Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lisa Wilder. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lisa Wilder. Pokaż wszystkie posty

17/02/2015

2005. Dentysta sadysta.

Robiło się coraz jaśniej. Mlecznobiała mgła zaczynała się powoli rozmywać ukazując szare, kamienne nagrobki w otoczeniu ciemnych drzew. Nie miała pojęcia co robi na cmentarzu. Nieopodal dostrzegła liczne zgromadzenie. Odbywał się czyjś pogrzeb. Podeszła bliżej, ale nie rozpoznawała żadnej twarzy. Czuła się nieswojo. W końcu dostrzegła kogoś znajomego. Stał po drugiej stronie niewielkiej trumny, która nie była jeszcze zakopana. Z rozmyśleń wyrwała ją mowa pogrzebowa.
- Zebraliśmy się tu aby pożegnać starego przyjaciela Iana. – zaczął pracownik domu pogrzebowego. Usilnie próbowała przypomnieć sobie jakiegoś Iana aż zorientowała się, że to właśnie do Iana należała ta znajoma twarz, którą przed chwilą dostrzegła. Nie znała go za dobrze, ale przynajmniej kojarzyła, w przeciwieństwie do tej całej scenerii.
- Znali się od kiedy skończył dwanaście lat i choć ich początki bywały bolesne, to dzielnie służył mu przez resztę swojego życia, wielokrotnie radząc sobie z niejednym trudnym orzechem do zgryzienia. – dodał z żałobnym wyrazem twarzy mówca. W tym samym czasie poczuła na sobie dziwne spojrzenie Iana. Było intensywne i gniewne. Coś jednocześnie podpowiadało jej uciekać, ale i zostać by dowiedzieć się o co chodzi. Nie wiedziała dlaczego był na nią zły. W zaistniałej sytuacji można wręcz nawet stwierdzić, że śmiertelnie zły.
- Był jeszcze taki młody. – po chwili milczenia wydusił z siebie Ian. - Ale nie, chciałaś wymienić go na lepszy model. – dodał jadowicie aż przeszły ją ciarki. Wyraźnie czuła, że jego słowa są kierowane do niej. Obwiniał ją o morderstwo? Zmieszała się. Kompletnie nie mogła sobie przypomnieć tego, kto niby miałby stać się jej ofiarą. Przecież była niewinna. Prawda?
- Uznałaś, że się psuł i źle na mnie wpływał. Niby zaszło to tak daleko, że nic nie mogło go już uratować. Było za późno, a ja tylko dalej bym cierpiał. – powiedział ściszając swój przepełniony bólem głos. Zmarszczyła brwi w jeszcze większej dezorientacji. Nie znała jego znajomych. Jak i samego Iana. Nie wyglądało to jednak na jakiś żart. On był przeraźliwie poważny.
- Zabiłaś go! – krzyknął robiąc krok w jej stronę, a ona tym samym krok w tył. - Stał się taki siny. W dodatku nie chciałaś dać mi czasu by się z nim pożegnać. Bo niby dalej byłoby to dla mnie toksyczne. Stwierdziłaś, że tak łatwo można zastąpić starego przyjaciela czymś nowym, co nawet nie należy do mnie. Tamten nie chciał nic w zamian. On był prawdziwy, a za tą nową „przyjaźń” muszę jeszcze płacić. A ból nie minął. Nie mogę spać, nie mogę jeść. Mój drogi, drugi przedtrzonowcu… - rzekł z obłąkanym spojrzeniem robiąc kolejny krok w jej stronę by po chwili, nienaturalnie szybko znaleźć się tuż przed nią. Była zszokowana.
- Nie… To niemożliwe… - pokręciła głową. -  To jakiś koszmar. To nie miał być drugi przedtrzonowiec! Przecież kanałowo leczyłam pierwszego trzonowca! – odpowiedziała stanowczo. Nie mogła się przecież aż tak pomylić.
-  Jesteś pewna? – spytał patrząc na nią szalonym wzrokiem spode łba i otworzył buzię ukazując jej błąd. Jego twarz zaczęła niebezpiecznie szybko się do niej zbliżać stając się coraz większa i większa, aż miała wrażenie, że zaraz ją pochłonie i znajdzie się jak Pinokio z Dżepettem we wnętrzu wieloryba.
- Aaaaaa!!! – krzyknęła zrywając się z łóżka. – Durny koszmar. – skomentowała pomrukując i przenosząc wzrok na zegarek. – Durny, ale przynajmniej mnie obudził. – dodała widząc, że nie ma zbyt wiele czasu.

W korytarzu czekało już kilku pacjentów. Większość z nich widocznie nie śpieszyła się na fotel. Jeden z nadmierną uprzejmością przepuszczał drugiego byleby tylko odłożyć swoją kolej na później, jak gdyby chcąc dać sobie więcej czasu by być może pożegnać się z rodziną czy spisać testament. Wizyta u stomatologa u wielu wywoływała panikę. Zresztą często i słusznie. Czasem wyglądało to tak jakby dentysta wybierał się bardziej na ryby, naprawę samochodu czy remont mieszkania. Dziwne wiertełka, kleszcze, haki, skalpele, igły, oślepiająca lampa. Istny fotel tortur. Aż ciśnie się na myśl pytanie: „Czy oby wyjdę stamtąd żywy?”. Brakowało tylko jeszcze czegoś do skrępowania kończyn delikwenta by nie mógł ruszyć ani ręką ani nogą. Do tego oczywiście stomatolog – kwalifikowany kat w fartuchu z przyłbicą by krew nie opryskała jego twarzy.
Zaprosiła na fotel pierwszą osobę. Lary był młodym mężczyzną aktualnie przypominającym pandę bądź szopa pracza, który zapewne posiadał dwie wersje tego co mu się stało. Tą oficjalną i tą prawdziwą. Miał opuchniętą twarz i dwie śliwy pod oczami. Bardzo malowniczy widok, aż mienił się kolorami.
- Wiem co pani teraz sobie o mnie myśli. – wymamrotał stając się jeszcze bardziej czerwony. Widocznie był zawstydzony. Na jego miejscu pewnie nie czułaby się lepiej, a raz miała okazję przekonać się jak to jest mieć podbite oko. Mimo wszystko dobrze to wspomina, bo przeciwnik miał podbite i drugie do kompletu. Dzieci czasem lubią się tłuc, to je uspokaja. Z resztą nie tylko dzieci.
- Wątpię. – odpowiedziała z minimalnym uśmiechem. Właściwie to było jej go trochę szkoda.
- Przewróciłem się na chodniku… - zaczął, ale widząc iż jego historia nie brzmi jeszcze jak powinna zaraz się poprawił. – Szedłem sobie aż tu nagle patrzę płytka, a ona na mnie i w jedno oko i w drugie oko i… I w zęby. Może trudno w to uwierzyć, ale przed tym zajściem miałem ich więcej. – dodał sepleniąc, choć i tak bardzo dobrze sobie radził. Widząc jej rozbawione spojrzenie, a następnie minę, która wyraźnie poddawała wątpliwości ową opowieść westchnął poddając się.
- Wiem, ciężko w to uwierzyć, dlatego to ubarwię. Wydarzyła się bójka.
- Jak to mówi słynne powiedzenie: Gdzie dwóch się bije tam dentysta korzysta. – odparła z lekkim uśmiechem. Nie zamierzała go oceniać ani ciągnąć za język. Wolała obrócić to w żart, jak on.
- Właściwie było nas trzech. – dodał z szerokim uśmiechem ukazując swój problem. Rozchwiany górny siekacz przyśrodkowy, brak bocznego. Wyglądał doprawdy uroczo. Wiedziała tylko, że nie może się zaśmiać. Jego to z pewnością nie śmieszyło. Widząc jej minę zaraz przysłonił uzębienie wargami.
- Jeszcze lepiej. Wszyscy tu są? Powinnam wam podziękować, bo dajecie nam pracę. – rzuciła poklepując go po ramieniu, po czym zaczęła zakładać rękawiczki.
- Przykro mi, ale tylko ja. A więc to pani będzie dziś moim oprawcą? – rzekł już bardziej pewny siebie. Krótka rozmowa przeważnie pomagała się im uspokoić i rozluźnić, a to bardzo pomagało jej w pracy. Nie było bowiem nic gorszego niż przerażony pacjent. Tacy mogą zrobić wiele dziwnych rzeczy jak, na przykład ugryźć, a nie wiadomo czy był szczepiony. Stomatolog to w gruncie rzeczy nie jest taki bezpieczny zawód.
- Oprawcą? Robimy bez znieczulenia? – spytała z uśmiechem zabawnie poruszając brwiami. Wyglądała tak jakby naprawdę lubiła się pastwić nad tymi biednymi ludźmi. Wbrew pozorom nie sprawiało jej to przyjemności. Lary szybko pokręcił przecząco głową szukając na wszelki wypadek drogi, którą mógłby się ewakuować. Jeszcze nie było za późno. Jeszcze mógł wziąć nogi za pas.
- Dobrze. Proszę powiedzieć ‘Aaa…”. – poleciła by dokładnie obejrzeć zęby. Pacjent dostał znieczulenie. Rozchwianą jedynkę wprowadziła na swoje miejsce. Przymocowała ją szyną do stabilnie osadzonych zębów i rozpoczęła leczenie endodontyczne. Z dwójką było trochę gorzej. Lary nie znalazł jej po bójce. Jeśli znajdzie pod poduszką jakiś pieniążek może śmiało podejrzewać, że podwędziła go Wróżka Zębuszka. Mimo wszystko tą transakcję Ian raczej uzna za niezbyt udaną. Pozostawało mu więc wstawienie implantu bądź wybicie dodatkowo czterech zębów i częściowa proteza, która była tańsza. Mężczyzna wolał mieć jednak gest i więcej własnych zębów, co było do przewidzenia. Teraz musiał umówić się na kolejną wizytę. Jeszcze czterech pacjentów i była wolna.

Nie była pewna czy wyjazd do Nowego Yorku okaże się dobrą decyzją, ale zaczynanie czegoś nowego okazało się łatwiejsze niż pozostanie w starym. Przynajmniej czuła, że nie stoi już w miejscu, że ruszyła na przód, gdziekolwiek ten przód miał się znajdować. Każda zmiana była jak element domino, który przy lekkim skinieniu palca pociągał za sobą kolejny ciąg zdarzeń prowadząc do różnych dziwnych zakrętów.
Dajmy na to, zawsze chciała mieć psa, ale jej rodzinie nigdy to nie odpowiadało. Później tak bardzo przywykła do myśli, że zawsze będzie go chciała i nigdy nie będzie go miała aż ją porzuciła. Do czasu. Do czasu, kiedy pewnego deszczowego dnia była świadkiem potrącenia przez samochód pewnego sierściucha. Samochód nawet się nie zatrzymał. Po prostu odjechał. Pies żył. Podnosił głowę, ale nie mógł wstać. Podbiegła do niego. Nie miał obroży. Jego ciało w zetknięciu z jej zimną dłonią wydało się lodowate. To nie był dobry znak. Trząsł się. Skomląc marszczył skórę na nosie ukazując jednocześnie białe ząbki. Być może górę wzięło zboczenie zawodowe i właśnie to ją w nim urzekło, a może to te spojrzenie, które jednocześnie prosiło o pomoc i kazało trzymać się na dystans, często jak jej własne. To, że go tam nie zostawi było bardziej niż pewne.
- No już… - powiedziała w zmartwieniu marszcząc brwi. – Ty mnie nie dziabniesz, a ja… - pomijając już ten niezwykle interesujący monolog, po którym poczuła się odrobinę pewniej, ostrożnie wzięła go na ręce by zanieść go do weterynarza. Tam ku jej własnemu zdziwieniu dowiedziała się, że pies należy do niej i wabi się Batman, w co nawet papuga z gabinetu nie mogła na początku uwierzyć wydając z siebie skrzeczące, jakże pełne wątpliwości pytanie:
- Naprawdę?
Ale czy nie była już wystarczająco duża by spełnić swoje dziecięce marzenie samodzielnie? Tak więc od niedawna posiadała psa, który powoli zaczynał chodzić, wdrapywać się tam gdzie nie powinien, gryźć to co nie było przeznaczone do gryzienia, brudzić, gubić sierść i pożerać podejrzanie spore ilości żywności jak na swoje rozmiary. Ale jak to mówią, wrzód na tyłku, ale swój.
Pomału, wielkimi kroczkami przystosowywała się. Widziała tu kawałek przyszłości. Nie wiedziała jeszcze jak duży, ale dobrze jest widzieć cokolwiek, kiedy przeważnie błądzi się w ciemnościach.


[Trochę tego wyszło, jak na mnie. Jakieś takie trzy zlepki. Nie wiem czy ktoś zdecyduje się to przeczytać, ale jeśli tak, to mam nadzieję, że chociaż raz się uśmiechnie. Jak i przy piosence z Gandalfem w teledysku :D To taka mała odmiana po tym, co napisałam poprzednio. Tak więc, wielkie dzięki dla czytających. Niech moc będzie z Wami :)]

26/01/2015

1995. Had a dream of a place on another plane. Where there is no light and there is no shame.

 

Błoto. Wilgoć. Kałuże. Deszcz. Przemoczone buty i kolejny połamany parasol. Być może była w tym wina angielskich genów, ale zawsze jej się to podobało. Nigdy nie mogła pojąć dlaczego ludzie chcieli upału i słońca. Tropikalne wyspy przypominały jej bardziej piekło niż raj. Okropność. Chłód nigdy nie był dla niej problemem. I tak nie go czuła na wiecznie lodowatych dłoniach i stopach.
 Mimo wszystko potrzebowała jakiejś zmiany. Czuła jak życie ucieka jej przez palce. Dzień za dniem, który wnosił jeszcze mniej niż jego poprzednik. Nowi ludzie pojawiali się równie szybko, co znikali. Przywykła do tego. W końcu większość z nich była tylko podstarzałymi turystami, którzy zatrzymywali się na kilka dni w ich domu, a później znów przychodził czas by wymienić pościel na świeżą. Mimo wszystko zawsze pozostawała jakaś pustka. Dystans był jej najlepszym obrońcą przed bólem, ale rzadko kiedy potrafiła z skorzystać z jego obrony.
Mieszkając całe życie w Bibury czasem zapominała, że istnieje coś więcej niż tylko ta wioska. Nie była jednak pewna, że chce tego czegoś, tego więcej. Przyzwyczaiła się do nijakości i samotności. Depresja stała się jej siostrą, a smutek bratem, choć na zewnątrz dalej była jedynaczką. Chciała wierzyć, że tkwi w niej jakiś potencjał i nawet czasem udawało się jej w to uwierzyć, ale nie wiedziała co z tym zrobić. Raz czuła się jak bardzo stary człowiek, a raz jak dziecko. Wszystko toczyło się raz za wolno, a raz za szybko. Ale to w końcu nie była do końca jej wina. Rozchwiane hormony potrafiły sporo namieszać. Nie, nie była w ciąży. Była po prostu chora. Dalej jest.
Wiedziała, że musi wrócić do świata albo zginąć próbując. Wyjechała więc do Londynu by zacząć studia. Antropologia przywróciła jej coś w rodzaju zapału do życia. Nie dawała jej jednak zbyt wielu perspektyw na przyszłość. Bądźmy szczerzy,  nie dawała jej żadnej perspektywy. Nigdy nie była z tych, którzy potrafili się wybić. Mogła ją skończyć i wrócić do Bibury jak gdyby nigdy nic. I choć po części tego chciała, to oznaczałoby to jej porażkę, a potrzebowała czegoś innego by wyrównać szalę swojego życia. Powrót oznaczałby zawiedzione spojrzenia jej rodziny przełamane litością. Miała poważny problem z odczytywaniem ludzkich emocji. Widziała i przejmowała za dużo. Postanowiła spróbować w tym samym czasie ze stomatologią. Materiał nawet w części się pokrywał. W nie dużej, ale zawsze. Nie widziało się jej w  prawdzie grzebanie w czyichś ustach, ale z czasem przeszło jej. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Choć ‘wszystkiego’, to może zbyt duże pojęcie i trzeba mieć nadzieję, że jednak nie do wszystkiego. Do tego jednak można.
Skończyła więc studia na dwóch kierunkach i ruszyła dalej rzucając się na jeszcze głębszą wodę by sprawdzić czy na pewno nauczyła się pływać. W końcu w ostateczności może się co najwyżej utopić, choć akurat to nie tego się obawiała. Bała się bardziej zachłyśnięć. Tego chwilowego bólu, strachu, który grawerował się w pamięci. Jednak każdy powinien podnieść rzuconą mu rękawicę, przyjąć wyzwanie jakkolwiek miałoby to się skończyć by później nie zadawać sobie pytania „Co by było gdyby…?”, choć i tak w końcu padnie i to nie jeden raz. Ale nie teraz.
 
[Przepraszam autora poprzedniej notki za przysłonięcie tą i wszystkich, których kuje ten stwór w oczy. Nie jest to nic dobrego, ale by dopełnić tradycji NYC-a dodaję pierwszą notkę i witam się ze wszystkimi. Od razu dodaję, że ona nie jest wiecznie smutną kobietą w zaawansowanej depresji. Jak to mówią jest to rodzaj „cichej wody”. Jeśli macie ochotę sami możecie się przekonać. A teraz dziękuję za uwagę, a jeszcze bardziej dla tych, którzy postanowili to wszystko przeczytać.]