They said I’d be nothin’.
So I became everything

ZAIRE
Carter Zaire Crawford
|
Jeszcze kilka lat temu Carter Crawford, znany dziś jako ZAIRE, pracował jako barman, a nocami nagrywał kawałki w prowizorycznym studio zbudowanym z kartonów i materacy. Dziś ma 27 lat, na jego koncerty przychodzą dziesiątki tysięcy fanów, a jego wizerunek widnieje na billboardach w Los Angeles i Tokio.
Popularność wywróciła jego życie do góry nogami. Wraz z sukcesem przyszły pieniądze, sława i nowi znajomi. ZAIRE zaczął pojawiać się na imprezach z celebrytami, otoczony ludźmi z branży, których intencje często budziły wątpliwości. Wizerunek charyzmatycznego buntownika budował świadomie – ekstrawaganckie stroje, drogie samochody, nocne życie i burzliwe związki, które kończyły się równie spektakularnie, jak się zaczynały, tylko podsycały zainteresowanie mediów.
Choć jego kariera muzyczna rozwija się dynamicznie, życie osobiste ZAIRE’a pozostaje niespokojne. Liczne skandale, zmieniające się twarze w jego otoczeniu i rosnące ego sprawiają, że coraz częściej mówi się o nim nie jako o artyście, lecz o postaci ze świata plotek.
Za fasadą blichtru wciąż jednak kryje się chłopak z Bronxu – utalentowany, ale niedojrzały emocjonalnie, zagubiony w świecie, w którym wszystko przychodzi zbyt szybko. Bo choć jego utwory biją rekordy, a fanbase rośnie z dnia na dzień, to jedno pozostaje niepewne: czy ZAIRE będzie potrafił przetrwać nie tylko na scenie, ale i poza nią.
Jego historia to klasyczny przykład amerykańskiego snu, ale też przestroga przed tym, co może się wydarzyć, gdy ten sen staje się rzeczywistością. Zachłysnął się sławą jak dziecko dymem – nie wiedząc, że zaczyna się dusić.
|
Siedziała na wysokim, czarnym krześle reżyserskim, niedbale opierając się o jego materiałowe oparcie, na którym bieliły się litery z nazwą trasy. Wokół panował istny chaos, a sama Sloane w środku aż wrzała. W jednej dłoni trzymała schłodzoną puszkę Coca-Coli Zero, którą popijała przez różową słomkę. Para skraplała się, zostawiając mokre ślady na jej palcach. Wszystko było ustalone co do jednej sekundy. Wszystko miało działać, jak w szwajcarskim zegarku, a tymczasem największy i najważniejszy akt się właśnie sypał. Była wściekła. Była zirytowana. Była gotowa do tego, aby zatopić długie, szpiczaste paznokcie w czyichś oczach, jeśli Zaire nie pojawi się w przeciągu najbliższych dwóch minut. Słyszała krzyczących w euforii fanów. Przyjeżdżając widziała, jak długie kolejki były przed areną. Na X widziała, że niektórzy ustawiali się już od piątej rano, aby mieć miejsca przy barierkach. Widziała parę dram związanych z tak wczesnymi kolejkami, ale to nie był jej problem. Jej problemem był teraz Zaire, którego nigdzie nie było i do którego nie można było się dodzwonić.
OdpowiedzUsuńTour menadżerka, Lana Pierce, wyglądała tak, jakby zaraz miała kogoś zamordować gołymi rękami i Sloane wcale się jej nie dziwiła. Biegała z jednego miejsca na drugie. Zawsze z tabletem w ręku, słuchawką w uchu. Mocno gestykulowała krzycząc coś do słuchawki, ale było tak głośno, że żadne konkretne słowa nie dobiegały do dziewczyny. Sloane powoli piła Colę i zastanawiała się nad najlepszym sposobem na morderstwo. Obiecała sobie, że jeśli spierdoli jej tę trasę to osobiście się upewni, aby na żadną więcej już nie pojechał. Jeśli miałaby komuś wytłumaczyć, jaka między nimi jest relacja to straciłaby nagle mowę. Bo szczerze mówiąc nie wiedziała. Dwa różne światy, które łączyły się przez jedną pasję – muzykę. Kiedy początkowo padł pomysł na połączenie ich nie była przekonana, choć nie wiedziała, dlaczego. Jakby podświadomie czuła, że to może doprowadzić do nieciekawych sytuacji. I teraz miała odpowiedź. Nie mogła powiedzieć, że współpraca była zła, bo nie była. Dobrze spędziła czas przy pisaniu piosenki czy w studiu, promocjach, a jednak w powietrzu ciągle wisiało jakieś „ale”.
Piła colę ze stoickim spokojem, jakby zaraz miała pakować się do prywatnego samolotu i odlecieć na wakacje, a nie wyjść na scenę przed dziesiątki tysięcy ludzi. Jednak każdy kto znał Sloane dłużej niż dwie minuty wiedział, że to tylko przykrywka.
— Pięć minut temu miało być „cztery minuty do wejścia” — rzuciła przez zęby do nikogo konkretnego. Palce odruchowo mocniej zacisnęła na puszcze robiąc w niej małe wgniecenie. — A ja nadal widzę tylko powietrze tam, gdzie powinien być Zaire.
— Namierzymy go, Sloane.
Brzmiało to jak pusta obietnica. Nie traktowała swojej pracy jak kaprysu, który załatwił jej bogaty tatuś. Autentycznie lubiła to robić. Nawiązać więź z fanami, rozmawiać z nimi i dawać od siebie dwieście procent. Kiedy pracowała sama nie musiała się martwić, że ktoś jej utrudni pracę, w której się kochała. Dopóki nie skrzyżowała drogi z Carterem.
Wypuściła powietrze przez nos i odchyliła głowę do tyłu. Czuła w kościach, że nic dziś nie pójdzie zgodnie z planem. Zastukała paznokciami o oparcie starając się nie słuchać chaosu wokół, ale było trudno. Poddała się z dzwonieniem już piętnaście minut temu. Nie odbierał od niej, od jej menadżerki, od nikogo i powoli trzeba było wprowadzić w życie plan B. Trudno, wystąpi sama. To nie była jej wina, ale jej się oberwie. Wszyscy wiedzieli, jaką reputację ma Crawford. To nie powinno być żadnym zaskoczeniem. Sloane liczyła na to, że skoro występowali po raz pierwszy wspólnie to wszystko pójdzie płynnie. Nie była świadoma upływającego czasu. Siedziała tak z głową odchyloną do tyłu wpatrując się w światełka nad sobą i ignorując głosy dookoła, dopóki ktoś nie rzucił jakimś przekleństwem, metalowe drzwi huknęły na tyle głośno, że wyrwałyby człowieka ze snu wiecznego i wtedy też Sloane poderwała głowę. Kiedy go dostrzegła, coś w niej zamarło.
Sloane wstała powoli. Odłożyła puszkę na bok, a kiedy to robiła przez myśl jej przemknęło, że za te spektakularne spóźnienie resztki coli powinny wylądować na jego twarzy. Ale to tylko by opóźniło cały akt, a na to już pozwolić sobie nie mogła. Wyglądał, jakby przyjechał z jakiegoś after party. Zbyt wyluzowany, zbyt niezainteresowany otaczającym go światem. I nawet nie byłaby zdziwiona. Było już dawno po czasie, kiedy powinna błyszczeć na scenie. Zamiast niej zniecierpliwieni fani słuchali przygotowanej wcześniej playlisty.
UsuńPodeszła do niego na tyle blisko, aby wyczuł zapach jej perfum i gniewu.
Oczy błyszczały od wściekłości.
Dla niej to nie była zabawa. Chodziło o coś więcej niż reputację, a tę łatwo było sobie zniszczyć. W powietrzu unosił się zapach trawy, potu i perfum za kilkaset dolców. Słodki, ciężki mix uderzył w nią zanim którekolwiek z nich zdążyło się odezwać.
— O popatrzcie, kto się w końcu łaskawie pojawił! — Wycedziła przez zaciśnięte zęby. Przekrwione białka, rozszerzone źrenice. Zajebiście. — Spóźniłeś się. Wali od ciebie nocnym klubem. Tam byłeś?
Złapała go za podbródek, wbijając szpiczaste paznokcie w policzki. Zacisnęła mocniej palce, zmuszając go do tego, aby na nią spojrzał. Nawet mimo różnicy wzrostu, bo nawet w cholernych obcasach była niższa. Niezbyt dbała o to, czy przekracza jakieś granice. On przekroczył jej.
— Co to było, co? — Wysyczała. Kciukiem przesunęła po policzku. — Zioło, wiadomo. Rozpoznaję po oczach. — Jej spojrzenie ślizgało się po nim jak skaner. — Keta? Molly? Oxy? A może wszystko razem, w jednej pierdolonej tęczowej pigułce?
Poderwała wyżej głowę. Łatwo odpuścić nie zamierzała.
— Jak ty się, kurwa, chcesz pokazać na scenie w takim stanie? To nie jest twoje SoundCloud party, na którym możesz robić co chcesz, pojawiać się, kiedy chcesz i robić co chcesz.
Puściła go nagle i cofnęła się o krok.
— Masz pięć minut. Ogarniesz się albo wychodzę sama. A twój kawałek? — Uśmiechnęła się słodko i przechyliła lekko głowę na bok. — Poleci z playbacku. Albo go pominę. Nie zjebiesz mi tego występu. Pięć minut, Zaire. I ani sekundy dłużej.
Sloane 🔪🖤
Daleko było jej do świętej. Miała za sobą epizody z imprez, których kompletnie nie pamiętała. Tego jak się rozpoczęły ani jak się skończyły. Ktoś czasami coś ze sobą przyniósł. Niewinnie wyglądające kolorowe tabletki dla dobrego humoru, a Sloane czasami potrzebowała być w dobrym humorze. Czasami wleciało coś mocniejszego. Nie broniła się przed tym. Każdy czasem w końcu musi zluzować. Ciekawość też zwyciężała. Nieraz zdarzało się, że nie wiedziała, jakim cudem znalazła się z powrotem w swoim mieszkaniu czy w hotelowym apartamencie. W zasadzie to wiedziała – wszystko mogła wyczytać z twarzy Jamesa, który od około półtora roku pełnił rolę jej ochroniarza. Niewiele o nim wiedziała. Poza tym, że był w marynarce wojennej i nieszczególnie lubił mówić o swojej przeszłości. Sprawdzał się w przydzielonej mu roli. Trzymał się z daleka, gdy trzeba było. Pojawiał niezauważony obok. Szybko rozprawiał się z paparazzi czy fanami, którzy próbowali pozwolić sobie na zbyt wiele. Zgarniał ją nieprzytomną z imprez. Pilnował, aby nie wylądowała Bóg jeden raczyć wiedzieć, gdzie i z kim. I miał cierpliwość świętego.
OdpowiedzUsuńA Sloane powinna być mądrzejsza i trzymać się od tego gówna z daleka. Ojciec regularnie co parę lat na pół roku znikał w swoim ulubionym ośrodku i „leczył” swoje uzależnienia. Tylko po to, aby po powrocie udać się w niezapomnianą podróż wypełnioną narkotykami, których nazw dziewczyna by pewnie nawet nie umiała wymówić.
To co odróżniało ją od Zaire był fakt, że nie pojawiała się na własnych koncertach naćpana. Jeszcze jakiś szacunek do fanów miała, którzy zaczynali się niecierpliwić, a robiło się coraz później. Nie mogli też, do cholery, dłużej przedłużać. Jeszcze chwila i będą zmuszeni odwołać, a to dopiero źle wypadnie w prasie.
— Nie wszyscy umilamy sobie czas białym proszkiem, aby mieć wyjebane na wszystko — rzuciła w odpowiedzi na podrażniające każdy nerw wyluzuj. Wyluzowana była dwie godziny temu, kiedy poprawiali jej włosy i zmieniała ciuchy, bo nie spodobał się jej różowy stanik z diamencikami, więc wymieniła go na czarny.
Może, gdyby jednak posłuchała się tego cichego głosiku w głowie, który mówił jej, że współpraca z nim przyniesie więcej problemów niż pożytku, to teraz nie byłaby w tak beznadziejnej sytuacji. Robiłaby dalej swoje, ale bez tego cyrku.
Nie zamierzała dać mu się sprowokować. Nie była pewna, czy wiedział o niej więcej niż powinien czy po prostu był tak bezczelny. Zresztą, jakie to miało znaczenie? Była w pracy. Miała obowiązki do wykonania. Była profesjonalistką, a Carter jej niczego nie ułatwiał.
— Nie potrzebuję pigułek, aby mieć szczęśliwe zakończenie.
Wyrazisty zapach tytoniu mieszający się z perfumami ponownie w nią uderzył. Było coś uzależniającego w tym zapachu. Osiadał na ubraniach. Przypominał o sobie następnego dnia, kiedy już zdążyło się zapomnieć o grzechach nocy. Zostawał w pamięci na długo. Na zbyt długo.
Zadarła głowę do góry, nie cofnęła się i mierzyła go wzrokiem; pełnym gniewu, ale nie rozczarowania. Dokładnie tego się spodziewała. Bo choć obsuwa była brana pod uwagę, to wciąż to zwyczajnie bolało, że ten pierwszy wieczór nie mógł przebiec idealnie. Tylko tyle chciała, a może aż tyle. Mieć pierwszy udany koncert w mieście, w którym oboje mieszkali. Prosiła najwyraźniej o zbyt wiele.
— Weź się w garść. Albo się wynoś.
Nie walczyła z Harperem, a dała się odciągnąć na bok. Nie tylko Zaire się teraz musiał ogarnąć. Mogła wejść na scenę z furią w oczach, wyśpiewać każdą zwrotkę z jadem w głosie i zamiast trzymać się ustalonej choreografii zrobić wszystko po swojemu bez udziału Zaire.
James stanął przed nią, jakby próbował zasłonić przed nią rapera, który doprowadzał jej krew do wrzenia. Skupiła uwagę na krótki moment na makijażystce, która przybiegła z ostatnimi poprawkami i na menadżerce, która miała jeszcze bardziej zaciętą minę od niej. Sloane była pewna, że gdy wyjdą pokłóci się z Travisem. Clara Myers miała cierpliwość rozdrażnionego lwa. Potrzebowała tylko ofiary, aby się wyżyć.
UsuńCzuła jej obecność, choć jeszcze jej nie widziała.
— Nie patrz na niego. — Poleciła chłodno. Sloane bardzo chciała, ale nie potrafiła oderwać wzroku od bezczelnego dupka. I właśnie znalazła dla niego nowe określenie. Powinna zapisać go tak w telefonie. — Popatrz na mnie. Jeszcze nie wszystko stracone. To twój wieczór, wyjdziesz tam i będziesz błyszczeć. Słyszysz? Dziesiątki tysięcy ludzi są tam dla ciebie. On jest tylko dodatkiem. W dodatku zbędnym.
Parsknęła krótko. Niewiele było w tym prawdy. Ludzie przyszli dla nich. Część dla niej, część dla niego. Clara wiedziała, jak karmić ego Sloane i nie ukrywała, że w małym procencie to pomagało.
— Znasz teksty. Zatańczysz z zamkniętymi oczami. Ty jesteś gwiazdą tego wieczoru. Nie zapominaj o tym.
Poprawiła jej włosy, ale Sloane milczała.
— Zabierz ten gniew ze sobą na scenie. Pozwól jej zapłonąć.
Skinęła głową, ale wzrok wbity miała w mężczyznę. Śledziła każdy jego krok i niedowierzała w to, co robił. Był tu multum ludzi. Od tych najbardziej zaufanych po kompletnie nieznajomych, którzy pewnie ukradkiem próbowali zebrać materiał, bo pracowali z gwiazdami. Ale jego to nie obchodziło. Widziała to w jego spojrzeniu, które jej posyłał. Kompletny brak przejęcia się czymkolwiek.
Wciągnął na oczach wszystkich jebaną kreskę.
Nie była pewna, czy jest pełna podziwu czy odrazy.
Obserwowała go, jakby zbierała materiał. Hm, w zasadzie zbierała. Każde doświadczenie, miłe bądź nie, przelewała na papier. Była na tyle młoda i nowa w tej branży, że nie odstawiała większych cyrków i nie robiła z siebie divy. Oglądanie artystów, którzy chodzili z zadartym nosem i nadętym ego było niesamowitym doświadczeniem.
Powinna być przyzwyczajona. Wychowała się w końcu, z trochę już przez świat zapomnianą, gwiazdą rocka. Nikt bardziej nie gwiazdorzył niż Desmond Fletcher. Carter był na dobrej drodze, aby go przebić. Sloane przepchnęła się przez Clarę i Jamesa. Ignorując, że zapaskudził jej właśnie colę i słomkę.
— Nic wartego zapamiętania. Nie wiem, co ty robisz w pięć minut, ale ja lubię zostawać w pamięci.
Sloane
Trzymała cały gniew w sobie, aby wypuścić go dopiero na scenie. Mogło z tego wyjść coś, o czym ludzie będą mówić przez tygodnie albo totalna katastrofa. Przejmowała się tym, co powiedzą inni o jej występach i karierze. To jedyne co tak naprawdę się liczyło, jeśli chciała w tym świecie zaistnieć na dłużej niż parę szybkich lat. Nie zależało jej na tym, aby zostać wrzuconą do folderu zapomniana. Miała możliwości i środki, aby na dobre odznaczyć się w świecie muzyki i dokładnie to zamierzała zrobić, a żaden przyćpany raper jej tego nie zabierze.
OdpowiedzUsuńAura, którą tworzył wokół siebie Carter była toksyczna, ale przyciągająca. Mogła oglądać jego, ale zauważała też to, co działo się dookoła. Zaciekawione wzroki osób, które podobnie jak ona nie mogły uwierzyć, że pozwala sobie na tak wiele. Ludzie na ich pozycji mogli pozwolić sobie na znacznie więcej niż przeciętni ludzie. Mieli menadżerów od sprzątania ich syfu i pilnowania, aby to, co powinno zostać ukryte nigdy nie wyszło z cienia.
Sloane czuła, że wystarczy jedno nieodpowiednie słowo albo gest, aby wybuchła i zostawiła po sobie popioły. Może to nie był jeden z najważniejszych wieczorów w jej życiu, ale należał do tych ważniejszych, a teraz musiała dać z siebie jeszcze więcej, aby jakoś go uratować. Oliwy do ognia dolewał Carter, który zdawało się, że wziął sobie za cel, aby wkurzyć ją jeszcze bardziej i wytrącić z równowagi. Chciała czy nie, stał zbyt blisko, aby mogła odwrócić wzrok. Śledziła go wzrokiem, gdy zdejmował koszulkę odkrywając ciało pokryte tuszem, połyskujące w świetle. To nie powinno robić na niej wrażenia ani tym bardziej wytrącać z równowagi. Drgnęła lekko, co było dla niej znakiem, aby się otrząsnąć. Przewróciła oczami i na jeszcze kilka sekund skupiła na Clarze, która upewniała się, że Sloane jest gotowa do wyjścia. Ciuchy leżały, jak trzeba, włosy ułożone. Wszystko, łącznie z nimi, było gotowe.
— Trzy minuty piekła.
Sama się nakręcała, wmawiając sobie, że wyraźniej czuje zapach skóry i tytoniu. Niebezpieczne połączenie, które już nieraz wprowadziło ją w kłopoty. Zapach, od którego należało trzymać się z daleka.
Ciemnofioletowy błyszczący mikrofon znalazł się w dłoni Sloane. Znajomy ciężar pomógł poczuć się jej pewniej. Wzięła głęboki wdech, powietrze wypuszczając powoli. Te parę sekund, aby wbić się w odpowiedni nastrój.
Biały dym pełzł po scenie jak przyczajony kot, który upatrzył sobie swoją ofiarę. Tłum wrzeszczał, jakby zaraz miał się rozpaść od napięcia. Przeciągły, głuchy bas pulsował pod stopami. To była jej arena. Jej miejsce. Jej teatr. Jej scena.
Maska chłodnej pewności siebie wpełzła niepostrzeżenie na jej twarz. W środku – burza, która wzbierała się w niej od godzin. Od chwili, kiedy po raz pierwszy zdała sobie sprawę, że Zaire się spóźnia, aż po moment, gdy pojawił się spóźniony i rozbiegany, pachnący dymem i bezwstydem.
Mogła się tym uczuciom poddać albo je wykorzystać i zrobić show, o którym łatwo ludziom nie będzie zapomnieć.
Napawała się widokiem ludzi. Rozochoconych, gotowych do wspólnej zabawy i chyba niewzruszonych tym małym spóźnieniem.
Wolnym, tanecznym krokiem przeszła na przód sceny. Mając u swojego boku Zaire.
Tłum wrzeszczy, na zmianę wykrzykując jej imię i Cartera, a ona zatrzymuje się na sekundę — i tylko unosi brew. Kąciki jej ust drgają, jakby bawiła ją ta potęga, którą trzyma w garści.
Rzuciła krótkie spojrzenie mężczyźnie, uniosła lekko kąciki ust. Przedstawienie trwało i należało dać ludziom to, po co tu przyszli.
Melodia jest powolna, dusza. Taka, która łapie cię za gardło i nie puszcza.
Głos Sloane balansował na krawędzi szeptu, a syku. Ustami niemal ocierała się o mikrofon, który trzymała może zbyt blisko. Bez znaczenia.
Sloane
Przebywanie na scenie samo w sobie było, jak narkotyk. I najlepsze było w tym, że uzależnienie od niego nie wyniszczało od środka. Sloane chłonęła każdą emocję rzucaną w jej stronę. Odwzajemniała uśmiechy, w niektórych miejscach zatrzymywała się, aby mogli zrobić zdjęcie czy nagrać filmik, który potem wrzucą do sieci lub będą oglądać w nieskończoność. Była tu, aby zadowolić fanów, ale przede wszystkim była tutaj dla siebie.
OdpowiedzUsuńNa scenie była chodzącą pewnością siebie, której nikt ani nic nie mogło zaburzyć.
Żadna awantura na chwilę przed wyjściem. Jeśli już, to zmotywowało ją to do dania lepszego występu. I to nie tak, że wyszłaby tu od niechcenia, ale mając godzinę spóźnienia pragnęła pokazać tu każdej osobie, że na nią warto czekać. Chcieli czy nie, ale musieli połączyć siły, aby ludzie nie pożarli ich żywcem w internecie.
Sloane na moment się zatrzymała, kiedy przyszła pora na to, aby Carter dał z siebie wszystko. Jego zwrotka. Jego czas, aby zawładnąć otumanioną euforią widownią. Chwilowo nie było śladu po atrakcjach na backstage’u. Była dwójka artystów, którzy połączyli siły. Była Sloane i był Zaire. Może patrzyła z lekkim podziwem, że mimo stanu w jakim się pojawił potrafił ogarnąć się na tyle, aby nie zepsuć występu.
Już zaraz uwagę poświeciła w pełni sobie. Obecna w momencie, który sprawiał, że naprawdę żyła. Światła migały purpurą i złotem. Ludzie wrzeszczeli, śpiewali razem z nimi. Nie słyszała własnego oddechu, jedynie bas dudnił w jej klatce piersiowej jak drugie serce. Dym osiadał na skórze, leki i gorący nadając wrażenie, jakby scena chciała ich pochłonąć.
Stała bokiem do tłumu. Ciało poruszało się w bezbłędnym rytmie. Długie włosy – rozpuszczone, niesforne – wirowały z każdym ruchem głowy, lśniąc w reflektorach jak fala złota. Niemal czuła, jak adrenalina przesiąka przez jej skórę. Ciągle siedział w niej tamten gniew, który na maksa wykorzystywała teraz do poprowadzenia swojego przedstawienia. Skórzane bojówki opadały nisko na biodrach, wysadzany diamencikami stanik lśnił w świetle niczym zbroja. Była odważna, poruszała się z wdziękiem, sensualnie, ale nie tanio i wulgarnie. Balansowała na cienkiej granicy. Tak, jak zawsze. Kusiła, ale wiedziała, kiedy się zatrzymać, aby nie wypaść tanio.
Spojrzała w bok.
Zaire.
Wyglądał na skupionego. Oddanego samemu sobie. Cały błyszczący, parujący potem, jakby przyszedł tu specjalnie po to, aby ją drażnić. Jakby dokładnie wiedział, co na nią działa. Wytatuowane ciało poruszało się miarowo, jego głos nisko rezonował przez scenę. Ćwiczyli to. Sloane znała każdą nutę tego wokalu.
Zamiast odwrócić wzrok, ruszyła w jego stronę.
Powoli.
Każdy jej krok był jak uderzenie serca.
Zbliżyła się do niego na wyciągnięcie ręki. Zaire wciąż był w trakcie swojej zwrotki, ale musiał zdać sobie sprawę z jej bliskości. Może dostrzegł to, że się zbliżyła na telebimie, choć na te Sloane nie zwracała uwagi. Może przez fanów lub instynktownie wyczuł, że tej części sceny nie dzieli już sam tak, jak to było w planie.
Uśmiechnęła się, ale nie było w tym uśmiechu nic przyjaznego. Drapieżny i nieprzewidywalny. Dzieliło ich może jakieś piętnaście sekund od wspólnej zwrotki.
Palcem wskazującym złapała za metalowy łańcuch wiszący na jego szyi. Pociągnęła za niego w dół, zmuszając go, by się pochylił, aż jego twarz znalazła się tuż nad jej.
Nie odwróciła wzroku od intensywnego spojrzenia, którego rozczytać nie mogła i w zasadzie nie chciała. Sprawnie wślizgnęła się do zwrotki. Miała niski, gładki głos opalony gniewem, a każde słowo niosło się przez halę jak wyrok.
Dłoń, z paznokciami ostrymi jak sztylety, uniosła i musnęła jego kark, przesuwając nią leniwie w dół: po ramieniu, przez biceps, aż do torsu, zatrzymując ją dopiero przy pasku. Wrzaski stały się jeszcze intensywniejsze, światła nagle przyciemnione, a oni w centrum zainteresowania. Ich sylwetki na ekranach.
W połowie zwrotki odwróciła się od niego. Idąc przez scenę w sposób, który mówił, że to jest jej miejsce i jej własność. Głos stał się intensywniejszy. Gęsty od złości i pożądania.
UsuńI odwróciła się raz. Rzucając mu wyzwanie i niemo mówiąc twój ruch.
Sloane
Przećwiczyli występ nie raz i nie dwa. Do znudzenia. Do momentu, aż nie rzygali próbami, a te nie wychodziły perfekcyjnie. Tego nie było w planach i Sloane czuła, że tour menadżerka się wkurwi. Ludzie od oświetlenia się wkurwią. Każdy kto miał tu swoją rolę do wypełnienia się wkurwi. I trudno.
OdpowiedzUsuńRaczej nie miała w zwyczaju zmieniać ustalonego planu. Jasne, czasem pojawiały się jakieś odchyły i zdarzało się jej zrobić coś co nie było uwzględnione we wcześniej przygotowanym scenariuszu. Ale nigdy na taką skalę. Chciała tym coś udowodnić. Może sobie, a może jemu. Albo całemu pieprzonemu światu. Bo gdy Sloane wychodziła na scenę to nic więcej się nie liczyło. Nie istniały kłótnie, nielubienie się, cały zewnętrzny świat. Ważny był akt. Wokal. Występ.
Z jakiegoś powodu chciała do niego tam wrócić. Rozgrzać publiczność bardziej. Pokazać im więcej niż należało. Dać kolejny powód, aby wstrzymali na moment oddech, bo byli właśnie świadkami czegoś między tą dwójką, co nigdy wydarzyć się nie powinno. Profesjonalizm wciąż gdzieś się tlił, ale chwilowo Sloane zacierała granice między profesjonalizmem, a nieprzyzwoitością. Do końca chyba sama nie była pewna, co chce tym osiągnąć. Dostała reakcję, jakiej potrzebowała. Świdrujący wzrok czuła na sobie, gdy odchodziła. Nie musiała się odwracać, aby z tych dziesiątek tysięcy spojrzeń skierowanych w jej stronę wyczuć ten jeden konkretny.
Miała wrażenie, że wciąż czuła na dłoni ciepło bijące od jego skóry. Lubiła igrać z ogniem, ale teraz znalazła się trochę zbyt blisko płomieni. I jedynym problemem było to, że wcale od nich nie chciała się odsunąć, a znaleźć jeszcze bliżej i poczuć, jak muskają gorącymi językami skórę zostawiając na niej ślady.
Nie było co ukrywać, ale pasowali do siebie. Na scenie, która teraz poddawała się zasadom, które ustalali oni. Mimo całej tej wściekłości – działali jak dobrze naoliwiona maszyna. I było to niesamowicie wkurwiające, że to dziwne porozumienie było. Nastawiła się, że będzie musiała ratować koncert, że Zaire zawali, a zaskoczył ją pozytywnie. Wiedział co robi. Albo tak świetnie udawał. Ale dopóki ludzie to kupowali to było bez znaczenia. Mieli stąd wyjść zadowoleni, a wszystko wskazywało na to, że o panującej na scenie energii będzie głośno.
Przypadkowo wybrali sobie złość na głową emocję, która poprowadziła ich przez resztę występu. I wyszło lepiej niż gdyby starali się do siebie na siłę przymilać. Nie było tu fałszu, PR’owych ustawek.
Trzy minuty. Tyle to miało trwać. Trzy minuty piekła. Wtedy nie była pewna, czy składa mu obietnice czy ostrzega. I dalej nie wiedziała, ale cokolwiek się wydarzyło – spodobało się jej za bardzo. Drżąca od nadmiaru emocji skóra. Surowe głosy, które nie ukrywały swoich emocji. Spojrzenia, o których w nocy będzie głośno. Dotyk, którego być nie powinno, a który rozpalił nie tylko publiczność, ale i ją samą.
I zamierzała cieszyć się tym małym chaosem, który wywołała. Fani zareagowali tak, jak myślała – piskami, wrzaskami pełnymi uznania. Być może spragnionymi więcej. Ale kolejny raz nie miałby w sobie już takiego przekazu czy smaku. Jeszcze za szybko by się to wszystkim znudziło. Mały teaser do tego, co może będzie w przyszłości albo jednorazowa akcja, za którą zbierze konkretny opierdol, gdy zejdzie ze sceny. To jeszcze się okaże.
Obserwowała fanów, a głos Cartera przenikał przez jej skórę. Prosto w każde zakończenie nerwowe, od środka dając o sobie znać. Przypominając, że on wciąż tam jest i nigdzie się nie wybiera.
Zatrzymała na nim swój wzrok w momencie, kiedy zwrotka dochodziła już do końca.
Nie zdradzała zbyt wiele. Nie chciała, aby poczuł się zbyt pewnie i obrósł w piórka. Wyszło dobrze, nawet zajebiście dobrze, ale to jeszcze nie znaczyło, że zamierzała tolerować takie wpadki. Teraz im się udało, ale następnym razem mogli nie mieć już takiego szczęścia.
Uniosła lekko brew i kącik ust. Subtelnie, tylko dla niego.
Sloane
Jeszcze nigdy przedtem nie czuła się w taki sposób na scenie.
OdpowiedzUsuńMiała za sobą dziesiątki koncertów. Spędziła niemal całą drugą połowę 2024 w Europie. Podróżując od kraju do kraju, dając koncert za koncertem. Każdą z tych scen sobie przywłaszczyła. Były jej. Rozpalała publiczność, siebie. Była nie do okiełznania, ale to co miało miejsce teraz było nowe. Bardziej ekscytujące. Do tej pory nie dzieliła sceny z nikim w ten sposób. Zdarzały się duety. W porównaniu do ich dwójki wyglądały one teraz mdło i nijako. Jakby brakowało w nich tego zapalnika, który sprawiał, że stawała się nie do zatrzymania. Zaire swoim zachowaniem wyzwolił w niej coś, czego się kompletnie po sobie nie spodziewała. Wykorzystała ten gniew najlepiej, jak tylko mogła. I jej w tym pomógł. I chociaż nie chciała to była wdzięczna, ale przecież mu nie zamierzała o tym mówić czy dziękować.
Cała arena wibrowała. Od muzyki. Tańczących ludzi. Ich głosów. Wyszło lepiej niż Sloane początkowo przypuszczała. Ich imiona mieszały się z wrzaskami. To uczucie, ten stan, w którym Sloane na końcu się znalazła był nie do opisania. Oddychała ciężej, ale nie ze zmęczenia. Włosy przyklejały się do karku i pleców, po brzuchu spływała ledwo widoczny pot. Delikatnie drżała, ciągle chłonąc energię jaką dawali im fani. Ci z kolei wydawali się być w pełni zakochani w występnie. W nich.
Za każdym razem, kiedy musiała już opuścić scenę i zostawić fanów czuła dziwną pustkę. Dziś było inaczej, ciężej. Nie było co ukrywać, że ten występ coś zmienił. Nie tylko w niej, ale w sposobie, jak zachowywała się, gdy przestawała być Sloane Fletcher, a wchodziła w rolę piosenkarki, performerki. Ostatnie spojrzenie na fanów, zanim musiała zniknąć za kulisami. Ostatnie posłane uśmiechy. Hałas wcale nie zniknął, a wręcz się nasilił, a choć chętnie wróciłaby na jeszcze jedną piosenkę – nie mogła.
Powietrze było wciąż ciężkie od dymu, potu i adrenaliny. Można je było ciąć nożem. Sloane przeciskała się przez techników, aby dotrzeć do garderoby lub gdziekolwiek. Straciła z oczu Cartera. Nie miała mu nic do powiedzenia, nic od niego nie chciała, a z jakiegoś powodu szukała go wzrokiem, bo choć to ona przejęła kontrolę nad koncertem ten wieczór w pełni należał do nich. Tylko może do niej trochę bardziej.
Niespodziewanie wpadła na nią Clara. Z telefonem w ręce i szerokim uśmiechem.
— Sloane! Dziewczyno, jesteś niesamowita! Internet was KOCHA. — Ostatnie słowo przeliterowała i zamachnęła rękami w powietrzu w ekscytacji. — Widziałam co zrobiłaś. To było genialne. Patrz na to.
Podsunęła jej przed twarz telefon z filmikiem z koncertu. Patrzyła na samą siebie, zbliżającą się do Cartera z precyzją kotki, sunęła po scenie. Ich sylwetki niebezpiecznie blisko siebie, sposób w jaki pociągnęła za łańcuch. To, jak blisko siebie byli.
Uniosła brew i zamierzała to już skomentować, kiedy znikąd zjawiła się Lana. Wpadła jak burza z zaciętą miną.
— Czy wyście, kurwa, powariowali?! — Wycedziła przez zęby. Oho, jednak komuś się to nie spodobało.
— Dobry wieczór, Lana — rzuciła z przekąsem Clara, ale nie oderwała wzroku od ekranu. — Byli świetni, prawda?
— Świetni? Dla ciebie to jest świetne? — Sloane zaszczyciła ją w końcu spojrzeniem. I może gdyby jej nie znała to by się tego wyrazu twarzy i tonu głosu przestraszyła. Ale nie tym razem. Bo wiedziała, że wykonała kawał zajebistej roboty. — Tego nie było w choreografii! To miała być stonowana, sensualna interpretacja, a ty, Sloane, zrobiłaś z tego soft porn na żywo przed dziesięcioma tysiącami ludzi! A ty — jakimś cudem namierzyła w tłumie Cartera, a którego Sloane nie widziała. Dopiero teraz go zobaczyła. Wciąż bez koszulki z tą magnetyzującą aurą wokół siebie. Nutą niebezpieczeństwa. Wzięła głębszy wdech. Musiała znaleźć sobie inny obiekt zainteresowania na noc. Carter to były kłopoty. Duże. Ale nie mogła nic poradzić na to, że miał w sobie to coś. — Wiedziałeś o tym?
— Boże, zluzuj Lana. Wszyscy to kupili i tylko ty robisz cyrk.
UsuńKobieta zaśmiała się gorzko. Skrzyżowała ręce na piersi, a wzrok wbiła w Sloane.
— I co, za tydzień w Miami zamierzacie odstawić ten sam teatrzyk?
Blondynka przewróciła oczami. Jezu, o co tyle szumu? Zeszła na moment z wyznaczonego kierunku, zabawiła się Carterem i widownią. Tak, zrobiła to dla własnej pieprzonej przyjemności. Niech ją pozwą. Spodobało się to nie tylko fanom, ale im również. Czuła to.
— Jeżeli się nie spóźni… kto wie, może zatańczę mu na kolanach albo urządzę striptiz. Wymyślę coś kreatywnego.
Sloane
Powinna się teraz pewnie skupić na rozmowie, ale nie potrafiła. Chciałaby wiedzieć co się tego wieczoru zmieniło. Bo przecież, cholera, spędzali ze sobą czas już wcześniej. Godziny w studiu nagraniowym, podczas promowania kawałka i nigdy przez cały ten czas nie czuła potrzeby, aby zawiesić na nim wzrok na dłużej niż to było konieczne.
OdpowiedzUsuńW głowie cały czas miała silny zapach tytoniu zmieszany z ziołem i tą dziką pewnością siebie z domieszką bezczelności. Rozgrzana, gładka skóra, od której zbyt szybko odrywać się nie chciała. Leniwie przesuwała wzrokiem po jego ciele. Błyszczącym od potu torsie, twarzy, po której widać było, że jest nieobecny w momencie. Zdawało się jej, że całą energię, jaką miał wykorzystał na wejście na scenę, a teraz, gdy wszystkie emocje powoli zaczynały opadać gubił się we własnych odczuciach. Już sam fakt, że był naćpany powinien zapalić w jej głowie czerwoną lampkę.
Sloane nie słuchała Lany ani Clary. Nie chciała oglądać więcej filmików, robić żadnego selfie po koncercie. Wymknęła się obu kobietom i zamknęła w garderobie, gdzie czekała na nią już Aria. Sloane mogła śmiało powiedzieć, że w tym chaosie show biznesu Aria była jedną z nielicznych osób, na które mogła za każdym razem liczyć.
W garderobie było duszno. Unosił się zapach perfum i alkoholu, którym raczyła się Aria. Znając ją była to tequila. Jak tylko zamknęła za sobą drzwi zdjęła z siebie stanik, który rzuciła gdzieś w kąt, rozpięła spodnie i ściągnęła z siebie całą koncertową warstwę. Zdejmowała jedną maskę tylko po to, aby włożyć inną.
— Niewiele brakowało, a przeleciałabyś go na tej scenie — zaśmiała się, kiedy tylko Sloane zamknęła za sobą drzwi. Gapiła się w telefon, z którego Fletcher słyszała swój głos zmieszany z głosem Cartera. — Bosko wam to wyszło. Ale serio, jeden dotyk więcej i stalibyście się viralem na Pornhubie.
Sloane zaśmiała się sucho. Przeczesała włosy palcami.
— Gdyby mnie wcześniej nie wkurwił, to trzymałabym się scenariusza. — Sięgnęła po wcześniej przygotowane ubrania. — Zresztą, nie moja wina. Widziałaś go? Sam się prosił, a ludziom się to spodobało.
Wsunęła na siebie srebrną, migoczącą minispódniczkę, czerwony koronkowy stanik, który był zbyt drogi, jak na ilość oferowanego materiału i poszarpany, czarny T-shirt z logo zespołu, którego nigdy nie słuchała, ale wyglądał jakby przeżył przynajmniej trzy pożary. Na nogi wciągnęła czarne, skórzane kozaki na obcasie, a na ramię zarzuciła małą torebkę na łańcuchu. Sloane spojrzała na swoje odbicie. Makijaż trochę rozmazany, włosy nieułożone.
— To gdzie jedziemy? Marzy mi się miejsce, które spali trochę tej adrenaliny — rzuciła, łapiąc dziewczynę pod ramię.
— Le Bain? Somewhere Nowhere? Outer Heaven?
Śmiejąc się, opuściły garderobę. James czekał tuż przed i ruszył przed nimi, aby zaprowadzić je do auta. Na zewnątrz, na parkingu, powietrze było ciężkie od wilgoci i hałasu miasta. Gdzieś za barierkami byli fani, którzy nie chcieli iść do domu, a jeszcze liczyli na spotkanie swoich idoli. Podeszłaby, ale nie dziś. Nie miała na to nastroju.
Sloane miała właśnie wejść do auta, kiedy kątem oka dostrzegła półnagą sylwetkę Cartera. Typ chyba zgubił koszulkę. Stał przy SUV’ie. Mięśnie grały pod skórą, a ta wciąż lśniła od potu.
Zatrzymała się, gapiąc i analizując. Za i przeciw.
Posłała krótkie spojrzenie Arii, która nie potrzebowała słów, aby ogarnąć co chodziło po głowie Sloane. Carter zniknął jej z oczu, gdy wszedł do auta, do którego swoje korki skierowała właśnie Sloane. Wytrącając przy okazji Jamesa z równowagi.
Zatrzymała się przy otwartych drzwiach, opierając o bok samochodu. Skrzyżowała ręce na wysokości piersi, a wzrok zawiesiła na Carterze, któremu towarzyszyli, najpewniej, jego kumple.
— Coś mi mówi, że nie jedziesz do domu na dobranockę — rzuciła, spoglądając na niego spod wpółprzymkniętych powiek. Było dopiero coś po pierwzszej, może bliżej drugiej. Zbyt wcześnie, aby uciekać do łóżka.
Zanim zdążył jej odpowiedzieć wsiadła do środka. Opadła na skórzanym fotelu, założyła nogę na nogę szturchając go przy okazji szpilką.
Usuń— Więc? Jedziemy czy mam wysiadać?
Sloane
Wiele w sobie ukrywała. Szczera zaczynała być dopiero w momencie, kiedy pisała teksty. Niektóre wychodziły jej zbyt osobiste, ale właśnie za to została polubiona. Nie bawiła się w osładzanie rzeczywistości. Za każdym razem zaznaczała, kiedy konkretna piosenka odnosi się do jakiejś sytuacji z jej życia, a kiedy jest czystym wytworem jej wyobraźni, bo akurat zainspirowała się czymś co obejrzała, usłyszała lub wymyśliła na własnych zasadach. Nawet na scenie nie wychodziła z roli, ale z tym, że tę narzuciła sobie sama. Ludzie chcieli czegoś więcej niż monotonnego stania na scenie i śpiewania do mikrofonu, a tak się składało, że mogła im to dać – choreografię, którą potem będą powtarzać w swoich pokojach, wrzucać nagrane filmy do sieci i modlić się, aby je zauważała. Tyle, że starannie dobrany scenariusz nie zawsze się sprawdzał. I tak, jak dziś się okazało, odrobina spontaniczności wyszła lepiej niż gdyby zrobiła to, czego od niej oczekiwano.
OdpowiedzUsuńWsiadając do SUV’a nie była pewna, czego właściwie chce. Ani czy chce czegoś konkretnego.
Naszła ją myśl, że noc spędzona z Carterem może być ciekawsza niż gdyby została sama z Arią. Z dziewczyną zawsze bawiła się dobrze, czasami zbyt dobrze. Pod skórą czuła, że obecność koleżanki dziś może okazać się niewystarczająca. Potrzebowała więcej. Mocniej. Jakiegoś bodźca, który totalnie wyłączy ją z myślenia.
I wiedziała kto jej to może dać. Patrzyła na niego.
Brała też pod uwagę, że mógłby grzecznie kazać jej wysiąść, ale była na tyle pewna siebie, że przez sekundę nie wierzyła, że by ją wyprosił.
Zastukała paznokciami o nagie udo, ale wzroku nie spuszczała z Cartera.
Sloane wyglądała jak ktoś, kto ma plan, którego zdradzać nie zamierza. Resztki rozsądku prosiły, aby wyszła. Czy zamierzała się posłuchać? Oczywiście, że nie. Rozsądek zostawiła razem z ochroniarzem na parkingu. Choć znając Harpera będzie za nimi jechał. Ale czego Harper nie widział, tego nie żal. W teorii pilnował jej przed nachalnymi paparazzi i fanami, w praktyce też często powstrzymywał ją przed głupotami, jak wciąganie kreski czy wracaniem do apartamentów z nieznajomymi.
Parsknęła cicho śmiechem, a potem nieznacznie nachyliła w jego stronę.
— Zamierzam dokładnie to robić.
Posłała mu rozbrajający uśmiech. Wydawał się być teraz zupełnie inni niż wtedy na scenie czy na backstage, kiedy walczyli między sobą. A może, kiedy to Sloane walczyła z nim. Kojarzyła te oznaki, kiedy przyjemne uczucie po zażyciu czegoś opuszcza ciało. Zostawia pustkę, którą natychmiast chce się uzupełnić. Sięgnąć po więcej.
W milczeniu patrzyła, jak sięga za siebie. Rozpoznała lusterko od razu, ale nie zadawała pytań. Byli po koncercie. Nie mieli żadnych zobowiązań. Chyba, coś migotało jej w głowie o jakimś wywiadzie jutro, ale to było zmartwienie Clary.
— Nigdy nic nie robię przypadkiem, Carter. — Odpowiedziała.
Spojrzała na lusterko. Na równe, cienkie i białe niczym śnieg kreski. Widziała jak jego spojrzenie ślizga się po jej twarzy. Może, jakby w oczekiwaniu, aż odmówi, o coś zapyta czy – jak wcześniej – urządzi awanturę.
Ale Sloane tylko lekko uniosła brew. Nie było w niej grama zawahania. Zero pytań co to?, pewnych rzeczy lepiej było nie wiedzieć. Jeżeli posiadała jakiekolwiek wątpliwości to w tej samej chwili, w której nachyliła się nad lusterkiem, zostały one pogrzebane. Pochyliła się ostrożnie, jakby każdy ruch miał znaczenie. Przesunęła włosy na stronę, aby całkiem jej nie przeszkadzały. Jedno pociągnięcie, szybkie i czyste. Cichy świst powietrza i drgnięcie w nozdrzach. Odchyliła głowę do tyłu z cichym westchnięciem i na moment przymknęła oczy.
Wypuściła powietrze z ust powoli, z pół-uśmiechem.
Usuń— Wiele rzeczy lubię — odpowiedziała wymijająco, ale Carter był bliżej prawdy niż na to wyglądało. Ciągłość ją nudziła. Powtarzanie w kółko jednego i tego samego nijak miało się do jej osobowości.
Wyprostowała się na siedzeniu i spojrzała na niego. Powieki jeszcze miała ciężkie od zmęczenia, ale to za parę minut przestanie być problemem.
— Władza jest przyjemna, ale kiedy nie wiesz co się wydarzy… To dopiero uderza do głowy.
Sloane zaczynała dostrzegać między nimi podobieństwa, które wcześniej jej umknęły. Miał być krótkim epizodem w jej życiu; napisali piosenkę, nagrali ją, wystąpią tu i tam razem, a potem najpewniej o sobie zapomną. Ale im dłużej na niego patrzyła tym większe miała przeczucie, że Crawford zapisze się w jej życiu na dłużej.
— Spodobało ci się. Ja ci się spodobałam.
Uśmiechnęła się, jakby powiedziała coś niesamowicie śmiesznego. Chyba poniekąd tak było. Mówiła o tym konkretnym momencie na scenie, kiedy przez moment byli tylko oni, a tłum ludzi, wyciągnięte w ich stronę telefony i kamery z każdej strony nie miały znaczenia.
Kiedy na chwilę zerknęła na przyciemnioną szybę dostrzegła swoje odbicie. Jej oczy – zazwyczaj ciepłe, piwne z domieszką złota, chwilami przypominające bursztyn – teraz wyglądały inaczej. Źrenice rozszerzyły się niemal w całości pochłaniając kolor. Zostawiły jedynie cienką, lśniącą obwódkę.
Czuła, że patrzy teraz jak przez obiektyw, który dostrzega więcej, mocniej, ostrzej. I zapewne nie tylko ona to dostrzegła.
— Ale nie jestem jedyną, która to lubi. Nie jesteś marionetką, której się dyktuje kroki. Ty pociągasz za sznurki. My za nie pociągamy. I tylko czasami damy komuś innemu trochę dominacji, aby zasmakować nieznanego.
Sloane
Była zaintrygowana.
OdpowiedzUsuńDo tej pory jakoś pozostawał jej obojętny. Traktowała go tak, jak należało – jak współpracownika, z którym za parę tygodni zakończy wspólny projekt i każde z nich pójdzie w swoją stronę. Tak to w tej branży działało. Przez krótki ułamek udawało się najlepszych przyjaciół, a następnie zapominało o swoim istnieniu. Pojawiali się kolejni kumple, kolejne współprace i tak to się kręciło. Ten występ coś zmienił, ale jeszcze nie była na tyle pewna, aby wiedzieć co to było. Być może jego obojętność, zadziorność i przekonanie, że jest bogiem, gdy tylko wchodził do pomieszczenia.
Sloane chciała zobaczyć więcej. Do jakich rzeczy jeszcze Carter jest zdolny się podsunąć. Do czego będą w stanie się posunąć, aby zrobiło się ciekawiej. Jakiekolwiek uczucie między nimi było na scenie – było prawdziwe. Nie do podrobienia. Niewpisane w scenariusz, nad którym tak rozpaczała Lana.
— Miałeś wątpliwości co do tego? — spytała. Lubiła zachowywać się profesjonalnie, ale to jeszcze nie wykluczało dobrej zabawy, nie? Miała dostęp tak naprawdę do wszystkiego i wiedziała, jak to wykorzystać na swoją korzyść. Do kogo się uśmiechnąć, kiedy się przymilić.
Z każdą upływającą sekundą czuła powolne efekty narkotyku. Znajomy stan euforii krył się jeszcze za rogiem, ale był bliżej niż dalej. Energia, która po koncercie na chwilę osłabła zaczynała wracać.
Śledziła wzrokiem jego ruchy. Patrzyła, jak wyjmuje papierosa z pomiętej paczki, jak wsuwa go między usta i odpala. Końcówka papierosa jarzyła się w półmroku, a dym już chwilę później zaczął unosić nad ich głowami.
Prawie parsknęła, gdy usłyszała to nie. Zachowała, w miarę, neutralny wyraz twarzy. Oparła łokieć o podłokietnik, kosmyk włosów nawinęła na palec i bawiła się nimi. Przetwarzała jego słowa. Nie wszyscy musieli ją lubić, ba było jej bardzo dobrze z tym, że są osoby, które szczerze jej nie lubią, ale Carter… Nie, on się do nich nie zaliczał. Nawet jeżeli go wkurwiała.
W końcu lekko się uśmiechnęła, ale bardziej do samej siebie niż do niego.
— Wzajemnie. Powinniśmy się chyba do tego wkurwienia przyzwyczaić, nie? — rzuciła. Przed nimi jeszcze było sporo wspólnego czasu. I jeśli dobrze myślała to nie zamierzali sobie tego czasu ułatwiać. — Prawdziwe i mocne. Wykorzystane odpowiednio… Cóż, może doprowadzić do ciekawych rzeczy.
— Wyostrzyć? — Powtórzyła. Coś błysnęło w jej oczach. Jakby właśnie dostała ofertę nie do odrzucenia. — Jak dobrze, że oboje lubimy igrać z ogniem.
Świat lekko już pulsował. Carter swoimi słowami rozniecał w niej ogień, który z łatwością mógł się przerodzić w trudny do ogarnięcia pożar. I szczerze? Miała nadzieję, że wciśnie odpowiednie przyciski, aby tak właśnie było. Najwyżej narobią bałaganu, który ktoś inny będzie musiał posprzątać.
Początkiem było to, że skończyła nieproszona w jego SUV’ie. I jechała bóg wie gdzie, bo nawet o to nie zapytała. I było jej to obojętne.
Wzięła od niego wodę. Nie podziękowała, samo spojrzenie musiało mu wystarczyć. Odkręciła zakrętkę i wzięła kilka mniejszych łyków. Rzuciła zakręconą butelkę na siedzenie obok.
Świat powoli zaczynał pulsować. Obraz się wyostrzył, a dźwięki stawały jakby głośniejsze i wyraźniejsze. Działało szybciej niż się spodziewała.
Lekko się spięła, ale nie z nerwów, kiedy znalazł się bliżej. Duszący dym papierosa trafiał prosto w jej nozdrza, podrażniając nerwy, mącąc w głowie. Mieszał się z jakimś pieprznym zapachem, który Sloane powiązała z perfumami Cartera.
— Świetnie. Przekonajmy się kto z niej wyjdzie żywy.
Kiedy się odsunął, ona się nachyliła. Wyciągnęła rękę przed siebie ku jego twarzy, aby spomiędzy ust wyjąć papierosa. Nie pytała go zgodę, nie pytała czy się z nią podzieli. Zrobiła to tak, jakby należał do niej. Przez chwilę była tak blisko, że czuła ciepły oddech mężczyzny na swojej twarzy. Wypuściła dym przez nos, jakby chciała, aby każdy centymetr jej ciała przesiąkł tym momentem. Zostawił po sobie posmak buntu i czegoś, co smakowało Carterem.
— W takim razie… game on.
Sloane
Zwilżyła wargi, nim po raz kolejny wsunęła papierosa między usta. Odznaczył się na nim błyszczyk dziewczyny, którym chwilę przed wyjściem musnęła wargi. Chętnie przyjmowała spojrzenie Cartera, nie chowała się przed nim. Lubiła być podziwiana, a czy teraz ją podziwiał czy patrzył, bo siedziała przed nim było bez znaczenia.
OdpowiedzUsuńCzuła to dziwne napięcie, które między nimi panowało. Trochę tak, jakby właśnie znaleźli się na polu minowym i jeden nieodpowiedni krok mógł doprowadzić do katastrofy. Ale czy nie to właśnie było w tym najbardziej ekscytujące? Ta niepewność co wydarzy się dalej? Czy będą dalej umiejętnie omijali ukryte miny, czy w końcu któreś z nich na jedną trafi i wyleci w powietrze?
Cień uśmiechu majaczył na jej ustach. Coś na granicy pogardy, a zadowolenia.
— Po tobie spodziewam się tylko najgorszego.
Ale miał rację. Mógł zrobić wszystko, a ona pewnie by nie opanowała, bo dlaczego? Sama tu przyszła, sama chciała… właściwie nie wiedziała czego, ale wiedziała, że Carter jej to da. Mogła sama zorganizować sobie noc i bawiłaby się świetnie, co do tego nie miała wątpliwości. Tyle, że jej ciało domagało się czegoś więcej. Jakiegoś uderzenia, które wytrąci ją z równowagi. Zachwieje stabilny grunt pod nogami. Doprowadzi do wrzenia. Dziś się przekonała, że Carter to wszystko za sobą niesie. Świadomie czy nie.
Specjalnie przesunęła się bliżej, aby zetknąć się z nim udem. Jakby do tej pory krążyli na krawędzi dotyku, ale zachowywali dystans.
Zsunęła wzrok na lusterko. Lekko rozchyliła usta, nieświadomie, kiedy utrzymywał z nią kontakt wzrokowy. Widziała, jak robił to wcześniej. I nie, że była zaskoczona. Może raczej w dziwny sposób zafascynowana, którego nawet samej sobie wytłumaczyć nie potrafiła.
— Wiesz, co jest najgorsze? — Powtórzyła po nim. Cicho, jakby właśnie zamierzała wyznać grzechy w konfesjonale. — Że nie powiedziałabym ‘nie’. Bo jestem tą suką, która woli spłonąć żywcem, niż nie czuć nic. Tą, którą trzeba zniszczyć w całości, żeby coś poczuła. Tą, która się tylko zaśmieje i powie Dawaj, zrób to mocniej.
Miała schemat, który powtarzała. Znajdowała kogoś przy kim puszczała hamulce, a potem budziła się z bolącą głową, rozbita od środka i na zewnątrz. Popełniała błąd za błędem, niewiele z nich wyciągała lekcji, bo gdyby zaczęła to dotarłoby do niej, że to wcale nie jest dobra zabawa, a autodestrukcja, na którą pozwala sobie i innym.
Uniosła delikatnie głowę, aby wypuścić dym i nie dmuchać nim prosto w twarz Cartera, choć nie ukrywała, że przeszło jej to przez myśl. Kiedy ją znów opuściła natrafiła na jego spojrzenie. Było w nim coś dzikiego, tajemniczego i proszącego się o to, aby odkryć co jeszcze się w nim kryje. Ale wszystko w swoim czasie. Tak, jak często lubiła mieć podane wszystko na tacy, tak tym razem miała chęć, aby odkrywać kawałek po kawałku. Wtedy, kiedy na to zasłuży.
Pochyliła się do przodu z ręką wyciągniętą przed siebie. Nie musiała używać słów. Wsunęła papierosa między jego usta, ledwo ocierając dłonią o jego twarz.
Zatrzymała się w tej pozycji przez chwilę. Kuszona zapachem perfum, skóry, potu, tytoniu. Ciemnymi tęczówkami. Grzechem, który z niego emanował. Przesunęła wzorkiem od jego ciemnych, przypominających gorzką czekoladę, oczu po pełne usta, na których zatrzymała się chwilę dłużej.
— My już się zgubiliśmy, Carter — szepnęła miękko.
Zagubieni w świecie. Karierach. W samych sobie, widzących jedynie czubki własnych nosów.
Przesunęła nogą wyżej, zaczepiając ponownie szpilką o jego łydkę.
— Gdzie chcesz się zgubić? Bar? Klub? — Zapytała z tym słodko-pikantnym przeciągnięciem.
Zrobiła pauzę. Krótko oblizała dolną wargę, jakby się nad czymś zastanawiała.
— … we mnie?
Atmosfera w aucie przypominała teraz napięty łuk.
Ale zanim zdążył zareagować, Sloane parsknęła krótko, cicho, niemal słodko.
— Żartowałam. To nie ten czas. — Odwróciła wzrok na szybę. Setki ludzi na ulicach, neonowe światła. To wszystko było tylko rozmazanym obrazem.
Dorzuciła po chwili, bez kpin, bo faktycznie chciała wiedzieć:
— Powiedz mi, gdzie Zaire znika, kiedy chce się zgubić?
Sloane
Obnażyła się tym wyznaniem.
OdpowiedzUsuńChociaż, czy mogła nazwać to wyznaniem, kiedy często opowiadała o tym w swoich tekstach? Nigdy wprost, ale wystarczyło tylko bardziej się przyłożyć do tekstu, aby mieć niemalże pełny obraz Sloane Fletcher. Trochę pogubionej laski, która normalności szukała w najmniej odpowiednich miejscach i ludziach – na koniec to już było bez znaczenia z kim jest, dopóki dostawała uwagę, której chwilami zbyt desperacko szukała, ale przykrywała to ładnymi uśmiechami, flirtem, kolorowymi drinkami i pigułkami.
Carter mógł z tą informacją zrobić co tylko chciał. Wykorzystać na swoją korzyść. Puścić w niepamięć. Uznać za żart wypowiedziany pod wpływem narkotyku. I każda z tych opcji Sloane pasowała. Musiał przekonać się sam, ile prawdy było w to, co powiedziała.
Czuła, jak zmysły coraz bardziej się jej wyostrzają. Zmęczenie przestało istnieć. Nagle siedzenie w miejscu stało się niewygodne i już nie mogła się doczekać, aż wysiądą z samochodu. Miejsce było bez znaczenia. Byle tylko wyrwać się z samochodu, który z każdym kilometrem, który połykał zdawał się zmniejszać. Robiło się tu zbyt ciasno, zbyt często zmniejszali dystans między sobą balansując na cienkiej lince nad przepaścią.
Przechyliła lekko głowę, spoglądając na nieco spod wpółprzymkniętych powiek. Każde jedno słowo w przyjemny sposób ocierało się o nią, zostawiając po sobie niewidoczne, odczuwalne tylko dla niej ślady.
Wpadający przez uchylone okno wiatr, bawił się jej włosami zostawiając je w jeszcze większym nieładzie niż przedtem. Świeże powietrze było orzeźwiające, ale ani trochę nie sprawiło, że zaczęła myśleć rozsądniej. Raczej dało kopa do tego, aby działać dalej. Więcej odwagi, ale tej Sloane nie potrzebowała. Była nią napompowana już od dawna.
— Co za ładne miejsce, aby się zgubić — westchnęła, prawie rozmarzona, jakby nie mogła się doczekać, aż się tam znajdą. Przesunęła dłonią po wnętrzu swojego uda, leniwie i bezwstydnie, z przymkniętymi oczami, wyobrażając sobie sceny, w których udziału brać nie powinna. Zatopić się w nieznajomych objęciach, smaku tequili lub tego, co lub kto akurat się nawinie. Z pulsującą pod skórą i w skroniach muzyką. Tak głośną, że zagłuszy każdą myśl. Wyłączy mózg.
Nie musiała otwierać oczu, aby wyczuć, jak blisko się znalazł. Zrobiła to jednak, skuszona samą wizją posiadania go blisko. Przyciągana zapachem, bezczelnością i pewnością siebie. Spojrzeniem, stylem bycia. Nieodpowiedzialnością. Niebezpieczeństwem.
Przysunęła się bliżej. Bawili się sobą nawzajem i mieli z tego spory ubaw.
Jak dwa zamknięte w ciasnej klatce dzikie zwierzęta, które się dogadają albo pozabijają.
Siedziała przez chwilę w ciszy, niebezpiecznie blisko, pozwalając, aby jego słowa osiadły między nimi jak popiół z papierosa. Mimo głośno grającej muzyki, Sloane słyszała tylko jego. Teraz liczyło się tylko to, co mówił Carter. Czuła się trochę tak, jakby wprowadzał ją właśnie do swojego świata, który okazał się niesamowicie podobny do tego, w którym sama żyła. Wypełniony nieodpowiednimi decyzjami, miejscami, ludźmi. To było niczym zaproszenie, które Sloane chętnie przyjmowała.
— Tacy jak my nie cofają się przed ogniem. My go wzniecamy, Carter. Bawimy się nim i mamy zajebiście wiele satysfakcji z tego, kiedy ktoś inny się sparzy.
Oparła rękę o jego udo. Mogła przysiąc, że gorąc jego skóry przenikał przez materiał spodni, o które opierała dłoń. Sama nie była pewna, czy zawróciło się jej w głowie od narkotyku czy przez niego. I było to w zasadzie bez znaczenia.
Uśmiechnęła się, ale nie było w tym uśmiechu nic ciepłego. Był to ten rodzaj uśmiechu, który mówi, że jest dziewczyną, która zna swoje demony i umie zatańczyć z cudzymi.
Sunęła wzrokiem po jego twarzy. Leniwie, ale z uwagą.
— Dobrze dla nas, że nie wierzę w bajki. — Wyszeptała wprost jego usta, które znajdowały się zaskakująco blisko. Ton miała spokojny, zmysłowy, podszyty czymś niepokojącym.
Sloane nie potrzebowała obietnic. Nie składała ich i nie dotrzymywała.
UsuńPotrzebowała nocy, która wyrzuci ją z orbity. Towarzystwa, które nie będzie oczekiwało niczego – ani powrotu do domu, ani telefonu nazajutrz. Szukała zapomnienia. I teraz, w tym aucie z zapachem tytoniu, skóry, nuty czegoś ostrego, który wypełniał przestrzeń między nimi, była z osobą, która mogła jej to wszystko dać.
Gdy auto zwolniło, spojrzała przez okno. Miasto migotało neonowymi światłami, a powietrze zgęstniało jak przed burzą. Czyżby dotarli tam, gdzie granice przestają istnieć?
— Wejdźmy w ten ogień razem. I przekonajmy się, które z nas wyjdzie bez oparzeń.
Sloane
Chyba nie do końca była świadoma tego, co mówi. Momentami czuła się, jakby duchem znajdowała się poza swoim ciałem, a te było jedynie pustą powłoką. Mówiła różne rzeczy, nie miała na tym kontroli i mogła jedynie z boku obserwować, jak rozwinie się dalej sytuacja. Otumaniona była przez zapachy, narkotyki, własną wyobraźnię, a ta działała na najwyższych obrotach. Już nic nie miało żadnego znaczenia.
OdpowiedzUsuń— Mówiłam ci już, lubię bawić się ogniem. I jeśli mam dostać za to po tyłku… Jakoś to przełknę. Przynajmniej nie będzie nudno.
Nie obawiała się tego, że coś może pójść nie tak. Ochoczo weszła w ten dziwny, niewypowiedziany na głos układ, który między nimi zapadł. Sloane widziała w nim osobę, która da jej adrenalinę potrzebną do wyciszenia głowy. Kogoś, kto podobnie jak ona, nie posiadał granic i nie przestrzegał ogólnie panujących zasad. Chwilami dziewczyna jeszcze się hamowała, szczególnie, gdy musiała gdzieś być, ale kiedy przed sobą miała czas wolny, pustą noc, którą trzeba było czymś zapełnić nie istniały żadne morale. Była jedynie głucha pustka, którą zagłuszała głośną muzyką, wpadaniem w obce objęcia, używkami.
— Mylisz się, Carter — wytknęła mu — jesteśmy historią. Tylko nie taką, o jakiej się marzy. To, cokolwiek to jest, jest brudne, brzydkie, ale prawdziwe. Sam to powiedziałeś. My mamy to szczęście, że ta cała brzydkość jest zapakowana w ładne, drogie stroje.
Gdyby nie byli bogaci, gdyby nie byli ładni – żadna z rzeczy, którą robili nie zostałaby im wybaczona. I to, że niszczyli przede wszystkim samych siebie nie miałoby żadnego znaczenia. Nikt nawet nie mrugnął, gdy wciągał na backstage’u, jakby wiedzieli, że i tak to niczego nie zmieni. Ale gdyby to zrobił technik, któryś z ochroniarzy? Historia wyglądałaby zupełnie inaczej. Posiadali przywileje i świadomie to wykorzystywali.
Hałas z ulicy wlał się do środka intensywniej, kiedy drzwi się uchyliły. Sloane oderwała wzrok od Cartera, zaciekawiona nowymi towarzyszami. Wyglądali, jakby od dawna się dobrze bawili.
— Królowa grzechu leci dziś z wami — wtrąciła blondynka, wyluzowana i gotowa na to, aby zapomnieć o wszystkim. Lekko jedynie uniosła brew, gdy ktoś wspomniał o dwóch tabletkach. Nie była zdegustowana, a raczej zaintrygowana co mogą z nią zrobić. Pytania, po raz kolejny, były tu zbędne.
Powróciła spojrzeniem do Cartera. Już nie byli sami, już nie było tylko ich zza zamkniętymi drzwiami auta. I tylko na ułamek chwili poczuła się znowu tak, jakby tu jego kumpli wcale nie było.
— Nie zamierzam pamiętać.
Wyskoczyła za nim z auta. Obcasy lekko stuknęły o chodnik. Przez chwilę leciała wzrokiem po czekających w kolejce ludziach. Niektórzy zirytowani, że znów pojawiły się jakieś VIP’y, które dostają się wszędzie bez kolejek. Ktoś możliwe, że ich rozpoznał, dostrzegła parę telefonów, które nagle poszybowały w górę.
Miała wrażenie, że chodnik wibruje od basu, a gdy tylko weszła do środka całe jej ciało drgało. Było tu duszno, gorąco. Setki perfum mieszały się z zapachem potu, zioła i wszystkiego, czego można było spodziewać się po takim miejscu. Panował półmrok przecinany co jakiś czas neonowymi światłami, które raz po raz rozpalały twarze imprezowiczów. I najlepsze było to, że nikt tu nie zwracał na nikogo uwagi. Nie było nikogo kto pchałby się po selfie. Lub może byli już zbyt naćpani, zbyt pochłonięci dobrą zabawą, aby zwrócić uwagę na otoczenie.
Świetnie.
Takiego właśnie miejsca potrzebowała. Tu się właśnie chciała znaleźć.
Nie znała drogi do stolika, choć wątpiła, że długo tam zagrzeje miejsce. Ale jego kumple mieli coś, czego chciała. Szła za Carterem, za sobą czuła i słyszała jego kumpli. Nie interesowała się prowadzą rozmową. Dopiero, gdy dotarli do stolika odwróciła się w stronę tego, który chwalił się pigułkami.
— Ty — uśmiechnęła się słodko stukając paznokciem o jego tors — masz coś, co mi się bardzo spodobało. Chcesz się podzielić?
Sloane
Bez niego wylądowałaby w podobnym miejscu. Miała obcykane kluby w Nowym Jorku, gdzie nikt nie zadawał zbędnych pytań. Takie, w których mogła bawić się do białego rana, robić same nieprzyzwoite rzeczy i nikomu nie drgnęłaby powieka. Kierowała nią ciekawość, czy bawią się w takich samych miejscówkach, czy może te należące do Cartera są gorsze, brudniejsze. I możliwe, że tak było. Nie czuła na sobie uważnego wzroku Harpera, a ten potrafiła wyczuć z kilometra. Samo to dało jej dodatkowego Powera, bo gdy nie czuła się przez ochroniarza obserwowana hamulce magicznie znikały. Jakby ktoś je przykrył peleryną niewidką. To było jak znak, aby nie cofała się przed niczym.
OdpowiedzUsuńMoże z trochę znudzonym wyrazem twarzy spoglądała na gościa, który ją właśnie bajerował i wyciągał pigułki z kurtki.
— Rozbiera mówisz? Och, do tego mi pigułki nie są potrzebne — zaśmiała się słodko. Oblizała wargi, zbierając z nic resztki błyszczyka. Resztki drobinek z pomadki mieniły się na jej ustach w kolorowych światłach, kiedy te padały na jej twarz, a Sloane wyglądała tak, jakby faktycznie rozważała, czy wziąć jedną czy może dwie. Mimo, że dobrze wiedziała co chce zrobić. — Kolorowe pigułki szczęścia, co? — prychnęła kątem oka zerkając na Cartera, który wręcz zmaterializował się obok niej.
Swoją uwagę przeniosła zaraz na kolesia od pigułek.
— Ty zdecyduj. — Poprosiła z lekkim, figlarnym uśmiechem. Nawet nie wiedziała, jak ma na imię i to było bez znaczenia, bo i tak wyleci jej ono z głowy za chwilę. Jeden z wielu kumpli Cartera. Tyle jej wystarczyło. Co jeszcze nie oznaczało, że ma jakiekolwiek zaufanie do tego, czym się faszerowała. Ktoś, zresztą, mógł mieć co do tego pewność? Dealerzy raczej nie przyłazili ze składem, gdy podrzucali strunowe woreczki z prochami. Sama świadomość, że to działa miała wystarczyć. — Jak myślisz, której bardziej mogę potrzebować?
Przechyliła lekko głowę, raz spoglądając na tabletki, a raz na twarz mężczyzny. Mogła je zgarnąć z ręki i mieć to z głowy, ale ten sposób był o wiele zabawniejszy. Zrobiła krok w jego stronę, stykając się niemal odsłoniętym brzuchem z czubkami jego palców.
Odgarnęła kosmyk włosów za ucho, a potem rozchyliła usta. Delikatnie. Powoli. Wystawiła czubek języka, miękko i bezwstydnie pewna siebie – w formie subtelnego zaufania, ale też i wyzwania, które liczyła, że przyjmie.
Widziała, jak uśmiechnął się pod nosem. Może nawet lekko niedowierzał, że dostał od niej zadanie specjalne, wyraźnie zaintrygowany tym małym teatrzykiem, który odstawiała. Sloane była główną aktorką, która dobierała sobie kolejnych mężczyzn do odegrania niewielkiej roli w spektaklu, który znacznie miał tylko dla niej. Po chwili dwie błyszczące tabletki znalazły się na jej języku. Zamknęła usta. Przełknęła bez słowa z uśmiechem godnym grzechu, patrząc mu prosto w oczy – zadowolona ze spełnionej prośby.
Smak chemicznej słodyczy tańczył na jej języku jeszcze przez chwilę, nim zajęła głowę czymś innym. Tequila, kieliszki, limonki. Nie była ciekawa tego, ile ma czekać na efekty. Czuła się lekko, gotowa do przetańczenia nocy, a wszystko dzięki niewielkiej kresce wciągniętej w aucie. Mogła tego żałować, ale jeśli – to przejmie się tym innym razem.
Popatrzyła na Cartera, jego kumpli, znajomych i nieznajomych, którzy się kręcili wokół stolika, jakby był ich własnością.
— W porządku, chłopcy. Pobawmy się. — Przeszła obok nich do stolika. Chwyciła za butelkę tequili, której zakrętka gdzieś poturlała się po stole. Z godną pochwały wprawą rozlała alkohol do kieliszków. — Skoro tak naiwnie daję się wam wciągać w eksperymenty, zasługuję chociaż na jednego wspólnego shota.
Chwyciła jeden kieliszek i odwróciła się w ich stronę. Wzrok przenosząc raz na Zaire, a raz na kolesia od pigułek. Wypadałoby poznać jego imię, przynajmniej, aby stwarzać pozory bardziej zainteresowanej.
— Za noc bez granic, prawda?
Sloane💊
Sloane wcale nie chodziło o wzbudzenie w nim zazdrości. Bo dlaczego miałaby? Znali się tyle, co nic. Robiła to wszystko dla siebie, aby samej sobie pokazać, że nawet z demonami we własnej głowie może się dobrze bawić. Że żadna sytuacja nie wytrąci jej z równowagi na dłużej, niż to konieczne. Żaden/żadna ex, spóźniający się kumpel z pracy, wkurwiająca menadżerka, zbyt nadopiekuńczy ochroniarz czy jej rodzice, którzy też mieli wiele do powiedzenia, ale na jej szczęście znajdowali się tysiące mil od Nowego Jorku, a połączenia ignorowała z palącą przyjemnością.
OdpowiedzUsuńW dodatku, lubiła bawić się ludźmi. A Jules wyglądał jak ktoś, kto łatwo wpada w pułapkę. Mógł być towarzyszem nocy lub kimś na chwilę. Nie miała konkretnego planu. Szła z tym, co akurat w danej chwili wydawało się jej odpowiednie. Było też wysoce prawdopodobne, że swoje zainteresowanie zaraz skupi na kimś zupełnie innym i będzie jedynie dryfowała między ludźmi, dopóki nie skończy się noc lub Sloane nie znajdzie tej jedynej.
Chaos w głowie się wyciszył już dawno temu. Dudnił tam teraz bas, który przyjemnie mrowił pod skórą. Dłonie delikatnie jej drżały, ale nie była pewna, czy to przez to, co wzięła czy dziwny rodzaj ekscytacji, która ją wypełniała.
— Zabrzmiało jak komplement. — Rzuciła. Może nim było? Kieliszek lekko się zakołysał w jej palcach, kiedy Carter o niego stuknął. Nie zwlekała i przystawiła go do ust, odchyliła głowę przełykając na raz tequilę, która zostawiała po sobie palące w gardło. Z ust zlizała krople alkoholu, który się na nich osadził, a kieliszek rzuciła niedbale na stolik.
Było tego dużo. Głośna muzyka, wbijający się w skórę bas, migoczące światła, które chwilami zdawały się być zbyt jaskrawe. Tłum ludzi, choć mieli własny stolik z dala od zwyczajnych ludzi i nie musieli się martwić o przypadkowe osoby bawiące się w ich towarzystwie. Mieszające się ze sobą zapachy, duszące i mdłe. Lepki od alkoholu stolik. Skórzane kanapy, do których przyklejała się skóra. Sloane coraz bardziej odczuwała potrzebę zrzucenia czegoś z siebie. Nie ubrań w fizycznym sensie. Może jakiegoś niewidzialnego ciężaru, który odczuwalny był tylko dla niej.
I na krótki moment chaos towarzyszący im w klubie się wyciszył. Bo jeśli tego wieczoru było coś, co od dawna wytrącało ją z równowagi to był Carter. Jego perfumy. Zapach jego ciała, który utknął jej w głowie od tego momentu na scenie. Rozgrzany tors. Ledwo tylko go musnęła, a gdyby odpowiednio się skupiła odtworzyłaby każdą sekundę z koncertu, gdy była blisko.
— Wiem. Dopiero się rozkręcam.
Przyjmowała to wyzwanie z ogromną chęcią. Nie zamierzała się wycofać czy rezygnować. Tyle, że coś w jego głosie jej mówiło, że w nią nie wierzy, a to zadziałało jako dodatkowa motywacja. Sloane nie lubiła przegrywać i nie liczyło się czy grała w głupią planszówkę ze znajomymi, robiła show na scenie, czy jak teraz – sama nie wiedziała dokładnie co.
— Nie będę prosiła o koło ratunkowe. — Zapewniła. Jeśli miała utonąć, to w ciszy i samotności - bez widowni.
Mógł czekać na to, aż podwinie się jej noga. Była na to szansa. Szczególnie, kiedy przestanie mieć nad sobą jakąkolwiek kontrolę i w pełni odda się w mroczne, lepkie macki nocy i klubu. Tym mogła martwić się później, bo dopóki jeszcze w miarę ogarniała wszystko było w porządku.
Wyglądał na człowieka, który uważa, że ma do wszystkiego prawo. Rozciągnięty na kanapie, otoczony ludźmi, którzy pewnie spełniliby każdą jego zachciankę, przyprowadzili każdą dziewczynę, zgodzili się na najbardziej odjechane pomysły. Cholernie się jej to podobało i to było niepokojące.
Rzuciła torebkę gdzieś na kanapę i tak nie było w niej nic wartościowego poza telefonem. Schyliła się po jeszcze jednego shota. Może to było za dużo i za szybko w tak krótkim czasie, ale kto by się tym przejmował? Alkohol rozpalał ją od środka. Było jej zbyt gorąco i zbyt niewygodnie we własnym ciele.
— Baw się dobrze, Zaire — mruknęła. Puściła mu oczko i odwróciła się schodząc na parkiet. Dragi i alkohol to jedno, ale siedzieć w miejscu na pewno nie zamierzała.
Sloane
Obejrzała się raz przez ramię, kiedy wychodziła z loży.
OdpowiedzUsuńSubtelnie uśmiechając, z błyskiem w oku, który mówił, że nie skończyła z nim jeszcze na dziś, ale póki co zamierzała skupić się na sobie. Nie odchodziła specjalnie daleko, przynajmniej początkowo. Ale nie dlatego, że bała zostać się w tłumie obcych ludzi sama. Jej instynkt samozachowawczy zaczął zanikać się w momencie, kiedy wzięła kreskę w aucie, a rozpłynął się całkiem w powietrzu, gdy Jules poczęstował ją dwiema tabletkami. Już było bez znaczenia kto przy niej jest, czyje dłonie czuje na swoim ciele, czyje usta naznaczają jej skórę. Zatopiła się w muzyce. Świat poruszał się teraz w zwolnionym tempie, jakby ktoś ustawił go na 0.5 tempo. —
Śmiało wychodziła ludziom naprzeciw. Nie odmawiała wspólnego tańca czy drinka, gdy ktoś przyniósł coś ze sobą. W tłumie ludzi zainteresowała się dziewczyną, która pojawiła się znikąd. Czarne loczki uroczo podskakiwały wokół jej głowy przy tańcu, błyszczące zielone oczy zachęcały do wspólnej zabawy i nim się Sloane obejrzała bawiły się już tylko we dwie. Pachniała cynamonem i gruszką. Smakowała malinową wódką i czymś gorzkim, czego Sloane rozpoznać już nie potrafiła. Ciała pulsowały we wspólnym rytmie, poruszały się gładko i spójnie. Sloane nie znała jej imienia – i nie chciała znać. Wystarczyły w zupełności pełne usta, smukłe palce wsuwające się w jej włosy i brak wymagań. Usta na szyi, dłonie w talii, języki splątane i walczące o dominację.
Tyle, że nawet wtedy, kiedy otulone w różowe cekiny ciało dziewczyny wiło się w tańcu razem ze Sloane, Fletcher czuła na sobie inny wzrok. Ten konkretny, który wydawał się być bardziej skupiony.
Siedział w miejscu, w którym go zostawiła. Nieruchomy. Jak król tego miejsca.
Otoczony ślicznymi dziewczynami w skąpych sukienkach. Każda skupiona na innej części jego ciała. Brakowało tylko trzeciej – tej która by klęczała w oczekiwaniu na sygnał.
Nie ruszał się. Ale widział. Patrzył.
I to Sloane w zupełności wystarczyło, aby przebiegł ją dreszcz.
Tyle, że wtedy coś się zmieniło. Klub na moment zwolnił. Głowa zrobiła się ciężka, a tańcząca z nią dziewczyna przez ułamek sekundy zdawała się mieć twarz, którą Sloane kiedyś już widziała. Wymamrotała w jej kierunku coś, co zabrzmiało jak muszę się napić. Wody, wódki, czegokolwiek. Pociągnęła ciemnowłosą ślicznotkę za sobą, bo tak szybko się pozbywać jej nie chciała. Nawet jeśli wzrok płatał jej figle i podsyłał obrazy, których widzieć nie powinna była. Nieco chwiejnym, ale jeszcze stabilnym krokiem dotarła do loży.
Szła do stolika. Może po wodę. Może po chwilę oddechu. Nie była pewna.
Miała już rzucić jakimś tekstem w stronę Cartera, wbić małą szpileczkę, kiedy czyjeś palce owinęły się wokół jej nadgarstka, a ona wylądowała na kolanach Julesa.
— Wreszcie, zniknęłaś na pół nocy. — Uśmiech błysnął mu na ustach jak brzytwa. — Masz miejsce na jeszcze jednego shota?
Zawahała się. Po to tu przyszła, a z drugiej strony…
— Potrzebuję jednego dla mojej nowej przyjaciółki. — Odchyliła głowę do tyłu, spoglądając na brunetkę. Z tej perspektywy też była śliczna. — Wyglądasz mi na… Ruby. Tak. Ruby. Potrzebuję jednego dla Ruby.
— Wedle życzenia. Jeden dla królowej chaosu i drugi dla Ruby.
Kieliszek znalazł się w jej ręku. Cięższy niż przedtem. Z czymś, co nie wyglądało na tequilę, ale Sloane nie zadawała pytań. Shot dotknął jej ust, jak w pocałunku, ale wszedł w nią jak cios. Zimny, lepki, z nutą czegoś, czego nie potrafiła nazwać. Miała wrażenie, że ciecz zahaczała o gardło, zamiast przez nie płynnie przepłynąć. Zadrżała lekko, zaskoczona jego mocną.
— Fuj — niedbale odłożyła kieliszek na stół — powinniście zainwestować w lepszy alkohol.
Chwilowy dyskomfort zamaskowała żartem, jak zwykle. Dwa razy zastanawiać się nad tym, co było w środku nie zamierzała. Śliczna brunetka znalazła sobie miejsce gdzieś obok, a Sloane powędrowała wzrokiem do Cartera.
— Jak się bawi książę ciemności?
Sloane
Odlatywała.
OdpowiedzUsuńZ każdą chwilą coraz bardziej. Ciało wciąż było obecne, rejestrowała ostatnie zlepki rozmów, które w rzeczywistości brzmiały jak niezrozumiały bełkot i tylko pojedyncze słowa do niej docierały. Czuła ciepłą, dużą dłoń Julesa, która przesuwała się po jej odsłoniętym udzie. Gorący oddech, który muskał jej szyję, gdy się odzywał, ale była zbyt wybita z rzeczywistości, aby coś z tym zrobić. Chyba nawet nie chciała nic robić, bo czuła się dobrze. Lub wmawiała sobie, że czuje się dobrze. Sama kokietowała, przyciągała do siebie, nie uciekała, gdy przyciągnął ją na kolana. Siedziała na jego udach z ręką przerzuconą przez jego ramię, druga bezwiednie zwisała wzdłuż ciała dziewczyny.
Trochę zamglonym spojrzeniem obserwowała Cartera. Bo mogła bawić się z uroczą brunetką, mogła siedzieć na kolanach jego kumpla, ale swoją uwagę i tak zwracała na niego. Sama nie wiedziała, dlaczego. Może przez to, że przyjechali tu razem. Może przez te dziwne napięcie w aucie, to jak się nawzajem przyciągali, aby potem znów pojawił się dystans. Przypominało jej to zabawę w kotka i myszkę. Może chciała dostrzec, czy i on odlatuje, choć on odleciał już dawno temu. Jeszcze przed wejściem na scenę.
Zblazowany uśmiech wpełzł na twarz blondynki. Znudzonym wzrokiem przesunęła po dziewczynach, które oblegały Cartera, łasząc się o odrobinę uwagi, a jedyną osobą, którą ją dostawał był Carter. Może to wina wypitego alkoholu, przyjętych narkotyków, ale przeszywało ją wrażenie, że jest tym znudzony. Tym dotykiem, pocałunkami, jakby to wszystko już było. I zapewne było.
Opierając się o podłokietnik fotela, na którym siedział Jules podniosła się. Nie widziała jego miny, ale te ciche westchnięcie, które słyszalne było tylko dla niej, wyraźne zaznaczało, że mu się jej odejście nie spodobało. Ojej, przykro. Sloane wolnym krokiem ruszyła w stronę Cartera. Ominęła śliczną brunetkę, wyminęła stolik, na którym roiło się już nie tylko od alkoholu, ale leżały jakieś mniej znane tabletki, resztki białego proszku, papierosy, jointy. Czego tylko dusza zapragnie.
— Podoba ci się co widzisz?
Nie zważając na jego towarzyszki, opadła na kolana Cartera. Zrobiła to z zaskakującą lekkością. Jakieś niezadowolone pomruki od tych lasek sięgnęły jej uszu, ale zignorowała je. Dłonie, które jeszcze chwilę temu błądziły po jego udach czy torsie zniknęły przez Sloane. Przez to, jak sobie go przywłaszczyła.
— Rozsypuję się, Carter. Totalnie i na pełnej wyjebce — wyznała. Zaśmiała się, krótko rozbawiona własnymi słowami. Nikt jej nie pilnował. Nikt nie patrzył, co robi i nikogo nie interesowało w jakie kłopoty może się wpakować. I to było piękne.
— Pobaw się ze mną — wymruczała — oddam go wam, obiecuję — rzuciła szybko do dziewczyn, których twarzy nawet nie zarejestrowała. Nie musiała na nie patrzeć, aby wyczuwać niezadowolenie. Wpadała tu jak do siebie. Robiła co chciała i jeszcze odbierała cudzą zabawkę. Niczym dziecko w piaskownicy, które właśnie uznało, że chce bawić się tym, co ma inny dzieciak. A Sloane nie odpuszczała, bo była tym bachorem, które prędzej przełoży łopatką przez głowę niż poczeka na swoją kolej.
Przysunęła twarz bliżej. Muskając oddechem jego policzek i część szyi. Zanurzając się w znajomym zapachu, który przez cały wieczór ją oszołamiał i kusił. Teraz zdawał się być jeszcze intensywniejszy lub to była już tylko jej wyobraźnia. Bez większego znaczenia. Ułożyła dłoń na jego karku, stukała paznokciami o ciepłą skórę.
— Rozsyp się ze mną.
Sloane
Nie miała już żadnej pewności, ile z tego, co się dzieje, dzieje się, bo Sloane tego sama chce, a ile, bo nażarła się narkotyków i przejęły pełną kontrolę nad jej umysłem i ciałem. Obrazy zamazywały się tuż przed jej oczami, dudniący o uszy i wbijający się w skórę bas był już tylko tłem. Jedyne, co było wyraźne to Zaire. Jakby w tym całym chaosie miała dość siły, aby wyostrzyć zmysły dla niego. I kompletnie nie wiedziała, dlaczego. Jeszcze wtedy na backstage’u zaszedł jej za skórę. Wżynał się w nią, zaczepiając o każdy nerw. Podrażniając, wypalając w niej swoje imię, jak przeklęty znak, którego nie sposób było się poznać. Pociągał za odpowiednie sznurki, a ona, jak taka głupia owieczka za nim podążała. Widziała w nim to, co chciała dostrzec – ładne oczy, ładną buźkę, porządną garść nieodpowiedzialności złączoną z nutą niebezpieczeństwa. Adrenalinę, której jej ciało się domagało od zawsze i nigdy nie miało dość. Bo Sloane musiała coś czuć. Bez znaczenia było, czy było to w aucie przekraczającym dwukrotną prędkość, w ramionach obcych facetów, którzy na drugie imię mieli kryminał. Wystarczyło na niego popatrzeć. Zaire miał te wszystkie, tak bardzo przez nią pożądane, cechy.
OdpowiedzUsuńJej śmiech rozsiał się dookoła. Głośniejszy niż planowała, zbyt przesłodzony, jakby sobie z niego właśnie kpiła. Paznokciem przesunęła po jego szyi, wbijając go tuż nad obojczykiem. Nieświadoma czy robi to na tyle subtelnie, aby poczuł, czy przesadza z siłą i zaraz dostanie opierdol.
— Z przyjemnością.
Nie wiedziała, dlaczego tu jest. Na tamte dziewczyny nie zwracała uwagi, choć one zwracały ją na nią. Mało brakowało, a za ten występek rzuciłyby się na nią z paznokciami, szarpiąc za włosy i drapiąc twarz. To mogłoby być ciekawe, gdyby nie fakt, że rozchodziło się o faceta. Sloane chciała się tylko pobawić. Na nieszczęście długonogich piękności, Zaire był jednym, który w jakiś sposób ją pociągał. Biła od niego energia, którą sama dawała. Ten sam poziom spierdolenia, identycznie zniszczeni i wypluci przez życie. Potrzebujący jedynie małego Powera, aby dobrze się bawić.
Westchnęła zaskoczona tym nagłym, palącym dotykiem. Ale nie uciekała. Uścisk zdawał się być teraz jedyną prawdziwą rzeczą, która ją otaczała. Nie ten klub, nie ci wszyscy ludzie, których twarzy nawet nie zapamięta. To, cokolwiek między nimi było. Wyrzeźbione z prawdziwych potrzeb.
Obecność ślicznej brunetki Sloane zauważyła po chwili.
Spoglądała na nią z dołu, zamroczona i jakby odpływająca w dal. Mimowolnie odchyliła głowę do tyłu. Rozchyliła usta, nieświadomie, a może specjalnie, jęknęła wbijając paznokcie w skórę Cartera mocniej. Każdy, nawet ten najlżejszy dotyk, przypominał setki wypuszczonych w powietrze fajerwerków. Wybuchał pod jej skórą, rozpalał nerwy i zostawiał z dziwną pustką pragnąć zobaczyć jeszcze jeden pokaz. Przynajmniej przez chwilę. Tyle, że dotyk zniknął, a skupił się na kimś innym.
Z lubieżnym uśmiechem obserwowała scenę tuż przed swoją twarzą. Zanim zdążyła zarejestrować znajome już usta łączyły się z jej. Z tym, że zamiast posmaku malinowej wódki, jak wcześniej, wyczuwała whisky i dym tytoniowy. Znacznie przyjemniejsze, znacznie bardziej pożądane przez nią połączenie. Sięgnęła dłońmi do jej twarzy, przyciągając ją bliżej siebie, mocniej. Pogłębiając pocałunek. Językiem przesunęła po pełnych wargach słodkiej brunetki. Serce dudniło jej w piersi, bliskie wyrwania się z niej i wylądowania na oblepionej podłodze. Krew szumiała w uszach. Kręciło się w głowie. Przez krótki moment spoglądały sobie w oczy, porozumiewając się jedynie za pomocą oczu i uśmiechów. Ustalając, jak reszta tej nocy się potoczy.
Powoli odwróciła głowę w stronę Zaire, puszczając twarz Ruby.
— Wchodzisz? — Krótkie pytanie. Proste. Tak albo jesteś cienias.
Potrafiła być cierpliwa, ale nie tym razem.
Intensywnie wpatrywała się w Zaire. Nie, aby rzucić mu jakieś wyzwanie. Raczej wyczekująco, czy wciąż chce tu siedzieć, jak król tego miejsca, oblepiany przez dziewczyny, które mogą zacząć o niego walczyć między sobą czy woli, cóż, po prostu lepszy towar.
Sloane
[Hej! Jeszcze się pytasz, oczywiście, że Mea pisze się na to, by ktoś uprzykrzał jej życie! Myślę, że szczegóły możemy omówić na mailu :)]
OdpowiedzUsuńMeave
[Zdjęcie😩❤️🔥]
OdpowiedzUsuńChciała więcej, a to czy pragnienie spowodowane było narkotykami czy prawdziwą potrzebą było bez znaczenia. Wyczekiwała odpowiedzi, która wcale padać nie musiała. Czytała wszystko z jego mowy ciała, bo choć sprawiał wrażenie posągu to wcale tak nie było. I Sloane o tym wiedziała, bo znała ten stan. Bo była na tyle blisko, aby dostrzec drgającą na szyi żyłę, powolny ruch oczu prześlizgujący się między nią, a Ruby. Bo czuła zaciskające się palce na biodrze. Mocny uścisk, który robił jej z mózgu wodę. Bo nie powinna tak reagować, bo to był tylko kolejny facet, o którym wraz z pierwszymi promieniami słońca należało zapomnieć. Chciała tego czy nie, ale Carter właśnie powoli zagrzewał sobie miejsce w jej umyśle. I jeśli miało to doprowadzić do tragedii, to dobrze – nie planowała przed tym uciekać.
Dłoń wciąż spoczywała na jego karku, drugą natomiast sięgnęła do zawieszonego na szyi łańcucha. Tego samego z koncertu lub tylko się jej wydawało. Było to bez znaczenia, ale powoli zaczynała dochodzić do wniosku, że to jej ulubione akcesorium na Carterze.
Obrazy sprzed chwili dalej grały w jej głowie, jak żywe. Gorący, krótki, ale namiętny pocałunek Cartera z uroczą brunetką. Smak ciepłych ust dziewczyny na jej własnych, spragnionych kolejnego. Cała reszta przestała mieć znaczenia, ci ludzie, jego dziewczyny i kumple – to było tylko mało znaczące tło, ciche brzęczące, ale nieistotne.
Sloane zaśmiała się na jego słowa.
— To tylko powierzchnia, kochanie. Im dalej tym gorzej. — Ostrzegła. Ale coś jej mówiło, że Cartera to nie odstraszy, a wręcz zachęci, aby sprawdzić co tak naprawdę kryje się pod resztą warstw, które na siebie narzucała. Sama chętnie przekonałaby się, ile syfu byłby w stanie z niej wygrzebać. — Mówiłam, że ci się spodobałam. — Wytknęła.
Zasady były im zbędne. Czy jakiekolwiek ich w ogóle obowiązywały? Robili dokładnie to, na co w danej chwili mieli ochotę. Czy może też raczej na kogo. Musnęła oddechem jego szyję, kiedy przyciągnął ją do siebie. Zaciągnęła się odurzającym zapachem perfum i tytoniu. Wirowało jej w głowie. Dźwięki klubu się wyciszyły, jedyne dźwięki jakie do niej docierały to był odgłos pocałunków, które Carter wymieniał z Ruby, jej własny przyspieszony oddech i szumiąca w uszach krew. Spoglądała na nich z drapieżnym uśmiechem i błyszczącymi od ekscytacji oczami, które uważnie śledziły każdy ich ruch.
Cichy, gardłowy pomruk wydobył się z jej gardła, kiedy usta Zaire pierwszy raz zetknęły się ze skórą jej szyi. Tę odruchowo przechyliła bardziej na bok i przymknęła oczy, tracąc na sekundę kontakt z rzeczywistością. Krótki, zbyt cichy, aby ktoś poza nimi mógł usłyszeć, jęk padł, kiedy wsunął palce między włosy. Odzyskała ją w momencie, kiedy pełne, gorące usta zderzyły się z jej własnymi. Z brutalną pewnością odpowiedziała tak, jakby nie całowała mężczyzny, a ogień – bez lęk, z głodem. Zamiast ulec – zaatakowała. Palce wplątane w jego kark, druga dłoń gdzieś na jego torsie. Całowała tak, jakby walczyła i nie zamierzała się poddać. Robiła to w sposób, który pokazywał, że nie tylko on tu prowadzi. Że może zakrztusić się jej smakiem, ale nie będzie jej poskramiał. Pocałunek nie miał nic wspólnego z czułością. Warknęła między pocałunkami, gardłowo, dziko, ostrzegawczo. Jak zwierzę, które nie oddaje terytorium bez walki. Tuż przed tym, jak oderwała się od jego ust, przygryzła mu dolną wargę. Wystarczająco mocno, aby to poczuł. Zanim zdążył się odezwać, przesunęła językiem po wardze – powoli, jakby chciała zostawić po sobie ślad, ale też załagodzić zadany cios. Gest między przeprosinami, a prowokacją. Jak plaster, który nie koi, a nieustannie piecze.
Ruby spoglądała na nich z roziskrzonymi oczami i rumianymi policzkami. Nie musiała się odzywać, kiedy całe jej ciało krzyczało tak. Dziewczyna pochyliła się nad Carterem, ustami naznaczając szyję. Sloane tylko się uśmiechnęła na ten widok.
Usuń— Wychodzimy — zarządziła. Gdzie? Bez znaczenia. — Nie zamierzam dać ci się przelecieć na oczach tych ludzi.
To nie był wstyd. Tylko kontrola. Bawiła się, flirtowała, ale nie wszystko było dla cudzych oczu. Pokazała już kto na resztę nocy jest jej i to, każdemu ciekawskiemu powinno wystarczyć. Resztę mogli sobie wyobrazić.
— Zamierzacie gadać, czy pokażecie na co was stać? — Głos Ruby okazał się być równie słodki, co ona sama. Wręcz niewinny w porównaniu ze scenerią w jakiej się znaleźli.
— Ktoś się niecierpliwi — wymruczała ze śmiechem blondynka — nie każmy jej czekać.
Zgrabnie zsunęła się z kolan Zaire. Wplątała swoją dłoń w jego, a drugą w Ruby.
Sloane & Ruby
Ostatecznie złamała jednak obietnicę, którą dała dziewczynom Zaire, że go odda. Nie planowała tego, nie chciała tego w tamtym momencie. Nudziła się, widziała rzeczy, których nie powinno być i potrzebowała małej odmiany, a on siedział tak, jak władca ciemności. Znudzony swoim królestwem z potrzebą wzniecenia chaosu. Możliwe, że nawet go tak nazwała, a z jakiegoś powodu to określnie niesamowicie Sloane do niego pasowało. Sloane wątpiła, że w tym całym budynku znalazłby kogoś lepszego od niej. Skromność nie była jej najmocniejszą stroną, ale gdy chodziło o robienie nieodpowiednich rzeczy z nieodpowiednimi ludźmi Sloane nie miała sobie równych.
OdpowiedzUsuńWytwarzała wokół siebie chaos, który się kochało albo nienawidziło. Dołączało do niego, ale nie poskramiało. Nie dopuszczała do siebie osób, które mogłyby w jakikolwiek sposób ją złamać. Albo było się na jej poziomie albo schodziło ze sceny, bo tej Sloane nie lubiła dzielić z byle kim, a jeśli nie dostawała tego, czego chciała to bardzo szybko była w stanie znaleźć zastępstwo.
Zaire odpowiadał dokładnie tak, jak jego chciała. I nie chodziło tylko o fizyczność, a o całokształt. Sięgali po to samo, nawet, jeśli mogło im się wydawać, że na koniec dnia pragną innych rzeczy.
Nie wiedziała, gdzie idzie. Przed siebie. W lewo, prawo. Bez znaczenia. Kluby, a już zwłaszcza takie kluby, zawsze miały pokoje niedostępne dla regularnych gości. Oni się do nich nie zaliczali, a pracownicy miejsca zdawali się, że dobrze kojarzyli Zaire, co tylko działało na ich korzyść. W którymś momencie Sloane zrezygnowała z prowadzenia ich i pozwoliła, bo musiała, a nie dlatego, że chciała, aby pałeczkę przejął Zaire, który w tym klubie zachowywał się tak, jakby był u siebie i znał każdy zakamarek. Nie wątpiła, że tak właśnie jest.
Wciąż słyszała muzykę, jednak już odrobinę ciszej. W uszach dudniło jej coś innego niż muzyka. Krew szumiała napędzana przez rozpalone pożądanie. Usta pulsowały od gwałtownych pocałunków, mogła też przysiąc, że dalej czuje na nich smak whisky czy innego Bourbona. Rozgrzanej dłoni Cartera nie puściła nawet na moment. Nie z obawy, że się zgubi, a z tej dziwnej potrzeby, aby cały czas czuć go obok. Od ścian echem odbijał się stukot szpilek Sloane, jak i ciemnowłosej dziewczyny.
Drzwi trzasnęły za nimi z cichym trzaskiem.
Pokój, czy gdziekolwiek się znaleźli, muśnięty był głębokim bordowym kolorem. Jak na burdel przystało. Uśmiechnęła się kpiąco do samej siebie. Zarys sylwetek i nieznacznie oświetlone twarze było wszystkim, czego potrzebowali. Bordowe światło zdawało się opadać na skórę, jak aksamit.
Sloane przystanęła w miejscu czując za sobą Cartera, a przed sobą mając Ruby.
Za nic nie uwierzyłaby rano, że znajdzie się w takiej sytuacji. Nie, nie uwierzyłaby w to, że znajdzie się w takiej sytuacji z Carterem. Kąciki jej ust lekko drgnęły. Życie jednak jest pełne niespodzianek. Wyciągnęła rękę do twarzy Ruby, odgarniając jej włosy za ucho. Urocze loczki okrywały okrągłą buźkę, na której – nawet w tym świetle – widać było ekscytację. Nie było tu miejsca na słowa – tylko na oddechy, przyspieszone i nierówne. Na walkę o dominację, której nikt nie chciał oddawać temu drugiemu… lub tej trzeciej. Dziewczyna zrobiła krok w stronę Sloane, odważny i pewny, by chwilę później nachylić się do jej szyi. Sloane wciągnęła powietrze przez zęby, gdy poczuła język Ruby na skórze. Przechyliła lekko głowę, a ręką sięgnęła do tyłu w poszukiwaniu obecności Cartera.
Sloane
Tutaj nie potrzebne były żadne słowa. Prowadzili się w tej grze na zmianę, przekazując sobie kontrolę nawzajem wtedy, kiedy pojawił się odpowiedni moment. Wszystko wskazywało na to, że nie potrzebują żadnych słów, aby dobrze się porozumieć. Śmiało i pewnie odpowiadała na każdy pocałunek od Ruby, przylegała plecami do ciała Cartera, chwilami nie wiedząc, czy bardziej chce się skupić na nim czy na brunetce, ale ostatecznie to i tak nie miało znaczenia. Błądziła między nimi, czując się niemal jak trofeum, które należy podziwiać. I to wcale nie było złe uczucie.
OdpowiedzUsuńZnajdowała się w stanie, w którym bardzo łatwo było odpłynąć. Chwilami miała wrażenie, że czas płynie o wiele wolniej, a oni działają w zwolnionym tempie. Wyłapywała każdy dotyk, te zachłanne i uważne jednocześnie, każde muśnięcie skóry. Wchodziły w głąb jej ciała, pozostawiając po sobie rozpalone ślady przypominające liźnięcia płomieni. Tak bardzo kuszące i niebezpieczne. Nie zarejestrowała momentu, w którym straciła ubrania ani tego czy zdejmował je Zaire czy Ruby, było to bez większego znaczenia. Nie skupiła się na dziewczynie, kiedy ta zsuwała z siebie sukienkę. Niekontrolowanie westchnęła, kiedy odchylił jej głowę do tyłu. Ta bliskość była uzależniająca z każdą chwilą odczuwała potrzebę, aby dostać więcej. Więcej jego ciała, pocałunków, drapieżności, która z niego wręcz kipiała. Więcej Ruby, gładkiego kobiecego ciała, miękkich dłoni zmieniających się z tymi cięższymi, pewniejszymi. Ujęła twarz Ruby w dłonie, gdy ta znów znalazła się blisko. Pusta przestrzeń pokoju wypełniała się głośnymi, mokrymi pocałunkami, jękami i przyspieszonymi oddechami, dłońmi badającymi nieznane sobie ciała.
I wtedy rozkoszny sen został przerwany.
Warknęła z frustracją. Ten głos rozpoznałaby wszędzie. Pojawiał się zawsze w najmniej oczekiwanych momentach przerywając dobrą zabawę.
— Pierdol się, Harper — wysyczała, nawet nie patrząc na wyciągniętą w jej stronę rękę. Tę samą, która dziesiątki razy wyciągała ją z kłopotów. James miał ten przeklęty dar odnajdowania jej wszędzie i tak, jak bywało to przydatne, tak w tym momencie naprawdę marzyła, aby stąd zniknął.
Ciężko oddychała. Twardo wpatrując się w Jamesa. Była też pewna, że nawet w pogrążonym półmroku widzi jego stalowe oczy. Pozbawione jakichkolwiek emocji. Wyćwiczone, aby niczego nie dać po sobie poznać.
Zrobiła krok w jego stronę. Ubrana jedynie w skąpą bieliznę, której równie dobrze mogło nie być.
— Możesz postać pod drzwiami i posłuchać. Albo zostać i popatrzeć. Ale ja nigdzie nie idę.
Zacisnął zęby i zrobił krok wprzód.
Była wściekła i rozczarowana. Dobrze oboje wiedzieli, że Sloane nie zamierzała się tak po prostu posłuchać i wyjść z nim. Jeśli chciał ją stąd wyciągnąć, to musiał użyć siły. Do tego posuwał się w ostatecznych momentach, kiedy nie było z nią najmniejszego kontaktu. Ale jak widać – trzymała się nieźle.
Czuła dziką satysfakcję, że udało się jej mu uciec. Zawsze był czujny. Przygotowany na odparcie zagrożenia, które równie dobrze mogło nie istnieć. Ale nie tej nocy. Tamtą rundę wygrała Sloane. Stała przed kolejną, przekonana, że wygraną ma w kieszeni.
— Zbieraj graty. Wychodzimy.
Krótkie zdania okruszone rozkazującym tonem, jakby miało to sprawić, że Sloane się ugnie i przestanie z nim walczyć.
— Nie.
Odwróciła się w stronę Zaire, łapiąc go pewnie za kark i przyciągając do siebie. Wpiła się w jego usta gwałtownie, jakby właśnie coś oznajmiała całemu pieprzonemu światu, choć widziały to jedynie dwie osoby. Wiedziała co James myślał o Carterze, o sposobie w jaki żył, co sobą reprezentował. I szczerze jej to nie obchodziło. Mógłby przemycać całe tony koki z miejsca na miejsce i wciąż miałaby to gdzieś. Przedstawienie było dla Harpera, może wyszło zbyt teatralnie, ale nie dbała o to, bo na ten krótki moment głowę znów zajętą miała przez bliskość Crawforda.
— Skończyłaś swoje popisy?
UsuńOderwała się od Zaire z cichym westchnięciem. Oblizała usta, jakby jeszcze dokładniej chciała go posmakować.
— Nawet nie zaczęłam.
W oczach miała błysk, który mógł oznaczać wszystko. Prowokację, bunt albo czyste szaleństwo napędzane koktajlem narkotyków i adrenaliny. Jej źrenice były rozszerzone, policzki zaróżowione, a skóra lśniła lekko od potu i światła, które tańczyło na niej w bordowych smugach.
Powoli osunęła się na podłogę przed Zaire. Rozchyliła lekko uda, kolana uderzyły o miękką wykładzinę. Odchyliła lekko głowę w tył, a ozy utkwione miała w ciemnych tęczówkach stojącego przed nią mężczyzny. Jej palce przesunęły się po jego biodrze, a uśmiech wciąż majaczył w kąciki jej ust.
Raz spojrzała na Jamesa. Tylko po to, aby mu pokazać, jak daleko jest w stanie się posunąć, tylko po to, aby udowodnić, najpewniej samej sobie, że nikt nie trzyma jej na smyczy. Uniosła lekko brew, w tym samym momencie rozbrajając pasek w spodniach Zaire.
Twój ruch, Harper.
Sloane💣
Sloane wiele zawdzięczała Jamesowi, ale to jeszcze nie zobowiązywało jej do tego, aby być za każdym razem posłuszną. Miał płacone za to, aby ją ochraniać i na tym jego zadanie w teorii się kończyło. W momentach, kiedy byli tylko we dwójkę zdarzało się, że zawodowa relacja, która ich łączyła zacierała się, nieświadomie i przypadkiem. Znali się już od bardzo dawna, Harper wiedział o niej więcej niż ktokolwiek inny. Widział ją w pełni załamaną, zakochaną, wkurzoną. Ale nie widział jej takiej i planowała to tej nocy zmienić.
OdpowiedzUsuńCzasami zdarzało się też, że Sloane się z nim nie kłóciła i nie pyskowała, a grzecznie wykonywała każde rozkazy. Podświadomie wiedząc, że w niektórych sytuacjach ma rację. Tyle, że to nie był jeden z tych momentów, w których zamierzała ulec. Odpuścić nie miała zamiaru. Możliwe, że już nawet nie chodziło o faktyczną chęć bycia blisko z Zaire czy z Ruby, a o udowodnienie, że James nie ma nad nią takiej władzy, jaką zdawało mu się, że posiada i że jeśli będzie miała na to ochotę, to ten pokój opuści wtedy, kiedy sama uzna to za stosowne.
Patrzyła Harperowi prosto w oczy, kiedy rozpinała pasek. Nie spieszyła się z tym, chcąc, aby mężczyzna dokładnie widział każdy jej ruch. Pewny, zdecydowany, śmiały. Może chciała w nim zostawić myśl, że gdyby nie był tak profesjonalny to on mógłby znaleźć się na miejscu Cartera.
Drugi mężczyzna z kolei zwrócił na siebie jej uwagę ułożeniem dłoni na karku. Nawet nie ukrywała, jak ten gest się jej spodobał. Spojrzała na niego spod rzęs, przenosząc się na chwilę w lepsze, przyjemniejsze miejsce. Dłoń wsunęła pod koszulkę, dotykając umięśnionego, twardego brzucha. Pozwoliła sobie na cichy, być może pełen zachwytu jęk.
Wciąż u stóp Cartera – dumna, dziki, nieugięta.
Odwróciła głowę zaledwie o parę milimetrów, ale to w zupełności jej wystarczyło, aby skrzyżować spojrzenie z Harperem. Będącym lub starającym się być niewzruszonym. Usta okraszone miała drwiną, która błyszczała na nich jak korona.
Sięgnęła dłonią wyżej, jakby badała uważnie każdy milimetr skóry Crawforda, jakby chciała dokładnie zapamiętać, jaki jest w dotyku. Palący, kuszący. Idealny do popełniania kolejnych, coraz to gorszych grzechów. Niecofający się przed niczym. Drugą rękę oparła o jego udo, tę po chwili przesunęła na wewnętrzną jego stronę. Robiła to wolno i leniwie, nie spiesząc się. Miała w końcu całą noc na wszystko.
Wszystko to z pełną świadomością, że James patrzy. Że Carter patrzy, bo choć mogła skupiać się bardziej na ochroniarzu to jego wzrok zdawał się być bardziej palący niż ten należący do Harpera.
Jej palce sunęły w górę, jakby grały mu na nerwach, a nie pieściły skórę.
— Ciekawe, jak długo wytrzymasz bez reakcji, Harper — powiedziałaby, gdyby nie język, którym właśnie przesunęła po brzuchu Cartera. Wolno, prowokacyjnie, jak zaproszenie do dalszej wspólnej zabawy.
Miękkie, ciepłe usta dotknęły skóry tuż nad paskiem. Złożyła w tym miejscu delikatny, wręcz słodki pocałunek, który, gdyby nie sytuacja mógłby nawet ujść za niewinny. Potem dołożyła kolejny, znacznie bardziej odważniejszy. I następny, jeszcze niżej.
Paznokcie zsunęła do guzika od spodni. Podniosła głowę, uwagę skupiając na Carterze. Na reakcji jego ciała, na oddechu, który choć było to niemożliwe, wciąż czuła na swoim karku. Na jego palcach na jej karku. Językiem zatoczyła powolny, wilgotny krąg tuż nad krawędzią jego spodni – na nagim napiętym podbrzuszu, a potem jeszcze jeden. Jakby właśnie zaznaczała teren, zostawiała po sobie ślad. Wsunęła palce między szlufki, a spodnie osunęła o parę centymetrów, odsłaniając więcej skóry.
Wystarczająco, aby nakarmić wyobraźnię.
Wystarczająco, aby obaj wiedzieli, że ona nie blefuje.
Nie rozproszyła się głosem Ruby, a raczej nim zainteresowała. Obserwowała, czy to w końcu był ten moment, w którym James pęknie czy jednak dalej będzie grał posłusznego tylko sobie żołnierza. Ruby owijała go swoim głosem, owijała sobie ich wszystkich. Dziewczyna przyciągała, kusiła słodkim spojrzeniem i głosem, jedynie po to, aby wszczepić się z siłą w człowieka i zostawić go z niczym. Może dlatego Sloane ją tak polubiła.
UsuńHarper okazał się jeszcze bardziej uparty od niej.
Sloane widziała to spojrzenie. Zaciśniętą szczękę, napięte mięśnie. Wewnętrzną walkę, którą prowadził sam ze sobą. Nie pozwalając sobie na jedną noc zapomnienia. Profesjonalny do samego końca. Nawet, gdyby miało go to w ostateczności zabić. I może właśnie zabijało, ale wewnętrznie. Nie zostawiając na ciele widocznych ran.
Dziewczyna na moment się odsunęła. Krótko spojrzała na Cartera, możliwe, że chcąc dać mu znać nie skończyłam z tobą. Odwróciła się w stronę ochroniarza, oparła się dłońmi o miękką wykładzinę. Przesunęła do przodu powoli i metodycznie, wystarczająco, aby zwrócić uwagę Jamesa, którego „Sloane, wystarczy” puściła sobie koło uszu. Skąpana była jedynie w bordowym świetle nie miała na sobie wstydu. Jej biodra leniwie kołysały się z każdym ruchem. Przyklęknęła w miejscu, między jednym mężczyzną – tym pełnym grzechu, a drugim – spokojnym i ułożonym.
Pokręciła przecząco głową, twardo wpatrując się w stalowe oczy ochroniarza.
— Odpuść sobie. Ten jeden, jedyny raz. Nie bądź Harperem. Bądź Jamesem.
Przesunęła wzrokiem po jego sylwetce, która nawet skryta za ubraniem zachwycała. Miała wręcz błagający wzrok. Proszący, aby nie psuł jej zabawy, ale i żeby do niej dołączył.
— Widzę, że chcesz.
Sloane
Posiadała w tej chwili znacznie więcej władzy niż się jej wydawało.
OdpowiedzUsuńRozpadający się przez jej dotyk i pocałunki Carter, który faktycznie nie musiał się odzywać, aby wyczuwała zmiany. Ona sama się rozpadała, kiedy jej dotykał, choć pewnie nie chciałaby się do tego przyznać, ale pokazywała za to już chętnie i śmiało. Wciąż trzymający się swojej racji Harper, wyglądający, jakby stworzony był ze stali, która powoli przestawała być wystarczająca. I Sloane to widziała. Chciała wedrzeć się między tę szczelinę, którą udało się jej w nim zrobić. Dostać się do środka, pod skórę. Wciągnąć do swojego osobistego piekła, w którym dopiero rozpoczynała zabawę. Nie spoglądać w przyszłość, nie myśleć o konsekwencjach, a korzystać z tego co oferował ten pokój. Co oferowali oni.
Mógł, powinien odpuścić. Zatracić się w pełni w dusznym pokoju, zapomnieć o obowiązkach. Ale nie mógł i Sloane to widziała. Nie odtrąciło jej to, a wręcz sprawiło, że naszła ją ochotę, aby tę granicę przekroczyć bardziej. Bo to nie ona tutaj cokolwiek traciła. Wygrała, czuła to pod mrowiącą skórą.
Harper miał rację. Sloane potrzebowała widowni. Ludzi, którzy spoglądaliby na nią z zachwytem, nawet, jeśli nie wiedzieli do końca na co lub kogo patrzą. Ta świadomość, że jest zdolna do tego, aby doprowadzić drugą osobę do obłędu była uzależniająca, a za każdym razem potrzebowała coraz więcej. Po to, aby uciszyć swoje demony i nieustające głosy w głowie, aby poczuć, że żyje. I nawet jeśli podświadomie wiedziała, że nie prowadzi to do niczego dobrego to nie potrafiła przestać. Wycofać się i schować przed pociągającym blaskiem stojących przed nią możliwości. Była jak aktorka na scenie, która odgrywa swoją rolę. Wyuczoną na pamięć. Tę, którą przedstawiała już dziesiątki razy i wciąż się nią nie znudziła, a przynajmniej tak sobie wmawiała. Nie mogła zejść ze sceny w trakcie aktu, oddać pałeczki komuś innemu. To oznaczałoby, że przegrała, a niczego bardziej jak przegrywania Sloane Fletcher nie znosiła. Uparta do samego końca, nawet jeśli miałoby ją to w ostateczności zabić.
Tej konkretnej nocy nie chciała być ratowana. Chciała być podziwiana. Przez Zaire’a, przez Ruby i gdyby sobie na to pozwolił to również przez Jamesa. Ale nie przez tego, który wyciągał ją z imprez. Odpychał od niej nachalnych fanów, czy wytrącał aparaty z rąk paparazzi, gdy ci wyraźnie przekraczali granicę jej komfortu. Przez tego, którego nie pozwalał jej poznać bliżej. Bardziej ludzkiego. Podatnego na piękno, pokusę. Tego, którym tak usilnie starał się nie być. Zobaczyć tego faceta, który przez ułamek sekundy nie widział w niej potrzebującej ochrony piosenkarki, a młodą, pewną swojego ciała i potrzeb kobietę, która gotowa była się czołgać w jego stronę w skąpej bieliźnie i obcasach. Ale nie mogła tego dostać. Jeszcze nie dziś. I to było w porządku, bo choć zdarzało się to rzadko to Sloane wiedziała, że czasem wystarczy wykazać się cierpliwością.
Przyjęła odmową z dumą.
Na koniec i tak dostała to, czego chciała – wolność.
Nie przekonała go Ruby, manewrując swoim uwodzicielskim głosem, błyszczącymi oczami czy miękkim dotykiem, którego chciało się doświadczyć bardziej. Nie przekonała go również Sloane, gotowa do tego, aby spełnić dziś jego największe fantazje i stać się na jedną noc tą, która zawładnie umysłem i ciałem. Mogła jedynie patrzeć, jak odwraca się w stronę drzwi i wychodzi.
Sloane nie ruszyła się z miejsca, jeszcze nie. Z cichą, prawie niesłyszalną nadzieją, że mężczyzna wróci. Że w ciągu tych paru sekund zmieni zdanie i pozwoli na to, aby pragnienia przejęły kontrolę nad rozsądkiem. Ale nic podobnego nie miało miejsca. Drzwi cicho trzasnęły, a w pokoju została znów tylko ich trójka. Ta mała scenka mogła popsuć nastrój, sprawić, że już nie miałaby ochoty na Zaire’a czy Ruby, ale nic tak teraz jej nie nakręcało, jak świadomość, że James tam jest.
Bo był. Czuła to. Nie potrafiłby odejść wiedząc, że jest w środku. Zostawić ją na pastę własnego losu. Wiedząc, że w jednej chwili jest tu, ale w następnej może być w zupełnie innym miejscu.
UsuńOdwróciła głowę w stronę Cartera. Wciąż stojącego w tym samym miejscu. Możliwe, że czekającego właśnie na nią lub na ruch ze strony Ruby. Z kolei dziewczyna wydawała się być rozczarowana Jamesem i jego odejściem. Nawet nie miała pojęcia, jak Sloane ją w tym momencie rozumiała. Tyle, że zamiast rozpaczać planowała bawić się dalej.
Sprawnie się przekręciła.
Rozpuszczone włosy zasłoniły jej na moment twarz, ale odgarnęła je szybkim ruchem ręki. Od potu kleiły się do karku, pleców i ramion. Były wszędzie, drażniły zachodząc na oczy i klejąc się do ust.
— Nie uciekniesz mi, prawda? — Zbędne pytanie. Już dawno wiedziała, że nie. Oboje tu zamierzali zostać. Do samego końca. Do momentu, aż nie upadną.
Powoli podniosła się z podłogi. Pociągnęła Ruby za rękę, aby podeszła razem z nią do Cartera. Milczała już, kiedy na niego patrzyła. Prosto w oczy, zamglone i jakby nieobecne, a jednocześnie zdawały się być uważne, ale tylko wtedy, kiedy patrzył na nią. Niespiesznie sięgnęła do guzików koszuli, nagle się okazało, że będący wciąż w pełnym ubraniu Zaire to niezwykle irytujący element tego teatrzyku.
Zbliżyła twarz do jego ucha, muskając oddechem jego szyję. Po wyraźnie widocznej żyle na niej przesunęła paznokciem. Dotarła do ramienia i torsu muśniętego tuszem, choć teraz nie była w stanie skupić się na tyle, aby zauważyć co mogą przedstawiać tatuaże.
— Chcesz, żebym dokończyła? — Szepnęła ustami niemal dotykając płatek jego ucha.
Nie zwracała uwagi na Ruby. Na to, gdzie są jej dłonie czy usta – wiedziała tylko, że są one na Carterze. Smakują go tak samo, jak robiła to chwilę temu ona.
Sloane
Sloane w tamtym momencie była wszystkim.
OdpowiedzUsuńRozgrzana od tequili i paskudztwa, które dał jej Jules. Pobudzona przez narkotyki, a przede wszystkim napędzana przez własne ego. Nie potrzebowała już niczego więcej. Dążyła do spełnienia własnych oczekiwań, niekoniecznie oglądając się na innych.
Cały świat przestał mieć znaczenie, kiedy tonęła w pocałunkach, dłoniach, jękach. Skurczył się jedynie do tego pokoju, gdzie poza ich trójką nic więcej się nie liczyło. Ona, Zaire i Ruby spleceni ze sobą, oddychający własnym powietrzem. Niedbający o to, czy ktoś słyszy, czy ktoś wie, czy nad razem w TMZ nie pojawią się jakieś zdjęcia czy filmiki. Sloane przeżyła już to wszystko i byłaby to najmniej upokarzająca rzecz, jaka ją w życiu spotkała. Ba, co najwyżej mogła zostać zjedzona przez napalone fanki Zaire’a i jego dziewczyny z loży, które tak szybko i chętnie porzucił.
Otworzyła oczy powoli i leniwie. Niechętnie. Nie wpadało do środka żadne słoneczne promienie, równie dobrze wciąż mógł być środek nocy. Ruby leżała wtulona w nią z ręką przerzuconą przez brzuch dziewczyny. Za to miejsce, gdzie pamiętała, że leżał Carter było puste i jak się okazało – również chłodne. Nie, aby oczekiwała obudzenia się przytuloną w jego pierś z nim głaszczącym ją po głowie. Zostawił po sobie zapach tytoniu, skóry i echo gorącego dotyku. Nie była pewna, ile tak przeleżała. Ani jaka była pora i niezbyt się tym interesowała. Zmusiła się, żeby wstać. Wślizgnęła się z łóżka, a Ruby jedynie coś mruknęła i spała dalej. Był to prawie rozczulający widok. W ciszy wsunęła na siebie spódniczkę i bluzkę, za resztą się nawet nie oglądając. Kozaki złapała w rękę, bo jeśli James wciąż tam był, a musiał być – to mógł ją zanieść.
Nachyliła się nad Ruby, jakby chciała ją dobrze zapamiętać. Więcej miały się nie spotkać. Prawdopodobnie, ale Sloane już się przekonała, że czasami Nowy Jork jest niezwykle mały i na obcych, ale znajomych wpada się częściej niż się tego chce.
— Byłaś urocza — szepnęła, aby jej nie obudzić. Nie potrzebowała ckliwego pożegnania, wymieniania się numerami czy Instagramami. Sloane chciała teraz zniknąć w komforcie własnego mieszkania, wykąpać się i odpocząć, a przede wszystkim zjeść coś tłustego za co jej trener urwie jej łeb. To był idealny plan.
Wciąż może pijana i naćpana nieco chwiejnym krokiem ruszyła w stronę drzwi. Pewna nawet nie była, czy ma wszystkie swoje rzeczy. Telefonu nie widziała od wielu godzin ani tym bardziej torebki. I było to zmartwienie, na które nie miała ochoty. Asystentka kupi jej nowy, żadna strata.
Wyglądała dokładnie tak, jak można było się tego spodziewać po niej i po nocy, jaką za sobą miała. Rozmazany makijaż wokół oczu, poplątane włosy, w których równie dobrze patki mogły urządzić sobie gniazdo. I parę nowych siniaków, które wzięły się nie wiadomo skąd. Otworzyła drzwi, a te skrzypiały teraz głośniej niż w nocy. Nie towarzyszyła jej też głośna muzyka. Impreza się już skończyła?
Oczekiwała, że zobaczy go za drzwiami. I wcale się nie pomyliła.
Nie miała w sobie skruchy czy zażenowania. Nie znała tego uczucia. Nie zamierzała go też przepraszać za swoje zachowanie, za prowokowanie i kuszenie. Sam się o to prosił. Gdyby zachował się, jak leżało i zaczekał przed drzwiami nie byłby teraz w takim emocjonalnym dołku.
Zwilżyła wargi językiem, ale niewiele to dało. Od godzin nie wypiła nawet łyka wody. Faszerowała się alkoholem, kolorowymi pigułkami i zielskiem na zmianę z papierosami. Dopiero miała poczuć, że umiera. Chwilowo trzymały ją resztki nocy.
— Nie wyglądasz, jak ktoś, kto się dobrze bawił — mruknęła. Był bardziej wytrzymały niż się dziewczynie zdawało, a jednocześnie wyglądał na człowieka, który właśnie został pokonany. Przez nią. I nie ukrywała, ale było to pochlebiające.
Oparła się o framugę. Każdy nawet mały krok ją wiele kosztował. Odchyliła głowę do tyłu, kładąc ją na ścianie i zamknęła oczy. Świat trochę wirował, ale nie był już tak wyraźny jak przedtem. Uspokajał się powoli, a za nim miała nadejść pustka, którą niedługo znów jakoś będzie musiała sobie zapełnić.
UsuńGłowa sama przechyliła się na bok, niemal opierała ją na swoim ramieniu. Nie była pewna, czy Harper ruszył się ze swojego miejsca. Miała też pewność, że zmienił tryb z ludzkiego i może nawet w pewien sposób upokorzonego Jamesa na wytrwałego ochroniarza w gotowości. Tego, który miał ją teraz zabrać do domu w ciszy i spokoju, bez rozgłosu i upewnić się, że nikt jej w tym stanie nie zobaczy.
Sloane lubiła upadać. Najlepiej z dużej wysokości i bez spadochronu, ale tylko na swoich zasadach. I zeszłej (lub wciąż tej samej, już nie wiedziała) nocy to zrobiła. Upadła i zamierzała się podnieść. Po swojemu.
Sloane🌙
Od pół godziny wciskała drzemkę na ekranie telefonu. Nie miała sił, aby się podnieść i zacząć dzień. Jakoś nie mogła dojść do siebie po ostatnich wydarzeniach i akurat – o dziwo – wcale nie chodziło o Zaire’a i wydarzenia w klubie. To wspominała jak przez mgłę z mdłym uśmiechem. Głowę zaprzątał jej ojciec z Bethany, ich przedziwne przedstawienie, które nawet dla Sloane okazało się zbyt wielkim ciężarem do uniesienia, a była przekonana, że nic już jej nie zaskoczy. Myliła się.
OdpowiedzUsuńWygrzebała się z łóżka godzinę później, kiedy już dobrze wiedziała, że nie może tego przeciągać w nieskończoność. Im dłużej zwlekała tym większa była szansa, że spóźni się do studia. Nie miała nikogo kto brzęczałby jej nad głową, aby się pospieszyła i już w tej chwili ogarniała. Zmusiła się do tego sama, bo co jak co, ale z muzyki żyła i to w niej odnajdowała największą ulgę. Pisząc teksty na urywkach papieru, w notatkach w telefonie, czy zapamiętując wymyślony tekst, gdy nie mogła go nigdzie na później zapisać. W studiu czuła się jak w drugim domu. Otoczona ludźmi, którym w równym stopniu zależało na jej karierze. Miała zrezygnować z makijażu; w końcu zamierzała spędzić najbliższe godziny w zaciemnionym studiu z ludźmi, którzy w niejednej sytuacji już ją widzieli, ale kiedy dostrzegła ciemnofioletowe sińce pod oczami nawet nie wahała się przed sięgnięciem po podkład i korektor. Minimalnie zakryła wyczerpanie, choć nie byłaby wcale zdziwiona, gdyby przebijało się ono przez jej spojrzenie czy głos. Zgarnęła kluczyki od auta, Stanley’a zapełnionego filtrowaną wodą i czapkę z daszkiem, którą naciągnęła prawie na oczy i gotowa zmierzyć się ze światem wyszła z mieszkania.
Nie od razu obrała drogę do studia. Wiedziała, że będzie spóźniona. Wpakowała się niemal od razu w jakiś korek, a po drodze musiała jeszcze znaleźć coś do jedzenia. Do lodówki w mieszkaniu nawet nie zaglądała. Poza prawie pustą butelką wódki, opakowaniem sera sprzed tygodnia, maseczkami i światłem nic więcej w niej nie było. Bywała rzadko w mieszkaniu, nie gotowała prawie wcale – głównie dlatego, że nie umiała i nie miała ochoty się uczyć. Żyła z cateringu i Uber Eats. Zatrzymała się po drodze w pierwszym lepszym McDonaldzie, którego zobaczyła. Nie zerkając nawet w wyciszony telefon, czy już ktoś próbuje się do niej dobić czy jeszcze dają jej extra piętnaście minut zanim zaczną bombardować wiadomościami.
Może z pół godziny później wjechała na prywatny parking za budynkiem. Przeznaczony jedynie dla artystów, producentów i wybranej kadry. Kamera przy szlabanie rozpoznaje tablice, bramka się podnosi, a ona w końcu dotarła. Nie planowała się spóźniać, tak się po prostu stało. Od razu skierowała się w stronę prywatnej windy, do której wcześniej otrzymała kod dostępu. Musiała przegrzebać notatki, aby sobie go przypomnieć, ale w końcu się udało. Weszła do środka i wcisnęła przycisk studio a. Drzwi otworzyły się cicho, ale jej wejście wcale nie było ciche – szelest torby z Maca, lejąca się ze słuchawek muzyka.
— Dzień dobry — przywitała się wesoło i wsunęła frytkę między usta. Rzuciła torbę na najbliższą skórzaną kanapę, na którą się sama walnęła, a nogi położyła na stoliku przed sobą. — Wyczuwam wisielczy nastrój.
Zsunęła ciemne okulary z nosa i rozejrzała się.
— Święta Sloane w końcu postanowiła zaszczycić nas swoją obecnością — mruknął ktoś, na co tyko Fletcher przewróciła oczami.
— Mentalnie byłam na nas.
Jeszcze jakby faktycznie spóźniła się jakoś wyjątkowo mocno. Z reguły starała się być na czas. Sama nie lubiła, gdy ludzie się spóźniali. W końcu urządziła ostatnio Zaire’owi awanturę na pół Nowego Jorku, gdy się spóźnił, a teraz sama wpadała niemal godzinę po czasie.
Rico, producent, parsknął krótkim uśmiechem na jej komentarz.
— Okej, bierzmy się do roboty. Niech ktoś zgarnie Zaire’a i go tu przyprowadzi. Mamy sporo roboty przed nami.
Wzmianka o mężczyźnie sprawiła, że przypomniała sobie o jego istnieniu i faktycznie zauważyła nieobecność. Był Rico, realizator dźwięki, parę innych osób, które regularnie się przewijały, ale znajomej twarzy nie było.
Sloane🎤
Możliwe, że powinna czuć się skrępowana wizją spotkania Cartera. Nie widzieli się od tamtej nocy w klubie. Nie pisali, nie dzwonili. Dlaczego by mieli, prawda? Nic nie byli sobie winni. Obiecał jej noc, z której niewiele będzie pamiętać, a jakoś tak się złożyła, że pamiętała wyjątkowo dużo. Zbyt dużo. Chwilami wolałaby nie pamiętać niczego. Nie dlatego, że w jakiś sposób jej to przeszkadzało co wydarzyło się między nimi. Sama do końca tego nie rozumiała. Rzucać na szyję mu się nie zamierzała ani prosić o wspólną przyszłość. Wyśmiałaby samą siebie, gdyby na jakiegokolwiek faceta tak zareagowała. Stało się i trudno. Jednorazowy, ale na pewno nieszybki numerek mógł się zdarzyć każdemu. Nawet najlepszym współpracownikom.
OdpowiedzUsuńSiedziała na kanapie, jadła swoje śniadanie i scrollowała przez TikToka. Mogła zabrać się do pracy sama. Nie potrzebowała go tutaj, aż tak jak na scenie. Mogli nagrać swoje części osobno i jedynie zgrać się na wspólną część, ale chciała poczekać. Przekonała Rico, aby dał mu jeszcze trochę czasu i wyluzował, bo przecież nigdzie im się nie spieszy. Studio było całe dla nich. Jakby mieli ochotę to mogliby tu siedzieć do samego rana, choć Sloane miała nadzieję, że uwinął się w miarę szybko. Nie, aby miała specjalne plany na resztę dnia czy na wieczór.
Podniosła głowę znad telefonu, kiedy do środka wszedł ktoś jeszcze. Przesunęła wzrokiem po jego sylwetce. Wyglądał tragicznie. Jak żywy trup. Pewnie, gdyby nie makijaż sama wyglądałaby podobnie. W środku czuła, że trochę umiera, ale nie było to jakoś szczególnie tragiczne. Bywało gorzej.
— Dzień dobry, śpiąca królewno — rzuciła zaczepnie. Spoglądała na niego w niewinny, rozbawiony sposób nie nawiązując do wydarzeń z wcześniej. One same miały do nich wrócić w najmniej odpowiednim momencie. I chyba właśnie wróciły, bo chcąc nie chcąc, ale obrazy z pokoju przelatywały jej przed oczami. Trochę wyblakłe, ale szczegóły były na tyle wyraźne, aby wiedziała, który konkretnie moment się jej przypomniał.
Akurat w momencie, kiedy Zaire na nią spojrzał. Uniosła lekko brew, jakby próbowała odgadnąć co chodzi mu po głowie. Ale wiedziała. Odpowiedziała mu podobnym uśmiechem. Nie miała czego żałować. Wybawiła się, dostała co chciała i była gotowa podbijać świat na nowo.
Było wesoło, skończyło się. Pora wrócić do rzeczywistości, w której czeka ich nagranie i odegranie swoich ról. Dźwignęła się z miejsca, wzięła jeszcze parę łyków coli i lekko przeciągnęła. Najchętniej zostałaby dalej w łóżku, gdzie było ciepło i miękko. Z wtuloną w jej bok Rue, która nigdy nie zadawała pytań i nie oceniała, a jedynie czasem patrzyła na nią tak, jakby dobrze rozumiała co się dzieje w życiu Fletcher.
— Możecie się pospieszyć? Nie chcę tu siedzieć do rana, jak ostatnim razem — rzucił oschle Rico, zirytowany przeciągającymi się ruchami Sloane i podwójnym spóźnieniem. — Nie spierdolcie refrenu, co?
— Jezu, wyluzuj.
Przewróciła oczami. Bez dalszych dyskusji weszła do środka. Nastrajając się na możliwie długi dzień, dziesiątki poprawek i narzekanie Rico, aby było idealnie. I na jej własne, bo zapewne znajdzie coś, co nie będzie się jej podobało. Czy to w niej samej czy w wersie Cartera i będzie marudziła o poprawki. Nie chciała wypuszczać byle czego. Ostatnia piosenka była hitem, chciała pobić jej popularność nową albo dobić do tego samego poziomu.
Otoczona czarnymi gąbkami wygłuszającym stanęła przed mikrofonem i sięgnęła po słuchawki. Robiła to już instynktownie, bez przypomnień. Spojrzała na Rico, wyłączając się z całej reszty. Z obecności Cartera, jego uśmiechu i spojrzenia, wspomnień. Rico uniósł rękę z kciukiem w górze, a po chwili w słuchawkach rozległ się głuchy klik i znajomy puls beatu.
Odetchnęła głębiej. Raz i drugi. Była gotowa.
Poprawiła jeszcze słuchawki, naciągając je głębiej na uszy. Dźwięk rozlał się w jej głowie ciepłą falą. Beat był ciężki, głęboki, sunął jak gęsty dym. Zamknęła oczy i weszła w rytm, jak w dobrze znaną sobie rolę – naturalnie i z pewnością.
Sloane
Czas przestał płynąc normalnym tempem. Raz zwalniał, raz przyspieszał. Sloane nie zerkała na zawieszony na nadgarstku zegarek, bo to która jest godzina jej nie interesowało. Była w swoim małym świecie, gdzie robiła to, co kochała. Poprawka tu, druga tam. Dopóki nie osiągnęli perfekcji, która zadowoliła wszystkich.
OdpowiedzUsuńZniknęła szybko w garderobie. Nie mając ochoty wdawać się w jakieś rozmowy czy przepychani. Poprawiła makijaż, dorysowała ciemne kreski, dodała więcej błyszczącego, czarnego cienia. Pofalowała bardziej włosy, choć nie wiedziała, dlaczego. Albo wiedziała. I może właśnie dlatego nie zamknęła do końca drzwi. I nie drgnęła, kiedy te się zamknęły. Bo wiedziała, że przyszedł i że patrzy. Zsunęła sukienkę powoli, jakby robiła ciche i małe show tylko dla niego. Nie przeszkadzało jej, że patrzy. Czuła to aż nazbyt wyraźnie, choć Zaire w lustrze był niewidoczny.
Sukienka wylądowała pod jej stopami. Milczała. Grając we własną grę, której zasad nie znała. Wymyślała je na bieżąco. Wybrała krótki crop top z szarpanym wycięciem na dekolcie. Sama to wycięcie zrobiła i wyglądało niechlujnie, ale nie miała potrzeby, aby wyglądać poprawnie. Matka by ją zabiła za ten top. I za to, że paradowała tak przed facetem w koronowej bieliźnie zupełnie nie przejmując się jego obecnością.
Poprawiła włosy, przeczesała je palcami, odbiła od nasady. Dłońmi przesunęła po krótkim materiale topu i brzuchu. Brakowało dołu. Może spodnie, a może spódnica… Nie miała tu wiele ciuchów, ale dość, aby wybrać coś sensownego. Jednak zamiast szukać resztek ubrań odwróciła się w stronę Zaire. Siedzącego, jak u siebie. Jakby był tu królem, zapominając, że znajduje się na jej terenie. A tutaj rządziła Sloane. Rządziła się nawet w jego klubie. Nie było miejsca, w którym nie potrafiłaby się dobrać do tronu. Bez znaczenia kto akurat na nim siedział.
— Stęskniłeś się za mną tak szybko? — Zaśmiała się, bo niemal nie wierzyła, że właśnie jej to proponuje. A myślała, że to ona będzie tą, która szybko zatęskni. — Nie ma go tutaj. Nie mam przed kim uciekać… Chyba.
Podeszła powoli, a gdy znalazła się przy kanapie ustawiła się między jego nogami. Zmuszając go tym samym, aby się trochę odchylił. Pochyliła się opierając jedną rękę o udo, a drugą gdzieś w okolicach głowy na oparciu. Przez moment lustrowała jego twarz.
— Wiem, że jestem dobra. Świetna nawet, ale… Naprawdę myślałam, że zajmie ci trochę więcej czasu, żeby do mnie przyjść i tak ładnie prosić — powiedziała szeptem. Nie w obawie, że ktoś ich usłyszy. Wszystko tu było wygłuszone, mogła się nawet wydrzeć i wciąż nikt by się nie zorientował. — Chyba powinnam się obrazić, że uciekłeś bez słowa. Żadnego buziaka na do widzenia, żadnego pocałuj mnie w tyłek… Mogłeś chociaż zostawić jednego papierosa. Naprawdę by mi się przydał po tamtej nocy.
Znowu ten ogłupiający zapach tytoniu. Nie miała jak przed nim nawet uciec i… Chyba nie chciała uciekać. Usiadła mu na udach, sprawnie i lekko, jakby robiła to wcześniej już dziesiątki razy.
— Mógłbyś mnie chociaż zabrać na kolację, zanim tak bezczelnie będziesz mnie próbował zaciągnąć do łóżka. — Jakoś nie brzmiała, jakby jej to przeszkadzało. — I jestem głodna. Robię się nieznośna na głodzie, więc… jeśli mam zobaczyć, jak mieszkasz to najpierw mnie nakarm. Ty stawiasz.
Slo
Spoglądała mu w oczy, próbując coś z nich wyczytać. Co? Sama pewnie nie wiedziała. Można było wiele w nich zobaczyć, ale tylko wtedy, kiedy miało się na to pozwolenie. Carter pozostawał nieugięty, pokusiłaby się o stwierdzenie, że jest znudzony, ale nie nią. Studiem, nagrywaniem i szarą codziennością.
OdpowiedzUsuń— Mam o co robić wyrzuty. Porzucona tak sama… — Westchnęła, jakby jej to faktycznie przeszkadzało. Przesunęła paznokciami po jego szyi, ramieniu. Bardziej z nudów niż aby coś w nim obudzić. — Nie nauczono cię, jak traktuje się damy?
Potrzebowała wiele siły, aby się nie roześmiać. Sloane i dama nie szły w jednej parze. Wiedziała, kiedy zachować klasę, ale lubiła być głośna. Ubierać nieprzyzwoicie krótkie sukienki i spódniczki, głębokie dekolty, wysokie obcasy i nie udawać, że jest jakąś grzecznie wychowaną dziewczynką. Na litość, miała ojca rockmena. Może już na wiecznym zjeździe, ale nie można było po niej oczekiwać, że nie pójście chociaż po części w jego ślady.
— Mogę siedzieć i bez koronki, ale tę musiałbyś sam zdjąć. Po kolacji.
Była nieugięta. Nie zamierzała odpuścić jedzenia. Żadnej randki nie chciała, to odpadało. Chciała wyjść, zjeść, wypić parę drinków, a potem mogą zrobić sobie nawzajem co im tylko przyjdzie do głowy. Spojrzała krótko na jego dłoń swobodnie spoczywającą na jej udzie. Lekko się tylko uśmiechnęła. Dziś była trzeźwa i nie nakręcona przez prochy, a w jego obecności czuła, jakby coś właśnie wzięła. Jedno spojrzenie, dotyk, ciepłej dłoni i traciła rozum.
— Masz mi dotrzymać kroku, Zaire. Wiem, że potrafisz.
Niewielu było takich, którzy potrafili iść jej tempem. Głównie przez to, że Sloane je zmieniała z prędkością światła. Zaire z jakiegoś powodu się do niej dostosował, a może ona do niego. Już nie była wcale taka pewna, co jest prawdą, a co iluzją. Wiedziała za to, że lubi to, jak się przy nim czuje. Lubiła to mrowienie w miejscu, w którym ją dotykał. Sposób, w jaki ją całował. Głodny i nienasycony, jakby była powietrzem, którego desperacko potrzebował. Z gwałtowną pewnością. Za brak delikatności i nietraktowanie jej, jakby za moment miała się rozlecieć.
— Dobry chłopiec — mruknęła śmiejąc się krótko. Tak, Sloane Fletcher lubiła kontrolę. Nawet jeśli to była tylko iluzja. — Moja cierpliwość jest cieńsza niż ta koronka. Nie testuj jej.
Zadrżała, gdy przesunął dłoń. Na skórze dalej czuła ciepło warg. Znów mącił jej w głowie, a ona się przed tym nie broniła. Brnęła dalej.
— Masz rację, powinnam poużywać nowej zabawki, dopóki nie znajdę kolejnej — zgodziła się z nim — ale nie udawaj świętego. Bawisz się mną tak samo.
Widziała, że mówi poważnie. Tonem sugerującym, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Sloane musiała sama przed sobą przyznać, że dawno nie czuła się tak… Dobrze. W pewien sposób zauważana. I choć to miało być chwilowe to chciała się tym nacieszyć.
— Prawie tego właśnie chcę — odezwała się po chwili — chcę kolacji, ale w tych fancy knajpach. Porządnej, ale bez facetów w garniakach i laskach w perłach. Może… Może nawet nie w Nowym Jorku…
Zostawiała opcje otwarte. Mogli w ciągu paru godzin znaleźć się wszędzie. Uciec z miasta, zostawić jego światła i wszystkich ludzi za sobą. Zapomnieć, że istnieją jakiekolwiek zobowiązania.
— Jak dobry w pokera jesteś? — Spytała z błyskiem w oku, który nie sugerował niczego dobrego. — Mogę na tobie siedzieć w prywatnym samolocie w drodze do fajnego miejsca. I robić dużo więcej milszych rzeczy. Wiesz, że potrafię.
Sloane🔮
Sloane niczego, jeszcze, nie brała, a już czuła się, jakby była na haju.
OdpowiedzUsuńUpojona samą jego obecnością i palącym dotykiem, którego chciała więcej. I którego sobie odmawiała, bo uparła się na jedzenie, które teraz się przeciągnie. Nie miała na co narzekać. Wręcz przeciwnie. Głód zszedł na drugi plan. Pojawiło się inne pragnienie, które potrzebowała ugasić znacznie szybciej.
— Nie widziałeś jeszcze wszystkich moich sztuczek. — Zdradziła. Ciężko było się nim dzielić, jednocześnie było to fascynujące, a rozciągająca się przed nią wizja ich samych była zbyt kusząca, aby rozsądek mógł się chociażby odezwać. Siedział gdzieś z tyłu głowy, zakneblowany i pilnowany przez dwa diabełki, które podsuwały jej coraz śmielsze pomysły i zacierały łapki na to, co wydarzy się dalej.
Sloane cicho westchnęła, kiedy jej dotykał. Nawet nie jej, a materiału cienkiego topu. Tylko czekając na to, aż go z niej zerwie i przestaną się bawić w kotka i myszkę, choć oboje na to mieli ochotę. Prowadzili między sobą niebezpieczną grę, w której nie było przegranych – i to był największy jej plus. Oboje wychodzili tu na zero, ale równie usatysfakcjonowani.
— Nasza sekstaśma byłaby gorąca. Aria się śmiała, że podbijemy Pornhuba, możemy to zmienić — zaśmiała się. Jaki to byłby skandal… Nie, aby miała ochotę przechodzić przez to piekło, które by się na nich wylało. Chwilę pewnie by przeżywała, a potem z popcornem obejrzała cały film i go odtworzyła po raz kolejny.
Przysunęła się bliżej. Ocierając udami o materiał jeansów. Oparła dłonie o jego ramiona. Sprawdzała, czy się nie wycofa z jej pomysłu. Była poważna. Chciała się stąd wyrwać. Szczerze nawet nie była pewna, czy ma coś do zrobienia. Nie interesowało jej to, kiedy przed nią rozciągała się wizja wyjazdu. Krótkiego, spontanicznego, przesiąkniętego grzechem i seksem. Kto by się nie skusił?
— Mhm, opóźnienia, bla bla… Bardziej mnie interesuje ta część, kiedy będę na tobie siedzieć. Reszta może poczekać.
Nic, poza tym wyjazdem nie miała w głowie. Nie myślała o tym, że wypadałoby zabrać jakieś rzeczy. Dostarczą jej nowe do pokoju hotelowego czy gdzie się zatrzymają. Bez różnicy. Chciała już i teraz znaleźć się w samolocie. Nie tylko przez tę słodką obietnicę, którą złożył jej Carter.
Mruknęła z zadowoleniem, kiedy zderzył się z jej ustami. Palce wbiła w jego ramiona i odwzajemniła pocałunek równie intensywnie. Otumaniona wręcz tym pocałunkiem, ich energią, która tak świetnie się do siebie dopasowało. Do niego. Jakby był tym brakującym elementem w jej życiu, który wie, jak za nią nadążyć i wie, czego potrzebuje. Krótko jęknęła między pocałunkami, zakołysała biodrami, nie wiedząc, czy drażni tym bardziej siebie czy jego. Po omacku odnalazła jego dłonie i przesunęła je ze swoich pleców, czy gdzie tam były na pośladki. Możliwe, że właśnie też opóźniając ich wylot.
— Żadnych obowiązków. Żadnego Harpera. Tylko ty, ja i złe decyzje. — Wymruczała w tym krótkim momencie, który miała, aby złapać trochę oddechu. Nic, co mogłoby ją w jakikolwiek sposób ściągnąć na ziemię.
Na ten moment właśnie tylko tego potrzebowała.
Sloane
Udawała, że ma tu kontrolę. Pomagało jej poczucie, że Zaire pozwalał jej robić wszystko. Nie spowalniał jej, nie mówił, że ma przestać. Płynął razem z nią pod prąd, nie patrząc na kogo lub na to wpadną po drodze, bo póki robili to razem to nic innego już nie miało znaczenia. Zaire po prostu był; obecny i gotów, aby spalić świat razem z nią, bo obudziła się z taka chęcią. I pomyśleć, że minęło zaledwie kilkanaście godzin od ich tamtej imprezy, a ona już szykowała się do popełnienia kolejnych głupstw razem z nim. Tym razem w nieco innej scenerii.
OdpowiedzUsuńKażdy pocałunek niósł za sobą echo wspomnień. Z tym, ze teraz nie musiała się nim dzielić. Miała go w pełni dla siebie. Kusiła, wiła się na nim, całowała nie pozwalając sobie na zbyt wiele myśli, co by przypadkiem się nie okazało, ze zdrowy rozsądek się odezwie i postanowi być głośniejszy niż chęć spontaniczności. Marne były na to szanse, ale ryzykować nie zamierzała.
Westchnęła z frustracja, kiedy ja od siebie odsunął. Przymrużyła oczy, prawie urażona. Tylko odrobinę, bo jednak wiedziała, ze czeka na nią coś znacznie lepszego już za chwile. Kanapa w garderobie mogła zaczekać na inny moment.
- Musisz być taki dokładny? – Mruknęła, obejmując go za szyję. Nic by im się nie stało, gdyby wylot trochę się opóźnił. Jednocześnie wiedziała, że wyjdzie na tym lepiej, kiedy zwyczajnie zaczeka. Potrzebowała tej ucieczki. Zamknąć rozdział Nowego Jorku za sobą. Przynajmniej na jakiś czas, aby poukładać sobie sprawy w głowie lub dołożyć nowe problemy, na których będzie mogła się skupić. – Pod sobą, nad sobą, za sobą… Mamy tyle możliwości – wymruczała uśmiechając się rozmarzona, jakby już sobie wyobrażała to, co może się między nimi wydarzyć.
Mogłaby dać się nabrać na ten gest. Spodki, uroczy. Niemalże czuły, gdyby nie to, ze znała takie chwyty i sama z nich korzystała. Najlepsze? Ona w pełni to kupowała. Każdy uśmiech, którym ja obdarzał. Każde cieplejsze spojrzenie, choć podszyte mrokiem i niebezpieczeństwem. Sloane się na to wszystko nabierała, brała garściami i to samo dawała od siebie. Bo mogła i chciała. Bo Zaire sprawiał, że czuła coś więcej niż nieustająca obojętność.
Zwinnie stanęła na podłodze. Odwracając się, aby ogarnąć się sprawie do wyjścia. Nie miała potrzeby, aby być tu dłużej niż to koniecznie. Wyrzuciła chyba wszystko co tu miała na podłogę, decydując się ostatecznie na skórzana czarna spódniczkę i czarne kabaretki, a na nogi dopasowane materiałem do spódniczki kozaki. Torebka na ramię, która stanowiła ozdobę zapełniona jedynie paczka gum do żucia, błyszczykiem, paczką wygniecionych papierosów i zapalniczka. Same podstawowe rzeczy, których Sloane mogła potrzebować do przeżycia.
Wyszła z garderoby nie spodziewając się, ze zobaczy tu Jamesa. Przystanęła w miejscu przez krótki moment mierząc go wzrokiem. Była niegrzecznie, mówiąc w prosty sposób. Sloane traktowała go z obojętnością, a czasem tak, jakby zabierał jej całe powietrze.
- Brzmi idealnie – odpowiedziała, a oczy jej rozbłysły. James przestał istnieć w chwili, kiedy jej palce splotły się z Zaire. Jedynie na moment zwróciła na niego uwagę. Tylko dlatego, ze coś się jej przypomniało. – Zabierz stąd moje auto. I podrzuć Rue do Meave. Zajmie się nią, dopóki nie wrócę.
Uśmiechnęła się kwaśno, nieprzyjemnie. Jakby chciała mu pokazać, że nie będzie żadnego specjalnego traktowania i ze nie widzi w nim nikogo więcej poza pracownikiem, któremu może rozkazywać jak tylko się jej podoba. Nie powiedziała, kiedy wróci ani czy w ogóle planuje wracać, bo znając ja równie dobrze mogła zacząć nowe życie na drugim końcu Stanów. Może wróci, a może zostanie tam na stałe i wywróci swoje życie do góry nogami.
Odwzajemniła spojrzenie Zaire. Nie było w niej żadnego wahania, nie zamierzała się z tego wycofać. Nikt nie mógł jej powstrzymać; ani James ani jej własne myśli. Nowy Jork stał się zbyt przytłaczający, krótka ucieczka w wybornym towarzystwie była dokładnie tym, czego Fletcher potrzebowała.
Opadła na skórzane siedzenia z cichym westchnięciem.
UsuńKlimatyzacja gasiła panujący na zewnątrz upał. Zaskoczyła się, że pod studiem nie koczowali paparazzi, których Sloane ostatnio widywała częściej niżby tego chciała. Zwracała na siebie uwagę co chwile pojawiając się w towarzystwie Zaire. Fani tworzyli teorie spiskowe, analizowali ich stories. Sloane to wszystko widziała i oglądała ze śmiechem, kiedy okazywało się, że teorie niektórych są niesamowicie trafne.
- Zdecydowałeś, gdzie lecimy czy pilot ma nas zaskoczyć?
Uniosła lekko brew. O pokorze rzuciła ot tak, bo mogli się o coś założyć i pograć. Oboje lubili rywalizację, a to mogłoby tylko podsycić atmosferę między nimi. Nie narzekałaby na Vegas. Zgubić się w kasynie czy pływać o północy w basenie na dachu hotelu. Najlepiej bez zbędnego towarzystwa. Jedynie ona i Zaire, którego prędzej widziała rozciągniętego na leżaku niż w basenie. Śledząc każdy jej ruch w wodzie, trzymając w ustach papierosa lub jointa. Najlepsze, ze to była wózka łatwa do spełnienia.
Sloane
— Okej.
OdpowiedzUsuńNie dociekała. Równie dobrze mógł wywieźć ją na drugi koniec świata i Sloane nawet by nie mrugnęła. Gdziekolwiek, byle z dala od Nowego Jorku. Duszącego i przygniatającego. Zbyt monotonnego. Kochała te miasto, naprawdę, ale w tym momencie nienawidziła w równym stopniu, jak willi swojej matki w Beverly Hills. Coś ją tutaj gryzło. Uwierało, jak nieodcięta od nowego ubrania metka.
Więcej się już nie odzywała. Wyjęła gumę balonową z torebki, dopóki starczyło gumy robiła nią balony, które pękały głośniej niż należało. I kompletnie nie przejmowała się, że to może być mało kulturalne. Bawiła się wybornie. Przed sobą miała nieznane w zaskakującym towarzystwie. Za bardzo się z nim polubiła. Większość jej znajomości, które zawierała przez pracę umierały śmiercią naturalną. W tej branży nie było miejsca na głębokie i prawdziwe przyjaźnie. Prawdopodobnie z czasem znajomość z Carterem też się rozluźni. Znajdą sobie kogoś nowego. Jednak, gdy o tym myślała to wątpiła, że z taką łatwością znalazłaby kogoś kto chętnie przystawał na jej pomysły. Zamiast ją spowalniać to nadawał tempa. Dolewał oliwy do ognia zamiast go ugasić.
Wysiadła z samochodu. Przesuwając wzrokiem po samolocie. Małym, ale idealnym dla ich dwójki. Z ładnymi kolorami, które przyciągały od razu uwagę.
Sloane w pierwszej chwili myślała, że się przesłyszała. Uniosła brew do góry, krótko zaśmiała z niedowierzenia, bo to co powiedział brzmiało absurdalnie i jednocześnie… Zwyczajnie. Zostawił ją tak na płycie lotniska, jeszcze w szoku, ale nie w nastroju do ucieczki. Wręcz przeciwnie. Wzięła kieliszek z szampanem, kiedy wychodziła do środka. Ona miałaby mieć coś przeciwko? Niedoczekanie.
Stukot obcasów odbijał się od ścian jetu, niosąc po nim cichym echem. Przesunęła dłonią po skórzanym fotelu, który mijała, zanim opadła na jeden z nich. Nie było tu żadnej przesady, którą można byłoby pomylić z kiczem. Założyła nogę na nogę, upiła łyk szampana. Spoglądając na Zaire, z którym stąd uciekała, aby… Wziąć ślub? Na samą myśl chciała się roześmiać. To było absurdalne. Jak z serialu lub filmu. Albo jakiejś książki.
Nie było w niej choćby rama wahania. Cokolwiek miało się wydarzyć w Vegas… Cóż z ich stylem życia na pewno nie zostanie w Vegas. Możliwe, że sami o tym powiedzą światu zanim jakieś szmatławce się o tym dowiedzą. Bywała tam nieraz, ba spędziła w Vegas dwudzieste pierwsze urodziny, ale żaden wypad tam nie skończył się ślubem. Planowanym czy nie. Miała z Zaire’m taki problem, że chwilami nie była pewna, czy mówi faktycznie czy sobie żartuje. Ale im dłużej na niego patrzyła tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że nie żartuje. Był poważny, a Sloane to kupowała. W całości.
— Mam uwierzyć, że to wszystko dla dobrego kawałka, a nie dlatego, że jestem po prostu tak dobra? — Uniosła brew, a kącik jej ust lekko drgnął. Dla kogoś innego to mogłoby być niezauważalne, ale nie dla niego. Nie, kiedy tak intensywnie się w nią wpatrywał, a Sloane to spojrzenie przyjmowała ochoczo. — To była jedna noc, a ty mnie ciągniesz przed ołtarz… Nie doceniałam samej siebie.
Uniosła kieliszek w toaście dla samej siebie.
Podążała za nim wzrokiem, kiedy się podniósł. Niósł za sobą aurę, którą ciężko było podrobić. Była mroczna i ciężka, skrywająca w sobie sekrety, których nikt nie powinien nigdy poznać, bo ich ciężar mógłby przytłoczyć. Była magnetyczna. Wprawiająca serce o szybszy rytm, wprawiająca ciało w drżenie. Rozbrajał samym spojrzeniem, powoli i strategicznie podchodził rozbierając człowieka z tego co na sobie nosił. Nie próbowała się przed tym nawet bronić, choć nie pokazywała mu wszystkiego. Zaire znał ją od tej zabawnej strony; dziewczynę, którą ciągnęło do imprez, do niebezpieczeństwa i śmiertelnej dawki adrenaliny. Tą, która musiała być w centrum uwagi, aby nie zwariować od ciszy. Potrzebującej głośnego towarzystwa. Gotowej do największego szaleństwa, byle tylko się nie nudzić i nie siedzieć w miejscu. Nie pytał o więcej, a Sloane to doceniała, więcej dawać też nie zamierzała.
Podniosła na niego wzrok. Delikatnie drżąc od subtelnego, ale przenikającego przez wszystkie warstwy skóry, dotyku. Powoli wciągnęła powietrze, jakby potrzebowała się od niego zdystansować, aby w pełni nie stracić głowy.
UsuńTraciła. Zbyt szybko. Zbyt mocno.
To nie tak powinno wyglądać. Angażowała się, choć wmawiała sobie, że tak nie jest. Bo gdy to się skończy to nie będzie miło. I Zaire miał rację, ludzie połykali wersy jak pelikany, kiedy wiedzieli, że są prawdziwe. A te, które miały wyjść, gdy sama sobie wyrwie serce przez tę relację będą uderzać w najbardziej skryte miejsca.
— Posądzą nas o relację PR, wiesz o tym? — Wiedział. Oczywiście, że wiedział. Już ich o to posądzali, choć do tamtego dnia nie imprezowali razem. Widywali się w studiu, na próbach, ale nigdy publicznie do tej pory nie wyszli razem. — Musimy się postarać, żeby to wyglądało… Prawdziwie.
To nie mogło być trudne. To, co mogło okazać się wyzwaniem to przyszłość, która już się komplikowała i plątała od podjętych tu decyzji.
— Nasze albumy po rozwodzie będą genialne.
W milczeniu obserwowała, jak przy niej kuca, a z kurtki wyjmuje mały woreczek strunowy. Odetchnęła głębiej. Powinna się z tym wstrzymać. Taką miała myśl, że należało być odrobinę rozsądniejszą, ale… Ale nie teraz. Może od przyszłego tygodnia. Miesiąc albo roku.
Obserwowała, jak układa ją na języku, a potem połyka. Wyglądała niewinnie. Jak pudrowy cukierek, które wcinało się w dzieciństwie.
— Tylko jedna — powtórzyła po nim cicho, może nawet niepewnie. Ale nie odmówiła. Nie chciała odmawiać.
Sloane tkwiła w miejscu, po prostu czekając. Przyjmując pocałunek, nie zlewając z odwzajemnieniem go. Wolną rękę ułożyła na jego ramieniu, drugą trzymała gdzieś z boku ściskając w niej kieliszek, aby nie rozlać jego zawartości. Ale raczej nie przejęliby się tym, gdyby narobili małego bałaganu. Poczuła, jak tabletka przesuwa się z ust Zaire do jej.
— Taki miałeś plan? Naćpać mnie i zabrać przed ołtarz? — mruknęła. Na ustach czuła wypalonego jakiś czas temu papierosa, posmak alkoholu i jego ciepło. — Wiesz… bez tego też mogłam być twoja. Ale tak jest zabawniej.
Sloane💊
Napawała się jego bliskością, jakby zaraz miał się rozpłynąć w powietrzu i zniknąć na zawsze. Jakby Zaire był jedynie iluzją, niezwykle wyraźną emocjonalnie i fizycznie, zostawiającą po sobie ślady. Poniekąd taki właśnie chyba był. Sprawiał wrażenie mężczyzny, który pojawia się na chwilę, mąci, kusi i wyciąga mroczne elementy na wierzch, a potem znika. I na jakiś czas, dzień lub dwa, a może na dłużej, miał być tylko jej.
OdpowiedzUsuń— Podbiję ci ego, jak powiem, że ten plan działa? — Mruknęła. Zwrócił jej w głowie już podczas koncertu, choć to ona wtedy prowadziła. Dała się skusić własnym myślom, a potem… Potem pozwoliła im się wyłączyć. Prowadziła z nim niebezpieczną grę, w której ktoś będzie skrzywdzony. Mogło to być każde z nich, a przy odrobinie szczęścia wyjdą z tego bez blizn wojennych.
Jego obecność działała na nią niepokojąco. Zwykle to ona prowadziła. Wybierała z kim się bawi i chociaż żyła teraz myślą, że prowadzi i ma władzę to prawda była taka, że oboje pociągali za sznurki. Wtedy, kiedy im to pasowało. Karmili się nawzajem tym, co chcieli usłyszeć i czego akurat potrzebowali.
— Wyuzdana panna młoda i zjarany pan młody. Piękne połączenie, które długo będzie za nami chodzić.
Widziała już te nagłówki. Pytania podczas wywiadów. Zastanawianie się, czy to była jedynie chwila słabości czy prawdziwe uczucie, które ogarnęło ich nagle, że nie potrafili się dłużej powstrzymać. Chyba jeszcze też nie wierzyła, że to faktycznie zrobią. Nie myślała trzeźwo ani poprawnymi kategoriami. Nie myślała o tym, że gdy dojdzie – a przecież dojdzie – do rozwodu to oboje mogliby pociągnąć się na dno walcząc o majątek. Żadne raczej nie pomyślało, że przed takim etapem należałoby pomyśleć o rozdzielności majątkowej i całej reszcie dokumentów. Sloane nie miała o tym pojęcia; nie interesowała się. Ich prawnicy naprawdę będą mieli zajęte noce, ale to przecież nie ich zmartwienie, prawda?
— Och, kochanie. Myślisz, że pozbędziesz się mnie po miesiącu? — Przesunęła palcami po jego policzku, lekko przekręcając jego głowę w swoją stronę. Spoglądała na niego miękko, może z czułością, której wcześniej w jej spojrzeniu nie było. Dalej napędzana była przez moment w garderobie, ale pożądanie na moment spadło na drugie miejsce. — Pożremy się najpewniej w przeciągu pierwszego tygodnia, a zabijemy pod koniec drugiego. Ale przynajmniej będzie epicko.
Sloane złożyła na jego ustach pocałunek, który równie dobrze można było odebrać jako pieczęć tego, co sobie tu właśnie obiecywali. Miłość, tę fizyczną i artystyczne wzniesienie, które wiele im przyniesie te małe odstępstwo od normy.
— Wiesz, kiedy już złamiesz mi serce… Zniszczę cię w albumie.
Bez słowa po małym toaście wypiła szampana. Odstawiła kieliszek na stolik przed sobą i sprawnie przeniosła się na kolana Zaire’a. Jak nigdy doceniała prywatne jety i brak towarzystwa.
— Będą zazdrościć. Będą żałowali, że nie są nami.
Sloane nie bała się sparzyć. Być wsadzoną w sam środek chaosu. Ten sama wywoływała i cieszyła się z tego, jak dziecko. Ale ten stworzony z Carterem? To był zwykły chaos. Byli jak wulkan, który może uaktywnić się w każdym momencie. Takim, któremu wystarczy jedno słowo, aby zalać lawą najbliższą okolicę, a dym unosić się będzie jeszcze dziesiątki kilometrów dalej.
— Ale zanim mnie przelecisz, poślubisz i zniszczysz…. Chcę moją kolację.
Sloane
Nie pospieszała go z odpowiedzią. Cisza, która na moment między nimi zapanowała mówiła więcej niż jakiekolwiek słowa. Odpowiedzi czasem nie trzeba było szukać w słowach, a w tym co niewypowiedziane. Delikatnie gładziła dłonią jego kark, co jakiś czas wsuwając ją za koszulkę i muskając plecy. Wyciszając się po szalonych pomysłach, które padły jeszcze przed wejściem na pokład. Powoli rozumiejąc, że z tego nie było odwrotu. Że to… skomplikuje wszystko. Nie tylko ich relację, ale całe ich życia – te, które prowadzili wspólnie i osobno. Zawodowe, prywatne. I tylko przez krótką chwilę myślała o konsekwencjach. Nie pozwoliła sobie za bardzo się tym przejąć, bo gdyby do tego doszło to mogłaby urządzić pilotowi awanturę i żądać, aby zawrócił samolot z powrotem do Nowego Jorku.
OdpowiedzUsuń— To już dawno wymknęło się spod kontroli, Carter — przypomniała mu. Nie stało się to dziś, czy wczoraj. Tylko w momencie, kiedy spotkali się po raz pierwszy i na siebie spojrzeli. Już wtedy świadomi, że to nie będzie tylko wspólny kawałek, a porządnie napisana historia, o której ciężko będzie zapomnieć.
Spojrzała na niego z czymś nowym w oczach. Nietypową dla niej czułością, która mogła okazać się większą katastrofą niż to wszystko, co razem robili. Zaire coś w niej poruszył, coś czego miał nie dotykać i co miało być schowane, a jednak… Stało się i Sloane czuła, że odwrotu już od tego nie ma.
— Znienawidzą nas. Nie mogę się doczekać.
Niezdrowa ekscytacja ją napędzała, a to… to otwierało wiele drzwi. I Sloane zamierzała zajrzeć za każde. Nawet za te, na których widniałby wielki napis „niebezpieczeństwo”. Zaire takimi drzwiami był, a ona szarpała za klamkę z radością.
Sloane nie zwracała nawet uwagi na stewarda, który się pojawił. Skupiona na Carterze, jego słowach, delikatnych pocałunkach, które nijak nie pasowały do tego, co znała, ale brała to chętnie.
— Znajdziemy sobie zajęcie po kolacji — zapewniła z lekko zadziornym uśmiechem. Przesunęła opuszkami palców po jego policzku, sprawdzając, czy jest tak realny, jak się jej zdaje. — Ale myślę, że po kolacji… będę chciała ciebie.
Sięgnęła po kieliszki, wręczając mu jeden z nich.
— Wino z 98, a przyszły mąż z… 97?
Przyłożyła szkło do ust smakując wina. Powoli delektując się jego smakiem, choć żadną znawczynią nie była.
— Jeszcze parę lampek i będę do ciebie mówiła po francusku — uprzedziła, ale raczej nie powinno mu to przeszkadzać.
Miała wszystko; Cartera u swojego boku z jego dłonią na jej udzie, dotykającą jej w ciepły, przeszywający sposób. Prywatny lot do Vegas, które miało być niezapomnianą przygodą. Była w miejscu, o którym miliony marzyły i tylko niewielu mogło doświadczyć.
— Tyle nam dziś wystarczy. Tylko my i odrobina impulsywności.
Sięgnęła dłonią do jego ust, dostrzegając maleńką kropelkę wina, która połyskiwała kusząco na wargach. Zamiast pozwolić jej spłynąć po brodzie i wsiąknąć w tkaninę koszuli, starła ją powoli palcem, zatrzymując go na jego ustach dłużej niż to było konieczne.
Sloane
Zwykle nie odnajdowała komfortu w ciszy. Brak jakichkolwiek dźwięków ją rozpraszał. Był bolesny. Chwilami nawet odczuwała to w fizyczny sposób. Teraz było inaczej, a Sloane nie czuła potrzeby, żeby zagłuszyć panującą między nimi ciszę czymkolwiek. Żadnego półżartu, niczego poza dwoma spokojnymi, zsynchronizowanymi ze sobą oddechami. Dwójki niezwykle nieodpowiednich dla siebie ludzi, którzy połączyli swoje losy przez przypadek, a kierowani nagłym impulsem łączyli się na znacznie dłuższy czas.
OdpowiedzUsuńCzekała ich jazda bez trzymanki i jakichkolwiek hamulców.
Pojęcia nie miała, jak to zniesie i czy uda się jej udźwignąć ciężar tego, co nadchodziło. Pozwalała sobie na szalone i mało przemyślane decyzje, ale to… to musiało przebić wszystko, co wydarzyło się do tej pory.
— Nie jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami — odparła. Kontrolowała drobne rzeczy w swoim życiu. Myślała, że ma kontrolę nad wieloma rzeczami, ale nie zawsze tak było – najczęściej to ktoś inny ją miał. W tym przypadku oddała się w pełni we władanie Zaire’a i kompletnie jej to nie przeszkadzało, że kierował nią podczas tej małej przygody. Poddawała się temu z satysfakcjonującą przyjemnością.
— Będę się musiała porządnie wyspowiadać po tym roczniku — mruknęła żartobliwie, jakby faktycznie jeszcze kiedykolwiek w swoim życiu to robiła. Coś jej mówiło, że gdyby do takiej sytuacji miało dojść to nie wyszłaby z konfesjonału przez bardzo długi czas, a słuchający jej ksiądz skończyłby na kozetce u psychiatry.
Nie cofnęła się, kiedy złapał ją za rękę. Zamiast tego bardziej się rozluźniła i patrzyła. Z lekko rozchylonymi ustami. Czując, jak przeszywają ją dreszcze za każdym razem, kiedy usta Cartera stykały się jej palcami. Było to prawie niezauważalne, ale odczuwała to każdym zakończeniem nerwowym w swoim ciele.
Nie była już tą samą Sloane, którą poznał jakiś czas temu. Trzymającą się na dystans, skupioną tylko na muzyce i wykonaniu swojej pracy. Zmienił ją, a może to ona sama zmieniła się na własne życzenie. Już nie miała pojęcia i było to też bez znaczenia.
Zaire uzależniał sobą bardziej niż jakikolwiek narkotyk, który jej podał. Pragnęła go bardziej niż tamtej kreski w aucie czy pigułek na imprezach. Upijała się samą jego obecnością. Jedno spojrzenie potrafiło rozszarpać ją od środka. Rozpadała się, kiedy ją całował i trzymał blisko, pewnie i mocno, jakby była jedynym czego potrzebował. Miękła w takich chwilach, jak ta, gdy ujawniał przed nią tą cieplejszą, czułą stronę.
— Nasz upadek będzie bolesny, ale wart wszystkiego — mruknęła cicho. To było nieuchronne, ale zanim do tego dojdzie i zanim wszystko obróci się w popiół mogli się jeszcze dobrze ze sobą zabawić. Wykorzystać maksymalnie swoje możliwości.
Tym razem cisza była zapowiedzią nadciągającego huraganu. Ostatnie godziny przed tym, jak rozpęta się burza niemożliwa do zatrzymania. Było w tym coś niebezpiecznego, coś przed czym może należało uciekać, ale instynkty Sloane w ostatnim czasie ją zawodziły. Nie działały tak, jak powinny. I w tym momencie była za to wdzięczna, bo prawdopodobnie, jakby wszystko działało tak, jak należy to nie siedziałaby tutaj teraz z nim, a grzecznie wróciła do apartamentu.
Sloane zadrżała. Słowo „moją” przeszyło ją głębiej niż powinno. Było jak cicha zapowiedź czegoś, na co kompletnie nie była gotowa.
Nie odezwała się. Nie poprosiła, aby złapał ją, kiedy zacznie spadać. To nie Zaire miał być tym, który ją uratuje.
Sloane
Zniszczy ją.
OdpowiedzUsuńSloane była tego świadoma i mimo wielu znaków ostrzegawczych – wchodziła w to. Weszła do jeta z pewnością, siadała mu na kolanach, jakby mieli przed sobą jakąkolwiek przyszłość. Całowała, jakby był ważniejszy od powietrza, którym oddychała. Pozwalała z siebie zdejmować ubranie i układać w pozycje, które mu pasowały. Pozwalała sobie na moment zapomnienia, gdy była z nim. Z wiszącymi nad nią czarnymi, burzowymi chmurami spomiędzy których tylko raz po raz błyskało. Dopiero się przecież rozkręcali, dopiero zaczynali swoje małe przedstawienie.
Wysiadła z potarganymi włosami i pomiętą bluzką, ale z uśmiechem, który był gotów na kłopoty. Oczy wesoło jej błyszczały; może jeszcze utrzymywał się efekt po tabletce, którą dał jej Zaire. Pewności żadnej nie miała, ale też nie chciała wiedzieć co stoi tak naprawdę za jej dobrym humorem. Mógł to być narkotyk, wino, którego wypiła więcej niż pewnie powinna lub ciężar Zaire’a, który wciąż na sobie czuła wraz z jego dłońmi i ustami. Sięgnęła po jego rękę, gdy wyciągnął jej w jej stronę. Zerkając pod nogi zeszła na dół, rozbawiona i zrelaksowana.
Problemy zostały w Nowym Jorku. Telefon od chwili, gdy opuściła studio był włączony w trybie samolotowym. I przez najbliższe dni czy godziny, które tu spędzą nie zamierzała go włączać. Wiedząc, co tam zastanie. Wiadomości od Harpera, menadżerki, asystentki. Każdej osoby, która miała do Cartera jakieś „ale”. Sloane nikomu nie chciała się tłumaczyć, wyjaśniać swojego postępowania. Chciała tylko zgubić się w światłach Las Vegas, zajrzeć do nieprzyzwoitych klubów, zgarnąć ładną sumkę w kasynie lub ją zaprzepaścić.
Nie odczuwała zmęczenia. Mimo tego, że cofnęli swoje zegarki właśnie o trzy godziny do tyłu i mieli za sobą długi dzień spędzony w studiu i równie długi lot, który umilali sobie w sposoby, które odpowiadały im najbardziej.
— Może i błędnych, ale za to pamiętliwych — dodała. To było Vegas. Kto tutaj przyjeżdżał, aby odpocząć czy pozwiedzać? Może poza turystami, których zawsze było tu multum. — Mam spodziewać się osobnej sypialni z elementami bdsm? — Uniosła brew i szczerze? Nawet nie byłaby zaskoczona ani by nie protestowała. — Lubię lustra. Lubię w nich patrzeć na siebie. Jestem obłędna.
Odebrała od niego butelkę z szampanem. Przyłożyła ją do ust pociągając spory łyk. Tak na dobry początek. Nieustannie czuła na sobie wzrok Cartera. Nie był on natarczywy, ale wyczuwalny na tyle, że nawet gdy patrzyła w inną stronę to miała świadomość, że patrzy.
— Wypiję za to jeszcze raz. — Mrugnęła do niego. I jak powiedziała tak zrobiła.
Siedziała w aucie obok niego. Z nogami przerzuconymi przez jego uda. Rozluźniona z rozleniwionym uśmiechem. Nie zadręczając się tym co będzie, gdy wrócą. Dramatami, które się rozegrają.
Była tutaj teraz z nim. Dla niego i w pełni mu oddana.
Wciskała guziki na oślep, dopóki dach nad ich głowami się nie rozchylił. Sloane stanęła na fotelu tuż obok Cartera. Szpilki wbijały się w skórę samochodowej kanapy, a ona opierała o dach auta. Wiatr targał włosami, delikatnie uderzał ją w twarz. Miasto na środku pustyni. Sztuczne, neonowe, wypełnione po brzegi seksem, prochami, grzechem w każdej postaci. Kusiło, a wręcz zmuszało, aby zostać na dłużej i pozwolić sobie na oderwanie od rzeczywistości.
Sloane
Odetchnęła pełną piersią, jakby to właśnie te suche powietrze Nevady pozwoliło jej oddychać głębiej. Nowy Jork stał się duszący i nieprzyjazny. Nie był tym samym miejscem, w którym była zakochana jakiś czas temu i Sloane nie wiedziała co się zmieniło. Może ona sama, może to nowe relacje, które zawarła zmieniły sposób, w jaki patrzyła na to miejsce.
OdpowiedzUsuńPowietrze pachniało kuszącym grzechem, który pragnęło się popełnić z uśmiechem na ustach. Dotyk dłoni Zaire’a na jej udzie przypomniał z kim tu jest i dlaczego tutaj jest. Jej największy grzech i błąd siedział rozparty na samochodowej kanapie. Z przymrużonymi oczami, obserwując i ją dotykając. Tak, aby nie zapomniała z kim i dlaczego tu przyjechała.
Dotyk Zaire’a nie był osaczający. Nie mówił „tego nie wolno”, a raczej podtrzymywał i zachęcał, aby się nie zatrzymywała. Patrzył na to, co Sloane wyciągała z samej siebie i nie był tym oburzony. Patrzył z uśmiechem, a może nawet podziwem.
Nie spodziewała się po nim skromnego apartamentu. Oczywiście, że to musiał być penthouse. Z widokiem na całe grzeszne miasto i jego uroki, mroczne pułapki. Penthouse sam w sobie wyglądał jak pułapka, w którą Sloane dawała się złapać. Każdy jego kąt zachęcał do rozpisania historii, o której jeszcze długo będzie głośno.
Weszła do środka powoli, po to, aby dokładnie wchłonąć każdy detal tego miejsca. To później przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie, ale na ten moment było istotne. Lustra nad łóżkiem. Wanna tuż w pobliżu. W idealnym miejscu, aby mógł ją oglądać z łóżka lub z innego kąta w penthousie. Szeroka. Zanotowane.
To nie był romantyczny wypad we dwoje do Vegas. To nie był planowany z miłości ślub, co dalej jej się nie mieściło w głowie, ale była tą wizją nakręcona i gotowa do zrealizowania tego planu. To była dwójka skrajnie nieodpowiedzialnych ludzi, którzy nigdy nie powinni byli znaleźć się w swoim towarzystwie. Znali się krótko, chociaż zdawało się jej, że Zaire jest obecny w jej życiu od zawsze. Wślizgnął się niezauważalnie pod jej skórę. Rozpalał od środka, a gdy już przygasała nagle wracał i zaczynał się z nią drażnić od nowa.
I chociaż Sloane wiedziała, że to skończy się źle to brnęła w to dalej. Bo taka już była, mogła zapierać się rękami i nogami przed związkami, ale nie potrafiła kontrolować uczuć. Cokolwiek czuła do niego… było skomplikowane. Mocne i uzależniające. Spryskane pieprzną nutą, cholernie drogą whisky i dymem.
Westchnęła bezgłośnie, kiedy ją do siebie przyciągnął. Pozwoliła sobie opleść dłońmi jego kark, a ciałem przylgnęła do jego torsu. Gdzieś tam na ciele jeszcze pewnie miał pozostałości po jej błyszczyku, który tak chętnie na nim zostawiała.
— Spłoniemy w tym razem — wyszeptała prosto w jego usta. Znajome i kuszące, będące jak nagroda na koniec trudnego dnia. — Bo możliwe…, że ja już się zatracam w tobie.
To nie było wielkie wyznanie. Raczej fakt, który można było stwierdzić już jakiś czas temu. Pojawiała się z nim na imprezach, ale już nie pozwalała sobie na to, aby to obce dłonie pieściły jej ciało na parkiecie. Sięgała wtedy tylko po niego. Po znajomy zestaw dłoni, które raz bywały szorstkie, nieprzyjemne i rozpalające, aby po sekundzie stać się najczulszymi, jakie kiedykolwiek na sobie miała. Była też druga para rąk, które chciała wypróbować, ale po nie sięgnąć nie mogła. Były odległe, zakazane. Schowane za profesjonalizmem i granicami, których obiecała więcej nie przekraczać. Brała więc to, co znała. Tego, który nie bał się jej dotknąć i pocałować.
— Będziesz pięknym końcem. — Wypowiedzenie tego okazało się wyjątkowo bolesne, bo było prawdziwe i oboje to wiedzieli. Delikatnie dotknęła jego twarzy, jakby chciała coś sprawdzić. A Carter był piękny. I to chyba bolało jeszcze bardziej, że coś tak pięknego może być tak niszczące.
— Ale zanim zatracimy się w sobie na dobre… Najpierw pozbieramy materiał na piosenkę. Nie możemy napisać byle czego.
Sloane
Sloane nie patrzyła na czas i datę.
OdpowiedzUsuńNie wiedziała, który był dzień tygodnia. Czy minął tydzień czy miesiąc. I było jej z tym kurewsko dobrze. Telefon miała rozładowany od pierwszej nocy. Nie podłączała go pod ładowarkę, nie szukała z nikim kontaktu. Oficjalnie Sloane Fletcher nigdzie nie było, a jeśli ktoś ją widział – to tylko przez chwilę. Jak zjawę, która się pojawia nagle na skraju drogi i znika równie szybko. Nie wiedziała co brała, co piła. Nie wiedziała niczego i powoli nie wiedziała też, jak sama się nazywa. Były imprezy, dużo imprez.
Ostatnie w miarę trzeźwe wspomnienie dotyczyło ich pierwszej nocy. Sloane na Carterze odchylająca się do tyłu, aby spojrzeć na nich w lustrze. Z drapieżnym uśmiechem, pełnym zadowolenia. Z jego dłońmi wszędzie. Potem była już głównie pustka, która zapełniona była niewyraźnymi urywkami z imprez, które przeradzały się w coś, co nigdy nie powinno było zostać upublicznione. I może nie było. Pojęcia nie miała.
Obudziła się, ale nie do życia. Oczy miała otwarte, ale nie rozpoznawały otoczenia. Ludzi, którzy się tędy przewijali. Nie widziała Cartera. Nawet nie miała pewności, czy nadal tu jest, a była zbyt obolała, aby go szukać. Przebudziła się w jednej z sypialni na dole. Modląc się, aby okazało się, że spała sama lub chociaż z jakąś laską, ale poza nią nie było tu nikogo. Z nikim też nie rozmawiała. Nie próbowała nawiązywać rozmów. Skojarzyła kurtkę Cartera i ją na siebie włożyła, grzebiąc po kieszeniach w nadziei, że znajdzie papierosy. Nie pomyliła się. Słońce zbyt mocno świeciło. Głowa pulsowała, ręka… Bolała i brakowało paznokcie na palcu wskazującym. Ten bolał i pulsował, a oderwany akryl zerwał trochę jej naturalnej płytki. Kurwa, co się działo?
Spaliła pierwszego papierosa w samotności. Niedopałek rzuciła przed siebie. Był tu już taki syf, że ten jeden nie zrobi żadnej różnicy.
Wyciągnęła kolejnego po kilku minutach.
W skroniach odbijał się bas. Głośniejszy z każdą chwilą. Nie było w jej ciele miejsca, które w jakiś sposób by nie bolało. Była też tragicznie przerażająca pustka, której nie mogła za bardzo uzupełnić. Te urywki były niewystarczające. Spoglądała na wyciągniętą przed siebie dłoń. Wyglądała, jakby komuś przyłożyła. I to tłumaczyłoby brak paznokcia oraz otarte knykcie.
Drgnęła lekko, kiedy ktoś jej dotknął. Była oderwana od rzeczywistości. Nie w swoim ciele, a już na pewno nie w swoim umyśle. Spojrzała krótko na Zaire’a. Wcale nie wyglądał lepiej od niej. Może był tylko bardziej wprawiony w tym syfie. Ona dopiero tu zaczynała. Przez ostatnie… co? Dni? Tygodnie? Cholera wie, wzięła chyba więcej niż w całym swoim życiu.
Nie wiedziała, czy chce powiedzieć już „dość” czy pociągnąć zabawę dalej. Musiała wytrzeźwieć, ale czy w tym miejscu to w ogóle było możliwe? Pociągnęła nosem, czując w nim nieprzyjemne pieczenie. Zaciągnęła się papierosem, dym przetrzymała w płucach i wypuściła go powoli nad głową.
— Chyba złamałam jakiejś lasce nos.
Nie było w tym żadnej dumy. Wstydu też nie. Suche stwierdzenie faktu, że coś mogło się wydarzyć. I jeśli to zrobiła to laska prawdopodobnie sobie zasłużyła. Bywała agresywna, ale raczej pamiętała momenty, kiedy to się w niej budowało. Wtedy miała też przy sobie kogoś kto ją powstrzymywał. Tylko dzięki obecności Jamesa nie sypały się na nią pozwy z prawej i lewej. Teraz mogło być inaczej, ale nie potrafiła znaleźć w sobie siły, żeby się tym przejąć. Czy tym, że gdy wróci do domu to znajdzie się parę osób, które będą chciały ją po prostu zabić za to, co odjebała. I czego nie odjebała. Wystarczy sam fakt, że brała udział w tych imprezach.
Chyba żadne z nich nie miało też ochoty na rozmowę.
Carter był wyjątkowo milczący. Bardziej niż zwykle. Pewnie wciąż był naćpany i pijany; jak ona. Było jej gorąco w kurtce, ale nie chciała jej zdejmować. Bo z jakiegoś mało wytłumaczalnego powodu przynosiła jej naprawdę wiele komfortu.
Bez słowa podała mu papierosa.
UsuńCicho westchnęła, a jej głowa oparła się o jego ramię. Zamknęła oczy, może nawet na moment zasnęła. Nie miała pojęcia. Nie wiedziała, jak się czuje, czego chce. Nie wiedziała niczego.
Vegas… Jebane Vegas. Wydarzyło się wiele, zbyt wiele. Więcej niż była w stanie znieść, ale gdyby teraz powiedziała, że chce wrócić do domu, że ma dość przegrałaby. Nienawidziła przegrywać. Prowadziła tę grę dalej ze świadomością, że to może ją zabić. Wolniej i boleśniej niż gdyby spadła z tego pieprzonego trzydziestego piętra.
Inaczej sobie to wyobrażała. Więcej ich, mniej… Mniej tego, czym było to miejsce. Nie była rozczarowana, tylko zaskoczona.
— Chcę wrócić do hotelu. Ogarnij to.
Nie prosiła, ale też nie rozkazywała. To miejsce, gdziekolwiek i z kimkolwiek było… To nie było miejsce dla niej. A skoro nawet ona to wiedziała, to było źle. Zajebiście źle.
Sloane
Była zbyt zmęczona i przygnieciona, aby mówić coś więcej.
OdpowiedzUsuńBez słowa wsiadła do auta i przemilczała całą drogę. Wściekła, ale nie wiedziała na co ani na kogo. Możliwe, że na samą siebie. Chyba przede wszystkim na samą siebie. Tego właśnie chciała, prawda? Oderwania się od rzeczywistości, a gdy to zrobiła… To wcale nie była taka pewna, czy się jej to podoba. Ale nie miała sił nad tym myśleć. Nie potrafiła skupić się na niczym. Myśli raz się pojawiały, a raz uciekały. Były nic nie warte w tym momencie.
Bezszelestnie przemknęli z auta do windy. Nie zostawiając po sobie nawet śladu obecności. Nikt nie zwracał uwagi. Nikt nie patrzył w ich stronę, jakby wiedzieli, że jeśli teraz popatrzą to spłoną razem z nimi. Jeszcze nie wiedziała, co chce zrobić dalej. Zmyć z siebie tamtą noc. Zapach dymu, obcych perfum, potu. Ale nie ufała sobie samej teraz. Nie było tu nikogo, kto by ją teraz asekurował. Zaire szedł przed nią. Nawet nie oglądając się, czy z nim jest. Możliwe, że nawet nie był świadom, że dzielą ten penthouse razem. Ale i to było bez znaczenia. W środku wcale nie było lepiej, a cokolwiek wydarzyło się tu było mglistym wspomnieniem. Rozrzucone po podłodze i meblach ubrania. Sloane nawet nie pamiętała, kiedy zrobiła jakieś zakupy, aby mieć się w co przebrać i kiedy zostały one do pokoju dostarczone. Puste butelki, niedopałki papierosów w popielniczce. Jeden wielki bałagan, który krzyczał, że działy się tu rzeczy, o których nikt zewnątrz nie chce wiedzieć. Wciąż nie było gorsze niż impreza w tamtej willi.
Przez chwilę stała w miejscu. Patrzyła na Zaire’a, ale… nie widziała nic konkretnego.
Zmęczonego człowieka, który choć blisko dna – jeszcze go nie sięgnął. Zmusiła się, aby ruszyć. Do lodówki, w której znalazła wodę. Zimną i orzeźwiającą. Opróżniła butelkę w minutę, może mniej. Potrzebując tego bardziej niż się jej wcześniej zdawało, a potem zrobiła to samo z kolejną. Jeśli miała przetrwać to miasto to musiała zadbać sama o siebie.
Kurtkę zrzuciła z ramion, kiedy podeszła do Cartera. Zamajaczył na jej ustach uśmiech. Taki na pograniczu zmęczenia, a kpiny. Jakby jeszcze resztkami sił trzymała się dobrego humoru. Pchnęła go lekko na łóżku, aby się odchylił i usiadła na nim okrakiem. Bez gierek. Spomiędzy ust wyjęła jointa i wsunęła go między swoje. Zaciągnęła się powoli, by dym po chwili wypuścić.
— Nie doceniłam cię — przyznała. Nie była pewna, czy mówi to z dumą czy urazą.
Zaire Crawford ją złamał. Tym wieczorem, tym czym szprycowała się całą noc. Nie miała już rozsądku, który kazałby jej stąd uciekać. Była tylko ta niewidzialna siła, która przyciągała ją do mężczyzny. Nawet wtedy, kiedy wiedziała, jak naprawdę nieobliczalny potrafi być. To nie był klub, w którym wzięła kreskę, a potem zaciągnęła go do łóżka. To nie był klub, w którym tańczyła przed nim w prześwitującej sukience.
— Poważnie, co to kurwa było? — Pewnie nie pamiętał. Podobnie, jak ona. Nawet nie czekała na odpowiedź. Nie potrzebowała jej, bo o pewnych rzeczach lepiej było nie pamiętać. A jeśli będą mieli to nieszczęście to z internetu dowiedzą się o wydarzeniach z tamtej willi. — Czy my… Zrobiliśmy to? — Spytała, bo nie wiedziała. Nie pamiętała, nie kojarzyła żadnej kapliczki, żadnego cholernego typa w przebraniu Elvisa. — Mam nadzieję, że nie… Bo to chciałabym pamiętać. Wkurwię się, jak mnie zaciągnąłeś naćpaną przed ołtarz.
Mówiła wolniej niż zwykle. Potrzebowała chwili, aby złożyć zdania w sensowną całość, ale ostatecznie się jej to udało. Wzrok miała nieobecny. Nie potrafiła skupić się na innych bodźcach. Nawet nie zwracała uwagi na jego dłoń gdzieś na udach, a może biodrach. Mało co teraz do niej docierało.
Sloane
Spojrzała na niego zdezorientowana. Nie wiedząc, o co w zasadzie się rzuca. Przymrużyła oczy, nie mają najmniejszej ochoty na takie traktowanie z jego strony. Nic się przecież nie zmieniło. Nie pytała się o szczegółowy raport o tamtej imprezie ani nie rzucała pretensjami. To on je miał i tylko on wiedział, skąd nagle się w nim wzięły i z jakiegoś powodu wylewał na nią swoją frustrację.
OdpowiedzUsuńMogła sobie to tłumaczyć tym, że wydarzyło się wczoraj wiele. Większości nie pamiętała, a w zasadzie to chyba niczego. Marne przebłyski chwil, które równie dobrze mogły być popieprzonym snem. Mogło się tam równie dobrze nic nie wydarzyć.
To nie były imprezy w jej stylu. To nie było coś, do czego była przyzwyczajona. Imprezy z nim w Nowym Jorku nie miały hamulców, ale to co stało się tutaj… Cokolwiek to było, Sloane wiedziała, że przekroczyła granice piekła, z którego tak łatwo się nie wydostanie. Była tym przerażona. Wchodziła na nieznany sobie teren, gdzie nie panowały żadne zasady. Gdzie nie było koła ratunkowego. W takim miejscu musiała radzić sobie sama. Nawet przez moment nie pomyślała, że Zaire będzie jej ratunkiem w tym wszystkim. Nie, on był tym, który ciągnął ją na dno ze sobą. Oplatał mocno wokół pasa i nie pozwalał wypłynąć na powierzchnię, a Sloane z nim nie walczyła. Poddawała się, utwierdzając, że tego właśnie chce.
— Dramatyzujesz. — Warknęła. Wzięła od niego jointa, bez większego przekonania czy radości. To niby ona przesadzała? Dobre sobie.
Ześlizgnęła się z jego kolan. Bo im dłużej go słuchała tym bardziej miała ochotę mu przyjebać. I to mogło się źle skończyć. Oboje wciąż pod wpływem, mówiący i robiący rzeczy, których być może powiedzieć wcale nie chcieli.
— Pierdol się, Zaire. — Wycedziła. — Zapytałam się tylko, co się wydarzyło. To nie była żadna jebana pretensja ani próba umoralniania kogoś takiego jak ty.
Nie zamierzała się prosić o odpowiedzi czy przepraszać, że chciała coś zrozumieć.
— Wciąż przy tobie jestem, nie? To ci powinno dać odpowiedź na całą resztę — syknęła.
Inaczej zareagowałaby, gdyby było naprawdę źle. A może było, tylko Sloane tego nie dostrzegła.
— Nie, nie jesteś. Tylko gościem, z którym się pieprzę i ćpam za darmo.
Zgodziła się na ten wyjazd. Nie brała tylko pod uwagę, jak bardzo to wszystko może im się wymknąć spod kontroli. Jak bardzo to jej się wymknie spod kontroli.
Warczała ze złości. Z tego, jak ją potraktował. Jak się do niej odzywał.
Sięgnęła po najbliżej stojącą butelkę, jakby chciała się z niej napić. Rzuciła nią za Zaire’m, gdy ten zamykał już za sobą drzwi. Nie z celnością, ale impulsem. Butelka trafiła w krawędź framugi i z hukiem rozbiła się na podłodze, rozpryskując bursztynowy płyn jak ostatni impuls ich nocy.
Nie oczekiwała, że wróci. Nie chciała, aby wracał.
Została na środku salonu sama. W luksusowym piekle, która sama sobie zgotowała.
Posłuchała się jego „rady” i przespała. Długo, a gdy się przebudziła coś było inaczej. Penthouse był… czystszy. Pachniał środkami do czystości. Nie było rozbitej butelki. Porozrzucanych ubrań. Był dziwny spokój, choć ten był jedynie złudzeniem. Wzięła długi prysznic. Zapaliła na tarasie. Głowę wciąż miała ciężką, ale nie eksplodowała już tak, jak poprzedniego dnia.
Ubrana jedynie w fioletowe, koronkowe figi i rozpiętą, czarną rozpiętą koszulę Cartera, bosa i leniwa snuła się po penthousie z kubkiem herbaty. Nie było tu żadnego śladu po masakrze z wczoraj. I dobrze. O pewnych rzeczach nie trzeba było pamiętać.
Pchnęła drzwi do sypialni biodrem, jakby była u siebie. Poniekąd była. Zobaczyła go leżącego na plecach z jedną ręką pod głową, druga trzymała telefon. Ledwie okryty białą pościelą. Wydawał się zrelaksowany, ale Sloane wiedziała, że to przykrywka.
Wgramoliła się na łóżko bez pytania. Bez zaproszenia. Powoli. Powabnie. Z gracją, która nie miała w sobie przeprosin. Wpełzła na niego jak kotka, rozłożyła się na jego torsie i z twarzą przy szyi wymruczała:
Usuń— Wciąż się gniewasz?
Nie odpowiadał. I nie musiał. Czuła, jak się pod nią napiął, ale nie ściągnął jej z siebie.
— Bo ja już nie — szepnęła, muskając wargami jego skórę. — Przespałam się z problemami. Zapaliłam. Zróbmy coś miłego. Nie kłóć się ze mną.
Powietrze znów było ciężkie, ale nie od emocji, a raczej od niewypowiedzianych intencji.
— Zaire — wymruczała jego imię miękko, jakby nic się między nimi nie wydarzyło. Tak, jakby tamtej kłótni wcale nie było, a Vegas było dalej ich placem zabaw, a nie polem minowym.
Sloane
Kilkanaście godzin temu rzucała w niego butelkami i wyklinała.
OdpowiedzUsuńTeraz przymilała się do niego w łóżku. Ubrała się dla niego. Udawała, że tamte słowa nie padły. Że nie usłyszała tego, co o niej powiedział. Że nie zwróciła uwagi na to, jak ją potraktował. Że zostawił samą. Nie tylko w penthousie, to było mało istotne. Była sama w tamtej willi. Nie pamiętała tego, co się wydarzyło. Z kim mogła być, kto miał do niej dostęp. Nie chciała pamiętać, co się działo. Tak, jakby w kościach czuła, że będzie dla niej lepiej, jeśli odpuści ten temat. Jeśli pewnych rzeczy o sobie i o nim z tej nocy nie będzie pamiętała.
Przytaknęła mu lekkim skinieniem głowy.
— Milsze rzeczy. — Wyszeptała w skórę szyi. Był chłodniejszy niż zwykle. Mniej obecny, choć z dłońmi na jej ciele. Ale ruchy były mechaniczne. Wyćwiczone.
Już nie wiedziała, czy robi to, bo chce czy zależy jej, aby odwrócić jego uwagę. Od wczorajszej nocy, która skończyła się wrzaskami. Carter był tym, który wkurzał ją niesamowicie i dawno powinna była trzasnąć drzwiami, ale nie potrafiła się wyplątać z jego objęć. Sama się w nie pchała – jak teraz. Nie zawołał jej, nie poprosił, nie zapytał. Przyszła z własnej nieprzymuszonej woli. Jakby miała w sobie jakąś część, której zależało na nim. Na tym, jak ją postrzega. Na tym, aby był blisko. Nawet, jeśli mówił czy robił rzeczy, które ją krzywdziły.
— W końcu to miasto grzechu — zauważyła — poddaliśmy się jego urokowi.
Zaśmiała się krótko, bez radości. Raczej ponuro i nijako, nie pasowało to do niej w tej chwili. Wijąca się na nim z tym dzikim błyskiem w oku i uśmiechem, który maskował każdy ból.
— Nie masz siły czy boisz się, że na trzeźwo ma lepszego cela? — Uniosła się nad nim, a dłonie oparła o klatkę piersiową mężczyzny.
Nie myślała o tym, co będzie w przyszłości. Co się z nimi stanie, kiedy wrócą do niej wspomnienia. O ile wrócą. Czy dalej będzie potrafiła na niego spojrzeć w ten sposób. Dać się dotykać i całować, kiedy i gdzie chciał. Być tym ładnym, nienarzekającym dodatkiem, którym można się pochwalić przed kumplami. Ale jeszcze na parę godzin, może na parę dni udawać mogła. Głównie przed sobą samą, że tego właśnie chce i potrzebuje. Że tylko on może zagłuszyć myśli w głowie i sprawić, że na moment oddychać będzie innym powietrzem.
— Masz mnie. Możesz mnie poczuć. — Przybliżyła się do niego, ustami ledwo dotykając jego. Koszula zsunęła się z jej ramion, jak na zawołanie, a może to ona się poruszyła tak, żeby materiał ześlizgał się z jej skóry.
Pocałowała go delikatnie. Tak, jakby sprawdzała, czy jest z nią w tej sypialni, czy odpłynął myślami. Nie było w tym pocałunku głodu, jak miało to miejsce na tamtej imprezie, w samolocie, czy pierwszej nocy tutaj. Bez pospiechu, bez narzucania sobie tempa. Jak przypomnienie, że to nie wyścig, że nikt ich nie ściga i są tu tylko we dwójkę.
Pogubieni, ale razem. Przynajmniej w teorii i w łóżku. Poza nim każde działało na własną rękę.
— Nie gramy dziś w nic. Tylko ty i ja. Powinno być proste, nie? — Uśmiechnęła się kącikiem ust i zsunęła na nim wygodniej wykładając na jego torsie.
Jutro od nowa będą mogli w siebie rzucać butelkami i ostrymi słowami.
Demolować pokoje i własne życie.
Sloane
Sloane nie miała żadnego interesu w tym, aby rozmawiać o tym, co zaszło. Interesowała się tylko tamtą imprezą i lukami w pamięci, ale to mogło poczekać. Mogła nigdy się nie dowiedzieć prawdy – było jej na ten moment to bez różnicy. Wolała wrócić do tego, co było jej znane. Ciepłych i znajomych ust, plątaniny uczuć, w której łatwo było się zgubić. Cokolwiek to było, znała to i w tym czuła się bezpiecznie. Iskrzyło między nimi, ale tonie był czarno-biały układ, jak myślała na początku. To nie była chwila słabości, która kończyła się w łóżku. Były niestabilne, intensywne emocje, które zmieniały się jak w kalejdoskopie.
OdpowiedzUsuńSloane i Zaire byli jak ogień i benzyna. Gdy było dobrze stawali się niebezpieczną fantazją. Za to w tych chwilach, kiedy już nie było – potrafili się niszczyć nawzajem, jakby jutro kończył się świat i nic już nie miało sensu. Jedno było dla niej pewne. Byli czymś więcej niż tylko imprezowym połączeniem. Ich chemia miała potencjał na katastrofę, której nie można było zrozumieć, jeśli się tego nie przeżyło.
Przymknęła oczy, wtulając się w tors mężczyzny. Z dziecinną ufnością. Niemalże śmieszną po tym, jak zakończyła się poprzednia noc. Opuszkami palców leniwie sunęła po jego ramieniu, kreśląc na jego ciele niewidoczne symbole. Śledząc palcem tusz wbity pod skórę. Chłonąc ten dziwny spokój, który w jego wykonaniu był dla Sloane wręcz nienaturalny.
Uśmiechnęła się, jak zwycięzca, który właśnie odbierał trofeum za pierwsze miejsce.
Był jej. Oczywiście, że był jej. Nawet, jeśli tylko na chwilę i na moment… To teraz był jej.
Delikatnie zadrżała, kiedy jego dłonie dalej muskały jej ciało. Poznał ją już na tyle, aby wiedzieć, gdzie dotknąć i jak, aby było jej miło. W których miejscach delikatnie się wzdrygała z błogim uśmiechem na twarzy.
— Może być proste dzisiaj — powiedziała, a może nawet zapewniła. — Tylko my. Bez chaosu zewnątrz, bez ludzi, którzy próbują być nami, bawić się z nami… Tylko my w tym penthousie. To proste.
Możliwe, że była na pograniczu snu. Ale jeszcze nie zamierzała dać mu się poddać.
— Kto powiedział, że cię nie nienawidzę? — mruknęła. Były takie momenty, kiedy najchętniej wykrzyczałaby mu prosto w twarz, jak go nienawidzi. Wczoraj chciała to zrobić. Wydrzeć się tak, aby jej głos jeszcze przez kolejny tydzień odbijał mu się w czaszce. Aby przypominał sobie o niej w najmniej spodziewanych momentach. Ale tego nie zrobiła, a teraz nie miała już ochoty. Obecnie już nie było w niej nienawiści do Cartera.
— Przerasta cię to? — spytała szeptem. Bez wyśmiewania, choć takie stwierdzenie z jego ust było zabawne. Myśl, że coś mogło go przerastać. Być zbyt pojebane, aby to potrafił ogarnąć.
Lekko poderwała głowę. W pierwszej chwili zaskoczona i przerażona tym wyznaniem. Uniosła brew, a potem zaśmiała się. Cicho, krótko, jak ktoś kto właśnie zyskał nad kimś całą władzę.
To nie była miłość. Nie taka prawdziwa, od której nogi uginają się na sam widok.
To było coś, czego sami nie rozumieli i inaczej nazwać nie potrafili.
— Mm, myślę, że mogę cię też kochać — wymruczała. Dawno nie wypowiadała tych słów. Nie do koleżanek czy przyjaciółek. Nie do facetów, którzy mieli być na chwilę. — Za to co we mnie budzisz… Za to, że za każdym wracam od ciebie rozjebana, a i tak nie mogę doczekać się kolejnego razu. I powinnam cię nienawidzić… dokładnie za to co mi robisz. Ale nie mogę. Nie umiem.
Oparła się czołem o jego ramię. Może wypluta już z resztek emocji i sił. Może przytłoczona wszystkim. A potem uniosła lekko głowę. Ustami ledwo muskając ucho, bo chciała, aby dokładnie ją usłyszał.
— Niszczysz mnie. Zabierasz za każdym razem część mnie. I kocham to. Nie powinnam, a jednak…Nie potrafię przestać cię kochać, nawet, kiedy niszczysz mnie kawałek po kawałku.
Sloane
Zaire nie był facetem, którego powinna kochać. Czy myśleć, że go kocha.
OdpowiedzUsuńPowinna trzymać się do niego z daleka. Spoglądać wilkiem i poszukać sobie kogoś, kto naprawdę by się o nią zatroszczył. Kto przebiłby się przez jej mur obronny i pokazał, że nie musi cały czas walczyć sama ze sobą. Kogoś kto nie patrzyłby na to, jak się wyniszcza od środka tylko potrząsnął. I przecież miała kogoś takiego, ale odpychała go od siebie, aby potem wtedy, kiedy jej to pasuje, znów go przyciągnąć. To wiecznie też nie mogło trwać i niedługo, miała zostać z tym całym syfem, który sobie narobiła całkiem sama.
Ale Zaire pozwalał jej na wściekłość. Na rzucanie butelkami, nawet się nie wzdrygnął i nie wykrzyczał jej w twarz, że jest pojebana. Może, gdyby oboje bardziej wtedy ogarniali odpowiedziałby jej tym samym ogniem. I dlatego nie mogła go nienawidzić. Może właśnie dlatego go kochała, bo pasował do niej i potrafił w równie mocny, jak nie gorszy, sposób ją traktować. Odnajdowała się w chaosie, przekleństwach lepiej niż w tych słodkich, czułych chwilach, które chwilami doprowadzały do zawrotu głowy i były zgubne. Mniej pewne.
Cicho pisnęła, kiedy zamienił ich pozycje. Uśmiechnęła się zadowolona, dłońmi sunąć po jego ramionach.
— Mam zapamiętać, jak mnie niszczysz, czy jak mnie kochasz?
Głos drżał jej od tej zmiany. Zaire był teraz inny. Ujawniał się od strony, której Fletcher nie znała. Nie tak naprawdę. I nawet pewna nie była, czy to naprawdę on czy kolejna maska. Leżąc pod nim nie czuła tylko ciężaru jego ciała, znajomego i przyjemnego, ale również ciężar słów, które padały z jego ust. Bo były jak obietnica, ale nie z ta z rodzaju „i żyli długo i szczęśliwie”, a raczej „a kiedy nadejdzie ten dzień, nie zostanie z ciebie nic”. I ona to kupowała.
— Ja już nie pamiętam, jak było bez ciebie — przyznała. Co robiła, kiedy nie była z nim? Z kim zasypiała w łóżku, gdy go nie było? Nie pamiętała i nie dlatego, że przyćpała w ostatnim czasie tyle, że dawno powinna była odlecieć na inną galaktykę, ale dlatego, że tamci wszyscy faceci czy dziewczyny nie mieli znaczenia. Nie mogli mu dorównać. Nie sprawiali, że czuła miłość i nienawiść w jednym. Że w tej samej chwili chciała go całować i rozbić mu coś o głowę.
Ułożyła dłonie na jego policzkach, kiedy ją pocałował. Nie spieszyła się z tym pocałunkiem. Całowała go powoli, jakby chciała, aby ten moment na dobre zagościł w ich umysłach. Aby wracał w najmniej spodziewanych momentach. Przypominając im, jak w tej chwili było dobrze.
Odetchnęła głęboko, kiedy się odsunął. W jej spojrzeniu nie było już nawet śladu złości, która kotłowała się w nich zeszłej nocy. Spoglądała na niego spokojnie i w milczeniu. Chcąc zapamiętać to, jak teraz się czuła. Jak myślała, że jest przez niego kochana. Nawet jeśli to było tylko chwilowe. Nawet jeśli mieli się kochać tylko w Vegas… To chciała to zapamiętać.
— Zamówiłeś mi śniadanie? — Prawie niedowierzała w to, co słyszy. Zdawało się, że oboje zostawili swoje prawdziwe ja za drzwiami. Bez kpin, bez żądzy władzy. Tylko dwoje ludzi, zwykłych i prostych pogubionych we własnych uczuciach. — Okej, idę.
Odszukała koszulkę. Wsunęła ją na ramiona i zapięła parę guzików, aby tym razem trzymała się na niej odrobinę dłużej.
Sloane się nie kłóciła. Zajęła miejsce naprzeciwko niego. Tak, jaby robili to dziesiątki razy, a wspólne śniadania były dla nich codziennością. Po burzliwej nocy często nachodził spokój. Tylko, że ten ich był ulotny i oboje wiedzieli, że za pół godziny znów mogą latać tu talerze. Ale może nie tego dnia. Nie, kiedy wszystko zaczęło się tak spokojnie.
— Może po śniadaniu też go nie zniszczymy. — To byłą cicha propozycja, aby ten jeden dzień spędzili… normalniej. Bez tabletek, bez alkoholu. Bez tańczących dzień w bieliźnie, bez facetów z ciemnymi oczami i woreczkami strunowymi w kieszeniach. — Tylko dzisiaj… Nawet nie musimy być Sloane i Carterem.
Kącik ust jej drgnął.
— Cześć, jestem Ivy. — Wyciągnęła w jego stronę dłoń. — Ivy niczego nie pamięta.
Sloane lub Ivy🤭
Zatrzymałaby się w tym momencie na dłużej.
OdpowiedzUsuńTylko oni ze spokojnymi oddechami, blisko siebie i z całym spokojem tego świata. Gdzieś nad jej głową krążyła myśl, że to wcale nie potrwa długo i starała się przedłużyć to chwilowe szczęście. Nakręcać też się nie powinna, ale zbyt dobrze znała samą siebie. Jeśli nie Zaire, to ona to zniszczy. Powie coś, co rozpali w nich ogień, ale nie ten, który popycha do robienia głupot i wciąga w szaleństwo.
Sloane nie opierała się dłużej, tylko zeszła z łóżka. Nie odczuwała głodu, ale gdyby teraz nie zjadła to prawdopodobnie nie zrobiłaby tego przez kolejne kilkanaście lub kilkadziesiąt godzin. Spychała własne potrzeby gdzieś na bok. Nie dbając o nie, nie myśląc o nich. Zupełnie, jakby teraz liczyło się tylko to, że jest z nim, a cała reszta mogła przestać istnieć.
Carter był niemal troskliwy. Jak nie on i oglądanie go w takiej wersji było nowością. Ciekawym doświadczeniem, które może się nie powtórzyć. Nie rozleniwiała się zbytnio w łóżku. Wyskoczyła z niego wkładając na siebie szlafrok.
— Wstrzymaj krwawe żądze na inny czas — mruknęła w odpowiedzi. Nosiła skąpe ubrania, często zbyt wyzywające, ale to jeszcze nie oznaczało, że chętnie robiła to przed każdym. Przez ostatnie dni interesowała się jedynie tym, aby Carter widział ją w takim wydaniu. Inni nie mieli do niej dostępu. Nie tylko przez to, że nie była chętna do zabawy z innymi, ale Zaire też upewniał się, aby wszyscy wiedzieli z kim tutaj jest.
Widok go przy stole ze śniadaniowym jedzeniem był nietypowy. I miłą odmianą od tego, do czego ją przyzwyczaił. Opadła na siedzenie z cichym westchnięciem i niemal od razu chwyciła croissanta.
— Dzięki. — Odebrała od niego talerz z jedzeniem, a od samych zapachów żołądek się jej kurczył. Zdecydowanie należało zjeść i to porządnie. Podniosła na niego wzrok i lekko się uśmiechnęła. — Jestem twoją dziewczyną?
Poczuła się, co było dziwne, jak nastolatka, która po raz pierwszy została sama z chłopakiem, który się jej podoba. To nie powinno mieć miejsca. Nie po tak… emocjonalnie intensywnym poranku. Po dziesiątkach słów, które padły i które w normalnej sytuacji wystraszyłyby ją. Już dawno byłaby w drodze powrotnej do Nowego Jorku, ale to był Zaire. Nie miało znaczenia, czy w tych słowach było kłamstwo. Czy były wypowiedziane wpółsennie z jeszcze nietrzeźwym umysłem.
Cisza, która na chwilę zapadła była komfortowa. Oboje mogli skupić się na śniadaniu, kawie. Mogli się wyciszyć ze wszystkiego, co w nich buzowało. Nawet jeśli nie trwała ona długo, to była kojąca. Szybko znaleźli jednak sposób na to, aby o czymś porozmawiać.
— Cześć, Travis.
Bawiło ją udawanie kogoś, kim nie była. Jednocześnie lubiła się wcielać w różne postacie. Dla żartu i rozluźnienia, aby przestać cały czas być Sloane Fletcher. Tą, od której wymaga się perfekcji na scenie, idealnego głosu, świeżych i genialnych pomysłów na tekst i melodię. Od bycia córką, która z jednej strony jest zawodem rodzinnym, a z drugiej jak tu nie być dumnym, gdy odnosi sukcesy, prawda?
— Nie wiem, o czym mówisz. Dopiero cię poznałam, Travis. — Odparła. Słodkim, niewinnym tonem głosu. Tak bardzo niepasującym do siedzącej przed nim prawie półnagiej dziewczyny, choć okrytej szlafrokiem. — Przyjechałam tu z Oklahomy w nocy i obudziłam się z nieznajomym w łóżku. Nie wiem, co zrobiłam noc wcześniej, ale… — Przerwała na moment, aby zmierzyć go wzrokiem, ugryźć kawałek pieczywa z bekonem i jajkami, popić kęs kawą. — … Ale całkiem podoba mi się to co widzę.
Starła opuszkiem palca okruszki z kącika ust. Niemal nie odrywając wzroku od Cartera, czy też Travisa. Czekając, aż wejdzie w stu procentach w jej gierkę i zostawi Zaire’a za sobą. Przynajmniej na chwilę, dopóki im się to nie znudzi i nie zaczną robić czegoś innego lub siać zniszczenia w hotelu i w swoich sercach.
Nie udawała, że jej to nie poruszyło albo że nie miało znaczenia. Prawda była taka, że jeśli naprawdę coś miało się skończyć to chciała tego doświadczyć będąc w jego ramionach.
— Świat się nie kończy, T. Nie dziś. Myślę, że mam na nas plany. I potrzebuję cię do nich żywego.
Ivy🍀
Niczego nie zakładała z góry. Może, poza tym, że to, co ich łączy jest chwilowe i nie jest niczym poważnym. Nie wyglądało, jakby było poważne, prawda? Nie chodzili na randki, nie mieli siebie na wyłączność. Dopiero wtedy, kiedy spędzali razem czas cała reszta przestawała mieć znaczenie. Sloane się wtedy czuła, jakby była jedyną kobietą na świecie, na którą Zaire zwraca uwagę. W tych chwilach poza nim również nie widziała świata. Nie chciała widzieć go z innymi dziewczynami na kolanach, a nawet w pobliżu. Gotowa do tego, aby gryźć i szarpać, gdyby zbliżyły się za bardzo.
OdpowiedzUsuń— Nie byłam pewna.
Przede wszystkim, ale nie szukała związku. Zależało jej na tym, aby przez jakiś czas pobyć w samotności, ale jak widać nie potrafiła przed nią uciec. Zaire wkroczył do jej życia jak burza. Niepostrzeżenie i nagle. Zachowując się w sposób, który sugerował, że zna ją od lat i ma do niej jakiekolwiek prawa, a Sloane nie potrafiła się przed tym bronić. I nie chciała również się przed nim bronić. Z dziecięcą łatwością poddawała się jego urokowi. Nienauczona niczego z przeszłości pchała się w objęcia, które były znajome i dawały jej uwagę, poświęcały czas, ale czy naprawdę były tymi których potrzebowała? Może tak, może nie. Teraz o tym myśleć przecież nie musiała.
— Zatrzymuję cię w jednym kawałku? — Uniosła lekko brew, wręcz zaintrygowana tymi wyznaniami. Możliwe, że to była tylko pokazówka na czas, jak są tutaj, a kiedy ich stopy dotknął nowojorskiej ziemi to wszystko wróci do poprzedniego rytmu i Sloane nawet nie mogłaby się na to wściekać. — Dziewczyna… Hm, podoba mi się jak to brzmi.
Delikatnie przymknęła oczy, kiedy jej dotknął i cicho westchnęła. Momenty, kiedy był delikatny i czuły były tak kompletnie inne od tego, do czego zdążyła się przyzwyczaić. Słodkie i sprawiające, że Sloane nie wychodziłaby wcale z tej bańki, którą wokół siebie stworzyli.
Jak na zawołanie ramiączko szlafroka lekko zsunęło się po jej ramieniu. Nie poprawiła go, skupiając się jeszcze na jedzeniu. Podejrzewając, że zaraz może na to nie mieć już czasu albo ochoty, jak zajmą się innymi rzeczami.
— I tak muszę zajmować się twoim ego, ale masz rację. Nie mogę ci pozwolić, żebyś za bardzo obrósł w piórka — zaśmiała się. Miał już wystarczająco duże ego. Spokojnie mógłby rozdać je dziesięciu następnym osobom, a wraz zostałoby go wystarczająco dużo, aby chodził z wysoko uniesioną głową.
Lekkie dreszcze przebiegły jej wzdłuż kręgosłupa, gdy się odezwał. Tym tonem i z tą chrypką, która była jak przyjemny dla ucha dodatek, który świetnie pasował do Zaire’a. Możliwe, że na moment wstrzymała oddech, jakby nie chciała psuć tej chwili nawet oddychaniem. Spoglądała na niego, jak oczarowana i w zasadzie była. Każdą sekundą, każdym słowem. Każdym muśnięciem ust, które przechodziło przez opuszki i trafiało w każdy nerw. Podrażniając i zmuszając, aby cicho skomlała o więcej.
— Musiałam uciekać. Tamto miejsce nie potrafiło mnie udźwignąć. — Głos miała niższy i cięży. Jakby od ciężaru tej chwili trudniej się jej oddychało.
Chociaż Sloane wiedziała, że to gra, w dodatku taka, którą sama wymyśliła zaczynała rozumieć, że odróżnienie rzeczywistości od fikcji może być trudniejsze niż się jej wydawało.
— Zamierzam cię w sobie rozkochać. Tak bardzo, że, kiedy obudzisz się za dziesięć lat z żoną i dzieciakiem u boku wciąż będziesz sobie o mnie przypominał. — Powoli się podniosła, nie puszczając jego ręki. Obeszła stolik, aby usiąść mu na kolanach. Ułożyła sobie jego dłoń w talii. — Kiedy już będziesz miał to idealne, obrazkowe życie… Wspomnisz mnie. Tą przypadkową dziewczynę z Oklahomy, która wywróciła ci świat do góry nogami. Kiedy będziesz nudził się żoną, seksem z nią i tym idealnym życiem będziesz żałował, że pozwoliłeś mi odejść.
Nie było różnicy, czy mówiła jako Sloane, czy Ivy.
— Ale dziś… możemy okraść bank. Jak Bonnie i Clyde, ale nie damy się złapać. Będziemy tarzać się nago w pieniądzach, pić szampana za $17,000, a potem znikniemy z powierzchni ziemi, jakbyśmy nigdy nie istnieli.
Przed nimi było rozkoszne szaleństwo,
Sloane💰
Sloane nie chciała się w nim zakochać. Oddawać mu kawałków siebie, a jednak to robiła. Powoli i nieświadomie. Z każdym kolejnym wyznaniem, które sobie mówili. Nieważne, czy było ono prawdziwe, czy napędzane nietrzeźwymi, otumanionymi myślami. Słowa, popędzane tymi czułymi, delikatnymi gestami tylko utrwalały się w jej umyśle. Miękkie spojrzenia, nawet, kiedy oczy mu ciemniały nie odstraszało jej to. Widziała coś w tym mroku, co ją przyciągało.
OdpowiedzUsuń— Mogłabym powiedzieć to samo o tobie, Carter — wyszeptała miękko. Ustami lekko muskając skórę na policzku. Wiele słów padało z jego ust, po których Sloane wiedziała, że gdyby odszedł – gdy odejdzie – nie pozbiera się. Nie będzie potrafiła funkcjonować w taki sposób, jak wcześniej. Już teraz ledwo dawała bez niego radę. Ciągle szukając z nim kontaktu, a co będzie, kiedy naprawdę odejdzie? Kiedy ten etap podróży poślubnej się skończy? Miałaby obserwować, jak bajeruje w ten sposób inne? Choć powtarzała sobie, że ta relacja nic dla niej nie znaczy głębszego, to tylko się okłamywała.
Ułożyła dłoń na nagim torsie tam, gdzie czuła bijące pod warstwą skóry i mięśni serce. Upewniając się, że faktycznie je ma, ale przede wszystkim, że bije dla niej.
Jego słowa brzmiały teraz, jak prośba. A może sobie wmawiała? Brzmiał tak, jakby naprawdę nie chciał, aby kiedykolwiek odchodziła. I najgorsze, a może najlepsze było to, że ona również nie chciała odchodzić. Czy nawet myśleć, że mogą się kiedyś kończyć.
Spoglądała na niego nieco zdezorientowana, kiedy ujął jej twarz w dłonie. Niezbyt pewna, czego może się spodziewać lub co zaraz usłyszy. Słuchała go z lekkim niedowierzeniem, bo to wszystko co mówił Carter nie miało sensu. Ludzie tacy, jak oni, nie mieli szans na taką przyszłość. Na spokój, dom z cholernym białym ogrodzeniem i labradorem. Ale ona chciała wierzyć w to, że tak może być. W tym konkretnym momencie… Innego życia nie potrafiła sobie wyobrazić.
— I zamierzam ukraść ci znacznie więcej. Twoja dusza to dopiero słodki początek. — Zapowiedziała. Wierzchem dłoni przesunęła po jego policzku, jak na znak, że nie zatrzyma się tylko na tym, że ma co do niego znacznie większe plany. — Nie umiem sobie wyobrazić co będzie jutro, czy wciąż będziemy się tak gorąco i otwarcie kochać, a co dopiero za dziesięć lat, ale… Ale jeśli jest to nam pisane, to nie chcę nikogo innego.
Zaśmiała się, sama nie wierząc w to, co mówiła i słyszała. Nie było w tym śmiechu kpiny, a brzmiał on raczej jak ten pełen niedowierzenia, że plany czy też marzenia, które zdawały się nie do spełnienia właśnie się rozwijały. Tutaj. W cholernym neonowym Vegas. W wielkim penthousie z widokiem na miasto, gdzie jeszcze wczoraj próbowali się pozabijać.
— Przy tobie raczej będę budziła się bez fioletowych majtek — zaśmiała się znowu. — Sloane Fletcher jako żona, Carter Crawford jako mąż… Brzmi niesamowicie. Nierealnie. Jak przepis na kłopoty, ale… Boże, kocham je popełniać z tobą.
Żadna decyzja z nim nie wydawała się być błędna, dopóki nie nadeszły konsekwencje. Ale nawet wtedy nie widziała do końca w nich problemu. Małe zboczenie z oryginalnego planu, który trzeba zmodyfikować, aby wyszło tak, jak powinno.
— Dobrze. Nie jestem dziewczyną, którą można zapomnieć. Zostaję na zawsze. — Nie brzmiało to jak ostrzeżenie, a raczej groźba. Byli tego rodzaju ludźmi, którzy przenikali przez wszystkie warstwy skóry i mięśni. Zakorzeniali się w umyśle na stałe. Nie było przed nimi ucieczki.
Podpisywała właśnie niewidzialny pakt z diabłem, ale cholera – była z tego powodu szczęśliwa. Możliwe, że będzie się tak czuła tylko dziś, a za parę godzin to wszystko pierdolnie z hukiem, ale było bez znaczenia. Teraz kochali się na zabój i na zawsze, a co będzie w przyszłości to zagadka, którą odkryją za jakiś czas.
— Zabiłabym cię, gdyby pojawiła się inna. Najpierw ją, a potem ciebie.
Wbiła paznokieć palca wskazującego w jego pierś. Na tyle, by poczuł.
— Mówię poważnie. Masz ostatnią szansę, aby się wycofać bez konsekwencji. Ale wiem, że tego nie zrobisz. — Mruknęła cicho i z przekąsem.
Przymknęła oczy, lekko się opierając o niego. Mieszając swój oddech z jego. Przetwarzając wszystkie słowa, które tu padły. Brzmiały, jak wyjęte z jakiegoś romansidła, których unikała, a jednak… Nie brzmiały śmiesznie. Nie tak, jak w tych filmach, w których ma się ochotę rzucić pilotem w główne bohaterki.
Usuń— Już ci pozwoliłam, nie zauważyłeś? — spytała ciszej niż planowała. Miał ją w garści już dawno. Być może od tamtej pierwszej nocy, a może nawet wcześniej, gdy spojrzał na nią po raz pierwszy jeszcze zanim się sobie przedstawili i uśmiechnął, jakby wiedział, że razem zbudują coś niesamowitego, a potem to podpalą i będą oglądać, jak znika w płomieniach. — Jestem twoja od dawna. I będę twoja, dopóki oddycham.
Sloane
Sloane leżała na łóżku wtulona w poduszkę, która pachniała jak Zaire. Nie odczuwała zmęczenia, chociaż nie spała praktycznie przez ostatnie dni. Gdyby nie przeszklona ściana Sloane nawet nie wiedziałaby, kiedy jest noc, a kiedy dzień. Dni zlewały się w jedno, to czy byli na imprezie czy w penthousie. Nie potrafiła zasnąć, chociaż ciało domagało się odpoczynku. Sloane po prostu leżała chłonąc te ostatnie dni, które dzielili ze sobą.
OdpowiedzUsuńMiękkość skóry Zaire'a, jego ciężar na swoim ciele, ktory tak chętnie i często przyjmowała. Blogi spokój niezakłócony czymkolwiek. Sloane czuła, że mogłaby w Vegas zostać na zawsze. Razem z Zaire, mogliby tutaj być szczęśliwi. Byli tutaj szczęśliwi. Nie było tutaj męczących menadżerów, ochroniarzy z minami zbitego psa i tonem chłodnym, jak marmur. Vegas nie posiadało obowiązków, z których należałoby się wywiązać. Vegas było miejscem, które pozwoliło im zniknąć.
Odwróciła się na bok, a wzrok wbiła w plecy Cartera. Mruknęła cicho coś pod nosem, jakby go wołała do siebie, ale wyszedł z tego mało zrozumiały bełkot. Zdążyła tylko sięgnąć ręką do jego pleców, które delikatnie musnęła opuszkami palców. Ciche zaproszenie, aby porzucił cokolwiek teraz robił i wrócił do niej. Do miejsca, gdzie było im dobrze i z którego nie musieli uciekać. Westchnęła, kiedy podniósł się z łóżka uciekając przed nią. Może nie wprost, ale tak to odebrała.
W ciszy obserwowała, jak chodzi po pokoju i wiedziała, że coś jest nie tak. Nie mówił jej niczego wprost, ale nie była przecież głupia. Zauważała takie rzeczy. Jakoś nie miała ochoty zaglądać mu w telefon, ale przy niejednej okazji widziała numer, który do niego wydzwaniał. Zwykle po tych telefonach robił się mniej przyjemny i gdy teraz dostrzegła połączenie na telefonie domyślała się, ze ich mały raj właśnie dobiega końca.
Nie poszła za nim. To był jej pierwszy odruch, ale coś kazało jej zostać w łóżku. Skorzystać jeszcze tego, że przez najbliższe parę minut będzie tak, jak sobie narzucali przez ostatnie dni. Naiwne było to myślenie, bo kiedy zobaczyła, jak wychodzi i kieruje się do niej coś tutaj nie pasowało. Cartera się nie uśmiechał, nie miał tego wygłodniałego wzroku, kiedy na nią patrzył. Nie było w nich tego błysku, który by sugerował, że gapi się na miejsca, na które nie powinien. Zamiast tego była obojętność i niemalże chłód.
Chciała to zignorować, wciągnąć go z powrotem w ten mały raj, ale kiedy się odezwał i na nią spojrzał przeszedł ją aż dreszcz.
- Jak to wracamy? – Nie była zadowolona. Chciała zostać w Vegas z Carterem. Tak długo, jak to możliwe. Ignorować to, co na nich czekało w Nowym Jorku.
Uklęknęła na łóżku przed mężczyzną z miną, która sugerowała, że mu nie wierzy. Przecież żadne z nich nie chciało wracać.
- Zaire – mruknęła przeciągle. Wsunęła palce za szlufkę od spodni i lekko go przyciągnęła w swoją stronę. – Możemy jeszcze zostać. Skoro do tej pory nie wysłali za mną psów tropiących to przez następne dni tego nie zrobią.
Nawet się dziwiła, że nikt jej nie szuka. Albo szuka, ale bez skutku.
Uśmiechnęła się do niego słodko, lekko i dziewczęco. Jakby chciała go tym przekonać, aby został razem z nią w tym ich małym świecie.
- To przez ten telefon chcesz wracać? – Spytała ostrożnie. Jeśli nie zauważył, że ona wie to musiał mieć ją za głupią blondynkę, która umie śpiewać, ale rozbieranie się wychodzi jej lepiej.
Sloane wyczuwała tę zmianę w nim, ale jakoś miała nadzieję, że Carter zaraz powie, że to wszystko to żart i aby ładnie się ubrała to pójdą na kolację.
- Mam kogoś za ciebie poinformować, że jesteś zajęty swoją dziewczyną? – mruknęła. Oparła ręce o jego przedramiona, odchyliła lekko głowę do tyłu. Jeszcze patrząc ufnie i z uczuciem, które do siebie dopuściła w ostatnich dniach. – Nie wracajmy jeszcze, proszę.
Sloane
Sloane nie była ani trochę zadowolona sposobem w jaki traktował ją Zaire. Zniknęło to, co dawał jej przez te ostatnie dni. To nie był już ten mężczyzna, który zakładał jej kosmyk włosów za ucho i szeptał, że ją kocha. Próbowała znaleźć w nim jeszcze te pokłady wcześniejszej czułości, ktora w nim była, ale nie potrafiła już dostrzec w nim tej czułości, którą obdarzał ją przez ostatnie kilka dni.
OdpowiedzUsuń- Nie. – Wycedziła. Nie zamierzała dać sobą pomiatać, jakby wszystko zależało tylko i wyłącznie od jego humoru i zachcianek. Patrzyła, jak Zaire w dziwnym pośpiechu porusza się po pokoju. Nerwowo i w nietypowy dla siebie sposób. – Żartujesz sobie ze mnie? – Wycedziła przez zęby, kiedy znów kazał się jej zbierać.
- Pół godziny temu jeszcze ci się podobało, jak jęczałam - warknęła. Naprawdę? Przez jeden durny telefon wszystko co mieli teraz nagle się kończy? Sloane miała wiele pytań, ale zaczynała rozumieć, że lepiej nie zadawać niektórych pytań. Może to wszystko tylko się jej przyśniło. Ten cały wyjazd, te wszystkie uczucia, które się tutaj pojawiły. Może to wszystko to był nie niebezpiecznie piękny sen, o którym Sloane musiała jak najszybciej zapomnieć. Miała wrażenie, że coś przygniata jej klatkę. Wszystko przez kilka słów wypowiedzianych przez Cartera i jego puste, pozbawione nawet blasku oczu. Czyli to, tamta willa, tamci mężczyźni to nie był sen. Nie wymyśliła sobie tego wszystkiego.
Zacisnęła mocno usta. Intensywnie wpatrując mu się w oczy. Nie chciała dać mu się złamać i wspomnieniom, które ją teraz zapewniły.
Czuła, że delikatnie drży.
- Wiesz co widziałam.
Chciałaby udawać, że tamta noc nie miała miejsca. Zapomnieć o tym naprawdę, uciec przed obrazami, które być może zbyt mocno się na niej odbiły, a teraz nie było już możliwości, aby Sloane się wycofała z tego co powiedziała. Przyznała mu sie, ze tam była i widziala to, czego nie należało.
Zsunęła się z łóżka, tracąc wszelkie chęci, aby tu z nim zostać. Z jakiegoś powodu każde słowo, które od niego w ostatnim czasie usłyszała wydawało się być kłamstwem.
W dupie miała te rzeczy, które tu nakupiła. Nie miała potrzeby, aby zabierać cokolwiek. Odnalazła tylko bieliznę, jakąś bluzkę i spódnicę, reszta tak, jak leżała tak mogla tu zostac.
- O czymś jeszcze mam zapomnieć? - Wycedziła. Skoro już bawili się w zapominanie, to co szkodziło, aby nie zapomniala o wszystkim, prawda? Nie powinna była się przejmować, to nie powinno w żaden sposób boleć, skoro od samego początku wiedziała, że to się właśnie tak skończy. Z głośnym hukiem.
Zatrzymała sie wpółkroku, aby na niego spojrzeć. Z czystej ciekawości, czy to co powie jakoś go ruszy, czy to zauważył, czy mu przeszkadzało, czy coś z tym zrobił.
- O twoim kumplu z lepkimi łapskami też mam zapomnieć? - Wbiła wzrok w jego oczy przymrużając swoje własne. Chciał sie rozejść w niezgodzie? Świetnie.
Niczego innego się po nich nie spodziewała.
Sloane
Sloane próbowała sobie wmówić, że to co widziała to był wytwórni jej wyobraźni. Nic nad czym warto było się zastanawiać. Łatwiej było tak myśleć, dopóki Carter nie na nią nie naskoczył.
OdpowiedzUsuńZaskoczyła ją ta nagła zmiana w jego nastawieniu. Szczególnie, że pół godziny temu wszystko było w porządku, a Sloane mruczała mu do ucha, jaka to nie jest zadowolona i jak zajebiście mocno kocha Vegas i jego. Teraz wydawało się, że te wszystkie słowa, które mówił Carter były bez znaczenia. Chociaż nie powiedział jej niczego wprost. Ona sobie dopowiadała sama.
- A nie miały być? Czy to tylko przykrywa do jakichś brudnych interesów, co? – Wysyczała. Miała w zasadzie gdzieś to, co Zaire robił w wolnym czasie. Im mniej wiedziała tym było lepiej, ale cholera nie potrafiła zignorować tego, co widziała w tamtej willi. Już sama nie była pewna, czego właściwie doświadczyła w tamtej willi. - Tak, wiem. Wszyscy byli naćpani poza wami w tamtym momencie, nie? I tym typem na krześle.
Sloane nie była pewna, czy nie przesadza. Czy nie byłoby lepiej, aby zamknęła buzię i grzecznie pojechała z nim do domu. Widziała ten ogień w jego oczach, który umyślnie podsycała. Jakby nie mogła się doczekać, aż Zaire wybuchnie na dobre. Aż pokaże jej się od tej strony, której Sloane znać nie chciała. Bo może właśnie tego potrzebowała, aby go znienawidzić i utwierdzić się w przekonaniu, że wcale go nie potrzebuje.
Podtrzymywała swoje spojrzenie z nim. Ignorując to, jak lgnęła do niego i jak bardzo potrzebowała jego bliskości. To było żałosne, że w ciągu tych paru dni uzależniła się tak bardzo, a momenty, kiedy jej nie dotykał i nawet nie patrzył będą tak bolesne.
Blondynka nie chciała wracać do domu. Wychodzić z tego penthouse, który w ostatnim czasie widział dziesiątki wersji Sloane. Słyszał przeróżne wyznania i był świadkiem różnych sytuacji.
- Jaką ja tam pełniłam funkcje, Zaire? – Zapytała. Nie wierzyła już, że znaleźli się tam przypadkiem, że trafili na tego DJ’a, bo byli na jednej imprezie. Sloane wyglądała, jakby właśnie łączyła ze sobą poszczególne detale. – Zaplanowałeś to wcześniej racja...? Ten cały wyjazd, mnie tutaj... żebym co? Rozpraszała innych, żeby nie widzieli co robicie w ciemnych pokojach? Zabawiała cię prywatnie, bo wiedziałeś, że nie będę ci się opierać?
Sloane lekko drgnęła. Tak to wszystko wyglądało. Tamtej nocy nie byli przez większość czasu razem. Zaire jej zniknął, podał coś, a ona chętnie wzięła i potem trafiła do tamtego pokoju. A wolny czas spędzała z nim. Przede wszystkim w łóżku, do czego sama nieraz dążyła, ale gdy teraz o tym myślała było jej zwyczajnie źle.
Kiedy na niego spojrzała nie było w niej tej dziewczyny sprzed chwili. Tej, która resztkami nadziei liczyła, że to tylko krótki zgrzyt w ich relacji, a za chwilę wrócą do tego, co im znane.
- Było mnie tam nie zabierać w pierwszej kolejności. Teraz nie musiałbyś się martwić, że się wygadam. – Mówiła z chłodnym dystansem. To było wręcz bolesne, że w ciągu chwili wszystko się zmieniło. – W coś ty się wpakował? – Odpowiedzi nie chciała. Kim on tak naprawdę był, kiedy jej nie było obok? Co robił dłońmi, które dokładnie wiedziały, jak ją pieścić, kiedy mocniej przetrzymać? Którym zaufała?
Nie umiała na niego spojrzeć. Bo jeszcze łudziłaby się, że zobaczy w nim tego człowieka, ktory w środku nocy, gdy leżeli w łóżku z czułością gładził jej udo i spoglądał tak, jakby była dla niego całym światem, a nie jebanym problemem, który trzeba odstawić do Nowego Jorku.
Sloane 🍋🟩
To już nawet nie było wrażenie, a czysty fakt, że Zaire, który leżał z nią tu jeszcze pół godziny temu, cóż teraz już jakieś czterdzieści minut, zniknął. Dosłownie rozpłynął się w powietrzu, a na jego miejsce wszedł ten, którego Sloane nie znała. Był chłodny, zdystansowany. I dobrze, z takimi radziła sobie lepiej niż kiedy ją zasypywał milionem wyznań, chociaż ona wcale nie była mu dłużna. Miała tylko wtedy taka mała nadzieję, ze ten ich cały skwar potrwa dłużej, a nie runie właśnie przeciągu kilku następnych dni. I to jeszcze z hukiem, które słyszała zapewne otaczającą Vegas pustynia.
OdpowiedzUsuńNie pozostały po nich nawet okruchy. Jedynie wyblakłe wspomnienie ostatnich godzin, resztek czułości, które z siebie wypluwał Zaire. Teraz z jeszcze większa łatwością pluł na nią jadem, na który sobie nie zasłużyła.
Miała wrażenie, ze za każdym razem, kiedy na nią patrzy to jego oczy stają się jeszcze pustosze. Jakby przebywanie w jej obecności teraz odbierało mu resztki człowieczeństwa, a z każdym następnym słowem oddała się od tego, co przez ostatnie dni jeszcze trzymało go w ryzach. Sloane teraz na swój sposób próbowała go wytracić z równowagi. Była wściekła, a jednocześnie nakręcona, aby sprawdzić jak bardzo uda się jej wkurzyć Zaire, dopóki nerwy nie puszcza mu w pełni.
- Poleciałam z tobą. Pieprzyłam się z tobą. Paliłam z tobą, ale nigdzie nie prosiłam się o to, aby zostać wprowadzona w jakieś pierdolone porachunki za prochy. – Wycedziła przez zaciśnięte zęby. Nieszczególnie się interesowała tym, skąd brały się prochy, które podsuwał jej Zaire. Nie była idiotka, jasne, ze nie były za darmo, a nikt ich z dobrego serca nie oddawał. Sloane nie dbała o ich pochodzenie. Nie chciała wiedzieć więcej niż to było konieczne. – Dla mnie to miała być zabawa. Z tobą, a nie poboczną rola w filmie akcji.
Dla niej plan był prosty. Lecieli do Vegas, aby się oderwać od codzienności. No i się oderwali. Sloane przez większość czasu czuła się tak, jakby znalazła się na innej planecie. Raz wszystko było w porządku, a za chwile z jakiegoś powodu płakała i nie umiała przestać. Raz szeptała mu gorąco słówka do ucha, by chwile później rzucać butelkami. Teraz nie miała ochoty już na nic. Nie chciała niczym rzucać, błagać go, czy nawet słuchać.
Cała w środku aż dygotała z nerwów. Ale nie chciała niczego okazać na zewnątrz. Byle tylko nie dostał satysfakcji, ze w jakikolwiek sposób to na nią wpłynęło. Ze bolało i rozrywało na małe kawałeczki. Ze pozwoliła sobie na to, aby uwierzyć w jego słowa i teraz, gdy się kończyło czuła się tak, jakby wyrwał jej serce, a potem zmiażdżył i roześmiał się prosto w twarz.
- Oni już wiedzą. Ale zgaduje, ze to mój problem.
Czego właściwie od niego oczekiwała? Ze ja przytuli, weźmie w ramiona o zalewni, se wszystko będzie w porządku? Była skazana na siebie. Dał jej to wyraźnie odczuć w każdym jednym słowie, które do niej wypowiedział, a które było przesiąknięte obojętnością.
- Nie zwalisz tego na mnie. To się nie skończyło, bo otworzyłam drzwi. Jeszcze pare dni temu ci to nie przeszkadzało. Wiemy, dlaczego się skończyło.
Wytrzeźwiał. Ona również.
Teraz miłości między nimi już nie było, a sytuacja z willi stała się tylko zapalnikiem. Czymś na co można zwalić winę, ze się rozjebało. Sloane rozumiała. Nie zamierzała pisać, dzwonić ani tęsknić. Teraz wmawiała sobie, że nie będzie o nim nawet myśleć. Że zapomni tak szybko, jak się stąd wydostanie. Ale to było kłamstwo. W dodatku z bardzo krótkimi nogami, bo ona już tęskniła. W minucie, w której Zaire się odciął, Sloane poczuła, jakby kogoś traciła. Tutaj nie pomogłyby teksty „on stracił Ciebie”. Jasne, ze tak, ale to nie zmieniało faktu, ze i ona coś straciła. Coś, co przez krótki moment zdawało się być wiecznością. Osobę, która przez te pare dni była wszystkim.
Stała dalej w tym samym miejscu. Pozostawiona sama sobie. Wciąż wbijała paznokcie we wnętrze własnej dłoni, a słowa Zaire huczały jej w głowie. Poruszała się jak w zwolnionym tempie. Nie widziała, gdzie poszedł i jej to nie obchodziło. Potrzebowała czegoś na uspokojenie nerwów. Małej kreski, niewielkiej na rozluźnienie. Przecież jej to nie zabije, prawda? I znalazła. W kieszeni bluzy udało się jej wymacać mały woreczek. Delikatna folia ledwo wyczuwalna pod palcami. Ruchy miała automatyczne, jakby robiła to już setki razy. A może i faktycznie robiła. Marmurowy blat, karta kredytowa, krótka linia. Jeden głęboko wdech, a potem drugi. Dłuższy o chciwszy. Zapiekło, jak zawsze. To był znajomy ból, który powitała niemal z uśmiechem. Wciągała wszystko jak leciało: narkotyki, emocje i mężczyzn. Jednego z organizmu mogła pozbyć się łatwiej, pozostała dwójka czepiła się jej i nie chciała opuścić.
Usuń- Kutas – warknęła pod nosem. Nie miał możliwości, aby ja usłyszeć, ale nawet nie o to chodziło. Musiała to z siebie wyrzucić.
Spojrzała na swoje odbicie. Poplątane włosy, resztki makijażu. Rozbita dziewczyna powoli ustępowała miejsca tej, która nie pozwalała łamać sobie serca. Ona sama je wyrywała z piersi, zanim ktoś zdążył zrobić to za nią. Z tym, ze być może teraz się spóźniła.
Wyrobiła się w dziesięć minut. Nie zabierała bagażu, nie chciała tych szmat.
Zostawiła Vegas za sobą. Zaire również planowała tu zostawić, ale nie zamierzała przejść obojętnie obok darmowego powrotu do domu.
Wsiadła do auta jedynie mając na nosie ciemne okulary, telefon w ręku i głupi uśmieszek na ustach.
Skończyli się. Naprawdę się skończyli, a chociaż powinna czuć żal to obecnie nie czuła nic. Być może przez to, ze się wyłączyła, a może przez pożegnalna kreskę wciągnięta w łazience.
Sloane👽
Skoro miała zapomnieć o Vegas to właśnie to zrobiła.
OdpowiedzUsuńNie odzywała się do niego. Nie prosiła, żeby do niej przyjechał i poświęcał czas. Nie chciała z nim imprezować, pojawiać się w tych samych miejscach. Sloane Fletcher postanowiła zniknąć z jego życia i pojawić się tylko wtedy, kiedy to absolutnie konieczne. Była gotowa pojawić się studiu, nagrać kawałek, wystąpić z nim przed fanami, udzielić paru wywiadów podczas których będzie się uśmiechała, jakby nic się nie wydarzyło. Obiecała siebie jednak, że nigdy więcej na nic już mu nie pozwoli.
Po powrocie z Vegas przespała niemal ciągiem jakieś czterdzieści godzin. Te godziny wcale nie pomogły jej wrócić do życia, a raczej sprawiły, że była dobita jeszcze bardziej. I z początku naprawdę była gotowa, aby błagać Zaire’a o powrót. Ale nie zamierzaliście zniżyć do takiego poziomu. Zamiast tego spakowała dziesięć walizek i wyjechała Do Europy, zaszyła się we Włoszech z tobą espresso, którego nie lubiła pić i tiramisu, które zajadała w tonach. Wrzucała dużo zdjęć z imprez, tych w klubach i na jachtach. Zbyt często wrzucała zdjęcia, na których widać było ramię Gio, który był dobrym kumplem i potrafił się z nią porozumieć bez słów. Sloane chciała się odciąć od Zaire’a w pełni. Nie szukała sobie może romansów na boku, ale on przecież nie musiał wiedzieć, że Gio wcale Sloane zainteresowany nie był, a Cześ idk rzucał smętne spojrzenia w stronę Jamesa i był rozczarowany, ze ochroniarz Sloane nie strzela do tej samej bramki.
Nie odpowiadała na wiadomości. Czasem jedynie je czytała, kiedy sama była w podium humorze. Czasem odsłuchiwała wiadomości, które jej zostawiał. Czasem odbierała od niego telefony, które kończyły się awanturami, bo Sloane nie zamierzała mu ani powiedzieć, gdzie jest ani kiedy wraca. Zwykle te rozmowy kończyły się słowami „pierdol się i daj mi święty spokój”. Chętnie by rzuciła telefonem, ale miała panować nad własną agresja, a niszczenie telefonów niekoniecznie dobrze wyglądało.
Nie chodziło o to, że Sloane go wtedy okłamała. Prawdę mówiąc nie była pewna, cofała wtedy czuła, kiedy wyznawał mu miłość. Coś na pewno do niego czuła, ale teraz nie miała już pojęcia co to było. Nie po tym, co się wydarzyło we Włoszech. Nie rozumiała co się tam wydarzyło, ani dlaczego. Pamiętała, że wcale się wtedy nie opierała, ale zrobiło się dziwnie. Nie była przyzwyczajona do tego, że robi się niezręcznie. Nie naciskała, nie próbowała niczego. O tym również mogła zapomnieć. Skoro już wszystko tak zapominała na potęgę to dlaczego miałaby pamiętać o tym?
Nie była to typowa impreza. Kontrolowana i sponsorowana, pojawiła się, bo jej konto miała zasilić ładna sumka. Sukienkę miała przygotowaną od marki. Krwistoczerwona z koronką, podszyta cienkim materiałem, który ukrywał przed ciekawskim okiem jej ciało. Sloane miała tu być na chwile. Pokazać się, pobawić i udawać, że świetnie się bawić.
Wrzuciła zdjęcie jeszcze z mieszkania. Już gotowa do nocy, na która nie miała zbytnio ochoty, ale umiała robić dobra minę do złej gry. Wrzuciła zdjęcie, a potem jeszcze jedno.
Wiadomość pojawiła się niemal od razu. Skłamałaby, gdyby powiedziała, że to nie był jej cel.
„Nie ty. 🖕🏻”
Wyciszyła później powiadomienia. Nie chciała wiedzieć kolejnych wiadomości od niego. Miała się dzisiaj dobrze bawić, a przynamniej spróbować, a nie da rady tego zrobić, kiedy ciągle o nim by myślała. Ile już w zasadzie minęło? Sloane trochę się czasowo pogubiła, ale z Włoch wyjechała po niecałych trzech tygodniach. Miesiąc? Chyba niecały, ale bez znaczenia.
Nie rozumiała po co szuka z nią kontaktu. To nie tak, ze ona nie chciała go z nim mieć, ale nie potrafiła się zmusić do tego, żeby wybaczyć za Vegas. Nie widział jej, kiedy był rozbita po tym wyjeździe. Kiedy wyła w poduszkę, bo widziała te filmiki i zdjęcia z inną, bo pozwoliła sobie przez chwile uwierzyć, że naprawdę mogli mieć między sobą coś prawdziwego. Sloane się odcięła. Dokładnie w taki sposób, w jaki tego od niej żądał.
Próbowała dobrze się bawić.
UsuńProwadziła niezobowiązująca rozmowę, czasem się lekko zaśmiała. Nie była w pełni sobą, a jeśli ktoś ja znał to dostrzegłby, że Sloane trzyma się na dystans. Miała swoje powody, aby się nie zbliżać za bardzo do ludzi. Nie potrzebowała zbędnych komplikacji. Do głowy nawet jej nie przyszło, ze Zaire mógłby się tutaj pojawić.
Dla Sloane to miał być prosty wypad. Miała się pojawić i pokazać w sukience i biżuterii, a najlepiej, aby została tam do końca lub chociaż do połowy.
Wyprostowała się, kiedy usłyszała jego głos. Już nie na nagraniu, nie przez telefon. Był tu za nią. Sloane odwróciła się powoli. Ostre, pieprzne perfumy uderzyły w nią z siłą rozpędzonego pociągu. Nie czuła ich od miesiąca, a rozpoznałaby je wszędzie. Zmieszane z tytoniem stanowiły groźna dla niej pułapkę.
- Nie uciekam. Spełniam Twoje zachcianki. Odrobina wdzięczności byłaby miła.
Utrzymała neutralny ton głosu. Bez warczenia, chociaż właśnie na to miała ochotę. Bez okazania, ze to dalej ja bolało. Bez wyrywania się w jego kierunku. Chciała, cholernie chciała, aby znaleźć się w jego ramionach. Jednocześnie przez ostatnie tygodnie starała się o nim zapomnieć, a teraz pojawiła się i był tuż na wyciągnięcie ręki.
- Możesz porozmawiać z tymi swoimi kurwami. Ja ci nie mam nic do powiedzenia.
Sama nie była lepsza, ale w przeciwieństwie do niego nie obnosiła się ze swoimi „kolegami”. Gio miał go tylko zirytować. Do Sloane napływały zdjęcia i filmy z Carterem i jego pannami, które zmieniały się w zależności od nocy.
- Jestem w pracy. Przeszkadzasz mi.
Sloane👽
Chciała od niego uciec. Zostawić go tutaj samego i pozwolić, aby patrzył jak odchodzi. Pokazać mu, że Vegas nie miało na nią żadnego wpływu. Że wcale nie tęskniła, że wcale nie wyobrażała sobie dziesiątki razy, jak do niej wraca. Udawała, że wcale nie wysłała do niego wiadomości głosowej błagając, aby przyleciał do Włoch. Usunęła ją po dwóch minutach, więc poza usunięta wiadomością nic więcej nie widział. Sloane ze wszystkich sił chciała udawać, że ma w niego wyjebane i nie potrzebuje go w swoim życiu.
OdpowiedzUsuńByła od miesiąca trzeźwa, nie ćpała i nie robiła z siebie pośmiewiska. Zaire był jak najgorszy narkotyk, po który nie chce się sięgać, ale ciężko jest się oprzeć. Mogła się złamać, ale nie chciała. Nie, kiedy powoli zaczynało się coś w jej życiu się układać. Może nie układała sobie życia z zawrotna prędkością, ale robiła to i powoli zaczynało to wyglądać lepiej. A przede wszystkim rozsądniej.
Zacisnęła szczękę, kiedy się do niej zbliżył. Dystans pozostawał, ale był na tyle blisko, że czuła go każdym nerwem. I wcale jej to się nie podobało.
- Masz jakiś problem z tym, jak zarabiam? – Warknęła. Traciła powoli już do niego nerwy. Wiedziała, że jeśli się nie zdystansuje to z nim pójdzie. Że znowu będzie robiła to, co Zaire powie. Jak ostatnia idiotka, która nie rozumie, że powrót do tego mężczyzny jest cholernym błędem. – Chcę, żebyś się odjebał. Czego ty ode mnie chcesz, co? Nie podoba ci się, co tu robię? Możesz wyjść, a w zasadzie to nawet powinieneś. Wiem, że nie byłeś zaproszony.
Sloane miała obiecane, że Zaire nie będzie na liście gości. Prędko się jednak okazało, że dla niego to nie jest problem, a to miejsce wpuszcza kogo leci z ulicy. Oni nie wywiązali się z umowy, ona również mogła to olać. Może nawet powinna była, bo dlaczego do cholery powinna była tu zostać?
- Nie zamierzasz? A to ciekawe. Jakoś bardzo chętnie z nimi rozmawiałeś. Przestały odpisywać? – Uniosła brew, a usta wygięła w kpiącym i pozbawionym jakiejkolwiek radości uśmiechu. Chciała być nieugięta. Chciała, aby Zaire poczuł się dokładnie tak, jak ona. – Pierdol się, Zaire. Przedzwoń sobie do klubów, jestem pewna, że znajdą się chętne, aby ci obciągnąć.
Nie chciała głośno się przyznać, że równie mocno miała ochotę się do niego przykleić. Poczuć znowu jak jej dotyka, szepcze coś do ucha, wplątuje palce we włosy, szarpie i przyciska. Wszystko do niej teraz wracało. I bała się, że jeśli pójdzie w to, to skończy się to dla niej tragedia.
- Ja się już pozbierałam. Jeśli ktoś tu jest rozjebany, to Ty.
Gówno prawda. Ale przecież nie powie mu, że dalej była takim paskudnym wrakiem. Tylko lepiej teraz udawała. Łatwo było, kiedy Zaire’a nie było w pobliżu, bo wtedy naprawdę mogła udawać, ze on nie ma żadnego znaczenia. Tyle, ze teraz był tuż obok. Czuła jego perfumy, papierosa, którego pewnie wypalił na sekundę przed wejściem do klubu. Gdyby się skupiła wyjątkowo mocno to pewnie słyszałaby jak krew szumi mu w żyłach.
Zaśmiała się gorzko.
- Kochasz mnie? Dobre, wiesz? Naprawdę w pewnym momencie w to uwierzyłam, ale po raz drugi nie dam się na to nabrać. Możesz te teksty zachować dla swoich fanek. Jestem pewna, ze będą zachwycone.
Uwierzyła mu. Naprawdę ku cholera uwierzyła tamtej nocy, chociaż ciało wysłało jej ostrzegawcze sygnały. Zaire to nie był mężczyzna, który potrafił kochać, a już na pewno nie w taki sposób, którego wymagać mogłaby Sloane. Ona wcale lepsza nie była i również nie kochała go tak, jak na to zasługiwał. A może właśnie kochała, ale on tego nie dostrzegał. Sama nie miała już pojęcia i szczerze mówiąc nie chciała tego dalej sprawdzać.
Wyczerpała swoje limity. Nie czuła się przy nim już bezpiecznie i naprawdę nie chciała, aby Zaire znów wszedł do jej życia. Nie po tych wszystkich akcjach. Jak miała mi wybaczyć pewne rzeczy? Tych typów, których Sloane na swoich plecach czuła po dziś dzień?
UsuńUniosła głowę. Dumnie i pewnie, chociaż po raz kolejny sprawił, ze poczuła się jak mała dziewczynka. Nic nie warta i nadająca się tylko do tego, aby wykorzystać i porzucić, gdy przestanie być ciekawa zabawka.
- Vegas było iluzja, pamiętasz? Sam mi to powiedziałeś. Tak samo, jak to, ze nie jesteś moja fantazja ani snem. Ze skończyliśmy się.
Nie widziała końca, kiedy patrzyła mu w oczy. Raczej niedokończona historie, która mogła mieć swój ciąg dalszy. I nikogo w pobliżu kto mógłby ja powstrzymać. Była tutaj sama. Bez opieki. Nie była dzieckiem, aby chodzić za nią w kółko, ale jak widać nawet na błędach nie umiała się uczuć.
- Nie wiesz, jak wygląda moje prawdziwe życie. Wydaje ci się, ze to w Vegas było prawdziwe? Nie znasz mnie, Zaire. Pokazałam ci tylko ułamek, ale… Nigdy nie zobaczysz prawdziwej mnie.
Sunęła wzrokiem po jego twarzy. Znajomych rysach, pełnych ustach, które były tak znajome i były zbyt blisko. Sloane przybliżyła się do niego, a centymetry niebezpiecznie się między nimi zacierały.
- Czego ode mnie chcesz? – Wyszeptała to tak miękko, niemalże czule. Pozbywając się złości z głosu. – Seksu? Wspólnej kreski albo dwóch? Czego Ty możesz ode mnie chcieć, czego nie dostaniesz od innej?
Sloane👾
Patrzyła na niego z typowym dla siebie uporem. Jakby nie chciała dać mu się pokonać. Pokazać, że jeszcze może za nią decydować i że niewiele wystarczy, aby Sloane się złamała. Mogła wmawiać sobie, że jego obecność jest obojętna i niczego nie zmienia, ale doskonale przecież wiedziała, jak wygląda rzeczywistość. Był tutaj i miał na nią realny wpływ. Naprawdę sądziła, że jej przejdzie. Że ten miesiąc zmienił w niej wystarczająco wiele, aby nie pozwoliła mu na mącenie w głowie.
OdpowiedzUsuń— Przestań. — Syknęła. Nie znał umiaru; ani w tonie głosu ani w niczym innym. Nie dbał o to, że są tu wokół ludzie z telefonami. Że nawet jeśli nie rozumieją o czym ta dwójka rozmawia to słyszą każde słowo. Naprawdę nie potrzebowała, aby rozeszło się, że Sloane Fletcher od czasu do czasu lubi wciągnąć to i owo przez nos. I to jeszcze w towarzystwie Zaire’a. Plotki o tym już do prawda dawno biegały, ale nie były niczym potwierdzone.
— Przestań, Zaire. — Niemal już błagała, aby dał sobie z tym spokój. Nie patrzyła się na nikogo innego, tylko na niego. Ledwo już między nimi była jakaś przerwa i gdyby Sloane się pochyliła mogłaby go spokojnie pocałować. I jakaś jej część chciała to zrobić, ale była tez ta druga. Bardziej rozsądna, która nakazywała jej trzymać się od niego z daleka. Przypominała jej o tych wieczorach, które spędziła na wyciu, bo to nawet nie był płacz. Sloane zwyczajnie wyła i było jej za to cholernie wstyd. — Sam nie wiesz, czego chcesz. Nie potrzebujesz mnie. Nie potrzebowałeś wcześniej i teraz tym bardziej mnie nie potrzebujesz.
Nie była pewna, czy próbuje przekonać sama siebie czy jednak jego. Zaprzeczała, że go potrzebuje. Próbowała wmówić samej sobie, że Carter nie jest jej do niczego potrzebny. Że skoro dawała sobie radę przez ten miesiąc to w kolejnym już nie będzie o nim myśleć wcale.
Mogła próbować go od siebie odepchnąć, ale im mocniej to robiła tym bardziej on do niej lgnął. Tak samo się zachowywała, bo kiedy Zaire ją odtrącał to znajdowała sposób, aby być blisko niego.
— Carter, proszę. — Jęknęła cicho, jakby brakowało jej sił, aby się z nim dalej kłócić. Zacisnęła usta, może bliska płaczu albo krzyku, sama już nie wiedziała. Był zbyt blisko. Czuła go zbyt intensywnie. Znowu mieszkał jej głowie. — Nie mogę znowu w to wejść. Nie dam rady.
Chciał ją złamana? Właśnie dostał.
Nie miała sił, aby z nim dalej walczyć i pokazywać, że trzyma się super. Każde „kocham cie” padające z jego ust coś w niej burzyło. Ten mocny mur, który sobie wybudowała przez ten miesiąc. Zaire znajdował szczeliny i się w nie wbijał, aby krok po kroku do niej dotrzeć i wbić się tak głęboko i tak mocno, ze żadna siła już go z jej serca nie wyciągnie.
— Idź już, proszę…
Powinna była go odepchnąć, ale nie potrafiła. Mogła tylko patrzeć mu prosto w ciemne oczy, w których znów się gubiła. Tak samo, jak pierwszej nocy. Jeszcze wtedy w aucie, kiedy prowadzili między sobą cicha grę i poznawali się. Kiedy jeszcze nie miała pojęcia do czego doprowadzi tamten wieczór.
— Nie rób mi tego — poprosiła cicho, łamiącym się głosem. Muzyka dalej dudniła, ale teraz była dla nich jedynie tłem. Sloane spoglądała na niego z tym nietypowym dla niej błaganiem w oczach. Nadzieją, ze odejdzie i się podda, ale znała go zbyt dobrze. Jeśli się na cos zdecydował to nie odpuszczał. I tak miała dość szczęścia, ze jej sobie nie przełożył przez ramię i stąd nie wyniósł, bo tego właśnie chciał. Sloane nie byłaby zaskoczona, gdyby właśnie w ten sposób Carter zakończył ich rozmowę.
— Idź już sobie. Ludzie się patrzą i słuchają. Proszę, idź.
Sloane❤️🩹
Nie miała w sobie już dość sił, aby z nim walczyć. Naprawdę sądziła, ze ten miesiąc bez niego pomoże jej się od niego odsunąć, ale nic podobnego nie miało miejsca. Myślała, ze nowe wydarzenia sprawia, ze inaczej na niego spojrzy, ale on cały czas działał na nią identycznie. Potrafił wślizgnąć się pod skórę i zostawiać po sobie gorące ślady. Jakby doskonale wiedział, gdzie ja dotknąć, aby się złamała kompetnie.
OdpowiedzUsuń— Kazałeś mi odejść. I to zrobiłam. Próbowałam się po tobie pobierać. Nie możesz wrócić i udawać, ze nic nie miało miejsca.
Sloane nawet nie chodziło o to, aby rozmawiali o uczuciach. Miała to naprawdę gdzieś. Przez ten krótki czas zdażyło się wydarzyć wiele. Ale teraz, gdy miała go tuż przed sobą nie potrafiła się przyznać, że w tym samym czasie miała kogoś innego i ze dalej nie potrafiła z tego kogoś zrezygnować. Ze wieczorami, kiedy była sama w łóżku myślała o nim. O nich. Na zmianę. Czasem o obu jednocześnie.
— Kocham wiele osób. Nie jesteś w tym taki wyjątkowy.
Próbowała go zniechęcić, ale z marnym skutkiem. Zaire nie był typem, którego można było się pozbyć ot tak. Wiedziała to od dawna i czuła teraz, kiedy zaciskał rękę na jej nadgarstku. Mówiły to jego oczy, które przeszywały ja na wylot. Zaire całym sobą okazywał, ze nie zamierza tak po prostu odpuścić. I Sloane z jednej strony to kupowała, a z drugiej jakaś jej część miała nadzieję, że sobie odpuści i odejdzie. Bo wtedy mogłaby już w pełni na niego zwalić winę. Ale on powtarzał, ze ja kocha. Ze chce z nią być i ze tęskni. Kurwa, kurwa, kurwa. Jak miała o nim w takich warunkach zapomnieć?
— Poradziłam sobie bez Ciebie przez ostatni czas. Teraz tez sobie poradzę. Nie potrzebuje cie. Nie szukałam cie. Nie czekałam aż zadzwonisz. To Ty za mną łazisz. Ty się pojawiasz tam, gdzie ja.
Dalej próbowała być silna. Udawać, Zaraz wracam jego obecność w żaden sposób na nią nie wpływa. Ale Zaire ja rozwalał. Na małe kawałeczki. Swoim spojrzeniem, zmieniającym się tonem głosu. Wszystkim. Doskonale wiedział, jak ja podejść, aby zaczęła trochę szybciej się łamać.
Jęknęła cicho z frustracji, kiedy nazwał ja „kochanie”. Nienawidziała i kochała to jednocześnie. Nienawidziała, no sam go tak nazywała. Mówiła tak, zanim jeszcze coś między nimi było. Robiła to przekornie i z rozbawieniem, ale nie on. Dla niego to miało znaczenie. Było istotne.
— Zaire, przestań. Błagam cie, przestań.
Przez moment próbowała ku się wyrwać, ale nie robiła tego ani specjalnie mocno ani ochoczo. Bardziej liczyła, ze dostrzeże jak bardzo nie chce, aby ja dotykał, ze to zauważy i ja puści. Jednocześnie łaknęła tego dotyku. Była spragniona. W niemal żenujący sposób.
— To gdzie byłeś? Przez te ostatnie tygodnie, hm? Czemu pozwoliłeś, żeby ktoś inny to za Ciebie robił? — Odsunęła się lekko, aby na niego spojrzeć. Chciała zobaczyć, czy sens jej słów do jego dotrze czy to będzie po prostu kolejny zlepek przypadkowych słów, których Sloane użyła w jego kierunku.
UsuńZagryzła mocno wargi. Niemal do krwi, ignorując to, jak potem będą wyglądać czy to, jak to teraz boli. Potrzebowała bólu, aby wrócić na moment do rzeczywistości. Do tego, co między nimi było. Rozcięła dolna wargę zębami. Szczypała i bolała. Pomogła jej zejść na ziemie.
Zaire nie bym facetem dla niej. Nie był tym, którego miała kochać. I jednocześnie był dokładnie tym facetem, któremu pierwszemu od miesięcy to wyznała. I wiedziała, ze nie kłamała.
— Jest jeden… poza tobą. Jest ktoś kto mnie… — Musiała urwać, jakby sama nie dopuszczała do siebie tej myśli. Nigdy nie powiedział jej tego wprost. Nie padły te słowa, ale ona wiedziała. On tez wiedział, ze ona wie. — Nie jesteś jedynym, który mnie kocha. Ale teraz… jesteś jedynym, który mnie zostawił.
Było to małe kłamstwo, ale o tym przecież wiedzieć nie musiał. A jeśli widział to trudno. Miała na to wytłumaczenie.
Sloane mocno zacisnęła usta. Na języku czuła metaliczny posmak krwi. W głowie miała mętlik. Ogromny i ciężki. Nie umiała sobie już z tym poradzić. Słowa Cartera były trudne. Brzmiały pięknie, ale nie mogły być jedynie ładnie brzmiącymi słowami. Potrzebowała czegoś więcej, chociaż na ten moment ona sama nie wiedziała czego tak naprawdę chce. Słyszała przecież ten łamiący się głos. Widziała łzy w jego oczach. Czuła, jak zaciska palce ja jej nadgarstku. Jak ja do siebie przyciąga po trzyma tak mocno, jakby zaraz miała mu wyparować z rąk.
Sloane zamknęła oczy, a głowę odwróciła na bok.
Nie potrafiła dłużej na niego patrzeć. Nie, kiedy w oczach widział tyle bólu i tej dziwnej szczerości, która próbowała przed sobą ukryć. Chciała się utwierdzać w przekonaniu, ze Zaire kłamie. Ze to tylko popisówa, ale czy na pewno?
Sloane nie zwracała już uwagi na to, ze ludzie było obok. Słyszeli każde słowo, a oni właśnie potwierdzili pojawiające się od tygodni plotki o ich związku i rozstaniu. Szczerze miała go gdzieś. Nie chciała jedynie, aby ludzie widzieli jak płacze i to przez niego, bo kiedy Sloane otworzyła oczy zdała sobie sprawę z tego, ze są mokre, a policzki ma polepione od łez.
— Nie wiem, czy potrafię, Zaire.
Chciałaby się tak po prostu godzić. Wpaść mu w ramiona i udawać, ze wszystko jest w porządku. Ale nie potrafiła. Tym razem nie umiała zignorować czerwonych flag. Nie, gdy były one tak wyraźne i mocnej
— Nie chce tu rozmawiać. Wyjdę z tobą, ale to nie znaczy, ze chce do Ciebie wrócić.
Musiała to zaznaczyć. Dla samej siebie. Nawet, jeśli w środku wiedziała, ze wcale opierać mu się nie będzie. Ale na ten moment miała dość, ze słyszeli co mówią i ze Carter o to nie dbał. Bo pewnie gdyby mógł go wykrzyczałby to wszystko z megafonu.
Sloane🫀
Bolało, kiedy Zaire był blisko i łapał ja za rękę. Obejmował i trzymał przy sobie, jakby ona wciąż należała do niego. Chciałaby, aby to było proste. Aby ich relacja była prostsza, ale to nie było takie łatwe.
OdpowiedzUsuńDała się wyprowadzić z klubu. Chociaż wcale nie chciała, chociaż wiedziała, ze to skończy się dla niej złe. Bo Zaire nie był facetem, któremu umiała odmawiać. Bo jakaś jej część naprawdę go kochała i nie potrafiła przestać. Miała w swoim sercu zbyt wiele miejsca, skoro znajdowała w nim miejsce nie dla jego, ale dla dwóch facetów.
— Wiesz, że jedno łączyło się z drugim. Wiesz, że żebym zapomniała to musiałam odejść. Zapomnieć też o tobie.
Sloane zadawała zbyt wiele pytań. Nawet po powrocie, kiedy próbowała sobie jakoś to wszystko poukładać. Pytała, a jemu się to nie podobało. Kłócili się o to wiele razy, aż w końcu Sloane przestała chcieć się z nim kłócić. Wyjechała i postanowiła zostawić to wszystko za sobą.
Fletcher wyglądała na zrezygnowana. Jak ktoś kto nie ja sił, aby się z nim dalej kłócić. Czy wyjaśniać dlaczego to nie na sensu. Nie chciała tego robić w klubie, gdzie już zbyt wiele osób ich słyszało.
— Co chcesz, żebym ci powiedziała? Że też się takim w tobie zakochałam? I nie umiem wyrzucić cie z głowy, chociaż krzywdzisz mnie za każdym razem, kiedy jesteś obok? Ze nie umiem o tobie zapomnieć. Bez względu na to, ile razy bym próbowała?
Sloane starała się o nim zapomnieć. Wyjechała do Włoch. Wpadła tam prosto w drugie objęcia, które również ja kusiły. Które również na swój sposób pokochała. Sama tego nie rozumiała i nie oczekiwała, że zrozumie to ktoś inny.
— Ze zapomniałam o całym syfie w swoim życiu, kiedy byłeś obok? Ze nie umiem wyrzucić z głowy tego, jak mnie całowałeś? Ze próbuje, ale to jest niemożliwe, bo przesiąknęłam tobą cała?
Była już zmęczona. Nie potrafiła udawać sama przed sobą, ze Zaire nic nie znaczy. Zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech. Wszystko w niej krzyczało, żeby uciskać.
— Za późno, Zaire. Już mnie przed tym nie ochronisz, wiesz? — szepnęła cicho. Zacisnęła usta i spojrzała mu w oczy. Nie powiedziała mu o tamtej sytuacji. Nikomu nie mówiła, ze ja znaleźli i że nie jest bezpieczna. — Ja wiem. Ty wiesz. Oni wiedza. Nie ucieknę przed tym, prawda?
Brzmiała, jakby pogodziła się z tym, ze jej los jest już przesadzony. Nie mogła z tym walczyć, nie mogła z tym nigdzie pójść. Nie mogła, bo wtedy Zaire miałby problemy, a tego nie chciała. Nawet jeśli powinna była już dawno to komuś zgłosić.
Nie wiedziała dlaczego powiedziała mu o Jamesie. Bez konkretów, bez rzucania imionami. Jakby chciała być fair wobec siebie czy mężczyzn, gdy pójdzie z jednym, ale myśli o drugim.
— To bez znaczenia co robi i co czuje, kiedy z nim jestem. Rozmawiamy o nas. Ale tak, kiedy mnie całuje i dotyka… czuje, ze żyje. Kiedy mi mówi różne rzeczy czuje się słyszana i widziana. Czuje, ze nie jestem ładnym dodatkiem, którym się można pochwalić przed kolegami.
Sloane westchnęła cicho i ciężko. Było jej zwyczajnie źle, ze w taki sposób to wszystko się między nimi porodziło. Niemal fizycznie czuła, jak do gardła podchodzi jej wszystko co rano jadła.
Nie zwróciła uwagi na to, ze łzy jej płynęły po policzki. Carter mówił jej, ze ja kocha i ona wiedziała, ze również go kocha. I ze kocha również Jamesa. Bo pozwoliła sobie na to, aby się w nim zakochać. Miała ochotę dać sobie w łeb. To byłoby prostsze rozwiązanie niż wybór między nimi.
— Przepraszam, Zaire. — Szepnęła cicho. Nawet nie wyobrażała sobie, jak ciężkie to musiało być słuchać o innym. W zasadzie to nie, wyobrażała. Czuła się dokładnie tak samo, kiedy oglądała filmy z nim i jego dziewczynami. To jak łatwo ja zastąpił.
Nic nie powiedziała, kiedy znów na niego spojrzała. Na mężczyznę, który nie był tu raperem i władca ciemności. Tylko mężczyzna, który błagał swoją dziewczynę o jeszcze jedna szanse.
Sloane bez słowa wślizgnęła się do auta. Ignorując gdzieś tam błyskające flesze, ludzi którzy krzyczeli na zmianę ich imiona. Miała to gdzieś.
Wsiadła, bo inaczej nie umiała. Bo miała nadzieję, że jeszcze wszystko się poukłada. Bo miała nadzieję, ze może będzie miała dość szczęścia i ze nie będzie musiała rezygnować z żadnego.
UsuńOtarła mokre policzki, a głowę odwróciła w stronę okna. Udając, ze nie słyszy jak Zaire wsiada do środka ani tego, jak ze złością zamyka drzwi.
Sloane🌊
Ona sama nie wierzyła, że wsiadła.
OdpowiedzUsuńPowinna była mu tam urządzić awanturę, kazać wypierdalać i wrócić do swoich zajęć. Tylko, że nie potrafiła. Miała przeczucie, że ich historia się jeszcze nie skończyła, chociaż Sloane często powtarzała sobie, że nie chce mieć z nim już nic wspólnego. „Leczyła się” z niego przez ostatnie tygodnie, a teraz, kiedy się pojawił wystarczyło parę minut, aby pozwalała mu znów sobą pomiatać.
Rozpadała się w tym cholernym aucie. Na jego oczach, chociaż nie chciała. Tyle razy obiecywała sobie, że nigdy więcej nie pozwoli, aby sprawił, że będzie czuła się, jak najpodlejszy śmieć, a tymczasem była w tym cholernym samochodzie i jechała z nim tam, gdzie tylko on wiedział. Powinna była wrócić do siebie. Poukładać sobie w głowie. Zobaczyć się z Jamesem, a który zniknął jej z radaru po powrocie z Włoch. Słyszała, że dostał wolne, a skoro ona nie miała teraz poważnych planów to nie był jej potrzebny do nadzorowania jej.
Drgnęła lekko, kiedy trzasnął drzwiami. W tym geście czuła i słyszała złość, która nim targała.
— Nie przepraszam cię za pieprzenie się z innym. Jakoś nie słyszałam, abyś ty mnie przepraszał za łażenie po burdelach — wycedziła przez zęby.
Nie będzie się czuła przez to źle. Nie wzbudzi w niej poczucia winy, że była z innym, kiedy on sam miał wokół siebie wianuszek dziewczyn. Zagryzła policzek, aby nie powiedzieć jeszcze czegoś, czego mogłaby żałować. Chociaż może to właśnie był ten moment, kiedy należało wszystko z siebie wyrzucić.
— Chciałabym to, kurwa, wiedzieć. Jak mogę być w tobie zakochana, kiedy nie dostaję nawet jednej trzeciej tego, co mi się należy? — Syknęła. Sama była tym zaskoczona. Kiedy była z Zaire’m nie patrzyła do końca na takie rzeczy, które dawał jej James. Byli zupełnie różni, zapełniali w niej inne potrzeby. Zaire dawał jej adrenalinę i chaos, a James koił po burzy, wyciszał się z nią i był. Milczący lub też nie. On po prostu był.
Spojrzała na niego z wyrzutem. Kiedy mówił o Vegas, Sloane miała wrażenie, że dostaje po twarzy raz za razem. Tak próbował ją chronić, ale ani razu nie pojawił się przez ten czas. Nie pytał, czy jej czegoś nie trzeba, czy wszystko jest w porządku. Może na swój sposób jej pilnował, a ona o tym nie miała pojęcia. Szczerze nie wiedziała.
— Znaleźli mnie, wiesz? Pochwalili ci się? — Zapytała. Była już zmęczona tym tematem, od którego nie mogła uciec. Nie pytała już wtedy o nic, nie prosiła Cartera, aby cokolwiek jej mówił. Pogodziła się z tym, że o pewnych rzeczach nie będzie wiedziała. — W środku nocy, na parkingu… Nieszczególnie miłe, kiedy ktoś ci grozi, wiesz?
Pewnie wiedział. Pewnie sam też komuś groził. Miał na rękach krew. Nawet, jeśli nie bezpośrednio to jednak… Jednak ona była.
— A wiesz co robiło mi, kiedy dostawałam w twarz zdjęciami z tobą w roli głównej z jakimiś pannami? — Warknęła. Próbowała udawać, że to jej nie ruszało, ale rozsypywała się za każdym razem, kiedy je widziała. Potem trochę się zapomniała, kiedy pojawił się James. Wtedy na krótki moment wszystko było w porządku.
Chciała uciec. Z tego samochodu i od niego. Znów dawała się wciągnąć w te gierki, które może nawet nimi nie były. Znowu pozwoliła, aby ten mężczyzna wszedł do jej życia. Cicho jęknęła, kiedy mówił. Trochę z rezygnacji i żalu, że tyle musiało się wydarzyć, aby pewne rzeczy zrozumiał. A Sloane chciała mu wierzyć. Chciała w to wszystko mu uwierzyć i być z nim, a jednocześnie chciała, aby byli przy niej oboje. Zadrżała, kiedy musnął jej skroń. Zmęczona już tym była. Przytłoczona emocjami, które od tygodni od siebie odpychała.
Nie dała rady mu odpowiedzieć. Nawet nie chciała mu odpowiadać. Opuściła ramiona, kiedy ją pocałował, ale nie od razu odwzajemniła pocałunek. Zrobiła to z opóźnieniem. Trochę z obawą i niepewnością, która była do niej niepodobna. Przysunęła się do niego. Nawet nie zwróciła uwagi na to, że zaczęła płakać.
— Co ty mi robisz, Zaire? — szepnęła między jednym, a drugim pocałunkiem.
Sloane
Sloane się nie cofnęła, chociaż wszystkie. Jej krzyczało, ze powinna była to zrobić. Ze nie należało pozwalać na to, aby Zaire ja pocałował, odpowiadać na ten pocałunek. Miała z nim tylko porozmawiać. Nie chciała znów kończyć w łóżku, rozwiązywać problemów w ten sposób.
OdpowiedzUsuńZacisnęła palce na jego koszulce. Nie mając już żadnej kontroli nad reakcjami własnego ciała. Płakała w ciszy, mocząc mu materiał koszuli. Daw o temu ostatni raz przez niego płakała. I więcej miała tego nie robić, a teraz pozwala mu na to, aby znów wszedł w jej życie. Rozgościł się na nowo, kiedy już miała to złudne poczucie, ze posprzątała bałagan, który zostawił za sobą Zaire.
— Nie umiem ci zaufać, Zaire.
Nie miała sił, aby mówić więcej. Wyjaśniać wszystko. Była przygnieciona tym wszystkim. Tymi pięknymi słowami, którymi raczył ja Zaire. Były piękne, nie mogła temu zaprzeczyć i jakaś jej część naprawdę chciała w to uwierzyć. W każde jedno słowo. W to, że mogą mieć jeszcze szanse. Na jakakolwiek relacje. Sloane naprawdę chciała uwierzyć, ze Zaire nie potrafił bez niej oddychać. Widziała to niejako po tym, jak się przy niej zachowywał. Jednak miała w sobie myśl, ze to wszystko to może być przyszykowany specjalnie dla niej akt. Coś co powstało po to, aby zaczepić o odpowiednie nerwy. Pociągnąć za odpowiedni sznurek, który sprawi, ze Sloane się zmiękczy i bezie chciała powrotu do tego, co mieli.
I może chciała. Jakaś jej część, ta która pamiętała jak dobrze było z nim, chciała tego powrotu. Ale ta Sloane, która śledziła pół wyjazdu do Włoch na naprawianiu się… Ona chciała uciec z tego auta. Nie umiała nad sobą zapanować i podjąć jakaś sensowna decyzje.
— Zaire.. odszedłeś. Ja odeszłam. Może jakiś powód ku temu był.
Mówiła cicho, jakby sama nie do końca w to wierzyła. Już nie wiedziała czy próbuje przekonać sama siebie czy jego. Był nieugięty, stawiał na swoim I Sloane wiedziała, ze nie ma z nim większych szans. Nie, kiedy była a tak delikatnym stanie. Mógłby jej teraz sprzedać wszystko, a jeszcze próbował się jakoś trzymać i nie wejść w to szaleństwo od nowa.
Była w niej dziwna obojętność.
Zapanował w oczach spokój, który był tak niepodobny do sytuacji, w której się właśnie znaleźli. Powinna była wrzeszczeć, rzucać w niego rzeczami, a potrafiła siedzieć i pozwalać na to, aby łzy spływały po jej policzkach w absurdalnej ciszy. To Zaire głównie mówił. Dużo i ładnie, a ona te słowa chłonęła niczym gąbka, ale na nie nie reagowała. Potrzebował dłuższej chwili, może chciała zepchnąć temat o nich na bok i skupić się na tym ważniejszym.
— To nie jest takie proste — szepnęła cicho. To nie była telenowela, w której takie sprawy rozwiązują się łatwo. To było jej życie, które od tygodni było w rozsypce, a kiedy zaczęła nad nim przejmować kontrolę ono znów robiło po swojemu.
Dalej zaciskała palce na jego koszulce. Nie mówiła dużo, bo większość słów nie chciała jej przejść przez gardło. Bo były od teraz zbyt bolesne, aby mogła sobie z nimi poradzić. Bo potrzebował lepszego momentu, a nie skórzanej kanapy na tyłach auta.
Dostrzegła w nim zmianę. Spoglądał na nią teraz innym wzrokiem. Jakby naprawę się przestraszył, ze ja znaleźli i grozili. Przejął się tym. Bardziej niż Sloane by się spodziewała.
Usuń— Chcesz wiedzieć, czego się boję? — Zadała to pytanie nagle i bez pośpiechu. Wyłączyła się w pewnym momencie na to, co mówił Zaire. Rozumiała sens jego słów, ale nie chciała się do nich odnosić. Jeszcze nie teraz i nie tutaj. No zgodziłaby się do niego wrócić w tej samej chwili, a to nie była decyzja, która Sloane mogła podjąć w przeciągu pięciu minut.
Lekko tylko drgnęła, kiedy Carter ja dotykał. Tak delikatnie i z niemal nabożną czcią, jakby stała się przez ten miesiąc zabytkiem, który należy wręcz obejrzeć. Jego dotyk był ciepły i znajomy, a jednoczenie zdawał się być obcy. Nie na miejscu.
— Boję się, że któregoś razu to mogę być ja. Na podłodze i we krwi. Z tobą stojącym nade mnie, tak jak robiłeś w tamtym pokoju.
Tępo wpatrywała się w jakiś punkt przed siebie. Gdziekolwiek, byle nie w jego oczy. Mrugała powoli, a za każdym razem, kiedy to robiła pozbywała się kolejnych łez z oczu.
— Boję się, że którymś razem się zapomnisz. Ostatnio ciągle mam ten sen… koszmar w zasadzie. Ze siedzimy tak, jak teraz. Masz dłonie na mojej szyi, ale to nie uścisk, który ma przynieść przyjemność. I nie przestajesz, dopóki się nie wybudzę.
Sięgnęła dłonią do oczu, wytarła łzy. Nikomu nie mówiła co jej się wtedy śniło. James miałby zaraz podejrzenia, ze Zaire coś jej zrobił. Cóż, zrobił, ale nie skrzywdził jej fizycznie. Nigdy.
— Boję się Ciebie, Zaire. Ciebie i Twoich kumpli, i ich kumpli, którzy lubią mnie łapać wieczorami na pustych parkingach. Boję się i… Nie wiem, czy będę umiała o tym kiedykolwiek zapomnieć.
Opuściła głowę, jakby w geście poddania. Chciała wyplątać się z jego objęć, a jednocześnie chciała w nich zostać na dłużej. Sloane nie umiała sama zadecydować.
— Nie wiem, czy samo kochanie mnie tu cos zmieni, Zaire.
Musiałaby mu pozwoli na to, aby ja pokochał. Teraz nie była tak pewna, czy z tym wszystkim czego doświadczyła będzie umiała spędzić z.nim czas. Szczególnie, Kiedy przestała cokolwiek brać. Teraz inaczej patrzyła na mężczyznę. W Vegas miała zamknięte zmysły. Wtedy się nie bała, bo jeszcze myślała, ze to nieporozumienie. Teraz było inaczej, skoro wiedzieli gdzie mieszkał, w jakim klubie chodzi na pilates. Potrafili podejść ja o różnych pora. I jak zawsze ze świetnym wyczuciem.
Sloane
Sloane teraz z nim w nic nie grała. Nie mówiła tego wszystkiego po to, aby nadepnąć mu na odcisk czy zdenerwować. To nie był ten moment, kiedy może w niego rzucić butelka i po pięciu minutach zapomnieć o całej sprawie. Nie mogła tego odłożyć na bok, a potem przyjść do niego wpół rozebrana, jak gdyby nigdy nic. Nie, kiedy bała się, że te same dłonie, które z uwagą pieściły jej ciało teraz mogłyby zrobić coś gorszego.
OdpowiedzUsuńNie chciała teraz na niego patrzeć. Widzieć w jego oczach tych wszystkich emocji, które mogły mieszać w głowie i w sercu. Próbowała na początku zabrać dłonie, bo dotyk Cartera teraz palił i odwrócić wzrok od jego oczu, w których była cała gama emocji.
— Nie wiem… mógłbyś? — Niepewnie podniosła na niego wzrok. Widziała co zrobili tamtemu facetowi, może nie w pełni, ale to jak wtedy wyglądał, ilość krwi na podłodze było wystarczające. Nie miała pojęcia, jak udało się jej na resztę wyjazdu Vegas wyłączyć i o tym zapomnieć. Przypomniało się jej to po powrocie do Nowego Jorku i nasilało z każdym kolejnym dniem.
— Jak Ty po tym możesz spać? — spytała. Oczy dalej miała mokre od łez, ale już nie płakała. Patrzyła na Cartera, ale nie potrafiła dostrzec w nim teraz mężczyzny, z którym dobrze spędzała czas w przeszłości. Nie bym tym samym. A może był, tylko ona dopiero pierwszy raz dostrzegł kolejna jego twarz. Której już nie mógł przed nią ukryć, bo sama wpakowała się do tamtego pokoju i zdarła z niego te warstwę, która przed nią ukrywał.
— Skąd masz pewność? — spytała cicho. Nie mógł mieć pewności, ze do tego nie dojdzie. Co jeśli powiedziałaby coś, co mu się nie spodoba? Jeśli byłby akurat w takim stanie, ze nie rozpozna kogo ma przed sobą?
Opuściła głowę z cichym westchnięciem. Chciałaby o tym wszystkim zapomnieć i udawać, ze to się nie wydarzyło. Wrócić do tego, co mieli wcześniej. Ale to tez nie było takie proste. To czego doświadczyła we Włoszech… to do niej wracało w najmniej spodziewanych momentach. Pozbierała się po nim, chociaż koszmary nie ustały, ale było ich mniej.
— Carter, ja nie wiem czy potrafię… chyba chce, ale… ale boję się. Boję się teraz tu siedzieć, a co dopiero zasnąć przy tobie w jednym łóżku.
Nie sądziła, ze kiedy mogłaby mu te słowa powiedzieć. Ale tera, gdy był tak blisko to uczucie wcale nie znikało. Jedynie się nasilało. Razem z tymi wszystkimi obrazami, które miała w głowie.
Musiała zamknąć oczy, bo nie była w stanie dalej patrzeć mu w oczy.
— Mogę się postarać, ale… Ale nie wiem czy dam radę. Sprawdzę nie wiem.
Westchnęła cicho, opierając głowę o jego ramię, a dłoń o udo. Nie było w tych gestach nic prowokującego. Zwykła dziewczyna, która została pokonana przez rzeczywistość i nie wiedziała, jak ma się z tego wygrzebać. Stęskniona za obecnością mężczyzny, który namieszał jej w głowie. Z wyrzutami sumienia, bo był przecież jeszcze drugi. Ten, którego się nie bała. Ten, który nigdy nie dał jej powodu, aby się bać.
Sloane❤️🩹
Nie chciało się jej wierzyć, że Zaire byłby w stanie zrobić jej krzywdę. Emocjonalnie? Jak najbardziej. To robił niemal od samego początku, a ona mu pozwalała. Nie była zresztą dłużna, bo odpowiadała mu pięknym za nadobne. Umiała go skrzywdzić emocjonalnie i robiła to z premedytacją. Teraz jednak nie potrafiła mówić czegoś jedynie po to, aby go zranić. Wiedziała, że te słowa go krzywdzą, ale przez to, ze były prawdziwe. Że nie udawała tego strachu przed nim. Bo to co czuła było autentyczne i prawdziwe uczucia przerażały najbardziej.
OdpowiedzUsuń— Zaire, ja to chyba wiem. Ale mam ciągle przed oczami tamten pokój i Ciebie… nie umiem tego wyrzucić z głowy. — Zacisnęła mocno usta, bojąc się jego reakcji i tego, co może się wydarzyć zaraz. Czy Zaire wciąż pozostanie tak opanowany, czy jednak w którymś momencie pęknie. — Odkąd wróciłam do Nowego Jorku to do mnie wraca. I próbowałam o tym zapomnieć na wakacjach i… Ale nie umiem. Nie umiem o tobie zapomnieć. O tamtym pokoju. Chce, naprawdę, naprawdę nie chce tego pamiętać, Zaire.
Udawało się jej to przez jakiś czas. Bo wtedy faktycznie miała głowę zajęta różnymi rzeczami. Przyjemnymi zajęciami, które wkradały się jej do głowy i ciała i nie pozwalały myśleć o tym, co się działo w Vegas. Sloane naprawdę myślała, ze będzie mogła na dojdę o tym zapomnieć, a ich znajomość się skończyła. Pokazywał, ze ma ja gdzieś. Bawiąc się z tamtymi dziewczynami, wyrzucali sobie przez telefon nieraz różne rzeczy i wszystko wskazywało na to, ze między nimi poza przeszłością już nic więcej nie ma. Jak bardzo się muliła. Pojawił się teraz znikąd, zabierał do siebie, a Sloane siedziała przy nim na skórzanej kanapie i bała się o sama siebie.
— Nie mogę ci powiedzieć, co masz zrobić, bo nie wiem. Nie wiem, co mógłbyś zrobić, żebym się tak nie czuła. Nie wiem, czy coś takiego istnieje. Po prostu nie wiem.
Była sfrustrowana, bo to nie była kwestia przeprosin. Tu nie chodziło o to, aby Zaire ja potrzymał za rękę i obiecał, ze więcej tak nie zrobi. Sloane wiedziała, ze tak wygląda jego życie. Poznała ten sekret, którego nigdy nie powinna była znać.
Sloane nie dała rady zbyt długo mu patrzeć w oczy. Uciekała przed jego wzrokiem, ale nie mogła tego robić bez końca. Nie, kiedy był tuż obok niej.
— Wiesz, ze nie mogę ci tego powiedzieć — jęknęła cicho. Niemalże z bólem i rezygnacja. — Nie oczekuj, ze ci to powiem.
Nie dałoby rady o sobie zapomnieć. Zbyt dużo się wydarzyło, a Sloane… Sloane nie chciała o nim w pełni zapominać. Bo pamiętała, jak się przy nim czuła w tych momentach, kiedy naprawdę było dobrze. Mimo, ze tych momentów było niewiele.
— Nie rób tak, nie stawiaj mnie w takiej sytuacji… to nie jest łatwe. Ale nie chce jechać sama do domu. Nie wiem czego chce, Zaire.
Zrezygnowana opadła głowę o jego ramię. Jakby już się mu poddawała i pozwoliła, aby podjął decyzje za nią. Bo miał te moc, aby Sloane odłożyła na bok swoje zmartwienia, a przede wszystkim ten strach. On dalej był, ale im intensywniej Zaire się w nią wpatrywał tym dalej odchodził.
— Pojedźmy do domu, a potem… potem zobaczymy.
Sloane🫀
Chciała zniknąć.
OdpowiedzUsuńZapomnieć o tej rozmowie i o Carterze. Wyplenić z umysłu wspomnienia z tamtej nocy, która wszystko między nimi zmieniła. Znów wrócić do bycia tamtą Sloane Fletcher, która nie miała żadnych obaw. Przynajmniej nie było takich, które faktycznie mogły jej zarażać. Miała swoje problemy, ale te nigdy nie groziły jej z uśmiechem z bronią, a potem nie zostawiały samej na opustoszałym parkingu z myślą, że jest na celowniku i w każdej chwili może zostać odstrzelona jak kaczka. Do wczesnych godzin poranka nikt nawet by się nie zorientował. Po prostu by leżała na tamtym parkingu, dopóki jakiś nieszczęśnik nie trafiłby na jej ciało. Wyobrażała sobie tę sytuację zbyt wiele razy, aż w końcu to nie tylko było dziwne wspomnienie sprzed paru tygodni, a towarzysząca jej dzień w dzień myśl.
Obecność Zaire’a teraz jej też nie pomagała. Bo to wszystko to była jego wina. Bo zabrał ją do Vegas, bo pozwolił jej zobaczyć to, co działo się w willi. Bo nie spojrzał na nią nawet przez chwilę, kiedy wrócili, aby się upewnić, że wszystko z nią w porządku. Nie ułatwiała mu dotarcia do siebie, ale gdyby mu naprawdę zależało to wchodziłby oknami, aby tylko spojrzeć na nią przez chwilę.
Sloane nie miała siły, aby się przed nim bronić. Poddała się temu, co mówił i co jej kazał robić. Była jak zaprogramowana teraz specjalnie pod niego. Robiła to, co wiedziała, że mu się spodoba, że tego właśnie od niej oczekiwał. Że pojedzie z nim do apartamentu i nie będzie się opierała. Miała w sobie sporo wątpliwości, ale nie umiała ich teraz okazać. Zupełnie tak, jakby coś w niej wyłączył i sam decydował co Sloane będzie robić i mówić.
Zaire też wiedział co robić. Jak ją objąć, aby nie czuła się zbyt przytłoczona, co powiedzieć, aby słowa delikatnie pieściły ucho, a nie brzmiały jak rozkaz. I weszła z nim do środka, wtulała się w niego z dziecięcą ufnością. W milczeniu pozwoliła zdjąć z siebie sukienkę, nie wiedząc, czy robi dobrze, ale nie potrafiąc się też powstrzymać. Poniekąd czuła, że w inny sposób nie odnajdzie spokoju, na którym jej teraz tak niesamowicie zależało. Sloane działała jak na automacie. Pamiętała co robić z poprzednich razy, gdzie dotknąć, jak pocałować. Odłączyła się od rzeczywistości. Tylko na tę jedną noc pozwoliła sobie na nowo utonąć w ramionach mężczyzny, od którego przez ostatni miesiąc uciekała.
Poranek okazał się być zbyt jasny, jak na jej gust. Światło przebijało się przez przyciemnione okna, wyciągając ją z półsnu, w którym wszystko było takie proste – bez Zaire, bez Jamesa i tego całego gówna, w które się wpakowała. Leżała na szerokim łóżku czując na skórze ciepło bijące od ciała Crawforda. Jego ręka luźno przerzucona przez jej brzuch. Jego zapach, który był znajomy aż do bólu. Kręciło się jej w głowie od tych wszystkich emocji. Od wczorajszego powrotu do niego. Od bycia zbyt szczerą. Nie wiedziała, czy wróciła do niego z tęsknoty, głupoty czy potrzeby udowodnienia samej sobie, że może i że ma jeszcze nad nimi jakąkolwiek kontrolę.
Ostrożnie wysunęła się spod jego ramienia. W pierwszej chwili miała ochotę stąd zwiać, dopóki Carter jeszcze spał. Miękki dywan pod stopami zagłuszał jej kroki. Potem zmieniła zdanie, że może zrobi sobie kawę, a potem wyjdzie. Wiedziała w końcu, że zdarzało mu się dłużej pospać. Mógł nawet nie zauważyć jej nieobecności w łóżku. Zamiast tego jej spojrzenie zahaczyło o otwarte drzwi prowadzące do garderoby. Wślizgnęła się do środka prowadzona ciekawością. Dokładnie tą samą, która wpakowała ją już w niejedne kłopoty.
W półmroku dostrzegła pozawieszane bluzy, różnego rodzaju spodnie poukładane w szafkach sięgających sufitu, zegarki, biżuterię. Zaskoczył ją panujący tu ład, ale może ktoś niedawno tu sprzątał. Spomiędzy koszulek wyjęła jedną w kolorze butelkowej zieleni i na siebie ją włożyła. Przechodząc dalej były buty i mniej ważne akcesoria, które już jej nie interesowały. I także niedomknięta szuflada. Pociągnęła za uchwyt, a kiedy to zrobiła serce podeszło jej do gardła.
Spodziewała się kolejnej warstwy koszul, a może markowych skarpetek i bokserek. Tyle, że zamiast ubrań było coś zupełnie innego. Mignął jej metalowy chłód w oczach. Gładki, zimny kształt pistoletu. Wyglądający dziwnie znajomo, chociaż przecież nie mogła go widzieć wcześniej. Przełknęła ślinę. Nie mogła się wycofać. Było już za późno. Tuż obok ciasno były upchane plastikowe worki. Oklejone ciasno, ale nawet ktoś niemający pojęcia, co w nich jest potrafiłby się domyślić.
UsuńCzuła, jak cała krew odpływa jej z twarzy. Zbyt mocno zacisnęła dłoń na uchwycie szuflady. Wszystko do niej wracało. Poprzedni wieczór. Vegas. Willa. Tamten człowiek na krześle, a może na podłodze – już sama nie wiedziała.
Znów wpadła w orbitę Zaire’a i nikt nie wiedział, gdzie jest.
Wcześniejszy plan wyjścia teraz zmienił się w plan ucieczki, który musiała zrealizować natychmiast. Zasunęła szufladę, ale jak się okazało – zbyt głośno. A może już dawno było ją słychać, ale nie zdawała sobie z tego sprawy. Sloane nie musiała się też odwracać. Czuła jego oddech na szyi. Włoki na karku stawały dęba, jak małe znaki ostrzegawcze, na które było już jednak stanowczo za późno.
Sloane
Czuła go w garderobie jeszcze zanim miała pewność, że faktycznie za nią tu wszedł. Sloane doskonale wiedziała, że nie powinno jej w tym miejscu być, a może raczej wiedziała, że nie należało tu zaglądać. Było o wiele miłej, kiedy pozostawała nieświadoma. Mogła tylko wejść po koszulkę i pójść po kawę. Tak, jak planowała na początku lub zmyć się zanim Zaire wstał. Teraz znalazła się w sytuacji, z której nie wiedziała, jak się wyplątać. Ani czy uda się jej w ogóle wyplątać.
OdpowiedzUsuńNapięła mięśnie, kiedy się odezwał, ale nie odpowiedziała nic ani nie odwróciła się. Stała jak wbita w ziemię, niezdolna do żadnego ruchu. Wpatrzona tępo w broń i narkotyki, które grzały tu miejsce jak gdyby nigdy nic. Nie bawiła się w takie rzeczy, nie tak naprawdę. Jasne i bez znajomości z nim zdarzało się, ze sięgała po jakieś narkotyki, ale to nigdy nie był biznes. Ktoś kupował, ona brała i nic więcej się nie działo.
Drgnęła, gdy ja dotknął. W pierwszym odruchu zamierzała się cofnąć, ale była niezdolna do zrobienia jakiegokolwiek ruchu. Mogła tylko wiec stać w miejscu i czekać na rozwój sytuacji.
— To przypadkiem… — Nie była pewna, czy się tłumaczy przed nim czy przed sobą. Tak naprawdę weszła tu, bo chciała pogapić się na ciuchy, a potem uznała, że to będzie dobry pomysł, aby wziąć od niego koszulkę. Nie brała pod uwagę, że w garderobie może znaleźć rzeczy, o których istnieniu wiedzieć nie powinna była.
Sloane cofnęła się o krok, kiedy Zaire wyciągnął przed siebie rękę i zamknął przed nią drzwi. Wpadła plecami na jego tors, niespodziewanie wzdychając. Mieszanka zaskoczenia i strachu, ze był tak blisko. Znów pojawiło się w niej to samo uczucie, co wcześniej. Ta świadomość co jego dłonie potrafią robić. Pytania, czy na pewno będzie przy nim na tyle bezpieczna, na ile się jej wydawało i na ile ja zapewniał, ze jest.
— Niczego nie szukałam, Zaire. — Wyjaśniła. Ton głosu miała podszyty zdenerwowaniem. Mówiła szybko i mało wyraźnie, ale szczerze. Nie chciała niczego znaleźć i wkopać się w to jeszcze bardziej.
Dała mu się wczoraj podejść. Zgodziła się, aby tu zostać i zrobić właściwie co? Teraz już nie rozumiała po co tu była. Tylko po to, aby się przespali i na pare godzin udawali, ze nic się nie stało? Wszystko w niej wręcz krzyczało, aby się zbierała do ucieczki. Ale nie zamierzała odstawiać cyrku i biec jak idiotka. Nie, kiedy doskonale wiedziała, se to i tak nic nie da.
W końcu tez odwróciła się w jego stronę. Podnosząc wysoko głowę, aby spojrzeć mu w oczy, chociaż to było ostatnie na co miała teraz ochotę. Znów nie było śladu po tym, jaki był wczoraj. Zupełnie jakby ten Zaire, któremu zależało wyparował.
— Przydałaby ci się na to lepsza kryjówka.
Nie było jej do śmiechu. Jednocześnie rozklejać się przed nim znowu nie chciała. Zbyt dużo mu wczoraj pokazała. Jasne, ze była przerażona, co próbowała teraz zamaskować głupimi tekstami, aby nie rzucić się w stronę drzwi jakby to była ostatnia deska ratunku.
Wyjątkowo nie miała nic do powiedzenia. Żadnych więcej głupich tekstów. Niczego. Bez wspominania, ze dziś mieli wszystko sobie wyjaśnić. Było tylko pragnienie, aby wrócić do domu i zniknąć.
— Muszę wracać. Zostawiłam Rue samą. Czeka, żeby zabrać ja na spacer.
Zdała sobie sprawę, ze blokuje jej wyjście z garderoby. Stał tak, aby Sloane nie mogła go wyminąć. Zagryzła dolna wargę, zastanawiając się, jak ma się wydostać i czując się jako jak zwierzyna w potrzasku. Niepewna, czy robi to specjalnie czy tak po prostu wyszło.
— Zaire, muszę iść. Proszę.
Sloane
Znalazła się w złym miejscu o złym czasie. W ogóle nie powinno jej w tym apartamencie być. Udawało się jej unikać go przez tyle czasu, ze już powinna się była uodpornić na jego urok. Tymczasem stała z nim w garderobie, w której chwile temu odkryła rzeczy, o których istnieniu należało zapomnieć. Nie pchała się w takie miejsca specjalnie. Nie liczyła na to, ze coś tutaj znajdzie. Sloane nie miała potrzeby, aby poszukać jakiegoś haka na Zaire. Chciała o tym wszystkim zapomnieć i wrócić do swojego dawnego życia. Nie miała żadnych zamiarów, aby komukolwiek o tym mówić. Ale tez nie dziwiła się, ze jej z tym nie ufa.
OdpowiedzUsuńIle ona by dała, aby zapomnieć o tym wszystkim.
Wyrzucić z głowy każdy jeden obraz z tamtej willi. I uczucia, które jej towarzyszyły, kiedy Zaire był obok. Bo kiedy na niego patrzyła to nie widziała tego faceta, któremu wyznawała miłość. Nie był tym, na którego torsie leżała i mruczała z zadowolenia, bo życie wydawało się jej być w tym momencie spełnieniem marzeń. Teraz czuła, jakby znalazła się pośrodku koszmaru z którego nie można było się wybudzić.
— Ja niczego nie szukałam. — Powtórzyła uparcie. Nie chciała niczego szukać. Przyciągnęła ja w ta stronę ciekawość, która okazała się być zdradziecka. Gdyby wiedziała albo chociaż przeczuwała co tu znajdzie to nie podeszłaby. Zabrałaby bluzkę i wyszła nie zerkając nawet w stronę tej komody. Mogła przewidzieć, ze nie będzie miał tu cukierków pudrowych, a coś znacznie gorszego. Przecież już wiedziała, ze się „bawi” w takie rzeczy. Dlaczego wiec miałby nie mieć tego u siebie, prawda?
— Nie uciekam. Miałam zostać do rana, zostałam. Nie obiecywałam, ze zostanę na obiad.
On za to obiecywał, ze o tym porozmawiają. Ale Sloane jakoś nie umiała sobie wyobrazić, ze siedzą teraz przy kawie i będą rozmawiać o tych sprawach. Im mniej wiedziała tym lepiej. Teraz nie była w ogóle pewna, czy niewiedza przed czymkolwiek ja uratuje.
Spoglądała na niego spod rzęs. Czując się, jak małe dziecko karcone przez rodziców. Miała ochotę zniknąć, ale nie mogła tak po prostu wyparować. Sloane przy Carterze często czuła się maleńka. I nie chodziło o wzrost, bo nieraz w szpilach prawie mu dorównywała. Nie dawała ludziom sobą pomiatać, ale z nim było inaczej. I naprawdę nie miała pojęcia, dlaczego mu na to pozwalała.
— Będziesz musiał mi zaufać. Nie masz wyboru.
Tęskniła za tymi czasami, kiedy się go nie bała. Kiedy patrzyła mi ufnie w oczy, a nie z obawa, ze coś jej zrobi. Mimo, ze nie dał jej nigdy powodu, aby myślała, ze jego złość może być skierowana na nią. Doprowadzała go wiele razu do szału, ale nigdy przecież nie zrobił czegoś, aby mogła się przed nim chować. Z ich dwójki to ona rzucała butelkami. Teraz prawdopodobnie już by się nie odważyła.
— Nie chce być częścią tej gry, Zaire. Nie pasuje do tego.
Odetchnęła głębiej, a wzrokiem powoli przesunęła po jego twarzy. Widziała ten półuśmiech, który drażnił. Był bezczelny i mówił jej, ze to on ma teraz władze. Nad nią i nad ta sytuacja, ze on jest tym, który wszystko kontroluje i decyduje co będzie dalej. Ona mogła się jedynie dostosować. Nawet nie wykładała własnych warunków. Po prostu musiałaś od zgodzić na to, co wymyśli Zaire.
Usuń— Wiesz, to trochę inaczej wygląda, kiedy dostajesz mały woreczek. Upychanie pół kilo w szafie to inna sprawa, nie sądzisz? – Wycedziła. Jeśli miała ochotę coś przyćpać to nie zabierała się za to sama. Nie umawiała się z dilerami, nie ona płaciła. Nie zostawiała po sobie żadnego śladu. Dyskretnie dostarczany towar, o którym wiedziało jak najmniej osób. Pozwalała sobie na więcej przy Carterze.
Zamknęła usta i spojrzała w bok. Próbując zignorować obecność Zaire, jego palce na jej biodrze, ciepły oddech muskający skórę jej policzka czy znajomy zaspach jego ciała, który osaczał ja teraz z każdej strony. Była jak zwierzę w potrzasku, które już się, ze nie ucieknie i albo dostosuje się do łowcy albo będzie walczyć do upadłego.
— Nie jestem idiotką, Zaire. Nie traktuj mnie w ten sposób. — Nie musiał tłumaczyć jej tego, jak dziecku. Wiedziała, że narkotyki nie biorą się znikąd. Zdobycie ich to tez nie była wycieczka do supermarketu.
Zamknęła oczy, jakby to miało jej w czymkolwiek teraz pomoc czy powstrzymać ja przed wyobrażaniem sobie Carters w różnych sytuacjach, w których musiał w przeszłości tej broni użyć.
— Jak wiele razy?
Zadała to pytanie pewnie, ale gdy tylko wypowiedziała je na głos nie była pewna, czy chce wiedzieć. Czy naprawdę musiała wiedzieć, ile razy musiał jej użyć, żeby wrócić bezpiecznie do domu. Ile razy miał ja przy sobie, kiedy z nim była i o tym nie wiedziała?
Otworzyła oczy. W jej piwnych tęczówkach wciąż krył się strach i ból. Była podłamana tym, co się między nimi działo. Jednocześnie chciała uciec i tęskniła za tym, jak było między nimi, kiedy miała wrażenie, ze cały świat przed nimi klęka.
— Skoro to nie ma być dla mnie… to dlaczego czuje, że celuje we mnie? — Zapytała. Nie opuściła spojrzenia. Intensywnie wpatrywała się w jego oczy, jakby chciała, aby dostrzegł w jej własnych każdy detal. Strach przed nim i tamtymi typami, którzy za nią wtedy poszli.
Sloane nie chciała się go bać. Może nie był to irracjonalny strach, ale tez nie potrafiła go w pełni sobie wytłumaczyć. Wiedziała jaki Zaire potrafi być. Znała jego czuła i opiekuńcza stronę, połączona z ta brutalniejsza, która jarała ja w równym stopniu. Teraz odkryła nowa, której nie lubiła i która odstraszała ja od niego.
Zadrżała, czując jego oddech na swojej skórze.
Czuła go zbyt intensywnie.
— Już ktoś po mnie raz przyszedł. Gdzie byłeś wtedy? — Zapytała. Czuła, jak zadrżała jej broda. Pamiętała, jak wtedy chciała tylko tego, aby się pojawił znikąd i jakoś ogarnął. — Dlaczego nie było cie wtedy, Zaire?
Sloane
— Powiedziałam, żebyś przestał mnie traktować jak idiotkę. — Warknęła, tracąc już cierpliwość. Była skołowana tą sytuacją. Tym co widziała w garderobie, jego słowami i własnymi uczuciami. Najchętniej uciekłaby stąd bez wyjaśniania czegokolwiek. Zostawiłaby to wszystko za sobą i udawała, że nic z tego nie miało miejsca. Bo ucieczka zawsze była prostsza niż wyjaśnianie czegokolwiek. — Nie jestem głupia, Carter. Wiem, że to nie jest dla ciebie.
OdpowiedzUsuńMógł mieć lepszą „odporność” niż większość ludzi, ale nie był niezwyciężony. To pokonałoby każdego. Takie ilości nigdy nie były „dla siebie”. One zawsze były dla kogoś, do podania dalej. To się zwyczajnie bardziej opłacało niż trzymanie tego dla siebie. Po co, skoro można było to upchnąć dalej, prawda? Widziała, jak to się odbywa. Tylko jakoś nigdy nie zwracała na to większej uwagi, bo zwyczajnie jej to nie interesowało. Nie pytała skąd wzięły się prochy, a po prostu z nich korzystała. Nie miała potrzeby, aby pytać i wiedzieć więcej. Trochę się od Vegas pozmieniało, a Zaire… Zaire stał się w jej oczach zupełnie nową osobą. Jednocześnie wciąż widziała w nim tego samego faceta, którym się zauroczyła. I to było najgorsze, że miał tyle różnych twarzy, a każda miała w sobie coś przyciągającego. Nawet ta, od której tak bardzo próbowała się oderwać. Ciągnęło ją do niebezpieczeństwa, ale w jej słowniku to oznaczało prędzej skok ze spadochronem, a nie robienie brudnych interesów z facetami, którzy urodzili się pod ciemną gwiazdą.
— Och, przepraszam, że nie ułatwiłam ci zadania. Miałam swoje powody, wiesz? — syknęła. Może, gdyby wtedy zadzwoniła to by się pojawił, a może olałby ją kompletnie. Sama nie wiedziała, a teraz i tak się nie dowie. Wczoraj brzmiał na szczerze poruszonego tym, co mu mówiła, a dziś na zirytowanego. Jakby miał przed sobą drażniącą dziewczynę. Może i taka była, a jeśli to jej to nie interesowało. W każdej chwili mogła wyjść i więcej nie wracać. To on ją tu trzymał.
— Sam wczoraj chciałeś rozmawiać. I to właśnie o tym. Nie wiem, liczyłeś, że mnie przelecisz i o wszystkim zapomnę?
Boże, byłoby wtedy o wiele łatwiej, ale potrzebowała czegoś więcej, aby o tym wszystkim zapomnieć. Terapii albo jakichś porządnych leków. Tylko niekoniecznie chciała teraz cokolwiek brać. Trzymała się z dala od prochów już ponad miesiąc. Wliczając w to zwykłe przeciwbólowe i chciała ten stan utrzymać jak najdłużej, ale przy nim to nie będzie takie proste. Nie umiała mu odmawiać i prawda była też taka, że nie chciała odmawiać. Jakby gdzieś tam w środku czuła, że jeśli powie „nie” to przestanie się nią interesowa i znajdzie taką, która zawsze powie „tak”.
Nie zareagowała, kiedy wyciągnął ją z garderoby. Poszła za nim potulnie i bez marudzenia. Zacisnęła usta, gdy się odezwał. Nie chciała w ten sposób na niego patrzeć. Nie powinna była, skoro nie dał jej nigdy tak naprawdę powodu, aby się go miała bać. Sama siebie nakręcała.
— Raczej byś nie chciał, żeby tu był — mruknęła. Nie planowała wspominać o tym, gdzie przedtem pracował. Wątpiła, że byłby zachwycony z tej informacji. I jakoś… zestawienie tych dwóch razem nie było szczytem jej marzeń.
— Nie nabijaj się ze mnie, Zaire. Dla ciebie to może codzienność, ale ja nigdy się nie pisałam na takie życie.
To było, jak oglądanie filmu. A jej nieszczęśliwie przypadła jedna z głównych ról. Sloane sama już nie wiedziała co ma o tym wszystkim sądzić. Czy ma tu zostać i słuchać, czy jednak się zmyć. Ale została. Poszła za nim. Nie wyrywała się. Nie awanturowała. Po prostu grzecznie wyszła z garderoby i dała się zaprowadzić tam, gdzie uznał za stosowne. Gapiła się w jego plecy, gdy wychodzili z garderoby, a potem w jego oczy, kiedy odwrócił się do niej przodem.
— Zapamiętałeś cokolwiek z tego, co ci wczoraj mówiłam?
Nie doprecyzowała o co chodzi. Chciała w pewien sposób sprawdzić, czy jakieś informacje w nim zostały czy postanowił wyrzucić to wszystko z głowy, co wczoraj z siebie wyrzuciła, gdy tłumaczyła, jak się przy nim po tym wszystkim czuje.
Sloane
Zagryzła wargi, niechętna do tego, aby przyznać mu rację. Mimo, że ją miał. Postawiła go w kiepskiej sytuacji. Ignorowała, jak tylko się dało. Nie zliczy, ile razy kazała mu się odjebać i zostawić ją w spokoju, a teraz miała pretensję, że go nie było. Jak już to raczej powinna się cieszyć, że jej posłuchał. Tylko, że to nie było takie proste.
OdpowiedzUsuńWestchnęła, przymykając oczy. Pozwoliła, aby jego słowa osiadły na niej jak kurz. Czuła w środku ich ciężar, kręciło od nich w nosie. Zaire miał rację, a Sloane ciężko było się do tego przyznać.
— Wiem, wiem. — Powiedziała cicho. Słyszała go, gdy stał pod drzwiami jej apartamentu i się dobijał. Odpowiadała mu cisza, a czasem warczenie psa, jakby wyczuwała, że Sloane nie chce akurat tego gościa w swoim domu. A potem wyjechała do Włoch i udawała, że Zaire nie istnieje. Pomijając te momenty, gdy odbierała telefon i się z nim kłóciła.
Sloane uciekła przed nim spojrzeniem. Robiła tak zawsze, kiedy czuła za dużo i nie wiedziała, jak sobie z tymi uczuciami poradzić. Nie bez powodu unikała relacji. Wszystko się potem tylko komplikowało, a to co pojawiło się między ich dwójką było skomplikowane. Chwilami nieprzyjemne. Wbijało się w skórę niczym odłamki szkła. Rozcinało ją boleśnie.
— Nie zakładam tego. Odnoszę wrażenie, że tak jest, a to różnica. — Odpowiedziała. Nie powinno jej to przeszkadzać. Nie, skoro tak naprawdę sama chciała być ignorowana i podobało się jej to lekceważące podejście Cartera do wszystkiego. Tylko nie wzięła pod uwagę tego, że w którymś momencie może zacząć jej zależeć i będzie chciała czegoś więcej. Czy tego, że wszystko się tak spektakularnie rozjebie, a ona będzie przed nim uciekała na drugi koniec świata. — Nie mówiłam nic, aby cię zranić. Byłam szczera. Gdybym chciała cię skrzywdzić, to byś to wiedział.
Nie wątpiła, że słuchanie o innym było bolesne. Ale nie zamierzała tego ukrywać. Dlaczego miała, skoro on sam nie bawił się w wierność?
— Kazałam ci spierdalać wiele razy, a jakoś wciąż tu jesteś.
Nie zliczy, ile razy mu to mówiła czy pisała. Był uparty. Sloane nie wiedziała, czy to upartość czy głupota. Było to też mało istotne, bo dziewczynie to imponowało. Nie powinno, a jednak tak właśnie było. Spoglądała na niego i widziała człowieka, który łatwo nie odpuszcza. Który nie chciał rezygnować z niej, chociaż w ostatnich tygodniach dawała mu wiele znaków, aby w końcu sobie odpuścił. Bo może, gdyby to on w pełni zrezygnował z niej byłoby jej łatwiej samej sobie go odpuścić. Skupić się na tym, który nie wnosił dram do jej życia. I był pod wieloma względami bezpieczniejszą opcją.
Musiała przymrużyć oczy, kiedy wpatrywał się w nią tak intensywnie. Warga zaczęła piec, bo znów przygryzła ją mocniej. Jego spojrzenie było mocne. Niepozwalające na to, aby odwrócić wzrok, chociaż właśnie na to Sloane miała ochotę.
— Wiesz, że było. Między tym wszystkim… Było dobrze. — Przyznała. Nie mieli może tych chwil wiele. Raczej nie chodzili na randki do restauracji czy do kina, ale między tym całym chaosem znalazło się parę momentów, kiedy byli trzeźwi i czyści. W tych krótkich chwilach byli sobą. I było dobrze.
Wciągnęła powietrze przez nos, a następnie powoli je wypuściła. Nie powinna była mu wybaczyć za Vegas. To co tam się wydarzyło… To było dla niej za dużo. Ale nie potrafiła ponownie się odwrócić i odejść. Wiedziała, że należało to zrobić. Dla własnego komfortu, ale ten w tej chwili jakoś nie miał większego znaczenia.
— Przepraszam, że rzuciłam w ciebie butelką.
Kącik jej ust niezauważalnie drgnął. Ledwo pamiętała tamten moment i już nawet nie wiedziała, co tak naprawdę ją wtedy wkurzyło. Chyba było to nieistotne, a wspomnienia jej się mieszały. Nie wiedziała co jest prawdą, a co sobie sama wymyśliła. Większość Vegas to było rozmazane. Przebijały się przez nie różne obrazy, które ją tak przestraszyły, że do teraz nie potrafiła się pozbierać w pełni.
— Szczerze… Nie pamiętam o co się tam kłóciliśmy. To wydaje mi się teraz takie odległe. Między Vegas, a dziś… wydarzyło się wiele.
To jeszcze nie oznaczało, że Sloane chciała ten temat zamknąć na dobre. Bo tak nie było. Chciała… Cóż, sama nie wiedziała czego tak naprawdę chciała. Może chciała mieć święty spokój. Od facetów, narkotyków i tego wszystkiego co się za nią ciągnęło. Chciała mieć też to, czego nie mogła.
UsuńNie uciekała, kiedy znów do niej podszedł. Nie drgnęła. Stała w miejscu na chłodnych panelach, w jego koszulce i z zadartą do góry głową. Wpatrując mu się prosto w ciemne oczy. Dokładnie te same, które wiele razy sprawiały, że uginała się pod sobą od emocji, które w nich widziała.
— Jeśli mam to zrozumieć… To tak, chcę wiedzieć wszystko.
Wiedziała, że to nie jest najlepszy pomysł. Sloane mogła zostać nieświadoma, ale jeśli faktycznie mieli mieć szansę na to, aby zbudować ze sobą jakąś relację to musiała wiedzieć. Jednocześnie nie miała pojęcia co robi, skoro w tym wszystkim była jeszcze jedna osoba. Której może nic nie obiecywała, ale też nie była wobec niego obojętna.
— Jeśli się wycofam teraz, to już tutaj nie wrócę. Mówisz mi teraz albo wcale.
Obiecać nie mogła, że po usłyszeniu prawdy nie wyjdzie. Może to w nią uderzy jeszcze mocniej niż cokolwiek widziała w Vegas. Bardziej niż ta akcja na parkingu. Nie miała pojęcia.
Wzięła głębszy wdech, ale to wcale nie pomogło się jej uspokoić. Zrobiła krok w stronę Cartera. Wyciągnęła dłoń do jego policzka, który pogładziła z czułością. Prawdziwą, a nie tą udawaną, którą go obdarzała, kiedy jeszcze między nimi jedyne co było to wspólna kreska.
— Tęskniłam za tobą. — Przyznała cicho, łamliwym od emocji głosem. Kiedy wypowiedziała te słowa czuła, że coś w niej pęka. Była w tak kiepskiej emocjonalnie sytuacji, że nie wiedziała już któremu co obiecywała.
Sloane
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, bo nie potrafiła się w tej sytuacji nie uśmiechnąć. Rozbawił ja. Mimo panującego między nimi nastroju.
OdpowiedzUsuń— Może to i lepiej. Przynajmniej dalej mogę zgrywać słodka i urocza, a nie wariatkę, która rzuca szkłem.
To prawdopodobnie nie był ostatni raz, jak czymś rzuciła. Miała jednak nadzieję, ze póki co to był ostatni raz. Nie chciała zbyt szybko tego powtarzać. Nie czuła się z tym najlepiej, a jednocześnie była z tego momentu również cholernie dumna. I nie umiała siebie wytłumaczyć dlaczego.
Pomknęła spojrzeniem w bok. Zastanawiając się czy powinna mu zadać pytanie, które cisnęło się jej na usta już jakiś czas. Z jednej strony chciała wiedzieć, a z drugiej coś jej mówiło, ze będzie lepiej jeśli Sloane nie będzie zadawała zbędnych pytań. Zwłaszcza takich, które mogą wpakować ja w kłopoty.
— Powiesz mi co tam się wtedy wydarzyło? — Spytała ostrożnie. Miała tylko przebłyski z tamtej nocy. Otwierała drzwi, potem Zaire w towarzystwie mężczyzn, których nie rozpoznawała i tamten człowiek, którego położenie już było nieistotne. Ktoś za jej plecami, łapiący za ramiona i odciągający od pokoju zanim zdążyła chociaż krzyknąć. Potem obudziła się w jakimś pokoju już nad ranem i nie pamiętała absolutnie niczego.
Wstrzymała na moment oddech, kiedy dotykała jego skóry. W inny sposób niż zeszłej nocy, który wydawał się jej by. Teraz mechaniczny i wyuczony na pamięć. Była Turaj prawdziwa ona. Tak się jej przynamniej wydawało, bo powoli gubiła się w tym kim jest przy nim. Która wersję Sloane teraz przy nim się stała. Miała zbyt wiele różnych wersji siebie przygotowanych dla innych osób. Łatwo było się w tym zamotać.
— Miałam nadzieję, że przylecisz do Włoch. Wiem, że mówiłam, ze cie tam nie chce, ale jakaś część mnie liczyła, ze po prostu pojawisz się w hotelu. Olejesz to, co mówię i będziesz.
Ale nie pojawił się. I to chyba dobrze, bo jak miałaby pogodzić jednego i drugiego? Jak teraz w ogóle mogła o j pogodzić? Nie potrafiła myśleć o Jamesie, kiedy z nim była. I na odwrót. Wyłączała się w ich obecności. W zależności od tego, z którym była na tym się skupiała, a ten drugi mógł nie istnieć. Aż do chwili, kiedy się nie pojawi znowu.
Zaśmiała się krótko, ale szczerze.
— Wyglądam na nim świetnie, prawda? Wiesz, przynamniej mogłeś zacząć dzień od patrzenia na coś boskiego.
Byłaby wściekła, gdyby musiała każdego dnia oglądać jego twarz na billboardzie. I właśnie z tego powodu uciekła w miejsce, gdzie szanse na to były niewielkie. Gdyby została w Nowym Jorku Zaire mógł zaatakować z każdej strony, a we Włoszech te szanse malały.
Spięła się lekko, kiedy mówił o kimś innym. Nie mogła się o to obrażać, kiedy sama robiła dokładnie to samo. Z tym, ze jej prawdopodobnie było gorsze, bo zaangażowała się uczuciowo.
Usuń— Cóż, żadne z nas w tym departamencie nie jest święte.
Wzruszyła lekko ramionami, bo nie chciała go za to przepraszać czy mówić, ze czegoś żałowała. Skłamałaby. Była wściekła za tamte dziewczyny. Nawet bardzo, ale patrząc na to, ze sama miała intensywny wyjazd nie mogła się za bardzo o to denerwować.
Sloane się nie wycofała. Nie zrobiła kroku wstecz, nie uciekła przed jego dotykiem. Wręcz cicho westchnęła, czy przyciągnął ja bliżej. Orientując się, jak jej brakowało tej konkretnej bliskości z nim. Wtopiłaby się najchętniej teraz w jego ciało. Zmieniła te bliskość w coś jeszcze głębszego, gdyby potrafiła. Naiwnie wierząc, ze to pomogłoby jej przezwyciężyć strach przed nim. Bo ten wciąż był obecny, ale Sloane ostrożnie go usuwała w cień. Wiedząc, ze jeśli tego nie zrobi to nigdy nie będzie umiała mi wybaczyć czy zapomnieć o tym, co się działo.
Pozwalała mu się dotykać. Sama również potrzebował tego dotyku, aby nie zwariować. Czuć, ze jest obecny nie tylko duchem, ale również ciałem. I było coś kojącego w tym, jak jej dotykał. W odpieraniu się o jego tors, byciu tak przyjemnie otulona jego ramieniem. Nie opierała się przed tym.
Długo milczała.
Możliwe, ze zbyt długo. Szukała odpowiednich słów, ale takich nie było. Nie ruszyła się, nie uciekała. Pozwalała, żeby Zaire dotykał jej tam, gdzie chciał. Trzymał za rękę, czy kark. Muskał palcami kostki na dłoniach, gładził udo czy bawił się jej włosami. Cokolwiek, jeśli miało mi to w jakoś podob pomoc. Sloane nie była pewna, czy taki dotyk pomaga jej, ale czasem odrywał ja od tego, czym dzielił się z nią Zaire.
Zwilżyła usta językiem. Zdając sobie sprawę z tego, ze Sloane milczy zbyt długo.
— Szczerze, nie wiem co powiedzieć.
Nie mogła rzucić „jakoś się ułoży”, bo sama nie do końca w to wierzyła. Sensownego rozwiązania nie mogła mi podsunąć. Chyba takie nie istniało, a gdyby próbował… Rozumiała, ze mógł ryzykować swoim życiem lub w bardziej optymistycznym scenariuszu swoją wolnością. Sloane wolałaby go mieć za kratkami niż w piachu.
— Obiecałam już, ze nikomu nie powiem. I zamierzam tego słowa dotrzymać. Ale Zaire… — Musiała na moment urwać. Przekręciła się ostrożnie w jego stronę. Właściwie praktycznie wchodząc mu na kolana. Dłonie oparła o jego ramiona i spojrzała mu głęboko w oczy.
Powoli przesunęła wzrokiem po jego twarzy. Tej znajomej, w która mogła się wpatrywać godzinami. Poznała co na tyle, aby z pamięci wskazać, gdzie ma znamiona na twarzy. Gdzie są pieprzyki, a gdzie jakaś mała blizna z dzieciństwa.
— Nie wiem, czy umiem się wpasować w takie życie. Ani czy chce brać w nim udział.
Nie zajdzie nigdzie, jeśli nie będzie z nim szczera. To był ten moment, kiedy musiała być. Bez względu na to czuje uczucia zostaną zranione.
Było tez dla niej jasne, że nie będzie mogła nie brać w tym udziału. Nie, jeśli będzie z nim. Nie mogło grać karta naiwnej blondynki, która nie wie czym zajmuje się jej chłopak. Ona wiedziała i jego „kumple” również. Nie bez powodu pojawili się wtedy na parkingu.
— Nie wiem, czy kochanie cie będzie wystarczające. Ja… wiesz, praktycznie dorastałam z typem, który częściej widział amfę niż własną córkę. Albo pozostała piątkę swoich dzieci. Ja… Nie chce być znowu ta, która stoi na przeszkodzie. Odrzucona dla prochów.
Uśmiechnęła się blado i nijako.
— A nie ukrywajmy, kiedyś byś musiał wybrać. I… Wiem, że to nie ja byłabym twoim wyborem.
Oparła swoje czoło o jego. Zmęczona i przytłoczona. Z uciążliwa świadomością, że prawdopodobnie im nie wyjdzie. Ze tego będzie dla niej za dużo.
— Nie chciałabym, żeby coś ci się stało. Żeby oni coś ci zrobili. Ja… gdyby tak się stało, umarłabym razem z tobą.
Wdychała jego zapach, jakby to miał być ostatni raz, kiedy tak blisko siebie są. Możliwe, ze to był ostatni raz. Nie umiała przeskoczyć przez to. Udawać, ze nie wie i nie rozumie. Akceptować.
Sloane
Pokręciła głowa na boki. Znała już ten schemat. Może nie przeżyła go na własnej skórze w pełni, ale widziała jak to działa. Jak narkotyki niszczą związki, ile trzeba poświęcić, aby mieć z tego cokolwiek.
OdpowiedzUsuńDłoń Cartera była ciepła. Czuła i miękka. Dotykał jej delikatnie i z ta niegasnąca nadzieja, ze ona zostanie. A Sloane czuła, ze zaraz rozniesie cały jego świat w drobny mak.
— Mój ojciec tez obiecywał matce, że ja zawsze wybierze. Wiem, jak to działa Carter. — Brzmiała na zrezygnowaną. Poniekąd podjęła już decyzje, ale nie była w stanie tak naprawdę w pełni od niego odejść. Możliwe, ze nigdy nie będzie umiała. — Mi też obiecywał, że mnie wybierze. Wiesz ile razy to słyszałam?
Zamknęła oczy, bo czuła, że jeśli pozwoli mu dłużej patrzeć w swoje to się złamie. Wbiła palce w jego ramiona, jakby chciała się go mocno trzymać i mieć pewność, że Carter nigdzie się nie wybiera. Sloane mimo wszystko, ale potrzebowała, żeby tutaj z nią był. Aby ja wybierał i ignorował, kiedy każe mu odchodzić, kiedy mówi mu, ze nic z tego nie będzie. Potrzebowała, żeby Carter nie odpuszczał.
— Żadne z nas nie jest proste. Oboje mamy problemy. — Sloane jęknęła, gdy usłyszała co mówi dalej. Jak mówi o prawdziwości ich uczuć. Znów była jak to zwierzę w potrzasku. — Wiesz, że było. Jeśli nie kłamałeś, to te chwile między nami były prawdziwe.
Nie chciała go z tym zostawiać. Nie mógł zostać w tym sam, a jednocześnie Sloane nie chciała w to wchodzić głębiej niż już tkwiła.
— Ja już w tym biorę udział. Nie udawaj, ze jest inaczej. Widzieli mnie w willi, Carter. Nie wiem kto mnie spod tamtych drzwi zabrał. Nie wiem, co mi zrobił. Obudziłam się następnego dnia z luką w głowie. A dwa tygodnie później złożyli mi wizytę. Jestem w to zamieszana, a jeśli będę z tobą… jeśli będę z tobą to będę brała w tym udział. Czy tego chcesz czy nie.
Została w to zamieszana w tamtej willi. On nie mógł się z tego wyplątać, ale ona również już nie. Nie, skoro rozważała powrót. Chyba. Sama już nie wiedziała, co ma robić. Z kim być. Komu być wierna, a którego zostawić. Nie umiała zdecydować. Nie chciała decydować, bo gdyby to zależało w pełni od niej nie wypuściłaby teraz żadnego.
— Ale ja nie będę umiała udawać, ze to się nie dzieje. Carter, jak mogłabym? Powiedz mi, bo ja tego nie widzę. Jak mam udawać, ze o niczym nie wiem? Jak miałabym się o Ciebie nie martwić… za każdym razem, gdybyś znikał odchodziłabym od zmysłów. Zastanawiała się czy do mnie wrócisz…
Pokręciła znów głowa. Tego było za dużo, ale już wiedziała, że nie odejdzie. Może nie w pełnym tego słowa znaczeniu, bo Zaire nie był kimś z kogo się rezygnowało. Chwilami miała wrażenie, ze to człowiek któremu nie można powiedzieć „nie”, a gdy się spróbuje to on znajdzie sposób, aby mówiło się „tak”.
Rozchyliła lekko usta, czy przesunął po nich kciukiem i cicho westchnęła. Na krótki moment przymknęła tez oczy, odpływając w tej krótkiej pieszczocie. Nawet w pełni nie zdawała sobie sprawy, jak za jego dotykiem tęskniła. Tym delikatnym, ledwo wyczuwalnym.
Krótko westchnęła, gdy przyciągnął ja bliżej siebie. Mocniej objęła go udami, jakby nie chciała samej sobie pozwolić na odejście. Wierzchem dłoni musnęła jego policzek. W milczeniu na niego spoglądała, analizowała krótko to, co sobie powiedzieli.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń— Nikt mi tak nie namieszał w głowie, jak Ty — przyznała cicho. Może nawet nieśmiało. — Nikt mnie tak nie skrzywdził, jak Ty. Nie powinnam cie kochać, wiesz? Próbowałam przestać i myślałam, że przestałam, ale… ale nie potrafię. Nie umiem cie wyrzucić z głowy i serca.
UsuńWbiła palce w jego policzki i przyciągnęła go do siebie. Bez namysłu wpiła się w jego usta. Stęskniona za ich smakiem. Tym prawdziwym, który znała z tych momentów, które nie były przyćmione alkoholem czy narkotykami. Nie potrafiła na głos powiedzieć, jaka podjęła decyzje. Nie chciała podejmować żadnej, ale mogła zrobić tyle. Albo aż tyle. Nie chciała dalej myśleć, zastanawiać się i prowadzić dyskusji, która nie prowadziła tak naprawdę do niczego. Chciała tylko, aby Carter był obecny tu i teraz, w tym momencie, a co będzie później to zobaczą.
Zakołysała biodrami, bardziej odruchowo niż w prowokacji. Zadrżała, niepewna czy z chłodu który panował w apartamencie od klimatyzacji czy od tych wszystkich emocji, których poskromić Sloane nie potrafiła.
— Powinnam cie nienawidzić — wymruczała między jednym, a drugim pocałunkiem. Oddychała już ciężej, a serce biło z zawrotną prędkością.
— Wygrałeś.
Nie doprecyzowała co. Ją, ich niewypowiedziane na głos zakłady, które prowadzili między sobą czy jeszcze coś innego. Przesunęła rękę z jego twarzy na kark. Ciągle szukała tez sposobu, aby być bliżej.
Sloane
W ogóle nie podobało się jej to, że została w to wciągnięta. Nigdzie nie mówiła, że ma na to ochotę, ale chyba ten biznes już tak działał. Człowiek nawet nie wiedział, kiedy się w niego wplątał. Działo się to samoistnie, a kiedy już się zorientowano, co się dzieje to było za późno, aby się wycofać. Dokładnie tak, jak Zaire mówił. Sloane jednak do końca liczyła, że skoro była tylko gościem w willi to nie będzie z tego większych problemów, a potem pojawili się na parkingu i od tamtej chwili wiedziała, że ucieczka w pełni od Zaire’a nie będzie możliwa. Nawet, gdyby bardzo chciała, to to nie wchodziło w grę.
OdpowiedzUsuń— Nie chcę takiego życia. — Mogła narzekać, ale wiedziała, że niczego to nie zmieni. Nie mogła się z tego wyplątać. Miała wiele obaw, a niektórych nawet nie potrafiła nazwać. One pojawiły się dopiero teraz, kiedy na jaw wyszło więcej informacji. Rzeczy, o których Sloane wcześniej nie wiedziała, a które rzucały zupełnie nowe światło na całą tę sytuację. — Co, jeśli będą chcieli, żebyś wykorzystał mnie? Żeby mój team zaczął to przewozić? Nie chcę tego… Co w takiej sytuacji? Powiesz im „nie”?
Chciała wierzyć, że im tak powie. Ale oboje znali odpowiedź. I to nie Zaire będzie mówił „nie”, a Sloane błagała jego, żeby to powiedział. Żeby nie wciągał jej w to jeszcze bardziej, a ona w końcu mu ulegnie i pozwoli się wciągnąć w to wszystko jeszcze bardziej.
Drgnęła, kiedy jej dotknął. Nie ze strachu, nie ze złości. Była po prostu… Zmęczona. Tym nieustającym strachem, który zniknął tylko na dwa tygodnie, kiedy była we Włoszech, a wrócił w momencie, gdy koła samolotu dotknęły nowojorskiej ziemi. Gubiła się w tych uczuciach coraz bardziej. Bo z jednej strony chciała Cartera, a z drugiej nie chciała tego co za sobą niósł. Tego chaosu, problematycznych ludzi. Mogła na wiele przymknąć oko, ale to… To wydawało się być za dużo, a mimo wszystko to wciąż nie potrafiła mu odmówić. Odsunąć się i odejść. Wyjść z apartamentu i zostawić go tu samego. Zbyt dobrze wiedział, co ma powiedzieć i jak ją podejść, aby nie potrafiła odmówić.
— Jeśli mam z tobą zostać, to ponieważ tego chcę, a nie dlatego, że zostałam zmuszona. To na mnie nie zadziała, Zaire. Wiem, że powiedziałeś, że nie próbujesz mnie zastraszyć, ale… Ale jeśli zostanę ze strachu, to nigdy nie będę w pełni twoja. Zawsze… zawsze będę trzymała się na dystans. Nie chcę, aby tak było… Naprawdę nie chcę, aby to tak wyglądało.
Zamknęła oczy, wtulając się w zagłębienie w jego szyi. Pachniał znajomo, ale jednocześnie nie tak, jak przedtem. Ten zapach już nie oznaczał tego, co przedtem. Z trudem przyszło jej mówienie tego wszystkiego. Ale musieli być ze sobą szczerzy. A Sloane… Sloane sama nie wiedziała, czego chce. Znalazła się w trudnej sytuacji, którą sama sobie uplotła. Bo… Cóż, bo mogła i nie widziała wtedy konsekwencji, które teraz powoli się zakradały do niej.
Wiedział, że ona potrafiła zniknąć. Nie chodziło tylko o wyjazd do Włoch. Mogła się zapaść pod ziemię, a to, że była rozpoznawalną piosenkarką niczego nie utrudniało. Miała swoje sposoby. Swoje miejsca. I jeśli doszłoby do tego, że musiałaby z tych sposobów skorzystać, bo przeszłość Cartera za bardzo dreptałaby jej po piętach, upewniłaby się, że on przede wszystkim jej nie odnajdzie.
— Nie próbuj mnie zastraszyć, Zaire. To mnie nie zatrzyma i wiesz o tym.
Miał już mały przedsmak tego, jak Sloane się zachowuje przestraszona.
— Ale trzymaj mnie blisko. — Poprosiła. Potrzebowała, aby trzymał ją przy sobie. Bez warczenia na siebie, bez awantur. Tak, jak bywało w tych urwanych momentach, kiedy naprawdę wszystko było w porządku.
Delikatnie przesunęła opuszkami palców po jego szyi. Był dopiero ranek, a ona już była zmęczona. Wczorajszą imprezą, ich kłótnią w klubie, rozmową w aucie i porankiem, który wyrwał z niej resztki sił.
— Co masz na myśli? — Poderwała głowę, aby na niego spojrzeć. Nie zagłębiała się w jego prywatne sprawy. Jakoś jej to po prostu nie interesowało wcześniej. — Najbliższa…? Carter, ale… Co z rodziną? Nie masz rodziców, rodzeństwa… kogoś?
UsuńNie patrzyła w necie, jaka jest jego historia. Nigdy przedtem nie miała potrzeby, aby się pytać, czy kogoś nie ma. Zakładała, że po prostu nie imprezuje w towarzystwie rodziny. Ona też nie imprezowała z rodzeństwem. I rzadko mówiła o „bliskich”, ale jacyś jednak byli.
Objęła dłońmi jego twarz. Nie musiała zmuszać go do tego, aby na nią spojrzał, bo już to robił. Spoglądali sobie w oczy przez jakiś czas. Chyba, jak nikt rozumiała skomplikowane relacje, ale gdyby coś się jej stało… Tak na poważnie, to nie miała wątpliwości, że jej rodzice by się przejęli. Ojciec pewnie z opóźnieniem, ale to tylko przez to, że wszedł w erę bez internetu i telefonu.
— Nie znikaj mi, proszę. Nawet jeśli… nawet jeśli nam nie wyjdzie. Nie znikaj, dobrze? — Delikatnie musnęła jego wargi. Jakby chciała z tego pocałunku zrobić pieczęć.
Odetchnęła głębiej, ale to wcale jej nie uspokoiło.
— Popracujemy nad tym razem, dobrze? Nad czym tylko będziesz chciał. Nad tobą, nade mną, nami… Popracujemy nad wszystkim. Poradzimy sobie ze wszystkim.
Musnęła kącik jego ust, a potem policzek.
Sama chyba do końca nie była pewna, co mu mówi i obiecuje. Ale to teraz było nieważne, bo Sloane mogła powiedzieć wszystko, aby tylko zatrzymać Zaire blisko i w miarę żywego.
— Co byś chciał zmienić dla siebie? — spytała. Ją to pytanie by przeraziło i brała pod uwagę, że jego również może. Dlatego nie spodziewała się, że usłyszy odpowiedź. — Pomogę ci. Będę tu, z tobą… Będziemy razem.
Sloane
Wyraźnie czuła jego palce na swoim ciele. Przesuwały się raz z miękkością, a raz nieco ostrzej. Jakby w tych mocniejszych ruchach Carter musiał upewnić się, że ona wciąż obok jest. Że się nie poddała i nie zamierza zostawić go samego.
OdpowiedzUsuńIlość informacji, która dziś na nią spadła była przygniatająca. Każdy nerw w jej ciele krzyczał, aby uciekała, a Sloane uciszała każdy po kolei. Chciała odejść. Powtarzała sobie wiele razy, że nie wróci do niego po tym, co wydarzyło się w Vegas, a tymczasem siedziała na jego udach i próbowała wymyślić dla nich wspólna przyszłość. Tylko jak można było coś takiego wymyślić, kiedy oboje byli ludźmi bardzo skrzywdzonymi? Każde na swój sposób i z demonami, których nie można było się łatwo pozbyć.
— Może dzisiaj zrobimy taki dzień? Bez telefonów. O ile, oczywiście możesz. Nie wiem, czy… masz przerwy w tym biznesie.
Może będą go potrzebować już teraz. Sloane nie wiedziała i chyba miała nadzieję, ze będzie mógł pozwolić sobie na taki dzień. Tylko z nią. W tym apartamencie. Robiący wszystko poza słuchaniem świata zewnętrznego.
— Dzisiaj za niczym nie gonimy. Nawet za sobą nawzajem, umowa? Dzisiaj będziemy Sloane i Carterem. Ugotujemy coś, bo jeśli bez telefonów to musimy obyć się tez bez zamówionego żarcia. Będziemy oglądać cały dzień głupie filmy albo seriale. Albo robić inne rzeczy. Miłe rzeczy. Tylko Ty i ja.
Uśmiechała się, ale daleko było jej do uśmiechu, który mówił, ze jest szczęśliwa. Była zmartwiona tym co usłyszała. Bijąca od Cartera pustka. Nie siedziała teraz na kolanach Zaire’a. Rapera, który miał wszystko. Była z Carterem. Facetem, który pozwolił sobie na okazanie emocji. Sposób w jaki to robił był przytłaczający, a ona uparła się, ze to zniesie. Choćby miała się wygrzebywać później z gruzów.
— Miałeś kiedyś kogoś takiego? — spytała. Zdawała sobie sprawę z tego, jak niewiele o nim wie. Jak oboje niewiele o sobie wiedza. — Dziewczynę, przyjaciółkę… kogokolwiek? — Nie przemawiała przez nią zazdrość. Próbowała zrozumieć, czy w przeszłości były osoby, które dla Carters były ważne. Chociaż miała wrażenie, ze mógł być w tym wszystkim naprawdę sam.
Sloane miała wrażenie, ze ten moment między nimi jest najszczerszym jaki kiedykolwiek mieli. Nawet jeśli część to były kłamstwa, to już o to nie dbała.
— Zniknąć?
Kącik jej ust drgnął. To nie brzmiało jak marzenie, a raczej jak plan.
— Możemy tego kiedyś spróbować. Tylko Ty i ja w jakimś kraju, gdzie nikt o nas nie słyszał i nikogo nie obchodzi Zaire I Sloane.
Brzmiało to nieprawdopodobnie. Wiele razy uciekała, ale zawsze wracała. Bo nie potrafiła w pełni zrezygnować z tego życia. Z wygody i luksusu. Z pieniędzy i fanów. Z muzyki, która naprawdę kochała.
— Nie, nie myślę tak. — Zaprzeczyła. W ich przypadku to było bardzo możliwe. Mogli sobie na to pozwolić. W przeciwieństwie do zwykłych ludzi. — Myślę tylko, ze to wymaga z naszej strony przemyślenia. I może… może na początek powinny wystarczyć nam wakacje. Aby się przekonać, czy się nawzajem nie pozabijamy.
Dodała to żartobliwie, ale była w tym nutka prawdy. Mieli trudne charaktery, a raczej tworzyli mieszankę wybuchowa. Za godzinę tu mogły latać talerze i oboje było tego świadomi.
Zamknęła oczy. Na pare chwil wsłuchując się po prostu w jego serce. Nierówny rytm, raz przyspieszał, aby po chwili zwolnić. Ułożyła dłoń na jego klatce piersiowej i wtuliła się mocniej. Jakby chciała się w nim zatopić.
— Jak się nim stałeś? — spytała. — I nie mam na musli tej historii, która znają fani i media. Chce ta brudna i nienadającą się do publikacji historie.
Sloane🪐
Sloane wiedziała, że czasem lepiej było o pewne rzeczy nie pytać. Tak, jak Vegas nie umiała odpuścić i pytała o wiele to tak przy takim temacie umiałaby się wycofywać. Gdyby tylko uznał, ze nie chce nosić — nie naciskałaby.
OdpowiedzUsuńNie potrafiła sobie tego wyobrazić. Takiego życia, które nie od zawsze było otoczone luksusem. Kiedy ona się urodziła trafiła na okładkę jakiegoś magazyny, kiedy miała nie więcej niż pare godzin. I pewnie dalej można było znaleźć w internecie zdjęcia tej okładki. Nie musiała o nic walczyć; pomijając może uwagę ojca, ale to była inna kwestia. Miała zawsze wszystkiego aż nadto. Prywatne szkoły, nauczyciele. Sloane mogła wybierać w karierach i niezależnie co by robiła to by ja wspierali. Może by nie rozumieli, ale daliby z siebie wszystko. Sloane mogła narzekać na wiele. Miała prawo narzekać, a już na pewno nie zamierzała pozwolić sobie wmówić, ze skoro urodziła się z pieniędzmi to nie może mieć problemów.
Słuchała go w ciszy. Nie przerywała i nie pytała o więcej, bo gdyby chciał to by przecież powiedział. Mówił i tak więcej niż Sloane spodziewała się usłyszeć.
— To musi być ciężkie.
Nie planowała się nad nim użalać. Tak, w jakiś sposób było jej go oczywiście szkoda. Naiwnie liczyła, że Zaire powstał w lepszych okolicznościach. Ale to tylko wskazywało tylko na to, jak kiepski research Sloane zrobiła przed ich wspólna praca. Jakby nie patrzeć, ale to nie była jej broszka, aby takie rzeczy o nim wiedzieć.
— To… nie wiem. Nie chce udawać, ze wiem przez co przechodziłeś. Albo ze mam w sobie dziewczynkę, która nie miała kasy i dostała gwiazdkę z nieba.
Pieniędzmi nie martwiła się nigdy. Zawsze były o zawsze będą. Nie miała wewnątrz poszkodowanego dzieciaka, który musiał oszczędzać na słodycze przez pół roku, jak nie lepiej.
Blondynka lekko się uśmiechnęła, kiedy usłyszała znajome imiona. Ivy i Travis mieli sporo radochy. Nawet jeśli trwała ona bardzo krótki czas.
— Ivy dawno nie widziała Travisa. Dalej jest w niej zakochany czy już mu przeszło?
Sloane westchnęła ciężko. Trochę ze zmęczenia i ciężaru tej rozmowy. Mogłaby udawać, ze jakoś rozumie jego położenie, ale to byłoby kłamstwo. W dodatku takie, które Carter by szybko obalił.
— Wyjedziemy gdzieś. Obiecuje. Ivy może zabierze Travisa do Oklahomy. Tam na pewno nikt nie będzie znał Sloane i Zaire. Albo pojedziemy do Utah. Gdziekolwiek to jest. Daleko i chyba tam nic nie ma.
Była gotowa, aby z nim zniknąć. Uciec daleko i nigdy więcej nie wrócić. Przede wszystkim była na to gotowa, b wisiały nad nią konsekwencje tych wyborów. Tego, ze wczoraj z nim tu przyjechała. Ze była z nim w łóżku. Ze go całowała.
— Zrobimy tak. Znikniemy i więcej już nie wrócimy.
Brzmiało to miło. Nawet zbyt miło. Obiecywała coś, czego nie da rady spełnić. Nie, kiedy kochała muzykę zbyt mocno. Tworzyć i wymyślać teksty oraz melodie. Kochała być na scenie. Bez tego…. Bez tego prawdopodobnie mogłaby umrzeć. Ale teraz zdawało się jej, ze może umrzeć również bez Carter. I nie wiedziała co boi się stracić bardziej; jego czy karierę.
Sloane🔮
Między nimi coś się zmieniło.
OdpowiedzUsuńSloane nie potrafiła dokładnie wskazać co to było. Zapanował pewien spokój, którego dawniej między nimi nie było. Nie w takiej ilości, jak teraz. Oboje wciąż niepewni, czy te drugie za moment nie zniknie. Miała wiele wątpliwości co do tego, czy dobrze robi, a jednocześnie nie potrafiła sobie go odpuścić. Nie, kiedy mówił jej takie rzeczy i trzymał blisko, jakby naprawdę była jedyna osoba na świecie, która może go utrzymać na powierzchni.
— Bo takie miejsca do Ciebie nie pasują. Nie do scenicznego Ciebie. Ani do tego, który siedzi tu teraz ze mną. W Utah czy Oklahomie nie ma miejsc dla takich, jak my.
I właśnie o to chodziło. O miejsce, które nie będzie do nich pasowało. Takie, w którym będą mogli naprawdę wtopić się w tłum i przestać odgrywać rolę. To byłaby miła odmiana, gdyby mogli osoczać od bycia tymi wersjami, których ciągle od nich wymagano. Tylko Ivy i Travis. Prości ludzie bez przeszłości.
— Poszłabym z tobą na koniec świata, Carter. Do samego piekła, gdyby trzeba było.
Niejako już tam za nim poszła. Byli w piekle razem i tonęli w tym chaosie razem. Podtrzymując się nawzajem przed całkowitym zatonięciem. Musiała się przygotować na to, że życie z nim nie będzie łatwe. Miała już tego przedsmak, ale tak naprawdę Sloane nie była gotowa na to, co miała przynieść przyszłość.
— Wyrwiesz się z tego, Carter. Już i tak jesteś bliżej odejścia niż ci się wydaje. — Szepnęła. Chyba sama w to nie wierzyła, ale skoro powiedział, ze chciał odejść to był to pierwszy krok do zostawienia tego za sobą na dobre. — Pomogę ci. Jeszcze nie wiem, jak to zrobimy. Ale uda się. Obiecuje.
Westchnęła krótko, czy przycisnął ja mocniej. W jego palce w jego ramię. Czepiając się mężczyzny tak mocno, ze żadna siła nie byłaby w stanie jej teraz od niego odciągnąć.
— Ja jestem twoja. I byłam od tamtej nocy w klubie. — Wyznała. Sloane jeszcze wtedy nie wiedziała, jak wiele ten wieczór w niej zmieni. Związani byli ze sobą mocniej niż mogło się wydawać i Sloane nie chciała już, aby on kiedykolwiek odchodził. Jednocześnie kuło ją, ze robi coś złego, że to nie Carterowi powinna była mówić te wszystkie rzeczy. — W zamian chce tylko, żebyś był mój. Tylko mój. Żadnych koleżanek siadających ci na kolanach. Zapraszania ich na after party. Żadnych z tych rzeczy, rozumiesz?
Wcześniej jej to nie przeszkadzało, bo nic sobie nie obiecywali. Jednak to się zmieniło z czasem, a Sloane zrozumiała, że nie chce się nim dzielić. Zgadzać się na bycie jedną z wielu. Tą, którą można zastąpić w przeciągu paru minut.
Dziewczyna lekko się uśmiechnęła. Ivy i Travis mieli łatwiej. Nie dźwigali ciężaru przeszłości. Byli dwójka ludzi, którzy spotkali się w Vegas i od tamtej pory nie widzieli świata poza sobą.
— Dobrze. Bo Ivy również jest w nim zakochana. Tak bardzo, ze czasami ta miłość ją boli.
Możliwe, ze nie zdawała sobie sprawy z tego, jak wiele teraz dla niego poświęca. Z czego tak naprawdę rezygnuje, gdy zgodziła się, aby do niego wrócić. Z kogo rezygnuje i… Nie umiała się zatrzymać. Wstrzymać i przemyśleć. Zgadzała się na wszystko, bo inaczej nie potrafiła.
— Chcesz mnie zabrać na randkę? — Uniosła lekko brew i uśmiechnęła się. — W porządku, pójdziemy na randkę. Bez bycia Sloane i Zaire. Bez tego co się za nami ciągnie.
Delikatnie musnęła palcami jego policzki. Wzrokiem prześledziła twarz Cartera. Uśmiechała się delikatnie, czule i z ulga. Jakby właśnie dostała taka wersję Crawforda, jakiej potrzebowała od zawsze.
— Wiesz… ciekawa jestem, jaki jesteś w „normalnej” wersji. Tej, która zabierze mnie na randkę. — Osunęła się na nim lekko, aby wygodniej się ułożyć. Położyła głowę na jego ramieniu, ręce wsuwając za jego plecy, aby się przytulić.
Teraz łatwiej było sobie jej to wyobrazić. Carters na randce i bez głośnego klubu w tle. Jednocześnie nie wiedziała, jak ich randka może wyglądać, aby nie skończyła się w hotelowym pokoju na królewskim łóżku.
Sloane🪐
Normalność w wykonaniu Cartera wyglądała interesująco. Poranek, który spędzili przy śniadaniu był taki prostu i łatwy, a ich nie sięgnęły żadne problemy. Zachowywali się jak zwykła para, jakby robili to od dawna. Wspólna kawa, przygotowane przez Cartera śniadanie. Długo to nie mogło trwać. Pare dni może, ale nie dali y rady ciągnąć tego w nieskończoność.
OdpowiedzUsuńSloane naprawdę chciała wierzyć, że będą mogli sobie pozwolić na takie spokojne życie. Było to naiwne myślenie. W końcu doskonale wiedziała, jak wygląda ich życie i że żadne z nich nie jest spokojne. Spokój pojawiał się na krótki ułamek, a potem wracał ten znajomy chaos, w którym odnajdowali się najlepiej. Nie potrafiła funkcjonować, kiedy było spokojnie. Sądziła, że spokój to właśnie to, czego potrzebuje najbardziej, ale ciągnęło ja do adrenaliny. Do hałasu i niepewności.
Wczesnym południem dostała wiadomość od Clary, se natychmiast ma się zjawić w jej biurze. Nie wyjaśniła nic. Była stanowcza i nie pozwalała na to, aby Sloane z nią negocjowała. Musiała się tam pojawić, a jeśli nie przyjdzie to ją do tego zmusi. Nie miała ochoty się z nimi kłócić. Miała za sobą rozmowę z Jamesem i to był ostatni raz, kiedy go widziała. Cartera również nie widziała. Można było uznać, ze Sloane unikała wszyskich. Przeżywała po swojemu to, co się działo i nie miała chęci na ludzi. Ale słowa Clary wzięła na poważnie. Zbliżały się festiwale i występy, może ktoś się wycofał. Może trzeba było coś dopracować.
Pojawiła się na miejscu godzinę później. Biuro menadżerki Sloane mieściło się na trzydziestym piętrze na dolnym Manhattanie. I przesiąknięte było chłodem. Ale nie tym płynącym z klimatyzacji, która chodziła na najwyższych obrotach. Jak tylko się zjawiła w biurze to wiedziała, ze coś jest na rzeczy. Było tu za dużo osób. Clara, która paliła cienkiego papierosa przy oknie. Mimo zakazu, ale to był jej cichy bunt. Julie ze złością w oczach, która jednak jakoś kontrolowała. Publicystka Sloane, Morgan nie odzywała się słowem. Tylko klepała coś w laptopie. Jej prawnicy, księgowy. Coś jej tutaj nie grało.
— Powie mi ktoś o co chodzi? — Sloane usiadła na skórzanym fotelu. Starała się nie denerwować, ale jak miała zostać spokojna, kiedy wszyscy mieli miny jakby właśnie kogoś zabiła.
— Nie wiem, pani Crawford. Może Ty nam powiesz o co chodzi.
Głos Julie przesiąknięty był jadem. Z naciskiem wypowiedziała słowa „pani Crawford”. W sposób, który sugerował, ze są one oblegą. Sloane otworzyła szeroko oczy, jakby nie do końca wierząc w to, co słyszy.
— Co? O czym Ty mówisz? — Warknęła od razu przechodząc w tryb obronny. Jak przez mgle pamiętała po co lecieli do Vegas i głupie komentarze Cartera, aby się pobrali. To był jego pomysł, ale kiedy? Nawet tego nie pamiętała.
— Jakbyś odbierała własną pocztę to byś wiedziała. Dostałaś certyfikat ślubu. Z Carterem. Z twojego pierdolonego Vegas. — Clara wycedziła każde słowo przez zęby. Zawsze zachowywała spokój, ale teraz było trudno. Siwy dym unosił się nad jej głowa. Zaciągnęła się mocniej papierosem. Unikała spoglądania w stronę Sloane. — Ze wszystkich rzeczy, które zrobiłaś ta chyba zaskakuje mnie najbardziej.
Sloane patrzyła na Clarę z niedowierzaniem w oczach. Przecież to nie było możliwe, aby wzięli ten cholerny ślub. Kiedy niby? W którym momencie do tego doszło? Sloane próbowała sobie przypomnieć, ale nie potrafiła. Za nic nie mogła przywołać w pamięci tego momentu, kiedy powiedziała te cholerne „tak”.
— Nic jeszcze nie przeciekło do sieci, ale to kwestia czasu. Cud, że utrzymało się to w sekrecie tyle czasu.
Przecież od Vegas minął ponad miesiąc. Nawet lepiej, a to dopiero wyszło na jaw? Skuliła się w fotelu, jakby to miało ją uratować przed tym co nadchodziło. I wtedy pojawiła się krótka myśl czy James też już wie. Jego mina wyświetlała się jej przed oczami, kiedy mu mówiła o Carterze co jakiś czas, a teraz… Odruchowo rozejrzała się po gabinecie, czy nie ma go gdzieś w pobliżu.
—To… Nie pamiętam tego. Nie wiem…
Usuń— Och, oczywiście. Nigdy niczego nie pamiętasz, to nigdy nie jest twoja wina. Tylko zawsze kogoś innego, prawda?
Fletcher zacisnęła zęby. Nie pamiętała, bo była naćpana cholera wie czym i w jakiej ilości. Julie wbijała w nią mordercze spojrzenie. Clara była zrezygnowana, a Morgan siedziała w milczeniu. Skupiona na cichej rozmowie z prawnikami i księgowym. Szeptali coś między sobą. Nie słyszała konkretnych słów i właściwie nie przysłuchiwała się tej rozmowie.
— To nie miało być na poważnie — odezwała się cicho. Wzrok wbiła w blat ciemnego stołu. — Żart…
— Żart? To miał być żart? — Julie zaśmiała się gorzko. — Ślub z facetem, którego przez dwa tygodnie wyklinałaś to żart?
— Odwal się od mojego życia prywatnego — syknęła. Nieszczególnie miała jakąkolwiek prywatność. Zawsze ktoś gdzieś był. Znajdował się w pobliżu i próbował kontrolować to, co robi. Każdy aspekt. Kiedy ćwiczy, co je i w jakiej ilości. Cholera, raz próbowali nawet wymusić na niej jakie zasłonki ma mieć w sypialni. — Z kim się umawiam nie powinno was interesować.
— I nie interesuje. Uwierz, ale kiedy płaczesz po kątach przez tego człowieka, a potem się okazuje, że jesteście małżeństwem to ciężko się tym nie interesować. Wróciłaś do niego równie szybko, co od niego uciekłaś. Dobrze, że przynajmniej z tym drugim nie wzięłaś ślubu, bo dopiero byś nam skomplikowała życie.
— Zamknij się, Julie — warknęła Sloane niemal podrywając się z miejsca. Obie kobiety patrzyły na siebie intensywnie i z wzajemną niechęcią. — Nie masz pojęcia o czym mówisz.
— Obie się zamknijcie! — Wtrąciła Clara. — Julie, proszę skocz po kawę. Pęknie mi głowa od waszych wrzasków. Zaire ma się tu zaraz pojawić. Musimy się zastanowić co z tym zrobić.
— Może przy okazji skoczę po szampana? W końcu niektórzy mają miesiąc miodowy, prawda?
Wbiła spojrzenie w ścianę. Dalej towarzyszyły jej hałasy rozmów. Szuranie krzesełkami przy stole. Stukanie w laptopa. Ciche mruczenie klimatyzacji. W głowie miała chaos, którego nic nie mogło zatrzymać. Było w niej za głośno. Wszystko krzyczało na raz. Jakieś marne wspomnienia z Vegas, które nic dla niej teraz nie znaczyły. Znów gdzieś w tym wszystkim James. Ona i Carter w penthousie. Coś białego, może welon albo kolejna kreska – ciężko było stwierdzić. Podciągnęła nogi pod siebie, kompletnie się wyłączając z rozmów. Te były prowadzone obok niej. Nauczyła się, że i tak nie ma tu nic do powiedzenia. Mogła tylko zgodzić się na wymyślony plan ratowania wizerunku.
Sloane nawet nie drgnęła, kiedy przez masę innych głosów rozbrzmiał ten znajomy. Nie spojrzała w jego stronę, kiedy coś do niej rzucił. Siedziała przy stole, ale zachowywała się tak, jakby jej tutaj nie było.
wifey
Szczerze mówiąc Sloane miała na ten cały ślub wyjebane. To był tylko papierek, który podpisało będąc mało trzeźwi. Dalej nie wiedziała, w którym momencie tak naprawdę to się wydarzyło. Kompletnie nie przypominała sobie tego, że wybrało się do jakiejś kaplicy. Musiało być to między willa, a bawieniem się w Ivy i Travisa. Wcale nie byłaby zdziwiona, gdyby to był pomysł Ivy, aby przypieczętować znajomości zawarte w Vegas. Tak, to zdecydowanie było po imprezie w willi. Pamiętała, może aż nazbyt wyraźnie, że w penthousie jeszcze się go pytała czy dalej zamierza ja poślubić.
OdpowiedzUsuńNo najwyraźniej zamierzał.
Męczyła ja inna kwestia. Bo przed Vegas wszystko było inne. Przed Włochami również. Te dwa miejsca ja zniszczyły kompletnie. Fizycznie i emocjonalnie. Dwie różne osoby, a wróciła tak samo zdemolowana. Jak nie gorzej.
Była rozdarta między dwoma facetami. Których zdawało się, ze kocha na swój sposób. Albo przynamniej bardzo lubi. Rzucała słowami „kocham cie” w ostatnim czasie na lewo i prawo, a nawet nie była pewna czy naprawdę tak czuje. Carter chyba nieszczególnie się przejmował tym, ze Sloane może być nie do końca szczera ze swoimi uczuciami. Jakby on był w pełni i ze wszystkim szczery, nie?
— Zdajecie sobie sprawę z tego, ile to tworzy problemów? — Wtrącił jakiś facet w garniturze. Sloane powinna była znać jego imię, ale teraz był jedynie kimś z wielu.
Tłumaczyli jej to przez cały czas, jak tu siedziała. O podziale majątku, o tym, ze przy ewentualnym rozwodzie, bo na unieważnienie było już za późno, mogą wyjść ogromne cyrki, gdyby Carter miał chęć na jej pieniądze. Albo na odwrót. Niby ich słuchała, ale to wszystko jakoś do niej nie docierało. Mówili językiem, którego Sloane nie znała. Zbyt prawniczy i profesjonalny. Często pretensjonalny, bo przecież jak ona mogła popełnić taka głupotę.
Obserwowała Cartera, gdy tu wchodził i nie wierzyła własnym oczom, a jednocześnie właśnie tego się spodziewała. Kompletnego braku zainteresowania z jego strony i tego cynicznego podejścia, które sama powinna była mieć. I gdyby nie to, co działo się w jej głowie, wyśmiałaby teraz każdego. Ba, poszłaby kupić sobie cholerną obrączkę i pierścionek zaręczynowy.
— Masz racje. Tu chodzi o nią. W dupie mam, jak Ty na tym wyjdziesz. Moim zadaniem jest dbanie o Sloane. — Clara nie opuściła wzroku, gdy mówiła do Cartera. Była wkurzona, ale opanowana. W przeciwieństwie do Julie, która z boku wyglądała jakby chciała zamordować nie tylko Crawforda, ale również i jego najnowszy nabytek w postaci żony. — I jeśli na tym złe wyjdzie, zabiorę cie na dno razem z nią. Tylko po to, aby mogła się od Ciebie odbić.
Kobieta posłała mu przy tym tak szczery uśmiech, ze nie dało się przejść obok tego obojętnie czy nawet wkurzyć na jej słowa. Bywała często drażniąca, ale nie można było odmówić jej tego, ze szczerze zależało jej na Sloane. Możliwe tez, ze na kasie, która Sloane generowała.
— Jesteś problemem. I o tym wiesz. — Wskazała na niego palcem. Usiadła na brzegu stołu kawałek od Cartera. — Ona przez Ciebie tez się nim staje.
— Dzięki — wymamrotała pod nosem. Wyglądała jakby ich nie słuchała, ale każde słowo do niej docierało.
— Nie obrażaj się, Sloane. Dobrze wiesz, ze tak jest. — Nawet na nią nie spojrzała. — Nie pozwolę, żebyś ściągnął ja na samo dno. Jeśli masz ochotę… śmiało. Rób ze sobą co chcesz, ale od niej będziesz trzymał się na dystans. Może i jest dorosła, ale nie ma pojęcia co robi w życiu. Ostatnie jej życiowe decyzje są tego przykładem.
— Zresztą, patrząc na was odnoszę wrażenie, że tobie również daleko do dorosłego.
UsuńSloane obserwowała tylko, jak raz odzywa się Clara, a potem Zaire. Prowadzili te rozmowę między sobą, jakby reszta ludzi nie istniała. Opuściła nogi z krzesełka na podłogę, a paznokciami zaczęła stukać o stolik. Potem sięgnęła po kopie certyfikatu.
Sloane Fletcher-Crawford
Kącik jej ust lekko drgnął. Pomijając te całe emocjonalne zawirowanie to było całkiem śmieszne. Nawet bardzo śmieszne.
Kiedy podniosła wzrok zatrzymała się na Carterze. Chociaż a tej chwili miała wrażenie, ze ma przed sobą Zaire. Tego, który wciągał ja w najgorsze gówno. A ona mu się nie opierała.
Obracała certyfikatem w dłoni. Powoli i z namysłem, jakby się nad czymś głęboko zastanawiała.
— Właściwie… Crawford to ładne nazwisko.
Wzruszyła lekko ramionami i rzuciła kartka na stół. Oparła się o fotel. Brakowało tylko, żeby zarzuciła nogi na stół. Ale miała na sobie krótka spódniczkę, a jakoś nie uśmiechało się jej, aby ktoś poza Carterem wiedział jakie na tyłku ma majtki.
— Nie wiem. Szczerze? Mam to w dupie. Rozwiedźcie nas, nie róbcie tego… Moje zdanie się tu w ogóle liczy, czy mam się ślepo zgadzać na to, co sobie wymyślicie?
— Oczywiście, ze się liczy. Tylko, Sloane, ostatnio Twoje decyzje są ryzykowane. Lekko mówiąc.
Clara brzmiała na opanowana. I wyglądała na taka. Najwyraźniej ten papieros wcześniej ja uspokoił.
— Przynajmniej jeszcze żyje.
— Jeszcze. Niedawno próbowałaś skakać z balkonu, czyż nie?
Jezu, czyli im się wygadał. Albo dowiedziała się z innego miejsca. Przewróciła oczami, jakby to było nic wartego wspominania. Bo w sumie nie było warto o tym mówić. Nic się nie wydarzyło.
— Chce pogadać z Carterem sama. — Oznajmiła. Bez dodatkowych świadków i ludzi, którzy by wywierali na niej presję. — W końcu to mój mąż, racja? Zasługujemy na chwile prywatności.
Sloane🫧
Miała dość bycia traktowana jak dziecko, a jednoczenie dawała im kasę powodów, aby ciągle ktoś trzymał ja za rękę i prowadził za sobą. Jakby była niezdolna do podejmowania samodzielnych decyzji. Czasami faktycznie wychodziła lepiej na tym, ze decydował za nią ktoś inny. Tym razem również dobrze by jej zrobiło, gdyby oddała pałeczkę Clarze. Ona wiedziałaby co robić. Ona wie co robić. Tylko Sloane była zbyt uparta, aby tak po prostu odpuścić.
OdpowiedzUsuńSłuchała wymiany ich zdań, która nijak się dziewczynie nie spodobała. Clara prosząca Zaire o przysługę? Chcąc nie chcąc, ale jak umysł poszedł w te ciemne rejony. Ale zaraz odrzuciła od siebie te myśli, bo fakt, ze Clara mogłaby być w coś zamieszana był absurdalny.
Sloane podniosła się z fotela. Wzięła tylko swój telefon i klucze od auta, chociaż wątpiła, ze dziś zabierze auto z parkingu. Nie chciała tutaj dłużej już siedzieć. Słuchać ich biadolenia i brać w nim czynny udział. Miała zwyczajnie dosyć. Mogli sami zadecydować co dalej albo zostawić to tak, jak było. Na dobra skrawa to Sloane była tutaj zbędna.
— Pani Crawford, jak już — poprawiła go. Brzmiało to dziwnie i nietypowo, a jednocześnie pasowało idealnie. Sloane leży okazji całkiem dobrze się bawiła. To już nie było nawet udawanie, ze bawią się w kogoś innego. Ona naprawdę stała się kimś innym. Może nie Ivy, ale kimś równie ekscytującym.
Wyszła z Sali konferencyjnej i odetchnęła z ulga. Nie czując już na sobie dziesiątek spojrzeń czuła, ze może oddychać. Pełną piersią i tak, jak robiła to przedtem.
Sloane spojrzała na Cartera, ale ten w ogóle nie wydawał się być tym przejęty.
Przebywanie z nim sam na sam dawało jej trochę tej energii i oderwania się od rzeczywistości.
— Wiedziałeś? — W jej głosie nie było oskarżenia. Była szczerze ciekawa, czy pamiętał ich wycieczkę do kaplicy. Bo Sloane niczego nie pamiętała. Nie było zdjęć w telefonie. W zasadzie wszystkiego z Vegas się pozbyła. Dużo tego nie było, a przez większość czasu telefon miała wyłączony właśnie po to, aby nikt nie mógł jej zbyt szybko znaleźć.
— Jestem głodna. Ty? Zjadłabym sushi. Chodźmy na żarcie i obgadany nas stan cywilny.
Albo nie obgadają. Różnie mogło być.
— Jeśli przy tym zostajemy to chce pierścionek zaręczynowy i obrączkę. I będziesz musiał ja nosić, a jeśli nie to ci ja przykleję na super glue.
Uśmiechnęła się słodko. Jakby właśnie go informowała o tym, ze upiekła babeczki z jego ulubionymi owocami. Nie miała pojęcia jakie owoce Carter lubił. Ani czy w ogóle jakieś lubił. Cóż, może małżeńskie życie miało jej przynieść odpowiedzi na te wszystkie pytania.
Sloane💍
— Dupek.
OdpowiedzUsuńWiedział. Widziała to w jego spojrzeniu, w którym kryło się wiele emocji, ale niekoniecznie związanych z ta sytuacja. Sloane nie była zła. Może powód miała, ale cholera, byłoby miło wiedzieć o tym wcześniej. Albo tylko sobie wmawiała, że wiedział, bo tak było łatwiej zwalić na kogoś winę.
Sloane nie oczekiwała od niego, że będzie głaskał ja teraz po głowie i mówił, ze wszystko się jakoś ułoży. Mogli się w każdej chwili rozwieść i udawać, że sytuacja nigdy nie miała miejsca. Ale wiedziała, że żadne z nich wcale tak łatwo odpuszczać nie zamierzało.
— To nie była obietnica, Zaire. Jak mamy się w to bawić to na moich zasadach. — Odpowiedziała. Z jednej stront uwierzyła tamtego poranka w każde słowo, które jej powiedział. W to, że naprawdę chce z nią być i pragnie przyszłości z nią. Z drugiej strony Sloane przecież wiedziała, że Zaire nie jest typem „i żyli długo i szczęśliwie”. — Bądź grzeczny, jeśli nie chcesz skończyć oklejony klejem.
Ostatnie czego się w tych dniach spodziewała to tego, że zostanie czyjąś żona. Takiej opcji nie brała pod uwagę nawet w ciągu najbliższych pięciu lat. Ani dziesięciu. W ogóle nie brała tego pod uwagę. Koncept małżeństwa był dla niej idiotyczny. A patrząc po rodzinnych historiach to Sloane miała niskie szanse na to, aby znaleźć męża, z którym wytrzyma do „i będę kochać się aż do śmierci”.
— Chodźmy zjeść.
Nie chciała tu dłużej stać i dyskutować. Zastanawiać się nad tym co w tej sytuacji zrobić. Wybór był prosty — zostają małżeństwem albo biorą rozwód. To drugie mogło być skomplikowane, ale to przecież nigdy tak naprawdę nie miało być jej zmartwienie.
Przeglądała w telefonie ofertę najbliższej knajpy sushi, ale niespodziewanie Carter pociągnął ja w zupełnie inna stronę. Była początkowo zdezorientowana, co mężczyzna planuje. Ale nie pytała się o nic, bo odpowiedź zaraz pojawiła się sama z siebie.
— Poważnie? Mieliśmy to załatwić po jedzeniu — zauważyła, ale uśmiechnęła się pod nosem. Najwyraźniej jednak to nie było coś, co muszą obgadać po żarciu.
Pracownica sklepu jubilerskiego wydawała się być zaskoczona taka nagła decyzja Cartera. Nie zwlekała tylko wyjmowała poszczególne szkatułki.
— Podoba mi się, jak nazywasz mnie swoją żona — powiedziała. Przylgnęła do boku mężczyzny, co można byłoby z boku uznać za romantyczni gest. Tyle, ze im obojgu daleko było do romantyków.
Ułożyła dłoń na jego torsie, kiedy przeglądali przestawione im obrączki. Sloane nie miała nawet okazji, aby zaprotestować czy wybrać taka, która jej się spodobała. Decyzje podejmował Zaire, ale cholera, musiałaby skłamać, gdyby powiedziała, ze się jej nie podobają.
— Chcemy pudełka. Weźmiemy je osobno. — Wtrąciła Sloane. Kobieta wyglądała, jakby przez moment nie wiedziała kogo ma się posłuchać. Sloane czy Zaire.
Spoglądała na mężczyznę z lekkim uśmiechem, kiedy ujął jej dłoń. Gdyby nie patrzeć na to, gdzie się znajdowali to można byłoby uznać te scenę za całkiem romantyczna.
W milczeniu obserwowała, jak Zaire wsuwa na jej serdeczny palec obrączkę. Możliwe, ze nawet na moment wstrzymała oddech, kiedy to się działo. Odetchnęła znacznie głębiej, gdy poczuła jej ciężar na palcu. Czuła się… dziwnie. Trochę jak nie na miejscu. Cholera, miała dwadzieścia dwa lata i została czyjąś żona. I nawet tego nie pamiętała. Przecież to był materiał na film, a nie na prawdziwe życie.
— Oficjalnie jestem twoja — powiedziała szeptem. Z drżącym głosem, choć nie wiedziała co jest jego powodem. Sięgnęła po drugi pierścień, lekko nim obracając w palcach, aż a końcu z niezwykła uważnością wsunęła go na palec serdeczny mężczyzny. — I oficjalnie jesteś mój.
To była absurdalna sytuacja. Naprawdę, nie wierzyła że są małżeństwem.
— Proszę w takim razie zabrać swoją panią Crawford na jedzenie. Mamy co świętować.
Ułożyła dłoń na jego karku i przyciągnęła go do siebie. Pocałowała go krótko, ale zmysłowo. Tak, aby poczuł, że Sloane z tym nie żartuje.
— Poprosimy jeszcze pierścionek zaręczynowy. Taki, aby pan Crawford był zadowolony i wszyscy wiedzieli, ze nie żałował ani centa na swoją żonę.
UsuńMusnęła paznokciami jego kark i lekko się uśmiechnęła. Mogli mieć obrączki, ale bez zaręczynowego się stąd nie ruszy.
Wifey💍❤️🔥
— Tak, Zaire. Wszyscy mają wiedzieć.
OdpowiedzUsuńSama chyba nie do końca była świadoma, co właściwie robi ani po co. I było to bez znaczenia, bo Sloane dobrze się teraz bawiła. Mogła albo dalej siedzieć w ciszy i płakać nad swoim losem, który sama sobie zresztą wybrała. Albo dobrze się z tymi decyzjami bawić. To przecież jeszcze nie był koniec świata, prawda? Zależało jej na Jamesie, owszem. I w głębi naprawdę żałowała, że nie była lepsza, ale najwyraźniej tak musiało być. Miała teraz Zaire’a, z którym… Cóż, ale przyszłość była jedną wielką niewiadomą. Na ten moment jednak zamierzała dobrze bawić się w teraźniejszości, a dopiero później myśleć nad tym, co będzie dalej.
Większego wyboru z pierścionkiem nie miała, ale to miał być w końcu jego wybór. Spory, błyszczący i cholernie drogi pierścionek znalazł się na jej dłoni. Sloane wyciągnęła ją przed siebie, aby się uważniej temu zestawieniu przyjrzeć. Pasował do obrączki, która równie mocno błyszczała na jej dłoni. To się naprawdę działo. To wszystko między nimi… Ten ślub. Nie byliby tu, gdyby za moment Zaire chciał to odwołać, prawda? Jednocześnie oboje zmieniali zdanie co pięć sekund. Nazajutrz mógł chcieć, aby podpisała dokumenty rozwodowe, a ona by to zrobiła bez marudzenia. To chyba nie było najkrótsze małżeństwo. Musiała to wygooglować.
— Podoba.
Może nie w pełni to był jej gust, ale hej – przecież sama chciała, żeby to Carter wybierał. Ona nie miała tutaj nic do gadania. Zresztą, pierścionek był naprawdę boski i robił wrażenie, a przecież o to w tym wszystkim chodziło.
— Lepiej, aby gapili się na pierścionek niż na tyłek, nie? — Uniosła lekko brew. Pierścionek zdecydowanie przykuwał uwagę. I bardzo dobrze. Nie pokazałaby się z jakimś skromnym, który by raczej wyglądał na jej dłoni śmiesznie. Wątpiła też, że jej mąż, to jeszcze długo będzie dziwnie brzmiało, również się na to zgodził.
Błyski fleszy przedzierały się jeszcze przez szyby, kiedy byli w środku i wybierali pierścionki. A raczej, kiedy to Carter je wybierał. Sloane nie miała tu zbyt wiele do powiedzenia. Jakoś nie pomyślała o tym, że może tak być już przez większość czasu. Że przestanie mieć głos i po prostu będzie musiała się dostosować. Na ten moment jej to odpowiadało. Głównie dlatego, że miała gdzieś to, jakie pierścionki nosi. Chciała tylko dostać błyskotkę, którą będzie mogła się pochwalić.
Sloane nic nie mówiła, kiedy wyciągnął ją przed fotografów. Przekrzykiwali się, aby zrobić zdjęcie z jak najlepszej perspektywy. Fletcher zrobiła to, co robiła najlepiej – uśmiechała się szeroko i wesoło, jakby właśnie spełniła swoje największe marzenie. Pierścionek i obrączka zaskakująco dobrze współgrały na jej dłoni.
Jej uwagę przykuł Zaire, kiedy się nad nią nachylił. Głośno oznajmił, jaką to zadowoloną żoną teraz jest, a potem ją pocałował. Tak, że zabrakło jej tchu. Niejako, jakby na pokaz i byle tylko ujęcie było lepsze, ale to było bez znaczenia. Sloane się tym w ogóle nie przejmowała. Odwzajemniła pieszczotę, wbijając palce w jego ramiona i przylegając swoim ciałem do Cartera.
— Pamiętam. — Szepnęła cicho, bo ta wymiana zdań miała być tylko dla ich dwójki. Nie dla paparazzi, nie dla fanów, którzy potem będą mogli w editach tego używać.
Wiedziała, że informacja o nich rozniesie się z prędkością światła. Ale nie sądziła, że będzie to miało miejsce tak szybko.
— Poważnie? — Zaśmiała się. Ale nie zamierzała protestować, jeśli chodziło o zdjęcie.
Ustawiła się tak, aby jak najlepiej wyjść. Przykładając dłoń do twarzy, aby mogli pochwalić się dodatkowo pierścionkiem. Sloane nie zamierzała się z tego wycofać czy udawać, że teraz nie chce tego wszystkiego. Dopiero przecież zaczynali, prawda?
— Bardzo mi z tym dobrze — odpowiedziała z szerokim uśmiechem — poza tym, czy ja wiem, czy ślub to taki dramat? Ludzie się pobierają codziennie na świecie, ale jak my to robimy to nagle jest źle?
Sloane sobie nie zdawała sprawy, że w ich przypadku to nie jest takie łatwe, jak z regularnymi ludźmi. Ona była zobowiązana różnymi kontraktami, które miały masę małego druczku, którego nigdy nie czytała.
Nie wiedziała co prawda, co jej ślub miał wspólnego z kontraktami z markami, ale jakoś też wiedzieć Sloane nie chciała. Tym mogli zająć się prawnicy i cała reszta. Ona zamierzała dobrze się bawić. Tak długo, jak to tylko możliwe.
UsuńWyciągnęła swój telefon, aby skomentować pod zdjęciem Zaire’a.
Na dobre, na złe… i na kłopoty. 🔥💋
Link do postu wrzuciła na swoje stories. Wszystko działo się szybko, a ona była zalewana dziesiątkami tysięcy komentarzy. Do wieczora będzie tego jeszcze więcej. I dobrze.
— Yup. Cały świat wie.
Zaśmiała się, bo naprawdę dalej w to nie wierzyła. Miała męża. Ona. Sloane Fletcher. Co prawda zdobytego w pokręcony sposób, ale… Ale jednak go zdobyła.
Splątała ich dłonie razem. Jak na znak, że jest tuż obok i się nigdzie nie rusza.
— Jak się Zaire czuje z tym, że po wieczność utknął z jedną laską?
Miał tyle szczęścia, że Sloane ze swoimi zmianami nastroju mogła mu robić za dziesięć różnych lasek.
Slo
W salonie na białym stoliku stał ogromny, wręcz teatralny bukiet kwiatów razem z karteczką ”Na nową drogę życia. Obyś nie potknęła się na pierwszym zakręcenie. Tata & Bethany”. Całość obwiązana była czarną, satynową wstążka. W tej ciężkiej kompozycji dominowały czesne róże, które nadawały całości dramatyczny charakter. Między nimi wplecione były gałązki eukaliptusa i ciemnych, połyskujących liści, które tylko ten efekt pogłębiały. Ciężkie, ciemne kwiaty kontrastowały z rozkwitającą pastelowa orchidea. Subtelne i drobne kwiaty jaśminu dodawały delikatności i niosły za sobą słodki, rozpoznawalny zapach. W całość wpleciono również lawendę, jej fioletowe akcentu przełamywały czerń i burgund, dzięki czemu bukiet nabierał baśniowego akcentu. Bukiet był jedynym przejawem zainteresowania jej nowym życiem ze strony rodziny. Matka się do niej nie odzywała – poza tym jednym razem, kiedy Sloane łaskawie odebrała telefon i wysłuchała całej litanii o tym, jaka to nieodpowiedzialna jest. Stwierdziła, że ma nie wracać, dopóki nie pójdzie po rozum do głowy i skończyła słowami „jesteś tak sama jak ojciec”.
OdpowiedzUsuńMoże i była. O czym nie zapomniały media, bo gdy już pisali o Sloane i Zaire wspominali również o jego wielu małżeństwach i partnerkach. Sloane nie zamierzała prześcignąć ojca w ilości małżonków, a chociaż wątpiła, że ten związek będzie trwał, dopóki śmierć ich nie rozłączy, to kolejnego pierścionka już sobie wcisnąć, raczej, nie da. Sloane musiałaby tez skłamać, gdyby powiedziała, że ten chaos jej nie pasuje. Cholernie jej pasował. To zainteresowanie jej osobą, raz się zachwycali, aby po chwili pisać o niej jak o nieodpowiedzialnej dziewczynie, która szuka rozgłosu. Jakby naprawdę potrzebowała więcej rozgłosu. Miała go dostatecznie wiele przed ślubem, a po? To był miły efekt uboczny. Zwiększyła się liczba odsłuchań na platformach streamingowych, wpadło więcej obserwatorów na Instagramie. Pojawiały się propozycje wywiadów – tych wspólnych, jak i osobnych. Okładki, sesje, było tego multum. Współpracę również się pojawiały, a Sloane miała w czym przebierać.
Podkręcała to wszystko nagrywając z Zaire TikToki, wrzucając z nim relacje na Instagrama. Korzystała z tych dodatkowych pięciu minut sławy. Chciała wykorzystać to na maksa, aby potem niczego nie żałować.
Robiła akurat kawę, a Rue siedziała na krześle opierając przednie łapki o stolik. W tle leciała cicho muzyka. Blondynka kręciła lekko biodrami klikając na ekranie ekspresu. Nuciła sobie pod nosem, nie zastanawiając się za bardzo nad tym, czy ktoś teraz ja odwiedzi. Rude uszka Rue były nastawione wysoko, a głośny szczek rozległ się po mieszkaniu, kiedy drzwi wejściowe się otworzyły. Sloane nawet nie była pewna, kiedy dała mu dostęp do swojego mieszkania. To się po prostu stało.
Fletcher nie zdążyła zareagować. Mruknęła głośno, kiedy poczuła jego usta na swoich. Ciepło rozlało się po jej ciele, a Sloane odwzajemniła pieszczotę. W akompaniamencie szczekającej między ich nogami Rue, która zdążyła polubić Zaire’a. No cóż, miały ze Sloane najwyraźniej ten sam gust do facetów.
— Dzień dobry, panie Crawford — wymieszała, kiedy się od siebie oderwali. Zaraz zainteresowała się jednak Gazeta. Sięgnęła po nią, ignorując biegająca z radości suczkę. — Zajebiście wyglądaliśmy wtedy — skomentowała. Nawet nie czytała więcej poza nagłówkiem. Była ewentualna wycena pierścionka, zbliżenie na niego i głośny nagłówek.
— Dobrze wiesz, że mi się to podoba — odpowiedziała. Było wiele rzeczy, których nie udało im się ogarnąć, wiele prawnych, ale jakoś nie miała sił ani ochoty się tym przejmować. Miała od tego Clarę, która stawała na rzęsach, aby jakoś to wszystko odkręcić, a Sloane się wcale nie spieszyła do unieważnienia małżeństwa. Wręcz przeciwnie. Chciała to ciągnąć dalej.
— Obojgu się nam to podoba — dodała.
Uśmiechnęła się zadowolona z siebie. Oboje z tego coś mieli, trzeba było to dobrze wykorzystać. Zwłaszcza, że to przecież wiecznie trwać nie będzie.
Sloane uznała, ze kawa już jej najwyraźniej potrzebna nie będzie. Może to i lepiej, bo wino zdawało się być o wiele lepsza opcja. Blondynka tez nie pomyślała o tym, ze w barku może leżeć coś należącego do Jamesa. Zapomniała o tym jakoś i dopóki Zaire o tym później nie wspomniał, w ogóle nie pamiętała. Starała się wyrzucić Jamesa z głowy. Tylko, gdzie nie spojrzała to widziała go w swoim mieszkaniu. To miejsce nim przesiąknęło. Widziała go w swojej kuchni, kiedy kręcił się rano i robił jej kawę, bo biegła spóźniona na jakieś spotkanie, a nie było nikogo w pobliżu. W salonie, w którym często siedział w milczeniu. W swojej sypialni, w której był jeszcze pare dni temu i sprawiał, że świat dla niej przestał mieć znaczenie. Teraz już go nie było.
UsuńLekko drgnęła, kiedy zobaczyła scyzoryk. Inicjały zdawały się teraz płonąć na czerwono. Zacisnęła krótko zęby, ale nie chciała dać po sobie niczego poznać. To było w przeszłości. Jej przyszłością był teraz Zaire. Jej mąż. Człowiek, któremu powiedziała „tak”, chociaż dalej tego nie pamiętała.
Wspomnienia przebiegły jej przez głowę w zastraszająco szybkim tempie. Zamknęła na chwile oczy, a kiedy je otworzyła jej spojrzenie było już inne. Spokojniejsze, luźniejsze.
— Za nas — potwierdziła. Lekko stuknęła swoim szkłem o jego, a potem upiła łyk wina. Słodkie, ale nie mdlące. W sam raz do opijania wielkich zmian w życiu.
Uniosła brew, gdy co usłyszała.
— Wprowadzić? Kupić mieszkanie?
Zaśmiała się, jakby nie wierzyła, ze jej to proponuje.
— W porządku. Chce sypialnie z przeszklona ściana. Wysoko w chmurach. I wielka wannę.
W zasadzie to wszystko było jej obojętne. Ale jeśli już mieli coś mieć razem to musiało być poprawnie.
Wywróciła oczami, gdy wspomniał o zostawianiu cudzych gratów. Nawet nie wiedział, że poza scyzorykiem James zostawił po sobie znacznie więcej. Nie tylko scyzoryk, a rozbił ją emocjonalnie. Stała się wrakiem i sama musiała się podnieść. Nie powinna była, ale winiła za to wszystko Harpera.
— Pewnie to zostawił przypadkiem. Nic czym się trzeba przejmować. — Wzruszyła ramionami. Było jej to obojętne. Przynajmniej teraz, ale wiedziała, ze jak Zaire pójdzie to schowa ten cholerny scyzoryk.
Podeszła do Crawforda. Wsunęła palce za pasek przy jego spodniach przyciągając go do siebie.
— Zazdrosny jesteś? — Uniosła lekko brew. Boże, jeśli był to to było bardzo miłe uczucie. — Po co mi jakiś tam ochroniarz, kiedy mam takiego męża, hm?
Wifey🌶️
Sloane z jakiegoś powodu uginała się za każdym razem, kiedy Zaire patrzył na nią w ten intensywny sposób. Wyczekująco, a jednocześnie jakby dawał jej przestrzeń, aby sama zadecydowałam ile i co mu da. Chociaż w rzeczywistości Sloane nie miała tak naprawdę żadnego wyboru. Może co najwyżej mogła wybierać między tym, co Zaire jej podsunął.
OdpowiedzUsuńNie odwróciła od niego wzroku, kiedy tak intensywnie się w nią wpatrywał. Może, gdyby go nie znała to te spojrzenie stałoby się przygniatające.
- Nie miałeś i nie masz. – Przyznała. Nie musiał przecież wiedzieć, że jeszcze nie do końca do siebie doszła po tym, jak James odszedł. Że chwilami na poduszce dalej czuła jego zapach, bo jeszcze nie zmusiła się do tego, aby zmienić pościel. Bo jeśli mogła to chciała jeszcze na jakiś czas go tu przy sobie mieć.
- Tylko wykonywał swoją pracę. – Wzruszyła lekko ramionami, jakby to teraz nie było nic istotnego. – Zresztą, już go nie ma. Możemy zmienić temat?
Zarzuciła mu ręce na szyje i przylgnęła bardziej swoim ciałem do jego. Był tutaj, mogła z tego skorzystać i spróbować zapomnieć, że był tu jeden taki, od którego nie umiała się odpędzić.
Sloane mruknęła, kiedy zderzyła się z krawędzią stołu.
Odetchnęła trochę głębiej. Lustrując mężczyznę wzrokiem. Swojego męża.
- Zostań dziś – poprosiła. Nie wiedziała, gdzie uciekał i chyba lepiej, żeby nie wiedziała dokąd chodził. – Zostań i obudź się rano obok mnie. Chcę zasypiać i mieć cię obok. Nie parę razy w tygodniu. Nie chcę się dzielić tobą, być osobno. Zostań.
Ułożyła dłoń na jego karku, który lekko muskała. Cicho prosiła, aby jej nie zostawiał tutaj samej. Żeby został tam, gdzie powinien. Przyłapała się na krótkiej myśli, że Jamesa nie musiałaby tak prosić.
- Mhm, zdecydowanie musi. Zaniedbałeś mnie ostatnio. – Wypomniała. Ona zniknęła, on zniknął, ale to nie przeszkadzało jej w tym, aby zwalić winę na niego.
Wślizgnęła się na stół, niekoniecznie przejmując się tym, że może coś zwalić. Niecierpliwiła się, ale nie ponaglała go. Miał swoje tempo, którego nie zamierzał zmieniać.
- Pokaż mi, jak się za mną stęskniłeś – mruknęła muskając oddechem jego ucho. Ułożyła dłoń na jego klatce piersiowej i na tyle, na ile mogła lekko go odepchnęła. Uniosła kąciki ust, a wzroku nie odrywała od jego oczu.
Sloane rozchyliła nogi, a drugą rękę oparła o blat stolika.
- Tęskniłeś? Udowodnij.
Oczy Sloane błyszczały od emocji. Wciąż na karku czuła jego palce, ciepły oddech muskając skórę przy szyi. Jego mocne spojrzenie, które mogła przysiąc, że pociemniało i stało się jeszcze mroczniejsze niż było przed chwilą. Uparcie na niego patrzyła. Przybliżyła się lekko, sięgając ręka do jego spodni, które wraz z paskiem rozpięła sprawnie.
Oddychała już powolniej. Zadrżała od chłodu, chociaż nie była pewna czy to od temperatury czy może od jego spojrzenia, które stało się dla blondynki nieodgadnione.
Sloane🥀
— Czasem nie zaszkodzi ładnie poprosić.
OdpowiedzUsuńMoże musiała, a może nie musiała. Sloane chciała mu tym przekazać, jak bardzo potrzebuje bliskości kogokolwiek. A skoro Zaire nosił dumny tytuł „męża” to powinien przy niej wtedy być. Skoro nie mogła poprosić o to tego drugiego… Ma krótki moment zamknęła oczy. Jakby chcąc pozbyć się z głowy obrazu Harpera. Minęło dopiero pare dni, a ona już wariowała.
Kiedy je otworzyła znów widziała tylko Zaire’a. Właśnie tego potrzebowała. Skupić się na swoim mężu. Nie na człowieku, z którym nie miała określonej relacji.
— Proszę, Zaire — powtórzyła błagalnym tonem. Skoro lubił to nie zaszkodziło mu tego sprezentować, prawda?
Sloane skinęła głowa, przytakując mu gdy mówiła o zaniedbywaniu. Gdyby tylko wiedział, że tak naprawdę była całkiem dobrze zajęta nie patrzyłby się teraz na nią w ten sposób, a jego dłoń nie sunęłaby tak po jej udzie. W ogóle pewnie by go tutaj nie było. Sloane zamierzała dołożyć wszelkich starań, aby nigdy się o tym czy poprzednich razach nie dowiedział. Nie było sensu, aby wiedział. Czasami im mniej człowiek wiedział tym lepiej, a Fletcher nie miała ochoty na to, aby cokolwiek mu tłumaczyć. Wmawiała siebie również, że Zaire również ma tajemnice, o których jej opowiadać nie chce i tez pilnuje, aby Sloane się o nich nie dowiedziała.
— Jesteś mój. Chce, żebyś zawsze już był mój.
Musnęła opuszkami palców jego policzek. Tak delikatnie, ze równie dobrze ten dotyk mógł okazać się złudzeniem.
Ją sama przeszedł przyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Nie tylko od jego dłoni na jej udzie, ale słów, które uderzały dokładnie tam, gdzie należało.
— W tej rundzie to ja rozdaje karty — odpowiedziała z przekonaniem. Władza, którą wydawało się jej, że posiada była ulotna i niekoniecznie prawdziwa. Mogła nie być prawdziwa, ale te skrawki, które dawał jej mężczyzna były na ten moment wystarczające.
Blondynka nie zaprotestowała, kiedy bardziej rozchylił jej nogi czy ułożył na blacie. Lekko zadrżała od chłodu stołu, a jednocześnie czuła się rozgrzana przez bijące od Cartera ciepło.
Lekko przesunęła dłonią wzdłuż ramienia mężczyzny, kiedy się nas nią nachylił. Udami lekko objęła go w pasie. Oddychała ciężej, a serce mogła przysiąc, że obija się o jej żebra z zawrotną prędkością.
— Spełnij na razie ten obowiązek, a potem zastanowimy się nad resztą — mruknęła w odpowiedzi. Zniecierpliwienie przewijało się przez ton jej głosu. Uniosła biodra, jakby tym samym chciała mu przekazać, że nie chce dłużej czekać.
Wiele nie potrzebowała, żeby był jedynym, którego m teraz w głowie. Dostarczał jej wystarczająco dużo bodźców, żeby Sloane nie potrafiła skupić się na niczym innym, niż na nim. Jedynie na dłoniach czy ustach.
— Zaire — jęknęła w tym samym momencie, w którym jej ciałem wstrząsnął jeden z tych ostatnich dreszczu. Dłonie wyciągnęła przed siebie, jak w desperackiej próbnie znalezienia mężczyzny i przyciągnięcia go do siebie. Miała wrażenie, ze przez pare sekund świat nie istnieje i nie zarejestrowała tego, co dzieje się wokół niej. Dopiero gwałtowny pocałunek przywrócił ją do życia. Odwzajemniła go, a nogi mocniej oplotła wokół jego bioder, jakby chciała mieć pewność, że dzięki temu od niej nie ucieknie i nie zostawi jej tu znów samej.
— Mhm — przytaknęła gdzieś między pocałunkami, których przerywać nie miała najmniejszej ochoty. Była już mu w pełni oddana i zdana tylko na niego. — Kocham cie, wiesz? — Wyszeptała wprost między jego usta. Cicho, jakby właśnie powierzała mu jakaś tajemnice.
Sloane🍒
Była teraz wrażliwsza.
OdpowiedzUsuńŁatwiej przychodziło jej mówienie pewnych rzeczny, które na co dzień raczej trzymała dla siebie. Których nie wyrzucała z siebie z taka łatwością, jak teraz, gdy tak przed nim leżała.
Rozebrana, ale nie tylko z ubrań, a przede wszystkim z emocji. Carter miał ten dar, ze potrafił je z niej zdzierać z brutalnością. Sloane mu na to wszystko pozwalała. Rozrywał jej serce palcami, boleśnie i często się z tym nie spieszył, aby dokładnie czuła każdy jeden ruch. Nie potrafiła mi odmówić. Wracała po więcej, chociaż wiedziała, ze to się skończy katastrofa. Inaczej nie potrafiła. Inaczej nie chciała. Sloane kochała go na swój. I właśnie ta miłość ja przy nim tak trzymała. Widziała wiele czerwonych flag, które powinny ja odstraszyć, a tylko przyciągały bardziej. Sama miała ich w sobie multum i zdawało się jej, że Carter na to wcale nie patrzy. Na jej sprzeczne ze sobą zachowania, rzucanie szkłem w tył głowy – tam celowała, ale nie musiał przecież wiedzieć.
Carter dawał jej również od to, czego przez bardzo długiego czas blondynce brakowało. Zwrócił na nią uwagę, kiedy nikogo innego w pobliżu nie było. Pokazał jej, że może być najważniejsza na świecie. Ważniejsza od imprez, kumpli, całego tego bagna w którym się obracali.
— A co Ty robisz mi… — Musnęła dłonią znów jego policzek. Czule i delikatnie, jak na potwierdzenie, ze teraz będą już zawsze razem. — Mój mąż. — Mruknęła cicho, jeszcze potrzebując czasu, aby się do tego przyzwyczaić. Nazywania go a ten sposób.
Leżała pod nim z serem, jak na dłoni. Patrzyła ufnie w oczy z nadzieja, ze oni naprawdę mogą stworzyć razem coś pięknego. Skoro nie mogła mieć Jamesa, a Carter był tuż obok… To było nie w porządku, że tak balansowała między jednym, a drugim. Jednocześnie nie była w stanie z tego zrezygnować. Chociaż zdawało się, że James zadecydował za nią. Zostawiając ja wtedy bez słowa podjął decyzje, która miała wpływ na cała ich trójkę.
Drgnęła lekko, mocniej obejmując go udami. Jakby starała się do zatrzymać blisko siebie, aby jej nie zostawiał. Jakby się bała, ze on zaraz zmieni zdanie, a Sloane znów zostanie sama. Dawała radę funkcjonować sama, ale ostatnio był przy niej niemal ciągle ktoś i Carter tak mocno wszedł jej za skórę, że już nie chciała mieć dni bez niego. Skoro ”pozbyła” się jednego to mogła uczepić się tego, który jej naprawdę chciał.
Jeszcze nie chciała myśleć o tym, ze tu w rękę kuchni są zupełnie innymi ludźmi, niż na backstage po koncertach. Innymi wersjami Sloane i Cartera. Nie chciała wyobrażać sobie go z innymi kobietami. Zadowalającego fanki, którym się „poszczęściło”. Wystarczyła jej świadomość, ze widziała, jak wyglądał i zachowywał się po koncertach, kiedy w pełni nie zrzucił z siebie scenicznej maski. Mogła tylko mieć nadzieję, ze dla niej się zmieni. Ze będzie wystarczająca i ze na inna już nie spojrzy. Zamierzała się karmić wizja bycia jedyna tak długo, jak to będzie konieczne.
— Carter — westchnęła głośno, przy mocniejszym ruchu jego bioder. Paznokcie wbiła w jego ramię, a głowę z ciężkim od doznań jękiem odchyliła do tyłu.
Istniał teraz dla niej tylko on. Jego zapach, jego dłonie. Teraz w tej kuchni, na tym stole był dla niej wszystkim.
Karmili się nawzajem wyznaniami, od których kręciło się w głowie. Każde kolejne było lepsze od poprzedniego. Równie mocno wbijało się w głowę i serce.
— Nie wyobrażaj sobie. Nikogo innego poza tobą nie ma. — Skłamała. Tak lekko i słodko, że nie można było jej oskarżyć o kłamstwo. Nie, kiedy tak chętnie go w sobie przyjmowała, jak raz gładziła po ciele, aby po chwili zostawić ślady po paznokciach na plecach czy ramionach.
Gdyby tylko wiedział, że zaledwie pare dni temu jęczała imię innego. Innego błagała o więcej, przed kimś innym rozkładała nogi tak samo chętnie, jak przed nim w tak chwili. Nie wiedział i dowiedzieć się nie mógł. Nie była na tyle bezduszna, aby nie czuć żadnych wyrzutów sumienia, a jednocześnie czuła się usprawiedliwiona. Mówiła w końcu, prawda? Przyznała, są był ktoś jeszcze.
Nigdy nie zdradziła imienia. Nie wskazała palcem. Poinformowała tylko o istnieniu. Wiedziała, że Carter o nim nie zapomniał, a lekceważył. Bo Sloane była z nim. Bo to jego obrączkę i nazwisko nosiła.
UsuńWystarczyło ostatni, mocniejszy ruch, aby Sloane rozpadła się pod jego palcami. Jego imię zawisło na jej ustach, skóra kleiła się do stołu, a ciało jeszcze nie doszło do siebie. Rozluźniła nogi, które bezwiednie związały teraz ze stołu, a dłonią lekko gładziła jego kark.
— Żadnej więcej przerwy — poprosiła słabym głosem. — Carter… od teraz jesteśmy tylko my? Nikogo więcej, niczego więcej nie chce i nie potrzebuje. Tylko nas. Ciebie.
Sloane🌶️
W jej życiu zapanował czysty chaos.
OdpowiedzUsuńNie słuchała nikogo. Clary, Meave ani Julie. Nie było obok już Jamesa, a jakaś podróbka, ale już nie zwracała uwagi. Miała obok siebie Zaire, a to on był najważniejszy. Liczył się przede wszystkim i był nad każdym. Sloane nie miała potrzeby, a tak przynamniej myślała, żeby chcieć coś więcej od innych. Była obecna w momencie, chociaż tych wcale nie pamiętała. Jej życie przypominało teraz niekończąca się imprezę i zdawało się, ze opijanie mieszkania wcale nie mija, a trwa od dłuższego czasu.
Wszystko było teraz inne. Ich relacja również nabrała zupełnie innego wymiaru. Sloane miała wrażenie, że Zaire jest obecny teraz cały czas. Jakby musiał jej pilnować, aby nie uciekła czy nie oddaliła się za bardzo, a jej to pasowało. Bo chciała tej uwagi od niego. Wewnętrznie jej potrzebowała, jak powietrza do oddychania. Musiała go mieć tak blisko, aby niemalenie funkcjonować.
Zaire zmienił w jej życiu bardzo wiele.
Oferty z różnych firm sypały się co chwile. Jeśli ktoś z niej rezygnował, bo nowy partner był zbyt kontrowersyjny to na ich miejsce pojawiały się kolejne oferty. Często chciano ich razem, a oni nie protestowali. Dlaczego mieliby, prawda? Przecież właśnie o to im chodziło. Rozgłos. Śmiali się, gdy patrzyli na billboardy z własnymi podobiznami. Całowali przed nimi, jak na znak jakiegoś zwycięstwa. Było dokładnie tak, jak sobie to zaplanowali. A przynamniej tak się Sloane wydawało.
Nie przejęła się tym, że matka znów się na nią obraziła za to małżeństwo. Ignorowała każdy jej telefon i wzmiankę o tym. Skoro nie pasował jej Zaire – trudno. Niektóre koleżanki tez patrzyły na nią inaczej, ale czy naprawdę ich potrzebowała? Miała męża, który z łatwością zapełniał wszelkie jej potrzeby.
Sloane nie odczuwała tego, ze jest sama. Nigdy tez nie była typem laski, która potrzebuje łazić po galeriach handlowych i przeglądać szmaty przez piec godzin. Lubiła ładne rzeczy, a jeszcze bardziej lubiła, kiedy asystentka dowoziła jej je prosto do garderoby.
Sporo w jej życiu się teraz zmieniło, ale absolutnie nie narzekała. Tylko może czasami za bardzo przytłaczało ja to, co działo się między Zaire’m, a tamtymi ludźmi. Sloane udawała, ze nie widzi i ze jej to nie interesuje. Im mniej wiedziała tym lepiej, ale całkiem od tego nie mogła się przecież oderwać. To tez było jej życie, chciała czy nie.
Sunęła lekko dłonią po jego udzie, kiedy siedzieli w ciszy w studio. Była niechętna do tego, aby puścić mu te piosenkę. Nawet nie była pewna, czy zamierza ja wydać. Była boską, nie ukrywała tego o czuła się dumna. Jeśli chodziło o muzykę to Sloane nie robiła niczego na pół gwizdka, a każdy tekst był dopieszczony do granic możliwości. Tekst nie był spokojny, ale jej głos już owszem. Delikatny głos z mocnymi, wbijającymi się między zebra słowami. Haikami zbyt intymnymi, aby dzielić się nimi ze światem, a jednak do zrobiła i ludziom się to podobało. Brutalna, ale nieoczywista szczerość. Zbywała każdego z uśmiechem, kiedy pojawiały się pytania o kim to. Nie chciała mówić. Nie zamierzała się tym dzielić. Elegancko wybrnęła z takich pytań i zamieniała je na inne. Nawet nie powiedziała Carterowi. Zwłaszcza jemu nie mogła powiedzieć o kim ten utwór jest.
Sloane nie myślała, ze mógłby się domyślać.
Tak, głównie tworzyła z własnych doświadczeń. Ale te zmieniały się jak w kalejdoskopie. Czasami przypominało się cos z przeszłości, co musiała opisać tu i teraz, a potem wychodził z tego niezły tekst. Gdyby zaczął zadawać zbyt wiele pytań powiedziałaby, ze to właśnie to – ktoś z przeszłości. Mogłaby to zwalić na byłego, z którym głośno się rozstała półtora roku wcześniej czy na jakiś krótki, ale znaczący situationship, który pomógł napisać dobry kawałek i da jej zarobić. Nie planowała mówić, ze za tym wszystkim stoi jej dawny ochroniarz, którego dotyk czasami jeszcze na sobie czuła.
Milczała, kiedy ją zbył.
UsuńNie dlatego, ze obraziła się za brak reakcji. Wiedziała, ze on coś wie. Może przeczuwa, a może sobie tylko wmawia. Zareagował zbyt nijako. Sloane przez chwile siedziała w fotelu. Zaciskała palce na stopie, myśląc nad wszystkim. Dopiero po paru minutach się podniosła i wyszła za nim.
Przeszła po cichu przez apartament, aż na taras. Pierwsze co to zobaczyła jego plecy o kłębek dymu unoszący się nad nim. Napięte ramiona i palce zaciskające się z siłą na barierce. Westchnęła krótko zanim wyszła na taras. Lekko zadrżała od chłodu płytek. Jej kroki były ciche i delikatne. Prawie niesłyszalne. Turaj nie sięgał chaos miasta. Nie słychać było klaksonów i krzyczących ludzi. Wśród chmur był spokój, a tych wyjątkowo tez było mało.
Podeszła bliżej, a dłoń ułożyła mu na plecach.
— Nie lubię, jak mi uciekasz.
Przysunęła się bliżej. Musnęła lekko jego ramie, pod które się wsunęła. Oparła głowę o jego klatkę piersiowa i czeka, aż wyrzuci z siebie to, czego nie powiedział jej w studio.
Sloane
Za dużo myślał.
OdpowiedzUsuńNie podobało się jej, kiedy zaczynał mieć wobec niej jakieś wątpliwości. Nie tylko dlatego, ze James był dla niej tematem, którego poruszać nie zamierzała z nim. To co miała z nim…. Było zbyt prywatne, aby opowiadać o tym na lewo i prawo. Carter mógł być jej mężem, ale o tej części jej życia wiedzieć nie musiał.
Przede wszystkim to nie mógł o tym wiedzieć.
Zdążyła go przez te miesiące lepiej poznać. Mogło się zdawać, że Sloane bardziej interesują imprezy czy zamykanie się gdzieś, gdzie miała ciszę, aby pisać kolejne tematy. Ale ona zwracała uwagę na wiele rzeczy. Na Zaire’a przede wszystkim. Znała te momenty, kiedy chciał coś mówić, ale musiał się powstrzymać. Czasem wtedy zbyt mocno napinał mięśnie. Oczu uciekały mu na bok.
— Wiem. W końcu ja go napisałam.
Nie dziękowała za komplement, bo wiedziała, że ten kawałek jest świetny. Że cały ten jebany album będzie genialny. Jeszcze nieukończony i z wciąż brakującymi piosenkami, ale gdy skończy to nikt nie będzie się umiał od niego oderwać. I o to przecież chodziło.
Sloane wolała, chyba, kiedy wrzeszczał. Radziła sobie z tym lepiej. Potrafiła odpowiedzieć ogniem na ogień. Nie bała się awantury i wzajemnego przekrzykiwania się, ze słyszałoby się ich aż na dole. To spokój w jego głosie był niepokojący.
Milczała.
Długo, bo gdyby odezwała się zbyt szybko to by tego pożałowała. Jego spojrzenie było przenikające. Wbijało się pod skórę, zatapiało w kości. Utrwaliło się na dobre. Przypominało, że on wciąż tu jest. Obecny i żywy. Wściekły, choć kryjący się pod ta nonszalancka maska, której Sloane nie znosiła.
— Mówiłam ci już o tym. — Czuła się usprawiedliwiona. Wiedział, nie miał z tym problemu. Co więcej miała zrobić? — Mam przepraszać za to, ze coś czułam?
Wzruszyła lekko ramionami. Niewzruszona jego postawa i oskarżeniami, ale w środku cała drżała. Bo Zaire wiedział. Nie o tym, ze ktoś był. Ale o tym, ze ten ktoś nadal siedział jej w głowie. I w sercu.
Drgnęła lekko, kiedy dotknął jej mostka. Krótko zacisnęła usta, jak zawsze, kiedy jej coś nie pasowało. I co pewnie nie uszło jego uwadze.
— Jak mnie o coś oskarżasz to powiedz mi to wprost. Nie musisz tak krążyć.
Właśnie dlatego nie chciała tej piosenki wypuszczać. Ale Rico znalazł tekst i nie dawał jej spokoju. Obiecał, ze zrobi z tego hit, a Sloane mu uwierzyła, bo nie miała powodu, aby nie wierzyć. Miała za to dziesiątki, aby zachować to dla siebie. I wiele z tych powodów właśnie na nią patrzyło.
— Ktoś. Dawno temu. I to już jest nieistotne. Przypomniałam sobie, napisałam tekst i zgarnęłam za to w chuj kasy. Tyle. Nie ma za tym większej filozofii.
Mówiła spokojnie, chociaż nie potrafiła ukryć tej lekkiej irytacji w głosie. Niejako tym samym potwierdzając, ze może to jeszcze coś znaczy. Albo znaczyło niedawno.
— Nie będę rzucać imionami. To ci również mówiłam.
Była ogólnikowa w tych opowieściach. Niewiele zdradziła. Jedynie podstawowe szczegóły, których nie dało się powiązać z Jamesem.
— Daj spokój, Zaire. To nie jest nic takiego i o tym wiesz.
Sloane
— Czułam. Czas przeszły.
OdpowiedzUsuńMówiła to tak, jakby sama naprawdę w to wierzyła. Obawiała się, że uczucia do Jamesa będą już zawsze. Ze nawet, kiedy minie dziesięć lat to ona dalej będzie o nim pamiętać. I wspominać. Tak samo byłoby z Carterem. Obaj weszli jej mocno za skórę. Obaj rozrywało jej serce i pozostawiali pustkę.
— Nie bądź taki — poprosiła. Doskonale wiedział, ze tego nienawidzi. Tego robi głosu i spojrzenia przez które czuła, ze cokolwiek nie zrobi czy czegokolwiek nie powie to będzie źle.
Czuła się zawsze wtedy po takich rozmowach paskudnie. Nie umiała pozbierać się w całość, dopóki Zaire się nie zjawił i nie składał tych części razem z nią. Zupełnie jakby potrzebowała jego tonu głosu, ale tego spokojnego i opanowanego, który najczęściej słyszała w środku nocy, kiedy leżeli w sypialni skąpani w skwerów księżyca i cicho rozmawiali o czymś mało istotnym. Próbował ja teraz od siebie odsunąć. Wolno, ale stanowczo. Żeby za nim pobiegła. I najgorsze, ze to działało.
— Pisałam tez o tobie, a jakoś nie jesteś tym zainteresowany.
Świat ich jeszcze nie słyszał. Były równie surowe i wypełnione emocjami, co tamta. Sloane wiele czuła przy Crawfordzie. Wiele zmienił w jej życiu i musiała to jakoś z siebie wypluć. Los chciał, ze pisała dobre teksty i miała głos, aby te piosenki wykrzyczeć.
Zamknęła oczy, kiedy znów jej dotknął. Boleśnie, choć przecież wcale nie robił jej żadnej krzywdy. Ale ten dotyk palił. Bo Zaire miał racje. Bo pisała o kimś, kto wciąż miał jakieś znaczenie. O kimś o kim łatwo zapomnieć się nie dało.
Nie potrafiła odgadnąć jego spojrzenia. Coś było nie w porządku. Coś, czego Sloane wcześniej z nim nie doświadczyła, a co mogło zmienić wszystko.
Milczała, kiedy należało coś powiedzieć. Została na balkonie sama. Z jego słowami i wspomnieniem dotyku. Zagubiona w emocjach, których się teraz nie spodziewała. Zimny wiarę ją ocucił. Weszła za nim do środka. Niemalże biegiem, bo nie chciała się spóźnić, bo gdyby wyszedł bez niej to mogłaby go stracić, a na to gotowa nie była.
Znalazła go dopiero w garderobie. Pochylonego nad szufladami. Nie pytała co tam jest. Nie chciała wiedzieć.
— Carter — odezwała się cicho, miękko. Próbowała wprowadzić zasadę, ze w domu jest Carterem, nie licząc studia, ale nie wyszło. Nigdy nie mogła przewidzieć, kiedy rozmawia z Zaire’m, a kiedy z Carterem.
— Możesz na mnie spojrzeć, czy dziś kończymy wieczór skłóceni? — Westchnęła i podeszła bliżej. — Nie jesteś żadnym przystankiem między wersami, Carter. Jak mógłbyś być, kiedy… kiedy w tak krótkim czasie mną zawładnąłeś w całości?
Lekko się uśmiechnęła, kiedy w końcu odwrócił się w jej stronę. Wciąż czuła ten dystans, ale mniejszy niż przed chwila. Albo tylko się jej tak wydawało.
— On… to przeszłość, dobrze? Tak, może wciąż… może wciąż gdzieś jest pogrzebane, ale o to nie dbam. Pielęgnuje to, co mam z tobą. Nasz związek, nasza przyszłość.
Sięgnęła pewnie po jego dłoń, która mocno ścisnęła. Jakby tym chciała go przekonać, że jest najważniejszy. Ze jest jedyny.
— Powiedz mi lepiej w czym chcesz mnie zobaczyć dziś wieczorem. I nie mam na myśli ciuchów zewnątrz. — Dodała, jakby zmiana tematu na lżejszy i wygodniejszy coś zmieniło. Jakby odwrócenie jego uwagi od tematu ciałem było odpowiednim wyborem. — Czerwone z koronka? Czarne? Fioletowe? Mam wiele.
Sloane<-I>💣
Stawiała kroki ostrożnie. Każdy był przemyślany, jakby miało się zaraz okazać, że jeden niepoprawny doprowadzi do tragedii. Sloane nie chciała się z nim kłócić. Nienawidziała się z nim kłócić, chociaż często mogła sprawiać wrażenie, że to właśnie w tych gwałtownych chwilach odżywa. Ale tak naprawdę każda taka chwila była męcząca. Coś jej zabierała i sprawiała, że opadała z sił. Nie miała ich już na następna rundę. Poddawała mu się i odpuszczała, chociaż przedtem rzadko kiedy Sloane odpuszczała w kłótniach. Musiała doprowadzić sprawę do końca. Choćby miała po tym krwawić, a przy nim… Z kim wolała się kochać niż nienawidzić, a między tymi uczuciami była bardzo cienka linia.
OdpowiedzUsuńSloane nie chciała się przed nim zamykać. Znikać w studio czy zbierać rzeczy i uciekać do hotelu. Bo i to potrafiła zrobić i nieraz robiła. Jak kłótnie zaczynały ja przerastać, a ona miała dosyć tego penthouse, jego i ich razem. A potem wracała z podkulonym ogonem, bo przecież do kochała. Tak bardzo, ze to wręcz bolało.
Próbowała nie analizować jego twarzy. Tej pojedynczej zmarszczki na czole. Tego chłodnego, chwilami obojętnego spojrzenia, jakby było mu naprawdę wszystko jedno czy Sloane tutaj z nim jest czy też jej nie ma. Dziewczyna przykładała mu się powoli, ostrożnie. Jakby starała się ocenić, jak wielka szkodę wyrządziła mu tym wyznaniem. I widziała to aż za dobrze. Miał ten wyraz twarzy, który rzadko widywała, a który ją rozbrajał. Sprawiał, że serce jej pękało. Zraniony był przez nią. Przez jej życiowe wybory.
Uśmiechnęła się lekko słysząc jego odpowiedź. Daleko było jej do wesołego uśmiechu czy tego zadziornego, który powinna mu była w tej sytuacji posłać.
— Zdjąłeś go ze mnie tak szybko ostatnio. Nie sądziłam, ze w ogóle zapamiętałeś jak wyglądał — mruknęła lekko rozbawiona. Chyba tylko cudem nie rozerwał delikatnego materiału. Ale gdyby jednak go porwał to Sloane wcale by się tym nie przejmowała. Byłaby raczej bardzo z tego zadowolona. — Q takim razie czerwone.
Sloane ścisnęła mocniej jego dłoń. Jeszcze nie wciskała się w jego objęcia. Badała dalej grunt, na ile może sobie pozwolić i czy to co powie będzie odebrane z jego strony jako szczerość czy chęć przykrycia niewygodnej prawdy.
Nie odrywała od niego wzroku, kiedy przesuwał Kosickiej po jej policzki. Lekko rozchyliła usta, a ciche westchnięcie wyrwało się samo. Tak już na nią działał.
Jęknęła cicho, kiedy tak mocno ja do siebie przyciągnął. Nie z bólu, a raczej zaskoczenia. Objęła go za szyję. Samej szukając sposobu, aby skrócić między nimi dystans.
— On mnie nie zna tak, jak Ty. Nie ma mnie na co dzień, Carter. W ogóle mnie nie ma, wiesz? Już mnie nie ma, to się skończyło dawno temu. — Zapewniała go w ciszy, gładząc policzek. Ustami muskając jego skórę przy kąciki ust. Każdy gest był przemyślany. Żaden przesadzony. To nie była pokazówka. — Ty masz moje serce i moje ciało. Tylko Ty.
Sloane westchnęła ciężko. Przytłoczona tym, że ich dobry dzień właśnie trafił na rysę. Gdyby byli innymi ludźmi, to pewnie za piec minut żadne z nich już by o tym nie pamiętało. Ale oni zapamiętywali wszystko. Każdy taki wyskok.
— Powiem ci to, ale nie dlatego, że chce cie udobruchać. Okej? — Zaznaczyła. Objęła jego twarz w dłonie, kociakami delikatnie gładziła cienka skórę pod oczami. Widziała ślady niewyspania. Przekrwione oczy. Ból i zmęczenie. — Kocham Cię, Carter. Ciebie i tylko Ciebie. To ze kiedyś ktoś… to niczego nie zmienia między nami. Nie musisz się bać, ze zniknę czy ktoś mi cie podbierze. Jestem z tobą i szczerze, nie zauważam nikogo innego. Jeśli ktoś jest… to ja ich nie widzę.
Przyciągnęła go delikatnie do siebie, aby złożyć na jego ustach pocałunek. Coś jak na potwierdzenie jej słów.
— Widzę swojego męża. Pięknego, utalentowanego… Całego mojego.
Musnęła ledwo usta. Kącik ust. Policzek.
— A tam — lekko przekręciła ich w stronę dużego lustra — tam widzę małżeństwo, które poradzi sobie ze wszystkim.
Wifey♾️
Hałas był nie do zniesienia.
OdpowiedzUsuńPowinna być do tego przyzwyczajona, ale dziś z jakiegoś powodu wrzaski fanów, radosne okrzyki i głośna muzyka źle jej wchodziła. Sloane nie potrafiła zrozumieć, dlaczego się w taki sposób czuje. Szczególnie, że przecież tak naprawdę to było jej życie. Głośne koncerty, hałas. Ludzie, którzy dostarczali jej adrenaliny i sprawiali, że nie musiała wcale myśleć. Może ta ich rozmowa w penthousie wciąż siedziala jej w głowie. Sposób w jaki Zaire ja obejmował. Nie tak, jak zawsze, a jak kogoś kogo nie chce się wcale wypuszczać. Wspominała jego spojrzenie, które teraz, gdy przejeżdżali przez pogrążone w neonowych światłach ulice Nowego Jorku. Zdawało się, że jest ono wciąż tak samo puste, jak było w garderobie i na tarasie. Sloane tez nie chciała się nakręcać. Miał przed sobą koncert, a przed nimi zawsze zachowywał się inaczej. Nie musieli wracać tez do tamtej rozmowy. Temat był zamknięty, prawda? Była z nim, a nie z tamtym. To z nim zasypiała w jednym łóżku, jemu oddawała swoje ciało i umysł. Była z nim, a nie z Jamesem. To, że pisała o nim różne rzeczy, że czasami sobie go wyobrażała nad sobą, kiedy była sama to zupełnie inna historia. Nie o wszystkim Zaire musiał wiedzieć.
Szła za nim. Nie wymagając dziś tego, aby ktoś poświęcał jej uwagę. W krótkiej czarnej sukience, która sięgała ledwo połowy ud. Na cienkich ramiączkach. Bardziej przypominała obcisłą koszulkę nocną niż sukienkę, w której powinno się wychodzić. Cienka szpilka butów od odbijała się echem od ścian. Panowała dziwna atmosfera, ale Sloane jej nie kwestionowała. Najwyraźniej tak dziś miało być. Straciła Zaire’a jakoś z oczu. Razem z paroma innymi osobami udała się na wyznaczone przy scenie miejsce dla najbliższych. Za sobą słyszała jego fanów, którzy zniecierpliwieni czekali na rozpoczęcie opóźnionego już i tak koncertu.
Nie spodziewała się żadnych niespodzianek.
Sloane właśnie czuła, jakby przystawiał jej nóż do gardła. A każde kolejne jego słowo przekonało kolejne warstwy. Obnażał ja przed wielotysięcznym tłumem. Nie musiał mówić żadnych imion. Wskazywać bezpośrednio na nią palcem. Każde słowo było, jak czerwony neon wskazujący wprost na nią. A Sloane zareagować nie mogła. Wokół miała jego fanów z telefonami wymierzonymi w nią i w niego. Jego znajomi, którzy ja otaczali. Chociaż nikt nie pytał, wszyscy już wiedzieli, że w jej życiu był jeszcze ktoś inny. Ze Zaire, chociaż był jej mężem, nie był jedynym mężczyzna, o którym Sloane pisała piosenki. Równie dobrze światło reflektora mogło na nią paść, gdy to wszystko mówił.
Jego spojrzenie paliło, chociaż ona sama była skąpana w ciemności. Zaire doskonale jednak wiedział, gdzie jej w tej ciemności szukać. I wiedział, ze ona również patrzy.
Nie potrafiła go teraz podziwiać. Być ta wspierająca żoną, która cały koncert skacze i tańczy, śpiewa i nagrywa. Chwali się nim na Insta. Sloane mogła stać w bezruchu i go słuchać. Każde kolejne słowo bolało bardziej. Jakby robił to specjalnie, aby pokazac jej, ze to on ma ostatnie zdanie, a Fletcher popełniła błąd pokazując mu tamta piosenkę. Nagrywając ja i planując umieścić na albumie, który był również przesiąknięty piosenkami o nim. Zrobił z niej show, chociaż wcale o to nie prosiła. I już do samego końca Sloane musiała udawać, że to w nią nie uderzyło. Ze zgodziła się na te wszystkie słowa, którymi Zaire w nią uderzał. Uśmiechać się do nagrań i zdjęć. Udawać przed znajomymi, że tak właśnie miało być.
Zabrał jej coś, co miało należeć tylko do niej. Kawałek duszy, którym nie była gotowa podzielić się ze światem. Miał świadomość, cholera wiedział, jak ważne to dla niej było. Nie tylko jako artystki, która sama chciała decydować o tym, kiedy ujawni coś swoim fanom. Ale przede wszystkim jak ważne to było dla Sloane Fletcher – tej uczuciowej dziewczyny, która nie radziła sobie czasami z rzeczywistością, a która pisaniem potrafiła przekazać to, co siedziało w niej najgłębiej. Nie dla innych, nie dla poklasku, ale dla samej siebie. Teraz zamiast patrzeć na tekst ludzie będą szukać powiązań. Zastanawiać się, kim jest facet z piosenki. Dlaczego jest taki ważny i co zrobił, że doprowadził ja do takiego stanu, który ukazała w piosence.
UsuńZłość narastała w niej powoli. Z każdym jego następnym słowem. Z każda piosenka, a niektóre zdawały się być teraz atakiem w jej stronę. Zniknęła po koncercie. Nie pojawiła się, jak zwykle na backstage’u. Nie czekała na niego, nie wieszała mu się na szyi. Sloane po prostu nie było i przez długi czas nikt nie wiedział, gdzie ona jest. Wyglądało tez na to, ze nikt specjalnie się za nią nie oglądał. Sloane wiedziała, ze jeśli zostanie to nie skończy się to dobrze dla żadnego z nich, a kolejnych awantur nie potrzebowali. Z tym, że gniew wcale w niej nie malał, a wręcz przeciwnie. Robił się tylko większy. Widziała na insta jakieś stories. Rozebrane dziewczyny, choć nigdy zasnę ujęcie nie wskazywało na Zaire’a to ona przecież wiedziała, ze tam jest. Razem z tymi dziewczynami, swoimi kumplami i cała reszta.
Telefon milczał. Nie pytał się, gdzie jest ani czy wraca. Zupełnie jakby nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, ze Sloane zniknęła z klubu. Sama nie wiedziała, dlaczego wróciła.
Szła sprawnie, mijając techników, którzy ogarniali burdel po koncercie. Jakieś poboczne osoby, które nie miały znaczenia. Muzyka była coraz głośniejsza. Podobnie jak śmiechy i kobiece piski, a może jęki. Sama już nie wiedziała.
Do Zaire’a podszedł jeden z jego kumpli. Trzymając u boku jakaś blondyneczkę, która miała bardzo lepkie rączki i rozmarzone spojrzenie, które w rzeczywistości zamroczone było prochami, które wzięła jakieś pół godziny temu.
— Twoja żonka się znalazła — informował, ale brzmiało to raczej na ostrzeżenie, kiedy skinął głowę na brunetkę pezlehakaca do boku Crawforda. Stał naprzeciwko niego i go zasłaniał, wiec Sloane, która akurat wpadła do środka nie widziała ani Zaire’a ani jego towarzyszki. — I jest wkurwiona.
Sloane rozglądała się po garderobie. Obracała kciukiem obrączkę, choć te teraz miała chęć rzucić mu prosto w twarz.
— Zabieram tego cukiereczka. Wygląda na słodka, Ty się zajmij swoim. — Ujął dłoń dziewczyny i nie czekał na jej pozwolenie tylko ja przyciągał do siebie. — Ale stary, na słodycz to bym się nie nastawiał.
Zaśmiał się, pusto i bez większego celu. Odszedł z nimi i w tej samej chwili Sloane odwróciła głowę, a jej spojrzenie padło na mężczyznę. Zacisnęła mocniej zęby. Przymrużyła oczy i ruszyła w jego stronę, chociaż należało zostać i pozwolić, aby to chociaż ten jeden raz on pobiegł za nią.
— Wstawaj. — Warknęła. Kopnęła jego podeszwę czubkiem szpilki.
Sloane⛓️💣
Sloane nie musiała widzieć, aby wiedzieć co tutaj się najpewniej działo. Za zamkniętymi drzwiami, kiedy nikt nie patrzył. Kiedy ona odwracała wzrok, bo akurat zajęła się czymś innym. Wmawiała sobie, ze te wszystkie dziewczyny są dla jego kumpli. Ze nawet jeśli patrzą na Zaire’a wygłodniałym wzrokiem, a ich dłonie sięgają do jego wytatuowanego torsu i ramion to on im na to nie pozwala, bo ma żonę, która przecież na niego czeka. Bo Sloane na niego zawsze czekała. Nawet, kiedy wydzierała się na całe gardło to na koniec dnia chciała, aby był obok.
OdpowiedzUsuńBolało, że jej nie szukał.
Bardziej niż blondynka była gotowa to przyznać. Patrzyła w ekran, czy może nie napisał jakiejś wiadomości. Ale iPhone uparcie milczał. Żadnego powiadomienia, wiadomości czy połączenia. Zaire się nią nie zainteresował. Nie obchodziło go, gdzie jest ani czy wszystko w porządku. Zwykle się odzywał, bo Sloane znikała wiele razy, kiedy coś ja przytłaczało i niekoniecznie mu o tym wspominała. Ale nawet jeśli nie był tuż obok niej to wysyłał jakaś wiadomość. Teraz? Teraz czuła się jak dziecko, które było karcone ciszą. Znała to uczucie i nie powinno jej to ruszać, a z jakiegoś powodu cisza bijąca od Crawforda była bolesna i uciążliwa. Sama szukała sposobu, aby się do niego odezwać.
Wpadła do garderoby jak burza. Ale nie ta głośna, która daje o sobie znać na kilometry przed zanim uderzy. Sloane zrobiła to po cichu. Wślizgnęła się do środka. Ostrzegając spojrzeniem i napiętym ciałem, które rzucało sygnały ostrzegawcze. Jedno nieodpowiednie słowo lub spojrzenie, a blondynka wybuchnie.
Widziała to spojrzenie Zaire’a. Znudzone i nijakie, jakby była jakaś natrętna fanką, a nie jego żona. Zacisnęła usta, bo nie chciała robić tutaj sceny. Towarzystwo może było naćpane i nie ogarniało rzeczywistości, zresztą jak on sam, ale to jeszcze przecież nie oznaczało, ze to co powiedzą przejdzie bez echa. Zaire zaczął te wojnę. Na scenie, kiedy odebrał jej głos. Kiedy sprawił, ze teraz jej perspektywa będzie odebrana jako zdrada. Jako coś, czego się nie dopuściła – w ostatnim czasie. Sprawił, że to on był tym poszkodowanym. Tym, któremu należy współczuć.
Sloane znalazła swój zapalnik.
Kiedy mężczyzna wstał poczuła, jak coś w niej pęka. W chwili, w której posłał jej ten pobłażliwy uśmiech. Nakręcił ją fakt, że nie patrzył na nią jak na kogoś z kim dzieli życie. Już nawet nie chodziło o to, aby była z nim na równi. Zupełnie jakby podskórnie wiedziała, że tak naprawdę nigdy nie będą na tym samym poziomie. Zadziała szybciej niż pomyślała. Jej dłoń przecięła powietrze ze świstem i zderzyła się z policzkiem bruneta. Zapiekła ja niemal od razu, a satysfakcji z tego nie miała żadnej.
Muzyka w tle ucichła, podobnie jak rozmowy, ale może to było tylko złudzenie. Sloane była zbyt skupiona na tym, co działo się między nimi.
— Czego chce? — Powtórzyła. To nie było oczywiste?
Parsknęła i pokręciła głowa w niedowierzaniu. Zarówno na to, co mówił, jak i na jego oskarżenia.
— Nie miałeś żadnego prawa, Zaire.
Wycedziła te słowa powoli. Tak, aby dokładnie do niego dotarły. Zrobiła krok w stronę. Uderzył w nią zapach papierosów, potu i czegoś słodkiego, czego nie kojarzyła. Kobiety zapach, który na leśni nie należał do niej. Oczami wyobraźni widziała te wypielęgnowane dłonie, które go dotykały tak, jakby miały do tego prawo. Jakby należał do nich, a nie do niej. To nie była zwykła zazdrość. To było coś więcej, coś czego Sloane nie chciała nazwać.
— Nie miałeś prawa o tym mówić. — Powtórzyła dobitniej, ale coś jej mówiło, że jego to wcale nie będzie obchodziło. Bo Zaire już taki był, ze robił to, co uważał za słuszne.
Sloane nie wtrącała się, kiedy pisał o kolejnych dziewczynach, prochach czy dalej reszcie. Nie kręciła nosem, chociaż nie zawsze tekst się jej podobał. Nie dlatego, ze był zły – dlatego, ze opowiadał o sytuacji, która jej nie leżała. Ale jakie miała prawo mu dyktować o czym może pisać, a o czym nie? W teorii również jej nie zabronił, ale uświadomił wszystkich obecnych na koncercie ludzi o sytuacji, która nie miała nic wspólnego z nimi.
— Nie potrzebuje czystego sumienia, aby do niego pójść — przypomniała. Czuła się złe po tamtej nocy, ale nie dlatego, że było jej źle, bo nieświadomie skrzywdziła Zaire’a. Czuła się złe, bo James ja wtedy zostawił sama. Obiecał, ze zostanie, a obudziła się sama.
UsuńNie miała żadnej pewności, ze gdyby napisała do Jamesa to by odpisał. Czy ze byłby gotów, aby spędzić z nią dwie minuty, ale przecież o tym Zaire nie wiedział. Od tamtego dnia się z nim nie widziała. Nie mieli żadnego kontaktu, a Sloane z Crawforda zrobiła cały swój świat. Najwyraźniej niepotrzebnie.
Zbliżyła się do niego. Jej oddech teraz muskał jego twarz. Trzymała wzrok wysoko, obserwując jego oczy i szukając w nich czegoś więcej. Czegoś co może w jakiś sposób jej podpowie, dlaczego musiał ja potraktować w taki sposób.
— Ale następnym razem, kiedy stracisz mnie z oczu, zacznij się zastanawiać, czy nie jestem z nim. Czy nie daje mu tego, co tobie. — Wyszeptała prosto w usta mężczyzny. Czuła potu przez niego alkohol, wypalonego jointa i ten wkurwiający słodki zapach. — Tak, jak ja się zastanawiam z kim jesteś, kiedy nie ma cie w nocy. Kiedy wracasz rano i nie pachniesz sobą ani mną.
Złość błyszczała w jej oczach. Chciała go zranić, a jednocześnie wiedziała, że jest teraz zbyt naćpany, aby zapamiętać to, o czym mówi. Chyba, że jakimś cudem jej naprawdę słuchał.
Sloane nie patrzyła na obecne tu dziewczyny i jego kumpli. Mogli teraz im się przyglądać i słuchać. Miała to w dupie, mogli to nagrać i wrzucić na X. Nagrania z koncertu już latały po necie. Monolog Zaire’a był cytowany co chwile. Powiązano ją z tym od razu. I dopisywano historie, które miejsca nigdy nie miały. Zrobiła scenę, chociaż nawet tego nie planowała.
Sloane🧨
Zapiekła ją nie tylko dłoń, ale i oczy po uderzeniu. Wściekała się na niego wiele razy, ale nie przekroczyła tej granicy. Pożałowała tego w tej samej sekundzie. Sama nie wiedziała, co tak właściwie chciała tym osiągnąć. Nie pojawiła się żadna ulga. Przez krótki moment była tylko satysfakcja, która zniknęła w przeciągu paru sekund. Teraz Sloane była sama ze swoimi myślami, które ścigały się o pierwsze miejsce. Wygrywała, oczywiście, ta gorsza. Nie pozwoliła sobie jednak na to, aby tu się przed nimi wszystkimi rozkleić czy zacząć go przepraszać, chociaż jakaś jej część naprawdę tego chciała. Sloane nie zamierzała dać mu jednak nawet grama satysfakcji z tego, że sama siebie w tej chwili złamała. Trzymała głowę wysoko z tym samym ostrym spojrzeniem, w którym nie było do niego miłości. Było rozczarowanie, niechęć, wściekłość, żal, ale przede wszystkim bezsilność, której okazywać równie mocno nie chciała, ale już tak łatwo jej ukryć nie mogła.
OdpowiedzUsuń— Nie prowokuj mnie, to kolejnego razu nie będzie. — Wycedziła przez zaciśnięte zęby. Krew wrzała jej w żyłach od złości, która nie mogła znaleźć sobie już żadnego dodatkowego ujścia. Drugi raz byłby przesadą, a nawet ona się kontrolowała.
Przełknęła powoli ślinę. Zbierając się w sobie, aby mu odpowiedzieć. Zabrał jej to, co było dla niej ważne. Zrobił sobie z tego pieprzony teatrzyk, który ona będzie dźwigała. To miała być tylko historia, którą opowie – bez szczegółów, choć cholera, przecież wiedziała, że pojawią się pytania. I Sloane na żadne nie zamierzała odpowiadać. Niczego nie chciała zdradzać, a teraz? Gdy ją wyda, a wyda, bo zrobi to po złości, pytania będą lały się z jeszcze większą siłą. Już nie będzie mogła udawać, że to tylko wytwór jej wyobraźni. Jak mogłaby, kiedy mając przed sobą wielotysięczną widownię przyznał, że w jej życiu jest drugi facet, który dostał własną piosenkę?
— Mogę i będę pisać o czym tylko chcę. — Odpowiedziała twardo. Nikt, a już na pewno nie Zaire, nie będzie mówił o kim może, a kim nie może pisać. To była jej historia, którą chciała opowiedzieć na swoich zasadach. Nie patrząc na to, że w międzyczasie została mężatką. — A jeśli ci się to nie podoba możesz iść. Nikt cię przy mnie na siłę nie trzyma.
Połączyła ich zbyt duża ilość alkoholu i prochów. Może tak naprawdę nigdy nie powinni stać w tym miejscu. Dzielić ze sobą życia. Może to, co między nimi się stało to była sprawka charakterów i uporu, chęć pokazania światu, że dadzą sobie radę, kiedy w rzeczywistości żadne z nich nie dorosło do jakiegokolwiek związku, a już tym bardziej do małżeństwa. Te w oczach Sloane było tylko jakimś papierkiem, który niechcący podpisali. Papierkiem, którego nigdy nie powinni byli podpisywać.
— To była moja piosenka, moje słowa, moje uczucia, a ty zrobiłeś z tego tanią prowokację pod publikę. Zrobiłeś to ze mnie. Bo o to chodziło, prawda? Żeby mi dojebać. Udowodnić, że z pieprzonym Zaire’m nie można walczyć. Że liczy się tylko twoje zdanie. — Prychnęła. Ciało miała napięte, głos od emocji również. Nie próbowała przekonać siebie czy jego, że jej to nie rusza, bo ruszyło, a on doskonale wiedział, gdzie uderzyć, żeby zabolało najbardziej. — Nie jestem twoim jebanym show. Nie masz prawa mnie wykorzystywać i moich spraw, żeby wyglądać lepiej na scenie. Pogrążać mnie i w imię czego?
Przez krótki moment miała ochotę cofnąć wszystkie słowa. Cicho przeprosić. Tak, aby tylko on to usłyszał. Zabrać ze sobą z tego miejsca. Do ich domu, gdzie liczyła się tylko ich dwójka. Ale tego nie zrobiła. Kolejnymi słowami nakręcał ją tylko coraz bardziej.
Atmosfera w garderobie zgęstniała. Zdawało się, że ludzie przestali oddychać. Jakby w obawie, że jeśli będą zbyt głośno to ktoś oberwie. I było to całkiem prawdopodobne. Sloane oddychała ciężko, wpatrywała się cały czas w Zaire’a, ale nie widziała w nim swojego męża. Człowieka, przy którym zasypiała w nocy, którego po omacku szukała na łóżku, aby się wtulić i poczuć bezpiecznie. Widziała obcą osobę, której nie należało z niczym ufać.
Zrobiła pół kroku do tyłu.
UsuńWciąż byli niebezpiecznie blisko siebie. Dostatecznie, aby wypełnione wściekłością oddechy się ze sobą mieszały, aby walczyli na spojrzenia, które raz po raz się zmieniały, ale w żadnym nie było nic z łagodności. Sloane fizycznie wręcz czuła, jak wszystko co mieli do tej pory burzy się. Jak zamek z piasku, który napotkał na swojej drodze falę. Wielką i niszczącą. I z zamku, który pielęgnowany był krótko, ale solidnie – zostały same ruiny. Nienadające się do użytku.
— Słyszałeś piosenkę. Niech ona będzie twoją odpowiedzią.
Pojawiła się myśl, że należało odejść już dawno. Zostawić za sobą to życie, w które się wplątała, ale było za późno. Teraz nie mogła się z tego wydostać tak łatwo, jak jeszcze parę miesięcy temu, kiedy nic się tak nie skomplikowało.
Sloane nie słuchała go dalej, chociaż patrzyła mu prosto w oczy. Zmęczona, a może jakby właśnie zawieszała broń. Bo patrzyło zbyt dużo ludzi, bo poruszali tematy, które poruszone powinny być tylko między nimi. Chciała powiedzieć więcej, ale jej przerwał. Zbierając koszulkę i udając się do wyjścia. Każdy na jej miejscu powinien też odejść w swój stronę, ale nie ona. Nie, kiedy dostrzegła, że jakaś dziewczyna za nim idzie. Ta krótka scenka – migające długie blond włosy, krótka czerwona sukienka i stukot szpilek wystarczyły, aby cała ta kłótnia przestała mieć znaczenie.
Sloane doszła do drzwi zanim te zdążyły się za dziewczyną zamknąć. Nie interesowała się pozostawionymi ludźmi, plotkami i całą resztą. Zostawiała ten hałas za sobą.
Szła szybkim krokiem, ale zatrzymała się wpół drogi, kiedy zobaczyła ich razem. Była za daleko, aby usłyszeć o czym rozmawiali, ale dostatecznie blisko, aby zobaczyć, że dziewczyna dostaje kosza. I bardzo dobrze. Blondyneczka biegała wokół niego jak piesek w nowej obroży. Żałosne. Dziewczyna miała minę, jakby rozmawiała z cholernym bogiem. Odszedł, a dziewczyna została sama. Sloane nie czekała, ale również ruszyła za Zaire’m. Wciąż widziała jego plecy, kiedy minęła blondynę.
— Tak się go nie traktuje. — Powiedziała lodowatym tonem, jakby miała jakiekolwiek pojęcie o czym mówi.
Sloane odwróciła się w jej stronę, niepewna, czy Zaire dalej był w pobliżu. Uniosła lekko brew, a idąc w stronę blondynki przypominała kota, który upolował mysz i właśnie zagonił ją w róg.
— Przepraszam, co?
— Widziałam, jak go uderzyłaś. My wszyscy to widzieliśmy. Jak mogłaś? On zasługuje na szacunek i lojalność, czego ty dać mu nie możesz. Są dziewczyny, które oddałyby wszystko, aby z nim być. Żeby go kochać i ty… Nie doceniasz tego co masz. Jest wyjątkowy.
Sloane roześmiała się krótko. Nie był to wesoły śmiech, raczej ostry i zimny jak lód.
— Skąd niby to wiesz? Widziałaś go raz na scenie i nagle myślisz, że cokolwiek o nim wiesz? Że Zaire to spełnienie marzeń każdej dziewczyny? — Ułożyła usta w dzikim uśmiechu. Zrobiła kolejny krok, a dziewczyna się cofnęła. — Myślisz, że ta dwugodzinna wersja Zaire’a na scenie to jego prawdziwe ja? Och, kochanie. Żadna z was go nie zna tak, jak ja. Żadna z was go nie ma i nigdy nie będzie miała tak, jak ja. Możecie go znać ze sceny, ale w prawdziwym życiu… Tym, gdzie nie ma Zaire’a, ale jest Carter, ja go znam. I żadna z was nie będzie mi mówiła, jak mam traktować swojego męża.
Zlustrowała dziewczynę wzrokiem. Krytycznie oceniając strój i włosy.
Usuń— Ja bym go nigdy tak nie potraktowała. Nie zasługujesz na niego. Gdyby nie on, nikt by o tobie nie usłyszał. Byłabyś nikim.
To zdanie trafiło w Sloane jak cios, ale nie taki, który powala. Poczuła się sprowokowana. Uruchomił w niej coś innego. Głębszego i mroczniejszego. Zanim zdążyła pomyśleć skróciła dystans między sobą, a blondyną. Dłoń Fletcher trafiła o ramię dziewczyny. Wystarczająco, aby popchnąć ją na ścianę. Uderzenie nie było brutalne, ale odpowiednio gwałtowne, żeby ta syknęła z zaskoczenia.
Sloane pochyliła się ku niej. Jej oczy kipiały ze złości.
— Chcesz go? Śmiało. Tylko pamiętaj, że nigdy nic nie będziesz znaczyć. Bo widzisz, możemy na siebie wrzeszczeć, rozrywać sobie serce w małe kawałki, deptać je i palić za sobą mosty, ale na koniec dnia… Zawsze do siebie wracamy. A takie jak ty… To szybkie przystanki, o których nikt nie pamięta, bo nie ma w was nic wartościowego.
Dziewczyna próbowała się wyrwać, ale Sloane przycisnęła ją ramieniem.
— Następnym razem, kiedy będziesz chciała mnie pouczać, jak mam traktować swojego męża, zastanów się dwa razy. Bo przestanę ładnie grać.
Blondynka otwierała usta, aby coś powiedzieć, ale żaden dźwięk nie wyszedł z jej ust. Rozproszył ją jakiś dźwięk, dochodzący jakby z oddali. Może trzaśnięcie drzwiami, a może coś innego. Bez znaczenia.
Sloane puściła ją nagle, jakby sama przestraszyła się, że posunęła się za daleko. Wyprostowała się i rzuciła jej ostatnie spojrzenie – pełne pogardy i triumfu jednocześnie.
— Trzymaj się z daleka od mojego męża.
Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę, gdzie zniknął Zaire. Bez pewności, czy znajdzie go za chwilę za rogiem czy może rozpłynął się już w objęciach nocy, ale wiedziała jedno – nie może dać mu teraz odejść.
Sloane🖤
Zostawiła dziewczynę za sobą. Miała jedną misję do wykonania, chociaż nawet nie wiedziała, dlaczego jej tak zależy. Po tych wszystkich słowach, które padły? Dlaczego dalej do niego wracała? Dlaczego go szukała, dlaczego go potrzebowała? W głowie miała ciągle obraz tej dziewczyny. Przymilającej się do niego, jakby zaraz miała dostać w nagrodę przysmak. Nawet by się nie zdziwiła, gdyby zaczęła szczekać, jeśli zostałaby o to poproszona. On z tamtą dziewczyną, której może i kazał spierdalać, ale ile było takich, którym tego nie powiedział? Czy w ogóle takie były, czy tylko sobie to uroiła, aby jakoś wytłumaczyć własny skok w bok?
OdpowiedzUsuńSzła prze siebie sprawnym krokiem. Szpilki stukały równym rytmem, kiedy przemierzała kolejne metry w stronę wyjścia. Spieszyła się, bo wiedziała, że jeśli go niezastanie na zewnątrz to równie dobrze mogłaby się z nim na dziś pożegnać. Szukanie go w Nowym Jorku byłoby bezcelowe. Oboje mieli tę zdolność, aby zniknąć. Teraz rozumiała, dlaczego ludzie tak nienawidzili, kiedy ona znikała. Myśl, że Zaire odwali jej identyczny numer ją paraliżowała.
Dalej była wściekła.
Dalej miała ochotę go rozszarpać.
Wykrzyczeć mu w twarz znacznie więcej, a potem zabrać do domu. Zaciskała dłonie w pięści. Myśli kotłowały się pod czaszką. Jeszcze moment i para poleci jej z uszu. Przygryzła wewnętrzną stronę policzka, dopóki nie poczuła w ustach metalowego posmaku krwi.
Zaire wyzwalał w niej uczucia, o których nie miała chwilami pojęcia. To, jak zazdrosna w przeciągu sekundy potrafiła się zrobić było przerażające. Do jakich rzeczy mogła się posunąć, aby tylko pokazać, że nim dzielić się nie zamierza.
— Pieprzony Crawford — syknęła pod nosem. Nie było go nigdzie po drodze, choć naiwnie liczyła, że jest w pobliżu. I że słyszy ten cholerny monolog, którzy z siebie wyrzuciła. Może by dzięki temu zrozumiał, że nie jest tylko krótką przygodą.
W tym wszystkim najgorsze było to, że ona wiedziała. Wiedziała, jak popieprzona jest ich relacja, jak wyniszczają siebie nawzajem, a potem na nowo składają w całość. Tylko po to, aby za parę dni lub tygodni znów znaleźli się na dnia. Pamiętała podobne uczucia z poprzednich relacji, ale w porównaniu one były, jak chodzenie bosą stopą po miękkiej trawie usłanej stokrotkami. Z Zaire’m często natrafiała na szkło. Ostre i wbijające się w skórę. Takie, które zrastało się wraz z nią i przy każdym kroku o sobie przypominało. Bolesne, a jednocześnie tak cholernie potrzebne do oddychania.
Gdyby go nienawidziła byłoby łatwiej. Gdyby pozwoliła sobie, aby go znienawidzić mogłaby odejść. Mogłaby rzucić mu papierami w twarz, powiedzieć „spierdalaj” i wrócić do spokojniejszego życia, a potem, gdy o tym myślała to rwała się myślami i ciałem do niego.
Drzwi zatrzasnęły się za nią z głośnym hukiem.
Nocne powietrze było ciężkie od dymu z papierosów i spalin taksówek jeżdżących wzdłuż krawężnika. Nie dałaby rady tu odetchnąć pełną piersią. Wdychałaby toksyczne powietrze. Jakby to jeszcze miało zrobić jakąkolwiek różnicę w tym, co wdychała z pocałunkami Crawforda.
Dostrzegła go po chwili. Przy ścianie budynku z jakąś dziewczyną. Zbyt krótka sukienka, za duże oczy i uśmiech proszący o więcej. Wypielęgnowane dłonie obracające paczką papierosów. Wiedziała, że były jego, bo bok pomalowała mu flamastrami na różowo. Nawet nie wiedziała, dlaczego to wtedy zrobiła. Może chciała zaznaczyć swoją obecność nawet na nich. Tak, aby pamiętał, że jest z nim zawsze. Gdzieś na przodzie paczki były nawet jej inicjały. S.C. Nie S.F. I jebane serduszko, jakby była w podstawówce i podpisywała się chłopakowi w zeszycie.
Serce tłukło się jej w piersi na ten widok.
UsuńW pierwszym odruchu miała ochotę wrzeszczeć, ale zamiast tego założyła jedną z wielu masek. Wrzaski zachowa dla niego. Bez widowni. Bez ludzi, którzy zaraz jej zaczną wyrzucać, że źle traktuje swojego męża. Chłód i opanowanie przejęły nad nią kontrolę, kiedy ruszyła w ich stronę. Ręce luźno zwisały wzdłuż ciała. Oczy niczego nie zdradzały. Przynajmniej nie dla ludzi z boku, ale on ją znał. Lepiej niż ona samą siebie. Wiedział, że pod tym obojętnym spojrzeniem kryje się coś więcej.
Obcas uderzał o płytę chodnikową. Przez moment zdawało się, że to jedyny dźwięk, jaki im towarzyszy w tym zaułku. Jakby ludzie z SUV-a, technicy w pobliżu i odgłosy miasta przestały istnieć. Tylko na ten moment.
Sloane zatrzymała się przy Carterze. Bez słowa wyciągając mu papierosa spomiędzy palców. Co, niby że jej odmówi? Lodowate spojrzenie, którym mogłaby ciąć lód, obdarzyła dziewczynę. Kojarzyła ją z garderoby, ale nawet nie znała jej imienia. Nie chciała znać jej imienia.
Wsunęła papierosa między usta, a w zasadzie już jego resztki. Zaciągnęła się mocno. Dym gryzł w płuca. Był nieprzyjemny. Uśmiercał, ale teraz sprawiał, że czuła się żywa. Wypuściła dym z płuc, a niedopałek zgasiła o ścianę tuż obok głowy dziewczyny.
— Uśmiechnij się o ogień do kogoś innego. — Poleciła. Nie była w nastroju na przepychanki z kolejną laską, która myślała, że może położyć na nim łapy. — Jesteś głucha? Zmykaj.
Odpędziła ją ręką, który przypominał bardziej pozbywanie się natrętnej muchy. Tym właśnie te wszystkie dziewczyny były – natrętnymi insektami, które należało tępić szybko i bez litości.
Uniosła dłoń nagle i bez ostrzeżenia. Ujęła w palce jego podbródek, a twarz odwróciła w stronę pobliskiej latarni. Jakby chciała sprawdzić zadane przez nią obrażenia. Uważnie przyglądała się czerwonej szramie, którą zostawiła mu na policzku. Lekko rozcięty przez pierścionki, które miała na palcach. Kwaśno się uśmiechnęła. Było coś w tym, że ranę zostawiły mu pierścionki, które sam dla niej wybierał. Oceniała swoje dzieło, jakby mierzyła siłę własnej furii.
— Pięknie wyglądasz w moich ranach. — Odezwała się miękko po chwili, choć jej głos dalej zdradzał mieszankę wściekłości z wcześniej. Puściła jego twarz. Krótko spojrzała w stronę czarnego auta, jakby czekali, aż on do nich dołączy. — Nawet nie waż się o tym myśleć.
Znała ten schemat. Dziś go nie powtórzy. Żadne z nich.
— I tym bardziej nie waż się ode mnie odchodzić — dodała — naprawdę myślałeś, że możesz mnie upokorzyć i wyjść, jakby nic się nie stało? Jakbyśmy nie mieli znaczenia?
Nie unosiła głosu. Jeszcze nie.
Sloane🖤
Naprawdę nie rozumiała, dlaczego za nim biegnie. Po co robi to samej sobie.
OdpowiedzUsuńA potem przypominała sobie te wszystkie momenty, kiedy nie było głośno między nimi. Te ciche poranki, gdy oboje byli jeszcze zaspani i nie chcieli wstawać. Jak przyciągał ją do siebie i zamykał w silnym uścisku, kiedy próbowała wyjść z łóżka. Czułe pocałunki na szyi, każde kocham cię wyszeptane prosto w ucho, aby tylko ona mogła to usłyszeć. Każde spojrzenie, które mówiło „to moja żona”. Pełne dumy. W takich momentach naprawdę go kochała. Cartera, nie Zaire’a – bo choć to była jedna osoba, to byli różni. Obaj kochali ją na zabój, ale to z tym drugim wzniecała pożary. To ten drugi doprowadzał ją do szewskiej paski. Przekraczał wszelkie granice, a potem jeszcze miał pretensję, że odpowiada ogniem. Sloane nie potrafiła się przy nim zatrzymać. Powiedzieć „nie”. Ta kłótnia, ten teatr – to nie byli oni. Nie ci prawdziwi oni. Odrywali przedstawienie, które było tylko dla nich, chociaż widownię mieli sporą, a Fletcher wcale nie będzie zdziwiona, jeśli cały internet już o tym wiedział.
To wszystko było jednak bez znaczenia.
Liczyli się oni. Że tutaj wciąż oboje byli. Że zdążyła zanim wsiadłby o tego SUV-a i obudził się rano w nieznanym mieszkaniu. Pewnie z nieznaną dziewczyną. I ta myśl ją przerażała. Że mogły i pewnie były inne, a czego nie chciała do siebie dopuścić. Nie mogła udawać, że nie rozumie skąd w nim brały się te wszystkie obawy. Zazdrość, która potrafiła niszczyć miasta. Zostawiając jedynie popiół. Bo gdyby wszedł do tego auta, gdyby to zobaczyła to byłby koniec. Wszystkiego co budowali i Sloane wiedziała, że myślał identycznie. Dlatego to, co wydarzyło się we Włoszech miało być tajemnicą. Aż do samego końca. Bo chociaż minęło parę miesięcy i nadal jej nie przeszło, to nie mogła sobie na te uczucia pozwolić. Jak to wyglądało? Jak miałaby mu wytłumaczyć, że wcale nie jest tym drugim, ale że James również nim nie jest? Że oni obaj są na tym samym miejscu… To nie miało żadnego sensu. Dlatego musiała te uczucia pogrzebać. Dlatego napisała piosenkę, bo liczyła, że jej to pomoże zapomnieć. Że dzięki temu uda się jej skupić już tylko na Crawfordzie, ale wcale tak nie było. To co trzymała w szczelnym zamknięciu ponownie wypływało na powierzchnię, a Sloane nie miała nad tym kontroli.
Nie przyszła, żeby ładnie się do niego uśmiechać. Nie tym razem.
Padło zbyt wiele słów, aby mogła tak po prostu to wszystko zamieść pod ładnym uśmiechem. Pod słodkimi słowami, o których na drugi dzień nie będą pamiętać. To był wybuch zwykłej zazdrości. To nie była scena zazdrosnych kochanków.
Prześlizgnęła się spojrzeniem po jego twarzy. Opuszkiem palca przesunęła po zranionym policzku. Możliwe, że czuła małe wyrzuty sumienia. Niewielkie. Takie kujące w bok i dające o sobie znać. Jednocześnie myślała tylko o tym, że Skurwiel sobie zasłużył i nic jej zdania by nie zmieniło.
Odsunęła rękę, kiedy dał wyraźnie znać, że nie chce jej blisko. Przez chwilę milczała. Słuchała go i patrzyła mu w oczy, na mowę jego ciała. Ignorując w sobie to, co tak głośno krzyczało, aby go objąć. Bez słów zaleźć miejsce między jego ramionami. W nadziei, że to załagodzi wszystko, co między nimi teraz było złe. Ale wiedziała, że to tak nie działa.
— Nie, nie myślę. Zostawiłeś we mnie więcej ran niż jestem w stanie zliczyć. Różnica polega na tym, że moich nie widać.
Spojrzała na chwilę w bok. Zamrugała parę razy. Znała siebie na tyle, aby wiedzieć, kiedy zaczyna być blisko okazania zbyt wielu emocji, a tych jeszcze mu okazywać nie chciała. Jeszcze przez moment była królową lodu, która nie roztapia się pod nikim. Tyle, że to spojrzenie miękkie, łagodne i złamane działało na nią bardziej niż chciałaby to przyznać.
— A ty masz mnie całą, a i tak… — Urwała, nie dając sobie samej dojść do głosu. Nie miała żadnego dowodu na to, co chodziło jej po głowie. Jedynie plotki. Jakieś urywki z imprez. Niewyraźne zdjęcia, na których nie było nawet widać czy to faktycznie on. — Oboje się niszczymy.
Czy nie tak właśnie miało być? Czy nie to obiecywali sobie na samym początku? Że zabiorą się nawzajem na dno, a kiedy już go sięgali to zaczynało ich przerastać? Wtedy to była dla niej zabawa. Wygłupy, które nie zmienią się w rzeczywistość. Bo Zaire miał być tylko na moment. Tylko na parę tygodni, a teraz… Teraz była z nim związana na dobre.
Usuń— Ty mnie tak nie traktujesz? Nie udawaj, że nie ma chętnych na moje miejsce. I że z nich nie korzystasz.
Bojowe nastawienie z niej powoli ulatywało. Jak powietrze z pękniętego materaca. Nie szybko i gwałtownie, jakby ktoś przebił balonik. Trzymała się jeszcze nieźle. Gotowa, aby wskoczyć w kolejną kłótnię, gdyby trzeba było. Ale Zaire ją po raz kolejny złamał. Odebrał jej możliwość opowiedzenia tej historii własnymi słowami. Był z tymi dziewczynami w garderobie. Nie musiał nic z nimi robić, ale już sama obecność ich przy nim była wystarczająca.
Zadarła brodę po jego pytaniu. Całą sobą chciała mu przekazać „nie dowiesz się”.
— Zdefiniuj „zdradziłaś”. — Poprosiła. Tak, zdradziłam, ale przecież ci tego nie powiem. Zresztą, zostawił mnie, więc jaka różnica?” Zwilżyła usta, ściągając językiem resztki ciemnego błyszczyka.
Stała niewzruszona, chociaż w środku wszystko się w niej gotowało. Widziała obrazy, które miała wymazać z pamięci. Dłonie, które dotykały jej ciało. Każde miejsce, które sobą naznaczył teraz paliło. Całe ciało. Nie miała na sobie elementu, który nie byłby nim naznaczony. Palce wplecione we włosy, wbite w udo czy biodra.
Pokręciła w odpowiedzi głową. Nie, nie i nie.
Nic mu nie powiedziała. Nic nie zamierzała mówić.
— Jakie to ma znaczenie? Już go w moim życiu nie ma. Wybrałam ciebie. Wróciłam do ciebie.
Był przeszłością. Taką, która odcisnęła na niej swoje piętno. Która wracała pod osłoną nocy, kiedy wszystko się waliło, a ona nie miała nikogo i była sama. W chwilach, kiedy naprawdę potrzebowała, aby ktoś ją mocno trzymał i zapewniał, że będzie w porządku. Nie zlekceważył, nie udawał, że tych problemów nie ma. Zauważył ją.
— Powiem ci, jak ty mi powiesz o tych wszystkich hotelach i apartamentach, z których cię wyciągali. Ile było tam dziewczyn, hm? — Udawała długo, że nie wie. Wybierała udawanie, że nie wie. — Ile razy wróciłeś do domu, kładłeś się ze mną, pieprzyłeś ze mną, a godzinę wcześniej robiłeś to samo z inną? Ile razy po koncercie w garderobie pieprzyłeś się z innymi, kiedy jeszcze nie zdążyłam do ciebie przyjść?
Niewiele zostało w niej już dziewczyny, która gotowa była zabić spojrzeniem. Pozwoliła sobie, aby ta zraniona Sloane na moment wyszła. Ta, która udawała, że nie widzi obcych włosów na jego ubraniach. Że nie czuje obcych perfum. Że nie znajdowała w kieszeniach spodni nie swoich błyszczyków.
— Następnym razem, przynajmniej weź prysznic zanim położysz się obok mnie. Na tyle szacunku jeszcze zasłużyłam.
Zrobiła krok do tyłu. Potrzebowała przestrzeni. Powietrza. Tego zaczynało być za dużo. Miała w planach, jeszcze, trzymać to dla siebie. Udawać jeszcze przez chwilę, ale najwyraźniej to była noc na wyznania. Brutalne i nieprzyjemne.
— Co? Myślałeś, że nie wiem? — Zaśmiała się gorzko. Zraniona i pokonana. Był jej największą siłą i słabością w jednym. — Przyznaję, nie grałam fair. Ani z tobą, ani z nim. Ale… Nigdy nie przyszłam do ciebie zaraz po tym, jak byłam z nim. Bo kiedy to się działo… nie było żadnych nas.
Sloane
Skrzyżowała ramiona na piersi. Z jednej strony przez chłodny wiatr, który pojawiał się co jakiś czas. Adrenalina z niej powoli spadała i przestawała ocieplać, a z drugiej po to, aby nie zrobić czegoś głupiego. Starała się ze wszystkich sił, aby mu nie powiedzieć całej prawdy. Nie wstydziła się tego, co czuła. Ale Włochy były czymś co zamierzała zachować dla siebie. I ten jeden wieczór w Nowym Jorku, kiedy wszystko się z jakiegoś powodu posypało należało tylko do niej i do Jamesa. Nie czuła potrzeby, aby dzielić się tym z kimkolwiek, a już na pewno nie z Carterem. Nie dbała o to, że byli małżeństwem, że nie powinni mieć przed sobą tajemnic. Nie dbała o to, bo w tych chwilach oni nie istnieli. Przynajmniej w jej głowie i na parę godzin, które spędził w jej mieszkaniu.
OdpowiedzUsuń— Pieprzyłeś się z inni, jak włożyłam ci obrączkę?
Żadnego zaprzeczenia ani potwierdzenia. Sam sobie odpowie na to pytanie w zależności od tego, jak wyglądało to z jego strony. Nie miała żadnego dowodu. Nic czym mogłaby mu rzucić prosto w twarz, zaśmiać się i rzucić cholernym „miałam rację”. Tylko głupie przeczucie i jakieś marne zdjęcia, które nic nie wskazywały. Domysły z plotkarskich stronek. Komentarze, że ktoś widział go w Hiltonie z dziewczynami. Nic konkretnego, a jednak to bolało. Ta świadomość, że naprawdę nie była jedyną.
— Przestań mi grozić — warknęła, mając powoli dosyć słuchania tego, co by to nie zrobił. Wierzyła, że jest zdolny do wielu rzeczy. Do takich, które pewnie nie przyszłyby jej do głowy. Oparła się plecami o ścianę za sobą, a wzrokiem podążała za nim, kiedy chodził w kółko. — Niczego się nie boję. Nie chcę ci o tym mówić. Tyle. To moje i tylko moje. Nie twoje, aby wyciągać to przed ludźmi i robić ze mnie dziwkę. Dostałeś swoje pięć minut, wszyscy ci przyklasnęli i jesteś tym facetem, który musi użerać się z „niewierną” żoną. Biedny ty, jak ty sobie z tym poradzisz? Och, czekaj. Masz niezliczone fanki, które cię pocieszą, więc nie taka zła ta sytuacja.
Sloane nie chciała mu przyznać racji. Tego, że gdyby naprawdę o wszystkim mu opowiedziała to straciłaby nad tym kontrolę. To nie byłoby już coś, do czego czasami sobie wraca. Musiałaby mu o tym opowiedzieć, a wtedy… Nie miała pojęcia, jak zareaguje. Nawet nie tyle, że bała się reakcji na informację, że to James. Najzwyczajniej nie chciała mu o tym mówić. Chciała, aby to było dla niej. Jej historia, jej romans, jej sprawa.
— Skończyłeś już? — Zapytała spokojnym tonem. Nie dawała mu się sprowokować. Nie po raz kolejny, bo to mogłoby się źle skończyć. Oderwała się od ściany i podeszła bliżej. Czuła tę napiętą atmosferę. Jego nastrój, który przesiąkał przez nią. Wchłaniała te emocje, jak gąbka. Sloane z jednej strony chciała go zapewnić, że to naprawdę przeszłość, ale to nie była przeszłość. Nie tak daleka, jak mogłoby się wydawać.
— Może najwyższa pora pogodzić się z tym, że nie wszystko co moje, jest twoje. A to… To co się wydarzyło zanim zaczęliśmy być razem, to nie twoja sprawa. Więc proszę, i powiem to tylko raz, ale odpierdol się od tego, Zaire. Nie dam ci tego, czego chcesz. To zamknięty temat. Gdybym chciała… byłabym z nim, a nie z tobą. To nie wystarcza? Że każdego dnia wybieram ciebie? Szczególnie wtedy, kiedy mnie wkurwiasz i najchętniej wypchnęłabym cię z balkonu? Kiedy wracasz po nocy do domu, a ja nie mam pojęcia co i z kim robiłeś? Co chcesz, żebym zrobiła, aby do ciebie dotarło, że nie jesteś jakimś chwilowym facetem, z którym przypadkiem wzięłam ślub?
Wybierała go każdego pieprzonego dnia. Od chwili, gdy wszedł do jej mieszkania z tą gazetą i coś o nich mówił. Nie pamiętała co, ale pamiętała chłód stołu, na którym leżała. Cóż, wybrała go już wcześniej, ale wtedy pozwoliła sobie na chwilę słabości.
Sloane nie ugięła się pod jego spojrzeniem ani pod słowami, które ciskał w nią z siłą odrzutowca. Były głośne, ale nie były wrzaskami. I to było najgorsze, że już nie krzyczał. Jedyne lekko drgnęła, kiedy dostrzegła to, co kryły jego oczy. Ból, którego przedtem nie widziała. Ból, który ona spowodowała.
Odwróciła głowę na bok.
UsuńMiała dość padających tu słów, a jednocześnie jeszcze wiele do powiedzenia. Udawał, że nic nie miało miejsca. Że te dziewczyny nie istniały. I może nie istniały. Może je tylko sobie wyobraziła. Boże, ile dałaby, żeby naprawdę tak było. Aby to wszystko było wytworem jej wyobraźni, a jednocześnie tego potrzebowała, aby tłumaczyć swoje własne zdrady. Cóż, zdradę. Była tylko jedna.
— Właściwie, to była szminka. Nie błyszczyk. I nie na szyi, a obojczyku. — Powiedziała spokojnie, jakby informowała go o godzinie, a nie o tym, co widziała którejś nocy. Nic wtedy nie powiedziała. Rano udawała, że wszystko jest w porządku i niczego nie widziała. Nawet nie zwrócił wtedy uwagi, że jej nie było z nim w łóżku, a oczy miała przekrwione od płaczu i wściekłości.
— Co mi po tym, że nie patrzysz na nie tak, jak na mnie, skoro dalej patrzysz, Zaire? — Zapytała i w końcu na niego spojrzała. Była tym wyczerpana. Miała się nie podawać, ale zaczynała opuszczać broń. Wywieszać białą flagę, aby tylko nie skończyło się tym, że każde z nich pójdzie w różne strony. — Rozumiesz jakie to uczucie, kiedy wiesz, że jest ktoś inny. To teraz je pomnóż przez tyle razy, ile byłeś z innymi. I nie będziesz mi mydlił oczu, że tak nie było. Serio, mam nagle uwierzyć, że porzuciłeś to kim jesteś, bo się pojawiłam? Gdyby tak było to nie pieprzyłbyś się z tymi dziewczynami po klubach. To nie była tajemnica, gdzie jestem. Mogłeś po mnie przyjechać. Mogłeś zignorować to, ile razy kazałam ci się odpierdolić.
Stali teraz po dwóch przeciwnych stronach. Zamiast po tej samej, jak było do tej pory. I Sloane już nie wiedziała, co ma robić. Czy odejść czy… Odchyliła głowę do tyłu, lekko uderzając nią o ścianę. Ale nawet nie mrugnęła. Przechyliła głowę na bok.
— Nie dam ci tego, czego chcesz. Jeśli nie możesz tego przeboleć to… Nie wiem, ale tą jedną rzecz zachowam dla siebie. Dam ci wszystko inne, tylko nie to.
Nie patrzyła na niego, właściwie nigdzie nie patrzyła. Zamknęła oczy i wyobrażała sobie, że przenieśli się do momentu, kiedy jest między nimi lepiej. Do lepszej przyszłości. Poczuła tylko, jak pojedyncza łza spływa po policzku. Najpewniej już ze zmęczenia. Nie starła jej. Pozwoliła, aby zostawiła na policzku srebrny ślad po sobie.
— Nie chcę z tobą walczyć. Już nie… Chcę iść do domu i odpocząć. Z moim mężem. Ale nie z Zaire. Wrócę do domu tylko z Carterem.
sloane
Kochała ich obu, ale w tej chwili naprawdę nienawidziła Zaire’a. Tej scenicznej wersji, która była zupełnie inna od tej domowej. To wciąż była jedna osoba, ale różnice między nimi były diametralne. Sloane była również zmęczona ciągłą walką, która trwała tak naprawdę od tej małej sprzeczki w penthousie. Wydawało się jej, że zostawili to za sobą wtedy, że jakoś się pogodzili, ale jak się okazało była w błędzie. I to całkiem sporym.
OdpowiedzUsuńKiedy to powiedziała to ją coś zabolało. Nie chciała wybierać między jednym, a drugim. Przecież wiedziała, że to jest nierozłączny pakiet. Nawet, gdyby bardzo tego pragnęła, a pragnęła, to nie mogła ich rozdzielić.
— W tej chwili go nie chcę. Po prostu… chodźmy do domu. Zaire nie jest błędem, ale… Nie dam rady go dziś udźwignąć. Więc proszę, zostaw go na moment i wrócić ze mną do domu jako Carter. — Mówiła cicho i z tą prośbą w glosie, która nie była okruszona słodkim tonem, kiedy próbowała go przekonać do jakiejś głupoty. Naprawdę potrzebowała teraz, aby zmienił maskę z Zaire’a. Przytulił ją jako Carter, który zdawało się, że był w stanie jej wybaczyć znacznie więcej.
Nienawidziła okazywać słabości przy kimkolwiek, a już zwłaszcza przed nim. Grała rolę dziewczyny, która sobie zawsze radzi, bo musiała. Przed nim, przed rodzicami, mediami i obcymi ludźmi. Była zbyt dumna, aby prosić o pomoc. Nie licząc jednej osoby, ale jego tutaj przecież nie było, aby pozbierał jej resztki i posklejał z delikatnością.
— I kocham was obu — powiedziała. Nie odrywała od niego spojrzenia, choć z każdą chwilą miała ochotę to zrobić. Spojrzeć w bok, aby nie zobaczył w niej czegoś więcej. — Ale na teraz… Na chwilę potrzebuję Cartera. Nie chcę się z tobą już kłócić.
Westchnęła ciężko ze zmęczenia. Z tej rozmowy, która zdawała się nie mieć końca, a mogła wrócić do mieszkania. Zostawić go i czekać, aż wróci. Ale to niczego by nie zmieniło, bo wróciłaby do kłótni w chwili, w której Zaire przekroczyłby próg penthouse. Tylko wtedy mogłoby być o wiele gorzej niż teraz.
— Powiedzieć ci, dlaczego nie chcę o tym mówić? — W jej głosie nie było już tej zadziorności, którą mu serwowała przy poprzednich odzywkach. Nie trzymała wysoko głowy jak królowa, która wie, że wygrała wojnę. Znowu dała mu się pokonać. — Nie licząc nas, pierwszy raz poczułam coś szczerego. Czystego i spokojnego. I to zniszczyłam. To co się wydarzyło, co czułam i robiłam siedzi mi w głowie tak mocno, że nic nie będzie w stanie tego wymazać. Napisałam piosenkę, aby się z tym jakoś… nie wiem, pożegnać? Zostawić za sobą? Myślisz, że chcę grać na dwa fronty? Raz być z tobą, a potem z nim? Że nie wolałabym mieć spokojnej głowy i myśleć tylko o tobie?
Była świadoma, że to może prowadzić do kolejnej kłótni, ale chciał szczerości. To ją dostał.
— Chciałam o tym zapomnieć. Wymazać z pamięci, ale nie potrafię. Tak, jak nie potrafiłabym wymazać ciebie, gdybyśmy… — Słowa „rozeszli się” nawet nie chciały jej przejść przez gardło. To nie była opcja, chociaż już nieraz myślała, że może byłoby lepiej, gdyby się rozstali. Ale wiedziała, że szukałaby do niego drogi powrotnej. — Pewnych ludzi nie da się zapomnieć, Carter. On jest taką osobą dla mnie. I wiem, że cię to boli. Nie proszę, żebyś zrozumiał tylko… Odpuść. Jestem z tobą. Chcę być z tobą. Masz mnie na wyłączność. Wszystko co jest we mnie… należy do ciebie. Poza tą jedną historią.
Opuściła głowę w geście poddania. Nie zostało w niej już wiele sił do walki, którą miała jeszcze niedawno. Była teraz Sloane, która znowu nie radziła sobie z uczuciami. Potarła obrączkę, jakby to miało ją przywrócić na ziemię. Przypomnieć, że to Carter jest jej mężem. Że to z nim jest związana i jemu obiecywała wspólne życie. Jemu, nie Jamesowi.
— To ma znaczenie dla mnie.
Zacisnęła usta w wąską linijkę. Jak mogłaby udawać, że to nie ma znaczenia? Przymknąć oko na to, że nie jest jedyną? Utwierdzała się w przekonaniu, że ma inne, chociaż nie mogła tego udowodnić. Były domysły, jakieś ślady, które zmywała woda pod prysznicem. Tylko, a może aż tylko.
— To, że one nic nie znaczą to nie jest żadne wytłumaczenie. Wiesz, jakie to uczucie, kiedy wchodzę do garderoby i pierwsze co widzę to ciebie otoczonego napalonymi laskami? Kiedy cię dotykają tam, gdzie powinnam dotykać cię tylko ja? Kiedy próbują cię całować, wchodzić na kolana, rozbierać? — Wypluwała z siebie kolejne słowa bez większych emocji. Była tylko ta bolesna świadomość, że on zawsze miał inne. Że zawsze w pobliżu była jakaś chętna. — I ty im na to pozwalasz… Bez znaczenia czy patrzę, czy nie. Muszę się prosić, żeby cię zostawiały. I nie chcę każdej prosić, aby zostawiły mojego męża. Nie powinnam była tego robić, a ty… Ty powinieneś je przed tym powstrzymać.
UsuńAle może powinienem.
Drgnęła niespodziewanie po tych słowach. Zabolały znacznie bardziej niż się spodziewała. Policzki w moment zrobiły się czerwone. Nawet nie od zazdrości, a od świadomości, że mógłby to zrobić. Słuchała go, chociaż bardzo chciała przestać. Każde słowo cięło skórę jak ostrze, a następne piekły i wypalały się pod nią.
— Przestań. — Warknęła. Niechciane obrazy migały jej przed oczami. On z laską od papierosa, tamta w czerwonej kiecce. Wiele innych z przeszłości.
Chciał ją zranić i mu się to udało. Wzrok Sloane był rozbiegany. Nie patrzyła na niego. Wyobrażała sobie zbyt wiele. Słowa ścisnęły ją za klatkę, odbierając powietrze. Zaciskały się na jej gardle. Ciało delikatnie drżało. Gardło miała ściśnięte. W sposób, który mówił „jeszcze chwila i poleją się łzy”, ale te może już się pojawiły. Nie miała pewności.
— Proszę, przestań.
Objęła się ramionami, wbijając w nie paznokcie, jakby to miało ją przywrócić do rzeczywistości. Jakby sama się pocieszała i próbowała przed nim nie rozpaść na dobre. Jednocześnie była zbyt dumna na powiedzenie „przepraszam”. Mogła teraz już tylko błagać, aby skończył mówić te rzeczy. Myśl, że byłby do tego zdolny była przerażająca. Oblepiała ją z każdej strony, jak najgorszy koszmar. Ale to nie był horror, który oglądała przez palce w ciemnym salonie z nim u boku i w każdej chwili mogła schować się za jego ramieniem, gdy obrazy na ekranie były zbyt przerażające. To była rzeczywistość, w której przyszło jej żyć.
— Po prostu wróć ze mną do domu.
Tylko tyle, a może aż tyle.
sloane
Zdawała sobie sprawę z tego, jak to wszystko brzmi. Że mówiąc mu o tym, jak nie może zapomnieć Jamesa łamie w nim kolejne części. Nie czerpała z tego żadnej satysfakcji. Niszczyła tym samą siebie. Widok tego bólu w jego oczach, jakby właśnie powoli go zabijała. Patrząc w ciemne tęczówki widziała tylko to – rozgoryczenie, zawód. Nie było tam zazdrości, a agonia po wyznaniu, że w jej sercu dalej mieszka inny mężczyzna, którego nie potrafi się pozbyć. O którym nie udaje się jej zapomnieć. Zasypiała u boku Zaire’a niemal każdej nocy, jemu szeptała, że go kocha i że nikt inny się nie liczy, a jednocześnie jak cień krążył nad nią ten drugi mężczyzna, który w równym stopniu zawładną jej sercem.
OdpowiedzUsuń— Staram się. — Zapewniła, ale zrobiła to tak cicho, że słyszała to zapewne tylko ona. Przez większość czasu się udawało, a potem… Potem się skradał. Po cichu. Jak wilk, który natrafił na samotną owcę i zapędził ją w róg. Od tego nie mogła uciec. — Naprawdę się staram, Zaire, ale… Nie wiem jak.
W odpowiedzi na kolejne pytania wzruszyła ramionami. Może by z nim była. Może udałoby się, ale nie mogła tego wiedzieć. To były tylko przypuszczenia. Oboje tego w pewnym momencie chcieli, ale nie wypowiedzieli na głos. Potem Sloane to zakończyła, wróciła do Cartera. Już jako jego żona.
— Nie wiem, może — przyznała znów poruszając ramionami. — Nie byliśmy razem, Carter. Wtedy… myślałam, że… że to z nami to koniec. I… To się po prostu stało, a potem wróciłam i ty się zjawiłeś i… I chciałam być z tobą.
Nie potrafiła mu odmówić tamtej nocy. W aucie, kiedy padły te wszystkie słowa, gdy wyrzucała z siebie to, co z nią robił przez ten cały czas. Jak opowiedziała mu, co czuła po Vegas, co się działo. Jak sama została z tym. Podszedł ją sprawnie i wciągnął w swój świat, a ona… Ona się zgodziła, jakby nic innego nie istniało. Zapominając, że gdzieś tam na Brooklynie jest drugi mężczyzna gotów podarować jej cały świat, jeśli tylko o to poprosi. Trzymała ich dwóch przy sobie, jakby naprawdę mogła między nimi wybierać. Uciekać od jednego do drugiego, kiedy jej to pasuje.
Sloane w milczeniu patrzyła, jak sięga po alkohol. Nie zwróciła uwagi na tego chłopaka, który oddalił się tak szybko, jak to możliwe, gdy Zaire wziął to co chciał. Ściskała mocno swoje ramiona. Obserwując, jak coś się w nim rozpada. Ze świadomością, że to ona jest za wszystko odpowiedzialna. Że to jaki teraz jest to jej wina. Że ona do tego doprowadziła.
— Błąd? Carter… O czym ty mówisz?
Zamknęła oczy i głęboko odetchnęła.
Już nie wiedziała, jak mogłaby to naprawić. Jak zawrócić z tej ślepej uliczki, która niszczyła między nimi wszystko co zbudowali. Było chwilami źle, wyrzucali sobie najgorsze, ale zawsze do siebie wracali. I Sloane naprawdę wierzyła, że nic nie będzie w stanie ich poróżnić. Żadne dziewczyny, żaden facet. Nic. Byli zbudowani z podobnego materiału; wytrzymałego i odpornego na zniszczenia, ale nawet oni czasem się łamali. Nawet tacy jak oni mieli swoje słabości. Carter był jej największym przekleństwem. To co potrafił z nią zrobić chwilami ją przerażało. Jak uległa potrafiła być, aby tylko dopasować się do jego rytmu i tempa. Gotowa zrobić wszystko, aby tylko jej nie opuszczał. Nie zostawiał samej, bo gdyby odszedł, ale tak naprawdę to nie podniosłaby się z tego.
— Nie wiem, jak mam z tego zrezygnować, Carter. Nie umiem… staram się, ale nie wiem, jak o tym zapomnieć. Jak to wyrzucić z pamięci. Nie potrafię, ale się staram. Dla nas.
Prawda brzmiała raczej „nie chcę o tym zapominać”, ale gdyby to powiedziała to wybuchłaby kolejna awantura. Możliwe, że gorsza od poprzedniej. A Sloane była pewna jednego – nie chce go stracić. Nie mogła pozwolić sobie i jemu na to, aby odszedł. Znalazł zastępstwo. Nawet krótkotrwałe, którego imienia nie zapamięta, którego zapach nie utknie mu w pamięci. Chciała być jedyną, do której wraca. Jedyną, o której myśli i pragnie. Bez tych dodatkowych pokus na boku. I jednocześnie sama nie była w stanie dać mu tego samego. Nie, skoro sama miała na boku taką pokusę, o której myślała stanowczo zbyt często.
Odsunęła się od ściany i do niego podeszła. Już nie tworzyła muru, już nie starała się znikać za maską. Dłonie ułożyła na jego karku, który teraz zdawał się palić żywym ogniem. Takim, który płonął pod skórą.
Usuń— To nie jest proste, wiem. Proszę tylko, żebyś wrócił ze mną do domu. Nie, żebyś o tym zapomniał.
Wbiła swoje spojrzenie w jego. Łagodniejsze niż przedtem, spokojne i zmęczone. Takie, które mówiło, że wszystko jakoś się ułoży, ale nie w tej uliczce. Nie tutaj, gdy kłócili się na tyłach klubu na oczach świadków. Zbyt dużo ludzi już pewnie to słyszało.
— Nie wiem, jak stamtąd wrócę, ale to zrobię. — Obiecała. Kciukiem delikatnie przesuwała po skórze jego szyi. Delikatny gest, prawie niewyczuwalny. W nadziei, że go to chociaż trochę uspokoi. — Jesteś pijany i wiem, że coś wziąłeś. Wróćmy do domu, możemy dokończyć rozmowę rano. Proszę, Carter. Chodź ze mną do domu.
Przybliżyła swoją twarz do jego, aby delikatnie musnąć jego usta. Smakowały alkoholem i goryczą.
— Wrócę do ciebie, obiecuję. Tylko… Proszę, daj mi trochę czasu.
sloane
Jej pierwszym odruchem było zignorowanie jego prośby, ale coś ją tchnęło, aby jednak się nie odezwać. Ledwo rozchyliła usta, które zaraz zamknęła. Stała z boku, milcząca i nieobecna, chociaż chłonęła każdą emocję Cartera. Wciskały się w nią, dławiły i zmuszały do refleksji nad samą sobą.
OdpowiedzUsuńNie mogła powiedzieć, że żałuje, bo nie żałowała. Ani sekundy, którą spędziła z Jamesem. Cały ten wspólny czas… To było coś czego pewnie będzie trzymała się już na zawsze. I było to nie fair w stosunku do Cartera. Jej życiem zawładną inny mężczyzna, kiedy miała męża. Mówiła szczerze, gdy powiedziała, że nie wie, jak ma o nim zapomnieć. Miesiące z Carterem w związku nie pomogły, piosenka nie pomogła. Co jeszcze mogłaby zrobić, żeby go wymazać z serca?
Wbijała wzrok w swoje czerwone szpilki, które może pasowały do czarnej kiecki, ale w rzeczywistości dobrała je pod to, co miała pod materiałem sukienki. Bo miała zaplanowany cały wieczór po koncercie, który się nie odbędzie. Miała wrażenie, że uwiera ją teraz wszystko. Było jej niewygodnie we własnym ciele. Co, jeśli to naprawdę był koniec? Co, jeśli właśnie tutaj na tyłach tego pieprzonego klubu się skończyli? Nie czuła żadnej ulgi. Nie było żadnego „Boże jak dobrze, że to już koniec”. Była dziwna pustka, która bolała. Bolało, że nie była w stanie teraz nic zrobić. Uratować tego w żaden sposób. Powiedzieć czegoś, co sprawi, że Sloane i Zaire wrócą do bycia sobą. Do bycia tymi ludźmi, których podziwiały miliony. Którzy chcieli nimi być i żałowali, że nie są. Tymczasem tutaj byli pogrążeni w emocjach, pogubieni we własnych uczuciach i wydarzeniach. Starali się, chyba, odbudować to, co runęło zanim tak naprawdę zaczęło się na dobre.
Obserwowała, jak bierze kolejny łyk whisky. Słyszała jego kumpli w tle. Nakręcających go do dalszej zabawy. Miała ochotę ryknąć, aby spierdalali, ale nie poświęcała im najmniejszej uwagi. Skupiony wzrok miała na Carterze. Czekała, aż będzie ta chwila, w której powinna wkroczyć. Zgodnie z prośbą nie odzywała się. Nie dopowiadała. Pozwoliła mu ochłonąć na własnych zasadach. Minęły dwie minuty, a może dwie godziny. Czas rozciągał się niesamowicie, a każda sekund ciągnęła. Nerwowo zastukała szpilką o beton.
Sloane spojrzała w stronę kręcących się w pobliżu ludzi. Naćpane dziewczyny w krótkich sukienkach, jego kumple otoczeni dziewczynami, ciemne auta. Świat, w którym Zaire czuł się, jak król, ale nie tej nocy. Nie, gdy patrzyła na niego teraz. Podłamanego i zmarnowanego. Wiedziała jedno, że nie może pozwolić na to, aby z nimi odjechał. Cokolwiek by się między nimi nie wydarzyło to nie mógł z nimi teraz jechać. Rozpoznawała ten stan, kiedy już tracił nad sobą kontrolę, a świat mu zobojętniał. To nie była chwila, aby impreza trwała dalej. To był moment, aby spakować dumę do kieszeni i wracać do domu. Zostawić noc za sobą.
Napotkała wzrok któregoś z jego kumpli i tylko pokręciła przecząco głową. To chyba był jego kumpel. Ludzie w tym towarzystwie zmieniali się często, a Sloane za nimi nie nadążała. Grupki zmieniały się co wieczór.
Zaire nigdzie nie jedzie. Nie będzie bawił się z wami ani z waszymi kurwami. To chciała powiedzieć, ale żadne słowa nie przeszły jej przez gardło. Mogła tylko na migi mu dać znać, że jadą bez niego.
Przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz, kiedy polał zranioną rękę alkoholem. Musiała na chwilę odwrócić wzrok. Była już wyprana z emocji. Z tego pieprzonego haju, który się pojawiał, gdy zaczynali się kłócić, ale opadał momentalnie. Gdyby znów się odpalili… Gdyby dalej się kłócili to najpewniej zostawiłaby go samego. Ale teraz? To nie wchodziło w grę.
Osunęła się przed nim. Ręką najpierw delikatnie dotknęła jego przedramienia, o które później nieco mocniej się oparła. Wypiła może parę drinków, wzięła bucha z jointa, ale to by było na tyle. Wciąż czuła się trzeźwa, ale niekoniecznie ufała sobie na wysokich szpilkach w takiej pozycji.
— Już dobrze, już jest dobrze — szepnęła. Przesunęła dłoń na jego plecy. Delikatnie je gładząc. Nie odstraszy jej. Została przy nim po tym co widziała w Vegas. Wróciła, mimo że ją to przerażało to mały wybuch złości, w którym krzywdzi samego siebie tym bardziej jej nie odstraszy. Widziała co miał w szafach i dalej tutaj była. — Koniec na dziś, okej? — Niby pytała, ale tak naprawdę nie oczekiwała od niego zgody. Zrobią to, co mówi albo będą tu siedzieć całą pieprzoną noc, dopóki nie pójdzie po rozum do głowy.
UsuńPowoli sięgnęła po butelkę z jego dłoni. Nie komentowała tego, co z nią robił. Polewania rany alkoholem ani tym bardziej tego, jak próbował ją od siebie odrzucić. Sloane go zostawiać nie zamierzała. Wszystko w niej może krzyczało, że powinna była to zrobić, ale nie potrafiła. Nie, skoro wiedziała, jak ta noc będzie dla niego wyglądać. Odstawiła butelkę za sobą, chociaż w pierwszym odruchu chciała nią rzucić o najbliższą ścianę, ale dość dziś było już chaosu.
— Jedziemy do domu, kochanie — powiedziała miękko. Przysunęła się i musnęła policzek, ten sam, na którym zostawiła mu podłużny ślad. — Nie walcz już ze mną, proszę.
Kierowca czekał. Wystarczyło podejść do auta. Nawet nie musieli się prosić.
Sloane powoli się podniosła, a dłonie owinęła wokół ramienia Cartera. Nie miała dość sił, aby go dźwignąć do góry, więc liczyła, że jej z tym trochę pomoże.
— Ty, stary poważnie? — Sloane nie rozpoznawała tego głosu. — Dasz sobą pomiatać jakiejś lasce, która myśli, że ma coś do powiedzenia, bo nosi błyskotkę na palcu? Suka z Vegas się rządzi jak pierwsza dama.
Puściła ramię Cartera i zwróciła się w stronę typa. Uniosła brew. Odezwała się przesadzonym od słodkości tonem:
— Aww, to było urocze. Ale rządziłam się jeszcze przed błyskotką.
Typ prychnął. Przeciągnął po niej spojrzenie od stóp po głowę, jakby oceniał towar i czy ta rozmowa jest warta zachodu.
— Rządziłaś? Daj spokój, wszyscy wiedzą, że przed dostaniem pierścionka klękałaś przed nim w garderobie, a teraz udajesz jakbyś miała tu jakieś znaczenie.
Uśmiechnął się krzywo kątem ust, a potem, żeby zabolało jeszcze bardziej dorzucił:
— Vegas czy nie Vegas, błyskotka czy nie – jesteś tylko jedną z wielu. Nikim ważnym.
Sloane zmrużyła oczy. Nie chciała w to wierzyć, ale kto niby wiedziałby co Zaire robi na backstage jak nie jego kumple, którzy też sprowadzali sobie laski z widowni?
— Dajesz Zaire, nie mamy całej nocy. — Podszedł do nich i pewnie go złapał stawiając do pionu. Sloane cofnęła się o krok. — Musisz odreagować ten teatrzyk.
Odnalazła spojrzenie mężczyzny. Puste i… nieswoje, a jednak nie traciła nadziei, że tej nocy wróci do domu z nią.
— Carter… Chodź ze mną.
Wyciągnęła dłoń w jego stronę. Oczami błagając, aby wybrał ją.
sloane
Sloane brała pod uwagę, że w każdej chwili Zaire mógłby się jej wyrwać. Zrobić wszystko po swojemu, ale nic takiego nie miało miejsca. Pozwalał jej na wszystko tak, jakby nie miał już innego wyjścia. Cóż, poniekąd nie miał, bo choćby miała tu kłócić się z każdą jedną osobą – nie pozwoliłaby mu z nimi odejść. Zbyt wiele razy widziała, jak to się kończy, aby teraz się poddać.
OdpowiedzUsuńMiała misję do wykonania – zabrać go do domu i była zdeterminowana, aby to zrobić. Żaden kumpel, żadna laska w obcisłej sukience i z rozmazanym makijażem jej nie pokonają. Była wyprana już z sił, aby kłócić się jeszcze z kolesiem, który tu wpadł i traktował Zaire’a jak niezdolnego do podejmowania własnych decyzji. Nie ważne w jakim był stanie, ale to on zawsze wszystko kontrolował. Gdyby naprawdę chciał z nimi pójść i oddać się w ramiona zapomnienia łączonego z kolejną dawką alkoholu i prochów to by to zrobił. Potrzebowała go z powrotem w domu. Tylko z nią. Z dala od tego chaosu, wrzasków i ludzi, którzy o niego nie dbali. Nie tak, jak ona. Pamiętała, jak jej mówił, że jest jedyną osobą w jego życiu i… I chyba to musiała być prawda. Minęły miesiące, a ona tak naprawdę nic nie wiedziała o jego życiu. Poza tym, co było wiadome i co mówił jej sam. Żadnej rodziny, historii z dzieciństwa. W jej przypadku wystarczyło wpisać nazwisko w Google i wyskakiwała cała historia sięgająca prawie dekad wstecz. Tyle by było z prywatności w życiu Fletcher.
Stała z boku. Obserwując i słuchając ich wymiany zdań.
Mogła się wtrącić, ale po co? Choćby chciała to nie potrafiłaby ukryć tej nutki dumy, gdy nazwał ją swoją żoną. Kącik jej ust się uniósł w ledwo widocznym uśmiechu. Miała rację – nawet, kiedy skakali sobie do gardeł to i tak na koniec dnia wybierali siebie. Nikt tak ich nie ciągnął na dno, jak oni sami siebie. Ale też nikt inny nie potrafił ich tak wysoko wznieść.
Ulga pojawiła się momentalnie, kiedy Zaire sięgnął w końcu po jej dłoń. Jak cichy znak, że wybiera ją. Że to z nią dzisiaj kończy noc. Nie mówiła już nic w aucie. Siedziała wtulona w jego bok. Dłonią jedynie leniwie przesuwała po jego udzie. W kojącym, a nie prowokującym geście. Jechali bez głośnej muzyki. Jedynymi odgłosami były ich zmęczone oddechy, spokojniejszy rytm serca. Zostawiali za sobą głośną noc. Pełną wzajemnej pogardy, setki niepotrzebnych słów.
W tej samej ciszy wygrzebali się z auta. Przebyli drogę z holu do windy, która zabrała ich prosto do pogrążonego w ciemności penthouse. Na wejściu nie powitała ich Rue, jakby wiedziała, że teraz lepiej jest trzymać się od nich z daleka. Sloane zapaliła mniejsze światło, aby nie potknęli się o własne nogi. Zrzuciła z nóg tylko szpilki. To był jedyny moment, gdy od niemej „zgody” na tyłach klubu puściła jego rękę. Musiała odpiąć te cholerne paseczki, które wżynały się teraz mocno w skórę wokół kostek.
— Chodź do łazienki — poprosiła. Sięgnęła znów po jego dłoń i pociągnęła za sobą. Nie pytała, czy ma ochotę czy się zgadza. Nie było już tutaj czasu na dyskusje.
Światło w łazience było jasne i ostre. Dokładnie takie, jakiego potrzebowała. Poprosiła cicho, aby usiadł i zaczęła przeglądać szafki. Pojęcia nie miała, gdzie była jakaś apteczka. Ani czy w ogóle jakąkolwiek mieli. Przecież nie robiła domowych zakupów. Jedzenie magicznie pojawiało się w lodówce, obiady były przywożone – żadna z niej pani domu. Sloane tylko wiedziała, że jeśli czegoś nie ma to w przeciągu godziny będzie, bo ktoś dowiezie.
W końcu otwierając trzecią szafkę z kolei trafiła na podręczną apteczkę. Odpakowała ją na blacie obok umywalki. Szczerze nie miała pojęcia czego użyć. Nigdy nie musiała. Nikt jej nie nauczył. Przez moment wpatrywała się w nią z nadzieją, że ją olśni.
Umyła najpierw własne dłonie, zanim zajęła się jego. Zranioną dłoń Cartera obmyła pod bieżącą, letnią wodą. Krew zdążyła już zaschnąć, a rana wcale nie wyglądała na taką złą. Może nie była z niej żadna pielęgniarka, ale obmywanie jej alkoholem nie było najlepszym pomysłem.
— Fantazji z pielęgniarką jeszcze nie było — mruknęła pod nosem. Uśmiechnęła się lekko i spojrzała na niego. Oboje byli milczący, ale chyba właśnie tego potrzebowali. Wyciszenia i oddechu od tej nocy.
UsuńGazą delikatnie osuszyła dłoń z wody. Uniosła ją do światła, aby spojrzeć czy w środku nic nie zostało. Jakieś drzazgi czy odłamki farby, ale jak na jej fachowe oko to wszystko było w porządku. Ranę przemyła środkiem antyseptycznym, który znalazła w apteczce. Była w tym zielona, ale nie było sensu, aby zabezpieczać kostki bandażem. Gdzieś słyszała, że powierzchowne rany lepiej się goją na powietrzu. W apteczce była też jakaś maść, najpierw przeczytała zastosowanie, a jak się okazało, że nadaje się do ran bez większego zastanowienia powoli rozprowadziła ją po kostkach. Drżały jej przy tym dłonie, kiedy to robiła. Jakby się bała, że gdy mocniej dotknie to bardziej go skrzywdzi.
W tym świetle rana na policzku wyglądała nieco ostrzej niż w świetle latarni. Zacisnęła usta i dla pewności na gazę wlała trochę płynu, aby i policzek odkazić. Ponownie jej ruchy były delikatne i skupione. Może nie precyzyjne, ale starała się, jak tylko mogła.
— Nie mam naklejki dzielny pacjent, ale mogę ci dać to. — Nachyliła się nad nim. I było w niej wiele niepewności, jakby całowała go po raz pierwszy i nie wiedziała, jak to się robi. Nie oczekiwała, że odwzajemni pieszczotę. W końcu to miało być dla niego, a nie dla niej. — Chcesz… Mogę nalać nam wody do wanny? Możemy poleżeć chwilę, zmyć tę noc z siebie? Albo tylko tobie. Jakbyś wolał.
Delikatna sugestia, którą mógł zbyć. Sloane starała się jakoś uratować wieczór, chociaż chyba nie było na to większych szans. Atmosfera wciąż była dziwna, ale czego innego się spodziewała? Nie próbowała mu zaproponować seksu na zgodę. Nie byli w nastroju, a wyjątkowo nie chciała się też godzić w ten sposób. To nie była kłótnia, jak poprzednie, na które można machnąć ręką i o nich zapomnieć.
Stała przed nim, między jego rozchylonymi kolanami. Z rękami opartymi o ramiona mężczyzny. Spoglądała na niego z góry. Zmartwiona, ale i przygnieciona tym wszystkim, co między nimi się dziś wydarzyło. Nie uśmiechała się na siłę, nie rozbawiała go komentarzami. Po prostu czekała, aż zdecyduje czy chce spędzić z nią czas czy jednak będzie lepiej, jeśli zostawi go w spokoju.
sloane🩹🩸
Każdy jej ruch był boleśnie powolny i przemyślany. Jakby bala się, że jeden nieodpowiedni gest go rozpali od nowa. Nie potrzebowali teraz kolejnych awantur, a spokoju. Trochę zdążyła już go przez ten czas poznać i aż nazbyt dobrze wiedziała, że chwilami nie potrzebuje wiele.
OdpowiedzUsuńSloane teraz chciała go opatrzyć. Zająć się nim. Miała w sobie tę wewnętrzną potrzebę, która brała się z tego, jak wielkim i trudnym uczuciem go darzyła. Były chwile, kiedy miała ochotę go rozszarpać gołymi rękami. Rozbić na setki kawałków. Dzisiaj dopięła swego. Zaire się przez nią rozpadł i widziała to na tyłach klubu. Siedząc na brzegu wanny wyglądał na tak samo zdołowanego, jak tam. Tyle, że to było niedopowiedzenie. Zdołowany nie opisywało w pełni tego, jak zapewne naprawdę się czuł. Sama Sloane miała wrażenie, że to wszystko co się między nimi zadziało naprawdę doprowadziło ich do ruiny. Tego nie można było łatwo odbudować. Nie wystarczy nakleić plastra, aby było lepiej. Próbowała to teraz zrobić. W pokraczny sposób uratować to, co jeszcze z nich zostało. Grzebała w popiołach i wyjmowała większe kawałki, odkładała na bok i starannie czyściła, ale nie wiedziała, czy to coś da. Musiała próbować. Nie chciała się poddawać. Odejść, jakby to między nimi nigdy nic nie znaczyło. Jakby byli tylko krótkim rozdziałem w swoich życiach.
Nie było tego po niej widać, ale odetchnęła, kiedy powiedział „zróbmy to po twojemu”. Gdyby kazał jej wyjść i zostawić go w spokoju to pewnie właśnie to by zrobiła. Odeszłaby, aby nie naciskać na niego bardziej. Zaczekałaby w sypialni, do której być może wcale by nie dotarł. Może znalazłaby go w studio. Ale on nie chciał odchodzić. Chciał, aby przy nim była, a to mówiło znacznie więcej niż Carter był w stanie sobie wyobrazić.
— W porządku, tak właśnie zrobimy — przytaknęła cicho. Pierwszy raz tego wieczoru pojawiła się ulga. Cisza między nimi nie była krępująca, a właśnie tym, czego potrzebowali. Uspokoić szalejące myśli, rozgrzane od adrenaliny ciała.
Między nimi wciąż było wiele niedopowiedzeń. Wyznania, które nigdy nie powinny były z jej strony paść. Pozwoliła sobie to odsunąć jednak na bok. Przynajmniej na parę godzin, dopóki słońce nie wzejdzie nad miastem, a do nich dotrze, że nic tak naprawdę między sobą nie załatwili.
Dotyk jego dłoni na biodrze był, jak przypomnienie, że nic jeszcze nie było stracone. On dalej tutaj był, dalej wyciągał w jej stronę ręce. Sloane wiedziała, że gdyby mu nie zależało, gdyby naprawdę miał ją za jedną z wielu to wsiadłby do tamtego SUV-a. Nawet by się na nią nie obejrzał, a jednak był tutaj. Obok niej. W ich wspólnym domu.
Pod palcami czuła, jak zaczyna się rozluźniać. Powoli, ale jednak to robił. Napięte mięśnie miał od dłuższego czasu. Przez całą ich kłótnię w garderobie, aż po teraz. Ile minęło czasu? Sloane nawet tego nie liczyła. Zamknęła oczy, kiedy oparł się o jej brzuch. Automatycznie jedną rękę przesunęła na jego kark i wzięła głęboki wdech. Pełna ulgi, a także świadomości, że powoli wszystko zmierza w dobrą stronę. Tam, gdzie powinno. Niespiesznie przesuwała palcami po jego karku, a druga dłoń lekko poruszała się po ramieniu. Sama nie była pewna czy te gesty były dla niego, czy może jednak dla niej. A potem się delikatnie odsunął i na nią spojrzał. Opuściła głowę. Już dawno nie było w niej tej zaciętej dziewczyny, która gotowa była rzucać słowami ostrymi jak noże. Tylko po to, aby zranić i patrzeć, czy z rany krew leje się równo. Stała przed nim w pełni obnażona ze wszystkich swoich emocji.
Oboje się poddawali. Opuszczali gardę. Nie było już Sloane i Zaire.
Nie było głośnych ludzi, którzy przekrzyczą świat. Tych, którzy chcieli się pozabijać pry pierwszej lepszej okazji. Byli swoimi surowymi, najprawdziwszymi wersjami, które rzadko wychodziły na wierzch. A przynajmniej Sloane w pełni sobie na to pozwoliła. Nie chciała niczego przed nim ukrywać. Niczego, poza tą jedną rzeczą. Ale teraz przecież nie o to chodziło.
Zamknęła oczy, kiedy ją przeprosił.
Nie, dlatego że nie chciała w to uwierzyć. Wierzyła. Chociaż pewnie nie powinna. Każda inna dziewczyna na jej miejscu pewnie już dawno by stąd uciekała. Ale nie ona. Ona wciąż przy nim była, bo inaczej nie potrafiła. Bo nie wyobrażała sobie siebie bez niego. Bo bez niego nie istniała.
UsuńWpatrywała się w jasne kafelki na ścianie. Nie patrzyła na niego i wiedziała, że on też nie patrzy na nią. Że oboje są przytłoczeni tymi emocjami. Głos Cartera był szczery. Rozpoznawała już, kiedy przemawia z niego Zaire. I jego tutaj nie było. Był tylko Carter. Jej Carter.
Przylgnęła mocniej do niego, kiedy mocniej zacisnął na biodrze palce. Cichy znak jestem tutaj i nigdzie się nie wybieram. Wsunęła palce między jego włosy, wciąż słuchając Cartera w ciszy.
Sloane się nie odzywała. Czuła tylko, jak zaczyna brakować jej sił. Jak ciało odmawia posłuszeństwa ze zmęczenia. Że gdyby mogła, to osunęłaby się teraz w jego ramionach. Wbiła palce mocniej w jego ramię, jakby potrzebowała się trzymać go teraz. Jakby był jej kotwicą, która utrzyma ją w miejscu.
— Ja też przepraszam. Za to co powiedziałam i jak się przeze mnie czułeś. — Powiedziała cicho. Nie chciała zranić go specjalnie. Mimo, że wypowiedziała wiele słów, które go zraniły. — Nie powinnam… nie powinnam cię tak traktować. Pozwolić, abyś tak się przeze mnie czuł.
Sloane nie wiedziała, skąd miała w sobie siłę, aby tu wciąż być.
Po koncercie, którzy upokorzył ją na oczach tysięcy ludzi w klubie i przed milionem ludzi w internecie. Po tym, jak stawała się jedną z wielu, chociaż zapewniał, że tak nie jest. Po tych wszystkich kłótniach, których żadne z nich nie wygrywało, a oboje odchodzili z ranami.
— Nie róbmy sobie tego znowu, dobrze? — Nie przeżyłaby, gdyby kolejny raz zrobili sobie coś takiego. Gdyby znów ją tak potraktował. Gdyby ona znów jego potraktowała w ten sposób. — Oboje czasem staramy się znienawidzić siebie nawzajem — przypomniała. Nie on jeden był w tej sytuacji winien.
Sloane powoli przeniosła dłoń na jego policzek, gdy na nią spojrzał. Każde kocham cię uderzało dokładnie tam, gdzie powinno. Nie były to puste słowa, które można wyrzucić i zapomnieć. Nie, kiedy patrzył na nią w ten sposób. Tak zraniony.
— Kocham cię — odpowiedziała. Słowa wypłynęły z niej z lekkością. Tak, jak kiedy powiedziała mu to pierwszym razem. Bez chaosu, nie w Vegas. Nie, kiedy byli naćpani i pijani. Ale kiedy leżeli w pogrążeni w ciszy i ciemności. Z jego dłonią leniwie sunącą po jej udzie, jej palce muskające skórę jego torsu. Nie było nic poza nimi. Pierwsze szczere kocham cię, wypowiedziane z nutą niepewności, bo jeszcze wtedy nie była pewna, czy mówią sobie to na poważnie czy droczą się używając ładnych słów. — Nie wiem kto traktował cię jak przypadek, al. byli w błędzie. Jesteś… Kocham cię, Carter. I jeśli… jeśli możesz mi po tej nocy jeszcze zaufać to chcę ci udowadniać, jak bardzo cię kocham przez resztę życia. I dać wszystko, na co zasługujesz.
Zacisnęła lekko usta, kiedy dostrzegła łzy w jego oczach.
Ten widok coś w niej złamał. Pierwszy raz widziała go tak odsłoniętego dla niej. Tak wrażliwego. Tak… Tak bardzo ludzkiego.
— Oczywiście, że tutaj będę. — Zapewniła. — Gdzie indziej miałabym być?
Jeszcze chciała o nich zawalczyć. O lepszy poranek, który nie będzie ciężki od emocji z klubu, a stanie się świeżym początkiem. Nie odezwała się już. W ciszy patrzyła mu w oczy. Jej własne zaszkliły się od łez, którym ewentualnie pozwoliła spłynąć i na moment obraz się zamazał. A potem znów go wyraźnie widziała. Dalej z tą samą miną, tymi samymi oczami, w których błyszczały łzy i z tą szczerością, której brakowało jej cały wieczór.
sloane
Nie okłamywała go.
OdpowiedzUsuńKażde słowo wypowiedziane w łazience było szczere. Tylko między nimi i przeznaczone tylko dla Cartera. Nie było tutaj żadnej widowni, nikogo kto mógłby zaklaskać za świetnie odegraną scenę. I chociaż myślami często rwała się w stronę kogoś innego, to nie widziała już swojego życia bez Cartera. Bez ich spokojnych poranków, kiedy nie muszą się spieszyć do studia, na próby czy wywiady. Bez namiętnych nocy spędzanych w swoich objęciach, kończących się wspólnym jointem i rozmowami o niczym. Bez kłótni, które były częścią ich – małe czy duże one zawsze z nimi były. Niemalże od pierwszego dnia.
— Wierzę. Carter… znam to uczucie. Koncerty, imprezy i ludzi przekonanych, że tak właśnie wygląda codzienność. Oni nie widzą tych dni, kiedy wszystko się wali. Kiedy nie masz ochoty sięgać po mikrofon, być idolem dla tysięcy ludzi. Nie chcą wierzyć, że ktoś ze sławą, pieniędzmi i nieograniczonymi możliwościami może tego wszystkiego nie chcieć.
Zbyt wiele razy marzyła o tym, aby spróbować zwykłego życia. Z dala od kamer paparazzi. Z dala od internetu. Raz wyjść na kawę i nie być zaczepianą przez fanów. Ale jej to nie było pisane. Nawet, gdyby zrezygnowała w pełni z kariery to nie mogłaby zniknąć. Nie, gdy całe życie była na świeczniki. W dodatku przez ponad połowę życia to rodzice pokazywali ją światu. Nie liczyło się jej „nie chcę”, jak zadecydowali to musiała iść. Nie płakać przed kamerami, uśmiechać się, jakby spełniało się właśnie jej marzenie. Udawać szczęśliwą, kiedy wszystko w środku się rozpadało.
— Musiałbyś się bardzo postarać, żebym odeszła. — Powiedziała. Zaśmiała się. Krótko i bez wesołości. Wiedziała, że nie jest jedyną. Może tej nocy mu uwierzyła, że naprawdę z żadną nie spał, ale gdzieś w środku ona wiedziała. Takie rzeczy się czuło. Ale nie tej nocy, kiedy sprawił, że uwierzyła w każde jego słowo i w każdy gest.
— Już nim jesteś, Carter — przyznała cicho. Kiedy myślała o domu on pojawiał się w myślach. Ich penthouse, ich przestrzeń. — Oboje musimy się tego nauczyć. I to zrobimy. Wspólnie, dobrze?
Popełnią przy tym wiele błędów. Może znów będą mieli ochotę się pozabijać, ale Sloane jak nigdy przedtem była pewna, że sobie z tym poradzą. Że jeszcze kiedyś będą dla siebie w pełni tym, kim być powinni. Carter będzie lepszym mężem, ona lepszą żoną.
Sądziła, że to tylko będzie zabawa. Podpisany po pijaku świstek papieru, którym można będzie się bawić. Małżeństwo okazało się ciężarem. Ale takim, który chciała dźwigać, jeśli robiła to z nim. Nieraz miała myśli, że może to był błąd. Przeskoczyli każdy możliwy krok i któregoś dnia obudzili się jako małżeństwo. Nie byli przed tym parą. Tylko ze sobą sypiali i współpracowali. Ich znajomość miała się na tym zakończyć, a byli teraz w nowojorskim wieżowcu, który nazywali domem, otoczeni dziesiątkami uczuć i tą nadzieją, że wszystko jeszcze będzie dobrze.
— Nie będzie życia beze mnie, Carter. Jestem tutaj. I będę tutaj. Dopóki będziesz tego chciał… dopóki oboje tego będziemy chcieli. Będę tu razem z tobą. Będę cię kochać i pewnie tak samo nienawidzić, ale będę. Nie ważne co się wydarzy… Zawsze będę.
Sloane wcale nie była lepsza w okazywaniu uczuć. Normalności uczyła się z filmów i seriali, które pochłaniała w niezdrowej ilości. Nie wyniosła z domu nic wartościowego. Wiedziała, że przez krótki czas jej rodzice się szczerze kochali, ale była zbyt mała, żeby to pamiętać. Pamiętała za głośny i medialny rozwód. Szarpiących nią, jak szmacianą lalką przed kamerami, byle tylko udowodnić, które z nich jest dla niej lepszym rodzicem. Pamiętała samotne wieczory, kiedy nie było w domu czy nawet kraju żadnego z nich. Tylko opiekunki, których Sloane nienawidziła z całego serca, bo żadna nie była jej matką ani ojcem. Ale i ich z czasem zaczęła nienawidzić. Wracała do nich tylko wtedy, kiedy czegoś chciała. Wchodziła w związki bez znaczenia, a gdy myślała, że kogoś kocha to okazywało się, że oni kochali jej pieniądze. Jej status i możliwości.
I potem pojawił się Zaire.
UsuńZ zimnym dystansem, mrocznym spojrzeniem i niosącym się za nim zapachem tytoniu, którego po dziś dzień nie umiała wybić sobie z głowy. Wszedł w jej życie i już w nim został. Jego też nie umiała poprawnie kochać. Robiła to na opak. Tak, jak się jej zdawało, że jest poprawnie. Krzywdziła go, a potem przyciągała do siebie z powrotem. Kochała, nienawidziła. Całowała, szarpała. Spokojnie było przez chwilę, a potem wracała do znajomych odruchów, bo inaczej nie potrafiła.
Nie rozmawiała z matką o chłopakach. Nie wytłumaczyła jej na czym polega miłość. Czego szukać w potencjalnym parterze. Więc Sloane wymyśliła wszystko sama. I nie była to odpowiednia droga; często szukała kogoś starszego, nieosiągalnego, kogoś kto nie da jej poczucia bezpieczeństwa, ale przez moment sprawi, że poczuje, że żyje. I chociaż wiedziała, że to boli to jeszcze nie nauczyła się wybierać tego co lepsze, zdrowsze i spokojniejsze.
Teraz wybierała Cartera. Zranionego, szczerego i z nadzieją, że wszystko się między nimi poukłada.
— Nie potrzebujemy planu B, Carter. Wystarczy nam tylko plan A.
Byli wystarczający. Nikt inny nie dałby jej tego, co on. Nie wiedziałaby nawet, gdzie ma tego szukać i nie chciała.
Ścisnęła mocniej jego dłoń. Usiadła mu na kolanie, co może biorąc pod uwagę jego stan i krawędź wanny nie było rozsądne, ale potrzebowała być bliżej. Wyraźniej czuć jego zapach, oddech.
— Hej, jestem tutaj. Nie tracisz mnie, słyszysz? — Mocniej objęła o wolną ręką. Druga wciąż była wplątana między jego palcami. — I nie stracisz. Udowodnię ci to.
Odetchnęła głębiej. Była gotowa z nim zostać w trakcie najgorszego huraganu, a potem zbierać resztki ocalałych rzeczy. Wszystko, aby tylko go nie stracić.
— Podnoś się. Chcę wziąć z tobą kąpiel i pójść do łóżka. — Podniosła się. Nie po to, aby zakończyć tę rozmowę. Ona dalej będzie trwała, ale na innych warunkach.
Sięgnęła do kranu i puściła gorącą wodę. Wlała pierwszy z brzegu olejek, chyba waniliowy. Nie zwróciła uwagi. Kotłowało się jej w głowie wiele pytań, które chciała zadać, ale musiała wyczuć moment.
Stanęła przed Carterem. Lekko zadzierając głowę do góry, aby na niego spojrzeć. Z tym spokojem, który już towarzyszył jej jakiś czas, który zapewniał, że teraz wszystko się ułoży. Powoli podniosła materiał jego koszulki odsłaniając tatuaże na ramionach i torsie. Robiła to spokojnie, bez typowego pospiechu, jakby zaraz miała się od niego odwrócić, pochylić nad blatem i podwinąć sukienkę.
— Kiedy zacząłeś je robić? — spytała. Opuszkami palców musnęła tusz pod skórą na piersi. Widziała je już setki razy, a i tak za każdym razem była nimi zafascynowana.
sloane
Czasami się o nie pytała, ale nigdy nie oczekiwała głębszej odpowiedzi. Nigdy przedtem też takich nie dostała. Zbywał ją albo nie odpowiadał wcale, a ona nie pytała dalej. Podświadomie czując, że Carter o tym rozmawiać nie chce. Nieszczególnie też przeszkadzał jej fakt, że nie wiedzą o sobie zbyt wiele. Byli małżeństwem, a Sloane nie znała imion jego rodziny. Ani czy jakąś, poza nią, ma. Łatwo wywnioskowała, że nikogo bliższego nie ma.
OdpowiedzUsuń— To młodo — powiedziała cicho. Zbyt młodo dla kogokolwiek, ale kto w wieku czternastu lat nie robił głupot? Nieco sennym ruchem muskała dalej jego skórę. Zauważyła blizny już dawno, ale jakoś nie miała przedtem odwagi, aby zapytać się skąd się wzięły. Na początku to nie była jej sprawa. Później, gdy dowiedziała się o nim więcej to nie była pewna, czy chce wiedzieć. Teraz? Teraz chciała poznać każdą, nawet najbrudniejszą prawdę o nim.
Sloane nie widziała w jego bliznach słabości. Raczej nieopowiedzianą na głos historię, którą teraz powoli poznawała. Była cierpliwa, nie krzyczała o szczegóły. Wiedziała, że tak łatwo ich nie dostanie. Nie byli ludźmi, którzy zrzucają noszone ciężary ot tak. Potrzebowali do tego odpowiedniej chwili, ale czasem nawet ona nie wystarczyła. Blondynka mogła być więc obok, zostawiać ciepło swoich palców na zabliźnionych ranach i oddać całą swoją obecność. W ostrym świetle łazienki miała wrażenie, że widzi go po raz pierwszy tak naprawdę. Bez jakiejkolwiek maski, bez ukrywania emocji za obojętną miną. Nie siedział przed nią Zaire, który rozpalał tłumy. Był tylko Carter. Rozbity człowiek z przeszłością. Czuła na miejscach wybrzuszenia od blizn, niektóre były płaskie i tylko jasnymi liniami, ale to mówiło jej wystarczająco wiele.
Nie oceniała. Nie prosiła o szczegóły. Niektórych rzeczy nie musiał jej mówić.
Blondynka nie łudziła się, że sam dotyk pozwoli jej lepiej go poznać. Chciałaby go lepiej zrozumieć. Po to, aby w przyszłości mogło im być łatwiej, gdy znów nadejdzie burzliwa chmura, która zatrzęsie ich codziennością. Aby wiedzieć, czego się łapać, aby po raz kolejny nie wpadli w tę błędną pętlę, w której obrzucali się najgorszymi słowami.
Lekko zacisnęła usta, kiedy dotarła do rany nad obojczykiem. Mogła być skryta za tuszem, ale nietrudno było się domyślić co się za nią kryje. Sloane nie potrafiła też ukrywać swoich emocji. Wściekłości na każdego kto go tknął. Żalu, że nie mogła tego od niego zabrać.
— Carter… — Nie powiedziała nic więcej, bo nawet nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć. Zmarszczyła brwi, przetrawiając każde słowo, które jej powiedział. Nie starała się go pocieszać czy rzucać słowami, które nic tak naprawdę nie zmienią.
Sloane nie prosiła, aby mówił więcej. Krótkie zdania, jego reakcja i spojrzenie mówiły wystarczająco wiele. Więcej niż powiedział jej kiedykolwiek. Wszystko co jej pokazywał było przerażające, a jednak nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Śledziła oczami kolejne miejsca, dotykała, o ile jej pozwalał. Nie starała się udawać, że sama jej obecność coś zmieni. Chciała jedynie, aby wiedział, że nie musi przed nią niczego udawać. Że nie odstraszy jej teraz nic, co mógłby powiedzieć czy jej pokazać.
— Patrząc po tym, co mi pokazałeś… to chyba lepiej, że go nie ma i nie może cię już skrzywdzić. — Powiedziała cicho.
Sloane nie próbowała sobie tego wyobrazić. Widywała takie obrazy na filmach, przeczytała w jakiejś książce, ale taka codzienność była jej obca. W jej domu panował chaos; przewijało się wiele ludzi, kumple z zespołu ojca, znajomi znajomych, którzy wpadali na imprezy. Widziała ojca pod wpływem używek i po alkoholu. Widziała matkę, która pod nieobecność ojca i gdy myślała, że Sloane nie zauważy, wprowadzała do domu przyjaciela, który czasem zostawiał Sloane czekoladę, jakby miał ją za głupie dziecko, które nie rozumie co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Ale nikt na nią nie podniósł ręki.
Dbali w pokręcony sposób, aby włos nie spadł jej z głowy, a to, że niszczyli ją psychicznie i emocjonalnie własnymi problemami to była już inna kwestia. Jedyna blizna, którą Sloane miała była na łydce. Krótki, trzycentymetrowy biały pasek, który powstał podczas wypadku na rolkach.
UsuńNawet, gdyby chciała się o coś zapytać to szczerze mówiąc, ale nie była pewna, jak ubrać je w słowa. Próbowała sobie to poukładać. Dopasować blizny do tego, co mówił. Spoglądała na te, które pominął lub był oszczędny w słowach. Nie dopisywała sobie do nich pobocznych historii. Na nie, być może, przyjdzie czas w przyszłości.
— Nie jestem rozczarowana — odpowiedziała niemal natychmiast — ale tak, przy pierwszym poznaniu sprawiasz wrażenie człowieka, którego nic nie rusza. Kiedy zobaczyłam cię po raz pierwszy na żywo to właśnie pomyślałam.
Pamiętała ich pierwsze spotkanie. Zdawało się, że teraz miało ono miejsce w innej galaktyce. Minęło tak wiele czasu od tamtego dnia. Oboje pewnie by wyśmiali każdego, kto by im tamtego dnia powiedział, że skończą jako małżeństwo.
Sloane też nie zamierzała uciekać. Ciężar słów, które tu padły był przytłaczający. Blizny na jego skórze były czymś, co będzie z nim już zawsze. Czymś, co Sloane będzie sobie przypominać, gdy będzie z nim blisko. Ale były częścią jego życia. Taką, której nie da się wymazać, a ona wcale go o to prosić też nie zamierzała.
Nie mogła go oceniać też za to. Nie, skoro sama w sobie nosiła blizny, które ukształtowały to, jaka jest. Żadne z nich nie było idealne. Nie starali się tacy być.
Pierwszy raz od jakiegoś czasu się uśmiechnęła. Nieznacznie i niepewnie, po tym prostym geście, gdy odgarnął z jej twarzy włosy. Był to tak czuły i delikatny gest, a i tak sprawił, że przeszły ją ciarki.
— Nie mogę nic na to poradzić — szepnęła, gdy poprosił, aby tak na niego nie patrzyła. Inaczej nie potrafiła.
Przymknęła na moment oczy. Na skórze czuła jego dłonie.
— Spotkałbyś. Nie wierzę w ten syf z przeznaczeniem, ale ty… My byliśmy sobie pisani.
Odnalazłaby go w każdym życiu, o ile jakieś, poza tym jednym miała jeszcze mieć. Jeśli jakieś kolejne wcielenia istniały to Sloane nie chciała ich mieć, jeśli nie spotkałaby w nich Cartera.
Sloane nawet nie drgnęła, kiedy sięgnął dłonią do zamka. Stała nieruchomo pozwalając, aby zsunął z niej sukienkę. Materiał osunął się boleśnie powoli po ciele. Nie było w niej teraz zadziorności, która zwykle w takich momentach jej towarzyszyła. Była po prostu Sloane. Ta, która ciałem i duszą należała do Cartera. Która oddawała mu całą siebie i w tym momencie nie prosiła o nic w zamian. Klatka piersiowa blondynki unosiła się powoli. Spoglądała na niego w milczeniu. Bez oczekiwań i obietnic. Oddawała mu tu całą siebie.
Pierwszy raz poczuła przy nim coś na kształt speszenia. Może to sposób w jaki na nią patrzył, a może to, jak jej dotykał. Było w tych gestach coś, czego przedtem nie doświadczyła z jego strony i teraz nie miała pojęcia, jak zareagować.
Nachyliła się nad nim. Delikatnie i z dziwną dla siebie niepewnością musnęła miejsce nad obojczykiem. Te zakryte tatuażem, który ukrywał to, co mu się stało. Dłoń przesunęła na jego żebra. Jakby już pamiętała, gdzie znajduje się która blizna i co one oznaczają.
— Kocham cię. Całego. Z bliznami, przeszłością, której nie rozumiem… — szepnęła w rozgrzaną skórę — kiedy jesteś na scenie i rozpalasz ludzi swoją energią. Kiedy przychodzisz do domu i nie potrzebujesz niczego, poza mną. Kocham cię tak mocno… czasem nie wiem, jak sobie z tym radzić.
sloane
W pewnym sensie rozumiała zbyt szybkie dorastanie. Przeżyła inne rzeczy, ale i jej nie dane było w pełni nacieszyć się dzieciństwem. Nie próbowała ich do siebie porównywać, bo jednak… Sloane miała wszystko. Nigdy o nic nie musiała walczyć, a na pewno nie o te najpotrzebniejsze rzeczy do przeżycia. Schody zaczynały się z rodzicami i ich nietypowym podejściem do życia. Dzięki jej ojcu wiele terapeutów się wzbogaciło.
OdpowiedzUsuń— Pozwolisz, żebym teraz ja się tobą zajęła? — Poprosiła cicho. Nie musiał wszystkiego dźwigać sam. Znosić ciężaru przeszłości. Sloane nie oczekiwała, że z nią będzie o wszystkim rozmawiał. Sama wiele rzezy trzymała dla siebie, a poza tym, nie licząc tego wieczoru wcześniej nie mieli rozmów od serca, które mogłyby ich do siebie bardziej zbliżyć.
Dotknęła dłonią jego policzka, prosząc tym małym gestem, aby na nią spojrzał.
— Teraz masz mnie. Nie jesteś sam. — Obiecała. Nie chciała odchodzić. Porzucać go z tym wszystkim. Może nie znała się na pomaganiu innym i zawsze oczekiwała, że to ktoś zajmie się nią, ale w środku czuła, że nie może tego zignorować. — I… jeśli ten mały chłopiec w tobie czegokolwiek potrzebuję to chcę mu to dać. Cokolwiek to miałoby być. — Zapewniła. Jeśli naprawdę był wtedy skazany na siebie i nie miał dzieciństwa to chciałaby to naprawić. Może nie wiedziała jak, ale przecież to nie mogło być trudne, prawda?
Nie zatrzymała go, kiedy miał potrzebę odwrócić od niej wzrok. Jej również przydała się taka chwila odpoczynku od intensywności emocji, które odbijały się w jego ciemnych tęczówkach. Widziała w nich dziś więcej niż przez te wszystkie miesiące. Nieświadoma do końca tego, ile warstw z niego dziś zdzierała. Jak bardzo się przed nią obnażał.
— To, że jesteś świadomy jaki nie chcesz być mówi sam za siebie, Carter. Nie jesteś taki jak on, a to, że czasami podobnie zareagujesz… To jeszcze nie znaczy, że się w niego zmieniasz.
Westchnęła cicho, jakby musiała pozbyć się ze środka tego dziwnego ciężaru. Zupełnie nie spodziewała się, że ta rozmowa przybierze taki obrót. Była jak ciężki, gryzący dym. Osiadała na nich i długo nie da o sobie zapomnieć. Będzie przypominać o sobie co jakiś czas.
— Może nie znam cię na wylot, ale… Ale gdybyś naprawdę był jego odbiciem to nie siedziałbyś tutaj teraz ze mną. Nie opowiedziałbyś mi o tym. — Powiedziała. Delikatnie przesunęła kciukiem po jego policzku, jakby chciała go tym uspokoić i zapewnić, że wszystko będzie w porządku. — Ta rozmowa, to co robisz… Ludzie, którzy chcą tylko krzywdzić nie robią takich rzeczy.
Kiedy poznała Zaire’a po raz pierwszy jej myślą było to chodzące kłopoty i nie pomyliła się. A potem pobiegła za tymi kłopotami prosto w otwarte bramy piekła. Sparzyła się, potłukła, a i tak wracała po więcej.
— Pomyślałam też, że jesteś cholernie przystojny, ale profesjonalizm nie pozwolił mi na przyznanie się do tego — dodała już nieco luźniejszym tonem, który na moment może rozładował atmosferę między nimi.
Jakimś cudem Sloane dotarła do miejsc, których tak bronił. Przedarła się przez grube warstwy, a przecież tego nie planowała. Nie starała się na siłę go do tego zmusić. Nie błagała, aby ją wpuścił w swoje serce głębiej i opowiedział o ranach, które nosi na ciele. Zrobił to sam. Zaufał jej. Mimo tego wszystkiego co powiedziała mu dziś w klubie on dalej jej ufał. I nie rozumiała, jak jest w stanie to robić. I jak ona jest w stanie ufać jemu po tym co słyszała i wiedziała, a jednak tu była. Powtarzając mu, że go kocha. Przejmując się nim.
— Poradziłeś sobie lepiej niż gdyby próbował cię czegoś nauczyć. Nie przesiąkłeś tym kim on był. Jesteś sobą i… Wiesz, każdy czasem nie chce czuć i to w porządku. Ale uczucia… nie ważne, jak intensywne potrafią być są dobre. Bez nich nie mielibyśmy teraz tego. — Podniosła dłoń z obrączką do góry. Gdyby trzymali emocje na wodzy to z Vegas pewnie wróciliby tylko naćpani, a nie jako małżeństwo.
— Nie musisz przy mnie być tym twardym gościem, którego nic nie rusza. Nie będę oceniać tego, co czujesz. Śmiać się z tego czy wmawiać ci, że to jest nieistotne.
Pustka była jedną z gorszych rzeczy, w które Sloane trafiała. I zdarzało się to zbyt wiele razy. Czasami z tego nie było ucieczki. Nie było wyjścia i tylko błądziła bez celu. Nie chciała tego dla niego, choć przeczuwała, że było już za późno i Carter doskonale wiedział, jak smakuje zatracenie się w nicości.
Usuń— To dlatego się tym zajmujesz? — Zabrzmiało to bardziej, jak stwierdzenie niż pytanie. Jakby tłumaczyła sobie skąd w mieszkaniu była broń i narkotyki. Tamci ludzie, z którymi Sloane nie miała kontaktu, ale wiedziała, że są. — Może… może kiedyś się z tego wyplączesz. Pamiętam co mi mówiłeś, ale… to nie może trwać wiecznie, prawda? — Może naiwnie myślała. Trzymał ją od tego z daleka, więc skąd miała wiedzieć, jak to naprawdę wygląda? Jakaś jej część chciał, ale ta rozsądniejsza ciągle powtarzała, że lepiej, aby Sloane w to nie wchodziła. Aby pozwoliła zajmować mu się tym bez jej udziału. Bez pytań. Bez ciekawskich spojrzeń.
Sloane słuchała go uważnie, a sposób w jaki o niej mówił sprawiał, że zapominała o tych wszystkich powodach, przez które go chwilami nienawidziła.
Miała teraz tylko jego. Tak naprawdę i w pełni, to Carter był jedyną stałą osobą w jej życiu. Nie koleżanki, nie jej rodzice – on. Jej mąż.
— Nie spieprzysz tego. Carter… Szczerze, nie widzę życia bez ciebie. Wolałabym się z tobą kłócić do grobowej deski niż mieć po tobie tylko wspomnienia.
Ta myśl, że mógłby kiedyś się stać tylko wspomnieniem była przerażająca, ale i też boleśnie prawdziwa. Bo zdarzyć mogło się wszystko, a Sloane nie przeżyłaby, gdyby cokolwiek ich rozdzieliło. Mogła myśleć o odejściu i zostawieniu go za sobą, ale w środku wiedziała, że prędzej czy później szukałaby drogi powrotnej do niego.
— Nie odpowiem ci na to — odparła — bo sama tego nie wiem. Będziemy musieli sami sprawdzić, co z tym zrobić. Kochałam kogoś w przeszłości, a tak przynajmniej mi się wydawało, ale… nie bałam się go stracić, a ciebie… gdyby do tego doszło nigdy już bym się nie pozbierała.
Odetchnęła głębiej, jakby w potrzebie, aby się uspokoić. Bo to nie było tylko gdybanie, a rzeczywistość. Bo Carter nie był tylko raperem, nie występował tylko na scenie. Miał podwójne życie, a te drugie było niebezpieczne, zostawiało blizny i mogło jej go odebrać.
sloane🖤
Sloane niczego teraz bardziej nie chciała niż obdarzyć Cartera miłością i troską, której brakowało mu przez całe życie. Ta wewnętrzna potrzeba, aby mu udowodnić, że jest wart tych wszystkich uczuć była ogromna. Że mimo wszystkich wad, które miał, a nie mogła udawać, że jest nieskazitelny, to dalej jest mężczyzną, który zasługuje na miłość. Mogła mu ją dać, dawała mu ją i będzie robiła to tak długo, jak jej na to pozwoli.
OdpowiedzUsuńNie odrzuciły ją kłótnie, blizny i mroczna, niespokojna przeszłość, która ciągnęła się za nim niczym cień. Zaakceptowała to, chwilami wbrew sobie, ale to, co czuła do Cartera było zbyt silne, żeby zostało pokonane przez słowa, którymi w nią rzucał. Miała swoje limity, ale on ich jeszcze nie przekroczył. I miała nadzieję, że nigdy ich nie przekroczy.
Przygryzła lekko usta, kiedy powiedział, że ten chłopiec w nim umarł. Był tuż przed nią – żywy i ciepły, więc dlaczego się poczuła, jakby go tu tak naprawdę nie było? Sloane przymknęła oczy, gdy dotykał jej dłoni.
— W takim razie pozwól, żebym zajęła się tobą. Tym dorosłym Carterem. — Poprosiła. Już jej na to pozwalał, ale gdzieś tam nad nią unosiła się myśl, że to się skończy wraz ze wschodem słońca. Pozwolili sobie tutaj na wypowiedzenie wielu słów, których dzienne światło nigdy przedtem nie ujrzało. I chociaż Sloane nie oczekiwała, że od teraz Carter już zawsze taki będzie to nie chciała też, aby rankiem wrócił jego mur obronny, przez który tylko na moment udało się jej przebić.
— Nie jesteś taki, Carter. Jesteś… Pewnie tego nie widzisz, ale ja tak. Gdybyś go w czymkolwiek przypominał to nie byłbyś ze mną. Nie poślubiłbyś mnie. Nie dbałbyś o to, aby nic mi się nie stało. I tak, czasami się krzywdzimy, ale tacy już jesteśmy. Wiemy, kiedy powiedzieć „przepraszam” i… Nie zostawiamy na sobie trwałych śladów.
Pomijając dzisiejszy wieczór, ale ta niewielka szrama na jego policzku za parę dni całkiem zniknie. Krzywdzili się w środku. Słowami, które cięły ostrzej niż nóż. Sloane nie była pewna, co musieliby sobie nawzajem zrobić, aby któreś z nich powiedziało „dość”. I nie chciała się przekonywać.
Pragnęła przyszłości z nim. Cokolwiek w niej miało być, jeśli będą razem to dadzą sobie radę.
— Ty też wpadłeś, Crawford. Tylko dolewam oliwy do tego ognia. Żaden spokój cię ze mną nie czeka.
Na jej twarz wkradł się lekki uśmiech. Spokojny i czuły. Sloane dawno nie czuła się tak spokojnie, chociaż ta noc była pełna wrzasków i emocji, którym daleko było do tych kojących. Może to była ta rozmowa, która między nimi wyjaśniła parę rzeczy.
Spoglądała na niego w ciszy, kiedy to wszystko mówił. I wierzyła w każde jedno słowo. W to, że naprawdę nie zamierzał pozwolić, aby została w to wplątana. I do tej pory dotrzymywał obietnicy. Wiedziała, kiedy wychodził, aby zająć się „tym”. Nigdy nie zabierał jej ze sobą. Czy gdy po garderobie kręciły się typy, których Sloane nie rozpoznawała, ale po sposobie w jaki chodzili czy mówili można było się domyśleć dlaczego tu są.
Pokiwała głową, jak w porozumieniu, że go słucha i rozumie.
— Wiem, Carter. Wiem, już to robisz. Cały czas. Ale… jeśli musisz coś z siebie wyrzucić… mogę słuchać, wiesz? Nie musisz przez to przechodzić kompletnie sam.
Zamknęła oczy, kiedy ją pocałował. Palce lekko zacisnęła na jego ramieniu, jakby chciała zachować ten moment w pamięci na dłużej. To, jak się właśnie poczuła. Ważna, wysłuchana i kochana, potrzeba. Lekko zadrżała, ale niepewna, czy to od jego słów, czy tych wszystkich emocji, które się w niej tłukły. Od tego, jak intensywne te uczucia były i jak wiele dziś sobie wyznali. Jak się oboje przed sobą otworzyli.
— Masz zakaz umierania. — Gardło ścisnęła jej świadomość, że to kiedyś się wydarzy. I że to wcale nie musi być za siedemdziesiąt lat, a on nie odejdzie ze starości. Coś mogło stać się zawsze, a w tej rzeczywistości zbyt wiele było możliwości, które mogły wydarzyć się nawet następnego dnia.
— Zawsze będę liczyć. I zapamiętuję każdy jeden raz.
Carter już dawno zatopił się w niej. Zostawił w niej części siebie, których Sloane nigdy nie byłaby w stanie się pozbyć. Takie, których nie chciała się pozbywać. Zawładną jej umysłem i ciałem, reagowała niemal natychmiast, gdy był obok niej, a czasem nawet na samo spojrzenie, które było przeznaczone tylko dla niej i które ona jedyna rozumiała. W krótkim czasie stał się jej najbliższą osobą. Tej, której ufała ze wszystkim. Wracała do niego bez przerwy. Szukała, gdy go nie było obok. Ignorowała ten cichy głosik, który czasem się odzywał, że byłoby lepiej, gdyby odeszła. Że to życie jest niebezpieczne, że kiedyś może ponieść tego ogromne konsekwencje. Nie dbała o to, bo dopóki miała Cartera to miała wszystko.
UsuńLeżała oparta o jego klatkę w milczeniu. Dłonią sunęła po udzie bez większego celu. Kreśliła na nim niewidzialne symbole. Wsłuchiwała się w spokojne bicie jego serca. Za sobą czuła, jak oddycha, jak jego klatka piersiowa unosi się w spokojnym, regularnym rytmie. Wyciszyła się przy nim. Nie potrzebowali już więcej słów, choć i te co jakiś czas padały. Wtedy, kiedy uważali to za słuszne, gdy chcieli coś jeszcze od siebie dodać. W dodatkowy sposób zapewnić się, że wciąż tutaj są i że nigdzie się nie wybierają.
Sloane uniosła rękę, gdy oparł się o jej ramię i ułożyła ją na jego policzku.
— Nic nam nie stoi na przeszkodzie, aby je tak kończyć — odszepnęła.
Mogli opuszczać imprezy, nie pojawiać się na after party. Wrócić tutaj, gdzie byli tylko oni Skąpani w przytłumionym świetle, zakopani w gorącej wodzie. Tylko oni i nic więcej. Jakby naprawdę tu nie sięgały ich już żadne problemy.
Wtuliła się w nieco mocniej, gdy ją objął. Przeniosła dłonie na jego przedramiona, trzymając się ich mocno, jakby sama potrzebowała utwierdzić się w przekonaniu, że Carter wciąż tutaj jest. Że wybrał ją, a nie chaos imprezy. Potrzebowała tego cholernie mocno. Tej świadomości, że jej mąż wychodzi z nią. Że chce z nią wychodzić.
Uśmiechnęła się lekko, kiedy się odezwał. Przez chwilę milczała, leniwie dotykając jego przedramienia i skupiając się na dotyku jego dłoni na własnym ciele. Na tym spokojnym, który niczego nie sugerował, do niczego nie dążył.
— Mogę powiedzieć to samo — przyznała. Odchyliła lekko głowę, aby móc na niego spojrzeć spod wpółprzymkniętych powiek. Na jej twarzy malowało się już zmęczenie, ale także ulga. — Z tobą wiele rzeczy staje się łatwiejsze. Myślę, że… jesteś tym, czego mi brakowało całe życie i teraz, kiedy cię mam… Nie mogę stracić, Carter. Gdyby cokolwiek… Nie poradzę sobie bez ciebie.
sloane
Sloane, o ile to było możliwe, mocniej przylgnęła do jego klatki. Potrzebując w tej chwili tego, aby obejmował ją dalej tak samo mocno, jak do tej pory. Jakby ten jeden gest miał zapewnić, że wszystko będzie teraz w porządku. Nawet, jeśli świat dalej im się walił. Nawet, jeśli za murami tego penthouse dalej toczyła się jakaś walka to nie obejmowała ich ona teraz. Odcięli się od niej, zostawili za sobą z pełną świadomością, że prędzej czy później to wszystko do nich wróci.
OdpowiedzUsuńSloane nie potrzebowała obietnic od Cartera. Jedynie tego, aby dalej przy niej był. Tak, jak był przez te wszystkie miesiące. Aby dalej każdego dnia wybierał ją. Wracał do domu z nią, aby to jej zawsze chciał.
Ładne słowa były tylko tym – słowami. Sama ich często używała, aby załagodzić sytuację. Nawet z nim. Dopiero to, co robili pokazywało, czy naprawdę im zależy czy tylko wiedzieli, co powiedzieć, żeby załagodzić tę drugą osobę. Sloane się nie oszukiwała – była świadoma, że nieraz pojawią się sytuacje, w których będą się nawzajem krzywdzić. Ale na ten moment chciała po prostu wierzyć, że może im się udać. Że mimo wszystkich przeciwności losu oni będą mieli szansę.
Faktycznie po tej nocy coś się zmieniło. Jakby nagle zobaczyli się w zupełnie innym świetle czy też doszli do wniosku, że lepiej działają, kiedy grają w tej samej drużynie. Te następne tygodnie były… łatwiejsze. Bez kłótni, które przedtem towarzyszyły im niemal ciągle. Prawie nie było chwili, którą spędziliby osobno. I Sloane na to nie narzekała, wręcz przeciwnie. Chętnie korzystała z tego, że oboje byli w dobrych nastrojach. Nie było opuszczania imprez w osobnych autach i czasach, nie było tej palącej w gardło zazdrości, wyrzucania sobie najgorszego. Było za to dużo hotelowych pokoi w różnych miejscach, niezliczone ilości szampana i truskawek w czekoladzie, jeszcze więcej pocałunków i zdobywania siebie nawzajem.
Nad Sloane dalej wisiał cień Jamesa. Nie pozwalała sobie jednak w tym czasie na to, aby zbyt często się pojawiał. Bo swój czas przede wszystkim, ale chciała poświęcić Carterowi. I samej sobie udowodnić, że to, co łączyło ją z Jamesem było tylko dwutygodniowym romansem, który zakończył się już dawno temu. Że nie warto jest do tego wracać. Nie, skoro miała męża i to z nim planowała swoją całą przyszłość. Oboje mieli przeszłość, której nie dało się wymazać. Sloane nic nie mówiła, kiedy telefon dzwonił nad ranem czy w środku nocy, a Carter wyplątywał się z jej objęć i wychodził bez tłumaczenia z penthouse. Akceptowała tę część jego życia, chociaż chwilami chciała złapać go za rękę i błagać, aby nie szedł i został z nią. Nigdy tego nie zrobiła, zawsze tylko się uśmiechała i prosiła, aby wracał jak najszybciej. W myślach tylko dodając, aby wrócił żywy.
W przerwach, kiedy udało im się od siebie oderwać i skupić na czymś więcej niż na sobie, pracowali. Każde w swoim tempie, każde ze swoim teamem. Sloane dopracowywała piosenki, zmieniała niektóre. Traktowała swoją pracę poważnie. Miała ją podaną na złotej tacy, ale nie zamierzała spoczywać na laurach. Mimo, że jeszcze nie wydała albumu to myślami była już miesiące naprzód. Obmyślała trasę, nowy merch, spotkania z fanami, podpisywanie płyt i masę innych rzeczy. Chwilami mało sypiała, rzadko bywała w domu, a godziny spędzała ze swoim teamem, aby dopracować to, co siedziało jej w głowie.
Gdzieś w tym całym chaosie był jeszcze czas na spotkania ze znajomymi. Kiedy Sloane dowiedziała się, że dziewczyny będą w Nowym Jorku niemal od razu zorganizowała dla nich czas. Poza Cleo, Rayą czy Luną – akurat na jej widok się aż tak nie cieszyła, bo przypominała jej każdy jeden raz, jak śliniła się na widok Jamesa i starała się na siebie zwrócić jego uwagę – przyplątał się również Xavier. Widok młodego mężczyzny w klubie był zaskoczeniem. Sloane niemal od razu przedstawiła go Carterowi. Nie ukrywała dumy w swoim głosie, gdy o Crawfordzie wypowiadała się jak o mężu i jeszcze chętniej chwaliła przed koleżankami obrączką i pierścionkiem. Jakoś tak wyszło, że nie miały okazji widzieć ich na żywo wcześniej i Sloane teraz nadrabiała.
Sloane balansowała między ich lożą VIP, a parkietem.
UsuńAlkohol krążył jej w żyłach. Mała, różowa pigułka, którą wzięła od Cleo zaczęła już działać jakiś czas temu. Świat się wyostrzył, jej zmysły również. Tańczyła sama, czując na sobie wzrok Zaire’a gdzieś z góry. Nie zszedł na parkiet za nią, a ona o to również nie prosiła. Ten wieczór był dla niej i dla dziewczyn, do nadrobienia minionych miesięcy i wybawienia się. Światła klubu migały w rytm basu, zalewając parkiet krwistą czerwienią i zimnym błękitem.
Malinowa sukienka przylegała do jej ciała, jak druga skóra. Rozcięcie na udzie odsłaniało przy tańcu znaczenie więcej. Złota szpilka odbijała migające klubowe światła. Sloane zwracała na siebie uwagę; zbyt krótką sukienką, wyzywającym uśmiechem, błyskiem w oku, który oznaczał kłopoty. Wiedziała, że wygląda dobrze i to wykorzystywała, choć tej nocy ani żadnej innej nie planowała wracać do domu z nikim kto nie nosił nazwiska Crawford.
Zaczęło się niewinnie. Podłapała jego spojrzenie, gdy tańczył z inną dziewczyną. Szepnął jej coś na ucho, a potem zostawił i podszedł do niej. Sloane zarzuciła mu ręce na szyję, a Xavier własne ułożył na jej biodrach. Zbyt pewnie przyciągnął jej biodra do własnych. Roześmiała się na ten gest, a głowę odchyliła do tyłu. Xavier się nachylił, co z boku mogło wyglądać, jakby składał na jej opalonej skórze pocałunki. Dłonie Sloane wsunęły się pomiędzy jego włosy, a ona jednym szarpnięciem poderwała jego głowę do góry. Coś powiedziała, ale w tym hałasie do nikogo nie docierały żadne słowa.
Jego dłonie były zbyt pewne siebie, a ruchy znajome. Przypominały jej te wszystkie razy spędzone na parkiecie, które kończyły się na tyłach auta.
Xavier odwrócił ją do siebie plecami. Uderzyła o twardy tors i zaśmiała się, kiedy jego usta znalazły się przy jej uchu. Coś szepnął, ale była już zbyt pijana i zbyt oderwana od rzeczywistości, aby zrozumieć co do niej mówił. Coś chciała powiedzieć, ale zamiast tego dalej kołysała się w jego ramionach. Sunęła dłońmi po własnym ciele, unosząc je do góry, aż o szyi, zostawiając mu miejsce, żeby jego dłonie przesunęły się po jej żebrach, prawie pod piersiami.
Kiedy odwróciła głowę jego usta były przy jej uchu. Poczuła gorący oddech i słowa, które ginęły w basie, ale ton był oczywisty: prowokujący, sprośny i sugerujący, że on dalej doskonale zna jej ciało. W odpowiedzi Sloane tylko odchyliła bardziej głowę, gest zbyt intymny, zbyt zapraszający. A kiedy jego dłonie przesunęły się niżej, na wewnętrzne strony jej ud, każdy z boku mógłby spokojnie stwierdzić, że to nie jest taniec, a preludium czegoś, co powinno dziać się za zamkniętymi drzwiami.
Ich ruchy były obsceniczne, odważne i pełne sugestii. Jego dłonie między jej udami, tuż pod krawędzią krótkiej sukienki, jej ciało ocierające się o niego intensywnie, a każdy ruch był jak przyznanie się do dawno łączącej ich chemii. Muzyka dudniła, jak wyrok. W powietrzu unosił się zapach dymu papierosowego, alkoholu, potu i grzesznych decyzji.
Wśród innych ludzi, którzy równie mocno zapomnieli się w tańcu. Sloane też zapomniała, że już jej nie wypada tańczyć z kolegami. Zapomniała o lśniącej na palcu obrączce, o tym, że z loży VIP patrzy Zaire, że nawet jeśli go nie ma obok to wie, co się dzieje.
I w swojej głowie Sloane nie robiła nic złego.
Nie dawała Xavierowi więcej, niż było to konieczne. Nie pozwalała na przekroczenie tej jednej granicy, która należała tylko do Crawforda.
sloane
Sloane znalazła się w innej rzeczywistości.
OdpowiedzUsuńOtoczona czerwonym, a może różowym światłem, już sama nie wiedziała. Z Xavierem u boku, jego znajomymi dłońmi na ciele, które jednak nie były jej już bliskie. Były mniejsza niż te, które dotykały jej od miesięcy. Chłodniejsze, brakowało w nich szorstkości, którą przypisywała Carterowi. Nawet jeśli podświadomie wiedziała, że nie należało w ten sposób tańczyć, ocierać się o niego, jakby zaraz mieli stąd wyjść do prywatnego pokoju, to nie potrafiła przestać. Muzyka dudniła jej w uszach, gorąca krew przelewała się przez żyły, wzięty narkotyk tylko pobudzał do dalszej zabawy. Zupełnie, jakby lgnęła do pierwszego lepszego, który znalazł się u jej boku. To mógł być każdy, nawet nieznajomy, który po prostu przygarnąłby ją do tańca. Sloane nie patrzyła już na to z kim się bawi. Znajomość z Xavierem pozwoliła jej na więcej, bo był tylko kumplem. Bo wiedział, że ma męża, który siedzi gdzieś w loży. Z którym pił szkocką, kiedy ich sobie przedstawiała. Chyba mu nawet o czymś mówił, ale Sloane znała Cartera i wiedziała, że był tym niezainteresowany. I najpewniej potakiwał ze względu na nią. Tylko z tego powodu pozwoliła, aby jego dłoń wsunęła się między uda, pod sukienkę, ale nie dość daleko, by ją dotknął naprawdę. To była ich zabawa, ich sposób na odreagowanie.
Zaczepiała paznokciami o jego kark. Wijąc się przy nim w rytm znajomej melodii. Czuła jego oddech na swojej skórze. Miętowy, ale przebijał się przez niego wypity wcześniej alkohol. Ręce błądziły wzdłuż jej ciała, zaczepiały i wbijały się w poszczególne miejsca. Ale Sloane nic nie czuła. Nie było znajomego dreszczyku emocji, nie było podniecenia. Tylko tańczyła, a wraz ze skończoną piosenką chwiejnym, ale wciąż stabilnym krokiem wróciłaby do loży. Do swojego męża, aby rozgonić towarzystwo, którym się otaczał. Przypomnieć im z kim tutaj przyszedł i z kim wychodzi, ale już nie zdążyła.
DJ nie zdążył zmienić piosenki, kiedy niespodziewana siła oderwała od niej Xaviera, Sloane w pierwszej chwili nawet nie wiedziała, co takiego właściwie się stało. Świat zwolnił, a jej zajęło chwilę, żeby się odwrócić. A może nie? Odwróciła się poszukując Xaviera, ale zamiast niego dojrzała Zaire’a.
Strach przeszył ją lodowatym dreszczem.
Zamarła w miejscu na scenę, która malowała się przed jej oczami. Furia, która mignęła w oczach Zaire’a sprawiła, że aż cofnęła się o krok. Jakby ten cały gniew, który teraz przez niego przepływał zaraz miał przenieść się na nią. Muzyka, chyba, przestała grać. Ktoś krzyczał, inni się przepychali, aby zobaczyć „atrakcję” wieczoru, a Sloane… Sloane nie była w stanie się poruszyć. Stała, jak sparaliżowana i tylko mogła patrzeć, jak Zaire rzuca się na Xaviera z dziką furią. Pięści opadały raz za razem, odgłosy uderzenia mieszały się z jękami bólu, muzyką i wrzaskami klubowiczów. Widziała krew – na rękach Zaire’a, na twarzy Xaviera, jego ubraniach, podłodze.
To nie było zwykłe uderzenie. To była bezlitosna rzeź.
Serce waliło jej jak młotem, a w głowie dudniła myśl, że ta furia przerzucić się może w każdej sekundzie na nią. Walczyła jednocześnie z tą, która zapewniała, że przecież nigdy by jej nic nie zrobił. Patrzyła na niego, ale nie widziała w nim swojego męża, Nawet nie Zaire’a, który też posuwał się do różnych rzeczy. A już na pewno nie widziała w nim swojego Cartera. Patrzyła na niego jak na obcego – jak na bestię, która właśnie została uwolniona.
A potem coś w niej pękło. Widok Zaire’a z twarzą mokrą od potu i zaciśniętymi pięściami ociekającymi krwią, sprawił, że ten strach wymieszał się z czymś więcej. Z odrazą, której nigdy przedtem do niego nie czuła.
— Zaire! — Desperacki, głośny i przepełniony bólem wrzask wydarł się z jej płuc. Jakby to miało go powstrzymać, ale w odpowiedzi Sloane słyszała tylko kolejne uderzenia. Mokre od krwi. Bolesne jęki Xaviera, który z zaskoczenia nie miał, jak się obronić, chociaż się starał oddać. Może udało mu się to raz, a może tylko się Sloane wydawało, że znalazł w sobie dość siły, żeby Crawfordowi oddać.
Wszystko działo się szybko, a jednocześnie wolno.
UsuńOchrona pojawiła się zbyt wolno, jego kumple odciągnęli go zbyt wolno. Szarpał się, pluł przekleństwami. Nie dawał za wygraną.
Dopiero potem jej wzrok spoczął na Xavierze. Bezbronnie leżącym na ziemi, jego ciało drgało co jakiś czas. Wypluwał krew. Sloane nie spojrzała na Zaire drugi raz. Nie potrafiła się do tego zmusić. Nie zastanawiała się, tylko dopadła do przyjaciela. Klęczała przy nim w jego krwi, nie wiedząc co zrobić. Jak mu ulżyć. Potrafiła wymamrotać tylko ciche „przepraszam” dziesięć razy z rzędu.
Bała się go dotknąć, jakby cokolwiek też nie zrobiła przysporzyłoby mu więcej bólu. Dotknęła tylko jego ramienia, a krew z niego przeniosła się na jej dłonie.
Słysząc hałas dobiegający ze strony, gdzie był Zaire poderwała głowę. Jej oczy już dawno zapełniły się łzami. Z przerażenia, że go straci i strachu przed własnym mężem. Spojrzenie dziewczyny padło prosto na Zaire’a. Wciąż trzymanego przez kilku mężczyzn, Jak dzikie zwierzę, które uwolnione siałoby chaos. Sloane oderwała się z podłogi, pobrudzona krwią. Gdzieś z tyłu pojawili się medycy, ktoś wciąż wrzeszczał.
— Coś ty narobił?! — wrzasnęła. Nie zważając na ochroniarzy czy jego kumpli dopadła do Cartera. Pięściami uderzając w jego klatkę piersiową, ale zaraz czyjeś ramiona owinęły się wokół jej talii odrywając od mężczyzny. — Coś ty kurwa zrobił! — Szarpała się, próbowała wyrwać, ale była zbyt słaba, aby to zrobić.
Zniosła się od płaczu, nad którym już nie panowała.
Telefony wymierzone były w ich stronę. Z każdej strony. Z balkonów. Ktoś wchodził na stół, aby mieć lepszy widok. Nic nie dawała ochrona, która próbowała rozgonić ludzi. Było ich zbyt wiele.
— Mogłeś go zabić! — Sloane nie przestała się szarpać ani wrzeszczeć. Rzucając Carterowi wyzywające spojrzenie. Jeśli chciał się na kimś mścić to ona tutaj była. Nie jej przyjaciele.
sloane
Oddychała ciężko, ale powoli przestała się szarpać z ochroniarzem. Ten dalej ją jednak trzymał. Pewnie po to, aby nie poleciała z powrotem w stronę Crawforda. Zacisnęła dłonie w pięści, a paznokcie mocno wbijała w dłonie. Ból nijak jej teraz nie sprowadzał na ziemię. Zwykle to działało. Pozwalało się jej uspokoić, ale nie teraz. Nie w chwili, kiedy mogło dojść do tragedii. Nie, tutaj już doszło do tragedii.
OdpowiedzUsuńWzrok miała skupiony na Zaire.
Nigdy przedtem tak bardzo, jak w tej chwili, nie chciała na niego patrzeć. Na wersję człowieka, który bez powodu rzucił się na Xaviera, jakby ten mu coś odbierał czy zrobił. Jakby był jakimś cholernym zagrożeniem, którego trzeba się pozbyć. Zaire, Carter czy kimkolwiek teraz był – stał się dla niej zupełnie obcą osobą. Człowiekiem, blisko którego Fletcher teraz być nie chciała.
Warczał, szarpał się. Pierwszy raz widziała go w takiej wersji i tak, jak nigdy tego nie robiła, tak zaczęłaby się modlić, aby to był ostatni raz, kiedy go ogląda w takim stanie. Walczącego ze wszystkimi wokół, w tym z nią, a chyba przede wszystkim walczył sam ze sobą.
Sloane już nie zwracała uwagi na to, czy płacze, czy ludzie się gapią. To były łzy wściekłości, która nie miała teraz ujścia. Mogła krzyczeć, ale co by to dało? Nie chciała mu teraz poświęcać nawet sekundy. Nie po tym, co zrobił. Chciała wrócić do Xaviera. Pomóc mu, przeprosić i zrobić cokolwiek, aby było mu lepiej, ale nie potrafiła ruszyć się z miejsca. I to nie tylko przez ochroniarza, którzy trzymał ją mocno i pewnie w uścisku.
Carter miał rację. Teraz nie był jej mężem. Był zagrożeniem, od którego musiała uciec. Znaleźć się daleko od linii strzału.
— Pierdol się — warknęła w jego stronę. Ignorując to, co właśnie jej powiedział. Nie robiła nic złego. Tańczyła z przyjacielem, którego znała od lat. Z którym od dawna nic jej już nie łączyło poza dobrymi imprezami.
Sloane nie walczyła już z ochroniarzem, który najwyraźniej uznał, że nie stworzy już zagrożenia dla samej siebie. Nie skrzywdziłaby Cartera, prędzej samą siebie. Nie rozluźniła pięści. Dalej wbijała paznokcie głęboko we wnętrze dłoni. Potrzebując czuć teraz cokolwiek, poza tą owładającą furią, z którą nie umiała sobie poradzić. Dłonie jej drżały od bólu, który sama sobie fundowała, ale nie przestała. Zacisnęła je tylko mocniej, wraz z zębami. Po policzkach spłynęły łzy, które były już mieszanką wściekłości, bólu i zwykłego rozczarowania, że po raz kolejny udana noc kończy się wrzaskiem. Z tą różnicą, że tym razem na swoich dłoniach, nogach i ubraniu Sloane miała krew. Ślady krwi na sukience były wyraźne. Otarła o nią dłonie i rozmazała po różowym materiale.
— Mam ci podziękować, że nie rżniesz każdej laski, która na ciebie spojrzy? — Parsknęła, niemal rozbawiona tym faktem. Chyba żartował, jeśli sądził, że za to będzie mu wdzięczna. To był jego cholerny obowiązek, a nie coś, co z łaską mógł dla niej zrobić.
Cały ten wieczór skończył się w przeciągu krótkiej sekundy. Odwróciła wzrok od Zaire’a. Tak, jak zwykle na niego patrzyła, gdy się kłócili i wyrzucali sobie najgorsze. Tak teraz nie potrafiła. Nie po tym, co zrobił. Nie chciała patrzeć też na Xaviera, a jednak tam właśnie jej wzrok padł. Już się nim ktoś zajmował, pomagali mu, a karetka, chyba, była w drodze.
— To mój przyjaciel! Boże, nie jestem ty — wycedziła, gdy znów na niego spojrzała. Nie dodała nic więcej, bo nie musiała. Zostawiła go z tymi słowami, aby sam sobie dopowiedział resztę i zadecydował co Sloane miała tak naprawdę na myśli.
Drgnęła na słowa o starej Sloane. Nie mogła mu zarzucić, że nie ma racji, bo w tamtym momencie poczuła się, jak ta wersja siebie, która nie zważała na nic. Ale czy to dawało pozwolenie mu na cokolwiek?
Wszystko runęło. To co odbudowywali przez ostatnie tygodnie. Nagle się zachwiało i runęło z głośnym hukiem. Po raz kolejny, a tym razem Sloane nie była pewna, czy będą potrafili z tego kiedykolwiek wrócić. Czy ona będzie potrafiła na niego spojrzeć inaczej niż jak na człowieka, który jest gotów zabić za samo spojrzenie.
UsuńMiała się odezwać, ale w tej samej chwili ktoś chwycił jej ramię. Nie dała rady z nim walczyć, gdy zarówno ona i Carter zostali wyprowadzeni z głównej Sali. Odwróciła tylko głowę, aby spojrzeć na Xaviera, ale nie widziała go. Otoczony był medykami, a gdzieś z boku stały dziewczyny. Spoglądające na nią z niedowierzaniem, mieszanką przerażenia i… i tą samą odrazą, która kryła się w jej oczach, gdy patrzyła na Cartera.
Zabieranie ich razem nie było najlepszym pomysłem, ale zostawienie na głównej Sali było jeszcze gorszym. Ktoś zadbał, aby nie dali ludziom kolejnej sceny, kolejnej okazji do nagrania ich kłótni, która potem będzie latała na X.
— Jak macie się pozabijać to z dala od reszty.
Sloane nie zwróciła uwagi na to, kto to powiedział. Ani na to, czy poza nimi ktoś tutaj był. Byli. Nie mogli przecież zostawić swojego króla bez opieki, prawda? Nie ważne, czy był ze swoją żoną czy lepiącymi się do niego jak muchy dziewczynami. Zawsze kto był obok. Pilnował, aby chaos za bardzo nie wymknął się spod kontroli.
Rozluźniła swoje dłonie i na nie spojrzała. Ślady po paznokciach były głębokie, czerwone. Przebiła skórę w jednym miejscu, ale Sloane nie była pewna, czy to jest jej krew czy dalej ta należąca do Xaviera.
— Jesteś z siebie kurwa dumy? — Nie mogła mu tego podarować. — Kurwa, nie mogę… Jesteś chory.
Nie dbała, że go wkurwi bardziej. Może tego chciała. Jego ostatnie słowa brzmiały jak groźba, którą był gotów spełnić, a po dziś Sloane nie miała żadnych wątpliwości, że to właśnie zrobi.
sloane
Patrzyła się na swoje dłonie. Zakrwawione i poranione. Wciąż drżały, ale już nie była pewna, które uczucie za to odpowiada.
OdpowiedzUsuńW głowie szumiały jej dźwięki uderzeń. Mokre, brutalne. Jak wycięte z filmu akcji, ale tutaj nie było aktorów. Był jej mąż i przyjaciel. Dwoje ważnych dla niej ludzi, a teraz czuła, że musi wybierać między jednym, a drugim. Od Zaire’a chciała uciec. Jak najdalej. To nie był jej mąż, to nawet nie był Zaire. To była wersja, której Sloane nigdy nie powinna była oglądać.
— Tak, myślę, że tego właśnie chciałeś. — Odparła twardo. Broda jej drżała, kiedy to mówiła. Nie miała pojęcia, jak po tym mogłaby na niego inaczej spojrzeć. Czy dać się dotknąć, gdy wiedziała i widziała, do czego zdolne są jego ręce. Te same, które potrafiły trzymać ją z delikatnością, która tak nie pasowała do obrazu, który stwarzał wokół siebie.
Automatyczne cofnęła się, kiedy Zaire zrobił w jej stronę krok. Nawet nie potrafiła ukryć, że w tej chwili w jego obecności zawładną nią strach. Ale nie taki, jak w garderobie, kiedy znalazła prochy i broń. Zupełnie innego rodzaju. Bardziej prawdziwy. Ten, który mówił, że ją może spotkać podobny los, jeśli nie zachowa się odpowiednio. Sloane nie chciała w to wierzyć i nie wierzyła, a jednak pozwoliła, aby ta myśl ją karmiła i obezwładniała.
Musiał to widzieć albo chociaż czuć, jeśli zwracał uwagę na cokolwiek poza własną wściekłością.
— A nie jestem lojalna?! — Podniosła głos, chociaż nie planowała. Odrzuciła na bok strach i zbliżyła się. Z uniesioną głową. Patrząc mu prosto w oczy. — Jestem, odkąd się zeszliśmy, Zaire. Każdego jebanego dnia. To nie moja wina, że zobaczyłeś w tym coś więcej.
Prawie była. Ale to był szczegół, którego Zaire wiedzieć nie musiał i o którym nigdy się nie dowie. Musiała odwrócić od niego wzrok. W obawie, że powie coś, czego będzie naprawdę żałowała, ale może powinna była. Może to właśnie była ta noc, kiedy znów wszystko się spieprzy, ale tym razem na dobre. Nie wiedziała, jak z tego mieliby wrócić do typowego dla nich porządku.
— I co, będziesz rwał się z łapami do każdego kto na mnie spojrzy? — Zaśmiała się gorzko, kręcąc głową z niedowierzania. Był niemożliwy. Gdyby rozegrał to inaczej, gdyby obyło się bez rozlewu krwi, to Sloane byłaby wniebowzięta. Ale nie mogło odbyć się spokojnie. — Nie wiem, czy starczy ci na nich wszystkich czasu.
Tak, jak i jej nie starczyłoby na jego fanki, które podążały za nim krok w krok. Czy te wszystkie laski, które były sprowadzane przez kumpli na backstage, a biegały za Crawfordem jak posłuszne pieski. Zachowując się przy tym, jakby to Sloane tam nie pasowała, a nie one. Jakby im przeszkadzała. Wiedziała, że przeszkadzała. Miała Zaire’a. Nosiła jego nazwisko. Był jej mężem. I głośno o tym każdemu mówili. Przechwalali się swoją miłością na lewo i prawo. Dopóki nie pojawiały się takie momenty, jak ten, które wszystko niszczyły. Nagle te słowa o miłości, o chęci bycia blisko nic nie znaczyły. Nie były nic warte. Były kłamstwami rzucanymi po to, aby przygasić palący się w nich ogień. A potem przy odpowiedniej chwili dolewali do niego paliwa i patrzyli, jak wszystko po raz kolejny płonie.
Sloane już nie mogła się doczekać wiadomości od Clary. Spojrzeń Julie. Prawników, którzy znów będą mieli ręce pełne roboty. Jej imię znów powiązane z Carterem. Z kolejnym skandalem. Kolejną awanturą, która tym razem eksplodowała do rozmiarów, których nikt się nie spodziewał.
— To był tylko taniec, Zaire. — Broniła się. Znał ją. Widział, jak się rusza. Z nim czy bez niego. Nie robiła z siebie świętej, nie tuptała grzecznie nóżką w kółeczku. — Tak, jestem pewna, że w loży żadna nie próbowała ci się dobrać do rozporka. Nie będziesz mi pieprzył o lojalności. Xavier nic nie zrobił, ja nic nie zrobiłam. Szukałeś tylko wymówki, aby się wyżyć. Nie próbuj mi wmawiać, że jest inaczej.
Otarła dłonie o sukienkę. Już i tak była zniszczona. Równie dobrze mogła ją pogrzebać na dobre. Potrzebowała zmyć z siebie tą krew. Wyglądała jak marna wersja Carrie. Opuściła głowę, ale nie ze wstydu, a raczej zmęczenia. Faktu, że znowu przechodzą przez to samo, chociaż tyle razy mu tłumaczyła, jak jest.
UsuńPoderwała ją jednak, kiedy usłyszała pytanie.
— Co? — Nie potrzebowała, aby powtórzył. Słyszała go doskonale. A potem się roześmiała, ale w tym śmiechu nie było nic zabawnego. — Oszalałeś? Naprawdę myślisz, że przyprowadziłabym go tutaj? Zaprosiła do imprezowania z tobą?
— Pierdol się, Zaire. Ty i twoje oskarżenia i niskie poczucie wartości. Nie muszę się w żaden sposób dowartościowywać.
Przesunęła językiem po ustach. Nie była pewna, czy na nich nie czuje smaku krwi. Może ręką otarła usta? Nie wiedziała. A potem się skrzywiła na ten niewyraźny, metaliczny posmak.
— Ale jeśli musisz wiedzieć — zaczęła. Znacznie spokojniej niż mówiła do tej pory. Wiedziała, że nie załagodzi tym niczego, ale już nie miała sił, aby o cokolwiek teraz walczyć. — Dałam mu się kiedyś przelecieć. Parę razy. W różnych miejscach i pozycjach. Najbardziej mi się podobało z nogami na jego ramionach. Ale nie, to nie jest on.
Nie miała w sobie, dziś, dla niego litości. Ani chęci bycia dobrą żoną, która zawsze na wszystko się zgadza. Która go ciągle zapewnia o swojej miłości. Jeśli w nią nie wierzył i sądził, że na oczach innych dałaby Xavierowi czy komukolwiek coś więcej, to był w błędzie.
Przymrużyła oczy, bo jego słowa zabolały bardziej niż chciała sobie na to pozwolić. Uderzyły dokładnie tam, gdzie Sloane nie chciała, aby zabolało. Zacisnęła mocniej szczękę. Jakby powoli do niej docierało, że może tu naprawdę nie ma o co walczyć.
— Może masz rację. Może naprawdę nie mamy o czym tu rozmawiać.
sloane
W odczuciu Sloane, ona nie zrobiła nic złego. Tańczyła z kumplem, który może faktycznie pozwolił sobie na więcej, ale nie przekroczyliby nigdy tej cienkiej granicy. Nawet ona wiedziała, kiedy się powstrzymać, chociaż tego wieczoru zdawało się, że Sloane nie ma żadnych hamulców. Nie mogła go ani siebie zapewnić, że gdyby Zaire tego nie przerwał to do czegoś by nie doszło. Bo nie wiedziała. Bo mogła się zapomnieć bardziej niż powinna.
OdpowiedzUsuńZerknęła w bok, bo nie mogła zaprzeczyć. Gdyby Zaire tak z jakąś tańczył Sloane rozpętałaby piekło. I z jednej strony musiała go zrozumieć, a z drugiej bardzo nie chciała mu przytakiwać. Nie w tej sytuacji i po tym czego z nim doświadczyła. Nie, gdy na rękach i udach miała krew swojego przyjaciela.
— Różnica jest taka Zaire, że ja wiem, kiedy się powstrzymać. Co do ciebie nigdy nie mogę mieć pewności.
Tym razem się nie cofnęła, kiedy zrobił krok w jej stronę. Ciało miała napięte, gotowe do ucieczki i schowania się za najbliższym rogiem, ale tego nie zrobiła. Uniosła wyżej głowę. Spoglądała na niego spod rzęs z tą samą wściekłością i rozżaleniem co wcześniej, a jednocześnie jej spojrzenie było puste. Jakby zaczęła zdawać sobie sprawę, że tutaj naprawdę nie ma o co walczyć, że to co mają nie jest warte potu, łez i krwi, że może należy odpuścić. Nie dawała tego po sobie poznać, ale ta myśl rozszarpywała ją od środka. Ostrymi pazurami wbijała się w świadomość.
— Tak, bo tego właśnie chciałam. Żebyś prawie go zabił na oczach setki ludzi i pokazał wszystkim, jaki to zły i wielki jesteś — warknęła w odpowiedzi — nie miałeś żadnego prawa go tknąć.
Przecież to było śmieszne. Gdyby chciała wzbudzić w nim zazdrość zrobiłaby to inaczej. Ale nie musiała tego robić. Nie robiła tego tej nocy. Mówienie, że tylko się bawiła było słabą wymówką, bo na ten krótki moment straciła kontrolę nad wszystkim. Nie myślała o tym, że ma męża, że to z nim tak powinna tańczyć. Dała się ponieść chwili, która prawie kosztowała Xaviera życie.
Sloane nawet nie zwróciła uwagi, że zostali w tym chaosie sami. Może to lepiej, że nie było więcej świadków ich upadku. Oboje nienawidzili być widziani w słabych momentach, a to był właśnie jeden z nich. Nawet jeśli otaczali ich „zaufani” ludzie to niczego nie zmieniało, a to poniżające uczucie, że ktoś widzi, jak się załamują zostaje.
— Bo nie masz prawa być wściekły, Zaire. Nie o to, nie o Xaviera — wycedziła. Zupełnie jakby była głucha albo ślepa i nie docierało do niej, jak to wyglądało z boku. Że jakby teraz sprawdziła pierwsze lepsze social media to zobaczyłaby, że okrzyknęli ten taniec zdradą, a Sloane dostała, znowu, przydomek laski, która nie potrafi być wierna mężowi.
— Jestem pokryta w jego krwi, Zaire. — Powiedziała zaskakująco spokojnie. Odetchnęła głębiej, a ta myśl powoli na niej osiadła. Krew zastygała już na jej skórze. — To nie jest w porządku. To nie jebany ring, żebyś napierdalał kogo popadnie, bo dłużej się na mnie popatrzył czy dotknął. To nic nie znaczyło, tylko taniec. Nic więcej.
Mogło znaczyć, gdyby to nie był Xavier. Jego dotyk nie był tym chcianym. Nie potrzebowała go ani nie pragnęła. On po prostu był. Jeden z wielu, łatwy do zapomnienia. Wart uwagi przez parę minut, ale nie na dłużej.
— Przepraszam. — Sama zaskoczyła się, że te słowo opuściło jej usta. Przepraszanie go nie było na jej liście, a tymczasem proszę pierwsza wykonała ten ruch. — Nie chciałam wzbudzać w tobie zazdrości, upokorzyć cię. Tylko tańczyłam i przysięgam, to nic nie znaczyło.
Sloane nie była pewna, czy on jej w ogóle słucha. Nie musiał. Ważne, że wyrzuciła to z siebie i mogła mieć „czyste” sumienie. W przeciwieństwie do ciała. Xavier był niczym. Ich relacja była niczym, a to co się działo na parkiecie również było niczym. Mógł jej dotykać, przyciskać woje biodra do jej, ale Sloane i tak wróciłaby do Zaire. Nie dopuściłaby do tego, aby między nimi wydarzyło się coś więcej. Nie pozwoliłaby na to, aby Xavier dostał więcej niż oferowała na tamtym parkiecie. To miał być tylko taniec, a skończył się tragedią.
Sloane była dobrą aktorką, ale nawet najlepsi czasem popełniają błędy.
UsuńNa wspomnienie o Jamesie jej wzrok na sekundę uciekł w bok. W obawie, że jeśli Zaire popatrzy w jej oczy to dostrzeże całą prawdę. Dowie się, że to Harper jej siedzi w głowie od miesięcy. Że to jego dotyku nie może pozbyć się ze wspomnień. Że to on jest tym cieniem, który nad nimi wisi, który sprawia, że oboje wybuchają w najmniej spodziewanych momentach.
— Ty nie odpuszczasz, co? — Prychnęła. — Nie powiem ci kto to był. To już nie ma znaczenia, to nie ma znaczenia od miesięcy, Zaire. A jakbyś nie zauważył, Jamesa nie ma od miesięcy. — Wycedziła. Sloane nie miała pojęcia, czy nadal odpowiada za jej ochronę, ale siedzi za biurkiem, czy porzucił ją kompletnie. Było lepiej, że nie mieli żadnego kontaktu. Nawet, jeśli czasem jej palec się zatrzymywał nad kontaktem z jego imieniem i wahała, czy nie zadzwonić.
— Nie, nie posuwał mnie. Zadowolony? Możesz w końcu odpuścić?
Stała twardo w miejscu. Nawet, kiedy pojawiła się ta chęć, aby się odsunąć to ją zignorowała. Nie pozwoliła sobie na okazanie przed nim jakiegokolwiek strachu. Gotowa do samego końca też go okłamywać. Widziała już do czego był zdolny. I nie zamierzała dopuścić, aby Zaire dorwał się do Jamesa.
Pierwszy raz od dawna był tak blisko prawdy, ale Sloane nie zamierzała mu jej podać.
Nie o niej i Jamesie. Nie o tym, co działo się we Włoszech.
— Może to wszystko to była rola. — Odpowiedziała chłodno, sama chyba nie wierząc, że te słowa opuściły jej usta. Myśli, że to ten czas, aby się wycofać były coraz głośniejsze. Coraz poważniej je rozważała. — Może tym tylko byliśmy… Aktem.
sloane
Po raz kolejny trafili do tego samego miejsca, z którego parę tygodni wcześniej ledwo się wygrzebali. Stali przed sobą, ale między nimi był wysoki mur, którego nie dało się przeskoczyć ani obejść. Nie było w nim już dziury, przez którą można było się przebić. Nie było nadziei, że jeszcze da się to wszystko jakoś uratować. A jeśli była, jeśli jakimś cudem jeszcze się ona tliła w tle to była tak niewielka, że Sloane jej nie widziała. To przecież nie mogło się tak skończyć. Nie tak szybko, nie w taki sposób, a jednak już nie wiedziała, jak ma o niego zawalczyć. Jak zawalczyć o nich.
OdpowiedzUsuńRwała się do tego, aby mu powiedzieć, że wciąż jej zależy. Że te wszystkie słowa to kłamstwo, które wypowiedziała, aby go zabolało. Bo chciała, żeby bolało. Chciała mu powiedzieć, że może bez niego żyć, ale nie chce tego robić. Że wolałaby przez kolejne dekady się w ten sposób z nim kłócić, niż pozwolić odejść. Że myśl, że mogłaby mu być obojętna ją przerażała. Że on nigdy nie będzie jej obojętny. Że to co mieli to było jedna z najprawdziwszych rzeczy, jakich doświadczyła. Mimo, że oblepiona od początku była narkotykami i alkoholem, że czasami nie byli świadomi wagi słów, które do siebie wypowiadają. Że mimo tego chaosu, wspólnych oskarżeń i kłębiącej się w nich nienawiści do samych siebie, to ona go ciągle kocha. Tak, jak nikogo przed nim, a już na pewno nikogo po nim by tak nie kochała. Nie mogło być nikogo po. Był tylko Zaire. Jeśli z kimś miała być to z nim. Z tym cholernym ciężarem, który ze sobą niósł. Z tajemnicami i kłamstwami. Z bólem i cierpieniem. Z krwią i łzami. Że chciała go z całym bagażem doświadczeń. Nawet jeśli powoli ją to wszystko zabijała, to dla niego warto było to znieść. Tylko, że żadne słowa nie wychodziły z jej ust. Mogła tylko patrzeć mu w oczy. Ciemne, wręcz mroczne. Te, które znała tak dobrze, a które tej nocy zdawały się być obce.
Kiedy odwrócił wzrok, zrobiła to samo.
Każde słowo przepływało przez nią. Bolało i uświadamiało, że mimo wszystkich słów, które tu padły i wydarzeń, nie potrafią odpuścić. Odejść i zająć się kimś innym. Wydała z siebie cichy, stłumiony jęk, jakby właśnie w tej chwili do niej dotarło, że zaczynała niszczyć na dobre ich relację. Może toksyczną, może taką, której nikt poza nimi nie rozumiał, ale należała ona tylko do nich.
— Powiedziałeś „byłaś”, nie „jesteś”.
Jakby to teraz miało, jakiekolwiek znaczenie. Że wypowiedział się o niej w czasie przeszłym, kiedy ona sama zasugerowała, że byli niczym więcej jak grą toczoną od miesięcy. Zaklejoną ładnymi pierścionkami i uśmiechami. Ale przecież wiedziała, że to nie jest prawda.
To co czuła to nie była gra. Może tylko na początku, kiedy dla niego również to była zabawa. Kiedy udawali Travisa i Ivy, kiedy te uczucia jeszcze nie urosły do rozmiarów tak wielkich, że nie mieściły się nigdzie. Że potrzebowały własnej galaktyki, aby móc porządnie rozłożyć ramiona.
Znów zacisnęła dłonie w pięści. Czuła znajomy ból w ich wnętrzu, ale to znowu nie działało. Nie oderwało jej od tego, co działo się tutaj. Fizyczny ból nie przesłaniał rozszarpywania własnego serca. Które biło od miesięcy tylko dla Zaire’a. I nawet teraz, gdy był pokryty krwią jej przyjaciela, gdy patrzył na nią w ten sugerujący sposób, że właśnie wyniszczała go od środka, ona dalej do niego lgnęła. Dalej chciała znaleźć się w jego objęciach. Usłyszeć, że wszystko będzie dobrze. Poczuć go przy sobie tylko na krótki moment, aby nie wypuściła go z rąk całkiem.
— Sam zdecyduj, czy to była tylko gra.
Zostawienie tego w jego rękach nie było najlepszym rozwiązaniem. Ale nie miała sił mu się tłumaczyć. Nie miała ochoty przechodzić przez to wszystko znowu.
Byli, jak tykająca bomba, która w każdej chwili może eksplodować. Wystarczyło tylko jeszcze jedno słowo, aby wybuchli od początku. Znajdowali się na polu minowym, gdzie trzeba było uważać na każdy jeden ruch. Chociaż miała wrażenie, że oni już wybuchli. Że zostały z nich tylko strzępki, które jeszcze próbowały się ratować.
Małe fragmenty, które mimo wszystko, ale dalej szukały do siebie drogi.
UsuńInaczej nie potrafili. Myśl o nim z innymi rozsadzała ją od środka. On pozwolił sobie na wybuch, który skończył się krwią innego na rękach. Sloane broniła swojej racji, kiedy to tym razem ona była w błędzie. Ale nie potrafiła się do tego przyznać.
Spoglądała na niego zaszklonymi oczami. Było w niej wiele sprzeczności. Raz chciała mu powiedzieć, że to naprawdę koniec i do jutra jej nie będzie w penthousie, a papiery dostarczy mu prawnik, a po chwili chciała cofnąć każde słowo i przepraszać. Błagać o jeszcze jedną szasnę.
— W takich chwilach marzę, abym cię nie kochała. — Powiedziała cicho na jednym wydechu. — Byłoby łatwiej, gdybym cię nie kochała. Wtedy… Wtedy naprawdę mogłabym odejść. Ale nie mogę i nie chcę. Nawet, kiedy… Nawet, kiedy zachowujesz się jak potwór. Po prostu nie umiem cię nie kochać.
Drgnęła, kiedy znów zaczął się chaos. Przez krótki moment nie słyszała nic poza ich oddechami i biciem dwóch, rozgniecionych serc. Nie odwróciła od niego wzroku, nawet, kiedy pojawili się ochroniarze. Ten obraz – mężczyźni przeszukujący go, czy nic przy sobie nie ma, był jak codzienność. Ot, jedna z wielu rzeczy, które trzeba w tym życiu zaakceptować. Jacyś ludzie zbierający swoje raty. Krzyki, przekleństwa. To po prostu była część ich życia, którą Sloane musiała zaakceptować. I to robiła, gdy każdego dnia go wybierała.
Od niechcenia spojrzała na kobietę, która pojawiła się obok. Rozpoznawała rysy jej twarzy, ale nie przypominała sobie jej imienia. Wiedziała tylko, że zbyt często kręci się w ich towarzystwie. Wokół Cartera.
— I kim ty myślisz, że jesteś, aby mi mówić co mam robić? — Warknęła w odpowiedzi. Zaskoczona jej postawą i rozkazującym tonem. Nie przywykła, aby ktoś jej mówił takie rzeczy, a już na pewno nie kobiety, których nie znała. — Jesteś jego jebaną adwokatką, czy co?
Uniosła brew. Podirytowana jej postawą. Spojrzała nad jej ramię, na Zaire’a przed którym stała. Jak mały obronny piesek, który szczekał w obronie swojego pana. No, tego jeszcze nie grali, aby jego panny rozstawiały ją po kątach. Nie szukała w Zairze pomocy. Nie chciała jego łaski ani żeby się wtrącał.
— Cokolwiek próbuję robić, to nie twój interes. Więc może zrób krok w bok i nie wpierdalaj się w sprawy, które cię nie dotyczą.
sloane
Runęli, jak domek z kart. Wystarczył podmuch, żeby przestali tak po prostu istnieć. Przynajmniej tej nocy, bo gdzieś tam w środku Sloane dalej wiedziała, że oni wciąż istnieją. Przykryci byli teraz wstydem, bólem, krwią, łzami i potem, ale dalej byli. Wygrzebiemy się z tego, to należało powiedzieć, ale milczała. Jakby nie wierzyła, że naprawdę będą mieli szansę cokolwiek jeszcze między sobą odbudować.
OdpowiedzUsuńSwoimi słowami raniła nie tylko Cartera, ale i samą siebie. Zbyt wiele ją kosztowało wypowiedzenie tego. Nie od razu dawała po sobie to poznać, ale zbyt dobrze ją znał. Wiedział, że mimo nałożonej maski ona w środku rozpada się tak samo mocno, jak on. Łapie się byle czego, aby tylko jeszcze przez chwilę utrzymać na powierzchni. Aby zaczerpnąć tego ostatniego tchu, który uratuje ją przed utonięciem.
Widziała wystarczająco, aby powiedzieć „dość”, ale nie potrafiła. Odwrócić się na pięcie, odejść i go na dobre zostawić. Wyrzucić to, co zbudowali, jakby nigdy nic nie znaczyło. Kochała go. Tą bolesną miłością, która może nie miała szczęśliwego zakończenia, ale była wystarczająca, żeby razem przenosić góry. Nie odrzuciło ją to, co widziała – nie tak w pełni.
Sloane drgnęła po jego słowach. Dała po sobie poznać, aż za bardzo, jak na nią one wpłynęły. Usta jej drżały. Jak na moment przed rozpłakaniem się, ale nie pozwoliła sobie na to. Nie tutaj. Nie, gdy nie byli sami i otoczeni zbyt wieloma ludźmi. Nie wierzył, że go kocha. I to chyba zabolało bardziej niż te wszystkie słowa, które padły z obu stron. Chyba nie powinna się była dziwić, że po tym wszystkim nie miał w sobie już wiary. Ona ją na moment też straciła.
— Zaire — zaczęła, ale kolejne słowa nie chciały opuścić jej ust. Zapewniłaby go, że go kocha, udowodniła, ale pojawiło się zwątpienie. Jedno pytanie, które powinna była zadać sobie już dawno: „Czy warto?” Znów się tak poniżać przed nim i każdym, kto patrzył. Przed samą sobą, gdy wmawiała sobie, że to już jest ostatni raz, kiedy tak się kłócą, chociaż wiedziała, że to kłamstwo. Przecież wiedziała, że nie wytrzymają długo w spokoju. Karmili się chaosem, a gdy było zbyt cicho to zaczynało im przeszkadzać. Szukali sposobu, aby sobie ulżyć i najczęściej to siebie wybierali na przeciwników.
Sloane nawet nie drgnęła, kiedy zabierali go w stronę SUV-a. Pomijając ją, jakby była teraz zbędnym dodatkiem, o którym się zapomina, kiedy nie jest już potrzebny. Nie wyrywała się w jego stronę. Nie prosiła o uwagę. O ostatnie spojrzenie, zanim ich światy na chwilę rozjadą się w różne strony.
Uwagę Sloane od Cartera odciągnęła dziewczyna, która coraz bardziej zaczynała jej działać na nerwy. Wciąż nie mogła przypomnieć sobie jej imienia, ale to było teraz mało ważne. Z tym chłodnym spojrzeniem i miną, która miała zasugerować Sloane, aby się wycofała wcale jej nie przestraszyła. Bardziej rozbawiała faktem, że myślała, że naprawdę jej zdanie się tutaj liczy.
— Nie wiem, co pozwala ci myśleć, że możesz mi rozkazywać. — Mówiła spokojnie i bez podnoszenia tonu. To nie była ta sytuacja, która wymaga przekrzykiwania się. To nie był konkurs, która głośniej krzyknie.
Sloane uniosła wyżej głowę i przymrużyła oczy. Słowa dziewczyny cięły ostrzej niż nóż. Słyszała od niej to, czego nie chciała. Wcale nie miała ochoty na słuchanie, jaka jest dla Cartera. Zdawała sobie z tego sprawę i już na pewno nie potrzebowała żadnej jego koleżanki, aby ją uświadamiała i karciła, jak matka dziecko. To było upokarzające.
— Myślisz, że czeka na ciebie jakiś medal? Że jak staniesz po jego stronie to nagle cię zauważy? — Przechyliła lekko głowę na bok. Uniosła kąciki ust, ale nie w uśmiechu. Raczej kpinie, której nie ukrywała. Zignorowała jej słowa, chociaż te w Sloane zostały. Odcisnęły się na niej bardziej niżby tego chciała. — Możecie wszystkie sobie wokół niego skakać, jak grzeczne pieski, ale i tak nie dostaniecie uwagi. A nawet jeśli… to nie na długo. Cokolwiek myślisz, że możesz mu zaoferować, nie będzie tym zainteresowany. Ale idź, spróbuj szczęścia. Bądź bohaterką nocy. Separując od złej, wyniszczającej go żony.
Prychnęła i pokręciła głową, niedowierzając, że bierze udział w takiej rozmowie.
UsuńWiedziała, jak jego noc może się skończyć. Że to nie będzie w ich łóżku, że to nie ją będzie obejmował. Ani trochę nie była z tym pogodzona, ale tej nocy nie miała sił, aby z nim walczyć. Jakaś jej część nie chciała też na niego dłużej patrzeć. Czuć blisko i oddychać tym samym powietrzem.
Musiała stąd wyjść. Nie tylko do Xaviera. Potrzebowała świeżego powietrza. Wypity alkohol podchodził do gardła. Raczej ze stresu, ale to było bez znaczenia.
W ostatniej chwili podłapała spojrzenie Zaire’a. Już w aucie. Wyglądał, jakby dał się pokonać. Coś ścisnęło ją za serce. Może myśl, że go traci albo już straciła. Nie odwróciła wzroku, dopóki nie zamknęła się ciemna szyba, która na dobre oddzieliła ich od siebie. Każde uciekało w swoją stronę. Zostawili tu siebie, jakby nic nigdy dla siebie nie znaczyli, a potem auto ruszyło. Nie zostało z nich teraz nic, poza popiołem, który jeszcze się tlił, ale słowa tamtej dziewczyny były jak zimna woda wylana prosto na niego, aby zgasić to, co jeszcze można było odzyskać.
Nie brała dłużej udziału w tym cyrku. W tej rozmowie z nią. Nie dodała od siebie nic. Odwróciła się, ale nie w popłochu. Odeszła do swoich dziewczyn z wysoko uniesioną głową. Nie mogła i tak nic zrobić – jechać za Carterem, błagać go, aby wrócił. Oboje musieli ochłonąć, a teraz przede wszystkim, ale musiała sprawdzić, co z Xavierem. Przeprosić, może porozmawiać z policją… Sama nie wiedziała co ma robić. Cleo, najbardziej z nich teraz ogarnięta, na szybkim wybieraniu miała już Clarę, zaraz pojawił się ochroniarz, aby je zabrać z tego klubu. A Sloane już się nie buntowała, nie próbowała udowodnić, że wie co robić samej lepiej. Pozwoliła, aby inni podejmowali decyzje, bo jak widać jej własne doprowadziły ją na skraj.
sloane