieżnie, nieco miękko, dokładnie tak, jak zawsze, kiedy wszystko w nim mówiło tylko jedno: jesteś moja. Tak cholernie moja.
    Pamiętał ją wtedy aż za dobrze, jakby to było wczoraj, a nie miesiące temu. Stała naprzeciwko niego w klubie, z uniesionym podbródkiem i tą swoją nieustępliwością, która z jednej strony doprowadzała go do szału, a z drugiej… kompletnie rozbrajała. Próbował jej wtedy tłumaczyć, że nie jest dla niej odpowiednim chłopakiem. Że powinna się od niego trzymać z daleka. Że jego świat to nie jest miejsce, w które ona powinna wchodzić, delikatna, porządna, z przyszłością, która nie potrzebuje brudu i chaosu. Ale Sophia tylko patrzyła. Może nie słuchała, a może po prostu nie wierzyła w ani jedno jego słowo. Jakby przez cały ten jego cynizm widziała coś, czego on sam nie potrafił zauważyć. I to było najgorsze. Bo wbrew wszystkim jego ostrzeżeniom, została. Nie przestraszyła się jego słów, jego spojrzenia, nawet wtedy, gdy celowo próbował ją odepchnąć, udając obojętność. Pamiętał, jak unosiła brew, jakby mówiła: “serio, to wszystko na co cię stać?”

    OdpowiedzUsuń
  6. Pamiętał drżenie jej głosu, gdy pierwszy raz się pokłócili. I to, jak zawsze, nawet w złości, nie przestawała się zbliżać. I właśnie dlatego teraz trzymał ją tak blisko.
    — Słuchaj… — mruknął, pochylając się niżej, tak że jego usta musnęły linię jej szczęki, zanim przesunął się w stronę ucha. Głos miał niższy niż wcześniej, z tym znajomym, rozleniwionym drgnięciem, które Sophia znała aż za dobrze. — Nagadałaś mi o koronce i teraz… to jedyne, o czym potrafię myśleć. Zatrzymał się na moment, jakby zbierał myśli, choć doskonale wiedział, co zamierza powiedzieć dalej.
    — I skoro już i tak nie dam rady wyrzucić tego z głowy… to może mogłabyś mi zrobić jakiś mały trailer? — zaproponował niewinnie, jakby właśnie nie sugerował niczego, co mogłoby się wymknąć spod kontroli w mniej niż minutę. — Krótka zajawka. Żebym wiedział, na co się nastawiać.
    Uśmiechnął się lekko, jakby to była tylko gra, choć jego spojrzenie mówiło coś zupełnie innego. Nieśpiesznie przesunął dłonią po linii jej pleców, kończąc ten gest tuż nad biodrem, a potem zatrzymał się.
    — No chyba, że już zdążyłaś się rozmyślić — dodał cicho, pozwalając ciszy pomiędzy nimi wybrzmieć w sposób, który był równie sugestywny jak każdy dotyk. Przesunął nosem po linii jej policzka, a potem otarł się ustami o kącik jej warg prawie, ale jeszcze nie całując.
    — No więc jak będzie? — zapytał szeptem, zostawiając jej decyzję, ale w jego oczach już czaił się ogień, który mówił wszystko.
    Nie musiała odpowiadać. Wystarczyłby jeden gest.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  7. Carter parsknął cichym śmiechem takim, który od razu odsłaniał, że trafiła dokładnie tam, gdzie chciała. Że zagrała mu na nerwie, który od początku ich znajomości był wyjątkowo łatwy do dotknięcia: na jego zazdrości, na jego własnej przeszłości, na tym dziwnym połączeniu dumy i wstydu, które zawsze nosił przy sobie, kiedy próbował się przed nią wybielić albo odwrotnie, pokazać brzydszą stronę, by ją wystraszyć. A ona nigdy nie uciekała. Nigdy.
    — „Was” — powtórzył po niej, mrużąc oczy w udawanym niezadowoleniu. — Was, Soph? — powtórzył, przeciągając samogłoskę w sposób aż nazbyt teatralny. Nie dał jej nawet chwili na reakcję. Jego dłonie nagle znalazły się na jej bokach, dokładnie tam, gdzie wiedział, że jest najbardziej bezbronna i zanim zdążyła zaprotestować, już ją łaskotał, nachylając się bliżej z rozbawionym niedowierzaniem.
    — Was?! — zaśmiał się, powtarzając to słowo raz po raz, jakby obrażone echo. — Ja tu buduję narrację, że byłem tym jednym, wyjątkowym przypadkiem… a ty mi nagle wyskakujesz z „was”.
    Znów ją połaskotał, tym razem krócej, bardziej zaczepnie, aż w końcu przestał, zostawiając dłonie na jej biodrach. Był blisko, bardzo blisko, z tym rozbawionym, miękkim uśmiechem, który zawsze pojawiał się wtedy, gdy Sophia trafiała w czuły
    — To była prowokacja? — mruknął. —
    Nachylił się jeszcze odrobinę, czołem niemal dotykając jej skroni. — Bo jeśli nie… — dodał ciszej, z uśmiechem, który miał w sobie i ciepło, i nutę zazdrości — …to będę musiał bardzo poważnie porozmawiać z tobą o tym, ilu tych „niedobrych” było przede mną.
    W tych drobnych wygłupach zupełnie naturalnie obrócił ją do siebie tyłem, jednym płynnym ruchem, jakby dokładnie wiedział, gdzie ma stanąć i jak ją ustawić. Ramiona zamknęły się wokół niej pewnie, kiedy oparła się o jego tors. Przyciągnął ją do siebie tak, żeby poczuła jego klatkę na swoich plecach, ten znajomy ciężar i ciepło, które zawsze działało na nią kojąco. Oparł głowę tuż obok jej ucha, policzkiem muskając skroń, a częścią ciała lekko wspierając się na jej ramieniu, jakby pozwalał sobie na chwilę bezwładności, zaufania, bliskości. Oddech miał spokojny, wolniejszy, a jego obecność była bardziej odczuwalna niż jakiekolwiek słowa.
    — Nie. — Zaprzeczył. — Nawet wtedy to nie byłaś jak „reszta”. — Jego głos stwardniał, ale nie w złości. w czymś bliższym bezradności. — Działałaś na mnie inaczej. I to nie pasowało do niczego, co wtedy robiłem, ale nie potrafiłem się przed tym bronić.
    A potem westchnął cicho, jakby strzepnął to z siebie, dawno nieużywaną prawdę. Kiedy zaczęła mówić o koronce, o bikini, o opalaniu, Carter wypuścił powietrze tak, jakby ktoś wbił mu łokieć w żebra. I on był pewien, że ta dziewczyna robi to absolutnie celowo.
    — Kiedy byłaś najmniej odpowiedzialna? — powtórzył, a kąciki jego ust uniosły się tak, jak zawsze, gdy wracał do tamtego okresu, gdy jeszcze potrafili siebie nawzajem kompletnie wywrócić. — Myślę, że mogę ci podać kilka dat.
    Nachylił się i policzył jej je na palcach… bardzo wolno.
    — Dzień, kiedy podrobiłaś mój podpis… — Jeden palec. — Noc, kiedy przyszłaś do klubu, wiedząc doskonale, jak patrzę na ciebie od tygodni. I zażyczyłaś sobie tych twoich randek… — Drugi.
    — Noc, kiedy zdecydowałaś skończyć wieczór w moim łóżku… — Palec trzeci. — … i całowałaś mnie tak, jakby jutra nie było.
    Podniósł na nią wzrok, uważny, trochę miękki, trochę niebezpieczny. Carter zaśmiał się pod nosem.
    — Jasne, że nie jesteś zazdrosna — mruknął, przyciągając ją bliżej. — Po prostu masz… instynkt terytorialny. Delikatny. Jak Gigi, kiedy ktoś chce jej zabrać zabawkę.
    Gigi akurat ziewnęła w tle, jakby potwierdzała diagnozę.

    OdpowiedzUsuń
  8. Carter uniósł brew, jakby pytanie Sophii było dla niego czymś absurdalnie oczywistym, a zarazem kuszącym do granic możliwości. Ten drobny uśmiech, który zagrał mu w kąciku ust, nie miał nic wspólnego z niewinnością, to był jeden z tych jego uśmiechów, które potrafiły rozbroić każdą jej logikę i wprawić serce w drżenie, zanim jeszcze zdążyła pomyśleć.
    — To ty mi się marzysz, Soph. Marzysz mi się każdego dnia. Nie tylko w koronce. W całości
    Nie cofnął się ani o centymetr, gdy się odchyliła, wręcz przeciwnie, jego spojrzenie złapało jej wzrok i nie puszczało ani na chwilę. Ciepło jego dłoni na jej talii nie zniknęło, a oddech nieznacznie przyspieszył, kiedy jej palec przesunął się po jego skórze, zostawiając za sobą ten nieznośnie znajomy dreszcz.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  9. Carter nawet nie próbował udawać powagi. Zareagował teatralnym westchnięciem, jakby właśnie usłyszał najlepszą wiadomość dnia, i zanim Sophia zdążyła jakkolwiek się ruszyć, jednym płynnym ruchem, kompletnie bez gracji, ale z całym zaangażowaniem, złapał za brzeg bluzy i ściągnął ją przez głowę razem z koszulką, która zaplątała mu się chwilowo na ramieniu. Zamiast się z tym męczyć, zaśmiał się wesoło, szarpnął i obie rzeczy wylądowały gdzieś na podłodze. Zaśmiał się pod nosem, unosząc brwi i rzucając bluzą w przypadkowym kierunku, gdzie zniknęła gdzieś między kanapą a fotelem.
    — Sneak peak, mówiłaś? — Powtórzył z miną zwycięzcy, jakby właśnie przekroczył linię mety w biegu na sto metrów. Nie czekając na pozwolenie, złapał ją w pasie i bez większego trudu podniósł do góry, tak, że w odruchu objęła go nogami. Jej śmiech był muzyką, a jego uśmiech rozciągał się szerzej z każdą sekundą, jakby właśnie zdobył najcenniejszą nagrodę świata. No… właściwie tak było.
    — A teraz trzymaj się mocno, bo ten pociąg nie ma hamulców! — rzucił, ruszając przez mieszkanie z nią owiniętą wokół siebie jak najbardziej uroczy plecak z dynamitem.
    — Jeśli ktoś nas teraz zobaczy przez okno, to uzna, że porwałem najładniejszą dziewczynę w Nowym Jorku… — dodał, zerkając na nią z dołu z błyskiem w oku. — …ale ty powiesz im prawdę, że to ty mnie uwiodłaś. I że teraz nie mogę się z tego wyplątać.
    Carter się nie zatrzymał, ani fizycznie, ani werbalnie. Niosąc ją przez korytarz, zerknął z przekąsem w bok i przewrócił oczami w przesadnie dramatycznym geście.
    — “Może”…? — zacytował tonem tragicznym, jakby właśnie cytował najboleśniejszy moment jakiejś dramatycznej sztuki. — Serio? Nawet w takim momencie musisz mi jeszcze raz złamać serce? — Spojrzał na nią z dołu, teatralnie marszcząc brwi i udając, że walczy z głębokim bólem egzystencjalnym. — Może… Czyli co, podium? Srebrny medal? Na trzecim miejscu? Ale chociaż najładniejszy, hmm?
    Zatrzymał się na moment, jakby rozważał coś bardzo poważnego. — Dobra, niech będzie. Wybaczam ci to „może”… Ale tylko dlatego, że jestem bardzo dojrzały emocjonalnie i trzymasz się mnie nogami jak koala. I wyglądasz przy tym niebezpiecznie uroczo. — Ale! — dodał, unosząc brew. — Od jutra proszę, żebyś mnie oficjalnie zapisywała jako „jedyny, niepodważalny i absolutnie najlepszy”. Może być w notatniku. Albo na lodówce. — Mruknął jej coś przy szyi, śmiejąc się cicho. Zatrzymał się przy sypialni, nadal ją trzymając, i pochylił się, żeby otworzyć drzwi barkiem, teatralnie, z dramatyzmem godnym sceny teatralnej. Carter miał w spojrzeniu tę niewypowiedzianą myśl, że nie obchodzi go nic poza tą chwilą.
    Nie zrzucił jej z ramion od razu. Zatrzymał się przy łóżku, nadal trzymając ją blisko, jakby nie chciał stracić ani sekundy tego dotyku. Jego dłoń przesunęła się leniwie wzdłuż jej uda, przez bok, aż do linii talii. Uśmiechnął się krótko, a potem, wreszcie, położył ją na łóżku. Delikatnie. Z uwagą, jakby każda sekunda miała znaczenie. Przez moment jeszcze stał nad nią, patrząc z góry, z tym drapieżnym błyskiem, który mówił, że nie zamierza tylko oglądać.
    — No to… czas na ten sneak peak. Ale ostrzegam, Soph. — Pochylił się bliżej, jego usta dotknęły delikatnie kącika jej ust. — Każdy pokaz ma swój finał. I nie wiem, czy jesteś gotowa na to, co właśnie uruchomiłaś. — Carter nawet nie próbował ukryć, jak bardzo rozbawiły go jej słowa. Uśmiechnął się szeroko, a potem teatralnym ruchem odsunął się na krok, jakby miał właśnie zaprezentować swoje własne show.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  10. Zsunął się na fotel z westchnieniem, które było mieszanką ekscytacji, napięcia i tego rodzaju niepewności, jaka ogarnia człowieka tuż przed… pokazem, który ma być zrobiony tylko dla niego.
    — Usiądź grzecznie na fotelu… — powtórzył z cichym parsknięciem. — Soph, ty chyba nie wiesz, co mówisz.
    Carter nawet nie próbował ukryć szerokiego uśmiechu, który rozlał się po jego twarzy, kiedy Sophia wymknęła się do garderoby. Stał przez moment nieruchomo, jakby jego mózg musiał chwilę przetrawić, że to się dzieje naprawdę. Ale posłuchał. Siadł ciężko na fotelu, trochę wciąż z uśmiechem, trochę z niedowierzaniem, trochę już z podnieceniem, które momentalnie przestało być subtelne. Przesunął dłonią po linii żuchwy, potem potarł kark, po czym pochylił się lekko do przodu, łokcie opierając o kolana. Czekał. Z tą napiętą, drapieżną uwagą, jakby patrzył w głąb ciemności i wypatrywał pierwszego ruchu. Tylko ona mogła teraz przykuć jego wzrok w taki sposób. W głowie miał tylko jedno: Sophia. Bez jakiegokolwiek filtra. Właśnie taka, jaka była teraz, pewna siebie, odważna, cholernie seksowna nawet wtedy, kiedy się wahała. Znał ją na pamięć, a i tak wciąż potrafiła go zaskoczyć. Cierpliwość nie była jego mocną stroną, ale dla niej, czekałby nawet do rana.
    — Tylko patrzeć… — wymruczał z niskim rozbawieniem, ale w jego głosie było napięcie, którego nie dało się pomylić. — To brzmi jak kara...
    Pokręcił głową z rozbawieniem. Właściwie nie miał pojęcia, co Sophia tam wyprawia, ale każda sekunda oczekiwania była jednocześnie torturą i przyjemnością. Dobrze wiedziała, jak działała na niego nawet w starej bluzie i bokserkach, a co dopiero teraz. I choć znał ją niemal z każdej strony, to właśnie w takich momentach, kiedy przejmowała kontrolę i zniknęła tylko po to, by go zaskoczyć, czuł się, jakby znowu miał dwadzieścia lat i nie miał bladego pojęcia, co się wydarzy dalej.
    — Lepiej nie bierz żadnej czerwonej koronki — zawołał półgłosem, z tym dobrze znanym błyskiem w oku. — Bo jak ją założysz, to nie zdążysz nawet mrugnąć, a już będzie zdjęta. Przysięgam.
    Oparł łokieć o poręcz i podparł głowę, czekając. Sophia wyszła z garderoby. Z tą swoją falującą, zadziornie spokojną gracją, która w jego oczach zawsze była nieznośnie seksowna. Wiedział, że jej oddech drży, widział to po sposobie, w jaki klatka unosiła się przy każdym kroku. Ale mimo tego drżenia, mimo tej subtelnej niepewności, niosła się z dumą. Kiedy się odezwała, jego wzrok nie ruszył się ani na sekundę. Carter zamarł, nie dlatego, że nie wiedział, co zrobić, tylko dlatego, że absolutnie wszystko w nim chciało zrobić dokładnie odwrotnie niż to, co mu kazała. Ale siedział. Jakby ktoś przywiązał go do fotela niewidzialnym pasem bezpieczeństwa, który trzymał go tam tylko dzięki resztkom rozsądku i… szacunku do tej jej jednej, jedynej zasady: „możesz patrzeć”. Ręka, którą opierał o podłokietnik, powoli zsunęła się w dół, jakby siła grawitacji nagle przypomniała mu o swoim istnieniu. Oczy, które wcześniej nosiły w sobie rozbawienie i ten wieczny błysk chłopaka z sąsiedztwa, teraz pociemniały. Patrzył. Dokładnie tak, jak mu kazała. Cały jego świat w tej chwili zawęził się do kobiety, która właśnie stała naprzeciw niego.
    — Zdecydowanie leci z nami. — Wyszeptał w końcu, ale ton miał taki, jakby jego głos chwilowo przestał działać na pełnych obrotach. Nie wstał, choć każda komórka w jego ciele wręcz wrzeszczała, żeby zbliżyć się choć o krok. Ale skoro powiedziała, że ma tylko patrzeć… to, cholera, patrzył.
    — Ale wiesz… jeśli to tylko sneak peek — mruknął po chwili, przeczesując dłonią włosy, jakby próbował rozładować napięcie. — To nie wiem, czy przeżyję pełną wersję. Serio. Moje serce nie jest już takie młode, słońce, musisz wziąć to pod uwagę — zażartował.

    OdpowiedzUsuń
  11. Oczy mu błysnęły. Tak, wciąż był w tym rozbawionym trybie, ale była w tym też czysta adoracja. I pożądanie. I to głębokie uczucie, którego nigdy do końca nie potrafił nazwać na głos, ale które widniało w każdym spojrzeniu, jakim ją obdarzał.
    Uśmiechnął się z takim ciepłem, że przez chwilę nie było w nim nawet grama żartu.
    — Jesteś jak wyjęta z moich najbardziej niegrzecznych snów. I z tych najbardziej miękkich też.
    Oparł głowę o zagłówek fotela, nieco przechylając ją w bok, a jego wzrok sunął po niej leniwie, z zachwytem, który absolutnie niczego nie próbował już ukrywać. Kącik jego ust uniósł się powoli, jakby na myśl o czymś, co powiedzieć chciał, ale jeszcze wstrzymywał. Bo tak, pod tym wszystkim buzowało napięcie. Z jednej strony gotowość, żeby rzucić się na nią bez ostrzeżenia, a z drugiej, jakiś niemal czuły rodzaj dyscypliny. Bo wiedział, że właśnie to było dla niej.
    — Świetnie, Soph — mruknął z udawanym wyrzutem, choć kącik jego ust już drżał od uśmiechu. — Teraz będę o tym myślał cały lot. Całe jebane kilka godzin, z twoim obrazem w tej koronce wypalonym na siatkówce. I nie wiem, czy podziękować ci za to czy błagać, żebyś spakowała coś, co zasłania wszystko do kostek.
    Otworzył oczy. Zmarszczył lekko brwi i spojrzał na nią z nową iskrą w spojrzeniu, jakby właśnie coś sobie przypomniał. — Na szczęście lecimy prywatnym jetem. Będę mógł cię z tego kompletu rozpakować jakieś dziesięć tysięcy metrów nad ziemią. Prawie legalnie. Może nawet kapitan się nie obrazi, jeśli zrobimy delikatne turbulencje…

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  12. Carter zareagował dokładnie tak, jak Sophia się spodziewała, ale i tak jej się to nie znudziło. Jakby z każdą sekundą jej spojrzenie, ruch, dźwięk głosu jeszcze bardziej wciągały go w ten bezpiecznie niebezpieczny punkt, z którego nie ma powrotu. Siedział sztywno w fotelu, jakby samo posłuszeństwo wymagało od niego nadludzkiego wysiłku, ale… nie zamierzał odpuszczać. Przynajmniej przez chwilę.
    — Najniegrzeczniejsze sny, hm? — powtórzył, pozwalając, by jej szept rozlał się ciepłem po całym karku. Odchylił głowę nieznacznie, opierając się lekko o nią. — To są te, których nie da się opowiedzieć bez ryzyka, że złamię twoją zasadę “tylko patrzysz”.
    Uśmiechnął się bezczelnie, ale miękko. Było w tym coś z rozbawienia, ale też… pewnego rodzaju wdzięczności. I może tego właśnie potrzebował, tej świadomości, że Sophia została. Że nie tylko wróciła, ale że jest. Tu. Z nim. Cała. Nawet jeśli miała jeszcze wątpliwości, on nie miał już żadnych.
    — Trzydzieści kompletów… — powtórzył teatralnie, jakby rozważał to naprawdę poważnie.
    — A jeśli wybiorę wszystkie komplety? — Zadarł lekko brodę, nie patrząc jej teraz w twarz, ale jego głos brzmiał niżej, z tym dobrze jej znanym, drapieżnym podtonem. — Co wtedy, Soph? — Spojrzał na nią z dołu. — Czy wtedy będziemy mieć trzydzieści bardzo konkretnych powodów, żeby zostać na wakacjach całe trzydzieści dni? — Mruknął powoli, jakby przeliczał w myślach. — Albo żebyśmy nigdy nie wrócili.
    Uniósł wzrok na nią, leniwie, z tym szelmowskim błyskiem, który zapowiadał wszystko, tylko nie święty spokój. Uśmiechnął się szerzej. — I nie chcę słyszeć żadnego „ale”. Ani o uczelni, ani o obowiązkach. Masz do zaprezentowania trzydzieści piekielnie ważnych stylizacji.
    Dłoń położył znów na podłokietniku, ale nie ruszył się ani o centymetr. Udawał świętą cierpliwość, choć wszystko w jego spojrzeniu krzyczało o natychmiastowe złamanie zasad.
    — I nie, nie zgadzam się, żebyś zakładała dwa dziennie. Nie przy tym stanie mojego zdrowia. — Przekrzywił lekko głowę. — Serduszko już ledwo zipie po jednym komplecie. Bądź odpowiedzialna.
    I dodał cicho, z powagą udającą troskę. — To naprawdę dla mojego dobra.
    Wypuścił powietrze przez nos, przesuwając wzrokiem w stronę jej sylwetki kątem oka, ale nawet teraz, z jej dłońmi na ramionach, pozwalał sobie tylko na to. Na spojrzenie. Na śmiech pod nosem. Na ledwie widoczne zadrżenie mięśni pod jej dotykiem.
    — Tylko patrzę, mhm… ale nie powiedziałaś nic o mówieniu. A wiesz, jak bardzo lubię mówić ci, co bym z tobą zrobił. Albo co ty byś mi zrobiła.
    Nachylił się lekko w bok, by nie odciążać jej dłoni, ale wystarczająco, by delikatnie musnąć nosem jej ramię, zanim znów się opanował i wrócił do swojej idealnie udawanej, nieruchomej pozycji.
    — Jeśli opowiem ci o śnie, który miałem ostatnio… to nie wrócisz po drugi komplet. Przysięgam.
    Spojrzał w górę, łapiąc jej spojrzenie z dołu.
    — Ale może… właśnie na to liczysz?
    Carter uniósł brwi, kiedy zamiast kolejnej rundy pokazu… Sophia niespodziewanie schowała się za jego plecami.
    — Miałem patrzeć, tak? — mruknął z rozbawieniem. — A ty schowałaś mi się za plecami. Wiesz, że łamiesz zasady? — mruknął cicho, z tym charakterystycznym, niskim tonem, który rejestrowała każda komórka jej ciała.

    OdpowiedzUsuń
  13. Odchylił głowę lekko do tyłu, jakby próbował ją podejrzeć kątem oka, ale oczywiście była na to zbyt szybka. Dłonie miał nadal przyciśnięte do fotela, posłuszny zakazowi, choć palce nieznacznie się napięły, aż kusiło, żeby ją złapać.
    — Wiesz, co jeszcze chciałbym zobaczyć? — odezwał się niższym tonem, cicho, tuż nad swoim ramieniem. Jego głos obniżył się nieznacznie, nabierając tego charakterystycznego, chropowatego tonu. — Zobaczyć, jak ten komplet wygląda, kiedy jesteś na łóżku. I powoli… bardzo powoli… go zdejmujesz. Tak żebym widział dokładnie, jak na tobie leży. A potem… jak z ciebie spada. — Zacisnął palce na podłokietnikach, jakby próbował utrzymać się w miejscu, przynajmniej przez jeszcze chwilę. — Kiedy ci się nie spieszy. Kiedy wiesz, że mam czas. I że i tak nie wytrzymam do końca.
    Nachylił się lekko w bok, by ją znów zobaczyć, i dodał z szelmowskim uśmiechem. Przymknął oczy na sekundę, jakby już to widział. Głos miał zniżony, pełen napięcia, którego nawet nie próbował ukrywać.
    — Chciałem patrzeć. A teraz nawet tego nie mam. Zlituj się, motylku.
    Oparł głowę o jej ramię, tak jak chwilę wcześniej. Uśmiechnął się pod nosem, nieco bezbronnie, ale z typową dla siebie intensywnością.
    — Zaczynam myśleć, że boisz się, co się stanie, jak znów na ciebie spojrzę. Tak porządnie. Jak trzeba.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie mógł już dłużej udawać, że siedzenie w miejscu to coś, co jest w stanie kontynuować. Nie, kiedy Sophia stała tuż za nim, oddychając mu do ucha, pytając takim tonem, jakby go torturowała najprzyjemniejszą metodą znaną człowiekowi. Nie, kiedy powiedziała „może nie będę miała, dokąd uciec”. I właśnie o to mu chodziło. Zawsze.
    — Trzydzieści kompletów — mruknął, jakby sam sobie próbował coś wytłumaczyć. — Trzydzieści powodów, żebyśmy nie wracali. Ani wcześniej, ani wcale.
    I choć uśmiech, który jej posłał, wciąż był niegrzeczny i głodny, w jego oczach czaiło się coś więcej niż tylko pragnienie. Było tam coś znacznie cenniejszego.
    — Ale najpierw… pokaż mi. — Jego głos znów przycichł. — Pokaż mi, jak wygląda Sophia, kiedy przestaje być grzeczna.
    Był na krawędzi, dobrze o tym wiedziała. Miał jeszcze resztki samokontroli, ale ledwie. I było jasne, że nie przetrwa kolejnych minut, jeśli ona znów zrobi coś równie niepozornego, jak muśnięcie wargami jego szyi. Carter nie odpowiedział od razu. Może nie umiał, może nie chciał, albo po prostu już nie potrafił sklecić sensownego zdania, kiedy jej oddech drgał mu na szyi, a jej usta znacząco błądziły po jego skórze. Palce Sophii powoli przesuwały się z jego ramion na tors, z tym ledwie wyczuwalnym drżeniem, które mówiło mu więcej niż jakiekolwiek słowa.
    — To nie była groźba — odparł w końcu, głosem niższym, cięższym, urwanym jakby musiał go szukać głęboko pod napięciem, które właśnie przejmowało nad nim kontrolę. — To była… obietnica.
    Carter roześmiał się cicho, ale ten śmiech nie miał nic wspólnego z rozbawieniem. Był niski, ochrypły, podszyty napięciem, które niemal w nim wibrowało. Złapał ją spojrzeniem, tak, jak tylko on potrafił, jakby już teraz rozbierał ją wzrokiem, nie przejmując się ani jednym centymetrem dzielącym ich jeszcze przestrzeni.
    — Chcesz wiedzieć więcej…? — powtórzył wolno, jakby chciał się upewnić, że dobrze słyszał. Odwrócił się w jej stronę tak by mógł zniżyć głos do szeptu. — Rozpakujesz się przede mną jak prezent — szepnął, kiedy przysunął twarz tuż do jej ucha, sam już ledwo oddychając. — A jak już to zrobisz… — mruknął, ledwo dosłyszalnie, ale z tym napięciem w głosie, które oboje znali aż za dobrze. Palce Cartera powoli przesunęły się wzdłuż jej talii, zatrzymując się dokładnie tam, gdzie kończył się materiał. — …to będziesz się dotykać. Powoli. Dla mnie. Tak, żebym widział każdy ruch. Każdy moment.
    Zawiesił głos tuż przy jej uchu, a oddech drgnął jej na szyi.
    — I nie przestaniesz… dopóki ci nie powiem. Bo wtedy ja się tobą zajmę. Po swojemu. I obiecuję ci, że nie zapomnisz żadnej sekundy.
    Cisza między nimi była gęsta, napięta, zawieszona gdzieś pomiędzy niedopowiedzeniem a tym, co wisiało w powietrzu tak długo, że wystarczyło jedno słowo, jeden ruch, by wszystko eksplodowało. — Wezmę cię tak, że już żaden komplet nie będzie wyglądał na tobie tak niewinnie — szepnął tuż przy jej ustach. Uśmiechnął się półgębkiem.
    — Chcę zobaczyć to wszystko. Jak klękasz. Jak rozpinasz ten zestaw. Jak robisz to tylko dla mnie. Wiesz dlaczego? — Odchylił się nieco, żeby wreszcie móc spojrzeć jej w oczy. — Bo jeszcze zanim wyjdziesz z tej sypialni… zdejmę z ciebie każdy jeden komplet, Sophia. Każdy.

    OdpowiedzUsuń
  15. Carter testował jej granice. Robił to bez pośpiechu, z tym charakterystycznym spokojem, który tylko pozornie był opanowaniem. W rzeczywistości pod powierzchnią buzowało coś znacznie głębszego, potrzeba, głód, ta jego wieczna chęć zobaczenia, jak daleko może się posunąć, zanim Sophia się wycofa. Jeśli w ogóle. Jego słowa były szeptem, nie rozkazem. Malowały obrazy, podsuwały myśli, które najpierw wywoływały rumieniec, a chwilę później przyspieszały oddech, zostawiając ją dokładnie tam, gdzie chciał, w zawieszeniu. Między chęcią bycia posłuszną a pokusą, by sama tę grę przejąć. Nie dotykał jej jeszcze tak, jak oboje pragnęli, ale mówił tak, że pod jego głosem drżała bardziej niż pod najpewniejszym dotykiem. Każde zdanie było jak dotyk przesuwający się wzdłuż jej kręgosłupa, jak pocałunek złożony tuż pod linią szczęki, jak obietnica, którą Sophia równie mocno chciała spełnić, jak i odwlekać tylko po to, żeby zobaczyć, jak bardzo Carterowi zacznie brakować tchu. Bo choć sprawiał wrażenie, że to on prowadzi, nie dało się nie zauważyć, że sam też był na granicy. Że to napięcie, które tak pieczołowicie budował, oplatało ich oboje. Może i testował jej granice, ale to, jak długo sam wytrzyma, stawało się pytaniem równie aktualnym.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  16. Carter miał ochotę przymknąć oczy i wypuścić z siebie całą resztkę powietrza, która została mu w płucach z ledwością, z wdzięcznością i z tym ledwie powstrzymanym jękiem, który sam w sobie mógłby brzmieć jak przekleństwo. Ale nie zrobił tego. Nie teraz. Nie kiedy Sophia mówiła do niego takim głosem. Kiedy stała tak blisko, tak świadoma siebie i jednocześnie tak cholernie jego, miękka i silna, zawstydzona i odważna, cała rozpalona od tej gry, którą sama rozpoczęła. Chciał odpowiedzieć. Naprawdę. Ale cokolwiek, co teraz miałby wypowiedzieć, było śmieszne w porównaniu z tym, co właśnie usłyszał. Powiedziała to. Dokładnie to, czego pragnął. Tyle razy zastanawiał się, jak by brzmiało z jej ust, jak wyglądałaby, kiedy wypowiada takie rzeczy z pełną świadomością, że działają na niego jak zapalnik. Teraz już wiedział. Teraz już nie musiał sobie wyobrażać. Nie ruszył się. Jeszcze nie. Mimo że jego ciało rwało się do niej, jakby to było najbardziej pierwotne pragnienie, jakie w nim kiedykolwiek siedziało. Miał ją przed sobą kuszącą, zmysłową, ciepłą, pewną i odrobinę roztrzęsioną. Taką, która mimo tego, że drży, robi krok naprzód, i właśnie tym rozbraja go najmocniej. Jego wzrok powędrował po niej powoli, jakby każde słowo, które wypowiedziała, odcisnęło się na jej skórze, a on chciał je przeczytać jeszcze raz, spojrzeniem, które pieściło tak samo mocno, jak dotyk. W końcu uśmiechnął się. Leniwie. Niebezpiecznie. I w tym uśmiechu była cała jego odpowiedź. Bo jeśli to był jej ruch, to jego będzie następny. Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze przez chwilę miał patrzeć. Więc patrzył, jakby to był najważniejszy widok w jego życiu.
    — Kochanie… jeśli zrobisz to tak, jak właśnie opisałaś… — zawiesił głos na sekundę, jakby musiał powstrzymać własne ciało przed tym, żeby się nie porwać — …to nie zdążysz zdjąć tego kompletu do końca. — Carter westchnął cicho, jakby potrzebował wyrzucić z siebie to napięcie, które nieustannie narastało. — Bo jak zobaczę cię na tym łóżku… jak zobaczę, że robisz to z myślą o mnie… nie poprzestanę na patrzeniu.
    Oparł się nieco mocniej o oparcie, ale nie spuścił z niej wzroku nawet na ułamek sekundy. Przymrużył oczy, usta rozciągnęły się w tym półuśmiechu, który znała aż za dobrze, tym, który pojawiał się tylko wtedy, gdy był na skraju i jedyne, co go jeszcze powstrzymywało, to szacunek do tej jednej zasady, którą mu postawiła.
    Na razie.
    — Nie masz pojęcia… — odezwał się niskim głosem, zachrypniętym od emocji. — …jak bardzo chcę to zobaczyć.
    Nie był pewien, czy mówił o tym, jak klęka. Jak rozsuwa ramiączka. Jak patrzy mu w oczy. Jak dotyka siebie, tylko dla niego. Może mówił o wszystkim.
    Carter roześmiał się cicho, nisko, ten dźwięk zabrzmiał tuż przy jej ustach, jeszcze ciepłych od pocałunku, który właśnie mu ukradła. Głowa lekko odchyliła mu się do tyłu, oczy błysnęły tym znajomym iskrzeniem, w którym kryło się wszystko, pożądanie, rozbawienie, i to nieznośne, typowe dla niego „właśnie zrobiłaś coś, za co zaraz zapłacisz”.
    — Nie, nie, nie — pokręcił głową, przeciągając słowa z udawaną surowością. — Wtedy nie będzie zabawy.
    Uśmiechnął się szerzej, jakby właśnie wygrał rundę, której nie spodziewał się tak szybko wygrać.
    — To jest mój koncert życzeń, aniołku. A zasady są jasne. Ty pokazujesz. Ja patrzę.

    OdpowiedzUsuń
  17. Zerknął znacząco na swoje dłonie wciąż wbite w podłokietniki fotela. Ani drgnął.
    — I trzymam się tej zasady… mimo że robisz absolutnie wszystko, żeby mnie z niej ściągnąć.
    Jego głos zniżył się do przyjemnego mruknięcia.
    — Więc teraz… wracaj na ten cholerny środek pokoju i nie rozpraszaj prowadzącego. — Znów uniósł brew. — Masz trzy sekundy, zanim uznam, że łamiesz własne zasady. A wtedy? Wtedy przestajesz prowadzić.
    Jego głos nie był już tylko zachwytem. Był ostrzeżeniem. Obietnicą. Zapowiedzią końca wszelkiej cierpliwości.
    Carter prowokował ją celowo, z pełną premedytacją, z tą iskrą w oczach, która mówiła więcej niż słowa. Rzucał jej obrazy pod nogi, słowa nasączone wyobrażeniami, które miały działać bardziej na nią niż na niego, choć prawda była taka, że każde zdanie, które wypowiadał, podpalało również jego. Ale nie spodziewał się, że Sophia naprawdę to zrobi. Nie do końca. Sophia nie była dziewczyną od szalonych, nieprzyzwoitych pomysłów. Przynajmniej nie w takim wydaniu. Między nimi wszystko zwykle pulsowało nastrojem, sensualnością, emocjami, wzrokiem, który mówił „czuję cię” zanim padło jakiekolwiek słowo. Ich bliskość była intymna, miękka, czasami cicha, nawet jeśli bywała intensywna. A on czasami chciał czegoś innego. Czegoś niepokornego. Niegrzecznego. Takiego, co przekracza granice, łamie zasady i zostawia na skórze echo czegoś więcej niż tylko westchnień. Ale nigdy jej tego nie narzucał. Wiedział, że nie wszystko przychodzi jej naturalnie. Że Sophia mimo tego, że rozbrajała go swoją odwagą w uczuciach wciąż była dziewczyną, która rumieniła się po komplementach, spuszczała wzrok, gdy czuła się zbyt odkryta. Dlatego zakładał, że nie zrealizuje tego pomysłu. Że coś wymyśli. Zasłoni się czymś. Zadrwi, jak to ona. Powie coś, co przekieruje uwagę i może zrobi dla niego coś zupełnie innego, równie pięknego, równie jej. Ale nie to. Nie sądził, że wejdzie w ten scenariusz naprawdę. Pomagało jej to, że zasłony były zasunięte, a w sypialni panował półmrok. Ciepłe światło sączyło się zza ramy lampy, a zasłony skutecznie blokowały światło dzienne. Brakowało mu tylko nastrojowej muzyki. Ale nawet to nie wydawało się wystarczającą zachętą. Bo Sophia, choć zmysłowa, była też delikatna. Trochę nieśmiała. I choć tak pięknie się rozkwitała w jego dłoniach, choć ufała mu z całym sobą to wciąż była tą dziewczyną, która czasami potrzebowała chwili dłużej. Więc czekał. Z lekkim uśmiechem. Z rękami wciąż na podłokietnikach. Z sercem, które biło szybciej niż powinno, mimo że przecież to nie on był po drugiej stronie sceny. I jeśli naprawdę to zrobi, jeśli wejdzie na to łóżko, jeśli zdejmie ten komplet z takim spokojem, patrząc mu w oczy, jeśli naprawdę się dotknie, myśląc o nim to będzie cholernie zaskoczony. I być może już nigdy się po tym nie pozbiera.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  18. Carter zaśmiał się cicho, tym niskim, rozbawionym śmiechem, który zawsze pojawiał się wtedy, gdy Sophia robiła coś, czego kompletnie się po niej nie spodziewał. Przesunął dłonią po szczęce, jakby próbował zamaskować to uśmiechnięte „do cholery, ona naprawdę to robi”, które w nim buzowało. Przechylił głowę, patrząc na nią z niemal bezczelnym zachwytem.
    — To jesteś gwiazdą dzisiejszego popołudnia — powtórzył, opierając łokieć o podłokietnik i przysuwając palce do ust, jakby musiał się chwilę zastanowić. — W zasadzie to jesteś gwiazdą całego mojego życia.
    Uśmiechnął się szerzej, przeciągle, a jego spojrzenie powędrowało po niej bez najmniejszego pośpiechu od stóp, przez biodra, aż po jej twarz i te rozbawione, lekko drżące usta.
    — I szczerze? Nawet nie próbuję ukrywać, jak bardzo mi się to podoba.
    Westchnął teatralnie, niby ciężko, ale jego oczy wciąż śmiały się z bezgranicznym uwielbieniem.
    — Chociaż muszę przyznać… nie byłem gotowy na to, że gwiazda będzie miała aż taką potrzebę złamania wszystkich moich zasad.
    Puścił jej oczko, z tą drobną nutą prowokacji w głosie. Tak, uwielbiał patrzeć. Ale coraz trudniej było mu nie wstać.
    Carter uniósł brew, a jego uśmiech z figlarnego zmienił się w coś zdecydowanie bardziej prowokacyjnego. Przechylił głowę, jakby dokładnie przyglądał się Sophii, ale nie jej twarzy, nie koronce, nie biodrom, które tak bezczelnie odciągały jego uwagę… tylko dłoni. A konkretnie jednej. Tej lewej.
    — Narzeczona, hm? — rzucił z udawaną powagą, ale z rozbawieniem igrającym w kącikach ust. — Ciekawe… — Zmrużył lekko oczy, spojrzał na jej dłoń, tę, którą jeszcze chwilę temu delikatnie przesuwała po jego ramieniu i westchnął teatralnie, z nieznośnie powściąganą kpiną.
    — Bo wiesz, dziwna sprawa, ale jakoś nie widzę na tym ślicznym palcu pierścionka.
    Uniósł brew jeszcze wyżej, jakby właśnie odkrył jakiś wielki, romantyczno-prawny przekręt. I wciąż nie odrywał od niej wzroku, tylko teraz był to wzrok bardziej zadziorny, bardziej skoncentrowany, bardziej głodny. Jakby sam ten brak pierścionka był pretekstem, by ją ukarać za ten słodki, figlarny tytuł, którym się obdarzyła. Nie oddychał. Z początku nawet nie był tego świadomy jego ciało po prostu zawiesiło się gdzieś pomiędzy niedowierzaniem a rosnącym napięciem, które pulsowało w nim od chwili, gdy Sophia zrobiła pierwszy krok w stronę łóżka. Wciąż miał dłonie zaciśnięte na podłokietnikach, tak mocno, że knykcie zbielały, ale nawet tego nie czuł. Bo wszystko inne przestało istnieć. Była tylko ona. Jego narzeczona. Jego Sophia. Na środku łóżka, w blasku rozproszonego światła, które ślizgało się po jej skórze niczym cień. To było prawdziwe. Prawdziwsze niż cokolwiek, co do tej pory widział. I może właśnie dlatego nie potrafił oderwać wzroku. Nie wierzył, że to zrobi. Że naprawdę to zrobi. Owszem, prowokował ją. Testował. Wrzucał jej obrazy do głowy, bo był pewien, że znajdzie jakiś zgrabny sposób, by się wycofać. Że się roześmieje, może zarumieni, może przeprosi za zbyt śmiałą sugestię. Bo Sophia taka była. Delikatna. Zmysłowa, owszem, ale zawsze z granicą. Z tą uważnością, która sprawiała, że między nimi było emocjonalnie, intymnie. A on? Był facetem, który czasem chciał więcej. Intensywniej. Czasem chciał, żeby zaskoczyła go tak, jak właśnie to zrobiła. I zaskoczyła. Chryste, jak bardzo. Siedział wciąż jak zaczarowany, kiedy ramiączka zsunęły się z jej ramion. Kiedy materiał powoli znikał z jej skóry, kawałek po kawałku, a ona nie przestawała na niego patrzeć. Te oczy… Ten wzrok wbity w jego. Nie spuszczała z niego spojrzenia nawet wtedy, gdy palce przesuwały się po jej udach. Jakby dotykała się tylko dla niego. I tak właśnie było. Serce mu łomotało. Czuł, że zaraz rozerwie mu pierś. Najchętniej zgniótłby ten fotel pod sobą i był przy niej w sekundzie. Dotknął jej. Wziął za nadgarstki, przygwoździł do pościeli, przycisnął usta do każdej krągłości, którą właśnie z takim bezwstydem mu pokazywała. Ale ten widok był zbyt piękny, by przerywać go za szybko.

    OdpowiedzUsuń
  19. Widział, jak mięśnie jej ud napinają się lekko, jak wargom wyrywa się ciche westchnięcie. I kiedy szepnęła, że dotyka się dla niego, Carter zamknął oczy na ułamek sekundy, próbując zapanować nad sobą. Nic z tego. W myślach był już przy niej. Jego dłonie przesuwały się tam, gdzie właśnie były jej. Wyobrażał sobie, że klęczy przed nim i robi to samo, ale dla niego. Wypuścił powietrze z ust. Powoli. Cicho. Inaczej eksplodowałby na tym cholernym fotelu.
    — Powinnaś widzieć siebie teraz…
    Przeciągnął dłoń po własnym udzie. W końcu się poruszył. Ale nie wstał. Jeszcze nie. To była jej scena. Ona była gwiazdą. Gwiazdą całego jego cholernego życia i jeśli miał spłonąć przez to, co mu pokazuje, to przynajmniej z jej imieniem na ustach. Dłonie nie były już zaciśnięte na podłokietnikach. Teraz jedna opierała się luźno na jego udzie, druga unosiła się do twarzy, kiedy przesunął knykciem po dolnej wardze, jakby coś smakował. Coś, czego jeszcze nie dotknął, ale czego obraz już wykręcał mu trzewia. I kiedy w nią patrzył, to nie był tylko Carter. To był Zaire. Ten, który przed dołączeniem do zabawy lubił patrzeć. Jak na scenę, która dopiero się rozwija. Jak na sztukę, której zakończenie zna, ale i tak chce zobaczyć wszystko od pierwszego aktu. Z papierosem między palcami, ze szklanką whisky, z tą cholernie spokojną miną, jakby cała sytuacja była dla niego czymś absolutnie naturalnym. Bo była. Lubił patrzeć, jak kobiety tracą pewność siebie. Jak ją odzyskują, bardziej bezwstydne, bardziej żywe. Lubił, kiedy dla niego grały. Kiedy tańczyły. Kiedy zbliżały się do siebie albo do niego, bez pytania, bez oczekiwań. Dawał im przestrzeń, bo nie interesowało go tylko ciało. Interesował go ten moment. Eksplozja pod skórą. Zawahanie. Decyzja. Jedna dziewczyna. Dwie. Trzy. Lubił to napięcie. Lubił świadomość, że wszystko zaczyna się od spojrzenia. Lubił, kiedy ktoś się rozkręcał… powoli. Z rozmysłem. Z niewinnym początkiem i bezwstydnym finałem. Lubił wszystko to, co działo się poza kontrolą — bo właśnie tam, w tym chaosie, czuł się jak w domu. W ciemnych pokojach, w szeptach i dźwiękach cudzego oddechu. W chwilach, które były bardziej cielesne niż emocjonalne, bardziej szalone niż spokojne. Lubił, kiedy ktoś się dla niego trząsł. Kiedy jęczał jego imię tak, jakby miał władztwo nad każdą reakcją. Lubił, kiedy nie trzeba było pytać, kiedy nikt nie oczekiwał delikatności. Lubił być tym, komu puszczają hamulce i często tak właśnie było. To właśnie ten mężczyzna w nim, ten, którego Sophia rzadko poznawała naprawdę teraz się w niej zatrzymał wzrokiem.
    Z Sophią było inaczej. Jakby instynktownie coś w nim wiedziało, że to nie może być jak zawsze, że jeśli się zagalopuje, to może coś zepsuć , tak jak wtedy w klubie. Dlatego się pilnował. Tłumił impulsy. Wyciszał głos w głowie, który szeptał mu, żeby przycisnąć ją mocniej, pociągnąć za włosy, usłyszeć, jak drży, aż nie będzie w stanie złapać tchu. Potrafił ją doprowadzić do granicy szaleństwa i doskonale o tym wiedział ale nigdy nie przekraczał tej cienkiej linii. Patrzył teraz, jak klęczy na łóżku. Jego łóżku. Ich. Bez niczyjej obecności. Tylko ona. Bez tłumu, bez światła klubów, bez cienia przypadkowości. W swoim tempie, we własnym rytmie, ale dla niego. I chociaż kiedyś mógł mieć wszystko, czego tylko zapragnął, to nic nie rozpalało go tak, jak ten jeden widok: jego narzeczona, rozświetlona półmrokiem, naga i śmiała, bardziej, niż kiedykolwiek się spodziewał. A on? Siedział. I patrzył. Bo zanim sięgnie po to, co jego, zanim do niej podejdzie, zanim rozbije im oddech i zakopie się w tej bliskości na dobre, chciał nacieszyć się tą chwilą. Carter zawsze lubił patrzeć. Ale jeszcze nigdy nie patrzył z taką uwagą, jak teraz.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  20. Była piękniejsza niż cokolwiek, co do tej pory widział. W tym skupieniu. W tym ogniu. W tej śmiałości, która rodziła się w niej z nieśmiałości, najniebezpieczniejszy rodzaj odwagi. Carter, a może już Zaire, nie był w stanie oderwać wzroku. Nie przez grzeczność. Nie przez podziw. Patrzył, bo nie mógł przestać. Każdy ruch jej dłoni był dla niego jak osobna pokusa. Każdy oddech, każde zawahanie, każde zamknięcie oczu paliło go od środka. I choć jego twarz była spokojna, prawie nieruchoma, ciało reagowało inaczej. Mięśnie karku napięte, dłoń ściskająca bok fotela, szczęka zaciśnięta zbyt mocno. W myślach już dawno podszedł. Już dawno ją przewrócił. Już dawno jego ręce ściągały ją za biodra w dół, aż osiadłaby na nim w całości, zupełnie naga, wilgotna i drżąca. Już dawno nachylił się do jej ucha, z tym głosem, który zostawiał dreszcze na skórze i zapytał „Dla mnie, aniołku? Tylko dla mnie się tak ruszasz?” W myślach już szeptała jego imię przez zaciśnięte zęby. Już jęczała tak głośno, że musiał zasłonić jej usta dłonią. Ale to był tylko obraz. Jeszcze nie dotknął jej nawet jednym palcem. Zwykle przy Sophii się hamował. Nie dlatego, że musiał, dlatego, że chciał. Jej kruchość, jej delikatność, ta potrzeba bezpieczeństwa, rozpoznawał ją od razu. To ona zawsze zatrzymywała w nim to, co niebezpieczne. To, co kiedyś traciło panowanie nad sytuacją. To, co nazywał Zairem. Ale dziś? Dziś nie wycofała się. Nie tylko weszła na jego teren, zaproponowała, żeby go podpalił. I właśnie to sprawiało, że jego myśli stały się cięższe. Mroczniejsze. Chciał ją już. Wziąć. W całości. Bez kontroli. Bez delikatności. Z tym szeptem przy uchu, który sprawiał, że dziewczyny błagały go, żeby nie przestawał, nawet gdy przestawać powinien.
    Chciał, żeby krzyczała jego imię, albo nie mówiła nic. Żeby zapomniała, jak się oddycha. W myślach miał ich oboje, splątanych, splamionych, z oddechami urwanymi i rozsypanymi gdzieś po pościeli. Nie eleganckich. Nie subtelnych. Tylko prawdziwych, intensywnych, granicznych. Takich, których nie da się już wymazać. Chciał, żeby ta chwila przestała być grą. Żeby przestała być pokazem. Chciał, żeby stała się rzeczywistością. Ale nie ruszył się. Jeszcze nie. Bo wiedział, że jeśli teraz podejdzie, nie będzie odwrotu. To, co dostanie od niej w tej wersji… nie będzie już tylko jego. To będzie Zaire. I jeśli już sięgnie po jej nadgarstki, po szyję, po biodra, nie wypuści. Nie przez jakiś czas. Tylko do samego końca. A więc czekał. Czekał, aż ona go poprosi. Aż jej spojrzenie się zmieni. Aż wyszepcze coś więcej niż jego imię. Aż sama uzna, że tego właśnie chce, jego bez hamulców.
    Carter nie odpowiedział od razu. Nie musiał. Sama wypowiedziała to imię, to jedno imię, które do tej pory istniało tylko w jego świecie. W świecie, do którego Sophia nie miała dostępu. Nie całkiem. Ale teraz? Coś się w nim poruszyło. Nie drgnął, nie zmienił pozycji, ale kiedy spojrzenie jego ciemnych oczu zderzyło się z jej. Jakby ciężar jego uwagi właśnie przesunął się z obserwacji na posiadanie. Bo tak właśnie patrzył: jakby już miał ją w garści. W jego spojrzeniu nie było już pytania. Nie było niepewności. Była tylko decyzja. Zawisła w powietrzu ciężka i elektryczna, zanim w końcu odezwał się głosem niższym, gładszym niż zazwyczaj. Niosącym coś, czego do tej pory używał tylko w sytuacjach, które wymykały się schematom. Nie ruszał się jeszcze. Zostawił ją tam, klęczącą, z rumieńcem na policzkach i rozszerzonymi źrenicami, tak rozpaloną, że w powietrzu niemal czuć było jej pragnienie. A on się tym… delektował.
    Uśmiechnął się leniwie. Nie był to czuły uśmiech. Był głodny.
    — Jeszcze nie skończyłaś, kotku — mruknął i w końcu pochylił się lekko do przodu. Łokcie oparł na udach. Palce splotły się luźno. — Ale możesz spróbować mnie przekonać, że już zasłużyłaś, żebym do ciebie podszedł. — Zadrżał kącik jego ust. — Pokaż mi, co jeszcze jesteś w stanie dla mnie zrobić. — Zrobił krótką pauzę, pozwalając słowom zapaść między nimi. A potem… znów się wyprostował. Nie wstał. Nie dał jej tego, czego chciała.

    OdpowiedzUsuń
  21. Zamiast tego, ułożył się wygodniej na fotelu, opierając głowę o zagłówek i rozluźnił kark, jakby… miał czas. Jakby mógł tak siedzieć godzinami. Ale jego spojrzenie pozostało na niej. Nieruchome. Ciemne. Głodne.
    — Zawsze wiedziałem, że masz to w sobie… — powiedział, powoli podchodząc, jakby każde słowo było zapowiedzią czegoś mocniejszego. Jakby właśnie przekroczyli granicę, którą dotąd tylko obchodzili dookoła. Nie było w niej niepewności. Nie tym razem. I to właśnie to sprawiło, że się poruszył. Powoli. Zbyt powoli, by zaspokoić jej napięcie. Ale dokładnie w takim tempie, by podsycić każdy nerw jej ciała. Wstał z fotela bez słowa, prostując sylwetkę, z tą samą cichą pewnością siebie, którą znała tylko z jego ciemniejszej strony. I nawet nie musiał na nią patrzeć, wiedział, że drgnęła. Tak samo jak on, gdy usłyszał swoje imię.
    — Nie przestawaj — polecił. Głos miał niski, cichy, ale stanowczy. Nie był to rozkaz krzykiem, nie musiał nim być. Wystarczyło brzmienie. Twarde, pewne. Ton, któremu nie sposób było odmówić. Podszedł do niej powoli, krok za krokiem, aż stanął tak blisko łóżka, że jego nogi niemal dotykały materaca. I choć wciąż jej nie dotknął w pełni, jego obecność działała mocniej niż dotyk kogokolwiek innego. Wyciągnął rękę. Jedną tylko. I nie tam, gdzie najbardziej jej brakowało, nie między uda, nie na piersi. Dotknął twarzy. Palcami musnął linię jej szczęki, by zaraz podnieść ją delikatnie w górę, zmuszając, by spojrzała na niego z tej perspektywy, z dołu. Kciukiem musnął jej wargi, lekko, z wyczuciem, jakby badał, czy drży. Uśmiechnął się, kiedy się rozchyliły. Oczy miał spokojne, ale pełne tego znajomego mroku, którego już się nie wypierał. Uśmiechnął się, nie łagodnie, nie bezczelnie, ale tak, jakby właśnie potwierdził to, co wiedział od początku. Tym razem to on zerknął w stojące obok lustro.
    — Tak cię właśnie lubię… — wymruczał. Wracając do niej tym swoim intensywnym wzrokiem. Drugą ręką sięgnął do pasa. Powoli, celowo. Metalowa klamra zadrżała cicho w półmroku, dźwięk rozpięcia paska odbił się echem w ciszy, którą przerywał jedynie jej przyspieszony oddech i szelest pościeli pod jej ciałem. Nie pośpieszał się. Chciał, by to widziała. Chciał, by dokładnie czuła, co nadchodzi i że nie ma odwrotu. Tak jak zawsze, gdy przejmował kontrolę nie siłą, a obecnością. Nie musiał jej dotknąć, by ją mieć. Ale i tak zamierzał to zrobić. Tym razem całkowicie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  22. Widział wszystko. Każdy oddech, który z trudem opuszczał jej usta. Każde napięcie w ciele, które walczyło między uległością a potrzebą więcej. Każde drgnienie palców między udami, które drżały od wysiłku i rozkoszy. Ale to nie dłoń ją rozpalała. Nie do końca. To był on. To, że patrzył. Że nie przerywał. Że czekał. Zaire nie był obojętny, nie wtedy, gdy słyszał własne imię szeptane z takim pragnieniem. Nie, kiedy widział, jak sama sobie to robi. Jak bardzo chciała, żeby to on dokończył. Ale wiedział, że jeśli podejdzie za szybko, jeśli przerwie jej przedwcześnie, odbierze jej to, czego sama o sobie jeszcze nie wiedziała. W niej było coś, co chciał z niej wydobywać powoli. Bez pośpiechu. Tak jak teraz. Z każdym krokiem czuł, jak napięcie w jego własnym ciele tnie go od środka. Jak bardzo chciał ją wziąć, natychmiast, bez ceregieli, ale wiedział, że nie zrobi tego. Jeszcze nie. Najpierw musiała zrozumieć, że oddała mu wszystko. Nie przez słowa. Przez sposób, w jaki na niego patrzyła. Gdy stanął przy łóżku, spojrzał na nią z góry. Klęczała blisko krawędzi, bezbronna, rozgrzana, z oczami wypełnionymi błaganiem. A mimo to nie wyciągnęła dłoni. Nie próbowała go dotknąć. Czekała. Tak jak kazał.
    — Taka niecierpliwa… — mruknął, z rozbawieniem w głosie, ale też z wyraźnym podtekstem. — A jeszcze przed chwilą tak pięknie się bawiłaś sama.
    Zaśmiał się krótko, cicho z tej jej niecierpliwości. Z tej słabości, której tak bardzo się bała, a którą tak pięknie mu teraz oddawała. Z tego, jak bardzo próbowała to jeszcze ukryć, choć każdy gest, każdy jęk mówił sam za siebie. Jego palce zsunęły się z jej brody niżej, wzdłuż szyi, wzdłuż obojczyków. Powoli, leniwie, z wyczuciem. A druga dłoń rozpięła pasek i zawisła na guziku.
    Uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, nie był ani ciepły, ani chłodny. Był… świadomy. Jakby właśnie usłyszał coś, co go rozbawiło, ale nie zaskoczyło.
    — Skoro nie chcesz kończyć sama… — powiedział spokojnie. — To zajmij się mną, mała.
    Zwolnił guzik. Materiał poddał się z lekkim szelestem, gdy przesunął zamek, a spodnie zsunęły się po jego biodrach i opadły na podłogę, odsłaniając więcej, ale jeszcze nie wszystko. Celowo nie zdjął bokserek. Chciał, żeby ona to zrobiła. Żeby przerwała to co robi, to co on chciał dokończyć później. Wciąż się nie spieszył, choć jego ciało mówiło już zupełnie co innego, napięte, gotowe, twarde od napięcia, którego nie rozładowywał tylko dlatego, że uwielbiał ją widzieć taką. Czekającą. Pochylił się lekko, dłoń znów przesunął po jej policzku, niżej, zatrzymał się tuż przy ustach, jakby chciał przypomnieć, że to one za chwilę mają mówić za nią. Ale nie dał jej tej satysfakcji, nie dotknął jej tak, jak pragnęła. Zamiast tego, spojrzał jej głęboko w oczy i szepnął z uśmiechem, który znała, uśmiechem Zaire’a, który nie żądał… a sugerował, i to było jeszcze bardziej niebezpieczne.
    — Zrób to… — szepnął. — Zrób to dla mnie.
    Nie był to rozkaz wypowiedziany twardo. Raczej sugestia podszyta pewnością, że i tak to zrobi. Że już dawno przekroczyła moment, w którym mogłaby się wycofać. A mimo to wciąż czekała. Wciąż nie śmiała sięgnąć po więcej. Nie dotknęła go. Nie ośmieliła się skrócić tego dystansu o centymetr, choć rozpalona była bardziej niż kiedykolwiek. Nachylił się. Powoli, z wyczuciem, z dłonią opartą lekko o jej policzek. Przyciągnął jej twarz do siebie, nie na pocałunek, jeszcze nie, tylko na ten jeden cichy oddech odległości, który palił skórę bardziej niż dotyk. I wtedy jego kciuk znów dotknął jej ust. Ale tym razem mocniej. Nie jak muśnięcie. Jak znak, że należy do niego. Czas przestać błagać. I zacząć brać.
    — Pokaż mi, że naprawdę tego chcesz. — Jego spojrzenie spoczęło na niej ciężko, uważnie, bez cienia pośpiechu. Wsunął dłoń w jej włosy, nie ciągnąc ich, nie zmuszając, po prostu trzymając, jakby zaznaczał swoją obecność.
    — Zrób coś z tą swoją zachłannością, zanim zrobię to za ciebie.
    Przysunął biodra bliżej, tak, by nie zostawić już miejsca na domysły. Dawał jej wybór, pozorny. Bo i tak oboje wiedzieli, że decyzja już zapadła.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  23. Zobaczył moment, w którym się poddała. Nie dlatego, że była słaba. Dlatego, że już nie chciała walczyć z tym, co między nimi buzowało od początku. Tym, co było większe niż wstyd, silniejsze niż rozsądek. Tym, co i tak zawsze doprowadzało ich tu, do tej granicy, za którą wszystko stawało się surowe, nieprzyzwoicie szczere i intensywnie prawdziwe. Jej dłoń dotknęła jego skóry, usta zaraz potem. Czuł ciepło, miękkość, oddanie i to napięcie, które przeszło przez jego własne ciało jak fala. I choć jeszcze przed chwilą był cierpliwy, kontrolujący… teraz coś w nim drgnęło. Ręce zacisnęły się w jej włosach mocniej, głębiej, aż jęknęła przy jego skórze, a może to był on? Trudno było już oddzielić dźwięki, które z niej wychodziły, od tych, które ledwo trzymał w sobie.
    — Kurwa… — warknął półgłosem, przymykając oczy. — Cholernie lubię, kiedy masz mnie w ustach…
    Nie był to komplement. Nie był to gest czułości. To było wyznanie. Surowe, prawdziwe. Wypowiedziane takim tonem, jakby nie mógł już dłużej tego trzymać w sobie. Jakby sam siebie zaskoczył, że powiedział to na głos. Patrzył na nią z góry z tą mieszaniną mroku, pożądania i czegoś znacznie głębszego. Czegoś, co przekraczało fizyczność. — Jesteś w tym idealna.
    Tym razem nie było już delikatności. Nie tej, którą znała. Nie tej, do której ją przyzwyczaił, tej kontrolowanej czułości, której zawsze pilnował, nawet kiedy rozkładała się przed nim naga, błagalna, drżąca. Teraz… pozwolił sobie na więcej. Ręka, którą wcześniej jedynie trzymał w jej włosach, zacisnęła się mocniej, prowadząc ją rytmem, który nie pytał już o zgodę. Był pewniejszy. Instynktowny. Ruchy Sophii były jego, kontrolowane przez siłę jego bioder i uchwyt, który był na granicy szorstkości, ale właśnie tej granicy, której ona chciała.
    — Tak… — wymruczał przez zaciśnięte zęby, czując, jak oddaje mu wszystko. — Właśnie tak…
    Dłoń w jej włosach zacisnęła się mocniej, nie tylko dla przyjemności. To był gest instynktu. Kontroli. Zaborczości. Pociągnął ją, a jego biodra odpowiedziały ruchem, który nie zostawiał miejsca na wątpliwości. Prowadził ją, chwilami szorstko, chwilami na granicy, której wcześniej nie dotykał. A ona… nie protestowała. Oddychała przy jego skórze, poruszała się w tym rytmie, drżąc pod każdym jego napięciem.
    Jęknęła, gdy pociągnął jej głowę do tyłu. Nie gwałtownie, ale wystarczająco, by zaznaczyć granicę, jaką właśnie przekraczali. Wystarczająco, by jej kark wygiął się pięknie, a usta rozchyliły się w niemym westchnieniu. Oddychała ciężko, mokre wargi błyszczały, oczy zachodziły mgłą, ale nie protestowała. Nawet nie jęknęła z zawodu. Przeciwnie, w tym spojrzeniu było czyste podporządkowanie i coś jeszcze… coś dzikiego. Pocałował jś najpierw a potem dwrócił jednym ruchem. Mocnym, niecierpliwym. Pchnął tak, że dłonie Sophi opadły na materac, a jej biodra wypięły się w jego stronę. Pierwszy klaps był mocniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Głośny, piekący, zostawiający po sobie ciepło, które szło głębiej niż skóra. Zadrżała. Westchnęła głośno, nieprzyzwoicie. Drugi był jeszcze mocniejszy. A potem jego dłonie chwyciły ją za biodra i przyciągnęły do niego, tak że nie było już dystansu. Nic pomiędzy. Tylko ich ciała. Nie mówił, ale jego ciało mówiło za niego. Mocnymi, zdecydowanymi ruchami.
    Przyciągnął ją potem do siebie, aż jej plecy dotknęły jego torsu, a jego dłoń zacisnęła się mocno na piersi, twardo, zaborczo, jakby zaznaczał, że to miejsce należy do niego.
    Wygięła się w łuk, biodra drgnęły, głowa opadła w tył, a z jej ust wyrwał się krzyk, głośniejszy niż kiedykolwiek. Bezwstydny.

    OdpowiedzUsuń
  24. Błagalny. Przepełniony ekstazą, która wyrwała się poza kontrolę. Z jego gardła wyrwał się pomruk, niski, zadowolony, instynktowny. Jej ekstaza była dzika, głośna, całkowita.
    — Chcesz więcej… — wysyczał jej do ucha, łapiąc ją za gardło, nie dusząc, tylko trzymając, stanowczo, dominująco. Gdy skinęła głową, jęknął w odpowiedzi. Trzymał ją blisko, czasem przyciskając jej plecy do materaca, czasem podciągając ją tak, że była przyklejona do jego torsu, że czuła jego gorący oddech na karku. Czasami dłoń zaciskała się na jej piersi, mocno, bezlitośnie. Innym razem oplatała jej gardło, tak, by czuła, jak głęboko ją wypełnia. Jak bardzo ją kontroluje. Zsunął dłoń po jej brzuchu, aż dotarł niżej, a potem złapał jej nadgarstek i poprowadził jej dłoń tam, gdzie była wcześniej. — Zrób to znowu — wyszeptał przy jej uchu, głosem niskim, chrapliwym, z tym mrokiem, którego już nie ukrywał. Jej palce zadrżały, gdy zrozumiała, o co mu chodzi, ale nie protestowała, przeciwnie. Znów zaczęła się dotykać, teraz między ich wspólnymi ruchami. Nie przestawał. Nie pozwalał jej opaść. Trzymał ją mocniej, szybciej, głębiej. Jakby chciał, by zapamiętała to wszystko w każdej cząstce siebie. Bo to nie był Carter, który kochał. To był Zaire, który brał i nie zamierzał przestać.
    — Jesteś piękna, kiedy przestajesz się zastanawiać i po prostu jesteś dla mnie. — wyszeptał jej w ucho, niskim, ochrypłym głosem.
    Zadrżała, jakby właśnie tamten gest był ostatnim kluczem. Jej ciało znów wygięło się w łuk, głośniej niż kiedykolwiek, a jej jęk rozlał się po pomieszczeniu czysto, bezwstydnie, przepełniony ekstazą, której nie powstrzymała. A on… On się uśmiechnął. Ten mrok w jego oczach na moment przysłoniło coś, co przypominało dumę. Surową, męską satysfakcję. Ale dla niego… to wciąż nie był koniec. Pozwolił jej tylko na kilka oddechów. Przylgnął do jej pleców, przyciągnął i pocałował ją, łapczywie, głęboko, brutalnie pięknie. Ich oddechy mieszały się, smakowali siebie nawzajem. A potem, jakby nic się nie skończyło, tylko zaczęło od nowa, pchnął ją z powrotem na kolana. Prowadząc ją, wrócił do tej samej pozycji, od której wszystko się zaczęło. Jakby chciał, żeby posmakowała siebie i jego. Siebie z niego. Jakby chciał zamknąć ten krąg, dokładnie tam, gdzie się otworzył. Sam objął się u nasady, wciąż twardy, pulsujący, gotowy na finałową eksplozję, którą czuł już tuż pod skórą.
    — Chcę, żebyś to dokończyła. Tak jak zaczęłaś — powiedział nisko, ochryple. Nie błagał. Tylko rozkazał. I wiedział, że nie odmówi. Patrzył na nią z góry. Cierpliwość już dawno się wypaliła. To miała być eksplozja. I wiedział, że ona ją wywoła.

    Zaire?

    OdpowiedzUsuń
  25. Otworzyła usta. Bez zawahania. Może trochę z niedowierzaniem, może z drżeniem, które znał aż za dobrze. Ale zrobiła to. Dla niego. Tak jak chciał. Jak sobie wymarzył w tamtych chwilach, kiedy był jeszcze Carterem, delikatnym, prowadzącym ją z ostrożnością, ostrożniejszą niż ktokolwiek wcześniej. Ale to nie był tamten mężczyzna. Nie teraz. I nie miał w sobie już nic z łagodności. Wsunął się między jej wargi, nadal obejmując się przy nasadzie, palcami zaciśniętymi z siłą, która miała opóźnić nieuniknione. Ale kiedy poczuł jej ciepło, jej język, jej oddech, zadrżał. Głęboko. Całym ciałem. Jakby sam akt przyjęcia go był czymś więcej niż seksem. Jakby oddawała mu ostatnią część siebie. Albo raczej: przyjmowała jego, takim, jakim był naprawdę. Zacisnął palce w jej włosach znowu. Nie, by ją skrzywdzić tylko by trzymać, żeby nie mogła odwrócić wzroku, żeby czuła, jak bardzo się w niej zatraca. Poruszała się powoli, ale z tą siłą, która nie pozostawiała przestrzeni na domysły. Był gotów. I nie zamierzał się już powstrzymywać.
    — Sophia… — wysyczał przez zęby, patrząc w dół na nią, jakby nie wierzył, że to naprawdę się dzieje. Że to ona klęczy przed nim, że to ona kończy to wszystko. Że zrobiła to nie dlatego, że musiała, ale dlatego, że chciała. Każdy mięsień w jego ciele był napięty. Skóra wilgotna. Spojrzenie wciąż na niej. Jej usta. Jej oddech. Jej dźwięki. Wszystko. I wtedy już nie wytrzymał. Przekroczył granicę. Sapnął głęboko, nisko, z gardła, z tej samej głębi, z której brał ją wcześniej. Palce mocniej zacisnęły się w jej włosach, biodra naprężyły. Jego głos zmieszał się z oddechem, który przerwał rytm. I wtedy…
    — Sophia… cholera… — wyrwało się z niego, pół jękiem. Finał był eksplozją, gwałtowną i całkowicie niekontrolowaną. Pulsującą. Surową. Jej imię na jego ustach, dłonie wciąż na niej, jakby nie chciał jej wypuścić nawet wtedy, gdy wszystko w nim drżało i opadało. Oddychał ciężko, klatka piersiowa unosiła się gwałtownie. I przez chwilę nie zrobił nic poza patrzeniem. Na nią. Na to, jak klęczy. Na to, jak znów go rozbroiła.
    Potrzebował chwili. Nie sekundy, chwili. Dłuższej, głębokiej, ciężkiej oddechem i drżeniem mięśni, które nie chciały jeszcze odpuścić. Wciąż czuł jej smak na ustach, jej oddech przy skórze, ciepło jej ciała odbite w jego dłoniach. Ale rozum… Rozum wracał powoli. Jakby musiał znów odnaleźć drogę do ciała, które przez kilka minut działało wyłącznie instynktem. Siłą. Pragnieniem, którego nie kontrolował. Zatracił się w niej. Całkowicie.
    Bez kalkulacji, bez kontroli, bez tej dobrze znanej, chłodnej uważności, którą zwykle trzymał między sobą a światem. Była tylko ona. Jej usta. Jej głos. Jej ciało. I to, jak go brała. Jak się mu oddała, ale też jak go prowadziła, nawet wtedy, kiedy to on wydawał polecenia. Teraz trwali pośrodku ciszy. Zaledwie kilka centymetrów od siebie, a jakby po burzy. Palce drżały. Żuchwa napięta. Serce waliło. Jeszcze nie był gotów, żeby coś powiedzieć. Jeszcze nie potrafił. Czuł tylko, jak całe napięcie wypływa z niego falami. Z każdym uderzeniem serca, które powoli zwalniało. Z każdym oddechem, który znów przypominał, że jest tu, z nią. Że to się naprawdę wydarzyło. Jego zmysły były spóźnione i rozedrgane, wracały na swoje miejsca. Dopiero teraz widział roztrzęsioną pościel, którą zepchnęli na połowę łóżka. Bielizna Sophii leżała gdzieś na podłodze, obok jego spodni. Nawet muzyka, która leciała w tle, była jakimś przypadkowym echem, za głośna, zbyt namiętna. Nie pasowała już do ciszy, która między nimi zapadła. I do tej gęstości, która zostawała jeszcze w jego klatce piersiowej.

    OdpowiedzUsuń
  26. Poczuł, jak powietrze jest cięższe. Jak pachnie nią. I sobą. I tym, co właśnie zrobili. Dopiero teraz zorientował się, jak napięte miał ramiona. Jak dłoń wciąż tkwiła w jej włosach, jakby nie potrafił jej puścić. Rozluźnił uścisk powoli, niepewnie, jakby nie był pewien, czy już może. Zadrżał. Wciąż nagi, wciąż rozpalony, ale już nie tym ogniem co chwilę wcześniej. Teraz to było coś innego. Cień zawstydzenia? Nie. Świadomość. Zobaczył ją, całą. Jej plecy, rozsypane włosy, to, jak wciąż klęczała, oparta o materac, oddychając nierówno. I to, że nie spojrzała jeszcze w jego stronę. Jakby ona też potrzebowała chwili. A może bała się, co zobaczy w jego oczach, kiedy już spojrzy. On sam jeszcze nie był pewien, co tam się kryje. Bo przez ostatnie minuty nie był sobą. Nie tym, którego znała. I teraz nie wiedział, czy właśnie ją przyciągnął… Czy odepchnął.

    Carter

    OdpowiedzUsuń

  27. Carter spojrzał na nią dopiero, gdy się poruszyła. Gdy uniosła głowę i znów była Sophiią, a nie tylko kobietą, która przed chwilą oddała mu wszystko. Nie tylko ciałem, ale tą dziką, odważną częścią siebie, którą tak rzadko dopuszczała do głosu. I kiedy to jedno, absurdalnie zwyczajne słowo padło z jej ust przez moment nie był pewien, czy dobrze je usłyszał. Zamiast odpowiedzi… zaśmiał się. Krótko. Cicho. Ale było w tym coś czystego. Czegoś, co łamało napięcie. Coś, co ją rozbroiło. Nie szydził. Nie drwił. Po prostu nie spodziewał się, że właśnie to będzie pierwsze słowo po wszystkim, co się między nimi wydarzyło. Potarł dłonią po twarzy, jakby próbując wrócić do siebie. Przetarł kark, odchylił głowę, westchnął i dopiero wtedy spojrzał na nią uważniej. Już nie tym spojrzeniem Zaire’a, który trzymał ją w dłoni jak ogień. Patrzył jak Carter. Jak mężczyzna, który właśnie znalazł się tu, z nią, po czymś, co nie miało żadnego scenariusza. Po czymś, co nie powinno się wydarzyć w ten sposób, a jednak wydarzyło się dokładnie tak, jak miało. Ujął jej dłoń, gdy jego palce poczuły jej ruch. Odpowiedział na to splecenie, naturalnie. Nie musiał na to patrzeć. Znał jej dotyk. Przeniósł wzrok na nią, rozczochraną, zarumienioną, nadal z jego smakiem na ustach. I przez chwilę nie mówił nic. Potem, cicho, z uśmiechem kącikiem ust.
    — Cześć. — Uniósł jej dłoń do ust i pocałował ją, tylko opuszkami warg, jakby to był jedyny sposób, na jaki teraz potrafił być delikatny. I może właśnie był. Jej reakcja powiedziała mu jedno. Nie odepchnął jej. Nie odsunęła się po wszystkim, choć mógłby przysiąc, że dał jej dziesiątki powodów, by to zrobiła. Nie wstała, nie odwróciła wzroku, nie zakryła ciała ani siebie samej. Nie uciekła przed tym, kim właśnie przy nim była, naga, rozgrzana, roztrzęsiona, wciąż lekko drżąca, ale obecna. Została. I to wystarczyło. A kiedy podniosła głowę i spojrzała na niego z tym cieniem ulgi i figlarności w oczach, które wciąż nie do końca opadły, Carter poczuł, jak coś w nim mięknie. To jedno spojrzenie. Ten prosty, delikatny uśmiech. I jej dłoń, która sięgnęła po jego, powoli, ale pewnie. Jakby chciała go upewnić, że naprawdę jest tutaj. Że to, co się wydarzyło, nie przesunęło ich granicy w stronę końca, tylko… w głąb. Cisza między nimi już nie była ciężka.
    Była ciepła. Uspokajająca. Prawdziwa. W tej jednej chwili Carter zrozumiał, że choć pokazał jej więcej siebie niż kiedykolwiek… To właśnie za to została. I może pierwszy raz od bardzo dawna…
    nie musiał się za to karać. Nachylił się bliżej, aż poczuł jej oddech na własnej skórze, ciepły i nierówny, wciąż jeszcze niosący echo tego, co się między nimi wydarzyło. Zatrzymał się tuż przy niej, czoło do czoła, palce wciąż splecione, oddechy zsynchronizowane. A potem, delikatnie, z czułością, która była tak wyraźnym kontrastem do surowości wcześniejszych chwil… pocałował ją w czoło. Bez pośpiechu. Bez żadnej gry. Po prostu z wdzięcznością. Z ulgą. Został tak przez chwilę, wciąż blisko, z zamkniętymi oczami. Jakby sam potrzebował tego dotyku bardziej, niż był gotów przyznać.
    Przesunął dłonią po jej policzku, po wilgotnej skroni, delikatniej niż przez cały ten czas. Ostatni raz przejechał kciukiem po jej dolnej wardze. I że wcale nie miał ochoty tego żałować.
    — Jesteś moim końcem, Soph — powiedział cicho. — I cholernym początkiem wszystkiego.
    I wtedy przyciągnął ją do siebie. Całą. Bez słów. Po prostu zamknął ją w ramionach, jakby po tym wszystkim właśnie tam miała być u niego.
    Bo bez względu na to, jak to się zaczęło… Zawsze kończyło się tak samo. Z nią. W jego ramionach. Z jego sercem bijącym tylko dla niej.

    OdpowiedzUsuń
  28. Potem dał jej chwilę. Nie zapytał, czy jej potrzeba, po prostu to wiedział. Nie odsunął się, ale też nie zatrzymał jej, gdy podniosła się powoli z łóżka i skierowała do łazienki. Ich palce rozplotły się leniwie, jakby nawet ich dłonie były zmęczone tym, co przeszli. Zniknęła za drzwiami, a on jeszcze przez moment siedział na krawędzi łóżka, czując pod skórą ostatnie drgania napięcia. W uszach wciąż miał dźwięki jej oddechu, ciała, słów. Carter wstał dopiero po chwili, cicho, niemal bezszelestnie. Skorzystał z drugiej łazienki, nie zostawiając po sobie żadnego chaosu, tylko szybki prysznic, zimniejszy niż zwykle, i kilka krótkich spojrzeń w lustro, jakby chciał sprawdzić, czy wciąż jest sobą. Nie był pewien. Nie do końca. Myśli miał w rozsypce. Wszystko się w nim kotłowało. Obrazy. Dźwięki. Dotyk. Jej spojrzenie, kiedy wypowiedziała jego imię. Ułożył to tylko na tyle, żeby nie oszaleć. Resztę musiał zostawić na później. Był szybszy. Nie potrzebował aż tyle czasu, choć może właśnie powinien. Ale ciało miało swoje granice, a jego już dawno zostały przekroczone. Wrócił do sypialni. Nie poprawiał pościeli. Nie zbierał ubrań z podłogi. Nie włączał świateł. Opadł na łóżko twarzą do materaca, z czołem wtulonym w poduszkę, która jeszcze pachniała nią. Wsunął ręce pod nią, jakby szukał tam czegoś więcej niż tylko chłodu. Jakby próbował schować w tym geście wszystko, czego nie potrafił powiedzieć. Zamknął powieki. Nie zasnął. Ale przez chwilę był tylko ciszą. Ciszą i zmęczeniem. Tak głębokim, że czuł je w kościach. Nie fizycznym. Nie tylko. To było to wykończenie, które przychodzi, kiedy człowiek pozwala sobie naprawdę puścić wszystko. I na chwilę, odetchnąć.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  29. Usłyszał ją, zanim jeszcze wróciła do pokoju cichy, usypiający wręcz szum suszarki, później dźwięk kroków, które znał już za dobrze. Wanilia i karmel dotarły do niego szybciej niż jej głos.
    Nie podnosił głowy, nie musiał. Kiedy Gigi zaczęła cicho piszczeć pod drzwiami, jego oczy się otworzyły. I wtedy zobaczył ją znowu. W jego koszulce. Z mokrymi, puszystymi włosami i tą świeżością, która była jak łagodna fala po burzy. Zamrugał wolno, trochę zmęczony, ale świadomy. I kiedy powiedziała, że wpuści psa, skinął lekko głową, nawet się nie poruszając. Kiedy Sophia wróciła i wsunęła się na łóżko, poczuł, jak materac się ugina, jak znów jest przy nim. Podniosła poduszkę z podłogi, naciągnęła na siebie kołdrę. Mały ruch, a w jego głowie, dziwnie znaczący. Tak, jakby układali na nowo ten wspólny porządek. Był już półprzytomny, gdy poczuł jej ruch. Zbliżyła się. Ciepło jej ciała znów przy jego. Czuł to bez otwierania oczu. A potem usłyszał jej głos. Miękki. Rozbawiony. I jednocześnie nieco ostrożny. Otworzył oczy powoli i spojrzał na nią spod rzęs. Była blisko, z tym uśmiechem, który łagodził każde pytanie. I z tą odwagą, którą tak cholernie w niej cenił. Uśmiechnął się półgębkiem. Nie odpowiedział od razu. Przetarł twarz dłonią, jakby chciał się dobudzić, wrócić do pełni siebie. Jeszcze nie był gotów na rozmowę o wszystkim, ale… skoro już go widziała takim, to może część murów mogła w końcu opaść.
    Przekręcił się w jej stronę. Powoli, bez pośpiechu, jakby każda część jego ciała musiała się dostosować do tej decyzji. Zamknął znów oczy na moment. Wziął oddech. Długi, spokojny. Jej obecność działała na niego jak balsam, miękka, pewna, niewymuszona. Nie pytał o to ale teraz, kiedy to powiedziała, zdał sobie sprawę, że czekał. Na potwierdzenie. Na zapewnienie, że nie przesadził. Że nie przekroczył czegoś, czego nie da się cofnąć. — Wiem. — powiedział cicho. — Widziałem. Pochylił się lekko i przysunął bliżej, podpierając głowę o własne ramię, tak by być naprzeciwko niej. — Ale i tak dobrze, że mi to mówisz — dodał miękko. — Bo ja też. I… Ale miałem w głowie tysiąc wersji tego, co możesz poczuć, kiedy wrócisz z łazienki.
    W jego spojrzeniu nie było już nic z tamtej surowości. Była czułość. Zmęczona, cicha, ale głęboka. Sięgnął do niej dłonią, ciepłą, powolną, wsuwając ją pod kołdrę i kładąc na jej biodrze. Nie w geście pożądania. Tylko bliskości. Zamyślił się na moment, wciąż patrząc na nią. W jego oczach było coś nowego. Uważność. Jakby dopiero teraz naprawdę słuchał, nie tylko ciałem, ale i sobą. Przysunął się bliżej. Nosem musnął jej policzek, potem linię szczęki. Był czuły, zupełnie inny niż chwilę wcześniej. Ale ten sam. Zawsze ten sam.
    — I wiesz… jeśli jutro nie będziesz mogła chodzić… — mruknął przy jej uchu z lekkim, prowokującym rozbawieniem — …to uznam to za absolutny komplement.
    Pozwolił sobie na ten żart, ale potem znów był cicho. Tylko z nią. Dłoń wciąż na jej talii. Oddech coraz spokojniejszy. Był tak blisko, że czuł zapach jej skóry. Wanilię. Karmel. Zadrżał lekko, jakby ciało powoli wyciszało się jeszcze po napięciu.
    — Jeśli zaraz nie zasnę, będziesz miała milion pytań, prawda? — mruknął cicho. Kącik jego ust uniósł się leniwie. Nie ironicznie. Z uczuciem. Bo znał ją. Leżał tak blisko, że wystarczyłby jeden głębszy oddech, by ich ciała znów się zetknęły. Ale nie ruszał się. Nie dlatego, że nie chciał, po prostu nie chciał zepsuć tej chwili.
    Była w niej jakaś świętość. Jakby to wszystko, co wcześniej było szorstkie, dzikie i rozpalone, teraz mogło wreszcie opaść, ustępując miejsca czemuś… prawdziwszemu.

    OdpowiedzUsuń
  30. Poczuł, jak jej oddech wyrównuje się przy jego skórze. Jak wciąż nie odsunęła się nawet o milimetr. Jak trwali on i ona, po wszystkim, a może dopiero przed czymś.
    — Kocham cię.
    Nie patrzył na nią w tej sekundzie. Mówił do przestrzeni między nimi, do jej skóry, do własnych lęków, które przez miesiące trzymał zamknięte w klatce.
    — Jesteś moją ciszą po burzy, Soph. I moim chaosem. I wszystkim pomiędzy.
    Dopiero potem jego spojrzenie odnalazło jej twarz. Ciche, ciemne, miękkie. Poważne, ale spokojne. Jego dłoń przesunęła się na jej policzek. Kciukiem pogładził skórę pod jej okiem, uważnie, delikatnie, jakby próbował ją zapamiętać jeszcze mocniej.
    — Wiesz… — głos miał inny. Niższy. Pewniejszy. Mniej miękki. — Kiedyś myślałem, że jestem zbyt pojebany, żeby to z tobą działało. Że nie ma w tobie miejsca na kogoś takiego jak ja.
    Przechylił głowę, powoli,jakby chciał wyciągnąć z niej każdy detal. Ten moment był zbyt dobry, żeby go przerywać.
    — Tylko że ty… — wziął głębszy wdech, jakby to miało go ochłodzić. Nic z tego. — Ty jesteś cholernym wyjątkiem.
    Głos miał niski, lekko zmatowiały. Wypowiedziane przez niego słowa nie były przygotowane. Nie były wyczekane. Po prostu przyszły. Z miejsca, którego już nie mógł dłużej ukrywać. Nie było w nim już lęku, że mówi za dużo. Nie było potrzeby, by się wycofać. Ona tu była. W jego łóżku. W jego życiu. I wiedział, że jeśli ma istnieć coś prawdziwego to z nią. Tylko z nią.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  31. Uśmiechnął się, kiedy zapytała dlaczego i nie od razu odpowiedział. Bo odpowiedź była nie tyle skomplikowana, co zbyt osobista, zbyt głęboka, by rzucać nią od razu. Ale słuchał jej uważnie. Wzrokiem. Oddechem. Dłońmi, które nie chciały już się od niej odsuwać. Czuł jej dłoń na ramieniu, ciepłą, łagodną, przesuwającą się leniwie po skórze i pomyślał, że jeśli miałby kiedyś umrzeć spokojnie, to właśnie w takiej chwili. Otworzył oczy dopiero, kiedy mówiła dalej. Kiedy powiedziała, że chciała przerwać, ale spojrzała na niego. I wtedy wszystko zniknęło.
    — Trochę dziwnie — powtórzył, z uśmiechem, który tylko na moment zamienił się w czymś miękkim. — Czasem to całkiem dobre słowo na początek.
    Uśmiechnął się, słysząc jej śmiech i to, jak mówi o śniadaniu w łóżku. Ciepło jej głosu, jej dłoń na jego ramieniu, ten zapach, który teraz kojarzył mu się tylko z nią, wszystko to tworzyło poczucie, jakby sypialnia była innym światem. Ich światem.
    — Tak, tak. Jasne. — zaśmiał się cicho. — Nawet nie próbuj udawać, że nie planowałaś zrzucić śniadania na mnie od samego początku.
    Parsknął cicho śmiechem, ten niski, zduszony śmiech, który zdarzał mu się rzadko, ale był całkowicie szczery. Jego ręka przesunęła się z biodra na jej plecy, przyciągając ją bliżej do siebie.
    — Masz moją zgodę na leżenie cały dzień — mruknął. — Nawet rozkaz. Śniadanie też będzie. I masaż, jeśli trzeba.
    Jej śmiech rozbroił go jeszcze bardziej. Zerknął na nią z ukosa, oczy błysnęły.
    — „Tworzenie małego człowieka” brzmi jak jakiś kosmiczny projekt — powiedział cicho, przysuwając się bliżej i zsuwając rękę z jej biodra na brzuch. Położył dłoń spokojnie. Ciepło. Prawie z namaszczeniem. — Jakby dopiero wtedy docierało do mnie, że to się dzieje.
    Zamilkł na chwilę, jego kciuk przesunął się leniwie po materiale koszulki.
    — Mały człowiek. Ty. Ja. Jak to się w ogóle wydarzyło? — Uśmiechnął się, lekko, ale był to jeden z tych uśmiechów, w których kryło się wszystko. I wszystko było prawdziwe. Pochylił się lekko, na tyle, by oprzeć czoło o jej. By poczuć jej oddech na ustach, kiedy mówiła, że myślała, że po trzech miesiącach zniknie. Uśmiechnął się bo to było dokładnie to samo, co myślał. Z tą różnicą, że on planował zniknąć.
    — Taki był plan… — Jego palce delikatnie przesunęły się po jej boku, zatrzymując się na jej talii. Czuł, jak przesuwa palcami po jego skórze, miękko, znajomo. Tak, jakby już wiedziała, że może. Że ma do tego prawo. A kiedy zapytała… dlaczego nie mówił wcześniej, zrozumiał, że nie rozmawiają już tylko o tym, co się wydarzyło dziś. Rozmawiali o nich. O tym, co ukrywał od początku. Westchnął, cicho, ciężko.
    — Bo to… do Ciebie nie pasowało — powiedział cicho. — Myślałem, że nie masz na to miejsca. Ale nie tylko w sobie. W swoim życiu. W swoim świecie. — Odwrócił lekko głowę, żeby na nią spojrzeć. — Nie chciałem w tobie czegoś zmieniać. Wolałem, żebyś miała swoje bezpieczne granice. Żebyś nie musiała się domyślać, co za nimi. — Zawiesił głos. Nie odwracał spojrzenia. — A może to ja nie chciałem, żebyś musiała robić na to miejsce.
    Bo wiedziałem, że jeśli ci powiem, jeśli pokażę ci wszystko… to coś się w tobie zmieni. Nie w złym sensie. Po prostu… wiedziałem, że nie da się tego cofnąć. — Zamilkł. Przełknął cicho ślinę. I choć był przy niej blisko, niemal przyklejony, poczuł się nagle, przez moment, odsłonięty do kości.
    Może Sophia naprawdę była taka dobra i czysta.
    A może… po prostu zbudował sobie w głowie jej obraz i się go kurczowo trzymał, jak trzyma się czegoś, co daje poczucie bezpieczeństwa. Taki obraz, w którym była delikatna, krucha, zbyt wrażliwa Taki, w którym pewne rzeczy były jej obce, jakby jej świat miał granice, których nie należało przekraczać.

    OdpowiedzUsuń
  32. A on, choć sam dawno żył poza tymi granicami, nie chciał jej przez nie przeciągać. A jednak dziś… zobaczył coś, czego się nie spodziewał. To, co z nią robił, to, co mu dała, to był tylko cień. Ułamek tego, co w nim naprawdę siedziało. Mały procent tego, do czego był zdolny, gdy naprawdę przestawał się kontrolować. A mimo to… chciał więcej. Gdy patrzył, jak reaguje, jak się poddaje, jak oddaje się jemu całkowicie, miał w sobie wilczy głód, którego nie potrafił wyciszyć. Chciał jeszcze. I wiedział, że mógłby. Że jeśli by pozwoliła, przekroczyłby każdą granicę. Równocześnie była w nim część, która patrzyła na nią z czułością i myślała: nie zabieraj jej tego. Nie odbieraj jej niewinności, jeśli jeszcze coś z niej zostało. To był jedyny konflikt, którego nie umiał rozwiązać. Bo chciał ją całą. I jednocześnie… chciał, żeby jakaś część niej zawsze pozostała czysta. I może właśnie dlatego dziś, tej nocy, oddał jej więcej, niż kiedykolwiek wcześniej.
    Ale wciąż… nie wszystko.
    — Wpuścić cię do swojej głowy… — powtórzył, jakby sam się nad tym zastanawiał. — Tylko nie zgub się tam. Jest tam trochę bałaganu. —
    Pochylił się i pocałował ją lekko w ramię.
    — W mojej głowie zawsze byłaś taka… delikatna — zaczął cicho, po dłuższej chwili milczenia. Mówił spokojnie, miękko, jakby sam sprawdzał, czy to w porządku, że pozwala tym słowom wyjść. — Nie w złym sensie. Po prostu… — przesunął dłonią po jej plecach, zatrzymując ją w miejscu, gdzie skóra była najcieńsza — …myślałem, że jeśli pokażę ci za dużo, to się w tym pogubisz. Albo poczujesz się źle. Albo będziesz udawać, że jest ok, a ja tego nie odczytam i się nie cofnę. Albo, że będziesz chciała sprawdzić jak daleko się posunę, żeby mnie potem z tego rozliczyć. — Zamilkł na moment. Palce przesunęły się po jej plecach wyżej, do karku, potem znów niżej. — Nie wiem. Może tak łatwiej mi było wytłumaczyć sobie, że nie mogę ci wszystkiego pokazać. — Westchnął i przeciągnął dłonią po jej ramieniu. Zamilkł na moment, czując, jak jej oddech wciąż jest spokojny. Więc kontynuował.
    — A z drugiej strony… — uśmiechnął się ledwo zauważalnie, z pewnym rodzajem miękkości, której rzadko w sobie dopuszczał. — Tak cholernie lubiłem to, co mi dawałaś.
    Obrócił głowę i spojrzał na nią w półmroku, z tej bliskiej odległości, w której wszystko wydawało się bardziej realne. Prawdziwe.
    — Tę czułość, Soph. Nie taką udawaną, nie coś, co można odegrać. Tylko twoją. Tę, którą brałem dla siebie garściami i nawet się nie zorientowałem, kiedy zacząłem się od niej uzależniać. — Dotknął opuszkami palców jej policzka. — Może dlatego tak długo trzymałem cię na dystans. Bo nie chciałem stracić tej części ciebie. — Zamknął na chwilę oczy, jakby sam siebie chciał odciąć od własnego głosu. Nie mówił tylko o szaleństwie w łóżku. Mówił wszystkim. O klubie. O narkotykach. O potrzebie władzy, kontroli i dominacji, bycia lepszym, ale nie dla świata, tylko lepszym od wszyskich, ważniejszym, o potrzebie bycia numerem jeden. O tym wszystkim co wyciągał kiedyś dla siebie ze swoich nielegalnych interesów, z narkotyków, z otaczania się kobietami gotowymi zrobić dla niego wszystko, przesunąć każdą granicę, a on to przesuwanie granic testował, idąc dalej i dalej aż stracił z oczu miejsce z którego startował.
    — Dlatego… wtedy w klubie… tak źle na to zareagowałem. Tylko, że wtedy… nie robiłaś tego… dla siebie — Spojrzał na nią z czymś bardzo bliskim skruchy. Wtedy uważał, że sprowadza ją na złą drogę, że ją psuje, że ona się zmieni i przestanie mu dawać to czego tak bardzo od nie potrzebował.
    — Dziś… zrobiłaś rzeczy, które pewnie kiedyś uważałabyś za szalone. A może i nadal uważasz… — zawiesił głos. Zatrzymał spojrzenie na jej twarzy, czując, jak serce bije mu mocniej, choć wszystko wokół było już ciche. — A teraz… nie wiem, czy bardziej chcę jeszcze więcej… czy po prostu zatrzymać tę wersję ciebie, która jest tu teraz. — Po tych słowach znów zamilkł. Ale w jego spojrzeniu, w dotyku, który wciąż pozostawał na jej skórze, było wszystko, czego może nie umiał jeszcze ubrać w słowa.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  33. Słuchał tego wszystkiego: o tym, jak próbowała go zrozumieć. Jak widziała, że trzyma ją na dystans. Że zawsze zostawiał jej dostęp tylko do brzegu. Nigdy do środka. Znał to. Wiedział. I po raz pierwszy nie próbował tego usprawiedliwiać.
    — Nie chodzi o to, że ci nice ufam — powiedział w końcu cicho, prawie szeptem. — Chyba nigdy o to nie chodziło.
    Jego dłoń spoczęła na jej udzie, lekko, bez napięcia. Po prostu była, tam, gdzie ona chciała być. Gdzie już dawno powinna być.
    — Bardziej… nie ufałem sobie. I chyba trochę chciałem, żebyś patrząc na mnie widziała tylko to, co jest dobre… ale na to już chyba i tak za późno.
    Sophia widziała o nim więcej, widziała jego aresztowanie, wiedziała co trzyma w klubie, w jakim środowisku się obraca. Przesunął palcem po jej skórze leniwie, jakby szukał punktu zaczepienia. Te półżarty o śniadaniu, o ganianiu go po jedzenie, o przypalaniu garnków, niby lekkie, ale dla niego cholernie cenne. Jej śmiech sprawił, że uśmiechnął się lekko. Teatralne westchnięcie na wspomnienie „demonstracji tworzenia małego człowieka” było dokładnie tym, co rozładowywało napięcie. Ale jeszcze ważniejsze było to, że mówiła. Że pytała. Że próbowała go rozgryźć, chociaż dobrze wiedziała, że nie wszystko jej ułatwi.
    — Jeśli chodzi o planowaną akcję ze śniadaniem, obiadem i kolacją… — jego palce wsunęły się znów pod jej koszulkę, ciepłe, powolne — …to szanuję tę strategię. Przemyślana. Skuteczna. I nawet nie mam zamiaru się buntować.
    Przesunął kciukiem po jej brzuchu. — Zostajesz w łóżku. Wszystkim zajmę się ja. Łącznie z naszymi wakacjami. — I znów ją pocałował. W skroń. Drobny gest. Ale pełen tego, czego do tej pory nie umiał pokazywać: spokoju. Gotowości. Obecności.
    — Trzymałem cię na dystans. Wiem o tym — przyznał. Przez chwilę leżał w ciszy, z twarzą tuż przy jej skroni, z dłonią wciąż splecioną z jej. Oddychał spokojnie. Równomiernie. A mimo to jego głos, kiedy się odezwał, zdradzał, że wcale nie przestał o tym myśleć.
    — Zaire… — mruknął cicho, jakby testował to imię na języku, choć przecież nosił je przez lata. — Wiesz, to była tarcza. Jak alter ego — zaśmiał się z tego. Kiedy mówił o tym na głos to brzmiało strasznie głupio. — Brzmię jak wariat, wiem… — wciąż się lekko z tego śmiał. — Powiedzmy, że to taka rola, grana na codzień, w prawdziwym życiu — dodał w ramach wyjaśnienia. — Bo kiedy wszystko zaczęło się walić, potrzebowałem czegoś… Kogoś... Kogoś, kto potrafi przetrwać wszystko, co mnie rozrywało od środka. — Spojrzał w sufit, jakby szukał słów na granicy wspomnień. Zacisnął lekko palce na jej dłoni, ale nie w nerwowym geście.
    — Carter był zbyt ludzki. A Zaire… on nie musiał się zatrzymywać. Nie musiał czuć winy. Po prostu robił to, co trzeba. I nie raz mnie uratował.
    Westchnął, ale nie odwrócił wzroku. Wręcz przeciwnie, mówił, patrząc jej prosto w oczy, jakby dopiero teraz był w stanie. Spojrzał na nią uważnie, spokojnie. Mówił teraz bez ciężaru, bez złości. Raczej z jakąś trudną do opisania łagodnością, bo wreszcie pozwalał tym słowom wybrzmieć.
    — Czasem się za nim chowałem. Bo łatwiej było być Zaire’em, królem życia, niż facetem, który spędza kolejny pusty wieczór w klubie. — Jego głos był niski, spokojny, ale niepozbawiony emocji.
    — I może czasem już sam nie wiedziałem, gdzie się kończę, a gdzie zaczyna on. Może nadal nie wiem. Ale to jedna osoba, Soph — powiedział cicho. — Nie ma granicy. Nie tak naprawdę. Chyba tylko… próbowałem to dla ciebie oddzielić. — Przesunął kciukiem po grzbiecie jej dłoni, którą wciąż trzymał splecioną z własną, potem spojrzał na nią uważnie, jakby pierwszy raz nie bał się, że powie za dużo.
    — Żebyś mogła wciąż patrzeć na mnie tak, jak teraz.
    Westchnął cicho, ale bez napięcia. Bardziej jak ktoś, kto wreszcie zrzucił z siebie ciężar, który nosił zbyt długo. Pochylił się i dotknął czołem jej czoła. Cicho, delikatnie, z oddechem na jej skórze.

    OdpowiedzUsuń
  34. Czasami to naprawdę przekraczało granice absurdu. Carter sam łapał się na tym, jak łatwo przychodziło mu oddzielanie siebie od tego, co robił, gdy był na haju. Jakby odpowiedzialność można było zrzucić na to inne imię. Zaire był przecież tym drugim. Tym, który się nie wahał, nie przepraszał, nie czuł. Tym, który robił to, czego Carter może nawet nie potrafiłby powiedzieć na głos. A kiedy już to się działo, kiedy przekraczał granice, ranił ludzi, mówił rzeczy, których potem nie potrafił cofnąć łatwiej było udawać, że to nie on.
    To nie ja. To Zaire.
    Jakby to miało cokolwiek zmienić. Jakby imię, które wziął z przypadku, mogło go naprawdę odseparować od winy. Z czasem zaczął w to wierzyć. Że są dwaj. Że jeden z nich chce bliskości, kocha, próbuje się ratować. A drugi… drugi to ten, który przetrwa za wszelką cenę. Nawet jeśli wszystko wokół spłonie. I może właśnie to było najgorsze. Nie tylko to, co robił. Ale że po wszystkim naprawdę przez chwilę wierzył, że skoro to zrobił Zaire, to Carter może nadal patrzeć sobie w twarz.
    Odetchnął, nie spuszczając z niej wzroku.
    Carter milczał przez moment, jakby próbował zebrać w sobie słowa, które nie brzmiałyby jak wyznanie zbyt duże, zbyt nagie. Jego spojrzenie zawisło na niej, uważne i miękkie, inne niż to, które nosił, gdy patrzył na nią tam, w klubie, w pracy, na scenie życia, gdzie każdy gest był kontrolowany.
    — Potrzebuję ciebie, Soph — powiedział cicho, ale pewnie. — Takiej, jaka jesteś. Z tym uporem, który potrafi mnie doprowadzić do szału. Z tą ciekawością, którą w sobie masz, kiedy wchodzisz tam, gdzie wszyscy inni by zawrócili. Tej, która mówi do mnie „kochanie”. I tej, która błaga o więcej.
    Uniósł dłoń i pogładził jej policzek. Zbliżył się nieco i przysunął czoło do jej czoła, zamykając na chwilę oczy, jakby chciał zapamiętać dokładnie tę chwilę.
    Jego dłoń przesunęła się po jej biodrze.
    — I może… może też potrzebuję, żebyś po prostu… weszła tam, gdzie nie umiem cię zaprosić.
    Nachylił się i pocałował ją w czoło, krótko, cicho. Z wdzięcznością.
    Jakby chciał jej podziękować za to, że nie uciekła. Że została. Że wciąż patrzyła na niego jak na Cartera. Nawet jeśli właśnie zobaczyła więcej niż ktokolwiek przed nią. Wiedział, że ją tym obciąża. Ale jeszcze mocniej wiedział, że jeśli jest na świecie ktoś, kto potrafi go udźwignąć, to właśnie trzyma ją teraz w ramionach.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  35. Zamrugał wolno, jakby próbował zebrać wszystkie jej słowa i zrozumieć, że one naprawdę były do niego. Nie w oskarżeniu. Nie z rozczarowaniem. Ale z miłością. Taką, która nie próbowała go zmieniać, tylko objąć, nawet jeśli jego krawędzie były ostre.
    Carter uśmiechnął się krótko, prawie z rozbawieniem, ale w jego oczach była tylko gorycz.
    — Na ulicy nikt nie używał prawdziwego imienia, każdy miał jakąś ksywę — powiedział cicho, jakby dopowiadał brakujący fragment układanki.
    Przeniósł wzrok na jej dłoń, która wciąż spoczywała na jego skórze, jakby samo to, że ją tam czuł, pomagało mu mówić dalej. — Wiesz, co znaczy „Zaire”? — zapytał cicho, nie odrywając się od niej. — Ma afrykańskie korzenie. Oznacza „rzekę połykającą rzeki”. Symbolizuje moc i wielkość. Rzeka, która wszystko w sobie chowa. Połyka inne rzeki, wciąga je w siebie. Silna, nie do zatrzymania. Może to była pierwsza wersja manifestacji — zaśmiał się cicho.
    Przeniósł spojrzenie na nią. — Tak się wtedy czułem. Jak coś, co może wchłonąć wszystko, gniew, ból, wstyd, ale nie oddać nic z powrotem.
    Dotknął opuszkami palców miejsca na jej piersi, gdzie biło jej serce.
    Przez chwilę zamilkł. Dłoń miał opartą o jej biodro, jakby to był punkt odniesienia — coś, co trzymało go w teraźniejszości. W niej. Carter przyglądał jej się z tą cichą, niemal przejmującą intensywnością, jakby chłonął każdy jej gest, każdą literę wypowiadanego słowa. Jakby nie mógł uwierzyć, że ktoś naprawdę chce tego, czego przez tyle lat tak bardzo się bał dać.
    — Soph… — westchnął miękko, przysuwając się bliżej. — Twoje pytania mnie nie wkurzają. No… może czasem, jak trafią dokładnie tam, gdzie nie chcę jeszcze zaglądać — znów się zaśmiał. Carter westchnął cicho, jakby te słowa siedziały mu na krawędzi języka już od dawna, ale dopiero teraz pozwolił im wybrzmieć. — Wiesz, że nie jestem najlepszy we wpuszczaniu ludzi do swojego świata. — Przyznał to spokojnie, bez dramatyzmu. Jak fakt, z którym nauczył się żyć. — Czasem trzeba po prostu wejść. Czasem trzeba przypomnieć mi, kim jestem… Bo ja… potrafię milczeć tak długo, aż wszystko się wypali. Nawet kiedy tego nienawidzę. — Uśmiechnął się półgębkiem, z tym cieniem ironii, który czasem był jedyną obroną przed zbytnią szczerością. Ale teraz już się nie cofał.
    Carter przez chwilę tylko leżał, czując jej dotyk, spokojny, łagodny, ale z pytaniem, które zaczynało palić jak zapalony knot. Gdy jej palce zsunęły się niżej i zatrzymały na jednej bliźnie, przez moment się nie odzywał. A potem westchnął cicho, głęboko, jakby z płuc musiał wyrzucić nie tylko powietrze, ale wspomnienie.
    — Postrzał — powiedział z lekkim, niemal pobłażliwym uśmiechem, jakby sam się zastanawiał, jak to wtedy w ogóle było możliwe. — Szesnaście lat. Myślałem, że mogę wejść wszędzie i wyjść bez szwanku. Ulica miała inne plany. Znalazłem się w złym miejscu. Z niewłaściwymi ludźmi i… tyle wystarczyło.
    Uniósł brew, gdy dotknęła kolejnej blizny.
    — Drugi postrzał… to już była czysta głupota. Z mojej strony. Chciałem coś udowodnić. Komuś. Sobie. Zamiast się wycofać, wszedłem głębiej. — Jego głos nie drżał, był wręcz zaskakująco opanowany, ale spokój ten nie miał nic wspólnego z obojętnością. To był ten rodzaj tonacji, który mógł przyjąć tylko ktoś, kto nauczył się żyć z bólem, bo nie miał innego wyboru. — Ale przynajmniej trafił mnie lepiej niż pierwszy — rzucił półżartem, jakby chciał ją nieco odciążyć z ciężaru tych słów.
    Kiedy trafiła na bok, a jej palce musnęły szorstką, głębszą bliznę ukrytą pod tuszem, tylko wzruszył ramieniem.
    — Nóż. Bójka. Byłem młody, zły i nie miałem nic do stracenia. Ostatecznie… wyszedłem z tego w jednym kawałku. Większym niż ten drugi gość, jeśli to cię pocieszy.
    Nie było w nim dumy. Ani bólu. Raczej chłodna akceptacja tego, co było. I może odrobina dystansu, który z czasem sam sobie wypracował, żeby nie zwariować.

    OdpowiedzUsuń
  36. — Te… — przesunął lekko jej dłoń, jakby chciał ją delikatnie naprowadzić. — To akurat nie był gang, ani żadna ulica. To był mój ojciec. Genialna szkoła życia.
    Spojrzał jej w oczy. Bez uciekania. Bez cienia wstydu.
    Przekręcił głowę na bok i uniósł brew, jakby sam miał świadomość, jak absurdalnie to brzmi, ale jednocześnie jak bardzo to było prawdziwe.
    — „Chłopaki nie płaczą” — zacytował cicho, z ledwie zauważalną nutą kpiny w głosie. — Widzisz, zamiast opowiadać bajki na dobranoc, on sprawdzał, czy nie przypadkiem popłaczę. — Pokręcił głową, jakby sam z siebie się śmiał. — A ja… chciałem mu udowodnić, że dam radę. Więc siedziałem, zaciskałem zęby i nic nie mówiłem. Byłem zbyt dumny, żeby powiedzieć „nie”. — Spojrzał na nią z boku, rozbawiony. — A mogłem po prostu uciec przez okno. Naprawdę. Było otwarte. — Zawiesił wzrok gdzieś na jej ramieniu. Ciepło jej skóry, jej obecność, pozwalały mu mówić dalej. — Byłem dzieciakiem, który myślał, że męskość to zdolność do znoszenia bólu. Zamilkł na chwilę, ale uśmiech wrócił, łagodniejszy. Nie było w nim dumy. Ani bólu. Raczej chłodna akceptacja tego, co było. I może odrobina dystansu, który z czasem sam sobie wypracował, żeby nie zwariować. — Jeśli ktoś kiedyś powie naszemu dziecku, że chłopaki nie płaczą, to będę pierwszy, który zapłacze mu nad głową i powie, że to gówno prawda.
    Przeciągnął dłonią po swojej piersi, tuż nad tatuażem, pod którym kryła się jedna z tych blizn, niemal jakby chciał się upewnić, że to naprawdę już tylko ślad.
    — Mógłbym ci pokazać wszystkie — powtórzył ciszej. — Każda z nich to inna historia. Niektóre… trochę absurdalne. Jedna jest po tym, jak spadłem z dachu, bo chciałem zaimponować dziewczynie. Miałem czternaście lat i zero wyczucia.
    Spojrzał na nią z tym półuśmiechem, który rozjaśniał mu twarz, tak rzadko widywanym, a jednak autentycznym. — I teraz znowu chcę zaimponować dziewczynie. Tylko tym razem… mam nadzieję, że wystarczą ci już te, które przeżyłem. Nie muszę dodawać nowych. — Zerknął na nią i uśmiechnął się raz jeszcze, ciepło, ale z cieniem tej samej, starej ostrożności. Uśmiechał się, jakby to wszystko było tylko anegdotą. Jakby blizny po papierosach, wypalone przez własnego ojca, dało się zamknąć w ironicznej opowieści o „szkole życia”. Mówił lekko, z tym charakterystycznym dla siebie półuśmiechem, który z boku mógłby wyglądać jak nonszalancja. Ironia była jego tarczą. Chroniła go przed zbyt mocnym powrotem do wspomnień, których wcale nie chciał analizować. Dzięki niej mógł mówić o czymś, co bolało kiedyś do granic, bez rozpadu teraz. Nie dlatego, że to już nie miało znaczenia, ale dlatego, że znalazł sposób, by to unieść. I wyrzucić z siebie. W ten swój własny sposób, przez półuśmiech, przez żart rzucony mimochodem, Carter oczyszczał z siebie te fragmenty, których nikt wcześniej nie miał okazji dotknąć. Te, które latami trzymał głęboko, zanim przyszedł ktoś, kto nie pytał grzecznie, tylko wszedł. A Sophia… ona po prostu słuchała. I widziała. Widziała, że to nie był śmiech. To była ulga.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  37. Carter nie odzywał się przez dłuższą chwilę. Słuchał. Czuł jej dotyk, ten miękki, uważny, który nie szukał niczego poza obecnością. I choć jej słowa miały w sobie delikatność, w jego klatce piersiowej coś zadrżało. Coś, co rzadko dopuszczał do głosu. Był przy niej spokojny. Nie spięty, nie na straży. A jednak wszystko w jego ciele zdradzało, że ten moment był dla niego czymś większym niż tylko czułą rozmową. Był czymś w rodzaju… oddechu. Głębokiego, ulgi pełnego wdechu, na który nie pozwalał sobie zbyt często.
    Uniósł kącik ust w lekkim uśmiechu, słysząc jej słowa o Zairze.
    — Wiesz… to zabawne. — mruknął cicho. — Przez długi czas myślałem, że to pancerz. Że tylko pod nim jestem bezpieczny. Ale teraz? Jak tak mówisz, to mam wrażenie, że on był mostem. Między tym, kim musiałem być… a kim chcę być naprawdę. — Spojrzał na nią, miękko, bez gardy. — Może właśnie ty jesteś tym, co mnie przez ten most przeprowadza.
    Przesunął dłonią po jej udzie, tym razem nie z intencją, a po prostu z czułością. Przez chwilę jego kciuk kreślił powolne, bezwiedne kółka na jej skórze.
    — Gdybyś mogła… objęłabyś mnie całego, prawda? — zapytał, ledwo słyszalnie, jakby sam nie wierzył, że to możliwe. — Widzę… — Roześmiał się wesoło, ale miękko. Nie musiała odpowiadać. Czuł to. Czuł w jej oddechu, w uważnym dotyku, w tym, jak przysuwała się do niego mimo wszystkiego, co usłyszała.
    — Kłopoty? — uśmiechnął się krzywo. — Nie tyle lubiłem, co po prostu były jedynym, co znałem. Jakby świat nie miał innej drogi, tylko taką z rozciętym łukiem brwiowym i dumą większą niż rozsądek.
    Nie mówił tego z goryczą. Była w nim akceptacja. Jak u kogoś, kto wreszcie przyjął własną historię, bez potrzeby jej usprawiedliwiania.
    — Ale teraz… — spojrzał na nią, dłoń przesunął na jej brzuch, spokojnie, z uważnością. — …teraz mam coś, dla czego warto z tych dróg zawracać. — Westchnął cicho, głęboko. — Nie chcę już więcej blizn. Ani na sobie, ani w tobie. — I wtedy zrobił to, czego Sophia mogła się spodziewać, przyciągnął ją bliżej. Nie gwałtownie, tylko z siłą, która mówiła jedno: tu jest twoje miejsce. Objął ją tak, jakby naprawdę próbował zamknąć w ramionach cały świat. Jej świat. I swój. — Gdybyś tylko wiedziała, ile mi dajesz. Nie tylko tym, że tu jesteś… ale… wszystkim…
    Carter przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Leżał z twarzą częściowo wtuloną w jej włosy, a jego dłoń wciąż spoczywała na jej biodrze. Kiedy ścisnęła usta, a jej wzrok spoczął na jednej z tych najtrudniejszych blizn, wiedział, co czuła. I choć nic nie powiedziała na głos, czuł jej gniew, cichy, czuły, lojalny. Taki, który nie domagał się zemsty, ale chciał oddać sprawiedliwość. Choćby przez to, że w końcu ktoś zobaczył.
    — Tak. Do Rio.
    Uśmiechnął się, ale tym razem było w tym więcej ciepła. Gdy mówił o Rio, w jego głosie pojawiał się inny ton. Współudział. Braterstwo. Jakby jedyną osobą, która wtedy wyciągnęła do niego rękę, był właśnie on.
    — Starego wsadzili, matka znalazła sobie nowego faceta i było jeszcze gorzej.
    Westchnął głęboko, jakby te wspomnienia leżały w nim jak kurz na półce, którą ktoś właśnie delikatnie przetarł palcem. — Ta bójka z nożem… — spojrzał na nią znacząco, tak, że z łatwością mogła się domyślić, kto ten nóż wyciągnął. — Był nawalony, sam zaczął, a ja… pierwszy raz się nie cofnąłem. Miałem dość. — dodał po chwili. — Matka była wściekła, jakbym się wtedy nie wyniosł, to pewnie sama by mnie pogoniła.
    Carter mówił to tak spokojnie, że Sophia mogłaby pomyśleć, że jest już na to wszystko obojętny. Opowiadał to jak fabule jakiegoś filmu. Jak cudzą historię, jakby wtedy wyszedł z siebie i tylko obserwował to co się działo. I może wtedy podzielił się na Cartera i na Zaire’a. Sam już nie wiedział.

    OdpowiedzUsuń
  38. Carter przez moment milczał. Oczy miał półprzymknięte, jakby zastanawiał się, czy chce w ogóle otwierać ten wątek. Ale skoro już pozwolił jej wejść tak głęboko, nie było sensu znów się zamykać.
    — Ojciec miał jeszcze jakieś dzieci — mruknął po chwili. — Różne kobiety, różne miasta. Kilka razy słyszałem, że mam siostrę tu, brata tam…
    Wzruszył ramieniem, jakby nie chciał temu nadać większego znaczenia niż naprawdę miało. — Nigdy nie byli częścią mojego życia. On sam traktował ich raczej jak… efekt uboczny.
    Zamilkł na chwilę, a potem na jego ustach pojawił się gorzki uśmiech, ten, który czasem nakładał jak maskę.
    — Jak się zrobiło o mnie głośno, czasami ktoś sobie przypomniał, że jesteśmy rodziną. Pisali, kontaktowali się przez ludzi, chcieli… nie wiem. Przepustkę? Kawałek czegoś dla siebie. — Zerknął na Sophię. — Odciąłem się. Po prostu… nie ma do czego wracać.
    Jego dłoń przesunęła się wolno wzdłuż jej talii, aż na brzuch, gdzie zatrzymała się łagodnie. — Dla mnie rodzina zaczęła się tu. Od ciebie — dodał ciszej, głosem, w którym nie było żadnego wahania. — Reszta to tylko nazwiska.
    Tylko się uśmiechnął, gdy powiedziała, że oj już jej imponuje. I ten jej uśmiech, choć ledwie widoczny, zasiał w nim jakąś ciszę, dobrą, ciepłą. Przesunął dłonią wzdłuż jej kręgosłupa.
    — Nie będzie żadnych więcej blizn, Soph. Obiecuję. — powiedział miękko, a jego głos był jakby pewniejszy niż zwykle. — Żadnych dachów. Żadnych noży.

    Carter

    OdpowiedzUsuń

  39. Carter słuchał w milczeniu, dłońmi nieprzerwanie obejmując Sophię jakby była jedynym bezpiecznym punktem w całym świecie. Mimo że jego twarz nie zdradzała zbyt wiele, wewnątrz wszystko pulsowało emocjami, tymi starymi, jak blizny, i nowymi, które dopiero w niej znalazły swoje miejsce. Jej słowa trafiały do niego głębiej niż sam się spodziewał. Bo mówiła z taką pewnością, z jaką on sam nigdy nie potrafił myśleć o sobie. „Całego ciebie”. Nie zdarzało mu się tego słyszeć. Zazwyczaj ludzie brali tylko to, co chcieli, błysk, talent, urok, pieniądze, status. Tylko korzyści. Kiedy powiedziała, że przejdzie z nim przez każdy most, coś w nim zadrżało. Może właśnie dlatego poczuł, że nie musi już ukrywać. Nie przed nią. I że to, co dziś wydarzyło się między nimi, w łóżku, w słowach, w dotyku, nie było chwilą słabości.
    Uśmiechnął się szerzej, kiedy wspomniała o dziadkach i portugalskim.
    — Brzmi jak misja niemożliwa, ale… jeśli mnie polubią, może przeżyję — zażartował, pochylając się i całując kącik jej ust. — A portugalski? Daj mi książkę, obiecuję, że doczytam do słowa „miłość” i zostanę tam na stałe.
    Carter uniósł brew, kiedy Sophia wspomniała o radach od Rio, a na jego ustach od razu pojawił się krzywy uśmiech. Ten, który oznaczał, że zaraz powie coś z przekąsem, ale tylko po to, by rozładować napięcie, nie żeby się odsunąć.
    — Powiedziałem mu. Prawie od razu.
    Spojrzał na nią kątem oka, z rozbawieniem czającym się w kąciku ust.
    — Pomógł mi przejść z etapu „Sophia jest w ciąży” do etapu „będę ojcem”
    Pokręcił głową, jakby wciąż nie dowierzał. Przewrócił się lekko na bok, bliżej niej, bardziej swobodnie, z tą ciepłą iskrą, która pojawiała się w jego oczach rzadko, ale zawsze wtedy, gdy mówił o ludziach, którzy zostali z nim naprawdę.
    — Ale był… dumny. Nie powiedział tego wprost, ale widziałem to po nim. Nawet jak marudził, że to pewnie niechcący, że nie planowane i że „po cholerę dzieci, skoro ledwo funkcjonujecie w dwójkę”… — Tu znów się zaśmiał, krótko, z niedowierzaniem. — To i tak… był dumny.
    Przesunął dłonią po jej brzuchu z tym ledwie wyczuwalnym gestem, który mówił więcej niż jego żartobliwe słowa. Ciepłym, niemal ojcowskim, jakby już oswajał się z tym, kim miał się stać.
    — Jakie rady, Soph… — parsknął cicho, szczerym śmiechem. — On ledwo sam siebie ogarnia. — Spojrzał na nią z tym rozbawionym błyskiem w oczach, którego tak często brakowało, a teraz powracał, małymi dawkami, wtedy, gdy przy niej pozwalał sobie być lżejszy. — Poza tym… — dodał tonem, jakby miał zdradzić jej jakąś wielką tajemnicę. — …ja przecież wiem wszystko najlepiej, nie? — Zaśmiał się znów, krótko, szczerze, po czym przysunął się bliżej i schował twarz w zagłębieniu jej szyi, jakby sam nie do końca wierzył, że jeszcze potrafi tak żartować.
    — No dobrze… może nie wszystko. Ale przynajmniej wiem, że mamy najlepszy skład — dodał już ciszej, bardziej serio. — Ty, ja… i ten mały chaos, który rośnie nam w środku.
    Jego dłoń znów powędrowała na jej brzuch, nieśpiesznie, z tą mieszaniną czułości i niedowierzania, która jeszcze nie do końca opuściła jego ciało.

    OdpowiedzUsuń
  40. Na wieść o Jade lekko uniósł brwi, ale nie wyglądał na zaskoczonego.
    — Wiem — mruknął i przeciągnął dłonią po włosach, zatrzymując ją na karku Sophii. — Rozmawiałem z nią kiedy… byłaś za miastem.
    Zerknął na nią z ukosa. — Chociaż chyba trudno to nazwać rozmową. Byłem… wściekły… na nią, za to, że spanikowała i pokazała ci to wszystko — mruknął i potrząsnął głową przymykając oczy. — Wiem… Wiem, że powinienem był być zły na siebie, za to że nie powiedziałem ci o niczym wcześniej, że musiałaś się dowiedzieć w taki sposób, ale wtedy… tak było łatwiej. — Wzruszył nieznacznie ramionami. Zrzucenie winy na Jade było najłatwiejszym wyjściem. Może też chciał tym sposobem ją od siebie odepchnąć, żeby przestała tak uparcie chcieć go ratować i trzymać się go z całych sił, ja pieprzony cień. Żeby go w końcu posłuchała i wyjechała, dopóki wszystko się nie wyjaśni. I najwyraźniej to pomogło.
    — Kto jeszcze wie?
    Nie brzmiał, jakby oczekiwał długiej listy. Raczej upewniał się, że wciąż mają tę chwilę tylko dla siebie. I że przez moment jeszcze ich świat może należeć tylko do nich trojga, jego, jej i kogoś bardzo małego, kto już zmieniał wszystko, choć jeszcze nie był nawet na świecie. Carter wtulił się w nią mocniej. — Nasza mała rodzina — powtórzył cicho, niemal szeptem, jakby sam jeszcze oswajał te słowa, ale już nie wypowiadał ich z niepewnością. Bo miały dla niego wagę. Prawdziwą. Ostateczną. — Chciałbym to wszystkim wykrzyczeć i jednocześnie zachować to dla siebie tak długo, jak się da, żeby wszyscy dali nam świty spokój. Ale jeśli chcemy to zrobić na swoich zasadach… to musimy o tym pomyśleć.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  41. Carter słuchał jej z tym rozluźnionym uśmiechem, który pojawiał się rzadko, tylko wtedy, gdy naprawdę czuł się bezpiecznie. Jakby wszystko to, co powiedzieli wcześniej, zostawiło po sobie coś więcej niż tylko emocjonalny ślad, zostawiło przestrzeń, w której można było po prostu być. Bez udawania, bez napięcia.
    — „Eu te amo” — powtórzył. — Zapamiętam — mruknął, przeciągając słowa z przesadną ostrożnością, jakby próbował wypowiedzieć je z idealnym akcentem, a przy tym patrzył na nią rozbawiony.
    Spochmurniał na krótką chwilę, gdy wspomniała o tym, że nie planowali dziecka. To było prawdą. Czasami nawet brutalnie prostą. Ale nie musiała mu tłumaczyć, co miała na myśli, rozumiał. I chyba właśnie dlatego jego odpowiedź była cicha, ale szczera.
    — Nie planowaliśmy. Ale teraz nie potrafię sobie wyobrazić, że mogłoby tego nie być. Zaplanujemy drugie. I trzecie… — wyliczył ze śmiechem. Jego dłoń przesunęła się ponownie po jej brzuchu, tym razem z większą uwagą, jakby próbował odczytać z tego milczącego ciała coś, co da mu pewność, że wszystko idzie dobrze. Roześmiał się dopiero przy pytaniu o to, jak bardzo wariował. Pokręcił głową.
    — Jak bardzo? — Spojrzał na nią z ukosa. — Na początku… jak pojebany.
    Carter znów parsknął, tym razem wyraźnie rozbawiony wspomnieniem. Przetarł dłonią twarz, jakby wracał do tej rozmowy z Rio nie pierwszy raz.
    — Rio mnie opieprzył, jak tylko mu wspomniałem, że jeszcze rozważamy, co z tym wszystkim zrobić. — Pokręcił głową z półuśmiechem. — Powiedział, że jestem głupi, skoro w ogóle o tym myślę.
    Przesunął palcem po brzuchu Sophii, jakby chciał tym gestem przywołać spokój, którego sam wtedy nie miał.
    — “Masz szansę poukładać sobie życie, normalnie, z kimś, kto cię kocha i serio zastanawiasz się, czy to dobry pomysł?” — zacytował z lekkim przekąsem, naśladując ton Rio. — Powiedział, że moje życie w końcu przestanie wyglądać jak jedna jebana impreza…
    Spojrzał na Sophię z rozbawieniem, ale i pewnym zawstydzeniem. — Miał rację. Nawet jeśli rzucił tym we mnie jak cegłą. Chciałbym powiedzieć, że sam na to wpadłem… ale potrzebowałem, żeby ktoś mi to powiedział wprost, żeby ktoś potrząsnął mną i przypomniał, że mogę chcieć więcej. — Zamilkł na chwilę, zaciągając się powietrzem jak wtedy, gdy mówił o czymś zbyt dużym, by zmieścić w jednym zdaniu. — Sam też bym do tego doszedł, ale dzięki Rio szybciej otworzyłem oczy.
    Carterem istotnie czasami trzeba było potrząsnąć. Nie dlatego, że był uparty czy głupi, chociaż potrafił być jednym i drugim, ale dlatego, że przez większość życia nikt nigdy nie przypominał mu, że zasługuje na coś więcej. Uczył się przetrwania, nie budowania czegokolwiek trwałego. I kiedy życie dawało mu coś prawdziwego, kogoś jak Sophia, potrafił to przyjąć, ale nie do końca uwierzyć, że to naprawdę dla niego. Właśnie dlatego Rio musiał wstrząsnąć nim jak drzwiami, które zbyt długo były zamknięte. I choć Carter się wtedy wkurzył, to… poskutkowało. Czasem po prostu potrzebował, żeby ktoś stanął przed nim i powiedział, kim jest, zanim znów schowa się za tym, kim był. — Ale potem przyszło coś innego. Nie wiem nawet, kiedy dokładnie. — Uśmiechnął się lekko. — Zrozumiałem, że może nie wiem, jak być ojcem. Ale wiem, jak być z tobą, a to już jakiś początek…
    Spojrzał na jej brzuch, kiedy go odsłoniła, a potem przesunął knykciami wzdłuż skóry, miękko, z delikatnością, której nikt by się po nim nie spodziewał. A potem, jakby to wszystko już i tak było zbyt idealne, Gigi wskoczyła na łóżko i z typową siebie nonszalancją ułożyła się u ich stóp. Carter uniósł brew, patrząc na psa, i zaśmiał się cicho.
    — To już czteroosobowa rodzina. Potrzebujemy nie nowego łóżka, tylko nowego domu. — Jego spojrzenie znów wróciło do Sophii. — Wiesz, ze mówiłem o tym poważnie…
    Przesunął dłonią po jej plecach, wolno, uspokajająco.
    Nie zareagował nerwowo, kiedy przyznała się, że przeszukała jego rzeczy. Tylko uniósł lekko brew, nie z dezaprobatą, ale raczej z cichym uznaniem.
    — Zrobiłaś własne śledztwo… — powtórzył spokojnie i nawet się z tego zaśmiał, choć nie było w tym nic śmiesznego. Nie próbował się tłumaczyć.

    OdpowiedzUsuń
  42. Już nie. Za dużo działo się między nimi tej nocy, żeby nadal grać w półprawdy. Była zbyt blisko. Zbyt obecna. Zbyt ważna.
    — Wiem, Soph. Wiem, że musisz wiedzieć. I masz do tego prawo. — powiedział, opierając czoło o jej skroń. — I nie będę ci więcej mydlił oczu. Przysięgam.
    Milczał chwilę, zanim dodał.
    — A co do prawnika… Pogadam z nim — powiedział cicho, ale stanowczo, jak ktoś, kto już podjął decyzję i nie zamierza z niej rezygnować. Nie brzmiał jak ktoś, kto rzuca puste obietnice. W jego głosie nie było wahania, tylko ta charakterystyczna, przytłumiona pewność, z której słynął wtedy, gdy naprawdę brał coś na poważnie. — I jeśli jeszcze raz zignoruje twoje połączenie, naprawdę możesz go rozszarpać — dodał z lekką ironią, ale w jego oczach było coś więcej. Coś, co mówiło: Nie pozwolę, żebyś znów była zostawiona sama z tym wszystkim.
    Przesunął kciukiem po jej dłoni, wolno.
    — Ja sam też chciałbym wiedzieć, Soph — dodał po chwili ciszy, niższym tonem, z tą charakterystyczną dla niego szczerością, która brzmiała najbardziej, kiedy pozwalał sobie na bezbronność. — Chciałbym wiedzieć, czy to wróci. Czego mam się tego spodziewać. — Jego wzrok na moment odszedł gdzieś w bok, jakby próbował znaleźć tam odpowiedź, której nikt mu jeszcze nie dał.
    — To nie jest tak, że cię z tego wykluczam… — Wrócił spojrzeniem do niej. — Po prostu czasem ja sam… nie wiem. Albo dowiaduje się za późno. A potem… próbuję to wszystko ogarnąć.
    Zacisnął lekko szczękę, jakby sam był zmęczony tym mechanizmem, który w nim działał od lat. — Ale masz rację. Nie możesz być w tym na ślepo. Musisz wiedzieć… co robić w takich sytuacjach.
    Carter potarł palcami czoło, jakby chciał zebrać myśli, zanim znów spojrzał na Sophię.
    — Wiesz, że staram się to załatwić tak, jak trzeba. — Jego głos był cichy, ale stanowczy. Bez patosu, bez wymówek. Po prostu prawda. — Nie chcę cię znów postawić w sytuacji, że nie wiesz, co się dzieje. Ale, Soph…
    Zawahał się, a potem powiedział to wprost, z tą samą brutalną szczerością, którą cenił w niej i której sam nauczył się od niej nie unikać.
    — Mam trochę na sumieniu.
    Nie unikał jej wzroku. Mówił to z tą samą odpowiedzialnością, z jaką ją chronił, tylko teraz nie przez milczenie, ale przez uczciwość. — Nie wszystko zniknie, bo sobie teraz wymyśliłem, że jestem „innym człowiekiem”. Niektóre rzeczy po prostu… mogą wrócić.
    Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu, ale w oczach wciąż było to coś poważniejszego, to, co nie zniknęło, odkąd znów był w tym mieszkaniu. Poczucie, że zawiódł. Że musiał dopiero stracić wszystko, żeby zrozumieć, jak cholernie mało potrzeba, by nie mieć już dokąd wracać. Skinął lekko głową, kiedy mówiła o tym, komu powiedziała. Słuchał, nie przerywał, i tylko przysunął się jeszcze bliżej, kiedy padły słowa o tym, że chce to jeszcze na chwilę zatrzymać tylko dla nich.
    — Poza nami tylko Rio się cieszy… — powtórzy po niej. — No tak, rozumiem, że to nie jest dokładnie to o czym marzył dla ciebie tata… — Spojrzał na nią z bliska, z tą cichą intensywnością, której używał tylko w najważniejszych momentach.
    — To wszystko… dziecko, my — Pochylił się i pocałował ją krótko w usta, ale ten pocałunek mówił więcej niż słowa. Potwierdzał: jestem tu. Z tobą. Naprawdę. — Zanim zrobi się chaos… — dodał cicho, opierając czoło o jej czoło. — Też chcę jeszcze trochę tego spokoju. Tylko dla nas.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  43. Carter nie odpowiedział od razu. Milczenie z jego strony nie było ucieczką, a raczej próbą ubrania w słowa czegoś, co zbyt długo zamiatał pod dywan. Jego wzrok przesunął się na Sophię. To nie był chłodny, szantażujący ton. Nie próbowała go złamać, ani wypchnąć z jego świata. Ona po prostu chciała wiedzieć, czy on sam chce z niego wyjść.
    — Chcę — powiedział w końcu. Cicho, ale bez zawahania. — Tylko… Narazie próbuje pozamykać na dobre sprawy z tymi ludźmi, z którymi nie chce mieć już nic wspólnego.
    Odchylił głowę lekko, tak żeby móc na nią spojrzeć. W jego oczach nie było ucieczki ani złości, była szczerość, nieosłonięta niczym. Jakby pierwszy raz naprawdę pozwolił jej zajrzeć do środka, w te miejsca, które zwykle zakrywał warstwą sarkazmu, pychy albo obojętności.
    — Wiem — mruknął w końcu cicho. — I obiecuję, że nie będę już udawał, że wszystko jest okej, kiedy nie jest. — Przyznał szczerze, bez owijania.
    Słowa Sophii nie były oskarżeniem, nie były presją. Ale były ciężkie, bo prawdziwe. I trafiały dokładnie tam, gdzie powinny.
    — Ja też mam dość budzenia się z myślą, że może dziś mnie zamkną. Oglądania się za siebie. Tego, że potrafię w ciągu tygodnia być facetem, który wszystko ogarnia, a w weekendy wchodzę w ten pierdolony świat jak w ulubione buty.
    Carter w pierwszym odruchu zupełnie nie pomyślał, że Sophia ma na myśli narkotyki. Skupił się na interesach, tych nieprzejrzystych, które ciągnęły się za nim od lat i których żadne słowa ani deklaracje nie mogły tak po prostu wyczyścić. Dla niego właśnie to było największym brudem. Układy, zależności, nazwiska, które nigdy nie pojawiały się w papierach, ale miały więcej do powiedzenia niż prawnicy. Mężczyźni, którzy uśmiechali się w jeden sposób, a patrzyli w drugi. To tam widział największe zagrożenie dla siebie, dla niej i dla wszystkiego, co próbowali razem zbudować. Nie łączył tego z tamtym białym proszkiem na lustrze. Nie dlatego, że chciał to zignorować, ale… bo zbyt długo oswajał w sobie myśl, że ma nad tym kontrolę. Że to przecież nic. Że to „jego sprawa” i „jego sposób” na rozładowanie napięcia, odreagowanie, przetrwanie pewnych dni, na porwanie tłumów podczas koncertów. Nie widział tego z boku, tak jak ona. Więc kiedy zapytała, czy chce z tym skończyć, jego myśli od razu uciekły do ludzi, z którymi nadal miał kontakt. Do drzwi, za którymi nie chciał, żeby Sophia kiedykolwiek się znalazła. Nie do tego, co trzymał w ukrytej przegródce, ani do tego, co czasem palił lub wciągał, zanim wrócił do domu.
    „Jak złe są te rzeczy, które masz na sumieniu?” Nie była to ciekawość. Wiedział to. Czuł w jej głosie delikatność, której nie dało się pomylić z dociekaniem. Ale nie dało się też tego pytania zignorować.
    — Gdyby ktoś chciał to spisać… — powiedział cicho, bez napięcia, ale z czymś, co brzmiało jak szczera świadomość. — …to byłby to niezłej grubości tom akt — zażartował. Nie brzmiał dramatycznie. Mówił spokojnie, rzeczowo. Jak ktoś, kto wie, ile kosztują go własne wybory. I że nie ma sensu udawać, że było inaczej. — I to też staram się załatwić. Od jakiegoś czasu — dodał, przesuwając palcem powoli po jej ramieniu. — Tylko wiesz, takie rzeczy… nie dzieją się od razu. Trzeba to rozbroić od środka. Po kawałku. — Zamilkł na moment, zanim spojrzał na nią z góry. — Wiem, że to nie brzmi jak plan marzeń. Ale to najlepszy, jaki mam.

    OdpowiedzUsuń
  44. Zacisnął lekko szczękę, ale nie z powodu gniewu. Raczej… wstydu. Wsunął dłoń w jej włosy i pocałował ją w czubek głowy.
    — Zasłużyliśmy na ten spokój — mruknął w końcu cicho. — Choćby chwilowy.
    Jego głos był spokojny, ale podszyty czymś miękkim. Jakby dopiero teraz, po wszystkim, co przeszli i tego dnia, i wcześniej, zaczynało do niego docierać, że naprawdę mogą go mieć. Nawet jeśli jeszcze nie na zawsze. Nawet jeśli nie w pełni. Ale już był. Ich własny, wymęczony, ale prawdziwy.
    — I przejdzie mu — dodał jeszcze, całując ją w czubek głowy. — Jak zobaczy potworka to od razu się w nim zakocha i o wszystkim zapomni.
    Mruknął to półżartem, ale był w tym cień szczerej wiary, że może faktycznie z czasem wszystko się ułoży. Że może nie będą idealni, ale będą razem. Że to wystarczy.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  45. — Soph, nie mogę… — zaczął cicho „ po tym mówić”, chciał powiedzieć, ale urwał. Głos ugrzązł mu w gardle. Przeniósł wzrok gdzieś obok, jakby szukał lepszych słów, czegoś, co dałoby się powiedzieć prościej. Zacisnął szczękę. Palce przesunęły się po jej ramieniu i zatrzymały w miejscu. Westchnął ciężko, przez nos, a potem wypuścił powietrze ustami, jakby próbował zrzucić z siebie coś, co wisiało na plecach od miesięcy. Obiecał jej mówić.
    — Będę… współpracował — mruknął, nie patrząc jeszcze w jej oczy. — Z FBI.
    Padło cicho. Bez fanfar. Bez dramatyzowania. Ale z takim napięciem, że przez moment nawet cisza między nimi wydawała się dźwięczeć. — Musiałem… — urwał znów, bo kolejnym elementem układanki była Sloane, która opowiedziała o nim agentowi z którym sypiała.
    — Wiedzieli zbyt wiele. O mnie, o klubie… o rzeczach, które miały nie wyjść na światło dzienne. — W końcu na nią spojrzał. Bez osłon. Bez zbroi.
    — Nie jestem świadkiem koronnym, nie podpisałem z nimi układu, który da mi immunitet i ochronę. Ale dałem im coś. I jeśli dobrze to rozegram… jeśli dam im więcej, może coś urwę z tego, co mam na karku. Może wyjdę z tego czysty. — Wzruszył ramionami. — Jeśli wszystko pójdzie tak, jak chcę… za kilka miesięcy będzie po wszystkim. Jeśli nie… — przerwał, a potem spojrzał jej prosto w oczy — …to musisz wiedzieć, że zrobiłem wszystko, żeby ochronić to, co budujemy. Zamilkł na moment, pozwalając, by cisza znów opadła między nimi. Potem znów westchnął, ale już ciszej, spokojniej.
    — Nie chciałem ci tego mówić, bo wiedziałem, że to brzmi… niebezpiecznie. Bo jest. Ale nie będę cię więcej okłamywać. I wiem, że nie wszystko może się uda.
    Carter przez chwilę tylko milczał, wzrok utkwił gdzieś obok niej, na jakimś punkcie w przestrzeni, którego nawet nie próbował łapać. Przesunął kciukiem po jej ręce, powoli, jakby potrzebował jakiegoś punktu zaczepienia w tej rozmowie. Może i chciał być szczery, ale to wcale nie znaczyło, że wiedział, jak tę szczerość podać.
    — Niektóre sprawy… trzeba po prostu pozamykać tak, żeby już nikt nie miał pretekstu wrócić.
    Zerknął na nią kątem oka, a potem znów spuścił wzrok. Wciąż mówił spokojnie, choć ciężar jego słów wisiał gdzieś między nimi jak napięta lina. Na pytanie o co zrobił zawahał się jeszcze raz. Dlatego, że wiedział, jak to może zabrzmieć. Zawiesił głos, ale nie dlatego, że nie chciał mówić dalej. Zbierał słowa.
    — Nie bezpośrednio — rzucił w końcu. — Nie… nie nasyłałem nikogo na ludzi — pokręcił głową widząc jej minę. — To nie film. Ale to co wjechało do kraju w moich ciężarówkach podczas trasy — wzruszył ramionami. Dodał to ostatnie już ciszej, niemal jak przyznanie się przed samym sobą. — Niektórych mogło sporo kosztować.
    Nie musiał mówić, co miał na myśli. Te słowa miały konkretny ciężar. I choć jego głos nie był zimny, to nie był też pusty. Nie szukał współczucia. Po prostu mówił. Jak człowiek, który dobrze wie, co ma na sumieniu i nie próbuje tego wybielić. Zamilkł, dając jej przestrzeń. Zbyt wiele już powiedział, by teraz próbować coś ukryć. Ale powiedział to z jednym, bardzo konkretnym zamiarem: żeby wiedziała, że walczy. Że to nie są puste słowa i że właśnie teraz, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, Carter był gotów stanąć po właściwej stronie. Nawet jeśli droga tam miała być cholernie trudna.
    Carter zaciisnął na moment usta. Wzrok miał wbity gdzieś w przestrzeń między nimi, jakby jeszcze coś w nim walczyło, instynkt samozachowawczy kontra to, co właśnie usłyszał od niej.

    OdpowiedzUsuń
  46. Jej głos był spokojny, ale nie uległy. Miękki, ale stanowczy. Nie domagała się, nie wymuszała. Pytała, bo chciała zrozumieć. Bo chciała być blisko.
    — Przestanę — przytaknął krótko. Prosto, bez szukania wymówek, jakby rzucał to między nimi jak pakt. Ale brzmiało to tak, jakby próbował przekonać głównie siebie. Tylko że to nie było takie proste. Nie dla niego. Carter nie widział jeszcze w pełni, jak bardzo się w to wszystko zaplątał. Jak bardzo potrzebował tego „jednego razu”, by się podnieść, złapać oddech, przetrwać kolejny wieczór, napisać coś nowego, wystąpić na scenie. Dla niego to nie była ucieczka, raczej mechanizm. Sposób, w jaki działał, gdy świat stawał się zbyt głośny albo zbyt pusty. Myślał, że ma nad tym kontrolę. Że potrafi z tego wyjść, kiedy będzie trzeba. Tylko że tak nie działało „po prostu przestanę”.
    Nie widział jeszcze, że problem już dawno był większy niż on sam. Że to nie kwestia siły woli. Że nie wystarczy jedna decyzja, zwłaszcza, gdy całe jego otoczenie nadal pachniało nocami w klubie, lustrami na stole i dłońmi pełnymi chaosu. Ale patrząc teraz na nią, na jej spokój mimo lęku, Carter chciał wierzyć, że to wystarczy. Że tym razem… będzie inaczej. Nawet jeśli w środku jeszcze nie rozumiał, jak długa droga przed nim.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  47. Cisza między nimi nie była przypadkiem. Ona trwała tak, jakby oboje potrzebowali tej jednej przestrzeni, w której nie trzeba było natychmiast odpowiadać. W której wszystkie emocje mogły opaść, a ciężar słów, które padły, miał szansę się ułożyć. Carter słyszał wszystko. Słyszał jej szept, wyczuwał napięcie w jej głosie, jakby każde kolejne pytanie musiała ostrożnie przemyśleć, zanim się odważy je wypowiedzieć.
    Jej słowa wciąż brzmiały mu w głowie, kiedy milczał. „A jeśli nie rozegrasz tego tak, jak chcesz… wtedy co?”
    Westchnął cicho. W końcu. I skinął głową, bardziej do samego siebie niż do niej.
    — Wtedy mnie nie będzie. — powiedział cicho. — Parę lat. Może mniej, jeśli będę współpracował dalej. Może więcej, jeśli coś się… posypie. Może w ogóle…
    Nie silił się na żadne „ale nie martw się”, „ale to się nie stanie”, „mam to pod kontrolą”. To nie był ten moment. Nie chciał jej więcej oszukiwać, nawet w dobrej wierze. Przez chwilę tylko leżał w milczeniu, czując jej oddech na skórze, ciepło jej ciała przy swoim. To było tu, teraz, namacalne. Wszystko inne, niepewne. Kiedy zapytała o immunitet, zawahał się z odpowiedzią, ale tym razem nie odsunął się od pytania. Nie próbował zbyć go półsłówkiem.
    — Nie, Soph… — pokręcił lekko głową, wzdychając z cichym ciężarem. — Nie zaproponowali. To tak nie działa.
    Jego głos był spokojny, ale pod powierzchnią brzmiała frustracja — nie na nią, nie na to pytanie, tylko na cały układ, w którym się znalazł. Na zasady, które nie dawały prostych wyjść.
    — Najpierw muszę im coś dać. Pomóc. Dopiero wtedy będą rozmawiać o tym, co mogą mi dać w zamian. Nie odwrotnie.
    Zacisnął lekko szczękę, spojrzał w bok, jakby to, co miał powiedzieć dalej, wciąż mu nie mieściło się w ustach.
    — Na razie… po prostu pracuję na to, żeby w ogóle coś dla siebie ugrać. Żeby nie wyciągnęli na mnie wszystkiego, zanim zdążę coś położyć na stół. To nie jest układ, w którym się siada i wszystko się ustala za jednym razem. To gra. Z cholernie wysoką stawką. I bardzo małą ilością zaufania po obu stronach.
    Zawiesił na niej spojrzenie. Ciche. Uczciwe. Nie bronił się, tłumaczył. Bo prosiła o prawdę, a on próbował ją jej w końcu dać, nawet jeśli brzmiała gorzej, niż się spodziewała.
    — Ale wchodzę w to. Świadomie. Nie po to, żeby się wybielić, tylko żeby się wreszcie z tego wyplątać. — Przerwał na moment, a potem dodał ciszej, jakby tylko dla niej. — Dla was...
    Jego głos nie był ani twardy, ani wyprany z emocji. Mówił cicho, równo, ze zmęczeniem w tonie, ale też z czymś, co mogło brzmieć jak dawno nieużywana uczciwość. Choćby nieidealna, to jego. Jedyna, na jaką go było stać.
    Jej pytanie o to, ile naprawdę tego wszystkiego było, ile z tego on robił, a ile tylko dotykał… było jak wbicie igły dokładnie tam, gdzie wciąż tkwiła zadra. Nie odwrócił wzroku, nie udawał, że go nie zadała.
    — Nie odpowiadałem za to bezpośrednio… — powiedział cicho, po chwili milczenia. — Nie byłem tym, który to robił. Nie organizowałem tego, nie rozprowadzałem… Ale wiedziałem. I przymykałem oko.
    Wypuścił powietrze powoli, jakby samo przyznanie się do tego ważyło więcej, niż chciał przyznać.
    — Udostępniałem platformę. Po prostu… nie zadawałem pytań, bo znałem odpowiedzi. I tak było łatwiej.
    Spojrzał na nią z góry, nie szukając w jej oczach przebaczenia, ale gotów przyjąć, cokolwiek w nich zobaczy.

    OdpowiedzUsuń
  48. Zamilkł, ale to nie była cisza ucieczki. To była cisza człowieka, który zrozumiał, że odpowiedzialność nie polega tylko na tym, co się robi, ale też na tym, co się pozwala dziać.
    — Black Room to nie tylko klub. Nigdy nie był. To miejsce, przez które się przechodzi, zanim trafia się wyżej. Albo niżej, zależy, gdzie kto celuje. Ja… pozwalałem, żeby to się działo pod moim dachem. Czasem przymykałem oko. Czasem coś przesunąłem. Czasem coś załatwiłem. Wyświadczałem przysługi, za które później wyświadczano je mnie.
    Zamilkł na moment.
    — Wiesz, jak to jest. Mówisz sobie, że to tylko raz. Potem drugi. Potem już jesteś w środku. I każda opcja, żeby się wycofać, zaczyna wyglądać jak wyrok.
    Wciągnął głębiej powietrze i pokręcił głową, bardziej do swoich myśli niż do niej.
    — A może właśnie nie wiesz — zaśmiał się. — Dziś nie potrafię ci powiedzieć, w którym momencie straciłem nad tym kontrolę.
    Przeniósł wzrok na nią, cicho, spokojnie. Z ciężarem, ale też z czymś jeszcze, z tą bezbronną szczerością, której tak długo nie potrafił jej dać.
    Carter cmoknął ją krótko w czoło, a potem westchnął cicho i uniósł się do siadu, jakby potrzebował się od niej na moment oderwać, jakby ta bliskość zaczęła zbyt mocno przypominać mu o tym, ile może stracić. Przesunął dłonią po twarzy, po karku, a potem spojrzał na nią z półuśmiechem takim, który tylko pozornie miał w sobie lekkość.
    — No dobra, koniec na dziś z dramatami, bo zaraz serio zadzwonią z Netflixa i poproszą o prawa do scenariusza.
    Rzucił to jakby od niechcenia, chcąc złapać balans, choć w jego głosie wciąż wybrzmiewało napięcie. Ironia była jego zbroją. Znów. Tą samą, którą zsuwał z siebie tak powoli przez ostatnie tygodnie, a teraz nagle z powrotem narzucił ją na ramiona, bo inaczej się nie dało. Bo za dużo. Wstał a razem z nim Gigi.
    — Zaczynam rozumieć, czemu terapeuci każą po takich rozmowach iść na spacer albo zapisać się na jogę — rzucił z krzywym uśmiechem, bardziej do siebie niż do niej. — Wyjdę z nią na spacer…

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  49. Carter nie odpowiedział od razu. Stał przez chwilę przy oknie, z dłońmi opartymi na biodrach, jakby próbował rozciągnąć napięcie, które zebrało się w jego karku. Przeciągnął się, westchnął, a potem bez słowa sięgnął po luźne dresy i bluzę, narzucając je na siebie z tym charakterystycznym dla siebie, nieco niedbałym ruchem. Dopiero gdy wsunął dłonie w kieszenie, odwrócił się i powoli podszedł do łóżka.
    Usiadł obok niej, ciężar jego ciała delikatnie ugiął materac. Oparł się dłonią o kołdrę i spojrzał na nią. Przez chwilę tylko patrzył, jak wtula się w poduszkę. Cisza między nimi przestała być już napięta. Była potrzebna. Łagodna.
    — Poniekąd tym, ale nie tylko… — powiedział cicho. — I nie zawsze przesiadywałem tylko w klubie. Zajmowałem się też muzyką. Płytą. Planowaniem trasy, klipów, nagraniami. Tego nie widać z zewnątrz, ale to cały osobny chaos.
    Zawahał się na ułamek sekundy, zanim dodał:
    — Już ci mówiłem, że to wszystko to tylko mały wycinek. Tylko tło. Nie codzienność. To nie powinno przesłaniać reszty, Soph. Nie zapominaj o tym, okej? — Spojrzał na nią, chcąc, by te słowa naprawdę zapadły w niej głębiej. — Czasem coś się dzieje, ale to nie jest całe moje życie. I nie całe nasze.
    Wzruszył lekko ramionami, jakby to było coś oczywistego, choć dobrze wiedział, że dla niej nie musiało takie być. Pochylił się nad nią i musnął jej czoło jeszcze raz, tym razem cieplej, bez ucieczki, bez zmęczenia. Jakby czuł, że właśnie w tym tkwiło jego ukojenie.
    — Jogę zostawię tobie i Gigi, ale kwaśne żelki i ten cały ciasteczkowy krem… — zaśmiał się cicho, przysuwając bliżej twarzy do jej ucha — …załatwione, motylku. Jak mam cię utrzymać przy sobie, muszę spełniać zachcianki, prawda?
    Mrugnął do niej, ale ton jego głosu zmiękł jeszcze bardziej, kiedy spojrzał na nią z góry. Mimo że śmiał się i żartował, było w nim coś bardziej obecnego. Bardziej spokojnego niż wcześniej. Jakby samo wypowiedzenie tego wszystkiego na głos zdjęło z niego choć odrobinę ciężaru. A to, że ona wciąż tu była… mówiło więcej, niż słowa.
    Carter zatrzymał się w progu. Już miał wyjść, już miał zamknąć za sobą drzwi, ale coś w nim kazało mu się cofnąć. Nie odwrócił się od razu. Stał tam chwilę w milczeniu, z dłonią na klamce, jakby sam nie był pewien, czy powinien się odezwać. A potem cicho wypuścił powietrze, jakby właśnie ważył coś znacznie cięższego niż torba z ubraniami czy presja dzisiejszej rozmowy.

    OdpowiedzUsuń
  50. Uchylił usta, a jego głos zabrzmiał ciszej niż zwykle, ale też bardziej szczerze, z czymś surowym pod spodem.
    — Wiesz… kiedyś zaufałem komuś i o tym opowiedziałem. Nie wszystko, tylko kawałek. Musiałem.— Zamilkł na ułamek sekundy, zanim dodał z gorzkim półuśmiechem, którego i tak nie mogła zobaczyć. — A potem… to, co powiedziałem, trafiło do FBI. — Jego spojrzenie było poważne, ale spokojne, z tym ciężarem, który nosił w sobie od lat i który właśnie zaczął dzielić.
    — Wiem, że chcesz wiedzieć. I że masz do tego prawo. Ale… chcę, żebyś rozumiała, Soph. To, że ci to wszystko mówię… — urwał, bo znów musiał zebrać myśli — …to jest największy przejaw zaufania z mojej strony. Oddaję ci coś, czym mogłoby mnie pogrążyć, jednym twoim zeznaniem. Jednym zdaniem.
    Cisza między nimi znów się zagęściła, ale on nie próbował jej wypełniać. Tylko patrzył, już bez zbroi, bez maski. Prawdziwy.
    — Po prostu… nie zapominaj o tym. — dodał miękko i skinął głową, zanim w końcu ruszył, zostawiając za sobą lekko uchylone drzwi.
    Wyszedł w ciszy, nie oglądając się więcej przez ramię. Dźwięk klucza w zamku zabrzmiał niemal obco w tej cichej przestrzeni, która jeszcze przed chwilą była pełna wyznań i nieoczywistej czułości. Zapiął Gigi smycz, pozwalając suczce podekscytowanie zamienić w energiczne machanie ogonem. Pogłaskał ją krótko za uchem, jakby potrzebował tego gestu bardziej niż ona. A potem po prostu wyszedł. Wciągnął kaptur bluzy na głowę i zniknął z nią w wieczornym półmroku. Kroki miał spokojne, równe, takie, które nie zdradzały, ile naprawdę miał w głowie. I choć mógł teraz iść po żelki i krem, tak naprawdę szedł przede wszystkim po oddech. Z dala od słów, które właśnie wypowiedział. I od tego, co zostawił za drzwiami.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  51. — Gdybym miał problem z tym, że mi przeszkadzasz, prawdopodobnie nigdy nie podarowałbym ci kluczy do swojego domu, więc nigdy nie przepraszaj mnie za to, że jesteś w moim domu — odparł spokojnie Leonard, a na jego poszarzałej twarzy zamajaczył się delikatny uśmiech. Widok przyjaciółki w takim stanie nigdy nie będzie należał do najprzyjemniejszych i choć Allen posiadał ponadprzeciętny talent do przeganiana burzowych chmur znad głów najbliższych, to w tej sytuacji czuł, że jego umiejętności mogą być po prostu niewystarczające. Nie oznaczało, to jednak, że miał zamiar biernie stać i patrzeć na to, jak Soph powoli rozpada się w progu jego domu.
    — Oczywiście, że możesz zostać, tak długo, jak tylko będziesz chciała — zapewnił kobietę Allen, nim chwycił jej dłoń, aby pociągnąć ją do salonu, gdzie usadził na kanapie, otulił kocem i zadbał o to, aby w jej dłoniach pojawił się kubek z herbatą. Specjalnie nie zaczynał od stosu niewygodnych dla niej pytań, które mogły przynieść odwrotny efekt do zamierzonego. Nie chciał w żaden sposób przytłaczać kobiety, która nie pierwszy rzut oka wydawała się być ogromnie zagubiona.
    Allen doskonale wiedział, czym była sytuacja, która wydawała się nie mieć żadnego, logicznego punktu wyjścia. Człowiek dusił się pośród miliona myśli, które jedynie w negatywny sposób nakręcały karuzelę stresu i poczucia niesprawiedliwości. Desperackie próby poprawienia stanu rzeczy, zamiast wpłynąć pozytywnie na sprawę, sprawiały, że stawała się ona jeszcze bardziej skomplikowana. W tym wszystkim dochodziły zupełnie niepotrzebne i niepoparte prawdziwymi doświadczeniami rady otaczających człowieka ludzi, którzy uparcie powtarzali, że będzie dobrze, a czas leczy rany. Największe kłamstwo. Czas wcale nie leczył ran, może delikatnie je zabliźniał.
    — Może chcesz wziąć prysznic? Trochę się rozgrzać? — zapytał ostrożnie Allen, gdy usiadł obok przyjaciółki na kanapie, a jego ramiona ciasno przyciągnęły ją do jego klatki piersiowej. Przesuwał powoli dłonią wzdłuż jej pleców, dając kobiecie pełne pole do wyboru tego, co jest w tej chwili dla niej najbardziej komfortowe. Nie naciskał, nie ponaglał, po prostu był obok. Nie chciał, aby poczuła się osaczona, czy zmuszana do mówienia o czymś, o czym może nie jest jeszcze gotowa mówić.
    — Mam ciasteczka z malinami i białą czekoladą. Może odrobina cukru trochę poprawi ci humor, huh? — zadał kolejne pytanie, a następnie musnął wargami skroń przyjaciółki. Słodycze może i nie były rozwiązaniem problemów, ale zdecydowanie na chwilę były w stanie poprawić człowiekowi humor. Przynajmniej Allen w to wierzył. — Mam też ostatni kawałek twojej ulubionej szarlotki, zawsze czeka tutaj na ciebie.

    Leoś

    OdpowiedzUsuń

  52. Bahamy przyjęły ich ciepłym powietrzem nasyconym solą, leniwym szelestem palm i szmerem fal, który był bliżej niż wszystko inne. Słońce przywitało ich miękkim blaskiem, jakby ktoś celowo ustawił światło na najcieplejszą możliwą wersję złota. Carter się nie spieszył. Ani z organizacją tej podróży, ani z jej rozpoczęciem. Ale kiedy już wsiedli do samolotu, a potem dotarli do miejsca, które sam wybrał, wszystko układało się idealnie. Zabrał ją do apartamentu, który był praktycznie domem, tylko takim, który wyrósł w tropikach, z prywatnym basenem na tyłach, przeszklonym salonem i wyjściem prosto na plażę. Nie taką turystyczną, hałaśliwą. Ich własną. Szeroki pas jasnego piasku, który wyglądał jak rozsypany puder, odgradzał willę od turkusowej wody. Gdzieś w oddali majaczyły inne domy, ale z tej perspektywy mogli udawać, że są sami. Palmy rzucały cienie na drewniany taras, gdzie leżały rozsunięte leżaki i białe ręczniki. Basen był cichy, przejrzysty, a nocą oświetlony dyskretnie od dołu, jakby chciał zachęcać do kąpieli nawet o drugiej nad ranem. W środku apartamentu było prosto i przytulnie. Lekkie tkaniny, jasne drewno, ogromne łóżko z białą pościelą, którą od razu zmięli w leniwym, czułym spleceniu. Lodówka pełna owoców, zapas lemoniady, kilka książek. I zero planów. To był ich wspólny czas, na nicnierobienie, dotykanie się bez słów, śmianie się bez powodu, zasypianie w słońcu i kąpiele w wodzie cieplejszej niż kąpiel w domu. Gigi ganiała po ogrodzie, biegała po piasku, próbując szczekać na fale, a Sophia pierwszy raz od dawna wyglądała… spokojnie. Bez telefonu w dłoni. Bez napięcia w ramionach.
    To był ich świat. Oddzielony od wszystkiego innego. I przez chwilę zupełnie wystarczający.
    Było coś nierealnego w tej ciszy, którą przerywał tylko delikatny szum fal i cykanie owadów w oddali. Bahamy pachniały słońcem, wodą i spokojem. Takim, którego nie musieli gonić. On po prostu tu był. Carter wyszedł z basenu, mokry i spokojniejszy niż ktokolwiek mógłby go pamiętać jeszcze tydzień temu. Krople spływały po jego ramionach, a mokre szorty kleiły się do ciała, ale nie przeszkadzało mu to. Nawet nie sięgnął po ręcznik. Jego spojrzenie od razu odnalazło ją, siedzącą na leżaku, z książką na brzuchu, który delikatnie rósł z dnia na dzień. Był zadowolony z siebie, z tej chwili, z tego miejsca, jakby wreszcie wszystko było na swoim miejscu. Nie ostrzegając, podszedł i po prostu wtulił się z całym mokrym ciałem w suche, nagrzane od słońca plecy. Z rozbawieniem. Z zamiarem. Z absolutną świadomością tego, co robi. Sophia była ciepła od słońca. Jej skóra pachniała olejkiem i latem.
    — No hej. — Mruknął z uśmiechem tuż przy uchu, mokrymi ramionami oplatając talię i przyklejając się do skóry, która jeszcze sekundę temu była cudownie ciepła i sucha. Zaśmiał się, kiedy jęknęła z niedowierzaniem albo zrezygnowaną rozpaczą, i wtulił się jeszcze mocniej, nie zamierzając się odsuwać.
    — Teraz jesteśmy kwita. Ty mnie dzisiaj obudziłaś zimnymi stopami, ja cię ochłodziłem. — Wyszczerzył się, całując ją krótko w ramię. — Tropikalna równowaga.
    Przymknął oczy, opierając policzek o obojczyk, oddychając głęboko, jakby tylko tak mógł się całkowicie zresetować. Objął w talii, leniwie, miękko. Oparł się o ciało, jakby sam już nie miał siły udawać, że jest gdziekolwiek indziej.
    Nie chciał się odsunąć. Nie teraz. Chłód basenu ustępował miejsca ciepłu skóry, które koiło go lepiej niż słońce, niż piasek, niż palmy szumiące gdzieś nad nimi. Zamknął oczy i w tej ciszy, przesiąkniętej szumem oceanu i cichym popołudniem, oddychał tylko tym, co miał przed sobą. Ciałem. Obecnością. Spokojem, na który tak cholernie długo czekał. Zamknął oczy, czując jej ciepło, dotyk słońca na jej ramieniu i spokój, który był niecodzienny, a tak cholernie potrzebny. Tu nie było żadnych pośpiechów. Żadnych telefonów. Żadnych układów, dramatów ani potrzeb, by coś przed kimkolwiek ukrywać. Byli tylko oni. Na tej przeklęcie pięknej wyspie, gdzie nie musieli już nikomu udowadniać, że to wszystko, co zbudowali, miało prawo istnieć.

    Carter

    OdpowiedzUsuń

  53. Carter tylko przymknął oczy, kiedy wtulony w nią, chłodny jeszcze po basenie, usłyszał jej głos, ciepły, rozbawiony, spokojny. Ten sam głos, który przez ostatnie tygodnie tak często drżał od napięcia albo cichł w niepewności. Teraz był inny. Miękki. Beztroski. Szczęśliwy. Tego właśnie chciał.
    — Myślałem, że to jest randka. — Mruknął z uśmiechem, nie ruszając się ani o milimetr. Jego policzek oparł się o jej ramię, skóra wciąż pachnąca kremem z filtrem, kokosowa i rozgrzana. — Tylko z lepszym widokiem niż w jakiejkolwiek restauracji. — Dodał, nie otwierając nawet oczu.
    Leżeli tak jeszcze dłuższą chwilę. Carter nie czuł potrzeby, żeby się spieszyć, żeby coś analizować, kombinować. Po prostu był. I to był luksus, którego nie miał od bardzo dawna.
    — Ale możemy iść. — Odezwał się w końcu. — Ubiorę się jak człowiek. Pójdziemy. Zamówię wszystko, na co tylko przyjdzie wam ochota i będę na ciebie patrzył tak, że się zarumienisz.
    Zerknął na nią z ukosa, już z uśmiechem na ustach, który miał w sobie coś czułego i łobuzerskiego jednocześnie. Cmoknął ją jeszcze raz w skroń i podniósł się z leżaka, nie do końca po to, by odejść, bardziej, żeby spojrzeć na nią z góry, po swojemu, z tą miną, która zawsze zwiastowała jakiś nieśpieszny psikus.
    — Tylko błagam… nie każ mi zakładać żadnej koszuli. Jesteśmy na Bahamach, nie w Operze Wiedeńskiej.
    Było dobrze. Cholernie dobrze. I Carter, choć z natury nieufny wobec takich chwil, pozwalał sobie na to, by chociaż na tych kilka dni nie martwić się o nic więcej. Sophia była tu. Gigi też. Ocean szumiał. A świat, z którego uciekli, wydawał się absurdalnie daleko.
    Carter był mistrzem spychania problemów na dalszy plan. Robił to z taką wprawą, że nikt postronny nawet nie zorientowałby się, że coś w ogóle go trapi. Nie chodziło o udawanie, że wszystko jest w porządku, on naprawdę potrafił wewnętrznie wypchnąć problem z głowy, jakby nie istniał. Nie analizował, nie rozpamiętywał, nie rozkładał spraw na czynniki pierwsze. Gdy rzeczywistość robiła się zbyt ciężka, zamykał ją w sobie na głucho, jakby zamykał pokój, do którego nie miał już zamiaru wracać. Przekręcał zamek i zostawiał za sobą. A potem szedł dalej, spokojny, wyluzowany, rozbrajająco normalny. Jakby nie wisiało nad nim nic więcej poza kolejnym ciepłym dniem. To nie była ucieczka. To była jego własna metoda na przetrwanie. Wyciszona, wyćwiczona przez lata, kiedy sam siebie przekonywał, że jeśli nie pomyśli o czymś wystarczająco długo, to może to zniknie. Albo przynajmniej nie zaboli. Carter nie tłumaczył tego na głos, nie próbował usprawiedliwiać. Po prostu tak funkcjonował. Nie rozmawiał z samym sobą o tym, co trudne. Nie rozdrapywał ran. Zakładał opatrunek, nie sprawdzając nawet, jak głęboka była blizna. A jeśli ktoś próbował mu go zdjąć, miał gotowy uśmiech i żart, który skutecznie zmieniał temat. W tej chwili nie było żadnego FBI. Żadnej sprawy, która ciągnęła się za nim jak cień, żadnych narkotyków, które paliły go od środka, żadnego klubu, który wymagał nieustannej kontroli. Nie było odwołanej premiery ani trasy. Nie było dramatów, które rozgrywały się jeszcze niedawno między czterema ścianami apartamentu. Nie było Sloane. Było tylko to popołudnie. Ciepłe, leniwe, rozciągnięte pomiędzy delikatnym szumem oceanu a miękkim dotykiem skóry, którą dobrze znał. Było słońce muskające ramiona, był zapach słonej wody na jej skórze i jego śmiech, który rozbrzmiewał swobodnie, bez ciężaru, który zazwyczaj niósł za sobą. Ta chwila była ich, nieograniczona, lekka, spokojna. I może właśnie dlatego tak cholernie potrzebna.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  54. Cisza i spokój, które panowały między nimi, miały w sobie coś z niedopowiedzenia, jakby oboje dobrze wiedzieli, że to zawieszenie w czasie nie potrwa wiecznie, ale też jakby żadne z nich nie chciało tego teraz wypowiadać na głos. Jakby to był niepisany pakt: tutaj oddychamy tylko lekkością. Sophia zrozumiała w końcu, że nie wszystko trzeba rozplątywać od razu. Że niektóre supły rozwiązują się same, jeśli tylko da im się odetchnąć. A Carter? On chłonął ten spokój całym sobą. Siedząc obok niej, z jej nogą luźno przerzuconą przez jego biodra, z jej głosem w uszach i skórą, która pachniała słońcem przypominał sobie, po co właściwie to wszystko. Po co walczy, po co się układa, po co wraca, kiedy się gubi.
    Ten spokój miał smak dojrzałych owoców, które przynosił im ktoś z obsługi, smak oranżady, której nie dało się wypić zbyt mało, i smak skóry muśniętej słońcem. Miał też dźwięk śmiechu Sophii, ten cichy, rozbawiony, jak wtedy, gdy przyłapywała go na wpatrywaniu się w nią z tym samym niedowierzaniem, jakby za każdym razem od nowa nie mógł uwierzyć, że tu jest z nim.
    Carter nie odpowiadał od razu. Przesunął kciukiem po jej dłoni, zanim pozwolił sobie na uśmiech.
    — Codziennie tak się patrzę, bo lubię, jak się rumienisz — odparł cicho, bez żadnych gierek, bez prowokacji. Zwyczajnie szczerze. Uśmiechnął się leniwie, cicho, nieco bezczelnie, kiedy wspomniała o oranżadzie i wyobraźni. Przysunął się trochę bliżej, jakby chciał się upewnić, że słyszał dobrze.
    — Jesteś pewna, że chcesz dać szansę mojej wyobraźni? — dodał z uśmiechem, unosząc lekko brew, jakby właśnie przeliczał w myślach wszystkie możliwe scenariusze, jakie mogłyby się zrodzić po takiej obietnicy. — Wiesz, że może być dość… intensywna.
    Palcem przesunął leniwie po linii jej uda, które opierała o jego nogę. Nie przyciągał jej bliżej. Nie musiał. I tak była przy nim.
    — Ale okej. Randka. Neonowa koszula. — celowo przekręcił jej słowa o ubiorze. — Absurdalna oranżada i potem, hm… wyobraźnia. — Skinął głową z namysłem. — Brzmi jak plan.
    Odwrócił głowę dopiero po chwili, żeby znów spojrzeć jej w oczy. Widząc jej minę roześmiał się wesoło.
    — Spokojnie, postaram nie wyglądać jak idiota – mruknął rozbawiony, unosząc brew. Pokręcił głową z udawaną powagą. — Wybiorę coś, co nie sprawi, że kelner ucieknie w popłochu. Ale skoro już mowa o twoim stroju, to… — zniżył głos i pochylił się ku niej — …chyba muszę cię ostrzec, że jeśli się ubierzesz tak ładnie, jak sobie wyobrażam, to randka może skończyć się szybciej niż planowaliśmy.
    Złapał jej dłoń i splótł ich palce, a potem zerknął na jej brzuch i na moment jego uśmiech zmiękł jeszcze bardziej. Mały żelek, który jeszcze nie miał imienia, ale już miał cały jego świat na własność. A kiedy przypomniała mu o operze, tylko przewrócił oczami.
    — Nie zapominaj, że wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będziesz mnie ciągnąć do rzeczy gorszych niż Mozart. — Wyszczerzył się krótko. — Ale jeśli serio chcesz tej wiedeńskiej… to rozważę. Może cię nie zostawię na parkingu. Może.
    Zaczął się śmiać, zanim jeszcze dokończył zdanie ten swobodny, znajomy śmiech, który rozjaśniał mu twarz i zupełnie nie pasował do mężczyzny, którym kiedyś był w Nowym Jorku. Bahamy wyciągały z niego tę miękką część. Tę, którą znała tylko ona. I nawet jeśli miała rację, że codziennie tak się na nią patrzył, to i tak miał zamiar robić to jeszcze częściej. Bo przez krótką chwilę, która mogła trwać dzień albo tydzień, mieli wszystko, co powinni mieć. Cichość. Czułość. I siebie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  55. To była jej cisza. Jej wybór, żeby nie zadawać więcej pytań. Carter nie zdawał sobie nawet sprawy, ile ją to kosztowało, że nie rozdrapywała, nie ciągnęła za język, nie sprawdzała, ile z tego, co jej powiedział, to cała prawda, a ile tylko to, na co był gotów. On myślał, że wszystko za nimi, a ona po prostu zdecydowała, że da temu miejsce, czas i oddech. Bo teraz nie była pora, żeby stawiać warunki. Nie wtedy, kiedy po raz pierwszy naprawdę dopuścił ją do siebie. Nie wtedy, kiedy wreszcie mówił.
    Bahamy nie smakowały jak błędy. Smakowały jak początek. Carter też to czuł choć nie wypowiadał tego na głos. Mistrz spychania wszystkiego na bok. Odsuwania niewygodnych spraw, zanim zdążyły dotknąć go naprawdę. On nie udawał, że problemów nie ma. On je wypierał, jakby w ogóle nigdy nie istniały. I choć wiedział, że to naiwne, to właśnie dlatego teraz, w tym miejscu, z nią, nie było żadnego FBI, żadnych przesłuchań, żadnych narkotyków, nieistniejącej premiery czy przełożonej trasy. Nie było klubu, nie było brudnych układów, nie było pytań bez odpowiedzi. Była tylko Sophia. Ich dziecko. I spokój. Jej dotyk. Jej śmiech. I to, jak patrzyła na niego z tym przeklętym błyskiem w oczach, który za każdym razem sprawiał, że nie potrzebował niczego więcej.
    Patrzył na nią uważnie, kiedy mówiła, że kocha, kiedy jest właśnie taki. Nie odpowiedział od razu. Palcami leniwie przesunął po jej udzie, znów nieco mocniej, jakby ten gest miał ją przyciągnąć jeszcze bliżej, choć już i tak prawie nie było między nimi przestrzeni.
    — „Taki”, to znaczy jaki? — mruknął jej wprost do skóry. Jego głos był przyciszony, lekko zachrypnięty od słońca i wody, ale pełen zaczepnej czułości. Nie odsunął się, nie spojrzał na nią od razu, jakby chciał, żeby odpowiedziała szczerze, bez tych jej uśmiechów, które czasem zakrywały prawdziwe emocje.
    Zaśmiał się cicho, gdy wspomniała o deserze.
    — No dobra. Deser najpierw. Potem rozważę, czy cię zaciągnąć z powrotem do willi. — Mruknął jej do ucha z uśmiechem, zanim musnął ustami jej skroń.
    Ale kiedy usłyszał, że chciałaby, by ich dziecko miało jego oczy i jego uśmiech, zamilkł na ułamek sekundy. Przez większość swojego życia Carter nie był pewien, czy chce, żeby ktokolwiek miał jego cokolwiek. Jego cechy, jego temperament, jego ciężar. Ale kiedy Sophia mówiła to z taką pewnością, z takim ciepłem… Chciał. Zamrugał wolno i nachylił się do niej znów, wtulając nos w zagłębienie jej szyi.
    — Oby tylko nie miało mojego charakteru… — mruknął z rozbawieniem. — Jeden taki w rodzinie wystarczy.
    I został tak przez chwilę, wtulony, spokojny, jakby właśnie w tym miejscu było jego centrum świata. Bo może… właśnie tu było.
    — Będzie miało twoje serce — mruknął cicho. — I to mi całkowicie wystarczy.
    Carter słuchał jej w ciszy, tej dobrej, tej, w której nie trzeba było nic mówić, żeby wszystko było jasne. W której każde słowo, każdy czuły gest znaczył więcej niż mogłaby ubrać w zdania. A może po prostu nie chciał nic mówić, żeby nie przerwać tej chwili. Bo jeśli czegoś nauczyło go to miejsce, ta ich wspólna ucieczka na Bahamy, to właśnie tego: że czasem lepiej nie ruszać, nie rozkładać wszystkiego na czynniki pierwsze. Że nie każda bliskość wymaga analizowania i że… niektóre rzeczy lepiej czynić, niż o nich mówić. Zacisnął lekko palce na jej udzie, ledwie zauważalnie, bardziej jak ciche „jestem”, niż jak odpowiedź. Bo był. Tutaj. Z nią. I chciał, żeby ten czas trwał.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  56. Carter słuchał jej w ciszy, z tej rzadkiej, uważnej, która zdarzała się tylko wtedy, kiedy naprawdę go coś poruszało. Nie przerywał, nie żartował, nie ucinał. Leżał obok niej, ciepły od słońca, ale w środku aż nazbyt świadomy tego, co właśnie mówiła.
    Nie zawsze miała go takiego. I wiedział, że to prawda. Wiedział też, że za każdym razem, kiedy przynosił jej wersję siebie, której nie powinna była dźwigać, ona i tak zostawała. Nie przez naiwność, tylko przez jakąś uporczywą, niezrozumiałą dla niego wiarę, że w nim naprawdę jest coś dobrego. Że można z tego sklecić życie. Dom. Rodzinę. Jej palec sunął po jego ramieniu, zatrzymując się przy motylu. Przymknął na moment oczy, jakby sam ten dotyk miał moc wytarcia z jego głowy wszystkich zmartwień.
    — Beztroski i pachnący kokosem, hm? — uśmiechnął się pod nosem, wciąż cicho. — Muszę częściej zabierać cię na Bahamy.
    Uśmiechnął się znowu, tym razem z większym rozbawieniem, gdy odpowiedziała na temat deseru.
    — Okej, okej. Deser i dopiero wtedy rozbieranie. Zgoda. — cmoknął ją lekko w skroń, a potem pozwolił sobie zatonąć na chwilę w jej włosach. Przez moment milczał, jakby ważył coś w sobie.
    — Jeśli nasze dziecko naprawdę wyciągnie ode mnie ten charakter… to mam nadzieję, że wyciągnie też od ciebie to coś, co sprawia, że się przy tobie wszystko uspokaja. Bo z samą moją pewnością siebie i ciętym językiem, to może być mały szatan, a nie potworek. — Zaśmiał się cicho, ale miękko. Potem spojrzał w stronę fal i przez chwilę milczał, zanim znów przesunął dłonią po jej udzie. Nie uśmiechnął się szeroko. Nie rzucił komentarza. Nie zażartował. Po prostu patrzył. Z tym spokojem, który tak rzadko gościł w jego spojrzeniu, a który teraz naprawdę tam był. Głęboko zakorzeniony, cichy, niemal miękki.
    Bo Sophia nie tylko go kochała takim, jaki mógłby być. Kochała go takim, jaki był teraz.
    Jego palce znów przesunęły się po jej udzie, tym razem bardziej świadomie, jakby jej dotyk na jego skórze wciąż tam był, a on chciał się odwzajemnić.
    — Nie wiem, czy świat jest gotowy na wersję nas w miniaturze… — mruknął z udawaną powagą. — Ale jeśli będzie miało twój upór i mój brak filtra, to zbankrutuję w ciągu pierwszego miesiąca, bo nie będę umiał niczego mu odmówić.
    Carter jeszcze przez chwilę wpatrywał się w linię horyzontu, jakby szukał tam czegoś, co mógłby jej obiecać. Czegoś namacalnego, prawdziwego, trwałego. Ale nie było tam niczego poza nieskończonym błękitem, słońcem i łagodnym ruchem fal. I może to właśnie wystarczało. Odwrócił się z powrotem do niej. Leżała spokojnie, z zamkniętymi oczami i tym wyrazem twarzy, który od zawsze kojarzył mu się z bezpiecznym miejscem. Jakby była portem. Jego własnym. Takim, do którego nie trzeba się tłumaczyć z burz, które przywozi się ze sobą. Pochylił się i musnął ustami jej brzuch, gest krótki, ale miękki, prawie niezauważalny, jak szept składany na skórze. Potem wrócił wzrokiem do jej twarzy.
    — Wiesz… czasem mam wrażenie, że to dziecko wybrało sobie najlepszy moment, żeby się pojawić — powiedział cicho, bez tego zwyczajowego zaczepnego tonu. Zawiesił głos. Palcami sięgnął do jej dłoni i splótł z nią palce. Uniósł wzrok na jej profil i przez moment tylko patrzył. Na rumieniec, który mimo opalenizny znowu wyłaził jej na policzki. Na te oczy, które potrafiły widzieć w nim więcej, niż sam sobie pozwalał dostrzec. Pozwolił sobie przez moment zostać w tej chwili. Z nią. Z nimi. Z całym światem ograniczonym do willi, kokosów i szumu oceanu.

    OdpowiedzUsuń
  57. Wieczorem Carter czekał na nią przy schodach, w holu na dole, już gotowy do wyjścia, ubrany w jasną, lnianą koszulę rozpiętą pod szyją i spodnie, które wyglądały na zbyt drogie, by były tak wygodne, jak wyglądały. Mimo to prezentował się w nich, jakby zostały stworzone tylko dla niego. W dłoni obracał powoli okulary przeciwsłoneczne, drugą głaskał Gigi po łbie, nachylony do niej nisko, jakby właśnie coś jej tłumaczył.
    — Nie rozszarp tu niczego, kiedy nas nie będzie, dobra? — mruknął do psa, który zamruczał coś pod nosem jakby na zgodę. — Bądź grzeczna, mała. — Pogładził ją po głowie i otrzymał w odpowiedzi tylko jedno machnięcie ogonem, jakby Gigi miała mu za złe, że zostaje. Oparł się potem nonszalancko o poręcz schodów, niecierpliwym spojrzeniem wodząc po stopniach, aż do momentu, gdy ją zobaczył. Sophia zeszła powoli, krokiem nieśpiesznym, jakby zupełnie nie była świadoma tego, co robi z jego oddechem. W pierwszym odruchu nie powiedział nic. Tylko wbił w nią spojrzenie tak intensywne, że przez chwilę wydawało się, jakby zapomniał, gdzie są i po co w ogóle wychodzili.
    — Cholera, Soph… — wyrwało mu się pod nosem, miękko, nisko, jakby dopiero co złapał oddech po długim wstrzymaniu. Nie potrzebował niczego więcej. Ani słów, ani żartów. Patrzył na nią tak, jakby reszta świata przestała istnieć, jakby to była właśnie ta chwila, w której przypomniał sobie, że choć tyle już razem przeszli, ona nadal potrafiła go zaskoczyć. I powalić na kolana, samym spojrzeniem.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  58. Carter nawet nie próbował ukrywać, jak na nią patrzy. Stał wciąż w holu, ale jego dłoń już oderwała się od głowy Gigi, która poszczekiwała lekko z rozbawienia, jakby wiedziała, że właśnie przestała być centrum jego uwagi. Uśmiechnął się, ale w tym uśmiechu było coś więcej, coś, co mówiło, że absolutnie nie był gotów. Ani na ten widok, ani na to, co przez niego właśnie poczuł.
    — Czy coś jest źle? — powtórzył i uniósł brew, jakby to był jakiś kiepski żart. — Tak — rzucił, zniżając lekko głos. — Za dobrze wyglądasz. To jest absolutnie nielegalne.
    Usta wykrzywiły mu się w półuśmiechu, tym z rodzaju tych, które poprzedzały kłopoty, albo rozkosznie długie opóźnienia w planie wieczoru. Gdy zeszła niżej, przesunął wzrokiem po jej sylwetce, powoli, bez pośpiechu, jakby zapamiętywał każdy fragment tej chwili. Jej skóra miała kolor słońca, materiał sukienki poruszał się przy każdym kroku z lekkością, która działała mu na zmysły bardziej niż powinna.
    — Zastrzeżenia? — powtórzył cicho, robiąc krok w jej stronę. Ich oczy były na tym samym poziomie. — Tylko jedno. To, że będę musiał czekać cały wieczór zanim będę miał mieć cię na wyłączność przez całą noc.
    Pochylił się jeszcze bliżej, muskając ustami jej skroń z niemal zbyt dużym opanowaniem. — I że muszę się powstrzymać, żeby nie wrócić z tobą teraz do sypialni — dodał szeptem tuż przy jej uchu. — Bo serio, Soph… Jeszcze chwila i powiesz mi, że ta sukienka miała być niewinna.
    Zniżył głos do półżartu, ale jego dłoń już spoczęła na jej plecach, obejmując ją łagodnie i z wyraźnym oporem przed puszczeniem. — Będziesz musiała mnie naprawdę pilnować przez całą kolację.
    Złapał jej spojrzenie i przez dłuższą chwilę tylko patrzył, bez słów, bez maski, bez gry. Tak po prostu. Jakby nie był w stanie wyobrazić sobie piękniejszego początku nocy niż właśnie to.
    Carter naprawdę się postarał. Nie mówił o tym wcześniej, nie zdradził żadnego szczegółu, a mimo to wszystko było dopięte na ostatni guzik, z jego inicjatywy, z jego cichego pragnienia, żeby dla niej, dla nich, ten wieczór był dokładnie taki, jaki powinien. Restauracja nie była typową, komercyjną przestrzenią z plastikowym uśmiechem obsługi. To był intymny zakątek na końcu plaży, oddzielony od reszty świata palmami, gęstą zielenią i miękkim światłem lampionów. Prowadziła tam wąska, ukryta ścieżka oświetlona rzędami świec, Carter trzymał ją za rękę przez całą drogę, nie puszczając ani na moment. Nie potrzebował słów, by powiedzieć, że wszystko to było dla niej.
    Stolik czekał. Ustawiony specjalnie dla nich stolik znajdował się pod drewnianym zadaszeniem oplecionym roślinami. Światła były miękkie, ciepłe, lampiony i sznurki światełek, które drgały lekko w wieczornym wietrze. Kolory nieba odbijały się w wodzie, tworząc płynne złoto, fiolet i pomarańcz. Blat stołu zdobiły niskie świece, dyskretnie zatopione w szkle, i ozdobne detale dopasowane do reszty, wszystko z myślą o estetyce i nastroju. Kelner podszedł dopiero wtedy, gdy Carter dał mu subtelny znak. Nawet obsługa była jakby częścią planu, niewidoczna, nienachalna, dająca im pełną prywatność. On sam wyglądał zaskakująco spokojnie, ubrany elegancko, ale bez przesady, biały, lekko rozpięty kołnierzyk i luźno podwinięte rękawy dodawały mu swobody, ale też tego nieuchwytnego uroku, który przyciągał spojrzenia. Wyglądał, jakby był częścią tego miejsca. Jakby to był jego świat. I może przez moment, właśnie w tej scenerii, naprawdę był. Bez brudnych układów, bez nocy, których nie pamiętał. Po prostu mężczyzna, który zakochał się i postanowił dać kobiecie, którą kocha, wszystko, co potrafił.
    Przesunął jej krzesło, pozwalając usiąść, i zanim sam zajął miejsce, pochylił się z cichym szeptem przy uchu.
    — Mam nadzieję, że jeszcze potrafię cię zaskoczyć...Tak, żebyś nie myślała, że szczyt mojego romantyzmu to zaciągnięcie cię do sypialni i zamówienie śniadania do łóżka…
    Nie potrzebował potwierdzenia. Jej spojrzenie wystarczyło. Ten wieczór był tylko ich i Carter właśnie na taki zasługiwał.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  59. Carter nie odpowiedział od razu. Patrzył na nią z tą charakterystyczną, nieco powstrzymywaną miną, która zwykle pojawiała się wtedy, gdy coś go rozczulało, ale nie chciał, by było to aż tak oczywiste. Palcem poprawił mankiet swojej koszuli, jakby potrzebował czegoś, żeby zająć ręce, bo myśli miał w tej chwili zajęte wyłącznie nią.
    — Nie chodziło o wykorzystanie sytuacji. — Odezwał się w końcu, tonem, w którym wybrzmiała nuta rozbawienia. — Po prostu… zobaczyłem, że zasnęłaś i pomyślałem, że to dobry moment, żeby coś załatwić.
    Carter uniósł brew, kątem ust wykrzywiając się w tym swoim zadowolonym półuśmiechu, który pojawiał się tylko wtedy, gdy był z siebie wyjątkowo zadowolony.
    — Kiedy zasypiasz z twarzą wtuloną w moją koszulę — odparł spokojnie, jakby to był najmocniejszy argument, jaki miał w zanadrzu. — W tym momencie oddajesz kontrolę, skarbie. Rzucasz ją z wdziękiem i całą słodyczą prosto w moje ręce. Nie mogłem nie skorzystać. — Wzruszył ramieniem.
    W jego głosie była miękka nuta czułości. Ta, która zawsze pojawiała się, gdy próbowała być silniejsza niż było trzeba. Gdy udawała, że może wszystko unieść sama. Był spokojny, lekko rozbawiony, ale też uważny. Szedł obok niej tym wyznaczonym lampionami szlakiem, ale mimo tej pozornej nonszalancji, wiedział dokładnie, co robi. Każdy detal tego wieczoru został przez niego zaplanowany z myślą o niej. O tym, co lubi, czego potrzebuje. O tej jej drobnej potrzebie bycia zaskakiwaną, ale bez presji. I o tym, jak potrafiła cieszyć się nawet drobiazgiem, co wciąż go zaskakiwało.
    — I nie porównuj tego do galerii. — Dodał zaraz. — Galeria miała jeden cel. — Nachylił się nieznacznie przez stół, zmniejszając dystans. — Zawrócić ci w głowie.
    Nie musiała mówić, czy się udało. Wiedział, że tak. Spojrzał na nią z ukosa, jakby mierzył efekt swoich własnych słów. Może i rzadko o tym mówił, ale czuł potrzebę, żeby robić coś dla niej. Nie jako gest wynagrodzenia czy przeprosin, nie z powodu napięć, które zostawili za sobą, ale po prostu z czystej potrzeby dawania. Z tej najbardziej pierwotnej chęci pokazania: jesteś dla mnie najważniejsza. I zasługujesz na więcej niż codzienność.
    — Poza tym, spójrz, Soph… — rzucił cicho, głową wskazując otaczający ich pejzaż. — Jesteśmy na pieprzonej wyspie, z zachodem słońca, świecami, ciepłym oceanem. I nikt nas nie zna.
    I tak, właśnie to miało dla niego znaczenie. Nikt ich nie oceniał. Nie patrzył przez pryzmat tego, kim byli. Carter nie był tu raperem, ani właścicielem klubu. Nie było dramatu. Ani przeszłości. Bardziej domowo, bardziej intymnie, ale też dojrzalej. Z brzuszkiem pod sukienką, który delikatnie się zarysowywał, z wieczorem, w którym nie musieli już sobie niczego udowadniać. Po prostu byli, razem, spokojni, syci, przepełnieni ciszą, której nie trzeba było łatać słowami. Tylko ta chwila. I to spojrzenie, które na nim zawiesiła. Tego potrzebował najbardziej.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  60. Carter nie od razu odpowiedział. Patrzył na nią z tym cichym zachwytem, który nie potrzebował słów. Jakby przez sekundę zapomniał, jak się mówi, i nie było mu to do niczego potrzebne. Bo wszystko, co chciał jej przekazać, miała już wypisane na twarzy i on to widział. Czuł to z każdą sekundą, z każdym uderzeniem ciepła, które szło od niej jak impuls. Jak coś, czego nie dało się pomylić z niczym innym. Przesunął wzrokiem po jej sylwetce, po blasku świecy tańczącym na kościach jej policzków, po tym uśmiechu, który był trochę rozbrajający, a trochę niebezpieczny. A potem ten tekst. Obiecałeś, że wieczór skończy się we mnie. Słowa zabrzmiały miękko, ale pewnie, dokładnie tak, jak Sophia potrafiła, z pozorną lekkością i tym wszystkim, co pod tą lekkością się gotowało. Carter westchnął cicho, pod nosem, z tym charakterystycznym grymasem, który był równie dobrze wyrazem pożądania, jak i rozbawienia.
    Celowo nie usiadł na przeciwko niej, ale tak, by mieć ją w zasięgu dłoni, ramienia, ust. Pochylił się jeszcze bliżej, tak blisko, że ciepło jego oddechu zatańczyło na skórze jej szyi, a końcówki słów, które wypowiadał, niemal muskały miękką krzywiznę jej ucha. Mówił szeptem, niskim, pełnym obietnic głosem, który nie potrzebował być głośny, by zabrzmieć poważnie.
    — Dzisiejszy wieczór też się tak skończy. — Nie odsunął się jakby nie chciał zbyt szybko oderwać się od jej zapachu, od tej miękkiej bliskości, która pachniała słońcem, skórą i czymś, co było tylko Soph. — W tobie… — mruknął przy jej uchu, z głosem niższym niż zwykle, prawie jakby mówił to bardziej do jej skóry niż do niej samej. — Ty dostaniesz swój deser tutaj, aniołku.
    Zatrzymał się, a jego usta zahaczyły o kącik jej szczęki, ledwie dotykając skóry. Potem wyprostował się powoli i sięgnął po swoją szklankę z whisky, patrząc na nią znad krawędzi szkła z tym znajomym błyskiem. — A ja dostanę swój w domu.
    Nie dał jej czasu na reakcję. Zanim jeszcze zdążyła odpowiedzieć, odruchowo, słowem, spojrzeniem czy samym oddechem, pochylił się odrobinę niżej i złożył powolny, świadomy pocałunek tuż pod jej uchem. Cichy, ciepły, tak precyzyjny, że przeszył ją dreszczem od karku aż po końce palców. Został tam na sekundę dłużej, jakby chciał, by to uczucie zostało z nią tak długo, jak to możliwe. Dopiero wtedy się wyprostował, spokojnie, bez pośpiechu, jakby nic się nie stało, choć dobrze wiedział, że wszystko właśnie się stało. I zostawił po sobie ten znajomy, niebezpieczny błysk w oczach, ten, który mówił, że dokładnie wie, co zrobił. I że zrobi to znowu.
    — To miała być motywacja, Soph. — Uniósł lekko brew, zerkając na nią znad kieliszka. — A nie groźba.
    Żart był oczywisty. Ale głos miał niski, lekko ochrypły, jakby sam się złapał na tym, że wypowiedzenie tych słów przy niej… znowu uruchomiło coś, co ledwo chwilę temu próbował opanować. Pochylił się nieco przez stół, jakby bezwiednie. Jakby ona go przyciągała czymś więcej niż tylko słowami. W oczach miał ciepło i ten błysk, który pojawiał się, gdy naprawdę był tu. Cały. Bez ściany. Bez dystansu. Bez Zaire’a. Tylko on. Zamilkł, kiedy wspomniała o szczęściu. To słowo… zatrzymało go. Nie tak, jakby się z nim nie zgadzał. Bardziej jakby go dotknęło. W jakiś zaskakujący sposób. Bo tak, Sophia miała rację. Ale słysząc to od niej, wypowiedziane na głos, poczuł, jak coś w nim lekko się cofa. Nie z powodu strachu, tylko tego znajomego uczucia, które odzywało się zawsze, kiedy było zbyt dobrze. Zbyt cicho. Jakby wewnętrznie nasłuchiwał, czy zaraz coś tego nie rozpieprzy.

    OdpowiedzUsuń
  61. Nie spuszczał z niej wzroku, jakby chciał zapamiętać dokładnie sposób, w jaki wypowiedziała te słowa. Ich ciężar. Ich miękkość. Oparł się lekko o stół, nieco bardziej do niej pochylony, jakby chciał jeszcze wyraźniej być tylko dla niej, tylko tu i tylko teraz.
    — Jestem szczęśliwy — powiedział cicho, ale pewnie. — Właśnie tu. Z tobą. Gdybyś mi powiedziała, że mam zapomnieć o wszystkim innym i zostać tak już do końca świata, zrobiłbym to bez zawahania.
    Spojrzał na nią spokojnie, z tą rzadką szczerością, której nie rozdawał byle komu. — Nawet kiedy zasypiasz w środku zdania... — dodał z uśmiechem, by rozładować napięcie. Ale coś w jego głosie zdradzało, że nie żartował w tej najważniejszej części. Że naprawdę był szczęśliwy. Że potrzebował właśnie tej ciszy między nimi, tych drobnych uśmiechów i niepowiedzianych „kocham cię”, które niosło każde spojrzenie.
    — Nie wyobrażam sobie już innego życia — dodał cicho, jakby dopiero teraz sam to przyznał przed sobą. Nie padło to jako wyznanie rzucane w uniesieniu. Przeciwnie, brzmiało prawdziwie, spokojnie, dojrzale. Jak coś, co musiało w nim dojrzeć z czasem. Jak coś, co dotarło do niego dopiero teraz, tutaj, gdy patrzył na nią przy tym idealnie przygotowanym stole, gdzieś pośrodku tropikalnej ciszy, z dala od wszystkiego, co kiedyś uważał za swoje życie.
    Nie chodziło tylko o miejsce. Ani nawet o tę jedną chwilę. Chodziło o nią. O to, że była tu z nim. Carter skinął głową, jakby chciał przypieczętować własne słowa, dla niej, ale i dla siebie.
    — Mam dokładnie to, czego potrzebuję. Ciebie. Nas. To wszystko. — powiedział jeszcze ciszej. Po chwili nachylił się znów, nie tak jak wcześniej, z rozmysłem, z tym ledwie uchwytnym napięciem. Pocałował ją pod uchem. Wolno. Miękko. Tak, jakby chciał zaznaczyć na niej własny spokój. Własne pragnienie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  62. Carter przyglądał się jej z tą znajomą, rozbrajającą pewnością siebie, Nachylił się raz jeszcze, z tym powolnym uśmiechem, który miał w sobie wszystko: obietnicę, ostrzeżenie, czułość i czyste skupienie. Jego głos był cichy, obniżony, niemal szepczący.
    — O, skarbie… — mruknął tuż przy jej uchu, zmysłowo, z taką precyzją, jakby każde słowo ważył na języku. — Ten deser… wezmę dokładnie tak, jak lubię. Powoli. Zachłannie. I nie zostawię ani kawałka.
    Zanim zdążyła odpowiedzieć, jego usta znów musnęły jej szyję, tuż pod uchem, z miękkością, która tylko pozornie była niewinna. Po chwili się odsunął, ale spojrzenie zatrzymał na niej dłużej, głęboko, uparcie, jakby oceniał, ile jeszcze z niej zostało w jednym kawałku po tym, co zrobił.
    — Ale spokojnie. Twój też będzie. — dodał, tym razem już rozbawiony, choć nadal nisko. — Tylko nie tutaj. Nie chcę, żebyśmy zostali wyrzuceni przed daniem głównym.
    Mrugnął do niej z tym swoim przeklętym urokiem, który potrafił jednym zdaniem wywrócić wszystko do góry nogami. Potem sięgnął po whisky i upił łyk, jakby ten teatr, powolny, uwodzicielski, bezczelny, był czymś, co przychodziło mu równie naturalnie, jak oddychanie. A może właśnie tak było. Mówiąc to, Carter nie odrywał od niej wzroku. Jego dłoń, z początku oparta niewinnie o stół, powoli przesunęła się na jej kolano, niby mimochodem, jakby zupełnie bez znaczenia, a jednak wszystko w tym dotyku było celowe. Opuszki jego palców zatrzymały się tam tylko na moment, po czym zaczęły powoli sunąć w górę, napotykając jedwabisty materiał sukienki. Sophia mogła poczuć, jak przy każdym centymetrze jego dłoń staje się pewniejsza, odważniejsza. Gładził ją lekko, z premedytacją, jakby sprawdzał, czy zadrży… czy się wycofa. Dotarł aż do wewnętrznej strony jej uda, zatrzymując się tuż tam, gdzie granica powinna była zostać postawiona. Ale żadne z nich nie myślało o granicach. Carter nachylił się delikatnie, jakby wciąż mówił tylko o jedzeniu, jakby byli po prostu parą rozmawiającą przy romantycznej kolacji, a nie dokładnie tym, czym właśnie się stawali, tą niecierpliwą, nierozsądną wersją siebie nawzajem, która odpalała się tylko w takich chwilach. Zaczekał, aż Sophia znów uniesie na niego wzrok. I kiedy ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się zaczepnie, z tą surową łagodnością, która była jego znakiem rozpoznawczym.
    — Lubię, kiedy jesteś taka zmotywowana… — mruknął cicho. Jego oddech był spokojny, jakby to nie on właśnie przetestował granice ich wspólnego opanowania. Kiedy splotło ich dłonie razem uśmiechną się, na to małe zwycięstwo. Zerknął na nią z boku, zaczepnie, jakby właśnie usłyszał coś zupełnie nowego i z góry postanowił to wykorzystać przeciwko niej.
    — Mówisz, że utknąłem, hm? — powtórzył, jakby testował smak tego słowa. Potem nachylił się znów nieznacznie, bliżej. Na tyle, by nie usłyszał go nikt poza nią. — Brzmi jak najprzyjemniejsza pułapka, w jaką kiedykolwiek wpadłem.
    Uśmiechnął się tak, jak tylko on potrafił, z tym ledwie widocznym błyskiem w oku i spokojem kogoś, kto przestał uciekać. A potem, po chwili milczenia, znów ścisnął jej dłoń – mocniej, pewniej.
    — Wiesz… — dodał cicho. — Czasem mam wrażenie, że całe to życie przed tobą to było tylko czekanie. Na was.
    I jakby wcale nie powiedział właśnie czegoś, co wywróciło mu serce do góry nogami, sięgnął po truskawkę ze stojącej między nimi miseczki i całkowicie bezczelnie ją zjadł, z tą samą niewinną miną, którą czasem miewał, kiedy wiedział, że zrobił coś niemożliwie rozbrajającego. Rozsiadł się wygodniej, jakby nie padły tu żadne wielkie słowa, żadna deklaracja, żadna cicha obietnica, jakby to nie on przed chwilą wyznał jej, że całe swoje życie dzieli teraz na „przed” i „z tobą”. Zamruczał z zadowoleniem pod nosem, oblizując opuszki palców z odrobiny soku i dopiero wtedy zerknął na nią kątem oka, zupełnie spokojnie, jakby truskawki były najważniejszą rzeczą, jaka wydarzyła się w tej chwili.
    — Co? — spytał niewinnie, gdy przyłapał ją na tym spojrzeniu.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  63. — Myślę, że możemy już przestawić ją na stół.
    To Lucy odpowiedziała na pytanie zadane przez Sophię, niemalże bezszelestnie zjawiwszy się w jadalni. Uśmiechnęła się do dziewczynek szeroko, ale sposób, w jaki układały się w łuk jej wargi sugerował, że w tym uśmiechu był cień smutku – Kevin nie miał opuścić swojego gabinetu, żeby z nimi zjeść. Zaraz rozpoczynał spotkanie, później chciał popracować nad dokumentami i pewnie jak w każdy inny dzień, miał położyć się spać na długo po pozostałych domownikach. Nie stał się pracoholikiem z dnia na dzień – Maxine pamiętała go takim zawsze. Zawsze zapracowanym, zawsze zajętym, zawsze gdzieś pędzącym. Za to samo zaangażowanie, za które Kevina uwielbiali jego wyborcy, przeklinała go jego własna rodzina, choć jednocześnie Maxine nie mogłaby powiedzieć, że mimo że ojciec był w jej życiu, to pozostawał nieobecny. Miała z nim naprawdę wiele cennych wspomnień i miała jego uwagę za każdym razem, kiedy tego potrzebowała, nawet jeśli musiała zaznaczyć, że tak, naprawdę tej uwagi potrzebuje i nie jest to kaprys ani nic, co mogłoby poczekać. Kevin stawał na wysokości zadania, tak w pracy, jak i w życiu prywatnym, ponieważ kiedy Lucy miała zawał, potrafił zawiesić polityczną karierę i zająć się rodziną. Być może zarówno Lucy, jak i Maxine mogły mu co nieco zarzucić, ale nie mogły powiedzieć, że Kevin się nie starał i że ich nie kochał – starał się i kochał, na swój sposób, dbając o nie obie, choć czasem wydawało im się, że polityka była nie tylko jego pasją, ale też największą życiową miłością. Przewrotnie, ceniły to w nim i dopingowały go, bo kiedy już Kevin wypełzł ze swojego gabinetu, był dobrym mężem i dobrym ojcem.
    Do stołu usiadły we trójkę. Sophia i Maxine obok siebie, Lucy naprzeciwko nich, uprzednio na każdy z trzech talerzy nałożywszy solidną porcję wciąż parującej zapiekanki. Dwudziestoparolatki od razu zabrały się za jedzenie, zupełnie nieczułe na to, że parzą sobie podniebienia. Lucy przyglądała się temu z rosnącym rozbawieniem, ale i zadowoleniem, a kiedy wszystkie nasyciły pierwszy głód, zaczęły niezobowiązująco rozmawiać o wszystkim i o niczym. Lucy, jako doświadczona prawniczka, potrafiła prowadzić rozmowę tak, by poruszać tematy miłe i lekkie, a omijać te, które mogły wywołać dyskomfort. Stąd posiłek minął im w naprawdę przyjemnej atmosferze, a butelka przyniesionego przez Moreirę wina została opróżniona ponad w połowie
    Tę butelkę zupełnie otwarcie dziewczynki zabrały ze sobą na górę, do pokoju Max. Objedzone dwiema porcjami zapiekanki, dopchane sałatką i rozluźnione winem, które zresztą zamierzały dokończyć, pożegnały się z Lucy, uprzednio pomógłszy jej sprzątnąć ze stołu i pokonały dwie kondygnacje schodów, by dotrzeć na trzecie piętro kamienicy, gdzie mieścił się między innymi przestronny pokój Maxine.
    Znalazłszy się u siebie, Riley dokonała małego przemeblowania. Spod ściany na środek pokoju wyciągnęła dwie, duże i miękkie pufy, najpierw jedną, potem drugą i ustawiła przy łóżku, które stało pod oknem. Przed pufy przesunęła niski stoliczek, by na nim ustawić przyniesione z dołu dwa kieliszki, butelkę i dwie paczki chipsów. Dolawszy im wina, chwyciła jeden z kieliszków z wysoką nóżką i zapadła się w pufie, moszcząc się w niej wygodnie. Upiwszy łyk alkoholu, popatrzyła na Sophię, która zrobiła dokładnie to samo.
    Maxine odezwała się pierwsza, uprzedziwszy drugą brunetkę, która już otwierała usta – była pewna, że Sophia chce zasypać ją gradem tak zwanych pytań pomocniczych, więc zdecydowała się ją uprzedzić i nie rozdrabniać się, a spuścić na nią tę bombę, którą miała w zanadrzu przez cały obiad.
    — Chyba mam siostrę bliźniaczkę, Soph — wypaliła zatem, tak po prostu, wzrok mając utkwiony w przyjaciółce. Zaczęła od sedna sprawy – od jej końca, zamiast od początku, ale do tego początku bez wątpienia miały jeszcze dojść, bo też Maxine zamierzała dopuścić Sophię do głosu i pozwolić jej na zadanie tych licznych pytań, które cisnęły się Moreirze na usta po wyznaniu Riley.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — To jest ten ktoś, kto chodzi mi po głowie. Dziewczyna, która wygląda dokładnie tak samo, jak ja. Patrzę na nią i mam wrażenie, jakbym przeglądała się w lustrze. Bo wpadłyśmy na siebie na imprezie integracyjnej krótko po rozpoczęciu semestru, wiesz? Jest jedną ze studentek z wymiany — tłumaczyła chaotycznie, próbując nakreślić Sophii to, co zaszło. W końcu urwała, a potem przytknęła kieliszek do ust i łapczywie wychyliła całą jego zawartość, jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Nie pomogło.

      MAXINE RILEY

      Usuń
  64. Carter nie poruszył się ani o milimetr, gdy nachyliła się do przodu, ale mięśnie jego uda napięły się wyczuwalnie pod jej dłonią, jakby każda jego reakcja była dla niej zarezerwowana, jakby ciało mówiło za niego, zanim jeszcze zdążył coś powiedzieć. Przyjął jej pocałunek z tą samą czułością, z jaką go złożyła. Z zamkniętymi oczami. Bez potrzeby odpowiedzi, przynajmniej nie od razu. Dłoń wciąż spoczywała na jej udzie. Nie ruszył jej. Jakby to miejsce było teraz naturalnym przedłużeniem ich rozmowy. Jej ciepło, jej bliskość, jej pewność.
    Spojrzał na nią i przez moment nie odezwał się wcale. Może nie potrzebował. Może patrzył właśnie na wszystko, czego przez tyle lat nie potrafił sobie nawet wyobrazić. Sophia wyglądała, jakby należała dokładnie tutaj. Jakby nie istniał żaden inny świat poza tym z nią. Bez pośpiechu, bez przerywania, jakby każde jej słowo było czymś, czego nie chciał przegapić, jakby próbował je złapać między palce, nim rozproszą się w ciepłym powietrzu. Ta wersja Sophii… spokojna, obecna, przejęta, należała tylko do niego. A on, mimo wszystkich głupot, które potrafił robić, doskonale to rozumiał. Czuł ciężar tej chwili. I czuł jej lekkość zarazem. To, że to właśnie było ich życiem. Ich codziennością. Ich rzeczywistością, która kiedyś wydawała się tak niemożliwa. Uśmiechnął się krzywo, przekręcając lekko głowę, gdy wypowiedziała to ostatnie zdanie. Truskawkę zdążył już zjeść, z pełnym spokojem, niemal przekornie, ale teraz na jego twarzy pojawił się ten cień, który zdradzał więcej, niż powiedziałby na głos. Zadowolenie. Czułość. Ciche „wiem”. Jego dłoń znów przesunęła się lekko po jej udzie, tym razem z większą ostrożnością. Nie musiał nic robić więcej. Sophia już była jego. Cała. Teraz, tutaj, przy tym stoliku, w tej rzeczywistości, w której nie było niczego poza nimi. W tej pułapce, o której mówiła, jednej z tych, w których chce się być.
    Carter uniósł nieco brew, zerkając na nią z ukosa. W kąciku jego ust zamajaczył ten znajomy, zaczepny uśmiech. Był już prawie pewien, że ją ma. Nie musiała tego mówić. Siedziała przed nim rozgrzana, cała w tym słodkim zawieszeniu pomiędzy „jeszcze tutaj” a „już zaraz wracamy”. Cała jej była jedną wielką reakcją na jego dotyk i słowa. Tylko dlatego jeszcze siedzieli – bo oboje lubili tę grę.
    — Cholera… Soph… — zaczął, a potem zawiesił głos na sekundę, tylko po to, by uśmiechnąć się jeszcze szerzej. — Czy ty mnie właśnie podrywasz?
    Znowu ten uśmiech. Pewny siebie, rozleniwiony. Trochę wyzwanie, a trochę obietnica. Nie przestawał jej dotykać, robił to powoli, celowo, z tą świadomością, która potrafiła doprowadzić ją do szału.
    — Lubię, kiedy tak na mnie patrzysz — rzucił cicho, trzymając jej spojrzenie. Wciąż przesuwając powoli opuszkami po jej udzie, jakby badał granicę… której i tak nie miał zamiaru respektować. — Jeszcze chwila i będziesz gotowa rzucić się na mnie przy tym stoliku.
    A potem znowu sięgnął po truskawkę. Jedną, jakby nic się nie działo. Włożył ją do ust i patrzył na nią tak, jakby wcale nie robił nic, a robił wszystko. Brzmiało to lekko i bezczelnie zarazem. Uniósł lekko brwi, dając jej przestrzeń do odpowiedzi, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, dodał jeszcze, niżej i z ciepłym rozbawieniem:
    — Bo jeśli tak… to bardzo ci to idzie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  65. Carter uśmiechnął się tak, jak potrafił tylko wtedy, gdy była z nim w ten sposób, rozluźniona, odważna, z błyskiem w oku, który nie dawał mu żadnego wyboru. Lubił ten błysk. Lubił wszystko, co zwiastował. Jego spojrzenie, do tej pory miękkie, nagle przygasło od intensywności. Przez dłuższą chwilę jedynie patrzył na Sophię z tym spokojem, który był zupełnie mylący, bo pod nim kryło się wszystko oprócz spokoju. Iskry igrały w spojrzeniu, kącik ust unosił się nieznacznie, jakby ledwie powstrzymywał się przed komentarzem. Bez zapowiedzi, bez mrugnięcia okiem, sięgnął do jej krzesła i w jednej płynnej chwili przyciągnął je bliżej siebie. Metal zaskrzypiał delikatnie, a nogi mebla zsunęły się po podłożu, przesuwając Sophię tak blisko, że kolana niemal stykały się z jego udem. Jego dłoń wciąż spoczywała na stole, dla postronnego oka wyglądał niemal jak opanowany dżentelmen, który po prostu poprawia jej miejsce przy kolacji. Ale wystarczyło spojrzeć mu w oczy, by wiedzieć, że to nie był dżentelmen. Gdy tylko Sophia znalazła się wystarczająco blisko, Carter powrócił dłonią na jej udo. Tym razem jednak nie był to już powolny, czuły gest. Przesunął dłoń zdecydowanie, pewnie, ale bez pośpiechu, zjeżdżając po jedwabistej tkaninie sukienki, aż dotarł do miejsca, w którym materiał się rozchylał w rozcięciu. I właśnie tam wślizgnął dłoń pod spód. Ciepło jego skóry zderzyło się z czułą, odsłoniętą skórą jej uda, a potem przesunęło się wyżej. Przesunął kciukiem po wnętrzu jej uda, nieco niżej, niż dotąd, a potem, zgodnie z jej życzeniem powoli, świadomie, podciągnął dłoń wyżej. Prawie nie mrugnął. Jakby w tej chwili nie było nic bardziej istotnego niż jej cichy szept i to, jak odpowie na niego bez słów.
    — Tak? Tu? — zapytał, opierając się na jej udzie ciężarem palców. — A może tutaj…?
    Zaczął przesuwać się nieco wyżej, ale zrobił to z taką powolnością i precyzją, jakby każda sekunda była z premedytacją wymierzona w jej cierpliwość. Patrzył jej przy tym prosto w oczy. Bezczelnie. Z tą charakterystyczną pewnością siebie, która mówiła wszystko, że wie, co robi i dokładnie, jaki efekt wywołuje.
    Jeśli to był test, a Carter podejrzewał, że dokładnie to się właśnie działo, to Sophia naprawdę nie miała pojęcia, jak wiele był w stanie zrobić, żeby ten test zdać celująco. Nie był z tych, co się cofają, kiedy robi się zbyt ciasno pod stołem i zbyt gorąco w spojrzeniu. Nie z tych, co puszczają sygnały mimo uszu. On je chłonął. Każdy jeden. Patrzył na nią z ukosa, z tą charakterystyczną dla siebie mieszanką niedowierzania i rozbawienia, która czaiła się w kąciku ust.
    — Zawsze wiesz, co powiedzieć, żeby mnie nie puścić z tej pułapki — szepnął, nachylając się, tak by jego usta znów znalazły się przy jej uchu. — Ale wiesz, Soph… nie jestem pewien, czy naprawdę chcesz, żebym zrobił to tutaj.
    Pozwolił, by jego oddech zatańczył jej na szyi, a potem znów wyprostował się powoli, zostawiając dłoń dokładnie tam, gdzie jej zażyczyła, na granicy, której przekroczenie byłoby już obietnicą.

    OdpowiedzUsuń
  66. Patrzył, jak jej pierś unosi się w szybkim oddechu, jak jej spojrzenie na moment się rozprasza. I wtedy, jakby nic się nie stało, sięgnął drugą ręką po kieliszek z whisky i upił łyk.
    — Ale jak nie podadzą zaraz kolacji, to nie ręczę za siebie — rzucił, prawie niewinnie, ale jego dłoń nie drgnęła ani o milimetr. — Jesteś dzisiaj rozkosznie niegrzeczna, motylku. — Zrobił pauzę, teatralną, niemal przesadnie poważną, jakby naprawdę był zgorszony. Oczywiście nie był. Wręcz przeciwnie, rozkoszował się tą wersją Sophii. — Taka cicha, grzeczna, śpiąca w ciągu dnia… a tu nagle takie… rzeczy — dodał, przeciągając ostatnie słowo z udawaną konsternacją. Nachylił się do niej znowu, tym razem nieco niżej, wolniej, z tym niepokojąco spokojnym wyrazem twarzy, który zapowiadał kłopoty, te najlepsze. Pochylił się nieznacznie, zbliżając usta do jej ucha. Westchnął tak, że jej skóra zadrżała. — Wiesz, że to ty zaczęłaś tę grę… — mruknął. — Więc nie miej pretensji, jeśli nie pozwolę ci jej wygrać.
    Carter nie spuszczał z niej wzroku, ani przez moment. Milczał, jakby czekał na to, czy Sophia się poruszy, zaprotestuje albo coś powie. Uśmiechnął się pod nosem, a jego palce znowu poruszyły się na jej udzie, nieznacznie, niby odruchowo, a przecież z pełną świadomością, jak działa na nią każdy najmniejszy gest.
    — Tylko potem nie mów, że to moja wina, że kolacja wystygła — mruknął jeszcze i wolną ręką sięgnął po kolejną truskawkę, jakby zupełnie nie przejmował się napięciem, które między nimi narastało z każdą sekundą. Wsunął ją do ust bez pośpiechu, znów bezczelnie nie odrywając wzroku od jej twarzy. — A ty chyba jesteś głodna. Tylko nie wiem, czy bardziej kolacji… czy mnie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  67. Carter uniósł nieznacznie brew, słysząc jej słowa. Spokój, z jakim je wypowiadała, tylko podsycał w nim to rozbawione, rozpalone napięcie, które z każdą minutą gęstniało między nimi jak tropikalne powietrze, lepkie i ciepłe, osiadające na skórze jak obietnica. Jej pytanie „czy coś cię powstrzymuje?” miało w sobie prowokację, ale i coś więcej. Jakby rzucała mu wyzwanie, którego doskonale wiedziała, że nie zignoruje. Nachylił się jeszcze raz, tym razem powoli, niemal leniwie, jakby każda sekunda była celowo przeciągana, by napiąć struny między nimi do granic wytrzymałości. Czołem otarł się delikatnie o jej skroń, a jego głos, obniżony i ochrypły, dotknął jej ucha jak miękka tkanina.
    — Gdybyś mnie testowała… — zaczął cicho, przesuwając opuszki palców jeszcze wyżej, niemal bezwstydnie, ale nadal z tą precyzyjną kontrolą, którą znała aż za dobrze. — …to powinnaś wiedzieć, że jestem zdolny do wielu rzeczy. Zwłaszcza, kiedy w ten sposób prosisz.
    Przerwał na sekundę, uśmiechając się pod nosem, gdy jej ciało wyraźnie zareagowało na jego dotyk. Przesunął kciukiem po wnętrzu jej uda, zanim odchylił się delikatnie, znów patrząc na nią z bliska, rozbawiony i rozpalony zarazem. Pochylił się ponownie, tym razem niżej — ustami musnął kącik jej ust, tak lekko, że równie dobrze mogłaby to sobie wyobrazić.
    — Ty jesteś niemożliwa. — Mruknął. — Nie. Ty jesteś czystą prowokacją, Sophia. — Wsunął dłoń odrobinę wyżej, dosłownie o kilka centymetrów, ale wystarczyło, by poczuła napięcie w całym ciele. — I chyba ci się to… bardzo podoba. — Uśmiech rozciągnął mu się kącikach ust. Nie był to jednak ten miękki, czuły uśmiech, który potrafił jej dać w kuchni, kiedy była w jego bluzie i z kubkiem kawy w dłoni. Ten był nieco zadziorny, z błyskiem przewagi i lekkością kogoś, kto miał zamiar sięgnąć po dokładnie to, czego chciał.
    — A ja… sam nie wiem, czy cię pochwalić czy przywołać do porządku.
    Zawiesił głos, rozbawiony, jakby sam nie dowierzał w to, co za chwilę powie. Wciąż trzymał ją blisko. Jego dłoń, pewna, powolna, ciepła, wciąż spoczywała na jej udzie, pod materiałem sukienki, już zupełnie bez wstydu. Przesuwał palcami w górę i w dół, tylko po to, by przypominać jej, że jeszcze tam jest. Że mógłby więcej. Że zrobi więcej.
    — Ale skoro prosisz — dodał z przesadnie niewinnym tonem. — Byłoby to niestosowne , gdybym ci odmówił, prawda?
    I nie odsunął ręki. Wciąż tam była. Wciąż delikatnie głaskała jej skórę, zataczając kręgi na tyle leniwe i niepozorne, by z zewnątrz wydawały się tylko przyjacielskim gestem. Ale każde kolejne muśnięcie mówiło jej, że ten wieczór, niezależnie od tego, kiedy wrócą do willi, już dawno przestał być tylko kolacją. Delikatnie, niemal czule, przesunął kciukiem po wrażliwej skórze tuż przy krawędzi jej bielizny. — Chcesz żebym przestał? — zapytał, zerkając na nią spod przymkniętych powiek, głosem zbyt spokojnym, by był bezpieczny. — Czy chcesz się przekonać, jak dobrze pamiętam, co robi ci dobrze?
    Nie potrzebował odpowiedzi. Już ją widział w jej oczach, w tym, jak ciało Sophii napięło się pod jego dotykiem. W tym, że nie cofnęła się nawet o milimetr. Carter był pewny jednego: nie potrzebował żadnych gier, żeby ją rozbroić. Ale skoro ona postanowiła grać, to grał razem z nią. Na własnych zasadach.
    Carter uniósł brew, a kącik jego ust zadrżał w tym rozbrajająco pewnym siebie uśmiechu.
    — Też chcesz jedną, hm? — powtórzył sennie, przeciągając słowa, jakby się nad tym głęboko zastanawiał, choć wcale nie musiał. Od razu wiedział, co zrobi. Jego głos był niski, miękki, z tą charakterystyczną dla niego nutą rozbawienia i napięcia, która zawsze czaiła się pod powierzchnią.

    OdpowiedzUsuń
  68. Sięgnął po kolejną truskawkę, powoli i metodycznie. Nachylił się jeszcze bliżej, tak że dzieliły ich tylko centymetry. Palcami drugiej dłoni, tej która wciąż spoczywała pod jej sukienką, przesunął leniwie wyżej, znów, o odrobinę. Tak, jakby sam testował, jak wiele jeszcze z niej wyczyta.
    — Otwórz usta, Soph — powiedział cicho. To nie był rozkaz, ale brzmiał zbyt pewnie, by go nie wykonać. Zbyt miękko, by był niebezpieczny, a jednak… czuć było w nim coś więcej. Zapowiedź. Obietnicę. Napięcie, które już pulsowało między nimi jak oddzielna siła. I może właśnie dlatego tak zadrżała. Truskawka unosiła się w powietrzu, zatrzymana tuż przy jej ustach. Carter milczał. Uśmiechał się lekko, jakby znów rozgrywał z nią jakąś niewinną partię, której zasady znał tylko on. Ale przecież doskonale wiedział, że Sophia była już tak blisko utraty kontroli, jak on sam.
    — No? — dodał, zniżając głos niemal do mruknięcia. — Chyba nie będziesz się droczyć, skoro tak bardzo chciałaś.
    Zamarł na moment, nie dlatego, że był zaskoczony, tylko dlatego, że nagle jego myśli przesunęły się o krok dalej niż sama prośba o owoc. Kąciki jego ust uniosły się powoli, bardzo powoli, jakby z opóźnieniem, a spojrzenie, które jej rzucił spod półprzymkniętych powiek, było cięższe niż tropikalne powietrze wokół nich. Kiedy zrobiła to, o co poprosił, włożył jej truskawkę do ust z tą samą uwagą, z jaką chwilę wcześniej wsunął dłoń pod jej sukienkę. Palcami dotknął na moment jej wargi. Przez chwilę patrzył, jak oblizuje wargę. Jak próbuje zachować pozory spokoju, choć dobrze widział, że w środku się gotuje. Carter spojrzał na nią tak, jakby właśnie w tym momencie miał porzucić wszelkie pozory grzeczności. A potem tylko westchnął cicho, głęboko, przeciągle, z tym znajomym przeciągnięciem, które zawsze poprzedzało jego niecenzuralne myśli, z których tylko część trafiała na głos. Nachylił się do niej znów, niby od niechcenia, ale był już tak blisko, że jego usta niemal dotykały jej ucha, a ciepły oddech pieścił skórę Sophii bez najmniejszego dotyku.
    — Chryste, Sophia… — mruknął, przechylając głowę i mrużąc oczy z taką intensywnością, że zrobiło się gorąco nawet między słowami. — Masz pojęcie, jak cholernie chciałbym cię teraz przelecieć? — mruknął półgłosem. — Tu. Teraz… — Zamilkł na moment, jakby się powstrzymywał. — Tak jak nigdy przedtem… — dodał ciszej. Spojrzał jej w oczy, uśmiechając się jak ktoś, kto doskonale wie, że właśnie powiedział za dużo. Ale nie żałował ani słowa. — Ale zrobisz ze mną wszystko, prawda?
    Wyprostował się i sięgnął po kieliszek, jakby powiedział właśnie coś zupełnie neutralnego, z pozornym spokojem, którego w nim nie było ani trochę. Nie, nie zamierzał się hamować jeszcze długo. Nie czekał na odpowiedź. Wsunął dłoń wyżej po jej udzie , znów. Gładko, pewnie. Przez rozcięcie materiału, aż czuła jego palce bezpośrednio na skórze.
    — Kiedy tak siedzisz… i prowokujesz… i patrzysz na mnie w ten sposób…
    Carter westchnął głęboko, przymykając oczy na ułamek sekundy, jakby próbował się opanować, choć dobrze wiedział, że z każdą minutą stawało się to trudniejsze. Jego dłoń wciąż spoczywała na jej udzie, jakby sam siebie nie chciał puścić z tej linii ognia.
    — Miałem z tobą porozmawiać, Soph. Naprawdę. — Odezwał się cicho, jakby z niedowierzaniem kręcąc głową. — Miałem powiedzieć ci kilka… poważnych rzeczy.
    Zerknął na nią, przechylając głowę nieco w bok. W jego spojrzeniu była szczerość ta, której Sophia nauczyła się w nim rozpoznawać. — Ale ty… Ty odbierasz mi rozum. Odbierasz mi zdolność myślenia, do cholery. — Dodał z lekkim, zrezygnowanym śmiechem, a jego palce lekko zacisnęły się na jej udzie. — Siadam obok ciebie i wszystko, co miałem w głowie, nagle znika.
    Nachylił się bliżej, aż jego czoło prawie dotknęło jej skroni. Zamilkł na chwilę. — I kończę z dłonią pod twoją sukienką, bo… bo jak mam się opanować, skoro jesteś całą moją rzeczywistością?
    Brzmiał tak, jakby sam próbował zrozumieć, kiedy dokładnie przestał mieć kontrolę. Ale nie wyglądał, jakby tego żałował.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  69. Carter nie odpowiedział od razu. Przez dłuższą chwilę jedynie na nią patrzył, jakby właśnie próbował powstrzymać się od zrobienia czegoś absolutnie nierozsądnego. Jej głos nadal dźwięczał mu w uszach, z tym cichym „Carter…” pełnym żaru i niecierpliwości, które tylko wzmocniły to, co i tak buzowało w nim od momentu, gdy wsunął dłoń pod sukienkę. Jeszcze nie przekroczył granicy. Jeszcze. Ale był blisko i oboje to czuli. Jej oddech. Drżenie skóry. To, jak nie unikała jego wzroku. Jak rozchyliła usta, czekając na truskawkę, jakby była gotowa na wszystko, co tylko zamierzał jej dać. A potem ten szept, cichy, niemal bezczelny, wypowiedziany z taką słodyczą, że aż zabolało.
    „Masz pojęcie, jak bardzo chciałabym ci teraz pozwolić, abyś mnie przeleciał?”
    Carter jęknął w myślach, przymykając na sekundę oczy. Ona naprawdę nie miała pojęcia, co z nim właśnie robiła. Albo miała i właśnie to pociągało go jeszcze bardziej. Nie zdążył odpowiedzieć, bo jej palce już były na jego torsie, a potem szyi jej głos stał się jeszcze bardziej zmysłowy. Te słowa. To wyobrażenie. Sophia, rozgrzana, rozpalona, mówiąca mu, że byłaby już na stole… dla niego. A potem ta końcówka, o jego twarzy między jej udami, wypowiedziana tak, jakby rozważała pogodę na jutro. Spokojnie. Rozbrajająco naturalnie. Zacisnął palce na jej udzie, odruchowo, jakby próbując utrzymać resztki samokontroli. To był poziom prowokacji, którego nie był w stanie już ignorować. Wciągnął powietrze i odchylił się nieco, ale tylko po to, żeby lepiej na nią spojrzeć.
    Słowo, którego wcześniej użył teraz wracało z całą siłą. Była dokładnie taka. Niegrzeczna. Kusząco, świadomie nieprzyzwoita. I tylko przy nim.
    — Jakiekolwiek rozmowy miałem w głowie… zabiłaś je jednym zdaniem — przyznał, śmiejąc się cicho, bezradnie. Przesunął powoli dłonią wzdłuż jej uda, ale tym razem nie po to, żeby ją drażnić, po prostu chciał ją dotknąć. Była dla niego rzeczywista, ciepła, bliska. Była jego. Nachylił się jeszcze raz tym razem nie do ucha, a niżej. Usta zostawiły krótki, ale znaczący pocałunek na jej obojczyku, tuż przy ramiączku sukienki. Potem drugi, wolniejszy. Przedłużony. Jego dłoń cały czas pozostawała na jej udzie. Powolna. Cierpliwa. Ale obecna.
    — Będziesz musiała mi przypomnieć, co chciałem powiedzieć — mruknął, zatrzymując się na moment. Uśmiechnął się leniwie i wrócił spojrzeniem do jej twarzy, ale ta miękkość nie odbierała mu intensywności. Jego oczy wciąż były ciemne, skupione, pełne czegoś, co ledwo utrzymywał pod powierzchnią.
    Carter się kontrolował. Jeszcze. Ale tylko dlatego, że lubił to, ten moment, w którym mógł obserwować, jak jej ciało reaguje na każdy jego dotyk. Jak jej oddech robił się płytszy, jak poruszała się na krześle w nerwowym napięciu, które tylko narastało, jakby w każdej sekundzie walczyła sama ze sobą. Lubił to. Lubił ją taką, w połowie między cierpliwością a rozpaleniem. Kiedy jeszcze próbowała zachować pozory przyzwoitości, mimo że jej ciało już dawno o niej zapomniało. Nie ruszał się gwałtownie. Nie musiał. Czerpał przyjemność z tego, że jej skóra drżała pod jego dłonią, że zamykała oczy, jakby chciała na chwilę zniknąć z tego świata, zostając tylko z nim i z tym, co działo się między nimi. Lubił to, jak głos jej drżał, choć nadal próbowała brzmieć pewnie. Jak za każdym razem, gdy jego palce przesuwały się nieco wyżej, ona cichutko łapała powietrze, jakby nie spodziewała się, że posunie się o krok dalej, choć przecież powinna. Carter kontrolował się. Naprawdę. Ale tylko dlatego, że uwielbiał obserwować, jak ona traci kontrolę.
    — Wiesz… — mruknął nisko, zbyt blisko jej ucha, z tą samą spokojną intensywnością, którą rezerwował tylko dla niej. — Gdybym naprawdę cię testował, już dawno byśmy stąd wyszli. Ale lubię to, co widzę. I to jak reagujesz. To… działa na mnie bardziej niż myślisz.

    OdpowiedzUsuń
  70. Zsunął kciukiem krótki, niespieszny ruch tuż nad linią jej bielizny. Nie poszedł dalej. Jeszcze nie. Bo to, że mógł, to było jedno. Ale to, że każda sekunda czekania sprawiała, że pragnęli się jeszcze bardziej, było warte więcej niż momentaryczne zaspokojenie. Jego uśmiech, kiedy uniósł wzrok na jej rozpaloną twarz, był bezczelny. I pełen samozadowolenia. Ale nie z siebie. Z niej. Z tego, że to ona, tylko ona, potrafiła wywołać w nim coś takiego. Że wystarczyła jej obecność, jej głos, jej spojrzenie, a tracił grunt pod nogami. Że tylko dla niej był zdolny się powstrzymywać, mimo że jego ciało krzyczało, żeby już dawno przestać.
    — Czasem przyjemność jest większa… kiedy trochę na nią czekasz... — Wyszeptał i musnął jej usta krótko, ledwo, jak obietnicę. To było równie okrutne, co słodkie.
    Kelner zjawił się w najmniej, a może właśnie w najbardziej odpowiednim momencie.
    — Dobry wieczór państwu. Mam przyjemność przedstawić pierwsze danie dzisiejszego wieczoru…
    Carter nawet nie drgnął. Nie cofnął dłoni z jej uda, nie zmienił wyrazu twarzy. Uśmiech pozostał tam, gdzie był ten leniwy, zadowolony z siebie, jakby wcale nie zrobił nic, co mogłoby zakłócić rytm kolacji. Jedynie jego spojrzenie, wbite w twarz Sophii, rozbłysło czymś nowym. Rozbawieniem. Czystą satysfakcją. Bo widział dokładnie, co się z nią działo. Jak próbowała się wyprostować. Jak niemal niezauważalnie przygryzła wargę. Jak gorąco wypłynęło jej na policzki, choć zrobiła wszystko, by zachować spokój.
    — Na przystawkę serwujemy delikatnie grillowaną ośmiornicę z emulsją limonkową — ciągnął kelner, zupełnie nieświadomy napięcia unoszącego się nad stołem. — A do tego chłodny mus z mango i świeża kolendra. Szef kuchni zaleca zaczęcie od części bez przypraw, wtedy najpełniej czuć różnicę tekstur…
    Carter w tym czasie przesunął kciukiem subtelnie po wewnętrznej stronie jej uda, jakby zupełnie mimochodem, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. Był już tak wysoko, że dotykał bielizny. — Brzmi pysznie, prawda? — rzucił w końcu z rozbawieniem i pełną niewinności uprzejmością, zerkając na kelnera, a potem z powrotem na Sophię.
    — Pani na pewno doceni takie delikatne smaki. — Kelner uśmiechnął się z dumą. Carter już nie był pewien, czy parsknąć śmiechem. A jego dłoń wciąż była tam, gdzie nie powinna. I ani myślała się stamtąd ruszyć.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  71. Oczywiście, że Sophia była mile widziana i chciana w domu państwa Riley, tak, jak dawniej, a w zasadzie to tak, jak zawsze. I oczywiście, że Maxine rozmawiała z mamą na temat nagle urwanego kontaktu ze strony Sophii, ale bynajmniej nie pobiegła do niej na skargę – to Lucy wyszła z inicjatywą, spostrzegłszy, że Moreira przestała pojawiać się u nich tak często, jak miała to w zwyczaju, a raczej przestała pojawiać się w ogóle. Zagaiła córkę o to, czy wszystko było w porządku i czy przypadkiem coś się nie stało, a wtedy Max nakreśliła jej sytuację, czy jednak było to obgadywanie? Obgadywanie było nacechowane negatywnie, a Maxine i Lucy podczas rozmowy o Sophii bynajmniej nie wieszały na niej psów, a po prostu zastanawiały się nad tym, co mogło się stać i czy Max realnie mogła coś zrobić, skoro Soph nie odpowiadała na jej wiadomości. Finalnie panna Riley uznała, że da Sophii tę przestrzeń, której ta najwyraźniej potrzebowała, a Lucy sporadycznie pytała o to, czy coś się zmieniło.
    Dziś miała Sophię siedzącą przy stole i zajadającą jej popisową zapiekankę jako żywy dowód na to, że tak, w końcu coś się zmieniło i zdawała się być z tego tak samo zadowolona, jak Max. Rozumiała jednak, że ani zapiekanka, ani tym bardziej ona sama nie była dla dziewczynek główną atrakcją tego wieczoru, choćby te zarzekały, że jest inaczej. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że przede wszystkim zależało im na zaszyciu się w pokoju Maxine i obgadaniu tego wszystkiego, co miały do obgadania, więc nie zatrzymywała ich, kiedy udały się na górę i w żaden sposób nie skomentowała tego, że zabrały ze sobą wino, bo choć z przyzwyczajenia nazywała je dziewczynkami, to też pamiętała, ile tak naprawdę te dziewczynki mają lat.
    Tymczasem Maxine sprzedała Sophii informację, którą dusiła w sobie od pewnego czasu i czuła, że jeszcze długo nie zbierze się na odwagę, aby o swoim odkryciu powiedzieć rodzicom. Dolała sobie wina do opróżnionego przed sekundą kieliszka, podczas gdy Sophia radziła sobie z szokiem, w jaki miała pełne prawo wpaść po usłyszeniu tej rewelacji. Grad pytań padł na nią już w momencie, w którym możliwie wygodnie rozparła się na pufie, mając z czego popijać. Przyglądała się przy tym przyjaciółce z lekkim uśmiechem, takim, który unosił kąciki ust, ale nie odsłaniał zębów i był to uśmiech zarówno pobłażliwy, jak i smutny. Maxine nie spodziewała się po Sophii innej reakcji i to niezmiernie ją bawiło, ale z drugiej strony odpowiedzenie na te wszystkie pytania miało wymagać od niej wysiłku, na którego podjęcie nie była gotowa. To dlatego, nim jeszcze się odezwała, najpierw westchnęła ciężko, a potem pokręciła głową, by finalnie zapatrzeć się na jakiś punkt w pobliżu spoczywających na podłodze stóp drugiej brunetki.
    — Rozmawiałam. Trochę — mruknęła i wolną dłonią podrapała się po czubku głowy, jakby to mogło pobudzić szare komórki do pracy i tym samym pomóc jej w ubraniu w słowa tego, co się wydarzyło. Sophia streściła jej wszystko, co wydarzyło się, kiedy nie miały ze sobą kontaktu, więc Riley także była zobowiązana stanąć na wysokości zadania, prawda?

    — Wiesz, jeszcze przed rozpoczęciem semestru zaczęło dziać się coś dziwnego — podjęła, postanowiwszy zacząć od samego początku, tak jak poprosiła Moreira. — Ludzie z uczelni zaczęli mnie pytać, czemu nie odmachałam im gdzieś na ulicy albo pisali do mnie, że widzieli mnie gdzieś, gdzie nie miało prawa mnie być. To było… dziwne i irytujące, ale w życiu nie wpadłabym na to, z czego to wynika, aż… Na tej imprezie integracyjnej Angela wpadła w toalecie na Andreę. Bo ona tak się nazywa. — Podniosła wzrok na Sophię. — Andrea. Andy.
    Maxine zrobiła dłuższą pauzę. Podniosła kieliszek do ust, powoli upiła kilka drobnych łyków wina, patrząc przy tym gdzieś w przestrzeń. Na chwilę dała się pochłonąć własnym myślom, nim kontynuowała opowieść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Angela nie wierzyła w to, co widzi, bo przecież zostawiła mnie przy barze, inaczej ubraną i uczesaną, a w toalecie wpadła… na mnie. Więc wzięła tę dziewczynę i zaciągnęła ją do mnie, żeby od razu to wyjaśnić. Ja i Andrea byłyśmy w tak ciężkim szoku, że to Angela moderowała tę rozmowę — wyznała i zaśmiała się krótko na to wspomnienie. — Nie pamiętam nawet dokładnie, co mówiłyśmy… Andy wybiegła z baru, ja za nią. Wymieniłyśmy się numerami i miałam się do niej odezwać, ale… Nie odezwałam się — szepnęła. — Myślałam, że zrobię to, kiedy jakoś to sobie poukładam, ale tego nie idzie poukładać. I tak minął tydzień, może trochę więcej, zaczęły się zajęcia z projektu dyplomowego i okazało się, że ja i Andy jesteśmy w tej samej grupie. Chciałam ją po tych zajęciach przyprowadzić do domu, dosłownie pokazać rodzicom, ale Andrea popołudniu pracowała, a ja doszłam do wniosku, że przecież to durny pomysł, że mama dostanie drugiego zawału… — westchnęła, po czym pociągnęła łyk wina i na stałe utkwiła spojrzenie w Sophii, na którą niewiele patrzyła podczas tego, jak opowiadała, bo tak było jej prościej zebrać chaotyczne myśli.
      — Jak się czuję? — powtórzyła, najtrudniejsze zostawiając sobie na koniec. — Jakby całe moje dotychczasowe życie było kłamstwem. A wiesz, co w tym wszystkim jest najzabawniejsze? Przypomniałam sobie o tym przed tamtym studenckim barem… Soph, kiedy ja byłam mała, bardzo długo wyobrażałam sobie, jak to jedynaczka, że mam siostrę bliźniaczkę…

      MAXINE RILEY

      Usuń
  72. Carter nie musiał patrzeć na jej twarz, by wiedzieć, w jakim stanie była. Wystarczył nacisk jej dłoni na jego udo, ten napięty mięsień w przedramieniu, które drżało lekko, gdy próbowała utrzymać pozory. Spokój w jej głosie był piękny, prawie go zwiódł, ale nie do końca. Nie zdołała ukryć ciepła na policzkach, lekkiego bezdechu, gdy kelner wszedł w ich przestrzeń jak słoń w salon z porcelaną. Gdyby tylko wiedział.
    Carter słuchał uprzejmego tonu kelnera, który z wielkim zaangażowaniem opowiadał o chipsie z batata i emulsji, jakby te dania miały zaraz odmienić ich życie. Uśmiechnął się, subtelnie, ale ze wszystkim, co miał w sobie z rozbawienia, chęci i tej drapieżnej cierpliwości. Nie ruszył dłoni. Przeciwnie, rozprostował lekko palce, dając jej znać, że jest, że tu zostaje, i że widzi każdą reakcję jej ciała.
    — Brzmi wyśmienicie — powtórzył po niej z ironicznym echem, zupełnie tak, jakby nie chodziło mu o danie, które przed nimi właśnie postawiono. Wziął widelec, przebił kawałek ośmiornicy i spojrzał na Sophię spod rzęs.
    — Skosztujesz? — zapytał z tym samym miękkim tonem, który chwilę wcześniej był rozkazem, gdy kazał jej rozchylić usta dla truskawki. Wciąż się kontrolował. Ale wcale nie po to, by być grzecznym. On się delektował. Napawał się nią. Tym, jak bardzo próbowała zachować spokój, choć każda cząstka jej ciała krzyczała, by przenieśli się gdzieś, gdzie nie trzeba udawać. Uwielbiał ją taką, rozedrganą, niepewną tylko o to, czy wytrzyma jeszcze minutę tej gry. A przecież to ona ją zaczęła.
    Z zamyślenia wyrwał go dźwięk sztućców, gdy kelner skończył prezentację dań i odsunął się w odpowiednim geście. Carter skinął głową w jego stronę, nawet nie musząc udawać spokoju. On się nie spieszył. Już miał to, czego chciał, jej skupienie, jej drżenie, ten wewnętrzny ogień, który sam w niej rozpalił i teraz tylko spokojnie doglądał płomienia. Nachylił się do niej nieznacznie, znów zbliżając usta do jej ucha, już nie całując, już nie dotykając.
    — To, na co chcesz mi później pozwolić… jest dokładnie tym, co zamierzam sobie wziąć — wyszeptał. Carter przeciągnął wzrokiem po jej twarzy, jakby chciał zatrzymać to, jak wyglądała w tej jednej, konkretnej chwili, rumieniec, rozszerzone źrenice, napięcie ukryte pod cienką warstwą kontrolowanego spokoju. Wiedział, co się z nią działo. Wiedział, że pod jego dotykiem była już miękka. Gdyby tylko chciał, mógłby ją złamać w jednej sekundzie, ale nie zamierzał. Nie tu. Lubił to przeciąganie, to trzymanie jej na granicy. Lubił obserwować, jak bardzo potrafiła się dla niego rozpalić, a potem sama próbowała ugasić to wszystko, co w niej wzniecał. — Ale teraz… jedz, motylku. Potrzebujesz sił. To będzie długa noc.
    Ujął kieliszek w palce, nie odrywając spojrzenia od jej twarzy, i napił się spokojnie, jakby jej sukienka nie przesuwała się lekko z każdym ruchem jego dłoni, którą wciąż trzymał pod stołem, między jej udami.
    — Wiesz, co w tobie najbardziej lubię? — spytał, odkładając kieliszek i odchylając się lekko na krześle. Jego palce nie drgnęły ani o milimetr. — Że potrafisz udawać grzeczną, nawet kiedy jesteś już cała rozpalona. — Zamilkł na moment. — Gdybym nie znał cię lepiej, powiedziałbym, że robisz to specjalnie. Ale ty po prostu taka jesteś. — Wsunął dłoń jeszcze odrobinę wyżej. — I wiesz co? Ja to uwielbiam. Uwielbiam cię taką. Nawet jeśli przez ciebie totalnie tracę głowę. — Pochylił się znów, tym razem nie do jej ucha, a do szyi, i zostawił tam jeden, zbyt długi, zbyt ciepły pocałunek. Tuż przy miejscu, które już wcześniej wybrał. Jego oddech zawisł na jej skórze.

    OdpowiedzUsuń
  73. Podniósł kieliszek do ust i upił łyk wody. Powoli, bez pośpiechu. Potem odstawił go z powrotem na stół i odsunął się odrobinę, tylko tyle, by móc na nią spojrzeć z dystansu. W jego oczach było wszystko, rozbawienie, pragnienie i ciche pytanie, które nie musiało paść: jak długo jeszcze wytrzymasz?
    — Nie wiesz, które z nas jest gorsze? — powtórzył za nią z udawaną powagą. — Myślę, że to zależy od pory dnia.
    Jego dłoń wciąż była na miejscu, ale już się nie poruszała. Czuła ją całym sobą, nie jako dotyk, a jako obietnicę. Wibrującą ciszę pomiędzy kolejnymi ruchami, których tak bardzo chciała, i których dla odmiany nie dostawała od razu.
    Cofnął się tak samo powoli, jak się zbliżył. Pochylił się nad swoim talerzem, wziął widelec do ręki i jakby nigdy nic, spokojnie spróbował dania, które przed nim postawił kelner. Skwitował smak krótkim, aprobującym mruknięciem. — Dobrze karmią — rzucił z pełnym rozmysłem, nawet nie patrząc w jej stronę. — Ale i tak wiem, że twój smak będzie lepszy.
    To nie był flirt. To była gra w wytrzymałość. A Carter był cierpliwy jak diabli.
    W końcu przeniósł na nią spojrzenie. Powoli. Uśmiechnął się bezczelnie.
    — Masz tę minę… — powiedział nisko, z cichym rozbawieniem. — Jakbyś sama nie wiedziała, czy bardziej chcesz mnie pocałować… czy nakrzyczeć za to, że cię doprowadziłem do tego stanu.
    Patrzył na nią jakby celowo przeciągał każdy moment, chcąc zobaczyć, czy jeszcze się powstrzyma, czy już zaraz go złapie za rękę, odsunie od stołu i każe natychmiast wracać.
    — To urocze... — Przechylił lekko głowę. Była piękna, jak zwykle, z zarumienionymi policzkami, nieco spuszczonym wzrokiem, z tą cichą, wyczuwalną determinacją, żeby nie dać mu satysfakcji z tego, jak bardzo ją właśnie rozbrajał. W duchu się uśmiechał. A może nawet nie w duchu.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  74. Carter uniósł lekko brew i oparł się wygodnie w krześle, jakby dopiero teraz zamierzał wrócić do rzeczywistości, choć jego dłoń, subtelna, ciepła, wciąż ukryta pod materiałem sukienki, jasno sugerowała, że nie do końca. Nie zamierzał z niej rezygnować. I nie zamierzał udawać, że właśnie nie doprowadził jej niemal do wrzenia. Ale coś w tym, jak Sophia teraz na niego patrzyła, z uważnym, ciepłym skupieniem, sprawiło, że jego uśmiech złagodniał. Pochylił się nad stołem, skracając dzielący ich dystans.
    Carter patrzył na nią przez chwilę w milczeniu, z tym półuśmiechem, który zawsze zwiastował kłopoty. A potem… poruszył dłonią. Powoli, jakby z premedytacją. Tak, żeby wiedziała, że jeszcze chwilę temu był gotów nie przestawać. Ale nie przestał od razu. Jeszcze przez kilka sekund zataczał nią leniwe kręgi na jej udzie, tak jakby chciał jej coś przypomnieć, o tym, że nawet kiedy milczał, jego obecność na niej zostawała. Ciepła. Ciężka. Niezapomniana.
    — Zastanawiam się… — odezwał się z udawaną powagą, ale głos miał niższy, niż zamierzał. — Czy to ty miałaś mnie rozpraszać… czy to ja ciebie. Bo w tym układzie, skarbie, coś poszło bardzo nie tak. 
    Przesunął palcami jeszcze raz, wolno, miękko. I wtedy, z przesadną teatralnością, westchnął ciężko i… zabrał dłoń spod jej sukienki. Zrobił to ostentacyjnie, jakby oddawał coś, czego nie chciał oddawać. A potem, jakby dopełniając całej tej sceny, odsunął się od stołu, pokręcił głową z rozbawieniem i cicho się zaśmiał.
    — Jeszcze chwila i musiałbym cię stąd wynosić, a potem sam przepraszać za swoje zachowanie przed obsługą. — Spojrzał na nią spod rzęs, z rozbawionym niedowierzaniem. — A przecież to ty zaczęłaś. — Uśmiechnął się szerzej i opadł z powrotem na krzesło, sięgając po kieliszek. Uniósł go w jej stronę z jakimś prowokującym błyskiem w oczach.
    — Za naszą nieprzyzwoitą kolację. — Puścił jej oko. Ton żartobliwy. Ale oczy… oczy wciąż mówiły zupełnie co innego.
    — Chciałem z tobą porozmawiać, tak… zanim rozproszyłaś mnie… tym wszystkim — rzucił z nutą rozbawienia, ale i czułością. — I zanim zdecydowałaś, że będziesz rozkosznie bezczelna. 
    Pozwolił sobie na krótką pauzę, jakby naprawdę chciał to ubrać w słowa, a nie znowu wszystko rozmyć dotykiem czy spojrzeniem. Tym razem mówił poważnie.
    — Wiem, że teraz wszystko trochę się zmieniło. I że wiszą nad nami różne… widma. Ale właśnie dlatego… — zawiesił głos na moment, a jego dłoń przesunęła się nieznacznie niżej, lecz nie w sposób prowokacyjny, raczej czuły, obecny. — …chcę, żebyśmy mieli coś więcej niż tylko plan na dziś. — Spojrzał na nią z taką powagą, która rzadko pojawiała się w jego oczach, bez maski, bez prowokacji, bez tej zgryźliwej pewności siebie, która czasem służyła mu za tarczę.
    — Nie wyobrażam już sobie innego życia, Soph. I nie chodzi tylko o to, że mnie rozbrajasz pod stolikiem. — Uśmiechnął się lekko, przechylając głowę. — Chcę być z tobą wszędzie. Na kolacji, w łóżku, w chaosie poranka. Chcę słuchać twojego narzekania, jak rozlałem kawę. I chcę móc się z tobą kłócić o to, czyja kolej na wstanie w nocy do dziecka, kiedy już to wszystko do nas już przyjdzie.
    Carter milczał przez chwilę dłużej, niż zwykle. Już się nie śmiał. Już się nie droczył. W tym spojrzeniu nie było już prowokacji, a coś znacznie głębszego, cichego, spokojnego… ale piekielnie pewnego. Jego dłoń sięgnęła do kieszeni. Powoli, bez pośpiechu, jakby to nie był gest pod wpływem impulsu. Jakby wiedział, że ta chwila nadejdzie. Że wcześniej czy później, będzie gotów znów ją odzyskać. I wtedy wyjął z kieszeni znajome, małe pudełeczko. To samo, które kilka tygodni temu zostawiła mu na kuchennym blacie, uciekając z jego apartamentu z twarzą pełną łez i decyzją, która bolała ich oboje. Położył je ostrożnie na stole, między nimi.
    — Myślałem, że niczego mi nie brakuje — powiedział cicho. — A potem zorientowałem się, że to leży od tygodni w garderobie a powinno być w innym miejscu. — Spojrzał jej prosto w oczy. Jego głos był spokojny. Bez patosu. Bez nadęcia.

    OdpowiedzUsuń
  75. — Ale prawda jest taka, że nie chodzi mi już o same zaręczyny. Nie chcę ci się tylko oświadczać.— Jego głos był twardszy, niż zazwyczaj, jakby każde słowo ważyło więcej. — Chcę, żebyśmy się pobrali. Naprawdę. Nie kiedyś. Nie “może”. Tylko teraz. Nie chcę czekać.
    Otworzył pudełko. Pierścionek w środku błyszczał dokładnie tak samo jak wtedy, gdy pierwszy raz pokazał jej go w ich sypialni.
    — Możemy to zrobić po cichu. Bez tłumów, bez oczekiwań, bez ludzi, którzy będą zadawać pytania albo mówić, co wypada. — Zrobił krótką pauzę. — Tak, jak zaczęliśmy. Tak, jak powinno być. — Uśmiechnął się półgębkiem, bardziej bezbronnie, niż kiedykolwiek wcześniej. — A potem, jak urodzi się dziecko, zrobimy wielkie wesele. Będzie szampan i wszyscy będą patrzeć, jak cię prowadzę do ołtarza. Ale to… to, co ważne… chcę, żeby należało tylko do nas. Bez scenariusza. Bez planu. Bez tego pieprzonego świata, który zawsze próbuje nam wszystko popsuć.
    Wyciągnął pierścionek z pudełka. Trzymał go delikatnie, jakby bał się, że zniknie.
    — Wyjdź za mnie, Sophia? Naprawdę. Nie za jakiś czas. Nie dla symbolu. Tylko dlatego, że ja już wiem, że nie chcę innego życia niż z tobą.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  76. Carter uniósł brew teatralnie, udając, że naprawdę się nad tym zastanawia, po czym pokręcił głową z rozbawieniem.
    — Nie — oznajmił bez cienia zawahania. — Kompletnie tak nie myślę. I wcale nie zamierzam być tym bardziej odpowiedzialnym. Masz złe założenia, Soph. — Wyszczerzył się szelmowsko, jakby ta cała nieprzyzwoita kolacja była właśnie tym, czego oboje potrzebowali. — No, może od lipca…
    Kiedy wspomniała o “nieprzyzwoitych kolacjach”, zareagował natychmiast, oparł się wygodnie, splótł dłonie na brzuchu i uśmiechnął się jak najprawdziwszy diabeł.
    — Tak, powinniśmy. Zdecydowanie. Najlepiej co drugi dzień. I najlepiej w miejscach, gdzie nie grozi nam dożywotni zakaz wstępu.
    Zaraz potem, kiedy usłyszał jej cichy komentarz o byciu „pod stolikiem”, westchnął głęboko, odchylił głowę i parsknął śmiechem.
    — Soph… wykończysz mnie. Naprawdę. — Jego głos był rozbawiony, ale czuły. Już nawet nie próbował się bronić przed tym, co w niej kochał. A potem… coś się w nim zmieniło. Spojrzał na nią uważnie, jego dłoń zatrzymała się na jej udzie, ale tym razem nie w podtekście, w obecności. W geście czułości, nie prowokacji.
    — Nie jestem niecierpliwy — mruknął, przesuwając kciukiem po jej palcach. — Po prostu wiem, czego chcę. I wiem, że to ty. — Spojrzał na nią z tym swoim spojrzeniem, które kiedyś ją przestraszyło, ale teraz tylko rozbrajało.
    A kiedy zapytała z niedowierzaniem: „Teraz? Masz na myśli… Teraz?”, pochylił się lekko nad stołem, śmiejąc się cicho pod nosem.
    — Nie w tej chwili, głuptasie. Nie ściągnąłem tu urzędnika ani księdza, chociaż przyznaję, że o tym myślałem. To byłoby bardzo w moim stylu. — Uśmiechnął się szerzej. A potem padło to słowo. “Tak.” Trzykrotnie. I zanim zdążył cokolwiek powiedzieć była już przy nim. Jej dłonie na jego twarzy. Jej usta przy jego ustach. I ten całkowity brak dystansu, jakby ich dusze w końcu trafiły na swoje miejsce. Nie wymuszone, nie przestraszone, nie „może później” tylko ciche, pewne i pełne miłości. Zareagował natychmiast. Z takim entuzjazmem ją pocałował, że aż się zaśmiała w jego usta, a on pochwycił ją pewnie i wciągnął na swoje kolana, zupełnie ignorując to, że wciąż znajdowali się w jednej z najlepszych restauracji w okolicy. Chwycił jej dłoń, wsunął pierścionek na jej palec z taką starannością, jakby ta chwila miała zatrzymać cały świat i przytulił ją mocno do siebie, chowając twarz przy jej szyi. Ostrożnie, ale bez żadnych wątpliwości, jakby to było dokładnie to, co powinna robić w tej chwili. Jakby miejsce nie miało znaczenia. Objął ją mocno i wtulił twarz w jej szyję, śmiejąc się cicho. I wtedy, jak na zawołanie, pojawił się kelner z kolejnymi potrawami. Zamarł, zaskoczony widokiem Sophii siedzącej na kolanach Cartera, ich splecionych dłoni i pierścionka błyszczącego w świetle lamp. Otworzył usta, jakby miał coś powiedzieć, ale nie wiedział, co. Carter spojrzał na niego z rozbawieniem i promiennym uśmiechem.
    — Spokojnie, jeszcze nie ma wesela. Ale trochę nam się spieszy. Może pan zostać naszym świadkiem? — Zażartował że śmiechem. Kelner zmieszał się jeszcze bardziej, coś mruknął pod nosem, postawił talerze z wyraźną ostrożnością i… ulotnił się szybciej niż zdążyli podziękować.
    Carter zaśmiał się cicho i spojrzał na Sophię z roziskrzonymi oczami.
    — Wiesz… Mam przeczucie, że to będzie cholernie dobra noc. I jeszcze lepsze życie.

    OdpowiedzUsuń
  77. Carter wrócił wzrokiem do Sophii. Wciąż trzymał ją na kolanach, przyciskając jej dłoń z pierścionkiem do swojego serca.
    — Jesteś moim „tak”, Soph. Całym moim.
    Przytulił ją mocno, a jego dłoń wplotła się w jej włosy. Śmiał się jeszcze, gdy czołem oparł się o jej skroń. W oczach miał coś miękkiego, rozczulonego, jakby naprawdę nie mógł uwierzyć, że to się właśnie dzieje.
    Spojrzał na jej dłoń, na pierścionek, który znów błyszczał na jej palcu. Idealnie tam pasował. Jakby nigdy nie powinien był go opuszczać.
    — Wygląda… jeszcze lepiej niż wtedy. — Dodał miękko. Zsunął dłonie wzdłuż jej talii, nadal trzymając ją na kolanach. Zupełnie jakby nie zamierzał pozwolić jej wstać.
    — Będziesz moją żoną, Soph. Co oznacza, że zgodnie z prawem będę mógł cię legalnie przetrzymywać w sypialni, na kolanach albo pod prysznicem. Gdziekolwiek uznam za stosowne. — Uśmiechnął się bezczelnie, ale jego spojrzenie było ciepłe. Czułe. — I zrobię absolutnie wszystko, żebyś była szczęśliwa. I bezpieczna. I rozpieszczona do granic. — Złapał jej dłoń z pierścionkiem i uniósł ją do ust, całując delikatnie jej palce. — Może nie jestem idealny, ale… jesteś jedyną osobą, dla której próbuję taki być. Codziennie. — Zawiesił wzrok na jej oczach. — Przyszła pani Crawford — dodał niższym tonem, z rozbawieniem i szczyptą dumy. Uśmiechnął się, przesuwając kciukiem po jej udzie tak, jak robił to wcześniej, wciąż zmysłowo, ale już bardziej czułym gestem niż prowokacją.


    Carter

    OdpowiedzUsuń
  78. Carter, mimo całego tego ciepła i emocji, które buzowały pod jego skórą, nie przestawał się uśmiechać, tak szczerze, tak kompletnie, że gdyby ktoś spojrzał na nich teraz z boku, mógłby pomyśleć, że ten facet właśnie wygrał życie. I właściwie… miałby rację. Objął ją mocniej, trzymając jej dłoń z pierścionkiem między swoimi palcami. I choć niby odpuścił te drobne prowokacje, to w jego spojrzeniu nadal czaiła się ta znajoma iskra, która nigdy do końca nie gasła.
    Carter teatralnie rozejrzał się wokół, jakby czegoś lub kogoś wypatrywał, po czym gwałtownie przekręcił się przez ramię w stronę, gdzie wcześniej zniknął kelner.
    — Można jednak wprowadzić tego księdza!
    Po chwili znów odwrócił się do Sophii, rozbawiony, z rozbrajającym błyskiem w oku. Uśmiech miał szeroki, zbyt zadowolony z własnego dowcipu i zanim jeszcze zdążyła zareagować, pokręcił głową z rozbawieniem, jakby sam nie wierzył, że to powiedział. Kilka głów z innych stolików odwróciło się w ich stronę, a Sophia spojrzała na niego z niedowierzaniem. Carter odwrócił się z powrotem do niej z rozbrajającym uśmiechem i udawanym zdziwieniem w oczach, jakby naprawdę nie rozumiał, czemu ceremonia jeszcze się nie zaczęła. — Co? Myślałem, że skoro jesteś już na moich kolanach, to jesteśmy w połowie drogi do „po ślubie” — rzucił z uśmiechem, a potem nachylił się i pocałował ją krótko w usta. — Ale okej, nie będę się spieszył… — mruknął już ciszej, nachylając się do niej z uśmiechem pełnym czułości. — W takim razie anuluję też tort. Szkoda, bo był w kształcie twoich ust. Bardzo realistyczny, zrobiony z belgijskiej czekolady. Ksiądz miał go pokroić po przysiędze — dodał z powagą, która kompletnie nie pasowała do treści. Zerknął na nią z boku i uśmiechnął się szerzej, kiedy widział, jak próbuje nie parsknąć śmiechem. — Ale okej. Dam ci trochę czasu. Pobierzemy się wtedy, kiedy będziesz gotowa. — Zawiesił głos na ułamek sekundy, po czym dodał z rozbawieniem. — Czyli jakieś… dziesięć minut po deserze?
    Carter oparł brodę na jej ramieniu i westchnął teatralnie, jakby właśnie pogodził się z faktem, że ślub jednak nie odbędzie się w restauracji przy ośmiornicy i emulsji z limonki. Przesunął kciukiem po jej pierścionku, a potem spojrzał jej w oczy tak spokojnie, że kontrastował z ich wcześniejszym droczeniem się. To był ten Carter, którego nie każdy znał, skupiony, prawdziwy, zdeterminowany.
    — Tak, Soph. Chcę to zrobić przed potworkiem — potwierdził cicho, unosząc lekko brwi. — Po powrocie do miasta. Bez gości, bez kamer, bez szampanów z durnymi złotymi etykietkami. — Jego głos lekko zniżał się, gdy mówił dalej. — Tylko ty i ja. I ślub, który znaczy coś dla nas, zanim zacznie się to całe szaleństwo z dzieckiem.
    Nachylił się i pocałował ją czule w skroń, a potem westchnął półgłosem, nadal z lekkim uśmiechem.
    — Potem możemy zrobić wszystko: wielkie wesele, śpiewy, gości z połowy planety. Ale najpierw… chcę cię mieć jako żonę. Nie chcę czekać, nie chcę ryzykować, że coś to zepsuje, bo życie czasem ma swoje chore poczucie humoru. — Zamilkł na moment. Zamilkł na chwilę i tylko patrzył na nią z tym rozbrajającym spokojem, który zdarzał mu się rzadko, ale gdy się pojawiał, zawsze był pełen znaczenia.
    — Chcę zacząć to życie nie tylko ojciec dziecka, ale jako mąż kobiety, którą kocham, która trzyma mnie przy sobie, kiedy wszystko inne wali się w gruzy. — Uśmiechnął się miękko. — Ukraść sobie małe „tak” jeszcze przed porodem?

    OdpowiedzUsuń
  79. Zamruczał pod nosem, teatralnie przeciągając dźwięk jak ktoś kompletnie rozbity.
    — Masz pojęcie, jak trudno będzie mi teraz zjeść spokojnie, kiedy na twoim palcu błyszczy ten pierścionek, a ty siedzisz mi na kolanach jak spełnione marzenie? — Zatrzymał się na chwilę, by spojrzeć jej prosto w oczy. Zachichotał krótko, odchylając głowę do tyłu.
    — Tak. Zdecydowanie jestem emocjonalnie niestabilny przy tobie. I zupełnie mi to nie przeszkadza.
    Przyciągnął ją bliżej do siebie, mimo że już praktycznie na nim siedziała. Dłoń przesunął powoli wzdłuż jej pleców.
    — Ale uprzedzam — jak teraz wrócimy do domu, to nie ma już żadnych „odpocznijmy”. Przysięga czy nie, zamierzam ci przypomnieć, że właśnie zostałem narzeczonym najpiękniejszej kobiety na świecie. I nie zamierzam czekać do wesela, żeby cię z niej rozebrać.
    Dla Cartera ta rozmowa, choć prowadzona z uśmiechem i lekkim tonem niosła ze sobą znacznie więcej, niż pozwalał po sobie poznać. Droczył się, bo właśnie w takich momentach odnajdywał w sobie spokój, którego nigdy wcześniej nie znał. Ale pod powierzchnią tego całego rozbawienia kryło się coś więcej. Coś, co trzymał głęboko w sobie, bo nie wszystko trzeba było mówić na głos, żeby czuć. Wierzył, może naiwnie, może instynktownie, że jeśli Sophia zostanie jego żoną, to cokolwiek się wydarzy, ona i ich dziecko będą mieli wszystko, czego potrzebują. Że jakkolwiek świat by się nie zachwiał, będą zabezpieczeni. Nie przyznałby się do tego teraz. Nie, kiedy siedziała na jego kolanach, uśmiechając się tak jak tylko ona potrafiła. Ale myśl o tym, że mógłby któregoś dnia nie wrócić do domu, nie była dla niego obca. Nosił ją w sobie jak echo starego życia, które wciąż rzucało cień na to, co nowe. Dlatego ten pierścionek nie był tylko symbolem drugiej szansy. Był też jego obietnicą. Cichą, poważną, zapieczętowaną w żarcie, uśmiechu, lekkim dotyku. Obietnicą, że cokolwiek się wydarzy, Sophia nigdy nie zostanie z niczym.

    Carter

    OdpowiedzUsuń

  80. Cztery tygodnie później, wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Siedzieli razem w São Paulo, w mieście, które tętniło życiem nawet o świcie. Powietrze było inne. Ciepłe, wilgotne, nasycone zapachem owoców, przypraw i czegoś, co Sophia określiłaby jako „smak dzieciństwa”. Dla niej ten kraj nie był tylko punktem na mapie, był częścią serca, którego przez długi czas nie miał odwagi naprawdę dotknąć. A teraz siedziała na tarasie wynajętego domu, w cieniu ogromnych liści bananowca, z kubkiem czarnej kawy w dłoni i Carterem u boku. Wreszcie spokojna. Prawie.
    Ich przyjazd do Brazylii nie był przypadkowy. Nie planowali tego w pośpiechu, ale pewnego wieczoru Carter po prostu powiedział.
    — Zabiorę cię do twojej mamy. I do dziadków. Obiecałem ci to.
    I Sophia powiedziała „tak”, bez zbędnych pytań. Bo oboje wiedzieli, że zanim ich życie znów stanie się pełne obowiązków, odpowiedzialności i nowych rozdziałów, potrzebowali czasu. Dla siebie. Dla nich. Wiedział, że to dla niej więcej niż podróż. To był powrót do korzeni, do historii, z którą długo nie umiała się pogodzić. I do osoby, której już nie mogła objąć, ale wciąż czuła jej obecność. Dla niej to miejsce było święte. A dla Cartera, najwłaściwsze. I właśnie dlatego wspólnie uznali, że to tam, wśród wzgórz, w cieniu drzew, przy jej rodzinie, wezmą swój sekretny ślub. Skromny. Cichy. Bez fleszy, bez gości, bez niczyich komentarzy i oczekiwań. Nie potrzebowali więcej.
    — To będzie nasz dzień, Soph — powiedział, kiedy siedzieli na tarasie z widokiem na brazylijskie niebo. — Bez świata, bez napięć. Tylko my. Ty, ja… twoja babcia i dziadek i mama, gdzieś tam. Patrząca na nas i trzymająca za ciebie kciuki.
    To miało być coś więcej niż ślub. To miało być ich przywrócenie. Do siebie. Do życia. Do obietnicy, że nie ważne, ile świat ich jeszcze wystawi na próbę, będą razem. W tej intymnej, niepowtarzalnej przysiędze, złożonej między drzewami i marmurowymi nagrobkami, Carter miał powiedzieć dokładnie to, co nosił w sercu od miesięcy. São Paulo było inne niż Nowy Jork. Surowe, czasem brutalne w swoim tempie, ale dla Sophii miało w sobie znajomą pulsację. Dom, który wynajęli, znajdował się w dzielnicy artystycznej, pełnej graffiti, kawiarni, muzyki na żywo i ulicznych targów. Carter śmiał się, że wszędzie pachnie farbą i empanadą, ale lubił to miejsce. Lubił patrzeć, jak Sophia odżywa w tym chaosie. Jak nagle płynnie przechodzi na portugalski, jak przystaje przy budkach z pastelami i owocami, jak śmieje się inaczej, swobodniej, naturalniej. Była inna spokojniejsza, cieplejsza, bardziej obecna. A on chłonął każdy moment z nią, jakby wiedział, że ten czas był cenny. Bo był. I nie zamierzał zmarnować ani jednej chwili.
    Carter nie często się stresował. Właściwie, niewiele sytuacji potrafiło wyprowadzić go z równowagi, przynajmniej tak mówił. Ale tego poranka, czekając w holu sprawdzał godzinę na zegarku już trzeci raz w ciągu pięciu minut.
    Wystrojony, ale nie przesadnie, wyglądał, jakby wyszedł z okładki jakiegoś magazynu, ale minę miał zbyt skupioną. Carter odetchnął głęboko. Przez myśl przemknęło mu, że mógł zapalić. Ale nie chciał tego zapachu przy sobie, kiedy Sophia wreszcie się pojawi. Podniósł głowę, słysząc znajomy stukot obcasów na marmurze. A potem ją zobaczył. Wyglądała pięknie. Zbyt pięknie, jak na tak symboliczną wizytę. Ale może właśnie o to chodziło. Uśmiechnął się pod nosem i westchnął.
    — Soph… — powiedział cicho, gdy podeszła. — Ostrzegałem, że nie jestem najlepszy w poznawaniu rodziców. A co dopiero dziadków.
    Zamaskował to żartem, ale oczy miał poważne.
    Bo dziś naprawdę chciał wypaść dobrze.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  81. Carter tylko uniósł lekko kącik ust, kiedy zobaczył ją na schodach i choć znał ją przecież w każdej możliwej wersji, widział w tej scenie coś, co znów odebrało mu oddech. Niewymuszona lekkość, swobodny ruch dłoni na balustradzie, ta letnia sukienka z materiału, który łagodnie opinał jej rosnący brzuszek. Z każdym dniem coraz bardziej jego. Ich.
    — Mówisz tak, jakbym miał teraz zemdleć z nerwów. — Mruknął żartobliwie, ale nie dało się nie zauważyć, że naprawdę się stresował. Kochał ją, ufał jej. Ale dziadkowie? To był inny kaliber. To był dom, w którym dorastała. Ludzie, którzy ją wychowywali, zanim wyjechała do Nowego Jorku. Chciał, by spojrzeli na niego i dostrzegli wszystko to, co on czuł do Sophii. Chciał, by zobaczyli, że się nią zaopiekuje, że już to robi. Że nie jest pomyłką. A jednocześnie pamiętał jak patrzył na niego jej ojciec, czy Gwen. Jak skończył się ich pierwszy wspólny obiad.
    Pocałował ją w czoło, przelotnie, ale ciepło. — Wyglądasz przepięknie. I wiesz co? Mogę nie znać twojej babci, ale jeśli ta feijoada jest lepsza od twojej, to… chyba będziemy musieli się tu przeprowadzić.
    Zaśmiał się, ale śmiech był lekki, odprężający, jakby sam siebie próbował przekonać, że wszystko pójdzie dobrze. Bo przecież szło. Po raz pierwszy od dawna czuł, że jego świat nie jest chaotyczny. Że to wszystko, ona, ich dziecko, ten cichy planowany ślub w miejscu, które tak wiele znaczyło dla niej, ma sens. Byli daleko od Nowego Jorku, od wszystkiego, co działo się przedtem. A on miał tylko jedną myśl: nie spieprzyć tego. Być człowiekiem, na którego zasługują.
    — Gotowa? — zapytał w końcu, ale nie puszczał jej od razu. Oparł czoło o jej czoło, zamknął na moment oczy i westchnął. — Dobra. Możemy iść. Ale jeśli mnie nie polubią… wiesz, że będziesz musiała mnie pocieszyć. Jakoś. Ciepło. I bardzo blisko.
    Carter prowadził powoli, choć ulice São Paulo tętniły życiem, dźwiękami i ruchem, do którego nadal nie był do końca przyzwyczajony. Ale wbrew pozorom nie to zajmowało jego uwagę. Przez większą część drogi jego dłoń spoczywała na udzie Sophii, zupełnie naturalnie, bez żadnego drugiego dna. Po prostu chciał ją czuć przy sobie. Bliskość jej ciała działała na niego kojąco, uspokajająco… jak zaklęcie, które przynosiło mu grunt pod nogami. Czuł jej ciepło pod palcami, czuł lekki materiał sukienki i miękkość jej skóry. Dojechali do spokojniejszej dzielnicy, pełnej niskich domów, kwitnących drzew i rozgrzanych chodników. Kiedy w końcu zaparkował przy znajomym numerze, silnik cicho zgasł, a Carter oparł dłonie na kierownicy na kilka sekund, jakby zbierał się w sobie. Potem sięgnął do tyłu, zgarnął przygotowane wcześniej rzeczy: bukiet kwiatów dla jej babci, pachnących, kolorowych, starannie dobranych, oraz butelkę. Dobrą, drogą, taką, która miała zrobić wrażenie na jej dziadku. Nie udawał, że się nie przejmuje. Zależało mu.
    Zanim wysiadł, spojrzał jeszcze raz na Sophię. Trochę z napięciem, trochę z uśmiechem.
    — Prowadź. — Powiedział cicho, po portugalsku, z tym swoim akcentem, który jeszcze bardziej rozczulał ją właśnie dlatego, że był niedoskonały. — Jesteś moim kompasem w tym kraju. I w tej rodzinie też — zaśmiał się cicho. Oparł się lekko o drzwi, czekając, aż do niego podejdzie. Nie zamierzał uciekać. Nie zamierzał też niczego udawać. Po prostu chciał, by ci, którzy byli jej najbliżsi… zobaczyli, że zamierza być jej ostatnim domem.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  82. Carter szedł za nią krok w krok, nie odrywając wzroku od Sophii. Miała rację, znała go już na tyle dobrze, że potrafiła wyczytać z jego twarzy każdą emocję, nawet te, które próbował ukryć pod lekkimi żartami.
    Dom, do którego zmierzali, wyglądał na taki, który znał smak życia. Każdy jego zakamarek mówił coś o rodzinie, o wspomnieniach, o przeszłości, która zostawiła tu swój ślad. Huśtawka, kot, zapachy i rośliny, wszystko wyglądało jak z innego świata, ale to był świat, który należał do Sophii. A teraz miał należeć także do niego. Carter poprawił torby w dłoni, w drugiej wciąż ściskając te przygotowane kwiaty i butelkę. Wziął głęboki wdech, czując zapach powietrza, ciepłego, wilgotnego, przesyconego czymś, co przypominało mu… dom. Może nie jego własny, ale ten, który właśnie budował z nią.
    Przez moment zatrzymał się, nieznacznie, tylko po to, by spojrzeć na Sophię. Jej profil oświetlony był miękkim światłem, a wzrok miała utkwiony w domu dziadków, jakby widziała w nim całe swoje dzieciństwo. Wtedy Carter poczuł coś, co trudno było ubrać w słowa, mieszaninę wdzięczności i odpowiedzialności. Był wdzięczny, że go tu przyprowadziła, że dała mu dostęp do tej części siebie. I jednocześnie czuł jeszcze mocniej, jak bardzo nie może tego wszystkiego zawieść.
    — Nie szukają perfekcji — powtórzył jej słowa półgłosem, jakby chciał je sobie zapisać w pamięci. — Jeśli szukają kogoś, kto cię naprawdę kocha, to mam szansę wypaść całkiem dobrze.
    Uśmiechnął się pod nosem, ale tym razem nie było w tym cienia nerwowego żartu. To był Carter szczery, bez masek, bez ironii. Taki, który przyjechał tu z całym sercem na wierzchu. Otworzył jej furtkę i przepuścił ją pierwszą, czując, jak jego dłoń mimowolnie ląduje znów na jej plecach, lekko wspierając ją, jakby chciał, by cały świat wiedział, że ona była jego, a on jej. I że nigdzie się stąd nie rusza.
    Carter przez pierwsze sekundy stał wyprostowany, jakby miał za chwilę podchodzić do jakiegoś egzaminu i w pewnym sensie tak się właśnie czuł. Ale wszystko to momentalnie się rozmyło, kiedy zobaczył, jak starsza kobieta z nieskrywaną czułością przyciąga Sophię do siebie, obejmuje ją tak mocno, jakby chciała nadrobić wszystkie miesiące i lata bez niej. I kiedy padły słowa o jej mamie, poczuł coś, czego sam nie potrafił nazwać. Coś jak wzruszenie. Coś jak wdzięczność. Stał grzecznie z boku, trzymając kwiaty i butelkę, jak dobrze wychowany gość, ale jego spojrzenie nie odrywało się od Sophii. Od tej wersji jej, którą widział teraz, wtulonej w ciepło tego miejsca, po raz pierwszy tak… u siebie. To nie był jej apartament. Ani klub. Ani żaden znany mu hotel czy restauracja. To był dom, do którego należała bez żadnego wysiłku. Kiedy spojrzenie Cecilii padło na niego, Carter odruchowo się wyprostował. Miał w sobie naturalną pewność siebie, ale nie teraz. Teraz oddałby wszystko, żeby wypaść dobrze w oczach tej kobiety, która wyglądała, jakby jednym spojrzeniem mogła ocenić, czy zasługiwał na jej wnuczkę. Przez moment poczuł się tak, jakby znów miał siedemnaście parę lat i próbował zdobyć czyjeś zaufanie po raz pierwszy.
    Jej gest, jak poprawienie koszuli i dotyk policzka rozbroił go kompletnie. Roześmiał się cicho, z lekkim niedowierzaniem, że to wszystko dzieje się naprawdę. I że ta starsza pani nie tylko go nie przegania, ale… traktuje jakby już był częścią tego domu.
    — Bardzo mi miło w końcu panią poznać. Dużo o pani słyszałem — odparł miękko. — Dziękuję za zaproszenie.
    Carter szedł za Sophią i jej rodziną do środka, ale zanim przekroczył próg, spojrzał jeszcze raz za siebie, jakby symbolicznie zostawiał za sobą wszystkie napięcia Nowego Jorku. Tu nie musiał grać roli. Tu był tylko facetem, który miał zamiar ożenić się z dziewczyną swojego życia. A kiedy Cecilia zaczęła się rozgadywać, nawołując, by Sophia piła więcej, a w domu rozbrzmiały znajome dla Sophii dźwięki portugalskiego, Carter nie czuł się już jak gość. Poczuł, że może naprawdę… zostać.

    Carter

    OdpowiedzUsuń

  83. Carter nie potrafił się nie uśmiechnąć, kiedy Cecila poprawiła go z tą samą swobodą, z jaką poprawiałaby dziecku kołnierzyk, z czułością, ale i z nutą niepodważalnego autorytetu. I w tym geście, i w tym domu było coś tak bezpretensjonalnie ciepłego, że czuł, jak powoli rozluźniają się mięśnie, o których nawet nie wiedział, że ma napięte. Nie znał tego zapachu, który unosił się w powietrzu, ale już czuł, że będzie za nim tęsknił. Mieszanka cytrusów, ziół, pieczonego mięsa i czegoś, co mógłby nazwać… rodzinną bliskością? To było coś, czego nie dało się zamknąć w słowach, ale za to można było się tym nasycić. I właśnie to robił. Kiedy Sophia wsunęła dłoń w jego, podniósł sobie jej dłoń do ust i złożył na niej krótki pocałunek. Bez słowa skinął głową, a kiedy zaproponowała lemoniadę, uśmiechnął się kącikiem ust.
    Komoda. Zdjęcia. Historia. Każda ramka mówiła coś więcej niż tylko „byliśmy wtedy szczęśliwi”. Gdy poczuł jej ramiona wokół siebie, zareagował instynktownie. Objął ją tak, jakby ta chwila była czymś więcej niż tylko momentem. Jakby była fundamentem.
    — Nie musisz mi dziękować, Soph. — Mruknął cicho, pochylając głowę tak, że jego nos musnął jej włosy. — Chciałem tu być. Zawsze chciałem poznać tę część ciebie…
    Potem się zaśmiał, cicho, z rozbawieniem.
    — A jeśli dziadek mnie dziś wykończy, to miej na mnie oko. Jeśli wypiję coś zrobionego przez „kuzyna znajomego, który nie podał składu”, to może się okazać, że przypadkiem wezmę z tobą ślub na tarasie jeszcze dziś, zamiast w niedziele.
    Puścił do niej oko, ale w tym żarcie było więcej czułości niż zgrywy.
    — Ale nie martw się. Zachowam twarz. Albo przynajmniej udam.
    Przeniósł spojrzenie z jej twarzy na zdjęcia wokół i znowu na nią. Chciał tego. Nie tylko chwili. Chciał wszystkiego. Domu, tarasu, śniadań w cieniu kwitnących krzewów. Chciał, żeby ich dziecko znało zapach tego domu. I wiedział, że właśnie po to tu przylecieli. Żeby zacząć coś, co nie miało już więcej się skończyć.
    Po obiedzie atmosfera nabrała jeszcze więcej ciepła i lekkości, jakby z każdym kolejnym kieliszkiem lemoniady i kolejną opowieścią dom otwierał się bardziej, a napięcie, które początkowo trzymało się kącików spojrzeń i niepewnych gestów, całkiem się rozpłynęło.
    Carter siedział w ogrodzie na zadaszonym tarasie, z kawą i z rosnącym przekonaniem, że to wszystko, w czym właśnie uczestniczy, jest jednym z tych wspomnień, które zostaną z nim na zawsze. Sophia śmiała się gdzieś w tle, porwana przez Cecílię do kuchni, bo coś jej musi pokazać, coś spróbować, coś pomóc, coś koniecznie obejrzeć. Carter słyszał to tempo, ten rytm miłości, który przypominał taniec, trochę za szybki, trochę za głośny, ale całkowicie prawdziwy. Z kolei Antonio zajął miejsce obok niego. Nie był nachalny. Mówił w rytmie wolnym, spokojnym, jak człowiek, który przez lata nauczył się, że dobre rzeczy i rozmowy potrzebują czasu. Przeplatał historie z dawnych lat: o polowaniach, które prawdopodobnie nigdy się nie wydarzyły, o łowieniu ryb wielkości dziecka i o motorze, który kiedyś prawie wywiózł go na Kubę, choć przecież nigdy nie wyjechał poza Brazylię. Carter słuchał uważnie, raz po raz zerkając w stronę, z której dobiegał śmiech Sophii. A kiedy Antonio w końcu przeszedł z legend rodzinnych do pytań, zrobił to z delikatnością, niemal niezauważalnie.
    — Więc… — zaczął, poprawiając czapkę z daszkiem, którą wyjął nie wiadomo skąd. — Mówiliście, że już zaręczeni. Ale powiedz mi, chłopcze, jak ty na nią patrzysz… To jakbyście już po ślubie byli. — Zaśmiał się krótko i pokręcił głową z uciechą. — Co robisz w Nowym Jorku? I jakie masz plany… tak na przyszłość? Dla siebie. Dla niej. Dla dziecka.
    Nie było w tych pytaniach nacisku. Była autentyczna ciekawość. Może nawet coś więcej, potrzeba zrozumienia, kim naprawdę jest mężczyzna, który pojawił się w życiu jego wnuczki i wkrótce miał się stać rodziną.
    — Ona wygląda na szczęśliwą. — Dodał jeszcze, spoglądając na Cartera z boku. — I ja to cenię bardziej niż wszystkie historie, które mógłbyś mi opowiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  84. Carter milczał przez moment. Nie dlatego, że nie wiedział, co odpowiedzieć. Po prostu szukał słów, które będą odpowiednio poważne, a zarazem szczere. Bo to nie był czas na wyuczone formułki. Nie tutaj, gdzie zapach ziemi mieszał się z kwiatami, a kawa miała smak, którego nie dało się kupić za żadne pieniądze.
    — Prawda jest taka… — zaczął, a potem spojrzał w stronę domu, gdzie właśnie pojawiła się Sophia, rozświetlona słońcem, z miękką tkaniną sukienki falującą wokół bioder. — Że wszystko, co planuję, zaczyna się i kończy na niej.
    I to była prawda. Bez zbędnych dodatków.
    Antonio przez chwilę nic nie odpowiedział, tylko przytaknął cicho, z tym wyważonym, starszym spokojem, który mówił więcej niż słowa. Ale Carter nie zamierzał kończyć tylko na tym jednym zdaniu. Nie tutaj. Nie wobec człowieka, który dla Sophii był filarem domu. I który miał pełne prawo wiedzieć więcej.
    — Kiedyś myślałem, że mam wszystko pod kontrolą. Że da się zbudować życie na własnych zasadach i nie oglądać się na nikogo. — Uniósł kubek do ust, wziął łyk i odstawił go powoli, zanim dokończył. — Ale ona to wszystko zmieniła. I dobrze. Bo teraz wiem, że żadna kontrola nie daje tyle siły, co świadomość, że wracam do kogoś. Do niej.
    Antonio zmrużył lekko oczy, uważnie wpatrując się w Cartera, jakby chciał się upewnić, że to nie tylko dobrze wypowiedziane słowa. Ale Carter patrzył prosto, bez śladu wymuszenia.
    — Chcę, żeby miała wszystko. Dom, bezpieczeństwo, spokój. Chcę, żeby to dziecko… — na moment przeniósł wzrok na Sophię, która właśnie śmiała się z Cecílią nad miską ciasta — …żeby nasze dziecko nigdy nie musiało szukać miłości w chaosie. Żeby wiedziało, że jest kochane. Od początku.
    Antonio kiwnął głową, z cieniem uśmiechu, ale zanim zdążył odpowiedzieć, Carter pochylił się lekko do przodu, jakby chciał powiedzieć coś, co już dawno w nim siedziało:
    — Nie jestem idealny. Popełniłem w życiu błędy, o jakich wolałbyś pewnie nie słyszeć. Ale jedno wiem na pewno, że chcę z nią iść przez życie. I zrobię wszystko, żeby jej nie zawieść.
    Zapanowała krótka cisza. A potem Antonio spojrzał w jego stronę z czymś, co przypominało dumną aprobatę, choć nie wyraził jej zbyt wylewnie. Po prostu wstał, postawił pusty kubek na stoliku i poklepał Cartera po ramieniu.
    — To dobrze. Bo tak się składa, że moja wnuczka zawsze miała dobry instynkt. — Uśmiechnął się lekko, a potem dodał, z nieco rozbawionym błyskiem w oku: — A teraz chodź. Zanim Cecilia cię porwie do kuchni, jeszcze zdążysz spróbować czegoś, co parzy gardło i leczy duszę. Mówią, że to alkohol. Ja mówię, że to życie w płynie.
    Carter zaśmiał się cicho i ruszył za nim. I choć serce wciąż biło mu odrobinę szybciej niż zwykle, wiedział już, że zrobił ten pierwszy, najważniejszy krok. I że Sophia miała rację, czasem wystarczy po prostu być sobą.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  85. Na tarasie unosił się zapach jaśminu i cytrusów. Słońce powoli opadało niżej, rzucając na drewniane deski ciepłe, złote światło. Antonio zaprowadził go do budynku, który z zewnątrz przypominał garaż, ale w środku bardziej przypominał miejsce spotkań odsunięte od czujnego oka Cecilii. Z małej lodówki wyjął butelkę czegoś domowej roboty czegoś, co z całą pewnością miało znacznie więcej niż czterdzieści procent. Napełnił kieliszki i jeden z nich podał Carterowi. Carter przyjął kieliszek z lekkim uśmiechem.
    — Jeśli nie wrócę żywy, proszę przekazać Sophii, że ją kocham — mruknął półżartem, na co Antonio tylko parsknął i usiadł obok.
    Tym razem rozmowa była lżejsza. Bez ciężaru słów, które już padły. Dziadek Sophii opowiadał historie z przeszłości, o tym, jak na złość Cecilii próbował hodować papugi, które przeklinały po portugalsku, o tym, jak niemal rozbił motocykl, żeby zdążyć na narodziny matki Sophii, i jak Cecilia przez tydzień się do niego nie odzywała. Opowiadał z dumą, ale i z dystansem. Był z tych ludzi, którzy wiedzieli, że życie to nie tylko lista sukcesów, to przede wszystkim wspomnienia. Carter słuchał. Uśmiechał się, czasem dopytywał, a czasem tylko kiwał głową. Ale bardziej niż same historie, dotykała go ich bliskość. Ich zwykłe, ciepłe “my”. A kiedy spojrzał przez ramię, zobaczył ją. Sophii nie było w tamtej chwili przy nim, bo babcia znów ją gdzieś porwała, ale tylko na chwilę. Teraz stała w ogrodzie, z tą samą miną, którą miał Carter, gdy pierwszy raz zobaczył ją na wystawie w galerii. Obserwowała, jak Cecilia zbiera coś z rabaty, mówiła coś przez śmiech, jedną ręką trzymając się za brzuszek. Słońce oświetlało jej ramiona, a włosy rozświetlały się od promieni.
    W tej chwili wiedział jedno: To było miejsce, w którym wszystko się łączyło. Jego przyszłość, przeszłość Sophii, dziecko, którego się spodziewali. Rodzina, której tak długo nie miał, teraz siedziała z nim na tarasie i opowiadała mu anegdoty. A ona… Ona była środkiem tego świata.
    Antonio w końcu podał mu drugi kieliszek.
    — W Brazylii zawsze są dwie kolejki. Jedna za rodzinę, druga za odwagę — powiedział półżartem. Carter wzniósł kieliszek lekko, z cieniem uśmiechu.
    — Za rodzinę. I za odwagę — powiedział cicho. I wypił bez mrugnięcia.
    Carter podniósł wzrok znad kieliszka i uniósł jedną brew, jakby właśnie został przyłapany na zbrodni stulecia. Antonio właśnie kończył historię o jakiejś rodzinnej awanturze z lat osiemdziesiątych, w której była i wybuchająca butla gazowa, i sąsiad z gromadką kur, które w niewyjaśniony sposób znalazły się w salonie. Carter roześmiał się szczerze, nie tylko z samej historii, ale z tego, jak żywo Antonio ją opowiadał. Uśmiechnął się półgębkiem, opierając się wygodniej o stary fotel, w którym zasiadał jak równy z równym w przydomowym „klubie dziadków”. Antonio obok wyglądał, jakby właśnie opowiedział najlepszy żart na świecie, a jego policzki zarumieniły się od upału… i zapewne od mocy trunku, który zaserwował.
    — To nie tak, jak myślisz — rzucił Carter z powagą, która zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. — To tradycja rodzinna. Nie można odmówić.
    Jego koszula była lekko rozpięta przy szyi, rękawy podwinięte do łokci, a na twarzy widniał ten typowy dla niego półuśmiech, z jednej strony zaintrygowany, z drugiej rozbawiony. Antonio pokiwał głową ze śmiertelną powagą.
    — Właśnie. To ceremonia. — I wypił resztkę ze swojego kieliszka, jakby właśnie udowodnił, że jego argument jest nie do podważenia. — Ten twój narzeczony ma charakter. — Antonio roześmiał się głośno, uderzając go raz jeszcze z uznaniem po ramieniu.

    OdpowiedzUsuń
  86. Carter spojrzał na Sophię z rozbawieniem i wyciągnął rękę w jej stronę.
    — Ty też tak uważasz? Czy tylko wtedy, kiedy nie próbuję cię namówić na coś szalonego?
    Było w jego głosie coś figlarnego, jakby ta chwila między nimi była tylko ich, pomimo obecności Antonio. Bo to nie była tylko gościnność. To było przyjęcie z szeroko otwartymi ramionami. Z pytaniami, które choć zadawane z humorem, były próbą poznania, prawdziwego, szczerego. Zrobił krok w jej stronę. Potem kolejny. Aż stanął blisko i nachylił się lekko, żeby musnąć jej policzek ustami. Rzucił jej spojrzenie lekkie, ale w jego stylu pełne podtekstu: „To twój świat. Ale ja już się tu rozgościłem.”
    Antonio tymczasem nalał im po jeszcze jednym, symbolicznym łyku. Spojrzał raz na wnuczkę, raz na Cartera. — Za was. Za dom. I za dzieci, które będą tu biegać boso, tak jak ich mama.
    Carter uniósł kieliszek i spojrzał na Sophię, dłużej, spokojniej. Bo właśnie tak to widział. Ich dzieci. Ich dom. Ich spokój. Zawsze, kiedy był z nią. Nawet w tej starej szopie pełnej kurzu i wspomnień.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  87. Carter nie ruszał się z miejsca, nawet kiedy drzwi za Antonio się zamknęły. Miał w ramionach Sophię, wtuloną w jego bok jakby należała tam od zawsze i może właśnie o to chodziło. O to, że nigdy nie czuł się aż tak… osadzony. Nawet nie tyle w miejscu, co w życiu. Z całym tym chaosem, który nosił w sobie, z całą historią, której nie chciałby powtarzać nawet przed samym sobą, tutaj, w tej budce z dziadkiem, starymi krzyżówkami, śrubkami, zapachem alkoholu i cytrusów, z kobietą, którą miał poślubić za chwilę, wszystko zdawało się być na właściwym miejscu.
    — Chyba mnie trochę lubi — mruknął w końcu, z głosem, który ociekał fałszywą skromnością, ale oczy błyszczały mu jak u chłopaka, który właśnie dostał najwyższą notę za pierwsze spotkanie z jej dziadkiem. Przesunął dłonią po jej plecach, a potem uniósł wzrok i spojrzał na drzwi, przez które wyszedł Antonio.
    — Gdybyś zapytała mnie rok temu, czy znajdę się kiedyś w takim miejscu… — roześmiał się krótko pod nosem. — W życiu bym nie uwierzył. A już na pewno nie z pierścionkiem na twoim palcu, dzieckiem w drodze i lemoniadą, która rywalizuje z bimbrem dziadka.
    Wsunął palce w jej włosy i pocałował ją lekko w skroń. Uśmiechnął się cicho, bez tych wszystkich masek, które zwykle nosił w Nowym Jorku.
    — Jeśli nasz dzieciak odziedziczy choć trochę tego, co masz ty i twój dziadek… to chyba będę potrzebował jeszcze jednej szklanki tego czegoś — dodał z rozbawieniem, spoglądając na butelkę, której zawartość coraz mniej go odstraszała. A potem przytulił ją mocniej. Trzymał ją tak, jakby nigdy nie miał wypuścić i może naprawdę nie miał. Bo tutaj, w ciepłym, pachnącym drewnem i wspomnieniami kącie, z Sophią przy sobie i świadomością, że za chwilę zostanie jego żoną, Carter po raz pierwszy w życiu nie musiał udawać ani walczyć. Wystarczyło, że był. I to było wszystko.
    — “Nie wkurzaj kobiety o nazwisku Moreira”, zapamiętam. — mruknął z rozbawieniem, odchylając lekko głowę i zerkając na Sophię. — Dobrze, że zaraz będziesz mieć na nazwisko Crawford.
    Carter uśmiechnął się szerzej, słysząc, jak Sophia parska śmiechem, a potem znowu wtulił ją w siebie, jakby nie mógł się nią nasycić. Jego dłoń leniwie głaskała ją po plecach, przez materiał sukienki, wolno i uspokajająco. Czuł się… po prostu dobrze. Bez żadnych masek, bez tej nieustannej czujności, którą nosił ze sobą w Nowym Jorku jak drugą skórę.
    Odchylił się lekko, by spojrzeć jej w oczy. Delikatnie przesunął kosmyk włosów za jej ucho.
    — Wiesz jeśli mamy budować rodzinę… to chcę, żeby miała takie miejsce. Taki dom. Takie ciepło. Nie tylko nasze, ale to, do czego można wrócić. Gdzie zawsze pachnie obiadem, świeżym praniem i cytryną. — Carter milczał jeszcze przez chwilę, jakby potrzebował dopić resztki tej myśli. Wchłonąć ją jak ostatni łyk lemoniady, który zostaje na dnie szklanki i zawsze smakuje najmocniej. Zerknął na nią spod rzęs, z tym półuśmiechem, który zawsze był zarezerwowany tylko dla niej. Potem nachylił się bliżej, głową dotykając jej ramienia. — No i chyba muszę dowiedzieć się, czym jest to açaí na tigela, skoro jest zagrożenie, że mi ucieknie. Bo jak to będzie lepsze od lemoniady, to chyba się przeprowadzamy.
    Roześmiał się krótko i pocałował ją lekko w czubek głowy, jakby to właśnie była jego odpowiedź na wszystkie możliwe pytania o przyszłość. A potem rozległ się głos babci z kuchni:
    — Açaí już gotowe, zanim mi tam zemdleją z miłości!
    Carter roześmiał się, wtulił nos w szyję Sophii i mruknął cicho.
    — Dobra, to był znak od wszechświata. Chodźmy zjeść tę legendę z lodówki, zanim dziadek wróci i znów spróbuje mnie upić… dla dobra tradycji, oczywiście. Poza tym, nie chcę być tym, który odmówił deseru w brazylijskim domu. To się pewnie kończy wygnaniem.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  88. — To prawda — przyznał Carter miękko, bez cienia obrony czy dumy. — Rok temu miałem inne rzeczy w głowie. I żadna z nich nie miała zielonych sukienek, takiego charakteru…
    Spojrzał na nią z boku, wolno, jakby ją poznawał na nowo, choć przecież znał każdy szczegół. Przysunął się odrobinę bliżej i nachylił do jej ucha. — …i nie wchodziła mi do głowy bez pytania — dokończył z uśmiechem. — A potem do łóżka. A potem do życia. A potem… do serca.
    To ostatnie powiedział ciszej. Bez żartu. Bo nawet jeśli próbował być lekki, to nie umiał udawać, że to wszystko znaczyło dla niego mniej niż wszystko. Nie musiał już mówić, jak bardzo się zmienił. Ona to widziała. W spojrzeniu, w dotyku, w słowach. I w tym, że zamiast uciekać, zostawał. Zamiast chować się za maską, był przy niej. W pełni. Bezpiecznie.
    — Wypił trzy razem ze mną i ani razu nie mrugnął — mruknął, pokazując jej kieliszek. — Nie wiem, czy mnie sprawdza, czy po prostu uznał, że jestem godny tylko wtedy, kiedy wyjdę stąd na czworakach.
    Carter uśmiechnął się tak, jak uśmiecha się człowiek, który wie, że trafił na coś niepowtarzalnego i nie zamierza tego puścić.
    — Nie wiem, co gorsze, że twój dziadek mnie już przyucza, jakbym miał tu zostać na stałe, czy że mnie to kusi bardziej, niż powinno — rzucił półżartem, idąc za nią, ale nie puszczając jej dłoni ani na moment. Był pełen tej miękkiej, bezpiecznej obecności. Świadomości, że idzie obok kobiety, która nie tylko wpuściła go do swojego życia, ale i do świata, do którego sam nigdy nie miałby wstępu, gdyby nie ona.
    — Swoją drogą — mruknął, podnosząc wzrok w jej stronę. — Już opowiadał mi o działkach na sprzedaż, tu w okolicy. I nie wiem, czy to był żart, czy propozycja.
    Carter westchnął, czując jak z serca opada ostatni ciężar. Tu, gdzie pachniało domem, a dźwięki miasta nie dochodziły tak głośno, wiedział, że zrobił kolejny krok we właściwą stronę. Towarzyszył mu śmiech Sophii, jej dłoń na jego skórze, obrączki, które już niedługo miał założyć jej na palec. Na dobre. I na zawsze.
    — Czekaj, czekaj… — Carter uniósł brwi, dając się pociągnąć za sobą, ale z wyraźną podejrzliwością. — Chcesz mi powiedzieć, że karmiłaś mnie sekretnym brazylijskim jedzeniem i nawet się nie zorientowałem?
    Zatrzymał się na moment i spojrzał na nią z udawaną powagą.
    — Czyli to przez ciebie zacząłem lubić mango. I te małe pomarańczowe kulki… Jak one się nazywają? — zmarszczył czoło, udając, że nie pamięta, choć doskonale wiedział. — Te, co smakują jak tropikalne niebo i uzależniają szybciej niż kokaina?
    Nachylił się niżej i zniżył głos teatralnie, jakby wyjawiał tajemnicę.
    — Wiesz, że mógłbym teraz przejść na twoją stronę konfliktu światowego? Zdradzić burgera i bekon dla ciepłego pão de queijo?
    Uśmiechnął się szeroko, puszczając jej dłoń tylko po to, żeby sięgnąć ramieniem dookoła jej pleców i przysunąć ją do siebie, idąc dalej.
    — Ale wiesz co? Jeśli to wszystko było częścią twojego planu, żeby mnie uzależnić od ciebie jeszcze bardziej… — pochylił się bliżej, tuż do jej ucha — …to działa. I nie mam najmniejszego zamiaru iść na żaden odwyk.
    Złożył krótki pocałunek na jej skroni, a potem spojrzał przed siebie, gdzie przez uchylone drzwi rozchodził się zapach gotowanego ryżu i świeżych ziół.
    — Chodźmy, zanim twoja babcia znów uzna, że jestem zbyt chudy i będę musiał zjeść drugie danie tylko dla formy.
    Zatrzymał się na chwilę, zanim wyszli i lekko pociągnął ją za rękę, tylko po to, żeby mogła na niego spojrzeć. Zaśmiał się, ale w oczach miał coś więcej niż rozbawienie. — Widzisz, to właśnie dlatego mam w planach cię poślubić w każdej szerokości geograficznej. Zacznę tu, w niedzielę, a potem… może Portugalia? Potem Nowy Jork…
    Zbliżył się do niej, kładąc dłonie na jej talii i przyciągając ją bliżej, by przylgnęła do niego całym ciałem, tak, jakby chciał zapamiętać ją dokładnie taką: śmiejącą się, piękną, spokojną, zakochaną.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  89. ( Wizerunek wybrałam całkowicie przypadkowo. Urzekło mnie jej spojrzenie, choć zupełnie inaczej wyobrażałam sobie Johnson. Z czasem jednak ten wybór bardzo mi się spodobał.
    Dziękuję za tak ciepłe słowa! <3 Eve niestety ma już taki charakter. Innego człowieka stawia ponad siebie. Ale będzie nad tym pracować, obiecuję!
    Jaki piękny Chester! <3 Koty tej rasy są niesamowite. Ona zaś taka smutna. Strata rodzica to ogromny cios... Trudno sobie nawet wyobrazić, co ona czuje. Aż mam ochotę ją przytulić. Wraz z Eve życzymy jej, by spełniły się wszystkie jej plany i marzenia. To cudowna osóbka!)
    Eve

    OdpowiedzUsuń
  90. Dzień ślubu przyszedł szybciej, niż mogli się tego spodziewać. Choć planowali wszystko z wyprzedzeniem, choć każdy szczegół miał być dopracowany, a ceremonia skromna, intymna i osłonięta od świata, czas zaczął przyspieszać w ostatnich dniach, jakby próbując ich zaskoczyć. Sophia była w euforii, to miało być ich „tak”, tylko dla nich. Cichy ogród w São Paulo, kwiaty z pobliskiego targu, sukienka, którą wybrała sama, bez sztabu stylistek i fotografów. Była promienna, spokojna. Wreszcie wyglądała na kobietę, która jest dokładnie tam, gdzie zawsze chciała być.
    Carter… przez większość czasu naprawdę się nie stresował.
    Nie był typem, który robił notatki na marginesach listy gości ani panikował z powodu źle dopasowanego krawata. Jego garnitur wisiał gotowy od dwóch dni, a obrączki leżały w kieszeni marynarki, jakby były tam od zawsze. Obiecał sobie, że ten dzień będzie inny niż wszystkie. Nie miał w sobie nic z nerwowej ekscytacji nowożeńca. Był skupiony, gotowy. Spokojny. Przynajmniej do momentu, w którym Sophia, między łykami porannej kawy i układaniem włosów, rzuciła niemal mimochodem.
    — Aha, i jeszcze jedno… Tata jednak przylatuje. Jutro rano. Przemyślał to.
    Carter zamarł. Nie od razu coś powiedział, bo przez chwilę próbował zrozumieć, czy dobrze usłyszał. A kiedy zdał sobie sprawę, że tak, że Oscar, który do tej pory patrzył na niego, jakby był zapowiedzią końca świata, właśnie postanowił jednak pojawić się na ich sekretnym brazylijskim ślubie, poczuł, jak coś ścina mu żołądek.
    — To… świetna wiadomość — powiedział z uśmiechem i pocałował ją w czoło. I wtedy dopiero się zaczęło. Nerw, który wcześniej był tylko lekkim impulsem gdzieś pod skórą, nagle zyskał imię. Nagle wydało mu się, że krawat jednak za ciasno opina szyję. Że koszula się marszczy. Nie dlatego, że bał się ślubu. Ale dlatego, że wiedział, jak wiele znaczył Oscar dla Sophii i jak bardzo chciał, żeby ten dzień był dla niej doskonały. A teraz, z każdą minutą, nie potrafił już myśleć o niczym innym poza tym, jakim wzrokiem ojciec jego narzeczonej spojrzy na niego, kiedy stanie naprzeciwko ołtarza, gotowy przysiąc jej wszystko.
    Sophia, jakby przeczuwając jego napięcie, tylko uśmiechnęła się lekko i położyła dłoń na jego piersi, tam, gdzie serce zaczynało bić nieco szybciej.
    — Kochanie… spokojnie. To wciąż nasz dzień. Tylko z lekkim… bonusem.
    Nie wiedział, czy nazwałby Oscara „bonusem”, ale wiedział jedno: mimo że zrobiło się nagle ciaśniej w klatce piersiowej, mimo że ręce przestały być tak pewne jak wcześniej, on nie chciał tego zmieniać. Nie chciał niczego zmieniać. Bo nawet jeśli Oscar miałby mierzyć go wzrokiem przez całą ceremonię, Carter i tak powiedziałby to samo.
    Piątkowe popołudnie przed ślubem przyniosło pełnię ciepła, śmiechu i zwyczajności, która nagle wydawała się wszystkim, czego im było trzeba. Rio przyleciał. Pojawił się z żoną i dwójką dzieci, które od razu opanowały ich ogród, goniąc się między krzewami i próbując złapać motyle. Jego żona, ciemnowłosa, spokojna, z błyskiem w oku i łagodnym uśmiechem, okazała się być… w ciąży. I to niemal na tym samym etapie, co Sophia.
    — To się nazywa timing — rzucił Rio, poklepując się po brzuchu, jakby to on nosił dziecko, i parsknął śmiechem, kiedy Carter uniósł brwi, a Sophia tylko zareagowała przeciągłym: „serio?”.
    Atmosfera była lekka, wręcz wakacyjna. Z głośników grała brazylijska muzyka, powietrze pachniało limonką, grillowanym mięsem i przyprawami, które babcia Cecília rozsypywała z takim zapałem, jakby gotowała dla całego São Paulo. Taras rozbrzmiewał rozmowami. Carter czuł się, jakby był częścią tej rodziny od lat. Sophia w jasnej sukience, opalona i roześmiana, wyglądała jak marzenie. Rio od razu wkroczył do kuchni, jakby znał ją na pamięć, pomagając Antonio z rozpaleniem grilla i kradnąc owoce z miski dzieciom, które rzucały w niego piłką. Były też koleżanki Sophii.

    OdpowiedzUsuń
  91. Mieszały się języki, historie i żarty. Jedna z dziewczyn wyciągnęła starego polaroida, robiąc zdjęcia każdemu, kogo dorwała. Sophia trzymała się najbliżej Cartera, raz za razem wsuwając dłoń pod jego koszulę albo całując go znienacka w ramię, jakby tylko chciała upewnić się, że on naprawdę tu jest, z nią, że to wszystko się dzieje. Wieczór należał do nich wszystkich, dzieci zasnęły na huśtawce przykryte lekkim kocem, Sophia z Rio rozmawiała cicho, śmiejąc się do wspomnień, a Carter siedział z Antonio, popijając cachacę i naprawdę… czuł spokój. To nie był wieczór pełen przygotowań i nerwów. To był wieczór, który pachniał domem. I zapowiadał, że wszystko pójdzie dokładnie tak, jak powinno.
    Słońce od rana wpadało przez okna pokoju, w którym Carter miał się przygotować. Ciepły blask odbijał się od koszuli, przewieszonej na krześle. To właśnie Rio i jego żona wzięli na siebie zadanie doprowadzenia Cartera do stanu „ślubnego”.
    — No, no, wygląda na to, że dzisiaj naprawdę dorośniesz — rzuciła żona Rio, z ręką na biodrze, obserwując, jak Carter zapina guziki koszuli. Miała na sobie zwiewną sukienkę, jedną ręką głaskała ciążowy brzuszek, a w drugiej trzymała kubek z herbatą, z której unosił się imbirowy aromat.
    — Chyba już dawno dorosłem — odparł Carter z przekąsem, zerkając na Rio, który właśnie walczył z jego krawatem.
    — Mówisz to, a od dziesięciu minut nie potrafisz porządnie zawiązać krawata. — Rio parsknął śmiechem, po czym pokręcił głową i przejął sprawę.
    Było coś bardzo osobistego i ciepłego w tej chwili, między mężczyznami panowało zaufanie, a żona Rio żartowała sobie z Cartera z czułą ironią.
    — A Sophia? — zapytał w pewnym momencie, zerkając przez okno.
    — Jeszcze nie uciekł. — Rio uśmiechnął się, nie odrywając się od poprawiania mankietu. Carter skinął głową. Czuł to w kościach, Sophia była już gotowa. A on… coraz bardziej czuł to też w sobie. Wszystko było prawdziwe. Namacalne. Bez żadnego pośpiechu. Bez paniki. Otoczeni ludźmi, którzy naprawdę chcieli tu być.
    — Dobra, gotowe. — Rio cofnął się krok i uderzył Cartera w bark. — Wyglądasz, jakbyś naprawdę zamierzał ją dzisiaj poślubić.
    — Bo zamierzam.
    Żona Rio uniosła brew.
    — No to nie zapomnij oddychać. I uśmiechaj się. To nie pogrzeb.
    Carter zaśmiał się szczerze, bardziej z rozbawienia niż nerwów. Jeszcze nie widział Sophii tego dnia i dopiero kiedy ją zobaczy, wiedział, że dopadnie go cała ta powaga chwili. Ale teraz? Teraz czuł się gotowy.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  92. [To polski serial, który wyszedł całkiem niedawno. Leci na HBO, jakby co ^^
    Prawda, możliwości jest całkiem sporo. :D
    Chętnie coś napiszę z Sophią. Spotkanie w schronisku to wspaniały pomysł! Może w późniejszym czasie, Soph zabrałaby Powder na wolontariat w sanktuarium dla zwierząt na Kostaryce? Takie miejsce na pewno zrobiłoby na mojej pani ogromne wrażenie, bo ona nigdy nie była ani nad żadnym morzem, ani tym bardziej oceanem. ^^]

    Powder Smith

    OdpowiedzUsuń
  93. Maxine zdawała sobie sprawę z tego, że historia, którą właśnie opowiedziała Sophii, była absurdalna i przez to wcale nie dziwiła się temu, że przyjaciółka się na nią gapiła. Jej mina sprawiła, że Maxine parsknęła cicho krótkim śmiechem, bo cóż więcej jej pozostało? Mogła śmiać się lub płakać – to drugie zdążyła zrobić, kiedyś w nocy, bo kotłujących się w niej emocji było tak wiele, że nie sposób było inaczej sobie z nimi poradzić i Riley dobre trzy godziny spędziła na wyciu w poduszkę, aż nie miała sił płakać więcej i zasnęła, zmęczona, ale spokojniejsza.
    Dziś, kiedy minęło już trochę czasu od pierwszego, a nawet drugiego spotkania z Andreą, Maxine bynajmniej nie zbierało się na płacz, ponieważ zdołała odrobinę oswoić się z tą niecodzienną – delikatnie powiedziawszy – sytuacją, ale też nie było jej do śmiechu. Ten śmiech, nawet krótki i cichy, był kolejnym regulatorem dla niezrozumiałych emocji, na dodatek występujących w nadmiarze tak przytłaczającym, że Max zastanawiała się, jak w jej drobnym ciele jest dość miejsca na to wszystko, co czuła i widać mimo wszystko tego miejsca brakowało, skoro wcześniej płakała, teraz się śmiała, a na dodatek popijała wino nie tylko dlatego, że to jej smakowało, bo Soph kupiła naprawdę dobre wino, ale przede wszystkim dlatego, że alkohol miał nieco ją ogłupić, a tym samym wyciszyć umysł.
    — Nie martw się, ja też nie miałam. Podejrzewam, że w tamtym barze gapiłam się na Andy tak samo, jak ty teraz na mnie — przyznała i wzruszyła ramionami, jakby to było nic, ale to nie było nic. To, czymkolwiek to było, było wielkie i przerażające, miało ostre zęby i jeszcze ostrzejsze pazury, a na dodatek polowało wyłącznie na Maxine.
    Obserwowała, mimo wszystko z pewnym rozbawieniem, jak w głowie Sophii zachodzą dokładnie te same procesy myślowe, które, po minięciu pierwszego szoku, zachodziły także w jej głowie i pomyślała przy tym, że dobrze było zrzucić to na ramiona kogoś jeszcze. Podzielić się tym ciężarem, choć sama Sophia nie dźwigała mało, ale chyba nie miała się od tego ugiąć, prawda? Co prawda Maxine rozmawiała o tym już z kilkoma osobami, bo rozmawiała z Noah i Rowanem, a raczej musiała przyznać się przed nimi do tego, że miała siostrę bliźniaczkę, o istnieniu której wcześniej nie wiedziała, bo tych dwóch po prostu wpadło gdzieś na Andy i wyniknęły z tego pewne nieporozumienia. Maxine było przykro, że musiała te nieporozumienia prostować, dopadł ją też dziwny smutek, a może nawet rozczarowanie związane z tym, że jej bliscy nie rozpoznali, że mieli do czynienia nie z nią, a z kimś dla nich obcym. Tak jakby… nie stali w tym nieoczywistym konflikcie po jej stronie?
    Tymczasem Sophia – Maxine nie miała do co tego żadnych wątpliwości – stała po jej stronie i była jej najlepszą przyjaciółką, która rozumiała ją bez słów, bo choć teraz Max musiała jej wytłumaczyć, co zaszło, to na pewno nie musiała jej tłumaczyć tego, co działo się w jej głowie – Soph słusznie zakładała, że panował tam istny chaos.
    — Przejebane to i tak bardzo delikatnie powiedziane, Soph — rzuciła i uśmiechnęła się do siedzącej na drugiej pufie dziewczyny. Uśmiech ten wcale nie był lekki i radosny, a ciężki i ponury. — Z drugiej strony, zawsze mogło być gorzej, prawda? Mam na myśli, że nikomu nie dzieje się krzywda. To znaczy teoretycznie. I nie fizycznie — zaczęła mówić bez składu i ładu, jakby w ten pokraczny sposób sama sobie próbowała dodać otuchy, lecz w końcu zabrakło jej słów i skapitulowała, powtórzywszy za Moreirą: — Jakoś sobie poradzimy. Nie mamy innego wyjścia.
    Dokładnie te dwa zdania stanowiły ulubione motto Maxine Riley - jakoś sobie poradzimy, nie mamy innego wyjścia. Gdyby kiedyś, w dalekiej przyszłości, miała zostać babcią, bez wątpienia powtarzałaby te słowa swoim wnukom jako życiową radę tak długo i często, aż te wnuki wyryłyby te słowa na jej nagrobku. Miała ona co prawda ponury wydźwięk, ale ileż prawdy się w niej kryło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż się wyprostowała na to rzucone napisz do niej teraz i jakby to był rozkaz, a nie luźna propozycja, sięgnęła po odłożony na stoliczek telefon, jednocześnie posyłając przyjaciółce sceptyczne spojrzenie.
      — Tak, to głupie — przyznała, już z komórką w ręce, lekko przeciągając samogłoski i popatrzyła na ekran, który rozświetlił się pod wpływem ruchu. Na wygaszaczu widać było kilka ikonek nieodczytanych powiadomień z co najmniej trzech różnych komunikatorów. — Ludzie z roku… Nie wiem, co myślą — powiedziała, wpatrując się w te ikonki, jakby to tam miała znaleźć odpowiedzi na pytania Soph. — Chyba mamy z Andreą zbyt groźne miny, kiedy na nas patrzą, żeby ktokolwiek odważył się o coś spytać, a co dopiero pomyśleć. Więc nie, nie wiem, co myślą — powtórzyła, samą siebie utwierdzając we wcześniejszej odpowiedzi. Po tym odłożyła telefon tam, gdzie ten wcześniej leżał, ekranem do dołu, co samo za siebie mówiło, że nie chciała teraz pisać do bliźniaczki.
      W odpowiedzi na to, co dalej mówiła Sophia, tylko kiwała głową, jakby uznała, że odpowiadanie na każde jedno zdanie także byłoby głupie. Powoli zaczynała odnosić wrażenie, że cokolwiek by w tej sytuacji zrobiła, wszystko okazałoby się głupie, ale też Sophia mówiła rozsądnie i miała wiele racji, bo dokładnie o tych samych rzeczach zdążyła pomyśleć Maxine, a skoro obie pomyślały o tym samym, to chyba była w tym choć odrobina rozsądku, prawda?
      — Dziękuje i nie… Nie trzeba — zaprzeczyła w odpowiedzi na propozycję o towarzyszeniu jej na każdym spotkaniu. Posłała przyjaciółce ciepły uśmiech po tym, jak ta dotknęła jej kolana i pod wpływem tego kojącego dotyku wypowiedziała kolejne słowa.
      — Andrea jest tu sama. Przyjechała na studencką wymianę. Jej rodzina i przyjaciele zostali na drugim końcu kraju, podczas gdy ja mam tutaj cały arsenał ludzi. Nie chcę… Nie chcę, żeby czuła się przez to jeszcze gorzej, niż musi się czuć — powiedziała ze zdecydowaniem, tylko trochę dziwiąc się tej trosce o bliźniaczkę, która wybrzmiała w jej głosie. Potrafiła postawić się na jej miejscu. Wyobrazić sobie, jakby to było, gdyby znalazła się w obcym mieście, bez bliskich pod ręką i nagle musiała zmierzyć się z takim problemem. Aż lekko się wzdrygnęła.
      — Wyobrażenie. — Max potrząsnęła głową. — Zdecydowanie wyobrażenie.
      Była pewna tego, że jeśli Andrea nie była tym sobowtórem, którego rzekomo miał każdy człowiek, a była jej siostrą bliźniaczką, to musieli rozdzielić je tuż po urodzeniu. Lucy wróciła do domu z jednym dzieckiem – wskazywały na to wszystkie zdjęcia i wszystkie opowieści. Bardziej problematyczna była inna kwestia, inne pytanie – czy Lucy wróciła do domu ze swoim dzieckiem, czy… czyimś…? Kto tak w zasadzie był ich matką? Kim byli ich rodzice…?
      Max westchnęła i upiła wina, które ubywało z jej kieliszka w zastraszająco szybkim tempie.

      [Taka piękna wychodzi tylko na zdjęciach autorstwa Marcusa 😈😉🤭]

      MAXINE RILEY

      Usuń
  94. Ogród, w którym odbywała się ceremonia, nie wyglądał jak z katalogu. Nie musiał. Nie było zbyt wiele, tylko to, co naprawdę miało znaczenie. Zieleń była bujna, niemal dzika, ale pielęgnowana z czułością. Kwiaty, zamiast tworzyć równe, idealne rabaty, wyrastały w swobodnych kępach. Lawenda mieszała się z białymi różami, jaśmin wspinał się po pergoli, a gdzieś w tle leniwie kołysały się wiatrem duże liście bananowca. Wszystko pachniało latem. Było duszno, jak to w Brazylii, ale nie męcząco. Powietrze unosiło się lekko, przepełnione zapachem kwiatów i słońca, które przesączało się przez koronę wysokiego drzewa dającego cień na sam środek ogrodu. Pod tym drzewem ustawiono prosty łuk z gałęzi, opleciony białą wstążką i zielonymi pnączami. Nie było tiulu ani wymyślnej ścianki do zdjęć. Ślub nie potrzebował scenografii. Wystarczył ten jeden zakątek ziemi, odcięty od świata, i kilka krzeseł rozstawionych dla najbliższych. Ktoś rzucił kilka poduszek na wiklinowe fotele. Na stole z litego drewna czekały zimne napoje i małe deski z przekąskami, zupełnie, jakby to był zwykły rodzinny obiad, a nie najważniejszy dzień ich życia. Ale to było w tym właśnie najpiękniejsze. Intymność. Bliskość. Ciepło. Luksus miał tu inne znaczenie, nie chodziło o marmury ani złoto. Luksusem była cisza. Spokój. To, że można było się rozpiąć, odetchnąć głęboko, i nic nie musieć grać. Kilka dziewczyn ze strony Sophii usiadło już na miejscach, śmiejąc się cicho między sobą. Gdzieś w tle dzieciaki Rio ganiały się za motylami, a jego żona zasiadła w cieniu, popijając sok z marakui. Z głośnika leciała delikatna muzyka, brazylijska gitara, cicha, niemal jak tło dla rozmów. To nie był spektakl. To było coś prawdziwego. Wszystko tutaj pachniało ich wyborem. Ich miłością. Ich spokojem.
    Carter nie był w stanie się poruszyć. Wszystko, co do tej pory w jego życiu wydawało się chaotyczne, szorstkie i nieprzewidywalne, nagle miało sens. Każda decyzja, nawet ta najgorsza, prowadziła go tutaj. Do niej.
    Stała przed nim, promienna, silna i krucha jednocześnie, z dłonią złożoną na ramieniu ojca, z błyskiem w oczach, którego nie potrafiłby już nigdy zapomnieć. I choć szła wolno, krok po kroku, on miał wrażenie, że czas całkowicie się zatrzymał. Słońce muskało jej skórę, wiatr bawił się materiałem sukienki, a świat dookoła zniknął, zostawiając tylko ją. Nie słyszał szmeru rozmów. Nie czuł zapachu kwiatów, choć wiedział, że były wszędzie. Czuł za to, jak serce wali mu w piersi tak mocno, jakby miało wyrwać się z klatki. Ale to nie był strach. To była ulga. I duma. I miłość. Taka, która potrafiła rozłożyć go na łopatki w jednej sekundzie, tylko dlatego, że powiedziała „cześć”. Tak zwyczajnie. A dla niego… to było wszystko. Złapał jej dłoń, kiedy Oscar mu ją podał, pewnie, mocno, bez cienia zawahania.
    Nie spuścił wzroku, gdy jej ojciec powiedział „Zaopiekuj się nimi”. Skinął głową. Nie musiał obiecywać. To było oczywiste. Sophia i dziecko były teraz wszystkim. Każdym planem, każdą decyzją, każdą intencją. Nie było już innego życia niż to, które tworzył właśnie z nią.
    — Hej — odpowiedział cicho, z półuśmiechem, który zniknął, zanim zdążył się w pełni rozwinąć, zastąpiony czymś… głębszym.
    — Jesteś piękna — dodał bez chwili zawahania. I nawet nie próbował powstrzymać emocji, które podeszły mu do gardła. Bo Sophia była dla niego wszystkim. A ten moment, tutaj, z nią, z tym spojrzeniem i tą dłonią w jego, był najważniejszy w całym jego życiu. Dla Cartera to było… coś zupełnie innego. Stał na tle ogrodu przystrojonego kwiatami, wśród ludzi, których Sophia kochała i którzy, co dziwniejsze, wydawali się akceptować również jego. W dłoni trzymał jej dłoń. W jego stronę szła kobieta, która miała za chwilę zostać jego żoną. I choć technicznie był już kiedyś mężem… to właśnie teraz czuł, że bierze ślub naprawdę. Tamten wieczór w Vegas był wszystkim, czym to nie było. Tamto było impulsem. Ucieczką. Pijanym, nieprzemyślanym gestem podszytym destrukcją, emocjonalnym chaosem i próbą przyklejenia plasterka na coś, co było złamane już wtedy. To… To było wyborem. Świadomym. Trzeźwym. Głębokim.

    OdpowiedzUsuń
  95. Spojrzał na Sophię, a jego palce mocniej splotły się z jej palcami. Miała na sobie tę lekkość i czułość, jaką znał tylko u niej. Ubrana nie w białą suknię z katalogu, ale w coś, co pasowało do niej tak samo jak ten ogród, ciepły, prawdziwy, intymny. To był ich świat. Ich dzień. Bez przypadkowych świadków, bez paparazzi, bez pustych przysiąg. Tutaj nie musiał uciekać przed sobą ani niczego naprawiać. Tutaj… chciał zostać. I właśnie to do niego docierało, z całą siłą. Że nigdy wcześniej nie czuł się tak spokojny. Ani tak pewny. Że to, co robią, to nie teatr. Nie impuls. Nie dramat. To było życie. I miłość. I rodzina. Prawdziwa.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  96. Carter nie odpowiedział od razu. Przechylił lekko głowę, jakby musiał upewnić się, że naprawdę to usłyszał. Że ona, w tej sukni, z dłońmi splecionymi z jego, z sercem, które biło tak blisko, właśnie to powiedziała. A potem się zaśmiał. Krótko, cicho, ale z tym całym uczuciem, które w nim się zbierało od miesięcy i teraz nie mieściło się już w piersi.
    — Nie wiem… — mruknął, udając zamyślenie. — Podobno to niezła pułapka. Jednego dnia jesteś wolnym facetem, a następnego… musisz dzielić łazienkę i wszystkie frytki.
    Zacisnął lekko jej palce. Uśmiech nie znikał z jego twarzy, a oczy ani przez moment nie uciekły z jej spojrzenia. I wtedy Sophia poczuła, jak jego kciuk przesuwa się powoli po jej dłoni, spokojnie, czuło, jakby próbował ją jeszcze bardziej uziemić, upewnić, że naprawdę tu jest. Wśród kwiatów. W tym ogrodzie. Wśród zaledwie kilku osób, ale z całym ich światem.
    — Gdybyś się nie rozmyśliła i tak bym cię dziś porwał. — Zaśmiał się pod nosem, ale jego głos nie zdradzał żartu.
    Goście roześmiali się cicho, ten jego luźny, rozbrajający humor działał na wszystkich tak samo. Nawet Oscar, stojący z boku, pokręcił głową z lekkim uśmiechem, jakby nie mógł uwierzyć, że właśnie ten mężczyzna, ten sam, który kiedyś wywoływał w nim tyle wątpliwości, teraz żeni się z jego córką. Rio zaśmiał się najgłośniej, ale też najbardziej szczerze. Nawet dzieciak przy jego nodze uniósł brwi, nie do końca rozumiejąc, ale wyczuwając atmosferę. Carter jednak nie spuszczał wzroku z Sophii. Nie teraz. Jej spojrzenie przykuwało go mocniej niż wszystko inne wokół. I choć przez moment pozwolił sobie na żart, to teraz patrzył na nią już całkiem serio, tak, jakby świat miał się właśnie zatrzymać. Nie odczuwał już nerwów, nie myślał o tym, kto ich obserwuje. Czuł tylko to jedno: że robi to, co trzeba.
    Ciepły wiatr poruszył delikatnie zasłonę z gazy, rozwieszoną obok miejsca ceremonii. Słońce filtrowało się przez gałęzie, tańcząc smugami światła na ich dłoniach. Pachniało cytrusami i czymś pieczonym z ogrodu. Gdzieś dalej zamruczał kot, leniwie przeciągając się w cieniu.
    — Przepraszam… — urzędniczka uśmiechnęła się lekko, przerywając ich prywatny moment z odrobiną łagodnej cierpliwości w głosie. — Jesteście gotowi?
    Carter uniósł lekko brew i spojrzał na Sophię, nie odpowiadając od razu. Powoli, z uśmiechem pełnym znaczenia, ścisnął jej dłoń mocniej.
    — Od chwili, w której powiedziałaś, że lubisz moje czekoladowe oczy — odpowiedział półgłosem, tylko do niej. Potem odwrócił się do urzędniczki i skinął głową z tą swoją lekką nonszalancją, ale też z całym ciężarem decyzji, którą niósł od dawna.
    Urzędniczka uśmiechnęła się szerzej, widząc, jak Carter i Sophia trzymają się za dłonie.
    — W takim razie… — zaczęła, zerkając raz jeszcze na oboje. — Jesteście tutaj, przed najbliższymi. Gotowi, by złożyć sobie przysięgę. Bez blasku fleszy, bez tłumu, tylko wy. Dziś nie chodzi o to, jak będzie wyglądał ten dzień, ale z kim chcecie go przeżyć. I każdą kolejną jego wersję, nawet tę najbardziej zwyczajną.
    Jej głos był miękki, niespieszny. Dawała im czas. Pomiędzy zdaniami zostawiała ciszę, tak jakby i ona czuła, że wszystko tu trzeba wypowiedzieć wolno. Z uważnością.
    — Małżeństwo nie jest obietnicą, że wszystko będzie łatwe. To nie gwarancja, że nie przyjdą trudne chwile. — Spojrzała na nich oboje. — To tylko jedna decyzja. Że będziecie razem. Niezależnie od tego, co się wydarzy. Że będziecie wracać do siebie, nawet kiedy świat będzie próbował was od siebie odciągnąć.
    Zerknęła w kartkę, ale zaraz znów uniosła wzrok. Słowa, które miała przed sobą, nie były ważniejsze od tego, co działo się między nimi.
    — Carter, Sophia… — powiedziała cicho, prawie szeptem. — Za chwilę złożycie sobie przysięgę. Możecie powtarzać za mną… albo powiedzieć to, co sami chcecie sobie dzisiaj obiecać.
    Uniosła lekko brew, zostawiając im wybór. I wtedy zapadła krótka, czuła cisza, ta, która zawsze przychodzi tuż przed.

    OdpowiedzUsuń
  97. Carter uśmiechnął się lekko, odrobinę zawadiacko, tak, jak zawsze wtedy, gdy próbował ukryć, że coś naprawdę go porusza. Ale jego palce, mocniej zaciskające się na dłoni Sophii, zdradzały więcej niż jego twarz. Skinął głową, zerkając przelotnie na urzędniczkę, a zaraz potem wracając spojrzeniem do Sophii. Jakby cały świat właśnie zniknął i została tylko ona. Zaczął mówić, nie z kartki. Nie z pamięci. Tylko z serca.
    — Soph… zanim cię poznałem, nie sądziłem, że tak wygląda szczęście — zaczął cicho, a na tych kilka słów goście przycichli jeszcze bardziej. — Jesteś światłem, które nie oślepia, tylko prowadzi. Ciepłem, które nie parzy, tylko otula. Ciszą, która uspokaja, a nie przeraża. Oddechem, którego nie da się wstrzymać, bo bez ciebie… wszystko inne traci sens. — Głos lekko mu zadrżał, ale nie odwrócił wzroku. Wciąż patrzył w jej oczy, jakby tylko tam była prawda. — Przyszedłem do ciebie niedokończony. Pełen niedomkniętych spraw i cieni, które nie dawały mi spać. A ty… ty nigdy się mnie nie przestraszyłaś. Zostałaś. I to właśnie wtedy zrozumiałem, że kochać cię to nie wybór. To jest moje przeznaczenie. — Zbliżył się delikatnie, prawie szeptem. — Obiecuję ci, że będę dla ciebie wszystkim, czym tylko zechcesz, żebym był. Mężem, przyjacielem, bezpiecznym miejscem. Ramieniem, na którym odpoczniesz, kiedy świat stanie się zbyt głośny. I ręką, którą zawsze znajdziesz w ciemności. — Zamknął oczy tylko na ułamek sekundy, żeby odetchnąć. Kiedy znów je otworzył, były pełne uczuć, których nie dało się już zatrzymać. I wtedy nie było już śmiechów, nie było nawet odgłosów otoczenia. Przez jedną długą chwilę istnieli tylko oni. I ta przysięga, która była czymś więcej niż słowem. Była początkiem ich wspólnej wieczności. Zawiesił głos na ułamek sekundy. Powietrze w ogrodzie wydawało się gęstsze. Czuł, że serce bije mu szybciej, ale mówił dalej.
    — Obiecywałem ci już wiele rzeczy. Że przestanę uciekać, że zostanę, że zrozumiem. Nie wszystkie spełniłem od razu. Ale każda z tych obietnic była prawdziwa. I teraz chcę ci złożyć najważniejszą. — Spojrzał głęboko w jej oczy. — Obiecuję ci, że nie przestanę wybierać ciebie. Codziennie. Nawet kiedy będzie trudno, kiedy się pogubimy, kiedy przyjdą dni, w które wszystko będzie wydawało się zbyt ciężkie. Wtedy też cię wybiorę. I nawet jeśli sam czasem się w tym wszystkim pogubię… wiem jedno. Że jeśli mam się odnaleźć, to tylko przy tobie. Zamrugał szybko, jakby próbował zapanować nad emocjami, które mimo wszystko zaczęły podchodzić pod gardło.
    — I… obiecuję też, że będę się starał nie denerwować naszej córki już w brzuchu, choć nie wiem, jak długo dam radę, skoro już teraz nie mogę się doczekać, żeby nauczyć ją, jak mieć własne zdanie i nie słuchać taty.
    Rozległy się ciche śmiechy gości, a Sophia spuściła głowę, kręcąc nią z rozbawieniem, choć i tak nie była w stanie ukryć łez. Carter dodał, już ciszej, pochylając się lekko.
    — Jeśli będzie miała choć odrobinę twojego charakteru… to jestem zgubiony. Ale będę najszczęśliwszym facetem na świecie.
    Delikatnie ścisnął jej dłonie i nachylił się odrobinę bliżej, jakby chciał podzielić się czymś, co wcale nie miało być oficjalną częścią przysięgi.
    — Po prostu bądź moja. Już zawsze. — I spojrzał na nią z takim ciepłem, że nawet słońce zdawało się przygasnąć na moment, dając miejsce tej miłości.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  98. Carter nie zareagował od razu. Przez moment jedynie patrzył na nią, jakby całe jego ciało przestało oddychać, jakby wszystko w nim zamarło, żeby utrwalić sobie ten obraz na zawsze. Sophia z tym głosem, który drżał, ze słowami, które rozdzierały go od środka i składały na nowo. Sophia, która płakała nie dlatego, że coś bolało… tylko dlatego, że to wszystko, co było między nimi, miało teraz nazwę. I miało trwać już zawsze. Otarł kciukiem pojedynczą łzę, która spłynęła jej po policzku. Zrobił to delikatnie, tak jakby chciał jej powiedzieć, że rozumie każde słowo, którego już nawet nie musiała wypowiadać.
    — Już jestem, Soph — szepnął. To nie była przysięga. To była prawda. Zwyczajna, prosta, najważniejsza. Był jej. Na zawsze. Nawet jeśli wszystko inne miałoby się rozpaść, oni mieli siebie. I miał wrażenie, że dziś… po raz pierwszy w życiu naprawdę wie, czym jest dom. Wokół panowała cisza. Wszyscy wstrzymali oddech. Nawet wiatr jakby się zatrzymał.
    — To… — odezwała się w końcu urzędniczka, z lekkim uśmiechem w głosie. — Brzmi jak zgodna odpowiedź na pytanie, które jeszcze nawet nie padło.
    Kilka cichych śmiechów wśród gości. A Carter nawet nie oderwał wzroku od Sophii.
    — Ale skoro już wszystko zostało powiedziane… zapytam oficjalnie. Sophia, Carter… czy chcecie od tej chwili iść razem przez życie jako małżeństwo, dzielić jego radości i wyzwania, wspierać się, kochać i wybierać siebie każdego dnia?
    Carter nie czekał ani sekundy.
    — Tak. — Nie był w stanie powiedzieć niczego więcej, bo jego głos już był pełen wszystkiego, co czuł. I znów spojrzał na nią. Jakby nic innego nie istniało. Sophia patrzyła na Cartera, ściskając jego dłoń tak mocno, jakby chciała mu przekazać przez ten dotyk wszystko, czego już nie była w stanie powiedzieć na głos. Miała łzy w oczach, ale nie musiała ich ukrywać, one mówiły za nią.
    Urzędniczka, kiedy usłyszała oficjalne potwierdzenie od nich obojga, uśmiechnęła się cieplej niż dotąd, spoglądając na nich z tą łagodnością, jaką mają tylko ludzie, którzy wiedzą, jak rzadko zdarza się prawdziwa miłość. A potem powoli, z niemal uroczystym spokojem powiedziała:
    — Wobec świadków i zebranych bliskich, oraz tej przepięknej atmosfery… z ogromną radością ogłaszam was mężem i żoną.
    Carter nie wahał się nawet ułamka sekundy. Pochylił się i objął Sophię, z tą samą pewnością, z jaką wcześniej wypowiedział słowo „tak”. Nie całował jej zachłannie, nie gwałtownie, całował tak, jakby to było coś świętego. Czułego. Jakby każda cząstka jego ciała wiedziała, że od teraz to nie jest już tylko kobieta jego życia.
    To była jego żona.
    Ciepły wiatr poruszył kwiatami, ktoś gdzieś za nimi klasnął, babcia Cecília wzruszona zasłoniła usta dłonią, a Rio mruknął coś do swojej żony, ale oni już nic z tego nie słyszeli. Bo byli tylko oni. Dwoje ludzi. Jeden oddech. Jedno serce. Jedno „na zawsze”. Carter nie całował jej tak, jakby całował po raz pierwszy. I nie tak, jakby całował po raz ostatni. Pocałował ją tak, jakby całował wszystko, co było między nimi, ich historię, każde wybaczenie, każdy upadek, każdą czułość i każdy dzień, który mieli dopiero przed sobą. Była tylko ona. Ze smakiem łez na ustach i uśmiechem, który drżał.

    OdpowiedzUsuń
  99. Gdy się od siebie oderwali, Carter przyłożył swoje czoło do jej.
    — Moja żona… — wyszeptał i zaśmiał się cicho, z niedowierzaniem i zachwytem. — Brzmi lepiej niż myślałem.
    Gdzieś wśród gości rozległy się brawa, śmiechy gratulacje i uściski. Carter spojrzał ponad jej ramieniem, w stronę tarasu, gdzie babcia Cecilia już prowadziła gości na świeżo wyłożone desery. W ogrodzie zapłonęły świece w szklanych lampionach, a z głośnika cicho sączyła się bossa nova, którą Sophia wybrała sama. — Teraz zjem ciasto, zatańczę z tobą do ulubionej piosenki twojej babci, a potem… potem ukradnę cię, zanim wszyscy zaczną nam życzyć szczęścia. I zrobimy coś lepszego.
    Carter nachylił się do jej ucha i szepnął z uśmiechem.
    — Ukryjemy się na piętrze i zjemy mango w łóżku. Może nawet nie całkiem ubrani. Ale to zależy, czy twoja babcia nie będzie krążyć z sokiem.
    Rozłożył ręce widząc minę Sophii.
    — Co? Mąż chyba może mieć fantazje o mango, nie? — puścił jej oko, splatając ich palce.
    Słońce powoli chowało się za dachami sąsiednich domów, a ogród tonął w złocie i zieleni. Dzieci Rio biegały między stołami z balonami, a dziadek Antonio właśnie częstował Oscara czymś, co wyglądało jak domowej roboty alkohol i wyglądało na to, że wreszcie się rozmawiają. W tym wszystkim byli oni. Sophia i Carter. Już nie narzeczeni. Już nie para z dwóch różnych światów. Tylko dwójka ludzi, którzy przysięgli sobie wszystko i właśnie zaczynali od nowa.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  100. Carter nie potrafił przestać się uśmiechać. Jej słowa, ten lekki ton, przeplatany wzruszeniem i rozbrajającą szczerością… Wszystko w niej było teraz jego. Legalnie, oficjalnie, z sercem na dłoni i łzami w oczach. A on? Czuł się, jakby wygrał coś, czego nigdy nawet nie śmiałby sobie wyobrazić, a już na pewno nie zasłużyć.
    — M a ł ż e ń s t w e m — powtórzył za nią szeptem z rozbawieniem, przeliterowując tak samo, jak ona. — Brzmi jak coś bardzo dorosłego. Była jego. Na papierze, w sercu, w ciele i w każdym najdrobniejszym fragmencie, który wcześniej wydawał mu się nieosiągalny. A teraz… szła przy nim z rozświetloną twarzą i wilgocią na rzęsach, których nie zamierzał ocierać, bo każda z tych łez była prawdziwa. Ich. Ujął jej dłoń i uniósł ją do ust, muskając knykcie lekko, jakby ślub dopiero miał się odbyć, jakby to wszystko wciąż było zbyt piękne, by być prawdziwe. Carter parsknął śmiechem, ledwie powstrzymując się przed pocałunkiem tuż przy uchu Sophii, bo był niemal pewien, że jeśli to zrobi, to faktycznie już nigdzie nie pójdą. Tylko zostaną tu, dokładnie w tej chwili, gdzie wszystko pachniało ciepłem, mango i słońcem. Gdzie śmiech dzieci mieszał się z muzyką, a jego żona, JEGO ŻONA, wyglądała jak sen, który postanowił się nie kończyć.
    — Ale masz rację. Jeśli uciekniemy teraz, to… już nikt nas nie zobaczy do rana. — Przesunął palcem po jej odsłoniętym ramieniu i w jego spojrzeniu pojawiło się coś zbyt czułego, by był to tylko flirt. — A ja nie chcę cie powstrzymać przed tortem — mruknął, wodząc wzrokiem po jej twarzy, której nadal nie mógł się napatrzeć. — Nie jestem samobójcą.
    Zanim ruszyli, Carter przesunął kciukiem po jej policzku, delikatnie, jakby chciał otrzeć łzę, ale tak naprawdę bardziej po to, by znów móc jej dotknąć. Spojrzał na nią z takim rozczuleniem, jakby świat właśnie wyhamował tylko po to, by zrobiło się miejsce na nich dwoje.
    — Wiesz, że to był najpiękniejszy dzień mojego życia? — mruknął cicho, zanim ruszyli w stronę ogrodu, gdzie czekały świece, tort i najbliżsi. — I nie mówię tego tylko dlatego, że miałem na sobie koszulę bez plamy po sosie. Chociaż, umówmy się, to też sukces.
    Objął ją w pasie i pociągnął delikatnie w stronę, z której dobiegały głośniejsze dźwięki rozmów, śmiechu i dźwięk talerzy.
    — Chodź, małżonko. Zjemy tort, zatańczymy, a potem… potem znajdziemy sposób, żeby zniknąć. W końcu jesteśmy już rodziną. Legalnie. Nie mogą nas rozdzielić, nawet jak się schowamy wśród drzew.
    Po chwili dodał, szepcząc jej przy skroni.
    — A później pokażę ci, jak wygląda druga część tej fantazji z mango.
    I z tą obietnicą na ustach, poprowadził ją w stronę przyjęcia. W stronę ich wieczoru. W stronę wszystkiego, co miało dopiero nadejść.
    Zaśmiał się, a potem przystanął na chwilę i przyciągnął ją do siebie, ignorując spojrzenia gości. — Hej. — Szepnął tylko do jej ucha. — Nie wiem, czym sobie zasłużyłem, ale… dziękuję, że mnie wybrałaś.
    Chciał to powiedzieć właśnie teraz. Tuż przed tym, jak wpadną znów w wir uścisków, toastów i głośnych rozmów. Potrzebował jeszcze jednej sekundy tylko dla nich. — Jestem twój. Już na zawsze.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  101. Carter nie odpowiedział od razu. Wziął tylko głęboki oddech, jakby chciał zapamiętać dokładnie każdą sekundę tej chwili, dźwięk jej głosu, ciepło jej oddechu na jego skórze, drżenie w słowie „na zawsze”, które przylgnęło do jego piersi jak najdroższa obietnica. Spojrzał na nią w ten sposób, który zarezerwowany był tylko dla niej. Wzrokiem, który nie niósł w sobie żadnej niepewności. Tylko czułość. I siłę.
    — W takim razie… — wyszeptał cicho, unosząc dłonie i obejmując nimi jej twarz. Kciukiem otarł jedną z łez, która jeszcze zawisła na jej policzku, jakby nie chciała zniknąć — …nie mam już nic więcej do dodania.
    Uśmiechnął się lekko, ale bez tej zwyczajowej zadziorności. Był poważny, ale spokojny. Niezwykle spokojny, jak ktoś, kto właśnie znalazł dom.
    — Chodźmy — mruknął po chwili, całując krótko jej czoło. — Póki jeszcze nie zaczęli bez nas tańczyć. Albo co gorsza, dzielić tortu…
    — Sophia! — rozbrzmiał melodyjny głos żony Rio, która pojawiła się obok z gracją i kieliszkiem świeżo dolanego soku.
    — Nie chcę nic mówić, ale… — zaczęła kobieta, nachylając się nieco z błyskiem w ok — Wyglądasz tak promiennie, że mam ochotę cię znienawidzić. — Żona Rio westchnęła teatralnie, zerkając z zazdrością na skórę Sophii. — I nie wciskaj mi kitu, że to przez “naturalne brazylijskie światło”. Kiedy ja byłam w ciąży z pierwszym, wyglądałam jak pogryziona przez komary. Ty wyglądasz jakbyś reklamowała wodę kokosową. — Puściła jej oczko, nim upiła łyk. Sophia uniosła brew, ale uśmiech nie schodził jej z twarzy.
    — I ile już przytył razem z tobą? Bo Rio w połowie ciąży wyglądał, jakby to on miał rodzić — rzuciła kobieta z rozbawieniem, a Sophia prawie zakrztusiła się ze śmiechu. — Wiem, że dopiero co się pobraliście, ale niech cię nie zmyli ten uroczy garnitur. Teraz zacznie się prawdziwe życie. Zwłaszcza rosnącym z brzuchem. — Klepnęła się lekko po swoim, równie zaokrąglonym. — Coś mi mówi, że będzie miała charakter.
    — Po rodzicach innego wyjścia nie ma… — mruknął Carter z półuśmiechem. Nie zdążył jeszcze dokończyć zdania, kiedy przed nimi pojawił się Antonio, z szerokim uśmiechem i kieliszkiem w jednej ręce.
    — Chodź, wypijemy coś w męskim gronie, zanim zorientujesz się, że do końca życia będziesz dzielił łazienkę i pilot do telewizora.
    Poklepał go po ramieniu i bez pytania objął ramieniem. Carter roześmiał się pod nosem i spojrzał na Sophię z miną typu: ratuj, zanim będzie za późno, ale zanim zdążył się wyrwać, już ktoś inny zagarnął jego świeżo upieczoną żonę.
    — Jeszcze wygląda spokojnie. Ale daj mu godzinę i kieliszek. I uważaj na tort. — Dodała żona Rio konspiracyjnym tonem. — Faceci po alkoholu zawsze myślą, że wiedzą, jak się kroi tort weselny. A potem trzeba prać sukienki.
    Carter pozwolił się odciągnąć kilka kroków, choć szedł tyłem, nie spuszczając z oczu Sophii. Zanim jednak zdążyli dojść do stolika, znikąd pojawił się Rio, ze szklanką i butelką w dłoni.
    — Ej, ej, bez mnie?! — zaprotestował. — Nie zaczynacie beze mnie. Ja prowadzę. Dwa kieliszki i jedna rada na życie, to jest mój wkład w każde małżeństwo.
    — A twoja rada? — zapytał Carter, rozbawiony.
    Rio nalał wszystkim po równo i podniósł szkło.
    Carter pokręcił głową, śmiejąc się, kiedy stuknęli się kieliszkami. Z oddali widział, jak Sophia obserwuje ich z uśmiechem i lekkim politowaniem.
    — Dobra, panowie. Skoro Carter już wpadł po uszy, to muszę go wyposażyć jak należy. — Wziął głęboki oddech i uniósł palec. — Rada numer jeden: Nawet jak masz rację, i tak nie masz racji. Ale niech cię to nie boli. Po prostu miej rację w ciszy.
    Carter parsknął.
    — Brzmi jak… dożywotni trening samokontroli.
    — Bo to właśnie jest — Rio uśmiechnął się szeroko.
    — Co jeszcze masz w arsenale, maestro? — dopytał Antonio, wyraźnie już rozluźniony.
    —  Nigdy, ale to nigdy, nie jedz ostatniego kawałka czegoś, co twoja żona lubi. Nawet jeśli zostawiła to tydzień temu. To nigdy nie przestaje być jej. — Rio pokiwał głową z powagą. — Przysięgam, prawie się przez to rozwiodłem.

    OdpowiedzUsuń
  102. Carter parsknął śmiechem, kręcąc głową.
    — Brzmi jakbyś miał więcej tych historii niż dzieci.
    — I tak właśnie jest. — Rio westchnął z dumą. — Ale nie zamieniłbym tego na nic. Małżeństwo to nie jest bajka. To raczej jak ulubiony serial z dramatem, romansem i wkurzającymi wątkami pobocznymi. Ale wiesz, że nie chcesz go wyłączyć.
    Carter spojrzał w stronę Sophii, która właśnie śmiała się z czymś razem z babcią. I w myślach przyznał mu rację. Nawet jeśli bywało trudno, to nie zamieniłby ich wspólnej historii na żadną inną.
    — Ile z tego naprawdę działa? — rzucił.
    — Stary, nie chodzi o to, żeby działało. Chodzi o to, żeby próbować. — Rio wzruszył ramionami. — Po to jest małżeństwo. Próbujesz, upadasz, znowu próbujesz. A jak nie działa? Zmieniasz podejście i przynosisz kwiaty. Dużo kwiatów.
    Wszyscy się zaśmiali, stuknęli kieliszkami jeszcze raz, i Carter przez sekundę tylko pomyślał, że nawet jeśli życie będzie próbowało ich jeszcze wywracać do góry nogami, to teraz był naprawdę gotowy.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  103. Rozmowa przeciągnęła się jeszcze na dobre kilkadziesiąt minut. Atmosfera była jak wyjęta z ciepłego letniego snu, pełna gwaru, miękkiego światła, które otulało wszystkich równie delikatnie jak słowa, które między sobą wymieniali. Antonio wracał jeszcze kilkakrotnie do swojego pomysłu, zaczynając niby mimochodem, a kończąc na całkiem poważnych argumentach.
    — Mówię ci, Carter, zastanówcie się z Soph. Przenieście się tu chociaż na jakiś czas. — Machnął dłonią w stronę ogrodu. — Nie mówię na zawsze. Ale tu wszystko zwalnia. Dobrze jej zrobi taka cisza. Zwłaszcza przed porodem. Cecilia jej pomoże. Ty będziesz miał mniej na głowie. Zobaczysz, jak to działa.
    Z czasem rozmowy zaczęły cichnąć, a towarzystwo powoli się rozchodziło. Rio porwał dzieciaki, jego żona jeszcze przez chwilę śmiała się z czegoś razem z babcią Sophii. Carter odłożył pusty kieliszek na stół i wyprostował się powoli. Zerknął przez ramię, Sophia była zajęta rozmową z dziewczynami, uśmiechnięta, z dłońmi w ruchu, naturalna, promienna. Nie mówiąc nic, po prostu się oddalił. Cicho, dyskretnie, jakby nie chciał zabierać żadnej uwagi ani niepotrzebnie przeciągać tego momentu. Przeszedł przez wąską ścieżkę między drzewami, za fragmentem domu, gdzie panowała już przyjemna cisza. Dopiero kiedy znalazł się wystarczająco daleko oddzwonił na numer, który próbował się do niego dobić przez całe popołudnie. Krótka rozmowa. Tylko kilka zdań, wypowiedzianych niskim tonem. Ustalenia, które nie musiały mieć świadków. Kiedy skończył, rozłączył się, po czym schował aparat z powrotem do kieszeni. Nie ruszył się od razu. Zamiast tego uniósł głowę i pozwolił, by ostatnie promienie słońca dotknęły jego twarzy. Niebo nad São Paulo mieniło się wszystkimi odcieniami pomarańczu, różu i ciepłego fioletu. Gdzieś na horyzoncie odbijały się światła miasta, ale tutaj, tu było tylko ciepło, miękkie cienie drzew i cisza, którą można było poczuć głęboko w klatce piersiowej. Zamknął oczy. Wziął głęboki wdech. I przez długą chwilę po prostu stał, z lekko uniesioną brodą, twarzą zwróconą w stronę nieba. Ciepły odcień zachodzącego słońca odbijał się od jego skóry, oczu i obrączki na palcu, która w tym świetle wyglądała jakby jarzyła się własnym światłem.
    Carter uśmiechnął się lekko, słysząc jej głos. Nawet się nie odwrócił od razu, tylko przymknął oczy i westchnął cicho, jakby sam dźwięk jej słów wystarczył, by przywrócić go na ziemię. A może po prostu chciał zatrzymać ten moment jeszcze na sekundę dłużej, chwilę, w której świat był prosty, ciepły i pełen jej obecności.
    — Przyłapany… — Obrócił się w końcu i spojrzał na nią przez półuśmiech. Zatrzymał wzrok na jej bosych stopach, potem na twarzy. — Przyszłaś bez butów. To znaczy, że nie wypuścisz mnie stąd żywego?
    Zrobił krok w jej stronę. Potem jeszcze jeden, aż w końcu oplótł ją ramionami.
    — Nie chcę nic mówić, ale… Antonio już szuka dla nas działki pod dom. — Mruknął Carter z udawaną powagą, choć kąciki ust drgały mu od powstrzymywanego śmiechu. — I to nie tak od niechcenia. On ma już chyba katalog, mapki, satelity i lokalnego architekta na linii.
    Oderwał się od niej na moment, by spojrzeć na reakcję Sophii.
    — Jak tylko pomyślał, że babcia mogłaby pomóc przy dziecku, to się uruchomił jak agent nieruchomości roku. Powiedział, że „to się da ogarnąć, Carter, naprawdę, trzy miesiące i wchodzicie”.
    Po tych słowach znów ją objął i pocałował lekko w czoło.
    — Ale nie bój się. Powiedziałem mu, że jak postawi fundamenty zanim ty zdecydujesz, to będziesz na niego krzyczeć po portugalsku… —
    Uśmiechnął się szeroko. — Nie wiem czemu, ale natychmiast przestał naciskać.
    Złapał oddech głęboko, jakby ten zapach wieczornego powietrza, kwiatów, trawy i czegoś słodkiego, może resztek tortu unoszących się w ogrodzie, miał mu przypominać, że świat właśnie się zatrzymał. Że to ich chwila.
    — I wiesz co? — Uniósł lekko kącik ust, muskając palcem jej policzek. — Wciąż nie wiem, jak do tego doszło, ale… jestem twoim mężem. Mężem, Sophia. To brzmi tak… nieprawdopodobnie dobrze, że chyba jeszcze długo będę to powtarzać tylko po to, żeby uwierzyć.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  104. Carter przez chwilę nic nie mówił. Objął ją mocniej, jakby musiał sam siebie upewnić, że to wszystko było prawdziwe, ta chwila, ona, ich głosy, ciepłe powietrze pachnące mango, obietnica nocy i obietnica życia. Z każdą sekundą jego dłoń przesuwała się po jej plecach, delikatnie, uspokajająco. Pocałował ją w czubek głowy i przez dłuższy moment milczał, pozwalając sobie na zanurzenie w tej absolutnej ciszy i spokoju.
    — Wiem. — Głos Cartera był cichy, ciepły, niemalże szeptany w przestrzeń między nimi. — I ja też czasem nie dowierzam. Ale potem ty tak na mnie patrzysz… i wszystko przestaje być snem.
    Objął ją ciaśniej. Bez presji. Bez pośpiechu. Tak, jakby jego ciało znało ten rytm, rytm jej oddechu, bijącego pod jego żebrami serca, miękkości, która pojawiała się tylko w tej jednej konfiguracji: jego ramiona i ona, wtulona dokładnie tak, jak teraz.
    — Mówisz, że nie wiesz, co się robi z uciekającym mężem… — odezwał się po chwili z lekkim uśmiechem w głosie. — No to dobrze, że wróciłem, co? Zanim wymyśliłaś jakąś brazylijską klątwę. Słyszałem, że potrafią być groźne.
    Odsunął się na krok tylko po to, by spojrzeć jej prosto w twarz. Uważnie. Dłonią przeczesał delikatnie jej włosy i założył niesforne pasmo za ucho.
    — Ale nie ruszajmy się jeszcze. Jeszcze chwilę chcę mieć tylko ciebie.
    W powietrzu unosił się zapach trawy, mango i kwiatów. Tych rosnących wszędzie wokół i tych wplecionych w jej włosy. Carter westchnął cicho, kładąc dłonie na jej talii i przysuwając się bliżej.
    — I wiesz… pomysł Antonio wcale nie jest taki zły — mruknął po chwili milczenia, przesuwając dłonią po jej plecach z taką swobodą, jakby robienie tego miało być jego nową życiową rutyną — …dom tutaj naprawdę nie brzmi źle.
    Uniósł lekko brwi, jakby sam siebie zaskoczył tym przyznaniem racji szwagrowi. Odchylił głowę, żeby spojrzeć na Sophię.
    — Co prawda myślałem o czymś… już gotowym. W sensie, żeby wejść, zawiesić zdjęcia, przesunąć kanapę trzy razy i zamieszkać. Ale jeśli mam być szczery…
    Zatrzymał się na moment, uśmiechając się lekko. Jego głos był spokojny, ale w oczach błyszczała ta cicha ekscytacja, zupełnie inna niż ta, którą znała ze wspólnych wieczorów. To był inny rodzaj marzenia. Bardziej… codzienny. Prawdziwy.
    — …możemy zaprojektować coś swojego. Tak całkiem od zera. Dom, który nie był czyjś przed nami. Każdy kąt będzie nasz. Taras, kuchnia, pokój dziecięcy… nawet cholerny garaż.
    Spojrzał gdzieś nad jej głową, jakby próbował zobaczyć to wszystko już teraz, tam, w odległej przyszłości.
    — Nie wiem, czy naprawdę zrobimy to w Brazylii. Ale myśl o tym, że kiedyś, w jakimś miejscu… będziemy mieli coś swojego, od fundamentów po dach… — wrócił spojrzeniem do niej. — To całkiem kuszące.
    Uśmiechnął się lekko. — Chcesz wybudować ze mną nasz dom, pani Crawford?
    Przez chwilę stali tak w ciszy. Gdzieś w oddali rozbrzmiewał śmiech, muzyka się wzmogła, a światło zachodzącego słońca przesączało się przez liście palm i kwiaty, barwiąc wszystko wokół na złoto, róż i pomarańcz. Carter spojrzał w górę, w to niebo, które wyglądało jak rozlane farby z obrazów, których nigdy nie umiałby namalować i powiedział cicho, nie odrywając wzroku od horyzontu.
    — I jak będziemy wracać, przypomnij mi, żeby nie zjeść całego mango sam. Obiecałem, że się podzielę.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  105. Carter zmarszczył lekko brwi i spojrzał na nią z udawaną niewinnością, jakby właśnie usłyszał najdziwniejsze oskarżenie świata.
    — Co planuje zrobić z Mango? Zjeść je, Soph. — powiedział z absolutną powagą. — Nie wiem, co ty sobie tam wyobrażasz.
    Uniósł brew, próbując się nie roześmiać, ale usta już mu drgały. — Owoc. Tropikalny. Bogaty w witaminy. Dobrze działa na cerę. Chciałem cię poczęstować. Może nawet pokroić ładnie w kosteczkę. — dodał z absolutnie niewinnym tonem. — A ty tu od razu o jakichś planach. Z mango. I ze mną? Kochanie… — Pokręcił głową z udawaną powagą, przyciskając dłoń do serca. — Zaczynam się chyba bać.
    Wyciągnął rękę, żeby odgarnąć jej kosmyk z policzka i musnął nosem jej skroń. — Przysięgam, że mam najczystsze intencje.
    Po czym nachylił się do jej ucha i wyszeptał jeszcze. — …w granicach prawa i przyzwoitości. Na jakieś pierwsze pół godziny.
    Zacisnął lekko usta, jakby próbował nie parsknąć śmiechem, ale jego spojrzenie aż iskrzyło. Trzymał ją blisko, ale atmosfera już dawno przestała być poważna, była ich. Ciepła, swobodna, pełna niedopowiedzeń, z których każde miało potencjał być początkiem czegoś więcej.
    — Ale nie martw się, mam cierpliwość. — Uniósł dłonie w geście niewinności, chociaż oboje wiedzieli, że w rzeczywistości z tą cierpliwością bywało u niego różnie. — Daj mi tylko znać, kiedy mam zamknąć te legendarne drzwi. Wtedy… już nie wyjdziemy. — Uśmiechnął się szeroko i rozbrajająco, muskając nosem jej skroń. Oderwał się tylko na moment, żeby złapać jej dłoń, ale nie ruszył od razu. Zamiast tego zatrzymał się jeszcze raz, odwrócił głowę i spojrzał w stronę ogrodu, w którym rozchodził się już głos muzyki. Przez ułamek sekundy wyglądał, jakby coś sobie przypominał.
    — Ej… A tak zupełnie serio — odchrząknął. — Pomyśl o tym domu. Mówię całkiem poważnie.
    Spojrzał na nią z tą swoją pewnością, ale i delikatnością. Carter nie odsunął się od niej nawet na milimetr, przytulał ją z tym swoim ciepłym, rozluźnionym półuśmiechem, który zarezerwowany był tylko dla niej.
    — Wiesz, możemy mieć nianię. Albo dwie, jeśli będzie trzeba. Profesjonalną pomoc, cokolwiek będzie ci potrzebne. — uniósł lekko głowę, by spojrzeć jej w oczy. — Ale może czułabyś się lepiej gdyby twoja babcia była blisko… — Jego głos złagodniał. Uśmiechnął się lekko, z tym błyskiem w oczach, który pojawiał się, gdy wiedział, że mówi coś ważnego.
    — Chcę, żebyś czuła się dobrze. Z naszą córką. Z nami. — Delikatnie położył dłoń na jej brzuchu, ledwo zauważalnym przez cienką warstwę materiału.
    — Poza tym… kto inny zrobi ci ciepłe pão de queijo o szóstej rano?
    Wyglądał, jakby już się pogodził z losem. I był z niego cholernie zadowolony. — Tylko nie każ mi się uczyć portugalskiego… jestem na to za stary — dodał z rozbawieniem.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  106. Carter odwzajemnił pocałunek z miękkim uśmiechem, który zostawił mu się na ustach jeszcze długo po tym, jak ich wargi się rozdzieliły. Zmarszczył nieznacznie brwi w udawanym zamyśleniu, jakby naprawdę próbował zrozumieć, dlaczego jego własna żona właśnie oskarżyła go o jakieś… mango-rozbierane podteksty.
    — Sophia… ja naprawdę nie wiem, o czym ty mówisz. — Pokręcił głową z udawaną powagą, ale oczy miał roziskrzone rozbawieniem. — Chciałem po prostu usiąść na tarasie, popatrzeć na zachód słońca… romantycznie, niewinnie. Ty tu coś sugerujesz. Ja? Ja jestem mężem. Ja już się nie mogę tak prowadzić jak kiedyś. — Wzruszył teatralnie ramionami. Zachichotał jednak pod nosem, bo oboje wiedzieli, że żadne z nich nie wierzyło w to przedstawienie nawet przez ułamek sekundy. — Ale przyznaję, że mam słabość do twojej cierpliwości. I jeszcze większą do tej frustracji, która sprawia, że czerwienieją ci policzki. — Pochylił się i pocałował ją w czubek nosa. — Więc pewnie dalej będę to robił. Codziennie.
    Carter uniósł brwi, jakby właśnie odkrył jakiś intrygujący sekret, a potem pochylił się bliżej, tak że jego usta prawie dotknęły ucha Sophii.
    — Poza tym… — zaczął konspiracyjnym szeptem, muskając przy tym jej skórę oddechem. — Wydaje mi się, że to ty masz niecne myśli... — Cofnął się na moment tylko po to, by spojrzeć jej prosto w oczy z łobuzerskim uśmiechem. — Na przykład o tym, jak zdejmuję z ciebie tę sukienkę. I nawet niewinne mango ci się z tym kojarzy i nagle każda rozmowa kończy się twoim rumieńcem. — Zniżył głos jeszcze bardziej, zupełnie intymnie, tak że brzmiał tylko dla niej. — Ale spokojnie, kochanie. Nie zamierzam cię zawieść. Nie wyobrażam sobie nie skonsumować tego naszego małżeństwa jeszcze tej nocy. — Pochylił się i pocałował ją w kącik ust. — I możesz być pewna, że żadna babcia, tort ani wesele nie odwlecze tego zbyt długo. I nie, nie zamierzam tłumaczyć jej czemu.
    Uśmiechnął się z tym swoim charakterystycznym spokojem i zadowoleniem, jakby właśnie wygrał jakąś cichą grę między nimi.
    — No chyba, że to ty mnie zaciągniesz pierwsza. Wtedy nie będę miał nic do powiedzenia, pani Crawford.
    Kiedy mówiła o domu, przestał żartować. Słuchał jej w skupieniu, tak jak zawsze słuchał, gdy mówiła o czymś, co naprawdę miało znaczenie. Mógłby godzinami patrzeć, jak rysuje w głowie ich wspólną przyszłość. Ten dom, który dopiero się miał narodzić w ich planach, a już był pełen światła i kolorów.
    — Wybudujemy go. I będzie dokładnie taki, jak powiedziałaś. — Ścisnął lekko jej dłoń.
    Carter odwzajemnił pocałunek z tym swoim charakterystycznym półuśmiechem, który pojawiał się zawsze, gdy był jednocześnie rozczulony i absolutnie zafascynowany kobietą stojącą przed nim. W tej chwili, jego żoną.
    — No nie wiem, brzmi jakbyś próbowała mnie przekupić… — mruknął, zostawiając czoło przy jej czole.
    Wziął głębszy oddech, jakby właśnie ten moment, ta rozmowa, ten spokój, był wszystkim, czego potrzebował.
    — Prowadź. Zatańczmy jeszcze raz. I potem jeszcze raz. A potem… nie wiem, może w końcu nie wytrzymasz i zmienisz te swoje niegrzeczne myśli w czyny — puścił jej oczko.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  107. Carter oparł dłonią o pień jednej z palm, jakby ta miała go podtrzymać, kiedy parsknął cichym, rozbawionym śmiechem. Jego spojrzenie przesunęło się powoli po Sophii, która z tym swoim złośliwym uśmiechem i droczeniem się w głosie wyglądała dokładnie jak kobieta, którą pokochał najbardziej na świecie, ostra, błyskotliwa i aż nazbyt świadoma tego, jak bardzo działała mu na zmysły.
    — Prowadzisz się doskonale, powiadasz? — powtórzył, zbliżając się do niej jeszcze bardziej. Nachylił się tak, że jego usta znalazły się tuż przy jej uchu, a głos obniżył tak bardzo, że każda sylaba zabrzmiała jak obietnica. — Wtedy, kiedy z takim westchnieniem rozkładasz przede mną nogi? Czy kiedy patrzysz mi w oczy i dotykasz się tak, jak lubię, nawet bez mojej prośby?
    Zrobił krok bliżej, głos obniżył się znów do tego szeptu, który drapał ją tuż pod skórą. W oczach błysnęło coś, co było mieszanką pragnienia, uwielbienia i typowo carterowskiego zachwytu.
    — Bo widzisz, kochanie, ja wiem, kiedy się prowadzisz najlepiej. Widziałem wszystko… — nachylił się, tak że jego usta ledwie musnęły linię jej szczęki. Patrzył na nią z taką intensywnością, że świat wokół zniknął, znów byli tylko oni. Mąż i żona. Dwa żywioły, które nigdy nie miały być grzeczne. — Mówisz o osobnych sypialniach, a w tym samym zdaniu potrafisz wyobrazić sobie, jak konsumujemy nasze małżeństwo w sposób, który na pewno nie znalazłby się w żadnym wiktoriańskim poradniku. — Odsunął się tylko na tyle, by spojrzeć jej w oczy, cały czas uśmiechając się z tym swoim nieznośnym, ale uwodzicielskim spokojem. — Ale nie martw się. Skoro to nasz małżeński obowiązek, to… obiecuję ci, że dopilnuję, żebyśmy mogli go spełnić w pełni. — Nachylił się znów i musnął jej wargi najlżejszym z pocałunków. — Puścił jej oko, kompletnie niewinny. Carter poprawił lekko jej sukienkę na ramieniu, z tym samym czułym gestem, jakby wcale nie mówił o rzeczach, które zdecydowanie nie były ani niewinne, ani grzeczne.
    — A co do bankructwa… jeśli naprawdę twoja lista ma tyle pozycji, co mówiłaś, to może faktycznie powinniśmy się cieszyć, że Antonio szuka nam ziemi. Przynajmniej jak wszystko stracę, to będziemy mogli postawić dom z gliny i żyć z mango i kokosów.
    Spojrzał na jej brzuch, a potem znów w jej oczy, ciepło, z zachwytem.
    — Nie martw się, kochanie. Przetrwam wszystkie kolory, koronki i kwiatki. I jeszcze powiem ci, że ściana w brzoskwiniowym kolorze to świetny pomysł. — A potem dodał z przekąsem. — Choć może lepiej nie… bo znów pomyślisz, że to aluzja do mango.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  108. Carter tylko roześmiał się cicho pod nosem, kiedy Sophia mówiła z tym swoim zgryźliwym, ale uroczo zmieszanym tonem. Uwielbiał to. Uwielbiał ją w każdej wersji, tej rozbrajająco pewnej siebie i tej, która rumieniła się przy każdym bardziej bezwstydnym słowie. Znał ją. Każdą wersję. I kochał wszystkie. Nachylił się jeszcze raz, tym razem bliżej, prawie stykał się z nią czołem.
    — Wiesz, czasami się zastanawiam… czy to naprawdę ja jestem tym, który cię prowokuje. Bo jak na tę twoją nieśmiałość, to strasznie łatwo ci przychodzą do głowy pewne… wizje. — Uśmiechnął się, jakby zaskoczony, jakby dopiero co odkrył jakiś sekret. — Przeniosłaś się już do innego pokoju? Serio? I co, błagałem cię, żebyś wróciła? A może sam cię tam przeniosłem?
    Zamrugał teatralnie, jakby rozważał możliwości.
    — W sumie jedno i drugie brzmi całkiem wiarygodnie — dodał. Uśmiechnął się, nim zdążyła mu odpowiedzieć.
    — Dobrze, że mamy w sobie te resztki przyzwoitości, Soph. Przynajmniej jeszcze przez chwilę — rzucił z udawanym westchnieniem, po czym zniżył głos. — Ale uprzedzam cię lojalnie: po mango, po torcie, po tańcach… nie będzie już mowy o żadnym odwlekaniu. Spełnię każde twoje życzenie i każdy swój małżeński obowiązek. Wszystko.
    Ścisnął jej dłoń, kiedy wyznała, że go kocha, i spojrzał na nią z tym swoim cichym, ciepłym spojrzeniem, które trzymała głęboko w sercu. Jakby właśnie w tym spojrzeniu zawarł wszystko, czego nie musiał już mówić.
    — Wiem, Soph. Wiem. I ja ciebie też. Cholernie mocno. — Zaśmiał się. — A ślub… no cóż. Chyba jesteśmy w to wpakowani już na dobre, co? Dwie obrączki, jedno nazwisko, wspólna córka i bardzo konkretna ochota na owoce tropikalne.
    Skinął głową, jakby podejmował bardzo ważną decyzję. — Mango dla potworka. Mango dla ciebie. Mango dla mnie. W tej kolejności. — Pochylił się do jej ucha i szepnął. — A potem ja ci pokażę, co naprawdę znaczy „mieć apetyt”.
    Carter uniósł brew z udawanym niedowierzaniem, obserwując jej próbę zachowania powagi. Oczywiście, że to wszystko widział, każdą próbę zebrania myśli, każdy rumieniec, każde westchnięcie, którego wcale nie chciała wypuścić. I był z siebie aż za bardzo zadowolony, choć w jego spojrzeniu było więcej czułości niż prowokacji. Może właśnie dlatego działał tak skutecznie. — Brzmi jak świetny początek naszego dorosłego, małżeńskiego życia.
    Objął ją ramieniem, pozwalając sobie na ten jeden moment czułości przed powrotem do gwarnego ogrodu.
    — Wiesz, Soph… — mruknął, nachylając się do jej ucha, głosem już łagodniejszym, choć wciąż podszytym tym drażniącym napięciem. — Jeśli to dziecko naprawdę słyszy wszystko, to chyba już teraz musimy się przygotować na mnóstwo niewygodnych pytań.
    Wsunął dłoń w jej włosy, gładząc je delikatnie przy skroni. Trudno mu było się nią nasycić, mimo że dziś była jego całkowicie i na zawsze. I może właśnie dlatego nie przestawał jej pragnąć. Zwłaszcza teraz, gdy każda rozmowa kończyła się tym spojrzeniem, jakby rozbierali się nawzajem samymi słowami.
    — Ale dobra wiadomość jest taka, że twoje mango będzie na ciebie czekało. Tylko pamiętaj, ja też będę — dodał, zatrzymując się na sekundę i cofając o pół kroku, by znów na nią spojrzeć. — Z tym wszystkim, co ci dziś obiecałem. I z całym tym światem, który zbudujemy.
    Roześmiał się, kręcąc głową i splatając z powrotem palce z jej palcami.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  109. Carter obserwował ją z rozbawieniem, które krył tylko na tyle, na ile pozwalała mu satysfakcja z tego, jak skutecznie ją rozbroił. Nie potrzebował niczego więcej. Wystarczyła ta jedna chwila, sposób, w jaki przewróciła oczami, to jak rozchylała usta, próbując ukryć myśli, które sam posadził jej w głowie, sposób, w jaki z westchnieniem zawahała się na granicy kapitulacji. Widok Sophii, rozdartej między przyzwoitością a pokusą, był dla niego jak najmilsza tortura. I właśnie tak wyglądało dla niego szczęście, kiedy potrafił rozkołysać ją bez jednego dotyku.
    Widział to wszystko i nawet nie próbował udawać, że nie wie, co zrobił. Był z siebie dumny. W sposób wręcz bezczelny. Jakby to była jego mała prywatna nagroda, że zna ją aż do tego stopnia, że potrafi wejść w jej głowę i rozlać ciepło po każdej myśli tylko jednym zdaniem. I że w tym wszystkim ona dalej była właśnie sobą, trochę speszona, lekko rozdrażniona, cała w rumieńcach… i totalnie jego.
    Nie potrzebował więcej potwierdzeń. Słuchał, jak mówi o ich dziecku, o łóżkach, o torcie i jak za każdym razem wraca do tego, co między nimi drgało, mimo że nawet się nie dotykali. To był ich własny język. Półsłówka, spojrzenia i zdania, które tylko dla nich znaczyły aż tyle. A kiedy opuściła ramiona z tym westchnieniem, które bardziej brzmiało jak „Boże, dlaczego go poślubiłam i jednocześnie dlaczego tak bardzo mi się to podoba”, jego uśmiech tylko się pogłębił.
    Uniósł lekko brwi i przysunął się jeszcze bliżej, zatrzymując ją na granicy ruchu.
    — Mango, tort i taniec — powtórzył z udawaną zadumą, jakby rozważał, czy to rzeczywiście najlepsza kolejność. A potem pochylił się, tak blisko, że jego usta ledwie musnęły linię jej szczęki. — Idziemy, zanim naprawdę mnie porwiesz. — Z trudem oderwał się od niej, bo każda jego cząstka mówiła, żeby nie czekać ani chwili dłużej. Ale Sophia miała rację, przynajmniej raz jeszcze musieli się pokazać. Choćby po to, żeby wszyscy dobrze ich zapamiętali przed tym, jak znikną na resztę wieczoru.
    — Wrócisz jak królowa — dodał, unosząc brew. — Z lekkim rumieńcem, może z trochę zbyt błyszczącymi oczami, z rumieńcami. Może z paznokciami wbitymi trochę za mocno w moją dłoń. Ale wrócisz. Bo jesteś dorosła. I, jak sama powiedziałaś, zaczekasz. — Mruknął z przekąsem i splótł ich palce razem, jakby w ten sposób jeszcze na chwilę zatrzymywał ją tylko dla siebie. — A potem… potem już nie zamierzam być grzeczny.
    Pochylił się i złożył pocałunek na jej skroni, miękki, spokojny, pełen uczuć, które chwilami aż go przerastały. To był ich dzień. Ich moment. I Carter wiedział, że nie da się zatrzymać czasu, ale robił wszystko, żeby przynajmniej zapamiętać każdy jego detal.
    W końcu ruszyli z powrotem, ramię w ramię, powoli, jakby każde kolejne spojrzenie, każdy uśmiech przedłużał chwilę tylko dla nich. Carter nie puszczał jej dłoni ani na moment, jakby podświadomie próbował się upewnić, że to wszystko naprawdę się wydarzyło. Że to nie kolejny sen, z którego zaraz się obudzi z pustką po jej stronie łóżka.
    Był już wieczór. Ciepły, brazylijski wieczór, który owijał ogród miękkim półmrokiem i rozświetlał go dziesiątkami zawieszonych między drzewami lampek. Nad ich głowami rozciągało się niebo pełne gwiazd, czyste i głębokie, jakby ten wieczór naprawdę miał być idealny. Wszystko, co działo się do tej pory, śmiechy, tańce, wzruszenia, powoli zwalniało, układając się w spokojniejsze, bardziej intymne tempo. To nie było w końcu typowe wesele, zabawą do rana. Carter wracał przez ogród powoli, jakby nie chciał spłoszyć tej chwili. Miał dziś czas. Całą noc. Całe życie, jeśli o nią chodziło. W tym ogrodzie, pełnym światła, z muzyką płynącą łagodnie z oddali i cichym śmiechem sączącym się spod altany, Carter nie potrzebował niczego więcej. Wszystko wyglądało jak kadr z jakiegoś filmu i przez ułamek sekundy Carter poczuł, że naprawdę są głównymi bohaterami własnej historii.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  110. Carter uniósł nieco brodę w tym krótkim, niemal wojskowym geście odwzajemnionego szacunku, kiedy Oscar skinął w jego stronę. Nie padło ani jedno słowo, ale to wystarczyło. Wiedział, co ten gest znaczył i może właśnie to znaczyło dziś najwięcej. Nadal będą się różnić. Ale teraz, w tej jednej chwili, z czołem Sophii jeszcze muśniętym przez ojcowski pocałunek i nocą tak spokojną, że aż nierealną, Carter poczuł, że dostał pozwolenie. Że Oscar, przynajmniej na dziś, przestał z nim walczyć.
    Nie patrzył długo za jego odchodzącą sylwetką, bo to, co najważniejsze, miał teraz tuż obok siebie. Poczuł, jak Sophia wtula się w niego jeszcze głębiej, cichutko, bez słów. Westchnął cicho, kładąc dłoń na jej ramieniu i przyciągając ją bliżej. Marynarka zsunęła się lekko z jej barków, a jego palce powędrowały ku jej dłoni, splatając się z nią.
    Czuł jej zapach, ciepły, znajomy, tak głęboko wrośnięty w jego świadomość, że sam nie wiedział już, kiedy się od niego uzależnił. Czuł jej dłoń na, miękkość sukni pod palcami i to jak jej ciało coraz bardziej wtulało się w jego bok. Była już senna. Może nie całkiem, ale blisko. A on był spokojny. Zdumiewająco spokojny jak na niego.
    Zerknął na nią kątem oka, a potem wrócił wzrokiem do ogrodu, nie tego rozświetlonego, a tego spokojnego, wieczornego, wyciszonego już z gwaru, który jeszcze godzinę temu wypełniał każdy jego zakamarek. Teraz był domykanym rozdziałem. Ostatnie dziecięce śmiechy ucichały, muzyka sączyła się cicho z głośników, a na niebie świeciły tylko gwiazdy i sznury ciepłego światła zawieszone między drzewami.
    — Twój tata się postarał — dodał cicho. — Nigdy ci tego nie powie, ale był dziś z ciebie dumny. Widziałem to w każdym jego spojrzeniu.
    Głos miał niższy, bardziej miękki niż zwykle. Taki, który zostawia się na koniec dnia. Na momenty, które zapisują się głębiej. Spojrzał na Gigi, która teraz leżała z głową na ich stopach, sapiąc miękko w półśnie. Miał wrażenie, że nawet ona wiedziała, że to był ważny dzień. Że od dziś wszystko się zmienia. Albo raczej, wszystko już się zmieniło. Na chwilę zamilkł, tylko patrząc w kierunku domu i zawieszonego w oddali światła przy ich oknie. Było lekko uchylone. Firanka poruszała się na wietrze. Czekało na nich.
    — Chodź, mała. — Szepnął jej do ucha. — Chodźmy zanim jeszcze ktoś wymyśli coś, co nas tu zatrzyma.
    Nachylił się i cmoknął ją w skroń. I w tej jednej sekundzie był tylko mężczyzną, który właśnie zabierał swoją żonę do ich pierwszego wspólnego pokoju. Do łóżka, które należało już tylko do nich. Do nocy, którą mieli tylko dla siebie.
    — Mango było. Tort był. — Przypomniał z uśmiechem. — Teraz czas na deser, którego nikt inny nie dostanie.
    Delikatnie uniósł dłoń i przesunął nią po jej przedramieniu, niemal pieszczotliwie, ale spokojnie, z czułością, której już nie musiał się wstydzić przed nikim. Po wszystkim, przez co przeszli, po każdej trudnej rozmowie i rozpadzie, ten jeden gest wydawał się wszystkim.
    Jego głos był głęboki i miękki, gdy dodał.
    — Nie sądziłem, że kiedyś tak będzie wyglądał mój spokój.
    I nawet jeśli powiedział to jakby sam do siebie, wiedział, że Sophia słyszy. I że rozumie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  111. Carter słuchał jej w ciszy. Nie przerywał. Nie musiał. Wystarczyło, że patrzył na Sophię, kiedy mówiła, na delikatne drganie jej ust, na sposób, w jaki głaskała opuszkami palców łańcuszek zawieszony na szyi, jakby chciała upewnić się, że nadal tam jest. Że nie śniła. Że naprawdę to wszystko się wydarzyło. A potem skinął głową. Z tym specyficznym, cichym uśmiechem, który rezerwował tylko dla niej, nieco zmęczony, ale rozgrzany tym, co właśnie usłyszał. Nie wiedział, co dokładnie Oscar jej powiedział, ale to, co Sophia wyczytała z jego gestów i obecności, wystarczyło. I Carter to szanował.
    Carter spojrzał na nią w milczeniu, z tym swoim spokojnym, rozważnym półuśmiechem, trochę jakby nie wiedział, co powiedzieć, a trochę jakby każde słowo i tak nie oddało nawet ułamka tego, co naprawdę czuł. Zamiast tego wyciągnął rękę i delikatnie musnął kciukiem nasadę łańcuszka, który miała na szyi.
    — Pasuje do ciebie — powiedział cicho. — I dobrze, że go masz. Ona by chciała, żebyś go miała.
    Może nigdy nie poznał tej kobiety, ale patrząc na Sophię, nie miał żadnych wątpliwości, że gdyby żyła, walczyłaby o nią z takim samym uporem, z jakim Sophia walczyła teraz o niego. O nich. O ich dziecko. Przez chwilę siedzieli jeszcze w ciszy, otuleni dźwiękami ciepłej nocy i tą miękką, bezpieczną obecnością siebie nawzajem. Gdzieś dalej w tle słychać było jeszcze przytłumione śmiechy ostatnich gości, ale ogród powoli pustoszał. Została tylko muzyka, lampki i ten rodzaj spokoju, który przychodzi, kiedy człowiek w końcu może zrzucić z siebie cały ciężar dnia. Carter spojrzał w stronę ścieżki prowadzącej do domu, a potem z powrotem na Sophię i kiedy wspomniała o przenoszeniu przez próg, uniósł jedną brew z udawanym powątpiewaniem.
    — Rytualne dźwiganie świeżo upieczonej żony. Brzmi jak plan. — Uśmiechnął się szeroko, zanim pochwycił ją pewnie w ramiona. Bez wysiłku. Jakby od zawsze była stworzona do tego, by właśnie tam być, tuż przy jego sercu, tak blisko, że mógł wyczuwać każdy jej oddech. Ruszył z nią w stronę domu, mijając cicho migoczące lampiony, jakby ta scena była wyjęta prosto z filmu, który sam Carter jeszcze niedawno nazwałby naiwnym i nierealnym. Ale teraz to wszystko działo się naprawdę. Otworzył drzwi ramieniem, nie puszczając jej ani na chwilę. Nie trzeba było więcej. Nie tej nocy. Wszystko inne jeszcze przed nimi.
    Dom był cichy, ogrzany resztkami ciepła dnia i tym czymś nieuchwytnym, co zostaje po święcie, którego się nie chce kończyć. W pomieszczeniu panował półmrok, światła były przygaszone, ale ciepłe, jak wszystko tej nocy. Gdzieś zza okien dobiegały jeszcze odgłosy natury, ale dla Cartera ten świat się już zamknął. Została tylko Sophia.
    — Dziwne uczucie — powiedział cicho, jakby nie chciał go spłoszyć. — Chyba pierwszy raz w życiu nie czuję, że muszę się spieszyć, bo coś zaraz się rozpadnie.
    Nie mówił tego, żeby robić wrażenie. To po prostu z niego wypłynęło. Surowo i szczerze. Przesunął kciukiem po materiale sukienki na jej biodrze, jakby chciał zapamiętać każdą warstwę tego dnia, jej fakturę, zapach, smak.
    — Moja żona. — Powtórzył półgłosem, jakby sprawdzał, czy te słowa naprawdę są jego. I nagle zrobił coś, czego nie robił nigdy wcześniej delikatnie pochylił się i oparł czoło o jej. Zamknął oczy. Jego głos był niski, miękki, zupełnie inny niż ten, którym zwykł mówić w klubie, czy wśród ludzi. Był pełen obietnic, które nie wymagały przysiąg.
    — Mam ochotę cię rozebrać — dodał chwilę później, z uśmiechem, który nieco rozluźnił atmosferę, choć wciąż mówił prawdę. — Ale mam też ochotę tylko z tobą leżeć i słuchać jak oddychasz.

    Carter

    OdpowiedzUsuń

  112. Carter uśmiechnął się cicho, niemal bezgłośnie, ale to był ten uśmiech, który Sophia znała lepiej niż wszystkie jego słowa. Taki, który mówił więcej niż potrafiłby wypowiedzieć. Zaniósł ją do sypialni jakby niósł najcenniejszy dar. Nie z ostrożnością wynikającą ze strachu, ale z czułości, która była w nim jak szept: mam cię. Naprawdę cię mam. Kiedy ją na podłodze, został tak, z dłońmi na jej plecach i czołem opartym znów o jej czoło, bo nie umiał się jeszcze odsunąć. Nie chciał.
    — Poskładaliśmy się w całość. — powtórzył po niej półgłosem, jakby każde słowo było czymś świętym. — Coś w tym jest.
    Na jej słowa o rozbieraniu odpowiedział krótkim, gardłowym śmiechem, cicho, z niedowierzaniem, bo to, że mógł ją trzymać w ramionach i słyszeć to z jej ust, było nadal czymś nierealnym. Carter nie odpowiedział od razu. Tylko odsunął się lekko, nie po to, by się oddalić, ale żeby ją przesunąć. Delikatnym gestem ujął ją za dłonie i odwrócił do siebie tyłem. Jego ruch był powolny, nieprzyspieszany żadną potrzebą, tylko miękki, wyważony, jakby dokładnie wiedział, że ta noc nie wymaga pośpiechu. Że nie chodzi o tempo, ale o każdy fragment chwili, która miała zostać z nimi na zawsze.
    — Twój mąż — powtórzył po niej, tym razem szeptem, wprost do jej ucha, jakby zasmakowywał w tych dwóch słowach, których nigdy wcześniej nikt do niego nie powiedział w ten sposób. Stanęła przodem do okna, a on tuż za nią. Patrzył na ich wyraźne odbicie w szybie. Palce przesunęły się po jej skórze, nagrzanej, miękkiej, nadal pachnącej słońcem i ogrodem. Przesunął usta do jej szyi, a potem pocałował jej bok. Dłonią pociągnął za wstążkę utrzymującą materiał w ryzach. Rozsupłał ją bez kłopotu. Sukienka zaczęła osuwać się powoli, ślizgając po jej ciele jak cień, aż w końcu opadła do jej stóp. Jego usta znów odnalazły drogę do jej skóry, tym razem niżej, w miejscu, gdzie szyja przechodziła w ramię. Trzymając ją wciąż blisko, przesunął dłonią po jej ramieniu, a potem opuszkiem palca zsunął jedno z cienkich ramiączek biustonosza. Potem sięgnął do drugiego ramiączka, muskając przy tym delikatnie jej skórę. Dopiero potem sięgnął do zapięcia biustonosza. Palce pracowały sprawnie, ale nadal spokojnie, bez nerwowości, bez pośpiechu. Biustonosz opadł z cichym szelestem na podłogę. Carter objął ją w talii i pocałował niżej, w zagłębienie między szyją a ramieniem.
    — Chciałem cię rozebrać z myślą, że potem po prostu poleżymy — mruknął cicho przy jej uchu. — Ale właśnie zmieniłem zdanie… — Nie musiał dodawać nic więcej. Całe jego ciało mówiło za niego, rozluźnione, pewne, ale pełne tej znajomej intensywności, która nie potrzebowała słów.
    Trzymając ją przy sobie, Carter zsunął wargi niżej miękko, między łopatkami, pozwalając, by jej skóra czuła każdy jego oddech. Jej oddech przyspieszył, kiedy poczuła jego usta sunące niżej, aż dotarł w okolice lędźwi. Klęknął za nią bez słowa, z taką pewnością, jakby dokładnie wiedział, co robi, a przecież wiedział. To była mapa, którą znał na pamięć. Zahaczył lekko zębami o skórę na jednym z pośladków, prowokująco, z rozmysłem, czując, jak całe jej ciało reaguje bezwarunkowym napięciem. Śmiech, który wydarł się z jej ust, był cichy, ale prawdziwy, miękki i rozbrojony. Odwróciła się do niego przez ramię, z błyskiem w oku, a on wykorzystał tę chwilę, by pochylić się i pocałować zaokrąglający się już lekko brzuch.
    — Przepraszam… — mruknął nisko, teatralnie konspiracyjnie, z ustami tuż przy jej skórze.
    — …ale mamusia i tatuś mogą być teraz trochę głośno.
    Uniósł głowę, spojrzał na nią z dołu, wciąż klęcząc, i posłał jej ten swój cwany, pewny siebie uśmieszek, który mówił więcej niż jakiekolwiek słowa. Taki, który był obietnicą. Także tej dzisiejszej nocy.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  113. Carter zaśmiał się cicho pod nosem, kiedy się odsunęła i spojrzała na niego z tym błyskiem w oczach. Od razu wiedział, że przepadł. Ale to była ta dobra, słodka zguba, taka, w której chciał tonąć bez końca.
    — Nie skończyłem, bo celebruję — mruknął z udawanym wyrzutem, przesuwając dłońmi po jej udach, gładząc je jak coś bezcennego. — A przy takich okazjach nie można się spieszyć. Zwłaszcza jeśli chodzi o rozpakowywanie prezentów. Uniósł się z klęczek powoli, z czułością wodząc spojrzeniem po jej ciele, teraz niemal całkiem odsłoniętym, ale wciąż jego spojrzenie nie było natarczywe. Objął ją w talii, przyciągając bliżej.
    — Żona — powiedział nisko przy jej ustach, muskając je ledwie, ledwie. — Moja. Na całą wieczność. — Podniósł ją, jakby nie ważyła nic, pewnie, z czułością, z ramionami oplecionymi wokół jej ciała. — Będziemy głośno, kochanie. — Uśmiechnął się, patrząc w górę, prosto w jej oczy. — Ale to będzie najpiękniejszy hałas w całym tym cholernie spokojnym świecie.
    Zaniósł ją na łóżko. Nachylił się nad nią, całując ją raz jeszcze, długo, powoli, tak jakby znów miał na języku jej imię, jakby to ono było wszystkim, czego potrzebował do przeżycia tej nocy. Jego usta wędrowały w dół aż do wnętrza jej ud, zostawiając leniwe pocałunki, które miały w sobie coś niemal oddanego. A potem… zsunął z niej ostatni fragment koronki. Nie spojrzał na nią od razu. Najpierw przesunął dłonią wzdłuż jej biodra. Potem drugą. A dopiero wtedy podniósł wzrok, z tym samym uśmiechem, który mówił więcej niż słowa. Pragnął jej. Nie tylko ciała, ale tego, co między nimi było niewidzialne. Więzi. Miękkości. Wszystkich niewypowiedzianych „zostań ze mną na zawsze”. Zanim zdążyła coś powiedzieć, był między jej udami. Bez wstydu. Z naturalną pewnością siebie. Jej dłoń sięgnęła jego włosów instynktownie. Palce zaczepiły się lekko, jakby próbowała odnaleźć w tym kotwice dla własnego oddechu. Ale Carter nie potrzebował prowadzenia. Wiedział dokładnie, co robi. Jakby był stworzony tylko po to, by znać każdy centymetr jej ciała. I dawać jej wszystko, czego potrzebowała. Carter się nie spieszył. Nie musiał. Nie było niczego ważniejszego niż ona, jej oddech, drżenie mięśni pod jego ustami, cichy jęk, który wyrwał się jej spomiędzy warg. Podniósł wzrok tylko na moment, widząc, jak głowa Sophii odchyla się do tyłu, a dłonie błądzą po materiale prześcieradła. Uśmiechnął tym swoim pełnym satysfakcji, cholernie zadowolonym z siebie uśmiechem. Bo wiedział, co z nią robił. Wiedział, jak mocno ją trzymał, nie tylko ciałem, ale i duszą. To było coś więcej niż fizyczność. Ich zbliżenie było wyznaniem. Obietnicą. Oddechem, którego brakowało im wcześniej, a który teraz dzielili. Carter całował ją, zataczał kręgi językiem, badał każdy jej gest i każdą reakcję, z tą uważnością, jaką zarezerwował tylko dla niej. Jakby czytał ją ze skóry, z cienia jej oddechu. Nie przestawał. Bo nie chciał, by przestawała czuć. Z każdym jej westchnieniem czuł się bliżej niej, nie tylko fizycznie, ale we wszystkim, co niewidoczne. Trzymał ją za uda, delikatnie, z czułością, ale i pewnością, jakby dokładnie wiedział, jak poprowadzić każdy kolejny ruch. I wiedział. W końcu uniósł się wyżej. Otoczył ją ramionami, przyciągając do siebie z taką czułością, jakby bał się, że umknie mu przez palce, choć przecież wiedział, że nie mogła być bliżej.
    — Tylko ty, Soph. Zawsze ty.
    Szepnął to przy jej uchu, zanim ich ciała spotkały się w pełni. Zanurzył się w niej z miękkim westchnieniem, jakby odnalazł dom. Jej ciało przyjęło go z tą samą znajomą czułością, z jaką przyjmuje się kogoś, kto wraca po długiej wędrówce. To, że była jego żoną, że mogła się przed nim otworzyć bez najmniejszych zahamowań, bez wstydu, bez potrzeby wyjaśniania czegokolwiek, działało na niego mocniej niż cokolwiek innego. Tak bardzo była tu. Dla niego. Tylko dla niego. I właśnie w tej absolutnej szczerości było coś, co sprawiało, że sam zapominał o całym świecie.

    OdpowiedzUsuń
  114. Rytm stawał się wolno głębszy. Nie szybszy. Tylko pełniejszy. Carter wciąż trzymał ją blisko, całując jej szyję, jej policzek, jej usta, między oddechami, między napięciem a rozluźnieniem.
    — Tak bardzo cię kocham — wyszeptał, kiedy poczuł, że ona drży mocniej, że oddycha płytko, że jej ciało szuka szczytu. Nie przestawał. Nie pozwalał jej się zgubić. Drżała pod nim, łapiąc głośniejsze oddechy, jakby coś w niej pękło i rozlało się miękko po całym ciele. Zanurzył twarz w zagłębieniu jej szyi, a ramiona zacisnęły się wokół niej mocniej, gdy sam przekroczył granicę, której nie dało się już zatrzymać. Westchnął głęboko, z takim drżeniem głosu, jakiego Sophia u niego nie słyszała nigdy wcześniej. A potem zamknęli się na chwilę w bezruchu. Połączeni. Wstrzymani między oddechem a oddechem.
    Trwał przy niej i w niej, aż nie została już żadna niepewność, aż nie drżała już ani z niepokoju, ani z napięcia, tylko z tej przyjemnej ulgi, która rozchodzi się po całym ciele, kiedy ktoś kocha cię aż do ostatniego drżenia. A potem trzymał ją przy sobie, całując między piersiami, na szyi, przy linii szczęki. Cicho, spokojnie, aż usłyszał jej głęboki oddech, ten, który znał najlepiej.
    — Jesteś cała moja.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  115. Za kulisami, w dusznym, podświetlonym na czerwono backstage’u, Zaire siedział w półcieniu z rozchyloną bluzą i słuchawkami zawieszonymi na szyi. Zegar na ścianie odliczał czas do wejścia na scenę, a wokół kręcili się techniczni, ochroniarze i członkowie zespołu, rzucając w jego stronę krótkie, uważne spojrzenia. To był jego pierwszy koncert od długiego czasu. Pierwszy od momentu, gdy wszystko się zawiesiło, trasa, premiera albumu, planowane teledyski. Cała machina zatrzymała się niemal z dnia na dzień, jego niespodziewaną i szokującą decyzją.
    Cisza, która zapanowała po tamtym czasie, była błogosławieństwem… przez chwilę. Ale jak wszystko, co kiedyś pulsowało adrenaliną i występami na żywo, miała swoją cenę. Zespół i ludzie z branży nie kryli się ze swoimi opiniami:
    „Nie możesz tak znikać, Zaire, o tobie się zapomni.”
    „W tym świecie wystarczy moment, by ktoś inny zajął twoje miejsce, by pojawił się nowy głos, nowa twarz.”
    A Zaire był nieobecny zbyt długo. Początkowo Carterowi to nie przeszkadzało. Odwrót od reflektorów i intensywnego tempa życia wydawał się potrzebny. Potrafił zamknąć się w codzienności z Sophią, skupiając się na niej, na dziecku, na wszystkim, co do tej pory omijał. Ale z czasem… zaczęło go ciągnąć z powrotem. Nie do tyle do całej otoczki, ale do samego rdzenia. Do muzyki. Sceny. Flow. Bycie Zaire’em nie było tylko alter ego. To był kawałek duszy, który kiedyś ratował go przed rozpadem. A Sophia to widziała. Wiedziała, że jej mąż potrzebuje tego fragmentu siebie tak samo, jak potrzebuje spokoju i stabilności. Dlatego to ona pierwsza powiedziała kazała mu wrócić na scenę.
    „Nie chcę, żebyś zrezygnował z tego przez mnie.”
    Carter zrozumiał, że nie musi wybierać. Że może być Zaire’em na scenie, a Carterem w domu. Mężem. Ojcem. Że nie musi rezygnować z żadnej wersji siebie, bo teraz w końcu był kimś więcej niż tylko jednym z nich. Dlatego siedział teraz z łokciami opartymi o kolana, słuchając bicia własnego serca i pomruków publiki zza kurtyny. Wiedział, że nie będzie jak dawniej. Ale może to nawet lepiej. To miał być powrót, nie na szczyt, tylko do samego siebie.
    Backstage tętnił życiem, głośniejszym z każdą minutą. Byli kumple z branży, ci, którzy pojawiali się zawsze, gdy pachniało wielkim wejściem. Był menadżer, pochylony nad telefonem. Byli asystenci, tancerki rozciągające się w rytm basów sączących się zza ściany i śmiejące się wesoło, ludzie z obsługi, dźwiękowcy, makijażyści, filmowcy z kamerami w dłoniach. Była Jadę, był Kai, nawet Jules. Zapach dymu, rozgrzanego sprzętu i perfum mieszał się z oparami rozlanego alkoholu. Wysokoprocentowe szkło krążyło z rąk do rąk. Carter też trzymał w dłoni szklankę z zimną whisky. Krople wody ściekały po ściankach, zwilżając mu palce. Nie był dla odwagi, bardziej dla rytuału. Chociaż jak zawsze w takich chwilach, im bliżej wyjścia na scenę, tym bardziej to w nim narastało. Stres. Cichy, przesiąknięty potem i napięciem, które osiadało pod skórą jak kurz po bitwie. Jakby nie był wystarczający. Jakby sam nie miał w sobie dość siły, żeby porwać ten tłum, który już wył za kulisami. Domagał się Zaire’a. Tego, który potrafił wziąć mikrofon i sprawić, że każdy dźwięk w pomieszczeniu przestaje mieć znaczenie oprócz jego głosu. A on nie był już Zaire’em, nie tym samym, co kiedyś. I to przerażało najbardziej. Bo co, jeśli to nie wystarczy?
    Jules zawsze miał w sobie ten rodzaj bezczelnej energii, który rozpoznawało się po samej obecności.
    — Gdzie żeś się, kurwa, podziewał? — rzucił z szerokim uśmiechem, klepiąc go mocno po plecach tak, że Carter lekko się zachwiał. — Nie widziałem cię w chuj długo, stary. W chuj długo… Co, już nie wychodzisz z chaty bez żony i psa?
    Jules już rozłożył się obok niego. Wyciągnął ze skórzanej kieszeni małe lusterko i woreczek, jakby to było równie zwyczajne jak poprawienie mankietów.

    OdpowiedzUsuń
  116. Bez żenady nasypał białego proszku, rozdzielając go starannie kartą klubową. Zwinął banknot w rulon, a potem podał go Carterowi, unosząc brew. — Na zdrowie, panie mężu. Żebyś nie zapomniał, jak to się robi. — W jego oczach błyszczała znajoma zuchwałość, ten sam cień kogoś, kto nigdy nie przestał tańczyć z ogniem. Przez ułamek sekundy naprawdę się zawahał. Patrzył na lusterko, na biały proszek, na zwinięty banknot wyciągnięty w jego stronę jak zaproszenie do starego świata. Świata, który znał na pamięć. Który był prosty, głośny i bezpiecznie znajomy w swojej destrukcyjności. Przez głowę przemknęła mu Sophia. Przez moment naprawdę chciał powiedzieć „nie”. Cofnąć rękę. Zaśmiać się i odsunąć lusterko. Ale stres był lepki. Ciężki. Siedział mu w klatce piersiowej od godzin, odkąd dotarło do niego, że za kilka minut znów stanie przed tłumem, który oczekiwał, że Zaire wróci w pełnej formie. Że Taki, jakiego zapamiętali. I nagle ta jedna myśl wydała się wystarczająca.
    Jedna mała kreska. Nic więcej.
    Zmęczone machnięcie ręką na własne granice. Carter nigdy nie miał aż tak silnej woli, jak próbował sobie wmówić, zwłaszcza w chwilach, gdy wracał dokładnie tam, gdzie kiedyś wszystko wydawało się łatwiejsze. Pochylił się nad lusterkiem, wciągnął szybko, mechanicznie. Jakby ten ruch był zapisany głębiej niż wszystkie obietnice, które złożył sam sobie. Carter odchylił się na krześle, przymknął na chwilę oczy. Pieczenie w nosie było znajome. A wraz z nim przyszło to pierwsze, zdradliwe uczucie ulgi, jakby ktoś na moment ściszył napięcie w jego głowie.
    — Wrócił, kurwa — Jules parsknął cicho.
    Nie wiedział nawet, kiedy sięgnął po kolejną. To było płynne. Niewinne w pozorach. Jakby ta kreska już tam na niego czekała, jakby Jules przewidział, że pierwsza nie wystarczy. Zanim zdążył pomyśleć, lusterko znów znalazło się przed nim, a banknot sam trafił do jego ręki. Reszta była odruchem. Znanym, szybkim, skutecznym. A potem… potem wszystko zaczęło płonąć. Światło, dźwięk, tłum. Gdy tylko jego stopa dotknęła sceny, coś w nim kliknęło. Jakby maska, którą kiedyś nosił, znów dopasowała się do twarzy idealnie. Zaire wrócił, pewny siebie, niepowstrzymany, bez cienia zawahania. Mikrofon w dłoni był przedłużeniem jego ciała. Publika krzyczała każde jego słowo, a on ich karmił, wers za wersem, rytmem, który niósł tłum w ekstazę. Rozerwał ten występ w drobny mak. Trzy bisy. Trzy. Za każdym razem schodził ze sceny tylko po to, żeby wrócić, bo adrenalina nie pozwalała mu przestać. Bo tłum nie chciał, żeby przestał. A on sam nie był jeszcze gotów, żeby zgasnąć. Kiedy w końcu zszedł na backstage, był mokry, oddech wciąż szybki, a uśmiech zawadiacki, znajomy, ten sam, który nosił lata temu, gdy czuł się niepokonany. Wszyscy wokół niego szaleli, kumple, tancerki, członkowie zespołu, techniczni. Klepali go po plecach, wznosili toasty, unosili do ust zimną whisky i podawali mu kolejne kieliszki. Ktoś wylał mu na kart butelkę chłodnej wody.
    — To był pieprzony ogień!
    — Zaire wrócił!
    Carter tylko się uśmiechał. Wciąż z rozgrzanym gardłem, błyszczącymi oczami i pulsującą w żyłach mieszanką adrenaliny i kokainy. Trzymał w dłoni szklankę i nie potrafił już powiedzieć, czy to był sukces… czy powrót do czegoś, od czego miał się trzymać z dala. Ale w tej chwili… to nie miało znaczenia.

    Zaire

    OdpowiedzUsuń
  117. Po wszystkim nie planował nigdzie iść. Chciał wrócić do hotelu, zadzwonić do Sophii, może posłuchać jej głosu zanim zaśnie. Może nawet wrócić jutro rano, zanim ktoś zauważy jego nieobecność. Ale plan wziął w łeb, zanim zdążył się dobrze wykluć.
    — Zaire, jedziemy do Black Room. Wszyscy tam będą. Jedziesz z nami.
    — Nawet nie pierdol, że odpuścisz…
    Zanim zdążył odmówić, już był w samochodzie. Siedział z tyłu z chłopakami, w uchu wciąż miał echo wrzasków ze sceny. Palce bębniły w kolano, ciało bujało się podświadomie do rytmu utworu, którego już nawet nie słyszał. Powiedział sobie, że tylko na chwilę. Że wpadnie, pokaże się, odbębni obecność, wypije coś i wróci do siebie. Zawsze tak mówił. To zawsze tak się zaczynało. Black Room żył, zanim jeszcze weszli do środka. Tłum przed wejściem, światła migające przez przyciemniane szyby, znajome twarze, obcy dotyk ramienia, błyski aparatów, szepty, okrzyki. Wnętrze klubu pachniało alkoholem, skórą i starymi wspomnieniami. Każdy znał tu jego imię, jego twarz, jego wersy. Gdy przekroczył próg, było jak powrót do własnego królestwa, tyle że Carter dawno już zapomniał, jak się tu oddycha. Szklanka pojawiła się w jego dłoni, zanim zdążył usiąść. Zimna whisky, lód, cytrynowy zapach perfum tancerki, która zatańczyła blisko, ocierając się o niego, zanim w ogóle zdążył pomyśleć „tylko na chwilę”. Jego dłoń z przyzwyczajenia na moment zatrzymała się na talii tancerki, która spojrzała na niego z radością w oczach.
    Miał zostać chwilę. Miał tylko pokazać się i wyjść. Ale z każdą minutą światło pulsowało głośniej, muzyka wbijała się w mostek mocniej, a stare życie szeptało mu do ucha: Zostań. Przecież to właśnie tutaj należysz.
    Poza dwiema kreskami przed samym występem, wziął jeszcze tylko jedną, w samochodzie, już w drodze do Black Room. Nic więcej. Carter dokładnie pamiętał ten moment, światła miasta przesuwające się za szybą, czyjąś dłoń podsuwającą lusterko. Zamknięcie oczu. Krótki, ostry błysk w głowie. I tyle. Nie brał więcej. Nawet wtedy, gdy Black Room już pulsował, gdy loża zaczęła się wypełniać, gdy na stoliku pojawiały się kolejne butelki. Miał nad sobą kontrolę, przynajmniej tak to czuł. Był przytomny, skupiony. Zmysły miał wyostrzone do granic możliwości: słyszał każde zdanie wyłowione z hałasu, widział detale, których zwykle nie rejestrował. Gesty. Spojrzenia. Mikrosekundy zawahań. Trochę wypił, owszem. Whisky, potem coś jaśniejszego, ktoś dolał, ktoś podał kolejny kieliszek. Ale kokaina robiła swoje. Sprawiała, że alkohol nie osiadał ciężko, nie zamazywał obrazu. Na zewnątrz wyglądał niemal trzeźwo. Stabilnie. Pewnie. Jak ktoś, kto dokładnie wie, gdzie jest i co robi. Śmiał się w odpowiednich momentach. Odpowiadał celnie. Był obecny. I właśnie to było najbardziej zdradliwe. Bo w tej klarowności, w tym poczuciu kontroli, Carter na chwilę uwierzył, że nic złego się nie dzieje. Że to nie jest powrót. Że to tylko noc. Jeden wieczór. Echo dawnego życia, które potrafi jeszcze założyć idealnie dopasowaną maskę. A Black Room, jak zawsze, nie miał zwyczaju przypominać, gdzie kończy się granica,
    dopóki ktoś jej nie przekroczył. Carter uniósł głowę powoli, jakby słowa ochroniarza przebiły się przez hałas dopiero po chwili. Wciąż siedział głęboko w loży, z palcami zaciśniętymi na szklance whisky, którą wcześniej wznosił w kolejnym toaście. Wokół rozciągała się znajoma scena – śmiechy, głośna muzyka, dym papierosów i tancerki, które z każdym drinkiem stawały się bardziej śmiałe. Ale jego spojrzenie przestało być rozbawione, kiedy usłyszał te trzy słowa: „Pańska żona tu jest.”
    — Co? Sophia tu jest? — powtórzył wolno, marszcząc brwi, jakby słowa potrzebowały chwili, by naprawdę do niego dotarły.

    OdpowiedzUsuń
  118. Przecież rozmawiali o tym. Jeszcze kilka godzin wcześniej, w ich sypialni, niemal się o to posprzeczali, nie ostro, ale wystarczająco, by Sophia zamilkła i uniosła brew w sposób, który znał już aż za dobrze. To był jeden z tych jego „pomysłów”, że powinna odpoczywać, że kluby to nie miejsce dla kobiety w ciąży, że hałas, stres, tłum mogą zaszkodzić dziecku. Że nie będzie się tu czuła dobrze, a on będzie myślał tylko o niej zamiast skupić się na scenie. Zabrzmiał wtedy racjonalnie. Troskliwie. Spojrzał na zegarek. Dopiero kilkanaście minut po północy. Zerwał się z kanapy gwałtownie, jakby whisky, którą trzymał, nagle wyparowała z jego krwi. Minął Julesa bez słowa, ignorując nawoływania ludzi, którzy próbowali przyciągnąć jego uwagę. Ruszył za ochroniarzem dynamicznie, wzrok miał chłodny, napięty.
    Carter zatrzymał się gwałtownie przy wejściu do strefy VIP, a jego wzrok natychmiast padł na dwóch ochroniarzy stojących jak mur. W jego oczach błysnęła wściekłość, nie wybuchowa, ale ta lodowata, zimna i bardzo wyraźna.
    — Naprawdę każecie jej stać tu jak komuś obcemu? — warknął, przesuwając spojrzeniem od jednego do drugiego.
    Obaj strażnicy spojrzeli po sobie, jakby dopiero teraz zrozumieli, jak źle to wygląda.
    — Mieliśmy instrukcje, że nie…
    — Instrukcje? — Carter wszedł mu w słowo, tonem ostrym i nieznoszącym sprzeciwu.
    — To moja żona. Rozumiecie to słowo? Żona. Jej się otwiera drzwi, dziękuje, że przyszła i pilnuje, żeby nikt nawet nie spojrzał w jej stronę…
    Żaden z nich nie odpowiedział. Jeden nerwowo przełknął ślinę, drugi odwrócił wzrok. Nie czekał na ich reakcję. Zobaczył ją. Stała z rękami na biodrach, z podbródkiem uniesionym w górę i spojrzeniem, które mogłoby zetrzeć na proch niejednego faceta. Nawet złość w niej wyglądała pięknie. I choć Carter czuł wewnętrzne napięcie, uśmiechnął się, jakby widok jej w tym klubie, w tej czarnej sukience i z wyraźnym brzuchem, na moment uziemił go w tym wszystkim, co było prawdziwe. Wyciągnął dłoń bez słowa, złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie, jakby chciał od razu zabrać ją z tej całej głupoty. —Kochanie … — mruknął niżej, głosem znacznie spokojniejszym niż przed chwilą i musnął jej skroń. — Co ty tutaj robisz?

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  119. Carter miał w sobie tę swobodną pewność, z jaką wkraczał wszędzie, gdziekolwiek się pojawił. Zmarszczył lekko brwi na widok napięcia, ale jeszcze nie zrozumiał jego źródła. Ochroniarzy od razu rozstawił, jakby cała sytuacja była tylko nieporozumieniem. Podszedł bliżej, wyciągając dłoń do Sophii, próbując ją objąć i niemal mimochodem muskając ustami jej skroń. zupełnie jakby wszystko było w porządku. Jakby nie widział, że stoi nieruchomo, jak zamurowana.
    — Co ty mówisz… — zaśmiał się cicho, jakby próbował rozbroić sytuację żartem. — Oczywiście, że jesteś tu mile widziana. Jesteś mile widziana wszędzie tam, gdzie jestem.
    Powiedział to tonem wesołym, wręcz beztroskim. Uśmiechał się lekko, jakby nie rejestrował napięcia w jej postawie, nie zauważył, jak trzymała dłonie oparte o biodra w pozornie obronnym geście. Jak jej spojrzenie, choć utkwione w nim, było twarde, pełne powściągniętego rozczarowania.
    — Po prostu się ciebie tu nie spodziewałem — dodał, wzruszając lekko ramionami. — I miałem się już zbierać do domu.
    Jakby to tłumaczyło wszystko. Jakby to wystarczyło, by zmyć z niej poczucie upokorzenia, że musiała tłumaczyć się przed własnym mężem, że go kocha i że chciała go zobaczyć. Jakby to, że jej nie wpuścili, było tylko drobnym błędem, pomyłką w planie, a nie rozkazem. Bo przecież to nie był rozkaz. Nie, nie wprost. Mógł co najwyżej zasugerować, żeby nikt nie wpuszczał „prasy, byłych dziewczyn, przypadkowych gości”. Ale Sophia? Przecież to była Sophia. Tylko że ochrona nie wymyśla takich zasad sama z siebie. Ktoś im powiedział. Ktoś musiał powiedzieć to na tyle pewnie, że nie chcieli ryzykować. Może ktoś z jego ludzi po prostu przesadził. Zaostrzył zasady. Zinterpretował polecenia zbyt dosłownie, tak Carter sobie to tłumaczył, widząc jej minę i nie rozumiejąc jeszcze do końca, co się wydarzyło. W końcu ostatnio rzeczywiście kazał zaostrzyć kontrolę przy wejściu, szczególnie w weekendy. Dla bezpieczeństwa. Dla spokoju.
    Ale w żadnym momencie nie padło, żeby nie wpuszczać jej.
    Nie odsunęła się, ale też się nie przytuliła. Stała jak zamrożona, z tym wzrokiem, który aż prosił, żeby w końcu zauważył, co się tu właśnie wydarzyło. A on wciąż się uśmiechał, nie z lekceważenia, ale z nieświadomości. Bo dla niego to mógł być tylko absurdalny błąd.
    — To był błąd. Już się nie powtórzy. — Powiedział ciszej, pewniej. Nie do ochrony. Do niej. — Nie wiem, co im, kurwa, odbiło — mruknął, zerkając przez ramię na ochroniarzy, którzy najwyraźniej zaczęli już rozumieć, że popełnili katastrofalny błąd. — Są nowi. Przeszkoleni, ale widocznie nie dość. Jeśli chcesz, mogę ich zwolnić natychmiast.
    Głos miał spokojny, ale z nutą irytacji, typową dla kogoś, kto właśnie zdał sobie sprawę, że coś, co miało być kontrolą, zamieniło się w upokorzenie.
    — Wystarczy, że powiesz słowo — dodał jeszcze, bardziej poważnie. — I żaden z nich więcej się tu nie pojawi.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  120. Carter potrząsnął głową od razu. Nie nerwowo, stanowczo. Jakby chciał zatrzymać ten tok myślenia, zanim rozkręci się na dobre.
    — Soph, jesteś niesprawiedliwa — powiedział cicho, ale wyraźnie. — Jak tylko się dowiedziałem, że tu jesteś, od razu po ciebie przyszedłem. Nie pięć minut później. Od razu.
    Przysunął się o pół kroku, instynktownie, ale kiedy się cofnęła, zatrzymał się. Westchnął ciężko i wyprostował się, jakby musiał zebrać myśli w jedną całość.
    — Nawet nie wiedziałem, że przyjdziesz — mówił już wolniej, bardziej rzeczowo. — To po co miałbym kazać im cię nie wpuszczać, co?
    Na moment zamilkł. Patrzył na nią uważnie, widział to napięcie, zranienie, tę cienką granicę, za którą zaczynał się lęk. Kiedy powiedziała o „zakazie”, jego szczęka zacisnęła się odruchowo.
    — Dlaczego? — zapytał, marszcząc brwi. — Co? No śmiało. Co takiego według ciebie próbuję ukryć?
    W tym pytaniu nie było agresji. Było zmęczenie. I coś jeszcze, irytacja tym, że znowu znalazł się w miejscu, z którego tak bardzo chciał wyjść. Kiedy rzuciła o rozkazach, w końcu stracił cierpliwość. Przeciągnął dłonią po karku i spojrzał ponad jej ramieniem, w głąb loży.
    — Sophia, ty dobrze wiesz, że ja tu ostatnio praktycznie nie bywam — powiedział twardziej. — Klubem zarządza Jim. Nie ja.
    Z braku innego pomysłu rozejrzał się po strefie VIP. Odnalazł go wzrokiem bez problemu. Jim stał kawałek dalej, z drinkiem w ręku. Wystarczyło jedno spojrzenie. Carter skinął głową krótko. Manager podszedł, wyraźnie wyczuwając napięcie.
    — Dlaczego ochrona nie wpuściła Sophii, skoro miała przepustkę? — rzucił Carter bez ceregieli.
    Jim zerknął na Sophię, potem na przepustkę, którą wciąż miała przy sobie. Skrzywił się lekko.
    — Po tym jak wpadły tu służby i zrobiło się gorąco… zaostrzyliśmy zasady — wzruszył obojętnie ramionami. Bynajmniej nie wydawał się tym przejęty. Rzucił okiem na plakietkę Sophii. — To stare przepustki… — mruknął, obracając kartę w palcach — …już nie działają.
    Jim uniósł brew i rozłożył ręce w geście bezradności, ale w jego głosie nie było ani krzty skruchy. Raczej irytująca swoboda kogoś, kto za bardzo poczuł się nietykalny. — Carter, no serio… co ja mam ci powiedzieć? — prychnął. — Nie sądziłem, że muszę z tobą konsultować takie pierdoły. Zwłaszcza że masz ostatnio… — zawiesił głos i rzucił krótkie spojrzenie na Sophię — …inne sprawy na głowie.
    Carter spojrzał na niego tak, że Jim od razu wiedział, że powiedział za dużo i za mało jednocześnie. — Klub ma swoje procedury. VIP to VIP. A dziś każdy twierdzi, że kogoś zna — wzruszył ramionami.
    — To jest moja żona — powiedział Carter nisko.
    — I chłopaki na pewno to zapamiętają. — Jim parsknął nerwowym śmiechem, próbując jeszcze brnąć. — Ej, nie przesadzaj. Mówię tylko, że odkąd trochę… zniknąłeś, klub musi działać. A ludzie zaczynają gadać. Że nie ma cię tu, że nie panujesz nad… —
    — Dość — uciął Carter ostro. Zrobił krok w jego stronę. Teraz już nie było wątpliwości, kto tu stoi wyżej. — Nie interesują mnie żadne twoje nowe procedury…
    — Nie Carter… — tym razem to Jim wszedł mu w słowo. — Zrzuciłeś na nas cały ten pierdolnik żeby pobawić się w dom i my to próbujemy jeszcze trzymać w ryzach, ale fochy twojej żony to twój problem…

    OdpowiedzUsuń
  121. Machnął ręką w stronę klubu, jakby to wszystko było jednym wielkim problemem. Zapadła cisza. Taka ciężka, gęsta.
    — Jeszcze jedno słowo o mojej żonie… — powiedział cicho. — …a przestaniesz się martwić, czy dasz radę to „trzymać w ryzach”. Bo nie będziesz miał czego trzymać.
    Jim parsknął krótko, nerwowo. Przeciągnął dłonią po twarzy i spojrzał na Cartera spod brwi.
    — Serio? — zapytał z niedowierzaniem. — Naprawdę chcesz teraz o tym gadać? Tutaj? Przy niej?
    Skinął głową w stronę Sophii, jakby była problemem logistycznym, a nie człowiekiem. Jakby była niewygodnym świadkiem. Zrobił krok w bok, całym ciałem zasłaniając Sophię, jakby rozmowa właśnie się dla Jima skończyła.
    — Ogarnij ochronę — wyliczał spokojnie. — A jeśli jeszcze raz ktoś z was pozwoli sobie na taki ton wobec mojej żony...
    Carter wymierzył w niego palcem, niemal dotykając jego klatki piersiowej. Jim prychnął pod nosem, rzucił Carterowi spojrzenie pełne irytacji i odwrócił się na pięcie. Odszedł w głąb klubu, w hałas, światła i ludzi, jakby ta rozmowa była dla niego tylko kolejną niewygodną przeszkodą do odhaczenia. Carter patrzył za nim przez sekundę dłużej, niż powinien. Potem zacisnął szczękę, przeciągnął dłonią po twarzy i wypuścił powietrze ciężko, jakby coś w nim właśnie pękło.
    — Wszystko się tu, kurwa, jebie… — mruknął bardziej do siebie niż do niej.
    Dłoń znów spoczęła na jej plecach, ochronnie, pewnie. Jakby w tym całym chaosie była jedyną rzeczą, której jeszcze był absolutnie pewien.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  122. Carter słuchał jej bez przerywania. To samo w sobie było już czymś, bo zwykle, kiedy czuł się osaczony, wchodził w półzdania, uciekał w ironię albo zamykał się całkiem. Zwłaszcza w tym stanie. Teraz tylko stał, dłonią wciąż na jej plecach, jakby trzymał ją w miejscu nie po to, żeby ją zatrzymać, ale żeby sam się nie rozsypał. Kiedy skończyła, przymknął oczy na krótką sekundę. Jakby zbierał myśli. Jakby ważył słowa.
    — Sophia… — zaczął ciszej. Bez ostrości. Bez klubu w głosie. — Przecież wiesz, że nie chodzi o to, że ja cię tu nie chcę. — Potrząsnął głową, tym razem wolno, ciężko. Otworzył oczy i spojrzał na nią wprost, już bez tego chemicznego błysku, który wcześniej ją ukłuł. Bardziej zmęczony niż pobudzony. — Przecież wiesz… — powtórzył. — Rozmawialiśmy o tym w domu… — urwał, westchnął i spróbował jeszcze raz. — To nie jest miejsce dla ciebie. Nie w ogóle, tylko teraz. Nie w tym stanie. I nie chodziło mi o klub jako budynek. Tylko o wszystko dookoła. — Zacisnął palce na jej plecach odrobinę mocniej, jakby bał się, że mu się wyślizgnie. — Wszyscy tu coś palą… Nie mogę teraz przejść po całym VIPie i pozabierać im szlugi z ust. Palą też zioło. Czujesz? Nie mogę kontrolować każdego idioty, który myśli, że jak jest noc i muzyka głośna, to wszystko mu wolno. — W jego głosie pojawiła się nuta gniewu, stłumiona, ale prawdziwa. — Przy wejściu… już cię zdenerwowali. Potem Jim…
    Zamilkł na moment, po czym dodał ciszej, prawie pod nosem.
    — Gdybyś napisała, wyszedłbym po ciebie. Albo kazał im cię wpuścić od razu. — Dodał szybciej, jakby chciał się zabezpieczyć. — A tak… wyglądasz, jakbyś mnie tu przyszła złapać na gorącym uczynku. — Spojrzał na nią uważnie, szukając w jej twarzy odpowiedzi, potwierdzenia albo zaprzeczenia. Jakby naprawdę nie wiedział, czy to zazdrość, strach czy poczucie winy ściska go teraz w żołądku. Spojrzał na przepustkę, potem znów na nią.— Dlaczego do mnie nie napisałaś? — Zapytał, krzywiąc się. — Co, chciałaś wpaść tu znienacka i sprawdzić co robię?
    Pochylił się jeszcze bliżej, niemal do jej ucha, jakby chciał, żeby w tym całym hałasie usłyszała właśnie to jedno zdanie. — Jak widzisz nie robię nic zdrożnego… — dodał ciszej, z wyraźnym napięciem w głosie. Rozłożył ręce. Odsunął się na tyle, by mogła spojrzeć mu w twarz. Nie uciekał wzrokiem. Nie żartował. — Jestem tu, gadam z ludźmi. Wypiłem kilka drinków. To wszystko.
    Westchnął ciężko, przeciągając dłonią po karku, jakby próbował zrzucić z siebie ciężar całego wieczoru.
    Carter nachylił się bliżej. Na tyle, by ich ramiona się zetknęły, by jego głos nie musiał walczyć z basem i rozmowami dookoła. Mówił już ciszej. Prawdziwiej.
    — Tak. Wszystko. — Przyznał bez owijania. Przesunął dłonią po jej plecach, powoli, uspokajająco, jakby to on próbował zakotwiczyć się w niej, a nie odwrotnie. Jego czoło niemal dotknęło jej skroni.
    — Sama widzisz… — urwał na ułamek sekundy, jakby to zdanie ważyło więcej niż chciał. — Jeśli czegoś szybko nie wymyślę, to za chwilę naprawdę nie będę miał tu nic do powiedzenia.
    Nie mówił o klubie. Black Room należał do niego. Nawet jeśli chwilami wymykał się spod kontroli, to wciąż był właścicielem. Tu mógł wejść, wyjść, kazać wszystkim spierdalać albo zamknąć lokal z dnia na dzień. Tu nikt mu tego nie odbierze. Ale to, co naprawdę się sypało, było poza tymi ścianami. Pozostałe interesy. Układy, które działały tylko wtedy, gdy był w nich obecny. Ludzie, którzy zaczynali testować granice, bo wyczuli, że Carter „zniknął”, że zamiast nocy na zapleczu wybiera poranki w kuchni, że zamiast spotkań na parkingach wozi wózek i rozmawia o kolorach ścian.
    — Jim już mówi do mnie jakby on był tu szefem — dodał gorzko. Uniósł głowę i spojrzał na nią uważnie, bez ucieczki w żart czy złość.

    OdpowiedzUsuń
  123. Carter przesunął językiem po zębach, odwrócił głowę na sekundę, jakby sprawdzał salę, ludzi, klub, który znał na pamięć. Jim stał kilka metrów dalej, rozmawiał z kimś z ochrony. Nachylony, pewny siebie. Gestykulował tak, jakby to on tu rozdawał karty. I rozdawał. Coraz częściej.
    — Jeszcze trochę… — mruknął bardziej do siebie niż do Sophii. — … i będzie się do mnie odzywał, jakbym był gościem we własnym miejscu.
    Bo to już się zaczęło. Nie otwarcie. Nie wprost. Ale w drobiazgach. W „nie sądziłem, że muszę to z tobą konsultować”. W „to logistycznie nie miało sensu”. W tym, że pozwolił sobie nazwać ją fochami twojej żony, przy nim. Przy Carterze. Kiedyś by tego nie zrobił. Kiedyś nawet by nie pomyślał, że może.
    — Nie wiem, co on kombinuje… — mruknął w końcu wracając do niej spojrzeniem. — Ale nie mogę sobie teraz pozwolić na to, żeby ktokolwiek tu pomyślał, że mnie nie ma. Albo że jestem zajęty tylko domem — dodał po chwili, ściszając głos jeszcze bardziej.
    Westchnął ciężko, jakby wypuszczał z płuc całe to napięcie, które narastało w nim od chwili, gdy zobaczył ją pod VIP-em. Przez moment jeszcze patrzył w stronę, gdzie zniknął Jim, ale w końcu odpuścił. Nie teraz. Nie przy niej. Spojrzał na Sophię w końcu tak, jak zwykle. Ciepło. Miękko. Trochę bezradnie. Uniósł dłoń i kciukiem przesunął po jej dolnej wardze. Powoli, jakby chciał coś z niej zetrzeć, może niedopowiedzenie, może wątpliwość, a może po prostu zapamiętać dotyk.
    — Chodź — powiedział krócej, ale już spokojniej, zsuwając dłoń niżej na jej plecy i delikatnie popychając ją w głąb loży. — Znajdziemy ci coś zdrowego do picia, zanim ktoś wpadnie na pomysł, żeby postawić przed tobą shoty.
    Ruszył z nią, omijając stoliki, ludzi, ochronę, jakby nagle cały ten hałas przestał być najważniejszy. Pochylił się jeszcze do niej, niemal do ucha, żeby zagłuszyć muzykę.
    — Jesteś strasznie uparta, wiesz? — parsknął cicho, kręcąc głową z tym swoim półuśmiechem. — Serio…
    Nie było w tym złości. Raczej coś na kształt czułej rezygnacji. Jakby dokładnie wiedział, że mógłby próbować ją zatrzymać, przekonać, ustawić granice… ale i tak by przyszła. Do niego. Zawsze. Ścisnął jej dłoń odrobinę mocniej.
    — Skoro już tu jesteś — dodał lżej — to przynajmniej nie będziesz mi mówić jutro, że zostawiłem cię głodną, spragnioną i wkurzoną.
    I choć klub dalej pulsował basem, a wokół roiło się od ludzi, przez krótką chwilę byli tylko oni dwoje. Jakby reszta świata mogła jeszcze chwilę poczekać.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  124. [O kurczę! Ale może uda Ci się gdzieś znaleźć, mimo wszystko ^^
    Myślę, że możemy sobie zacząć od którejś wspólnej zmiany w schronisku. Chcesz nam zacząć, czy wolisz żebym ja to zrobiła? :)]

    Powder Smith

    OdpowiedzUsuń
  125. Carter słuchał jej do końca. Naprawdę słuchał. Bez wchodzenia w słowo, bez przewracania oczami, bez tej starej, obronnej ironii, którą kiedyś wyciągał jak tarczę. Im dłużej mówiła, tym bardziej prostował się w ramionach, jakby każde kolejne zdanie docierało dokładnie tam, gdzie miało. Kiedy skończyła, przez chwilę nic nie mówił. Tylko przesunął językiem po zębach, spojrzał gdzieś ponad jej głową, jakby próbował poukładać myśli w kolejności, która nie zrani jej jeszcze bardziej.
    — Nie — odezwał się w końcu cicho. — Nie chciałem, żebyś tu tak stała. Ani żebyś się czuła… niechciana. — Potrząsnął głową, wolno, ciężko. — I na pewno nie zażyczyłem sobie, żeby ochrona trzymała ode mnie z daleka moją własną żonę — dodał już twardziej. — Jeszcze chyba potrafię się sam przed tobą obronić — mruknął kręcąc głową. — Ale zastanowię się nad tym i jak nadal będziesz tak stawiać na swoim i nie będziesz na siebie uważać, to może załatwię ci ochronę 24/h — pogroził jej palcem, ale z przymróżeniem oka. — W ogóle się mnie nie słuchasz, a przecież jestem głową rodziny.
    Carter nie potrafił nie obrócić tego w żart, nie dlatego, że sytuacja była zabawna, ale dlatego, że wciąż był jednak pod wpływem kokainy i alkoholu. To wprawiało go w… dobry nastrój.
    Jej prowokacyjny uśmiech nie umknął jego uwadze. Uniósł lekko brew, a kącik jego ust drgnął, tym znajomym, pół-ironicznym ruchem. Carter parsknął cicho, kręcąc głową z tym pół-rozbrojonym, pół-rozbawionym uśmiechem, który pojawiał się u niego zawsze wtedy, kiedy ktoś trafiał dokładnie w punkt.
    — Proszę, proszę… — mruknął, przeciągając słowa. — Tego się po tobie nie spodziewałem. Ciąża, cola z cytryną, a tu nagle… „poustawiaj ich po kątach”. To cola z cytryną tak na ciebie działa? — Uniósł brew, spojrzał na nią z wyraźną iskrą w oczach. — Muszę przyznać jedno — dodał lżej, z nutą żartu. — To jest bardzo… seksowne. I trochę nie fair, bo robisz to w miejscu, gdzie naprawdę powinienem mieć oczy dookoła głowy a nie myśleć o tym, czy mogę cię na chwilę porwać do biura… — Przesunął kciukiem po jej dłoni, śmiejąc się przy tym nieznacznie, a potem pochylił się bliżej, już nieco poważniej. — Jim nie jest moim szefem — powiedział nisko. — Ale zachowuje się tak, jakby nim był, bo pozwoliłem mu na to zbyt długo. Bo miałem inne rzeczy na głowie. — Spojrzał na nią uważnie. Westchnął, krótko, prawie bezgłośnie. — Narazie nie mogę się go pozbyć. Mamy za dużo… wspólnych interesów — uniósł brew. — „Przyjaciół trzymaj blisko a wrogów jeszcze bliżej”, słyszałaś o tym? To wszystko jest jak partia szachów… Musisz przewidzieć ruch przeciwnika.
    Kciukiem musnął jej dłoń na swoim torsie. Ten gest był miękki, uspokajający. Z boku wyglądali na parą zakochanych, rozmawiających o czymś niewinnym. — Ale nie zamierzam pozwolić, żeby ktokolwiek urządzał się tu twoim kosztem. Ani mówił o „fochach mojej żony”. Ten gość nie miał chyba wcześniej do czynienia z ciężarną kobietą i nie wie, że pewne słowa są na liście słów zakazanych…

    OdpowiedzUsuń
  126. Kiedy usiadła na wysokim barowym stołku, Carter stanął przed nią tak blisko, że jej kolana same rozsunęły się odrobinę, robiąc mu miejsce. Wsunął się między nie, opierając dłonie o blat, po obu jej stronach, jakby zamykał ją w swojej przestrzeni, nie na pokaz, nie demonstracyjnie, tylko dla niej.
    — A jeśli będziesz miała ochotę na smoothie… — uśmiechnął się krzywo. — To obiecuję, że wyślę po nie dokładnie tego ochroniarza, który cię nie chciał wpuścić. Żeby miał chwilę na przemyślenia. — Odchylił się odrobinę, wciąż rozbawiony. — Ostrzegam tylko — dodał półżartem. — Jak dalej będziesz mnie tak motywować do rozstawiania ludzi po kątach, , to naprawdę zacznę ustawiać ludzi po kątach, to nie skończy się na słowach… — zawiesił głos, zerknął na jej brzuch, potem znów na nią. Potem pochylił się niżej i pocałował ją, spokojnie, pewnie, bez pośpiechu. Jakby cały hałas klubu nagle zniknął, a istnieli tylko oni i ta chwila zawieszona pomiędzy oddechami. Jego usta były ciepłe, znajome, a sposób, w jaki zatrzymał się dokładnie tam, między jej kolanami, był tak naturalny, jakby to było jedyne miejsce, w którym powinien stać.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  127. Carter przewrócił oczami, zanim zdążył się powstrzymać, nie z irytacją, raczej z tym zmęczonym rozbawieniem kogoś, kto wie, że temat wróci jeszcze trzy razy.
    — Sophia… — mruknął, przeciągając imię. — Sama słyszałaś, co powiedział. Myślisz, że to było wyreżyserowane? Że ktoś tam na górze usiadł i stwierdził: dobra, dziś ćwiczymy możliwe scenariusze reakcji na wypadek dramatu pod tytułem „nalot żony”? — Pokręcił głową i przetarł twarz dłońmi, jakby próbował zetrzeć z niej cały ten wieczór naraz. — Oni byli po prostu… za bardzo nadgorliwi. Nic więcej. Proszę, nie doszukuj się w tym drugiego dna.
    Jednym ruchem poprawił jej kosmyk, który opadł na twarz, wsuwając go za ucho z tą ostrożnością, jakby dotykał czegoś kruchego. Potem na sekundę się wycofał, tylko po to, by spojrzeć na nią uważnie, tym spojrzeniem, które zawsze zdradzało więcej, niż chciał powiedzieć. Kiedy uniosła brew przy temacie karty, westchnął ciężej, ale w jego oczach pojawił się błysk ironii.
    — Soph, nie wszyscy cię tu znają. Chcesz, żebym powiesił twoje zdjęcie przy wejściu z dopiskiem „tę panią zawsze wpuszczać, rozwinąć czerwony dywan i biec po świeże smoothie”? — uśmiechnął się krzywo. — Wiesz, ilu ludzi co noc próbuje tu wejść różnymi sztuczkami? Byli po prostu… zbyt służbowi.
    Gdy zaczęła żartować z tego, że nie ma za wiele do powiedzenia w domu, podobne jak w klubie, westchnął teatralnie, pochylił się i oparł czoło o jej ramię. — Jasne. Dobij mnie jeszcze bardziej — rzucił półgłosem. — Śmiało, nie krępuj się.
    Zaśmiał się krótko, kiedy dotknęła jego policzka.
    — Jeszcze chwila i naprawdę będę siedział u psychoterapeuty, opowiadając o tym, jak przez przypadek dałem się udomowić i jak straciłem przez to władzę na mieście. — Pokręcił głową z udawaną rezygnacją. — Tragedia.
    Nie był napięty jak wcześniej. Był czujny, tak. Trochę pobudzony. Ale przy niej wracał do tej wersji siebie, która nie musiała grać żadnej roli. I nawet jeśli klub był jego terytorium, to właśnie ona była miejscem, w którym naprawdę się zatrzymywał. Zbliżył się do jej ucha, niemal muskając je ustami.
    — To nie moja wina, że jesteś zawsze taka… nienasycona mną — dodał cicho, z rozbawieniem. Sięgnął za jej plecy po małą szklankę whisky z lodem, przytaknął.
    — Poniekąd tak, byłem zajęty tobą… — wzruszył ramionami. — Ale patrząc na to z innej strony, to miałem dzięki temu całkiem niezłe usprawiedliwienie. Aresztowanie, ciąża… moje zniknięcie nikomu nie wydawało się podejrzane. Zatrzymał się na sekundę, jakby zorientował się, że powiedział odrobinę za dużo, bo dlaczego niby jego zniknięcie miało by się komuś wydać podejrzane… — Bo… w sumie nie było w tym nic podejrzanego — dodał szybciej i spojrzał na nią znacząco jakby oczekiwał, że resztę sobie wyczyta z jego myśli.
    Na pytanie o Jima Carter tylko parsknął cicho, a w kącikach jego ust pojawił się ten znajomy, lekko krzywy uśmiech, który zawsze zwiastował kłopoty, albo dokładnie to, co Sophia lubiła najbardziej. — Bardzo chciałbym zobaczyć, jak go ustawiasz do pionu — przyznał. — Naprawdę. Ale zanim przejmiesz moje sprawy, daj mi jeszcze spróbować to ogarnąć.
    Carter sięgnął po drinka spokojnym, wyćwiczonym ruchem, jakby robił to odruchowo, bez zastanowienia. Palce zacisnęły się na szkle chłodnym od lodu, a kiedy uniósł je do ust, nie spuszczał z niej wzroku. Wypił łyk powoli, bez pośpiechu, pozwalając, by zimna whisky rozlała się po języku, bardziej po to, żeby mieć czym zająć ręce, niż dlatego, że naprawdę jej potrzebował. Kiedy padło słowo foch, uniósł ręce w geście kapitulacji. — Wiem, wiem. To nie był foch. Foch to w ogóle jakaś legenda. — Uśmiechnął się łagodniej. — A to słowo jest zakazane przy ciężarnej. Nauczyłem się już swojej lekcji.
    Zerknął na ochronę, potem z powrotem na nią.
    — Śmiało — rzucił z zachęcającym uśmiechem. — Teraz możesz się odegrać. Zobaczymy, jak idzie ci ustawianie do pionu ochrony. Potem pomyślimy o innych zadaniach…

    OdpowiedzUsuń
  128. Kiedy objęła go za kark, pozwolił jej na to bez oporu, pocałował ją spokojnie, pewnie.
    — Próbuję wszystkiego, co działa — mruknął spokojnie, nie cofając się ani o centymetr. Jedną dłoń położył na jej udzie, bardziej stabilizująco niż prowokacyjnie, jakby chciał jej dać do zrozumienia, że jest tu, że ją trzyma, że nie zamierza zniknąć. — I uczciwie? Widzę, że działa aż za dobrze.
    Drugą dłonią błądził przy niej zupełnie inaczej. Najpierw dotknął jej karku, potem wsunął palce w miękkie pasmo włosów przy szyi. Bawił się nimi nieświadomie, owijał kosmyk wokół palca, przesuwał kciukiem po skórze tuż przy linii włosów. Nachylił się jeszcze raz, ale tym razem tylko musnął jej usta. Krótko. Bez presji. Jak obietnica, nie rozproszenie. — Dobra, pani nie-do-rozproszenia — dodał z rozbawieniem, opierając czoło o jej czoło. — Ale nie mów, że nie próbowałem. To byłoby wbrew mojej naturze.
    Wyprostował się powoli, nadal stojąc między jej kolanami, i spojrzał jej prosto w oczy, już poważniej, spokojniej.
    — A co do Jima… — westchnął. — Masz rację. I nie, nie zamierzam mu tego odpuścić. Tylko nie dziś. Dziś chcę mieć spokój. Z tobą. Chociaż przez te pieprzone pół godziny. — Uniósł lekko brew. — A potem… potem zobaczymy, kto kogo będzie „rozstawiał po kątach”.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  129. Odkąd wyprowadziła się z domu, było jakby lżej. Łatwiej jej się wstawało rano, oddychało, nawet myśli miała bardziej przejrzyste i klarowne, jak gdyby przedtem obecność Gwen wpływała na nią bardziej, niż była gotowa przyznać. Teraz, budząc się rano, nie odczuwała już niechęci i rozgoryczenia względem świata, a same pobudki także były łagodniejsze i delikatniejsze, niż dawniej. Bardzo rzadko zdarzało się jej obecnie zrywać w przestrachu z łóżka, wyrwana ze snu jakąś awanturą czy czyjąś bliską wściekłością. Była sama, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Była wolna.
    Weekendy spędzała zazwyczaj leniwie, nigdzie się nie spiesząc i dystansując się od codziennej, standardowej bieganiny przeplatanej stresem. Na studiach coraz więcej czasu spędzała w szpitalu, a jej kariera także nabrała ostatnio rozpędu, toteż wolnych chwil zostawało jej coraz mniej i były coraz rzadsze. Starała się zatem wykorzystywać do maksimum to, co jej pozostało, najpierw długo wylegując się rano w łóżku, otoczona zwierzakami, potem jedząc razem z nimi niespieszne śniadanie i organizując jakoś resztę dnia. Często po prostu zostawała w domu, wciąż ciesząc się spokojem, jaki tu panował, i wszechogarniającą ciszą, której przerwanie zależało wyłącznie od niej, od jej zachcianek, nastrojów i samopoczucia. Czuła się tutaj także bezpiecznie; James, jej były, wyszedł z więzienia już jakiś czas temu i śmiało mogła przypuszczać, że zechce się zemścić. Dom rodzinny był w tym wypadku słabym punktem, bo mężczyzna niejednokrotnie właśnie tam ją odprowadzał. Nowe mieszkanie natomiast stanowiło niezdobytą fortecę, której adresu nie podała jeszcze ani jednej osobie. Jej kontakty z matką i Imogen ostatnimi czasy przypominały parodię lub wręcz nieudaną karykaturę tego, co było kiedyś. Z ojczymem nigdy nie miała ciepłych stosunków. Jej biologiczny ojciec rozpłynął się we mgle. Wszystkie przyjaźnie jakoś samoistnie poluźniły się przez minione tygodnie i Maddie w pewnym momencie zdała sobie sprawę, że jedyną osobą, z którą utrzymuje poprawne relacje jest Sophia. Co, swoją drogą, było przedziwną ironią losu, zważyszy na to, jak przedtem układało się ich życie.
    Niemniej nie zamierzała narzekać. Im więcej ludzi było wokół niej, tym większe ryzyko, że ktoś niechcący wyda ją Jamesowi albo, co gorsze, zauważy, że coś jest z nią nie tak.
    A Maddie po prostu nie chciała o tym słuchać, rozmawiać, ani myśleć. I nie miała zamiaru się nikomu z niczego tłumaczyć. Musiała poradzić sobie sama.
    Zresztą nie wiedziała nawet, jak mogłaby ująć w słowa to wszystko, co od pewnego czasu działo się w jej głowie. W dodatku sama nie była do końca pewna, co to jest. Intuicyjnie czuła, że mogą to być zagrzebane dotąd wspomnienia, coś, co skryło się w tej czarnej dziurze w jej wspomnieniach, lecz jeśli tak — jak powinna to rozumieć? W tych myślach przeważał motyw ognia i cała masa nieatrakcyjnych uczuć, co prowadziło do poczucia winy, którego wcale nie chciała odczuwać. Wręcz bała się rozszyfrować znaczenie tych obrazów, bo mogłaby odkryć coś, co powinno zostać na wieki zakopane w otchłani. Kompletnie nie potrafiła sobie z tym poradzić, więc unikanie towarzystwa było zupełnie dobrym rozwiązaniem, póki czegoś nie wymyśli.
    To jakoś wtedy, zupełnym przypadkiem, odkryła opioidy i ich cudowne właściwości zobojętniania na wszelkie przykre emocje. Okazało się nagle, że zupełnie dobrze można się po nich kontrolować, a spokój, jaki ją wówczas ogarniał, był prawdziwym błogosławieństwem. Nie zastanawiała się nawet, czy przypadkiem nie jest to krok w jakieś bagno. Ten łagodny stan przytępienia lęków, smutków i żali był jej po prostu potrzebny. Czuła się lepszym człowiekiem; stabilnym, zrównoważonym, szczęśliwym.
    W ten weekend, zamiast tradycyjnego leniuchowania w domu, miała jednak wpaść do siostry, której obiecała to już jakiś czas temu. Leki zażyła po śniadaniu, jak zwykle, i jak zwykle po około godzinie odczuła upragniony błogostan, toteż stojąc pod drzwiami Soph i pukając, była już rozluźniona i przyjemnie odprężona.

    💙

    OdpowiedzUsuń
  130. To było silniejsze od niej i Maxine zaśmiała się, kiedy Sophia ponownie się uniosła. Doskonale to uniesienie rozumiała, sama zachowywała się podobnie, kiedy Andrea wyszła ze studenckiego baru i Maxine została sama z Angelą. Wtedy także nie dowierzała temu, co się wydarzyło, ale od tamtego dnia minęło już dość czasu, aby zdążyła to przetrawić, przynajmniej częściowo i teraz potrafiła z mniejszym przejęciem opowiadać o tym, że miała siostrę bliźniaczkę, choć kiedy podejmowała ten temat, czuła, jak niemalże automatycznie bicie jej serca przyspiesza, a na policzkach pojawiają się delikatne wypieki, dziś dodatkowo podsycane przez popijane wino.
    — Oczywiście, że wiem, jak to brzmi — zgodziła się z nią i powoli pokręciła głową. — Nawet zdążyłyśmy zażartować z Andreą, że to powinien być temat naszego projektu dyplomowego i najlepiej, gdyby zagrały nas Olsenki, choć później doszłam do wniosku, że one jednak są za stare — opowiedziała i mrugnęła do przyjaciółki, mówiąc teraz z większą lekkością. Może Sophia mogła zauważyć, że przez czas trwania tej krótkiej opowieści o swojej siostrze bliźniaczce, Maxine uśmiechała się lekko w sposób, jakby nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że w ogóle to robi.
    Nie potrafiła być wściekła na Andreę Wilson. Już nie, ponieważ na samym początku próbowała przekuć te wszystkie, targające nią, niezrozumiałe uczucia właśnie we wściekłość i nawet realnie była wściekła, jednak szybko spostrzegła, że ta wściekłość nie była skierowana na Andy, a na sytuację, w której razem się znalazły. Maxine była wściekła, ponieważ nie rozumiała niczego z tego, co się wydarzyło i bała się tego, co będzie. Ponadto bolało ją to, że ona i Andrea spędziły dwadzieścia trzy lata w niewiedzy i gdyby nie ten zbieg okoliczności, nadal nie wiedziałyby o sobie.
    Skinęła głową, kiedy Sophia powtórzyła, że sobie poradzą. Bez wątpienia miały sobie poradzić i nawet jeśli Riley nie przystała na to, aby napisać teraz do Andrei, a także nie wyraziła zgody na to, aby Moreira poszła z nią na kolejne spotkanie z siostrą, tym samym z marszu skreślając jej dwa pomysły, to nie oznaczało to, że odrzucała pomoc przyjaciółki. Nic z tych rzeczy! Maxine potrzebowała wsparcia Sophii i potrzebowała jej obecności – potrzebowała mieć się komu wygadać, wyrzucić z siebie to, co siedziało w jej wnętrzu, a czego nawet nie potrafiła dobrze nazwać, ale nawet jeśli miała mówić wyjątkowo chaotycznie, to nie było nikogo innego, kto zrozumiałby ją lepiej, niż Sophia.
    — Naprawdę? — zdziwiła się szczerze. — Próbujesz mi powiedzieć, że mam resting bitch face? — zapytała, ponieważ Sophia była pierwszą osobą, która zwróciła na to uwagę i Max była tym zadziwiona do tego stopnia, że palcami lewej dłoni dotknęła policzka, jakby sprawdzając napięcie skóry. Samej sobie, kiedy przeglądała się w lustrze, wydawała się raczej słodka i urocza, co nie było dobre, bo bycie słodkim i uroczym nie sprawdzało się, kiedy potrzebowało się mieć posłuch i chciało się być poważnie traktowanym.
    Parsknęła cicho, kiedy pomyślała, że będzie musiała poprzyglądać się Andrei, żeby to sprawdzić, a kiedy Sophia wspomniała o wykładowcach, Maxine rozłożyła ręce.
    — Columbia huczy od plotek. Ale nikt z nami nie porozmawiał i w sumie, to się nie dziwię. Pewnie wszyscy są tak samo zaskoczeni, jak my. Nie przeszkadza to jednak wykładowcom, żeby nas uciszać — zauważyła, ostatnie zdanie wypowiadając już z lekkim rozbawieniem. Właśnie wtedy, kiedy dyskutowały o tym, że w ramach dyplomu powinny nakręcić film o samych sobie i pochylały się nad obsadą, prowadzący dał znać, że wszedł do sali jakieś dwie minuty temu i Maxine powinna już skończyć gadać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz też skończyła, przynajmniej na chwilę. Ostatnie słowa Sophii pozostawiła bez odpowiedzi, bo oczywiście, że Sophia miała tutaj być i oczywiście, że Andrei było ciężko. Bez wątpienia ciężej, niż Maxine, bo kiedy Maxine wracała do domu, do rodziców i kiedy zapraszała do siebie przyjaciół, Andrea wracała do akademika, gdzie za jedyną powierniczkę miała niedawno poznaną współlokatorkę. Max zawsze dopisywało szczęście i cóż, widać dopisało jej także w tej pokręconej sytuacji.
      Podniosła wzrok na drugą brunetkę, kiedy ta zapytała o możliwe teorie, ale nie odpowiedziała od razu. Potrzebowała chwili na zebranie myśli, a później ubranie ich w słowa.
      — Andrea jest adoptowana — wyznała wreszcie, mówiąc ciszej, niż dotychczas. — Wie o tym, ma co do tego stuprocentową pewność. Wydaje mi się, że ja także muszę być, bo nawet nie chcę brać pod uwagę innej opcji… Nie wyobrażam sobie, że moja mama, że Lucy… — urwała, bo kiedy wypowiadała słowo mama, głos jej się załamał, a gardło ścisnęło boleśnie. Żeby je rozluźnić i żeby odwrócić uwagę Soph od swoich zaszklonych oczu, Max zasłoniła się kieliszkiem z winem, z którego upiła kilka drobnych łyczków.
      Nie potrafiła powiedzieć, że Lucy mogłaby oddać jedną ze swoich córek.

      MAXINE RILEY

      Usuń
  131. Carter prychnął cicho pod nosem, kiedy zaczęła o ochronie z tą uniesioną brwią, która zawsze oznaczała, że nie odpuści tak łatwo.
    — Nie, nie sądzę, że to w porządku — odpowiedział w końcu, już bez ironii. — Ale nie sądzę też, że to był jakiś spisek przeciwko tobie.
    Przesunął dłonią po twarzy, jakby chciał zetrzeć z niej resztki napięcia.
    — Soph, oni tu ostatnio żyją w trybie alarmowym. Za bardzo nadgorliwi. To wszystko.
    Kiedy zaczęła mówić o czerwonym dywanie i smoothie, kącik jego ust drgnął.
    — Oczywiście. Zamówię od razu złotą tabliczkę przy wejściu. — mruknął. Westchnął jeszcze raz, ale tym razem bardziej miękko, kiedy jej dłoń przesunęła się po jego karku. Kiedy wspomniała o psychoterapeucie, parsknął śmiechem.
    — Jeszcze chwila i będę leżał na kozetce, opowiadał, jak mnie udomowiłaś i jak straciłem reputację groźnego faceta na mieście. — Pokręcił głową. — Zrujnowałaś mi markę.
    Przybliżył się do jej ucha, głos obniżył. Sięgnął po swoją szklankę. Zrobił to powoli, jakby wcale mu się nie spieszyło. Kostki lodu stuknęły o szkło, gdy obrócił nadgarstek, pozwalając bursztynowej cieczy zawirować. Nie odrywał od niej wzroku, nawet kiedy unosił szkło do ust. Wziął łyk, przytrzymał chwilę smak na języku, a potem odstawił szklankę z miękkim stuknięciem o blat.
    Drugą dłonią sięgnął do jej włosów. Przesunął palcami przez pasma, powoli, leniwie, jakby sprawdzał ich ciężar. Zawinął jedno pasmo wokół palca, przyciągnął ją odrobinę bliżej.
    — Wyglądam za dobrze? — mruknął. — To chyba twój problem, nie mój.
    Kiedy zapytała, czy to on ją rozstawia po kątach, uśmiechnął się pod nosem. — Soph, ja nawet nie próbuję. — Pochylił się, muskając jej wargi krótko, prowokująco. — Ty się sama ustawiasz tam, gdzie chcesz.
    A potem spojrzał jej w oczy, już bez żartu.
    — Pół godziny? — powtórzył. — Możemy tu posiedzieć. Możemy pójść na górę do biura, gdzie jest ciszej. Albo… — przesunął kciukiem po jej dolnej wardze. Uniósł brew. Carter przez chwilę jeszcze na nią patrzył, z tym półuśmiechem, który zawsze oznaczał, że coś mu właśnie przyszło do głowy. Potem, zupełnie mimochodem, skinął palcami na jednego z ochroniarzy. Tego samego, który wcześniej stał jak mur i nie chciał jej przepuścić. Jego spojrzenie wystarczyło, żeby tamten natychmiast podszedł bliżej. Carter odwrócił głowę w stronę Sophii i spojrzał na nią znacząco.
    — No dobrze — mruknął pod nosem. — Musisz się wczuć w rolę. — Uniósł brew, a w jego oczach pojawił się ten błysk wyzwania. — Od teraz jesteś moją partnerką w zbrodni. Zobaczymy, jak sobie radzisz z ustawianiem ludzi do pionu.
    Odsunął się od niej o pół kroku i oparł plecami o bar, krzyżując ramiona na piersi. Przyjął pozycję widza. Obserwatora. Szefa, który oddaje scenę. Uśmiech miał rozciągnięty leniwie, prowokująco.
    — Śmiało, Soph — powiedział spokojnie. — Masz ochronę, masz publikę… i pełne wsparcie. Pokaż im, kto tu naprawdę rządzi. — Zlustrował ją od góry do dołu z wyraźnym uznaniem. — Tylko nie przesadź. Jeszcze mi ich wszystkich zwolnisz i będę musiał sam stać przy wejściu.
    Nie wyglądał już na zdenerwowanego. Wręcz przeciwnie, w jego spojrzeniu było wyzwanie. Ciekawość. I ta duma, którą zawsze czuł, kiedy Sophia przestawała być cichą dziewczyną z tyłu sali, a zaczynała mówić własnym głosem. Oparł łokieć o blat i patrzył na nią jak na widowisko, które właśnie zaczynało się specjalnie dla niego.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  132. Carter ani przez moment nie próbował jej przerywać. Stał oparty plecami o bar, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, jakby to wszystko było jedynie drobną sceną, którą z czystej ciekawości pozwalał się rozegrać. W rzeczywistości obserwował każdy detal. Sposób, w jaki Sophia prostuje plecy. Jak unosi podbródek. Jak jej głos, jeszcze kilka minut wcześniej podszyty zranieniem, staje się równy i chłodny. Widział, jak w jednej chwili przestaje być dziewczyną, którą przed chwilą nie chciano wpuścić, a staje się kobietą, która nie musi podnosić głosu, żeby było jasne, że nie jest „każdym”.
    Kiedy ochroniarz zerkał na niego, wyraźnie oczekując sygnału, Carter nie drgnął. Nie wybawił go z niezręczności. Nie przejął rozmowy. Pozwolił Sophii ją dokończyć, jakby to był egzamin, który z rozmysłem postanowił przeprowadzić. Dopiero gdy padło to przeciągłe „jeśli taka jest decyzja”, Carter powoli odsunął się od baru. Sięgnął po szklankę z whisky, obracając ją chwilę w palcach. Lód uderzył o szkło z cichym stuknięciem, które niemal zlało się z basem pulsującym w klubie. Upił łyk, niespiesznie, jakby chciał dać temu momentowi odpowiednią wagę, po czym odstawił szklankę i zrobił krok naprzód. Nie wszedł między nich. Stanął obok Sophii. Jego dłoń osiadła na jej biodrze, nie po to, by ją uciszyć ani przejąć kontrolę, ale żeby podkreślić to, co właśnie zostało powiedziane. Gest był spokojny, pewny, niemal niedbały, a jednak jednoznaczny.
    — Davies.
    Ochroniarz spojrzał na niego. W klubowym półmroku jego twarz była napięta, jakby wciąż nie był pewien, czy sytuacja rzeczywiście została zamknięta. Carter uśmiechnął się krzywo. Ten uśmiech nie był groźny, raczej ostrzegawczo-rozbawiony.
    — Widzisz… — Wzruszył lekko ramionami. — Z kobietą w ciąży się nie dyskutuje. To podstawowa zasada przetrwania. — Skinął głową w stronę brzucha Sophii. — A ja naprawdę nie chcę spać dziś na kanapie.
    W jego głosie pobrzmiewała lekkość, ale spojrzenie pozostało czujne. Bas z parkietu dudnił w tle, światła przecinały półmrok krótkimi błyskami, a Carter wyglądał tak, jakby jednocześnie żartował i przypominał, kto tu ustala reguły.
    — Ale nie martw się… — dodał, zerkając znacząco na Sophię. — Jestem pewien, że moja żona ma jakiś pomysł, jak możesz jej wynagrodzić tę… pomyłkę.
    Uniósł brew w stronę Sophii, ewidentnie oddając jej pole, po czym oparł się biodrem o bar, sięgając znów po szklankę. Lód cicho zadźwięczał, gdy obrócił ją w palcach. W jego spojrzeniu znów pojawiło się to wyzwanie. I duma. I coś jeszcze, czysta, nieukrywana przyjemność z obserwowania, jak Sophia wchodzi w tę rolę bez wahania.
    Davies przez krótką chwilę milczał. Mięśnie szczęki napięły mu się wyraźnie, jakby musiał przeżuć coś, czego wcale nie miał ochoty przełykać. W klubowym półmroku jego twarz pozostawała prawie nieruchoma, ale w oczach pojawił się błysk, nie tyle agresji, co urażonej dumy. Był przyzwyczajony do wydawania poleceń, nie do ich przyjmowania od kogoś, kogo jeszcze godzinę temu zatrzymał przy wejściu. Mimo to wyprostował się minimalnie, poprawił mankiet marynarki i zmusił usta do uprzejmego, zawodowego półuśmiechu.
    — Oczywiście, pani… — zawiesił głos tylko na ułamek sekundy, tym razem już świadomie nie unikając nazwiska. — Pani Crawford.
    Spojrzał na Sophię, dokładnie tak, jak wcześniej mu poleciła. Nie na Cartera. Na nią. — Proszę mi powiedzieć, co mogę zrobić, żeby naprawić sytuację.
    Ton miał kontrolowany, uprzejmy aż do przesady. Ale pod tą warstwą grzeczności wyraźnie coś w nim pracowało.

    OdpowiedzUsuń
  133. Duma, urażone ego, może odrobina frustracji, że stał się elementem małżeńskiej gry.
    — Jeśli chodzi o procedury, dopilnuję, żeby pani dane zostały dodane do stałej autoryzacji przy wejściu do VIP. Ochrona zostanie poinformowana. Nie będzie potrzeby… — zrobił delikatną pauzę — … dodatkowej weryfikacji.
    Na końcu lekko skinął głową, jakby formalnie kończył raport.
    — A jeśli ma pani na myśli inne zadośćuczynienie… jestem do dyspozycji…
    Nie spuszczał z niej wzroku, ale w palcach, które trzymał splecione za plecami, wyraźnie drgnęło napięcie. Udawał spokój. Bardzo dobrze. Ale Sophia widziała, że to nie była jego ulubiona rola. Carter stał pół kroku za Sophią, oparty biodrem o bar, z jedną ręką luźno wsuniętą do kieszeni, w drugiej trzymał szklankę z whisky, w której kostki lodu cicho o siebie uderzały przy każdym minimalnym ruchu jego dłoni. Przyglądał się całej scenie z tą charakterystyczną dla siebie mieszanką rozbawienia i skupienia, jak reżyser, który pozwala aktorce przejąć scenę, ale wciąż kontroluje światło. Kiedy Davies skończył mówić, Carter uniósł lekko brew i powoli przeniósł wzrok z ochroniarza na Sophię. Na jego ustach pojawił się ledwie zauważalny uśmiech, nie ironiczny, nie drwiący. Raczej dumny. Ciekawy, co zrobi dalej. Potem skinął głową. Krótko. Znacząco. Jakby mówił: no dalej. Zachęta była subtelna, ale czytelna. Nie wtrącał się. Nie ratował sytuacji. Nie ucinał rozmowy. Cofnął się nawet odrobinę, robiąc jej więcej przestrzeni, a sam upił spokojny łyk whisky, nie spuszczając z niej wzroku. W jego spojrzeniu było wyzwanie. I coś jeszcze, satysfakcja. Bo właśnie to chciał zobaczyć. Jak jego żona, ciężarna, w czarnej dopasowanej sukience, z uniesioną głową i chłodnym spokojem w głosie, bierze pod kontrolę człowieka, który jeszcze kilkanaście minut temu kazał jej się odwrócić i wracać do domu.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  134. Carter obserwował to w milczeniu. Nie przerywał. Nie wtrącał się. Nie ratował sytuacji, choć mógłby jednym zdaniem ją zakończyć. Stał obok niej z ręką na jej biodrze, czując pod palcami napięcie jej mięśni i to delikatne drżenie, które zdradzało, że ta pewność siebie kosztuje ją więcej, niż dawała po sobie poznać. Kiedy Davies odszedł w stronę wyjścia, Carter przez chwilę patrzył za nim bez słowa. Potem powoli przeniósł wzrok na Sophię. Uniósł brew.
    — No proszę… — mruknął cicho, nachylając się bliżej, tak że jego oddech musnął jej skroń. — Kto by pomyślał. — Nie było w tym drwiny. Było coś znacznie bardziej niebezpiecznego. Duma. — Wiesz, że właśnie zdegradowałaś jednego z najbardziej nadgorliwych ludzi w tym budynku do roli chłopca na posyłki? — dodał ciszej. — I zrobiłaś to tak spokojnie, że nawet nie mogę się przyczepić. — Uniósł szklankę do ust, ale zamiast od razu się napić, zawahał się i zerknął na nią znad brzegu szkła. Przesunął kciukiem po jej biodrze, powoli, niemal leniwie, jakby smakował tę chwilę tak samo jak wcześniej whisky. W jego oczach błyszczało rozbawienie, ale pod nim czaiło się coś cięższego. Intensywniejszego. — „Zawołam cię, jeśli zmienię zdanie.” — powtórzył pod nosem jej słowa, jakby testował ich brzmienie. — Sophia Crawford, groźna jak cholera.
    Przechylił głowę, przyglądając się jej uważnie. Widział, jak próbuje zachować kamienną twarz, jak kontroluje każdy oddech, każdy ruch. Widział też, jak bardzo była z siebie dumna. I słusznie. Sięgnął po swoją szklankę, zakręcił nią lekko, pozwalając lodowi zadzwonić o szkło, po czym odstawił ją na blat, jakby nagle przestała go interesować. Zamiast tego obie dłonie położył na jej udach, tuż nad kolanami, przesuwając je minimalnie szerzej, by znów znaleźć się między nimi. Nie po to, żeby ją rozpraszać. Chociaż trochę też.
    Carter parsknął cicho śmiechem, wciąż stojąc między jej kolanami, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie. — Z dobrych wiadomości… — zaczął z udawaną powagą, unosząc palec jak wykładowca. — …jest nad czym pracować.
    Przechylił głowę, lustrując ją powoli od stóp do głów, z tym swoim przesadnie krytycznym spojrzeniem.
    — Postawa dobra. Kontakt wzrokowy solidny. Ton głosu? Bardzo obiecujący. — Skinął z uznaniem. — Jeszcze trochę szkolenia i będziesz małym gangsterem.
    Nachylił się bliżej, jakby zdradzał jej tajemnicę. — Takim w wersji premium. W szpilkach i z listą zachcianek.
    Jego kciuk przesunął się po jej udzie w powolnym, leniwym geście.
    — Wyobrażasz to sobie? Ja na mieście, ty obok mnie, a ludzie nie wiedzą, kogo bardziej się bać.
    Uśmiechnął się szeroko, tym swoim zawadiackim, bezczelnym uśmiechem.
    — Ale spokojnie. — Westchnął teatralnie. — Wezmę cię pod skrzydło. Nauczę paru trików. Jak patrzeć tak, żeby facet zapomniał, jak się nazywa. Jak milczeć tak, żeby wszyscy zaczęli się tłumaczyć.
    Zaśmiał się cicho, kręcąc głową, jakby naprawdę próbował wyobrazić ją sobie w tej roli, drobną, ciężarną, z tym swoim spokojnym spojrzeniem, które przed chwilą potrafiło zmrozić ochroniarza.
    — Wyobrażasz to sobie? Ty wchodzisz do biura, wszyscy milkną. Jim prostuje plecy. Ochrona salutuje. A ty tylko mówisz: „Panowie, aktualizacja.”
    Zsunął dłoń na jej biodro i przyciągnął ją minimalnie bliżej. — I nikt nie wie, czy zaraz zamówisz smoothie… czy czyjąś głowę. — Pochylił się jeszcze bliżej, muskając ustami jej policzek. — Choć, szczerze? — dodał ciszej. — Dzisiaj poradziłaś sobie bez mojego szkolenia całkiem nieźle, pani Crawford.
    Pochylił się jeszcze bliżej, aż ich czoła niemal się zetknęły.
    — I to było cholernie seksowne.
    W jego głosie nie było już żartu. Była szczera fascynacja. Tym, jak patrzyła Daviesowi w oczy. Jak nie szukała u niego wsparcia. Jak przejęła kontrolę, nie podnosząc głosu. Przesunął palcami po jej włosach, zbierając jeden kosmyk i zawijając go wokół palca z nieobecnym skupieniem.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  135. — Zawsze możemy zagrać same siebie, choć ja nie lubię grać — zauważyła. — Mam od tego ludzi — dodała z przekorą, powtarzając niemalże to samo, co powiedziała Andrei podczas rozmowy na chwilę przed rozpoczęciem zajęć.
    Jakkolwiek wizja nakręcenia filmu o ich dwójce w ramach projektu dyplomowego była kusząca, Maxine nie sądziła, aby ona i Andrea temu podołały. To było zbyt osobiste, a one były zbyt młode, by potrafić podejść do tego profesjonalnie. Poza tym, aby napisać scenariusz na podstawie ich historii, Max musiała przede wszystkim poznać tę historię od początku do końca, a póki co, ta historia pozostawała wielką niewiadomą – opowieścią pełną dziur. Te dziury należało załatać, a Riley zależało na tym, aby zrobić to w realnym życiu, a nie w pliku na komputerze, jednym z wielu, jakie gromadziła na dysku.
    Zamrugała gwałtownie, jakby nagle uświadomiła sobie coś, co miała pod nosem, ale wcześniej tego nie zauważała – zależało jej. Zależało jej na poznaniu prawdy, ale zależało jej także na samej Andrei, bo choć pozostawały dla siebie kompletnie obce i nie można było temu zaprzeczyć, to były w tym we dwie. Po dwudziestu trzech latach były w tym we dwie, tak jak powinny być od dnia narodzin i może dlatego nagle rozwikłanie tej sytuacji zaczęło wydawać się Maxine mniej straszne?
    Riley tego nie wiedziała, ale także teraz, siedząc na miękkiej i wygodnej pufie, z lampką dobrego wina w dłoni, kiedy dała porwać się temu potokowi myśli, zrobiła tę minę, przez co Sophia miała pełne prawo nie tylko do tego, żeby zachichotać, ale także aby roześmiać się w głos.
    — Ciekawe, czy da się nad tym zapanować? — rzuciła, tym samym naturalnie gubiąc ten charakterystyczny wyraz twarzy, dokładnie tak, jak powiedziała Moreira i gdyby Maxine mogła teraz popatrzeć na siebie z boku, to wiedziałaby, że nie, nie da się nad tym zapanować i już do końca życia dla niektórych będzie wyglądać na tyle groźnie, że ci nie odważą się do niej podejść, co może wcale nie było takie złe…?
    — Może jednak nie chcę tego wiedzieć… — jęknęła, a potem wyciągnęła rękę z kieliszkiem w stronę Soph, by nieco ułatwić jej zadanie, którego ta się podjęła. Max potrzebowała do upicia się więcej alkoholu, niż przyjaciółka, ale znowuż nie było to wiele więcej, bo już teraz czuła przyjemne szumienie w głowie, a też jakoś lżej mówiło jej się o tym, że miała siostrę bliźniaczkę. Nie było jej jednak już tak lekko, kiedy zaczęła mówić o tym, że jest adoptowana i o ile popijane wino pomogło jej się rozluźnić, o tyle spotęgowało także odczuwane przez Maxine emocje, bo jej oczy zaszkliły się jeszcze bardziej.
    — Cholera… — wydusiła przez wciąż ściśnięte gardło, delikatnie odchyliła głowę i popatrzyła w sufit, a następnie powachlowała twarz dłonią, bo w ten sposób chciała przegonić łzy i nie dopuścić do tego, żeby te spłynęły po jej policzkach. Zgodnie z poleceniem przyjaciółki, głośno wypuściła powietrze, ale pękła, kiedy Sophia położyła dłoń na jej kolanie.
    — Wiem, też mi się nie wydaje — powiedziała cicho i popatrzyła na Sophię, a kiedy mrugnęła, kilka łez uciekło spod jej rzęs. Otarła je pośpiesznie wolną dłonią. — Ale, mimo wszystko… — westchnęła, opuszczając wzrok, bo nic nie potrafiła poradzić na to, że miała takie myśli i że nie potrafiła ich odpędzić. Wzruszyła ramionami, choć wargi jej zadrżały, przez co musiała powtórzyć wcześniejszy gest, by doprowadzić się do porządku.
    — No, już… — mruknęła, jakby uspokajała samą siebie i pociągnąwszy nosem, podniosła delikatnie zaczerwienione oczy na Soph. — Miałaś mi coś powiedzieć, po kolacji — przypomniała głosem wciąż drżącym od powstrzymywanego płaczu. — Także mów, Soph. Jeśli nie chcesz, żebym się rozryczała, to teraz jest doskonały moment na to, żebyś zajęła moją głowę czymś innym.

    MAXINE RILEY

    OdpowiedzUsuń
  136. Carter patrzył na nią tak, jakby właśnie odkrył w niej coś, czego wcześniej nie widział, a może coś, co zawsze tam było, tylko nie miało jeszcze okazji wyjść na światło. Nie przerywał jej. Pozwalał mówić. Pozwalał jej rosnąć w tej roli, którą sama sobie przed chwilą wybrała. Kiedy dotykała jego ramienia, bicepsa, przedramienia, nie cofał się ani o milimetr. Wręcz przeciwnie, napiął lekko mięśnie pod jej dłonią, świadomie, wiedząc, że to poczuje.
    — Standardów Cartera Crawforda? — powtórzył z udawaną powagą. — Carter Crawford ma bardzo wysokie standardy.
    Nachylił się bliżej, tak że jego głos stał się niższy, bardziej prywatny mimo hałasu wokół. — Ale byłaś niebezpiecznie blisko.
    Kciukiem przesunął powoli po jej kolanie, zatrzymując się tuż nad linią, gdzie materiał sukienki zaczynał się kończyć.
    — Prywatne szkolenia? — uniósł brew. — Zdecydowanie. Tylko ostrzegam… metody są wymagające. Dużo praktyki. Mało teorii.
    Uśmiechnął się pod nosem, kiedy mówiła o wygryzieniu go z biznesu.
    — Ty? Wygryźć mnie? — zaśmiał się cicho. — Crawford kontra Crawford. To by się sprzedało — pokręcił głową. — Soph, ty już mnie wygryzłaś z połowy mojego życia. Klub to pikuś.
    Kiedy powiedziała, że ktoś już zapomina, jak się nazywa, kiedy na niego patrzy, pokręcił głową, ale w jego oczach błysnęło coś ciemniejszego.
    Przysunął się jeszcze bliżej, tak że jego klatka piersiowa niemal dotykała jej kolan.
    — A feedback? — powtórzył. — W porządku.
    Oparł jedną dłoń na barze obok niej, zamykając ją w niewidzialnej klatce między swoim ciałem a blatem.
    — Po pierwsze: kontakt wzrokowy. Bardzo dobry. Nie spuściłaś wzroku ani razu. To robi robotę.
    Przesunął palcem po jej podbródku.
    — Po drugie: ton głosu. Spokojny. Zero podniesionych emocji. Ludzie bardziej boją się ciszy niż krzyku.
    Nachylił się jeszcze odrobinę.
    — Po trzecie… — zawiesił głos. — Następnym razem możesz zrobić jeden krok bliżej. Wejść w czyjąś przestrzeń. To dezorientuje.
    Uśmiechnął się powoli.
    — Ale najważniejsze? Nie spojrzałaś na mnie po potwierdzenie.
    I to powiedział już bez żartu.
    — To mi się podobało najbardziej.
    Musnął jej policzek kciukiem. Jego wzrok zjechał na sekundę na jej brzuch, potem wrócił do oczu.
    Carter jeszcze przez chwilę się uśmiechał, ale coś w jego spojrzeniu zaczęło się zmieniać. Ten lekki, rozbawiony błysk ustąpił miejsca czemuś bardziej skupionemu. Dłoń, która wcześniej bawiła się jej włosami, zatrzymała się na jej karku nie mocno, nie władczo, ale pewnie. Nie żartował już. — A teraz bez sceny i bez publiczności — powiedział ciszej, nachylając się tak, żeby tylko ona go słyszała. — Następnym razem, kiedy mówię ci, żebyś została w domu… to znaczy, że masz zostać w domu.
    Nie było w tym podniesionego głosu. Nie było agresji. Była spokojna stanowczość, która brzmiała zupełnie inaczej niż jego wcześniejsze prowokacje.
    — Nie dlatego, że chcę cię kontrolować. — Jego kciuk przesunął się powoli po linii jej szczęki. — Tylko dlatego, że to miejsce bywa nieprzewidywalne. Zwłaszcza teraz. — Jego spojrzenie przesunęło się na moment gdzieś poza nią, w stronę loży, w stronę korytarza prowadzącego do biura, w stronę ludzi, którzy śmiali się za głośno i pili za dużo. Potem wrócił do jej oczu. — Ty widzisz bar, ochronę, Jima. Ja widzę całą resztę. — Spojrzał jej prosto w oczy. Tym razem bez uśmiechu.

    OdpowiedzUsuń
  137. Bas z sali głównej dudnił w tle, światła migotały, ludzie śmiali się gdzieś obok, ale między nimi zrobiło się nagle ciszej.
    — I jeśli mówię „nie przychodź”, to nie dlatego, że nie chcę cię widzieć. Tylko dlatego, że chcę mieć pewność, że jesteś poza zasięgiem.
    Jego dłoń opadła z jej karku na ramię. — I tak. Oczekuję, że mnie wtedy posłuchasz.
    Ostatnie słowa zawisły między nimi ciężej niż wcześniejsze żarty. Przez sekundę jeszcze patrzył jej w oczy, jakby chciał mieć pewność, że naprawdę go usłyszała. Potem odsunął się. Wyprostował plecy powoli, jak ktoś, kto właśnie zrzucił z ramion coś, czego nie powinien był pokazywać publicznie. Na twarzy znów pojawiła się ta znajoma maska, spokojna, pewna siebie, lekko ironiczna. Sięgnął po szklankę stojącą na barze. Lód zadźwięczał cicho o szkło, kiedy uniósł ją do ust. Whisky była zimna, bursztynowa, gęsta od światła klubowych reflektorów. Przechylił szklankę i wziął długi łyk. Żuchwa napięła mu się na moment, kiedy alkohol spłynął w dół. Odetchnął przez nos, krótko, kontrolowanie. Kiedy odstawił szklankę na blat, zrobił to pewnym ruchem, jakby zamykał temat równie definitywnie, jak zamyka się drzwi do biura. I przez chwilę wyglądał jak kiedyś, jak właściciel, jak facet, który ma wszystko pod kontrolą, nawet jeśli w środku wcale tak nie było.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  138. Uśmiechnęła się i szybko weszła do środka, zamykając za sobą drzwi. Potem kucnęła i przywitała się z Gigi, porządnie głaszcząc, drapiąc i chwaląc ją, jak to miała w zwyczaju podczas styczności z psami, które uwielbiała. Wszystkie były dla niej jednakowo słodkie i urocze, nawet, a może zwłaszcza, te powszechnie niezbyt lubiane. Gdy wstawała, zaświtała jej w głowie myśl, że także powinna sprawić sobie psa. Najlepiej dużego i czarnego — takiego, który samym wyglądem powstrzyma ludzi od spoufalania się.
    — Cześć — przywitała się wreszcie i obrzuciła siostrę przeciągłym, uważnym spojrzeniem. — Dobrze wyglądasz — podsumowała szczerze oględziny, wręczając jej błyszczącą torbę prezentową. — Przyniosłam wam trochę rzeczy — dodała, odrobinę speszona. W torbie było kilka par uroczych śpioszków w najmniejszym rozmiarze i wielki, pluszowy królik z długimi uszami, plus elegancko zapakowane ciasteczka i herbata.
    W mieszkaniu pięknie pachniało jej ulubionymi babeczkami migdałowymi i Maddie zrobiło się miło, że Sophia odgadła jej kulinarne gusta. Pociągnęła nosem, wdychając smakowity aromat.
    — Nie powinnaś, no wiesz, odpoczywać, zamiast bawić się w cukiernika? — spytała, uśmiechając się trochę kpiąco, acz w przyjazny sposób.
    Poszła za siostrą do kuchni, rozglądając się po ścianach i obserwując wystrój. Nie była to jej pierwsza wizyta w tym domu, ale wciąż nie mogła się napatrzeć na to, jak inne było wszystko tutaj od ich rodzinnego mieszkania. Właściwie sama postąpiła identycznie — jej nowe lokum ani trochę nie przypominało królestwa Gwen. Może dlatego właśnie czuła się tam tak dobrze, swobodnie i jak u siebie. Może tego właśnie obie — Sophia i Maddie — potrzebowały. I może dzięki temu udało im się chyba na dobre wyjść z dawnych kolein, po prostu ruszając przed siebie.
    Rozgościła się i z przyjemnością zjadła babeczkę, popatrując na siostrę ukradkiem. Czasami jeszcze wciąż niezupełnie docierało do niej, jak bardzo zmieniła się ich relacja. Miewała takie wrażenie, jakby to wszystko było zaledwie snem, czyimś pobożnym życzeniem, ale przecież nie rzeczywistością — no bo jak to. Ich niegdysiejsza niechęć śmiało mogłaby zostać określona nienawiścią. A teraz siedziały sobie przy jednym stole i rozmawiały, naprawdę rozmawiały, niewymuszenie i bez silenia się na uprzejmość, bo, zwyczajnie, już nie było takiej potrzeby. Uprzejmość tworzyła się teraz sama.
    — No, to opowiadaj — zachęciła. — Jak ci się żyje wśród tylu zmian?
    Odkąd coś w niej samej zmieniło się na dobre, odkryła niespodziewanie, że znacznie bardziej woli słuchać, niż mówić. Szczególnie, że w jej życiu ostatnio nie działo się nic, czym warto byłoby się podzielić. Swoje problemy wolała zachować dla siebie; nie było powodu, by Sophię martwić albo stresować, zwłaszcza teraz, gdy powinna tym bardziej o siebie dbać. Poza tym Maddie czuła, że nie potrafiłaby tak do końca ubrać tego wszystkiego w słowa. Nie lubiła uchodzić za słabą. Lubiła być silna, zdecydowana, stanowcza. Mieć swoje życie pod kontrolą. I nie umiała przyznawać się do porażek ani mówić głośno o tych uczuciach, które w samotności dokuczliwie szarpały ją od środka. O lękach, smutkach, żalach. O strzępkach tego, co wydawało się być zapomnianymi wspomnieniami. O tym, jaka jest czasem samotna i jak jej z tym trudno. Musiała dać sobie radę tak, jak zawsze — sama. Nie chciała nikogo obarczać tym wszystkim, co siedziało wewnątrz niej. Zresztą, bała się odrobinę, że jednym nieodpowiednim słowem lub gestem zburzy relację, która się między nimi wytworzyła. A była to właściwie ostatnia dobra relacja, jaka jej została. Byłoby szkoda ją zniszczyć z egoistycznej pobudki, chęci wygadania się, wyrzucenia całego tego syfu na zewnątrz.
    Uśmiechnęła się szeroko, przybierając optymistyczny wyraz twarzy i nadstawiła uszu, czekając na odpowiedź.

    💚

    OdpowiedzUsuń
  139. Carter nie odpowiedział od razu. Stał przez chwilę wyprostowany, z dłonią nadal owiniętą wokół szklanki, jakby szkło było czymś stałym w świecie, który właśnie zaczynał się chwiać. Nie patrzył już w tłum. Patrzył na nią. I widział. To, że nie jest wściekła. To, że nie dramatyzuje. To, że naprawdę próbuje zrozumieć. Westchnął cicho. Inaczej niż wcześniej. Bez maski.
    — „Zwłaszcza teraz” — powtórzył spokojnie. — Znaczy dokładnie to, co myślisz.
    Nie podniósł głosu. Nie brzmiał jak raper z wywiadu ani właściciel klubu. Brzmiał jak facet, który zna pewne schematy aż za dobrze.
    — Ty myślisz, że to jest klub. Bar. Muzyka. — Wskazał lekko głową wokół. — A ja wiem, co jest piętro niżej. I dwa telefony dalej.
    Odstawił szklankę na bar. Tym razem nie teatralnie. Po prostu. — Nie możesz po prostu wpadać tu, kiedy masz ochotę, bo to nie jest kawiarnia. Nie chcę, żebyś była tutaj, kiedy coś się przesunie o centymetr nie w tę stronę, co trzeba, a wszystkie problemy nie wyparowały magicznie, kiedy powiedzieliśmy sobie „tak”.
    Jej pytanie, czy ma wrócić do domu, zawisło między nimi ciężej niż bas dudniący w tle. Carter od razu wyłapał ten ton. To delikatne cofnięcie się. To „trochę to brzmi, jakbyś mnie nie chciał widzieć”. Westchnął cicho, ale tym razem nie było w tym zniecierpliwienia, raczej zmęczenie czymś, co już przerabiali.
    — Nie próbuj mi grać na emocjach, Sophia — powiedział spokojnie, patrząc jej prosto w oczy. — Wiesz, że nie o to chodzi.
    Nie było w tym oskarżenia. Była prośba.
    Przesunął dłonią po twarzy, jakby próbował zebrać myśli, a potem oparł się jedną ręką o bar tuż obok niej. Zbliżył się minimalnie, tak że musiała unieść lekko głowę. — Wiesz, że to nie o to chodzi — powtórzył. Jego głos był niski, bardziej miękki niż chwilę wcześniej.
    — Nie próbuj robić z tego „nie chcesz mnie”, bo to jest najłatwiejsza wersja tej rozmowy. A my oboje wiemy, że prawda jest trudniejsza.
    Na sekundę jego spojrzenie zsunęło się na jej brzuch. — Chodzi o to, że są rzeczy, których nie mogę kontrolować w stu procentach. I kiedy jesteś tu ty… to przestaję kontrolować cokolwiek.
    To było szczere. Bez ironii. — Więc nie, nie chodzi o to, że nie chcę cię widzieć. — Pokręcił lekko głową. — Chodzi o to, że chcę mieć cię całą. Bezpieczną.
    Carter potrząsnął lekko głową, jakby chciał zatrzymać tok jej myślenia, zanim pójdzie w złą stronę. Cisza między nimi nie była już ostra. Była ciężka. Spojrzał na nią uważnie. Jego spojrzenie na moment zmiękło, kiedy zsunęło się na jej brzuch.
    — I tak, możesz mieć pytania. Masz do nich prawo. — Skinął głową. — Ale nie tutaj.
    Bas uderzył mocniej, światło przeszło po jego twarzy, wydobywając na sekundę zmęczenie, którego zwykle nie pokazywał. To nie było dramatyczne. Nie było podniesione. Było konkretne. Carter przez chwilę jeszcze na nią patrzył, jakby ważył każde kolejne słowo. Nie chciał tego zepsuć. Nie chciał, żeby zabrzmiało to jak rozkaz.
    — Nie powiedziałem, że masz wrócić do domu — dodał spokojniej. Uniósł lekko brew, ale bez złośliwości. — Nie kazałem ci wyjść. Nie wziąłem kluczyków i nie wsadziłem cię do auta.
    Oparł dłoń o blat bliżej niej, pochylając się odrobinę, żeby nie musiała domyślać się tonu przez hałas muzyki.
    — Próbuję ustalić pewne… zasady — powiedział ciszej. — Granice. Jakkolwiek to nazwiesz.
    Bas dudnił w tle, światła przesuwały się po jego twarzy, ale on był nieruchomy. Skoncentrowany. Wyprostował się minimalnie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  140. Kiedy Maxine mówiła, że miała od tego ludzi, myślała o Marcusie. Jeszcze na studiach wykonali razem wiele projektów, bo kiedy już raz podjęli się współpracy, okazało się, że ta wychodzi im więcej niż dobrze, stąd później, kiedy pojawiały się przed nimi kolejne zadania do zrealizowania, zupełnie naturalnie dążyli do tego, aby wykonać je razem. Maxine myślała o Marcusie także dlatego, że nie tak dawno temu przypadkiem wpadła na niego na Comic Conie, a że Angela i Cody się pochorowali i nie mogli jej towarzyszyć, tak jak początkowo mieli to w planach, to Maxine doczepiła się do Marcusa i jego młodszej siostry. Finalnie spędzili ten dzień razem i spędzili go na tyle przyjemne, iż Maxine mocniej odczuła żal związany z urwaniem się kontaktu z Marcusem po tym, jak ten już studia skończył, a jej zostały ostatnie dwa lata, w czasie których musiała radzić sobie bez niego i oczywiście, że radziła sobie doskonale, ponieważ była Maxine Riley, najlepszą i najbardziej obiecującą studentką na roku, ale też przez to niespodziewane spotkanie zaczęła myśleć o tym, że miło byłoby znowu móc z nim pracować.
    — A nie myślisz, że filmy o bliźniaczkach wyszły z mody? — zapytała zupełnie poważnie, ponieważ sama nie przypominała sobie, kiedy ostatnio film o takiej tematyce miał premierę, a przecież śledziła premiery na bieżąco i chodziła także na te filmy, które nie trafiały do masowej dystrybucji, a były wyświetlane jedynie w kinach studyjnych, więc naprawdę niewiele jej umykało, choć jedna Max i tak nie miała nadążyć za wszystkim, co teraz wypuszczano.
    — Cóż, tyle dobrze! — przyznała ze śmiechem, kiedy Sophia uznała, że Maxine ładnie było z bitch face. Jeśli nie można było niczego z tym zrobić, a pewnie nie można było, to mogła w tym mieć chociaż taką pociechę. I nie, Maxine nie chciała płakać. Nie teraz, nie tego wieczora, choć kiedy przyjaciółka sama przyznała, że przez wypite wino mogłaby rozpłakać się razem z nią, Riley roześmiała się tak serdecznie i głośno, że po policzkach spłynęło jej tych kilka pozostałych pod powiekami łez. Ten śmiech, wywołany rozbawieniem, ale i rozczuleniem solidarnością zaoferowaną przez Sophię już na dobre osuszył łzy Maxine i teraz ta mogła posłuchać, co takiego spotkało Moreirę w ostatnim czasie.
    — Chyba nawet nie chcę, żeby twoja historia była tak wciągająca, jak moja — zauważyła, ponieważ nie chciała, aby w życiu Soph działo się cokolwiek złego, choć przecież to, co przytrafiło się Maxine, nie było stuprocentowo złe. Było zaskakujące i przytłaczające, było też niewytłumaczalne, przynajmniej na ten moment, ale złe? Max nie potrafiła i nie chciała nawet myśleć o pojawieniu się Andrei w jej życiu w ten sposób.
    Sączyła wino, słuchając wstępu do opowieści, jak w dobrym wypracowaniu – wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Nauczona doświadczeniem zdobytym podczas słuchania historii o Nico, Maxine dołożyła wszelkich starań, aby się skupić i wyrzucić z głowy inne myśli, tak, aby nadążyć za tym, co miała do powiedzenia Sophia. Na tym przecież jej zależało – na wyrzucenia z głowy innych myśli, dlatego bez większego trudu w swojej wyobraźni znalazła się w schronisku, w którym Soph była wolontariuszką, a w którym Max miała okazję parę razy być, by zaspokoić własną ciekawość co do tego miejsca i teraz uniosła wysoko brwi, kiedy z ust przyjaciółki padła znana ksywka.
    — Zaire? — powtórzyła, odrobinę temu niedowierzając, ale nie było to nic, w co nie mogłaby uwierzyć. Nie takie rzeczy działy się przecież w Nowym Jorku, prawda? To było więc jak najbardziej prawdopodobne. Prawdopodobne było także to, co Sophia powiedziała jako następne, ponieważ Sophia miała talent do zaprzyjaźniania się praktycznie z każdym – w końcu zaprzyjaźniła się z Maxine mającą bitch face, prawda? Istotnym stawało się to, jak Sophia to powiedziała i co momentalnie pomyślała Max.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Zaprzyjaźniłaś się z nim — powtórzyła powoli, delikatnie przeciągając samogłoski, a ton głosu miała przy tym taki, że ten nie pozostawiał wątpliwości co do tego, co Rile miała na myśli, podkreślając te słowa. — Zaprzyjaźniłaś — powtórzyła raz jeszcze, tym razem przyglądając się Soph spod lekko przymrużonych powiek i z ustami rozciągniętymi w tym uśmieszku, który wyraźnie sugerował, że Maxine Riley nie wierzyła w przyjaźń damsko męską.
      — A co sprawiło, że się z nim zaprzyjaźniłaś? — spytała, celowo po raz kolejny i trzeci powtarzając to samo, przytoczone przez Soph sformułowanie, jakby chciała i sugerowała, iż przyjaciółka powinna zastanowić się nad tym, co sama powiedziała.

      MAXINE RILEY 🍷

      Usuń
  141. Carter przez chwilę milczał, jakby coś jeszcze chciał powiedzieć, ale w ostatniej sekundzie zmienił zdanie. W jego spojrzeniu pojawiło się coś krótkiego, niemal niezauważalnego, cień myśli, którą szybko schował. Bo prawda była bardziej niewygodna, niż chciał przyznać. Gdyby była z nim od początku wieczoru… może nie wziąłby tej pierwszej kreski w garderobie. Albo wziąłby tylko jedną. Może tylko na scenę. Może nie sięgnąłby po kolejną po koncercie, ani po tę w aucie. Może jej obecność, jej spojrzenie, to spokojne „jestem”, wystarczyłoby, żeby się zatrzymał. Ale tego nie powiedział. Nie dlatego, że chciał ją oszukać. Dlatego, że nie chciał, żeby poczuła się odpowiedzialna za coś, co było jego wyborem.
    — Gdybyś była ze mną od początku, wyglądałoby to inaczej.
    To było najbliżej prawdy, na ile był gotów. Nie rozwinął tego. Nie dodał szczegółów. Nie wspomniał o lusterku w garderobie, o tej chwili zawahania, kiedy Jules wyciągał banknot. O tym, jak łatwo było powiedzieć „jedna”. Zamiast tego spojrzał na nią uważnie.
    — Gdybyś przyjechała ze mną po koncercie, wiedziałbym, że tu jesteś. Wiedzieliby o tym wszyscy, którzy powinni wiedzieć. — Jego głos był już spokojny, rzeczowy. — I tak, wtedy skupiałbym się na tobie. — Zrobił krótką pauzę. — Ale przyjechałaś sama. Bez uprzedzenia. I ja dowiedziałem się o tym od ochrony. — Nie był to wyrzut. Raczej fakt. — To jest różnica, Soph.
    Kiedy powiedziała „ale chcesz, żebym wróciła”, coś w nim drgnęło. — Nie — odpowiedział od razu. Bez zawahania. — Chcę, żebyś była ze mną — dodał ciszej. — Po prostu nie w środku tego bałaganu. Nie kiedy jesteś w ciąży.
    Różnica była dla niego ogromna. Dla niej pewnie mniej wyraźna. I tym razem nie było w tym ani maski, ani gry. Widział, jak jej ramiona lekko opadają. Jak ton się zmienia. Gdy wzruszyła ramionami i rzuciła to swoje „będzie jak chcesz”, zacisnął lekko szczękę. Nie dlatego, że się wściekał. Dlatego, że znał ten ton. To nie było poddanie się. To było wycofanie. Nie podobało mu się to.
    — Nie odwracaj tego w „jak chcesz” — powiedział ciszej. — To nie jest mój kaprys.
    Kiedy wspomniała o Kaiu, zerknął przelotnie w tamtą stronę. Rzeczywiście, chłopak co chwilę spoglądał w ich kierunku, jakby próbował ocenić, czy podejść, czy jeszcze poczekać. Ale widział już po niej, że rozmowa skręciła w inną stronę. Że jej głowa zaczęła pracować szybciej niż jego wyjaśnienia. — Soph — powiedział ciszej.
    Ale ona już zmieniała temat. Kai. Loża. Ton rozbawiony, który był zbyt gładki. Carter odstawił w końcu szklankę na blat. Tym razem stanowczo. Nie z hukiem, ale wystarczająco wyraźnie. Podszedł bliżej, tak że nie było między nimi ani centymetra luzu. Spojrzał jeszcze raz w stronę loży, potem z powrotem na nią. Zsunął wzrok na jej twarz, jakby próbował sprawdzić, czy to do niej dociera. Bas znów uderzył mocniej, światło przecięło ich na sekundę. Carter wyglądał przez moment jak ktoś rozdarty między dwoma światami, tym przy barze i tym, który pulsował wokół. Kiedy znów wspomniała o Kaiu, spojrzał tam jeszcze raz, po czym odetchnął ciężej. Carter nawet nie spojrzał drugi raz w stronę Kaia.
    — Nie interesuje mnie teraz Kai — powiedział krótko, bez irytacji, ale stanowczo. Naprawdę nie obchodziło go w tej chwili, kto stoi kilka metrów dalej, kto zerka, kto chce podejść. Klub mógł dudnić, ludzie mogli się śmiać, ktoś mógł już podnosić rękę w jego stronę. To wszystko było tłem. — Nie próbuj mnie teraz wypchnąć z tej rozmowy w stronę kogoś innego — dodał ciszej.
    Carter nie zdawał sobie z tego sprawy. Przynajmniej nie wprost. Wydawało mu się, że i tak niedługo by wrócił. Jeszcze jedno okrążenie loży, szybka rozmowa z kimś, kto „musi tylko na chwilę”, i zamówiłby kierowcę. Tak to sobie układał w głowie, rozsądnie, kontrolowanie.

    OdpowiedzUsuń
  142. Tylko że znał siebie zbyt dobrze, by nie wiedzieć, jak to działało. Ktoś podsunąłby mu kolejną szklankę. Ktoś inny rzuciłby półżartem: „No co, Crawford, jedna kreska przed wyjściem? Dla rozluźnienia.” I może by się zawahał. Może by przewrócił oczami. Może by powiedział, że nie trzeba. A może nie. Może uznałby, że to przecież tylko jedna. Że ma wszystko pod kontrolą. Że wróci do domu i tak nikt nie zauważy różnicy. Że zasłużył po koncercie. Po stresie. Po całym tym napięciu, które w nim siedziało. Jej obecność działała na niego inaczej niż jakikolwiek zakaz czy obietnica. Kiedy stała przed nim przy barze uparta, zirytowana, z tym spojrzeniem, które nie dawało mu się wymigać, coś w nim automatycznie się prostowało. Napięcie nie znikało, ale przestawało iść w tamtą stronę. Nie myślał wtedy o kolejnej szklance. O lusterku w loży. O telefonach, które mogłyby go wciągnąć głębiej. Myślał o niej. O tym, że patrzy. Że widzi. Że nie pozwoli mu udawać, że wszystko jest „pod kontrolą”, jeśli nie jest. I może właśnie dlatego jej upartość go wkurzała. Bo trafiała w miejsca, które wolałby zostawić nietknięte. Ale jednocześnie ją doceniał. Była trudna. Niewygodna. Czasem bezlitosna w swoim dopytywaniu. Ale sprowadzała go na właściwy tor. I nawet jeśli nigdy nie powiedziałby tego na głos przy barze, wśród basu i spojrzeń ludzi z loży, wiedział, że gdyby dziś nie pojawiła się w drzwiach, jego wieczór mógłby potoczyć się zupełnie inaczej.
    I właśnie w tej samej chwili, kiedy cisza między nimi zaczęła gęstnieć od rzeczy niewypowiedzianych, zza ich pleców wyłoniła się sylwetka Daviesa. W ręce trzymał wysoki, przezroczysty kubek z kopułkową pokrywką. W środku intensywnie pomarańczowo-różowa mieszanka, gęsta, z widocznymi drobinkami owocu. Na wierzchu cienki plasterek smoczego owocu, jakby ktoś naprawdę przyłożył się do prezentacji. W drugiej dłoni papierowa torba z wyraźnie odznaczającymi się prostokątnymi kształtami. Davies zatrzymał się przed nimi, zachowując zawodowy dystans.
    — Smoothie — powiedział rzeczowo, używając poprawnej nazwy, jakby chciał podkreślić, że potraktował zamówienie poważnie. — Oraz białe Kinder Bueno.
    Wyciągnął rękę w stronę Sophii. Carter zerknął najpierw na kubek, potem na torbę, a na końcu na twarz ochroniarza. Kącik jego ust drgnął nieznacznie.
    — Szybko — rzucił spokojnie. Nie było w tym kpiny. Raczej uznanie. Davies skinął głową.
    — Zależało mi, żeby nie było… niedogodności.
    Słowo zawisło w powietrzu na sekundę. Carter przeniósł wzrok na Sophię. Nie odezwał się, ale w jego spojrzeniu pojawiło się coś między rozbawieniem a dumą. Jakby mówił: no dobrze, gangsterze, twoje zamówienie dotarło.
    Bas w klubie znów uderzył, światło przecięło bar, a między nimi, pomiędzy napięciem, rozmową o zasadach i niewypowiedzianymi obawami, pojawił się absurdalnie słodki, owocowy akcent. I przez moment wszystko wydawało się niemal zwyczajne.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  143. Carter wytrzymał jeszcze kilka sekund. Tyle, ile był w stanie. Potem odsunął się, jakby potrzebował przestrzeni, jakby powietrze między nimi stało się zbyt gęste. Podniósł ręce i zaplótł palce za głową, napinając ramiona. Odetchnął ciężko, przeciągle, patrząc gdzieś ponad jej głową. Kiedy zaplótł palce za głową, łokcie rozszerzyły się szeroko, napinając materiał koszuli na barkach. Przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, jak robił zawsze, gdy próbował powstrzymać pierwszą, ostrzejszą reakcję. Odetchnął głęboko przez nos, potem wolno wypuścił powietrze ustami, jakby chciał wyrównać puls. Przez moment patrzył w sufit. Nie na nią. Jakby liczył do trzech. — Ja pierdolę… — mruknął cicho, głosem przytłumionym przez muzykę, bardziej do siebie niż do niej.
    — Nie odpuścisz, prawda? — mruknął w końcu, opuszczając ręce. — Będziemy teraz w to wchodzić?
    Opuścił ręce, przeciągnął dłonią po twarzy, mocniej, niż było trzeba, od czoła do szczęki. Palce zatrzymały się na brodzie, którą potarł nerwowo, a potem wsunął dłonie w kieszenie spodni. — Nie spodziewałem się, że ze wszystkich rzeczy akurat to będę musiał ci tłumaczyć — powiedział, patrząc już prosto na nią. Źrenice wciąż minimalnie rozszerzone, spojrzenie ostrzejsze, bardziej skupione. Przesunął ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Bas dudnił pod stopami, a on stał nieruchomo, jakby całe to drżenie klubu nie miało na niego wpływu. — Nie zachowuj się jak dziecko, Soph. — Uniósł brew. — Co jeszcze? Zaraz zaczniesz tupać nogą, bo nie powiedziałem dokładnie tego, co chcesz usłyszeć?
    Spojrzał na nią z góry. Nie było w tym chłodu, ale było zmęczenie. I zniecierpliwienie, które w nim narastało. To nie było okrutne. Bardziej bezradne. Jakby nie wiedział, jak przebić się przez jej wersję tej historii. Zrobił dwa kroki w bok, jakby musiał się ruszyć, żeby nie eksplodować w miejscu. Nie patrzył na nią przez moment. Patrzył w podłogę, w migające światła odbijające się na parkiecie.
    Jedną ręką wskazał na nią, drugą na klub za plecami. — O co ci właściwie chodzi? — rozłożył ręce. — Sama mnie namawiałaś, żebym tu wrócił.
    Zrobił krok bliżej, ale tym razem nie wsunął dłoni na jej biodro. Ręce miał przy sobie. Palce zacisnęły się na moment w pięści, zaraz potem rozluźniły. — To część mnie, prawda?
    Zrobił krok bliżej, ale już nie tak miękko jak wcześniej. — Pamiętasz, co tu się stało ostatnim razem? — rzucił ciszej, ale ostrzej. Wskazał brodą w stronę loży, w stronę ludzi, światła, stolika.
    — Pamiętasz?
    W jego oczach na moment przemknęło coś ciemniejszego. Wspomnienie. Nalot. Aresztowanie. To, jak wyprowadzali go w kajdankach. Jego głos nie był głośny, ale wyraźnie ostrzejszy. Bas z parkietu sprawiał, że słowa i tak brzmiały jak coś między wyznaniem a wyrzutem. — Ja pamiętam… aż za dobrze.
    Jego szczęka napięła się wyraźnie. Kącik ust drgnął w krótkim, gorzkim uśmiechu.
    — I dziwisz mi się? Ze nie chciałem, żebyś tu była? Bo nie wiedziałem co tu zastanę?
    Na ułamek sekundy odwrócił wzrok. Nie chciał o tym rozmawiać w tym miejscu i powiedział jej to wcześniej wyraźniej, ale ona nie dawała za wygraną.
    Kiedy wspomniała o „psuciu”, prychnął cicho. Odwrócił na sekundę głowę w bok, jakby próbował zdusić reakcję, ale nie do końca mu się udało.
    — Psuć… — powtórzył, a potem potrząsnął głową. Jego szczęka znów się napięła, ale zaraz odetchnął głębiej, jakby świadomie hamował dalsze słowa. Bas znów uderzył. Światło przecięło jego twarz, podkreślając zmęczenie pod oczami. Zacisnął szczękę. Wziął głębszy oddech, wyraźnie hamując się, żeby nie pójść dalej. Opuszczając ręce, wsunął je do kieszeni spodni. To był jego ruch, kiedy próbował się opanować.
    Davies nie odszedł od razu. Stał pół kroku z boku, z tym swoim wyprostowanym, służbowym kręgosłupem, jakby jeszcze czekał na formalne potwierdzenie.

    OdpowiedzUsuń
  144. Jego spojrzenie wahało się między Sophią a Carterem. W końcu zrobił minimalny krok do przodu.
    — Szefie, ja tylko… — Nie dokończył. Carter nawet na niego nie spojrzał od razu. Najpierw zamknął oczy na sekundę, jakby próbował zapanować nad czymś, co właśnie przelało czarę. Potem powoli odwrócił głowę w stronę ochroniarza. I to wystarczyło. Zmiana była natychmiastowa. Twarz stwardniała. Linia szczęki wyostrzyła się. Zniknęło wszystko, co jeszcze przed chwilą było w nim rozdarte i niepewne.
    — Zjeżdżaj stąd — warknął cicho, ale tak, że nie było wątpliwości, że to nie żart. Nie podniósł głosu. Nie musiał. To nie było klubowe „odsuń się”. To było ostrzeżenie. Davies zamarł na ułamek sekundy. W jego oczach przemknęło coś między zaskoczeniem a urażoną dumą. Otworzył usta, jakby chciał jeszcze coś dodać, ale spojrzenie Cartera go zatrzymało. Carter patrzył na niego bez mrugnięcia. Chłodno. Bez śladu wcześniejszego napięcia wobec Sophii. Teraz to była inna energia. Surowsza. Twarda.
    — Teraz — dodał niżej.
    Davies skinął głową. Krótko. Cofnął się o krok, potem drugi, i zniknął w półmroku baru, mieszając się z ochroną przy wejściu. Carter jeszcze przez moment stał nieruchomo, jakby upewniał się, że temat został zamknięty. Dopiero potem odetchnął ciężko. I dopiero wtedy spojrzał z powrotem na Sophię.
    Potem parsknął cicho. Bez humoru. Przesunął dłonią po karku, mocno, aż skóra się zaczerwieniła.
    — Widzisz? — rzucił cicho. — Ja wiedziałem, że tak będzie.
    Oparł się biodrem o bar, ale nie odsunął się daleko. Stał blisko, wciąż między jej kolanami, tylko już bez tej prowokacyjnej pewności sprzed chwili. — My tutaj — wskazał na siebie i na nią. — To się zawsze tak kończy. — Pokręcił głową, jakby to była ironia losu. — Za każdym razem.
    Jego spojrzenie powędrowało po sali, po loży, po stoliku, po światłach. Po miejscu, które kiedyś było jego terytorium. Jego żywiołem. — I nawet nie chodzi o to, że się kłócimy. — dodał ciszej. — Tylko że to miejsce… wyciąga z nas coś, czego w domu nie ma.
    Nie powiedział tego z pretensją do niej. Bardziej jak konstatację. Jakby to było prawo fizyki. Westchnął ciężko i potarł twarz obiema dłońmi, a potem opuścił je bezradnie wzdłuż ciała. Jego spojrzenie znów zatrzymało się na jej twarzy. Tym razem uważnie. Prawie miękko.
    — W domu jesteśmy my. Tutaj zawsze wchodzi coś trzeciego. — Wskazał lekko głową na klub.
    Na chwilę zamilkł. Jego głos nie był podniesiony. Ale napięcie było widoczne w każdym drobnym geście: w sposobie, w jaki oddychał, w tym, jak co chwilę zaciskał i rozluźniał szczękę, w tym, że zamiast znów sięgnąć po whisky, odsunął ją jeszcze dalej od siebie, jakby nagle przestała go interesować. Stał przed nią wysoki, spięty, rozdarty między złością a troską. I wcale nie wyglądał jak facet, który chce się jej pozbyć.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  145. Carter patrzył na nią w ciszy, kiedy powtórzyła pytanie. Tym razem nie uciekał wzrokiem. Nie przewracał oczami. Ale widać było, że jest na granicy. Palce, które jeszcze chwilę temu miał luźno przy sobie, teraz zacisnęły się na krawędzi blatu. Nie mocno, ale na tyle, że pobielały knykcie.
    — Chcę cię wszędzie — powiedział wprost. Głos miał niższy, bardziej skupiony. Zrobił pół kroku w tył, jakby chciał zobaczyć ją całą, nie tylko jej twarz. Nie było w tym romantycznego tonu. Było coś surowego. Prawdziwego. — Ale to nie znaczy, że wszędzie jest dla ciebie dobre miejsce.
    Przesunął dłonią po twarzy jeszcze raz. Tym razem wolniej. Jakby próbował zdjąć z siebie napięcie, które narastało od kilku minut.
    — I przestań to obracać w coś, czym nie jest — dodał ciszej. — Nie unikam odpowiedzi.
    Kiedy wsunęła ręce na brzuch, jego wzrok automatycznie tam opadł. Zatrzymał się na chwilę. Dłużej niż powinien. Coś w jego twarzy zmiękło, ledwie zauważalnie, ale jednak.
    — Przestań. — powiedział ciszej, ale stanowczo. — Po prostu… przestań.
    Nie krzyczał. To było gorsze. Było w tym napięcie człowieka, który próbuje nie wybuchnąć. Zrobił krok bliżej. Już bez agresji. Bez demonstracji.
    — Ale przestań mi wkładać w usta rzeczy, których nie powiedziałem.
    Jego spojrzenie było teraz twardsze, ale nie wrogie. Bardziej zmęczone. Jego spojrzenie powędrowało w stronę loży. W stronę Kaia. W stronę stolika. Potem na sekundę jego wzrok przesunął się na szklankę whisky, którą odsunął wcześniej. Potem na lożę, gdzie ktoś właśnie podnosił kieliszek, jakby go przywołując. Wrócił do niej. Przez chwilę wyglądał, jakby ważył w głowie każde słowo, zanim je wypowie.
    — Nie mam żadnej paranoi, Sophia — powiedział w końcu spokojniej, choć w głosie wciąż brzmiało napięcie. — Uczepiłaś tej jednej sytuacji, jakby to był dowód na wszystko. — Przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, spojrzał na bok, potem znowu na nią. — Nie próbuję cię stąd wygonić. — Jego głos stał się bardziej rzeczowy. — Próbuję ustalić coś na przyszłość. Zasady. Cokolwiek, co sprawi, że następnym razem nie będziemy stać przy barze i robić z tego dramatu. — Nie podnosił głosu. To nie był atak. Raczej zmęczone tłumaczenie. — Ty widzisz ochroniarza, który cię nie wpuścił. Ja widzę to, co się tu działo ostatnim razem. Widzę sytuacje, które mogą się wymknąć spod kontroli w pięć sekund. — Westchnął i potarł czoło. — A ty sprowadzasz to do tego, czy chcę cię tu widzieć. — Pokręcił głową. — To nie o to chodzi. I dobrze o tym wiesz. — Zrobił krok bliżej, obniżając głos. Nie było w tym pogardy. Była frustracja, ale też próba złapania wspólnego punktu. — Chodzi o to, że jeśli mówię rano „nie przyjeżdżaj”, to nie dlatego, że chcę się bawić bez ciebie. Tylko dlatego, że wiem, jak to miejsce działa. — Spojrzał jej prosto w oczy. — To nie jest kara. I nie jest to odsuwanie cię. — Westchnął. Tym razem nie ciężko. Raczej z frustracją kogoś, kto ma wrażenie, że mówi w innym języku. — I nie zawsze mogę powiedzieć wszystko przy barze pełnym ludzi. Carter zamilkł na moment, jakby wahał się, czy powiedzieć to wprost. Potem jednak zrobił pół kroku bliżej, aż prawie dotykał jej czołem.
    Jego dłonie przesunęły się na boki brzucha. Kciuki oparły się lekko pod linią żeber.
    — Soph… — zaczął ciszej. — Jesteś w piątym miesiącu ciąży. — Nie było w tym wyrzutu. Było przypomnienie. Twarde, konkretne. — Ktoś już kiedyś dosypał ci tu coś do drinka. Pamiętasz?
    Spojrzał jej prosto w oczy. Nie pozwolił, żeby uciekła wzrokiem. — Bo ja pamiętam dokładnie.
    Bas dudnił w tle, ale między nimi zrobiło się cicho.
    — Chcesz naprawdę ryzykować zdrowiem naszego dziecka tylko po to, żeby postawić na swoim? Żeby coś udowodnić? — Zapytał w końcu, bez krzyku, ale z napięciem, którego nie próbował już ukrywać. Jedna z jego dłoni przesunęła się wyżej, jakby odruchowo chciał osłonić jej brzuch przed całym tym miejscem. — To nie jest kwestia mojego ego. Ani twojej dumy. — powiedział twardo.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  146. Carter zobaczył zmianę w jej twarzy natychmiast. Nie w oczach, te wciąż były twarde, ale w ustach. W tym krótkim, niedowierzającym śmiechu, który nie miał w sobie ani grama humoru. Kiedy ściągnęła jego dłonie ze swojego ciała, nie opierał się. Palce opadły bezwładnie wzdłuż boków. Stał przez ułamek sekundy bez ruchu, jakby dopiero teraz dotarło do niego, jak to zabrzmiało.
    — Sophia… — zaczął, ale nie zdążył niczego doprecyzować.
    „Możesz się przesunąć? Chcę wyjść.”
    Te słowa były spokojne. I właśnie to było najgorsze. Nie było w nich krzyku. Nie było dramatu. Była decyzja. Carter spojrzał na stołek za jej plecami, potem na siebie, faktycznie stał tak, że blokował jej przejście. Jak mur. Jak strażnik. Jak dokładnie to, czym nie chciał być. Jego szczęka drgnęła.
    — Nie o to mi chodziło. — powiedział ciszej. Bas klubu dudnił, ale między nimi nagle było zaskakująco cicho. — Nie powiedziałem, że jesteś nieodpowiedzialna. — jego głos był już pozbawiony ostrości. — Powiedziałem, że nie chcę ryzykować, i że to nie jest odpowiednie miejsce dla kobiety w piątym miesiącu ciąży. To różnica.
    Przesunął dłonią po twarzy, wyraźnie zirytowany sobą. Coś w nim znów się napięło. Nie złość na nią, złość na to, jak to wszystko się rozjeżdżało.
    Jego szczęka zadrżała, kiedy wrócił do tematu tamtej nocy.
    — Niczego ci nie wypominam — powiedział ciszej, ale twardo. — Ty wtedy nic nie zrobiłaś. To ktoś inny ci to zrobił. I właśnie dlatego o tym mówię. Byłem blisko a jednak nie udało mi się temu zapobiec. — powiedział ostrzej, niż planował. — Teraz rozumiesz?
    Zrobił pół kroku w jej stronę, ale nie złapał jej. Ręce uniósł bezradnie, po czym opuścił je z ciężkim wydechem. Zrobił gest wokół siebie, bar, loże, tłum, dym, alkohol, ludzie.
    — Spójrz na to miejsce. — mruknął. — To nie jest kawiarnia. To nie jest kolacja u znajomych. To klub, w którym co drugi gość jest na czymś…
    W jego oczach nie było oskarżenia. Był gniew. Ale skierowany gdzie indziej. On też był na czymś, ale o tym już nie wspomniał. Zacisnął dłonie w pięści na sekundę i rozluźnił je. Spojrzał na nią uważnie. Na to, jak stoi. Jak trzyma ramiona sztywno. Jak jej duma walczy z czymś znacznie bardziej miękkim pod spodem.
    Carter nie drgnął. Stał dokładnie tam, gdzie stał. Spojrzał na nią długo. Uważnie. Jakby próbował odczytać, czy to jeszcze złość, czy już coś głębszego. Nie odsunął się. Zamiast tego powoli wyprostował się jeszcze bardziej, jakby nagle przypomniał sobie, kim tu jest. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej. Szerokiej, napiętej. Barowe światło prześlizgnęło się po jego szczęce, która znów się utwardziła.
    — Nie — powiedział spokojnie. Nie podniósł głosu. Nie złapał jej. Nie zrobił żadnego gwałtownego ruchu. Po prostu stał. Bas dudnił pod ich stopami, ktoś przepchnął się kilka metrów dalej, szkło stuknęło o blat, ale między nimi zrobiło się coś twardego i nieruchomego. Patrzył na nią dokładnie tak samo, jak ona patrzyła na niego przez ostatnie kilkanaście minut. Jego spojrzenie było wyzwaniem.
    — Myślisz, że tylko ty potrafisz się uprzeć? — dodał jeszcze ciszej, z ledwie zauważalnym uniesieniem brwi. W jego oczach nie było chłodu. Była determinacja. I coś jeszcze, coś, co mówiło wyraźnie, że nie chodzi mu o wygraną. Chodziło o to, żeby nie pozwolić jej wyjść samej. Nawet jeśli oznaczało to, że przez kilka kolejnych minut będą stać naprzeciw siebie jak dwa napięte struny.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  147. Podniósł wzrok, gdy zapytała, czy ma trzymać się z daleka także od niego. Trafiła. Tym razem nie odpowiedział od razu. Szczęka napięła mu się wyraźnie. Oczy pociemniały, nie od gniewu, tylko od tego, że weszła dokładnie tam, gdzie nie lubił.
    — Nie porównuj mnie do nich. — powiedział w końcu nisko. Ale to nie było zaprzeczenie. Nie wprost. Bas dudnił pod stopami, ktoś w loży wybuchł śmiechem, a oni stali naprzeciw siebie jak dwa przeciwne bieguny.
    — Ja mam nad sobą kontrolę — dodał, choć brzmiało to bardziej jak coś, co powtarzał sobie niż jej. Kiedy skrzyżowała ręce pod piersiami, niemal lustrzanie, zobaczył to. Ten sam upór. Ten sam mechanizm obronny. Prychnął cicho pod nosem, kiedy zapytała, czy będą tak stać całą noc. Uniósł powoli brwi. Kącik jego ust drgnął. Nie w uśmiechu. W czymś ostrzejszym.
    — Może… — odpowiedział spokojnie. — Może będziemy.
    Zrobił pół kroku bliżej z powrotem, niwelując dystans, który sam przed chwilą stworzył. Nie dotknął jej, ale był wystarczająco blisko, żeby czuła ciepło jego ciała przez cienki materiał sukienki. — Może będziemy tak stać całą noc — powtórzył ciszej. — I zobaczymy, kto pierwszy odpuści.
    Jego spojrzenie było dokładnie takie samo jak jej chwilę wcześniej. Uparte. Nieustępliwe. Prawie prowokujące. Bas dudnił pod nimi, światła przesuwały się po jego twarzy, wyostrzając rysy. Nie wyglądał już na zmęczonego. Wyglądał jak ktoś, kto właśnie przyjął rzuconą rękawicę. Nie odsunął się ani o centymetr. Wręcz przeciwnie, zrobił pół kroku bliżej, tak że przestrzeń między nimi znowu się skurczyła do minimum. Jego spojrzenie było spokojne, ale uparte. Takie samo jak jej. Przechylił lekko głowę, badając jej twarz. Przez kilka sekund jeszcze mierzyli się wzrokiem. Upór kontra upór. Nie w złości. W napięciu.
    A potem uniósł rękę i wsunął dłoń pod jej brodę, obejmując palcami jej policzki od dołu. Nie szorstko. Nie brutalnie. Ale stanowczo. Ciepło jego dłoni kontrastowało z chłodem powietrza między nimi. Przysunął się maksymalnie blisko.
    — Przestań ze mną walczyć — mruknął cicho, bardziej do niej niż przeciwko niej. Nie dał jej czasu na kolejną ripostę. Na kolejne pytanie. Na kolejne „a co?”. Nie przycisnął jej do ściany. Nie szarpnął. Ale trzymał jej twarz tak, że nie mogła odwrócić głowy. A potem przeniósł spojrzenie z jej oczy na usta, pochylił się nieco bardziej i pocałował ją.
    Nie był to spokojny, domowy pocałunek. Nie był też agresywny. Jakby chciał nim zagłuszyć bas, klub, całą tę kłótnię. Jakby próbował zamknąć jej usta i swoje myśli jednocześnie. Jego usta były ciepłe, wciąż z nutą whisky, ale pocałunek nie był pijany. Był świadomy. Zdecydowany. Nie prosił o pozwolenie. Nie pytał. Po prostu ją pocałował, jakby to był jedyny sposób, w jaki potrafił teraz powiedzieć: przestań walczyć ze mną.
    Oderwał się po chwili, zostawiając między nimi ledwie centymetr przestrzeni.
    — Przestań ze mną walczyć — powtórzył ciszej. — Nie jesteśmy po przeciwnych stronach.
    Bas dudnił pod stopami, światła migały, ktoś przeszedł obok nich, ale dla niego w tej chwili istniała tylko ona. Jej oddech. Jej ciepło. Jej upór, który kochał i który doprowadzał go do szału w tej samej sekundzie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  148. Carter uniósł brew, kiedy powiedziała, że bierze to samo co inni. Tym razem nie zaprzeczył od razu. Nie rzucił szybkiej riposty. Przez sekundę patrzył na nią w ciszy, jakby ważył, czy w ogóle warto się bronić.
    — To nie jest to samo — powiedział w końcu niżej. — I wiesz o tym.
    Nie rozwinął. Może dlatego, że sam nie był pewien, czy wierzy w tę różnicę tak mocno, jak chciałby. Kiedy odpowiedziała na jego pocałunek, poczuł dokładnie ten moment, w którym jej ciało przestało być napięte jak struna. I to było silniejsze niż jakakolwiek wygrana w tej sprzeczce. A gdy powiedziała, że nie może jej całować, kiedy jest na niego zła, na jego ustach pojawił się cień uśmiechu. Nie triumfalny. Bardziej zmęczony.
    — Mogę — mruknął cicho. — Właśnie to zrobiłem.
    Nie cofnął się daleko. Ich twarze wciąż dzieliły centymetry. Czuł jej oddech na swojej skórze. Jedna z jego dłoni przesunęła się wolno z jej policzka na kark. Kciuk zatrzymał się tuż pod jej uchem.
    Carter uniósł lekko brew, kiedy powiedziała, że to on z nią walczy. W jego oczach pojawiło się coś między rozbawieniem a niedowierzaniem.
    — Ja? — mruknął nisko. — To ty stoisz tu jak mały generał i prowadzisz wojnę.
    Nie cofnął się jednak. Nie odsunął dłoni od jej twarzy od razu. Jego kciuki przesunęły się wolno wzdłuż jej kości policzkowych, jakby sprawdzał, czy jeszcze jest spięta, czy już trochę odpuściła. W jego głosie nie było dominacji. Była pewność. Kiedy powiedziała, że to nie zadziała, uśmiechnął się pod nosem. Ten krótki, ledwo widoczny ruch kącika ust, który zawsze zdradzał, że nie wierzy w jej upór tak bardzo, jak ona sama.
    — Już zadziałało — odpowiedział cicho. Widział to. W jej oddechu. W tym, jak jej dłonie same go odnalazły. W tym, że nie odsunęła się, kiedy mógł ją przyciągnąć bliżej. Pochylił się minimalnie, nie po to, by znów ją pocałować, ale żeby mówić przy jej ustach. W jego oczach nie było już gniewu. Była intensywność. I ta sama upartość, która przed chwilą ich zderzała, teraz łączyła.
    Carter parsknął cicho pod nosem, kiedy próbowała dalej trzymać ten swój upór jak tarczę. Pochylił się minimalnie, tak że jego usta niemal musnęły jej policzek, a oddech ogrzał jej skórę.
    — Musiałem ci jakoś skutecznie zamknąć usta — mruknął nisko, z cieniem rozbawienia w głosie. — Bo zaczęłaś pieprzyć głupoty.
    Nie było w tym pogardy. Było to ich. To napięcie, które zawsze balansowało między złością a czymś znacznie bardziej intymnym. Jego kciuk przesunął się powoli wzdłuż jej dolnej wargi, jakby jeszcze sprawdzał efekt. Spojrzał jej prosto w oczy, z tym samym wyzwaniem, które przed chwilą w nich było, tylko teraz podszytym czymś cieplejszym.
    — Następnym razem mogę spróbować mniej subtelnie — dorzucił półżartem. Ale mimo tonu, jego dłoń na jej karku była delikatna. Nie walczył już. Raczej próbował przyciągnąć ją z powrotem na tę samą stronę, na której zawsze byli, nawet kiedy się ścierali. Carter patrzył na nią jeszcze chwilę z tym półuśmiechem, który powoli gasł. Nie odsunął dłoni z jej karku. Przeciwnie, przesunął ją wyżej, wplatając palce w jej włosy przy potylicy, jakby chciał ją zatrzymać w tej jednej, konkretnej sekundzie. Jego spojrzenie spoważniało.
    — Wiesz, co mnie różni od innych w tym klubie? — zapytał ciszej. Nie czekał długo na odpowiedź. Wiedział, że i tak spróbowałaby odwrócić to w kolejną zaczepkę. Nachylił się odrobinę bliżej. Ich czoła niemal się stykały. — To, że ja cie kocham. — powiedział spokojnie. Bez teatralności. Bez podniesionego tonu. Nie było w tym przechwałki. Ani usprawiedliwienia.
    Jego dłoń na jej karku lekko się zacisnęła, nie boleśnie, raczej jak przypomnienie, że jest tu. Blisko.
    — I nie próbuj robić ze mnie potwora — dodał spokojniej. Przesunął nosem wzdłuż jej skroni, ledwie wyczuwalnie. — Czasem jedyny sposób, żebyś przestała się zapętlać, to cię pocałować — mruknął jeszcze ciszej. — Bo słów i tak nie słuchasz.
    I choć ton był prowokujący, spojrzenie miał już zupełnie inne. Nie walczył. Próbował ją ściągnąć z powrotem.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  149. Westchnął, opuszczając brodę tak, że przez chwilę opierała się o czubek jej głowy. Bas wciąż dudnił pod stopami, światła migały gdzieś za jego plecami, ale on był skupiony tylko na niej. Jego dłoń zsunęła się niżej, na jej talię. Przyciągnął ją bliżej, tak że różnica między nimi przestała istnieć. Przesunął kciukiem pod jej podbródkiem, zmuszając ją delikatnie, by spojrzała na niego.
    — Działa — zapewnił ją, znów się z nią przekomarzając. Carter przez chwilę jeszcze patrzył jej w oczy, jakby upewniał się, że naprawdę są już po tej cienkiej granicy między walką a bliskością.
    Potem jego dłonie powoli zsunęły się z jej pleców na nadgarstki. Nie gwałtownie. Nie dominująco. Po prostu zdecydowanie. Zdjął jej ręce ze swoich pleców i opuścił je w dół, wzdłuż własnego torsu. Sophia mogła przez sekundę pomyśleć, że chce zwiększyć dystans. Ale nie. Zatrzymał jej dłonie przy dolnej krawędzi swojej koszulki. Spojrzał na nią z tym cieniem uśmiechu, który zawsze zapowiadał coś niebezpiecznie przyjemnego. A potem wsunął jej ręce pod materiał. Bez pośpiechu. Jej palce natrafiły na ciepłą, nagą skórę jego brzucha. Na napięte mięśnie pod opuszkami. Jego oddech lekko się zmienił, kiedy jej dłonie znalazły się tam, gdzie chciał. Przytrzymał jej nadgarstki przez ułamek sekundy, jakby upewniał się, że nie uciekną. Potem puścił. Zrobił to dokładnie tak samo, jak kiedyś, przed schroniskiem.
    — A to? — zapytał nisko, pochylając się bliżej. Bas dudnił gdzieś za ich plecami, ale między nimi zrobiło się cicho. Zbyt cicho jak na środek klubu.
    — Też działa?
    Jego dłoń wróciła na jej biodro, kciuk wsunął się pod pasek materiału jej sukienki, nie przekraczając granicy, ale balansując na niej.
    — Stara sztuczka. Ale mam jeszcze kilka innych argumentów — mruknął przy jej uchu.
    Jego klatka piersiowa unosiła się wolniej, głębiej. Nie było w nim już złości. Była koncentracja. Skupienie wyłącznie na niej. Jakby naprawdę chciał sprawdzić, czy jej upór przetrwa dotyk.
    Kiedy poczuł, że jej palce przesuwają się po jego nagiej skórze, jego oddech na moment stał się cięższy. Pochylił się bliżej. Na tyle, że jego usta niemal dotknęły jej ucha.
    — Powtarzaj za mną, okej? — mruknął cicho.
    Jedna z jego dłoni uniosła się z jej biodra i wsunęła w jej włosy przy karku, lekko je tam zaciskając.
    — Zawsze będę… — zaczął powoli, jakby dawał jej czas na reakcję. W jego głosie była prowokacja. Ciepła. Intymna. I ten sam upór, który chwilę wcześniej stał między nimi jak mur.
    Carter patrzył na nią z tym półuśmiechem, który balansował gdzieś między wyzwaniem a czystą prowokacją. Jego kciuk zatoczył powolne koło na jej biodrze, jakby wcale mu się nie spieszyło.
    — No dalej… śmiało…— mruknął niżej, bliżej jej ust. — Zawsze będę słuchać…
    Delikatnie ścisnął palcami jej kark, nie mocniej, po prostu tak, żeby poczuła, że prowadzi tę grę. — …mojego męża. — Jego oddech musnął jej policzek. Ciepły. Spokojny. Pewny. — Chcę to usłyszeć. To tylko jedno zdanie. Nie takie straszne — dodał ciszej, z błyskiem rozbawienia w oczach. — Zawsze będę słuchać mojego męża— powtórzył wolno, nisko. Kciukiem przesunął po jej dolnej wardze. Nie mocno. Prowokująco. — Zobacz, jak ładnie to brzmi — dodał ciszej.

    OdpowiedzUsuń
  150. Zbliżył się jeszcze o ułamek centymetra, tak że jego czoło niemal dotykało jej czoła.
    — A tę dzisiejszą awanturę… — Kącik jego ust drgnął. — Będziesz musiała mi ją jakoś wynagrodzić.
    Powiedział to spokojnie. Z tą samą prowokującą nutą, która zawsze pojawiała się, gdy odzyskiwał nad sytuacją kontrolę. Jego dłoń zsunęła się z jej karku na jej talię, przyciągając ją bliżej. Tak, że między nimi nie było już miejsca na powietrze.
    — Bo wpadłaś tu jak burza. — dodał cicho. — Narobiłaś zamieszania. Rozproszyłaś mnie.
    Nachylił się tak, że jego usta musnęły jej policzek. — I teraz muszę jakoś dojść do siebie. — Jego głos stał się niższy. — Więc… — przesunął kciukiem po jej biodrze, powoli. — Masz jakiś plan, jak to naprawić?
    W jego oczach nie było już złości. Była czysta, świadoma gra. I to wyzwanie, które zawsze rzucał tylko jej. Carter widział, że balansują na cienkiej granicy, między żartem a czymś znacznie bardziej intensywnym. I dokładnie na tej granicy chciał ją zatrzymać.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  151. Carter obserwował ją uważnie, kiedy mówiła. Każde słowo. Każde przeciągnięte „hm”. Każdy drobny ruch jej dłoni pod jego koszulką. Kiedy wsunęła palce wyżej, mięśnie jego brzucha napięły się odruchowo. Nie teatralnie. Po prostu ciało zareagowało szybciej niż rozsądek.
    — Nic nie czujesz? — powtórzył cicho, unosząc brew. — To ciekawe.
    Jego dłoń zsunęła się niżej po jej biodrze, zatrzymując się na materiale sukienki, który delikatnie ścisnął między palcami. Kiedy przyciągnęła biodra do jego, uśmiechnął się bezwiednie. — Bo twoje ciało mówi mi coś zupełnie innego.
    Nie odpowiedział od razu na jej żart o przysiędze. Pozwolił, by zostawiła ślad błyszczyku na jego szyi. Czuł to, wilgoć, ciepło jej ust, drobinki, które w świetle migały jak coś zakazanego. Kiedy wspomniała o wiecznym słuchaniu się, prychnął cicho.
    — Tak myślisz? — Zapytał, jakby na prawdę się nad tym zastanawiał. Jego dłoń powędrowała z jej talii na plecy, przyciskając ją bliżej. — Myślę, że ty jesteś cholernie problematyczna — dodał z cieniem rozbawienia. Kiedy zapytała, czy chce smoothie jako wynagrodzenie, spojrzał na kubek, potem znów na nią.
    — Smoothie? — mruknął. — Myślisz, że to wystarczy?
    Jej pytanie o to, co takiego ważnego robił, że został rozproszony, sprawiło, że jego spojrzenie na moment pociemniało. Ale nie odpowiedział wprost. Zamiast tego przesunął kciukiem wzdłuż jej szyi, aż do linii obojczyka.
    — Robiłem to, co robię zawsze. — powiedział spokojnie. — Udawałem, że wszystko mam pod kontrolą.
    Kiedy zarzuciła mu ręce na szyję i znów go pocałowała, jego oddech pogłębił się. Dłoń na jej plecach przesunęła się wyżej, prawie pod linię materiału.
    — Dziękować ci? — powtórzył z lekkim niedowierzaniem. Pochylił się, tak że jego usta niemal dotknęły jej warg, ale nie pocałował jej od razu. — Wpadłaś tu jak burza. Wysłałaś mojego ochroniarza po smoothie. Postawiłaś mnie do pionu przy całym barze.
    Kącik jego ust drgnął. — I jeszcze sugerujesz, że powinienem być wdzięczny.
    Przesunął nosem wzdłuż jej policzka. Jego dłoń spoczęła na jej brzuchu. Delikatnie. Świadomie.
    — Więc tak. — powiedział ciszej. — Rozproszyłaś mnie.
    Carter parsknął cicho pod nosem, kiedy mówiła o smoothie i o tym, że właściwie powinien jej dziękować. Jego dłoń, która wcześniej bawiła się materiałem jej sukienki, przesunęła się wyżej, na jej talię i zatrzymała tam, pewnie. Druga wciąż spoczywała na jej karku, palce lekko zanurzone w jej włosach.
    — Och, ja lubię, kiedy dużo się dzieje — mruknął, zerkając na ślad różowego błyszczyku na swojej szyi. — Ale lubię też mieć kontrolę nad tym, co się dzieje.
    Jego spojrzenie przesunęło się powoli po jej twarzy, zatrzymało na ustach, które przed chwilą całowały jego skórę. — I nie, nie chcę smoothie. — dodał ciszej. — Chcę, żebyś przestała udawać, że mnie nie rozproszyłaś.
    Kciukiem uniósł jej podbródek odrobinę wyżej. — Bo weszłaś tu jak huragan. — jego głos stał się niższy. — I wszystko inne przestało mieć znaczenie.
    Jego palce na jej talii zacisnęły się nieco mocniej, ale nadal bez agresji, raczej jak potwierdzenie, że stoi dokładnie tam, gdzie chce. Pochylił się, muskając ustami jej skroń. — I nie próbuj mi wmówić, że to nie było celowe. — mruknął. — Wiesz dokładnie, co robisz.
    Jego dłoń przesunęła się powoli z talii na dolną część jej pleców, zatrzymując ją jeszcze bliżej siebie.
    — Nie musisz nic „naprawiać” — dodał. — Ale skoro już podniosłaś mi ciśnienie… — Jego usta znalazły się przy jej uchu. — To może powinnaś je teraz trochę… obniżyć.
    Oderwał się minimalnie, patrząc na nią z tym wyzwaniem, które już nie miało w sobie gniewu. Jego uśmiech był teraz miękki. — Ale nie myśl, że zapomniałem o wynagrodzeniu.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  152. Carter nie odpowiedział od razu. Patrzył na nią z tą cierpliwością drapieżnika, który wie, że ofiara wcale nie chce uciekać. Jego palce przesunęły się wolno po jej boku, jakby badał reakcję skóry pod cienkim materiałem sukienki. Nie śpieszył się. Nigdy się nie śpieszył, kiedy wiedział, że ma przewagę.
    — Och nie… — mruknął cicho, kiedy powiedziała, że kompletnie nie wie, o czym mógłby mówić. — Nie wykręcisz się tak łatwo.
    Uniósł rękę i palcem wskazującym delikatnie stuknął ją w podbródek, zmuszając, by znów spojrzała mu prosto w oczy. Kiedy powiedziała o oddawaniu kontroli, jego brew uniosła się minimalnie.
    — Oddać kontrolę? — powtórzył cicho, niemal rozbawiony. — Tobie?
    Jego dłoń przesunęła się z jej brzucha na bok, kciuk zatoczył powolne koło na materiale sukienki. — Jesteś najbardziej niebezpieczną osobą w tym klubie, Soph. — mruknął. — Wiesz o tym?
    Nie brzmiało to jak żart. Kiedy zapytała, jak ma wyglądać wynagrodzenie, uśmiechnął się wolno. Nie spieszył się z odpowiedzią. Zamiast tego przyciągnął ją jeszcze bliżej, aż jej dłonie znów znalazły się między nimi, a jego czoło dotknęło jej czoła.
    — Kompletnie nie wiesz? — zapytał nisko.
    Jego palce przesunęły się wzdłuż jej talii, zatrzymały na krzywiźnie biodra. Nie przekraczał granicy. Tylko balansował dokładnie na niej. — To ja ci podpowiem.
    Pochylił się minimalnie, tak że jego usta musnęły jej kącik ust, ale nie pocałował jej wprost.
    — Przede wszystkim… — mruknął. — Przestaniesz udawać, że to nie działa.
    Jego spojrzenie było spokojne, ciemniejsze niż chwilę temu. — Po drugie… — dodał ciszej. — Wrócisz ze mną do domu.
    Nie jako rozkaz.
    Jak decyzja. — I tam zastanowimy się, jak dokładnie wygląda twoje „wynagrodzenie”.
    Kącik jego ust drgnął.
    — Bo tutaj — spojrzał na migające światła, na lożę w tle. — Mam za dużo świadków.
    Carter patrzył na nią jeszcze sekundę dłużej, jakby naprawdę rozważał wszystkie możliwe scenariusze „wynagrodzenia”, które mogłaby wymyślić. W jego oczach błyszczało rozbawienie, ale też coś miększego, ta czułość, która zawsze pojawiała się, kiedy przestawali ze sobą walczyć.
    — Ale ok… — mruknął w końcu, jakby podjął decyzję. — Wynagrodzenie odłożymy na później.
    Jego dłoń zsunęła się z jej biodra, ale zamiast puścić ją całkowicie, splecionymi palcami złapał jej dłoń. Pewnie. Bez pytania. — Chodź… — uniósł brew. Sophia mogła zaprotestować, ale już delikatnie pociągnął ją za sobą. Nie gwałtownie. Raczej z tym swoim spokojnym przekonaniem, że i tak pójdzie. — To jedna z twoich ostatnich imprez przed porodem — dodał, odwracając się przez ramię. — Wypadałoby z niej skorzystać.
    Kiedy znaleźli się bliżej środka, światła były ostrzejsze, muzyka głośniejsza, a tłum gęstszy. Bas przechodził przez ciało jak puls. Carter obrócił się do niej przodem i bez zawahania przyciągnął ją do siebie, jedną ręką obejmując ją w talii, drugą zostawiając jej przestrzeń.
    — To twoja noc, Soph — pochylił się bliżej, żeby mogła go usłyszeć mimo muzyki. — I moja — powiedział ciszej, opierając czoło o jej skroń.
    Jego dłoń przesunęła się na jej plecy, niżej. Obrócił ją powoli, ostrożnie, jakby była czymś cennym, a nie dziewczyną, która jeszcze chwilę temu stawiała mu warunki przy barze. Kiedy znów przyciągnął ją do siebie, ich ciała poruszały się w jednym rytmie.
    — I tak… — mruknął po chwili, z cieniem rozbawienia. — Nadal czekam na kreatywne wynagrodzenie.
    Lekko odsunął głowę, żeby spojrzeć jej w oczy. — Masz czas do powrotu do domu, żeby coś wymyślić. — dodał spokojnie. — Bo nie zapominam takich rzeczy.
    Uśmiechnął się pod nosem, ale w jego spojrzeniu było coś więcej niż droczenie. Była duma. I ta cicha satysfakcja, że mimo wszystkiego, mimo kłótni, uporu, świata, który ich otaczał, to właśnie z nim tańczyła. I nigdzie nie zamierzała iść.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  153. Powder od zawsze kochała zwierzęta, darzyła je miłością ciepłą i bezwarunkową. Serce miękło jej na widok uroczych psiaków, słodkich kotków, myszek czy nawet kóz. Zresztą, wychowała się na farmie więc od dziecka miała styczność ze zwierzętami, także tymi wiejskimi. Potrafiła doić krowy, zaganiać owce, opiekować się kozami i końmi. Wolontariat w schronisku był dla niej czymś, dzięki czemu mogła odetchnąć. Poranek w schronisku zaczynał się dla niej zawsze tak samo. Jeszcze zanim przekroczyła skrzypiącą furtkę, słyszała już zwierzaki, głośno i wyraźnie: setki oddechów, ciche skomlenia, drapanie pazurów o beton, rytmiczne uderzenia ogonów o metalowe kraty. To dźwięki, które znała lepiej niż ludzki śmiech. Wciągała je w płuca razem z chłodnym powietrzem i przez chwilę miała wrażenie, że to jedyne miejsce na świecie, w którym oddycha naprawdę. Związała niedbale długie, jasne włosy, miała na sobie tą samą bluzę co zawsze gdy tu przychodziła, nieco znoszą, ale w końcu kto by się stroił do schroniska? Na początku dnia od razu szła do psów, znając każdego z nich po imieniu. Ten z lewej bał się gwałtownych ruchów i miał fobię dźwiękową, ten z końca boksu szczekał tylko ze strachu, a suczka w rogu zawsze udawała obojętną, choć serce waliło jej jak oszalałe. Powder klęknęła przy kratach, mówiła do nich cicho, miękko, jakby każde słowo było obietnicą, że nic złego już się nie stanie. Czasem myślała, że w ten sposób mówi też do siebie. Sprzątanie klatek, wymiana misek, poranne karmienie; powtarzalność tych czynności działała na nią kojąco. W chaosie własnych myśli potrzebowała prostych, fizycznych gestów. Kiedy wycierała mokrą szmatą podłogę, przypominała sobie inne poranki. Takie, w których zamiast zapachu środków dezynfekujących czuła woń siana i ziemi. Widziała siebie jako dziewczynkę, biegającą boso po rosie, z rękami pachnącymi mlekiem i trawą. Pamiętała owce: spokojne, ufne, skupione na swoim rytmie. Ich wełna była szorstka, a jednocześnie ciepła, kiedy opierała o nie policzek. Kozy zawsze były inne: ciekawskie, bezczelne, potrafiły ciągnąć za rękaw albo spróbować zjeść jej ulubioną książkę. Śmiała się wtedy, szczerze, bez myślenia o tym, czy tak wypada. Najbardziej jednak pamiętała konie. Ogromne, majestatyczne, a jednocześnie tak delikatne w dotyku. Kiedy czyściła ich sierść, świat zwalniał. Każdy ruch szczotki był jak rozmowa bez słów, jak obietnica bezpieczeństwa. Utah w jej wspomnieniach jest zawsze zalane światłem. Szerokie przestrzenie, które zdawały się nie mieć końca. Czerwona ziemia, popękana od słońca, przechodząca w zielone doliny, gdzie trawa falowała na wietrze jak spokojne morze. Góry na horyzoncie wyglądały jak strażnicy: cisi, obojętni, wieczni. Niebo było tam inne niż w mieście: ogromne, bezwstydnie rozległe, usiane gwiazdami tak gęsto, że noc nigdy nie była naprawdę ciemna. Na farmie wszystko miało swój czas; poranki należały do ptaków, popołudnia do zwierząt, a wieczory do świerszczy i sów. Tęsknota przychodzi do niej nagle, zwykle wtedy, gdy najmniej się jej spodziewa. Dziś dopadła ją w kociarni. Wzięła na ręce wychudzonego, burego kota, który mruczał nieufnie, jakby nie do końca wierzył, że to dotyk bez haczyków. Powder zamknęła oczy i przez sekundę wyobrażała sobie, że to jagnię, które kiedyś zasnęło jej na kolanach. Serce ścisnęło jej się boleśnie. Przecież doskonale wiedziała, że nie może wrócić. Farma to nie tylko zapachy i krajobrazy, ale też dom, w którym nigdy nie była bezpieczna. Rodzina, która powinna była ją kochać bezwarunkowo, zamiast tego uczyła ją fanatyzmu i zakorzeniła głęboko w niej lęk. Głosy, które mówiły, kim ma być, zanim zdążyła zapytać, kim by chciała być. Myśl o powrocie budził w niej jednocześnie pragnienie i strach. Jak można tęsknić za miejscem, które było piękne, ale niebezpieczne? Z jej własnych myśli wyrwał ją głos Sophii. Zerknęła na dziewczynę, posyłając jej niepewny uśmiech.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Cześć — powiedziała cicho i spokojnie — Och, dziękuję, to bardzo miłe — przyznała szczerze zaskoczona tym małym gestem. Ale Powder dostrzegała małe rzeczy i była za nie wdzięczna. Chwyciła kubek z gorącą czekoladą i upiła łyk. — Na taką pogodę idealna. — przyznała, zerkając na wiatr szalejący za oknem. — Hm, co mamy na dziś w planach? — zagaiła, wiedząc że Sophie ma pewnie wszystko doskonale rozplanowane.

      Powder Smith

      Usuń