Mattie/Tilly
33 lata — pielęgniarka ICU, sporadycznie dorabiająca na ER w szpitalu NewYork-Presbyterian / Weill Cornell Medical Center — aktywistka aborcyjna
To nie żadna niesamowita historia, ot przeciętne życie jakich wiele. Pełna rodzina, bez większych życiowych zawirowań i ekscesów. Ojciec adoptowany Koreańczyk w latach 70’, profesor nauk politycznych na CUNY, matka Amerykanka, psycholog dziecięcy. Dominujące geny w fizjonomii postawiły na azjatycką urodę u Mattie, brak jednak w rodzinie odniesień czy zamiłowania do kultury przodków ze wschodu. Rodzice zawsze czuli się po prostu Amerykanami.
Państwo Stevenson posiadali zrównoważone podejście do wychowania swojej pociechy, zależało im wyłącznie na tym by była samodzielna, myśląca i niezależna jako kobieta. Wyrosła im zatem bardzo buczna, skora do dyskusji feministka, z dużym pokładem empatii, którą jednak chowa głęboko w sobie, tylko dla tych najbardziej potrzebujących. Bywa wulgarna, chętnie stosuje w swoich wypowiedziach sarkazm, uparcie też szuka dowodów na poparcie czyichś przekonań, bo jak wiadomo stanowisko niepoparte dowodami, to żadne stanowisko. Mattie wierzy w fakty. Stąd, choć rozumie koncept religii, tak ciężko jej jednak pogodzić się z sytuacją, że ludzie uciekają od odpowiedzialności za własne życie w każdy możliwy kontekst kulturowy. Plus, dziwnym trafem, każdy bóg myśli zazwyczaj w sposób, w jaki świat postrzega jego wyznawca.
Mathilde marzyła kiedyś o rzeczach wielkich i chęci zmiany świata, niestety szybko przekonała się jak prawdziwe życie brutalnie i brzydko wygląda. Nie ma więc większych oczekiwań od swojego czasu na tym ziemskim padole, chce je jakoś przeżyć. Wypadałoby godnie, ale z tym też nie jest tak prosto. W momentach zwątpienia w ten koncept kraju, szuka posad w Szwajcarii. Poza tym poszukuje wrażeń i zrozumienia dla rzeczywistości w podróżach w niepopularne, nie zawsze bezpieczne rejony planety. W całym swoim doświadczeniu życia najbardziej szkoda jej tych niewinnych. Samej śmierci się nie boi, przecież to tylko chwila. Umieranie, którego jest świadkiem na co dzień, to o wiele gorszy konspekt, którego nie chciałaby nigdy doświadczyć.
Benjamin Netanjahu is a world criminal - zero wyrozumiałości dla antyszczepionkowców - medycyna alternatywna nie istnieje - Men are not lonley enough - fanka techno i muzyki klasycznej - zamiast platform streamingowych ogląda zatrzymania i pościgi policyjne z body camu - ludzie słuchający Taylor Swift nie mają osobowości - miłośniczka koncertów pod batutą von Karajana - People are mostly stupid - po pracy jak daje radę idzie na siłownię, zajęcia kickboxingu, ewentualnie biega szybkie kółko gdzieś w okolicy - podwiązane jajowody - za chwilę zabraknie nam wody - spłacana kawalerka w południowym Brooklynie, tak jak i kredyt studencki - aktualnie planuje podróż do Sudanu - Starbucks to nie kawa - ulubione powiedzenie : nie zesraj się - 3 wypalenia zawodowe - kiedyś szalona dusza ze skłonnością do skrajnie nieodpowiedzialnych zachowań - najbardziej w życiu boi się zarazić HIV, WZW typu C, wesz
Państwo Stevenson posiadali zrównoważone podejście do wychowania swojej pociechy, zależało im wyłącznie na tym by była samodzielna, myśląca i niezależna jako kobieta. Wyrosła im zatem bardzo buczna, skora do dyskusji feministka, z dużym pokładem empatii, którą jednak chowa głęboko w sobie, tylko dla tych najbardziej potrzebujących. Bywa wulgarna, chętnie stosuje w swoich wypowiedziach sarkazm, uparcie też szuka dowodów na poparcie czyichś przekonań, bo jak wiadomo stanowisko niepoparte dowodami, to żadne stanowisko. Mattie wierzy w fakty. Stąd, choć rozumie koncept religii, tak ciężko jej jednak pogodzić się z sytuacją, że ludzie uciekają od odpowiedzialności za własne życie w każdy możliwy kontekst kulturowy. Plus, dziwnym trafem, każdy bóg myśli zazwyczaj w sposób, w jaki świat postrzega jego wyznawca.
Mathilde marzyła kiedyś o rzeczach wielkich i chęci zmiany świata, niestety szybko przekonała się jak prawdziwe życie brutalnie i brzydko wygląda. Nie ma więc większych oczekiwań od swojego czasu na tym ziemskim padole, chce je jakoś przeżyć. Wypadałoby godnie, ale z tym też nie jest tak prosto. W momentach zwątpienia w ten koncept kraju, szuka posad w Szwajcarii. Poza tym poszukuje wrażeń i zrozumienia dla rzeczywistości w podróżach w niepopularne, nie zawsze bezpieczne rejony planety. W całym swoim doświadczeniu życia najbardziej szkoda jej tych niewinnych. Samej śmierci się nie boi, przecież to tylko chwila. Umieranie, którego jest świadkiem na co dzień, to o wiele gorszy konspekt, którego nie chciałaby nigdy doświadczyć.
W skrócie:
Benjamin Netanjahu is a world criminal - zero wyrozumiałości dla antyszczepionkowców - medycyna alternatywna nie istnieje - Men are not lonley enough - fanka techno i muzyki klasycznej - zamiast platform streamingowych ogląda zatrzymania i pościgi policyjne z body camu - ludzie słuchający Taylor Swift nie mają osobowości - miłośniczka koncertów pod batutą von Karajana - People are mostly stupid - po pracy jak daje radę idzie na siłownię, zajęcia kickboxingu, ewentualnie biega szybkie kółko gdzieś w okolicy - podwiązane jajowody - za chwilę zabraknie nam wody - spłacana kawalerka w południowym Brooklynie, tak jak i kredyt studencki - aktualnie planuje podróż do Sudanu - Starbucks to nie kawa - ulubione powiedzenie : nie zesraj się - 3 wypalenia zawodowe - kiedyś szalona dusza ze skłonnością do skrajnie nieodpowiedzialnych zachowań - najbardziej w życiu boi się zarazić HIV, WZW typu C, wesz
⇝ ⇝ ⇝
Hej, dawno mnie tu nie było. Wróciłam z racji szukania kreatywności na L4. Dodatkowo zależało mi na stworzeniu kogoś zupełnie normalnego/przeciętnego.
W tytule The Strokes.
W tytule The Strokes.
Lojalnie uprzedzam, że udzielać się mogę tylko do końca roku.
[No dzień dobry, bardzo miło zobaczyć Cię tutaj po tak długim czasie 😊 I od razu żałuję, że możesz zostać z nami tylko do końca roku. Na pewno nie da się na dłużej? 🥺
OdpowiedzUsuńZ Mathilde jest bardzo konkretna babeczka i to do tego stopnia, że myślę, że mogłabym czuć się przy niej niego onieśmielona. Nie zmienia to tego, że jako postać, bardzo mi się podoba. Jest charakter na i wyraźna, a takie postacie lubię 😊
To co, życzę udanej zabawy, póki czas będzie na nią pozwalał? Mam nadzieję, że uda Ci się z nami rozerwać na tym L4 😁
MAXINE RILEY & IAN HUNT
[ Hej, hej! Witamy ciebie i twoją konkret babeczkę! Chętnie bym się z nią zaprzyjaźniła, gdybym miała okazje poznać taką personę w życiu prywatnym!
OdpowiedzUsuńDobrej zabawy na blogu, żeby czas na l4 minął ci naprawdę przyjemnie! Dużo fajnych wątków!
W razie cięci zapraszam do moich panów! ]
Nathaniel & Caleb
[Takie powroty po latach zawsze chwytają za serducho. Mam nadzieję, że świetnie spędzisz z nami ten czas! A z Mathilde rzeczywiście jest konkret kobietka, ja chyba też czułabym się nieco onieśmielona, ale z drugiej jednak też zaciekawiona. Poza tym muzyka klasyczna i techno to bardzo ciekawy kontrast :D Ciekawe, ile takich kontrastów ona w sobie jeszcze ma! Życzę mnóstwa dobrej zabawy na blogu!]
OdpowiedzUsuńTanner Morgan
& Gert Brennan
[Nie wiem, czy fotka przygotowała mnie na tak mocny charakter! Chociaż może powinna - spojrzenie zacięte, to i podejście do życia też. Jest ciekawie, jest wysoko. Podoba mi się zasygnalizowanie zdrobnień, Tilly/Mattie, tak na miękko, to dopiero kontrast z postawą życiową. Nie wiem tylko, czy rzeczywiście bogowie myślą jak ich wyznawcy. Dałoby się dyskutować, bo patrząc na część religijnych osób, można by stwierdzić, że wręcz przeciwnie.
OdpowiedzUsuńDzień dobry, hej, wszystkiego dobrego!]
Leif & Len
[Totalnie rozumiem miłość do muzyki klasycznej i techno jednocześnie - Tamsin też. Cześć! Nie wiem, czy określiłabym ją jako przeciętną, ale wydaje się być przyjemnie normalna. Życzę samych udanych wątków, odnalezienia kreatywności i świetnej zabawy! Gdybyś miała ochotę na wątek, zapraszam do siebie ;) ]
OdpowiedzUsuńTamsin Passalis i Ivan Voronin
[Dobry jazz nie jest zły, chociaż chyba nie umiałabym za bardzo odróżnić tego dobrego, od złego. Szkoda czasu na takich typów! Różnica wieku jest, ale z drugiej strony to już chyba ten czas, kiedy te różnice się nieco zacierają. Chyba mam nawet pomysł, jak można byłoby dziewczyny połączyć. Chcesz ustalić szczegóły tutaj, czy wolisz przenieść się na maila? :) ]
OdpowiedzUsuńTamsin Passalis
[ hahaha o proszę! My na taką analizę się piszemy podczas przerwy śniadaniowej, a co tam! ]
OdpowiedzUsuńCaleb
[Cześć! Fajna ci ona! Przepiękna karta, przepiękna pani, co tu więcej mówić. ♥ Szkoda, że Twój pobyt tutaj jawi się jako krótki, ale jeśli tak, to mam nadzieję, że nam sam koniec wyślesz Tilly do tej Szwajcarii.
OdpowiedzUsuńNiech ten okres będzie dla Ciebie dobrze spożytkowanym czasem. Baw się dobrze, masy weny i mnóstwo wątków. ♥]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth
[ Benjamin Netanjahu is a world criminal - 👏👏👏👏👏👏👏👏👏👏👏👏👏!
OdpowiedzUsuńI to jest najważniejsze w tej karcie, kilka linijek dalej poczułam się urażona, bo i ja, i Paweł mamy osobowość i to nie całkiem wątpliwej jakości, Tejlor kochamy, nie przestaniemy! ;D
Bawcie się dobrze, bo wyszła naprawdę mocna. Jak chcecie love-hate to zapraszamy do Pawła :D ]
Pawełek Wysocki
Ocknął się, kiedy z noszy przerzucano go na łóżko, a że jeszcze pięć minut temu stał przed szpitalem, tuż przy podjeździe dla karetek, to ewidentnie coś mu się nie zgadzało. Stąd od razu poderwał się do siadu i również od razu został spacyfikowany przez czarnoskórego pielęgniarza, który jedną ręką przytrzymał go za ramię, a drugą ułożył na jego piersi i stanowczo, a także przy użyciu siły w stopniu wystarczającym do tego, by Ian poczuł, że nie miał po co próbować podrywać się po raz drugi, docisnął jego tułów z powrotem do twardego łóżka.
OdpowiedzUsuń— Proszę pana, spokojnie. — Nie cofnąwszy dłoni, pielęgniarz złapał z nim kontakt wzrokowy i nawet uśmiechnął się lekko, kiedy spostrzegł, że Hunt dość przytomnie skupił na nim wzrok. — Jest pan w szpitalu, ma pan uraz głowy, zaraz się panem zajmiemy — wyłuszczył i zręcznie pochwycił nadgarstek Iana, kiedy jego lewa ręka powędrowała do głowy, na której chciał rzeczowy uraz wymacać, ewidentnie nie dowierzając słowom pielęgniarza.
— Proszę nie dotykać.
— Zatrzymanie krążenia na trójce! Logan, biegiem!
Ktoś klepnął czarnoskórego pielęgniarza, Logana, w ramię i wybiegł z salki, podczas gdy Logan wywrócił oczami, by następnie te oczy, tak ciemne, że niemal czarne i o przekrwionych ze zmęczenia białkach, utkwić w Ianie.
— Leżeć. Nie. Dotykać — powtórzył, wyraźnie artykułując każde słowo. — Zaraz ktoś przyjdzie! — To ostatnie rzucił już w biegu, a Ian, który wyciągnął szyję, by odruchowo odprowadzić wzrokiem oddalającego się mężczyznę, poczuł ból tak nagły i przeszywający, że pociemniało mu przed oczami. Na dodatek zrobiło mu się niedobrze, stąd, kiedy ktoś wszedł do pomieszczenia, akurat zaciskał powieki i walczył z tym wszystkim, co go nękało. Aktualnie najbardziej zależało mu na tym, żeby się nie porzygać.
Otworzył jedno oko dopiero, kiedy ten ktoś, kto wszedł, postanowił się odezwać. Drugie wciąż przymykał, ale kiedy w sylwetce pielęgniarki rozpoznał znajomą osobę, a brzmienie jej głosu w tej znajomości go utwierdziło, otworzył też drugie, mimo że padające zewsząd jasne światło zadawało mu fizyczny ból podobny do tego, jakby ktoś wbijał parę sztyletów prosto w jego oczodoły.
— Mattie — sapnął na początek, całkiem dobry, bo skoro ją rozpoznał, to nie oberwał tak mocno. Z tym że, dlaczego w ogóle oberwał? Zmarszczył ciemne brwi. — W szpitalu — odpowiedział, chyba jeszcze nie zarejestrowawszy tego, że będzie musiał tutaj zostać, bo znowu podniósł się do siadu, a że w pobliżu nie było Logana, to także dotknął swojej głowy. Przesunął dłonią od potylicy po czoło i gdzieś po drodze natrafił na punkt tak tkliwy, że aż syknął. Na placach została mu krew, ciepła i intensywnie czerwona.
— Kurwa, co jest — mruknął, co z powodzeniem mogło uchodzić za odpowiedź na drugie pytanie zadane mu przez Mathilde. Był w szpitalu, bo miał w nim być. Był tu umówiony z klientem, miał przekazać towar i ruszyć dalej, z tym że z niewiadomych względów tkwił na oddziale.
Podniósł wzrok na Mattie, spoglądając na nią tak, jakby oczekiwał, że to ona wytłumaczy mu, co zaszło, mimo tego, że to on dostał po głowie i chyba nie tylko, bo z opóźnieniem docierało do niego, że bolą go także inne miejsca na ciele.
nieco splątany, ale na pewno nadal ulubiony diler IAN HUNT
[To bardzo się cieszę, że rozbawiły! Leif to wesoły chłopak jest ogólnie, Lenny nie aż tak, ale też nie smutas i gorąco wierzę, że da się ukręcić wątek trochę do śmiechu i trochę nie do śmiechu.
OdpowiedzUsuńA skoro już tak o wierze i religii mówimy, to można to pociągnąć. Bo wierzę też, że Len dobrze wygląda w ornacie. Więc taka sytuacja - rodzina jakiegoś pacjenta chciałaby, żeby tenże pacjent wreszcie pojednał się z Bogiem; pacjent odmawia, ale kończy mu się i cierpliwość, i asertywność jednocześnie, a jednak tę swoją rodzinę kocha. Przy okazji jednak B/boga nie kocha, bo w jego istnienie nie wierzy. I jak wybrnąć z tego konfliktu? Na pewno istnieją jakieś rozsądne ścieżki, ale typ akurat wybiera inną - a imię jej Len Weston i Ear Me Out.
Czyli zatrudnia go jako księdza, żeby rodzina zobaczyła i się odczepiła. Przy okazji niektórzy inni pacjenci mogliby chcieć porozmawiać z, dajmy na to, ojcem Elim, skoro już jest na miejscu. A idąc za kartą, może i bojowa Mathilde zechciałaby coś pokwestionować?]
Len Weston
[ ja jestem bardzo politycznym cżłowiekiem. U mnie tak samo jak fuck Netanjahu, tak samo fuck Donald :D
OdpowiedzUsuńmam pomysł, odezwę się na @ ]
PAWEŁEK
[ albo i nie, bo nie widzę, więc zapraszam Ciebie do mnie: shakespeare.is.not.dead@gmail.com ]
Usuń[Bardzo mi się to podoba, że mogłaby pomóc w zatrudnieniu Lena, a potem robić mu wyrzuty z powodu etyki! Lenny udaje księdza, ale to Mathilde prawi kazania :D To co, kluczowe pytanie jest takie, od czego zaczynamy - od samego zwerbowania Lena czy Lena/księdza Eliego już na oddziale?]
OdpowiedzUsuńLen Weston
[Jeśli możesz zacząć, to super; jeśli nie, to też super, wezmę to na siebie :D, tylko musiałabyś chwilkę poczekać, aż się ogarnę.]
OdpowiedzUsuńLen Weston
[Ja powiem tak, właśnie takich przeciętno-niesamowitych historii, jak historia Tilly nam potrzeba! Tyle niespodzianek w tej karcie ;D Tyle różnych emocji, doświadczeń i przede wszystkim tego, jak logicznie podchodzi ona do życia. Nie chwilą, a solidnym przemyśleniem wszystkiego, co może mieć różne nieprzyjemne konsekwencje ^^ To mi się w niej spodobało. Szkoda tylko, że nie możesz z nią zostać tu na dłuższy czas, niż na 4 krótkie miesiące.
OdpowiedzUsuńSukcesów na blogu! ;D]
Jonatan Barlett
[Dzień dobry - z opóźnieniem, ale się witamy!
OdpowiedzUsuńDziesięć razy bardziej preferuję normalność prezentowaną przez Tilly niż gdyby na przykład miała mieć poglądy odwrotne i uważać się za specjalną. Och, to byłoby cięższe do przełknięcia! Bardzo przyjemnie mi się czytało kartę, tak sobie poprzytakiwałam wielkokrotnie i w końcu stwierdziłam, że może wątek? Jeśli masz ochotę oczywiście - wtedy zapraszamy!]
Magnus Valtersson
[Na szczęście to moja postać i mogę stwierdzić, że występuje cyklicznie! A więc występuje, słuchaj. Obecnie to raczej dwa wieczory w tygodniu, ale to zawsze coś, no i fajnie jak płacą za coś, co się lubi. Warto jednak wpleść w to również Tilly, bo głupio jakby biedna po prostu patrzyła jak on wywija na scenie. Może mu jednak postawić drinka po występie albo w ogóle całą butelkę to jej walnie prywatnego death dropa. Może też oczywiście w zupełnie innych okolicznościach go zobaczyć: ktoś mógł Magnusa poturbować i mógł trafić na izbę na przykład, bo niestety, czasem bywa niebezpiecznie jak się przejdzie w szpilach przez miasto. A jakby w full dragu musiał wylądować na izbie to w ogóle miałaby do czynienia z niecodzienną wersją Magnusa, bo on raczej z tych pogodnych: no tu pogodny by nie był.]
OdpowiedzUsuńMagnus Valtersson
[Och tak, obie są z innych światów! Ale muszę przyznać, że Mathilde jest bardzo imponującą postacią, taką zdecydowaną i konkretną. Pewnie mogłyby zostać sąsiadkami, bo zakładałam, że Gina również mieszka na Brooklynie, tylko brakuje mi konkretnego pomysłu na wątek, który udałoby się nam ciekawie poprowadzić. Jeśli tobie chodzi coś po głowie, chętnie się zapoznam. Dziękuję bardzo za powitanie! :)]
OdpowiedzUsuńGina Roberts
Tamsin lubiła czuć się dobrze. Nie było to zależne specjalnie od ubioru, który miała na sobie, czy tego, jak danego dnia układały się jej włosy – zazwyczaj tak samo, a jeśli cokolwiek odbiegało od normy, to nie próbowała tego naprawiać tańcami deszczu, wałkami, czy innymi piankami, tylko upinała je w koka. Żadnej filozofii i zagłębiania się w temat, bo chociaż Tamsin nie robiła niczego, od czego zależałoby czyjekolwiek życie, to zwyczajnie nie miała na to czasu. Czasu i przestrzeni w głowie, żeby się takimi rzeczami przejmować.
OdpowiedzUsuńDokładnie tak samo, jak nie miała czasu za długo zastanawiać się, co powinna założyć. Była szczupła, wysoka i wymiarowa na tyle, że większość rzeczy mniej, lub bardziej na nią pasowała, więc nigdy nie musiała specjalnie kombinować, w czym jej praca tylko jej ułatwiała. Od dziecka była przyzwyczajona do eleganckich sukienek. Najpierw, kiedy jeszcze ubierała ją mama, były to sukienki odcięte pod biustem, którego jeszcze tam nie było, z wstążkami, często z aksamitu albo satyny, jakby to właśnie taki materiał był zarezerwowany do tych konkretnych sukienek. Czuła się w nich jak Wioletka Baudelaire z “Serii niefortunnych zdarzeń”, a przynajmniej jak swoje wyobrażenie o niej. Później urosła, chociaż lepszym określeniem byłoby, że dosłownie wystrzeliła w górę, bo stało się to tak szybko, że sama nie była pewna kiedy dokładnie. I wtedy musiała przestać być Wioletką, a stać się Tamsin, albo chociaż Tammy, bo nie mogła nosić już sukienek dla małych dziewczynek, tylko suknie. Najlepiej czarne, na tyle skromne, by móc w nich grać w kościele i na szkolnych popisach, ale na tyle strojne, by nie odstawać od starszych uczniów w orkiestrze. I tak, jak wtedy polubiła jeden, konkretny krój, który męczyła aż do ukończenia szkoły średniej, tak teraz miała szafę pełną wariacji na jego temat.
Dlatego teraz miała sukienkę zabudowaną z przodu, bo nie lubiła, jak instrument odbijał jej się na dekolcie, ale z gołymi plecami, bo sceniczne lampy dawały tyle ciepła, że każdy przewiew był mile widziany. Chociaż nie była solistką i nie siedziała w pierwszym pulpicie, to grała tak, jakby jutra miało nie być. Grała tak zawsze, wkładając w swoją pracę całe serce i gram skupienia, jaki posiadała, bo miała ten niesamowity przywilej, że mogła utrzymać się ze swojej pasji. Doceniała każdy angaż, każdą linijkę do zagrania, nawet jeśli była to jedna nuta powtarzana w zapętleniu. Ta jedna nuta była potrzebna, by w partyturze nie było pustki podobnej do tej, którą kiedyś czuła.
Od czterech lat budowała swoje życie na nowo a jedynym, co towarzyszyło jej niezmiennie, jedyną przyjaciółką, którą miała od dziecka była wiolonczela. Wiedziała, że taki jeden, wierny przyjaciel to więcej, niż niektórzy mieli przez całe życie, dlatego nie narzekała. Nie narzekała też wtedy, kiedy Tilly się nią zajmowała – była przekonana, że ma to na własne życzenie. Nie to, że Carter okazał się ostatnim złamasem, czy to, że się nad nią postawił, ani to, że właściwie zajął cały jej świat, gdy była jeszcze nieletnia. Na własne życzenie miała to, że zamiast pozostać tylko przy swojej wiernej przyjaciółce, zaczęła rozglądać się za miłością i wpadła w łapska, z których nie umiała się wydostać, bo te z każdym ruchem zaciskały się coraz ciaśniej, jak ruchome piaski powodując, że zapadała się coraz głębiej. Tamsin mało narzekała tak naprawdę, bo to i tak nic by nie zmieniło – zamiast tego, wolała działać. Hop, hop, hop, długie legato, smyczek w palce i szarpiemy struny w pizzicato. Może nie zawsze kontrolowała swoje życie, ale smyczek umiała i wyjątkowo w trakcie tego koncertu była z siebie zadowolona – smyczek smyczkował.
Próbowała odnaleźć wzrokiem Mattie, gdy stała i czekała, aż dyrygent się ukłoni i będą mogli zejść ze sceny. Próbowała było słowem kluczowym, bo mając na sobie lampy w rzeczywistości niewiele widziała, a tłum tworzył jedynie kolorową masę – nawet zmrużyła oczy, jakby to miało wyostrzyć widzenie, ale cóż… Zobaczyła przysłowiowe nic, chociaż patrzyła się wprost na Stevenson – w końcu wiedziała, jakie miejsce zajmuje młoda kobieta.
Ze sceny zeszła dziarsko, bo też w takim tempie prowadziły ich kontrabasy. Wiolonczele wytarła po graniu czule, odtłuściła struny, zluzowała włosie w smyczku i wsunęła do środka nawilżacz, bo przy tak starych instrumentach, dobrze było jeszcze odmawiać pradawne modły, by przypadkiem się nie rozkleiły. Futerał wsunęła do swojej szafki z szyfrowym zamkiem dopiero, kiedy się przebrała w coś mniej wygodnego, bo mimo wszystko bardziej ograniczającego ruchy. Czarne spodnie, czarny top i wysłużona, skórzana kurtka, która prawdopodobnie pamiętała poprzednie stulecie, bo z samą Tamsin była od dziesięciu lat, a kiedy ją kupiła, mogłaby pójść o zakład, że już była bardzo stara.
UsuńPrzeszła z zaplecza opery, po drodze żegnając się z ochroną, życząc każdemu z osobna dobrej nocy. Miała nadzieję, że Tilly nie czeka na nią zbyt długo, bo spieszyła się bardzo, ale niektórych rzeczy zwyczajnie nie była w stanie przeskoczyć.
Ciemne włosy, szczupła, ubrana elegancko, ale wygodnie… Jest! Kiedy zobaczyła Mathilde, uśmiechnęła się szeroko i podeszła do niej energicznym krokiem. Zasłoniła jej oczy, szybko, ale delikatnie, żeby jej niepotrzebnie nie wystraszyć, tylko raczej mile zaskoczyć.
— Zgadnij kto to — było to oczywiste, bo przecież to na Tammy czekała.
Tamsin Passalis
[Możemy spróbować w takim razie dać im chwilę na poznanie się już po jej zmianie na izbie? Zakładam, że i tak nie miałaby czasu na jakieś wielkie rozmowy, u Magnus pewnie też nieszczególnie z ochotą, a jak emocje trochę opadną, mogą usiąść na tej samej ławce pod szpitalem i dopiero tam faktycznie porozmawiać. Dzięki temu unikniesz kolejnego wątku szpitalnego, a on będzie miał okazję zaprosić ją na występ. Co ty na to?]
OdpowiedzUsuńMagnus Valtersson
Koloratka łapała spojrzenia i wdzięczyła swoją bielą, tak wyróżniającą się na tle czarnego ubioru. Jeśli Bóg istnieje, to wpychanie koszuli w spodnie powinno być obrzydliwością w jego oczach – a jednak jego słudzy, umiłowane owieczki, tak postępowali. Barany. Nic jednak dziwnego. To nie pierwszy raz, gdy księża przeciwstawiali się słowom Księgi.
OdpowiedzUsuńLen dobrze o tym wiedział – w końcu od czasu do czasu sam stawał się kapłanem. W okresach pomiędzy aktywnie grzeszył. W trakcie zresztą też, ale wtedy ludzie sami przydawali mu świętości. Wybacz, Boże, ecce homo.
Prawdziwi księża rozkładali ręce i mówili o woli Bożej. Len wolał brudzić ręce kłamstwem, byle tylko ten świat stał się choć odrobinę znośniejszy. Już przed laty zrozumiał, że prawda wcale nie wyzwala, a dobrze skrojona iluzja – bywa aktem miłosierdzia.
Nie żeby wszystkie zlecenia były tak uduchowione i czyste. Rachunki same się nie płaciły. Dzisiejsza koloratka też miała swoją cenę. Wcale nie tak niską.
Ksiądz Eli maszerował przez szpitalne korytarze. Tak jak Len – chodził lekko przygarbiony, ale w przeciwieństwie do Lena, jego chód był spokojniejszy i bardziej harmonijny, a kiedy stawał, unosił brodę ku górze. Lekko się kołysał na piętach; gdy miał na sobie albę czy sutannę, wprawiało to materiał w ruch. Gdy zamiast nich nosił spodnie, wprawiał tylko sam siebie w śmieszność.
Nie szkodzi.
Pierwsza pielęgniarka zaprowadziła go do drugiej. Tej, z którą rozmawiał przez telefon.
– Eli – przedstawił się Len. Chwycił podaną dłoń mocno, ale nie siłowo, tak uczciwym uściskiem, że jeszcze trochę, a chciałoby się go zakwestionować. – Miło poznać.
Przy łóżku numer trzy zgromadził się mały wianuszek rodziny pana Robinsona. Gdy tylko Len się zbliżył, poczuł, że jest wystawiony na ostrze ocen. Nie ugiął się pod ogniem spojrzeń, a zamiast tego cicho się przywitał. Rzucił parę niezobowiązujących słów o korkach na moście, o tym, że Nowy Jork z roku na rok robi się coraz bardziej nieznośny dla pieszych, oraz że w tak zagonionym świecie nawet duch święty miałby dzisiaj problem ze znalezieniem wolnego miejsca parkingowego, czym idealnie skrócił dystans i uśpił ich czujność.
– Tak się cieszymy, że ksiądz jest z nami! – zawołała jedna z kobiet. – Ojciec zawsze był bardzo uparty… jak osioł.
– Albo jak oślica – odparł Eli, splatając ręce za plecami.
Posłał ciepły uśmiech leżącemu na łóżku panu Robinsonowi.
– W historii Balaama to ona jedna wiedziała, kiedy należy się zatrzymać. – Spojrzał znów na kobietę. – Czasem człowiek się uprze, bo czegoś nie rozumie. A czasem dlatego, że jako jedyny dobrze widzi drogę.
Kobieta zamrugała, zbita z tropu teologiczną woltą. Robinson nie patrzył na córkę, tylko prosto na Eliego. W jego oczach tliła się jeszcze resztka trzeźwej, głębokiej wściekłości na świat. Len poczuł na karku chłodny dreszcz – to był ten moment.
– A teraz, jeśli pozwolicie – Eli zniżył głos do miękkiego barytonu. – Chciałbym zamienić z waszym ojcem kilka słów. Sam na sam. Jak uparty z upartym.
Gdy rodzina posłusznie opuszczała salę, Len położył na jednym z krzeseł elegancką teczkę i ją otworzył. W środku pyszniły się błyskająca fioletem stuła, metalowe naczynko z olejkiem, brewiarz oraz Pismo Święte, co prawda w wydaniu protestanckim, ale Len wątpił, że ktoś się zorientuje. Sam tak preferował, chociaż, co przyznawał niechętnie, katolickie skurwysyny potrafiły ubrać się z lepszym rozmachem.
W czasie przygotowań i rozkładania szpitalnej kotary na kółkach, by choć trochę przysłonić łóżko, Eli prowadził swobodny small talk z Robinsonem – o tym, jak zaczynasz poznawać współtowarzyszy z sali po samym sposobie, w jaki chrapią; albo też zastanawiali się, jaki procent sprzedaży crocsów to personel medyczny.
Kotara w końcu szurnęła na prowadnicy, prowizorycznie odcinając ich od reszty świata. Głos Robinsona był chrapliwy, świszczący; mówił niewiele, a kiedy już przemawiał, to z wyraźnym wysiłkiem. Len czuł, jak bardzo to starszego mężczyznę frustruje.
– Wie pan – zaczął, zakładając stułę na szyję. – Mojżesz był chujowym mówcą, choć nie wiadomo, o co do końca chodziło. Gadają, że się jąkał, ale może tylko znał mało słów. Jak Bóg kazał mu przemawiać publicznie, to ten o mało się nie posrał ze strachu. Nie, Boże, nie, tylko to nie to! – Len uniósł dłonie, parodiując Mojżesza. – Ja nie umiem! To się naucz, mówi Bóg. Nie dam rady! Dasz, mówi Bóg. Nie, błagam, nie, zbłaźnię się! No to weź, mówi Bóg, Aarona, kurwa, niech on gada za ciebie.
UsuńLen zahaczył stopę o jedną z nóg krzesła i dosunął je bliżej do łóżka. Rozsiadł się wygodnie, a chwyciwszy Biblię, położył ją na kolanach; nie otworzył jej jednak.
– Aaron był bratem Mojżesza – kontynuował. – Starszym. Też mam starszego brata. Ma równie odstające uszy. – Len wskazał na swoje. – Gdy byliśmy smarkaczami i wydawało mu się, że podoba mi się jedna dziewczyna, zadzwonił do niej ze stacjonarnego i zaprosił do kina, udając, że to ja. Jak przyszła, grałem na pleju z kumplami i nie byłem na nic przygotowany. Uznała, że wystawiłem ją dla żartu. Ach, ta rodzina, co nie? Zawsze wie, co dla nas najlepsze.
– Tak – odparł Robinson. – Chcą… dobrze, a ja… żeby się odpierdolili. Odpraw swoją magię.
– Mhm. – Len otworzył Biblię na losowej stronie. – Niech myślą, że wygrali.
Kiedy kilkanaście minut później Len odsuwał kotarę, Robinson drzemał – albo tylko udawał. Jego córka natychmiast dotruchtała do rzekomego księdza, złapała go za ramię i zapytała przyciszonym głosem:
– Tata… tata naprawdę się wyspowiadał?
– Tajemnica – odparł Len tonem księdza Eliego i puścił oczko. – Spowiedzi.
Kiedy zdejmował stułę i pakował ją do teczki, usłyszał jeszcze pytanie:
– A namaszczenie?
– Nie budźmy chorego. Potrzebuje spokoju. Do zobaczenia.
Gdy wychodząc, mijał pielęgniarkę Mattie, skinął jej głową. Miał nadzieję, że za nim podąży, ba, wierzył, że za nim podąży – w końcu religia mu nakazywała. Jej za to wskazane było zainteresowanie, w końcu była zleceniodawczynią.
ksiądz Eli albo Len Weston
[Bardzo lubię takie konkretne, idące pewnie przed siebie i broniące swoich wartości kobitki, fajnie, że rodzice nie blokowali jej w wyrażaniu własnej opinii i poglądów. I też ubolewam nad tym, że pozostaniecie tutaj tak krótko (choć kto wie, życie bywa czasem nieprzewidywalne i pisze różne scenariusze 😊). Z racji L4 - życzę dużo zdrówka. Weny i masy ciekawych wątków, a gdyby tych nie było w nadmiarze, zapraszamy też do siebie 🩷]
OdpowiedzUsuńTheodore Lannister
Ian nie lubił szpitali, nie lubił ich jednak z innych powodów, niż przeciętny obywatel. Każde pojawienie się w szpitalu jako pacjent równało się dla niego z pojawieniem się w systemie, a z oczywistych względów Ian nie chciał w nim figurować. To jednak nie było możliwe, nie do końca. Ian Hunt nie był człowiekiem widmo, który dla systemu, a tym samym dla władz nie był nieuchwytny. Miał wyrobione prawo jazdy, posiadał podstawowe ubezpieczenie medyczne, a umowę najmu mieszkania podpisał osobiście. Gdzieś, we właściwym do tego urzędzie, musiał tkwić jego akt urodzenia, nota z interwencji opieki społecznej wraz z policją, skutkująca tym, że w wieku sześciu lat Ian Hunt trafił do domu dziecka. Pewnie można było znaleźć o nim więcej drobnostek, jednak nic na temat tego, że Ian był notowany. O to dbał Louis. Konsekwentnie czyścił kartotekę młodszego brata, choć ten nigdy go o to nie prosił.
OdpowiedzUsuńO to, aby nie pojawić się w szpitalu, Ian zadbałby sam, gdyby nie to, że stracił przytomność. Nie było innego wytłumaczenia na to, że tkwił teraz w szpitalnym łóżku. Jeśli miał taką potrzebę, korzystał z klinik działających pro bono, gdzie nikt nie pytał go o dane osobowe. W jednej z takich klinik poznał Olivię, panią doktor i panią prezes, wielką fankę oxy i to ona zajęła się nim po ostatnim, ciężkim pobiciu, nie mając o nic pytać tak długo, jak długo Ian miał mieć dla niej kolejną dostawę.
Znał też Mattie.
— Ian Hunt — powiedział, bo o ile kobieta znała jego imię, dotąd nie poznała nazwiska. Spuściwszy wzrok z jej twarzy na bliżej nieokreślony punkt, zawieszony gdzieś w przestrzeni, poklepał się po kieszeniach ciemnych jeansów. — W samochodzie — westchnął i to tyle, jeśli chodzi o dokumenty. W zasadzie dobrze, że nie miał ich przy sobie, ale niekoniecznie zdawał sobie z tego sprawę. Wstrętnie pulsujący ból głowy przytępiał jego instynkt samozachowawczy, co Mattie, jeśli faktycznie chciała dowiedzieć się o nim więcej, mogła niecnie wykorzystać.
Skoro już siedział, to podniósł ręce do góry, obie na raz. Opuściwszy je, lekko zaparł się dłońmi o twardy materac i ugiął nogi. Kiedy zginał prawe kolano, poczuł i usłyszał, jak coś w nim przeskoczyło. Stary uraz, po pobiciu. Czasem staw się blokował i Ian musiał poświęcić bolesną chwilę na to, by znowu wyprostować nogę. Skrzywił się, ale tym razem kolano współpracowało.
— O rany — mruknął, kiedy kobieta na niego fuknęła. Popatrzył na nią spode łba, po czym umazane krwią palce wytarł w cienkie prześcieradło, skoro pewnie i tak miało trafić do kosza, kiedy już stąd wyjdzie. Jak na kogoś, kto nie chciał tutaj być, zachowywał się nad wyraz potulnie. Podstawił Mattie rękę, trochę ułatwiając jej założenie rękawa. Nie wyglądał przy tym na zadowolonego, ale wiedział, że jego sprzeciw przyniósłby odwrotny skutek i spędziłby tu dwakroć więcej czasu.
— Bez lekarza — odezwał się, podnosząc na nią wzrok. Twarz miał lekko pobladłą, pod oczami słabe zasinienie. — Pooglądaj mnie sobie, proszę bardzo. Załóż jakiś opatrunek na głowę. I nie ściągaj tu lekarza — wyrecytował, a kiedy Mattie poprawiała mu pulsoksymetr, wykorzystał okazję i wolną dłonią naprawdę delikatnie, acz sugestywnie przytrzymał ją za nadgarstek, zaplatając wokół niego wyłącznie kciuk i palec wskazujący. Złapał jej spojrzenie.
— Odwdzięczę się. Kiedy następnym razem będziesz czegoś potrzebować, dowiozę gratis.
IAN HUNT, za darmo to uczciwa cena
Ten dyżur był naprawdę ciężki i zdecydowanie dał mu się we znaki. Od wielu godzin praktycznie nie miał chwili wytchnienia. Kolejne wyjazdy, wypadki, ludzie potrzebujący pomocy, a pomiędzy tym wszystkim jeszcze strzelanina, po której adrenalina długo nie chciała zejść. Caleb był przyzwyczajony do trudnych dyżurów, ale ten wyjątkowo mocno go wyczerpał. W pewnym momencie przestał nawet sprawdzać godzinę.
OdpowiedzUsuńNie pamiętał już, o której właściwie powinien skończyć pracę. Wiedział tylko, że zdecydowanie został zbyt długo. Zresztą często mu się to zdarzało. Kiedy ktoś prosił go o pozostanie na zmianie, rzadko odmawiał. Nadgodziny były oczywiście miłym dodatkiem do wypłaty, ale prawda była taka, że pieniądze nigdy nie były dla niego wystarczającym powodem, żeby zostawać. Po prostu miał zbyt duże poczucie obowiązku. Nie potrafił powiedzieć „nie”, kiedy wiedział, że ktoś inny musiałby za niego przejąć dyżur. Zawsze znajdował jakiś powód, żeby zostać. Czasami sam zastanawiał się, czy nie przesadza, ale ostatecznie i tak robił swoje. Co zabawne, czasem miał wrażenie, że w pracy męczy się mniej niż w domu. Tutaj przynajmniej wiedział, co ma robić. Każde wezwanie miało swój początek i koniec. Był problem, trzeba było zareagować. Trzeba było działać, podejmować decyzje, pomagać. Nie było czasu na zastanawianie się nad własnymi emocjami. W domu było zupełnie inaczej.
Nad ranem w końcu skończył dyżur i teoretycznie mógł wrócić do domu. Samo słowo „dom” sprawiło jednak, że przez chwilę stał bez ruchu, patrząc gdzieś przed siebie. Był zbyt zmęczony, żeby jeszcze teraz wsiadać do samochodu. Do tego żołądek przypominał mu, że przez całą noc właściwie nie miał czasu porządnie zjeść.
W końcu skierował się do szatni. Ogarnął się najlepiej, jak potrafił. Zmył z siebie resztki zmęczenia, przebrał się i dopiero wtedy ruszył do pokoju socjalnego. Zaległy obiad dawno zdążył stać się kolacją, a może już właściwie śniadaniem. Nie miał pojęcia. Na tym etapie przestało mieć to większe znaczenie.
Podgrzał sobie jedzenie i zrobił herbatę. Kawa kusiła go przez moment, ale szybko z niej zrezygnował. Kolejna byłaby już dużym przegięciem, nawet jak na niego. Usiadł przy stole i przez chwilę po prostu jadł. Bez telefonu. Bez patrzenia na zegarek. Bez myślenia o tym, co jeszcze powinien zrobić.
W pewnym momencie usłyszał znajomy głos, a zaraz po nim przekleństwo rzucone pod adresem czegoś, co najwyraźniej wyjątkowo wyprowadziło jego właścicielkę z równowagi. Caleb odwrócił głowę. Na widok kobiety, którą znał, na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Przeżuł spokojnie kęs do końca, a dopiero potem uniósł dłoń i pomachał jej na powitanie.
— Hej. — Przywitał się spokojnie, po czym oparł się wygodniej na krześle. — A... nawet nic nie mów. Miałem mieć dzionek, a skończyło się na tym plus nocce — zaśmiał się cicho, choć jego głos zdradzał zmęczenie. Przeczesał dłonią włosy, które po całej nocy zdecydowanie nie chciały już współpracować.
Spojrzał na nią z zainteresowaniem.
— Jakieś ciekawe przypadki u was?
Był autentycznie ciekawy, co właściwie tak bardzo ją zezłościło. Poza tym rozmowa była dobrą okazją, żeby na chwilę przestać myśleć o własnym dyżurze.
Na jej komentarz dotyczący powrotu do domu tylko ciężko westchnął. Tym razem nawet nie próbował tego ukryć. Wyczerpanie zrobiło swoje. Zwykle potrafił trzymać emocje na wodzy, ale po takiej nocy zwyczajnie nie miał już na to siły. Perspektywa powrotu do mieszkania, zamiast dawać mu ulgę, zaczynała ciążyć gdzieś z tyłu głowy.
Kochał Sam. W pewien sposób nadal ją kochał, choć nie było to już to samo uczucie, które kiedyś ich połączyło. Z czasem coś się zmieniło. Caleb nie potrafił dokładnie wskazać momentu, w którym zaczęło się między nimi psuć, ale coraz częściej miał wrażenie, że ich małżeństwo opiera się bardziej na obowiązku niż na tym, czego oboje naprawdę chcieli. I to właśnie najbardziej go przytłaczało. Mimo wszystko nie potrafił odejść. Nie teraz. Nie wtedy, kiedy Sam była w takim stanie. Wiedział, że gdyby nagle ją zostawił, mogłaby kompletnie się rozsypać. A Caleb nie był człowiekiem, który potrafiłby przejść obok tego obojętnie. Dlatego wracał. Nawet jeśli czasami miał wrażenie, że coraz bardziej brakuje mu sił.
OdpowiedzUsuńSpojrzał na swoją herbatę, po czym cicho westchnął raz jeszcze. Pozostawało mu jedynie mieć nadzieję, że ten dzień okaże się dla Sam choć odrobinę lepszy. Że kiedy wróci do domu, zastanie ją w nieco lepszym stanie i nie będzie musiał od razu martwić się o kolejną rzecz. Może wtedy uda mu się położyć. Może nawet na trzy godziny. Na tym etapie to naprawdę wystarczyłoby mu w zupełności.
CALEB
[Chętnie sprowadzę go odrobinę ,,na ziemię", podrzucam mail do kontaktu, żebyśmy mogły dograć sobie szczegóły wątku - zatenpapierostuzpo@gmail.com]
OdpowiedzUsuńTheodore
[Jeśli tylko masz ochotę zacząć to ja poczekam!]
OdpowiedzUsuńMagnus Valtersson
– Dlaczego naganne?
OdpowiedzUsuńŁagodny wyraz twarzy Eliego się nie zmienił, ale niecierpliwość rozlała się po ciele Lena. Dotąd lekko pochylony, wyprostował się, a złożone za plecami dłonie nagle się zacisnęły – jedna na drugiej. Zmiany były nieznaczne, niemal niedostrzegalne, ale mimo wszystko całym sobą protestował przed kategorią niemoralności.
Nikomu nie zrobił krzywdy, wręcz przeciwnie – Mathilde sama przyznała, że to pomogło. Dlaczego trzymać się arbitralnie wyznaczonego zbioru, który jednemu elementowi nadawał wagę, a drugiemu ją zabierał; jeden wskazywał jako etyczny i drugi jako jego przeciwieństwo. Tak jakby cokolwiek było raz na zawsze dane.
Ksiądz Eli nie istniał – to fakt. Był wytworem umysłu, któremu Len nadał ciało. Spleciony z fikcji i czyichś pragnień, powołany do życia tylko na chwilę i z jej potrzeby, mógł jednak wpłynąć na cudzą rzeczywistość skuteczniej niż jakakolwiek prawda. Lepiej niż jakakolwiek prawda.
Intelektualnie – rozumiał, czemu jego postępowanie budziło w ludziach opór. Emocjonalnie wciąż nie potrafił się z nimi zgodzić. Ale ksiądz Eli miał na ten temat inne zdanie, chyba, a teraz to przecież jego potrzebowano.
Gdy na korytarzu rozległo się wołanie, Len drgnął. Rozluźniona sylwetka powróciła do naturalnej miękkości Eliego, jego delikatnych i płynnych ruchów. Ksiądz Eli, pozbawiony gniewu – przynajmniej w tej chwili – nie był jednak pozbawiony człowieczeństwa, w całej jego krasie. Ksiądz Eli był też mężczyzną. Niełamiącym złożonych ślubów, ale wcale nie tak wolnym od bodźców.
Len nie zamierzał tego trzymać w ryzach, zwłaszcza że przecież – sam był mężczyzną i sam się w Eliego wcielał. Więc kiedy druga pielęgniarka, tak pełna wdzięku i uroku, posłała promienny uśmiech, nie mógł nie odpowiedzieć tym samym.
– Tak? Co się stało? – zapytał z łagodnym zainteresowaniem.
Ruth. A więc Ruth. Jak Moabitka, pramatka dawidowego rodu, która zbierała plony ziemi; ta również krążyła w przestrzeni, gotowa zgarnąć młodego duchownego na swoje własne poletko chorych i cierpiących. Len pomyślał, że musi odrobinę zmniejszyć gorliwość w przygotowywaniu się do odgrywanych ról. Jak tak dalej pójdzie, to pewnego dnia naprawdę wstąpi do seminarium – tylko po to, by jak najlepiej wpasować się w ramy scenariusza, który sam sobie narzucił.
Był rozdarty. Nie tylko dlatego, że jedno ramię chwyciła Mathilde, a drugie Ruth – tak bardziej metaforycznie też się dwoił. Z jednej strony stał rozsądek i obowiązek: przyszedł do pana Robinsona, zrobił co trzeba, więc pora się zmywać. Z drugiej strony stała prośba.
Problemem Lena było to, że nie był na nie głuchy – i to, że nie postrzegał tego jako problemu. Ksiądz Eli codziennie, kilka razy dziennie, klękał, by szeptać modlitwy; Len nie odmawiał ani ich, ani ludziom, którzy do niego przychodzili.
Pewnego dnia, kiedy wychodził z metra, dopadli go wolontariusze zbierający podpisy pod petycją, która miała zapewnić niezależnemu kandydatowi miejsce na karcie wyborczej.
Był po nieudanym spotkaniu, a im bardziej słońce prażyło, im bardziej spływał po nim pot, im bardziej t-shirt kleił się do karku, tym był wścieklejszy. Do tego spieszył się do biblioteki, która tamtego dnia zamykała się wcześniej – i tak przetrzymał książki, więc czekała na niego kara do zapłacenia, nie zamierzał jej zwiększać.
Wolontariusz zastąpił mu drogę z podkładką pod papiery i poprosił o podpis. Len odmówił i powędrował dalej. Sprawa, o którą walczyli aktywiści, nie była jego sprawą. Ani z wyboru, ani z zainteresowania.
Przeszedł pół przecznicy. Może całą. Był już w każdym razie daleko, gdy coś go zakłuło w boku, a o serce obiły się wyrzuty sumienia. Zaklął pod nosem, zawrócił i odnalazł tego samego wolontariusza i powiedział, że jednak chce się podpisać, a ten ze śmiechem i uśmiechem podsunął mu kartkę.
To wciąż nie była jego sprawa, ale – była czyjaś. A skoro była czyjaś, powinna mieć prawo istnieć. Powinna dostać swoją szansę, choćby tylko po to, żeby później można ją było uczciwie odrzucić. Reszta należała już do ludzi.
Nie odmawiał. Nie chciał. Albo może nie mógł? Może stał za tym patologiczny przymus? Nie był pewien; nie zakładał raczej, że dobroć. Prędzej skrajny egoizm. Zgódź się, bo ktoś będzie cierpiał – a jeśli dołożysz do tego rękę, to i ciebie zaboli.
UsuńNie w sposób karmiczny, odrzucał przeznaczenie. Somatyka nie odrzucała jego.
Wyswobodził się ostrożnie z uścisków i na chwilę położył prawą rękę na ramieniu Mathilde, a lewą – na Ruth.
– Spokoooojnie – powiedział tonem, w którym powinno usłyszeć się uśmiech. Spojrzał na Ruth. – Mogę prosić o pięć minut? Albo dziesięć, najdłużej kwadrans. Potem przyjdę.
Kiedy młodsza pielęgniarka odtruchtała, Len odwrócił się do Mathilde i przetarł czoło dłonią. Na chwilę z jego twarzy zniknęła księżowska miękkość, a wstąpiło całkiem prozaiczne zmęczenie.
– Dobra – powiedział. – To tak. Nie jestem pewien, czy sprawa z panem Robinsonem jest skończona. Rodzina chyba oczekuje jeszcze jednej wizyty. Zagadasz z nimi?
Robinson był zmęczony i naprawdę przysypiał, więc Len nie chciał wydłużać całej tej sytuacji jeszcze bardziej. Rodzina założyła, że odbył spowiedź, ale wydawało się, że liczyli jeszcze na wspólną modlitwę, dzisiaj raczej niemożliwą. A jeśli tak, należało im wszystkim tego dostarczyć.
Zlecenie nie dotyczyło liczby spotkań – a wykonanie zadania. Teraz miał poczucie, że pochód zatrzymał się może nie w pół drogi, ale jednak sporo metrów przed metą. Dlatego zakładał jeszcze jedną wizytę, w żaden sposób niewpływającą jednak na wynagrodzenie.
Tak samo zresztą jak rozmowa z pacjentami Ruth.
Kasa, oczywiście, była ważna. W zasadzie najważniejsza. Zawsze. Bardzo chciał wyznawać w nią wiarę.
uwierz w duch…ownego Eliego, bo w Lena Westona wierzyć nie trzeba
Tammy miała tylko to. Dobry słuch, dużą dłoń, jak na kilku latkę i silną potrzebę przebywania w swojej głowie, bo zawsze bardzo dużo myślała. Nie umiała rysować, do tej pory była gdzieś na etapie przedszkolaka, ludzi rysując przy użyciu prostych kresek i kilku kółek. Nie uczyła się wybitnie, na zawsze pozostając wśród średnich uczniów, których rodzice nie byli wzywani na wywiadówki, ale oni sami też nie byli wywoływani na scenę za szczególne osiągnięcia. Tamsin grała w szkolnych orkiestrach, ale z reguły ją to nudziło – nie dlatego, że w orkiestrze nie lubiła grać, ale dlatego, że te szkolne były zazwyczaj trochę słabsze, często głównie dęte, więc po godzinie próby w ciasnej sali lekcyjnej wychodziła z bólem głowy i złością, że za jej plecami siedzi tuba, czy inny puzon.
OdpowiedzUsuńOceny jednak nie były wyznacznikiem ciekawości świata. Tamsin nie bardzo miała kogo pytać, szczególnie po śmierci taty – mama była wiecznie zapracowana, a jeśli nie była w pracy, to była zbyt zmęczona, by tłumaczyć, albo samemu sprawdzać, czemu niebo jest niebieskie, słońce wydaje się żółte, drewno jest drewnem, a nie stalą. Dlatego świat poznawała długi czas na swój sposób – przez obserwację, wyciąganie wniosków, ale też stawianie tez bez pokrycia, zapominając o potrzebie ich potwierdzenia. To, czego nie dosłyszała, albo nie do końca wiedziała, to sobie dopowiadała, wymyślając w ten sposób własną rzeczywistość, w której płyn do naczyń przytulał resztki obiadu, gdzie olej walczył z wodą i dlatego się z nią nie mieszał, zaś szkło było odmianą lodu, ale dla innej cieczy nic woda. Nic nie było do końca kłamstwem, ale też nie do końca stanowiło prawdę.
Tamsin w szarości świata doszukiwała się kolorów, głęboko wierząc, że w końcu uda jej się pokolorować monochromatyczny obraz. Może była naiwna, mogła wydawać się prosta, ale nie widziała sensu w umęczaniu się problemami, na które nie miało się wpływu. Pozostawało czerpanie z życia łyżeczka, po łyżeczce, drobnymi partiami, one day at a time.
Wyczuła jej napięcie, więc dłonie cofnęła w chwili, gdy usłyszała swoje imię. W końcu Tilly wcale nie zgadywała tak długo, Tamsin też aż takiej umiejętności czytania ludzkiego ciała nie miała i już chciała ją przeprosić, gdy dziewczyna zaśmiała się, upewniając ją, że nic aż takiego nie zrobiła. Odpowiedziała na jej powitanie równie entuzjastycznie, wysoko unosząc kąciki ust i pokazując zęby. Uśmiechy bez zębów nadawały się do reklamowych biuletynów.
— Oj nie przesadzaj! Ale faktycznie, dobrze wyszło, maestro był zadowolony, więc nie będzie ględzenia w poniedziałek o tym, co powinniśmy jeszcze dopracować — stwierdziła i założyła kosmyk włosów za ucho, ale wcale nie z zawstydzenia pochwałą. Wyszło faktycznie dobrze, ale też na nic innego nie liczyła – ćwiczyli dużo i sumiennie, a że na orkiestrę składali się faktycznie bardzo dobrzy muzycy, to nie było innej możliwości.
— Brzmi przepysznie, chociaż nie mam absolutnie zielonego pojęcia, czego mogę się spodziewać po karaibskiej kuchni. A jeśli o mnie chodzi… W zasadzie nic nowego. Wpadło mi ostatnio nagranie dla Netflixa, więc jak tylko wyjdzie serial, to powiem ci, gdzie można mnie usłyszeć, ale poza tym… Jak to mówią, stara bieda — nie taka znowu bieda, bo Tamsin nie narzekała na to, by brakowało jej na cokolwiek, więc miała więcej szczęścia, niż pewnie ponad połowa Nowego Jorku. Ujęła Tilly pod ramię i nie tyle, co pociągnęła, o ile poprowadziła w stronę wyjścia z opery.
Czas leczył rany, a Tamsin była tego dobrym przykładem, bo chociaż małżeństwo z Carterem Sullivanem dalej kładło się cieniem na jej życiu, to żyła dalej. Nie, jak gdyby nigdy nic – to byłoby zbyt proste, a Tamsin musiałaby mieć pamięć złotej rybki, by zapomnieć o wszystkim, ale żyła dalej i mogła śmiało powiedzieć, że bywała szczęśliwa. Chociażby teraz, gdy przekroczyła próg miejsca, w którym jako mała dziewczynka marzyła, by zagrać kiedykolwiek.
— A co u Ciebie? Dyżury bardzo dają w kość? Powiem ci szczerze Mattie, że to nie mnie i grę należy podziwiać, a to, co ty robisz… Gdyby nie ty i osoby, które mierzą się z podobnymi do ciebie wyzwaniami, ten świat… Ten świat byłby dużo mroczniejszym miejscem — stwierdziła szczerze.
UsuńTamsin Passalis
[Pięknie dziękuję za przywitanie i tyle miłych słów!
OdpowiedzUsuńHelen tego nie pokazuje po sobie, ale praca mocno na nią wpływa. Pewnie też ma na koncie co najmniej jedno wypalenie zawodowe jak Mathilde. Chyba właśnie z tego powodu zajmuje się bzdurami i życiami innych, by nie zadręczać się tym, że inni je tracą (i na to patrzeć, każdego dnia). Sama również ma problem ze swoją moralnością, ale wciąż tłumaczy sobie, że robi to w dobrej wierze i chęci pomocy. No i ustaliła wiele zasad (na pewno nie oszukuje żadnej osoby starszej) i wyznaczyła granicę, której nigdy nie przekracza. A za zarobione pieniądze stara się zrobić dużo dobrego (zwłaszcza dla swoich podopiecznych). Ale tak, zgadzam się z Tilly (która jest wspaniała, cudowna kreacja!) :D
Co do wątku – znajdę nawet mały pomysł. Na pewno ciekawie byłoby je skonfrontować. Jeśli jednak miałabyś chęć i czas, to zapraszam na maila: harusamenomichi@gmail.com. A jeśli na razie chcesz spasować, to ja to świetnie rozumiem, bez obaw :)]
Helen Lynch
Chciałoby się rzec, że Magnus jest odpowiedzialny, ale raczej jedynie bywa. I tym razem niekoniecznie, bo coś naprawdę durnego musiało strzelić mu do głowy, żeby wyjść z klubu w pełnym dragu. Niby miał swoje powody, ale te z biegiem czasu wydają się niezbyt istotne w obliczu konsekwencji. Powtarzamy, tylko innymi słowami: nie jest głupi. A jednak kiedy podejmuje decyzję, że te kilkanaście przecznic pokona pieszo i już w mieszkaniu zdejmie z siebie cały oręż, żeby zaoszczędzić czas to nie mądrość pcha się na usta jako komentarz. Naiwność. Może durnota.
OdpowiedzUsuńI niby wie, że nie jest winny, a jednocześnie ma pewność, że gdyby maszerował w trampkach i portkach uniknąłby nieprzyjemności. Te chłopaki, co sobie zrobiły z niego worek treningowy zdawały się przecież nie mieć problemu z kutasami - w końcu sami znajdowali się w tej kategorii. Bolączka ewidentnie dotyczyła tego, że jego nie znajdował się w spodniach. Straszne rzeczy, warte pięści.
Nie jesteś w domu, złotko, myśli sobie przy pierwszym wyzwisku, bo żeby ktoś podniósł na niego głos w Malmö musiałby chyba pojawić się na ulicy nago. A nie planował! Bierze głębszy oddech, potem kolejny i przyspiesza kroku, bo może to prędkość jest problemem. Szybko okazuje się, że nie. Nie dostaje przestrzeni by powiedzieć cokolwiek i kilka następnych minut spędza na heroicznym bronieniu głowy. Żebra się zrosną, mózg nie.
Chce wrócić do domu. Wziąć kąpiel. I może żeby tym chłopom odpadła jakaś część ciała. O ile o ostatniej chęci nie wspomina kobiecie, która przystaje przy nim, oferując podwiezienie na izbę przyjęć, tak o reszcie już owszem. Jakimś cudem te metr pięćdziesiąt zdają się jednak nie brać takiej opcji pod uwagę i stawiają go przed dwiema opcjami: zawozisz się sam, zawiozę cię ja. Korzysta więc z pomocy, bo nie ma siły się kłócić i przeklina w duchu te pół godziny, które chciał zaoszczędzić.
Gdy tylko dociera na izbę, tempo zdarzeń nie zwalnia. Ktoś wskazuje mu miejsce, gdzie ma usiąść, ktoś inny podaje formularz do wypełnienia i Magnus w pierwszej chwili jest zbyt oszołomiony, by dotarło do niego, że właściwie każdy się na niego gapi. Och, w innych okolicznościach wykorzystałby ten moment na reklamę. Albo chociaż by się uśmiechnął. Zamiast tego spogląda na swoje odbicie w metalowej podkładce i krzywi się nieznacznie, choć w gruncie rzeczy jest zadowolony ze stanu twarzy. Peruka zdaje się trzymać ostatkami sił, makeup jest rozmazany, ale to niewielkie ofiary: żaden cios nie rozwalił mu nosa, nie ma podbitych oczu ani krwawiącej wargi. I głowa też cała. Problemy zdają się zaczynać w okolicy torsu i promieniować przez kręgosłup aż do lędźwi, gdzie oberwał najbardziej. Właściwie nie widać po nim, że coś się stało. Równie dobrze mógł potknąć się o krawężnik. Albo własną nogę.
Wypisuje więc kwestionariusz, podaje swoje dane i zaznacza brak ubezpieczenia, nie mając pojęcia jeszcze jak tę sprawę rozwiązać. To jednak zdaje się być problemem na później. Odkłada papiery na bok i czekając na personel medyczny, wyciąga z włosów wsuwki i odrywa ostatnie pasy taśmy, trzymające ją w miejscu. Wiele nieprzyjemności spotyka go tego wieczora: fakt, że musi pokazać się światu w tak marnym wydaniu z pewnością jest jedną z nich.
Gdy chwilę później pojawia się przed nim kobieta, sięga w znane sobie schematy: uśmiechnąć się i czarować, byle szybko się stąd zwinąć. Byle wrócić do domu. Wziąć kąpiel. Póki co ledwo może zmusić się do pierwszego. Rozciąga usta, choć daleko mu do zwyczajowej lekkości, co wcale nie poprawia marnego humoru.
— Właśnie buciury się stały — mówi, siląc się na żarty. Ten jednak jest słaby, nie wart zachodu. Marszczy więc nos, bo to w sumie nie miejsce na zagadki i jeśli chce wyjść stąd jeszcze dziś, warto pewnie coś dodać. — Tylko nie moje. A dokładniej trzy pary buciorów w zbyt bliskim kontakcie z moimi żebrami.
UsuńSpogląda na te, o których wspomina pielęgniarka i tym razem uśmiecha się już szczerzej, bo czemu miałby nie? Gdyby towarzystwo sprzed klubu potrafiło docenić, co ma na nogach, może nie musiałby się teraz chwalić szpilami na izbie przyjęć. To wszystko ich wina. Wiadomo. Poza tym uśmiechem, który już jest ponad magnusowe siły, ma wrażenie, że resztki energii opuszczają go w tempie ekspresowym. Sen. Kąpiel. A przede wszystkim własne (no, na jakiś czas) cztery ściany i zero wścibskich spojrzeń.
— Czy jak ci powiem skąd mam trepy to może uda się zorganizować trochę więcej prywatności? — pyta chwilę później, walcząc z tym by nie objąć się w pasie. — Z natury to jestem pierwszy, żeby się pokazać i jak się gapią to nawet pomacham, ale na dzisiaj mi chyba wystarczy. Jak się nie uda to też ci powiem — zapewnia zaraz, bo przecież to żadna tajemnica, musi sobie tylko przypomnieć.
Magnus Valtersson i jego super buty
[Nie wybaczam, bo nie ma czego!]
– Dziękuję, ale nie trzeba.
OdpowiedzUsuńDelikatny uśmiech wychynął na twarz księdza Eliego, kiedy odmawiał miękko, kręcąc głową. Życie bywało słodkie, ale gdy wśród gamy smaków pojawiały się kwaśniejsze bądź bardziej gorzkie tony – co zdarzało się nierzadko – należało je przyjmować bez docukrzania.
Dostatecznie wiele parafianek wyciągało ręce pełne smakołyków, wabiąc młodego duchownego. Jak nie reese’s, to pralina rozpuszczająca się na języku. Jak nie pralina, to jabłecznik z lodami. Jak nie jabłecznik z lodami, to może wino, tym razem niemszalne, tym razem opierające się cudowi przeistoczenia.
Gdyby uległ, to cóż – Bóg by wybaczył. Niechby skusił nawet keks z bakaliami, a i tak grzechy zostaną odpuszczone, tako rzecze Ozeasz. Tak miłuje Pan synów Izraela, choć się do bogów obcych zwracają i lubią placki z rodzynkami.
Tak sobie to tłumaczył Len, częściowo odprowadzając wzrokiem Ruth, która drobiła kroczki, stawiając stopy niemal jedna za drugą. Motywacja była o wiele prostsza – nie lubił herbaty, kawę już pił, a do wieczora nie chciał za wiele jeść. Czekał go rodzinny obiad; prawdziwie rodzinny, taki z rodzoną matką i rodzonym ojcem, nawet rodzeństwem zrodzonym z tych samych rodziców. Tym razem żadnego udawania brata, syna, szefa, kochanka, narzeczonego czy nawet księdza na proszonym podwieczorku u chórzystki.
– Nie wiem – Len wzruszył ramionami. – Jak rodzina i Robinson będą zadowoleni, to okej. Po sprawie.
Nie miał żadnego interesu w tym, by przedłużać zlecenie. Sztywna koloratka, mimo że luźniejsza niż pętla biurowego krawata, gryzła go w szyję. Zapięta na ostatni koszula głównie drażniła, a wpuszczona w spodnie – krępowała ruchy. Choć odgrywanie księdza Eliego zawsze było ciekawym doświadczeniem, wcale nie pragnął zostawać w jego skórze dłużej niż było to konieczne.
Więc jeśli okaże się, że pan Robinson oczekuje czegoś więcej, Len w postaci Eliego będzie musiał przyjść ponownie i dokończyć robotę. W innym wypadku – koniec posługi.
Zmyje się bez szemrania, jeśli wyjdzie na to, że rodzina Robinsona jest w pełni usatysfakcjonowana i wcale nie oczekuje wspólnej modlitwy. Zniknie, i Mathilde już nie będzie musiała przyglądać się jego oszustwom, jeśli krewni zgłoszą jakieś problemy, ale zleceniodawca zrezygnuje z kolejnej wizyty. Chyba że…
Chyba że ktoś inny będzie potrzebował pomocy.
– Dobra – powiedział. – Z przytomnymi i chętnymi chwilę pogadam, tyle.
Ruth był ładna i trzepotała rzęsami jak motyl macha skrzydłami, a jej uśmiech mienił się kolorami, nawet jeśli tylko metaforycznie. Łatwiej i chętniej zgodzić się na prośbę kogoś, kto się o to stara i wprawnie gra na cudzej próżności. Len mógł pchać się w oczywiste pułapki, ale uroda i ruch bioder wpływały może na entuzjazm, a nie – na chęć samą w sobie.
Ruth mogłaby mieć dwie głowy, włosy meduzy i twarz sędziwego dziadka Westona, a Len wciąż zgodziłby się zajrzeć na salę do jej pacjentów, bo przecież – może ktoś z nich naprawdę potrzebował rozmowy z księdzem. W takim wypadku powinien ją dostać, nawet jeśli pod czernią stroju i bielą koloratki krył się facet bez święceń, który mógłby powiedzieć to samo również i w cywilu. Odpowiedni strój i zmieniona tożsamość zamieniała jednak zwykłe słowa w te najdroższe sercu osoby wierzącej.
Len nie zamierzał nikogo nawracać, broń Boże, ani ewangelizować – dać raczej to, co potrzebne tym, którzy i tak wierzą. Możesz walczyć o prawdę, możesz też spróbować dodać trochę otuchy komuś, kto wkrótce odejdzie. Albo uśmiechnąć się. Ścisnąć za rękę. Niewiele więcej.
– Egzorcyzmy może we wtorek, jak będę w purpurze – powiedział, uśmiechając się półgębkiem. – Dziś nie zlecono mi udawania biskupa.
Jak pech to pech. Dupa biskupa. Najwyżej mogą zagrać w karty.
Len Weston
[ Nie ma czym się przejmować, Tammy ładne imię, więc się nie dziwię 😁]
OdpowiedzUsuńW tym wszystkim Tamsin miała się za ogromną szczęściarę – życioweg kota, który spada zawsze na cztery łapy, obojętnie z którego piętra ktoś go zrzuci. Była przed trzydziestką, miała mieszkanie ze stałym czynszem, na które nie musiała brać kredytu, bo dostała je w spadku po babci i zarabiała na życie z pasji. Chociaż jej dzieciństwo nie należało do tych, które wspomina się z utęsknieniem, to obecnie traktowała to jako formę zapłaty za ten spokój, który udało jej się utrzymywać od kilku lat. W końcu to było znacznie więcej, niż potrafili mieć inni i Passalis ani myślała wybrzydzać przy kartach, które dostała od losu.
Rozterki, które targały małą Tilly były jej obce, bo to ona była tym dzieckiem, którego rodzice prowadzili życie, w którym potrafiło brakować pieniędzy – nie miała więc przestrzeni w głowie na to, by zastanawiać się, czemu ktoś bał się stracić dom, skoro sama żyła z mamą na wynajmie. Mała Passalis nie musiała dopytywać o krzyże, bo od dziecka grała na parafialnych uroczystościach, przeskakując między kościołami z każdą przeprowadzką, w każdym odnajdując się szybko, równie szybko powtarzając słowa kaznodziei, bezdźwięcznie poruszając przy tym ustami, bo pewne partie wszędzie były w końcu takie same. To, że nie wszyscy mogli mieć po równo dobitnie wyjaśniła jej babcia, opowiadając o tym, jak już byli tacy, co chcieli równo dzielić, ale i wśród nich znaleźli się tacy, co chcieli równiej, czyli więcej dla siebie. Dlatego Tamsin wolała skupiać się na rzeczach bardziej przyziemnych, bezpiecznych dla jej małej głowy.
Nauczona pokory przez lata gry, wciąż nie buntowała się przeciwko prawom rządzącym światem, co nie oznaczało, że się z nimi zgadzała. Nie była w końcu ani ślepa, ani głucha, ani nie należała do grona ignorantów, którzy udawali, że jeśli coś nie dotyka ich bezpośrednio, to nie jest ich problemem. Nie czuła jednak gniewu – prędzej smutek, który czasami może przeradzał się w złość, ale kończył się tam, gdzie zaczynała się świadomość Tamsin, że na pewne rzeczy zwyczajnie nie ma wpływu. Ot, nie była Don Kichotem, by podejmować się próby walki z wiatrakami.
— Tilly, zaraz zacznę się ślinić, to brzmi tak dobrze — gdyby Tamsin umiała ćwierkać, to prawdopodobnie właśnie zapuściłaby skowronkowy trel zadowolenia, całkowicie poddając się ekscytacji Mattie.
— To nie jest sprawiedliwe! Ty możesz mnie chwalić, a ja ciebie nie? Jak ty sobie to wyobrażasz? — obruszyła się, brwiom pozwalając zbliżyć się ku sobie, niemal w pocałunek, uniemożliwiony przez zmarszczkę na czole. Dla Tamsin każdy, kto pomagał innym był kimś niesamowitym i chociaż sama należała do tych z gatunku pomocnych, to tak jak inni ludzie, którzy pomagali i ona nie dostrzegała w sobie heroizmu. Upraszczając sobie świat, nie uważała, by jedynie pomaganie okupione cierpieniem, altruizmem, było coś warte. Jeśli pomagało się, żeby pomóc, nawet dla własnego, lepszego samopoczucia, to czy było w tym coś rzeczywiście złego?
— Tilly, nie mówię przecież, że jesteś Matką Teresą, ale nie musisz tak tego upraszczać… Mogłaś równie dobrze klepać na komputerze w jakimś korpo, a jednak zakładasz ludziom motylki, robisz im wymazy i często jesteś ich towarzystwem w najgorszych chwilach życia — nie mogła się powstrzymać od tego komentarza, ale tak samo nie powstrzymała uśmiechu, kiedy usłyszała o chaosie w jej pracy. — Przynajmniej nie możesz narzekać na nudę – stwierdziła, czego nie mogła zawsze powiedzieć o sobie, bo chociaż uwielbiała swoją pracę, to czasami brakowało jej czegoś, o czym mogłaby opowiadać, albo samemu wracać myślami. A tak? Czasami wpadła plotka, lub dwie, ale nic specjalnego.
— Jakbyś mnie nie znała… Z gościem z Fedexa sypiam we wtorku, z tym z Amazona w czwartki, ten z UPS jest poza zasięgiem, bo odkąd ogolił brodę, wygląda jakby miał osiemnaście lat, a ja wolę starszych — akurat o ostatniej rewelacji wiedziały obie, chociaż im starsza Tamsin była, tym więcej widziała patologii w tym, w czyje ramiona uciekła jako nastolatka, ale płakała nad tym zbyt długo, by teraz powstrzymywać się od żartów. Humor był w końcu czymś, co potrafiło oswoić strach, rozgonić smutek i nawet dzień do dupy zmienić w taki, żeby chociaż przez chwilę był znośny.
OdpowiedzUsuńJak kurka strosząca lekko piórka przed zajęciem pozycji do wysiadywania jajek, tak Tamsin zamiast w suchą trawę, wtuliła się w Tilly, samą przyjemność odnajdując w tej bliskości.
— Może ich jakoś przyciągasz? — spytała, ale zaraz dodała, coby Tilly nie pomyślała, że i ona należała do sekcji dziwne w jej życiu. — Nie mówię o jakiś czary-mary, ale… Wiedzą gdzie pracujesz, wiedzą, że jesteś porządną firmą, więc zamiast rozbijać się gdzieś po mieście, wolą iść tam, gdzie jest szansa, że spotkają ciebie, albo jakiegoś twojego znajomego… Może nawet nie chodzić o… dziękuję — powiedziała do mężczyzny, który przytrzymał im drzwi, gdy wchodziły do wnętrza restauracji. — Może nawet nie chodzić o same znajomości a o to, że jednak w sytuacji jakiegoś zagrożenia, albo bólu, zwyczajnie milej jest mieć przy sobie kogoś znajomego — wzruszyła lekko ramionami, bo odwiedziny dziwnych ludzi w szpitalu brzmiały… Brzmiały właściwie jak coś, co faktycznie mogło mieć miejsce, zwłaszcza w tym ogromnym mieście; jednak, jak wiele dużych miast, w ostateczności było wielkie tylko pozornie, a krewni i znajomi królika, ostatecznie zawsze dosięgali łapkami do krewnych i znajomych innych zwierząt.
Tamsin Passalis
Paweł wszedł na izbę przyjęć tak, jakby wchodził do baru, który odwiedza się co piątek i sobotę. Nie było w tym może jeszcze etapu, na którym rzucałby wszystkim po imieniu „cześć”, ale brakowało niewiele. Drzwi rozsunęły się przed nim, a on przytrzymał je ramieniem, żeby przepuścić Marka, który był blady, wkurwiony i kompletnie niezainteresowany faktem, że Paweł od dwudziestu minut tłumaczył mu, iż mówił mu, żeby uważał.
OdpowiedzUsuń— Powiedziałem ci, żebyś nie łaził po tych płytach — odezwał się po raz chyba ósmy, idąc za nim. — Powiedziałem czy nie?
— Pablo, zamknij się. — Marek odwrócił głowę.
— Czyli powiedziałem.
— Wyjebałem się, dobra? Zdarza się.
— No. Niektórym częściej.
Ręka była prowizorycznie usztywniona tym, co znaleźli na budowie, nim przyjechali do szpitala. Luis chciał ją nastawiać, ale Paweł zgromił go wzrokiem i zakazał meksykańskich praktyk magicznych na współpracowniku. Jak zobaczył, że nadgarstek Marka zaczyna puchnąć w tempie ekspresowym, wsadził go do samochodu i tyle było z dyskusji i pomocy medycznej Luisa. Kiedy znaleźli się przy rejestracji, Paweł pomyślał o kimś jeszcze. Rozejrzał się odruchowo po oddziale.
— Nawet, kurwa, nie zaczynaj — powiedział Marek.
— Co? — Paweł spojrzał na niego niewinnie.
— Wiem, kogo szukasz.
— Nikogo nie szukam.
— Jasne. Od wejścia patrzysz, czy jest ta pielęgniarka.
— Jaka pielęgniarka? — Marek prychnął, a Paweł uśmiechnął się pod nosem.
No dobrze. Może rozglądał się trochę. Mathilde Stevenson stanowiła swego rodzaju stały element jego doświadczeń z amerykańską służbą zdrowia. Zaczęło się kilka lat wcześniej od rozciętego łuku brwiowego jednego z chłopaków, później był gwóźdź wbity w dłoń, upadek z drabiny, coś ze stopą, czego Paweł nawet nie chciał pamiętać, własne szycie dłoni i cała długa lista pomniejszych katastrof będących naturalnym skutkiem zatrudniania dziesięciu facetów pracujących codziennie na budowie pełnej potencjalnych wypadków. Nie to, żeby jego ludzie byli jakimiś idiotami. Po prostu statystycznie rzecz ujmując, na budowie musza się zdarzać wypadki. Chociaż, patrząc na Marka, czasami jednak zachowują się jak idioci.
Mattie trafiała na nich za każdym razem. Za pierwszym była dla niego po prostu pielęgniarką z wyrazem twarzy sugerującym, że świat rozczarował ją już przed śniadaniem. Za drugim pamiętała jego nazwisko. Za trzecim powiedziała mu, że jeśli jeszcze raz zacznie przeszkadzać podczas zakładania szwów, może sam sobie je założyć. Za czwartym Paweł odkrył, że doprowadzanie jej do irytacji jest jednym z tych drobnych uroków życia, których człowiek nie powinien sobie bez potrzeby odmawiać. Bo Mathilde miała tę cudowną właściwość, że nie udawała uprzejmości. Kiedy uważała go za kretyna, Paweł dokładnie wiedział, że uważa go za kretyna. A Wysockiego to po prostu bawiło.
Usiedli w końcu w części dla oczekujących, a Marek ułożył chorą rękę na brzuchu.
Usuń— Ile tym razem minie minut, zanim ją wkurwisz? — zapytał.
— Nie wiem. Dwie? — Paweł spojrzał na zegarek.
— Daję ci trzy, chociaż ostatnio wystarczyło ci trzydzieści sekund.
— Bo przyszła już zdenerwowana.
— Powiedziałeś jej, że wygląda na zmęczoną i że może powinna więcej spać.
— To była troska o pracownika amerykańskiej służby zdrowia, która trzyma nas przy życiu.
— Jesteś pojebany. — Marek spojrzał na niego takim wzrokiem, jakim zwykle patrzy się na człowieka świadomie wkładającego widelec do kontaktu.
— A ty masz złamaną rękę przez własne nogi. Nie wiem, który z nas gorzej wypada w tym zestawieniu.
Paweł rozparł się na plastikowym krześle, wyciągnął telefon i sprawdził kilka wiadomości z budowy. Odpisał szybko jednemu z chłopaków, żeby skończyli bez nich, przypomniał o zabezpieczeniu miejsca, w którym Marek zrobił swój popis kaskaderski, po czym jeszcze raz zerknął w stronę korytarza. Nikogo znajomego. Żadnej Mattie na horyzoncie. Dziwne, jakie to było rozczarowujące, skoro już tracił pół dnia na ER, dobrze było mieć jakąś rozrywkę. Piętnaście minut później ktoś wywołał Marka, Paweł podniósł się razem z nim.
— Pan może zostać — odezwała się kobieta z recepcji.
— On słabo mówi po angielsku. — Paweł wskazał na Marka, ten spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— I speak fucking English.
— Widzi Pani? — Paweł zwrócił się do kobiety. — Tragicznie.
Recepcjonistka przez chwilę wyglądała, jakby zastanawiała się, czy warto wchodzić w tę dyskusję, ale ostatecznie odpuściła. Kilka minut później znaleźli się za drzwiami oddziału i wtedy ją zobaczył. Najpierw charakterystyczny szybki krok, potem ciemne włosy i w końcu ten wkurwiony wyraz. Uśmiech pojawił się na jego twarzy automatycznie.
— O, kurwa — mruknął Marek.
— Zamknij mordę, Marek.
Mattie jeszcze ich nie zauważyła. Paweł patrzył, jak kończy krótką rozmowę z innym pracownikiem, sprawdza coś na ekranie komputera, a potem podnosi wzrok prosto na nich. Moment rozpoznania był bezcenny. Naprawdę. Paweł widział dokładnie tę sekundę, w której jej twarz przechodziła od zawodowej neutralności do czegoś, co można było opisać mniej więcej jako: not fucking today.
Właśnie dlatego uśmiechnął się jeszcze szerzej i podniósł rękę w powitalnym geście.
— Stevenson! Mathilde! — rzucił zdecydowanie za głośno jak na odległość dzielącą ich może dziesięciu metrów. Marek jęknął coś pod nosem, kręcąc głową. — Stęskniłaś się?
PAWEŁEK
Ian akceptował to ryzyko, które wiązało się z wykonywaniem jego zawodu. Nie było to ryzyko kontrolowane, ponieważ nie miało prawa takim być, kiedy w grę wchodził czynnik ludzki i kiedy Ian stanowił tylko jego ułamek, jednak na tyle, na ile pozostawało to możliwe, Ian starał się mieć to ryzyko pod kontrolą. Był ostrożny, nie postępował pochopnie i woził ze sobą tylko tyle towaru, ile potrzebował dany klient, a jednocześnie zdawał sobie sprawę, że to nie wystarczy. Mógłby przez to popaść w paranoję, ale nie zrobił tego, zupełnie świadomie. Prościej i wygodniej, ponieważ dzięki temu nadal mógł spać spokojnie w nocy, było założyć, że w końcu wpadnie. To było nieuniknione. Mogło stać się za godzinę, za tydzień, za miesiąc albo za pięć lat, ale w końcu miało się stać i Ianowi nie przeszkadzała te perspektywa, a przynajmniej nie przeszkadzała mu do niedawna, bo nie wiedział, co lepszego mógłby zrobić ze swoim życiem.
OdpowiedzUsuńNie rozchodziło się nawet o to, że odkąd poznał Debbie, zaczął mieć co robić ze swoim życiem. Rozchodziło się o to, że kiedy w końcu trafi do więzienia, przekreśli nie tylko swoje życie, ale też życie Debbie. Nie całkowicie, ale w pewnym stopniu i na pewien czas. Debbie miała z nim wystarczająco wiele problemów, nie chciał więc dokładać jej kolejnego, choć ten problem stanowił rozwiązanie wszystkich innych, czyż nie? To było skomplikowane i nic z tego nie miałoby miejsca, gdyby Ian potrafił odpuścić sobie Debbie, ale nie potrafił, tak jak nie do końca potrafił zrozumieć, dlaczego Debbie nie może odpuścić sobie jego. Nie był dobrym materiałem na chłopaka, nie tylko dlatego, że był dilerem. Miał wiele innych ułomności, wynikających z tego, w jakimś środowisku został wychowany. Był trudny, widać jednak nie tak trudny, żeby odpuszczać.
Odpuścić nie chciała także Mattie, choć w jej przypadku wynikało to z czegoś zupełnie innego. Ian był pewnie jednym z przyjemniejszych pacjentów, jakich miewała w swojej karierze. Był czysty, nie był agresywny i mimo wyraźnej niechęci, współpracował. Musiałby bardzo się postarać, aby Mattie odpuściła, a niekoniecznie chciał w ten sposób uprzykrzać jej zmianę.
— Nie bardzo — odpowiedział, ignorując pytanie o numer ubezpieczenia. — Musiałbym się zastanowić, a chwilowo w zastanowieniu się przeszkadza mi to, że nakurwia mnie łeb — wyznał, bo od pulsującego bólu głowy nadal lekko go mdliło. Stąd skrzywił się, kiedy kobieta roześmiała się dźwięcznie, bo o ile w normalnych okolicznościach ten dźwięk mógł uchodzić za przyjemny, o tyle teraz ani trochę przyjemny nie był, przeciwnie, penetrował wnętrze głowy Hunta nie gorzej, niż robiłby to młot pneumatyczny.
Wtem coś go tknęło. Puścił dłoń Mattie, zarówno pod wpływem jej dotyku, jak i tej myśli, która zaczęła tłuc się po jego obolałej głowie.
— To chyba był wpierdol — zgodził się z nią a propos tego, co mogło się stać, ale nie o to mu się rozchodziło. Nie dlatego marszczył teraz brwi, wpatrując się przy tym we własne stopy i zastanawiając się, jak ubrać w słowa to, co chce przekazać. W końcu podniósł na nią wzrok.
— Dacie mi coś przeciwbólowego? — spytał, bo raz, że chciał coś takiego dostać, a dwa, potrzebował żeby nie było to nic, czego później mógłby chcieć więcej. — Mattie, możesz dopilnować, żeby to nie były opioidy ani inne gówno?
Nie odpowiadał na jej pytania, nie kontynuował tematów, które poruszała, co z powodzeniem można było zrzucić na to, że nakurwiał go łeb, ale gdyby Mathilde miała okazję porozmawiać z nim dłużej, niż tych kilka minut potrzebnych na przekazanie towaru, zorientowałaby się, że Hunt potrafił rozmawiać w ten sposób także na co dzień, robiąc to bez najmniejszego wysiłku. Tak jakby prowadził rozmowę i jednocześnie jej nie prowadził, za to ciągnął wygodny dla siebie monolog. Teraz także zmierzał w kierunku, który interesował jego, ale niekoniecznie interesował ciemnowłosą kobietę, czym być może nie uprzykrzał jej zmiany, ale także bez wątpienia jej nie ułatwiał.
IAN HUNT
[Cześć! Prawda, nie znamy się, ale właśnie się poznałyśmy. Chyba. :D Dzięki za powitanie i od razu przyznam rację. To prawda, nie najgorsze ma to życie, trochę się nad sobą użala i nie potrafi postawić na swoje. Ale pracujemy nad tym, a mi Naomi chyba pomaga rozbudzić więcej cierpliwości i empatii wobec ludzi z jej typem osobowości. :D No ale, lubię ją. :)
OdpowiedzUsuńPolubiłam też Matty! Ło panie, to przecież przeciwieństwo mojej N. A taka przyjaciółka z pewnością przyda jej się w życiu! Ja bym tu widziała świeżą, dopiero rozwijającą się od jakiegoś czasu przyjaźń. Bo poza Erin Blake, N. w zasadzie nigdy nie miała takiej przyjaciółki-przyjaciółki, więc może kogoś takiego znalazłaby właśnie w Matty! Sama ma w sobie ogromne pokłady miłości do ludzi, tylko nie do końca ma to z kim w pełni dzielić. Mogę mieć nawet pomysł na punkt zaczepienia. ;) Jeśli to coś, co widzisz, to możesz napisać na maila. Preferuję tego typu ustalenia. :D cinnamoonlattee@gmail.com
Raz jeszcze dziękuję za powitanie!]
Naomi Kim
Brant od kilku minut obserwował stolik sąsiedni, coraz bardziej przekonany, że kumpelski wieczór tamtejszych pijaczków zaraz zamieni się w książkową chryję. Najpierw były tylko podniesione głosy. Nc szczególnego. Wszyscy byli już wstawieni, poza tym bar pełen ludzi miał to do siebie, że czasami trudno było stwierdzić, czy ktoś prowadzi ożywioną dyskusję, czy za chwilę wszyscy zaczną się okładać po twarzach. Zwłaszcza w takiej spelunie, gdzie stali bywalcy znali się po imieniu i każdy wiedział, na jakie hasło można dostać towar spod lady. Ale do tych podniesionych głosów doszły za chwilę nerwowe gesty, ktoś wrzasnął, inny wstał. Drugi też się podniósł i złapał kolejnego za koszulkę tak gwałtownie, że ten wpadł na postronnego gościa, który szedł z piwem. Szklanka przechyliła się w dłoni, zawartość rozlała się na podłogę, a kilka kropel chlapnęło przy okazji na spodnie Branta. Kurwa, no nie.. Facet nawet tego nie zauważył. Zamachnął się tylko i przywalił przeciwnikowi prosto w nos.
OdpowiedzUsuńKrzesło Branta zaskrzypiało o podłogę, kiedy odsunął je nogą i wstał. Zrobił dwa kroki i złapał najbliższego z awanturników za fraki, szarpnięciem odrywając go od przeciwnika. Facet nawet nie zdążył porządnie zaprotestować, kiedy Brant przerzucił go na drugą stronę, prosto w wolną przestrzeń między stolikami. Drugi już ruszał za nim, ale Brant złapał go za ramię, obrócił i równie sprawnie posłał w przeciwnym kierunku. Pozostali goście szybko zorientowali się, że warto pomóc i przytrzymali obu, zanim ci zdążyli ponownie rzucić się sobie do gardeł.
— Macie dzisiaj jakiś konkurs na największego idiotę, czy to jakiś lokalny zwyczaj?
Zdołał ledwie wyrzucić z siebie ostatnie słowo, kiedy coś ciężkiego z impetem uderzyło go w głowę. Zacisnął powieki, a z jego ust wyrwało się krótkie przekleństwo. Poczuł ból w okolicy brwi, pulsujący nieprzyjemnie aż do skroni. Odruchowo przyłożył dłoń do czoła i przez chwilę stał tak, próbując zorientować się, co właściwie się stało, a kiedy odsunął rękę, zobaczył na palcach krew. Opuścił wzrok na podłogę, dopiero teraz zauważając przedmiot, który zsunął się tuż obok jego buta. Krzesło. Dosłownie ktoś rzucił w nich krzesłem. W Oklahomie może spodziewałby się czegoś podobnego, ale w Nowym Jorku? Przez moment patrzył na to krzesło z niedowierzaniem, po czym uniósł wzrok na faceta stojącego kawałek dalej.
— Ty jesteś, kurwa, poważny?
Facet próbował coś powiedzieć, ale Brant wszedł mu w słowo.
— Rozdzielam ich, żeby się nawzajem nie pozabijali, a ty bierzesz krzesło i rzucasz nim na oślep?! — syknął, robiąc krok w jego stronę. Krew zaczęła spływać mu cienką strużką wzdłuż czoła, więc otarł ją wierzchem dłoni, czując ból przy każdym nawet najmniejszym dotyku.
Awanturnicy dali sobie spokój, jeden burknął coś do drugiego i całą grupą się rozeszli. Barmanka pojawiła się chwilę później z woreczkiem lodu i kawałkiem wątpliwej jakości gazy, mówiąc coś o tym, że powinni byli mieć apteczkę, ale ostatnio jakoś nie było okazji jej uzupełnić. Zajebiście.
Przyłożył lód do brwi, a gazę docisnął drugą ręką. Zimno przyniosło chwilową ulgę, choć rana nadal pulsowała przy każdym ruchu. Nie zamierzał jednak robić z tego większej sprawy, bo nie pierwszy raz miał rozcięty łuk brwiowy i pewnie nie ostatni. Wiedział, że się zagoi. Problem polegał tylko na tym, że tym razem prawdopodobnie zostanie po nim pamiątka.
Do mieszkania miał raptem trzy przecznice. Szedł spokojnie, trzymając lód przy brwi, dopóki ten nie zaczął topnieć i znikać w palcach, aż w końcu przestał mieć z niego jakikolwiek pożytek.
Kiedy oderwał gazę od skóry, zobaczył, że przesiąkła krwią prawie całkowicie. Westchnął. Tate na pewno zrobi mu przesłuchanie i nie odpuści, dopóki nie dowie się, co zaszło. Znów westchnął i tym razem zatrzymał się na środku chodnika. Wizja pytań wydawała mu się znacznie gorsza niż wizyta w szpitalu, więc wyciągnął więc telefon, zamówił Ubera i po kilku minutach siedział już na tylnym siedzeniu, kierując się do najbliższego Emergency Department. Na miejscu zgłosił się do rejestracji, gdzie po krótkiej wymianie zdań dostał kolejny kawałek gazy – tym razem niewątpliwej, bo jałowej Cudownie. Przycisnął ją do brwi, podziękował i grzecznie usiadł na jednym z krzeseł ustawionych wzdłuż korytarza. Krew wciąż sączyła się z rany, powoli przesiąkając przez opatrunek. Oparł się więc wygodniej i spojrzał przed siebie, bo teraz pozostawało mu już tylko czekać. Podobno na panią pielęgniarkę.
UsuńBrant Dawson