Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

12/09/2026

2202. Po mojemu albo po mnie

Edynburg, 2015 r.

Reilynn Bothwell miała piętnaście lat, kiedy po raz pierwszy zrozumiała, że cisza potrafiła być naprawdę głośna, głośniejsza niż krzyk. Leżała w szpitalnym łóżku pod zbyt białą kołdrą, w pokoju pachnącym plastikiem, środkami dezynfekującymi i czymś jeszcze, czego nie umiała nazwać. I chyba nawet nie chciała. I leżąc w ten sposób, wpatrując się w sufit, jej oczy wydawały się w ogóle nie poruszać. Rei nie mrugała, po prostu oddychała miarowo przez nos, czując się wewnętrznie pusta. To było dziwne uczucie, jakby jednocześnie była martwa, ale dość żywa, by mieć bolesną świadomość tego stanu.
    Od operacji minęło kilka dni, ale czas w szpitalu wydawał się płynąć zupełnie inaczej. Odliczała każdą godzinę od momentu, w którym obudziła się po amputacji, i nie potrafiła od razu zrozumieć, dlaczego jej ciało wydawało się takie lekkie, a jednocześnie tak potwornie ciężkie. Za oknem Edynburg był szary i mokry – ciągle padało, a niebo przypominało szaroburą wodę po tym, jak zamoczono w niej zbyt wiele razy pędzel z różnymi kolorami. Gdyby Rei odwróciła głowę, przez okno widziałaby kawałek murów, dachy domów i drzewa. Wszystko istniało dalej. Świat się nie zatrzymał, chociaż jej wydawało się, że powinien, choć przez sekundę, bo takie rzeczy nie były zwyczajne – nie codziennie traciło się część siebie i budziło się w szpitalnym łóżku, myśląc o tym, że może tak naprawdę koniec świata nie będzie niczym spektakularnym, bo ten własny koniec, ta osobista apokalipsa, to wszystko odbywało się w ciszy, przykryte przez cały zewnętrzny chaos. Nie była wyjątkowa, nie chodziło o wyjątkowość, a o to, że chciało jej się krzyczeć, wrzeszczeć, powiedzieć, że to niesprawiedliwe, że lepiej byłoby umrzeć, niż być w takim stanie jak teraz, że nie chodziło tylko o nogę czy raka – chodziło o nią i o to, co działo się w jej głowie. 
    Usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Nie odwróciła głowy od razu, ale wiedziała, że do środka wszedł jej ojciec; poznała kroki, zanim zobaczyła jego twarz. Był tutaj tak często, że nie było to już trudne.
    — Hej, robaczku — powiedział cicho i podszedł bliżej. Nie usiadł od razu. Przez chwilę stał obok łóżka, trzymając w ręku papierowy kubek z kakao, z którego unosiła się słodka para. — To dla ciebie.
    — To próba przekupstwa? — spytała, przesuwając wzrokiem po suficie.
    — Oczywiście. 
    — Słaba — mruknęła. 
    — Ma pianki. 
    Dopiero wtedy spojrzała w jego stronę. Wyglądał okropnie. Widziała, że schudł, że od kilku dni golił się niedokładnie i że kiedy myślał, że ona spała, siadał przy jej łóżku i się modlił, choć nigdy nie podejrzewała ojca o bycie wierzącym. Nie powinno tak być; nie chciała stać się ciężarem, powodem, przez który ktoś był smutny lub płakał. Jak jednak przestać? Jak sprawić, żeby to wszystko się skończyło?
    — Ile pianek? — zapytała. 
    — Trzy. 
    — Tato. 
    — Cztery — poprawił się natychmiast. — Jedna zatonęła. 
    Rei prychnęła bardzo cicho. Malcom uznał to za dobry znak, za mały sukces. Pomógł córce usiąść, poprawił poduszkę pod jej plecami i wręczył jej kakao, uśmiechając się miękko. Zaraz potem zajął krzesełko przy łóżku.
    — Jak się czujesz? — spytał.
    — Jak bohaterka bardzo źle napisanej książki — odpowiedziała. 
    — Źle napisanej? 
    — Fatalnie — mruknęła.
    — Może drugi akt będzie lepszy? — zasugerował. 
    — Drugi akt zwykle jest gorszy. 
    — Nie zawsze. 
    — W tragediach tak. 
    — To może nie jesteśmy w tragedii? — Uśmiechnął się ciepło. 
    Rei spojrzała w jego stronę uważnie. Chciała mu uwierzyć. Naprawdę chciała, ale miała wrażenie, że już za późno, że została wciągnięta do greckiej tragedii i tak naprawdę jej los jest już przesądzony, i że nieważne, co będzie próbować zrobić, to zawsze przyjdzie jej mierzyć się z bólem i smutkiem.
    — Tato — powiedziała cicho. 
    — Tak? 
    — Czy… będę wyglądać strasznie? 
    Malcolm zamarł. Pytanie zawisło, ciężkie i okrutne w swojej prostocie. Rei nie planowała go zadać. Miała cały zestaw ironicznych tekstów, żartów i kąśliwych uwag, a mimo to padło ono w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Nie zapytała, czy będzie normalnie chodzić, czy wróci do szkoły, czy ból minie, czy rak zniknie. Zapytała o wygląd, bo miała piętnaście lat, bo piętnastoletnie dziewczyny, nawet kiedy chorują na raka kości, nadal chcą wiedzieć, czy nie będą dziwnie wyglądać. 
    — Nie — odpowiedział.
    — Musisz tak mówić. Jesteś moim tatą. — Rei odwróciła wzrok. 
    — To prawda, ale akurat teraz mówię prawdę nie dlatego, że jestem twoim tatą. 
    — Tylko dlatego, że jesteś architektem i masz zaburzone poczucie estetyki? — mruknęła.
    — Mam świetne poczucie estetyki — stwierdził, potrząsając głową. 
    — Kupiłeś kiedyś lampę w kształcie ryby — wytknęła bezlitośnie. 
    — To był odważny projekt. 
    — To była ryba. 
    — Reilynn. — Jej pełne imię zabrzmiało w jego ustach bardzo miękko. Malcolm wyciągnął rękę i dotknął jej ramienia, ściskając lekko. — Nie będziesz wyglądać strasznie. Będziesz wyglądać jak ktoś, kto przeżył coś, czego nikt nie powinien musieć przeżywać. I przez jakiś czas może być ci trudno patrzeć na siebie bez widzenia tylko tego. Ale… jesteś silna, jesteś najsilniejszą osobą, jaką znam. 
    Słysząc to, uśmiechnęła się krzywo, a potem spojrzała w stronę okna, bo poczuła łzy w oczach, a płakanie przy ojcu wydawało jej się jednocześnie najbezpieczniejszą i najokrutniejszą rzeczą na świecie. 
    — Mama dziś przyjdzie? — zapytała, kaszląc cicho, aby pozbyć się ścisku w gardle.
    — Dzwoniła rano. Powiedziała, że spróbuje. 
    Spróbuje. Rei nauczyła się już, że „spróbuje” było przykrywką dla „nie przyjdę”, dlatego pokiwała jedynie głową. 
    — Dobrze — odpowiedziała, próbując brzmieć obojętnie. 
    — Rei… 
    — Nie szkodzi. 
    Oczywiście, że szkodziło, ale Rei przyzwyczaiła się do tego, że matka wolała nie oglądać jej takiej i że zawsze miała coś ważniejszego. Spuściła wzrok do kakao; kubek wciąż był ciepły, a pianki rzeczywiście były cztery, chociaż jedna zamieniła się już w słodką, rozmiękłą grudkę.



Nowy Jork, 2025 r.
 
Pisanie w szpitalnej stołówce mogło uchodzić za dziwne, ale Rei miała dość leżenia w łóżku. Tutaj, próbując wcisnąć w siebie pudding i czerwoną galaretkę, chciała skończyć scenę, w której główny bohater walczył ze swoim największym wrogiem. Miało to być epickie starcie, pełne głębokich, poruszających słów… Cóż, nie wychodziło to w tym momencie najlepiej. Co jednak było nie tak, że ten konkretny fragment brzmiał tak sucho? 
    Westchnęła cicho i podniosła się, odchodząc od stolika tylko po to, aby nalać sobie wody z dystrybutora stojącego pod ścianą. To miało być szybkie; podejść, nacisnąć przycisk, poczekać i wrócić, ale wycofując się do swojego krzesełka, zobaczyła, że przy jej stoliku stał mężczyzna. Był barczystym olbrzymem ubranym w ciemną, rozpiętą koszulę, pod nią miał zwykły biały T-shirt – wyglądał dość elegancko, by nie uznać, że jest niechlujem, ale w miarę luźno, żeby nie mieć go za totalnego sztywniaka. Obserwując nieznajomego z dystansu, Rei bardzo szybko zdała sobie sprawę z tego, że to był dokładnie ten typ mężczyzny, którego należało opisać w książce, a potem stanowczo nie spotykać w prawdziwym życiu. 
    Podeszła bliżej, domyślając się, że olbrzym najprawdopodobniej zdążył przeczytać to, co napisała, i naprawdę żarliwie dziękowała wszechświatowi, że tym razem nie rozpisywała żadnej erotycznej sceny. Odchrząknęła więc cicho, aby dać o sobie znać, i zrobiła jeszcze kilka kroków w stronę stolika. 
    — To jest ten moment, w którym pyta pan, czy miejsce jest wolne, czy raczej ten, w którym muszę udawać, że to wcale nie ja jestem autorką tego tekstu? — zapytała.
    Mężczyzna odwrócił głowę w jej stronę i przez chwilę patrzył na nią bez słowa. Nie robił tego niegrzecznie, raczej tak, jakby musiał zdecydować, czy wejść w tę rozmowę, czy jednak odejść z kawą w bezpieczne miejsce. Najwyraźniej zdrowy rozsądek przegrał.
    — Chciałem tylko powiedzieć, że jeśli ktoś po pchnięciu pod żebra wygłasza trzy akapity monologu, to albo rana jest symboliczna, albo wróg bardzo cierpliwy — oznajmił, upijając łyk kawy. 
    — Co? — spytała mało inteligentnie, a jej oczy zrobiły się nieco większe, jakby nie do końca rozumiała, co jej chciał powiedzieć. 
    — Zobaczyłem przypadkiem jedno zdanie — wyjaśnił, wzruszając lekko ramieniem. — Nie czytałem wszystkiego. Po prostu to rzuciło mi się w oczy.
    Rei zerknęła w stronę laptopa. Wiedziała, co tam było. Głowiła się nad tą sceną od dobrej godziny
    — To główny bohater — mruknęła. — Tacy mogą więcej.
    — Nawet główny bohater potrzebuje powietrza. — Kącik ust mężczyzny drgnął.
    — To fantasy — wytknęła.
    — W fantasy też działa przepona.
    Rei przez chwilę milczała, a potem parsknęła śmiechem, choć bardzo próbowała tego nie zrobić. Nie zabrzmiało to elegancko, było bardziej jak cichy wybuch, który natychmiast zakryła dłonią. Posłała mężczyźnie krótkie spojrzenie, jakby oceniała, czy tylko ją bawiły takie rzeczy – najwyraźniej tak, bo facet po prostu upił łyk kawy, a potem wskazał ruchem głowy w stronę wolnego krzesełka.
    — Mogę? — spytał, a Rei przez moment zastanawiała się, dlaczego akurat wybrał ten stolik. Rozejrzała się ukradkiem wokół; było jeszcze sporo wolnych miejsc, więc albo koniecznie chciał usiąść właśnie tutaj, albo stwierdził, że to dobra okazja, aby bezkarnie pomęczyć pisarkę.
    — Skoro już pan wie, że mój bohater nie ma przepony, chyba nie ma sensu udawać, że siedzenie przy jednym stoliku byłoby niezręczne — odparła Rei i machnęła ręką w stronę siedzenia. — Proszę.
    Kiwnął głową i zajął miejsce, a Rei usiadła naprzeciwko, przyciągając do siebie laptopa. Przez chwilę obserwowała, jak jego duże palce głaskały papierowy kubek z kawą; robił to bardzo konkretnie, bo najpierw dotykał boku, potem wykonywał mały przewrót, aż w końcu zahaczał paznokciem o krawędź.
    — Jest pan lekarzem? — zapytała, odrywając wzrok od jego rąk, i oparła się wygodniej o krzesełko.
    — Nie.
    — Pacjentem? — dopytała.
    — Też nie.
    — Czyli tajemniczym człowiekiem od przepony. Świetnie. — Przewróciła oczami.
    — Żołnierzem. — Uśmiechnął się lekko.
    — Och. — To „och” wyszło jej trochę za mało inteligentnie, więc natychmiast postanowiła je naprawić większą liczbą słów. Jak zwykle. — To wyjaśnia pańską postawę. I komentarz o przeponie.
    Rei czuła, jak jego spojrzenie przesunęło się krótko po jej twarzy, a potem po lasce opartej o stolik i czerwonej galaretce. Miała dziwne wrażenie, że w tej jednej sekundzie dowiedział się o niej wszystkiego.
    — A pani? — spytał, przechylając lekko głowę w bok.
    — Pacjentką — powiedziała. — Pisarką. Osobą, która najwyraźniej nie zna się na przeponach. Kolejność zależy od dnia.
    Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, a potem dopił swoją kawę. Rei podejrzewała, że zaraz wstanie i się pożegna, ale zamiast tego usłyszała:
    — Mogę zobaczyć fragment?
    — To bardzo odważne pytanie jak na kogoś, kto przed chwilą obraził mojego ciężko rannego bohatera — odparła, wymieniając się z nieznajomym spojrzeniami. Nie był to zwykły kontakt wzrokowy, który trwa sekundę i zaraz grzecznie się rozprasza. Jego oczy zostały przy niej odrobinę za długo; miały w sobie coś zaczepnego, jakby bawiła go jej obrona fikcyjnego mężczyzny, ale nie wyśmiewał jej za to.
    — Okeeej — powiedziała w końcu, obracając laptopa odrobinę w jego stronę. — Ale jeśli skrzywdzi pan moje uczucia, będę zmuszona wykorzystać pana jako postać drugoplanową, która umiera w błocie.
    — To całkiem uczciwe.
    Pochylił się lekko nad ekranem, czytając kilka linijek. Rei udawała, że nie obserwuje jego twarzy. Oczywiście obserwowała. Bardzo dyskretnie, czyli absolutnie niedyskretnie.
    — Tu — powiedział po chwili, wskazując palcem akapit. — Jeśli dostał pod żebra, nie zrobiłby kroku naprzód z taką łatwością, prędzej by się złożył i instynktownie chronił bok.
    — Mhm… a co z monologiem? — zapytała, marszcząc lekko nos.
    — Może powiedzieć jedno zdanie — uznał.
    — Jedno? — Prychnęła mimowolnie.
    — Dwa, jeśli jest uparty. 
    — Nienawidzę realizmu — stwierdziła gorzko, zaglądając do laptopa, aby omieść wzrokiem fragment, o którym była mowa. — A pan co tu robi? — zapytała. — Skoro nie jest pan lekarzem ani pacjentem. I skoro najwyraźniej ma pan misję ratowania fikcyjnych bohaterów przed głupią śmiercią.
    — Odwiedzam kolegę — odpowiedział neutralnie. 
    — Jasne — rzuciła szybko, wyczuwając, że to nie była prosta wizyta. Nie pytała jednak dalej. Granice, Reilynn, granice.
    — Za trzy dni wyjeżdżam — wyznał. I zrobił to tak nagle, że Rei nie wiedziała, co powiedzieć. Czy rozpowiadał każdej nieznajomej, którą spotykał, że za trzy doby będzie gdzieś indziej? I gdzie to „gdzieś” było? Podejrzewała, że skoro był żołnierzem, to pewnie nie może powiedzieć nic więcej.
    — Na długo? — spytała więc ostrożnie, bo to pytanie wydawało się bezpieczniejsze.
— Kilka miesięcy. 
        — W takim razie powinien pan wziąć ze sobą książkę — powiedziała, zanim zdążyła uznać, że to głupia rada dla człowieka takiego jak on, choć nie miała pojęcia, jakim typem osoby naprawdę był. — Nie wiem, dokąd pan jedzie i nie pytam, ale kilka miesięcy to dość długo. Człowiek powinien mieć więc przy sobie coś, co zajmie głowę i zabije czas. 
    I wyjechał. Tak po prostu. Nie było dramatycznego pożegnania, deszczu uderzającego o szybę ani sceny, w której ktoś biegł przez lotnisko. I z całą pewnością Rei nie spodziewała się, że miesiąc później otrzyma list w nieco pogniecionej kopercie – nie było tam jej imienia i nazwiska, tylko adres szpitala i opis Rei: kobieta, pisarka, krótkie, czarne włosy, zielone oczy. Ostrożnie otworzyła kopertę. W środku była jedna kartka i żadnego dramatycznego wstępu, tylko krótkie, równe linijki, napisane przez kogoś, kto najwyraźniej nie miał potrzeby udawać poety:
    Nie wiem, czy pamiętasz faceta, który obraził Twojego ciężko rannego bohatera trzy dni przed wyjazdem. Podejrzewam, że jeśli pamiętasz, to głównie przez to... 
    Nie mogę napisać, gdzie jestem ani o tym, co robię. Mogę za to zdradzić, że zabrałem książkę i chyba miałaś rację – człowiek zdecydowanie powinien mieć coś, co zajmie mu głowę. Nie wiem też, czy to dziwne pisać do kobiety poznanej przypadkiem w szpitalu. Pewnie tak. Ale pomyślałem, że skoro potrafiłaś bronić wymyślonego mężczyzny z takim zaangażowaniem, to może nie uznasz za całkiem absurdalne, że prawdziwy pisze do ciebie kilka zdań z miejsca, którego nie mogę nazwać. 
    Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku... nie pytam o to wprost, bo myślę, że gdybym to zrobił, odpowiedziałabyś tak, że przez chwilę bym się uśmiechał i dopiero później zrozumiał, że ominęłaś najważniejszą część. I że niczego się nie dowiedziałem.
    Nie mam pojęcia, czy ten list dojdzie i czy w ogóle powinienem go wysyłać, ale jeśli zdecydujesz się odpisać, zdradź, czy ten Twój bohater przeżył, czy może jednak skończył w błocie.

    Zajęło jej tydzień, aby w ogóle postanowić odpisać. Nie wiedziała, czy powinna, czy w ogóle ma to sens, bo nie była zbyt dobra w relacje międzyludzkie. Poprawka: była w nie fatalna. Bała się, że zacznie to przypominać przeciąganie liny – że po swojej stronie będzie trzymać ją obiema rękami, zębami, resztką siły i całą desperacką potrzebą, żeby ktoś został, a jednocześnie modlić się, żeby jednak puścił pierwszy. Bo lepiej było się nie przywiązywać. To było praktyczne, może trochę nieludzkie, ale praktyczne. Rei znała własne ciało wystarczająco dobrze, żeby nie sprzedawać nikomu pięknej wersji siebie z gwarancją, że wszystko będzie w porządku. Nie składała też obietnic ani nie próbowała robić wielkich planów. Jeśli miałaby się określić, czym była w relacjach, to stwierdziłaby, że jest jedynie przypisem, o którym łatwo szybko zapomnieć.
 
 
 
Nowy Jork, 2026 r.

Wywiad miał odbyć się w piątek. Transmisja internetowa, link udostępniony przez redakcję, czat na żywo przesuwający się z boku ekranu i małe czerwone oznaczenie LIVE. Nie była to wielka konferencja prasowa ani dramatyczne wystąpienie. To miał być spokojny materiał dla magazynu literackiego; rozmowa o książkach, pseudonimie i o tym, dlaczego po tylu latach ukrywania się za inicjałami postanowiła pokazać twarz.
    Pięć minut przed startem Rei siedziała przed laptopem z kubkiem kawy, której nie tknęła. Miała lodowate ręce, jej serce biło zbyt szybko, a skronie pulsowały. Bała się, cholernie bała się momentu, w którym pokaże twarz i przyzna się do swoich książek, ale jeszcze bardziej bała się, że jeśli umrze, a ta myśl w 2026 roku stała się upierdliwie męcząca, to Lynn R. Well przestanie być częścią Reilynn Bothwell. I że już zawsze będzie ukryta za wymyślonym pseudonimem – nie było w tym nic złego, ale chyba nadszedł moment, aby być po prostu Rei.
    Ekran rozbłysnął i wtedy pojawiła się prowadząca, Mara Ellison, uśmiechnięta i podekscytowana. Rei również spróbowała się uśmiechnąć, choć zdecydowanie jej to nie wychodziło.
    — Gotowa? — zapytała prowadząca.
    Rei zerknęła w stronę licznika widzów, który rósł szybciej, niż powinien. Nie była gotowa. Oczywiście, że nie była gotowa! Kiwnęła jednak głową i uśmiechnęła się bardziej.
    — Tak, zaczynajmy. 
    Rozmowa najpierw dotyczyła jej książek; Rei opowiadała o swoich inspiracjach, procesie twórczym i o tym, że od zawsze miała zbyt wybujałą wyobraźnię. Dopiero później zaczęło się robić poważnie.
    — Czy mogę zapytać... dlaczego teraz? — spytała Ellison. — Przez lata ukrywałaś się za pseudonimem… więc co sprawiło, że właśnie teraz zdecydowałaś się pokazać twarz i powiedzieć wprost: to ja jestem Lynn R. Well?
    — Bo nie chcę, żeby ludzie znali wybraną przeze mnie część mnie — powiedziała. — Lynn R. Well była… bezpieczna, użyteczna. Mogłam nią być wtedy, kiedy Reilynn Bothwell była… za bardzo wszystkim naraz. — Zaśmiała się cicho. — Czyli za bardzo chora, zmęczona, przestraszona albo… za bardzo nie taka, jak sobie wyobrażałam dorosłą kobietę, którą kiedyś zostanę.
    Czat przewijał się obok:
    kocham jej głos, omg
    czekajcie, ona NAPRAWDĘ jest Lynn R. Well?
    Sól w koronie złamała mi serce, dziękuję Ci za to i nienawidzę Cię
    OMG!!!!!
    zielone oczy!!!
    to jest ta autorka od Królestwa rzeczy utraconych???

    — Bałaś się reakcji czytelników? — spytała prowadząca.
    — Oczywiście! Boję się wszystkiego. — Przewróciła z rozbawieniem oczami. — Bałam się na przykład tego, że gdy powiem o sobie otwarcie, nagle nie będę autorką, tylko „tą chorą autorką”. Że ludzie zaczną czytać moje sceny miłosne jak akt odwagi albo że każda moja bohaterka będzie dla nich mną, każda rana moją raną, a każdy happy end prośbą, żebym ja też go dostała.
    Czat sunął dalej:
    O MÓJ BOŻE
    WIEDZIAŁAM
    REILYNN?? piękne imię
    czemu płaczę........
    czyli to oficjalne???

    — A czy jest coś, czego nie chcesz, żeby czytelnicy robili po tym, jak się ujawniłaś? — Mara Ellison uśmiechnęła się delikatnie. 
    — Nie chcę, żeby zaczęli mnie żałować, zamiast mnie czytać — powiedziała po chwili. — To chyba najważniejsze. Nie chcę, żeby ktoś brał moją książkę do ręki z miną: och, biedna dziewczyna, zobaczmy, co napisała mimo wszystko. Nie napisałam tych książek „mimo wszystko”. Napisałam je, bo jestem pisarką. 
    Czat na moment jakby zwolnił, a potem posypały się kolejne komentarze:
    nie żałować. czytać. zapamiętane.
    to serio ważne
    kocham ją jeszcze bardziej
    REI JEST PISARKĄ I KROPKA
    czy ktoś też płacze????

    — Pięknie powiedziane — stwierdziła prowadząca. — A skoro już o tym mowa… Czy po ujawnieniu, że Lynn R. Well to Reilynn Bothwell... twoje książki będą inne?
    — Mam nadzieję, że nie będą grzeczniejsze — odparła luźno. — Ani ostrożniejsze. Nie chcę pisać tak, jakby cały świat zaglądał mi przez ramię i oceniał, które zdanie jest „naprawdę mną”, a które tylko wymyśliłam. — Wzruszyła ramieniem. — Może zmieni się tylko tyle, że teraz czytelnicy będą wiedzieli, że za tymi książkami nie stoi żadna tajemnicza, bezcielesna osoba, tylko ja. I że ja też czasem nie wiem, jak zakończyć rozdział.
    — A wiesz, jak zakończyć ten? — Mara posłała jej miękkie spojrzenie.
    — Jeszcze nie — powiedziała. — Ale pierwszy raz od dawna nie próbuję pisać go pod „cudzym” nazwiskiem.

___________
Popełniłam to opowiadanie (sponsoruje je w tytule Zippy Ogar, a dalej to już Maggie Lindemann i Katarsis), bo Rei za bardzo porządziła się w mojej głowie. 😅 Zdradzam więc trochę tego, jaką Rei była nastolatką, i pokazuję jej chaos od innej strony – mam nadzieję! No i, Nowy Jork właśnie się dowiedział, jak wygląda Lynn R. Well. 👀 Po autografy w tę stronę...
P.S. Pana Żołnierza chętnie oddam w dobre ręce! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz