Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jennifer Woolf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jennifer Woolf. Pokaż wszystkie posty

11/01/2020

2125. Kingdom of silence


And I don't want to hear the sound of losing what I never found.

Starsze małżeństwo siedziało na plastikowych krzesełkach, dzieliły ich dwa puste miejsca, jakby chcieli zachować między sobą bezpieczną odległość. Skąd mógł wiedzieć? Nigdy ich nie poznał, nie widział nawet zdjęć. Marshall minął kobietę i mężczyznę, sunąc wzdłuż ściany, odbijając się od kolejnych drzwi, szukając dyżurki pielęgniarek lub jakiegokolwiek innego miejsca, w którym ktoś mógłby udzielić mu informacji. Wreszcie po kilku ciągnących się w nieskończoność minutach tej tułaczki, z jednej z sal wyszła kobieta z plikiem kartotek. Marshall dopadł do niej, o mało nie sprawiając, że upuściła dokumenty. Spiorunowała go wzrokiem, lecz w momencie jej wyraz twarzy złagodniał.
— Tak?
— Moja żona, Jennifer Woolf-Marshall. Przywieziono ją tutaj.
— Rzeczywiście, mamy taką pacjentkę. Proszę zaczekać, poproszę doktor Spellman.
Doktor Spellman. Dopiero teraz zorientował się, gdzie się znajduje. Oddział ginekologiczno-położniczy. Pomalowane na blady róż ściany. Gdzieś w końcu korytarza zamajaczyła kobieta w zaawansowanej ciąży, w szpitalnej koszuli wiązanej tasiemką na szyi. Szła powoli, trzymała się za krzyże, obok kroczyła położna, mówiąc coś o rozwarciu i o tym, że jeszcze trochę.
Nie. Za wcześnie. Za szybko. Może to cukrzyca? Ciężarne często miały cukrzycę.
Oparł się ciężko o ścianę, tylko cudem się po niej nie osuwając. Wzrok utkwił w drzwiach pomieszczenia, w którym zniknęła pielęgniarka, licząc, że to właśnie stamtąd wyjdzie doktor Spellman i zaraz wszystko mu wyjaśni, uspokoi, przypomni ich pierwszą wizytę u niej i zapewni, że nie ma się czym martwić. Póki jednak to nie nastąpiło, Jerome osuwał się w ciemną otchłań najczarniejszych myśli, tonąc, lecz jednocześnie wciąż gorączkowo młócąc rękami i wierzgając nogami, wciąż utrzymując głowę nad powierzchnią, mimo że raz po raz dławił się lodowatą wodą. Walczył jednak, o każdy oddech i uderzenie serca, o każdą kolejną sekundę wyrywaną z przewalającej się nad nim i pod nim rzeki czasu.
Kate na moment oderwała się od swoich rozmyślań, wzrokiem niespiesznie podążając za jakimś mężczyzną, który wparował nagle na oddział. Westchnęła jednak ciężko, pokręciła głową i oparła się wygodniej na krześle, choć w tym momencie żadna pozycja nie mogła dać jej ulgi. Podobnie jej mąż – Michael – walczył ze sobą wewnętrznie, zastanawiając się, dlaczego do tego wszystkiego doszło. Co było nie tak? Czy na ich rodzinie ciążyła jakaś klątwa?
— Trzeba zadzwonić do Edith.
— Zapomniałam… A ten mąż?
— Nie mam numeru.
— A to szkoda! Przecież wiedziałeś o wszystkim…
— Uspokój się, na Boga. Chociaż ten jeden raz — warknął, patrząc na kobietę spode łba. W tej samej chwili pojawił się lekarz, który przyjmował Jennifer. Był to mężczyzna koło pięćdziesiątki, nieco przy kości. Trzymał w ręku jakieś wydruki, poprawiając przy tym okulary i wzrokiem szukając państwa Jonesów. Gdy i jego zobaczyła kobieta, natychmiast wstała z krzesła i podeszła do niego.
— Panie doktorze… Czy już coś wiadomo? Co się dzieje z moją wnuczką?
Brunet westchnął, przełknął i wzruszył ramionami.
— Nie jest najlepiej. Wyniki wstępnych badań są słabe, pojawiła się mocna anemia, ale…
— Proszę mówić, musimy wiedzieć, co się dzieje — dodała przejęta, ściskając rączkę torebki. Wtedy też dołączył do niej mąż, choć jeszcze na moment spojrzał zza ramienia na mężczyznę, który stał nieco dalej. Zmarszczył brwi, dołączając do rozmowy.
— Chodzi o to, że pojawiły się pewne komplikacje. Podaliśmy państwa wnuczce leki, czekamy. Na razie tyle mogę powiedzieć, proszę być dobrej myśli, czekamy. Bardzo mi przykro, robimy wszystko, co w naszej mocy.
— Ale przecież ona tylko była blada i leżała na kanapie! — zawyła Kate, rozpaczliwym tonem. Pan Jones pokiwał głową i spojrzał porozumiewawczo na lekarza, po czym wymamrotał ciche dziękuję, odprowadzając żonę do krzesła.
— Kate… Nie sądzisz, że to może być on? — szepnął, wskazując podbródkiem na Marshalla. Staruszka przystanęła, zmierzyła nieznajomego wzrokiem, ale nim zdążyła zrobić cokolwiek, parę osób z personelu szpitala zaczęło biegać w tę i we w tę. Doktor Novak niemal zderzył się ze swoją koleżanką, podtrzymując trzymane przez nią dokumenty. Wymienili między sobą parę zdań, po czym spojrzeli w kierunku małżeństwa, jak i Jerome’a, następnie podbiegła do nich pielęgniarka, by o czymś poinformować. Wtedy obydwoje ruszyli szybko w stronę sali, na której znajdowała się blondynka. Serce Kate zabiło boleśnie, podobnie działo się z Michaelem. Obydwoje odwrócili się w stronę Jerome’a, robiąc kilka kroków do przodu.
— To ty jesteś mężem Jennifer? — zapytała z niepewnością kobieta, lekko przechylając głowę na bok. W kącikach jej oczu skrywały się łzy, a gardło zawiązywało się na ciasny supeł, przez co nie była w stanie powiedzieć niczego więcej.
— Idę zadzwonić do Edith — mruknął Jones, czując wyraźną potrzebę zaczerpnięcia powietrza. Czy to wszystko się działo przez niego?
Wszystko, co działo się wokół, zdawało się być przytłumione. Marshall stał i czekał, nie odrywając wzroku od jednego, upatrzonego wcześniej punktu, podczas gdy kilka metrów od niego zapanowało pewne poruszenie, nie zainteresował się tym jednak. Nie znał tych ludzi. Zapewne mieli swoje problemy, własnych bliskich za którymiś z tych przeklętych drzwi. Odwrócił jednak głowę, słysząc powolne, lekkie i niepewne kroki, spostrzegając zbliżającą się do niego starszą kobietę i posłał jej niezrozumiałe spojrzenie, nie wiedząc, czego ta może od niego chcieć. Aż zadała mu pytanie, które wszystko zmieniło.
— Tak — wychrypiał i odepchnął się od ściany. Górował nad nią o dobrych kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt centymetrów. Wisiał nad Kate niczym sęp wygłodniały choć strzępka informacji, najmniejszego ochłapu, chwilowo nie zaprzątając sobie głowy tym, kim właściwie była ta kobieta. Próbował dopasować jej twarz do imion obijających mu się o czaszkę, które znał i kojarzył z opowieści Jen, ale gonitwa myśli mu na to nie pozwalała. — Co się dzieje? Co znowu żeście jej zrobili? — spytał cicho, lecz pomimo tego w jego głosie przetoczył się ostrzegawczy, głęboki grom, a jasne i wściekłe rozbłyski sięgnęły oczu. Tylko tego mógł się teraz złapać, by nie rozsypać się na tysiące kawałków. Wypiętrzającej się niczym burzowa chmura wściekłości.
Kobieta westchnęła ciężko, na parę sekund powstrzymując powietrze w płucach. Wypuściła je zaraz ze świstem, a świat wokół niej zawirował, jakby była na jakiejś cholernej karuzeli.
— Ja tylko… Ja… Wszystko musi być dobrze — mruknęła jedynie, opadając z powrotem na krzesło. Wtedy też wrócił do pomieszczenia Michael, cały roztrzęsiony.
— Słyszałem co mówili, przez przypadek. Dwie pielęgniarki rozmawiały ze sobą, chyba o Jen. Jakiś krwotok, nie wiem, o co chodzi, ale chyba jest źle — odparł, przystając przy Marshallu. — Przepraszam. Jestem dziadkiem Jen. Michael. A to jest moja żona, Kate — wskazał na kobietę. — Oby wszystko się wyjaśniło… A ty wreszcie, kurwa, skończ te swoje gierki! — warknął, wymachując rękami w powietrzu.
— Zejdź ze mnie! To też moja wnuczka! Gdybyś mi o wszystkim powiedział, to może tej sytuacji by nie było!
— A kto wspomniał Rufusa?! Czy ty do reszty zmysły postradałaś?! — wrzasnął, łapiąc Kate za ramiona, by lekko nimi potrząsnąć. Spojrzał jej prosto w oczy. — Nie waż się więcej do niej zbliżać, rozumiesz? Właśnie dlatego o niczym nie wiedziałaś.
— Kurwa! — wrzasnął Jerome, uderzając pięścią o ścianę. Promieniujący ból otrzeźwił go na tyle, by mógł zrobić to, co uważał za jedyne słuszne wyjście z tej sytuacji. — Wyjdźcie stąd — warknął do kłócącej się dwójki. — Oboje. Zanim sam was wyprowadzę — rzucił, skinieniem głowy wskazując na drzwi oddziału, za którymi znajdował się jeszcze kawałek wolnej przestrzeni i klatka schodowa wraz z windą. Nie chciał słuchać ich wyjaśnień. Nie życzył sobie ich obecności. Nie, kiedy ewidentnie władowali się do życia jego i Jen z buciorami, nanosząc tyle błota, że teraz wszyscy, z młodym małżeństwem na czele, musieli taplać się w gównie.
— Czułem, że będą z tego kłopoty. Kurwa mać! Najpierw Noah, później Edith. A teraz wy — mamrotał ni to do siebie, ni to do dziadków Jennifer, mając ochotę splunąć z obrzydzenia na szpitalną podłogę. — Nie dotarło? Wynocha! — krzyknął, gwałtownym ruchem ręki wskazując im drogę, po czym obrócił się plecami do nich i oparłszy dłonie na głowie, mocno zacisnąwszy palce na włosach, zaczął nerwowo krążyć po korytarzu, będąc w coraz głębszym amoku. Nie chciał wierzyć w to, co się dzieje. Odpychał od siebie natrętne myśli, lecz te kąsały niczym wściekle atakujące psy, gryząc go do krwi. Posoka sączyła się z wielu krwawych ran, a Jerome znikał kawałek po kawałku wraz z każdym wyszarpywanym ostrymi zębiskami przerażenia fragmentem ciała.
Michael oderwał wzrok od żony, by posłać mężczyźnie krótkie spojrzenie. Skinął głową uznając, że faktycznie nie powinni teraz przebywać w swojej obecności, zwłaszcza w tej sytuacji.
— Kate, idziemy się przewietrzyć.
— Nigdzie nie idę.
— Kate! — warknął, szarpiąc ją za ramię na tyle mocno, by pociągnąć ją do góry. Potem popchnął w stronę windy, gdzie bezpiecznie zjechali na dół. A gdy byli w drodze do wyjścia ze szpitala, minęli się w drzwiach z Edith. Jak się okazało, była całkiem niedaleko, więc mogła szybko dotrzeć do szpitala. Michael wskazał, w której sali przebywa Jen, uprzedzając, że jest tam też Jerome. Brunetka jednak nie zważała na to; chciała być przy swojej córce. Chociaż ten jeden raz.
Po kilku minutach pojawiła się na korytarzu, a widząc Jerome’a aż sama stanęła. Nie sądziła, że zastanie taki widok – całkowitej rozpaczy. Ale… Dlaczego? Przecież wiedziała, że się kochają. Jej samej ręce trzęsły się strasznie, nogi były miękkie, jak z waty. Przez chwilę wahała się, jednak ostatecznie podeszła do mężczyzny i nic nie mówiąc usiadła na jednym z krzeseł. Miała prawo tu być. Po prostu być. Nie musiała mówić niczego. A nawet lepiej, że się nie odzywała.
Po upływie kolejnych dwudziestu minut, na korytarzu pojawiła się doktor Spellman. Nie znała Edith, więc tylko przyjrzała jej się krótko, podchodząc ostatecznie do Marshalla.
— Jerome… — zaczęła powoli, szukając w głowie odpowiednich słów. Nim jednak powiedziała, o co chodzi, położyła dłoń na karku, zacisnęła usta i spuściła głowę. Ten przypadek i dla niej był wyjątkowo ciężki. Zżyła się z Jen, chociaż nie widywała się z nią często. Ale… Może po prostu sama była kiedyś, jak blondynka? — Jerome, sytuacja się pogorszyła — wydukała. Naprawdę trudno było jej zachować się teraz profesjonalnie. W końcu wyprostowała się, zrobiła krok do przodu, a potem położyła obie dłonie na ramionach mężczyzny. — Jen straciła bardzo dużo krwi. Podaliśmy jej leki, ale to nie pomogło. Nie mogliśmy nic więcej zrobić. Bardzo mi przykro — wyszeptała ze łzami w oczach. — Ona…
— Co z moją córką…? — jęknęła Edith, czując jak od połowy ciała traci czucie. Łzy płynęły po jej policzkach, zalewając ją również od środka. Czuła, jakby właśnie wpadała do jakiejś czarnej otchłani, skąd nie było wyjścia. Jedynie ciemność, chłód i ból przedostawały się każdą, nawet najmniejszą szczeliną, odbierając racjonalne myślenie.
Rudowłosa lekarka odwróciła się do niej, wciąż jednak będąc blisko Jerome’a.
— Walczymy. Proszę być dobrej myśli… — dodała cicho, następnie zaczęła iść w kierunku sali pacjentki.
— A dziecko? Dziecko… Co z dzieckiem? — zawołała brunetka, tym samym zatrzymując lekarkę w półkroku. Spellman wzięła głęboki wdech, niechętnie wracając do oczekujących. Splotła swoje palce, przygryzła delikatnie dolną wargę, ponownie stając przy brunecie.
— Niestety… Jerome, naprawdę tak mi przykro… — mruknęła, powstrzymując emocje. Na tyle, na ile się dało. — Był problem z łożyskiem. Potem pojawił się krwotok… Jen straciła dziecko — wydukała wreszcie, znów biorąc głęboki wdech. — Przepraszam, ale muszę do niej wracać. Potrzebuje mnie — dodała, następnie oddalając się szybko.
Edith wybuchła płaczem i schowała twarz za dłońmi. W tym momencie obwiniała się chyba najbardziej ze wszystkich. Wstała z siedzenia, a potem pobiegła do łazienki, chcąc się uspokoić.
Jak…?
Brunet słuchał słów doktor Spellman, lecz nie chciał słyszeć. Nie mógł. Nie potrafił. Nie. Po prostu nie.
Posłał Edith nieprzychylne spojrzenie, kręcąc głową. Ją również miał ochotę stąd wyrzucić, wyprowadzić za drzwi, tak by dołączyła do reszty swojej plugawej rodzinki, lecz zamiast tego wrócił spojrzeniem do stojącej na przeciwko niego lekarki, słysząc jedynie szybkie, oddalające się kroki.
Nie.
— Merida! — zawołał za pędzącą z powrotem do sali kobietą, z trudem przeciskając przez ściśnięte gardło kolejne słowa. Rudowłosa przystanęła, zaciskając mocno powieki, obiecując sobie, że to ostatni raz i spojrzała na mężczyznę przez ramię. — Weź mnie do niej. Słyszysz? Musisz mnie do niej zabrać. Obiecałem. Obiecałem, że nigdy nie zostanie sama. Proszę.
A teraz Jennifer Woolf-Marshall była samotna jak jeszcze nigdy dotąd w całym swoim życiu.
Jerome stał pośrodku oka cyklonu i było mu tu dobrze. Cicho i spokojnie. Nie czuł podmuchów wiatru, szalejącego wokół niego w chaotycznych i niszczących porywach, nie dosięgał go siekący poziomo deszcz. Gdzieś obok niego przewalały się gromy i trzaskały pioruny, lecz tu, w samym centrum, był bezpieczny. Nieosiągalny. Kiedy spojrzał w górę, widział błękitne niebo, wydzielone pośród skłębionych, czarnych, a wręcz podszytych zgniłą zielenią chmur równym okręgiem. Westchnął cicho, wiedząc, że będzie musiał porzucić ten posiadany na wyłączność fragment nieba. Przymrużył powieki, uśmiechnął się pod nosem. Żegnał się pośród zawodzenia wiatru, pośród wibrujących w ciele grzmotów.
— Proszę.
Zrobił krok naprzód, a potem kolejny i jeszcze jeden, a później wyciągnął rękę i to wystarczyło, by kręcący się wokół niego lej wciągnął go z całą swoją nieokiełznaną mocą.
Ból i strach rozlały się po jego ciele, wezbraną falą zalewając również umysł. Nie był w stanie już dłużej się bronić, odpychać od siebie tego wszystkiego. Nie, jeśli faktycznie chciał podążyć za Meridą na salę, wlepiając w nią rozpaczliwe spojrzenie i nie miał pojęcia, jaka siła sprawiała, że stał jeszcze na nogach. Wiedział tylko jedno. Musiał być teraz przy Jen, przy swojej żonie, która wkroczyła do jego życia niespodziewanie i z impetem, wywracając je do góry nogami – dla niej zaczął chodzić na rękach.
Doktor Spellman przełknęła, jej krtań poruszyła się w górę i w dół. A Jerome czekał, bo tylko to mu pozostało.
— Przepraszam, ale nie mogę. Naprawdę. Musisz zaczekać…
— Pani doktor! Proszę tutaj przyjść, prędko!
— Zaraz wrócę — odparła, szybkim krokiem przemierzając korytarz, by wejść do sali Jen, skąd nawoływała ją lekarka. W końcu zniknęła za drzwiami, na jakieś pół godziny. Potem zmaterializowała się ponownie przy Marshallu, oddychając już nieco lżej. — Jest przytomna. Częściowo była też przytomna wcześniej i… — urwała, patrząc na wchodzącą Edith. — Wie, co się stało. Stan się poprawił. Jest stabilnie. Słabo, ale stabilnie. Teraz możesz do niej wejść — uśmiechnęła się kącikiem ust, łapiąc go za ramię, by podprowadzić bruneta pod pokój. — Musicie to wytrzymać, nie ma innego wyjścia. Życzę ci dużo siły — dodała. Zostawiła go samego, wracając do Edith, do której zaraz dołączyli też dziadkowie Jen. Również chcieli wiedzieć, co się dzieje.
A przecież świat znowu wywracał się do góry nogami. Zwłaszcza tuż za progiem, gdzie zapach chemikaliów aż drażnił nozdrza i oczy, jeśli ktoś był na nie wyjątkowo wrażliwy. Ale dla Jennifer, która znajdowała się w środku, już nic nie miało znaczenia. Nic nie mogło wyrządzić krzywdy bardziej, niż to, co się działo w przeciągu tych kilku godzin. Do tej pory sądziła, że życie zaskakiwało ją stanowczo zbyt wiele razy i chyba wyczerpała już limit porażek. Jakież więc było jej zaskoczenie, gdy i tym razem się pomyliła... Z całego serca chciała, żeby wszystko okazało się tylko koszmarem, jednym z tych, które uderzały w dziewczynę ostatniej nocy. Bo ileż można wycierpieć? I czy to ta miłość była równoważnią dla tego całego zła, które się za nią wlokło? Czy to była cena, jaką przyszło blondynce zapłacić? Za to jedno, jedyne uczucie, które przecież doprowadziło ją do tego miejsca, pozwoliło też uwierzyć w siebie, zdobyć upragnioną wolność i sens życia. Czy właśnie, jednak, go traciła…? Miała wrażenie, że budowany przez lata pancerz pękł. Rozsypał się na miliony kawałków, zupełnie tak, jak to szkło w kuchni, pozostawiając ją nagą, zupełnie bezbronną. Jakby coś wydarło z jej wnętrza nie tylko dziecko, na które tak bardzo czekała, ale również wszystkie wartości, odwagę, nadzieję… Wiarę, że kiedyś będzie dobrze. Nie było. Nie mogło być. Najwidoczniej skaza na psychice miała pogłębić się jeszcze bardziej, a znamię zapiec boleśniej i po raz kolejny dać o sobie znać. Czy nie było już innego wyjścia?
Głucha cisza królowała nad wszystkimi bodźcami, atakując dwudziestoparolatkę z każdej strony. Nie słychać było dźwięku pikających maszyn, szelest liści zza szyby był niemy, zupełnie tak, jak głos sumienia Jen. Stała się pustą kukłą, jedynie skorupą podobną do wydmuszki, bez żadnego środka. Wszystkie kolory mieszały się ze sobą, ostatecznie dając splamić się smudze czarnej, oblepiającej mazi, przez którą nie widziała już nic. Początkowo ból, żal, rozgoryczenie, wstrząs i ta cholerna niemoc obejmowały ją ciasno, lecz teraz nie było już nic. Zupełna pustka.
Leki sprawiały, że przestawała pamiętać. Wymazywały z jej głowy to, co mogłoby jeszcze raz zakłuć i tak poranione serce, przez które przelewała się otworami jakby zimniejsza, wręcz zlodowaciała krew. Oddech stał się miarowy, spokojny. Zupełnie przeciwny do stanu podświadomości, gdzie Jen, jakaś jej druga strona, krzyczała przerażająco, wołając o ratunek. Wiła się i odbijała od ścian klatki, pragnąc przerwać tę wizję, aby zejść na ziemię do tego, co udało się przez niecały rok wspólnymi siłami zbudować. I najgorsze było to, że to wcale nie był sen, a jawa bezczelnie machała kluczami tuż za kratami pułapki.
Westchnęła ciężko i drgnęła, gdy otworzyły się drzwi. Nie musiała pytać, ani patrzeć. Wiedziała, że to był On.
Pozwoliła, aby ten ciężki moment trwał, pulsował i narastał między nimi, doprowadzając do katastrofy. Dla niej świat w tym momencie i tak stał się zwykłym płótnem, na które można wylać wszystkie pomyje, pomimo, iż jego przeznaczenie było zupełnie inne i miało być podstawą rajskiego krajobrazu. Pozwoliła, aby ogień trawił jej pozostałe narządy, a dym zatruwał powietrze, którego i tak już nie chciała nabierać. Poddała się. Ten jeden jedyny raz w życiu nie miała już sił, by dalej walczyć. Granica została przekroczona.
Przełknęła, odwracając głowę bardziej w stronę okna. Cała była blada i widocznie wycieńczona. Zupełnie tak, jakby odeszło z niej całe życie, a dusza tańczyła już daleko, w skrajnie innej czasoprzestrzeni. Otworzyła oczy, patrząc na wznoszące się do góry i opadające gałęzie.
— To był chłopiec — szepnęła, ledwo słyszalnie. — Powiedzieli mi. Mieliśmy syna.
Pojedyncza łza spłynęła po policzku Jen, wcale nie chcąc się zatrzymać. A ona marzyła teraz tylko o tym, żeby na zawsze zniknąć. Zasnąć i już nigdy się nie obudzić. Pozostając w tym przeklętym, zmaterializowanym koszmarze samą. Bo przecież od początku tak właśnie… miało być?
Wydawała się tak krucha na szpitalnym łóżku, będąc pod kroplówką, podłączona do aparatury mierzącej wiele parametrów życiowych. Tętno, ciśnienie, saturacja. Żyła, będąc jednocześnie cieniem samej siebie, jakby ciało stanowiło tylko materialną powłokę natomiast Jen… Samej Jen jakby tutaj nie było i stojący w drzwiach Jerome wiedział, że musi to zmienić. I mimo iż był złamany w środku, musiał być silny, za nich oboje, ale też przede wszystkim za nią. Za swoją żonę, której obiecywał tak wiele, lecz tym razem nie zdołał jej ochronić. Przed czym, tak właściwie? Chyba tylko wyjątkowo okrutnym chichotem losu. Mógł skumulować i skierować strumień złości ku jej rodzinie, ale czy oni tak naprawdę czymkolwiek zawinili? Może tak? Może nie?
Nie. A jednak. Mimo że powtarzał to jedno słowo jak szczególne zaklęcie, stało się. I od tej pory wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej, bo choć ich wspólne życie ponownie wywróciło się o sto osiemdziesiąt stopni, to wcale nie zatoczyło koła; nie znaleźli się w punkcie początkowym, lecz o wiele dalej, na obcym i wyjątkowo wrogim terenie.
Nie wiedział, jak długo wpatrywał się w jej umęczoną sylwetkę, trawiąc nie tylko widok, który miał tuż przed sobą, ale także jej słowa, w końcu jednak zbliżył się i przysiadł na skraju łóżka, bez pytania ostrożnie biorąc w ręce dłoń blondynki, tą, z której nie wystawał osadzony w żyle wenflon.
— Popatrz na mnie — poprosił cicho, widząc, jak odwraca głowę ku oknu, za którym dzień powoli szarzał, ustępując pola zmierzchowi, a następnie długiej nocy. — Jen — szepnął i zamilkł, nie było bowiem takich słów, których mógłby teraz użyć, by załagodzić ból i cierpienie. Ludzkość nigdy nie poznała języka mającego moc zasklepiania dopiero co otwartych ran, łagodzenia żalu i poczucia straty; żadne słowa nie były w stanie wypełnić rozpychającej się pustki, która panoszyła się śmiało w sercu i umyśle Marshalla, niosąc ze sobą chwilowe ukojenie. W tej chwili zdawała się być lepsza niż wszystko inne, więc przywitał ją z otwartymi ramionami, pozwalając, by jego spojrzenie stało się rozmyte, bez wyrazu. Zaraz jednak poruszył się niespokojnie, wręcz wzdrygnął. Nie. Nie mógł pozwolić sobie na ten luksus, nie chciał.
— Lionel — powiedział ni to do siebie, ni to do Jen, a może do ech przeszłości wypełniających szpitalną salę. — Lionel Jack Nahuel. Mamy syna — uznał, zamrugawszy szybko, by nieco przytomniej spojrzeć na ukochaną. — Już zawsze będziemy go mieli — dodał, mocniej ściskając jej dłoń.
Czuł, że mu się wymyka. Mimo że nie była zdolna do powszechnie rozumianej ucieczki, chowała się w głąb siebie, daleko i na tyle szybko, że nie wiedział, czy będzie w stanie ją doścignąć, zamierzał jednak próbować, aż do skutku, nawet jeśli miało zabraknąć mu tchu.
— Jen?
Nie mogła na niego patrzeć. Po prostu nie mogła. Coś w środku niej nie pozwalało dziewczynie zrobić kroku w tył; myśli zmuszały do rzucenia się w bieg, tak, jak to czyniła za każdym razem, gdy znalazła się w patowej sytuacji. Tak było i tym razem, lecz ciało stawiało solidny opór, każąc blondynce pozostać na miejscu. Czuła, jak coś pęka, kawałek po kawałku, jak wszystkie nici rozplątują się w powietrzu i opadają, tak, jak liście na wietrze. Wszystko, co wydawało się pewne, prowadzące prosto do szczęścia, teraz po prostu ginęło w morzu rozpaczy, jednocześnie zderzając się z wszechogarniającą głębią wewnętrznego milczenia.
Znów zamknęła oczy i pokręciła delikatnie głową, ogromnie pragnąc zatrzymać to wszystko. Chwycić brzytwę, nawet, jeśli miałaby sobie poranić ręce. Zrobić cokolwiek, byleby tylko cofnąć czas, chociaż o te kilka godzin… Tym bardziej nie mogła wytrzymać tego, co docierało do niej coraz mocniej; pomimo leków świadomość uderzała w głowę dziewczyny coraz intensywniej, paraliżującymi gromami rozwarstwiając się na wszystkie poziomy tkanek. Nawet oddech stał się szybszy, niespokojny, a serce łomotało nieznośnie.
— On nie żyje. Nie żyje. Nasze dziecko… Nie ma go, rozumiesz…? — jęknęła, w końcu odwracając głowę w stronę Jerome’a. W jej źrenicach nie było już tych wesołych iskier, ziały za to przerażającym bólem i goryczą wylewającą się na zewnątrz. — Lionel nie żyje.
Lionel nie żyje. Chyba nigdy żadne słowa nie potrafiły posiekać w sekundzie człowieka tak bardzo, jak informacja o czymś takim.
Nawet nie zdążyła go poznać...
Zabrała od niego swoją dłoń, by móc opuszkami dotknąć swoich nieprzyjemnie pulsujących skroni. Maszyna zaczęła pikać głośniej, częściej, co przywołało pielęgniarkę.
— Wszystko w porządku?
Jen skinęła do kobiety głową, a potem ułożyła się na boku.
— Muszę odpocząć. Proszę, zostaw mnie samą… — mruknęła, ledwo powstrzymując się przed pokazaniem światu tego, jak bardzo została mentalnie złamana. Zwłaszcza wtedy, gdy mimowolnie położyła rękę na swoim brzuchu, w którym…
Zacisnęła mocno wargi i powieki, chowając twarz w poduszkę. Pielęgniarka zauważyła to i z ciężkim westchnieniem podeszła do Jerome’a. — Proszę dać jej chwilę — powiedziała do niego cicho, nachylając się nad mężczyzną.
— Nie.
Tym razem to tłukące się w głowie słowo wypowiedział na głos. Posłał pielęgniarce ostre spojrzenie, lecz wstał i przeniósł się na stojące pod ścianą, znajdujące się w odległości może metra od łóżka, krzesło. Nie zamierzał wychodzić. A jeśli ktokolwiek zamierzał go wyrzucić, proszę bardzo, mogli wezwać ochronę, ponieważ sam, z własnej woli na pewno nie opuści tego pomieszczenia.
Oparłszy łokcie na kolanach, schował twarz w dłoniach, mocno zaciskając powieki.
Lionel nie żyje.
Tak bardzo chciał się z tym nie zgodzić. Tak bardzo wykrzyczeć całemu światu, co o tym wszystkim myśli. Zamiast tego przygryzł mocno wewnętrzną stronę policzka, czując w ustach krew, którą roztarł językiem po zębach i przełknął z trudem. Pielęgniarka jeszcze przez jakiś czas kręciła się po sali, lecz nie ośmieliła się więcej odezwać. I dobrze, Jerome bowiem nie ręczył za siebie, za swoje czyny i słowa. Spomiędzy rozwartych palców spojrzał na Jennifer, odwróconą do niego plecami, mając ochotę wyć niczym zranione zwierzę, głośno i przeraźliwie, przeszywająco do szpiku kości. Każdy skrawek jego ciała promieniował bólem, jakby ktoś wbijał w jego tkanki tysiące ostrzy, przekręcał, dociskał głębiej, wyjmował i powtarzał całą czynność, czerpiąc z tego dziką satysfakcję, a on nie był w stanie się bronić. Przyjmował więc cios za ciosem, nadstawiał policzek, był kopanym leżącym i było mu wszystko jedno, bo nie miał siły się podźwignąć.
— Nie odpychaj mnie — poprosił głucho i cicho, kiedy pielęgniarka wyszła, nie mając pewności czy blondynka go słyszy. Raz po raz wstrząsały nim nieprzyjemne dreszcze. W jednej sekundzie miał ochotę zerwać się z krzesła i obejść łóżko, zbliżyć się wbrew jej prośbie, w drugiej mocniej dociskał stopy do szpitalnej podłogi. Miotał się, trząsł, wiercił na trzeszczącym meblu jak w potrzasku; jak złapany w pułapkę, z której nie mógł się wyrwać.
Drzwi uchyliły się, do środka zajrzała doktor Spellman.
— Jerome? Rodzina… Chcieliby z tobą porozmawiać… — wydukała, przenosząc spojrzenie z mężczyzny na łóżko i z powrotem, po czym powoli skinęła głową i uśmiechnęła się blado. Zostanę z nią. Możesz iść, zdawała się mówić, lecz on wcale nie chciał. Co miał im powiedzieć? Czego od niego oczekiwali?
Ciężko podniósł się z krzesła i wyszedł, pozwalając, by w przelocie Merida musnęła jego dłoń. Zamknął za sobą drzwi i uniósł głowę, jak przez mgłę widząc trzy postacie. Zamrugał, chcąc odzyskać ostrość widzenia i dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, że płacze. Słone łzy potoczyły się po jego policzkach, które zaraz ze złością otarł wierzchem dłoni.
— I niby co chcecie ode mnie usłyszeć? — spytał, obdarzając spojrzeniem kolejno Edith, Kate i Michaela. — Czego szukacie? — pluł słowami, pocierając dłonią zmarszczone czoło. — Pocieszenia? — parsknął, zaśmiawszy się gorzko prosto w wpatrzone w niego twarze. — Idźcie do diabła, tam skąd wszyscy przyszliście — warknął, odwracając się z zamiarem wrócenia do sali.
— Jerome, poczekaj! — krzyknęła Edith, podchodząc do mężczyzny. — Wiem, że cierpisz. Uwierz mi, że wiem — dodała, mocno chwytając go za ramię. — Co z Jen? W jakim jest stanie? Możemy do niej wejść?
— Chociaż na chwilę… — dodał Michael, trzymając dłoń na karku. Czuł się winny za to wszystko, choć tak naprawdę wcale nie powinien. Cóż, mając na myśli oczywiście tę jedną sytuację, bo jeśliby ktoś chciał teraz rozprawiać o całej ich przeszłości, to miał wiele występków, nawet niemoralnych, na swoim koncie. Lecz w tej chwili… W zasadzie, to czyja to była wina?
Kate oparła się o ścianę i kręciła głową. Nie odzywała się, bo… Chyba pierwszy raz w życiu naprawdę zabrakło jej słów. Kim właściwie była? Kim byli ci wszyscy ludzie, którzy zdążyli przewinąć się przez jej życie? Czy to ona miała wpływ na to, co się w tym czasie wydarzyło? Czy to przez nią, rzeczywiście, rozleciała się jedna, a potem druga, być może teraz trzecia rodzina…?
Czy zerwała się kolejna linia?
— Przepraszam.
Edith i Michael odwrócili się w stronę pani Jones, ewidentnie zdumieni. Nie wierzyli w to, co słyszą; Kate Jones przeprasza?! Michael aż prychnął i złapał się dłońmi za głowę. Po chwili zaczął się głucho śmiać, niemal łamiąc się wpół. Woolfowa patrzyła na niego z niezrozumieniem, chociaż sama miała wrażenie, jakby to wszystko było jednym wielkim żartem.
— Coś ty powiedziała?! — zawołał starzec, podchodząc do żony.
— Przepraszam — powtórzyła głośniej, nie mogąc podnieść na niego wzroku.
— Po tym wszystkim? Teraz?! Po tych pierdolonych trzydziestu latach?! Wiesz, co ci powiem? Zabijasz wszystko, co spotkasz na swojej drodze, wszystkich, kurwa, zabijasz! Boże, jaki byłem ślepy! — warknął, w ostatniej chwili się powstrzymując, żeby jej nie uderzyć. — Ty doskonale o wszystkim wiedziałaś, a ja patrzyłem, jak ten kretyn, pozwalając ci na to wszystko! Jak taranujesz i niszczysz wszystkich dookoła! I to twoja wina, że Jen poroniła!
— Tato, przestań… — poprosiła cicho Edith, zbliżając się do mężczyzny. Ten jednak odepchnął ją od siebie jednym ruchem, przez co brunetka uderzyła plecami o ścianę naprzeciwko. Michael był wściekły; oddychał ciężko, otworzył szeroko oczy, a następnie skierował się prosto do wyjścia, w progu zatrzymując się. Odwrócił się na pięcie i zbliżył się do Jerome’a, kładąc mocno rękę na jego ramieniu.
— Nie pozwól, żeby ktokolwiek odebrał ci rozum. Nawet miłość twojego życia, nawet coś, co jest dla ciebie najcenniejsze. Nie daj sobie odebrać szczęścia, chłopcze. Pamiętaj o tym — mruknął, patrząc mu prosto w oczy. Potem zbiegł po schodach, by wyjść ze szpitala. Nie mógł tam dłużej przebywać.
Wystraszona Edith dalej stała pod ścianą, nie mogąc się ruszyć. Cała się trzęsła. Pani Jones zaś opadła na podłogę, dłoń kładąc na klatce. Dławiła się płaczem.
— To wszystko moja wina…
Ta gra nie była warta świeczki. Patrzył na nich, teraz już dość obojętnie, na te przepychanki i kłótnie. Nie chciał tego dla Jen. Nie teraz. Nigdy.
— Nie. — Znowu. — Nie możecie wejść.
Odprowadził wzrokiem Michaela, prześlizgnął się spojrzeniem po Kate, którą już zainteresowała się jedna z pielęgniarek i zatrzymał wzrok na Edith, lustrując jej sylwetkę. Otwierał usta, żeby coś powiedzieć, lecz ostatecznie zamknął je, pokręcił głową i chwycił za klamkę.
Merida siedziała na tym samym krześle, co on wcześniej. Na jego widok zerwała się, odruchowo wygładzając ubranie i chowając zmiętą chusteczkę do kieszeni spodni. Bez słowa zamienili się miejscami, rudowłosa kobieta wyszła, Jen nawet nie drgnęła. Spała?
Jerome wyciągnął nogi, krzyżując je w kostkach, oparł głowę o ścianę i splótł ręce na piersi. Przymknął powieki, wsłuchując się w brzęczenie aparatury. Miarowe dźwięki były jego jedynym łącznikiem z rzeczywistością, podczas gdy myśli błądziły swobodnie, ostatecznie rozpierzchając się na tyle, że został sam pośród niczego. I było to paskudne uczucie. Pustka była przytłaczająca i lepka, kleiła się do ciała, wciskając się do ust i odbierając mu oddech. Dławił się, szarpał rękami gardło, lecz za nic nie potrafił nabrać powietrza; zamiast niego do płuc wślizgnęła się oślizgła lodowata masa.
Szarpnął się, otworzył oczy. Przysnął? Potarł powieki, rozejrzał się po pomieszczeniu i utkwił wzrok w plecach Jennifer. Coś aż ścisnęło go w środku, strach wywrócił mu żołądek; bał się tego, co może nastąpić, lecz uznał, że podejmie kolejną próbę. I jeśli będzie to konieczne, później następną i jeszcze jedną.
Wstał, celowo pozwalając, by krzesło zaskrzypiało głośno, a buty szurały po linoleum. Znowu przysiadł na skraju łóżka, lecz na razie nie zrobił niczego więcej. Nie odezwał się nawet. Po prostu był.
Udawała, że śpi. Na początku, żeby mieć po prostu spokój. Potem jednak wszystko stało się na tyle ciężkie, że tylko ramiona Morfeusza mogły chociaż na krótki czas dać jej ulgę. Stworzyć iluzję, w której w dalszym ciągu było wszystko dobrze, kłamstwa kręciły się wokół, sklejając ze sobą karty i tworząc z nich swoisty domek, który i tak miał runąć. Na piasku, czy na wodzie, czy na czymkolwiek innym – nie miało to już znaczenia.
Lecz obudziła się, gdy poczuła ciężar lądujący niedaleko niej. Zmarszczyła brwi i przeciągnęła się delikatnie, a raczej poprawiła pozycję. I wtedy znowu wszystko do niej dotarło. Z trudem otworzyła oczy, a pierwsze, co ujrzała, to uruchomione aparatury i faktyczne ciemności. Westchnęła cicho, potem odwróciła głowę na bok, dopiero teraz orientując się, że siedział przy niej Jerome. Żal znowu zalał ją od środka; patrząc na niego myślała tylko o ich straconym dziecku i nic nie mogła na to poradzić. Za bardzo wiązała to szczęście z mężczyzną, ich syn był nierozerwalnym spoiwem ich osobnych żyć. Jak miała z tą myślą żyć dalej? Jak funkcjonować?
Ale… Ta miłość, którą go darzyła…
— Prosiłam… — szepnęła, tym razem nie odwracając od niego wzroku. Jedna część dziewczyny potrzebowała go przy sobie, druga zaś odrzucała z całą siłą, broniąc się w ten sposób przed jeszcze większym bólem. Co będzie dla niej gorsze? — Prosiłam, żebyś zostawił mnie samą — wychrypiała, znów chowając twarz w poduszkę.
Wiedziała, że nie odejdzie.
— Kate mnie tu przywiozła. Podobno, gdyby nie ona, byłoby ze mną krucho — dodała tylko. Uznała, że powinien wiedzieć. — Ale może tak by było lepiej.
— Pewnie — przytaknął z nagłą złością i zerwał się z łóżka, podchodząc do okna. Oparł dłonie na wąskim parapecie i przytknął czoło do zimnej szyby, na której jego płytki oddech pozostawiał niknące kółeczka pary. — Nie rób tego, dobrze? — rzucił ostro, nie spoglądając na nią, wydawało mu się bowiem, że kiedy się odwrócił, wyleje się z niego cały żal i żółć. — Nie rób z siebie… — urwał, niekoniecznie chcąc użyć akurat tych słów, które cisnęły mu się na usta. — To nie była twoja wina Jen, ani nikogo innego — wykrztusił w końcu z trudem i odepchnął się od parapetu, znowu sprężystym krokiem okrążając łóżko. Przykucnął przy nim tak, że przedramiona oparł na pościeli tuż na wysokości głowy blondynki i ułożył na nich podbródek, spoglądając na nią z odległości zaledwie kilku centymetrów, a gdyby zechciała przed nim uciec i odwrócić głowę, gotów był chwycić jej podbródek i przytrzymać mocno, przed czym ostrzegało jego wiele mówiące spojrzenie.
— Naprawdę myślisz, że cię teraz posłucham? Że wyjdę? Znasz mnie, Jen. Jeśli chcesz mnie wyprosić, lepiej od razu wezwij cały pluton. Nie zostawię cię. Nigdy. I bez względu na wszystko. Rozumiesz? To jedno zawsze będę robił wbrew tobie. Obiecałem — mówił gorączkowo, wyciągając dłoń i gładząc jej wyjątkowo chłodny policzek. — I ty też mi obiecywałaś. Pamiętasz? Że postarasz się nie uciekać. Wiem, że gdybyś tylko była w stanie, gdyby… Już dawno by cię tu nie było — skrzywił się, kojarząc te słowa z jej poprzednimi, potrząsnął głową, błądząc spojrzeniem po jej twarzy.
— Nie możemy teraz… Nie możesz, Jen… — dławił się własnymi słowami i łapanym prędko powietrzem, gubiąc się w rwącym potoku myśli, ginąc pod załamującą się falą uczuć.
— Nie — powtórzył, nie wiedząc już, czemu zaprzecza, otoczony przez niebywały chaos. — Proszę — szepnął, nie wiedząc również, o co błaga, nosząc w sobie zbyt wiele niewypowiedzianych na głos próśb.
Patrzyła na niego, choć tak naprawdę nie chciała widzieć. Nie chciała być świadomą, nie chciała czuć. Bo kiedy człowiek czuje, jest bardziej podatny na zranienia. I sam też innych rani łatwiej. Zwłaszcza tych, na których zależy mu najbardziej. Może tak naprawdę niczym nie różniła się od babci czy matki? Może wszystkie kobiety tej krwi zabijały po cichu wszystkich tych, których najmocniej kochały?
Początkowo uciekała przed nim spojrzeniem, ostatecznie popatrzyła na twarz Jerome’a, zatrzymując się na jego oczach, od których już nie mogła się oderwać. Przyciągały ją za każdym razem tak samo, wabiąc do siebie i sprawiając, że widziała w nich duszę mężczyzny. Coś, za czym całe życie biegła, zaginiony element układanki. Czy mogło się okazać, że jednak pomyliła puzzle i wciąż szukała zupełnie innej planszy?
Serce podskakiwało dziewczynie do gardła za każdym razem, gdy wypowiadał kolejne słowa. Jej oczy zaszkliły się, a w kącikach pojawiły się łzy.
— Wiesz, czego nie możemy? — zapytała cicho, mówiąc z trudem. — Nie możemy cofnąć czasu. I nie możemy sprawić, żeby nasze dziecko ożyło. Właśnie tego, przede wszystkim, nie możemy — dodała, pozwalając bezbarwnym kroplom wypłynąć na wierzch, prosto po skórze. Położyła się na plecach, ale zaraz usiadła, mimo roznoszącego się po całym ciele bólu. Syknęła, ale wyprostowała się, opierając się tyłem o ścianę za łóżkiem. — Właśnie tego nie możemy, Jerome — powtórzyła. — I nie wiem, czy jeszcze cokolwiek możemy...
Czy możemy być razem po czymś takim…?
Pomyślała i wzięła głęboki wdech, ściskając dłonią prześcieradło. Pochyliła się, przyciągając do siebie nogi, nie zwracając już uwagi na przeszywające ukłucia w podbrzuszu. Nie miała siły już dalej udawać. Nie miała siły więcej się starać. Tym bardziej nie przed nim.
Bariera pękła. Płakała mocno, opierając czoło o swoje kolana. Wplotła palce jednej dłoni w długie blond włosy, nie mogąc poradzić sobie z rozdzierającym cierpieniem. W końcu z trudem zaczęła też łapać dech, dusząc się od wewnątrz.
— Nawet go nie przytuliłam… Już nigdy go nie poznam, nie zobaczę… Na zawsze go straciłam — jęknęła. — Nigdy nie usłyszę jego pierwszego słowa, nigdy nie zobaczę, jak zaczyna chodzić. Nigdy nie powiem mu kocham... Nie chcę tak żyć, Jerome, rozumiesz?! Nie bez mojego syna! — krzyknęła do mężczyzny, niemal prosto w jego twarz. — Na mam już na to siły! Już więcej nie mogę! Chcę mojego syna z powrotem… Chcę Lionela — powiedziała na wydechu, błagalnym tonem, marszcząc brwi i krzywiąc się wyraźnie. Łzy skapywały prosto na pościel tworząc na niej mokre kropki. Lionel nie żyje. — Chcę moje dziecko… — spuściła głowę, opierając się na lekko zgiętych rękach.
I właśnie w tej chwili do niej dotarło, że była dokładnie taka sama jak Edith. Z tą małą różnicą, że Noah wciąż żył, choć kobieta nie miała o tym pojęcia. Ale teraz Jennifer rozumiała już wszystko bardziej. I była w stanie jej wszystko wybaczyć.
Brunet zacisnął tylko usta w wąską kreskę, zmieszany, zagubiony. Chwilę później wstał i zatoczył się lekko, czując, jakby zderzył się ze ścianą. Kolejny raz tego dnia.
Tego jednego, o co prosiła, nie mógł jej dać.
Zerknął w stronę drzwi, później na krzesło, zawahał się. Ostatecznie chwycił mebel i zaciągnął go pod okno, usiadł i oparł skroń o ścianę, wlepiając spojrzenie w kołyszące się za szybą gałęzie.
— Nie tylko ty, Jen. Nie tylko ty.
Nie wiedział, co robić, jak reagować, czy można w ogóle zatrzymać tę postępującą lawinę, czy było już za późno? Chciał jej pomóc, lecz nie potrafił, dlatego wycofał się, uciekł, pozwalając, by po ciele rozpełzło się dojmujące odrętwienie. Skulił się bardziej na krześle, kryjąc ostre rany zadane jej słowami, bo Jen doskonale wiedziała, gdzie celować, podczas gdy on osłaniał się nieudolnie, nie dopuszczał kolejnych ciosów, jakby w ten sposób mógł zapobiec nieuchronnej katastrofie lub chociaż odsunąć ją w czasie. Lecz Lionel nie żył. I nie mógł już tego zmienić, naprawić, nie mógł niczego, dokładnie tak, jak powiedziała.
Poruszył się niespokojnie, schował twarz w dłoniach. Krzyk, który chciał wyrwać się z jego ust, wcisnął z powrotem głęboko do gardła. Chciał nie myśleć, otworzyć czaszkę, poprzecinać nerwy, wyrwać kręgosłup, byle tylko impulsy przestały biec po jego ciele niczym złowrogie szepty. Straciliście dziecko. Umarł wasz syn. Może to nie był jego czas? Jednakże jeśli nie teraz, to kiedy?
Odetchnął, uniósł głowę i spojrzał na siedzącą na łóżku Jennifer. Na swoją żonę. Na pierwszą i ostatnią kobietę, którą pokochał, miłość swojego życia. Matkę swojego syna. I wiedział, że nie może jej stracić. Nie pozwoli na to. Bo mimo że teraz nic na to nie wskazywało, mogli razem jeszcze wiele rzeczy, nawet jeśli to oznaczało, że będzie musiał sam stawić czoła całemu wrogiemu światu.
Trzęsła się. Umierała ze strachu, będąc polem do bitwy dla uczuć, jakie się teraz w niej kotłowały. Nie umiała zdecydować. Nie potrafiła wybrać. Co dalej?
Przetarła tylko policzki dłońmi i bezwiednie opadła na poduszki, zamykając oczy. Udając – jednak – że nic się nie stało. Że jest sama pośrodku niczego. Że to wszystko było snem. Tylko jednym wytworem fantazji, który… Niestety się spełnił. I który sprawił, że zmysły zaczynały pracować inaczej, zupełnie naprzeciw swojemu przeznaczeniu, tonąc pod dźwiękami z zewnątrz, nie dostrzegając muzyki, tej najcichszej i najprawdziwszej, chowającej się gdzieś w zakamarkach serca. Tak, by nikt jej nie odkrył, zamykającej się na świat. Chroniącej się przed całkowitym wyniszczeniem. I chociaż wciąż – mimo wszystko – dało się rozpoznać nuty zapisywane na tej mechanicznej, pobudzającej ciało pięciolinii zmysłów, słychać było tylko najcięższe tupnięcia. I to one właśnie sprawiały, że gdzieś ginęła ta muzyka. A na piedestale zasiadała długa, zabijająca uczucia cisza.
I nawet ta magia gdzieś zaczynała ulatywać, unosząc się tylko wokół danego człowieka, ostro ograniczając swój zasięg. Tak, że aby ją poczuć, trzeba było się zbliżyć i niemal namacalnie złapać. Lecz jak to zrobić, gdy galopujące konie nagle napotyka przepaść? I jest się tak blisko, a jednocześnie daleko… Naprzeciw i z tyłu własnego przeznaczenia, nie mając siły ani mocy, by wyciągnąć dłoń, tym samym tracąc szansę i sens istnienia.
Spojrzała jeszcze raz na bruneta. Na swojego męża. Swoją wielką miłość. Kogoś, kto dał jej więcej, niż mogła kiedykolwiek przypuszczać. Ojca swojego dziecka...
I znów następowała cisza.

Dziękujemy wszystkim, którzy byli z nami przez te dwie części notki i zostawili po sobie ślad ♥ Jednocześnie chcemy zaznaczyć, że akcja przypada na listopad i w związku z tym prosimy o przymknięcie oka na to, jak bardzo rozjechane w czasie jesteśmy. Pisanie nie nadążyło za życiem.
W związku z tym nowe wątki chciałybyśmy rozpocząć tu i teraz, bez wyliczania minionych miesięcy i tym podobne, ot, nagnijmy nieco rzeczywistość, za co będziemy Wam niezmiernie wdzięczne ♥ Jednocześnie prosimy o wyrozumiałość i zapraszamy do bycia świadkami, jak dalej potoczy się ta historia - Jen i Jerome szczególnie Was teraz potrzebują!

06/01/2020

2124. King of the darkness

Czy wiesz, czym jest muzyka? Czy rozróżniasz wszystkie drgania mięśni i swojego serca, czujesz przepływ krwi w żyłach? Albo jak włosy na ciele stają  ci dęba, czy to pod wpływem wielkiej rozkoszy, czy gdy strach dogłębnie w ciebie przenika? Czy jesteś w stanie zauważyć, kiedy te wszystkie zmiany się pojawiają, będąc w centrum urzekających wydarzeń, zapierających dech, otwierajacych oczy i usta, a przy tym zamykających cię na pozostałe bodźce? Czy to jedynie wzrok i słuch, tak ważne w funkcjonowaniu człowieka, odgrywają tutaj największą rolę, czy może to dusza wewnętrznie rozbrzmiewa, na pięciolinii zmysłów zapisując kolejne nuty? Które też, nawiasem mówiąc, po odegraniu stanowią melodię porywistą, niczym galop dzikich koni nad urwiskiem, a potem lekką i kojącą, jak muskające piach fale przezroczystych wód rajskiego oceanu. Jak myślisz — w czym tkwiła cała ta potęga? I jak to się działo, że ta — na pierwszy rzut oka — niezauważalna magia nagle potrafiła stać się niemal czysto namacalną, materializując się wraz z pojawieniem pewnego człowieka…?

Jen czuła, że i jej serce zaraz wybuchnie, a krew się rozleje przez popękane żyły, wnikając w resztę ciała tak bardzo, że aż wyjdzie przez skórę. Niesamowity ucisk objął głowę dziewczyny, dlatego też mimowolnie oparła się o stół, zaraz siadając bezwiednie na krześle. Edith patrzyła na wszystko z boku, chyba nieco szybciej dochodząc do siebie. Zamrugała szybko, przełknęła ciężko, wzięła głęboki wdech i wyprostowała się.
— Co ty tutaj robisz…? — zapytała cicho, wpatrując się w osobę przed sobą. Postawnego, wysokiego, eleganckiego mężczyznę, który miał już wiele lat na karku.
— Dziadek…? — wyjąkała blondynka, nie mogąc uwierzyć w to, co się tutaj dzieje. Położyła dłoń na brzuchu, drugą zaś ścisnęła górną ozdobę oparcia krzesła, przypominającą dach pojedynczej wieżyczki.
Skąd on się tutaj wziął?!
Michael Jones odchrząknął, uniósł jedną brew, wzrokiem skacząc od jednej do drugiej kobiety. Uśmiechnął się kącikiem ust, może nawet nieco szelmowsko, przestąpił z nogi na nogę, a potem zajął jedno z wolnych krzeseł. Poprawił aksamitną apaszkę zawiązaną na szyi, rozpiął dwa guziki płaszcza i rozsiadł się wygodniej, swoją uwagę w tym momencie skupiając na blondynce.
— Aż tak się dziwisz, że mnie widzisz? — odparł spokojnie, z błyskiem w oku.
— A nie powinnam?
— Skąd się tu, do cholery, wziąłeś? — dopytywała Edith, zaciskając szczęki i chęcią mordu wpatrując się w ojca. — Śledziłeś mnie?
— Poniekąd — wzruszył ramionami, bardziej rozciągając kąciki ust.
— Rany boskie… — brunetka wywróciła oczami i pokręciła głową, zasłaniając twarz dłońmi. Zapadła cisza. Żadne z tej trójki nie potrafiło nagle powiedzieć ani słowa; wszystkie grzęzły w gardłach. Czy to chodziło o dwudziestoparolatkę, która po wielu latach znów ujrzała swojego dziadka, mając o nim niezbyt dobre zdanie; czy o córkę “uciekinierkę”, która odsyłała swoje dzieci do rodziców raz na jakiś czas, zawsze znajdując takie wyjście, by ze swoimi rodzicielami nie musieć się widzieć. Było to więc spotkanie przełomowe, którego żadne z nich — tak naprawdę — się nie spodziewało.
 Posiwiały mężczyzna westchnął, a jego twarz widocznie spoważniała. Stał się też nieco bardziej spięty.
— Przyjechałem tutaj, bo dowiedziałem się, że jakiś Anonim otwiera galerię. Mojej agentce zależało na tym, żebym zjawił się w Nowym Jorku i pokazał kilka swoich ostatnich prac. Jak uważa Cynthia, nie można zmarnować takiej okazji.
— A co, nowy pomysł masz na swoich ulubieńców? Co tym razem? Corgi w ogrodzie czy Corgi na wypasie?
— Mamo… — warknęła Jen, nie chcąc pogarszać i tak złej sytuacji. Jednak prawdą było to, że Michael już dawno temu porzucił prawdziwą artystyczną fotografię na rzecz swoich dwóch pupili. Cóż… Jak widać, nie tylko królowa Elżbieta ma zamiłowanie do tej rasy.
— Może cię to zdziwi, ale nie. Od kilku miesięcy mam wenę na coś innego. Ale tego ci nie zdradzę — mrugnął do córki z lekkim uśmiechem, a potem westchnął. I dopiero teraz postanowił przejść na zupełnie inny temat, zerkając w stronę Jen. — Jesteś w ciąży — zauważył, a w jego głosie i spojrzeniu pojawiła się nuta nostalgii i rozmarzenia, choć może było to po prostu objawienie? Może urywki z przeszłości nagle powróciły, by odświeżyć ciężkie i bolące wspomnienia?
— Jak widać — wzruszyła ramionami, spuszczając głowę.
— I bierze ślub.
— Kiedy? — Jones ożywił się, siadając prosto i przysuwając się z krzesłem do stolika.
Blondynka zmarszczyła brwi, zaciskając dłonie w pięści. Nie chciała, żeby akurat ta część rodziny się o tym dowiedziała, ponieważ wiedziała, że zwiastowało by to tylko i wyłącznie problemy. A czy nie miała już ich i tak za wiele w swoim życiu? Poza tym, jakim prawem jej matka nagle postanowiła, że szczegóły z prywatnego życia dwudziestoparolatki może ogłaszać wszem i wobec, a na swój temat milczy jak grób?
— Niedługo… To skromna ceremonia dla najbliższych. Praktycznie ja, Jerome, świadkowie i przyjaciele…
— Rozumiem, że nie jestem jednym z nich — burknął, choć bez zdziwienia, kiwając głową. Kobiety nawet nie odpowiedziały, a jedynie spojrzały się po sobie. Jednak jakaś dziwna gorycz rozlała się po podniebieniu dziewczyny, a na sumieniu zrobiło się niewiarygodnie ciężko.
Do tego właśnie doprowadzali krewni jej matki.
— A dziwi cię to? Przepraszam, ale chyba mam tego dosyć, nie czuję się najlepiej — odparła sucho, wstając od stołu i kładąc dłonie na blacie, przy tym przymykając oczy. Poczuła uścisk w okolicach brzucha, przez co zrobiło jej się znowu słabo. Edith natychmiast zareagowała, powtarzając ruch córki, a na koniec chwytając ją w boku.
— Też myślę, że to wystarczy. Ojcze… Lepiej będzie, jak w tym momencie się rozstaniemy — dodała brunetka, zabierając ich odzienia i pomagając ubrać się młodszej Woolfównej. Atmosfera zrobiła się zbyt gęsta, aż można by ją nożem kroić.
— Dobrze, przepraszam, wybaczcie. Zostańcie, proszę — uniósł obie dłonie w obronnym geście, zwracając się do towarzyszek. — Naprawdę chciałbym wiedzieć, co się teraz dzieje w twoim życiu, Jennifer. Proszę, daj mi chociaż godzinę na poznanie głównych punktów zwrotnych. Nie chciałbym żałować kolejnych błędów — dodał posępnie, przełykając z trudem. Westchnął ciężko, a potem zmierzył wzrokiem córkę, zatrzymując się na jej oczach. Ciemnych i dużych, zupełnie takich, jakie miała Kate. A jednak były mimo wszystko inne.
Jen spoglądała raz na matkę, raz na dziadka, mając ogromną ochotę stąd po prostu wyjść i zapomnieć. O tym, że go spotkała, że przeszłość znowu zaczyna mieszkać w tym, co się dzieje obecnie — w jej własnym szczęściu. Ale może kiedyś trzeba temu wszystkiemu powiedzieć dość w zupełnie inny sposób…? I pozwolić muzyce grać tak, jak chciała natura, mimo iż okazuje się czasem ona gwiżdżącym wiatrem, niż uspokajającym szumem morza.
— Dobrze. Ale tylko godzina. I nie chcę, żeby babcia…
— O niczym się nie dowie. Już zbyt wiele nabroiła — powiedział cicho, zupełnie poważnie, wyciągając rękę w stronę blondynki. Ta, po chwili zawahania, zrobiła podobnie, a kiedy już złączyli swoje dłonie przeszedł po niej dreszcz. I nie wiedziała, co to może tak naprawdę oznaczać, ani co zwiastować…


Kilka tygodni później…

Chłodne wieczory w Nowym Jorku coraz bardziej było czuć w kościach, dlatego też znaczna część mieszkańców wolała zagrzebać się we własnych łóżkach pod kołdrami, w dłoniach dzierżąc kubki z gorącą herbatą. Część wybierała jako dodatek do tego książkę, inni przeskakiwali po propozycjach seriali i filmów na Netfliksie, nie mogąc się na nic konkretnego zdecydować. W końcu więc usypiali samotnie lub też w ramionach ukochanej osoby, w ten sposób żegnając kolejny dzień. Następnego ranka budzili się, przygotowywali do pracy, wychodzili z domów, odznaczając wszystkie rzeczy z listy, pod wieczór znowu wracając do swoich mieszkań. Czy to było nudne? Być może dla niektórych tak. Jednak dla tych, którzy dopiero niedawno wkroczyli na wspólną, pełną — wciąż — bałaganu ścieżkę, taki tryb był wręcz błogosławieństwem. W końcu nie wiadomo, kiedy zamknięte koło danych wydarzeń może się przerwać, a fortuna odwrócić, obsypując kogoś nieszczęściem, albo wielkim skarbem…
Pod tym względem Jen i Jerome nie różnili się od reszty ludzkości. Pracowali, spędzali wspólnie czas, kładli się i budzili razem. Jednak wszystkie te czynności były ekscytujące w swej normalności i codzienności, były też ich celem, do którego uparcie dążyli, nie poddając się ani na moment. I mimo, iż wszystko wydarzyło się tak szybko i żadne z nich tego nie planowało, cieszyli się. Czasem niektóre rzeczy przychodzą ot tak, przewracając dotychczasową egzystencję do góry nogami i kiedy wydaje się, że nastał wielki chaos, może się on okazać jedynie przepustką do czegoś lepszego. Dokładnie tak, jak u nich.
Ale może być też odwrotnie.
Przeciągnęła się na łóżku, biorąc głęboki wdech i mimowolnie odwracając głowę w stronę dochodzących dźwięków. Wciąż miała zamknięte powieki, więc jedynie dłonią, sunąc po pościeli, mogła wyszukać brakującego elementu. Gdy jednak spostrzegła, że nikogo nie ma w pobliżu, otworzyła oczy. Chciała usiąść, ale kiedy próbowała część ciała postawić do pionu, kilka przeszywających wstążek wbiło się jej w plecy. Syknęła, opadając bezwiednie na poduszkę. Wtedy też w półotwartych drzwiach mignął czyjś cień.
— Jerome? — powiedziała głośniej, przekręcając się na bok. Było jeszcze ciemno, zbyt ciemno, jak na porę, w której brunet zazwyczaj szykował się do pracy. A jednak zdążył już wstać, kręcił się po mieszkaniu i skrzywił się na dźwięk swojego imienia.
— Nie chciałem cię obudzić — wymamrotał, wsuwając głowę w szparę powstałą w uchylonych drzwiach. Światło palące się gdzieś w głębi mieszkania oraz ciemność panująca w sypialni sprawiały, że jego twarz pozostawała skąpana w cieniu, nawet pomimo ulicznych świateł zaglądających do sypialni przez okno znajdujące się na przeciwległej ścianie.
— Śpij jeszcze — dodał łagodnie, chcąc się wycofać i przymknąć za sobą drzwi, lecz nim to zrobił, przesunął wzrokiem po sylwetce Jen, czekając na jakikolwiek sygnał z jej strony, że na pewno wszystko w porządku. Sam najzwyczajniej w świecie miał jedną z tych nocy, w czasie których nerwowo wiercił się z boku na bok, nie potrafiąc zasnąć, bądź też zapadając wyłącznie w płytkie drzemki, nieustannie mając wrażenie, jakby coś niespokojnego i oślizgłego pełzało tuż pod jego skórą. Z godziny na godzinę, będąc tym coraz bardziej zirytowany, w końcu odrzucił kołdrę na bok, uznając, że przynajmniej bez pośpiechu wypije gorącą jeszcze kawę, lecz na pewno swoją powolną krzątaniną nie chciał budzić blondynki.
Jen spojrzała na niego nieco krzywo; ta noc również nie należała dla niej do najlepszych — pani Woolf-Marshall (od całkiem niedawna, ale jakże lubiła to podkreślać!) miała same koszmary, dopiero nad ranem udało jej się nieco spokojniej zasnąć. Stąd była trochę rozdrażniona, chociaż wciąż zaspana, lecz nie przeszkodziło to dziewczynie w uważniejszym przyjrzeniu się mężczyźnie.
— Coś się stało? — wymruczała marszcząc brwi i zaczesując kilka kosmyków za ucho. Podniosła się na jednej ręce, ale wtedy znów poczuła ten sam ból. Na twarzy dwudziestoparolatki pojawił się więc grymas, a ona sama drugą dłonią mimowolnie zawędrowała na brzuch. Odwróciła się płasko, na plecy, biorąc kilka wdechów i wydechów. — Czemu już nie śpisz? — zapytała, unosząc nieco głowę, by móc na niego spojrzeć. Odsunęła też trochę kołdrę, aby mieć łatwiejszy dostęp do wyraźnej już wypukłości. I kiedy tak spogląda na tę część ciała, widząc przed sobą również połyskującą nawet w tym wątłym świetle obrączkę, uśmiechnęła się pod nosem i poczuła wszechogarniające szczęście. Bo czy trzeba było czegokolwiek więcej?
— Nie wiem, wierciłem się tylko z boku na bok, więc wstałem — odparł ze wzruszeniem ramion i zmarszczył brwi, w nikłym świetle dostrzegając grymas, który zamajaczył na twarzy jego żony. Zamiast się wycofać, tak jak początkowo zamierzał, pchnął drzwi sypialni i podszedł do łóżka, zaraz wyciągając się na boku obok blondynki. Dłoń położył na jej i zacisnął lekko palce, przyglądając jej się uważnie i nieustępliwie. — Za dwa dni kontrola? — Doktor Spellman mówiła im, że nie powinni martwić się lekkimi skurczami, lecz jednocześnie uczuliła, że gdyby tylko działo się coś niepokojącego, nie powinni się zastanawiać, tylko w te pędy jechać do szpitala. W końcu czyż nie lepiej dmuchać na zimne? Jerome wolał dmuchać i to dlatego po chwili ułożył głowę na piersiach dwudziestoparolatki, wzrokiem sunąc po zaokrąglonym brzuchu.
— Lionel, grzecznie tam proszę — napomniał syna, zaraz uśmiechając się od ucha do ucha. — Poznamy płeć — dodał zaraz, przekręcając się i spoglądając na Jennifer. Do tej pory nie mieli pewności, aczkolwiek blondynka miała silne przeczucie, że to chłopiec, więc jak miałby się z nią nie zgodzić?
Śledziła wzrokiem jego poczynania, a potem uśmiechnęła się jeszcze szerzej, gdy Jerome pojawił się tuż obok. W takich momentach jeszcze bardziej zaczynała wierzyć w jakieś przeznaczenie, tym bardziej, że przecież ich historia nie była zwyczajna, a zdawała się być raczej rodem wyciągnięta z filmu.
Uniosła rękę, by wpleść palce we włosy Marshalla, po czym prześlizgnęła się po nich opuszkami.
— Ja i tak wiem — odparła wesoło, przypominając sobie ich niedawną rozmowę. Owszem, miała pewność, że to będzie chłopiec, a wizyta (w tym względzie) była jedynie formalnością. — I tak, za dwa dni. Miałam wrażenie, że to dzisiaj, ale najwyraźniej jeszcze częściowo śpię — zaśmiała się cicho… Jednak z drugiej strony nie było jej aż tak do śmiechu. Brzuch stał się dziwnie twardy; co prawda już kilka razy się to zdarzyło, ale w ostatnim czasie takie sytuacje powtarzały się coraz częściej. Wiedziała jednak, że kobietom w ciąży towarzyszą różne dolegliwości, dlatego też zdecydowała się poczekać aż przyjdzie czas kontroli. — Chyba faktycznie jeszcze trochę się zdrzemnę… Mama ma dzisiaj przyjść. Znowu. Po ostatniej wizycie zrobiła się dziwne troskliwa… Mam nadzieję, że nie ma w tym podtekstów — uniosła obie brwi, spoglądając na sufit.
— Może coś do niej dotarło — zauważył i choć w tonie jego głosu zadźwięczała nieprzyjemna nuta, wyprężył się niby kocur łasy na pieszczoty pod wpływem jej dotyku. Stąd ruszył się niechętnie, podźwignął się jednak na ramionach i cmoknął Jen prosto w usta, następnie całując również jej skryty pod koszulą nocną brzuch, by wreszcie po raz drugi w przeciągu godziny zwlec się z łóżka, przy czym tym razem czynił to o wiele bardziej niechętnie.
— Daj znać, jak już będzie po wizycie — poprosił, przystając w progu i mrugnął do niej porozumiewawczo. Miał mieszane uczucia co do Edith. Poznali się nie tak dawno temu i Jerome nie omieszkał powiedzieć kobiecie paru gorzkich słów, nie potrafiąc dusić w sobie tego, co leżało mu na sercu. Te wszystkie lata, kiedy panna Woolf szukała brata, kiedy dla własnej matki była jedynie środkiem do osiągnięcia celu… Nie mógł puścić jej tego płazem i musiał powiedzieć swoje, nawet jeśli ryzykował wejściem na wojenną ścieżkę z wtedy jeszcze przyszłą teściową. Edith jednak jakby odrobinę się otrząsnęła, stając się na pewno nieco mniej nieobecną, o czym miała świadczyć chociażby jej dzisiejsza wizyta.
— Śpij — powtórzył, uśmiechnął się do Jennifer ostatni raz i przymknął za sobą drzwi, wracając do powolnego szykowania się do pracy. Dopił przestudzoną już nieco kawę, po czym doprowadziwszy się do porządku, pozbierał swoje rzeczy i wsunął buty. Najciszej, jak tylko potrafił, podszedł do drzwi sypialni i uchylił je lekko, nie tyle zaglądając do środka, co nasłuchując. Miarowy oddech Jen utwierdził go w przekonaniu, że kobieta ponownie zasnęła, więc wyszedł, cicho i starannie zamykając za sobą drzwi wyjściowe. Miał wrócić dopiero za osiem długich godzin, z których każda, odkąd wracał do żony i nienarodzonego dziecka, ciągnęła się dla niego w nieskończoność, ale warto było czekać, warto dotrwać do tego słodkiego powrotu.
Minęło kilka godzin, odkąd widziała się tego ranka z ukochanym. Ten dzień ewidentnie wpływał na nią źle, bo nawet po długiej drzemce — jak się okazało — wciąż była strasznie zmęczona. Wstała jednak z łóżka, a potem zaczęła powoli przywracać się do stanu względnej normalności, mimo, iż nawet najmniejsze czynności sprawiały dziewczynie problem. A co będzie za kilka miesięcy? Kiedy przy schylaniu brzuch będzie sięgał niemal podłogi?
Wyszła z łazienki, w pełni ubrana, chociaż bez makijażu. Bo czy miała co ukrywać przed matką? To i tak było dziwne, że nagle zaczęła czuć względem blondynki matczyne odruchy. Kto by pomyślał, że musiało minąć tyle lat, by cokolwiek w tej materii się zmieniło…
Przeszła do kuchni, by zaparzyć wodę na herbatę i jednocześnie kątem oka zerknęła na zegarek. Edith powinna być za piętnaście minut.
Gdy nalewała już wrzątek do kubka, rozległ się charakterystyczny dźwięk. Zmarszczyła brwi, ciaśniej zawiązując sweter wstążką pod biustem, a następnie skierowała się do drzwi wejściowych. Zaraz jednak cofnęła się o kilka kroków, wpuszczając brunetkę do środka.
— Stało się coś? — zapytała, przyglądając się matce, która wparowała do środka niczym tajfun. Jen zatrzasnęła za nią drzwi, skrzyżowała ręce i podążyła za nią. Woolf zaś stanęła na środku pokoju, westchnęła ciężko, odwróciła się na pięcie i spojrzała prosto w oczy blondynki.
— Babcia tu jest.
— Że co?! — jęknęła opuszczając ręce. Aż wyciągnęła szyję i głowę do przodu, otworzyła usta szeroko, a brwi uniosła wysoko. — Jak to tu. O czym ty do mnie w ogóle mówisz?
— Tu, czyli w Nowym Jorku. Widziałam ją. Nie wiem, o co chodzi, może przyjechała sprawdzić, czy dziadek jej nie oszukuje z tą wystawą. Wiesz, jaka potrafi być — wywróciła oczami. — Ale to nie wszystko…
— Do cholery, co jeszcze… — warknęła, siadając na oparciu kanapy. Serce waliło dziewczynie jak szalone, a krew buzowała, przez co dwudziestoparolatka zaczęła słyszeć pisk w uszach.
— Ona chyba wie… Wie o ślubie. No i o tym, że dziadek wiedział, nie powiedział, no i wyszło.
— To jak nie powiedział, to skąd wie?! — rzuciła oschle, zaciskając szczęki i patrząc na matkę z ostrymi błyskami szalejącymi w źrenicach. — Wiedziałam, że to się tak skończy! Trzeba było wtedy wyjść i mieć to w dupie! Co jest z tą rodziną nie tak? Pytam się, co?! Nie możecie żyć normalnie? Jak przyzwoici ludzie? Spójrz na Jerome’a! Wychował się wśród kochających ludzi, a wy co odpieprzacie! — krzyczała wymachując przy tym rękami i ostatecznie wstała z mebla, by krążyć po pomieszczeniu. Edith stała i się jej przyglądała, lecz zaraz rzuciła torbę na krzesło, by podejść do córki i złapać ją za ramiona.
— Wiem. Bardzo dobitnie mi o tym ostatnio przypomniał — odparła twardo. — Ale teraz musisz się uspokoić, pamiętaj, że nosisz w sobie dziecko — dodała już lżejszym tonem.
— A ty od kiedy zrobiłaś się taka kochająco-opiekuńcza, co? Nagle sobie przypomniałaś, że masz też córkę?
Woolf puściła dziewczynę, gdy ta ze łzami w oczach postanowiła usiąść przy stole, gdzie schowała twarz za dłońmi. To wszystko… To było zdecydowanie za dużo. Nie potrafiła funkcjonować w takiej zamkniętej, non stop wylewającej na siebie wzajemnie toksyny rodzinie. To zabijało ją od środka i sprawiało, że sama coraz częściej zastanawiała się nad tym, jaką i ona będzie matką. Czy będzie popełniać te same błędy?
Brunetka ze zrezygnowaniem pokręciła głową, zaraz też usiadła przy dziewczynie i objęła ją ramieniem.
— Jen.... Wiem, że naprawdę dużo się u nas wydarzyło. Że nie da się wszystkiego naprawić. Że to, co raz zostało powiedziane, nie wygłuszy się już w żaden sposób… Że…
— Że wciąż szukasz Noah i nie potrafisz o tym zapomnieć, prawda? Bo ja wciąż cię do niego nie doprowadziłam — walnęła pięścią w stół i natychmiast wstała, żeby zatrzasnąć się w łazience. Wtedy nawet Edith skapitulowała. Bo co miała powiedzieć? Że to nieprawda? Skoro rzeczywistość, poniekąd, wciąż była inna…
Nie minęło pięć minut, a we wnętrzu znów było słychać ten sam dźwięk. Tę samą muzykę, choć nie bezpośrednio. Raczej taką, która poruszała wszystkie struny w sercu, a potem biegła dalej — po nerwach w ciele, pobudzając mięśnie do ruchu. Bezwarunkowego, takiego, jaka zazwyczaj powinna być miłość matki do dziecka. Co jednak zrobić, gdy i to nie jest takie proste?
Starsza z kobiet dźwignęła się na rękach i niespiesznie skierowała się do drzwi, aby je otworzyć. Teraz to i ona miała ochotę zemdleć.
— Co ty tu robisz?
— Och, dajże spokój! Taka jesteś tępa, czy naprawdę myślisz, że nabrałabym się na te twoje tanie chwyty? Co ty, w podrzędnym teatrze pracujesz? Wytropienie ciebie nie było takie trudne. Łazisz jak rozklekotany warchlak na śliskim wybiegu — prychnęła, zarzucając za siebie ześlizgujący się z płaszcza szal. Weszła do środka krokiem modelki z pierwszej klasy, a za nią unosiła się woń… Zgnilizny. Bo chociaż Kate używała perfum z najwyższych półek, widocznie ich kombinacja wywoływała tego typu efekty. Chociaż… Może to kupa kanarka, będąca jednym ze składników jej maseczki — cud maseczki, co trzeba podkreślić, bo przecież jakoś się konserwować musiała — tworzyła ten zapach? — Lepiej mów, co tu robisz, z kim tu jesteś i… Po co jesteś w Nowym Jorku? — zmarszczyła brwi, przyglądając się córce. Wtedy Edith stanęła prosto, wstrzymała nawet oddech, nie mając pojęcia, co zrobić.
Czyli nie wiedziała…
— A co cię to obchodzi?! Jakim w ogóle prawem za mną łazisz, co ty sobie wyobrażasz! Nie masz ze mną kontaktu od ponad dwudziestu lat…
— Trzydziestu.
— Zamknij się! Trzydziestu — poprawiła się, zaciskając dłonie w pięści. — A teraz tak po prostu za mną łazisz? Odbiło ci? Puknij się w głowę — sama zrobiła to, wskazującym palcem prawej dłoni kilka razy stukając o własne czoło. Kate Jones jedynie westchnęła, pokręciła głową i uśmiechnęła się szeroko, rozsiadając się wygodnie na kanapie.
— Szczerze przyznam, że to było ciekawe doświadczenie. No i nie zapominaj, widziałyśmy się…
— A niby kiedy? — fuknęła, opierając się plecami o ścianę.
Kate przez chwilę milczała, spuściła wzrok i zrobiła poważną minę, a przez jej twarz przebiegł cień.
— Na pogrzebie twojej siostry.
Pomimo, iż było na zewnątrz już jasno, wydawać by się mogło, że mieszkanie zalała ciemność. Taka, z której nie dało się tak po prostu wyjść, znaleźć odpowiedniej drogi, nawet gdyby dzierżyło się w dłoniach latarkę o dużym zasięgu. Zawsze pojawiały się jakieś kręte uliczki w tym zaginionym mieście przeklętych dusz, przez co porozumienie w rodzinie Jonesów i Woolfów było niemal niemożliwe do uzyskania. Dlaczego było aż tak trudno? Co najśmieszniejsze, tego chyba nie wiedział nikt.
Edith, czując, jak wszystkie jej skrawki lodowacieją, zamarła na dłuższy moment. Potem uśmiechnęła się pod nosem, pokręciła głową i otarła policzek dłonią, na którym zdążyło pojawić się już kilka łez.
Były ze sobą blisko. Bardzo blisko, zwłaszcza wtedy, kiedy obie pojawiły się po jednej stronie muru, po ciemnej stronie mocy, jak często nazywały swoją sytuację. Helen była dla niej kimś więcej; oparciem, pomocą, mądrością w trudnych chwilach. Jak więc miała dalej bez niej żyć? Bez elementu, który znaczył dla niej aż tak wiele?
— I nawet tam musiałaś zrobić cyrk — skomentowała krótko, doskonale pamiętając, jak zachowała się wtedy ich matka. I wiedziała, że nie wybaczy jej tego do końca życia.
Smukła kobieta, bardziej przypominająca osobę bliżej pięćdziesiątki, niż siedemdziesiątki (albo i lepiej, bo do swojego wieku nigdy nie chciała się przyznać), ułożyła usta w dzióbek, nie odzywając się. Przeżywała tę tragedię na swój sposób. Jaki? Cóż, zdecydowanie niezrozumiały dla całej reszty. Ale jak można zrozumieć coś podobnego…?
— Co tu się dzieje? — spytała cicho Jennifer, wracając do głównego pomieszczenia. Brunetka westchnęła ciężko, wyciągnęła dłoń do przodu i wskazała na kanapę.
— Jen, babcia przyjechała. Huragan Katrina zawitał do Nowego Jorku — odparła, kierując się do kuchni, by nalać sobie czegoś do picia. Najlepiej zimnego, dla ostudzenia emocji, chociaż relacje między kobietami chyba nie mogły być już bardziej oziębłe.
— Już daruj sobie, co?
— A w życiu — dodała, dopadając do lodówki.
A blondynkę wryło w parkiet. Matka jakby nagle zapomniała, że Kate wcale nie musi wiedzieć o tym, że jej wnuczka wyszła za mąż i spodziewa się dziecka. A w dodatku jest z przyjezdnym, Noah się dalej nie odnalazł — przynajmniej taką wersję wydarzeń znała Edith — i cały świat wywrócił się na drugą stronę. I teraz między wybuchem ekstremalnej bomby dzieliło je wszystkie tylko parę sekund, a właściwie jeden ruch. Bo wystarczyło, że Kate odwróci głowę i…
— O rany boskie! Co to jest?! Co tu się dzieje! Co to jest! — krzyknęła, zrywając się z kanapy i podbiegając do blondynki. — Tak przytyłaś… Nie! O Boże, nie! Ty jesteś w ciąży! Jezu, zaraz mi botoks zejdzie! — jęknęła, chwytając w akcie rozpaczy swoją twarz. Woolf-Marshall patrzyła na nią jak wariatkę, która uciekła z zakładu psychiatrycznego, mającą naprawdę ostre zaburzenia poznawcze. — Z kim?
— Z pewnym bardzo przystojnym mężczyzną z Barbadosu — odpowiedziała za nią Edith.
— Skąd?! Puściłaś się  na wakacjach?
— Kurwa, mamo! Babciu! — wrzasnęła, nie mogąc uwierzyć w to, co tu się właśnie wyprawiało. Czy tak musiało być zawsze, za każdym razem? — Jest moim mężem! Wzięliśmy ślub! Żyjemy razem, szczęśliwie, z dala od was wszystkich! Co ty tu w ogóle robisz i jakim prawem wtrącasz się w moje życie?! — zrobiła wielkie oczy, podchodząc do kobiety. Gorąc zalewał ją już ze wszystkich stron, dziewczyna nie dowierzała, jak w przeciągu kilku minut ze zwykłej rozmowy można przejść do… Czym to właściwie było? — Lepiej swojego pilnuj! Bo dziadek o wszystkim wiedział, więc może gdybyś…
— COOOOOOO?! Co za stary skurczysyn! — warknęła, złapała się za boki i zamrugała kilka razy, oddychając ciężko. — Jak mogliście… Jak mogłaś do tego dopuścić! — dodała, podchodząc do Edith. — Dziewczyno, co ty robisz?! Co ty robisz z życiem tych wszystkich ludzi? Najpierw odeszłaś z domu, potem ten cholerny rozwód, śmierć Jacka… Gdybym wiedziała, to bym nie pchała w twoje ręce Rufusa…
— Co? — szepnęła brunetka, wypuszczając szklankę z dłoni. Ta rozbiła się na drobne kawałeczki, które zatoczyły się po posadzce, docierając nawet do salonu. — Co ty powiedziałaś?
— Kim jest Rufus? — zapytała Jen, z przerażeniem obserwjąc to całe pobojowisko. Lecz żadna z nich nie odpowiedziała. — Kim jest, do cholery, Rufus? — powtórzyła, o dziwo spokojnym tonem. Wtedy Kate Jones spojrzała na nią, lecz szybko wróciła wzrokiem na córkę, która teraz bardziej przypominała trupa, niż żywą istotę.
— No, Edith? Kim jest Rufus?
— Jak możesz… — jęknęła, zasłaniając usta dłonią. — Jak możesz być taka podła… Jak możesz mi to robić. Jak… Jak masz czelność to wszystko…
— Kim jest Rufus! — krzyknęła blondynka, nie mogąc już tego dłużej znieść. Kolejne tajemnice? Kolejne niewyjaśnione sprawy w tej rodzinie? Ile jeszcze można, jak długo człowiek jest w stanie pociągnąć taki los?
Edith przeskoczyła przez rozbite szkło, złapała za torebkę i wyszła, rzucając w locie krótkie nie mogę. W ten sposób w mieszkaniu została Jen i Kate — kobiety od siebie tak różne, a jednak w części podobne. Zamiast jednak krzyków, nastała cisza. Nawet cykanie zegara stało się głuche, zupełnie niedostrzegalne dla nich dwóch.
Jennifer podeszła do babci, która w dalszym ciągu w bezruchu pozostawała przy kuchennym blacie. Blondynka stanęła tuż za nią, pochylając się do jej ucha.
— Sprawia ci przyjemność niszczenie innych? Lubisz to, hm? Wylewać swoją pseudo rozpacz, grać w tym drętwym przedstawieniu i ułudzie, którą karmisz wszystkich wokół. Ale wiesz co? Mnie nie nabierzesz. Więc w tej chwili masz mi wyjaśnić, co tu się dzieje i o co chodzi, albo inaczej wyjdź natychmiast z tego mieszkania i nie wracaj do niego nigdy, a o mnie zapomnij. Że w ogóle istniałam — wycedziła przez zęby, zrobiła krok w tył, zaraz podpierając się o lodówkę. Nie czuła się dobrze, ba!, czuła się fatalnie. Do porannych bolączek dołączyły nowe, jeszcze bardziej dobijające. Mimo to Jen położyła dłoń na swoim wyraźnie zaokrąglonym brzuchu, delikatnie i uspokajająco go gładząc. Dziecko zaczęło się nieco bardziej ruszać, dzięki czemu dziewczyna mogła to wyczuć. I choć się na początku bała, teraz nie mogła się doczekać, kiedy stanie się to jeszcze mocniejsze, albo gdy wreszcie ujrzy swojego syna i weźmie go w ramiona. Teraz pragnęła tego całym sercem.
Kate odwróciła się, nie mając pojęcia, co zrobić. Czy choć raz do niej dotarło, że to ona wywołała całą burzę?
Drżała, nie mogąc się poruszyć. Nawet oddech miała nierówny, a oczy zaszkliły się w pełni. Odchrząknęła, potem z wielkim trudem odwróciła się w stronę Jen, uśmiechając się pod nosem. Lecz tym razem nie było w tym ani krzty złośliwości. Pierwszy raz się przejmowała.
— Jen… Będzie czas, że się dowiesz. Obiecuję. Ale dla twojego dobra…
— Och nie mów mi, co jest dla mnie dobre. Oszczędź chociaż to — sapnęła poirytowana, choć takiej wersji Kate Jones jeszcze nie znała. — Powiedz mi teraz. Już. A jak nie, to do widzenia, tam są drzwi — wskazała podbródkiem, nie odrywając wzroku od babki. I naprawdę, miała głęboką nadzieję, że chociaż coś, jakiś maleńki element z tej pokręconej układanki się wyjaśni. Ale Kate postanowiła inaczej.
— Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz — odpowiedziała zimno, poprawiła ubranie, a potem przeszła obok blondynki niczym wiosenny wiatr — lekko, delikatnie, o którym da się parę sekund później zapomnieć. I tylko dźwięk zamykanych drzwi wyrwał dziewczynę z matni, hipnozy, w jakiej się właśnie znajdowała. Nie sądziła, że coś takiego może się stać. Ale… Na co właściwie liczyła?
To przecież krew Jonesów. Woolfów była trochę inna.
Stała tak przez dobre kilka, jak nie kilkanaście minut. Patrzyła się w nieokreślony punkt przed sobą, coraz mocniej zaciskając pobielałe już palce na zewnętrznej stronie lodówki. Patrzyła i nie wierzyła, jak prosto przyszło zarówno matce, jak i Kate ją zignorować. Jakby była nikim. Niczym. Tak po prostu wyszły. Zniknęły. Aż tak bardzo nie zasługiwała na ich uwagę? Nawet po tym wszystkim?
Po jej policzkach zaczęły płynąć łzy. Usiadła na podłodze, pośród rozbitego szkła, nie mając już kompletnie siły na to wszystko. Dlaczego nawet wtedy, gdy zaczynała od nowa, wszystko musiało się tak, z siłą tsunami, łamać, psuć i niszczyć? Dlaczego nie mogła być po prostu szczęśliwa?
Pół godziny później zdarzyło się coś niespodziewanego. Kate, wychodząc z kamienicy wnuczki skierowała się prosto do galerii, gdzie znajdowały się wystawy Michaela. Wiedziała, że go tam spotka; miał spotkanie umówione na popołudnie. To z nim przyjechała do Nowego Jorku, pod pretekstem umówienia się do miejscowego salonu odnowy biologicznej. Chciała też znaleźć coś u Tiffaniego. A jaka była prawda? Cóż, pani Jones doskonale wiedziała, że jej mąż ma kontakt z wnuczką. Kilka razy podsłuchała odpowiednie rozmowy, wynajęła też detektywa, który dostarczył kobiecie cały szereg niespodzianek. Mimo to nie zdawała sobie sprawy, że Jen jest w ciąży i że wyszła za mąż. To udało mu się perfekcyjnie zataić.
— Jak mogłeś, jak mogłeś milczeć i to w takiej sprawie!
— A co miałem zrobić? Wiedziałem, że zachowasz się jak totalna kretynka, czego zresztą właśnie dowiodłaś! — warknął zdenerwowany mężczyzna, w biegu zapinając guziki płaszcza. — Rany boskie, Kate! Co ty robisz tej biednej dziewczynie.
— Zamknij się i chodź, została sama. Mam złe przeczucia — dodała, ciągnąc męża za sobą by jak najszybciej wsiąść do auta, które po chwili mknęło już przez nowojorskie ulice, prosto do mieszkania Jerome’a i Jen. A gdy i tam zjawili się państwo Jonesowie, szybko wdarli się do środka. Klucz nie był przekręcony w zamku.
— Jen, Jennifer! Michael, szybko, łap ją! Moje dziecko… — jęknęła z przerażeniem Kate, dobiegając do wnuczki. Blondynka była nieprzytomna, leżała na kanapie  nie ruszając się. — Trzeba zawołać karetkę! Boże, co tu się dzieje…
— Wieziemy ją do szpitala. Nie ma na co czekać, patrz, jaka jest blada — dodał, biorąc ją na ręce i wychodząc z mieszkania. — Weź jej rzeczy, trzeba zawiadomić innych — dorzucił pod koniec, zbliżając się do windy. Michael co prawda miał już swoje lata, ale był w doskonałej kondycji, której pozazdrościć mu mógł nawet trzydziestolatek.
Kobieta w pędzie odnalazła torebkę Jen, spoglądając jedynie szybko na to, czy ma dokumenty. Nie zwróciła uwagi na telefon leżący na ławie. Nie było to teraz ważne.
Zaś na drugim końcu strefy życie płynęło zdecydowanie spokojniej — jak przynajmniej mogło się wydawać. Jerome starał się zbyt często nie spoglądać na zegar, gdyż wtedy czas zdawał się płynąć zdecydowanie wolniej. Miał jednak bardzo utrudnione zadanie, gdyż urządzenia odmierzające upływ kolejnych minut atakowały go zewsząd; godzina widoczna była na pulpicie komputera, na wyświetlaczu telefonu, a jakby tego było mało, to dokładnie na przeciwko jego stanowiska pracy wisiał duży zegar ścienny, który nieustannie znajdował się na pograniczu jego pola widzenia, nawet jeśli brunet patrzył w zupełnie innym kierunku. I to nie tak, że nie lubił swojej pracy i to dlatego niecierpliwie wyczekiwał siedemnastej. Po prostu, wiedząc, jak sekundy, minuty i godziny skąpane w rwącej rzece czasu nieubłaganie uciekały mu przez palce, próbował wyrwać wprost z rwącego nurtu każdą z nich, by móc przeznaczyć ją dla siebie i Jen, jakby nie wystarczyło, że już do samego końca, płynąc z prądem, nim wpadną w bezkres zimnego i ciemnego oceanu, będą razem.
— Coś ty taki zamyślony? — zagadnęła go wychodząc z zaplecza Marita, łokciami opierając się o kontuar częściowo oddzielający go od pozostałej części pomieszczenia. — Wszystko w porządku?
— Tak. Po prostu źle dziś spałem. — Machnął ręką i posłał kobiecie blady uśmiech. W następnym ułamku sekundy jego uwagę przyciągnął wibrujący telefon, niemrawo przesuwający się po blacie biurka. Nie znał numeru, który się wyświetlił i westchnął bezgłośnie, zastanawiając się, co tym razem ktoś zechce mu sprzedać lub na jaki pokaz zaprosić. Przeprosił Maritę i mimo wszystko sięgnął po komórkę, kciukiem przeciągając w bok zieloną słuchawkę.
— Słucham?
— Pan Jerome Marshall? — spytała znajdująca się po drugiej stronie aparatu kobieta. W tle słychać było szum wielu głosów charakterystyczny dla call center, lecz gdzieś jakby nieco dalej wybrzmiały również krzyki i ponaglenia, przez co wyspiarz poczuł ukłucie niepokoju.
— Przy telefonie — odparł, uznając, że da nieznajomej szansę, nim się rozłączy bez pożegnania ani grzecznej odmowy. Telemarketerom niestety nie dało się wejść w słowo, więc już dawno zaprzestał wszelkich prób kulturalnej odmowy i pożegnania, po prostu naciskając czerwoną słuchawkę.
— Pańska żona, Jennifer Woolf-Marshall?
— Tak…?
— Jest w szpitalu. Proszę przyjechać — rzuciła zdawkowo i podała mu adres. — I proszę się pośpieszyć — dodała, po czym w głośniku wybrzmiał sygnał przerwanego połączenia, Jerome natomiast zamarł z komórką przyciśniętą do ucha.
— Sekretareczko? — Gdzieś z oddali, jakby stłumiony przez grubą szybę, doleciał do niego głos Jaspera. — Co się stało?
Te słowa były dla niego jak zapalnik. Nim uderzyła w niego fala uczuć, która bez wątpienia by go sparaliżowała, poderwał się z miejsca i pobiegł na zaplecze, gdzie szarpnięciem ściągnął z wieszaka kurtkę. Odepchnął od siebie wszystko, co tylko udało mu się odsunąć, z chęcią przyciągając bliżej jedynie adrenalinę napędzającą go do działania.
— Muszę jechać do szpitala. Jen — sapnął, przebiegając przez salon i wypadł na ulicę, dopiero na chodniku wciągając na siebie kurtkę. Wbiegł niemalże na sam środek ruchliwej drogi, gorączkowo machając do wszystkich taksówek. Został obtrąbiony i sklęty przez wszystkich mijających go kierowców, nim wreszcie jeden z charakterystycznych żółtych pojazdów zatrzymał się tuż przed jego nosem.
— Panie, co pan wyprawiasz! — warknął taksówkarz, opuszczając szybę. — Wsiadaj pan i mów, co się dzieje!
— Moja żona jest w szpitalu. Szybko, proszę. — W jego głosie wybrzmiała zdradliwa, jękliwa nuta, kiedy opadł na tylną kanapę pojazdu, zatrzaskując za sobą drzwi. Kierowca skinął głową, nie tyle poprosił, co zażądał dokładnego adresu, a następnie ruszył z piskiem opon. Wysiadając pod właściwym budynkiem, Jerome rzucił kilka banknotów na siedzenie przed sobą i w kilku susach pokonał parę stopni prowadzących do wejścia, kierując się do recepcji i dalej, na oddział, gdzie podobno Jennifer została niedawno przewieziona. Nie czekał na windę. Wbiegł po schodach na trzecie piętro, a serce tłukło się w jego piersi wcale nie z powodu wzmożonego wysiłku. Wreszcie, zdyszany, z potarganymi włosami i rozwianą kurtką, wpadł na pusty korytarz, gdzie panował zaskakujący spokój. Jerome zderzył się z nim jak z grubą ścianą, przystając gwałtownie i rozglądając się wokół. Jego rozbiegane spojrzenie skakało między kolejnymi punktami, a on sam z trudem zapamiętywał szczegóły. Krew szumiała mu w uszach, serce rozpaczliwie tłukło się o żebra, aż lekko pociemniało mu przed oczami i musiał podeprzeć się dłonią o ścianę, nim chwiejnym krokiem ruszył dalej.


Ciąg dalszy nastąpi...

23/11/2019

2117. Queen of rain and the broken lines

 Notka pisana z porywem serca, od kilku miesięcy, a więc nie mogła być krótsza. Serdecznie dziękuję za każdy przeczytany wers - wciągającego stąpania po historii! 
Udźwiękowienie: Dua Lipa & Martin Garrix: Scared to be lonely oraz Roxette: Fading like a flower; It Must Have Been Love; Queen of rain; Things Will Never Be The Same.





♭ — ♩ — ♪ — ♫ — ♬


It was great at the very start
Hands on each other
Couldn't stand to be far apart
Closer the better


Czy wiesz jak to jest stać nad przepaścią? Kroczyć po cienkiej linie, całkowicie samotnie, stawiając krok za krokiem, tylko po to, by przedostać się na drugą stronę, nierzadko bawiąc się z losem w ten sposób w ciuciubabkę? Czy wiesz jak to jest, kiedy nagle oddech zamiera ci w płucach, serce przestaje bić, a przed oczami pojawia się ciemność?
Jeden zły ruch, a nie będzie już odwrotu.
Nie możesz się zatrzymać. Musisz kroczyć przed siebie, bo pozostanie w takiej sytuacji na dłużej tylko skraca twój czas na ratunek. Zastanawiasz się, zaledwie przez ułamki sekund, bo nie potrafisz przecież użyć czarodziejskiej różdżki, żeby wskazówki zegara poruszały się wolniej. Myślisz — wytężasz umysł tak bardzo, że zmuszasz go do pracy na najwyższych obrotach. Aż boli cię każda tkanka, kiedy z całych sił powstrzymujesz się przed podjęciem złej decyzji, choć nie masz żadnego pojęcia, która — tak naprawdę — będzie tą właściwą. Pozostaje ci jedynie cofnąć się (lecz czy nie będzie to marnotrawstwo?) lub iść dalej, nie będąc pewnym, czy ów lina na pewno wytrzyma kolejny ciężar. Czy nie przeciągniesz tej struny, która tylko z wierzchu wydawała się żelazna, w rzeczywistości będąc tak kruchą, iż rozerwałaby się nawet przy intensywniejszym nacisku. Walczysz ze sobą, ze swoimi demonami na plecach i aniołami nad głową, nie mogąc się w pełni skupić. Ciągle słyszysz w uszach wwiercający się w samą duszę szum, w pewnym momencie zamieniający się w truciznę i roztaczający ją po całym organizmie. I jeśli nie odważysz się spróbować, umrzesz na samym środku, dokładnie pośrodku niczego. Nie wrócisz do pewniejszej, choć boleśniejszej przeszłości — bo nie da się odwrócić tego, co już się stało, można to jedynie w pamięci przeżywać raz jeszcze — ani nie zaczniesz gnać w nieznane, w dalszym ciągu szukając odpowiedzi. Nie przekonasz się, czy cała dotychczasowa podróż była cokolwiek warta, jeśli ugniesz się i padniesz na kolana przed strachem, jaki goni cię od dobrych paru miesięcy. I nie dowiesz się też — co może być, w zasadzie, z tego wszystkiego najgorsze — kim jesteś. Z czego się składasz. Czego potrzebujesz. Co chcesz widzieć każdego ranka, a przy czym zasypiać każdej nocy. Nie przekonasz się o tym i nie posmakujesz prawdziwej egzystencji, jeśli tak po prostu zmarzniesz w czeluści, która pochłonie cię w minucie, nie pozostawiając po tobie nawet rozdmuchanego przez wiatr prochu. Nikt nie będzie o tobie pamiętał, ponieważ zrobiłeś wszystko, by stać się kojarzonym, ale w dalszym ciągu kimś obcym. Nikt nie zapłacze nad twoim grobem, którego, szczerze mówiąc, nie będzie. Bo wciąż będziesz tylko chodzącą marą, nieco bardziej rozgrzanym trupem, z rozerwanym na kawałki sercem, wypaloną duszą i dogasającym umysłem. A wszystko to stanie się tylko dlatego, że nie potrafiłeś wybrać. I — w efekcie — zrezygnowałeś też z samego siebie.
Bo ile można uciekać przed sobą?


Make-believing we're together,
that I'm sheltered by your heart.
But in and outside I've turned to water
like a teardrop in your palm.


Sierpień,  2019 rok, Nowy Jork

Lato w Nowym Jorku było zaskakujące. Zupełnie inaczej wyobrażała sobie tę porę roku w Wielkim Jabłku, spodziewając się raczej dużo niższych temperatur, niż takich, jakie występowały w jej rodzinnym Los Angeles. Doskonale pamiętała, jak w upalne dni chowała się z bratem pod największym drzewem, gdzie zawsze panował delikatny chłód. Matka przynosiła im wtedy świeżą lemoniadę, z całą masą kostek lodu, stawiając dzbanek na małym szklanym stoliku. Obydwoje z Noah dopadali do szklanek, wyrywając sobie z rąk większe naczynie. Wywoływało to w rodzicielce tylko głośne westchnienie i po chwili serię skarceń, a całą sytuację musiał ratować ich ojciec, zawsze pozostający odrobinę z boku. Był tajemniczy; zawsze pomocny, wyciągający do kogoś dłoń jako pierwszy, przepraszający nawet za coś, co nie było jego winą. Doskonale potrafił słuchać, był najlepszym przyjacielem, jakiego można było sobie wymarzyć. Prawdziwy bohater dla takiej małej dziewczynki, jaką była Jen. I nawet po latach, kiedy wszystko między Edith a Jackiem się zmieniło, panna Woolf w dalszym ciągu widziała w nim swoją opokę, kogoś, za kim nie sposób było nie tęsknić. To nic, że dzieliło ich mnóstwo mil — wciąż chętnie latała do Nowego Jorku, gdzie mogła odwiedzać również brata, za którym tęskniła notorycznie każdego dnia, coraz bardziej. Przyzwyczaiła się do nowej sytuacji (rozwód rodziców przecież nie mógł się równać z klęską żywiołową, prawda?), chociaż z początku bywało naprawdę trudno. Ale czy mogło być cokolwiek ważniejszego dla dziesięciolatki na tyle, aby stanęło na drodze między nią, a ukochaną rodziną?
Lecz Jack miał również swoją drugą twarz. Tą skrytą, przyczajoną, o której nie mówiło się zbyt wiele, bo też nie było okazji, żeby ów temat poruszać.
Jako prawnik, a dokładnie mówiąc adwokat, wiele razy miał do czynienia z podejrzanymi ludźmi. Był bardzo inteligentny, oczytany, sprytny, a także miał dziwny talent do spostrzegania, po czyjej stronie naprawdę leży wina, umiejętnie doprowadzając do skazania faktycznego winowajcę. Po pewnym czasie jego zdolności stały się zauważalne dla coraz większego światka, również tego bardziej niebezpiecznego, a nazwisko Woolf sławne w danych kręgach. Przez to jednak zaczął być jeszcze większym niż do tej pory samotnikiem, zamkniętym w sobie człowiekiem, bardziej cichym i milczącym, niż podkreślającym własną obecność. Lecz dzięki temu zyskał także miano jednego z lepszych w branży, dodatkowo gromadząc na koncie w banku coraz to większe sumy. Nigdy nie obnosił się z własnym bogactwem, chcąc prowadzić życie takie, jak do tej pory — bez przepychu, drogich bibelotów, skupiając się tylko na tym, co jest w tym wszystkim najważniejsze.
I gdy tak patrzył na swoją przeszłość oraz to, do jakich wyrzeczeń zmuszona była jego żona, śmiał się głucho w duszy, chociaż było w tym więcej gorzkiego żalu, niż uznania i dumy.


In a time when the sun descends alone
I ran a long long way from home
To find a heart that's made of stone



Wigilia, 1987 rok, Los Angeles

W pewnej rezydencji od samego rana krzątały się gosposie, kamerdyner doglądał, czy wszystko jest już gotowe, poprawiając nawet krzywo położone sztućce. Ogromne, kilkuramienne świeczniki zdobiły środek stołu, a obłożone były gałązkami świerku i przyklejonymi do nich bombkami, oczywiście drogimi i z najwyższej półki. Choinka, prawie pięciometrowa, sięgająca do samego sufitu, ustawiona była w holu, naprzeciwko głównego wejścia. Goście musieli czuć przecież zachwyt i zdumienie od samego progu, czując w nozdrzach docierające zapachy wykwintnych dań i porozwieszanych na drzewku piernikach. Nawet marmurowe posadzki, w kolorze kości słoniowej, lśniły niczym lustro, aż można było się w nich przejrzeć. Kate bowiem dbała o każdy, nawet najmniejszy szczegół, doniośle dając znać służbie, jeśli coś jej się nie spodobało. Dlatego też ganiała swojego męża do jego pracowni, by wyciągnął najlepsze i najczęściej nagradzane fotografie, oprawiając je w specjalne pozłacane ramki, żeby zaproszeni celebryci mogli zatrzymać się przy nich na chwilę i z teatralną fascynacją rozprawiać o ich sensie przy lampce wina o wyrafinowanym smaku. Wszystkie podobne rzeczy wystawiane były na monumentalnym kominku, gdzie była modelka pozwalała swoim córkom wywiesić dwie drobne skarpety bożonarodzeniowe, choć miały już one ukończone te magiczne osiemnaście lat. Było to dla niej jednak na tyle urocze — a zdarzało się to naprawdę rzadko — że element ten stał się częścią corocznej tradycji.
Gdy dochodziła godzina dwudziesta, krzesła stały od stołu w idealnej odległości, dębowe kanapy pokryte jedwabiem zostały odkurzone, a srebrna i kryształowa misa z owocami spoczęły na osiemnastowiecznej ławie, pani Jones zeszła z piętra po schodach w długiej czarnej sukni, mającej przy ramionach bufki, a na szyi diamentową kolię, wszyscy obecni w pomieszczeniu wstrzymali oddech. Mimo czterdziestu dziewięciu lat wyglądała na co najwyżej trzydzieści pięć, zachowując wciąż młodość i energię, jaką pozazdrościć jej mogła niejedna nastolatka. Wystarczyło jedno spojrzenie wydobywające się spomiędzy czekoladowych tęczówek, aby osoba przykuwająca jej uwagę poczuła się niepewnie, lub by serce przyspieszyło momentalnie, skacząc niemal do gardła z podekscytowania. Kate Jones była perfekcyjną gwiazdą gal i przyjęć, żywiącą się pochlebstwami i złudzeniami. Stworzyła własny szklany dom, w  którym pełno było intryg, knowań i iluzji idealnej, obrzydliwie bogatej rodziny.
Inaczej było z panem tejże rezydencji. Michael Jones od zawsze przypominał typowego, głęboko pochłoniętego przez artystyczny świat fotografa, który dostrzegał sztukę dosłownie wszędzie, gdzie się tylko odwrócił. Miał doskonałe wyczucie stylu, smak, w jakim zakochał się Waszyngton, a potem cała Północna Ameryka. Szybko stało się o nim głośno także w Europie i Australii, gdzie przebywał jednorazowo po kilka miesięcy. Trafił przez to na nieszczęsne salony, choć wcale nie było mu do nich śpieszno. Ale to tam właśnie poznał swoją przyszłą żonę, będącą wtedy jeszcze początkującą modelką, pozującą dla krnąbrnych i zapatrzonych w siebie “artystów”... Zupełnie takich, jak ona sama.
Co ich więc połączyło? Świat bogaczy wciąga, bardzo szybko uzależniając od siebie wszystkie delikatne dusze, nie mające na tyle samozaparcia, by się od niego wyzwolić, czy nawet nie dać się mu ponieść. Kiedy jednak spędza się tyle czasu z kobietą, która była przecież żywym utożsamieniem bogini seksu i marzeniem wielu innych mężczyzn, nie dało się obok tego wszystkiego przejść obojętnie i samoistnie zrezygnować z tworzenia własnego, unikatowego królestwa.
W pewnym momencie więc Michael stał się jednym z nich, rozkoszując się trucizną, jaka rozlewała się po jego żyłach przez te wszystkie lata, zamieniając go wreszcie w więźnia złotej klatki, jaką też sobie sam zbudował.
Dlatego też, choć był od swojej wybranki o pięć lat starszy, przypominał dużo bardziej człowieka grubo po pięćdziesiątce, z posiwiałymi włosami, ale jednocześnie wciąż zachowującego przystojną twarz i pozostałe kształty wziętego, przed laty do cna prawdziwego fotografa.
— Och, gdzie jest mój mąż? Gdzie jest moja córka? — zawołała Kate, rozglądając się po salonie.
— Szykuje się — odparł Michael, który zjawił się tuż po niej. Usiadł na wygodnym meblu, całkowicie bagatelizując zakaz żony dotyczący nie ruszania niczego, co mogłoby się pognieść, do czasu nadejścia pierwszych gości. — Pewnie wciąż słucha tego rozkrzyczanego zespołu z różami i bronią w nazwie i próbuje udawać, że chwilowo jest niewidoczna dla świata.
— Ha! Nigdy jej się to nie uda. Nie z tą fryzurą. Chociaż… Nigdy nie będzie potrafiła przykuć na sobie uwagi, tak jak ja. Tylko jedna może być królową. A ona nigdy mi nie dorówna — przewróciła oczami i machnęła dłonią, krzywiąc się wyraźnie. Nie cierpiała tej mody na stroszenie włosów, skórzane kurtki i przylegające do ciała lateksowe spodnie, którymi zachwycały się wszystkie młode panny, przy okazji wzdychając do “mężczyzn” przypominających lalki. Jak one mogły? Całkowite bezguście!
Mężczyzna spojrzał na szatynkę spode łba, pokręcił głową i zasłonił oczy dłonią, nie mogąc zrozumieć, jak Kate mogła wyrażać się tak o własnej córce. Pomimo tego, iż sam zaczynał powoli przestawać zwracać uwagę na cokolwiek, co działo się w tym domu, to jednak gdzieś w głębi serca wciąż tliła się ta iskierka normalności, błagająca o pomoc przed całkowitym wygaśnięciem. On jednak skutecznie zagłuszał ją każdego dnia, skupiając się tylko na swoich pasjach, jakimi były kolejne odkrycia naukowe i dwa psy rasy Corgi, którym poświęcił całą nową serię zdjęć. Ewidentnie zapomniał o tym, kim kiedyś był.

— Czy ktoś widział moją książkę?
Małżeństwo obejrzało się za siebie, dostrzegając w rozsuwanych drzwiach młodszą z córek. Edith urodą przypominała matkę, jeśli zaś chodziło o charakter, nie był on zbliżony do żadnego z rodziców. Może jedynie niektóre cechy odziedziczyła po ojcu, lecz zarówno ona, jak i jej siostra, zdecydowanie odstawały od szablonowego środowiska, w jakim się obracały.
Kate zmierzyła wzrokiem brunetkę, unosząc wysoko brwi.
— Edith! Co się stało z twoją suknią?! — jęknęła, opierając opuszki na swoich skroniach. — To była perła od Coco Chanel! Co ty z nią zrobiłaś!
— Wymagała odświeżenia — wymamrotała dziewczyna, patrząc na dół ubrania, który był pocięty w szerokie pasy, a w talii sukienka została przepasana grubym, skórzanym paskiem. Uwielbiała pokazywać, że nie jest porcelanową kukłą, którą chcieli z niej zrobić. Buntowała się, stawiała na swoim, choć wciąż po części była uległa toksycznej rodzicielce. Nie mogła żyć pełnią życia, wiecznie czując na swoich barkach śledzący ją wzrok Kate. — Teraz wygląda lepiej.
— Jak ty się pokażesz gościom!
— A jeśli już o nich mowa… Jack też przyjdzie.
Niezręczna cisza zapanowała w salonie, przez co tykanie antycznego zegara spotęgowało się znacznie, przełamując chłód i pustkę, jaka ziała ze spojrzenia pani Jones.
Kate ułożyła dłonie w pięści, powstrzymując się przed nadchodzącym atakiem furii.
— Nie.
— W takim razie mnie też nie będzie — Edith odwróciła się na pięcie, kierując się w stronę wyjścia. Tym jeszcze bardziej rozzłościła matkę, która ruszyła za nią w pogoń, mocno łapiąc za przedramię.
— Nigdzie nie idziesz!
— To jeszcze się zdziwisz! — warknęła, próbując wyswobodzić się z jej uścisku. Wtedy w holu pojawił się Michael, przyglądając się całemu zajściu. Obrazek ten przypominał mu scenę sprzed paru lat, kiedy to Helen zachowywała się w podobny sposób. Była mniej niepokorną duszą, niż młodsza Jonesówna, lecz sama również pragnęła decydować o własnych wyborach, co nie było w tej rodzinie takie oczywiste i proste.
Kate złapała córkę za włosy, zaciągając ją z powrotem do salonu, ale w pewnym momencie poślizgnęła się, potrącając akurat idącego z tacą kieliszków kamerdynera. Całe szkło spadło na podłogę, roztrzaskując się w drobny mak. Edith w locie zderzyła się z jednym z odłamków, przez co po chwili z jej dłoni zaczęła płynąć krew. Opadła bezwiednie na posadzki, sycząc z bólu i zaciskając zranione miejsce. Od razu podeszła do niej jedna ze służących, próbująca przyjrzeć się nacięciu. Pan Jones nawet o milimetr nie ruszył się z zajmowanego miejsca, ponieważ za bardzo przyzwyczajony był do takich sytuacji, przez co nie wywoływały w nim już one żadnych emocji. Kate zaś stała nad córką oddychając ciężko.
— Zapomnij o nim! Więcej się z nim nie zobaczysz!
— I co? Zrobisz to samo, co z Helen? Też mnie wydziedziczysz?! — krzyknęła, biorąc od pracownicy ręcznik, którym owinęła dłoń. — Czy ty zawsze musisz postawić na swoim? Nie potrafisz zrozumieć, że nie dla każdego liczą się pieniądze, że są też inne wartości w życiu? Kim ty, do cholery jesteś, żeby zarządzać moim życiem?! — wbiła w nią swój przepełniony złością i żalem wzrok, chociaż w środku czuła olbrzymią bezradność. Serce rozrywało się dziewczynie na pół; mimo wszystko kochała rodziców, ale nie mogła pozwolić na to, by zniszczyli ją i przemienili w aktorkę ich własnego przedstawienia, w którym udziału brać nie miała zamiaru.
Przygryzła mocno dolną wargę, spuściła wzrok i westchnęła ciężko.
— Wstydź się. I nie waż się więcej mówić o swojej siostrze. Dla mnie już nie istnieje — wycedziła przez zęby beznamiętnym tonem, prostując się i poprawiając suknię. — Nie będziesz spotykała się z kimś bez przyszłości, kto nie ma ani grosza przy duszy. Co ty sobie myślisz, dziewczyno?! Że będziemy narażać dobre nasze nazwisko dla publicznego pośmiewiska? Bo sobie córka Jonesów wybrała bękarta bez grosza przy duszy! Początkującego prawnika, który pewnie daleko nie zajdzie. Phi, jesteś śmieszna! — prychnęła, a potem zaśmiała się szyderczo, odwracając się od niej i idąc do salonu.
— Jestem w ciąży.
Kate myślała, że zaraz dostanie zawału. Cała aż zbladła, a krew, jeśli w ogóle jakakolwiek pozostawała jeszcze w tym zimnym na wskroś ciele, odpłynęła z jej głowy, przez co przed oczami miała jedynie ciemność.
— Co? — wydukała po paru sekundach, w tym momencie spoglądając na męża. Który, nawiasem mówiąc, wreszcie się chyba czymś przejął.
Odwróciła się z powrotem w jej stronę, podchodząc kilka kroków bliżej.
— Co ty powiedziałaś?
— Jestem w ciąży. Będę miała dziecko. Jack jest ojcem.
Wymierzyła siarczyste uderzenie w policzek Edith. Tak mocne, że młoda dziewczyna aż się zakołysała.
— Na Boga, Kate! Co ty wyprawiasz! — wrzasnął Michael, ruszając się z miejsca i podbiegając do córki. — Już całkowicie ci rozum odjęło?! — warknął, pomagając Edith wstać. W tym samym momencie rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Kamerdyner, cały roztrzęsiony, podbiegł je otworzyć. Również zbladł, gdy zobaczył przed nimi Jacka.
— Przepraszam… Najmocniej Pana przepraszam, ale to nie jest dobry moment… Musi Pan iść… — wyszeptał, próbując ratować i tak patową sytuację. Młody Woolf zmarszczył jednak tylko brwi i przedarł się do środka, natychmiast rzucając się w stronę ukochanej.
— Rany, Edith, co się stało, co tu się dzieje?! Nic ci nie jest? Kochanie? — dopytywał, biorąc dziewczynę w swoje ramiona i przytulając ją mocno do siebie. Przez dłuższą chwilę nie spoglądał nawet w stronę jej rodziców, skupiając się tylko i wyłącznie na swojej wybrance.
— Jack, powinniśmy wyjść… — wymamrotała, zerkając nieśmiało na matkę. — Nie jestesmy tu mile widziani…
Są takie momenty w życiu, kiedy trzeba podjąć wspomnianą wcześniej decyzję, która zaważyć może na całej przyszłości i mieć konsekwencje nawet w kolejnych pokoleniach. Zrobić krok, którego piętno odciśnie się na tyle mocno, by nawet i sto lat po pewnych wydarzeniach dzieci z danego domu rodziły się ze znamieniem, jakie wypalać ich będzie doszczętnie każdego dnia i każdej nocy, prześladować w marzeniach i szarych codziennościach, nawet o tym nie wiedząc. I nie będzie się  dało tego cofnąć. Choćby próbowało się wszystko zmienić, zacząć od nowa, jeszcze raz. Nie będzie się dało zmienić przeszłości.
Oddychała ciężko, a jej wzrok płonął niemal ogniem piekielnym, wyrwanym prosto ze zgorzkniałego, przesiąkniętego zgnilizną serca. Pięści zaciskały się coraz bardziej, a ciało się trzęsło.
— Jak teraz wyjdziesz, nigdy więcej nie wrócisz — wycedziła przez zęby Kate, wręcz morderczymi odczuciami oblewając sylwetkę Woolfa. — Albo to teraz skończysz, albo znikniesz jak siostra — dodała, tym razem do Edith. To nie musiała się długo zastanawiać. Wyprostowała się, otrzepała sukienkę, zrobiła kilka kroków do przodu by stanąć twarzą w twarz z matką. Uśmiechnęła się pod nosem, a potem zaczesała kilka kosmyków za jej ucho, gdy kula w gardle zaczęła się rozrastać. Jeszcze nigdy wcześniej nie czuła w sobie takiej odwagi wymieszaną z niepewnością, czy to wszystko jej się śni, czy może jawa postanowiła sobie z niej szyderczo zakpić.
— Przykro mi, że nie potrafisz już czuć szczęścia. I jeszcze bardziej mi przykro, że nie wiesz, czym tak naprawdę jest miłość — wyszeptała, przygryzając mocno dolną wargę. Mierzyła się z nią na spojrzenia jeszcze przez kilka sekund, które zdawały się trwać całą wieczność. A potem, po dostrzeżeniu całkowitej pustki w oczach Kate, popatrzyła na ojca, by się z nim pożegnać. Mała łza spłynęła po jej policzku, bo chyba tylko tego jeszcze żałowała — że nie potrafiła uratować Michaela przed tą całą klęską. I nawet nie żywiła już do niego żalu. Wiedziała, że przesiąkł doszczętnie trucizną.
Jack nie mówił nic. Wiedział, że to już dalej nie miało żadnego sensu. Wiele razy wcześniej próbował załagodzić ten irracjonalny konflikt, który zżerał wszystkich po kolei. Może tak po prostu było lepiej?
— Możesz mi podać płaszcz? — zapytała kamerdynera, ogromnie walczącego z tym, żeby nie zamienić się w jedną wielką fontannę. Skinął jedynie głową i pobiegł po odzienie, pomagając dziewczynie się w nie ubrać. Ręce mu drżały, a usta wykrzywiały się w widocznym grymasie. Wiedział jednak, że to było właściwe rozwiązanie. Że może dzięki temu zacznie żyć inaczej. Normalnie.
— Proszę na siebie uważać, panienko…
Uśmiechnęła się pod nosem, całując go czule w policzek. A potem… Potem złapała za rękę swojego przyszłego męża, z którym miała w kolejnych latach doczekać się dwójki dzieci i mając jeszcze wtedy nadzieję, że los się faktycznie i do niej uśmiechnie. Bo ile można być nieszczęśliwym…?
Nie obejrzała się już ani razu. Po prostu wyszła. Zniknęła, nigdy więcej nie stawiając w tym domu ani jednego kroku. Zamknęła za sobą całkowicie drzwi przeszłości, rozpoczynając kolejny etap. Zupełnie inny, składający się z całej gamy emocji, sytuacji i przeżyć, wcale nie tych najlepszych. Ale jedno musiała przyznać — i tak było to zdrowsze, niż pozostanie w trumnie przyszykowanej przez matkę.
Głucha cisza zapełniła pomieszczenie, ale taka aż wwiercająca się w uszy. Wszyscy milczeli, nie mogąc się poruszyć. Co tu się właściwie wydarzyło?
Michael nie mógł uwierzyć, że sytuacja sprzed paru lat się powtórzyła. Jak mogło się to stać i z drugą córką? Stał tak pogrążony i sparaliżowany, jedynie mrugając. Kate zaś przełknęła z trudem, wbijając spojrzenie w zamknięte drzwi wejściowe. Wzięła głęboki wdech, pokręciła głową i skierowała się do salonu.
— Posprzątajcie to. Zaraz przyjdą goście.
— A panienka…? — zapytała jedna ze służących, ściskając w dłoniach zakrwawiony kawałek materiału. Wtedy Kate przystanęła tuż przy kominku, patrząc na dwie świąteczne, rozwieszone skarpety.
— Nikogo takiego tu nie ma. I nigdy nie było — odparła w końcu z trudem, dłoń umieszczając na cienkim sznurku, na którym zawieszone były ozdoby. I ją zaczęło w końcu otaczać coś niezrozumiałego; czyżby wreszcie pojawił się ból? — A teraz do pracy, mamy do przejścia święta — dodała beznamiętnym tonem, chwytając mocno skarpety i wrzucając je do płonącego ognia.
I tak zerwała się pierwsza lina.

Jack i Edith przemierzali ulice, nie mając pojęcia, dokąd teraz się udać. Wdrapali się więc na sam dach jednego z wyższych budynków, dzięki czemu mieli przepiękny widok na roztaczające się wokół nich miasto, które nigdy nie zasypia.
Dziewczyna westchnęła głośno, opierając dłonie o betonową barierkę.
— Co my teraz zrobimy, Jack…? — zapytała cicho, spoglądając na ukochanego. Ten, choć jego samego trawiła przeokropnie ta niewiedza, objął ją ciasno ramionami, układając dłonie na brzuchu brunetki, a brodę opierając na jej ramieniu.
— Nic. Będziemy żyć. Tak po prostu, dalej. Nasza historia się przecież nie skończyła. Dopiero się zaczyna — wyszeptał prosto do jej ucha, gładząc palcami materiał sukienki. — Kocham cię i to jest najważniejsze. Reszta już się poukłada. Tak po prostu już musi być. A ja jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, że mogę cię mieć i być tutaj z tobą. Jesteś dla mnie wszystkim, Edith. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. I musisz wyjść za mnie, bo inaczej zaraz skoczę z tego dachu i się zabiję, jeśli…
— Czy ty mi się właśnie oświadczasz? — mruknęła zdumiona, odwracając się do niego przodem. — Naprawdę tego chcesz?
— Nie pragnę niczego bardziej! Obudź się, dziewczyno. To wszystko jest tylko dla nas. Inni mogą o tym tylko pomarzyć… — dodał, ponownie odwracając ją w stronę miasta, by jeszcze raz zerknęła na te wszystkie światła. — One płoną tylko dla naszych oczu. I tak długo, jak się świecą, tak będziemy trwać. Razem. Nawet, gdyby miał się skończyć świat, a Nowy Jork w końcu zasnąć. Ale ja chcę się przy tobie budzić każdego dnia. I tyle mi teraz wystarczy… Już nigdy nie będziemy sami.
Edith uśmiechnęła się krótko, zamykając oczy i opierając się tyłem o ciało bruneta. Zacisnęła mocno dłonie na jego rękach, próbując już o tym wszystkim nie myśleć.
Odpowiedź była w tym momencie zbędna. Doskonale wiedział, że się zgodziła. Bo czy mogłoby być inaczej?


Is it just our bodies?
Are we both losing our minds?
Is the only reason you're holding me tonight
'Cause we're scared to be lonely?
Do we need somebody
Just to feel like we're alright?
Is the only reason you're holding me tonight
'Cause we're scared to be lonely?



Michael patrzył na oddalającą się kobietę, jak kiedyś sądził — miłość jego życia. Teraz nie wiedział, co do niej czuje. Czyżby aż tak się pomylił? Co przy niej jeszcze robił? Dlaczego nie wybiegł za córką, obiecując jej, że wszystko będzie dobrze? Że jej pomoże? Dlaczego stał, tak po prostu, i nic nie zrobił? Co go opętało? Czy Kate naprawdę była aż tak zła, do szpiku kości…?

Too much time, losing track of us
Where was the real?
Undefined, spiraling out of touch
Forgot how it feels


All the messed up fights
And slamming doors
Magnifying all our flaws
And I wonder why
Wonder what for
It's like we keep coming back for more


A może po prostu stał się dokładnie taki, jak ona? Może nie potrafił już inaczej? Wsiąkł w ten obłudny świat, samemu pragnąc go bardziej? A może… Może kochał ją wciąż, chorą i bezsensowną miłością, która krzywdziła innych, a od której nie potrafił się uwolnić? Może byli po prostu siebie warci…
Pozostając w pałacu ociekającym złotem, kłamstwami, fałszem i ciszą.     
Lecz nigdy nie zapomniał.


Even when we know it's wrong
Been somebody better for us all along
Tell me, how can we keep holding on?
Holding on tonight
'Cause we're scared to be lonely



Sierpień, 2019 rok, Nowy Jork

Przechadzając się uliczkami cmentarza zastanawiała się, ile jeszcze może się zdarzyć. Ile będzie w stanie znieść? Co przyniosą kolejne miesiące? Czy uda jej się wreszcie porozumieć z  bratem, na którego tak długo polowała? I co wtedy powie matce? Edith przecież tak bardzo chciała, by wrócił do domu…
Stanęła nad grobem ojca, zaraz przyklękając tuż obok. Wzięła głęboki wdech, uśmiechnęła się delikatnie, odrzuciła włosy do tyłu i położyła dłoń na kamieniu, sunąc nią w dół.
— Cześć, tato. Dawno się nie widzieliśmy — zaczęła, palcami drugiej dłoni bawiąc się źdźbłami trawy. — Przepraszam, że nie przychodziłam, ale… Wiesz, jest w końcu parę spraw… Tego akurat nie muszę ci tłumaczyć — zaśmiała się cicho i pokręciła głową. Wtedy trochę spoważniała. — Ktoś się pojawił w moim życiu. To ktoś bardzo ważny. W zasadzie, to znaliśmy się już jakiś czas, ale… To niesamowite — otworzyła szerzej oczy i poprawiła pozycję. — Zakochałam się, wiesz? Tak naprawdę. Tak całkowicie i… To jest naprawdę to. Mężczyzna mojego życia, wyobrażasz sobie? Przepraszam, ale musisz mu trochę ustąpić miejsca — dodała szczerząc się szeroko i przyciągając do siebie nogi, by objąć je ramionami. — Nie sądziłam, że coś takiego mnie spotka. Na pewno nie w tym roku… Zaręczyliśmy się. Naprawdę! To wszystko dzieje się tak szybko… Ale niczego nie żałuję. Naprawdę niczego — przyznała z iskrami w oczach, oddychając lżej. — To chyba ktoś taki, no… Ktoś, kim była dla ciebie mama na początku. Pamiętam, jak opowiadałeś, jak między wami było… Chociaż nie. Przepraszam, ale nie obraź się. Między nami jest inaczej — zmarszczyła brwi, opierając podbródek na kolanach. — Wierzę ci, że to wszystko było prawdziwe. Że tak mocno się kochaliście. Postawienie się babci musiało wiele kosztować — westchnęła, przypominając sobie pewną opowieść. — Ale mam wrażenie, że to, co jest między mną, a Jeromem (bo tak ma na imię), jest dużo prawdziwsze. I nie sądzę, by tak mi się tylko wydawało teraz, kiedy jesteśmy jeszcze w sobie tak mocno zakochani. Bo… U nas nie będzie żadnego  jeszcze. Jestem pewna, że u nas trwa to już. I nie wyobrażam sobie bez niego życia. W tym chyba jesteśmy podobni, hm? — uniosła jedną brew, zerkając na nagrobną płytę. — Obym tylko miała trochę więcej szczęścia… Wiem, że mi tego życzysz, tato. Wiem, że akurat ty chcesz tego na pewno… — zmarszczyła brwi, stając się nagle smutną i zamyśloną. — Nie można odpuszczać prawdziwej miłości, prawda? Trzeba zrobić wszystko, by ją przy sobie zatrzymać. Walczyć do samego końca. Tego mnie przecież uczyłeś. Nie ważne, co będzie dalej. Miłości nie można odrzucić… Tym bardziej taką. Jedyną i tak niesamowitą. Która już nigdy się nie powtórzy… Dzięki której nauczyłam się oddychać. Dzięki niemu naprawdę zaczęłam żyć, tato. I stałam się prawdziwie wolna. Spojrzałam na siebie inaczej. Wreszcie zaczęłam siebie dostrzegać. Nawet o czymś takim nie śniłam  — dodała, patrząc w dal. Zupełnie tak, jakby wypatrywała horyzontu swojej przyszłości, na którą teraz już czekała z otwartymi ramionami, chcąc przytulić ją i ucałować, a potem dbać o nią do końca swoich dni. Pielęgnować niczym najrzadszy kwiat, ale nie pod szklaną kopułą, a na bezkresnej, wysłanej wiarą i szczęściem łące. Takiej, na jaką ów roślina zasługiwała. Niesplątaną żadnymi sznurkami, w celu dodatkowego podtrzymywania. Sama musiała nabrać właściwych kształtów. Dojrzeć by roztaczać woń słodkich, prawdziwych, naturalnych odczuć. I nie była potrzebna do tego żadna linka… Która przecież mogła się w końcu zerwać. A natura nie potrzebowała wzmocnień — sama potrafiła się bronić. I właśnie w ten sposób nadawać sens życiu człowieka. Ten, którego nie dało się rozerwać.
I właśnie taka była ich miłość — nie dało się jej zatrzymać; biegła szybko i rosła bujno. Nawet bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać…
— Obiecuję, że będę szczęśliwa. Że będę próbować. I się nie poddam. Nawet, gdybym miała być bardzo cierpliwa. I postaram się wytłumaczyć to wszystko mamie… Chociaż nie wiem, czy coś do niej dotrze. W końcu dla mnie jest zupełnie inna… Ale teraz muszę walczyć o Jerome’a. I o to, by tu został. Aż się boję myśleć, co będzie za kilka miesięcy. Jak jeszcze zaskoczy mnie życie?

I will try, I just need a little time
To get your face right out of my mind
To see the world through different eyes
Every time I see you oh I try to hide away
But when we meet it seems I can't let go
Every time you leave the room I feel I'm fading like a flower


Fading like a rose
Fading like a rose
Beaten by the storm
Talking to myself
Getting washed by the rain
It's such a cold cold town
Oh, it's a such cold town



Listopad, 2019 rok, Nowy Jork

Jesień też potrafi być idealną porą na wspomnienia. Może nawet lepszą, niż wczesna wiosna? Opadające z drzew liście symbolizują przemijający czas, a ich kolory mogą przywodzić na myśl wszystkie sytuacje, od tych ognistych po przesyconych nadzieją, jakie zdążyło się przeżyć. Chłód oplatający przez nieco mocniejszy wiatr czasem przecina kości, a czasem czesze jedynie włosy, powodując w głowie szum. Nierzadko chciałoby się od tego uciec, ukryć w ciepłym i bezpiecznym schronieniu, a potem po prostu przeczekać. Stać nie robiąc nic, po prostu patrząc. A może i nawet zamykając oczy, wyobrażając sobie coś znacznie lepszego, daleko stąd. Miejsce, w którym marzą znaleźć się wszyscy, gdzie troski i zmartwienia nie dotykają człowieka. Gdzie nie trzeba zmierzyć się z bolącą prawdą, wykonać trudne zadanie. Czasem i zwykła rozmowa może wywoływać na ciele ciarki, zwłaszcza wtedy, gdy nie wiadomo, jak zareaguje na pewne wieści druga osoba, a finał spotkania może być wręcz nieobliczalny. Czy więc lepiej byłoby się cofnąć? Lub tak po prostu zatrzymać pośrodku niczego?
Już zostało ustalone, że to nie ma sensu. I nie ma żadnego odwrotu od tego, co nadejść musiało. Czy się tego chciało, czy nie. Nie dało się biegu zdarzeń zatrzymać. A jedynie mieć nadzieję, że świat nie skończy się zaraz za rogiem, po zderzeniu z inną rzeczywistością. Bo przecież każdy ma swoją własną.
Dawno jej tu nie było. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz przechadzała się tymi ścieżkami. Ile to już minęło lat? Do czego to wszystko doprowadziło?


In that big old house
there are fifty beds
and one of them leads to your soul.
It's a bed of fear,
a bed of threats,
regrets and sheets so cold.
All I knew your eyes so velvet blue,
I've been in love before, how about you?
There's a time for the good in life…



Rozglądała się po wszystkich nagrobkach, szukając tego jedynego. Wreszcie weszła w wąską alejkę, pośród drzew, robiąc kolejne kilkanaście kroków i stając przed białym, gładkim kamieniem. Westchnęła bezgłośnie, ściskając w dłoni białą lilię. Uśmiechnęła się krzywo, zmarszczyła brwi, po czym pochyliła się, by położyć roślinę na ziemi.
— Witaj, Jack — szepnęła, prostując się. Przez dłuższą chwilę po prostu patrzyła, nawet o niczym nie myśląc. Zrobiła usta w dzióbek, następnie schowała dłonie do kieszeni, rozglądając się dookoła. Może nie powinna tutaj przychodzić? — To Jen tak o ciebie dba, czy Maybel wciąż żwawo cię dogląda? — zażartowała, przyglądając się każdemu kawałkowi nagrobka. Był czysty, niemal lśniący. Jakby był postawiony dopiero wczoraj. — A może ktoś inny też cię odwiedza…? — dodała, spuszczając głowę. Zamknęła oczy i zasłoniła twarz dłońmi, kręcąc delikatnie głową. — Może chociaż ty wiesz, gdzie jest nasz syn? Boże, co może się z nim dziać… — mruknęła, przenosząc dłonie na kark. — Nigdy sobie tego nie wybaczę, Jack. Co ja właściwie zrobiłam? Dlaczego akurat tobie? — zmarszczyła czoło, patrząc na niebo. — Przecież dobrze wiesz, że nigdy bym go nie skrzywdziła. To mój Noah! Dlaczego tak strasznie mnie nienawidzi? Błagam cię, daj mi znać, jak mam odzyskać syna… — jęknęła, siadając na murku. Czuła ogromną niemoc, jej serce pękało na pół, a niematerialne kolce przebijały duszę Edith, nie pozwalając myśleć o niczym innym. — Jak mam to wszystko zmienić? Wierz mi, że nie potrafię przejść do porządku dziennego… Minęło już tyle lat, a ja dalej nie potrafię… Jack, gdzie jest nasze dziecko?! — dodała łamiącym się głosem, ścierając łzy z policzków. — Zrobiłabym dla niego wszystko. Naprawdę wszystko. Już tak długo czekam… Dlaczego Jen go jeszcze nie znalazła? — westchnęła, odchylając głowę do tyłu. — Nawiasem mówiąc, mam się z nią dzisiaj spotkać. Ma chłopaka, wiesz? Ale pewnie ci już o tym mówiła. Podobno jest szczęśliwa. Tak słyszałam. Nie mamy za bardzo ze sobą kontaktu… — mruknęła, rozglądając się na boki i nie bardzo wiedząc, jak to wszystko wyjaśnić. — Może chociaż ją spotka inny los? Jak myślisz, Jack? Czy to jest w naszej rodzinie możliwe? Czy kobiety z mojej linii potrafią nie niszczyć tych, których kochają najbardziej? — rzuciła w stronę kamienia, wyciągając z kieszeni chusteczkę. Przetarła nią twarz, chwilę wpatrując się w zmoczony materiał. — Żałuję, że to wszystko się stało. Żałuję, że nie potrafiliśmy załatwić tego inaczej. Brakuje mi ciebie, Jack. Naprawdę za tym wszystkim tęsknię. A teraz jest już za późno… Wiesz, że to ten dzień? Dokładnie dzisiaj wzięliśmy rozwód.
Została tam jeszcze kilka minut, a potem niespiesznie wstała, szykując się do drogi powrotnej. Jednak w którymś momencie zatrzymała się, obróciła na pięcie i jeszcze raz podeszła do nagrobka, kucając przy nim. Złożyła pocałunek na swoich dwóch palcach, po czym przytknęła ich opuszki do zimnej płyty.
— Mam nadzieję, że tam ci jest lepiej. Spokojniej. I że już nie czujesz bólu. Nawet nie wiesz, jak byś się nam wszystkim tutaj przydał… Trzymaj się, Jack. I mam nadzieję, do zobaczenia.



Lay a whisper on my pillow,
leave the winter on the ground.
I wake up lonely, there's air of silence
in the bedroom and all around.

Touch me now, I close my eyes and dream away.



A potem odeszła, pozostawiając za sobą zimne miasto umarłych, zasnute mgłą i obsypane różnokolorowymi liśćmi. Kolejne spadały za nią, z każdym kolejnym krokiem, tworząc charakterystyczną ścieżkę. Kobieta płakała, nie mogąc uspokoić swego rozedrganego serca, kiedy wszystkie wspomnienia nagle zaczęły uderzać w nią z całą mocą, nie pozwalając głęboko oddychać.
— Wybacz mi za wszystko, co ci zrobiłam. Wybacz, że to wszystko skończyłam. Wybacz mi, proszę, że to wszystko się stało. Błagam, pomóż mi to wszystko naprawić… Może nie jest jeszcze za późno?


It must have been love but it's over now.
It must have been good but I lost it somehow.
It must have been love but it's over now.
From the moment we touched 'til the time had run out.



Niebo, które do tej pory było dosyć przejrzyste, pokryło się całe chmurami, z których zaczęły spadać ciężkie jak ołów krople. Siekały twarze przechodniów, moczyły ubrania do suchej nitki, atakowały wszystko, co spotkały na swojej drodze. Nagle zrobiło się ciemno, a mrok przykrywał każdą możliwą przestrzeń, utrudniając ludziom dostrzeżenie czegokolwiek. Nawet najsilniej świecące latarnie nie były w stanie przebić się przez tę ścianę czerni, jaka oblała Wielkie Jabłko. A to, co wydawało się dobre, znikało w tle, robiąc miejsce smutkowi, przygnębieniu, wyjącej z głodu pustce i totalnemu rozbiciu.
Właśnie to teraz czuła. Dokładnie tak samo, jak wiele lat temu, gdy postanowiła zboczyć z drogi, by iść inną, już nie wspólną ścieżką. Zrobić błąd, który odcisnął swoje piętno na kolejnym pokoleniu. I którego już nie dało się wymazać. A znalezienie dobra w tym wszystkim przychodziło niesamowicie ciężko, wręcz było to niemożliwe. I choćby nawet prosto w twarz Edith świeciło słońce, ona by tego nie dostrzegła. Wciąż pozostając w deszczu wspomnień.
I tak zerwała się druga linia.


It's time to place your bets in life,
I've played the loser's game of life,
dream about the sun you queen of rain.    
     


Ledwo dotarła do kawiarni, gdzie umówiła się z córką. Nie widziały się od dobrych kilku miesięcy i jedynie, co Edith wiedziała, to to, że Jen kogoś ma i że zostaje na stałe w Nowym Jorku. Gdy o tym usłyszała, przeraziła się. Jak mogła znaleźć Noah, siedząc tylko w jednym miejscu? Czy było to w ogóle możliwe?
Otworzyła szybko drzwi, zaczesując kilka kosmyków za ucho, które również ociekały wodą. Nie wzięła ze sobą parasola, więc przypominała boginię wyciągniętą prosto z morza, bądź też wielką kostkę lodu, który powoli zaczynał topnieć. Oba te określenia pasowały do niej idealnie.
Rozejrzała się po sali, próbując dostrzec blondwłosą dziewczynę. Jednak ona zrobiła to pierwsza; panna Woolf wstała i podeszła do wejścia, wciąż będąc w płaszczu. Również dopiero co przyszła.
Niepewnym krokiem zbliżyła się do brunetki, chowając dłonie w kieszenie. Wzięła głęboki wdech, zmarszczyła brwi i uśmiechnęła się blado.
— Cześć, mamo… — wymamrotała, spoglądając na nią delikatnie przechyloną głową. Kobieta zdjęła z siebie przemoknięte ubranie, odwieszając ja na hak. Potem stanęła naprzeciwko córki, głównie przyglądając się jej twarzy. Było w niej coś innego… Dziwnie znanego, ale zapomnianego. Te iskry, to spojrzenie…
— Witaj, Jen — odparła, rozciągając nieco kąciki ust. — Usiądziemy? — zaproponowała, nie do końca wiedząc, jak się zachować. Czuła jakąś obcość, tak samo, jak dwudziestoparolatka, która utrzymywała się między nimi, powiększając dystans. Jennifer tylko skinęła głową i wzruszyła ramionami, prowadząc ją do wcześniej wybranego stolika. Obie przy nim usiadły, spuszczając głowy. Wtedy też kelner przyniósł zamówienie dziewczyny, stawiając filiżankę i parujący czajnik na blacie.
— A dla Pani?
— Kawę poproszę. Czarną, zwykłą — odpowiedziała Edith, rzucając mu miłe spojrzenie. Jen przyglądała się temu uważnie, poruszyła niespokojnie brwiami, a następnie oparła o stół łokcie, by złączyć w powietrzu dłonie. Poczekała, aż mężczyzna odejdzie, by podjąć próbę rozmowy z matką. Przecież po to się tutaj spotkały, prawda?
— Nie mówiłaś, że będziesz w Nowym Jorku… — zaczęła, nalewajac sobie do filiżanki naparu. Brunetka odchrząknęła, nieco się wyprostowała i przejechała dłonią po szyi.
— Jakoś tak wyszło.
— Czyli jak zwykle — odparła sucho, odkładając dzbanek. Kobieta zmarszczyła brwi, uważnie się jej przypatrując.
— Wszystko w porządku? — zapytała, mają wrażenie, że coś się zmieniło.
Nagle cię to obchodzi? Pomyślała, ale nie wypowiedziała tych słów na głos. Konflikt był i tak już zbyt duży, więc nie chciała go pogłębiać. Wręcz przeciwnie — miała nadzieję (choć w tym przypadku było to głupie), że matka coś zrozumie. Cokolwiek. Że raz się przejmie i zachowa się tak, jak by to było, gdyby chodziło o Noah.  Wtedy by przecież poruszyła ziemię i niebo…
— Powiedzmy — odpowiedziała w końcu, chwytając porcelanę. Zacisnęła usta, obserwując pojawiające się na wierzchu cieczy okręgi, powstające pod wpływem drżeń rąk blondynki. — Jest coś, o czym muszę ci powiedzieć…
— Masz kogoś, wiem — mruknęła, skinieniem głowy dziękując kelnerowi za kawę, którą właśnie przyniósł. Złapała za ucho naczynia, przykładając je sobie do warg.
— Nie kogoś. Mam narzeczonego, mamo. Jestem z nim od kilku miesięcy. Za kilka tygodni bierzemy ślub. W zasadzie… Za tydzień. Czas szybko leci — powiedziała szorstko, upijając łyk herbaty i również obserwując swoją rozmówczynię. Jedna brew podskoczyła ku górze, kiedy Edith zamarła, z trudem przełykając gorącą kawę, którą akurat miała w ustach. Zakaszlała, zrobiła wielkie oczy, położyła obie dłonie płasko na stole, próbując pozbierać myśli. Zabrakło jej słów, dosłownie. W końcu potrząsnęła głową, opadła na oparcie krzesła i zmierzyła Jen spojrzeniem. Dalej czuła, że coś jest nie tak.
— Gratuluję… — wydukała. — Coś jeszcze?
Jennifer miała ochotę parsknąć jej prosto w twarz, ale jedyne, co zrobiła, to uśmiechnęła się pod nosem, odłożyła filiżankę i skrzyżowała palce swoich dłoni, pochylając się nad stołem.
— Ma na imię Jerome i chciałby cię poznać. Jest w naszym mieszkaniu. Bo mieszkamy razem — dodała, czując narastający strach. Powoli zmierzała do tego, co głównie chciała wyjawić. Co było celem całego tego spotkania. Ale tak cholernie się tego bała… Spuściła wzrok, analizując w głowie wszystkie pojawiające się zdania. Których użyć? Które były najbardziej logiczne?
W międzyczasie Edith przełożyła nogę na nogę, poprawiając marynarkę i spodnie. A Jen, nie wiedząc, co zrobić, po prostu wstała i zdjęła wreszcie płaszcz, tym samym pokazując już sporych rozmiarów brzuch. Trzęsła się cała, ale za żadne skarby nie chciała tego po sobie pokazać. Stała tak, tuż przy matce, czekając, aż ta się jej znów przyjrzy. I kiedy to już zrobiła, zdumienie Edith przerosło wszelkie wyobrażenia; brunetka aż złapała się mocniej krzesła, gdy jej serce zaczęło kolejny raz tego dnia pędzić jak szalone. Gorąc przelewał się z gardła do głowy, potem szybkim uderzeniem przedostawał się do reszty tkanek. Tysiące myśli i wspomnień oplatały jej duszę i umysł, stawiając ją znowu w centrum wydarzeń lat 80-tych, kiedy postanowiła zmienić swoje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Tępo wpatrywała się w brzuch córki, który ta objęła dłońmi. Aż otworzyła szerzej usta, czując ciarki na całym ciele.
Oddech blondynki zaś przyspieszył. Świat zakręcił się wokół niej, krew się zagotowała, a nogi zmiękły przez co myślała, że zaraz zemdleje.
— Czternasty tydzień. Nie spodziewałam się tego. Nikt się nie spodziewał. Tak, mamo. Będę miała dziecko — przyznała, marszcząc brwi i czekając, ciągle czekając, aż rodzicielka coś zrobi. Dlaczego, do cholery, wciąż się nie ruszyła? Dlaczego tylko patrzyła? Czemu nie okazała żadnych uczuć? Dlaczego ciągle milczała?! Czemu chociaż raz nie potrafiła pokazać, zwłaszcza w takiej chwili, że z nią jest? Że mimo tego wszystkiego, co się wydarzyło, jednak będzie mogła liczyć na jej pomoc? I dlaczego, kurwa, Jen się łudziła, że tym razem będzie inaczej?
Łzy zaczęły napływać do oczu panny Woolf, gdy tak mijały kolejne minuty, a świat nagle jakby stanął w miejscu. Wszystko ucichło, były tylko one dwie — kobiety, które były sobie tak bliskie, a jednocześnie tak obce i dalekie, jak dwie planety w układzie słonecznym. Niepotrafiące ze sobą egzystować, nie raniąc się nawzajem. Chociaż, czy aby na pewno działało to w obie strony…?
— Nic nie powiesz? — mruknęła młodsza, powoli tracąc cierpliwość. Wtedy Edith jakby coś zaczarowało — zamrugała kilka razy, czując się niesamowicie ciężko. Jakby przebiegła kilkanaście mil w kilka minut, przy okazji zabierając całe zło świata ze sobą i zarzucając je sobie na plecy. Czy właśnie działo się dokładnie to samo, co ponad trzydzieści lat temu? Czyżby jej zmarły były mąż właśnie dawał jej szansę na odkupienie? Czy to jest ta szansa, o którą tak błagała, chociaż spaliła za sobą niemal wszystkie mosty? Czy role się odwróciły i teraz to ona trzymała asa w rękawie, czy inną magiczną kartę, dzięki której mogła zmienić los ich wszystkich?
— Moja Jen jest w ciąży… — wyszeptała niemal niesłyszalnie, przez co blondynka dostrzegła jedynie ruchy jej ust i jakiś szelest. Edith podniosła wzrok na twarz dziewczyny, zupełnie nie wiedząc, co się dzieje. Czy ów los sobie kpił? — Jesteś w ciąży… — powtórzyła głośniej, zasłaniając usta dłońmi. Nie mogła w to wszystko uwierzyć. — Moja córka będzie miała dziecko — ciągnęła, wstając. Dotknęła nieśmiało dłoni panny Woolf, co dawało wrażenie porażenia prądem. Obie nie potrafiły określić tego, co się właśnie między nimi działo, ale… Jen miała wrażenie, jakby następował przełom, jakby gdzieś daleko na niebie chmury przecierały promienie słońca, a deszcz powoli ustawał. Czyżby nareszcie dotarło do nich światło?
Nie spodziewała się tego. Nawet nie śniła o tym, że matka powie do niej cokolwiek w ten sposób. Ciepły, pozbawiony oczekiwań. Czysty i prosty. Z odrobiną radości. Że wreszcie i ją zauważy. Dlatego też obserwowała ją w milczeniu, kiwając jedynie głową.
— To… tego... tego chłopaka…?
— Tak, Jerome jest ojcem — odpowiedziała, przygryzając dolną wargę. — Mamo, naprawdę go kocham. Kocham nad życie. Jest dla mnie wszystkim, wszystkim co istnieje… Ja już bez niego nie istnieję. Słyszysz, co mówię? Rozumiesz? — zapytała w momencie, gdy łzy spływały już lawinowo po jej policzkach. — Wiesz, co mam na myśli?
Wiedziała aż za dobrze. Jak mogłaby nie wiedzieć? Kiedy przeżywała dokładnie to samo. I właśnie to sprawiło, że wróciły najlepsze, ale i najgorsze momenty w jej pamięci, przesycone mnóstwem emocji, słów, urywków, które zbudowały drogę do miejsca, w którym się we dwie właśnie znajdowały. Czy to naprawdę była ich szansa…?
— Chłopiec czy dziewczynka? — spytała cicho, nie odrywając wzroku od brzucha. Nie ważne było to, że inni klienci kawiarni patrzyli się na nie już od dłuższego czasu; znajdowały się poza światem. Gdzieś poza granicami, przeszłością i całą jej trucizną. W miejscu, gdzie mogły zacząć od nowa. O ile dostrzegą kiełkujące, ledwo widoczne światło, cieplejszy oddech mieszający się z zimnym i siarczystym wiatrem, splatającym się ze zlodowaciałym deszczem.
— Jeszcze nie wiemy. Ale raczej chłopiec. Tak czuję. Właściwie jestem pewna… — mruknęła, uśmiechając się delikatnie. — Będziemy mieć syna…! — dodała ze szczęściem w głosie, a jej twarz aż pojaśniała. Jen zdecydowanie znajdowała się już po tej drugiej stronie, na suchym i rozpromienionym lądzie, podając dłoń swojej matce. Lecz, czy ta będzie chciała się jej chwycić?
— Syna — powtórzyła, również się uśmiechając. Zostanie babcią! To takie inne, te wszystkie uczucia… Lekkość wdarła się przez oczy Edith do jej wnętrza, wietrząc je i zamiatając kurz przeszłych dni, torując drogę prosto do serca, by i ono mogło bić żywiej, zacząć pompować nową, czystą krew. I już prawie się to udało, gdy nagle…  — Syna — powiedziała chłodniej, poważniejąc. Zmarszczyła brwi i opuściła dłonie, a dwudziestoparolatka aż się wyprostowała, ze strachem przyglądając się jej.
— Mamo…?
— Syna — wydukała, wbijając wzrok w twarz córki. — Jen, czy znalazłaś mojego syna? Czy wiesz, gdzie jest Noah? Błagam, powiedz mi, czy masz z nim jakiś kontakt — jęknęła, ziejącą pustką i goryczą istnienia zatrzaskując szybko okno, przez które jeszcze chwilę temu weszła nadzieja. Wyrzuciła ją daleko za szybę, chowając się do kąta ciemności i pozwalając, by smolisty deszcz opluwał przezroczyste szkło, za którym kryło się prawdziwe życie. Panna Woolf nie mogła na to patrzeć. Właśnie skruszyły się w mak wszystkie wizje lepszej przyszłości, na jakie sobie pozwoliła. Dlaczego to zrobiła?!
Myślała, że serce jej zaraz pęknie. I co miała teraz zrobić?
— Ja… — zaczęła, przełykając z trudem. — Ja… — powtórzyła, patrząc na Edith ze zrezygnowaniem i ogromnym poczuciem niesprawiedliwości. Nie potrafiła nawet w tej chwili objąć umysłem tego, co się właśnie stało. Czy została totalnie odrzucona? Czy może po prostu wystarczyło wyjawić całą prawdę, żeby móc jednak przyciągnąć do siebie brunetkę, aby ta została już w jej rzeczywistości, naprawiając zło, jakie do tej pory wyrządziła? Miała zdradzić brata, którego, tak, faktycznie znalazła, a w dodatku zaczęła z nim naprawiać relacje? A który pałał ogromem nienawiści do ich rodzicielki i nie chciał nawet o niej słyszeć? O co w tym wszystkim w ogóle chodziło? Co miała zrobić i dlaczego to na niej spoczywała ta pieprzona decyzja! Czy w ten sposób sprawi, że Edith na nowo stanie się jej prawdziwą matką? Czy może to nic nie zmieni, a przy okazji straci ponownie również Noah? I dlaczego znów nie potrafiła myśleć o sobie, balansując pomiędzy wyjściem gorszym i złym? — Dlaczego nie potrafisz patrzeć na świat też z tej lepszej strony?
I dlaczego w ogóle mnie w tym nie widzisz? Ani nie słyszysz?


Losing you
things will never be the same
can you hear me call your name?
if we changed it back again
things would never be
In your hand



Odsunęła się od niej czując, że zaraz całe powietrze uleci z płuc. Koszmar znowu rozpoczynał się od nowa, nakręcając wszystkie złe myśli do jeszcze większego działania. Kości i mięśnie zamieniały się w kamień, w ustach panowała susza, zupełnie przeciwnie do tego, co działo się z oczami. Te tonęły pod falami uderzającej furii, dokładnie takiej samej, jak przed laty. Bo nie tylko Edith Woolf miała swoje demony; czy jakikolwiek człowiek potrafił się ich pozbyć?
Szybkim krokiem weszła do łazienki, której drzwi otworzyła  z trzaskiem, również w podobny sposób je za sobą zamykając. Była wściekła. Wściekła i rozbita na kawałki, pozbawiona już wszelkich wątpliwości. Miała wybór: być albo nie być. Co miała wybrać? To tak, jakby ktoś kazał jej decydować, czy woli zrezygnować ze wzroku czy słuchu. A przecież bez jednego i drugiego ciężko było funkcjonować. Cała się trzęsła, policzki aż się zaróżowiły, przypominając teraz płatki wcześnie dojrzewającej róży. Jen wiedziała, że znajduje się w potrzasku, z którego nie potrafi uciec. Że obietnica będzie na niej ciążyć już do samego końca, jeśli nie przerwie tego wszystkiego raz a dobrze. Ale czy potrafiła? Czy tym właśnie miała kogoś skrzywdzić?
Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Było rozmazane; ból głowy nasilił się, przez co nerw wzrokowy również na tym ucierpiał. Zrobiło jej się niedobrze. Odkręciła kurek z zimną wodą, wkładając pod nią dłonie, aby choć trochę się ochłodzić. Potem zaczęła liczyć do dziesięciu. Przymknęła powieki i chciała odetchnąć głębiej, ale zamiast tego gardło ścisnęło się blondynce niemożliwie mocno, wyciskając z niej łzy, płynące tą samą drogą, co wcześniej. Oparła się rękami o umywalkę, nachylając się nad nią. Nic z tego nie rozumiała. A może rozumiała aż za dobrze? W końcu cykl powtarza się co roku tak samo; najpierw drzewa pączkują, trawa wzrasta, by wśród niej małe żyjątka mogły znaleźć dom. Poczuć się bezpiecznie. Potem przychodzi lato, wszystko tańczy w rozkwicie, radując się życiodajnym słońcem. A potem… Następuje jesień, kolorowe liście spadają z drzew i choć cieszą swoją barwą, tak naprawdę powolnie obumierają, tylko utrzymując pozory. Bo kto powiedział, że piękno jest jedynie czyste? Że drogie antyki cieszą się tylko dobrą historią? Albo, że życie w pałacu usłane jest różami bez kolców,  w dodatku pieszczącymi stopy, a ludzkie uśmiechy są zawsze szczere? Wtedy nawet słońce nie jest się w stanie przedrzeć przez ciemność i pustkę, ani uratować wiecznie wędrującego przybysza, któremu się wydawało, iż wreszcie odnalazł raj. A może to były tylko pomalowane bramy piekieł?
Silny uścisk przeszył jej brzuch, co potrząsnęło dziewczyną i sprowadziło ją na ziemię. Otrzeźwiała, wzięła głęboki wdech, prostując się. Uniosła głowę i przełknęła, ścierając z policzków łzy. Postać w lustrze stała się bardziej wyrazista, przynajmniej na kilka sekund. Wtedy też światło zaczęło przenikać przez małe okno, wbudowane wysoko w ścianę, odbijając się od przejrzystej tafli i trafiając prosto w twarz Jen, co ją początkowo oślepiło. Odwróciła się bokiem, spoglądając na mały otwór, który zapełniał się zgniłymi, poszarzałymi liśćmi. Ewidentnie nadchodziła zima; wszystko cichło i zamieniało się w kamień. Potem przeniosła wzrok na drzwi, wahając się chwilę. Ostatecznie nacisnęła klamkę  i wróciła do głównego pomieszczenia, gdzie czekała na nią jej matka. Cała zapłakana, w równie nienajlepszym stanie. Dwudziestoparolatka podeszła do niej, położyła swoją dłoń na jej ramieniu, nic nie mówiąc. Edith uniosła głowę, wbijając spojrzenie w córkę.
— Jen… Przecież obiecałaś…
Serce już nie zadrżało. Ona podjęła decyzję. i uświadomiła sobie, od czego tak naprawdę uciekała. Przez co uciekała. Dokąd uciekała. I czego w rzeczywistości szukała. I nawet słońce, gwiazdy i cały wszechświat nie był w stanie jej pomóc. Bo przecież świat nie mógł się zatrzymać. A przeszłości nie dało się zmienić. I od pewnych rzeczy uwolnić. Tak już po prostu jest. I zawsze się już będzie niewolnikiem czyichś pragnień, dopóki nie wypełni się przeznaczenia. Przynajmniej ta część egzystencji stała się oczywista... I cholernie bolesna. Jakby bluszcz owinął się wokół jej ciała i w sekundzie na strzępy rozerwał. A nadchodząca zima przykryła jedynie to wszystko śniegiem zapomnienia.

Lay it down
pull my heart to the ground
time's getting cold now
the leaves all turn hard and blue
And I know
when I gaze to the sun
no place to hide
I got nowhere to run from you
away from you


Zmarszczyła brwi, przyglądając się pogodzie oraz będąc niewzruszoną na to, co się stało. Jak długo można być nieszczęśliwym? Chociaż tylko sekundy dzieliły ją od wypowiedzenia decyzji, która zmieni jej życie o sto osiemdziesiąt stopni. Kim zdecyduje się być? W którą stronę iść?
Wiatr tańczył na zmianę z deszczem, a gdzieś między nimi zaczęła pojawiać się tęcza — rzadkie tutaj zjawisko. Czy to właśnie była ta chwila? Czy to właśnie była jej szansa?
Obiecała, że będzie odważna. Że będzie próbować. Że się nie podda. Czy wystarczył tylko krok...?

Ruchy dziecka zaczęły być coraz bardziej wyraźne. Jennifer Woolf poczuła je, więc mimowolnie położyła na swoim brzuchu dłoń, spoglądając w dół. Potem jeszcze raz popatrzyła na matkę i zrobiła krok w tył, wciąż jednak będąc blisko. Balansując między dwoma światami, alternatywnymi rzeczywistościami, prawdą i kłamstwem… Sobą. I przyszłością kogoś jeszcze.
Czy znamię zaczęło piec?
Wahała się. Ale wzięła głęboki wdech, otworzyła usta i…


All I knew
was the scent of sea and dew
but I've been in love before, how about you?
There's a time for the good in life,
a time to kill the pain in life,
dream about the sun you queen of rain
   


Czy zerwie się trzecia linia?
I wtedy On stanął w drzwiach. Człowiek, od którego to wszystko się zaczęło. Otworzył drzwi, przechodząc przez próg i łamiąc tym samym wszystkie zasady. Przeszedł przez salę, dochodząc prosto do ich stolika. Obie aż usiadły, nie mogąc uwierzyć w to, kogo widzą.
Czy to był sen? Czy jawa tak z nich drwi?