Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Emily Thorne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Emily Thorne. Pokaż wszystkie posty

18/05/2013

1940. Podejrzany ochroniarz.


To, co w tej chwili robiła nie oznaczało, że jest małą, ciekawską istotką. No dobrze, może troszkę. Jednak głównie chodziło jej o bezpieczeństwo przyjaciółki, tak? Tylko i wyłącznie dlatego nie odstępowała brata na krok, mówiąc mu jaki to on jest cudowny. Wszystko, żeby tylko przekonać go do pomocy. Przecież on również lubił pannę Thorne. Chodziło o sprawdzenie tylko dwóch nazwisk, nic więcej. To na pewno nie zajęłoby mu dłużej niż kilka minut…
- Amy, powtarzam ci po raz setny. W żadnej firmie ochroniarskiej nie pracuje ‘Samuel Davis’, przykro mi – dodał, kiedy wyszukiwarka nie pokazała żadnych wyników. Panna Knight miała na kolanach teczkę, w której leżała już jedna kartka dotyczącą pana Smitha. Metr dziewięćdziesiąt wzrostu, zielone oczy, skończona akademia, czarny pas w karate. Bla, bla, bla. Nic innego, jak totalny świeżak. Jednak przynajmniej istnieje w rejestrach. W przeciwieństwie do drugiego pana, który wydał się podejrzany Amelce, kiedy tylko zobaczyła go po raz pierwszy.
- Może jest policjantem? Albo żołnierzem? – spytała zerkając na brata. Tak, mężczyzna musiał mieć do niej słabość, inaczej nigdy by się na to nie zgodził.
- Mogę sprawdzić w naszej bazie danych, ale do wojskowych rejestrów nie mam dostępu – wyjaśnił ponownie sunąc palcami po klawiaturze. – Jest jeden Samuel Davis, lat pięćdziesiąt osiem, emerytowany krawężnik – dodał po chwili patrząc na dane personalne.
- W sensie… pracował w drogówce? – spytała dla jasności, bo jakoś slogan brata był ciągle dla niej niejasny. Zresztą, ochroniarz Emy na pewno nie miał sześćdziesiątki na karku, nie przesadzajmy.
- Amy, nie mam innych możliwości. Pracuję w policji, a nie dla jakiegoś federalnego zespołu, nic innego dla ciebie nie znajdę – wyjaśnił rozkładając ręce w geście poddania. Dziewczyna westchnęła bezgłośnie. Przecież jakoś musiała się dowiedzieć, kim jest człowiek, który spędza z przyjaciółką tyle czasu. A jak to jakiś psychopata? Gwałciciel? Morderca? Amelia może i miała swoje manie prześladowcze, ale kobiecą intuicję też posiadała. A z tym gościem ewidentnie było coś nie w porządku.
- Odgrzejesz obiad? Ja poszperam sobie w starych gazetach – powiedziała uśmiechając się lekko. Wujek Google, plus policyjne archiwa mogły zdziałać cuda, czyż nie?
- Jasne. Masz dziesięć minut i blokuję dostęp. Co za dużo to nie zdrowo, młoda. – Mężczyzna zaśmiał się i odstąpił siostrze krzesło, samemu wychodząc do kuchni.
Amelka położyła teczkę na biurku i przygryzła delikatnie dolną wargę. Od czego by tu zacząć? Spojrzała na literki i jakby w obawie tego, co znajdzie, powoli zaczęła wystukiwać hasło ‘Samuel Davis’. Dopiero po kilku sekundach dopisała ‘agent’. Nie wiedziała dlaczego. Przecież nie miała pewności, że to w czymś pomoże.
A jednak.
Panna Knight czując jak jej serduszko zaczyna bić zdecydowanie szybciej, przeglądała strony, sunąc wzrokiem po tekście i patrząc na zdjęcia, które dość często wyskakiwały. Niewyjaśnione morderstwa, agresywność, gangi. Agent z podwójną twarz, tak o nim pisali. Dopóki Amelka nie znalazła jeszcze jednej wzmianki w starym New York Timesie wszystko było okej, teraz jednak zaczęła drukować nagminnie zdjęcia i artykuły. Pośpiesznie wrzuciła wszystko do teczki i kiedy minęło dziesięć minut, nie było jej już w mieszkaniu brata.

Emily Thorne może i była osobą nie tyle co podejrzliwą, ale na pewno ciekawską. Może dlatego próbowała za wszelką cenę wyciągnąć od ojca parę informacji, a kiedy ten milczał jak zaklęty, marudziła Davisowi, bo Smith zdawał się o niczym nie wiedzieć. Co prawda, przed ojcem nie mogła się przyznać do tego, co już wiedziała. Była przekonana, że wtedy Samuel mógłby zniknąć, a jak na razie był jedynym, pewnym źródłem informacji, które należało jako-tako szanować. Dziewczyna przez swoją ciekawość na pewno znajdzie się kiedyś w kłopotach, na pewno bliżej jej będzie do piekła, ale przynajmniej odkryje tajemnice, które przed nią ukrywano.
Naprawdę nie lubiła, kiedy ktoś zatajał przed nią ważne rzeczy. A śmierć matki spokojnie do tych ważnych rzeczy mogła się zaliczać. Ale jak już wcześniej wspomniano, Emy nie należała do grona ludzi, którzy są bardzo, bardzo podejrzliwi i w każdym człowieku szukają tego, co złe, jakąś lukę w całym. Nie, nic z tych rzeczy. Nie dopatrywała się w swoim ochroniarzach kogoś, kim nie byli.
Nie raz i nie dwa po jej głowie przechadzały się myśli o tym, że Davis nie jest zwykłym ochroniarzem, chyba nawet się go o to spytała. Oczywiście – jasnej odpowiedzi nie dostała. Ale nie szpiegowała, nie doszukiwała się drugiego dna. Ufała mu, podobnie jak ufała Smithowi i po trochu swojemu ojcu, który przecież ich zatrudnił. A pewna była, że nie ściągnął ich z ulicy. Pewnie bałby się do takiego Sama podejść w centrum miasta. Ufała im. Wiedziała, że oboje byli skłonni do tego, aby osłonić ją przed każdym złoczyńcą i przed każdą rzeczą, która mogłaby jej zaszkodzić. Nie podobało jej się to. Nie chciała, żeby się poświęcali. Zwłaszcza kiedy nie znała całej prawdy.
Co? Kto? Jak? Gdzie? Dlaczego zabito jej matkę?
Przez te pytania nie spała zbyt spokojnie w nocy, czasami w ogóle nie spała, częściej jednak budziła się z krzykiem. Naprawione drzwi, które niedawno Davis wyważył mocnym kopnięciem, traktowane były już delikatniej; nie wpadali też do jej sypialni z bronią. Ale zawsze – zawsze, kiedy budziła się z wrzaskiem, któryś po chwili był obok i próbował ją uspokoić.
  I jak tu im nie ufać?
Nie miała jednak pojęcia, że Amelia szpera w policyjnych archiwach, że sprawdza ludzi, którzy przecież gotowi są oddać swoje życie za jej przyjaciółkę. Po co to robiła? Po co prześwietlała ochroniarzy. Ochroniarzy potrzebnych do tego, aby panienka Thorne pozostała cała i zdrowiutka? Ha, ona już o tym wiedziała, zaprzestała swoich ucieczek – przynajmniej po części. Nie wynajdywała okazji na siłę, ale jeśli taka się zdarzyła… Dlaczego miałaby z niej nie skorzystać?
Nie odbiegajmy jednak za bardzo od tematu. Skupmy się na Emily, która tego wieczoru siedziała na kanapie w salonie i gawędziła ze Smithem, który próbował coś ugotować. Ochroniarz i kucharz w jednym… Fajnie by było, ale Smith po prostu przejął się słowami Amy o zdrowym, domowym jedzeniu i próbował zagonić Emy do kuchni, ale… Bądźmy szczerzy, była to rzecz niemożliwa, dlatego Thorne śledziła przygody w ostatnim odcinku dziewiątego sezonu Grey’s Anatomy i odpowiadała na pytania mężczyzny.
Nie spodziewała się wizyty kogokolwiek; nikogo nie zapraszała. Nie chciała. Teraz nigdy nie była sama, więc chciała chociaż skorzystać z tego, że jest przy niej jedna osoba. Smith, może nieco marudny facet, ale w gruncie rzeczy jej nie przeszkadzał. Szkoda tylko, że około dwudziestej, po zjedzonej kolacji, zastąpił go Davis.
Davis nie chciał rozmawiać z Emily i zbywał jej pytania, ale ona wiedziała, że kiedyś pęknie, ot i wszystko jej wygada. Słysząc dzwonek do drzwi, dziewczyna spojrzała dość wymownie na Samuela, który nadal siedział na kanapie i patrzył w podobny sposób na Thorne.
Amy sporo nauczyła się od brata. Na przykład tego, że jeśli wie się ciekawe rzeczy o danym człowieku, nie można dać tego po sobie poznać. Trzeba być oczywiście dobrym aktorem, ale przecież Amelka potrafiła to i owo. Inaczej z matką, która była z zawodu psychologiem, nie dałoby się żyć pod jednym dachem.
Zapewne dlatego, kiedy panna Knight zatrzymała swój wzrok na wielkiej postaci ochroniarza starała się niczego nie dać po sobie poznać. Owszem, miała nadzieję, że w mieszkaniu będzie Smith, ale co poradzić? Najwyżej będzie rozmawiać z przyjaciółką szeptem. I włączą głośno muzykę. Cokolwiek, żeby tylko zagłuszyć ważne fakty, które być może nie spodobają się panu Davisowi. W końcu kto lubi, kiedy mówi się o człowieku dość… nietypowe rzeczy.
- Cześć – powiedziała wesoło i weszła do mieszkania omijając ochroniarza. Już wiedziała, że nie będą jej przeszukiwać, ani wciskać pod prysznic. Była przyjaciółką Emily, tak? Miała zielone światło, ot co. Dlatego przez chwilę nie zwracała uwagi na depczącego jej po piętach, podejrzanego Samuela.
- Mam sprawę niecierpiącą zwłoki – oznajmiła z lekkim uśmiechem podchodząc do dziewczyny i łapiąc ją za rękę. Pociągnęła lekko w swoim kierunku, żeby Emy wstała z kanapy. Chciała skierować się oczywiście do pokoju panny Thorne, bo tam mogłyby w miarę spokojnie porozmawiać.
- Będę jej mówić o pryszczach na tyłku, więc lepiej zostań tutaj. Uwierz mi, nie chcesz tego słuchać – powiedziała bardzo przekonująco do pana Davisa.
To śmieszne, ale wręcz czuła ciężar torby, w której ukryta była teczka. A w teczce… O tak, niespodzianka. Domyślała się, że Emily albo w ogóle nie zwróci uwagi na dostarczone materiały, albo będzie próbowała użyć ich jako karty przetargowej, czegoś, co będzie działało na jej korzyć. Oczywiście Amelia nie będzie tego popierać, ale co z tego? Panna Knight mogłaby się zacząć martwić, bo jej przyjaciółka zmieniła się nie do poznania. Nawet jeśli potrafiła znaleźć w niej dawną Emy, to ciągle pojawiało się coś, co pokazywało drugą naturę dziewczyny.
Emily się zmieniła, to racja. Ludziom pokazywała raczej się w masce rozpieszczonej dziewczyny, która ma głęboko w czterech literach to, co myślą o niej. Przynajmniej starała się, żeby tak było. Bo nadal pamiętała sytuację, kiedy Davis po prostu nią potrzasnął i powiedział, że ma dorosnąć. Czuła się wtedy chyba lekko upokorzona, ale przede wszystkim zaskoczona.
Wzruszyła ramionami, pomachała ochroniarzowi, które odprowadził je spojrzeniem i wbiegła po schodach na pierwsze piętro, siadając od razu na dużym łóżku. Remont pokoju planowała od dłuższego czasu, ale na razie zdążyła ustalić z Rosalie zaledwie parę szczegółów, więc wyglądał tak samo, jak parę lat temu.
Uniosła lekko brew, słysząc, jak Amy zaczyna opowiadać, jak pokazuje jej teczkę. Jak mówi, więcej i więcej, a Emily patrzyła tylko na nią z lekko rozchylonymi ustami, ale po chwili szybko się otrząsnęła. Miała myśleć racjonalnie, prawda? Więc myślała. Za nic w świecie nie chciała teraz wierzyć w przyjaciółce. W końcu jej życie było w rękach mężczyzny, który teraz siedział pewnie w salonie i pił piwo.
- Głupoty gadasz, Amy. Jakieś manie prześladowcze… Weź się uspokój. Nie wiem, kto ci w ogóle pozwolił włamać się do akt policji! Po co to robisz? – prychnęła cicho, przyglądając się chodzącej tam i z powrotem przyjaciółce.
            - Nigdzie się włamałam… Jeff mi pozwolił… To nie są moje manie prześladowcze! Czyste fakty, Emy. Spójrz, dziennikarzom udało się upublicznić bardzo dużo artykułów, do których pisali sprostowania. Co oczywiście jest normalne, robili wszystko, żeby nie wylądować przed sądem. Ale to, co napisali i tak obiegło cały świat. Na przykład… - Tutaj Amelka przekartkowała kilka stron. – Pięć lat temu, na terenie Kolonii, niejaki Samuel D, agent pracujący dla rządu, cytuję ‘złamał powszechnie panującą zasadę i rzucił się na konsula chronionego immunitetem konsularnym. Mężczyzna został dotkliwie pobity i eskortowany do szpitala. Sprawa pozostaje w toku.’. Dla jasności, owy agent nie został skazany. Tutaj masz zdjęcie, które zostało usunięte z sieci, ale wciąż pozostało w bazie policyjnej. – Panna Knight podała Emy kartkę papieru, na której widniała fotografia zakrwawionego mężczyzny. – Następne, ‘Niesubordynacja agenta rządowego, grozi mu sprawa dyscyplinarna. Samuel D. oskarżony o świadome zagrożenie życia drugiego człowieka. Agent skatował mężczyznę i gdyby nie trójka innych ludzi, polityk niewątpliwie by zmarł.’. Artykuł umieszczony trzy dni później głosił ‘Sprawa postępowania dyscyplinarnego została umorzona. Agent oczyszczony z zarzutów.’. Świadkowie zmieniali swoje zeznania, rozumiesz? Tylu ludzi widziało, co się działo i nagle zmieniali zdanie? Pomyśl, Emily. Ale natrafiłam na coś jeszcze… - Amelka poszukała odpowiedniego artykułu. – To zaniepokoiło mnie najbardziej. ‘Rok 2012, Stambuł. Cemal Taspinar, wieloletni członek mafii tureckiej, prowadził firmę importerską, zameldowany w Stambule; spędził w więzieniu dwa lata za pobicia i handlowanie narkotykami. Mark Nielsen, handlarz narkotykami w Berlinie i Hamburgu; odsiedział dwa lata za kierowanie organizacją przestępczą. Obaj zginęli podczas akcji policyjnej. Zginął również jeden z agentów. Niewytłumaczalny atak Samuela D. na jednego z członków tureckiego gangu pozostawił pytanie, po której stronie stoi agent pracujący dla rządu. Mężczyzna zabił z zimną krwią długoletniego członka gangu, Aslana Kurtiza, zaraz po tym, gdy został złapany przez innego funkcjonariusza.’. Chyba nie myślisz, że była to obrona własna…
            Amelka, która do tej pory chodziła po pokoju w końcu opadła na łóżku i podała teczkę Emily. W środku mogła zauważyć mnóstwo fotografii, które wcale nie pokazywały przystojnego mężczyzny. Ukazywały wariata, psychopatę z twarzą, na której widać było czystą wściekłość. Kilka razy przewijały się zdjęcia jeszcze z innym facetem w towarzystwie dwóch psów, ale przeważnie obaj mężczyźni ukrywali twarze. Sporo zdjęć przedstawiało też Davisa trzymanego przez kilku funkcjonariuszy policji i zabieranego, niczym przestępcę. Tak, Amelka naprawdę zaczęła się martwić.
- Po co mi to mówisz, Amelia? Żebym zaczęła bać się człowieka, który mnie pilnuje? Nigdy nie zrobił mi krzywdy, rozumiesz?! – prawie krzyknęła, oburzona postawą Amy. Nie miała pojęcia, dlaczego tak reaguje. Jasnym było, że powinna stanąć po stronie przyjaciółki i poprzeć jej wywody na ten temat, ale nie potrafiła. Umiała tylko bronić Davisa. Przecież… Przecież stanął tuż przed nią, kiedy jakiś tam zamachowiec chciał wylać żrący kwas na jej buzię. Zasłonił ją swoim ciałem. Być może jej ojciec mu za to płacił, ale nie musiał tego robić. Mógł nie zdążyć, a zrobił wszystko, żeby ją ochronić.     - Słyszałam też, że przyczynił się do jakiegoś karambolu na stanowej… - mruknęła jednak po chwili ciszy, kiedy przypomniała sobie słowa jakiegoś znajomego Samuela, wtedy kiedy ochroniarz zabrał ją w pewne miejsce, aby odgonić koszmary, aby poprawić jej humor. Nie był złym człowiekiem. – Był agentem, z tego co mówisz. To jego praca – wzruszyła ramionami. – Przestań szukać, Amy. Narażasz się.
Nie chciała, żeby jej przyjaciółka mieszała się w to wszystko. Ona mogła, ona już była zamieszana, chociaż nawet o tym nie wiedziała, że to członkowie tego tureckiego ganku przyczynili się do śmierci jej matki. Westchnęła, nawet nie spoglądając do teczki, chociaż kątem oka dostrzegła jedno zdjęcie. Samuela w otoczeniu policjantów, doprowadzających go do jakiegoś miejsca. Zamknęła oczy i nawet schowała głowę pod poduszką.
- Praca? Chyba sama nie wierzysz w to, co mówisz – powiedziała od razu broniąc się. – Emy, jeśli był agentem to powinien pomagać, a nie zabijać ludzi, rozumiesz? Rzucał się na już schwytanych kryminalistów, tak się przecież nie robi! Prawo jest jedno i dla wszystkich – mówiła, nawet nie zwracając uwagi, że cytuje jakiś film. Nie zauważyła nawet, że znowu stoi… Po chwili opadła na najbliższe krzesło przy biurku i spojrzała na swoje dłonie. Przecież chodziło jej o bezpieczeństwo Emy. Dlaczego jej ojciec zatrudnił człowieka, który… jest psychopatą. Najciemniej pod latarnią? Śmieszne.
- Czekaj… Narażam się? – podniosła głowę namierzając postać przyjaciółki. – A więc sama wiesz, że coś jest nie tak – powiedziała. Bo niby dlaczego miałaby się narażać szukając kilku informacji? A może Davis zabije ją zaraz po tym, kiedy wyjdzie z pokoju? Nie, tak chyba nie będzie.
- Nie chce, żeby coś ci się stało… - zaczęła po chwili. – Emy, ja wiem jak to jest, kiedy ktoś próbuje cię skrzywdzić. Wiem jak to wszystko działa w kryminalistycznym świecie i wiem, że Jeff do tej pory nie może sobie tego wybaczyć. Dlatego ten Davis… Porozmawiaj z ojcem. Zrób cokolwiek.
            - Davis nie jest osobą, która może zrobić mi krzywdę – zauważyła spokojnie. – Narażasz się, Amy. Mieszasz się w sprawy mojego ochroniarza, za niedługo możesz trafić na coś, co…
Urwała, bo przecież Amelia nie wiedziała o tym, że pani Thorne została zamordowana. Amelia nie wiedziała nic, więc Emily nie mogła nic powiedzieć. Głupio wypaliła z tym narażaniem się dziewczyny. Właśnie miała Jeffa, a Jeff zrobi wszystko, aby jego siostrzyczka była bezpieczna, dlatego nie powinien jej w ogóle dopuszczać do tej sprawy.
- W jakiej bajce ty żyjesz? Prawo nigdy nie było i nie będzie takie samo dla wszystkich – mruknęła cicho. – Prawo zazwyczaj budzi chęć zemsty, która bywa bardziej sprawiedliwa… - znowu urwała. Nie powinna tyle mówić. Powinna się zamknąć. To, że ona chciała się zemścić, nie oznaczało, że musiała wciągać w to Knight. Przysunęła teczkę do siebie i spojrzała na Amelię. – Zajmę się tym – machnęła zdjęciem Davisa, dając do zrozumienia przyjaciółce, że na pewno tego nie zostawi. Teraz, kiedy miała materiały, Samuel będzie musiał udzielić jej odpowiedzi i łatwo się nie wywinie. Co to, to nie.
- To nie jest usprawiedliwienie, na którego zabija się innych ludzi z zimną krwią. Ja nie zostałam ukarana i czuję się z tym cholernie źle, ale co ty możesz o tym wiedzieć. Nie, co ja gadam, przecież ty wszystko wiesz najlepiej – wypaliła znowu wstając. Miała tego wszystkiego dość. Nie wiedziała, dlaczego Emy zachowuje się tak dziwnie. Może, gdyby znała chociaż część prawdy to byłoby to choć małym usprawiedliwieniem.
- Wiesz co, jak wróci moja siostra to niech do mnie zadzwoni – dodała jeszcze nieco smutniej i wyszła z pokoju dziewczyny.
Mogła mieć tajemnice, dlaczego nie. Przecież już nie była dawną, twardą Emily. Panna Thorne się zmieniła. Amelka starała się nie zwracać na to uwagi, ale tym razem wręcz musiała to przyznać. Chciała wszystko załatwić sama? Proszę bardzo.
Emily obserwowała poczynania Amelii i uważnie słuchała jej słów. Musiała się tak zachowywać, bo nie zamierzała wciągać w to kolejnej osoby. Zresztą, prawdopodobnie istniało ryzyko, że osoby, które przebywają w towarzystwie Thorne, jak i jej ojca, mogą być narażona na niebezpieczeństwo, dlatego milczała. Wzruszyła jedynie ramionami, ale nie zrobiła nic poza tym, kiedy przyjaciółka wychodziła. 
Słyszała jednak, jak z trzaskiem zamykają się drzwi wejściowe. Wtedy też, zgarnęła teczkę pod poduszkę, zginając jedno jedyne wydrukowane zdjęcie i chowając do kieszeni spodni. Zeszła na dół, odnajdując Sama w salonie.
- Davis, musimy pogadać... 


____________________________
Amy Knight & Emy Thorne

28/04/2013

1938. Czasami zemsta bywa sprawiedliwością


Po co wyobrażać sobie utratę kogoś bliskiego? Po co odczuwać fikcyjny ból, który nawet nie może równać się z tym, co następuje po danym fakcie?  Po co przyzywać strach, rozgoryczenie, smutek i tęsknotę, skoro można żyć i cieszyć się każdym kolejnym dniem? Być może takie, a nie inne działanie pomoże nam w przygotowaniu się na chwilę, w raz z którą odchodzi osoba bliska, a z nią – część nas. Wychowywana w środowisku próżnych i pustych ludzi, wykształconych i bogatych, nie miałam zbyt wiele do powiedzenia. Uśmiechałam się, potakiwałam i obiecywałam, że pójdę śladami ojca, bo przecież zostałam do tego stworzona.
Nie zwracałam uwagi na błahostki, na uśmiechy, które posyłali mi rodzice, kiedy wracałam ze szkoły do sporych rozmiarów mieszkania na Manhattanie. Kiedy wściekła rzucałam torbę pod ścianę i ściągałam szybko buty, psiocząc na nauczycielkę angielskiego, bo zdążyła zadać już dwie prace do napisania, spoglądali na mnie rozbawieni, posyłając sobie dość znaczące spojrzenia, które rozumieli tylko oni. Nigdy nie traktowałam ich jako zakochanej pary. Byli moimi rodzicami, a jeśli okazywali sobie coś poza grzecznością, robili to wtedy, kiedy nikt nie widział.
Obracaliśmy się w świecie, który niszczył człowieka. Niszczył jego dobro, naturalność i prostotę. Z człowieka z nizin stawałeś się tytanem pracy, kolejnym uczestnikiem bezsensownego wyścigu szczurów. Brak sensu zauważałeś zbyt późno, kiedy dałeś wplątać się w demokratyczny ustrój, gdzie ponoć wszyscy są równi, odpowiadając wobec takich samych praw. Ludzie się burzą – dlaczego on ma więcej, niż ja? Inni zaś, kiedy dostają to, co sobie wymarzyli, na co zapracowali, chcą więcej, dlatego to nigdy się nie kończyło. Nigdy. Ludzie, którzy coś osiągnęli, nigdy się nie poddawali.
Moi rodzice robili tak samo – najpierw apartament na Manhattanie, potem duży dom na przedmieściach, w którym mogłoby mieszkać spokojnie dziesięć osób. Nie wchodziliby sobie w drogę. My tego nie robiliśmy. Żyliśmy według ustalonego planu. Czwartkowe wieczory spędzałam z ojcem, ucząc się gry w szachy lub wraz z jego znajomymi grając w pokera. Zdarzało się też, że oglądaliśmy filmy, przy którymi zaśmiewaliśmy się do upadłego lub zalewaliśmy łzami. Nie przykładałam wagi do tych wieczorów. Czwartek to czwartek, parę godzin spędzonych w towarzystwie ojca i tyle. Nie potrzebowałam więcej.
Nie zwracałam uwagi na uśmiechy, które mi posyłali. Żyłam w błędnym przeświadczeniu, z dziecinną wiarą w to, że nic się nie skończy. Że nie stracę żadnego z nich. Naleśniki podawane na śniadanie były rutyną, podobnie jak przesiadywanie z rodzicielką na kanapie i obgadywanie tej wrednej sąsiadki. Jakim cudem człowiek tak łatwo przyzwyczaja się do gestów? Do słów. Do sytuacji. Nie powinniśmy tego robić, nie powinniśmy się cieszyć z naleśników, nie powinniśmy cieszyć się z bliskości osób, które znamy od zawsze. Jesteśmy jednak naiwni, naiwni na tyle, że bierzemy wszystko to, co los podtyka nam pod nos.
A potem zabiera. Tracimy coś, co wpisywało się przez wiele lat w naszą codzienność.
Pamiętam, że chciałam wtedy krzyczeć.
Pamiętam, jak bolało.



04.01.2013
Szła niezbyt szerokim chodnikiem z betonowej wylewki, mijając mnóstwo kojców. Towarzyszyły jej wesołe szczeknięcia, jak i ostrzegawcze warknięcia. Mimo to, z uśmiechem przyglądała się każdemu psiakowi. Podczas wędrówki mogła pożegnać się ze wszystkimi podopiecznymi schroniska. Z tymi wesoło merdającymi ogonami, jak i tymi skulonymi w kącie. Przejście całej długości betonowej ścieżki stało się tradycją, jej drobnym, osobistym rytuałem, bez którego nie opuszczała tego miejsca. Dłonie wsunęła do kieszeni kurtki i zatrzymała się przy jednym z boksów.
— Cześć, Speedy — przywitała się z uroczym psiakiem, który szczeknął cicho w odpowiedzi. — Wrócę za kilka dni. Nie tęsknij za bardzo — dodała spokojnie, zaciskając palce na cienkiej siatce. Na skórze poczuła dotyk języka młodego zwierzęcia. Kolejne szczęknięcie. — Wrócę i zabiorę cię do domu, maluchu. Obiecuję. — Wyprostowała się i zerknęła w stronę furtki, którą musiała przekroczyć lada moment. Nie lubiła rozstawać się z psami, którymi opiekowała się jako wolontariuszka. Bywała tutaj na tyle często, że wszyscy znali ją i kojarzyli. Potrafiła spędzić wśród zwierząt cały dzień, nie odczuwając zmęczenia i braku towarzystwa ludzi. Każdy jednak mógł zauważyć, że uwagę dziewczyny przykuł młody, zaledwie pół roczny owczarek niemiecki, a właściwie jakiś mieszaniec. Był niepokorny, skory do figli i posiadał niewyzbyte pokłady pozytywnej energii. Speedy. Dostał to imię dwa dni po tym, jak porzuconego znaleźli go przy drodze stanowej.
Emily Thorne traktowała schronisko jak swój drugi dom, gdyby mogła, nie wychodziłaby stąd. Doskonale wiedziała, że nie może przygarnąć psiaka, bo rodzice byliby bardzo niepocieszeni z powodu jakiegoś futrzaka wałęsającego się po ich doskonałym, olbrzymim domu. Emily Thorne jednak nigdy nie łamała składanych obietnic. Choćby miała poruszyć niebo i ziemię, dotrzymywała zapewnień, które przecież padały jej z ust. Czasami były to niezbyt przemyślane słowa, niezbyt rzetelne obietnice, ale nawet z nich potrafiła się wykaraskać, wyjść na swoje i puszyć się jak paw przez kilka następnych dni.
— Emily. Musisz już iść.
Skinęła głową i odeszła od kojca, mrugając jeszcze do psiaka, który wrócił na swoje posłanie, nie przestając jednak merdać ogonem. Tamtego chłodnego, zimowego wieczoru nie przypuszczała, że pierwszy raz w swoim życiu złamie daną obietnicę. Nie przypuszczała, że zrezygnuje z czegoś, co sprawiało jej przyjemność, co pozwalało choć na parę godzin wyrwać się z tego durnego wyścigu szczurów, gdzie cały czas musiała być najlepsza.
— Idę, Stanley, idę — mruknęła w odpowiedzi, przechodząc obok mężczyzny, który przytrzymywał furtkę. — Powinnam pojawić się w poniedziałek. I wiesz co? Przygotuj Speedy’ego na pierwszy, dłuższy spacer. Chciałabym spróbować…
— Emily, idź już. Porozmawiamy w poniedziałek. Jest dziewiętnasta. Od dwóch godzin nie powinno cię tutaj być. — Uniósł palec w ostrzegawczym geście, bardzo chcąc, żeby dziewczyna zachowała milczenie. Widząc, jak brunetka tupie nogą i odwraca się na pięcie, prychając pod nosem, nie mógł się nie uśmiechnąć. Była pomocna, ale jej obecność czasami bywała męcząca. A przecież nie mógł jej tego powiedzieć. Za bardzo cenił sobie fakt, że co miesiąc wpłacała jakąś sumę na konto schroniska, że pojawiała się co najmniej cztery razy w tygodniu i dbała o część psiaków, które potrzebowały towarzystwa.

***
— Dzwoniłaś, mamo? — spytała, siedząc w aucie swojej rodzicielki i zapinała pasy. Funkcja „głośnomówiący” była naprawdę wybawieniem dla Emily. Wsunęła kluczyk do stacyjki i przejrzała się w lusterku.
— Następnym razem, jak bierzesz mój samochód, pannico, masz mnie o tym poinformować. Wzięłam twój i co się okazało? Że w połowie drogi do miasta skończyło się paliwo. Dlaczego nic nie powiedziałaś? Gdyby nie miły pan, który mnie…
— Następnym razem cię poinformuję, mamuś. Przepraszam, nie chciałam spóźnić się do schroniska. Wracam do domu. Kupić coś na kolację?
            — Dla naszej dwójki, tata…
            — Tata zadzwonił i powiedział, że wróci bardzo późno. Nic nowego — prychnęła, odpalając silnik. Co prawda, jeździła jak wariat, ale nie lubiła cofać. Naprawdę nie lubiła tego robić. — Muszę kończyć. Dzisiaj chińszczyzna.
            I tyle. Tymi słowami zbyła matkę, od razu się rozłączając. Nie usłyszała słów, które wypowiedziała kobieta. Nie słyszała krótkiego „kocham cię”, nie miała okazji odpowiedzieć, bo była zbyt zajęta wybieraniem odpowiedniej knajpy.

***

            Wielki dom stojący na przedmieściach Nowego Jorku w sąsiedztwie podobnych sobie budynków, nie robił wrażenia na sąsiadach. Wszyscy żyli tutaj dość bogato, wszyscy mieli zadbane ogródki, które już wiosną były dumą mieszkańców okolicy. Państwo Thorne nie odstawali od reszty. Sporych rozmiarów garaż, a przed nim zwykle stały dwa auta, bo nie każdy miał czas, aby wjeżdżać i wyjeżdżać z garażu każdego dnia. Trawnik, który zwykle zielenił się i zapraszał, aby na nim przysiąść, teraz pokryty był szronem i nie zbudzał zaufania. Droga wyłożona brukowaną kostką lawirowała między krzewami i kwiatami, które były chlubą Elizabeth. Emily jedynie obojętnym spojrzeniem lustrowała skalniki, grządki i inne ozdoby, uważając je za zupełnie zbędne.
            Wjechała na podjazd, upewniła się, że wszystko jest w porządku i wyszła z auta, truchtem ruszając do drzwi. Ale nie tych frontowych. Ich używali tylko goście, ewentualnie kurierzy. Wolała tarasowe drzwi, prowadzące prosto do kuchni, gdzie podgrzewana podłoga robiła dobre wrażenie, zwłaszcza zimą. Nie lubiła wracać do pustego domu. Był wielki, ciemny i pusty. Nie zaszywała się wtedy w swojej sypialni, przynosiła co najważniejsze do saloniku łączonego z kuchnią i włączała telewizor. Czekała na rodziców.
            Tamtego wieczoru weszła do kuchni, odłożyła dwa pudełka z chińszczyzną na blat kuchennej wysepki i zniknęła na moment w przedpokoju. Wróciła bez wierzchniego okrycia i butów, z uśmiechem sunąc po ocieplanych kafelkach. Otworzyła oba pudełka i zdecydowała się na to z makaronem ryżowym z kurczakiem. Chyba z kurczakiem. Diabli wiedzą, skąd mają to mięso. Zrezygnowała z pałeczek dołączanych do zestawów na wynos i złapała za tradycyjny widelec, rozsiadając się wygodnie na kanapie. Była pewna, że rodzicielka niebawem wróci do domu, przywita ją jeszcze kilkoma zarzutami, których nie zdążyła wypowiedzieć przez telefon i zajmie się sajgonkami, śledząc losy bohaterów swojego ulubionego serialu.
            Jednak ulubiony serial Pani Thorne leciał już dwadzieścia minut, kiedy zaniepokojona Emily sięgnęła po telefon i wybrała telefon matki, przekonana, że ta siedzi u przyjaciółki i plotkuje w najlepsze. Usłyszała kilka sygnałów i liczyła na to, że Elizabeth odbierze. Zawsze to robiła. Zawsze miała przy sobie telefon. Była kobietą biznesu.
            — Telefon Elizabeth Thorne, zostaw wiadomość, oddzwonię najszybciej, jak będę mogła. Nagraj się po sygnale.
            Emily rozłączyła się i spojrzała z niedowierzaniem na wyświetlacz swojego telefonu. Był to pierwszy raz, kiedy natknęła się na pocztę głosową matki. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek ktoś nagrał się na skrzynkę tej kobiety, po której odziedziczyła sumienność. Wzruszyła ramionami i spróbowała jeszcze raz, potem drugi i trzeci. Poddała się. Westchnęła i nie rozłączyła się zbyt szybko, zastanawiając się, co mogłaby powiedzieć.
            — Nie wygłupiaj się, mamo. Kolacja jest zimna, jak lód. A „Gotowe na wszystko” już się skończyły. Wróć, bo za piętnaście minut zjem sajgonki — zagroziła i uśmiechnęła się, kręcąc z niedowierzaniem głową. Chyba nie przywykła do nagrywania się na skrzynki pocztowe. Odłożyła telefon i złapała za pilot, zmieniając kanał. Palce do tej pory zaciśnięte na urządzeniu, wyprostowały się, a pilot z niezbyt głośnym trzaskiem wylądował na jasnych panelach. Serce na moment się zatrzymało. Widok własnego auta, właściwie wraku na moście, powiedział jej tylko jedno. Nie miała czasu robić sobie nadziei, kiedy reporter szybko dodał, że kierowca nie żyje. Ona wiedziała, kto był kierowcą i szybko otarła wilgotny policzek wierzchem dłoni. Kolejne łzy płynęły jednak nieprzerwanie. 

***

Dziesięć minut wcześniej

            — Słucham? — Głos prokuratora Thorne’a jak zwykle brzmiał rzeczowo i konkretnie. Wcześniej zajadle przeklinający korki w centrum miasta, teraz szybko sunął ulicą prowadzącą przez przedmieścia. Chciał, jak najszybciej znaleźć się w domu i zrobić niespodziankę żonie i córce. Taki był jego zamiar od początku.
            — Detektyw Coyle z tej strony. Wydaje mi się, że nie mam dobrych wieścich…
            — Proszę mówić. Chodzi o sprawę tego mordercy? Nie może to poczekać do jutra? Śpieszę się do domu, detektywie.
            — Wyłowiliśmy z Hudson auto pańskiej córki. Nie żyje… — detektyw Coyle nie zdążył dokończyć zdania. Prokurator Thorne przerwał mu gwałtownie, zakazując udzielania jakichkolwiek informacji „tej przeklętej prasie”. Jego córka nie żyła. Szczerze wątpił, aby sama zjechała do mostu. Szczerze wątpił w to, że Emily może być tak nieodpowiedzialna.

***
            — Elizabeth!
            Emily poderwała się z kanapy na dźwięk głosu swojego ojca, zaraz po tym, jak upuściła pilot. Bała się. Drżała i usilnie starała się nie płakać. Ruszyła do sporego holu i zapaliła światło, stanęła twarzą w twarz z ojcem, który wyglądał teraz, jakby zobaczył ducha.
            — Tato…
            Wiedział. Nie musiała pytać. Wiedział o wypadku. Wiedział o tym, że matka wpadła w poślizg, spadając do rzeki. Wiedział. Podszedł tylko do niej i zamknął w objęciu silnych ramion, opierając podbródek na czubku jej głowy. Wpatrywał się przed siebie, a jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Wiedział więcej, niż mogło jej się wydawać. Ona znała tylko historię powtarzaną przez mass media. Historię, która szybko obiegła całe miasto. Nie wszyscy jednak byli w stanie przejmować się losem zmarłej kobiety. Wypadki zdarzały się codziennie.
            Ale ona nie zdawała sobie sprawy z tego, że był to wypadek. Nie miała pojęcia, że to ona miała być celem, że to jej śmiercią ojciec miał zostać zastraszony i zmuszony do zapłacenia sporych pieniędzy, aby odzyskać święty spokój. Celem, zupełnie przez przypadek, została jej matka. Emily Thorne nie potrafiła poradzić sobie ze śmiercią rodzicielki. Miała wrażenie, że ktoś pozbawił ją osoby, bez której nie umiała normalnie funkcjonować. Mimo wsparcia ojca, przyjaciół i krewnych, nie czuła nic. Serce, które przestało bić w momencie, kiedy dowiedziała się o Jej śmierci, przerodziło się w kamień, który niełatwo było skruszyć. Nie pozwalała na to. Uczyła się obojętności. Uznała, że lepiej być kimś, kto nie przejmuje się innymi, kimś, kto zamknie się w swoim świecie i choć na moment zapomni o uczuciach. 
            Nowojorska telewizja i prasa wydały w końcu oświadczenie.
„W wypadku, wieczorem czwartego stycznia bieżącego roku, zginęła Elizabeth Thorne. Pojazd wpadł w niekontrolowany poślizg. Rzecz miała miejsce na remontowanym moście, bez zabezpieczających barierek. Za przyczynę śmierci koroner podał utonięcie.”
            Nic więcej. Nikt nie drążył sprawy. I tylko parę osób w całym mieście wiedziało, że Elizabeth Thorne została postrzelona w trakcie jazdy. 


Tak, wiem. Wiem, że zapomniałam o uczuciach. Ale na pewno pojawi się notka, która nie będzie tak informacyjna, jak ta, a bardziej skupi się na odczuciach Emily. Nie wiem, kiedy się pojawi, ale raczej powinna się pojawić, no. Wiem, że to kicha i w ogóle. Mam ochotę to usunąć, ale być może po prostu kiedyś to poprawię. Mam nadzieję, że nikt nie umrze czytając.