Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Geum-ja Chow. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Geum-ja Chow. Pokaż wszystkie posty

28/03/2015

2007. I know that I could show you how I died


Kiedy stoisz przede mną i patrzysz na mnie, cóż Ty wiesz o moich wewnętrznych cierpieniach i cóż ja wiem o Twoich. Nawet gdybym upadł przed Tobą i szlochając powiedział Ci o moich, cóż więcej mógłbyś wiedzieć o mnie niż wiesz o piekle, kiedy ktoś opowiada, że jest gorące i straszliwe.
— Franz Kafka

Dziadek Chow nieczęsto się denerwował, kiedy jednak tracił cierpliwość, sięgał po pierwszą lepszą rzecz, którą znalazł pod ręką. Uderzał na oślep, zaledwie przez chwilę, a potem długimi godzinami przepraszał. Obiecywał poprawę, nigdy jednak słowa nie dotrzymał i nawet teraz, kiedy jego wnukowie mieli trzydziestkę na karku i własne rodziny, zdarzało mu się podnieść na nich rękę. W takich momentach najbardziej ujawniała się różnica między braćmi Chow.
Od najwcześniejszych lat Feng przyjmował uderzenia z pokorą, a przeprosiny ze wzruszeniem. Zachowywał się jak zaszczute zwierzę, umykał do kąta i tam, cały roztrzęsiony, czekał na swoją karę. Przez całe życie był święcie przekonany, że gniew dziadka jest uzasadniony i nigdy nie zdarzyło mu się przeciwstawić jego woli. Dziadek Chow siłą zdobył autorytet i niezachwianą pozycję w klanie, do tego stopnia, że Fengowi mimo swojego wieku dalej nie przychodziło do głowy, aby się jemu przeciwstawić. Z milczeniem przyjmował kolejne razy, twardo stojąc w miejscu i starając się znieść ból zadawany przez drewnianą laskę.
Han pozwolił podnieść na siebie rękę jedynie dwa razy, resztę blizn zdobył zasłaniając kilkukrotnie własnym ciałem młodszego brata. Z natury był buntownikiem, bieda zrobiła z niego wojownika, a dumę przedkładał ponad wszystko. Ataki gniewu dziadka postrzegał właśnie jako atak na jego dumę, a na to nie mógł pozwolić. Pierwszy raz postawił się w wieku trzynastu lat. To właśnie wtedy, w wieku trzynastu lat, skończyło się długie pasmo jego porażek, a rozpoczęło życie pełne sukcesów. Wtedy też ostatni raz pozwolił komukolwiek bezkarnie go atakować.
Bracia Chow może nie różnili się niczym ogień i woda, ale więcej ich różniło niż łączyło. Dzieciństwo nauczyło ich jednak jednego: nieufności do świata.


Geum-ja nie spodziewała się takiego wyznania w środku rodzinnej imprezy. Była nieco zdezorientowana, kiedy Han pociągnął ją za ramię w stronę wolnych foteli, gdzie mogli mieć chwilę spokoju, nie była jednak przygotowana na to, co miała zaraz usłyszeć.
Krótkie, nieco zdawkowe ostrzeżenie — trzymaj się z daleka od dziadka — uzyskało odwrotny skutek od zamierzonego. W spojrzeniu kobiety dostrzec można było zaciekawienie i Han wiedział, że nadszedł moment, aby wytłumaczyć szwagierce dlaczego od jakiegoś czasu za wszelką cenę stara się nie mieszać ją do spraw klanu Chow. Cierpliwość kobiety zaczynała się kończyć, wiedział to już od dawna, ale jakimś cudem udawało mu się odwlekać tłumaczenia. Teraz, przy tak jawnym ostrzeżeniu, nie było mowy o jakimkolwiek zatuszowaniu. Zwłaszcza, że widział jej ponaglający ton.
 — Miałem sześć lat, kiedy po raz pierwszy zostałem uderzony... — zaczął Han i wbił spojrzenie w swoją szwagierkę. Widział jak zmienia jej się wyraz twarzy, jak pojawia się grymas niedowierzania. Słyszał jak głośno przełyka ślinę i uchyla wargi, aby coś powiedzieć. Zaprzeczył głową, dając jej znak, że nie chce, aby cokolwiek teraz mówiła. Skoro się zdecydował, aby wszystko jej to powiedzieć, nie powinna mu przerywać i w milczeniu dotrwać do końca.
Więc słuchała. On opowiadał, a ona słuchała.
Nie zachowywał się jak ofiara przemocy, mówił o wszystkim bez cienia zawstydzenia, a ton jego głosu wyraźnie wskazywał, że nigdy nie obarczał siebie samego winą. Jego opowieść była nieco beznamiętna, zachowywała suche fakty, jak gdyby relacjonował jej jakieś informacje zaczytane w gazecie, a nie sytuacje w której brał czynny udział.
— Postawiłem się jemu, bo nie jestem psem, którego można szczuć. Bo zasługiwałem na coś lepszego. Bo wiedziałem, że jeżeli wtedy tego nie zrobię, mogę nigdy nie być w stanie postawić się komukolwiek. Bo nie chciałem, aby to mnie napiętnowało.
 Nawet jeżeli panował nad tonem swojego głosu i wyrazem twarzy, nie potrafił zapanować nad resztą ciała. Dłoń drżała mu, kiedy sięgał po popielniczkę i przysuwał ją w swoją stronę i kiedy próbował odpalić papierosa. Uspokoił się nieco dopiero, kiedy kilka razy zaciągnął się dymem papierosowym.
Geum-ja znała Hana dwa lata. Mężczyzna zawsze był taktowny, opanowany, nigdy nie pozwalał ponosić się swoim emocjom i analizował skutki swoich działań zanim je podjął. Pierwszy raz widziała, aby trzęsły mu się dłonie. To, że tak usilnie stara się ukryć przed nią swoje zdenerwowanie, upewniło ją tylko że przeżył to bardziej niż chciałby.
Denerwował się, a jednak dalej mówił. Nie tylko o sobie. O Fengu, który zachowywał się, jakby zasłużył sobie na wszystko, co go spotyka. O matce, która była tak nieświadoma, że wierzyła w najgłupsze wymówki, które były serwowane przez jej ojca. O swojej żonie, która do teraz nie znała prawdy, bo nie musiała.
 — Dlaczego ona nie musiała, a ja muszę?
Wyrwało jej się zanim zdążyła pomyśleć nad tym pytaniem. Gdzieś w głębi przeczuwała, że zna odpowiedź na to pytanie, a jednak nie chciała tego dopuścić do siebie.
— Mówił, że to stare blizny...
 — I ty mu uwierzyłaś? — z niedowierzaniem prychnął Han i obrzucił swoją towarzyszkę zniesmaczonym spojrzeniem. Po raz pierwszy tak na nią patrzył: z rozżaleniem i niedowierzaniem, bez jakiegokolwiek cienia sympatii. Patrzył się na nią tak, jak zwykł patrzeć na swoją matkę. Matkę, którą obarczał winą za to, że pozwoliła, aby jej dzieci były traktowane jak worek treningowy. Matkę, która albo była głupia, albo ślepa, albo zbyt słaba aby reagować. Matkę, której nie mógł szanować i której nie mógł kochać. Patrzył na kobietę bez cienia miłości, który pojawiał się w najmniej kontrolowanych przez niego momentach. — Feng może udawać twardego i nieugiętego, ale to nie znaczy, że taki jest. Tak naprawdę dalej ma osiem lat i dalej gra tak, jak mu się zagra.
Kobieta naprawdę chciała zatrzymać Hana, jednak nie wiedziała jak. Jakichkolwiek by nie użyła słów, byłyby one niewystarczające. Mężczyzna odtrącił zaś jej rękę z odrazą, jak odtrąca się irytującą muchę. W tym momencie nie potrafił jej kochać.


Potrafiła tylko płakać. Zamknięta w łazience, z głową między kolanami potrafiła tylko płakać. Właściwie to wyć, jak małe dziecko, głośno i bez jakiegokolwiek wstydu, nie przejmując się całą rodziną. Potrafiła tylko płakać i mieć nadzieję, że wszyscy pójdą w cholerę, że znikną i zostanie sama na tym świecie. Sama z tym smutkiem, który zagnieździł się w jej sercu i nie dawał jej spokoju. Chciała wyrwać serce, zwymiotować je, jakoś unicestwić, aby ból minął. Zamiast tego mogła jedynie siedzieć na kafelkach, szlochać i zastanawiać się czy możliwe jest, aby chociaż trochę przestało boleć. W tym momencie wydawało jej się, że nigdy już nie przestanie.
Nie przestało, a jednak w końcu podniosła się z podłogi, doprowadziła do porządku i jak gdyby nigdy nic wróciła do salonu. Najgorsze, co mogła zrobić to okazać Fengowi litość. Jej mąż nienawidził litości.

.....................................................................................................................................
Krótkie. Jakiekolwiek retrospekcje dotyczące zaaranżowania maleństwa będą później.

29/12/2014

1992. Did I say that I want to
leave it all behind?

[Jedna rozmowa, jedno pomieszczenie, zero akcji. Dawno niczego nie pisałam.]
Damien Rice — The blower's daughter

Kiedy historia nie miewała szczęśliwego, romantycznego początku, nie mogła mieć również szczęśliwej, romantycznej kontynuacji, a przynajmniej do takiego wniosku doszła Geum-ja, kiedy pochylała się nad kubkiem z gorącą herbatą, tępo śledząc wzrokiem poczynania męża. Już prawie pół godziny starał się poradzić sobie z modelem zakupionego w kiosku samolotu, klął pod nosem po chińsku i rzucał swojej towarzyszce nerwowe spojrzenia, starając się ją niemo ostrzec, że najgorsze, co mogłaby w tej chwili zrobić, to się odezwać. Przyglądając się temu mężczyźnie, aż trudno było jej uwierzyć, że ma on prawie trzydzieści lat, świetnie płatną pracę i charakter lwa salonowego. W tym momencie wyglądał jak zirytowany nastolatek, którą większą część swojego życia poświęcał nic nieznaczącym czynnością. Nie było w tym nic uroczego.
Leniwie mieszając łyżką w kubku, przypomniała sobie, że podobny niesmak czuła, kiedy się poznali. Była pierwszy raz w Nowym Jorku, gotowa na podbój Ameryki, jeszcze tak bardzo naiwna i żądna przygód. Mozolnie ciągnęła za sobą walizkę wielkości małego kuca, dochodząc niemalże do perfekcji w omijaniu wszelkich przeszkód, kiedy ciężkie drzwi wyjściowe, nieprzytrzymane przez idącego przed nią mężczyznę, prawie ją zabiły. Pamiętała, jak gdyby to było zaledwie wczoraj, jak zaparło jej dech w piersiach, kiedy starała się je powstrzymać i cofnęła się o krok pod ich naporem. Świetnie pamiętała również, że nie myśląc nad tym, co robi, dogoniła nieznajomego i nazwała go kretynem bez wyobraźni. Tak, pamiętała też ten niesmak, który jakoś zadziwiająco szybko zniknął, kiedy ujrzała jego twarz, a kiedy mężczyzna się odezwał, owo niemiłe uczucie zdawało się snem wczorajszym.
Zakochała się w nim już na pierwszym spotkaniu, chociaż była już starą krową, która okres nastoletni dawno miała za sobą. Na jego widok nogi się pod nią uginały, nieprzyjemny uścisk w gardle utrudniał jedzenie, a język plątał jak po sporej dawce alkoholu. Po dwóch tygodniach była gotowa zrobić dla niego wszystko, po trzech miesiącach zaś całkowicie się z niego wyleczyła. Szybko się zakochiwała, jeszcze szybciej odkochiwała.
W tym momencie, przyglądając się grymasowi na jego twarzy, nie czuła do niego nic więcej niż zwyczajną nić sympatii i wdzięczności za to, co robił i kim był. Nie było motylków w brzuchu, nie było wielkich planów na przyszłość, nie było szaleńczej tęsknoty, kiedy nie wracał na noc do domu pod pretekstem natłoku pracy. Było za to przywiązanie, wspólny interes i relacje łącząca dobrych przyjaciół, nic szczególnie wystrzałowego.
— Wiesz, że byłam w tobie zakochana?
Feng oderwał wzrok od modelu tylko na chwilę, aby rzucić żonie szybkie, kontrolne spojrzenie.
— Wiem.
— Szaleńczo.
— Wszyscy to wiedzą.
Zmarszczyła brwi, zastygając na chwilę bez ruchu, z łyżeczką uniesioną w drodze do ust.
— Ale już nie jestem — dodała dla upewnienia, oblizując łyżeczkę i odkładając ją na bok, po prostu na stół, nie zajmując się szukaniem jakiegokolwiek spodeczka.
— To też wiem. — Jego głos nie wyrażał najmniejszego zainteresowania. — To nie są jakieś prawdy objawione. Wszystko widać na twojej twarzy. Jeżeli umie się patrzeć.
Wzruszył ramionami, jeszcze raz zerknął na żonę i ponownie zajął się składaniem modelu, przerzucając kolejne części składowe w poszukiwaniu odpowiedniego elementu. Wyglądał tak jakby za chwilę miał oskarżyć Geum-ję o sabotowanie jego pracy i ukrycie pewnych części, bez których ukończenie modelu byłoby niemożliwe.
To chyba była prawda, że mężczyźni dojrzewają do pewnego wieku, a potem już tylko rosną. Z Fengiem na pewno tak było.
— Pamiętasz jak się poznaliśmy?
— To nie było tak dawno, abym zapomniał. W dodatku nazwałaś mnie kretynem.
— I miałam rację...
Ze świstem wypuścił powietrze z płuc, podczas gdy jego żona chuchała na herbatę, starając się ją nieco ostudzić. Nagrzany kubek przyjemnie ocieplał jej dłonie, uniemożliwiał jednak upicie najmniejszego łyka bez poparzenia podniebienia i języka.
— Dlaczego więc zakochałaś się w kretynie?
Feng wyprostował się i przerwał na chwilę sklejanie modelu. Doszedł do wniosku, że w tych warunkach praca jest niemalże niemożliwa, a pozornie błahe świergotanie żony nad uchem ma jednak w sobie jakiś sens. Geum-ja nie była osobą sentymentalną, która w wolne wieczory wspominała wspólnie spędzone chwilę, szybko więc w głowie Amerykanina zapaliła się czerwona, ostrzegawcza lampka. Wolał nic nie przegapić, jego instynkt samozachowawczy podpowiadał mu, że mogłoby to mieć zgubne konsekwencje.
— Bo jestem głupia. Bo masz ładną twarz.
— Wiem i wiem.
— Bo dużo zarabiasz.
— Ale jesteś płytka.
Feng prychnął rozbawiony pod nosem, podnosząc się z kolan i opadając swobodnie na skórzaną kanapę, która była wiecznym obiektem kłótni. Z rozbawieniem przyglądał się, jak żona podnosi się ze swojego miejsca, chwilę buszuje w kuchni w poszukiwaniu czegoś do przegryzienia, po czym wraca z paczką krakersów na swoje miejsce przy blacie, oddzielającym salon od aneksu kuchennego.
Mężczyzna mógłby znaleźć wiele wad żony, pazerność na pieniądze nie była jednak jedną z nich. Dobrze wiedział, że nie zakochała się w nim z powodu pieniędzy. Ani nawet ładnej twarzy, jak to sama określiła.
— Powiesz mi w końcu, co ta rozmowa ma na celu? — Zdecydował się przejść do sedna, przeczuwając, że krok przerwania bezsensownej pogawędki należy do niego.
— Wiem, że masz romans.
Słowa te były twarde, równie dobrze mogłyby zwiastować nadchodzącą burzę. Nie dawały żadnych nadziei na to, że Geum-ja jedynie spekuluje i wyciąga błędne wnioski na podstawie zwyczajnych poszlak. Ona nie histeryzowała, ona wiedziała. Feng wiedział, że ona wie. Ich małżeństwo było krótkie, a jednak znali się jak łyse konie.
— Od kiedy?
— Od kiedy co? — wymruczała pod nosem, szukając w twarzy męża podpowiedzi. — Od kiedy wiem? Od pół roku. Może trochę krócej. Widziałam cię. Chris też cię widział...
Feng zmarszczył brwi, opierając przedramiona na kolanach i pochylając się nieznacznie do przodu. A więc nie tylko Geum-ja była świadoma jego niewierności, jego najlepszy przyjaciel też to wiedział. Sytuacja nie przedstawiała się najlepiej. Bardziej niż na zdaniu żony zależało mu bowiem na opinii Chrisa. Zbyt bardzo był do niego przywiązany, aby móc zignorować to, co mężczyzna o nim myśli.
— Dlaczego więc dopiero teraz? — wymruczał po dłuższej chwili milczenia. Potrzebował tej ciszy, aby przetrawić usłyszane informacje. Nie miało do dla niego sensu. Pół roku oboje wiedzieli, a jednak żadne z nich nie zająknęło się nawet słowem. Zdecydowanie nie miało to dla niego żadnego sensu. Feng lubił, kiedy wszystko wokół niego miało sens.
— Bo mam już dość udawania, że wszystko między nami jest w porządku, kiedy wcale nie jest.
— A dlaczego miałoby być w porządku? To ustawiane małżeństwo. Ja jestem kretynem, ty jesteś płytka i już mnie nie kochasz. Naszemu małżeństwu daleko jest do normalności, tak tylko przypominam.
Przez jego słowa przebijały się zirytowanie i zniecierpliwienie. Mechanicznie zacisnął dłonie w pięści i rozluźnił je dopiero wtedy, kiedy zauważył, że żona porzuca swoje miejsce i kieruje się w jego stronę.
— Nie jesteśmy prawdziwym małżeństwem, przecież wiesz.
— Wiem. Dobrze to wiem. Oczekuję od ciebie minimum uczciwości. Nie mówię już o wierności, bo to pewnie za dużo.
Odłożyła kubek na stolik, stawiając go w pobliżu modelu salonu, uważając na to, aby odległość była na tyle duża, aby przypadkowe strącenie ceramiki nie wywołało zbyt wielkich strat.
— Bądź ze mną uczciwy.
Ucałowała go w skroń, uśmiechając się blado pod nosem. Nie kochała go, a ich małżeństwo było całkowitą fikcją, jednak czuła się oszukana i zdradzona. Przyznała w duchu, że zachowuje się jak pies ogrodnika, który samemu nie weźmie, ale nikomu też nie odda. Dotarło też do niej, że przez cały ten czas nie tylko była oszukiwana przez męża, ale także oszukiwała samą siebie, miała bowiem nadzieję, że uczucie z czasem samo przyjdzie. W tym momencie wydawało się to niemalże niemożliwe.
— Już zawsze będę. Chodź tu. — Mężczyzna przyciągnął do siebie żonę i oplótł ją ramieniem. Była taka kochana, taka drobna i taka cierpliwa, jednak nie wzbudzała w nim żadnych emocji poza zwyczajną sympatią. Nie mógł nic na to poradzić.
— A... Jeżeli jeszcze raz ją zobaczę, złapię ją za te rude kudły i zamorduję. Obiecuję.
Feng pokiwał ze zrozumieniem głową i prychnął pod nosem rozbawiony, chociaż nie było w tym nic śmiesznego. Znał możliwości żony, nie zdziwiłby się, gdyby doszło do publicznej sceny i skandalu.
Kiedy żona wróciła do kuchni, on zajął się ponownie sklejaniem samolotu. Miał wrażenie, że swojego związku nie mógł już skleić, musiał zadowolić się więc papierowym modelem.