Ian Hunt
Ian Hunt
All I ever wanted to do was know what's out there
I refused to lose without a fight
We're just too young, ignorant and innocent
Like kids stay up all night in a tent
How do you see me?
Am I who I used to be?
urodzony 29 stycznia 1999 roku w Nowym Jorku, USA // 27 lat // kierowca Ubera - Cadillac CT5V Blackwing // diler // wynajmuje mieszkanie na Harlemie, przy 119th Street // od 6 roku życia wychowanek domu dziecka // trzy epizody w dwóch różnych rodzinach zastępczych // starszy o 4 lata brat, Louis - policjant // rodzice zapili się lub zaćpali, co do tego nie ma pewności - wie tylko, że nie żyją // nie pije, nie pali, a już na pewno nie bierze narkotyków - wystarczająco napatrzył się na skutki uzależnień w domu i bidulu // nigdy nie poznał innego życia niż to, które prowadzi // nigdy nikt nie pokazał mu innej drogi // od około roku raz w miesiącu gra w Texas Hold'em w Fire Moon // tell me every terrible thing you ever did, and let me love you anyway
Linda z westchnieniem opadła na tylną kanapę, a następnie wychyliła się i sięgnęła ku klamce, by z trzaskiem zamknąć za sobą drzwi.
— Zróbmy rundkę wokół osiedla — poprosiła, a po chwili ich spojrzenia skrzyżowały się w odbiciu wstecznego lusterka. Kobieta uśmiechnęła się blado, czego on nie odwzajemnił. Wrzucił bieg i pozwolił, by pojazd potoczył się w dół wysypanego żwirem podjazdu; lubił ten charakterystyczny chrzęst kół, więc nieśpiesznie zbliżali się ku bramie, zostawiając za sobą fasadę luksusowej willi.
— W ten weekend potworki są u swojego ojca — odezwała się Linda, kiedy wyjechali na osiedlową drogę. Był wieczór, więc co rusz wjeżdżali w plamy światła rzucane przez rozstawione po obydwu stronach drogi latarnie.
Potworki, pomyślał Ian i we wstecznym lusterku zerknął na zapatrzoną w okno czterdziestoletnią kobietę. O nas matka też tak mówiła.
Kolejne westchnienie uleciało spomiędzy rozchylonych warg Lindy. Ta jakby nagle otrzeźwiała; poruszyła się niespokojnie, usiadła wyżej na siedzeniu i wyprostowała, by wreszcie utkwić wzrok w tyle głowy Iana. Uśmiechnęła się lekko i tym razem ten uśmiech dosięgnął jej brązowych oczu.
— Jaki ci minął dzień, Ian? — zagadnęła niezobowiązującym, konwersacyjnym tonem.
— W porządku — odparł, wrzucił prawy kierunkowskaz i rozejrzał się, choć ruch na osiedlu, na którym mieszkała Linda, zawsze był znikomy, niezależnie od pory dnia. Skręcili i szatyn zredukował bieg, ponieważ właśnie wtaczali się pod łagodny pagórek, z którego wierzchołka rozpościerał się widok na bogate domostwa.
— A ty? Planujesz odpowiednio uczcić weekend bez potworków? — zapytał z grzeczności, mimowolnie kładąc nacisk na ostatnie słowo.
Linda zaśmiała się perliście.
— Inaczej bym nie dzwoniła.
Dwudziestominutową przejażdżkę zakończyli tam, gdzie ją rozpoczęli. Linda sięgnęła do torebki i wyjęła z niej portfel.
— Ile płacę? — spytała z przekąsem, ponieważ już znała odpowiedź.
— Tyle, ile zawsze.
Wyciągnęła rękę pomiędzy dwoma przednimi siedzeniami. Szatyn wyjął spomiędzy jej palców złożone banknoty, rzucił je na fotel pasażera po swojej prawej i otworzył schowek. Pojedynczy foliowy woreczek z kilkoma gramami amfetaminy wyglądał wyjątkowo smutno na tle pustej przestrzeni, ale na jego widok brązowe oczy Lindy zapłonęły niezdrowym blaskiem.
— Miłego weekendu, Lindo — życzył jej Ian, ale odpowiedział mu tylko trzask zamykanych drzwi. Nim odjechał, uśmiechnął się kwaśno i rzucił ostatnie spojrzenie kobiecie żwawym krokiem zmierzającej ku willi, która przypadła jej po rozwodzie z mężem.
***
Długimi susami pokonywał po dwa stopnie, aż znalazł się na trzecim piętrze. Lewą dłonią przytrzymał materiał kurtki, prawą zanurkował w kieszeni i namacał klucze. Kiedy uniósł głowę, jego spojrzenie napotkało mężczyznę opierającego się plecami o ścianę tuż obok drzwi jego mieszkania.
— Chłopaki planują akcję — odezwał się. — Lepiej, żebyś przez najbliższy tydzień się nie wychylał.
Nie patrząc w jego stronę, Ian wsunął klucz do zamka, przekręcił dwa razy i otworzył drzwi, które uchyliły się do środka.
— Pierdol się, Louis — poradził mu serdecznie i zniknął w środku.
— Zróbmy rundkę wokół osiedla — poprosiła, a po chwili ich spojrzenia skrzyżowały się w odbiciu wstecznego lusterka. Kobieta uśmiechnęła się blado, czego on nie odwzajemnił. Wrzucił bieg i pozwolił, by pojazd potoczył się w dół wysypanego żwirem podjazdu; lubił ten charakterystyczny chrzęst kół, więc nieśpiesznie zbliżali się ku bramie, zostawiając za sobą fasadę luksusowej willi.
— W ten weekend potworki są u swojego ojca — odezwała się Linda, kiedy wyjechali na osiedlową drogę. Był wieczór, więc co rusz wjeżdżali w plamy światła rzucane przez rozstawione po obydwu stronach drogi latarnie.
Potworki, pomyślał Ian i we wstecznym lusterku zerknął na zapatrzoną w okno czterdziestoletnią kobietę. O nas matka też tak mówiła.
Kolejne westchnienie uleciało spomiędzy rozchylonych warg Lindy. Ta jakby nagle otrzeźwiała; poruszyła się niespokojnie, usiadła wyżej na siedzeniu i wyprostowała, by wreszcie utkwić wzrok w tyle głowy Iana. Uśmiechnęła się lekko i tym razem ten uśmiech dosięgnął jej brązowych oczu.
— Jaki ci minął dzień, Ian? — zagadnęła niezobowiązującym, konwersacyjnym tonem.
— W porządku — odparł, wrzucił prawy kierunkowskaz i rozejrzał się, choć ruch na osiedlu, na którym mieszkała Linda, zawsze był znikomy, niezależnie od pory dnia. Skręcili i szatyn zredukował bieg, ponieważ właśnie wtaczali się pod łagodny pagórek, z którego wierzchołka rozpościerał się widok na bogate domostwa.
— A ty? Planujesz odpowiednio uczcić weekend bez potworków? — zapytał z grzeczności, mimowolnie kładąc nacisk na ostatnie słowo.
Linda zaśmiała się perliście.
— Inaczej bym nie dzwoniła.
Dwudziestominutową przejażdżkę zakończyli tam, gdzie ją rozpoczęli. Linda sięgnęła do torebki i wyjęła z niej portfel.
— Ile płacę? — spytała z przekąsem, ponieważ już znała odpowiedź.
— Tyle, ile zawsze.
Wyciągnęła rękę pomiędzy dwoma przednimi siedzeniami. Szatyn wyjął spomiędzy jej palców złożone banknoty, rzucił je na fotel pasażera po swojej prawej i otworzył schowek. Pojedynczy foliowy woreczek z kilkoma gramami amfetaminy wyglądał wyjątkowo smutno na tle pustej przestrzeni, ale na jego widok brązowe oczy Lindy zapłonęły niezdrowym blaskiem.
— Miłego weekendu, Lindo — życzył jej Ian, ale odpowiedział mu tylko trzask zamykanych drzwi. Nim odjechał, uśmiechnął się kwaśno i rzucił ostatnie spojrzenie kobiecie żwawym krokiem zmierzającej ku willi, która przypadła jej po rozwodzie z mężem.
***
Długimi susami pokonywał po dwa stopnie, aż znalazł się na trzecim piętrze. Lewą dłonią przytrzymał materiał kurtki, prawą zanurkował w kieszeni i namacał klucze. Kiedy uniósł głowę, jego spojrzenie napotkało mężczyznę opierającego się plecami o ścianę tuż obok drzwi jego mieszkania.
— Chłopaki planują akcję — odezwał się. — Lepiej, żebyś przez najbliższy tydzień się nie wychylał.
Nie patrząc w jego stronę, Ian wsunął klucz do zamka, przekręcił dwa razy i otworzył drzwi, które uchyliły się do środka.
— Pierdol się, Louis — poradził mu serdecznie i zniknął w środku.
1. Did I disappoint you? / 1.02.2025 - 6.07.2025 /
2. Did I disappoint you? / 6.07.2025 - 25.11.2025 /
3. Don't hope, it's the hope that kills me every time / 25.11.2025 - 26.08.2026 /
4. If I lose it all, slip and fall, will you laugh at me? / 26.08.2026 - ??? /
2. Did I disappoint you? / 6.07.2025 - 25.11.2025 /
3. Don't hope, it's the hope that kills me every time / 25.11.2025 - 26.08.2026 /
4. If I lose it all, slip and fall, will you laugh at me? / 26.08.2026 - ??? /
2199. Did I disappoint you? / 8.09.2025 /
Cytaty: SiM - The Rumbling
Wizerunku użycza: Nicholas Galitzine
Ostatnia aktualizacja: 20.08.2026 ⬩ karta postaci
Kontakt: panienkazokienka92@gmail.com
Jak to bywa z naszymi autorskimi tworami, postać pokroju Iana od dłuższego czasu krażyła mi po głowie i dziekuję poison killer za pomoc w nadaniu jej finalnego kształtu :) Jeszcze nie wiem, czy potrafię w postacie takie, jak Ian, ale chcę spróbować!
Zapraszam wszystkich chętnych do wspólnej zabawy :) Staram się odpisywać regularnie, w zależności od ilości wolnego czasu, a jakiekolwiek większe odpisowe zaległości nadrabiam w weekendy :)
Wizerunku użycza: Nicholas Galitzine
Ostatnia aktualizacja: 20.08.2026 ⬩ karta postaci
Kontakt: panienkazokienka92@gmail.com
Jak to bywa z naszymi autorskimi tworami, postać pokroju Iana od dłuższego czasu krażyła mi po głowie i dziekuję poison killer za pomoc w nadaniu jej finalnego kształtu :) Jeszcze nie wiem, czy potrafię w postacie takie, jak Ian, ale chcę spróbować!
Zapraszam wszystkich chętnych do wspólnej zabawy :) Staram się odpisywać regularnie, w zależności od ilości wolnego czasu, a jakiekolwiek większe odpisowe zaległości nadrabiam w weekendy :)
٩(๑> ₃ <)۶♥
OdpowiedzUsuńW pracy w szpitalu wiele rzeczy było niesamowitych, ale prawdopodobieństwo spotkania różnych ludzi ze swojego życia w najdziwniejszych sytuacjach, uh, to dopiero było coś! Zwłaszcza w miejscach takich jak ER, gdzie upadek człowieka widziało się wielokrotnie w ciągu doby. I wielu rzeczy mogłaby się na dzisiejszej zmianie spodziewać, ale na pewno nie tego, że diller, który sporadycznie podrzucał jej zioło, będzie leżał teraz przed nią. W dodatku z rozbitą głową.
OdpowiedzUsuńA to ci dopiero heca.
Całe szczęście w tym wypadku to ona była po tej korzystniejszej stronie i była stroną wygraną. Nie czuła choćby krzty zagrożenia ze strony jasnowłosego, bo niby jak mógłby jej zaszkodzić? Przecież nie przyzna się personelowi czym się trudni. To byłoby skrajną głupotą. No chyba że uznał poważnego urazu głowy. Wtedy jednak nie rozmawialiby sobe tak przyjemnie. A nawet jeśli? Miała tą przewagę, że mogła go sklasyfikować wtedy jako nielogicznego. Pacjent wypowiada treści o charakterze urojeniowym, twierdzi, że sprzedaje narkotyki personelowi oddziału.
Miała swoje cztery litery kryte, mogła spać spokojnie.
On niestety nie.
Była to jednak niepowtarzalna okazja, żeby dowiedzieć się o tym enigmatycznym mężczyźnie czegoś więcej. I Mattie wykonując swoją pracę najlepiej jak potrafiła, zamierzała wykorzystać swoje przywileje.
— Potrzebuję żebyś powiedział mi jak się nazywasz. Masz jakieś dokumenty przy sobie? — zagadnęła, jednocześnie przygotowując sprzęt medyczny, który leżał na pobliskiej szafce, by za chwilę przeprowadzić podstawowe badania niezbędne przy przyjęciu.
Pacjent przytomny, w kontakcie słowno-logicznym. GCS:...
Mattie skrupulatnie zapisywała wywiad na kartę w międzyczasie przysłuchując się, co jej diller ma do powiedzenia. Zważając na dobór słów i zachowanie, które w tym wypadku nie zakrawało jeszcz na pobudzenie psycho-ruchowe, wydawało się, że nic szczególnie groźnego mu się nie przytrafiło. Obejdzie się pewnie tylko na badaniach i szwach, a następnie puszczą chłopaka do domu. Wątpliwość pozostawiały tylko okoliczności zdarzenia i czy zajdzie potrzeba wzywania policji, czego, jak podejrzewała, jej pacjent mógł sobie nie życzyć.
— Podniesiesz ręce do góry? A następnie poruszaj stopami i spróbuj zgiąć kolana, raz jedno, potem drugie. — zaordynowała spokojnie, czekając by zobaczyć jego sprawność ruchową. Nie wyglądało na to, żeby miał jakiekolwiek deficyty. GCS:15.
— Nie dotykaj! — syknęła, gdy tylko zobaczyła jak brudna ręka chłopak zmierza do rany na głowie. — Chcesz żeby wdało się zakażenie i skończyć z zapaleniem opon mózgowych albo sepsą? Wtedy spotkamy się na innym oddziale, gdzie ktoś z rodziny będzie musiał podjąć decyzję, kiedy odłączyć Cię od respiratora. — uwielbiała straszyć i roztaczać katastroficzne scenariusze, które notabene niejednokrotnie widziała. W tym wypadku dawało jej to dodatkową frajdę. Straszenie własnego dillera to było coś.
— Zbadam Ci puls, sprawdzę ciśnienie, zrobię ekg i oczyszczą ranę na głowie. Za chwilę powinien też pojawić się lekarz, zleci badania i powie co dalej. Musisz się złotko jednak uzbroić w cierpliwość, bo trochę tu pewnie poleżysz. Pamiętaj żeby od tej pory nie pić i nic podjadać. Nawet jeśli nie zapowiada się na inwazyjne badania, takie mamy tu zasady. — spojrzała na niego groźnie i uważnie, a następnie z uśmiechem pewnej satysfakcji zabrała się za zakładanie mu mankietu ciśnieniomierza i pulsoksymetru na palec.
— Będę Cię musiała też obejrzeć… — stwierdziła poważnie, choć z cichą dozą pruderii, spoglądając sugestywnie po całym jego ciele.
Było to naprawdę zabawne spotkanie.
Piguła Mathilde
Magnus nie stroni od zabawy: czy to w chowanego, czy przy pomocy używek. Nie ma to większego znaczenia, póki na twarzy pojawia się uśmiech, a on na moment zapomnieć może o większych czy mniejszych przykrościach. Nie żeby tych przykrości znowu było jakoś mnóstwo, ale, gdy się pojawiały, dobrze było je gdzieś zagonić. Przynajmniej początkowo. Valtersson bowiem szczerze wierzy w moc rozmowy i tego, że jak się wystarczająco dużo papla to w końcu ktoś mądry usłyszy, i poradzi coś wyśmienitego. Albo poklepie po ramieniu. Albo przytuli. Warto jednak zacząć od pospolitego spychania problemów na dalszy plan aż urosną do rozmiarów ciężkich do zignorowania.
OdpowiedzUsuńTak jest zresztą i tym razem: bo kiedy pyta jednego z barmanów czy wie, gdzie może skołować coś lekkiego i dostaje numer dilera, nie waha się wcale. Mógłby zapewnić sobie rozrywkę w inny sposób: mógłby wrócić do domu z kimś atrakcyjnym albo poprosić o zrobienie świetnego drinka, mógłby iść na bingo albo się wyspać. Wybiera opcję mniej rozsądną, ale za to równie przyjemną. bo w końcu, jak wiadomo: nie stroni od zabawy. Nie rzuca się też na narkotyki dla dużych dzieci, bo nie jest durny. A nawet jeśli jest durny to nie jest wystarczająco bogaty by pozwolić sobie na drogi nałóg. Nie ma też w Nowym Jorku znajomych, z którymi byłby na tyle blisko, żeby w ich towarzystwie czuć się bezpiecznie biorąc cokolwiek. Może więc sobie pozwolić na niewielkie ilości ekstazy i lsd, żeby umilić sobie noc.
W zasadzie spodziewał się, że pytając barmana o dragi, ten okaże się trzymać je pod ladą, ready to go, a nie że wymagało to będzie przygotowań i ustaleń. Uparł się jednak, a uparty Magnus to Magnus działaniowy, toteż wysyła sms-a, a potem kolejnego. Zamawia więcej niż potrzebuje, bo przecież nie będzie się z gościem spotykał raz w tygodniu, żeby poprosić o pół molly. Ma trochę szacunku.
Potem właściwie nie ma czasu myśleć o tym wcale, bo wychodzi na scenę i nie ma zielonego pojęcia, jakim cudem w jego obliczeniach znalazł miejsce na to, żeby wykonać swój numer, a potem zdążyć na backstage, zmyć make-up i zdjąć z siebie ciasny strój. Pewne jest jedynie to, że obliczenia te oscylują na granicy błędu i głupoty, bo godzinę później wciąż jest w full dragu i w pośpiechu kończy rozmowę z jednym z chłopaczków, którzy z entuzjazmem chwalą jego występ. W innych okolicznościach na pewno postałby z nim dłużej, potaplał się w przyjemności komplementów. Widzi jednak zegar, co gorsza, wie jak go czytać. Klepie więc faceta po ramieniu, obiecuje że kiedyś tam jeszcze pogadają, może jutro, może nigdy i przedziera się do drzwi. Akurat rozpoczyna się kolejny występ, więc korzysta z momentu i wychodzi na zewnątrz.
Wysoki obcas stuka o chodnik, a wszyscy są śmiesznie mali. Bez dragu, przy swoim metr osiemdziesiąt nie robi żadnego wrażenia, ot, ginie w tłumie facetów o podobnym wzroście. Kiedy jednak dołożyć do tego szpile i uniesiony włos, robi się z niego potężna bestia. Gorset ściska go z taką siłą, że ledwo oddycha, ale powietrze to raczej zbędny koncept, kiedy jest się spóźnionym, a do tego w obcisłym kombinezonie, starając się zignorować spojrzenia przechodniów. Zazwyczaj nie pojawia się na ulicy w dragu, jeśli tylko może tego uniknąć: świat ruszył do przodu, ale ktoś czasem wciska hamulec i lepiej być na to gotowym niż później zakrywać siniaki podkładem.
UsuńWidzi go właściwie od razu. I też od razu wie, że to on. Pasuje tu jak pięść do nosa. Mange dociera do niego w kilku szybkich krokach, ramionami odcinając wścibskie spojrzenia palaczy i kładzie dłonie na biodrach, łapczywie walcząc o oddech.
— Już myślałem, że się nie wyrwę — rzuca przepraszająco na powitanie, zaraz rozciągając usta w szerokim uśmiechu. Spogląda na swoje odbicie w szybie zamkniętego lokalu, a potem nurkuje palcami w dekolcie, żeby wydobyć upchnięte tam banknoty. Nie tak planował płacić: dla niego przyszykowaną miał gotówkę w portfelu, ale że nie miał czasu cofnąć się na backstage, użyć musi tipów i kasy, którą ewentualnie przeznaczyć miał na drinki. — Ile ci jestem winien? — pyta, żeby się upewnić, bo nawet jeśli kwota padła w smsach, Mange zdążył o niej zapomnieć.
Magnus Valtersson, your friendly drag queen
Obserwując tylko jego zachowanie Mathilde mogła podejrzewać jak bardzo jej pacjent aka diler nie chce tutaj przebywać. Ba, wiedziała, że chce stąd wyjść, bo wcale mu nie na rękę być w systemie szpitalnym, który w najlepszym razie przypomni się z rachunkiem do zapłaty za leczenie jeśli ubezpieczenie czegoś nie pokryło. Musiał się jednak liczyć z tym, że profesja którą się trudnił wiązała się z ogromnym ryzykiem, nawet jeśli większość klientów była bezproblemowa. Widmo niepowodzenia było jednak wielkie. Jak z resztą u Mattie, która czasami sama zapędzała się w kozi róg histerii w obawie przed zarażeniem jakimś srogim gównem. Robiła wiele głupich rzeczy w życiu, na myśl o których teraz oblewał ją zimny pot. Była wdzięczna losowi, że ten jakoś uchował ją w zdrowiu i całości. Nawet jeśli psychika czasem szwankowała.
OdpowiedzUsuńNikt przecież nie był idealny.
— Ian… — powtórzyła za nim, po raz pierwszy słysząc to imię. Nie znali się w końcu prawie w ogóle, nawet jeśli chłopak miał okazję widywać ją w tych bardziej i mniej kompromitujących sytuacjach. Odbierała od niego towar w za dużych, powyciąganych ciuchach domowych podczas sprzątania swojej kawalerki, czy też w piżamie, czasem znowu wyglądającą jak inna osoba, gdy akurat szykowała się na jakieś wyjście. Raz chyba w biegu otworzyła mu w samym ręczniku. A mimo to, do tej pory nie znali się nawet z imienia.
Dla niej w życiu, jak i na Signalu, był po prostu Panem Ziółko.
— Będę potrzebowała twojego numeru ubezpieczenia. — powiedziała poważnie, wracając do zajmowania się swoją pracą i pacjentem. Zapięła mu mankiet, założyła pulsoksymetr, włączyła monitor i czekała, aż sprzęt będzie zdatny do użytku, by móc sprawdzić jego parametry i wpisać w kartę.
— Pamiętasz w ogóle jak tutaj trafiłeś? — zagadnęła, obserwując to kardiomonitor, to jego twarz i zachowanie, czy przypadkiem, już nie próbuje jej uciec z łóżka.
Zaśmiała się szczerze i pokręciła z niedowierzaniem głową, gdy usłyszała o odwdzięczeniu się. Złapała go konkretnie za dłoń, w której trzymał jej nadgarstek, by dać jasno do zrozumienia, żeby tego nie robił, bo i tak nic to nie pomoże. Mogą się nawet siłować, a ona i tak finalnie wygra.
Poza tym, Mattie nie była w ogóle fanką narkotyków, w zasadzie niczego innego poza zielskiem nie potrzebowała, ani nawet nie chciała brać. Nawet jeśli czasami apteczki szpitalne wprost wołały o to, by coś z nich zabrać. Zwłaszcza na oddziale intensywnej terapii, gdzie stacjonowała na co dzień, miała pełen wachlarz możliwości testowania substancji znieczulająco-odurzających. Posiadała jednak przede wszystkim rozsądek i instynkt samozachowawczy, który nie pchał ją w tego typu sytuacje. Naoglądała się upadku ludzi w przypadku uzależnień i jakoś nie widziała siebie w tej roli. Z resztą, kredyt za kawalerkę sam się nie spłaci. To chyba dobra motywacja by zasuwać nawet na dwóch zmianach?
— W gratisie to można w życiu dostać tylko wpierdol mój drogi. Bardzo mi przykro, ale nie ja ustalam tutaj warunki. Cokolwiek bym nie zrobiła, lekarz ma obowiązek Cię obejrzeć. — podniosła ręce do góry w geście bezradności. — Zawsze możesz wyjść na własne żądanie, czego na Twoim miejscu jednak bym nie robiła. Rana na głowie nie wygląda zbyt dobrze, a i z kolanem widzę, że miewasz problemy. — zacmokała sugestywnie. — W tym wieku, to niezbyt optymistyczna wizja.
UsuńWyglądał na młodszego i taki się zdawał Tilly, stąd mogła sobe pozwolić na prawienie tego typu morałów, nawet jeśli różnica wieku mogła nie być tak wielka. Warto jednak byłoby zainteresować się własnym zdrowiem w sytuacji, która tego wymagała. Nie było to przecież byle stłuczenie.
Westchnęła.
— Patrząc na twoją piękną buźkę musimy wykluczyć czy nie ma krwiaka. — dodała już spokojniej, bardziej empatycznie, chcąc dać mu do zrozumienia, że choć mu się to nie podoba, to wizyta w szpitalu ma naprawdę bardzo dużo sensu.
— Boli Cię coś? — zapytała jeszcze. Wiedziała, że nie minie 5 minut, jak ktoś za chwilę rozsunie kotarę, która oddzielała box w którym się znajdowali i pojawi się tutaj lekarz. Być może na 3 sekundy, może zrobi większy wywiad. Wszystko zależało od tego na kogo trafią.
Siostra nie ma nic za darmo Mathilde
Do tego po swojemu, którym charakteryzował się Ian, musiała przywyknąć. Początkowo nie zwracała nawet na to tak bardzo uwagi, w końcu umysł chłonący niczym gąbka endorfiny wynikające ze stanu zakochana, odpychał od niej wszystkie mniej przyjemne myśli. Dopiero potem dopadły ją wątpliwości. Bo kiedy ona wyznawała Ianowi, że za nim tęskni, że źle jej bez niego, a ostatecznie, że go kocha, on milczał. Albo był naćpany i odpowiadał. Albo milczał. Debbie nie mogła brać tego do siebie. Nie mogła, bo Ian taki był. To był jego styl. Jego sposób. Jego społeczne umiejętności. Nie mogła brać tego do siebie, ale trochę brała. Bo nie była tak bardzo wyrozumiała, jak mogłoby się wydawać, bo miała też wady, bo jej cierpliwość miała granice, bo chciała usłyszeć od Iana coś, co w jego głowie jawiło się jako oczywiste, bo czasami schowanie się w jego ramionach to było zbyt mało.
OdpowiedzUsuńDlatego dzisiaj też było jej tak dobrze. Wygodnie, miło i ciepło. Ale od środka. Rozkoszne ciepło rozlewało się po jej wnętrzu, zaczynało się w okolicy mostka, gdzie mocno i wyraźnie biło jej serce, rozprzestrzeniało się po brzuchu, rozlewało się na miękkie nogi, które – gdyby nie wsparcie Iana – pewnie ugięłyby się pod Debbie. Docierało też do jej głowy, gdzie mieszało się z szumem wynikającym z wypitego alkoholu, ale i szumem fal pod ich stopami, które rozbijały się o skałki.
Wspierała się na Huncie pewnie, a choć często rodziły się w niej pretensje wynikające z nierozumienia, to i tak do niego wracała. Dzisiaj była jednak przeszczęśliwa, miała zanotować ten dzień jako jeden z najwspanialszych w jej życiu, jeśli nie najwspanialszy. Cudowny. Ciepły. Z dala od nowojorskich problemów. Bo jej to powiedział. Powiedział jej, że ją kocha, a Debbie czuła się trochę jak ta filmowa nastolatka, która chce podskakiwać z radości, piszczeć i pędzić zapisać tę datę w swoim pamiętniku.
Nie zrobiła żadnej z tych rzeczy. Zamiast tego pozwoliła im się pogodzić, bo kłótnie im nie wychodziły. Były bolesne i paskudne, a Grayson – w przeciwieństwie do Hunta – nie miała zahamowań, jeśli chodziło o wyznawanie uczuć albo okazywanie emocji. Często najpierw mówiła, a dopiero potem myślała, zwłaszcza wtedy, jeśli w grę wchodziły silniejsze bodźce. A Hunt był takim silniejszym bodźcem. Często żałowała swoich wyskoków i oskarżeń, ale nie rozumiała. Wydawało jej się, że rozumie, czym jest związek z dealerem. W Nowym Jorku było to o tyle trudne, że Iana po prostu miała dla siebie mniej. Jego praca zabrała jej Iana także na Hawajach i to bolało, bo to miejsce miało być ich małym, prywatnym rajem na siebie. I stało się nim, ale z opóźnieniem.
W objęciach swojego chłopaka obserwowała ciemne niebo i odliczała razem z innymi. Gdy głośne i radosne: Nowy Rok wydobyło się z dziesiątek gardeł, Debbie również nie próżnowała. Uniosła jedną z lampek z szampanem i zrobiła łyk, a potem ostrożnie, uważając, aby nie ześlizgnąć się ze skałek, odwróciła na moment głowę, trafiając na spojrzenie Iana.
— Szczęśliwego Nowego Roku — powtórzyła po nim, a potem odwróciła się z powrotem, zadarła lekko głowę i ponownie patrząc w niebo, które teraz skrzyło się wieloma barwami, migotliwą czerwienią, rozbłyskającym fioletem, intensywną żółcią. Drobinki opadały w dół i gasły niedaleko nad taflą wody. Była zachwycona, ale po chwili powietrze przesiąknięte już było zapachem prochu. Uśmiechnęła się, gdy Ian pocałował jej policzek. Uśmiechnęła się, gdy brodą wbił się w jej bark i westchnęła cicho.
— To będzie dobry rok, prawda? — spytała, kiedy pokaz tracił na intensywności, a muzyka wypełniała znowu ciszę, która powstała w miejscu huków. Eleganccy goście hotelowi wracali do wnętrz budynku, choć nie wszyscy, Debbie kątem oka spostrzegła, że parę młodszych par zostało na plaży, sadzając się wygodnie na piasku.
Przechyliła zawartość dwóch lampek i puste plastikowe naczynia odwróciła do góry nogami, chwytając dwie niewysokie, smukłe nóżki w palce jednej dłoni.
Usuń— Idziemy do nich? — dopytała, spoglądając w kierunku plażowego baru, wokół którego tłoczyli się już goście Tonyi.
Debbie Grayson ♥ 🍾
Brew unosi się do góry w niemal teatralnym geście, gdy z ust mężczyzny zamiast słów pada to westchnienie i z początku ma ochotę dać mu pstryczka w nos albo uszczypnąć w policzek, co by pokazać, że do absurdu jeszcze im daleko. Powstrzymuje się w ostatniej chwili: w końcu też ma interes. Mały, bo mały, ale interes, no i gość się pofatygował z przyjazdem – Mange nie ma zielonego pojęcia czy to naturalne, czy może ktoś inny wymagałby od niego spotkania w ciemnej alejce po złej stronie miasta.
OdpowiedzUsuńI tak jak westchnienie wywołuje w nim chęć przewrócenia oczami (albo tego pstryczka, co byłoby dużo śmieszniejsze!), tak stary sprawia, że rozciąga usta w szerokim uśmiechu, bo przecież halo, prędzej I’m a bitch, I’m a lover. Malmo jest niemalże rozczulony. Wiele bowiem słyszał, ale w full dragu prędzej jednak przekleństwa albo pogwizdywania niż bro. Trochę to zabawne, głównie jednak miłe, bo zaskakujące. Nie komentuje natomiast na głos nic, szczególnie że Meredith Brooks na stałe rozgaszcza się w głowie i walczyć musi by nie zanucić refrenu.
— Może być i bez szacunku — zapewnia go rozbawiony, póki co nie rozjaśniając kwestii swojej tożsamości, bo skupia się na tym, żeby przestać machać pieniędzmi. To nie tak, że robi mu problem specjalnie, nijak mu po drodze utrudnianie życia dilerowi. Ogląda przecież filmy.
Zaraz również odwraca głowę, co by się zorientować, co takiego ciekawego dzieje się po drugiej stronie ulicy i z początku zauważa jedynie wpatrzoną w niego parkę. Macha im więc ze zbytnim entuzjazmem, prawie karykaturalnie, ale ci na nic innego nie zasłużyli. Dopiero wtedy dostrzega patrol policji i dociera do niego niefortunność sytuacji: również dlatego, że ogląda filmy. I ma trochę rozumu.
— Mange, Mange — zapewnia go, spoglądając ponownie na mężczyznę, w tej samej sekundzie decydując, że spotykanie się przy ruchliwej ulicy może nie było najlepszym rozwiązaniem, szczególnie jeśli wyjść musiał w szpilach. Bez względu na to jak przyzwyczajony jest do podobnego stanu, nikt dookoła nie zdaje się przejawiać podobnego znużenia tematem. Pewien poziom zainteresowania wpisany jest w ryzyko zawodowe. Nie czeka więc na reakcję dilera ani tym bardziej na decyzję patrolujących policjantów i zaciska palce na materiale opinającym cudzy tors, by zaraz pociągnąć go w stronę wejścia do klubu. — Chyba że wolisz stać tutaj? — upewnia się, ale i tym razem nie czeka na odpowiedź, bo odwrócić musi się w stronę bramkarza. — On jest ze mną, dziękuję ślicznie! — Uśmiecha się niewinnie, zaraz przekraczając próg.
W środku jest sporo ludzi i stanie przy wejściu również nie wydaje się szczególnie optymalne by załatwić cokolwiek - a już na pewno nie szemrane interesy!
— Na backstage'u będzie spokojniej — sugeruje, przy okazji puszczając go, co by sobie chłop nie pomyślał, że ma jakiś problem. Ma i to całkiem sporo, ale czy diler musi o tym wiedzieć? Zapewne nie. — Sorry, zazwyczaj nie jestem taki roztrzepany — mówi, przeciskając się w stronę zaplecza. I och, cóż to jest za kłamstwo! Tłuste i okrągłe jak pączek. Magnus łapie się jednak na tym, że brzmi całkiem wiarygodnie i to chyba w całej tej sytuacji dziwi go najbardziej.
Otwiera drzwi do niewielkiego pomieszczenia, które służy za przebieralnię, salę do przygotowań, backstage - w zależności od potrzeb. Gdyby to było jego mieszkanie, wstydziłby się ogromnie panującego tu chaosu, ale że nie jest to się nie wstydzi i wskazuje tylko krzesło, z którego szybkim ruchem zgarnia stertę ciuchów. Nie ma pojęcia czy facet potrzebuje czasu, czy są w stanie załatwić wszystko w dziesięć sekund na stojąco, ale jakim byłby gospodarzem w nieswojej przestrzeni, gdyby nie zaproponował nawet siedzenia! Szczególnie, że już odpuścił sobie proponowanie napojów i przystawek.
— Mogę już machać? — upewnia się, wyjmując ponownie pieniądze, a kącik ust unosi się ku górze.
Wciąż bardzo friendly Magnus
Lepszy niż poprzedni.
OdpowiedzUsuńUśmiechnęła się niewyraźnie w odpowiedzi na słowa Iana. Nietrudno było bowiem o to, aby kolejny, nadchodzący rok, który właśnie rozpoczęli, był lepszy niż ten, który skończył się kilka minut temu. Debbie doceniała rok dwa tysiące dwudziesty piąty. Z prostego powodu – poznała wtedy Iana. Na samym początku, w zimowe miesiące, w kawiarni. Blisko swoich urodzin, zupełnie tak, jakby los zsyłał jej prezent. Dostrzegała to dopiero teraz, z perspektywy czasu, którego – zależnie od perspektywy – upłynęło dużo albo mało. Miała Hunta za swoimi plecami, dawał jej oparcie i szukał wsparcia w niej – poczuła to przecież wtedy, gdy męski podbródek znalazł się na jej barku. Jak miała się nie uśmiechać? I nawet jeśli ten uśmiech był niewyraźny, to był. Przytłumiony natłokiem myśli, kolejną próbą zrozumienia
Ian był prezentem od losu. Chciała tak o nim myśleć, chciała się cieszyć jego obecnością, ale echo minionej kłótni wciąż jej w tym wszystkim towarzyszyło i nieco całą radość gasiło. Zdążyli się pogodzić, ale gdy Debbie docierała do sedna sprawy, gdy szukała rozwiązania, jak sprawić, aby kolejny rok był lepszy niż poprzedni, to wiedziała, że będą musieli podjąć radykalne decyzje, poczynić stanowcze kroki. Ian miał skończyć dealować. Niby proste. Niby łatwe. Ot, odciąć się od tego, co robił.
Problem jednak polegał na tym, że handel narkotykami w pewnym sensie definiował Iana. Bo to nie tak, że rozprowadzał susz konopny pod budynkami liceów. Działał w znacznie szerszym zakresie, był poważnym graczem, ale Grayson miała świadomość, że nad nim byli o wiele potężniejsze jednostki, a nawet ich grupy. Przecież w jej organizacji były wyspecjalizowane grupy do rozbrajania działalności zorganizowanej. Mieli przeszkolonych do tego ludzi – agentów. Jak Ian miał wyjść z tego bez szwanku? Będąc policjantką, nie mogła naiwnie wierzyć w to, że ot tak można przestać handlować dragami i związać się z mundurową.
Oczy zaszły łzami, kiedy do Debbie docierał cały ten bezsens, który jawił się w jej głowie teraz jako brak wyjścia. Potrząsnęła nią, wprawiając rudą czuprynę w ruch. Nie mogła zaburzać im tego szczęścia. Nie teraz, kiedy byli na Hawajach i mieli tutaj zostać jeszcze kilka kolejnych dni.
Zeszła ze skałek przy asekuracji Iana. A przynajmniej planowała. Odwróciła się w jego stronę i gotowa była zejść w dół, kiedy Ian spojrzał na nią tak, że i ona musiała spojrzeć na niego. Zadarła posłusznie brodę i uśmiechnęła się w zupełnie inny sposób niż wtedy, gdy stała tyłem do niego. Uśmiech rozpromienił teraz jej piegowatą buzię, sięgnął ciemnobrązowych oczu. Przygryzła dolną wargę. Bo doskonale wiedziała, dokąd to wszystko zmierza.
Cicho westchnęła, gdy ich usta się ze sobą zetknęły. Przylgnęła do Iana bardziej, pozwalając mu się do siebie przyciągnąć. Odwzajemniła pocałunek, pogłębiając go w tym samym tempie, co Hunt. Wolną dłonią objęła go w pasie i kiedy mogłoby się już wydawać, że znowu nie ma odwrotu, Debbie poczuła rozciągające się w uśmiechu usta i sama się zaśmiała, odsuwając się od niego.
— Zawsze lubiłam szampana — przyznała, a potem powoli zeszła ze skałek. Cholera. Nogi jej się nieco plątały, miękkie niczym z waty. Gdy stanęła na miękkim, chłodnym już piasku, zachwiała się. — Wiesz, kochanie — zaczęła cicho. — Chyba jednak jestem trochę pijana.
Debbie Grayson ♥
[Już ze dwa lata nie publikowałam się z nikim na głównej i, nie powiem, lekki stresik był! 😅 Ale jak człowiek czyta tyle miłych słów, to od razu jakoś tak lżej na serduszku, dziękuję! 🧡 Kurcze, ja chętnie pomyślałabym o czymś, bo skoro kumpelska relacja na TLS u naszych chłopaków daje radę, mimo moich nieregularnych odpisów tam, to i tu pewnie udałoby się coś ciekawego sklecić. Tym bardziej, że punkty zaczepienia są, no to aż się prosi! Będę myśleć i w razie co złapię cię może na Discordzie? 🤔 Teraz pewnie tam będzie wygodniej. Ty też wal z pomysłami śmiało, jakby co! Dzięki!]
OdpowiedzUsuńBrant Dawson
Mattie była typem samotniczki. Nie czuła potrzeby do posiadania kogoś tylko dla siebie, ani tym bardziej kogoś do ogarniania i dbania, wystarczająco wiele sił schodziło jej na robieniu tego dla innych w miejscu pracy. Lubiła swoją wygodę i święty spokój. Poza tym, mężczyźni… za dużo było z nimi problemów. Wolała krótkie, przelotne i powierzchowne relacje, by czerpać z kontaktu z drugim człowiekiem tylko tyle, na ile miała ochoty. A powiedzmy sobie szczerze, poza okazjonalnym seksem, niewiele tego było. Całą tą przestrzeń i lukę emocjonalną zapełniali przyjaciele, których grono też posiadała mocno okrojone.
OdpowiedzUsuńNie wierzyła do końca w miłość albo raczej lubiła ją dostrzegać u innych, choć samej nigdy nie przyszło jej tego zaznać, nad czym zupełnie nie ubolewała. Może kiedyś zrozumie to magiczne słowo? A może do końca przeżyje życie po swojemu? Nie wiadomo. I szczerze w ogóle nie zaprzątała sobie tym głowy. Chwytała dni takimi jakimi były.
— Ok, czyli pobicie. — skwitowała krótko, cały, zdawkowy wywód swojego dilera. Spojrzała też na jego miny, to jak się krzywi i momentami zwija na leżance, bez słowa podstawiając mu woreczek na wymioty, gdyby jednak potrzebował. Wstrząśnienie mózgu w tym wypadku było wielce prawdopodobne.
— Nie martw się, coś przeciwbólowego dostaniesz, spokojnie, zadbam o to. — starała się go uspokoić. — Musisz mi tylko powiedzieć czy na coś jesteś uczulony, to bardzo ważne.
Musiała wiedzieć czy podanie środka nie skończy się u niego zaraz wstrząsem anafilaktycznym, a to by znaczyło tylko czarniejszy scenariusz i wydłużony okres hospitalizacji, na czym Huntowi na pewno nie zależało.
— Opioidy? — prychnęła i wywróciła oczami na tą rewelację z jego ust. — Błagam, nikt Ci tu nie da opioidów w pierwszej kolejności. Zaczynamy raczej z niższego pułapu. Nie jesteś ani w ciężkim stanie, ani umierający, żeby aż tak Ci ulżyć w cierpieniu. Poza tym to nie taśma produkcyjna narkomanów.
Nie rozumiała tego strachu przed silnymi lekami przeciwbólowymi, tej obawy jakoby każdy chciał pacjenta nimi nafaszerować wzdłuż i wszerz. Wbrew pozorom nikomu nie zależało, żeby ludzi tak łatwo uzależniać od opioidów. Jasne, trafił się czasem jakiś wyjątek, ale co do zasady cały zespół medyczny wiedział z czym się wiązało podnoszenie poprzeczki w lekach przeciwbólowych. To nigdy nie kończyło się za dobrze. Na pewno nie długofalowo.
— Pójdę po doktora, a Ty mi tutaj nie świruj i przypadkiem nie uciekaj. — zagroziła mu, posyłając mu zarówno złowrogie, surowe spojrzenie, jak i grożąc palcem wskazującym. Jak ma mu pomóc, to muszą to zrobić na jej warunkach.
Piguła M