Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sol. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sol. Pokaż wszystkie posty

26/06/2025

[KP] "Fill your heart with your dreams that will someday leap and soar into the sky."

Riley Gray
• urodzona w środku upalnego lata 2000 •
• córka senatora i cenionej francuskiej chirurżki•
• Junior Associate w kancelari prawnej Edelmann's
• absolwentka Stanford University •
• wielbicielka wyzwań i emocji •








Jej skóra nie nosi przykrych śladów przeszłości mimo nie oszczędzania się w dzieciństwie; gładka jasna karnacja po mamie często się rumieni, nierzadko ubiera w dreszcze, chwyta słońce drobnymi ścieżkami piegów i zapachem letnich brzoskwiń. Riley nieustannie marznie, trochę straszne jej listopadowe wieczory i styczniowe mrozy, płacze nad nimi czasami aż z złością, ale nigdy nie są one tak niebezpieczne, by sięgnąć głębiej do jej duszy. Jest ufna i pełna wiary w jutrzejszy dzień, w ludzi i ich dobre intencje. Swoją pracę traktuje bardzo osobiście i angażuje się w pełni w każdy przypadek, porzucając biurko na rzecz biegania na niebotycznie wysokich szpilkach po biurze i do klientów. Wybacza za pierwszym, drugim i kolejnym razem bez wahania. Jest szczera, prawdziwa i wciąż odrobinę naiwna.
Jej oczy, wyraziste, jasne i soczyście zielone, spoglądają na świat z uwagą, ostrożnością i ciepłem. Złote plamki na tęczówce intrygują i oddają uśmiechy, odbijając wszystkie kolory świata z równą intensywnością. Riley chłonie otoczenie niczym gąbka, brak jej jednak konsekwencji w wytrwaniu przy jednej rzeczy, kiedy wszystko pociąga równie mocno i może dlatego właśnie co miesiąc ma nowe hobby. Jest uparta i ciekawa świata, chciałaby w tydzień poznać wszystkie jego cuda. Kiedy w coś się angażuje, oddaje całą siebie i nie czuje niesprawiedliwości, gdy w zamian otrzymuje tyle co nic.
Jej dłonie choć delikatne chwytają życie pewnie, szukając szczęścia bez desperacji, niewymuszenie, ale z niegasnącą nadzieją. Tej kobiecie nie brak odwagi, choć zawsze okraszona jest ona sporą dawką rozsądku. Nie jest chciwa, ani zachłanna, jak każdy ma jednak swoje słabości, wobec których jest niedorzecznie uległa (nowa para butów na przecenie!). Uchodzi za twardą sztukę, która na stanowisku młodszego prawnika prosperującego wyżej zasiadła nie przez przypadek i nie mija się to z prawdą, choć akurat jej zasadniczość jest mistrzowską grą, pozwalającą zachować twarz i zyskać szacunek, o który długo walczyła.
Jej usta, zawsze rozkosznie uśmiechnięte, znajdują dobre słowo dla każdego, choć przed ciętym upomnieniem, czy ripostą w odwecie na złośliwość nie ma szansy czmychnąć. Jest sprawiedliwa i wyrozumiała, nie wstydzi się przyznać do błędu, a te popełnia chętna na nowe lekcje od życia. Ma tendencję do brania na siebie zbyt dużej liczby obowiązków przez poczucie ogromnej odpowiedzialności i chęci naprawy świata. Za bardzo angażuje się w pracę, której powierzyła siebie całą, a jej cierpliwość gdy się wyczerpie (o co naprawdę trudno), ukazuje surowe oblicze.
Jej krok z natury lekki, pełen gracji i swobody. Długie nogi niosą ją pewnie niezależnie od tego, jak wysokie szpilki nosi, a choć urodziła się w Francji i przebywała w niej do czwartego roku życia, nim z rodziną nie wrócili do ojcowskich Stanów, nie lubuje się w beretach i pasiastych golfach, w których tak chętnie każdej wiosny fotografują się Europejki. Ma szafę pękającą w szwach od stonowanych garniturów, kilka kosmetyczek z których wylewa się mnóstwo błyszczyków, przed którymi nie potrafi się bronić w sklepach i świeżo wynajęte mieszkanie, w którym jeszcze nie umie się odnaleźć po powrocie z studiów. Chce nauczyć się odpoczywać, móc odmawiać ojcu w towarzyszeniu mu w debatach i zrozumieć, czym naprawdę jest spokój. Śpi z dwoma odratowanymi od nieszczęścia psami i głową pełną marzeń.
I najważniejsze. Jej serce, które bije z mocą, jaka nawet ją samą zadziwia, za każdym potknięciem, zranieniem, rozczarowaniem, wydaje się coraz gorętsze i silniejsze. Ono walczy z rozumem, którym kobieta kieruje się w pracy i który chce rządzić zawsze. Ono sprawia, że Riley się nie zmienia mimo upływu lat i zawsze jest gotowa podjąć wyzwanie. To serce ma równy rytm, który niełatwo zaburzyć, ale któremu czegoś wciąż brak, choć ona nie jest pewna, czy gotowa jest zaryzykować kolejny raz tak, jak pięć lat temu, kiedy jej serce zostało rozerwane, a ratunkiem okazała się ucieczka. To serce jednak ma się dzisiaj dobrze i sprawia, że jutro wydaje się piękniejsze za każdym razem, gdy otwiera oczy.







[Cześć! Bardzo lubimy niebezpieczne sytuacje, podejrzane znajomości i ogólnie - tarapaty. :D Umiemy słuchać, zatrzymywać tajemnice dla siebie, a nawet ładnie śpiewać. ;)
Ta dziewuszka jest twardsza, niż się wydaje, także zapraszam do wątków i absolutnie proszę się nie nabierać na tę niewinną minkę!
wizerunku użycza Hanna Schönberg, a w tytule Michael Bassey Johnson
szablon karty zawdzięczam character-image]

16/11/2021

[KP] "How will i know...?"



Lily Taylor

28 LAT MINIE WIOSNĄ, SIOSTRA SŁAWNEGO HOKEISTY,
KOORDYNATORKA BIURA W KRAVIS SECURITY INC.,
ARTYSTKA TWORZĄCA POD PSEUDONIMEM






   Nie jest wyrazista, za to bardziej łagodna i wrażliwa, niżby sama chciała. Potrafi słuchać, ale doradca z niej żaden. Mało je, dużo śpi i jeszcze więcej gada, a do obcych nieprzerwanie rozsyła delikatne uśmiechy. Sentymentalna duszyczka, która nie traci wiary w ludzi. Lubi myśleć, że wielkie zielono-niebieskie oczy ma po niezapamiętanej mamie, a dobry refleks nie tylko po chorym ojcu, ale też latach biegania za starszym bratem i jego kolegami, gdy próbowali ją zgubić. Szybko ufa, zawsze wybacza i całe życie uczy się być kimś, kto nie pozwoli się skrzywdzić czy wykorzystać. Łatwo ustępuje, rzadko odmawia i bardzo, bardzo stara nie pakować się w kłopoty.
   Zajmuje zawsze tylko lewą stronę łóżka i połowę rzeczy trzyma nierozpakowaną w kartonach, mimo że przeprowadziła się do małej kawalerki dobre pół roku temu. Kolekcjonuje zdjęcia cykane starym aparatem na film z rolki przy każdej okazji spotkań z przyjaciółmi i ma już dziewięć grubych - wypełnionych po brzegi wspomnieniami, marzeniami i sentymentami - albumów. Dwa razy w tygodniu chodzi na zajęcia jogi, a basen miejski odwiedza zawsze w sobotnie popołudnia, gdy jest tam mało ludzi i nikt nie widzi jej odsłoniętego ciałka. Totalny mieszczuch, bojący się insektów, pajęczaków, płazów i gadów, lecz idący do świata z sercem na dłoni i pół tuzina psów wyprowadzanych sąsiadom. Co miesiąc podejmuje próbę przejścia na wegetarianizm i wymiany transportu miejskiego na rower, w czym nie pomaga miłość do jedzenia.
  Zwykle przy pierwszym poznaniu obdarowuje ludzi uściskiem wiecznie zmarzniętych dłoni, ciepłym uśmiechem i bacznym spojrzeniem. Jest uprzejma, bardzo zabiegana, pozornie roztrzepana i choć wydaje się, że na nic nie ma czasu, nigdy nie zapomina oddzwonić, podzielić się przypieczonymi ciut za mocno ciasteczkami ze starego piekarnika czy pożyczyć kiecki na imprezę. W deszczowe popołudnia przesiaduje z arkuszami sudoku w bibliotece albo w nieznanych i mało popularnych kawiarenkach, a gdy dopisze pogoda - w parku, próbując swych sił w tworzeniu biżuterii sutasz. Ten rudzielec jest pogodną osóbką, która się nie krzywi i nie popłakuje po wychyleniu kilku głębszych toastów na urodzinach przyjaciółki i przez to wielu ludziom wydaje się, że te wielkie oczy, drobna sylwetka i wieczny ruch zdradzają o niej wszystko. Lecz mimo całości tych pierwszych wrażeń nie warto myśleć, że się ją zna. Bo ten uśmiech, to spojrzenie i zawsze zimne palce są znajome, ale nie mówią wszystkiego. Nie wspominają o chorym ojcu, który trafił na wózek po ich wspólnym wypadku; i sławnym bracie, który wspina się po szczeblach kariery w hokeju coraz wyżej z sezonu na sezon; ani o tym chłopaku z sąsiedztwa, za którym tęskni czasami mocniej, niż powinna.
  Lily jest dziewczyną pełną werwy i pasji. Wszędzie jej pełno, tylko nie w domu, który przeniósł się niedawno do Chicago. Zawsze mierzyła wysoko i chciała zajść daleko, chciała stać się kimś, a wyznając zasadę, że tylko ciężką pracą człowiek jest w stanie osiągnąć sukces, prze do przodu bez wytchnienia i z zapartym tchem skacze w dal w codzienność. Imprezy, odpoczynek, wszystko to, co nie jest związane z pracą, organizuje sobie po niej, a na dodatek rzadziej, niż by chciała. Dorosłość momentami zdecydowanie ją przytłacza i każdego dnia utwierdza się w przekonaniu, że nie warto jest dorastać. Po wypadku, pod koniec pewnego lata, w którym jej ojciec stracił nogę, a sama dorobiła się długiej blizny na plecach, był moment rozwagi, kiedy stwierdziła, iż czas najwyższy spoważnieć. Nie przeniosła się jednak do Chicago, do domu brata, a została w ukochanym Jabłku i podjęła pracę w firmie oferującej systemy zabezpieczeń dla dużych przedsiębiorstw, startując do tytułu najserdeczniejszej pani za biurkiem. Po drodze porzuciła dążenie do wkradnięcia się w branżę biznesu i zarządzania firmami, gdyż po awansie stwierdziła, że woli pracować z ludźmi niż cyferkami w tabelach.
   Nigdy niczego się nie bała i z każdy kolejnym tygodniem od wypadku uświadamiała sobie, że zwolnić nie może. Od małego przyprawiała rodzinę o dreszcze, wpadając w tarapaty, skacząc na główkę w nieznane, kalecząc się i obijając, bo brakowało jej tego zdrowego lęku przed nieznanym, takiej ludzkiej przezorności. Miała w sobie zawsze walecznego ducha i wolę przetrwania, udowodnienia, ile jest warta, i zdrowej rywalizacji z rówieśnikami. Rozsądek gdzieś przy tym także i był, ale uciszany przez ekscytację i smykałkę do odkrywania świata, nieszczególnie się dla niej liczył. Chciała smakować życia i dziś nie potrafiłaby zliczyć, ile razy kończyła w gipsie (każdy był wypasiony, oblepiony naklejkami, wymazany podpisami znajomych i oczywiście przez pewien czas od zdjęcia - trzymany na pamiątkę). I gdy zatrzymała się w miejscu, poczuła, że się dusi. To był ten moment, kiedy strach ją pierwszy raz złapał i obezwładnił, ale się nie dała i dziś znów śmiało kroczy przed siebie! Podjęła się nawet drugiej pracy po kursie tworzenia sztuki użytkowej i już nie drga jej powieka, gdy wsiada za kierownicę i wyjeżdża na drogę.


Odautorsko
Dzień dobry, witam. :) Tytuł to cudowna Whitney! Ostatnio więcej mnie nie ma, jak jestem, za co z góry przepraszam. Lilka już tu kiedyś była, więc może co poniektórym kojarzyć się ta marchewkowa czupryna . ;)

[KP] "How will i know...?"



Lily Taylor

28 LAT MINIE WIOSNĄ, SIOSTRA SŁAWNEGO HOKEISTY,
KOORDYNATORKA BIURA W KRAVIS SECURITY INC.,
ARTYSTKA TWORZĄCA POD PSEUDONIMEM






   Nie jest wyrazista, za to bardziej łagodna i wrażliwa, niżby sama chciała. Potrafi słuchać, ale doradca z niej żaden. Mało je, dużo śpi i jeszcze więcej gada, a do obcych nieprzerwanie rozsyła delikatne uśmiechy. Sentymentalna duszyczka, która nie traci wiary w ludzi. Lubi myśleć, że wielkie zielono-niebieskie oczy ma po niezapamiętanej mamie, a dobry refleks nie tylko po chorym ojcu, ale też latach biegania za starszym bratem i jego kolegami, gdy próbowali ją zgubić. Szybko ufa, zawsze wybacza i całe życie uczy się być kimś, kto nie pozwoli się skrzywdzić czy wykorzystać. Łatwo ustępuje, rzadko odmawia i bardzo, bardzo stara nie pakować się w kłopoty.
   Zajmuje zawsze tylko lewą stronę łóżka i połowę rzeczy trzyma nierozpakowaną w kartonach, mimo że przeprowadziła się do małej kawalerki dobre pół roku temu. Kolekcjonuje zdjęcia cykane starym aparatem na film z rolki przy każdej okazji spotkań z przyjaciółmi i ma już dziewięć grubych - wypełnionych po brzegi wspomnieniami, marzeniami i sentymentami - albumów. Dwa razy w tygodniu chodzi na zajęcia jogi, a basen miejski odwiedza zawsze w sobotnie popołudnia, gdy jest tam mało ludzi i nikt nie widzi jej odsłoniętego ciałka. Totalny mieszczuch, bojący się insektów, pajęczaków, płazów i gadów, lecz idący do świata z sercem na dłoni i pół tuzina psów wyprowadzanych sąsiadom. Co miesiąc podejmuje próbę przejścia na wegetarianizm i wymiany transportu miejskiego na rower, w czym nie pomaga miłość do jedzenia.
  Zwykle przy pierwszym poznaniu obdarowuje ludzi uściskiem wiecznie zmarzniętych dłoni, ciepłym uśmiechem i bacznym spojrzeniem. Jest uprzejma, bardzo zabiegana, pozornie roztrzepana i choć wydaje się, że na nic nie ma czasu, nigdy nie zapomina oddzwonić, podzielić się przypieczonymi ciut za mocno ciasteczkami ze starego piekarnika czy pożyczyć kiecki na imprezę. W deszczowe popołudnia przesiaduje z arkuszami sudoku w bibliotece albo w nieznanych i mało popularnych kawiarenkach, a gdy dopisze pogoda - w parku, próbując swych sił w tworzeniu biżuterii sutasz. Ten rudzielec jest pogodną osóbką, która się nie krzywi i nie popłakuje po wychyleniu kilku głębszych toastów na urodzinach przyjaciółki i przez to wielu ludziom wydaje się, że te wielkie oczy, drobna sylwetka i wieczny ruch zdradzają o niej wszystko. Lecz mimo całości tych pierwszych wrażeń nie warto myśleć, że się ją zna. Bo ten uśmiech, to spojrzenie i zawsze zimne palce są znajome, ale nie mówią wszystkiego. Nie wspominają o chorym ojcu, który trafił na wózek po ich wspólnym wypadku; i sławnym bracie, który wspina się po szczeblach kariery w hokeju coraz wyżej z sezonu na sezon; ani o tym chłopaku z sąsiedztwa, za którym tęskni czasami mocniej, niż powinna.
  Lily jest dziewczyną pełną werwy i pasji. Wszędzie jej pełno, tylko nie w domu, który przeniósł się niedawno do Chicago. Zawsze mierzyła wysoko i chciała zajść daleko, chciała stać się kimś, a wyznając zasadę, że tylko ciężką pracą człowiek jest w stanie osiągnąć sukces, prze do przodu bez wytchnienia i z zapartym tchem skacze w dal w codzienność. Imprezy, odpoczynek, wszystko to, co nie jest związane z pracą, organizuje sobie po niej, a na dodatek rzadziej, niż by chciała. Dorosłość momentami zdecydowanie ją przytłacza i każdego dnia utwierdza się w przekonaniu, że nie warto jest dorastać. Po wypadku, pod koniec pewnego lata, w którym jej ojciec stracił nogę, a sama dorobiła się długiej blizny na plecach, był moment rozwagi, kiedy stwierdziła, iż czas najwyższy spoważnieć. Nie przeniosła się jednak do Chicago, do domu brata, a została w ukochanym Jabłku i podjęła pracę w firmie oferującej systemy zabezpieczeń dla dużych przedsiębiorstw, startując do tytułu najserdeczniejszej pani za biurkiem. Po drodze porzuciła dążenie do wkradnięcia się w branżę biznesu i zarządzania firmami, gdyż po awansie stwierdziła, że woli pracować z ludźmi niż cyferkami w tabelach.
   Nigdy niczego się nie bała i z każdy kolejnym tygodniem od wypadku uświadamiała sobie, że zwolnić nie może. Od małego przyprawiała rodzinę o dreszcze, wpadając w tarapaty, skacząc na główkę w nieznane, kalecząc się i obijając, bo brakowało jej tego zdrowego lęku przed nieznanym, takiej ludzkiej przezorności. Miała w sobie zawsze walecznego ducha i wolę przetrwania, udowodnienia, ile jest warta, i zdrowej rywalizacji z rówieśnikami. Rozsądek gdzieś przy tym także i był, ale uciszany przez ekscytację i smykałkę do odkrywania świata, nieszczególnie się dla niej liczył. Chciała smakować życia i dziś nie potrafiłaby zliczyć, ile razy kończyła w gipsie (każdy był wypasiony, oblepiony naklejkami, wymazany podpisami znajomych i oczywiście przez pewien czas od zdjęcia - trzymany na pamiątkę). I gdy zatrzymała się w miejscu, poczuła, że się dusi. To był ten moment, kiedy strach ją pierwszy raz złapał i obezwładnił, ale się nie dała i dziś znów śmiało kroczy przed siebie! Podjęła się nawet drugiej pracy po kursie tworzenia sztuki użytkowej i już nie drga jej powieka, gdy wsiada za kierownicę i wyjeżdża na drogę.


Odautorsko
Dzień dobry, witam. :) Tytuł to cudowna Whitney! Ostatnio więcej mnie nie ma, jak jestem, za co z góry przepraszam. Lilka już tu kiedyś była, więc może co poniektórym kojarzyć się ta marchewkowa czupryna . ;)

15/03/2021

[KP] Jej niebo jest pochmurne, przybiera kolor popiołów


Emma White
Skoro jesteś tu dłużej, możesz znać jej ojczyma, niegdyś naczelnego awanturnika, który na palcu budowy darł się najgłośniej i rzucał we wszystkich wyzwiskami, a dzisiaj marudzi pod nosem w drodze do sklepu po kolejne piwo – uważaj na niego. Jeśli bywasz tu od czasu do czasu, pewnie wiesz o wypadku sprzed roku, w którym zginęła jej matka, narzeczony i niedoszła teściowa, a ona wybudziła się cudem po długiej walce lekarzy o jej życie. Z tego, co kojarzę, w aucie był też ojciec chłopaka, ale teraz przebywa w domu opieki, utknął na wózku i do nikogo się nie odzywa. Możesz znać całą rodzinę jej ciotki, bo to ta najgłośniejsza, mieszkająca po drugiej stronie od remizy, z pięciorgiem dzieciaków wymazanych nutellą i trzema psami, które ujadają zza ogrodzenia nie tylko na listonosza. Może miałeś okazję poznać Michaela i jej pierwszego ojca i wiesz, że nigdy nikomu nie odmawiali pomocy. Możesz znać ich wszystkich, nawet wiedzieć od sąsiadki – tej co ma trzy czarne identyczne koty; że do rodziny została przygarnięta, bo jest podrzutkiem; a o niej nie pamiętać, wręcz zastanawiać się, czy posiadaczka wielkich jasnych oczu w ogóle istnieje. Bo jest cicha, niewidzialna, choć uprzejma i życzliwa, ale nie ma w niej nic, co zapada w pamięć. Jest jak podmuch wiatru, jak poranna rosa, dostrzegasz ją przez ten krótki moment, gdy stoi przed tobą, później znika. Gdy mówi, nie unosi głosu, uśmiecha się delikatnie i po chwili spogląda gdzieś w bok lub pod własne stopy. Może nawet teraz nie wiesz, o kim mowa, ale założę się, że jej ciastka kupujesz przynajmniej raz w tygodniu.
To taka osoba, która dopóki przebywała w domu dziecka, chciała dorosnąć, aby stamtąd uciec i odnaleźć biologicznych rodziców – ma ogromne pragnienie bycia częścią rodziny, bycia kochaną, potrzebną i dostrzeżoną, choć w sumie nosi w sobie tak ogromne pokłady nieśmiałości, że od uwagi sama ucieka. Gdy państwo White dali jej dom, nie chciała już żadnych innych bliskich, a były to dość dojrzałe decyzje jak na siedmiolatkę. Ukończyła szkołę średnią, a gdy jej tato zmarł na skutek wylewu, podjęła kolejną ważną decyzję – zamiast iść na studia i edukować się w kierunku przyszłościowego zawodu, wybrała naukę pod okiem mamy i jej siostry, aby pomagać, a z czasem (po wypadku) przejąć rodzinną cukiernię. Żyje jak duch, zajmując stary kąt w trzypokojowym zaniedbanym mieszkaniu, który ze złością w żałobie zdemolowała, później samodzielnie odmalowała, wymieniając wszystko, włącznie z deskami w parkiecie i oczywiście robiąc to na własną rękę, bo stary Thomas palcem nie kiwnął. Mieszkam tu od urodzenia, czasem słyszę jak ten drań wydziera się na nią i obwinia za własne porażki, ale jej odpowiedzi nikną w ścianach.
Jest z reguły łagodna, raczej pogodna, a gdy listonosz pomyli skrzynki osobiście odnosi pomylone przesyłki sąsiadom. Z wszystkim nauczyła się radzić sobie sama i zdecydowanie woli udzielać pomocy, niż o nią prosić. Obdarza innych opieką i czułością, choć w jej oczach czai się coś, co mnie niepokoi. Wybacza, nawet gdy ktoś na wybaczenie nie zasługuje, nie rozpamiętuje złego i nawet sama pierwsza wyciąga rękę na zgodę - pamiętam, gdy jeszcze jako podlotek w ramach pojednania upiekła rogaliki chłopakom z boiska, gdy ją przeprosili za zaczepki. Znosi kłamstwa i obelgi niewzruszenie, troski zamiata pod dywan, milczy o tym, co dzieje się w jej domu. Przykrości i zło jakie otrzymuje od coraz bardziej zrzędliwego i nieznośnego ojczyma przyjmuje ze spokojem i wydaje mi się, że wszystko tylko pozornie spływa po niej, nie naruszając wątłych ramion, ani nie szkodząc chudemu, blademu ciału. Nosi w sobie jakiś smutek i lęk, których po sobie nie zdradza.
Wygląda na to, że uśmiech ma ten sam co przed laty i przed wypadkiem, chęć do życia tą samą, a jednak jej spojrzenie przypomina pustą skorupę, z której uleciało życie. Martwi mnie to, lubię tę dziewczynę i to nie dlatego, że dzięki jej tortom mamy najlepsze słodycze w dzielnicy. Gdy widzę, jak jej włosy spływają po ramionach, przysłaniając białą skórę i siniaki na chudym ciele, coś mnie ściska w dołku, chyba domyślam się, co dziewczyna przeżywa. Mam okna naprzeciw jej cukierni, widzę jak się krząta za ladą, jak uprzejmie i z uśmiechem odnosi się do klientów i z jaką ekscytacją notuje nowe zamówienia, gdy dzwoni telefon, a pewnie dobijają się do niej z całego miasta, a może nawet i okolic po tym artykule z ostatniego miesięcznika, w którym napisali o tych cudownościach, które sama robi. Widzę, ile serca wkłada w utrzymanie tego miejsca i to chyba jedyne co ją podnosi na duchu po tym, co przeszła. Ale dziwne jest to, że co drugi dzień zostaje tam niemal do północy, choć przychodzi już po piątej rano, jakby jak najpóźniej musiała wrócić do domu.
Dziś tam byłem, kupiłem nowe ciastko mango z matchą i białą czekoladą i jedyne, co zapamiętałem z całej jej bladej twarzy, to czerwone pogryzione wargi i ciemne sińce pod oczami. Znowu mnie coś tknęło, choć wiem, że jej rysy nie wzbudzają u innych niepokoju, troski ani już niczego poza współczuciem i cichą akceptacją. Fakt, że wycofała się z życia społecznego ludzi nie dziwi, ale chyba nie wszystko można przypisywać żałobie, minął już przecież rok, a ona jest wciąż młoda - ma dopiero 28 lat. Wszystkim wydaje się, że rozumieją, że to jej sposób na odreagowanie po stracie, rozmawiałem z sąsiadem i jego żoną, i naszym zarządcą, ale ona nigdy nie była aż tak cicha i skryta, za to teraz ma na to przyzwolenie. Takie stawanie się kimś niedostrzeganym, niewidzialnym jest wygodne w sytuacji, w jakiej się znalazła i ja nie chcę się w niczyje życie wtrącać, ale... sam nie wiem. Zawsze wydawało mi się, że ta dziewczyna ma silny charakter, że mimo spokojnego, rozważnego usposobienia jest dość wytrwała i uparta, aby zachować swoje zdanie, jednak teraz każdego dnia jest złamana i jedyne, czym się wydaje martwić, to dostateczna ilość bluzek z długim rękawem w szafie, które pozwalają ukryć kwitnące na białej skórze dowody na to, co ktoś jej robi - jestem tego pewien, bo przy witaniu klientów w cukierni ciągnie nerwowo rękawy w dół za każdym razem, gdy drzwi zahaczą o dzwonek zawieszony u sufitu.
Może ja jestem już stary i wymyślam, szukam jakiś sensacji w życiu, ale trzeba się temu przyjrzeć. Spójrz na nią, otwórz szerzej oczy i kiedy się znów zobaczymy, powiedz mi, co widziałeś. Może w końcu ją dostrzeżesz.




Cześć! :) Piękny wygląd karty zawdzięczam niezastąpionej smole, dziękuję! :)

[KP] Jej niebo jest pochmurne, przybiera kolor popiołów


Emma White
Skoro jesteś tu dłużej, możesz znać jej ojczyma, niegdyś naczelnego awanturnika, który na palcu budowy darł się najgłośniej i rzucał we wszystkich wyzwiskami, a dzisiaj marudzi pod nosem w drodze do sklepu po kolejne piwo – uważaj na niego. Jeśli bywasz tu od czasu do czasu, pewnie wiesz o wypadku sprzed roku, w którym zginęła jej matka, narzeczony i niedoszła teściowa, a ona wybudziła się cudem po długiej walce lekarzy o jej życie. Z tego, co kojarzę, w aucie był też ojciec chłopaka, ale teraz przebywa w domu opieki, utknął na wózku i do nikogo się nie odzywa. Możesz znać całą rodzinę jej ciotki, bo to ta najgłośniejsza, mieszkająca po drugiej stronie od remizy, z pięciorgiem dzieciaków wymazanych nutellą i trzema psami, które ujadają zza ogrodzenia nie tylko na listonosza. Może miałeś okazję poznać Michaela i jej pierwszego ojca i wiesz, że nigdy nikomu nie odmawiali pomocy. Możesz znać ich wszystkich, nawet wiedzieć od sąsiadki – tej co ma trzy czarne identyczne koty; że do rodziny została przygarnięta, bo jest podrzutkiem; a o niej nie pamiętać, wręcz zastanawiać się, czy posiadaczka wielkich jasnych oczu w ogóle istnieje. Bo jest cicha, niewidzialna, choć uprzejma i życzliwa, ale nie ma w niej nic, co zapada w pamięć. Jest jak podmuch wiatru, jak poranna rosa, dostrzegasz ją przez ten krótki moment, gdy stoi przed tobą, później znika. Gdy mówi, nie unosi głosu, uśmiecha się delikatnie i po chwili spogląda gdzieś w bok lub pod własne stopy. Może nawet teraz nie wiesz, o kim mowa, ale założę się, że jej ciastka kupujesz przynajmniej raz w tygodniu.
To taka osoba, która dopóki przebywała w domu dziecka, chciała dorosnąć, aby stamtąd uciec i odnaleźć biologicznych rodziców – ma ogromne pragnienie bycia częścią rodziny, bycia kochaną, potrzebną i dostrzeżoną, choć w sumie nosi w sobie tak ogromne pokłady nieśmiałości, że od uwagi sama ucieka. Gdy państwo White dali jej dom, nie chciała już żadnych innych bliskich, a były to dość dojrzałe decyzje jak na siedmiolatkę. Ukończyła szkołę średnią, a gdy jej tato zmarł na skutek wylewu, podjęła kolejną ważną decyzję – zamiast iść na studia i edukować się w kierunku przyszłościowego zawodu, wybrała naukę pod okiem mamy i jej siostry, aby pomagać, a z czasem (po wypadku) przejąć rodzinną cukiernię. Żyje jak duch, zajmując stary kąt w trzypokojowym zaniedbanym mieszkaniu, który ze złością w żałobie zdemolowała, później samodzielnie odmalowała, wymieniając wszystko, włącznie z deskami w parkiecie i oczywiście robiąc to na własną rękę, bo stary Thomas palcem nie kiwnął. Mieszkam tu od urodzenia, czasem słyszę jak ten drań wydziera się na nią i obwinia za własne porażki, ale jej odpowiedzi nikną w ścianach.
Jest z reguły łagodna, raczej pogodna, a gdy listonosz pomyli skrzynki osobiście odnosi pomylone przesyłki sąsiadom. Z wszystkim nauczyła się radzić sobie sama i zdecydowanie woli udzielać pomocy, niż o nią prosić. Obdarza innych opieką i czułością, choć w jej oczach czai się coś, co mnie niepokoi. Wybacza, nawet gdy ktoś na wybaczenie nie zasługuje, nie rozpamiętuje złego i nawet sama pierwsza wyciąga rękę na zgodę - pamiętam, gdy jeszcze jako podlotek w ramach pojednania upiekła rogaliki chłopakom z boiska, gdy ją przeprosili za zaczepki. Znosi kłamstwa i obelgi niewzruszenie, troski zamiata pod dywan, milczy o tym, co dzieje się w jej domu. Przykrości i zło jakie otrzymuje od coraz bardziej zrzędliwego i nieznośnego ojczyma przyjmuje ze spokojem i wydaje mi się, że wszystko tylko pozornie spływa po niej, nie naruszając wątłych ramion, ani nie szkodząc chudemu, blademu ciału. Nosi w sobie jakiś smutek i lęk, których po sobie nie zdradza.
Wygląda na to, że uśmiech ma ten sam co przed laty i przed wypadkiem, chęć do życia tą samą, a jednak jej spojrzenie przypomina pustą skorupę, z której uleciało życie. Martwi mnie to, lubię tę dziewczynę i to nie dlatego, że dzięki jej tortom mamy najlepsze słodycze w dzielnicy. Gdy widzę, jak jej włosy spływają po ramionach, przysłaniając białą skórę i siniaki na chudym ciele, coś mnie ściska w dołku, chyba domyślam się, co dziewczyna przeżywa. Mam okna naprzeciw jej cukierni, widzę jak się krząta za ladą, jak uprzejmie i z uśmiechem odnosi się do klientów i z jaką ekscytacją notuje nowe zamówienia, gdy dzwoni telefon, a pewnie dobijają się do niej z całego miasta, a może nawet i okolic po tym artykule z ostatniego miesięcznika, w którym napisali o tych cudownościach, które sama robi. Widzę, ile serca wkłada w utrzymanie tego miejsca i to chyba jedyne co ją podnosi na duchu po tym, co przeszła. Ale dziwne jest to, że co drugi dzień zostaje tam niemal do północy, choć przychodzi już po piątej rano, jakby jak najpóźniej musiała wrócić do domu.
Dziś tam byłem, kupiłem nowe ciastko mango z matchą i białą czekoladą i jedyne, co zapamiętałem z całej jej bladej twarzy, to czerwone pogryzione wargi i ciemne sińce pod oczami. Znowu mnie coś tknęło, choć wiem, że jej rysy nie wzbudzają u innych niepokoju, troski ani już niczego poza współczuciem i cichą akceptacją. Fakt, że wycofała się z życia społecznego ludzi nie dziwi, ale chyba nie wszystko można przypisywać żałobie, minął już przecież rok, a ona jest wciąż młoda - ma dopiero 28 lat. Wszystkim wydaje się, że rozumieją, że to jej sposób na odreagowanie po stracie, rozmawiałem z sąsiadem i jego żoną, i naszym zarządcą, ale ona nigdy nie była aż tak cicha i skryta, za to teraz ma na to przyzwolenie. Takie stawanie się kimś niedostrzeganym, niewidzialnym jest wygodne w sytuacji, w jakiej się znalazła i ja nie chcę się w niczyje życie wtrącać, ale... sam nie wiem. Zawsze wydawało mi się, że ta dziewczyna ma silny charakter, że mimo spokojnego, rozważnego usposobienia jest dość wytrwała i uparta, aby zachować swoje zdanie, jednak teraz każdego dnia jest złamana i jedyne, czym się wydaje martwić, to dostateczna ilość bluzek z długim rękawem w szafie, które pozwalają ukryć kwitnące na białej skórze dowody na to, co ktoś jej robi - jestem tego pewien, bo przy witaniu klientów w cukierni ciągnie nerwowo rękawy w dół za każdym razem, gdy drzwi zahaczą o dzwonek zawieszony u sufitu.
Może ja jestem już stary i wymyślam, szukam jakiś sensacji w życiu, ale trzeba się temu przyjrzeć. Spójrz na nią, otwórz szerzej oczy i kiedy się znów zobaczymy, powiedz mi, co widziałeś. Może w końcu ją dostrzeżesz.




Cześć ponownie :) Piękny wygląd karty zawdzięczam niezastąpionej smole, dziękuję! :)

[KP] Jej niebo jest pochmurne, przybiera kolor popiołów


Emma White
Skoro jesteś tu dłużej, możesz znać jej ojczyma, niegdyś naczelnego awanturnika, który na palcu budowy darł się najgłośniej i rzucał we wszystkich wyzwiskami, a dzisiaj marudzi pod nosem w drodze do sklepu po kolejne piwo – uważaj na niego. Jeśli bywasz tu od czasu do czasu, pewnie wiesz o wypadku sprzed roku, w którym zginęła jej matka, narzeczony i niedoszła teściowa, a ona wybudziła się cudem po długiej walce lekarzy o jej życie. Z tego, co kojarzę, w aucie był też ojciec chłopaka, ale teraz przebywa w domu opieki, utknął na wózku i do nikogo się nie odzywa. Możesz znać całą rodzinę jej ciotki, bo to ta najgłośniejsza, mieszkająca po drugiej stronie od remizy, z pięciorgiem dzieciaków wymazanych nutellą i trzema psami, które ujadają zza ogrodzenia nie tylko na listonosza. Może miałeś okazję poznać Michaela i jej pierwszego ojca i wiesz, że nigdy nikomu nie odmawiali pomocy. Możesz znać ich wszystkich, nawet wiedzieć od sąsiadki – tej co ma trzy czarne identyczne koty; że do rodziny została przygarnięta, bo jest podrzutkiem; a o niej nie pamiętać, wręcz zastanawiać się, czy posiadaczka wielkich jasnych oczu w ogóle istnieje. Bo jest cicha, niewidzialna, choć uprzejma i życzliwa, ale nie ma w niej nic, co zapada w pamięć. Jest jak podmuch wiatru, jak poranna rosa, dostrzegasz ją przez ten krótki moment, gdy stoi przed tobą, później znika. Gdy mówi, nie unosi głosu, uśmiecha się delikatnie i po chwili spogląda gdzieś w bok lub pod własne stopy. Może nawet teraz nie wiesz, o kim mowa, ale założę się, że jej ciastka kupujesz przynajmniej raz w tygodniu.
To taka osoba, która dopóki przebywała w domu dziecka, chciała dorosnąć, aby stamtąd uciec i odnaleźć biologicznych rodziców – ma ogromne pragnienie bycia częścią rodziny, bycia kochaną, potrzebną i dostrzeżoną, choć w sumie nosi w sobie tak ogromne pokłady nieśmiałości, że od uwagi sama ucieka. Gdy państwo White dali jej dom, nie chciała już żadnych innych bliskich, a były to dość dojrzałe decyzje jak na siedmiolatkę. Ukończyła szkołę średnią, a gdy jej tato zmarł na skutek wylewu, podjęła kolejną ważną decyzję – zamiast iść na studia i edukować się w kierunku przyszłościowego zawodu, wybrała naukę pod okiem mamy i jej siostry, aby pomagać, a z czasem (po wypadku) przejąć rodzinną cukiernię. Żyje jak duch, zajmując stary kąt w trzypokojowym zaniedbanym mieszkaniu, który ze złością w żałobie zdemolowała, później samodzielnie odmalowała, wymieniając wszystko, włącznie z deskami w parkiecie i oczywiście robiąc to na własną rękę, bo stary Thomas palcem nie kiwnął. Mieszkam tu od urodzenia, czasem słyszę jak ten drań wydziera się na nią i obwinia za własne porażki, ale jej odpowiedzi nikną w ścianach.
Jest z reguły łagodna, raczej pogodna, a gdy listonosz pomyli skrzynki osobiście odnosi pomylone przesyłki sąsiadom. Z wszystkim nauczyła się radzić sobie sama i zdecydowanie woli udzielać pomocy, niż o nią prosić. Obdarza innych opieką i czułością, choć w jej oczach czai się coś, co mnie niepokoi. Wybacza, nawet gdy ktoś na wybaczenie nie zasługuje, nie rozpamiętuje złego i nawet sama pierwsza wyciąga rękę na zgodę - pamiętam, gdy jeszcze jako podlotek w ramach pojednania upiekła rogaliki chłopakom z boiska, gdy ją przeprosili za zaczepki. Znosi kłamstwa i obelgi niewzruszenie, troski zamiata pod dywan, milczy o tym, co dzieje się w jej domu. Przykrości i zło jakie otrzymuje od coraz bardziej zrzędliwego i nieznośnego ojczyma przyjmuje ze spokojem i wydaje mi się, że wszystko tylko pozornie spływa po niej, nie naruszając wątłych ramion, ani nie szkodząc chudemu, blademu ciału. Nosi w sobie jakiś smutek i lęk, których po sobie nie zdradza.
Wygląda na to, że uśmiech ma ten sam co przed laty i przed wypadkiem, chęć do życia tą samą, a jednak jej spojrzenie przypomina pustą skorupę, z której uleciało życie. Martwi mnie to, lubię tę dziewczynę i to nie dlatego, że dzięki jej tortom mamy najlepsze słodycze w dzielnicy. Gdy widzę, jak jej włosy spływają po ramionach, przysłaniając białą skórę i siniaki na chudym ciele, coś mnie ściska w dołku, chyba domyślam się, co dziewczyna przeżywa. Mam okna naprzeciw jej cukierni, widzę jak się krząta za ladą, jak uprzejmie i z uśmiechem odnosi się do klientów i z jaką ekscytacją notuje nowe zamówienia, gdy dzwoni telefon, a pewnie dobijają się do niej z całego miasta, a może nawet i okolic po tym artykule z ostatniego miesięcznika, w którym napisali o tych cudownościach, które sama robi. Widzę, ile serca wkłada w utrzymanie tego miejsca i to chyba jedyne co ją podnosi na duchu po tym, co przeszła. Ale dziwne jest to, że co drugi dzień zostaje tam niemal do północy, choć przychodzi już po piątej rano, jakby jak najpóźniej musiała wrócić do domu.
Dziś tam byłem, kupiłem nowe ciastko mango z matchą i białą czekoladą i jedyne, co zapamiętałem z całej jej bladej twarzy, to czerwone pogryzione wargi i ciemne sińce pod oczami. Znowu mnie coś tknęło, choć wiem, że jej rysy nie wzbudzają u innych niepokoju, troski ani już niczego poza współczuciem i cichą akceptacją. Fakt, że wycofała się z życia społecznego ludzi nie dziwi, ale chyba nie wszystko można przypisywać żałobie, minął już przecież rok, a ona jest wciąż młoda - ma dopiero 28 lat. Wszystkim wydaje się, że rozumieją, że to jej sposób na odreagowanie po stracie, rozmawiałem z sąsiadem i jego żoną, i naszym zarządcą, ale ona nigdy nie była aż tak cicha i skryta, za to teraz ma na to przyzwolenie. Takie stawanie się kimś niedostrzeganym, niewidzialnym jest wygodne w sytuacji, w jakiej się znalazła i ja nie chcę się w niczyje życie wtrącać, ale... sam nie wiem. Zawsze wydawało mi się, że ta dziewczyna ma silny charakter, że mimo spokojnego, rozważnego usposobienia jest dość wytrwała i uparta, aby zachować swoje zdanie, jednak teraz każdego dnia jest złamana i jedyne, czym się wydaje martwić, to dostateczna ilość bluzek z długim rękawem w szafie, które pozwalają ukryć kwitnące na białej skórze dowody na to, co ktoś jej robi - jestem tego pewien, bo przy witaniu klientów w cukierni ciągnie nerwowo rękawy w dół za każdym razem, gdy drzwi zahaczą o dzwonek zawieszony u sufitu.
Może ja jestem już stary i wymyślam, szukam jakiś sensacji w życiu, ale trzeba się temu przyjrzeć. Spójrz na nią, otwórz szerzej oczy i kiedy się znów zobaczymy, powiedz mi, co widziałeś. Może w końcu ją dostrzeżesz.




Cześć ponownie :) Piękny wygląd karty zawdzięczam niezastąpionej smole, a choć z czasem krucho, zatęskniłam i wróciłam :)