Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olivia Kowalewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olivia Kowalewski. Pokaż wszystkie posty

02/03/2019

2096. Sleep well, my princess. We'll meet again.



 – Do trzech razy sztuka, Olivia – rzuciła Meredith z uśmiechem, który Olivia odwzajemniła, choć wcale nie było łatwo. Brzuch był ogromny, dzieci obijały jej żebra i miednicę, a każdy ruch powodował ból. Nie była typem człowieka, który potrafi usiedzieć na miejscu dłużej, niż pięć minut, ale ostatnie dwa miesiące spędziła w łóżku, zwyczajnie nie mogąc z niego wyjść. Pragnęła, by dzieci były już na tyle duże, żeby je urodzić, bo każdy kolejny dzień cholernie ją przerażał. Nie ze względu na to, że mogła poronić, bo bliźnięta miałyby szansę przeżyć będąc wcześniakami. Bała się bólu. Nie potrafiła już powstrzymać płaczu i niemalże wycia, gdy nie mogła nabrać tchu. Spełnienie marzenia o byciu matką kosztowało ją wiele. Zbyt wiele.
 – Oby się udało – wyszeptała, gdy kobieta podłączała KTG. Buckley nie miała skurczy, do porodu było jeszcze kilkanaście dni, ale i tak nie miała wydać bliźniąt na świat naturalnie. – Możesz mi podać coś przeciwbólowego? Coś, co nie zaszkodzi dzieciom… – powiedziała cicho, przesuwając dłonią po swoim monstrualnym brzuchu.
 – Jasne. Dam ci też coś na sen. Odpocznij – odparła Sweetheart i przekazała pielęgniarce instrukcje. Ta nie zdołała jednak podać leków. Poczuła się tak, jakby ktoś żywcem rozcinał jej podbrzusze i wyszarpywał wnętrzności. Ruchy bliźniąt, choć przez całą ciążę nie były zbyt skoordynowane, teraz wydały się jeszcze bardziej chaotyczne. Wiedziały, że stało się coś złego. Musiały wiedzieć. Sekundę później dowiedziała się też pielęgniarka i wychodząca z sali ginekolog, kiedy Olivia wrzasnęła, kuląc się na łóżku na tyle, na ile mogła to zrobić w obecnej sytuacji. Przez ból nie mogła złapać tchu, wszystkie urządzenia, do których była podłączona szalały, tylko bicie dwóch serduszek zwolniło, ale blondynka tego nie zarejestrowała, zbyt zajęta rozpaczliwym łapaniem haustów powietrza.
 – Co się stało?! Olivia! – usłyszała jak przez mgłę i ostatkiem sił wskazała na dół brzucha, po prawej stronie. Meredith odchyliła kołdrę i podwinęła materiał szpitalnej koszuli, uciskając miejsce, jednak ból był tak silny, że delikatne muśnięcie byłoby teraz niczym przypalanie rozżarzonym do czerwoności pogrzebaczem. – Na blok. Ściągnij anestezjologa. Nie ma czasu, w razie czego badanie śródoperacyjne – zarządziła, ale Olivia tego nie słyszała. Słyszała jedynie swój krzyk, wrzask, przez który białka oczu zalały się czerwienią z pękniętych naczyń.

Patrzył z niedowierzaniem na ekran swojego smartphona i nie mógł się ruszyć. Przecież to miało być jutro, rano jego żona miała zostać przewieziona na blok operacyjny, znieczulona i w ciągu dwudziestu minut ich dzieci miały być na świecie, bez żadnych komplikacji. Potem Liv będzie musiała leżeć płasko przez dwadzieścia cztery godziny i przez kilka tygodni na siebie uważać… To nie tak, do cholery!
Zdołał jedynie odruchowo chwycić kurtkę i naciągnąć buty, drżącą dłonią otwierał drzwi samochodu i wrzasnął, gdy ten nie chciał zapalić.
 – Jadę do ciebie, Liv. Wszystko będzie dobrze, jadę do ciebie – powiedział do siebie, ignorując czerwone światła i klucząc między kolejnymi samochodami w drodze do szpitala.

 – Tętno zwalnia, odkleiło się łożysko – powiedziała rudowłosa, choć dłuższą chwilę zajęło Olivii zrozumienie sensu jej słów. – Olivia, musisz położyć się na boku i nie ruszać – dodała, a dziewczyna odruchowo wykonała polecenie. Igła w kręgosłupie wcale jej nie wzruszyła, bo była niczym w porównaniu z bólem brzucha. Nie miała pojęcia, że płacze, nie wiedziała, co się wokół niej dzieje.
 – Dlaczego tak bardzo boli mnie brzuch? – zdołała wydusić i chciała oprzeć na nim dłonie, ale kroplówki i aparatura skutecznie jej to uniemożliwiały.
 – Już niedługo. Za chwilę przestanie – Meredith uśmiechnęła się pod maseczką chirurgiczną i nakazała odkażenie miejsca, które miała rozciąć skalpelem.
 – Gdzie jest Adam? Adam miał przy tym być, obiecałam mu… – jęknęła blondynka, ale lekarka jedynie pokręciła głową.
 – Jest w drodze, ale nie możemy czekać. Właściwie wy nie możecie czekać… – powiedziała bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego. – Zaczynamy – dodała.

Wbiegł do szpitala, niemal przewracając kogoś po drodze, ale nie miał czasu nawet przeprosić. Zdołał jedynie spytać, którędy na blok, a po usłyszeniu odpowiedzi ruszył przed siebie. Czekał na niego sanitariusz, który pomógł wsunąć drżące ręce w materiał niebieskiego fartucha i zawiązał maseczkę. Adam zatrzymał się dopiero przed wejściem. Bał się spojrzeć przez szybę na swoją żonę, bo nie miał pojęcia czego się spodziewać. Powiedział sobie jednak, że ona prawdopodobnie umiera z przerażenia będąc tam sama i wszedł do środka.

 – Adam – wyszeptała, spoglądając na twarz ukochanego zapuchniętymi od płaczu oczami. Mężczyzna nie odpowiedział. Pochylił się i ucałował jej czoło, ściskając zimne palce jej dłoni. – Przepraszam. Ja nawet nie wiem co się stało. Zaczęło boleć… Cholera, tak strasznie bolało, jakby ktoś… – zaczęła, ale urwała, gdy jej mąż pokręcił głową i tym razem musnął ustami jej wargi.
 – Przestań, nic nie mów. Wszystko będzie dobrze, Księżniczko. Musi być – odparł, uśmiechając się delikatnie, choć to nie był szczery uśmiech, a Olivia dobrze o tym wiedziała. Czuł to… Oboje czuli, że nie jest dobrze, nie mogło być.
 – Chłopiec – oznajmiła Meredith, a w pomieszczeniu rozbrzmiał krzyk. Buckley’owie częściowo odetchnęli z ulgą, ale ani jedno, ani drugie nie rozluźniło uścisku. Zrobili to dopiero, kiedy dołączył drugi noworodkowy wrzask, a Sweetheart oznajmiła, że mają córeczkę.
 – Udało się, Solo – wychrypiała Olivia, nie próbując nawet powstrzymać płynących z jej oczu łez. Adam również tego nie robił, choć jego łzom towarzyszył uśmiech.
 – Udało się, Księżniczko. Mówiłem, że się uda – odparł. – Kocham cię. Jesteś najsilniejszą kobietą na świecie… Tak bardzo cię kocham – powtórzył i pocałował jej palce.
 – Przestało boleć. Jestem taka zmęczona, jest mi zimno… – wyszeptała z ledwością i przymknęła powieki. – Zdrzemnę się chwilkę, dobrze? Zaraz je zobaczę, muszę tylko… – urwała.

Krew trysnęła, chlapiąc twarze personelu medycznego. Sweetheart próbowała znaleźć źródło krwawienia, ale na marne, ssak nie nadążał, było jej zbyt wiele. Jej palce gorączkowo zaciskały się na kolejnych naczyniach, ale żadne z nich nie było tym właściwym. Lekarka szukała zbyt długo, a kiedy nareszcie się udało, serce biło resztkami sił.
Dźwięk był zimny i przerażający. Nieprzerwany, stały pisk aparatury oznajmiał, że przestało bić. Krew kapała na podłogę, a Meredith płakała, pierwszy raz płakała, straciwszy pacjentkę. Resuscytacja trwała pięćdziesiąt minut, a każde migotanie szybko znikało. Zgon stwierdził asystujący ginekolog, bo Sweetheart nie potrafiła. Olivia leżała na stole, patrząc w sufit niewidzącym wzrokiem, z rozchylonymi ustami i nie dawała żadnych oznak życia. Jej serce nie biło, klatka piersiowa nie unosiła się z kolejnymi oddechami.
Nie żyła.

Otworzyła oczy i rozejrzała się, nie wiedząc, co się właśnie stało. Stała przed domem w Gravesend. Wiał zimny wiatr i napłynęły deszczowe chmury, ale nie padało. Tętniąca życiem ulica była cicha jak nigdy. Olivia słyszała jedynie szum liści drzew i swoje własne, ciche kroki. W oknach nie było zapalonych świateł, dzieci nie biegały po swoich podwórkach, a na podjazdach nie było ani jednego samochodu. Ukochane miasteczko było obce i nieprzyjazne, czuła się tutaj jak intruz. Bała się, chciała wrócić, choć nie miała pojęcia, gdzie wcześniej była. Kilka ostatnich dni zlało się w poplątaną mozaikę i wydawało się jedynie złym snem. Co się stało? Dlaczego się tu znalazła? Gdzie są ludzie, których znała od dziecka, którzy powinni teraz wyglądać ze swoich domów, patrząc na żywą sensację?
Zrobiła krok do przodu i zdała sobie sprawę z tego, że jest naga. Miała wrażenie, że coś jest nie tak, a zimna dłoń odruchowo oparła się na płaskim brzuchu. Uniosła ją na wysokość swojej twarzy i zobaczyła krew, ale akurat to jej nie przeraziło. Zupełnie tak, jakby nie zdawała sobie sprawy z tego, co pokrywa jej palce.
 – Adam? – rzuciła w przestrzeń, ale nie usłyszała swojego głosu. Nie dostała też odpowiedzi, więc znowu ruszyła przed siebie. Weszła do domu, patrząc na pokryte grubą warstwą kurzu meble. Otoczył ją jedynie zapach stęchlizny i dojmująca cisza. – Mamo? – spróbowała ponownie, ale nikt nie odpowiedział.
I zrozumiała, że jest tu całkiem sama. Nie wiedziała, co się stało, nie wiedziała dlaczego i jak się tu znalazła. Ale była sama wśród ciszy, naga, ze spływającą po ciele krwią. Nie miała jedynie pojęcia, że to będzie trwało wiecznie.

Zrobił to, czego sobie życzyła. Jej ciało zostało skremowane, podczas pogrzebu nieustannie rozbrzmiewała ścieżka dźwiękowa z Króla Lwa, zamiast stypy odbyła się impreza, a sama Olivia wróciła do Anglii w urnie. Nie chciała płaczu. Zawsze powtarzała, że nie chce, żeby ktokolwiek za nią płakał, bo przecież życie toczy się dalej. Nie zapomną, kiedyś przywołają jej imię w jakiejś rozmowie, ale nie będą myśleć o niej codziennie. Nic się nie zmieniło, przecież co sekundę ktoś na świecie umierał, a w jego miejsce rodził się ktoś nowy. Umarła, zostawiając na swoje własne miejsce dwa życia.
Adam usiadł na ławce przed grobem Emmy i postawił prochy swojej żony na pomniku. Otworzył butelkę wina, by rozlać je na ziemi, po czym przystawił do ust gwint butelki whisky i pociągnął spory łyk. Chciał wypić do dna, spalić paczkę papierosów i wrócić do dzieci, które zostały z jego mamą. Nie zwracał uwagi na spływające po policzkach łzy i że ledwie utrzymuje fajkę między drżącymi palcami.
 – Wiesz co, Emma… – zaczął i zaciągnął się głęboko. – Znowu mnie zostawiła. Znalazłem ją na końcu świata, a ona uciekła. I wiesz, co jest złe? Że tym razem jej nie znajdę. I nie wróci – wychrypiał i wziął kolejny łyk alkoholu. – Kurwa, Liv, dlaczego mi to zrobiłaś? Przecież było dobrze… Kochaliśmy się, prawda? Mieliśmy być razem bez względu na wszystko. Mieliśmy być szczęśliwi, kurwa! Zestarzeć się w tym domu na rogu i mieć jebany ogródek, a nasze dzieci za kilkanaście lat miały przyjeżdżać tylko na święta! Dlaczego mnie zostawiłaś, ty wredna, uparta babo?! – wrzasnął i potarł czoło trzęsącą się dłonią. – Kocham cię, czemu to nie był dla ciebie wystarczający powód? Zostawiłaś nie tylko mnie, osierociłaś nasze dzieci… Niby co mam im powiedzieć, jaki obraz ciebie przedstawić? Że ich matka bardzo chciała mieć dzieci, a jak przyszło co do czego… - urwał i strzelił niedopałkiem w bok. Wstał, przechylił butelkę i wylał jej zawartość na pomnik. Nie wziął urny, nie po wszystkim, co właśnie powiedział.

 – Znowu piłeś – stwierdziła Kathy, przytulając do siebie niemowlę. – Adam… Nie możesz. Ona by tego nie chciała…
 – Przestań! – warknął, kręcąc głową. – Przestań mówić, czego by chciała, a czego nie! Nie znałaś jej tak jak ja, rozumiesz?! Nikt jej nie znał! Tylko ja wiem, czego by sobie życzyła, do cholery, nikt oprócz mnie nie ma prawa wkładać jej w usta tych wszystkich słów! – dodał i wyciągnął przed siebie ręce. – Podaj mi ją.
 – Ale… – zaczęła kobieta, ale nie dokończyła. Zacisnęła wargi i ostrożnie przełożyła dziewczynkę w swoich ramionach. – Dobrze. Tylko nie rób nic głupiego, okej? Proszę…
 – Potrafię się zająć swoimi dziećmi. Nie mam wyjścia, gdybyś nie zauważyła – syknął i przytulił do siebie córeczkę, która przeciągnęła się rozkosznie i wykrzywiła twarzyczkę w grymasie. – Harry śpi?
 – Tak. W salonie – powiedziała cicho Kathy i wycofała się do kuchni. Adam powoli ruszył we wskazane miejsce i westchnął cicho, patrząc na leżącego w kojcu synka.
 – Pamiętaj, żeby nie drapać braciszka, Liv. Dwoje płaczących dzieci to za dużo – wyszeptał, układając dziewczynkę obok brata. Nakrył oboje kocykiem, który Olivia kupiła, piszcząc głośno z radości, że ich dzieci będą spać pod gwiazdą śmierci i oparł się o krawędź, patrząc uważnie na bliźnięta. Mała Liv patrzyła na niego swoimi niebieskimi oczami, a włoski Harry’ego, choć było ich niewiele, kręciły się na końcówkach. Niemowlęta były idealną mieszanką Adama i Olivii, trudno było stwierdzić, do kogo z nich są bardziej podobne, ale mężczyzna i tak miał wrażenie, że spoglądają na niego niebieskie oczy jego ukochanej i ta świadomość była nie do zniesienia.
Ale musiał z tym żyć. Dla nich. Bo jej nie było to dane.
Śpij dobrze, Księżniczko. Spotkamy się ponownie.




Tak oto kończy się historia narwanej dziennikarki, która bardzo pragnęła szczęścia. I miała je przez parę sekund. Jak widać, wystarczająco.

18/04/2018

2067. He’s out his head, she's out her mind...

Adam Buckley & Olivia Kowalewski
present
story of the most fucked up relationship on this planet


Co to za maszyna? Duża, nie wyglądała zbyt fajnie. Miała takie szerokie skrzydła, jak ptak i dużo schodów na górę. Mama trzymała dziecko i opierała je na swoim biodrze, w wolnej dłoni dzierżąc małą walizkę. Sama siadła przy oknie i posadziła córkę na siedzeniu obok. Było ciasno, wyciągając nóżki, dotykała bucikami oparcia przed nią. Podobało jej się to, więc z głośnym śmiechem zaczęła kopać.
– Oliwia, bądź grzeczna – usłyszała głos swojej mamy i chwilę jeszcze kopała, a potem przestała. Maszyna powoli wypełniła się innymi ludźmi, mama zapięła jej pasy i spytała, czy nie za ciasno. Dziewczynka pokręciła głową i rozejrzała się. Wnętrze wyglądało trochę jak autobus, ale miało więcej siedzeń. I w autobusie nie chodzą miłe panie, pytając, czy wszystko w porządku. Autobus nie jedzie też tak szybko.
– Mamo, uszy – wymamrotała dziewczynka, bliska płaczu, gdy samolot szybko wzniósł się w górę, a ona przestała słyszeć. Mama wyjęła z kieszeni rozpuszczalną gumę truskawkową i dała swojej córce. Mimo tego, że nie czuła się najlepiej, wrzuciła prostokącik do buzi i wszystko przeszło jak za dotknięciem różdżki. Ale Oliwia już wiedziała, że nie lubi tej dużej maszyny. Bała się wysokości, bała się tego trzęsienia. Nie mogła się doczekać, aż mama weźmie ją na ręce i pojadą do domu.
Ale to nie jest dom. Budynek z czerwonej cegły, identyczny, jak wszystkie wokół. Z niewielkim podjazdem, chodnikiem i numerem 364 po prawej stronie od drzwi. Dziewczynka owinęła sobie wokół palca materiał sukienki, obserwując uważnie jak jej mama płaci taksówkarzowi za postawienie na niewielkich schodkach dość sporych walizek. Trzy walizki. To wszystko, co mają.
– Podoba ci się, kochanie? – zapytała kobieta, kucając przed pięciolatką. Ta natomiast rozejrzała się wokół. Po lewej gruby pan wychodzi z domu i idzie do auta. Naprzeciwko mała dziewczynka i większy chłopiec, ona robi babki z piasku w niewielkiej piaskownicy, on bezwstydnie trzyma się płotu i patrzy na Oliwię, która wytknęła mu język i odwróciła się z powrotem do matki.
– Gdzie jest nasz dom? – spytała cicho i wbiła wzrok w ściskany w drobnych paluszkach materiał sukienki.
– Tutaj. Tutaj będziemy mieszkać, wiesz? Mamusia dostała fajną pracę, za tydzień pójdziesz do szkoły i poznasz dużo dzieci. I nauczysz się nowego języka. Fajnie, co? – Helena uśmiechnęła się szeroko a oczy jej rozbłysły.
– A gdzie Kamil i Konrad? Oni nie będą tu mieszkać? – wymamrotała, chociaż wiedziała, że jej przyjaciół tu nie będzie. Nie będą ciągnąć się na sankach zimą i leżeć na ulicy, patrząc w niebo.
– Nie, córeczko. Ale na pewno znajdziesz nowych przyjaciół – stwierdziła matka i podniosła się, po czym otworzyła drzwi domu i wniosła po kolei walizki. Dziewczynka w tym czasie odwróciła się do stojącego naprzeciwko chłopca, który zrobił zeza i groźną minę. Sama zrobiła podobną i kolejny raz wytkneła mu język. Chłopiec odwrócił się do drugiej dziewczynki, coś powiedział i się roześmiał. Oliwia nic z tego nie zrozumiała. Ciemnowłosa spojrzała w kierunku, który wskazał jej brat i również podeszła do płotu, a potem pomachała blondynce i uśmiechnęła się szeroko. Blondynka nic nie zrobiła, jedynie wciąż nawijała na palec wskazujący materiał jasnej sukienki. A potem poszła w ślady Heleny i zniknęła we wnętrzu nowego domu.

Jeszcze nie wiedziała, że w tej kraciastej spódniczce, granatowej kamizelce i białych podkolanówkach będzie chodzić przez najbliższe kilka lat. Potem zastąpią je inne, podobne, ale większe. Zmieni się jedynie herb szkoły naszyty na sweterku i białej koszuli pod sweterkiem. Zaparła się nogami, gdy matka ciągnęła ją do szkoły oddalonej o zaledwie pół kilometra.
– Ja nie chcę! Chcę do domu! – krzyknęła dziewczynka i poczuła, że po policzkach spływają jej łzy. Bała się. Wiedziała, że wszyscy mówią w języku, którego nie zna. Umiała tylko się przedstawić i policzyć do dziesięciu. Będą się z niej śmiać. Ona tego nie chciała.
Helena wzięła ją na ręce i otarła mokre policzki. I po prostu ruszyła dalej, nie zwracając uwagi na zachowanie córki. Nauczy się. Wszystkiego się nauczy. Małe dzieci łapią w lot, nieprawdaż?
Oliwia usiadła w ławce obok dziewczynki, która tydzień temu robiła babki z piasku. Dziewczynka uśmiechnęła się i wyciągnęła do niej dłoń.
– Cześć, jestem Amelia. A ty jak masz na imię? – spytała, ale Oliwia nic nie zrozumiała. Jedyne, co wychwyciła, to znajome My name is, którego nauczyła ją matka.
– Mam na imię Oliwia – odpowiedziała i uścisnęła dłoń ciemnowłosej. Jeszcze nie wiedziała, że ta dziewczynka zmieni jej życie. Nie miała pojęcia, co stanie się za kilka lat. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że wypowiadając zaledwie kilka słów w nieznanym jeszcze sobie języku, rozpoczyna bieg historii, od której nie ma już odwrotu.

– Oddaj! – krzyknęła, niemal płacząc. Umiała już dość sporo, bez problemu dogadywała się z dziećmi sąsiadów. Amelia była kochana, Adam cały czas ją denerwował. Dokuczał, wyśmiewał z kolegami, zabierał zabawki. Teraz trzymał w górze lalkę barbie i patrzył na Olivię z uśmiechem, kiedy ta podskakiwała, by sięgnąć jego ręki i odebrać swoją własność. Amelia wydawała się niezainteresowana sytuacją, dalej ubierała swoją lalkę i nawet na nich nie patrzyła.
– Bo co, znowu się poskarżysz? – spytał chłopiec i roztrzepał jej włosy. Dziewczynka czuła, jak gardło zaciska się jej ze złości, a do oczu napływają łzy.
– Nie – wymamrotała, wiedząc, że znowu by się z niej śmieli. Nie chciała dawać im ku temu powodu. Nie lubiła Adama i Toby'ego. Byli najgorsi. – Jesteś wstrętny! Oddaj! – krzyknęła ponownie i zaczęła bić małymi piąstkami w jego klatkę piersiową.
– Nie – odpowiedział, odpychając ją od siebie i wybiegł z pokoju siostry, dzierżąc w dłoni lalkę. Olivia wybiegła za nim, ale zrezygnowała z próby dogonienia go. On szybko biegał, wspinał się po płotach i drzewach. Ona też próbowała, ale nie wychodziło. Jeszcze bardziej ją tym wkurzał. Dlaczego umiał, a ona nie? Dlaczego cały czas się popisywał?
Uśmiechnęła się do samej siebie i pobiegła do pokoju Adama. Rozejrzała się po nim, aż w końcu wzięła maskotkę w kształcie robota, która leżała na łóżku. Adam nazywa go Rcośtam. Olivia wiedziała, że to postać z jego ulubionego filmu, dlatego chwyciła właśnie tę maskotkę. Zbiegła na dół, niemal potykając się o własne nogi i wpadła do kuchni, gdzie przy stole siedziała mama, ciocia i wujek. Pili coś śmierdzącego i głośno się śmieli. Helena jednak przestała, uważnie obserwując, jak jej córka podstawia sobie krzesło, by stanąć na nim i sięgnąć do zlewu, gdzie odkręciła zimną wodę.
– Co się dzieje? - spytała ciocia Kathy. – Co robisz, Olivia?
Ale Olivia nie zareagowała. Przez chwilę patrzyła na ściskaną maskotkę i zbliżyła ją do strumienia wody.
– Adam! - krzyknęła nieco piskliwie i popatrzyła ze złością na chłopca, który pojawił się w wejściu do kuchni, śmiejąc się głośno. Ale śmiech zamarł mu na ustach, gdy dostrzegł maskotkę R2D2 zaledwie centymetry od wody. – Oddaj lalkę! – zażądała dziewczynka. W tym czasie mama wywróciła oczami i zagłębiła się w rozmowie z ciocią i wujkiem. – Oddaj albo go zmoczę!
– Nie zrobisz tego! – warknął chłopiec i również rzucił jej spojrzenie pełne złości. Często tak na siebie patrzyli.
– Zakład? – spyta Olivia i w tym samym momencie wcisnęła głowę robota pod wodę. W mgnieniu oka cały materiał nasiąkł. Widziała, jak Adam rzucił lalkę na podłogę i ruszył po swoją własność. Dopadł do Olivii i zrzucił ją z krzesła, wyrywając jej zabawkę. Szybko wycisnął wodę i wyszedł, a blondynka rozmasowała obolałe pośladki, po czym wstała, zgarnęła barbie i wróciła do pokoju Amelii.
– Nienawidzę cię, smarkulo! – krzyknął Adam i trzasnął drzwiami.
– Ja ciebie bardziej! – odkrzyknęła Olivia i wytknęła mu język, chociaż wiedziała, że on tego nie zobaczy.
– Ja ciebie zawsze bardziej plus trzy do twojego bardziej! – usłyszała przytłumiony głos i szybko wpadła do pokoju Amelii. Chwyciła szczotkę do włosów i wybiegła na korytarz, następnie otworzyła drzwi Buckley'a i rzuciła prosto w jego głowę trzymanym w dłoni przedmiotem. I uciekła, bo wiedziała, że za chwilę się pobiją.

– Mamo, nie – warknął nastolatek, niemal po raz kolejny postawiony przed faktem dokonanym. Wyjazd do wesołego miasteczka planowali już od tygodnia, wszyscy jego koledzy mieli się pojawić, właściwie cała klasa zdołała przekonać swoich rodziców, żeby w ten właśnie dzień wyrwać się z miasta. A mama właśnie mu oświadczyła, że zabiera ze sobą Amelię i Olivię. Czternastolatek ciągający za sobą dwie smarkule, kolejna atrakcja, jakby wokół było ich mało.
– Bez gadania, Adam. Dziewczynki nie będą Ci przeszkadzały, masz tylko mieć na nie oko –usłyszał z wnętrza samochodu, który niemalże od razu ruszył i zostawił go na środku drogi z dwiema wystrojonymi w sukienki dziewczynkami. Zrobił się aż czerwony ze złości, szczególnie, kiedy kawałek dalej zauważył dwóch największych łobuzów w klasie, bezczelnie się z niego nabijających i wiedział, że prędko nie dadzą mu spokoju. Chwycił siostrę jedną ręką, a Olivię drugą i nie zważając na to, że próbują się wyrwać, odciągnął je na bok, by schować się w tłumie.
– Nie będę się wami zajmował – warknął, zatrzymując się dopiero, kiedy znaleźli się w mniej uczęszczanym miejscu, gdzieś między gabinetem luster, a budką, w której można było wygrać pluszaka po strąceniu wszystkich puszek. – Macie tu zostać i czekać aż wrócę – nakazał, grożąc im wyprostowanym palcem. I o ile Amelia pokiwała głową, jak zawsze wpatrzona w brata, o tyle Olivia pokazała mu język i ciągnąc przyjaciółkę ze rękę, ruszyła w tłum, po drodze mocno nadeptując mu na stopę. I tyle było z jego stanowczości i dobrej zabawy. Kowalewski zawsze wiedziała, jak mu wszystko utrudnić i zrobić na złość, nawet, jeśli początkowo sama nie miała na coś ochoty.
Ruszył pędem za nimi, zanim zdążyły się oddalić i zniknąć mu z pola widzenia.
– Mama mówiła, że macie mnie słuchać! – krzyknął, a odwrócili się wszyscy poza tymi, które powinny to usłyszeć. Olivia tylko zerkała czasem przez ramię, nie kryjąc zadowolonego uśmiechu pełnego wyższości. Zatrzymując się przed domem strachu, domyślił się, że ich nie powstrzyma, więc niechętnie przyłączył się do nich. To nic, że wychodząc, cała trójka śmiała się w najlepsze, zupełnie jakby jeszcze chwilę temu nie darli ze sobą kotów.

Stojąc w oknie swojego pokoju, czekał, aż skończy jeść kolację. Helena bardzo dbała o to, by siadały razem i chociaż w ten sposób spędzały ze sobą czas, skoro Olivia była zbyt zajęta bieganiem po dworze, by dotrzymać towarzystwa matce. Robił to każdego dnia. Po powrocie do domu wpadał jak burza na górę i siadając na szerokim parapecie, czekał, aż dziewczyna pojawi się po drugiej stronie. Naprawdę lubił ten ich mały rytuał, o którym nie powiedzieli nikomu. Koledzy pewnie by go wyśmiali, gdyby się dowiedzieli, że przyjaźni się z dwunastolatką, dlatego wspólne spędzanie czasu było mocno ograniczone, choć nie oznaczało to, że w ogóle się z nią nie pokazywał. Zazwyczaj zabierali ze sobą Amelię i pozwalał im kręcić się za sobą, choć nigdy nie wciągał ich w tematy, którymi sam zaczął się zajmować.
Wyciągnął rękę na przywitanie i pomachał jej, kiedy z książką zasiadła przed swoim oknem. Niczego więcej nie potrzebowali, jedynie tej świadomości, że druga osoba jest na tyle blisko, że jedynie dzielące ich szkło było przeszkodą.

– Mama idzie! – krzyknął tuż po tym, jak dziewczyna nieudolnie próbowała zaciągnąć się papierosem. Nie znał skuteczniejszego sposobu na zapełnienie płuc trującym dymem, a ten działał nawet na największych chojraków. Olivia wzięła głęboki oddech, a widząc jak Adam zanosi się śmiechem, trzepnęła go w ramię, jednocześnie wyrzucając ledwie ruszonego fajka na ziemię i przydeptała go nogą.
– Pieprz się, Buckley – warknęła na niego, rzucając przy okazji niezadowolone spojrzenie mówiące, że jeszcze mu się za to odwdzięczy. Odpowiedział jej wyzwaniem w oczach i znów roześmiał się, samemu bez problemu dostarczając teraz już potrzebną nikotynę do organizmu. Potrzebował też kilku innych rzeczy, ale nigdy nie robił tego przy niej, Emmie, czy przy siostrze. Najwidoczniej dragi nie wytrąciły mu jeszcze reszty szarych komórek, skoro miał w sobie na tyle przyzwoitości, by nie przeciągnąć ich na złą stronę, choć sam stał już tam obiema nogami. Za plecami miał kumpli, którzy jeszcze nie do końca akceptowali obecność trzech smarkuli w swoim gronie, więc dystansowali się, co chwilę podśmiewając się z czegoś pod nosem, jednak nie dbał o to. Choć gdyby Amelia nie była złem koniecznym, pewnie szybko by ją stąd wykopał, mimo że jako siostra była całkiem znośna. Machnął na nie jedynie ręką i wrócił do kolegów, niemal natychmiast zanosząc się śmiechem razem z nimi.

– Co znowu chcesz mi zrobić? – spytała powoli, kiedy Adam popchnął ją na kanapę w salonie. Nikogo nie było, więc nawet nie miałby jej kto przybiec na ratunek, gdyby Buckley'owi odwaliła szajba. Czuł na sobie jej spojrzenie, gdy z tajemniczym uśmieszkiem krzątał się po kuchni, przygotowując popcorn. Postawił miskę na jej kolanach, a sam podszedł do telewizora. – Adam, nie będę oglądać z tobą żadnych chorych rzeczy. Aż tak źle jeszcze ze mną nie jest – mruknęła, wrzucając sobie do ust trochę przetworzonej kukurydzy. Chłopak jedynie rzucił jej przez ramię spojrzenie sugerujące, żeby się uciszyła. Miała ochotę spytać, czy nie woli spędzać wieczoru z ludźmi w swoim wieku, bo co niby mógł robić z czternastolatką, ale posłusznie zacisnęła wargi i uśmiechnęła się ironicznie.
– Lubisz fantastykę, no nie? – spytał, siadając obok. Olivia kiwnęła głową i uniosła pytająco brwi. – A long time ago, in a galaxy far, far away... – powiedział, zanim napis pojawił się na ekranie i posłał dziewczynie szeroki uśmiech. – Zachowaniem w stosunku do mnie przypominasz trochę Leię, a ja Solo – stwierdził nagle.
– Że kogo? – mruknęła, nie odrywając spojrzenia od telewizora.
– Zobaczysz...

Powietrze zdawało się drgać na jej ciele. Każdy milimetr skóry odczuwał lekkie podmuchy wiatru. Gwiazdy delikatnie falowały, granatowe niebo przyćmiewało swoim pięknem wszystko inne. Zaraz jednak to samo zrobiła dłoń, którą wyciągnęła przed siebie. Miała ochotę płakać z zachwytu nad tym, co widzi. Świat był cudowny.
Przekręciła się na bok i popatrzyła na Adama. On też był piękny. Jego włosy i twarz zdawały się wręcz iskrzyć, a rozciągnięte w uśmiechu usta sprawiły, że jej serce gwałtownie przyspieszyło. Nie wierzyła, że można się tak czuć. Ale właśnie się czuła. Wspaniale i lekko, jakby unosiła się na chmurze. Gdzieś z tyłu głowy miała świadomość, że to tylko wpływ narkotyków, że za kilka godzin ten stan minie, więc... Więc chciała skorzystać z tego tak bardzo, jak tylko mogła.
– Co jest, Księżniczko? Podoba ci się? – usłyszała, a jego głos od tej chwili był jedynym dźwiękiem, który pragnęła słyszeć przez całą noc.
– Powiedz coś jeszcze – szepnęła i przymknęła powieki, ale okazało się to złym pomysłem. Bodźce wzrokowe dawały zdecydowanie więcej przyjemności, niż ciemność przed oczami.
Roześmiał się, a z gardła Olivii wyrwało się ciche westchnienie.
– Widzisz? A tak się bałaś krzywej fazy – ponownie zaniósł się śmiechem, a Kowalewski, nie mogąc się powstrzymać, wyciągnęła rękę w kierunku jego twarzy. Śmiech zamarł mu w gardle, gdy obserwował zbliżające się do jego ust palce. – Co robisz, Liv?
– Dotykam cię – odparła bez wahania i przesunęła opuszkami po jego dolnej wardze. Była miękka i przyjemna w dotyku. Na tyle przyjemna, że dziewczyna zapragnęła więcej. Zapragnęła jego. Dlatego uniosła się z trawy i przerzuciła nogę przez jego biodra, by usiąść na nim okrakiem. Pochyliła się, a potem, nie pytając o zgodę, pocałowała go. Potrafiła docenić urodę Adama, ale nigdy nie patrzyła na niego pod tym kątem. Był jej przyjacielem, nikim więcej i naprawdę nie rozumiała, dlaczego to zrobiła. Ale to, co oblało jej ciało w momencie, gdy ich wargi się zetknęły było tak przyjemnym, wręcz nieziemskim uczuciem, że nie chciała się od niego odsuwać. W tamtym momencie oddałaby wszystko, żeby to trwało wiecznie.
– Liv, jesteś naćpana – wymamrotał, odsuwając się od niej i mierząc zmartwionym wzrokiem jej twarz. Ale pod tym zmartwieniem Olivia dostrzegła pragnienie i tyle jej wystarczyło, by ponownie dotknęła jego ust swoimi. A seks, pomimo początkowego bólu, był tak cudowny, że chciała więcej i więcej.

Zapukał trzy razy i dostrzegł w ciemności, że otworzyła oczy. Spojrzała na okno i musiała zasłonić usta dłonią, by nie zacząć krzyczeć. Kiedy serce się uspokoiło, zsunęła się z łóżka i otworzyła jedno skrzydło, a Adam wgramolił się do środka i popatrzył na nią oczami, które teraz nie były szare, a niemal całkowicie czarne. A potem ujął jej twarz w dłonie i wymusił na ustach pocałunek. Odsunął się, gdy nie doczekał się żadnej reakcji.
– Co jest? – spytał, jak gdyby nigdy nic.
– Już nie zapytam, co ci odwaliło, że wchodzisz do mnie przez okno w środku nocy, bo widzę, że jesteś na prochach – zaczęła, próbując się wyswobodzić. W końcu cofnęła się o krok i splotła ręce na klatce piersiowej. Adam przybrał podobną pozę i zmarszczył brwi. Czuł, jak narasta w nim złość, ale jeszcze tłumił ją w sobie. – Dlaczego mnie całujesz?
Roześmiał się, ale ten śmiech nie był wesoły, a szyderczy.
– Aha, czyli jak ty się naćpasz, to możesz robić, co ci się tylko podoba, ale jak ja oczekuję tego samego, to jesteś zdziwiona – warknął i przysunął się do niej na tyle, że zetknęli się ciałami. – Fajnie było – wychrypiał i z satysfakcją obserwował, jak jej nagie ramiona zaczyna pokrywać gęsia skórka. – Mam dla ciebie propozycję, Liv. Taką nie do odrzucenia – mruknął wprost do jej ucha i przygryzł je zębami. Chciała się odsunąć, ale nie potrafiła tego uczynić. Po jej ciele rozchodziły się przyjemne dreszcze z każdym oddechem Adama muskającym jej skórę.
– Jaką? – spytała cicho wbrew sobie i oparła dłonie na jego biodrach. Buckley uśmiechnął się triumfalnie.
– Zróbmy z naszej przyjaźni lody śmietankowe, a z seksu polewę truskawkową. Lody są lepsze z polewą, Księżniczko – wyszeptał, a chwilę później odrzucał na parapet koszulkę, w której dziewczyna spała. I oboje wiedzieli, że robią coś skrajnie głupiego, ale pragnienie było zbyt silne, by je zwalczyć.

Każdy kolejny raz był coraz przyjemniejszy i coraz bardziej potrzebny. Każda biała kreska, każda mała, kolorowa tableteczka, każdy mach sprawiał, że czuł się dobrze, wręcz fantastycznie, jakby nie działały na niego żadne ograniczenia. Wyjęty spod prawa, zdolny do wszystkiego, z zapałem sprawdzał swoje możliwości. Niczym młody bóg, poddawał się próbom, które, gdyby nie odrobina szczęścia, pewnie dawno by go zabiły. Drink w jednej dłoni, w drugiej kilka pigułek, a między wargami dopalający się papieros. Może nie chciał, żeby tak wyglądało jego życie, może zwyczajnie odnalazł swój sposób na dobrą zabawę, tylko, cholera, nikt tego nie rozumiał.
Jedna kreska, druga, trzecia. Adam wzbija się w powietrze, prawo ciążenia na niego nie działa, nic go nie trzyma, nic go nie obchodzi. Czwarta i zaczyna robić się niebezpiecznie. Trochę pieprzy mu się w oczach, czasami potyka się o coś, czego w rzeczywistości nie ma. Piąta sprawia, że skacze, pełen euforii. Nie wie co się dzieje, dziwaczna muzyka gra w jego głowie, nikt poza nim jej nie słyszy. Dobry towar. Zielona tabletka na pamięć, różowa na dobrą zabawę i biała, żeby nie było kaca po whisky, którą je popije. Zagryza mocno zęby, nie czuje krwi spływającej z jego wargi. Sam ją sobie rozciął, choć pewnie o tym nie wie. Ręce nie chcą go słuchać, nogi powoli też się uniezależniają. Siada, mimo że nie na to miał ochotę. Coś nim rzuca od środka, nie pozwala skupić wzroku. Serce bije chyba szybciej niż powinno, ale może to tylko mocny bit lecący z głośników.
– Księżniczko? Chyba nie wrócę dziś do domu – rzuca w pustą przestrzeń.
To wszystko dzieje się w Twojej głowie, Buckley.

– Nienawidzę cię – warknął, a ona zamknęła oczy. Wiedziała, że tak nie myśli. Że jego ciało po prostu cierpi katusze, a on w ten sposób chce dać temu upust. I rozumiała to, ale jego słowa i tak bolały.
– Możesz nawet chcieć mnie zabić – odparła i usiadła na podłodze obok łóżka, po czym przetarła zimnym, mokrym ręcznikiem jego spocone czoło. Przymknął powieki i westchnął, czując chociaż chwilową ulgę. Gdyby Helena i jego rodzice wiedzieli, że zamiast mieć oko na siedemnastoletnie Mel i Olivię, to Olivia opiekuje się nim, prawdopodobnie już by nie żył. Co prawda, od dawna planowali wykorzystać ten tydzień na detoks, ale nie spodziewał się, że będzie tak źle. – Nie wyjdę stąd, póki nie minie najgorsze – dodała nieco ciszej i odsunęła się, gdy Adam zaczął wymiotować do stojącej obok łóżka miski. Nikt przecież nie mówił, że będzie łatwo. Nikt też nie mówił, że będzie tak okropnie. Czuł, jakby płonął od środka, jakby gotowały mu się trzewia, a to, co z nich pozostało, pragnęło wydostać się przez gardło. A kiedy już myślał, że to koniec, przychodziła następna fala, która zginała go w pół. Już nie chciał być czysty. Obiecał, ale to było dla niego zbyt wiele. A jej wzrok był najgorszy. Pełen politowania, jakby stała mu się wielka krzywda. Sam to sobie zrobił, sam powinien to znosić.
– Byłoby Ci lepiej beze mnie – westchnął, odwracając twarz w drugą stronę.

Wystarczył jeden telefon by poderwać go na nogi. Kurtka, kluczyki do auta rodziców, myśl że ojciec pewnie go zabije, buty i wrażenie, że stało się coś cholernie niedobrego. Ostatnio nie układało się najlepiej. On chciał być wolny, ona się denerwowała o wszystko. Niczym małe dziecko krył się z tym, że chodzi do kolegów trochę przyćpać, odkąd rzucił szkołę trochę mu się nudziło. Teraz też był na gazie, dopiero wrócił, ale miał to gdzieś.
Szpital był blisko, na szczęście nic go nie zatrzymało. Żuł już trzecią gumę, trochę z nerwów, trochę żeby zabić zapach z ust. Jeszcze nie wiedział co się stało, ale szedł do sali, w której miała leżeć. Szedł, zastanawiając się, czy w ogóle powinien w takim stanie, po tym jak się wczoraj pokłócili. Ale przyjaźń ważniejsza. Nadal są przyjaciółmi, prawda?
Minął jej matkę na korytarzu, zmierzyła go spojrzeniem jednocześnie współczującym i gardzącym. Pewnie znowu coś zrobił, pewnie znowu go za coś obwinia. Nie wysłał Olivii do szpitala, to nie była jego wina.
– Hej, mała. Co się stało? – zapytał od progu i zasiadł na samym końcu szpitalnego łóżka, żeby nie wyczuła, żeby nie zauważyła. Oczy miała smutne, czerwone jakby płakała. Jego też były czerwone, ale od czego innego.
– Straciłam dziecko, Adam. Nasze dziecko... – wymamrotała, z ledwością powstrzymując łzy cisnące się do oczu. W końcu nie wytrzymała, ale chyba nie zwrócił na to uwagi.
– Jakie dziecko, Liv? Przecież nie byłaś w ciąży, zabezpieczaliśmy się – odezwał się, starając się zachować względny spokój. W środku jednak wszystko się gotowało, kiedy pomyślał o tym, że to tylko taki chwyt. Kumpel opowiadał mu, jak dziewczyna chciała wkręcić go w dziecko, na siłę przy sobie zatrzymać kiedy przestało się układać. U nich też nie było już tak fajnie, częściej się kłócili i gdyby nie seks, to pewnie dawno by się rozstali. Niepotrzebnie mówił jej o tym, że chyba wyprowadzi się do Londynu. – Nie wiem co robisz, ale radź sobie z tym sama. Trzeba było chociaż to dziecko urodzić, jeśli chciałaś mnie zatrzymać – warknął, podnosząc się z miejsca. Nie chciał spędzić tu nawet chwili dłużej. Myślał, że są przyjaciółmi, że bez względu na wszystko jakoś sobie poradzą. Wyszedł kręcąc głową i mamrocząc coś pod nosem. Coś, co brzmiało jak „cholera”, „dość” i „spierdalam” powiedziane jednocześnie.

Zniknął każdemu z pola widzenia. Zaszył się w tej melinie pod miastem, która właściwie była mieszkaniem jednego z kolegów. Lubił użyczać jej w celach zapewnienia sobie rozrywki. I pewnie spał gdzieś pod stołem, bo rzadko to miejsce opuszczał. Minęło kilka dni, zanim skończył się alkohol i dragi, a nie znalazł się nikt, kto zapewniłby dostawę. Buckley chyba w międzyczasie zgubił telefon, a może go sprzedał, a może zwyczajnie wyrzucił, więc wracając do domu nie wiedział kompletnie nic. A wracał już trzeźwy, bo te kilka godzin marszu pozwoliło mu się ogarnąć. I chyba wtedy to zrozumiał.
Ostatnie kilkaset metrów biegł, by jak najszybciej znaleźć się pod jej oknem. Musiał ją przeprosić i błagać o przebaczenie. Obiecywał sobie, że nie przestanie, póki mu nie wybaczy. Zachował się jak skończony kretyn. Sam nie potrafił uwierzyć w to, że potraktował tak jedyną osobę, która w niego wierzyła. Zdziwił się, kiedy nie zastał zapalonego światła. Mimo wszystko wdrapał się na piętro i zapukał w szybę, mając nadzieję, że tylko śpi. Kiedy pojawiła się przed nim jej matka, stracił równowagę i spadł na chłodną trawę pokrytą już wieczorną rosą.
– Nigdy więcej nie pokazuj mi się na oczy, pieprzony ćpunie! Nie chcę Cię więcej widzieć! A Ty więcej nie zobaczysz jej! – wydzierała się Helena Kowalewski, a on na jednej nodze kuśtykał do domu naprzeciwko. Pewnie tam też nie chcieli go widzieć, ale może uda mu się przemknąć do swojego pokoju niezauważonym.
– Chciałem Ci tylko powiedzieć, że Cię kocham – wyszeptał, układając dłoń na oknie w swoim pokoju. Tym samym, przy którym siadał, by przyglądać się jej, kiedy odrabiała lekcje. Czasami podnosiła na niego wzrok i posyłała mu promienny uśmiech, który był swego rodzaju obietnicą, że już za chwilę się zobaczą. A teraz mieli się już nie zobaczyć nigdy.

Jedną dłonią owinęła się szczelniej swetrem, a drugą splotła palce z jego palcami. Nie zwracała uwagi na zaciekawione spojrzenia sąsiadów, którzy znali ich praktycznie od zawsze. Plotki szybko roznosiły się po Gravesend, bo choć nie było szczególnie małe, sąsiedztwo stanowiło bardzo hermetyczną grupę. Najpierw widziała poruszające się firanki w oknach, gdy pod domem Buckley'ów zaparkował czarny Mercedes, potem Adam wzbudzał sensację swoim wytatuowanym ciałem, bo chyba przez rok większość mieszkańców się od niego odzwyczaiła, a Olivia... Olivia była po prostu Olivią i sama jej obecność sprawiała, że przechodząc obok dwóch nastolatek, usłyszała szydercze szepty. Zacisnęła jedynie zęby i wywróciła oczami. Nie chciała do tego wracać. Nigdy więcej nie chciała wracać do tego, co się wtedy stało.
– Mam tego dość. Na nic mnie już nie namówisz, Buckley. Nigdy – warknęła, a Adam puścił jej dłoń, by objąć ją ramieniem i pocałować w czubek głowy.
– Nie zwracaj uwagi. Za tydzień zapomną, że w ogóle tu byliśmy – zauważył, uśmiechając się do niej.
– Tak czy inaczej, pieprzę taki urlop – skwitowała, wsuwając rękę do tylnej kieszeni jego dżinsów.
– Nie wierzę – usłyszeli po swojej prawej stronie i odruchowo spojrzała w tym kierunku, żeby opieprzyć delikwenta za tak jawną bezczelność. Była w stanie zdzierżyć szepty, ale nie to. Miała powyżej uszu tego wyjazdu. Chciała wrócić do Nowego Jorku, gdzie większość ludzi jej nie znała. – Kowalewski i Buckley razem. Cud bożonarodzeniowy przyszedł w tym roku trochę wcześniej – stwierdził mężczyzna, podchodząc do nich. Zamknął za sobą bramkę i uśmiechnął się dobrodusznie. Zresztą, jakiego uśmiechu spodziewać się po księdzu.
– To nie sprawka Boga. Truł, truł, aż wytruł – stwierdziła Kowalewski i poczuła wbijający się między żebra palec. – Ała, za co?! Przecież to prawda – prychnęła oburzona i rozmasowała obolałe miejsce.
– Chyba na odwrót – odparł takim samym tonem, a ksiądz się roześmiał.
– Chodźcie, opowiecie mi co i jak – i odwrócił się, ruszając w kierunku niewielkiego kościoła, na który Kowalewski zawsze patrzyła z niechęcią. Nie to, żeby religia w jakikolwiek sposób jej przeszkadzała, bo rozumiała to, że ludzie potrzebowali w coś wierzyć, ale nigdy nie pałała do tego miejsca zbytnią sympatią. Do księdza, który wiele razy próbował pomóc jej znajomym również. – No, już już! – krzyknął jeszcze przez ramię.
– Ale... Ale przecież spłoniemy – odezwała się w końcu, ale mężczyzna już zniknął za drzwiami.
– Chodź, będzie z głowy – mruknął Adam i zrobił kilka kroków do przodu, a Olivia, jako, że wciąż go obejmowała, nie miała innego wyjścia, niż pójść razem z nim. Po chwili milczenia pochylił się nad jej uchem i skubnął je zębami. – Później nagrzeszymy za wszystkie czasy – wymruczał, a blondynka uśmiechnęła się, czując dreszcze przebiegające po plecach. Wyciągnęła dłoń, by wyprostować mały palec.
– Obiecujesz? – spytała z rozbawieniem. Cóż, nigdy nie zdarzyło jej się wykorzystywać pinky swear do czegoś takiego.
Adam roześmiał się i splótł swój mały palec z jej palcem.
– Obiecuję – wyszeptał i spoważniał, wypuszczając dziewczynę z objęć. Kowalewski czuła się nieco niepewnie w tym miejscu, ale z cichym westchnieniem weszła głębiej. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niej, że Buckley nie idzie obok ani nawet za nią i zatrzymała się, odwracając w jego stronę i unosząc pytająco brwi.
– Co się stało? Świętość stanęła ci w gardle? – rzuciła wesoło, ale uśmiech szybko zniknął z jej twarzy. – Jezu, Adam, chyba nie jesteś opętany, co?
Pokręcił jedynie głową i przełknął ślinę, wpatrując się w nią bez mrugnięcia oczami. Powoli do niego podeszła, zastanawiając się, czy nie poprosić znajomego księdza o odprawienie egzorcyzmów.
– Po prostu... Zastanawiam się – wymamrotał, gdy zatrzymała się kilkanaście centymetrów od niego i popatrzył na nią z góry. – Wiesz, kiedyś... – zaczął, ale urwał, a Olivia czuła, że ręce robią jej się lodowate z jakiegoś irracjonalnego strachu. – Liv, znam cię prawie od zawsze i kocham cię od wielu lat – podjął ponownie, a Kowalewski mimowolnie cofnęła się o krok. Nie miała pojęcia, do czego to zmierza i nie była pewna, czy chce je mieć. – Ratowałaś mi tyłek, pomagałaś, zawsze przy mnie byłaś, kiedy wszyscy inni nie chcieli mieć do czynienia z kimś takim – kontynuował i przysunął się nieco, chwytając jej zimne dłonie w swoje. – Dzięki tobie wszystko miało sens, a kiedy zniknęłaś... Zniknęło też moje życie, Księżniczko. I nawet w snach nie marzyłem, że kiedykolwiek mi wybaczysz. Ale powiem ci, o czym marzyłem, za każdym razem, gdy po twojej ucieczce tędy przechodziłem. Wyobrażałem sobie, że stoję tam – wskazał palcem na ołtarz. – A ty idziesz w moim kierunku w cholernie księżniczkowej białej sukience, która ani trochę by do ciebie nie pasowała – roześmiał się cicho i uniósł jedną dłoń, by pogłaskać Olivię po policzku opuszkami palców. A potem powoli opadł na jedno kolano i spojrzał w górę na jej twarz. – Wiem, że nie masz kiecki, ja nie mam pierścionka, nie mówiąc już o obrączkach i pewnie nie taki ślub chciałaś, ale... Ale wyjdź za mnie, Liv. Tu i teraz. Wyjdź za mnie, proszę – ostatnie słowa wyszeptał, a Kowalewski przymknęła na chwilę powieki i ścisnęła mocniej palcami jego palce. To nie był dobry pomysł. Wręcz przeciwnie, był cholernie zły, bo potrafili się ranić jak nikt inny, znając za dobrze swoje słabe punkty. Ona miała dopiero dwadzieścia dwa lata, w dodatku kilka tygodni temu straciła najważniejszą osobę w jej życiu i wciąż nie do końca poradziła sobie ze śmiercią córki. On spodziewał się dziecka obcej dziewczyny i wciąż starał się wyjść na prostą po wszystkim, co go spotkało.
Radzili sobie tylko wtedy, gdy byli razem. Nie musieli nic mówić, nie musieli się, pytać, czy wszystko okej, powtarzać, że życie jakoś się ułoży. Wystarczyło, że po prostu byli. I choć ich przeszłość pozostawiała wiele do życzenia, a Olivia jeszcze niedawno przelewała swoje uczucia na jego zupełne przeciwieństwo...
Pokiwała w końcu głową. I tyle, nic więcej. Po prostu, otworzyła oczy i skinęła, a Adam uśmiechnął się delikatnie i pociągnął ją w swoją stronę, by objąć ramionami w pasie i wtulić twarz w jej brzuch.
– Wyjdę za ciebie, Solo – wychrypiała w końcu i pogłaskała jego włosy, uśmiechając się do samej siebie.
– No, to szybciej, nie mam całego dnia – oznajmił ksiądz, a Olivia zerknęła na niego przez ramię.
– To już niekulturalne – skwitowała, ale posłała mu wesoły uśmiech.
– Gdyby nie mój brak kultury, prawdopodobnie musielibyście się umówić na jakiś termin – stwierdził i zarzucił na kark trzymaną w rękach stułę. Machnął dłonią do kogoś znajdującego się za drzwiami zakrystii, a przed ołtarzem pojawiła się starsza, pulchna kobieta oraz jeszcze starszy i jeszcze pulchniejszy mężczyzna. Olivia podejrzewała, że to ktoś w rodzaju kościelnych, ale nie była pewna. Zresztą, nawet nie przyszło jej do głowy, by pytać. – Przykro mi, ale nie załatwię wam lepszych świadków, a ktoś się musi podpisać – dodał z rozbawieniem, a pulchna kobieta spojrzała na niego oburzona. – Chodziło mi o to, że się nie znacie... A zresztą, nieważne. Zapraszam państwa młodych.
Stanęli przed ołtarzem, trzymając się za ręce i patrząc sobie nawzajem w oczy, a gdyby nie to, że ksiądz swoją osobowością zdawał się być wszędzie, pomyślałaby, że są tu zupełnie sami. Bez problemów, bez cholernie trudnej przeszłości.
Siwiejący mężczyzna owinął ich dłonie stułą i otworzył czarną książeczkę na odpowiedniej stronie.
– Rozumiem, że nikt z obecnych nie ma nic przeciwko i może zamilknąć na wieki – zaczął duchowny, a cała czwórka zgodnie pokręciła głową. – Wstęp i rozwinięcie, załóżmy, że było kazanie, jesteście czyści, bo odpuszczam wam wasze lekkie grzechy, jakoś to ogarnę w papierach... – mamrotał jakby do samego siebie, przebiegając wzrokiem po tekście, po czym spojrzał na Olivię z uśmiechem. – A teraz piękne zakończenie. Czy ty, Olivio Kowalewski, bierzesz sobie tego Adama Buckley'a za męża i przysięgasz mu miłość, wierność i uczciwość oraz że go nie opuścisz aż do śmierci?
– I że pozwolę mu tworzyć ze mną przyszłość – dopowiedziała, przypominając sobie wieczór na balkonie i obietnicę, którą mu wtedy złożyła. – Tak – szepnęła, uśmiechając się i przygryzła dolną wargę, by zwyczajnie się nie rozpłakać.
– Piękny początek pięknego zakończenia – powiedział ksiądz i przeniósł swoje spojrzenie na Adama. – Czy ty, Adamie Buckley, bierzesz sobie tę Olivię Kowalewski za żonę i przysięgasz jej miłość, wierność i uczciwość oraz że jej nie opuścisz aż do śmierci?
– Oraz że nigdy jej nie zranię – westchnął, ściskając mocniej jej dłoń. – Tak – dodał, również się uśmiechając.
– No i piękne zakończenie pięknego zakończenia – podsumował mężczyzna, śmiejąc się do samego siebie. – Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela. Od tej chwili łączy was święty sakrament małżeństwa. Możesz pocałować pannę młodą – zwrócił się do Buckley'a, ale nie było to konieczne, bo zanim skończył zdanie, ramiona Adama oplatały Olivię w pasie, unosząc ją kilkanaście centymetrów nad ziemię, a jego usta niemalże miażdżyły jej wargi w chciwym pocałunku. Nie chcąc być dłużna, objęła szyję mężczyzny i odwzajemniła ten pocałunek równie chciwie. – Skonsumujecie związek później, nie chcę tego oglądać – mruknął ksiądz, a Olivia roześmiała się w usta Adama i odsunęła się od niego nieznacznie.
– Przepraszamy – odparła i pomachała nogami w powietrzu, żeby Buckley ją postawił.
– A teraz zapraszam na trochę papierologii – dodał duchowny, całkowicie rujnując tę piękną chwilę.
A niedługo później wyszli z tego małego, uroczego kościółka usytuowanego w mieście, w którym tyle wspólnie przeżyli i z którego oboje uciekli. Spletli ze sobą małe palce, uśmiechając się. Teraz było dobrze. I oby tak zostało.

02/04/2018

2063. Stop looking up for heaven, waiting to be buried


Znacie ten przesąd, który mówi o niekupowaniu nic dla dziecka kilka miesięcy przed jego narodzinami? Podobno skompletowanie wyprawki dużo wcześniej, a nie parę tygodni przed terminem przyciąga dziecko na świat. Ale kto zastanawia się nad tym, stojąc przed perspektywą zostania rodzicem? Przecież warto wszystko przygotować wcześniej, a potem jedynie oczekiwać w spokoju na maleństwo, zwłaszcza, jeśli jest upragnione.
- Cześć, mamo – powiedziała z uśmiechem, patrząc na twarz swojej rodzicielki widoczną na ekranie. Dawno się nie uśmiechała i nie wiedziała, że to takie trudne.
- Cześć, Oli – usłyszała w odpowiedzi i wywróciła oczami, gdy 'cześć' padło w jej ojczystym języku. - Co tam? - spytała Helena, wciąż po polsku. Olivia rozumiała, co kobieta mówi, ale nie znaczyło to, że zamierzała się męczyć. To zawsze tak wyglądało – starsza mówiła po polsku, młodsza odpowiadała jej po angielsku.
- Chciałabym powiedzieć, że nic ciekawego, ale... - urwała i zamyśliła się na chwilę. - Dużo się dzieje, mamuś. Nawet nie wiesz, ile bym dała, żeby móc przyjechać i ci o tym opowiedzieć...
- To przyjedź.
- Nie mogę.
- Zawsze ta sama śpiewka. Nie mogę i nie mogę. Niby dlaczego? Przecież wiesz, że szansa na katastrofę jest jak jeden do miliona albo i mniej... - Kowalewski popatrzyła na córkę z wyrzutem, a Olivia westchnęła i podparła głowę na dłoni.
- Przestań. Wiesz, że to nie pomoże – mruknęła, powstrzymując się od skomentowania tego w mniej grzeczny sposób. - Ale nie o to chodzi.
- A o co? Dziecko drogie, nie widziałam cię trzy lata!
- Mamo! - warknęła w końcu, tracąc cierpliwość. - Możesz mnie przez chwilę posłuchać?
- Dobra, dobra... Ale i tak mi się to nie podoba – westchnęła Helena, a Olivia po raz kolejny wywróciła oczami.
- Okej, więc sprawa ma się tak... - zaczęła z lekkim wahaniem i pociągnęła ekran laptopa tak, by kamerka skierowana była na wprost. - Chciałam ci zrobić niespodziankę. Miałam przylecieć, ale sprawa trochę się skomplikowała... W każdym razie... - i wstała, cofając się kilka kroków, by matka mogła zobaczyć ją w całej okazałości. Ciążowa sukienka swobodnie wisiała na brzuchu, więc blondynka przycisnęła jej dół do podbrzusza i odwróciła się bokiem. - Przywitaj się ze swoją wnuczką – powiedziała cicho.
Kobieta zamarła i Olivia przez moment się zastanawiała, czy komputer się nie zawiesił. A zaraz potem Helena przycisnęła dłonie do ust i zmarszczyła lekko brwi. Następnie wykonała taki ruch, jakby ocierała łzy i odchyliła głowę do tyłu, oddychając głęboko. Dla ciężarnej wszystkie te czynności ciągnęły się w nieskończoność i zaczęła wątpić w to, czy matka się ucieszy.
- Córciu... - wyszeptała. - Córciu, jesteś szczęśliwa?
To było trudne pytanie. Z jednej strony, cieszyła się, że za kilka miesięcy będzie trzymać w ramionach swoje dziecko. A z drugiej... Kiedy ostatnio szczerze się śmiała? Kiedy jej oczy błyszczały prawdziwym szczęściem, a nie bezdenną pustką? Kiedy cieszyła się, że wszystko się układa i pozwoliła sobie na to zdecydowanie za szybko?
Zanim wszystko spieprzyła.
- Tak, mamo. Jestem szczęśliwa – skłamała, siadając z powrotem i uśmiechnęła się szeroko. - Oboje jesteśmy – kolejne kłamstwo i kolejny szeroki uśmiech. Nie byli. Może przez samo rodzicielstwo, ale na pewno nie przez siebie nawzajem.
- Wybraliście imię? I kim jest mój przyszły zięć?- spytała Helena, śmiejąc się przez łzy. Olivia również miała ochotę się rozpłakać, ale to nie byłby płacz przez śmiech. Jedynie uwolnienie rozpaczy, która wciąż się w niej gromadziła. Zwłaszcza, że przyszłego zięcia przecież już nie było.
- Mia. Od początku czuję, że to Mia – odpowiedziała bez wahania i odruchowo pogłaskała się po brzuchu, który tego dnia był dziwnie nieruchomy i obolały. 'Przyszłego zięcia' nie skomentowała. Nie widziała sensu w martwieniu swojej matki. Zresztą, Kowalewski była dorosła, a ich rozstanie było tylko i wyłącznie ich sprawą.
- Przyjadę do ciebie – oznajmiła kobieta, a Olivia natychmiast pokręciła przecząco głową.
- Daj spokój, mamo. Jest okej, radzę sobie.
- Mam to gdzieś. Chcę być przy swojej jedynej córce. I przy narodzinach wnuczki.
I wtedy młodsza Kowalewski po raz pierwszy od dawna naprawdę szczerze się uśmiechnęła. Uśmiech jednak szybko zniknął.
- Mamuś, muszę kończyć. Kocham cię – powiedziała i szybko zamknęła laptopa, po czym spojrzała w dół. Mokra plama na podłodze chyba nie świadczy o niczym dobrym. Zwłaszcza, gdy nie rozlało się wody.



- Zaczął się poród. Dwudziesty czwarty tydzień. Skurcze co trzy minuty. Matka po jednym poronieniu. Cukier i ciśnienie w normie, ogólny stan zdrowia dobry – usłyszała jak przez mgłę i popatrzyła z przerażeniem na znajomą twarz rudowłosej lekarki.
- Zrobię wszystko, żeby przeżyła – wyszeptała Sweetheart i ścisnęła mocno dłoń dziewczyny.
Ale Olivia zdawała się tego nie zarejestrować. Nigdy nie wykonywała niczyich pleceń tak machinalnie. Nigdy nie spoglądała na nikogo takim wzrokiem, jak na znajomą ginekolog, która od początku dbała o jej maleństwo. Podświadomie wiedziała, że musi jej podziękować za te kilka miesięcy, w ciągu których zdobyła bliską znajomą, bo już dawno przestała być zwykłą pacjentką, a Meredith zwykłym lekarzem.
Nigdy również nie czuła się tak bardzo wyprana z wszelkich uczuć i emocji. Zupełnie, jakby umierała wraz z kolejnymi skurczami. Nie wiedziała, co jeszcze trzyma ją na tym świecie. Nie wiedziała, co popycha ją do parcia, gdy Sweetheart kazała to robić i przestawania, gdy kobieta mówiła, że czas na chwilę przerwy. Nie wiedziała, co popycha ją do mimowolnego, głośnego płaczu, skoro nic już nie czuła. Nawet ogromny ból docierał jak przez mgłę. Jakaś jej część była już martwa. Umarła dawno temu, wraz z pierwszym dzieckiem.
Na chwilę zmartwychwstała kilka miesięcy temu, po zobaczeniu dwóch kresek na teście ciążowym. To nie był najszczęśliwszy moment w życiu Olivii. Przecież nie znała ojca swojego dziecka. Nie wiedziała, czy nie zostanie sama z tą małą, rozwijającą się w niej istotą, owocem ich chwilowego zapomnienia. Ale nie została, prawda? On na to nie pozwolił. Był przy niej. Oswoił się z tą myślą. Cieszył się nią. Skąd mógł wiedzieć, że to nie potrwa długo? Skąd mógł wiedzieć, że przeszłość dogoni matkę jego dziecka? Skąd mógł wiedzieć, że nieświadomie go od siebie odepchnie, bo tak było lepiej dla wszystkich? Szczęście przecież nie może trwać wiecznie, prawda? Po każdym pięknym, upalnym dniu niebo przesłaniają burzowe chmury.
- Pozwólcie mi ją zobaczyć – wyszeptała machinalnie. Ale nikt nie podszedł. To nie była magiczna chwila, jak w filmach, gdzie ktoś układa dziecko na ramieniu matki. Olivia nie widziała swojej córki. Pozostała jedynie wyobrażeniem. Czymś ulotnym.
- Przykro mi. Tak bardzo mi przykro, Oli... - Sweetheart pogłaskała ją po głowie, ale blondynka złapała ją mocno za nadgarstek, odsuwając od siebie.
- Pozwól mi ją zobaczyć! - krzyknęła, a po policzkach spłynęło jeszcze więcej łez.
- Nie chcesz jej tak zapamiętać, zaufaj mi...
- Obiecałaś, że przeżyje! Że donoszę tę ciążę! Obiecałaś, że będę mogła ją do siebie przytulić! - wyjęczała, ukrywając twarz w dłoniach.
- Przepraszam, że robiłam ci nadzieję... Tak bardzo mi przykro, Oli... - powtórzyła kobieta i uniosła spojrzenie na kogoś przed sobą. - Niech idzie spać. Zaraz będzie po wszystkim – powiedziała, a kilka sekund później Olivia odpłynęła w nicość.


To tylko sen, Olcia. To tylko zły sen. Obudź się. Musisz się obudzić. Musisz spojrzeć na miejsce obok siebie i wtulić się w plecy Johna. Musisz pogłaskać się po wypukłym brzuchu i przywitać się z córcią, jak codziennie rano. Za pół godziny odbierzesz telefon od Thomasa i powiesz mu, że wszystko jest w porządku, a potem wysłuchasz jego zwyczajowej paplaniny. Następnie musisz zjeść wspólne śniadanie z tym wesołym, skrajnie nieromantycznym brunetem, którego tak kochasz, wziąć prysznic, ponarzekać, że nie możesz nosić ulubionych dżinsów i wyjść do pracy, póki jeszcze jakoś chodzisz, zamiast się toczyć. Dasz wykonać koleżankom rytuał głaskania brzucha, który wykonują, od kiedy stał się widoczny. Kilka godzin później wrócisz do mieszkania. Potem przyjdzie John, pocałuje cię na przywitanie i kucnie przed tobą, by przywitać się również z waszą córką. Wzruszysz się, chociaż już nie powinnaś. Zjecie coś i zalegniecie na kanapie przed jakimś filmem, ty wtulona plecami w jego klatkę piersiową, on głaszczący cię po brzuchu w miejscach, gdzie najmocniej kopie Mia. Jak zwykle zaśniecie i w środku nocy przejdziecie do łóżka, żeby nie wstać rano jak kaleki. Następnego dnia powtórzycie tę waszą małą rutynę, bo brakuje wam odrobiny spokoju. A to jest właśnie spokój. Spokój i szczęście, którego oboje do końca nie mieliście w ciągu swoich krótkich żyć.
To tylko sen. Obudź się. To tylko zły sen.
Uniosła powieki, a do oczu dotarło jasne światło szpitalnych jarzeniówek. Zapach leków drapał w nos. Ból rozchodził się po całym jej ciele i miała problem ze zidentyfikowaniem źródła. Skronie miała mokre, ale nie było jej gorąco. To łzy utworzyły sobie ścieżkę, po której stale płynęły, nawet, gdy spała. Ręka powędrowała do brzucha, który, choć nieco wypukły, zionął dziwną pustką.
- Gdzie jest Mia? - wychrypiała i ku swojemu zdziwieniu poczuła na ręce czyjąś dłoń. Delikatną i kobiecą, przyozdobioną srebrnym pierścionkiem z różowym oczkiem. Dłoń którą oglądała całe życie, aż do momentu, gdy machała jej na pożegnanie po odprawie na Stansted.
- Ćśś... Odpoczywaj – wyszeptała Helena i drugą ręką pogłaskała Olivię po głowie.
- Mamo, gdzie jest Mia... - wydusiła, patrząc na swoją matkę pustymi oczami.
- Kochanie, tak mi przykro... Była zbyt malutka, by sobie poradzić – odparła kobieta i zamrugała, by łzy mogły spłynąć po jej policzkach.
Świat stanął w miejscu. Nie było już nic. Kompletnie nic.
I choć tym razem nikt nie wyszedł ze szpitalnej sali, a Olivia nie mogła się zmusić, by uciec, historia zatoczyła koło.


Mia Daniels
największe szczęście, któremu nie dane było uszczęśliwiać




[Wiem, jestem potworem]

14/03/2018

2062. Masters of being fucked up


Królowa Katastrofy i Inspektor Gadżet

przedstawiają
Super szybką, spontaniczną notkę, gdzie każdy dostaje po twarzy, Sebastian nazywany jest od najgorszych i okazuje się niezbyt wspaniałomyślnym gliną, a Olivia wtrąca się w nie swoje sprawy, przez co kończy ze śliwą pod okiem oraz przykuta do słupa razem ze swoim partnerem. Enjoy!
Taksówkarz zatrzymał się przy wyjątkowo starej kamienicy, oddalonej od centrum miasta o jakieś dobre trzydzieści kilometrów. Sebastian rozejrzał się dookoła, wypatrując jakiejkolwiek żywej duszy, jednak jedyne co rzuciło mu się w oczy to miejscowe malowidła na budynku, ostrzegające każdego przed wejściem do środka. Westchnął, niezbyt pewien okolicy, do której właśnie dojechali. Przecież nie mógł się pomylić. To właśnie tutaj doprowadziły go wszelkie ślady i poszlaki, które zdążył zebrać badając całą sprawę. Kamienica pod którą podjechali stanowiła centrum terenu na którym poruszał się kartel narkotykowy, a do tego wszystkiego, ktoś niedawno dał im znać, że to właśnie tutaj widziano samochód, który pojawiał się przy najlepiej prosperujących miejscach zbytu.
— Jest pan pewien, że to tutaj? — spytał niepewnym głosem taksówkarz, jakby sam bał się stawać w tak opustoszałej okolicy.
Murillo kiwnął delikatnie głową, chociaż wcale nie był przekonany co do tego miejsca. Jednak wiedział, że musi je sprawdzić, nawet jeśli okazałoby się jedynie kolejnym, ciemnym zaułkiem ze zdechłymi szczurami i śmieciami sprzed dziesięciu lat. Miał zamiar powstrzymać krążący po Nowym Jorku gang. Ten, który sprzedawał te śmieci każdemu, kto nawinął im się na palec na zwykłej imprezie czy nawet ulicy. Tak, oni byli na tyle bezczelni żeby robić to pod samym nosem gliniarzy i uciekać, kiedy tylko nadchodziło niebezpieczeństwo. Kilka morderstw na koncie, pozbywanie się konkurencji, no i przemyt nielegalnych towarów, czyli wszystko to co powinien w swojej historii zawierać kartel narkotykowi. A przynajmniej tak to wyglądało w Nowym Jorku.
Wyciągnął z kieszeni czterdzieści dolarów i rzucił na siedzenie zaraz obok kierowcy, dziękując grzecznie za przejazd oraz dając mu do zrozumienia, aby resztę zatrzymał dla siebie. Sebastian pospiesznie wyczołgał się z samochodu, po czym ruszył w kierunku starej kamienicy, coraz bardziej obawiając się tego co tam znajdzie. A przecież istniały tylko dwie opcje. Albo nie znajdzie nic, albo coś co wreszcie pozwoli mu zakończyć tę cholerną sprawę.
Przełknął głośno ślinę, stając dokładnie przed drzwiami wejściowymi. Kiedy tylko miał nacisnąć klamkę, poczuł jak ktoś łapie go za ramię, przez co podskoczył w miejscu i pospiesznie się odwrócił, automatycznie cofając się w tył. Jednak drewno drzwi, najwyraźniej mocno przestarzałe, pękło pod jego ciężarem, otwierając przejście do środka. Murillo stanął na jednej nodze, gdy jego ciało zaczęło kiwać się w przód i w tył. I kiedy myślał już, że utrzyma równowagę, runął do tyłu, klnąc pod nosem jak na policjanta przystało. Wyraźnie zdenerwowany, zacisnął zęby i poprawił włosy, teraz pełne kurzu oraz drobinek drewna, po czym spojrzał na stojącą przed nim dziewczynę. W tej chwili naprawdę nie był zadowolony, że ją widzi.
— Co ty tu kurwa robisz? — spytał, wyraźnie wściekły i delikatnie niezadowolony przez fakt, że to przez młodą dziennikarkę wylądował na zimnym cemencie. — Jaja sobie robisz? I... Czy ty mnie śledzisz? Naprawdę tak bardzo zależy ci na dobrej historii do tego Twojego radyjka? Jestem bardzo zły i niepocieszony!
— Tak, Sebastian, jesteś moim całym, cholernym życiem — wywróciła oczami i pokręciła głową. — Nawet jeśli, ktoś z twoim doświadczeniem powinien się skapnąć, że śledzi go gówniara.
Pospiesznie wstał z miejsca, czując jak zimno podłogi powoli przeszywa jego ciało, sprawiając, że wszystkie włoski na ciele stanęły nagle dęba. Otrzepał się z kurzu, po czym zakaszlał niczym ten stary dziad, który powoli umiera od swojego papierosowego nawyku. Teraz kurz pomieszczenia był niemal wszędzie. Na jego kurtce, dżinsach, włosach, w nosie i w buzi. Westchnął, wyraźnie niepocieszony towarzystwem dziewczyny, po czym wyprostował plecy, próbując sobie wmówić, że wcale nie czuje bólu w kościach.
— Idź sobie, dobrze ci radzę — powiedział, zaraz odwracając się do niej plecami i wchodząc do środka kamienicy, przez dziurę, którą sam przed chwilą zrobił.
— Chciałbyś, co? Po moim trupie, panie policjancie — odpowiedziała pospiesznie, dając mu tym samym do zrozumienia, że nigdzie się nie wybiera.
Opuścił ramiona, zrezygnowany zachowaniem dziewczyny. Doskonale słyszał jak idzie za nim. Jak stawia cicho kroki, jakby bała się, że jeszcze ktoś ich usłyszy, chociaż przed chwilą Sebastian wywołał lawinę stukotu na całą okolicę. Naprawdę nie rozumiał jakim cudem ta dziewczyna jest tak zawzięta. Chociaż jej stan nie pozwalał na wiele, ona i tak robiła swoje, cały czas znajdując się w centrum wydarzeń, próbując pospiesznie wyłapać świeżą sensację, z którą mogłaby wreszcie spokojnie dać do radia coś swojego. W jakimś stopniu to rozumiał. W końcu to właśnie była jej praca. Jednak Sebastian i tak miał dziennikarzy już zwyczajnie dosyć. Ich ciągłego przeszkadzania, wtrącania się w nie swoje sprawy. Czasem zastanawiał się czy bez nich społeczeństwo żyłoby w chorym kłamstwie, czy może chociaż raz poczuliby się bezpiecznie we własnym mieście.
— Zdajesz sobie sprawę z tego, że to niebezpieczne? — spytał, dalej próbując otrzepać się z osiadłych na ubraniach drobinek kurzy. — Żeby nie było, że cię nie ostrzegałem
— Kpię sobie z niebezpieczeństwa — mruknęła, przywołując tym samym cytat ze swojej ulubionej bajki.
Stanął w jednej chwili, podnosząc rękę do góry, aby Olivia przypadkiem nie wpadła prosto w jego plecy. Usłyszał jak dziewczyna się zatrzymuje, kiedy roznoszący się po pomieszczeniu stukot butów ucichł w jednej chwili. Teraz jedynie brzęczący gdzieś w oddali wentylator zdawał się przeszywać ciszę tego miejsca. Sebastian skrzywił się w jednej chwili, kiedy do jego nosa dotarł specyficzny zapach siarki. Skręcił w pokój na lewo, skąd jak mu się wydawało, pochodził nieprzyjemny odór. Ostrożnie i wolnym krokiem przybliżył się do ramy drzwi i kiedy zauważył, przez małe, szklane okienko, że nie ma nikogo w środku, wszedł przy akompaniamencie otwieranej starej, metalowej blachy.
Nieprzyjemny zapach kumulujący się w małym pokoju od razu uderzył nozdrza. Sebastian przyłożył dłoń do nosa, wchodząc do pokoju i stając na samym środku. Rozejrzał się dookoła, zauważając pułki zasypane wszelkiej maści opakowaniami i butlami oraz stojące zaraz obok niego biurko. Skręcił w prawo, stając zaraz przed drewnianym blatem, na którym leżała zardzewiała skrzynka. Murillo bez chwili namysłu pociągnął za wieko, jednak zaraz zaprzestał wszelkich starań, kiedy tylko zdał sobie sprawę, że stojące przed nim pudło jest szczelnie zamknięte. Przeszukał wszystkie zakamarki biurka, jednak kiedy nic nie udało mu się znaleźć, Olivia stanęła zaraz obok niego, znów niemal przyprawiając go o zawał.
— Myślałam, że uczą detektywów jak radzić sobie z takimi zamkami. Chociaż nie, pewnie za każdym razem kazali po prostu wykopać drzwi, co? — spytała, uśmiechając się półgębkiem.
Niezadowolony, skrzyżował ręce na klatce piersiowej, dokładnie przypatrując się dziewczynie. Olivia wyjęła z kieszeni płaszcza wsuwkę, po czym sprawnie ją wyprostowała, tworząc z niej wystarczająco równy kawałek metalu. Wreszcie włożyła ją do zamka i chwilę ruszając nią we wszystkie strony, stała tak, próbując otworzyć stojącą przed nimi skrzynkę. Wreszcie jednak usłyszeli jak zamek przekręca się i pełna dumy dziewczyna, odwróciła się w jego stronę, uśmiechając się szeroko.
— Nieźle — powiedział Sebastian, otwierając pospiesznie skrzynkę. — W sensie jak na dziewczy... Okej, to nie jest fajne — detektyw skrzywił się zaraz po tym, kiedy zauważył co znajduje się w środku. — Obrzydliwe wręcz. Czego ja się właściwie spodziewałem...
— Czy to czyjś palec? — spytała dziewczyna, obserwując jak Sebastian bierze go do ręki.
— Owszem. I wiesz co, kobiecy do tego wszystkiego. Chcesz potrzymać?
— Wsadź go sobie w dupę najlepiej — odpowiedziała, wyraźnie niezadowolona jego zachowaniem.
— Tak mówiła do mnie niedoszła żona, kiedy krzyczałem z innego pokoju, że chcę banana do pracy. A naprawdę lubię banany. W każdym razie... — przerwał, wyciągając z kieszeni małą, foliową torbę. Wrzucił do niej palec, po czym zamknął ją pospiesznie i schował, jakby sam miał dosyć patrzenia na martwy kawałek ciała. — Chociaż mamy jakiś dowód.
— To jest chore — fuknęła dziewczyna, dalej przyglądając mu się z pewnym obrzydzeniem. — Jesteś chory.
Sebastian wzruszył jedynie ramionami, słysząc komentarz kobiety. Olivia oddaliła się od niego wolnym krokiem, zbliżając się do leżącej na przeciwnej ścianie półce, pełnej zardzewiałych narzędzi i przezroczystych worków. Skrzywiła się szybko, gdy poczuła dolatujący do niej zapach. Po chwili sunęła już palcem po drewnianym regale, zbierając żółty proszek wysypujący się z opakowań. Dokładnie mu się przyjrzała, sprawdziła dwoma palcami grubość ziarenek i przybliżyła go do twarzy, jakby chciała się przekonać czy nie znalazła przypadkiem źródła tego specyficznego zapachu. Zaraz jednak pospiesznie oddaliła dłoń, próbując zrzucić z palców resztki proszku.
— Co to je... — miała spytać, jednak Sebastian przerwał jej w odpowiedniej chwili.
— Siarka. Zapach było czuć już na korytarzu. Wiesz, to bardzo dobrze się pali — odpowiedział, podchodząc w jej stronę.
I kiedy chciał już wyjść z ciasnego pomieszczenia, do jego uszu dotarły niewyraźne rozmowy. Głębokie głosy odbijały się od ścian za drzwiami, z każdym krokiem nieznajomych stając się coraz bardziej głośniejszymi. Olivia miała już spytać detektywa o co dokładnie chodzi, jednak ten uciszył ją pospiesznie, przykładając palec do ust. Stali jeszcze chwilę w miejscu, kiedy Sebastian próbował wyłapać gdzie mniej więcej znajdują się nadchodzący nieznajomi. Szybko złapał dziewczynę za rękę, ciągnąc ją do ściany obok, gdzie nikt nie mógł ich zauważyć w małym okienku drzwi.
Murillo otworzył delikatnie wejście, próbując nie wywoływać przy tym żadnych, niepotrzebnych dźwięków. Wysunął głowę i rozejrzał się dookoła, aby upewnić się co mogło im zagrozić. Jednak usłyszane przed chwilą rozmowy ucichły jakby po drugiej stronie, co mogło wskazywać jedynie na to, że nieznajomi ominęli pokój, w którym znajdowali się intruzi. Sebastian odetchnął, wyciągając w tej samej chwili broń z kabury przy pasku. Odblokował naładowany już dawno pistolet, po czym otworzył szerzej wejście do pokoju, aby mogli wreszcie wyjść na korytarz.
— Przysięgam, gdybyśmy tak szybko dali się złapać, uznałbym to za najgorszą akcję w moim wykonaniu — oświadczył, stając na samym środku korytarza i wpatrując się w wychodzącą z pokoju dziewczynę. Opuścił ręce, rozluźniając całkowicie całe ciało. — A mało akcji wychodzi mi źl...
— Ty idioto! — wykrzyknęła zdenerwowana dziewczyna, wpatrując się w przestrzeń za jego plecami.
Zanim Sebastian zdążył się odwrócić, ktoś chwycił go od tyłu za gardło, tworząc na jego karku dźwignię i próbując zwalić go z nóg. Stojąca przed nim dziewczyna, zaczęła powoli oddalać się w tył, jednak kiedy tylko spojrzała w stronę wyjścia, pięść drugiego osiłka wylądowała na jej twarzy, tym samym powalając ją na ziemię. Murillo warknął wściekle, gdy Olivia odbiła się od zimnego betonu. Pospiesznie przybliżył dłonie w okolice ręki napastnika, bezskutecznie próbując wyrwać się z silnego uścisku. Dopiero gdy doszło do niego, że nie ma żadnych szans z siłą przeciwnika, wycelował swoim pistoletem ślepo w podłogę, mając jedynie nadzieję, że pocisk trafi w wyznaczone przez niego miejsce. Wystrzał przytłumił głośny krzyk stojącego za jego plecami osobnika. Nieznajomy pospiesznie rozluźnił mięśnie, kiedy cały ból w jednej chwili zaczął kontrolować się w okolicach jego prawej stopy. Sebastian rozdzielił dźwignię napastnika i oddalił się od niego o parę kroków, aby zauważyć jak ten podskakuje w miejscu na jednej nodze, kiedy próbuje zatamować dłońmi ranę na stopie.
— Pierdolony dupku! — wykrzyczał w stronę przestępcy, po czym odwrócił się za siebie, aby sprawdzić jak radzi sobie dziewczyna.
I chociaż był niemal pewien, że znajdzie ją dalej leżącą na ziemi, ta stała naprzeciwko swojego wroga w pozycji boksera. Podskakiwała jeszcze chwilę w miejscu, kiedy ten wolnym krokiem zbliżał się w jej stronę. Kiedy jednak był już wystarczająco blisko, Olivia wycelowała swoją nogą prosto w kroczę napastnika. Pewnie nieznajomy wiłby się teraz z bólu, gdyby w ułamku sekundy nie zatrzymał jej ciosu, chwytając tym samym dziewczynę za kostkę. Kowalewski spojrzała na niego ze zdziwieniem w oczach, a on, dalej uśmiechając się półgębkiem, rzucił kończyną w swoje lewo, znów odsuwając kobietę na bok.
Sebastian pospiesznie wycelował w jego stronę, mając go w tej chwili na muszce. Mężczyzna, zauważając jak detektyw mierzy do niego z broni, podniósł do góry ręce w akcie poddania się, jednak jego wyraźnie denerwujący uśmiech dalej objawiał się na okrągłej, pulchnej twarzy. Kiedy tylko Murillo zaczął powoli kierować się w jego stronę, zraniony w stopę osiłek wyskoczył zaraz obok niego, uderzając go prosto w prawy policzek. Sebastian pod wpływem siły uderzenia, odleciał kilka metrów w bok, przysuwając wolną rękę do swojej twarzy. I kiedy już miał znów powrócić do walki, nie zdążył nawet wyprostować pleców, kiedy poczuł jak twardy metal odbija się od jego czaszki. Nieprzytomne ciało padło na podłogę, pozostając w bezruchu. 
Dmuchnęła w przydługą, kręconą grzywkę, a gdy to nie przyniosło efektu, spróbowała odrzucić ją za pomocą samej głowy. Jedyne, co jej się przy tym udało, to przydzwonić potylicą w słup na tyle mocno, że zgrzytnęły jej zęby. Jęknęła cicho, gdy tępy ból rozlał się w miejscu uderzenia, żałując, że nie może nawet rozmasować skóry. Skute z tyłu dłonie w niczym nie pomagały, a i bezwładne ciało Sebastiana opadające z jednej strony na jej plecy też nie było zbyt wygodne w tej sytuacji.
— Obudź się, Inspektorze Gadżet — warknęła, trącając go łokciem w żebra, najpierw delikatnie, ale w następnego kuksańca włożyła więcej siły. Niepotrzebny był jej nieprzytomny facet, zwłaszcza, że w jej blond główce krystalizował się już plan ucieczki. — Kurwa, Sebastian, wstawaj! — powiedziała nieco głośniej i po raz kolejny uderzyła go w bok. Do jej uszu dotarł cichy jęk i odgłos gramolenia się, zapewne bliżej słupa, bo i tak nie mieli większego pola manewru. — Nareszcie księżniczka raczyła się obudzić — mruknęła bardziej do siebie, niż do niego i z ciężkim westchnieniem odchyliła głowę do tyłu. 
Była wściekła, choć to za słabe słowo na opisanie towarzyszących jej w tej chwili emocji. Miała ochotę roznieść to pomieszczenie w drobny mak, a sam wygląd piwnicy, w której się znaleźli, tylko potęgował to pragnienie. Żółto-brązowe, obdrapane ściany, metalowe drzwi, które powoli zjadała rdza, podłoga ze zwykłej betonowej wylewki, gdzieniegdzie ślady krwi, prawdopodobnie przeoczone podczas sprzątania. I smród. Niewyobrażalny smród, który wżerał się aż do wnętrza czaszki. Gdyby nie adrenalina, Olivia pewnie już dawno wymiotowałaby gdzieś w kącie.
Choć nie wykluczała, że wkrótce się to stanie, zważywszy, że hormon ucieczki powoli opadał. Do jej mózgu powoli docierały bodźce bólowe, z których istnienia dotychczas nie zdawała sobie sprawy. Czuła, jak z kącika warg sączy się krew, lewe oko nieznośnie pulsowało i mogłaby przysiąc, że zęby po prawej stronie stały się dziwnie chwiejne. Miała ochotę utłuc tych damskich bokserów, ale pozostało jej tylko dziękować wszelkim nieistniejącym bogom, że nie celowali w brzuch.
— Masz kluczyk do kajdanek? — spytała cicho, ale nie na tyle, by Sebastian jej nie usłyszał.
— Co się stało? — odpowiedział pytaniem na pytanie, a Olivia wywróciła oczami. Nie było czasu na opowiadanie całej historii.
— Masz, czy nie? — ponowiła pytanie i zacisnęła zęby, by nie zacząć się na niego drzeć, żeby się ogarnął.
— Mam. Na dupie — wymamrotał Murillo. Czuła, jak porusza ich nadgarstkami, zapewne, żeby sprawdzić, jak bardzo byli w tej sytuacji bezradni.
— Wyjmiesz go, czy sama mam to zrobić? — rzuciła nieco ostrzej niż zamierzała i odepchnęła się nogami od ziemi, by przysunąć się jeszcze bliżej słupa i przycisnąć do metalu całe plecy. Przy okazji sięgnęła dłońmi do tyłu, przygotowując się na małą porcję gimnastyki związanej z wyjmowaniem kluczyka. — Jeśli myślisz, że nie zrobię tego tylko dlatego, że będę musiała przy okazji cię zmacać, to się grubo mylisz. Lojalnie cię ostrzegam — mruknęła.
Wygięła się, gdy sięgnął dłońmi do kieszeni spodni. Zabolały ją pociągnięte nieco zbyt gwałtownie ramiona, ale nie pisnęła nawet słówkiem. To nie był dobry moment na granie wrażliwego dziewczątka.
— Współpracuj — warknął mężczyzna, a Olivia prawie zakrztusiła się powietrzem z oburzenia.
— Zamknij twarz. Gdybyś nie był ofiarą losu, nie bylibyśmy tutaj! — jęknęła, ale posłusznie dała pociągnąć swoje posiniaczone już nadgarstki jeszcze bardziej. Chwilę później usłyszała ciche kliknięcie, a jej ręka opadła bezwładnie na posadzkę. Po następnych kilku sekundach to samo stało się z drugą ręką. Blondynka odetchnęła głęboko i rozmasowała obolałe przeguby.
— Gdybyś nie była głupia, nie byłabyś głupia — fuknął brunet i Olivia odwróciła się gwałtownie, patrząc ze złością na jego, jak się okazało, kolana. Chyba szybko wrócił do żywych, skoro teraz stał nad nią, wyciągając dłonie, żeby pomóc jej wstać. Kowalewski skorzystała z okazji i zaraz potem otrzepywała materiał spodni z kurzu. Tak, spodni, nie kurtki, bo kurtki została pozbawiona przed przykuciem jej nadgarstków do nadgarstków policjanta. Liczyła, że kiedy się wydostaną adrenalina zrobi swoje i nie będzie odczuwała takiego zimna, jakie sobie wyobrażała. 
O ile w ogóle się wydostaną. 
— Ile ty masz lat, pięć? — mruknęła i skierowała swe kroki pod ścianę, gdzie spojrzała w górę na niewielkie okno.
— No, więcej niż ty. Przynajmniej na tyle, że ogarnąłem podstawowe działanie antykoncepcji — prychnął, a Kowalewski po raz kolejny zmierzyła go zniesmaczonym i urażonym spojrzeniem.
— Czy ty czasami milczysz? Poza tymi przypadkami, kiedy jesteś nieprzytomny...
— Nie. Ale się nie przyzwyczajaj. Jeśli wyjdziemy stąd żywi, sam cię ukatrupię i nic już nie usłyszysz.
W odpowiedzi wywróciła jedynie oczami i po raz kolejny spojrzała na niewielkie okienko. Przez chwilę zastanawiała się, co z tym zrobić, aż w końcu podeszła do słupa, obok którego wciąż leżały kajdanki i bez wahania rzuciła nimi mocno, zbijając szybę. Hałas rozszedł się po pomieszczeniu, a w obecnych warunkach jego natężenie można było spokojnie porównać ze startującym samolotem. Usłyszeli w oddali kroki i jednocześnie spojrzeli na zardzewiałe drzwi.
— Podsadź mnie! Szybko! — pisnęła, a gdy Sebastian uformował ze swoich rąk podnóżek, bez wahania oparła na nim stopę i wciągnęła się za niewielki parapet. Znalazłszy się na zewnątrz, podała ręce brunetowi, żeby pomóc mu się wydostać, ale jedyny efekt był taki, że wypuściła ze świstem powietrze i wytrzeszczyła oczy. — Ja pierdolę, Murillo, masz zakaz jedzenia serników — jęknęła i spróbowała jeszcze raz.
— Jak upuszczą ze mnie krwi, będę lżejszy, nie martw się — prychnął, gdy wydostał się na zewnątrz.
W tym samym momencie metalowe drzwi się otworzyły, a barczyste osiłki wpadły do pomieszczenia.
Z braku innych opcji, Kowalewski i Murillo rzucili się do ucieczki, zostawiając za sobą siarczyste przekleństwa mężczyzn.
Wbiegłszy w ciemny przesmyk między dwoma budynkami, Olivia oparła dłonie na swoich kolanach, pochylając się tym samym do przodu i oddychając głęboko. Do kondycji olimpijki było jej daleka, zwłaszcza, że ze sportem od zawsze była na bakier, ale adrenalina napędzała ją na tyle, że nie czuła się jeszcze, jakby miała za chwilę paść na zawał.
Wrzasnęła, gdy do jej uszu dotarł huk pierwszego wystrzału, zaś spojrzenie padło na żebra po prawej stronie Sebastiana, gdzie materiał koszuli w mgnieniu oka stał się zdecydowanie ciemniejszy, niż był w oryginale. 
Brunet jedynie zamrugał i znowu rzucił się do ucieczki, a nie mając innego wyjścia, dziewczyna ruszyła za nim.
Nie wiedziała, ile czasu minęło, zanim zgubili dwóch osiłków i znaleźli się na niego bardziej ruchliwej ulicy. W pierwszej chwili umknął jej uwadze nawet fakt, że Sebastian oparł się o stojący najbliżej budynek i osunął się po nim, zostawiając na zimnej, szarej ścianie krwawy ślad.
A potem wszystko przyspieszyło. Dopadła do niego, zaciskając drobne, trzęsące się dłonie na obydwu ranach, wlotowej i wylotowej. Prosiła przechodniów, żeby ktoś im pomógł, ale widząc ich stan zapewne twierdzili, że mają do czynienia z przestępcami i po prostu szli dalej. W końcu ktoś jednak zobaczył w Olivii przerażoną dziewczynę, a nie seryjną morderczynię i wezwał karetkę. A nawet dwie, choć nie czuła się jak osoba, która potrzebuje jakiejkolwiek pomocy medycznej.
To Sebastian jej potrzebował. Już, teraz, natychmiast.
— Nie zasypiaj! — wrzasnęła, słysząc w oddali syreny i potrząsnęła mężczyzną, jednak na tyle, by nie uszkodzić go bardziej.
— Zamknij twarz — wymamrotał, ale nie była pewna, czy to właśnie te słowa padły z jego ust, zanim głowa opadła luźno na ramię. 
— Wstawaj, Gadżet, kurwa mać! Nie zostawiaj mnie! — wyjęczała, a piekące łzy przesłoniły jej wzrok. Zdążyła przyzwyczaić się do jego obecności w swoim życiu i ani myślała dawać teraz umierać jednej z niewielu tak bliskich jej osób. Choć w myślach czasami życzyła mu, żeby przejechała go ciężarówka lub żeby ktoś z kolegów detektywów spuścił mu potężny łomot, nie przewidziała, że wszechświat odbierze te prośby na poważnie.
Poddając się coraz większej panice, kolejny raz potrząsnęła Sebastianem, tym razem na tyle mocno, że otworzył oczy i spojrzał na nią nieprzytomnie.
— Możesz przestać mną potrząsać, uszanuj moją ostatnią prośbę.
— Nie waż się znowu mdleć, bo nawet w piekle będę cię za to dręczyć! — warknęła i uniosła nieznacznie jedno ramię, by otrzeć z twarzy łzy. Charakterystyczne sygnały karetki rozbrzmiewały coraz bliżej i mimo, że Olivia z całego serca nienawidziła tego dźwięku, nie mogła być bardziej szczęśliwa.
Gdyby mogła, wpadłaby razem z sanitariuszami na blok, ale ktoś, nie zarejestrowała kto, zatrzymał ją tuż przed wejściem, zamykając w uścisku swoich silnych ramion. Wciąż cała się trzęsła, głośno płacząc, ale to akurat w tym momencie zdawało się do niej nie docierać. Nie wiedziała też, że całe ręce, ubranie i część twarzy pokryte miała krwią. Nie swoją, ale ten obraz po wszystkim i tak miał prześladować ją zarówno w snach, jak i na jawie.
Ten ktoś, kto do tej pory przyciskał jej ciało do swojego ciała, po jakimś czasie zaprowadził ją do sali segregacji, gdzie pielęgniarka zajęła się rozciętą wargą i podbitym okiem. Ten ktoś po założeniu dwóch szwów i odkażeniu pozostałych ran przykrył ją kocem, pytając, czy wszystko w porządku.
Ale Olivia nie umiała odpowiedzieć. Potrafiła jedynie siedzieć i wbijać nieobecne spojrzenie w przeciwległą ścianę. Czas tym razem zdawał się zatrzymać. A ruszył w momencie, gdy ten ktoś powiedział, że będzie dobrze.
Wszystko go bolało. Każdy kawałek skóry, każda kończyna. Nie chciał otwierać oczu, będąc niemal pewnym, że nawet samo podniesienie powiek przeciągnie przez całe ciało falę bólu. Ostatecznie jednak postanowił nie słuchać zdrowego rozsądku, przez co ujrzał śnieżnobiały sufit oraz jasną lampę, która raziła w oczy nieprzyjemną, zimną poświatą. Spróbował podnieść dłoń, chcąc przetrzeć zmęczony wzrok, jednak kiedy tylko miał pociągnąć ją w stronę twarzy, coś zatrzymało go w miejscu. Jeszcze raz szarpnął dłonią. Znów nic. Podniósł delikatnie głowę, by dojrzeć, że prawa ręką przyczepiona jest do stojącej zdecydowanie za daleko kroplówki. Spanikował jednak dopiero, kiedy zauważył wbitą w żyłę igłę. Zacisnął zęby, podniósł pospiesznie plecy i pociągnął drugą dłonią za przezroczystą rurkę, odczepiając się od worka z płynem. Igła jednak dalej pozostawała w jego ręce. Cholera, a przecież Sebastian Murillo nienawidził igieł.
Jedna z pielęgniarek szybkim krokiem przekroczyła próg pokoju najnowszego pacjenta, słysząc na korytarzu hałasy dochodzące zza drzwi. Spojrzała na Sebastiana, lekko zaskoczona i zmierzyła go dokładnie, jakby sama chciała wydedukować co mężczyzna tak właściwie próbuje zrobić. Dopiero kiedy wyrwał ze swojego ciała kolejną rurkę, kobieta podeszła do niego i złapała za ręce, próbując go powstrzymać. Murillo podniósł wściekły wzrok, gdy ta stanęła zaraz obok niego.
— Proszę pana — zaczęła pielęgniarka, jednak zaraz przerwała, kiedy detektyw spróbował wyrwać się z jej uścisku. — Proszę pana! Proszę się uspokoić! Potrzebuje pan tej kroplówki.
Kiedy jednak usłyszał jej głos, szybko przyłożył dłonie do uszu i zaczął coś podśpiewywać pod nosem.
— Nic nie słyszę — odpowiedział śpiewnie i dopiero gdy pielęgniarka zdjęła z niego swojego ręce, postanowił przejść do rzeczy. — Wyjmijcie mi to coś z ciała, bardzo proszę.
— Kiedy nie możemy tego zrobić, bo...
— Mam to gdzieś czy możecie, czy nie możecie — Murillo robił się coraz bardziej czerwony ze wściekłości. Naprawdę chciał się pozbyć tych igieł. — Nie chcę tego w sobie, a jako obywatel Ameryki, mam swoje prawa!
— Czy zdaje pan sobie sprawę z tego, że został pan postrzelony? — spytała kobieta, wyraźnie zirytowana jego zachowaniem. Złożyła ręce na piersiach, wpatrując się w niego złowrogim spojrzeniem. — Ledwo pan przeżył, więc chyba lepiej nie marnować pracy naszych lekarzy na marne!
— Pf, ledwo... — wyszeptał Sebastian, kręcąc oczami. — Zwykłe draśnięcie...
— Pan chyba siebie nie sły...
— Zresztą — przerwał jej, podnosząc do góry palec wskazujący. — Nikt się mnie nie pytał o zdanie czy w ogóle chcę być ratowany.
Pielęgniarka ścisnęła dłonie w pięści i zamknęła oczy, najwidoczniej próbując zatrzymać falę napływającej furii. Podskoczyła parę razy w miejscu, po czym wydała z siebie coś podobnego do dźwięku frustracji. Sebastian spojrzał na nią lekko zaskoczony i powoli opuścił palec, jakby bał się, że jakikolwiek gwałtowny ruch, włączy odliczanie do wybuchu stojącej przed nim bomby. 
— Dobra, wiesz co? Okej — powiedziała pielęgniarka i podeszła do pacjenta, aby zaraz wyrwać mu z dłoni igłę przy niewyobrażalnej sile.
Sebastian pisnął zdecydowanie za głośno. Złapał się za zranioną dłoń, próbując powoli rozmasować miejsce bólu. Kobieta odeszła od łóżka, powoli kierując się w stronę drzwi.
— A reszta? — spytał Sebastian, kiedy ta była już przy wyjściu. Nie dostając żadnej odpowiedzi, spojrzał zaraz w dół, zauważając, że ma na sobie jedną z tych szpitalnych koszul. Westchnął głęboko, po czym krzyknął, mając nadzieję, że usłyszy go pielęgniarka stojąca na korytarzu. — I czy mogę dostać piżamę, w której nie będę świecić tyłkiem?
— I tak nie ma na czym oka zawiesić — stwierdziła Olivia, przekraczając próg pomieszczenia. Z nią nie było tak źle, jak z Sebastianem. Jedynymi pamiątkami po feralnej zabawie w detektywa był blednący siniak pod okiem i wciąż piekąca, rozcięta warga. Nie wspominając o obrazach, które wciąż ją prześladowały. Wszędzie widziała krew policjanta, a zanim zmyła tę prawdziwą z rąk, minęła dobra godzina. Ubrania natomiast nadawały się wyłącznie do wyrzucenia. Tak samo, jak jej zwichrowana psychika. — Wyglądasz, jak gówno — skwitowała i postawiła na stoliku zawiniątko, które ze sobą przyniosła, po czym usiadła na niewygodnym krześle obok łóżka.
— Ty tak zawsze wyglądasz — odgryzł się mężczyzna, a Olivia uśmiechnęła się szeroko. Może i doprowadzał ją do szału takimi komentarzami, ale cieszyła się, że w ogóle je słyszy.
— Jak będziesz niegrzeczny, to nie dostaniesz sernika — spojrzała przelotnie na zawinięte w papier ciasto, a potem spoważniała. — Jak się czujesz?
— Jak ktoś, kto zarobił kulkę — odpowiedział, wzruszając ramionami. — Nie powiem, że bywało gorzej, ale nie jest tragicznie.
— Cieszę się, że nie umarłeś — westchnęła w końcu, choć przyszło jej to z niemałym trudem. Kowalewski nie była najlepsza we wszelkiego rodzaju wyznaniach, dlatego nie dopuszczała do siebie ludzi. Ale, szczerze mówiąc, gdyby miała poznać Sebastiana jeszcze raz, zapewne wplątałaby się w taką samą relację. Lubiła tego faceta, mimo że był niesamowicie wredny i uszczypliwy, a uzyskanie od niego jakichkolwiek informacji na interesujące ją tematy graniczyło niemal z cudem. 
— Cieszę się, że nie dałaś mi umrzeć — usłyszała w odpowiedzi i uniosła brwi, gdy poczuła jego palce na swojej dłoni. Nie przywykła do takiego zachowania z jego strony, ale odwzajemniła uścisk i uśmiechnęła się lekko, choć w tym uśmiechu nie było wesołości. Mimowolnie zaczęła się zastanawiać jak by to wyglądało, gdyby jednak karetka przyjechała za późno; czy byłaby w stanie jakoś sobie poradzić, gdyby brunet umarł jej na rękach. Gdyby nie odzyskał przytomności, kiedy go o to prosiła...
Chrząknęła i wyprostowała się, rozwiewając tę miłą, a przez to niepokojącą, atmosferę.
— Nie rób tego więcej. Dziwnie się czuję — mruknęła i wzdrygnęła się. Z ulgą zauważyła, że Sebastian zrobił to samo.
— Dawaj mi sernik, kobieto — zażądał, a blondynka prychnęła, wywracając oczami, po czym położyła na jego kolanach paczuszkę. Przez chwilę przyglądała się, jak odwija papier, a następnie mruczy pod nosem i po raz kolejny się uśmiechnęła. 
Przekręciła się na krześle, by pogrzebać w torbie zawieszonej na oparciu krzesła i wyjąć z niej telefon. Szybko znalazła w aplikacjach dyktafon i wyprostowała się, zakładając nogę na nogę.
— A teraz z wdzięczności za to, że gnałam po to ciasto aż na Bronx, odpowiesz mi na kilka pytań — oznajmiła, a Murillo jęknął głośno, choć dźwięk był nieco zniekształcony przez jego usta zapchane sernikiem.
Ale odpowiedział. Nie miał innego wyjścia. A Olivia, szczerząc się triumfalnie stwierdziła w myślach, że w końcu wygrała tę ich małą zabawę w „pytanie-nieodpowiedź”.
Hope the cringe didn't kill you!