Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eileen Morris. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eileen Morris. Pokaż wszystkie posty

07/09/2015

2017. I'm going to hell.

Około szóstej rano Eileen Morris odebrała niepokojący telefon.
- Co? - spytała zaspana, przecierając zmęczone oczy.
- Gówno! - rozległo się poirytowane warknięcie. - Gdzie ty, kurwa, jesteś?!
- W łóżku - udzieliła suchym tonem rozsądnej, bądź co bądź, odpowiedzi. Charles rano doprawdy działał jej na nerwy o wiele bardziej niż w ciągu dnia.
- Jak: w łóżku? Jak to, do cholery, "w łóżku"?!
- Uspokój się! - Eileen zmarszczyła brwi, poprawiając się na materacu. Była już całkiem rozbudzona. - Co jest?
- O czwartej miałaś spotkać się z tym facetem! Mówiłem ci, że chce zapłacić podwójnie. Taka okazja!
Dziewczynie coś zaświtało. Poprzedniego wieczoru spędziła przyjemne kilka godzin w barze z koleżanką i jak przez mgłę pamiętała odebrany od Charlesa telefon.
- No, coś faktycznie wspominałeś - przyznała niechętnie, drapiąc się po głowie. - Sorry.
- SORRY?! - oburzył się mężczyzna.
- Nie wrzeszcz tak, bo nie robisz na nikim wrażenia - odwarknęła Eileen, czując znajome pulsowanie w głowie. - Aż uszy bolą. 
Niemal słyszała gotującą się w Charlesie wściekłość. Cóż, na odległość była o wiele odważniejsza i umiała mu porządnie dopiec; potem, oczywiście, sprawy przybierały zupełnie inny obrót. Dziewczyna skrzywiła się na wspomnienie ostatniego spotkania z Allenem.
- Przyjdź popołudniu - syknął, sapiąc nerwowo. Potem rzucił słuchawką. 
- Dupek - mruknęła Eileen, masując sobie obolałe czoło. Wzdychając przeciągle wygrzebała się z pościeli i pomaszerowała pod prysznic. Ciepła woda przyjemnie zmywała z niej wspomnienia ostatniego wieczoru. Czuła się czysta, świeża. Jak nowa. 
Nie chciała wychodzić spod oczyszczającego strumienia, jednak zmusił ją do tego uparcie dzwoniący domofon. Warcząc pod nosem, z mokrymi włosami i kwaśną miną, owinięta ręcznikiem podeszła do drzwi, w duchu przeklinając wyprowadzkę do własnego mieszkania.
- Halo?! - krzyknęła podenerwowana.
- Otwórz - polecił krótko głos po drugiej stronie. James. Zaskoczona Eileen nacisnęła guziczek domofonu i oszołomiona czekała pod drzwiami. Wiedziała, że od paru dni winda była w stanie nie do użytku; bratu mogło więc chwilę zająć dotarcie na jej szóste piętro. Nawet nie przyszło jej do głowy, by iść się ubrać. 
Brat. 
Jej brat.
Tylko co on tutaj robił?
- Cześć - powiedział, wchodząc do mieszkania i uważnie lustrując wzrokiem młodszą siostrę. Zawisł spojrzeniem na ręczniku. Nie uśmiechał się. 
- Cześć? - zabrzmiało to jak pytanie; w gruncie rzeczy Eileen miała do niego sporo pytań. - Coś się stało?
Jam prychnął niecierpliwie, rozsiadając się przy stole. 
- Zrób kawę.
Dziewczynę, mimo całego zdezorientowania i absurdalności sytuacji, zirytował fakt, że brat wydaje jej polecenia jak w wojsku. Zdążyła już odzwyczaić się od posiadania starszego rodzeństwa - ostatni raz widzieli się przelotnie parę miesięcy temu, a i wcześniej, tuż po tym, jak wydarzyło się całe zło ich kontakty były bardzo zdystansowane. Lily i James jakby zbudowali wspólny front przeciw niej, gdy całą trójką zamieszkali u ciotki. Nie wiedziała dlaczego. Z siostrą nie rozmawiała już od paru lat, a jej spotkania z bratem opierały się na łapaniu podwózki do domu, albo pożyczania mu pieniędzy cioci Nelly. Kuzynki omijały Eileen szerokim łukiem, jakby była zainfekowana niewidzialną chorobą, ale nie dziwiła się. Od dzieciństwa za sobą nie przepadały, a teraz nagle musiały dzielić się domem i ciotką.  
Zerknęła na chłopaka podejrzliwie.
- O co chodzi? - spytała w końcu, stawiając przed nim kubek z parującym napojem. James tymczasem w najlepsze zapalił papierosa i bawił się, wydmuchując dym nosem. Wyglądał jak wściekły byk.
- Skąd masz pieniądze? - zapytał niespodziewanie, patrząc jej w oczy.
- Nie wiem, o co ci chodzi. 
- Wiesz. Gdzie pracujesz, że stać cię na takie mieszkanie?
- Nie twoja sprawa - odparła opryskliwie. Przesłuchanie, które urządzał jej brat działało dziewczynie na nerwy. Nie rozmawiali od miesięcy, a teraz on przychodzi i węszy. Żąda wyjaśnień. Była pewna, że wie - nie miała tylko pojęcia skąd.
- Za co ci płacą ci kolesie?! - wrzasnął na nią, podrywając się z krzesła. - Powiedz, Eileen, no dalej! Pieprzysz się z nimi za pieniądze, tak?!
- Odpierdol się! - zareagowała agresywnie, odsuwając się od Jamesa. - Nie twój interes. Wiecznie wtykasz nos w życie innych!
- Kurwa mać! - warknął, z całej siły uderzając pięścią w stół. Eileen pisnęła, a kubek z kawą przewrócił się i spadł na podłogę, roztrzaskując w drobny mak. 
- Pojebało cię?! - dziewczyna przycisnęła dłoń do skroni. Głowa bolała ją coraz bardziej. James ominął szczątki kubka, powoli podszedł do siostry i położył jej ręce na ramionach. 
- Powiedz mi, Eileen - wyszeptał, mocno przyciskając ją do kuchennego blatu. Czuła chłód, przenikający przez cienki ręcznik. - Czy oni płacą ci za seks?
Spojrzała hardo w oczy Jamesa, próbując doszukać się w wykrzywionej złością twarzy rys swojego ukochanego braciszka, który kiedyś bronił ją przed osiedlowymi łobuzami. 
Wtedy pojęła.
Marcus. Paczuszki z białawym proszkiem.
- Ćpasz - stwierdziła, odrywając jego palce od swoich ramion. Zaskoczony brat puścił ją, kręcąc przecząco głową. - Ty pieprzony ćpunie.
- Dziwka! - krzyknął, spoglądając na nią z furią. - Lubisz to, nie?
- Zamknij się.
- Jesteś zwykłą kurwą - wycedził przez zęby. - Niczym więcej.
Eileen Morris wzruszyła ramionami, ostentacyjnie zapalając papierosa. James oddychał ciężko, zmęczony i nieco przestraszony swoim wybuchem. Siostra popchnęła w jego kierunku paczkę fajek. Z wdzięcznością wyjął jednego.
Palili chwilę w milczeniu.
- Lepiej ci? - spytała Eileen, wrzucając niedopałek do popielniczki. Brat przytaknął, niepewnie spoglądając na dziewczynę.
- Eileen.
Dziewiętnastolatka zerknęła na niego nieprzyjaźnie.
- Czego chcesz? Po co w ogóle tutaj przyszedłeś?
Zawahał się, nie wiedząc, czy wyznać prawdę. 
- Wyrzuciła mnie z domu.
- Pieprzysz - ożywiła się Eileen. James pokręcił głową. - Za co?
- Przyłapała mnie z inną - przyznał niechętnie. 
- Ach, tak - z dziewczyny jakby uszło powietrze. - Kutas.
- Zamknij się - rzucił ostrzegawczo. - Przecież wiem.
Eileen przyszło do głowy, że od dawna spodziewała się po swoim braciszku takiego wyskoku. Uśmiechnęła się z satysfakcją pod nosem. Kretyn jeden.
Minęło parę minut.
- Elly.
- Nie mów tak na mnie - warknęła.
- Przepraszam - zreflektował się. - Eileen...
- Czego?
- Mogę... 
- Uhm.
- A, Eileen...
- Hm?
- Nie powiesz nic Lily? No wiesz, o mnie?
Eileen przyjrzała mu się badawczo.
- Przecież ja z nią nawet nie rozmawiam.
_____________________________________________________
  ODAUTORSKO

07/07/2015

2013. Electricity.

- Chodź - warknął, szarpiąc ją za ramię i ciągnąc w stronę starego, zaniedbanego budynku. Pomalowane na niebiesko deski gwałtownie domagały się odnowienia. Jedyne okno znajdowało się w dachu, co wzbudziło w niej niepokój. Zwłaszcza, że sufit tutaj był tak wysoki, jak w stodole, w której bawiła się w dzieciństwie, przyjeżdżając na wakacje do babci. Mężczyzna otworzył podniszczone drzwi ogromnym, nieco zardzewiałym kluczem i popchnął ją do środka. Eileen upadła na kolana, rejestrując kątem oka, że ziemię zastępuje miękka warstwa trocin. Było to o tyle dobre, że amortyzowało, gdyby temu choremu zboczeńcowi przyszła ochota rzucić nią o podłogę, jak szmacianą lalką. Z drugiej strony dopiero porządny prysznic zmyje z niej wszelkie ślady po tej niewątpliwej przygodzie i nie będzie mogła przez całą drogę do domu udawać, że to był tylko sen. Nie miała wątpliwości, że facet czerpie przyjemność z różnego rodzaju sadystycznych zachowań ; w jego oczach zdążyła już dostrzec ten charakterystyczny błysk. Nie podnosiło jej to na duchu.
Pociągnął ją za włosy w górę, zmuszając by wstała. Syknęła, trochę z bólu, a trochę z wściekłości. Nienawidziła tego typu demonstracji władzy, co jednak dla ludzi pokroju tego mężczyzny stanowiło nie lada uciechę. Eileen przyszło do głowy, że chyba cała misterna konstrukcja opiera się właśnie na takich zachowaniach. O środowisku sadystycznych pojebów, jak zwykła ich nazywać, wiedziała niemal tyle, co nic, a cała posiadana wiedza sprowadzała się do najdziwniejszego seksu, o jakim miała przyjemność kiedykolwiek słyszeć. Tym, co zdążyła pojąć przy pierwszym spotkaniu było, żeby nie liczyć na względnie normalną, łóżkową zabawę. I żeby nigdy, przenigdy nie mówić, czego się boisz.
Facet miał na imię Frank.
- Frankie, kotku - rzucił z obleśnym uśmiechem, kiedy jechali tutaj jego śmierdzącym papierosami i wódką samochodem. Eileen nie wątpiła, że ani w niebieskim budynku ani w aucie Frankie od momentu kupna, czy wybudowania nie przeprowadził żadnego remontu.
- Melanie - mruknęła w odpowiedzi. Nie była idiotką. Wszyscy w tym popieprzonym środowisku znali ją jako Melanie Sawyer. Słusznie podejrzewała, że większość mężczyzn, z którymi się spotykała, robiła wspólne, nielegalne interesy. Wolała rozdzielić swoją osobowość na dwie : Eileen z życia względnie normalnego, i Melanie, dziwkę stulecia.
- Ładnie - stwierdził, uśmiechając się z aprobatą. Elly wzruszyła ramionami i wlepiła wzrok w okno. Brak orientacji w terenie nie sprzyja ewentualnym próbom ucieczki, pomyślała.
Podsumowując swoją sytuację, zdała sobie sprawę - które to odkrycie spotęgowało uczucie lodowatego zimna w żołądku - że jest zdana na łaskę i niełaskę psychopaty, o którym nie wie praktycznie nic, poza tym jak ma na imię.
A to było raczej niewiele. Bardzo niewiele.
- Puść mnie - warknęła na niego, usiłując się wyrwać. Miał mocny uścisk.
- Ściągaj kieckę - zażądał, odpychając ją od siebie. Eileen zadrżała, kiedy podszedł do drzwi, zamykając je na klucz i dodatkowo zabezpieczając grubym, ciężkim łańcuchem. Rozsunęła zamek swojej krótkiej, czarnej sukieneczki i pozwoliła jej swobodnie opaść. Walczyła ze sobą, chcąc przezwyciężyć ochotę osłonięcia ciała dłońmi. Stojąc tak, w samej bieliźnie, przed obcym mężczyzną, czuła się bardzo niepewnie. Zamknęła oczy, nie chcąc widzieć jak Frank lustruje ją spojrzeniem, nieomal się przy tym śliniąc. Ohydne. Wyobraziła sobie, że całą tą żenującą sytuację obserwuje z góry, nie mając w niej żadnego udziału. Mocne uderzenie w twarz zmusiło ją do powrotu na ziemię.
- Patrz na mnie, mała szmato - wrzasnął, mocno ściskając jej kościste ramiona. Eileen skrzywiła się z bólu. Uniosła wzrok, spoglądając na niego z nienawiścią. Frankie uśmiechnął się z satysfakcją, głaszcząc ją po bladym policzku. Dupek.
Kolejny cios dosłownie powalił ją na ziemię. Eileen poczuła, jak z płuc uciekło jej całe powietrze i skuliła się na ziemi, próbując osłonić brzuch. Uderzenia spadały na nią z góry jak grad, znacząc ciało siniakami.
- Przestań. - Kiedy wyjął nóż, była gotowa błagać go o litość, nie przejmując się upokorzeniem. Do tej pory nie spotkała jeszcze faceta, który wolałby ją zabić, zamiast się z nią przespać, jakkolwiek beznadziejnie to nie brzmiało w jej myślach. Bała się. Czym sobie na to zasłużyła ? Czy naprawdę pieniądze były tego warte ? Własnego zdrowia, życia ? Takiego poniżenia ?
- Proszę cię, przestań.
Frank uniósł głowę i spojrzał na nią, jakby zdziwiony, że ośmieliła się przerwać.
- W porządku - powiedział spokojnie, prostując się i rzucając nóż na ziemię. Zerknęła na niego podejrzliwie. W porządku ? - Wstań - dodał, rozbawiony. Eileen ostrożnie stanęła na nogi. Pomasowała sobie obolałe żebra, nie przejmując się zupełnie obecnością mężczyzny. - Rozbieraj się - szepnął jej do ucha, podchodząc bliżej. Poczuła nieprzyjemny ucisk w brzuchu.
__________

- Odwiozę cię teraz do domu - oznajmił Frankie, z błogim uśmiechem podnosząc się z trocin i wciągając spodnie. Eileen zwinęła się w kłębek. Zareagowała dopiero, kiedy rzucił jej wymięte ubrania i polecił się natychmiast ubierać. Najwyraźniej gdzieś się spieszył, ale dziewczyny kompletnie to nie interesowało. 
Kurwa. Kurwa !
Usiadła, rozprostowała materiał i założyła po kolei wszystkie części swojej garderoby, starając się nie zauważać, że ramiączko od stanika zwisa smętnie, pozbawione jakiegokolwiek punktu zaczepienia z tyłu. Frank stał z tyłu i błądził wzrokiem po jej posiniaczonym ciele. Dziewczyna twardo stanęła na nogi i spojrzała na niego ponaglająco. Otworzył drzwi i niechętnie wypuścił ją z budynku.
W samochodzie śmierdziało rzygami. Eileen robiło się niedobrze, kiedy pomyślała, kto, zapewne, ostatnio zwymiotował Frankiemu na siedzenie. 
- Do następnego, kotku - stwierdził z paskudnym uśmieszkiem, wysadzając ją przed blokiem, w którym mieszkała ciotka Nelly. Dziewczyna zmierzyła go spojrzeniem i bez słowa zatrzasnęła za sobą drzwi. Nie wiedziała, jak pokaże się w takim stanie czujnemu oku ciotki. To w ogóle nie wchodziło w grę. Z małej torebki wyciągnęła telefon i wybrała odpowiedni numer.
- Skończyłam - powiedziała zimno do osoby po drugiej stronie. - Zapłacił ci ? To dobrze. Część kasy dla mnie, mam nadzieję, że pamiętasz. Jesteś sam ? Świetnie. Złapię jakiś autobus czy coś i przyjdę się umyć. - Chwilę słuchała. - Popieprzyło cię ? Nie mogę się pokazać tak u ciotki. Uhm.
Rozłączyła się, poirytowana egoizmem tego człowieka. Potem poszła na najbliższy przystanek.
__________

Dom Charlesa Allena w oczach Eileen był taką samą ruderą, jak niebieska stodoła Franka, tyle że z minimalnym ogrzewaniem i wodą. Dziewczyna nie miała pojęcia, jak udaje mu się to wszystko opłacić, jeśli całe pieniądze przeznaczał na wódkę i panienki. Westchnęła ciężko, wahając się chwilę przed naciśnięciem dzwonka. Przytknęła ucho do białych drzwi i, słysząc dziecięcy krzyk, odczekała kilka minut, dając Charlesowi czas na dokończenie swoich spraw. Czasem czuła się przez to jak ostatni śmieć, bo mimo, że doskonale wiedziała, co dzieje się za murami tego domu, nigdy nie zdołała wziąć się w garść i zareagować. Ilekroć Charlie opowiadał cokolwiek o swojej córce, jedenastoletniej dziewczynce, która w jego opinii zasługiwała na miano diabelskiego, przeklętego bachora, Eileen czuła w brzuchu supeł. Usiłowała przemówić samej sobie do rozsądku : że może gdyby jej życie było bardziej uporządkowane i lepsze, niż życie tego dziecka, może wtedy mogłaby pomóc. Że ma zbyt wiele problemów, by dokładać sobie kolejne. Że przecież nie można zbawić całego świata. Głupie serce nie słuchało i, dręczona wyrzutami sumienia, jeszcze mocniej znienawidziła Charlesa. Cholerny Allen, żeby poczuć się bardziej męsko, musiał okazywać ogromną władzę nad córką i nad nią samą, nad żałosną Melanie Sawyer, przed każdym widzem, który przyszedł pooglądać ten marny spektakl.
W końcu krzyk ucichł, a Eileen odważyła się zadzwonić.
- Czego ?! - warknął Charlie, otwierając z rozmachem drzwi. Na jej widok odrobinę zmiękł. - A, to ty. Właź, nie chcę mieć szpicli na karku ! - pospieszył ją, więc dziewczyna weszła, starając się ignorować panujący w środku chaos. Jak zwykle w kontaktach z Allenem udawała, że absolutnie nie widzi plam krwi, pokrywających jego przyciasną koszulkę. Zrobiło jej się zimno i źle. Pożałowała, że przyszła tu dzisiaj.
- Kasa - rzuciła krótko, zdecydowana jak najszybciej uciec. 
- Nie rozkazuj mi ! - syknął na nią, gestem wskazując łazienkę. - Tam. Najpierw idź się umyć, wyglądasz jak dziwka z prawdziwego zdarzenia - zarechotał z własnego, słabego dowcipu i oparł się o framugę. - Potem dostaniesz swój przydział. No już ! - machnął ręką i popchnął ją lekko w stronę łazienki. 
Eileen ostrożnie weszła do środka, uważając na porozrzucane w korytarzu ręczniki, butelki i zabawki. Uniosła głowę, spoglądając w lustro i przewróciła oczami na widok swojej twarzy. Pieprzony Frankie to naprawdę zdolny koleś, pomyślała, wodząc palcem od lewego łuku brwiowego aż do brody - miejsca, w którym kończył się siniak. Nikt przed tobą mnie tak nie urządził, kolego. Powstrzymała westchnienie i rozejrzała się dookoła, w poszukiwaniu czegoś, czym mogłaby się wytrzeć. Nigdzie nie zauważyła jednak ręcznika czy nawet kawałka szmatki, więc zrezygnowana, postanowiła się zmusić, by poprosić o to Charlesa. Odwróciła się i krzyk uwiązł jej w gardle. 
Rudowłose stworzenie w okrągłych okularach, z identycznym siniakiem jak jej własny, czaiło się w kącie przy drzwiach. Upiór był umazany krwią z rozciętej brwi, kulił się pod ścianą i mocno ściskał w dłoniach pluszowego, brudnego misia. Eileen stała jak wmurowana, wpatrując się w zaczerwienione oczy dziewczynki.
- Nie mów mu, że tu jestem, proszę - szepnęła mała, mocniej usiłując wcisnąć głowę między ramiona. Dziewiętnastolatka pokiwała głową ze zrozumieniem. Nadal była w szoku. To jest ten twój irytujący bachor, Charles ?!, miała ochotę wrzasnąć mu prosto w twarz. Dziewczynka posłała jej blady uśmiech, którego Eileen nie umiała odwzajemnić. Mogła tylko stać i patrzeć. Boże.
- Co tutaj robisz ? Miałaś iść do pokoju ! - wściekły głos Charlesa tuż przy uchu sprawił, że podskoczyła i, drżąc na całym ciele, odsunęła się na bok. Skamieniała, obserwowała jak mężczyzna szarpie córkę za włosy, kopniakiem wskazuje drogę do pokoju, a na pożegnanie poprawia uderzeniem w brzuch - i nie reagowała. 
Eileen, ty bezduszna suko.
Kiedy dziewczęcy krzyk ucichł, Eileen osunęła się na podłogę, bezgłośnie płacząc.

14/04/2015

2008. Kiedy boli uśmiech.

Jacob Morris nie mógł zasnąć. Jakieś światło wpadało do jego celi i nie pozwalało oczom odpocząć. Przewracał się z boku na bok, nie potrafiąc znaleźć sobie wygodnej pozycji. Przez dziesięć lat miał okazję, by przywyknąć do twardych, niewygodnych łóżek, a jednak tej nocy wszystko przeszkadzało mu o wiele bardziej. Jego myśli krążyły wokół Belle. 
Oh, była taka piękna ! Do dziś pamiętał jej idealne ciało, jej zapach. I ciemne, długie włosy spływające na ramiona. Usta szepczące jego imię. Piękna za życia, piękniejsza po śmierci. Jej oczy, błagające o litość do ostatniej chwili, prześladowały go w snach. 
Morris przekręcił się na plecy i utkwił wzrok w suficie. Jego umysłem zawładnęły wspomnienia. Dzieci. Ciepłe, przyjemne obrazy. Klik. Maleńka Lily w ramionach matki. Klik, James pierwszy dzień w szkole. Wrócił z obdartymi łokciami i wybitym zębem. Klik. Delikatne rączki Eileen zaciskające się na jego ramionach. Uradowane piski najmłodszej córeczki przenikały mu uszy.
Żadne z nich nigdy nie powiedziało tego głośno - ani on, ani Anabelle - ale po Jamesie nie planowali więcej dzieci. Elly była wpadką. Mieli już córkę, synka i Jacoba przerażała wizja opieki nad niemowlakiem. Dodatkowo był to okres chronicznego braku pieniędzy ; niejednokrotnie po alkoholu myślał, że nie dadzą rady utrzymać dzieciaków. Żeby oddać małą do sierocińca tuż po urodzeniu. Belle jednak nie chciała nawet o tym słyszeć, więc jak najszybciej porzucił owe rozważania. 
Dzień przed końcem roku urodziła się Elly. I nagle wszystko zaczęło się układać, jakby ktoś podsunął im odpowiednie fragmenty puzzli.
Kiedy miała cztery latka zbudował tamten pokój. Za ścianą mieszkała Eileen i często w nocy przybiegała do niego z płaczem, skarżąc się na jakieś dziwne odgłosy. On jednak nie słyszał nic. Tą kobietę złapał na pustej drodze. Jego drugą ofiarą był drobny chłopaczek, ledwo skończył liceum. 
Na przestrzeni lat przewijało się ich kilkadziesiąt, nie kilkanaście. Jacob wiedział, że trop nie zaprowadzi do niego. Znany, szanowany chirurg, przykładny ojciec rodziny. Jedyną osobą, która mogła, choćby przypadkiem, odkryć jego tajemnicę była Anabelle. Dlatego musiała zginąć.
Jacob od dawna pragnął zobaczyć ją martwą. 

- Kocham cię - szeptał, unosząc jej serce na wysokość swoich oczu. - Już zawsze będziemy razem - zapewnił jej trupioblade ciało, wplatając palce w zakrwawione włosy.

Był zaskoczony, gdy tydzień później policja zapukała do drzwi. Nie spodziewał się, że ta wścibska Rachel Carter do tego stopnia interesowała się życiem swoich sąsiadów. Nie znosił sąsiadki, ale do tej pory uważał ją za niegroźną. 
Jacob wielokrotnie obracał w myślach wspomnienie tamtej chwili, zastanawiając się, co poszło nie tak. Może coś go zdradziło ? Był zbyt nerwowy ? Albo Lily zaczęła coś podejrzewać ? Kiedy umarła jej matka, dziewczyna była już nastolatką. Czy to ona doniosła na niego Rachel Carter ? Mężczyzna zacisnął powieki. 
Od kiedy tu trafił Lily nie odezwała się do niego ani słowem. Nigdy nie przyszła. James również. Została mu Eileen, ostatnia deska ratunku. Nie mogła postąpić tak samo. Jego mała córeczka. Ciekawe, czy trudno byłoby przekonać ją do wizyty.
W głębi duszy Jacob Morris był człowiekiem nieszczęśliwym. Siedział w więzieniu z etykietką psychopaty. Stracił żonę, i nieważne, czyja to była wina. Odwróciły się od niego dzieciaki. W pewnym sensie zakazano mu być radosnym. Tylko, że jego nałóg był trochę jak narkotyki. Bardziej krzywdzący. Bardziej okrutny. Zżerała go tęsknota za wolnością i, jeszcze gorsza, za dziećmi. 
Wyobrażał sobie co robią, jak się czują. Czym zajęły się w życiu. Jak bardzo się zmieniły... zewnętrznie i wewnętrznie. Garstkę informacji o Lily i Jamesie przyniósł mu kolega, wracający co chwilę do więzienia, o Eileen nie wiedział nic. Jakby zapadła się pod ziemię. Morris zastanawiał się, ile kosztuje wynajęcie więźnia, który wychodzi właśnie na wolność. Chciał przeprowadzić małe śledztwo. Znów zapanować nad swoim światem.

Droga Elly. 


Nie widzieliśmy się już bardzo długo i strasznie za Tobą tęsknię. Miałem nadzieję, że uda mi się zachęcić Cię, byś przyszła, jednak moje wysiłki spełzły na niczym. Czekam na Ciebie w piątek o 17.00. Lepiej, żebyś nie zlekceważyła mnie tym razem.
___________________
[dziś krótko. :)]